<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0" xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">
	<channel>
		<title><![CDATA[Secrets of London - Ulica Pokątna]]></title>
		<link>https://secretsoflondon.pl/</link>
		<description><![CDATA[Secrets of London - https://secretsoflondon.pl]]></description>
		<pubDate>Fri, 17 Apr 2026 20:38:35 +0000</pubDate>
		<generator>MyBB</generator>
		<item>
			<title><![CDATA[[24.09.72] Od kiedy świat tylko gra, Alex wciąż z Navi gra...]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5934</link>
			<pubDate>Mon, 06 Apr 2026 18:19:10 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=563">Jahnavi Pandit</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5934</guid>
			<description><![CDATA[<div class="ramka">
<div style="text-align: center;" class="mycode_align">24.09.1972 - mała knajpka na ulicy Pokątnej. Rzecz się dzieje po turnieju gargulkowym w Dziurawym Kotle.</div></div>
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i"><br />
<span style="font-size: small;" class="mycode_size">… ludziom na złość, limbo wbrew<br />
bieguny ich dwa łączą się.</span></span><br />
<br />
Prawdę powiedziawszy to turnieju nie przegrali. <br />
Oni ten turniej przerżnęli odpadając jak ostatnie lamusy w pierwszej rundzie. Ale wcale to nie przeszkadzało Navi wymusić na Alexandrze, żeby zostać do samego końca. W końcu o to chodziło w duchu sportowej rywalizacji. Dlatego klaskała zawzięcie, gdy ich przeciwnicy zgarnęli główną nagrodę.<br />
Ale zanim ten wysoki chłopak w zielonej kamizelce zdążył się przecisnąć przez tłum, Mulciber zdążył czarownicę zabrać z baru. Było już późno. Nawet bardzo późno, ostatni pociąg do domu już na pewno odjechał. Nie żeby to był jakiś problem dla czarodziejów, ale Navi… po prostu lubiła podróże pociągami. Nigdy nie wiadomo było kogo się pozna po drodze. Poza tym teleportacja czy sieć fiuu nie dawały tyle przyjemności z podróży.<br />
Obracała w dłoniach pluszowego gargulka (Kapitan Nemo się ucieszy z nowej zabawki), którego wygrali, przez całą drogę do… nie wiedziała jakoś dokładnie dokąd ją prowadzi. Nie znała na tyle dobrze Londynu.<br />
<br />
Mogli tak spacerować po Londynie do samego rana tylko że w końcu oboje zgłodnieli. Jakoś tak wyszło, że z tych emocji wszystkich emocji związanych z turniejem, Navi kompletnie zapomniała o obiedzie, który miała przygotowany. Nie było straty - spakuje warzywne curry Alexowi na jutro do pracy (miała dziwne przeczucie, że go nie karmili, a już na pewno nie tak porządnie jak ona), tylko teraz wypadałoby coś znaleźć. <br />
Natrafili na małą magiczną knajpkę, wepchniętą w jakąś boczną odnogę ulicy Pokątnej, serwującą coś tajemniczego, co się nazywało <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">“fish and chips”</span>. Jedno spojrzenie na zastygłą w zachwycie twarz panny Pandit, w której odbijało się kolorowe światło magicznego szyldu wystarczyło, żeby wiedzieć dokładnie co myśli - chce spróbować tego dziwacznego tworu. <br />
<br />
Takim oto sposobem dziedzic wielkiego rodu Mulciber i jego towarzyszka wylądowali na plastikowych krzesełkach przy chwiejącym się stoliku w pustej knajpce. Tylko on, ona i wielki talerz frytek między nimi. Jeden z poprzednich klientów zostawił za sobą puste pudełko po fajkach i ostatni numer Czarownicy, który Navi ułożyła na stole między nimi, otwarty idealnie na stronie z rozrywką wszelaką tzn. krzyżówką i horoskopem i przepisem Babuszki Barbrey na świąteczne pierniczki. Całkiem przyzwoity przepis prawdę powiedziawszy.<br />
Jahnavi była akurat zajęta piciem swojego truskawkowego shake’a (ktoś kto wymyślił, że truskawki można wymieszać z lodami waniliowymi i mlekiem był geniuszem większym niż Merlin), gdy Alex przeszedł od rozwiązywania krzyżówki do czytania horoskopów. Postukała palcem w rubryczkę “rak”, co by przeczytał jej. W końcu kto wie? Taki wróżbita w gazecie to na pewno musiał być bardzo dobrym wróżbitą prawda? Inaczej na pewno by go nie zatrudnili. <br />
Siorbnęła płynną ambrozję przez kolorową słomkę, wyczekująco oczekując na wróżbę z gazety.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div class="ramka">
<div style="text-align: center;" class="mycode_align">24.09.1972 - mała knajpka na ulicy Pokątnej. Rzecz się dzieje po turnieju gargulkowym w Dziurawym Kotle.</div></div>
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i"><br />
<span style="font-size: small;" class="mycode_size">… ludziom na złość, limbo wbrew<br />
bieguny ich dwa łączą się.</span></span><br />
<br />
Prawdę powiedziawszy to turnieju nie przegrali. <br />
Oni ten turniej przerżnęli odpadając jak ostatnie lamusy w pierwszej rundzie. Ale wcale to nie przeszkadzało Navi wymusić na Alexandrze, żeby zostać do samego końca. W końcu o to chodziło w duchu sportowej rywalizacji. Dlatego klaskała zawzięcie, gdy ich przeciwnicy zgarnęli główną nagrodę.<br />
Ale zanim ten wysoki chłopak w zielonej kamizelce zdążył się przecisnąć przez tłum, Mulciber zdążył czarownicę zabrać z baru. Było już późno. Nawet bardzo późno, ostatni pociąg do domu już na pewno odjechał. Nie żeby to był jakiś problem dla czarodziejów, ale Navi… po prostu lubiła podróże pociągami. Nigdy nie wiadomo było kogo się pozna po drodze. Poza tym teleportacja czy sieć fiuu nie dawały tyle przyjemności z podróży.<br />
Obracała w dłoniach pluszowego gargulka (Kapitan Nemo się ucieszy z nowej zabawki), którego wygrali, przez całą drogę do… nie wiedziała jakoś dokładnie dokąd ją prowadzi. Nie znała na tyle dobrze Londynu.<br />
<br />
Mogli tak spacerować po Londynie do samego rana tylko że w końcu oboje zgłodnieli. Jakoś tak wyszło, że z tych emocji wszystkich emocji związanych z turniejem, Navi kompletnie zapomniała o obiedzie, który miała przygotowany. Nie było straty - spakuje warzywne curry Alexowi na jutro do pracy (miała dziwne przeczucie, że go nie karmili, a już na pewno nie tak porządnie jak ona), tylko teraz wypadałoby coś znaleźć. <br />
Natrafili na małą magiczną knajpkę, wepchniętą w jakąś boczną odnogę ulicy Pokątnej, serwującą coś tajemniczego, co się nazywało <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">“fish and chips”</span>. Jedno spojrzenie na zastygłą w zachwycie twarz panny Pandit, w której odbijało się kolorowe światło magicznego szyldu wystarczyło, żeby wiedzieć dokładnie co myśli - chce spróbować tego dziwacznego tworu. <br />
<br />
Takim oto sposobem dziedzic wielkiego rodu Mulciber i jego towarzyszka wylądowali na plastikowych krzesełkach przy chwiejącym się stoliku w pustej knajpce. Tylko on, ona i wielki talerz frytek między nimi. Jeden z poprzednich klientów zostawił za sobą puste pudełko po fajkach i ostatni numer Czarownicy, który Navi ułożyła na stole między nimi, otwarty idealnie na stronie z rozrywką wszelaką tzn. krzyżówką i horoskopem i przepisem Babuszki Barbrey na świąteczne pierniczki. Całkiem przyzwoity przepis prawdę powiedziawszy.<br />
Jahnavi była akurat zajęta piciem swojego truskawkowego shake’a (ktoś kto wymyślił, że truskawki można wymieszać z lodami waniliowymi i mlekiem był geniuszem większym niż Merlin), gdy Alex przeszedł od rozwiązywania krzyżówki do czytania horoskopów. Postukała palcem w rubryczkę “rak”, co by przeczytał jej. W końcu kto wie? Taki wróżbita w gazecie to na pewno musiał być bardzo dobrym wróżbitą prawda? Inaczej na pewno by go nie zatrudnili. <br />
Siorbnęła płynną ambrozję przez kolorową słomkę, wyczekująco oczekując na wróżbę z gazety.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[18.10.1972] Come talk to me]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5932</link>
			<pubDate>Sat, 04 Apr 2026 12:28:20 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=177">Victoria Lestrange</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5932</guid>
			<description><![CDATA[<p>Neutralny grunt. Potrzebowali neutralnego gruntu do rozmowy, która ich czekała. Christopher faktycznie do niej napisał wieczorem i w ten sposób umówili się na następny dzień. Bez świadków w postaci pracowników, rodziny czy jakichś bliższych znajomych, którzy mogliby się natknąć na środek sceny i przysłuchiwać wymianie zdań. Bez herbatki w saloniku z matką jednego z nich, gdy usłyszała, że te spotkania to takie nie do końca przyjacielskie i chyba zaczynało jej coś kiełkować w głowie. Coś, co nawet nie zostało wyjaśnione pomiędzy samymi zainteresowanymi. </p>
<p>Wybrali więc neutralny grunt – nie dom któregoś z nich, tylko publiczne miejsce, gdzie mogli pójść, a jeśli coś pójdzie nie tak, to skąd mogliby się gładko wyrwać, bez większych niezręczności. Pokątna, ten ponad miesiąc po tragedii, była już dawno ładnie uprzątnięta, a prace remontowo-budowlane w wielu lokalach trwały. Nie wszystko jednak zostało zniszczone… I takim miejscem była jedna z lepszych restauracji znajdująca się na skrzyżowaniu Pokątnej i Horyzontalnej – Chimera. Victoria była tu kilka razy, ostatnio na lekko rodzinnym spotkaniu z Rodolphusem (to zresztą był jego pomysł). Spotkanie w restauracji miało to do siebie, że w razie czego mogli sięgnąć po lampkę wina, by kupić czas, albo wymówić się chwilą milczenia w inny sposób i zająć czymś ręce, a jeśli będą chcieli, to zawsze mogli później pójść na spacer…</p>
<p>Victoria się nie spóźniała, a gdyby to nastąpiło, to niechybnie dlatego, że wydarzyło się coś niezwykle pilnego, albo kończyłby się świat, ale to nie był ten dzień – bo nie pojawiła się spóźniona. Mieli umówiony stolik i była całkiem niezła szansa, że Chris już na nią czekał – na wejściu poinformowała kelnera o rezerwacji i na jakie nazwisko i chwilę później już siedziała przy stoliku na uboczu. </p>
<p> <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Dzień dobry, panie Rosier –</span> przywitała się z lekką zaczepką, niezależnie, czy to ona czekała na niego, czy to on na nią. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– I jak? Udało się tego całkiem pozbyć? –</span> to było raczej zagajenie rozmowy, gdyby było nadal coś nie tak, to by się przecież nie umówili na spotkanie, ale i tak chciała wiedzieć, czy nie miał jakichś nawrotów i… co się właściwie stało. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Udało ci się uniknąć matki, czy jednak dopięła swego? –</span> to była druga z kwestii… czy matka go dorwała i kazała się spowiadać, czy jednak jakimś cudem udało się jej przez cały ten czas uciec. </p>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Neutralny grunt. Potrzebowali neutralnego gruntu do rozmowy, która ich czekała. Christopher faktycznie do niej napisał wieczorem i w ten sposób umówili się na następny dzień. Bez świadków w postaci pracowników, rodziny czy jakichś bliższych znajomych, którzy mogliby się natknąć na środek sceny i przysłuchiwać wymianie zdań. Bez herbatki w saloniku z matką jednego z nich, gdy usłyszała, że te spotkania to takie nie do końca przyjacielskie i chyba zaczynało jej coś kiełkować w głowie. Coś, co nawet nie zostało wyjaśnione pomiędzy samymi zainteresowanymi. </p>
<p>Wybrali więc neutralny grunt – nie dom któregoś z nich, tylko publiczne miejsce, gdzie mogli pójść, a jeśli coś pójdzie nie tak, to skąd mogliby się gładko wyrwać, bez większych niezręczności. Pokątna, ten ponad miesiąc po tragedii, była już dawno ładnie uprzątnięta, a prace remontowo-budowlane w wielu lokalach trwały. Nie wszystko jednak zostało zniszczone… I takim miejscem była jedna z lepszych restauracji znajdująca się na skrzyżowaniu Pokątnej i Horyzontalnej – Chimera. Victoria była tu kilka razy, ostatnio na lekko rodzinnym spotkaniu z Rodolphusem (to zresztą był jego pomysł). Spotkanie w restauracji miało to do siebie, że w razie czego mogli sięgnąć po lampkę wina, by kupić czas, albo wymówić się chwilą milczenia w inny sposób i zająć czymś ręce, a jeśli będą chcieli, to zawsze mogli później pójść na spacer…</p>
<p>Victoria się nie spóźniała, a gdyby to nastąpiło, to niechybnie dlatego, że wydarzyło się coś niezwykle pilnego, albo kończyłby się świat, ale to nie był ten dzień – bo nie pojawiła się spóźniona. Mieli umówiony stolik i była całkiem niezła szansa, że Chris już na nią czekał – na wejściu poinformowała kelnera o rezerwacji i na jakie nazwisko i chwilę później już siedziała przy stoliku na uboczu. </p>
<p> <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Dzień dobry, panie Rosier –</span> przywitała się z lekką zaczepką, niezależnie, czy to ona czekała na niego, czy to on na nią. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– I jak? Udało się tego całkiem pozbyć? –</span> to było raczej zagajenie rozmowy, gdyby było nadal coś nie tak, to by się przecież nie umówili na spotkanie, ale i tak chciała wiedzieć, czy nie miał jakichś nawrotów i… co się właściwie stało. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Udało ci się uniknąć matki, czy jednak dopięła swego? –</span> to była druga z kwestii… czy matka go dorwała i kazała się spowiadać, czy jednak jakimś cudem udało się jej przez cały ten czas uciec. </p>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[23.09.1972 r.] Więc zrozumże, syreno dziwna, na nic twoja pieśń]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5930</link>
			<pubDate>Fri, 03 Apr 2026 21:08:01 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=562">Brynja Nordgesim</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5930</guid>
			<description><![CDATA[<span style="font-style: italic;" class="mycode_i"><h1><span style="font-size: xx-small;" class="mycode_size"> Każdy kogo ukochałam, tu w tych murach jest<br />
Więc zrozumże, syreno dziwna, na nic twoja pieśń<br />
(…)<br />
Proszę cię skończ, bo budzi mnie twój smętny ton<br />
Może chcesz zbić mnie z tropu, żebym gdzieś zrobiła błąd<br />
A może coś nas łączy, jakaś pokrewieństwa nić<br />
Bo dobrze wiesz, że kimś innym pragnę być<br />
</span></h1></span><br />
Na ładnej podłodze w jodełkę walały się kolorowe wycinki papieru, porozsuwane kartki, nożyczki i kilka niedokończonych, dziecięco nieporadnych kształtów. Wspomniane przedmioty miały stać się w poniedziałek czymś bardziej sensownym w małych rączkach przedszkolaków. Liście, jeże, może girlandy, tam pękaty kształt, który może był puszkiem pigmejskim i łuk feniksiego pióra, wyciętego z czerwonego papieru. Nie wszystko jeszcze wyglądało tak, jak powinno. Czyniło natomiast zadość zamysłowi, który zrodził się w głowie selkie. <br />
<br />
Kiedy ruszyła boso przez pokój, jeden z wycinków natychmiast przykleił się jej do stopy. Brynja prychnęła pod nosem i strzepnęła go o drugą nogę. Po chwili powlokła się dalej przez mieszkanie, a za nią wlokły się resztki tygodnia. <br />
<br />
Po drodze odwiesiła ręcznik niedbale na oparcie krzesła i skierowała się ku niewielkiemu aneksowi kuchennemu, nie mając żadnej ochoty na gotowanie tego dnia sama. Wizja obierania, krojenia i stania nad kuchenką wydawała się obelgą po dwunastu godzinach spędzonych na nogach. W związku z tym, sięgnęła po czajnik, uniosła różdżkę i krótkim ruchem wprawiła wodę w ruch. Cienka smużka pary zaczęła się unosić. <br />
<br />
Na blacie czekało jeszcze zawiniątko z tłustego papieru, które przyniosła ze sobą z pracy. W środku spoczywała porcja frytek, które zdążyły już nieco zmięknąć od własnego ciepła oraz kawałek ryby w chrupiącej panierce. Nie było to szczególnie godne Mabonu, ale ciepły posiłek oraz kubek herbaty stanowiły tego wieczoru obrzęd wystarczający. Święta, jeśli miały mieć jakąkolwiek wartość, powinny przecież umieć znieść jej grzech.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<span style="font-style: italic;" class="mycode_i"><h1><span style="font-size: xx-small;" class="mycode_size"> Każdy kogo ukochałam, tu w tych murach jest<br />
Więc zrozumże, syreno dziwna, na nic twoja pieśń<br />
(…)<br />
Proszę cię skończ, bo budzi mnie twój smętny ton<br />
Może chcesz zbić mnie z tropu, żebym gdzieś zrobiła błąd<br />
A może coś nas łączy, jakaś pokrewieństwa nić<br />
Bo dobrze wiesz, że kimś innym pragnę być<br />
</span></h1></span><br />
Na ładnej podłodze w jodełkę walały się kolorowe wycinki papieru, porozsuwane kartki, nożyczki i kilka niedokończonych, dziecięco nieporadnych kształtów. Wspomniane przedmioty miały stać się w poniedziałek czymś bardziej sensownym w małych rączkach przedszkolaków. Liście, jeże, może girlandy, tam pękaty kształt, który może był puszkiem pigmejskim i łuk feniksiego pióra, wyciętego z czerwonego papieru. Nie wszystko jeszcze wyglądało tak, jak powinno. Czyniło natomiast zadość zamysłowi, który zrodził się w głowie selkie. <br />
<br />
Kiedy ruszyła boso przez pokój, jeden z wycinków natychmiast przykleił się jej do stopy. Brynja prychnęła pod nosem i strzepnęła go o drugą nogę. Po chwili powlokła się dalej przez mieszkanie, a za nią wlokły się resztki tygodnia. <br />
<br />
Po drodze odwiesiła ręcznik niedbale na oparcie krzesła i skierowała się ku niewielkiemu aneksowi kuchennemu, nie mając żadnej ochoty na gotowanie tego dnia sama. Wizja obierania, krojenia i stania nad kuchenką wydawała się obelgą po dwunastu godzinach spędzonych na nogach. W związku z tym, sięgnęła po czajnik, uniosła różdżkę i krótkim ruchem wprawiła wodę w ruch. Cienka smużka pary zaczęła się unosić. <br />
<br />
Na blacie czekało jeszcze zawiniątko z tłustego papieru, które przyniosła ze sobą z pracy. W środku spoczywała porcja frytek, które zdążyły już nieco zmięknąć od własnego ciepła oraz kawałek ryby w chrupiącej panierce. Nie było to szczególnie godne Mabonu, ale ciepły posiłek oraz kubek herbaty stanowiły tego wieczoru obrzęd wystarczający. Święta, jeśli miały mieć jakąkolwiek wartość, powinny przecież umieć znieść jej grzech.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[06.10.1972] Dangerous Liaisons | Astoria & Odile]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5907</link>
			<pubDate>Mon, 30 Mar 2026 23:01:39 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=620">Odile Fawley</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5907</guid>
			<description><![CDATA[[inny avek]https://i.pinimg.com/736x/ec/8f/ad/ec8fadff57e2db2ca67ccdc83c8796e0.jpg[/inny avek]<br />
Jesienna pora sprawiała, że dni stawały się krótsze, a ulice Londynu coraz szybciej spowijała ciemność. W stolicy czarodziejskiego życia mrok rozpraszany był przez blask licznych latarni, jednak nawet tutaj można było znaleźć ciemne zaułki, w które lepiej było się nie zapuszczać.<br />
<br />
Jeden z takich opuszczonych zaułków znajdował się tuż obok słynnej Galerii Sztuki OdNowa. Choć instytucja ta niewątpliwie cieszyła się popularnością także pośród zwykłych spacerowiczów, ze względu na późną godzinę, poza okolicami głównego wejścia raczej nie natrafiłoby się na przechodniów. Gdyby ktoś jednak z jakiegoś powodu zechciał przejść się ciemną uliczką znajdującą się koło jednego z bocznych wyjść z galerii, natrafiłby na samotnego mężczyznę opierającego się o ścianę budynku. Człowiek ten był ubrany w luźny garnitur, płaszcz oraz kapelusz a w ręku trzymał zapalonego papierosa. Wyglądał bardziej na zwykłego czarodzieja niż na <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">typa spod ciemnej gwiazdy</span>, jednak zastanawiające było co robił w tym miejscu o tej porze.<br />
<br />
Mężczyzna powoli kończył papierosa, co jakiś czas spoglądając w stronę bocznego wyjścia z galerii. W końcu zza drzwi wyłoniła się sylwetka kobiety, która wychodząc musiała minąć również jego. Czarodziej skupił na niej swój wzrok, lecz nie wykonał żadnych innych gestów mających zwrócić jej uwagę. Nie musiał.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Pani Avery...</span> – jego głos nie był głośny jednak dało się wyczuć, że ma do kustoszki jakiś interes. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Jest pewna sprawa, którą musimy omówić.</span> – gdy jego spojrzenie natrafiło na wzrok Astorii, twarz mężczyzny zaczęła się zmieniać; nad maskę przeciętnego Anglika zaczęły się przebijać dobrze znane Avery rysy Odile Fawley.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[[inny avek]https://i.pinimg.com/736x/ec/8f/ad/ec8fadff57e2db2ca67ccdc83c8796e0.jpg[/inny avek]<br />
Jesienna pora sprawiała, że dni stawały się krótsze, a ulice Londynu coraz szybciej spowijała ciemność. W stolicy czarodziejskiego życia mrok rozpraszany był przez blask licznych latarni, jednak nawet tutaj można było znaleźć ciemne zaułki, w które lepiej było się nie zapuszczać.<br />
<br />
Jeden z takich opuszczonych zaułków znajdował się tuż obok słynnej Galerii Sztuki OdNowa. Choć instytucja ta niewątpliwie cieszyła się popularnością także pośród zwykłych spacerowiczów, ze względu na późną godzinę, poza okolicami głównego wejścia raczej nie natrafiłoby się na przechodniów. Gdyby ktoś jednak z jakiegoś powodu zechciał przejść się ciemną uliczką znajdującą się koło jednego z bocznych wyjść z galerii, natrafiłby na samotnego mężczyznę opierającego się o ścianę budynku. Człowiek ten był ubrany w luźny garnitur, płaszcz oraz kapelusz a w ręku trzymał zapalonego papierosa. Wyglądał bardziej na zwykłego czarodzieja niż na <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">typa spod ciemnej gwiazdy</span>, jednak zastanawiające było co robił w tym miejscu o tej porze.<br />
<br />
Mężczyzna powoli kończył papierosa, co jakiś czas spoglądając w stronę bocznego wyjścia z galerii. W końcu zza drzwi wyłoniła się sylwetka kobiety, która wychodząc musiała minąć również jego. Czarodziej skupił na niej swój wzrok, lecz nie wykonał żadnych innych gestów mających zwrócić jej uwagę. Nie musiał.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Pani Avery...</span> – jego głos nie był głośny jednak dało się wyczuć, że ma do kustoszki jakiś interes. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Jest pewna sprawa, którą musimy omówić.</span> – gdy jego spojrzenie natrafiło na wzrok Astorii, twarz mężczyzny zaczęła się zmieniać; nad maskę przeciętnego Anglika zaczęły się przebijać dobrze znane Avery rysy Odile Fawley.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[17.10.72] Małe klątwy]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5897</link>
			<pubDate>Thu, 26 Mar 2026 10:15:29 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=313">Christopher Rosier</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5897</guid>
			<description><![CDATA[<a href="http://%20https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5802&amp;pid=87781#pid87781" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">C3</a><br />
<br />
To był zwykły dzień. Szary, jak to bywało jesienią w Anglii, zwłaszcza tej po Spalonej Nocy, ale dość spokojny. Na ulicy Pokątnej kręcili się ludzie, choć tłum już się powoli przerzedzał: jeszcze nie znikł zupełnie, bo do  zmierzchu zostało trochę czasu, ale i każdy chciał załatwić ile zdoła przed nocą. <br />
Jakby noc coś zmieniała, pomyślał Christopher, ale zaraz skupił się na tym, aby nie trząść za bardzo klatką, w której spoczywał ptaszek. Na razie nie wyglądał zbyt imponująco, Rosier ufał jednak zdaniu Victorii, że wyrośnie z niego jakieś magiczne stworzenie prosto ze wschodu.<br />
Zbliżali się do siedziby Domu Mody Rosierów, gdzie dziś do regularnej sprzedaży trafiła z opóźnieniem ostatnia część kolekcji jesiennej, zawierająca między innymi koszule. Wprawdzie Chris sam nie zajmował się tymi konkretnymi projektami, ale było wśród nich trochę ciekawych opcji, wartych obejrzenia. Otworzył nawet usta, aby powiedzieć coś na ten temat do Victorii, ale nie zdążył.<br />
Gdzieś z jednej z bocznych uliczek dobiegł śmiech, złośliwy, przedłużający się, brzmiący niemalże szaleńczo. Christopher trochę nie wiedział, co robić, bo zwykle w takich chwilach czarodziej łapał za różdżkę, on trzymał klatkę i nie bardzo chciał nią rzucać, by nie zrobić pisklakowi krzywdy, ale przecież mimo wszystko ptak był tylko ptakiem… <br />
…nie zdążył jednak podjąć decyzji, bo z półmroku uliczki wyłoniła się sylwetka poltergeista, całkiem podobnego do tego, który nie tak dawno był uwięziony w mieszkaniu Victorii. Podleciał do nich ze złośliwym chichotem, nim którekolwiek z nich zdążyłoby zareagować, a potem powietrze wokół jakby zamigotało na błękitno. Nim jednak zdali sobie sprawę z tego, co dokładnie się dzieje, zjawy już nie było. Stali sami na chodniku, a dwóch czarodziejów idących z przeciwka zmieniło gwałtownie kierunek, pewnie woląc nie ryzykować.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – Co to było?</span> – zastanowił się Rosier, bo niby wiedział, poltergeist, ale to migotanie? Obejrzał się za duchem, albo jednak stał się niewidzialny, albo umknął w inną uliczkę, szukając ofiar. Christopher obrzucił spojrzeniem Victorię, a potem popatrzył po sobie, ale nie wyglądało na to, że rzucono na któreś z nich zaklęcie, którego efekty mógłby dostrzec.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<a href="http://%20https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5802&amp;pid=87781#pid87781" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">C3</a><br />
<br />
To był zwykły dzień. Szary, jak to bywało jesienią w Anglii, zwłaszcza tej po Spalonej Nocy, ale dość spokojny. Na ulicy Pokątnej kręcili się ludzie, choć tłum już się powoli przerzedzał: jeszcze nie znikł zupełnie, bo do  zmierzchu zostało trochę czasu, ale i każdy chciał załatwić ile zdoła przed nocą. <br />
Jakby noc coś zmieniała, pomyślał Christopher, ale zaraz skupił się na tym, aby nie trząść za bardzo klatką, w której spoczywał ptaszek. Na razie nie wyglądał zbyt imponująco, Rosier ufał jednak zdaniu Victorii, że wyrośnie z niego jakieś magiczne stworzenie prosto ze wschodu.<br />
Zbliżali się do siedziby Domu Mody Rosierów, gdzie dziś do regularnej sprzedaży trafiła z opóźnieniem ostatnia część kolekcji jesiennej, zawierająca między innymi koszule. Wprawdzie Chris sam nie zajmował się tymi konkretnymi projektami, ale było wśród nich trochę ciekawych opcji, wartych obejrzenia. Otworzył nawet usta, aby powiedzieć coś na ten temat do Victorii, ale nie zdążył.<br />
Gdzieś z jednej z bocznych uliczek dobiegł śmiech, złośliwy, przedłużający się, brzmiący niemalże szaleńczo. Christopher trochę nie wiedział, co robić, bo zwykle w takich chwilach czarodziej łapał za różdżkę, on trzymał klatkę i nie bardzo chciał nią rzucać, by nie zrobić pisklakowi krzywdy, ale przecież mimo wszystko ptak był tylko ptakiem… <br />
…nie zdążył jednak podjąć decyzji, bo z półmroku uliczki wyłoniła się sylwetka poltergeista, całkiem podobnego do tego, który nie tak dawno był uwięziony w mieszkaniu Victorii. Podleciał do nich ze złośliwym chichotem, nim którekolwiek z nich zdążyłoby zareagować, a potem powietrze wokół jakby zamigotało na błękitno. Nim jednak zdali sobie sprawę z tego, co dokładnie się dzieje, zjawy już nie było. Stali sami na chodniku, a dwóch czarodziejów idących z przeciwka zmieniło gwałtownie kierunek, pewnie woląc nie ryzykować.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – Co to było?</span> – zastanowił się Rosier, bo niby wiedział, poltergeist, ale to migotanie? Obejrzał się za duchem, albo jednak stał się niewidzialny, albo umknął w inną uliczkę, szukając ofiar. Christopher obrzucił spojrzeniem Victorię, a potem popatrzył po sobie, ale nie wyglądało na to, że rzucono na któreś z nich zaklęcie, którego efekty mógłby dostrzec.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[8/9.09.1972] Fragile deception (Cassandra Cavendish, Astoria Avery)]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5893</link>
			<pubDate>Wed, 25 Mar 2026 20:34:39 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=602">Astoria Avery</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5893</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">Spalona noc 8/9.09.1972<br />
<a href="https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4461&amp;pid=77580#pid77580" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url"><span style="font-size: small;" class="mycode_size">zadanie</span></a></div>
<br />
Renigald odprowadził ją z powrotem pod galerię, a kiedy zniknął, ruszyła dalej sama. Boczne wejście znajdowało się w cieniu, niemal ukryte przed wzrokiem postronnych. Znała je na pamięć, a jednak tym razem, gdy przekręciła gałkę, nic się nie wydarzyło. Zamarła z zaskoczenia, ale i strachu. Spróbowała użyć zaklęcia, ale odbiło się jedynie od drzwi, jakby napotkało niewidzialną barierę, twardą i nieprzeniknioną. Zabezpieczenia? No tak, ojciec. Zrozumienie przyszło nagle, zimne i ostre. Zamknął galerię. Całkowicie, dla bezpieczeństwa. Nie wiedział, że nie ma jej w środku? Może myślał, że teleportowała się prosto do domu? Tak właśnie do cholery powinna zrobić. Zamiast tego niepotrzebnie się naraziła. Poczuła, jak coś zaciska się w jej klatce piersiowej. Spróbowała zaczerpnąć oddechu, lecz powietrze było zbyt ciężkie, zbyt gęste. Kaszel wyrwał się nagle, brutalnie, zginając ją wpół. Oparła dłoń o chłodny mur, próbując utrzymać równowagę. Kaszlała długo, spazmatycznie, aż oczy zaszły jej łzami, a świat zaczął rozmywać się na krawędziach. Czuła smak dymu na języku, w gardle, w samym środku siebie, jakby ogień, którego uniknęła, znalazł inny sposób, by się do niej dostać. Oparła czoło o drzwi, czując chłód drewna przez warstwę dymu i zmęczenia. Przez chwilę miała ochotę uderzyć w nie pięścią, wymusić dostęp, przypomnieć, kim jest. Ale siły nie wystarczało nawet na to.<br />
Kaszel wciąż targał jej ciałem, gdy nagły szelest wyrwał ją z półprzytomnego skupienia. Ktoś nadbiegał. Szybko. Zbyt szybko. Astoria uniosła głowę, odruchowo cofając się o krok, plecami niemal dotykając chłodnego muru bocznej alejki. Przestrzeń wokół niej była wąska, przytłaczająca, odcięta od głównego nurtu ulicy - dokładnie taka, w której nikt nie widzi, co się dzieje. Palce zacisnęły się na różdżce ukrytej w rękawie, choć wiedziała, że w obecnym stanie nie byłaby w stanie wyprowadzić precyzyjnego zaklęcia. Cień wyrwał się z dymu i niemal wpadł na nią. Zobaczyła maskę, zanim zdążyła dostrzec cokolwiek więcej. Serce uderzyło gwałtownie, aż zakręciło jej się w głowie. Instynkt krzyczał, żeby uciekała. Ale nie miała dokąd.<br />
Śmierciożerca zatrzymał się tak blisko, że czuła bijące od niego ciepło i zapach dymu zmieszany z... krwią. Jego oddech był ciężki, urywany, niemal tak nierówny jak jej własny. Przez krótką chwilę stał nieruchomo, jakby sam nie był pewien, czy nie rzuci się na nią pierwszy. Nie powinna być jego celem, a jednak ogarnął ją strach. Nie chciała umierać w bocznej uliczce, wcale nie chciała umierać. Zadrżała, ale wtedy się odezwał. Męski głos przytłumiony przez maskę, w którym nie było groźby, jedynie napięcie i pośpiech. Wydukał kilka urwanych słów - o aurorach, o pościgu, o tym, że nie ma czasu. Że zaraz tu będą. Że jeśli teraz nie zniknie, nie będzie już dokąd uciekać. Brunetka patrzyła na niego przez chwilę z niedowierzaniem. <br />
Za jego plecami rozbłysło światło, gdzieś dalej rozległ się krzyk, a potem odgłos biegu. Jej myśli przyspieszyły, splatając się w jeden, chaotyczny ciąg. Po której stronie stała? Zawahała się, choć wybór był przecież oczywisty. Uniosła dłoń, wskazując wąską, boczną alejkę odchodzącą jeszcze głębiej w cień. Śmierciożerca nie czekał. Skinął głową  i ruszył natychmiast, znikając w mroku, jakby nigdy go tu nie było. Astoria zamknęła oczy na krótką chwilę, jakby porządkowała myśli. Musiała kupić mu trochę czasu. Zrobiła krok w tył i pozwoliła, by nogi się pod nią ugięły. Kolana uderzyły o bruk, dłonie opadły na ziemię, a palce zacisnęły się na chropowatej powierzchni. Pochyliła się do przodu, opierając ciężar ciała na jednej ręce, drugą przyciskając do klatki piersiowej. Powietrze paliło ją od środka, jakby wciąż było w nim więcej ognia niż tlenu. Każdy wdech kończył się kolejnym spazmem. Wyglądała źle. A aurorzy byli coraz bliżej. Czarodzieje, którzy przyszli ratować. Czarodzieje, którzy nie przechodzą obojętnie obok kogoś w potrzebie. Zatrzymają się. Ta myśl była jednocześnie kalkulacją i nadzieją. Kolejny kaszel wyrwał się z jej gardła, zmuszając ją do pochylenia się jeszcze niżej.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">Spalona noc 8/9.09.1972<br />
<a href="https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4461&amp;pid=77580#pid77580" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url"><span style="font-size: small;" class="mycode_size">zadanie</span></a></div>
<br />
Renigald odprowadził ją z powrotem pod galerię, a kiedy zniknął, ruszyła dalej sama. Boczne wejście znajdowało się w cieniu, niemal ukryte przed wzrokiem postronnych. Znała je na pamięć, a jednak tym razem, gdy przekręciła gałkę, nic się nie wydarzyło. Zamarła z zaskoczenia, ale i strachu. Spróbowała użyć zaklęcia, ale odbiło się jedynie od drzwi, jakby napotkało niewidzialną barierę, twardą i nieprzeniknioną. Zabezpieczenia? No tak, ojciec. Zrozumienie przyszło nagle, zimne i ostre. Zamknął galerię. Całkowicie, dla bezpieczeństwa. Nie wiedział, że nie ma jej w środku? Może myślał, że teleportowała się prosto do domu? Tak właśnie do cholery powinna zrobić. Zamiast tego niepotrzebnie się naraziła. Poczuła, jak coś zaciska się w jej klatce piersiowej. Spróbowała zaczerpnąć oddechu, lecz powietrze było zbyt ciężkie, zbyt gęste. Kaszel wyrwał się nagle, brutalnie, zginając ją wpół. Oparła dłoń o chłodny mur, próbując utrzymać równowagę. Kaszlała długo, spazmatycznie, aż oczy zaszły jej łzami, a świat zaczął rozmywać się na krawędziach. Czuła smak dymu na języku, w gardle, w samym środku siebie, jakby ogień, którego uniknęła, znalazł inny sposób, by się do niej dostać. Oparła czoło o drzwi, czując chłód drewna przez warstwę dymu i zmęczenia. Przez chwilę miała ochotę uderzyć w nie pięścią, wymusić dostęp, przypomnieć, kim jest. Ale siły nie wystarczało nawet na to.<br />
Kaszel wciąż targał jej ciałem, gdy nagły szelest wyrwał ją z półprzytomnego skupienia. Ktoś nadbiegał. Szybko. Zbyt szybko. Astoria uniosła głowę, odruchowo cofając się o krok, plecami niemal dotykając chłodnego muru bocznej alejki. Przestrzeń wokół niej była wąska, przytłaczająca, odcięta od głównego nurtu ulicy - dokładnie taka, w której nikt nie widzi, co się dzieje. Palce zacisnęły się na różdżce ukrytej w rękawie, choć wiedziała, że w obecnym stanie nie byłaby w stanie wyprowadzić precyzyjnego zaklęcia. Cień wyrwał się z dymu i niemal wpadł na nią. Zobaczyła maskę, zanim zdążyła dostrzec cokolwiek więcej. Serce uderzyło gwałtownie, aż zakręciło jej się w głowie. Instynkt krzyczał, żeby uciekała. Ale nie miała dokąd.<br />
Śmierciożerca zatrzymał się tak blisko, że czuła bijące od niego ciepło i zapach dymu zmieszany z... krwią. Jego oddech był ciężki, urywany, niemal tak nierówny jak jej własny. Przez krótką chwilę stał nieruchomo, jakby sam nie był pewien, czy nie rzuci się na nią pierwszy. Nie powinna być jego celem, a jednak ogarnął ją strach. Nie chciała umierać w bocznej uliczce, wcale nie chciała umierać. Zadrżała, ale wtedy się odezwał. Męski głos przytłumiony przez maskę, w którym nie było groźby, jedynie napięcie i pośpiech. Wydukał kilka urwanych słów - o aurorach, o pościgu, o tym, że nie ma czasu. Że zaraz tu będą. Że jeśli teraz nie zniknie, nie będzie już dokąd uciekać. Brunetka patrzyła na niego przez chwilę z niedowierzaniem. <br />
Za jego plecami rozbłysło światło, gdzieś dalej rozległ się krzyk, a potem odgłos biegu. Jej myśli przyspieszyły, splatając się w jeden, chaotyczny ciąg. Po której stronie stała? Zawahała się, choć wybór był przecież oczywisty. Uniosła dłoń, wskazując wąską, boczną alejkę odchodzącą jeszcze głębiej w cień. Śmierciożerca nie czekał. Skinął głową  i ruszył natychmiast, znikając w mroku, jakby nigdy go tu nie było. Astoria zamknęła oczy na krótką chwilę, jakby porządkowała myśli. Musiała kupić mu trochę czasu. Zrobiła krok w tył i pozwoliła, by nogi się pod nią ugięły. Kolana uderzyły o bruk, dłonie opadły na ziemię, a palce zacisnęły się na chropowatej powierzchni. Pochyliła się do przodu, opierając ciężar ciała na jednej ręce, drugą przyciskając do klatki piersiowej. Powietrze paliło ją od środka, jakby wciąż było w nim więcej ognia niż tlenu. Każdy wdech kończył się kolejnym spazmem. Wyglądała źle. A aurorzy byli coraz bliżej. Czarodzieje, którzy przyszli ratować. Czarodzieje, którzy nie przechodzą obojętnie obok kogoś w potrzebie. Zatrzymają się. Ta myśl była jednocześnie kalkulacją i nadzieją. Kolejny kaszel wyrwał się z jej gardła, zmuszając ją do pochylenia się jeszcze niżej.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[17.10.72] Now I see the patterns in the chaos | Benjy, Prudence]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5887</link>
			<pubDate>Mon, 23 Mar 2026 20:38:51 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=544">Benjy Fenwick</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5887</guid>
			<description><![CDATA[Spacerowaliśmy zdecydowanie wolniej niż ktokolwiek rozsądny powinien iść przez jedną z najbardziej ruchliwych ulic Londynu o tej porze dnia, praktycznie tak samo żywą i wypełnioną ludźmi, jak niemagiczne części stolicy. Nie byłem przyzwyczajony do podobnego tempa, zazwyczaj poruszałem się znacznie szybciej i bardziej bezmyślnie, nie musiałem pilnować swoich kroków, po prostu stawiałem stopy tam, gdzie należało to zrobić, bez zastanowienia wciskając się we wszystkie luki, jakie powstawały pomiędzy mrowiem pieszych - tym razem jednak parokrotnie dostrzegłem niezadowolenie malujące się na twarzach szybszych czarodziejów, którzy musieli nas omijać, skręcać lekko w bok albo całkowicie zmieniać trasę, by nie spotkać się z naszymi plecami. W pewnym momencie ktoś rzucił pod nosem jakieś niezbyt przychylne mruknięcie, inna osoba westchnęła ciężko, ale nie przejmowałem się tym szczególnie, nie dałem po sobie poznać tego, że cokolwiek słyszałem, wychodząc z założenia, iż po wszystkim, co wydarzyło się w ostatnich tygodniach, zwykły spacer był czymś absurdalnie cennym - zbyt wartościowym, by przejmować się cudzymi „straconymi cennymi sekundami”... Gdybym w ogóle zwykł brać pod uwagę opinię obcych ludzi, rzecz jasna, co praktycznie się nie działo. Nie w tym życiu, nie w żadnym innym, teraz liczyło się dla mnie tylko to, w jaki sposób my mogliśmy spożytkować własny czas, a spędzanie go na szwendaniu się po mieście brzmiało świetnie, zwłaszcza po prawie tygodniu uziemienia w domu. <br />
Powietrze pachniało jesienią, w witrynach odbijało się blade słońce, a dłoń Prudence spoczywała w mojej jak coś oczywistego, jak coś, co zawsze tam było… To nie było do końca prawdą, musieliśmy przejść cholernie długą drogę, żeby w ogóle móc iść tak obok siebie. Ten dzień miał w sobie coś dziwnie kojącego, Londyn szumiał wokół nas jak zawsze - stukot kroków, otwierane drzwi sklepów, odległe głosy ludzi, którzy wracali do swojego rytmu życia - a jednak w tym wszystkim było coś nowego. Jeszcze tydzień temu leżałem prawie martwy, a ona klęczała przy mnie z rękami umazanymi moją krwią. Jeszcze kilka tygodni temu ogień pożerał miasto, a ona całowała mnie na placu przed Ministerstwem, nie wiedząc, czy za godzinę nie będziemy oboje trupami. Teraz szliśmy obok siebie jak zwyczajna para ludzi na spacerze - trzymałem jej rękę i czułem ten znajomy ciężar spokoju, który zawsze pojawiał się, kiedy była blisko.<br />
Wchodząc w najnowszą część odbudowanej magicznej dzielnicy, zwolniłem krok odrobinę, pozwalając na to, by tłum idących za nami ludzi ponownie nas wyminął. Moje spojrzenie przez chwilę błądziło po okolicy, skanując nowe i stare szyldy, wypatrując zmian w infrastrukturze, ale nie zatrzymałem się na dłużej, zamiast tego szedłem dalej, po prostu patrząc trochę uważniej - to nie tak, że byłem tu po raz pierwszy, odkąd wszystko spłonęło, a jednak sporą część zmian widziałem po raz pierwszy. Odrobinę przekrzywiając głowę, przez chwilę patrzyłem przed siebie, wreszcie kierując wzrok na wystawę mniejszego jubilera po drugiej stronie chodnika, na samym rogu wąskiej alejki prowadzącej w stronę Nokturnu - słońce odbijało się w szybie i w drobnych błyskach metalu w środku, w całej tej eleganckiej kolekcji błyskotek, którą normalnie omijałem bez większego zainteresowania, o ile nie chodziło o coś, co mógłbym zdobyć, odklątwić lub zaklątwić, i sprzedać - przechyliłem lekko głowę, bo dopiero teraz do mnie dotarło, że…<br />
Właściwie nigdy nie kupiłem Prue żadnej biżuterii. W sensie… Nic. Kompletnie nic, na samą myśl uniosłem lekko brwi, jakbym sam był zdziwiony skalą własnej niekompetencji. Z całym moim talentem do robienia rzeczy spontanicznie, dramatycznie albo kompletnie nie w porę… Ominąłem wszystkie te normalne momenty. Kolczyki, bransoletki, łańcuszki… Jakiekolwiek okazje… Oświadczyłem się jej jak idiota, który nagle zdał sobie sprawę, że nie zamierza już nigdy pozwolić jej odejść, bez żadnego planu, bez pierścionka, bez tej całej ceremonii, którą normalni ludzie podobno przygotowywali tygodniami - <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">podobno</span> - a potem życie po prostu ruszyło dalej, szybciej niż ktokolwiek z nas planował. <br />
Spojrzałem na nią kątem oka, rzadko miałem problem z mówieniem, ale czasem trafiały się takie momenty, kiedy wolałem chwilę pomyśleć, zanim coś wypuszczę w świat, cholera…]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Spacerowaliśmy zdecydowanie wolniej niż ktokolwiek rozsądny powinien iść przez jedną z najbardziej ruchliwych ulic Londynu o tej porze dnia, praktycznie tak samo żywą i wypełnioną ludźmi, jak niemagiczne części stolicy. Nie byłem przyzwyczajony do podobnego tempa, zazwyczaj poruszałem się znacznie szybciej i bardziej bezmyślnie, nie musiałem pilnować swoich kroków, po prostu stawiałem stopy tam, gdzie należało to zrobić, bez zastanowienia wciskając się we wszystkie luki, jakie powstawały pomiędzy mrowiem pieszych - tym razem jednak parokrotnie dostrzegłem niezadowolenie malujące się na twarzach szybszych czarodziejów, którzy musieli nas omijać, skręcać lekko w bok albo całkowicie zmieniać trasę, by nie spotkać się z naszymi plecami. W pewnym momencie ktoś rzucił pod nosem jakieś niezbyt przychylne mruknięcie, inna osoba westchnęła ciężko, ale nie przejmowałem się tym szczególnie, nie dałem po sobie poznać tego, że cokolwiek słyszałem, wychodząc z założenia, iż po wszystkim, co wydarzyło się w ostatnich tygodniach, zwykły spacer był czymś absurdalnie cennym - zbyt wartościowym, by przejmować się cudzymi „straconymi cennymi sekundami”... Gdybym w ogóle zwykł brać pod uwagę opinię obcych ludzi, rzecz jasna, co praktycznie się nie działo. Nie w tym życiu, nie w żadnym innym, teraz liczyło się dla mnie tylko to, w jaki sposób my mogliśmy spożytkować własny czas, a spędzanie go na szwendaniu się po mieście brzmiało świetnie, zwłaszcza po prawie tygodniu uziemienia w domu. <br />
Powietrze pachniało jesienią, w witrynach odbijało się blade słońce, a dłoń Prudence spoczywała w mojej jak coś oczywistego, jak coś, co zawsze tam było… To nie było do końca prawdą, musieliśmy przejść cholernie długą drogę, żeby w ogóle móc iść tak obok siebie. Ten dzień miał w sobie coś dziwnie kojącego, Londyn szumiał wokół nas jak zawsze - stukot kroków, otwierane drzwi sklepów, odległe głosy ludzi, którzy wracali do swojego rytmu życia - a jednak w tym wszystkim było coś nowego. Jeszcze tydzień temu leżałem prawie martwy, a ona klęczała przy mnie z rękami umazanymi moją krwią. Jeszcze kilka tygodni temu ogień pożerał miasto, a ona całowała mnie na placu przed Ministerstwem, nie wiedząc, czy za godzinę nie będziemy oboje trupami. Teraz szliśmy obok siebie jak zwyczajna para ludzi na spacerze - trzymałem jej rękę i czułem ten znajomy ciężar spokoju, który zawsze pojawiał się, kiedy była blisko.<br />
Wchodząc w najnowszą część odbudowanej magicznej dzielnicy, zwolniłem krok odrobinę, pozwalając na to, by tłum idących za nami ludzi ponownie nas wyminął. Moje spojrzenie przez chwilę błądziło po okolicy, skanując nowe i stare szyldy, wypatrując zmian w infrastrukturze, ale nie zatrzymałem się na dłużej, zamiast tego szedłem dalej, po prostu patrząc trochę uważniej - to nie tak, że byłem tu po raz pierwszy, odkąd wszystko spłonęło, a jednak sporą część zmian widziałem po raz pierwszy. Odrobinę przekrzywiając głowę, przez chwilę patrzyłem przed siebie, wreszcie kierując wzrok na wystawę mniejszego jubilera po drugiej stronie chodnika, na samym rogu wąskiej alejki prowadzącej w stronę Nokturnu - słońce odbijało się w szybie i w drobnych błyskach metalu w środku, w całej tej eleganckiej kolekcji błyskotek, którą normalnie omijałem bez większego zainteresowania, o ile nie chodziło o coś, co mógłbym zdobyć, odklątwić lub zaklątwić, i sprzedać - przechyliłem lekko głowę, bo dopiero teraz do mnie dotarło, że…<br />
Właściwie nigdy nie kupiłem Prue żadnej biżuterii. W sensie… Nic. Kompletnie nic, na samą myśl uniosłem lekko brwi, jakbym sam był zdziwiony skalą własnej niekompetencji. Z całym moim talentem do robienia rzeczy spontanicznie, dramatycznie albo kompletnie nie w porę… Ominąłem wszystkie te normalne momenty. Kolczyki, bransoletki, łańcuszki… Jakiekolwiek okazje… Oświadczyłem się jej jak idiota, który nagle zdał sobie sprawę, że nie zamierza już nigdy pozwolić jej odejść, bez żadnego planu, bez pierścionka, bez tej całej ceremonii, którą normalni ludzie podobno przygotowywali tygodniami - <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">podobno</span> - a potem życie po prostu ruszyło dalej, szybciej niż ktokolwiek z nas planował. <br />
Spojrzałem na nią kątem oka, rzadko miałem problem z mówieniem, ale czasem trafiały się takie momenty, kiedy wolałem chwilę pomyśleć, zanim coś wypuszczę w świat, cholera…]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[27.09.72] -30% na drugą koszulę dla aurora]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5868</link>
			<pubDate>Wed, 18 Mar 2026 07:27:29 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=442">Lorien Mulciber</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5868</guid>
			<description><![CDATA[<div class="ramka">27.09.72 - Samotny wypad do butiku odzieżowego na Pokątnej</div>
<br />
Mieli iść niebawem do teatru, co wcale nie było przecież randką, a kolejnym ważnym wizerunkowo spotkaniem, w którym ona musiała uczestniczyć, a on z braku laku - musiał jej towarzyszyć. Tam przecież porywano ludzi! Strach pomyśleć co mogliby zrobić z nią, prawda? <br />
A skoro już pan Moody musiał się tam pojawić, to musiał wyglądać dobrze. Mundur odprasowany, oznaczenia aurorskie wypolerowane, buty wypastowane, a koszula… No właśnie. Ta nieszczęsna galowa koszula… <br />
Lorien wpatrywała się w nią, zupełnie jakby ta ją personalnie uraziła. Może dlatego, że tak właśnie było. Materiał zszarzał po latach użytkowania i prania; parę guzików zostało przyszytych ręcznie, co już ją frustrowało; nie wspominając nawet o szwie trzymającym się na słowo honoru i śladach po mechaceniu się na plecach. Co za tanie dziadostwo. Na szczęście stojąca po drugiej stronie lady krawcowa miała podobną minę. <br />
- <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Najłatwiej byłoby przyprowadzić męża…</span>- Zaczęła, ale Lorien natychmiast wpadła jej w słowo.<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Och nie, nie. To dla mojego… szwagra. Mamy niedługo spotkanie rodzinne i wszystko w jego szafie wygląda… no właśnie tak.</span>- Załamała ręce nad czymś co za dobrych czasów było koszulą. Och jak łatwo przychodziło jej to niewinne kłamstewko.- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Wie pani jacy są mężczyźni.</span>- Westchnęła ciężko, na co kobieta pokiwała głową. Już ona doskonale znała te problemy. Takiego chłopa co to by miał cierpliwość mierzyć rzeczy i chodzić po sklepach to ze świecą szukać. Wcale jej też nie dziwiło, że akurat ta tutaj przyszła szukać szaty dla krewniaka. Mało to kobiet ubierało całe swoje rodziny? No i dobrze. Już ona widziała czasami co te gagatki sami z siebie potrafili kupić. Pstrokate koszule w kwiaty (na pogrzeb), śliwkowo-fioletowe szaty do zielonych spodni, marynarki z połyskiem godnym weselnej kapeli i kołnierze tak szerokie, jakby miały zamiar odlecieć razem z właścicielem przy pierwszym podmuchu wiatru. A potem wracali z żonami, matkami czy siostrami i wszystko to oddawali. Czarownica westchnęła pod nosem, kręcąc głową z pobłażliwym uśmiechem Mężczyźni. Zawsze albo za ciasno, albo za luźno. Albo za dużo, albo za nic.<br />
Fachowym ruchem podniosła koszulę do góry, strzepując kilka kocich włosów. Przez moment nawet chciała dać jej szansę. Materiał zwisł bez życia, strasząc szarością i widocznymi dla wprawnego oka mankamentami. <br />
- <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Moglibyśmy ją naprawić jeśli pani zależy, ale mamy dzisiaj -30% na drugi zakup...</span><br />
<br />
Lorien podniosła głowę znad najnowszej jesienno-zimowej kolekcji skórzanych rękawiczek. -30%? Nie żeby było jej potrzebne, ale tylko głupi by nie skorzystał z promocji. Przecież takie rabaty to tak jakby w ogóle zarabiała, prawda? Girl math. Jej wzrok powędrował do nieszczęsnej szmatki, którą Aaron tak uparcie trzymał w szafie. <br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Przecież on ją ma od czasów Hogwartu jak nic. Jak ją naprawimy to będzie w niej chodził kolejną dekadę. Mowy nie ma.</span><br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- A wie pani to jak mój mąż. Mówię mu “Theodore, wyrzuć te spodenki, na bogów przecież nie grasz w Quidditcha od szkoły”. A on co? “Nie, bo przecież dobre!” Tak jasne. Toż to one były dobre, gdy ten mój ważył sto kilo mniej. Ale nie. Pasują jak ulał!</span><br />
Czarownica rozgadała się na dobre, wyciągając rolki białej bawełny i jedwabiu na ladę. Różdżka poszła w ruch i po chwili resztę miejsca zajęły pudełeczka i pojemniczki pełne guzików, a to prostych, a to matowych.<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Z czego szyjecie zwykle koszule do mundurów galowych? Chciałabym mu wziąć coś podobnego.</span>- Zagadała niby to zainteresowana całą tą mechaniką i sztuką krawiectwa, oglądając uważnie każdy kolejno podawany materiał. Ten za śliski, ten zbyt szorstki… Mogłaby mu zamówić jedną z czystego jedwabiu, ale przecież by nie nosił. Znała go wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć czego na barki nie założy. <br />
- <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Głównie z bawełny o mocnym splocie. Co tam sobie kto wymyśli, ale zaklinamy je tak, żeby się nie gniotły i pochłaniały pot i inne nieprzyjemne zapaszki.</span> - Czarownica podała jej rolkę ze sztywnym ale przyjemnym w dotyku materiałem. Lorien skinęła głową. Tak, to się nada. Z guzików wybrała te najprostsze - dokładnie takie same jak miał przy starej koszuli. No i kołnierzyk. Kołnierzyk musiał być dodatkowo wzmocniony, co by go nie poprawiać co chwilę.- <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Szwagier pracuje w naszych służbach?</span><br />
Ni to pokręciła, ni to skinęła głową. Babeczka nie wyglądała jakby zaraz miała drążyć całą sprawę i wyciągać od niej dowodów i nazwisk. Zresztą kto by znał na pamięć wszystkich brygadzistów i aurorów. Zresztą na nowo rozgadała się o nienawiści swojego męża do wymiany garderoby.<br />
<br />
Było coś dziwnego w tym… samotnym wypadzie. Kiedy ostatnio się tak czuła? Kiedy wymieniła Robertowi te okropne golfy na nowe? Miłe uczucie, to bycie potrzebną. Czy tak się właśnie czuły takie normalne żony? Kupowały swoim mężom i dzieciom tego typu “potrzebne” prezenty? Trzy koszule. Oczywiście, że od razu złożyła zamówienie na trzy “w tym samym rozmiarze, bo przecież będzie marudził, że niewygodne!”, to wydało jej się optymalną ilością, bo skoro dobrała rękawiczki, to jej się rabat naliczył podwójnie. Bez żadnych dodatkowych naszyć czy inicjałów na mankiecie. W sumie dorzuciła jeszcze do tego proste spinki, najwyżej się powie, że były gratis do zamówienia. Za darmo to przecież uczciwa cena.<br />
Ani się zorientowała, a już wyszła z butiku wprost na zalaną słońcem Pokątną z kwitkiem na odbiór koszul za dwa dni w torebce. <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Hm</span>.. Całkiem nieźle jej wychodziło to bycie panią domu, nie ma co. Uznała w myślach i ruszyła w stronę najbliższej kawiarni. No przecież zasłużyła na małą kawę.<br />
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">Koniec sesji</div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div class="ramka">27.09.72 - Samotny wypad do butiku odzieżowego na Pokątnej</div>
<br />
Mieli iść niebawem do teatru, co wcale nie było przecież randką, a kolejnym ważnym wizerunkowo spotkaniem, w którym ona musiała uczestniczyć, a on z braku laku - musiał jej towarzyszyć. Tam przecież porywano ludzi! Strach pomyśleć co mogliby zrobić z nią, prawda? <br />
A skoro już pan Moody musiał się tam pojawić, to musiał wyglądać dobrze. Mundur odprasowany, oznaczenia aurorskie wypolerowane, buty wypastowane, a koszula… No właśnie. Ta nieszczęsna galowa koszula… <br />
Lorien wpatrywała się w nią, zupełnie jakby ta ją personalnie uraziła. Może dlatego, że tak właśnie było. Materiał zszarzał po latach użytkowania i prania; parę guzików zostało przyszytych ręcznie, co już ją frustrowało; nie wspominając nawet o szwie trzymającym się na słowo honoru i śladach po mechaceniu się na plecach. Co za tanie dziadostwo. Na szczęście stojąca po drugiej stronie lady krawcowa miała podobną minę. <br />
- <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Najłatwiej byłoby przyprowadzić męża…</span>- Zaczęła, ale Lorien natychmiast wpadła jej w słowo.<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Och nie, nie. To dla mojego… szwagra. Mamy niedługo spotkanie rodzinne i wszystko w jego szafie wygląda… no właśnie tak.</span>- Załamała ręce nad czymś co za dobrych czasów było koszulą. Och jak łatwo przychodziło jej to niewinne kłamstewko.- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Wie pani jacy są mężczyźni.</span>- Westchnęła ciężko, na co kobieta pokiwała głową. Już ona doskonale znała te problemy. Takiego chłopa co to by miał cierpliwość mierzyć rzeczy i chodzić po sklepach to ze świecą szukać. Wcale jej też nie dziwiło, że akurat ta tutaj przyszła szukać szaty dla krewniaka. Mało to kobiet ubierało całe swoje rodziny? No i dobrze. Już ona widziała czasami co te gagatki sami z siebie potrafili kupić. Pstrokate koszule w kwiaty (na pogrzeb), śliwkowo-fioletowe szaty do zielonych spodni, marynarki z połyskiem godnym weselnej kapeli i kołnierze tak szerokie, jakby miały zamiar odlecieć razem z właścicielem przy pierwszym podmuchu wiatru. A potem wracali z żonami, matkami czy siostrami i wszystko to oddawali. Czarownica westchnęła pod nosem, kręcąc głową z pobłażliwym uśmiechem Mężczyźni. Zawsze albo za ciasno, albo za luźno. Albo za dużo, albo za nic.<br />
Fachowym ruchem podniosła koszulę do góry, strzepując kilka kocich włosów. Przez moment nawet chciała dać jej szansę. Materiał zwisł bez życia, strasząc szarością i widocznymi dla wprawnego oka mankamentami. <br />
- <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Moglibyśmy ją naprawić jeśli pani zależy, ale mamy dzisiaj -30% na drugi zakup...</span><br />
<br />
Lorien podniosła głowę znad najnowszej jesienno-zimowej kolekcji skórzanych rękawiczek. -30%? Nie żeby było jej potrzebne, ale tylko głupi by nie skorzystał z promocji. Przecież takie rabaty to tak jakby w ogóle zarabiała, prawda? Girl math. Jej wzrok powędrował do nieszczęsnej szmatki, którą Aaron tak uparcie trzymał w szafie. <br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Przecież on ją ma od czasów Hogwartu jak nic. Jak ją naprawimy to będzie w niej chodził kolejną dekadę. Mowy nie ma.</span><br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- A wie pani to jak mój mąż. Mówię mu “Theodore, wyrzuć te spodenki, na bogów przecież nie grasz w Quidditcha od szkoły”. A on co? “Nie, bo przecież dobre!” Tak jasne. Toż to one były dobre, gdy ten mój ważył sto kilo mniej. Ale nie. Pasują jak ulał!</span><br />
Czarownica rozgadała się na dobre, wyciągając rolki białej bawełny i jedwabiu na ladę. Różdżka poszła w ruch i po chwili resztę miejsca zajęły pudełeczka i pojemniczki pełne guzików, a to prostych, a to matowych.<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Z czego szyjecie zwykle koszule do mundurów galowych? Chciałabym mu wziąć coś podobnego.</span>- Zagadała niby to zainteresowana całą tą mechaniką i sztuką krawiectwa, oglądając uważnie każdy kolejno podawany materiał. Ten za śliski, ten zbyt szorstki… Mogłaby mu zamówić jedną z czystego jedwabiu, ale przecież by nie nosił. Znała go wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć czego na barki nie założy. <br />
- <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Głównie z bawełny o mocnym splocie. Co tam sobie kto wymyśli, ale zaklinamy je tak, żeby się nie gniotły i pochłaniały pot i inne nieprzyjemne zapaszki.</span> - Czarownica podała jej rolkę ze sztywnym ale przyjemnym w dotyku materiałem. Lorien skinęła głową. Tak, to się nada. Z guzików wybrała te najprostsze - dokładnie takie same jak miał przy starej koszuli. No i kołnierzyk. Kołnierzyk musiał być dodatkowo wzmocniony, co by go nie poprawiać co chwilę.- <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Szwagier pracuje w naszych służbach?</span><br />
Ni to pokręciła, ni to skinęła głową. Babeczka nie wyglądała jakby zaraz miała drążyć całą sprawę i wyciągać od niej dowodów i nazwisk. Zresztą kto by znał na pamięć wszystkich brygadzistów i aurorów. Zresztą na nowo rozgadała się o nienawiści swojego męża do wymiany garderoby.<br />
<br />
Było coś dziwnego w tym… samotnym wypadzie. Kiedy ostatnio się tak czuła? Kiedy wymieniła Robertowi te okropne golfy na nowe? Miłe uczucie, to bycie potrzebną. Czy tak się właśnie czuły takie normalne żony? Kupowały swoim mężom i dzieciom tego typu “potrzebne” prezenty? Trzy koszule. Oczywiście, że od razu złożyła zamówienie na trzy “w tym samym rozmiarze, bo przecież będzie marudził, że niewygodne!”, to wydało jej się optymalną ilością, bo skoro dobrała rękawiczki, to jej się rabat naliczył podwójnie. Bez żadnych dodatkowych naszyć czy inicjałów na mankiecie. W sumie dorzuciła jeszcze do tego proste spinki, najwyżej się powie, że były gratis do zamówienia. Za darmo to przecież uczciwa cena.<br />
Ani się zorientowała, a już wyszła z butiku wprost na zalaną słońcem Pokątną z kwitkiem na odbiór koszul za dwa dni w torebce. <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Hm</span>.. Całkiem nieźle jej wychodziło to bycie panią domu, nie ma co. Uznała w myślach i ruszyła w stronę najbliższej kawiarni. No przecież zasłużyła na małą kawę.<br />
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">Koniec sesji</div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[17.10.72] ordinary people | Benjy & Prue]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5828</link>
			<pubDate>Fri, 13 Mar 2026 18:44:59 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=453">Prudence Fenwick</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5828</guid>
			<description><![CDATA[<p>Poranek był całkiem przyjemny. Słońce nieśmiało wyłaniało się zza chmur, co sugerowało, że nie będzie to jeden z tych okropnie nieprzyjemnych, jesiennych dni. Pogoda zachęcała do spacerowania, warto było korzystać z tych ostatnich dni, które jeszcze odrobinę przypominały o tym, że niedawno było lato. Zgodziła się na to, żeby Benjy wyszedł z łóżka. Oczywiście, nie miała zamiaru pozwolić mu na samotne wędrówki, to jeszcze nie był ten moment, on miał dopiero nadejść, pewnie jutro, czy pojutrze, ale podczas tego pierwszego wyjścia postanowiła mu towarzyszyć. Chciała sprawdzić, czy faktycznie już było lepiej, zdecydowanie wolała to choć odrobinę kontrolować.</p>
<p>Dotarli na Pokątną, nie miała pojęcia dlaczego wybrali akurat taki cel, tak właściwie to nogi same ich tu przyprowadziły. Ludzie, którzy spieszyli się do pracy mijali ich na chodniku, oni nie musieli się nigdzie spieszyć, co było wcale nie taką najgorszą perspektywą.</p>
<p>Prue uważnie obserwowała okolicę, nie bywała tu często, większość czasu spędzała w Ministerstwie, jako, że na początku września sporo się wydarzyło to musiała zapamiętać ten nowy porządek. Niektóre miejsca nie przetrwały Spalonej Nocy, inne wydawały się zupełnie nie zmienić, los bywał przewrotny.</p>
<p>Co chwila kątem oka spoglądała na swojego męża, sprawdzała, czy przypadkiem się nie krzywi, analizowała jego mimikę i ruchy, żeby zasugerować przerwę w spacerowaniu, gdy nastanie taka potrzeba. Nie wątpiła w to, że sam na pewno nie zamierzał wspomnieć nic na temat ewentualnego dyskomfortu, za bardzo irytowało go leżenie w łóżku do którego musiała go zmusić, obeszło się na szczęście bez unieruchomienia ciała.</p>
<p><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> - Właściwie to nie widać, że miesiąc temu miasto praktycznie nie spłonęło.</span> - Powiedziała cicho. Stolica wydawała się wrócić do dawnego rytmu, być może jeszcze trochę brakowało do tego, jak wyglądało to wcześniej, jednak ludzie przecież musieli wrócić do normalności, do życia, na tyle na ile w ogóle było to możliwe po czymś takim.</p>
<p>Ścisnęła mocniej jego dłoń, całkiem zabawne było to, że jeszcze miesiąc temu przemierzała z nim to miasto jako praktycznie zupełnie obca osoba, a teraz była jego żoną. Uśmiechnęła się sama do siebie, naprawdę była okropnie szczęśliwa, że jej życie potoczyło się w taki, a nie w inny sposób.</p>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Poranek był całkiem przyjemny. Słońce nieśmiało wyłaniało się zza chmur, co sugerowało, że nie będzie to jeden z tych okropnie nieprzyjemnych, jesiennych dni. Pogoda zachęcała do spacerowania, warto było korzystać z tych ostatnich dni, które jeszcze odrobinę przypominały o tym, że niedawno było lato. Zgodziła się na to, żeby Benjy wyszedł z łóżka. Oczywiście, nie miała zamiaru pozwolić mu na samotne wędrówki, to jeszcze nie był ten moment, on miał dopiero nadejść, pewnie jutro, czy pojutrze, ale podczas tego pierwszego wyjścia postanowiła mu towarzyszyć. Chciała sprawdzić, czy faktycznie już było lepiej, zdecydowanie wolała to choć odrobinę kontrolować.</p>
<p>Dotarli na Pokątną, nie miała pojęcia dlaczego wybrali akurat taki cel, tak właściwie to nogi same ich tu przyprowadziły. Ludzie, którzy spieszyli się do pracy mijali ich na chodniku, oni nie musieli się nigdzie spieszyć, co było wcale nie taką najgorszą perspektywą.</p>
<p>Prue uważnie obserwowała okolicę, nie bywała tu często, większość czasu spędzała w Ministerstwie, jako, że na początku września sporo się wydarzyło to musiała zapamiętać ten nowy porządek. Niektóre miejsca nie przetrwały Spalonej Nocy, inne wydawały się zupełnie nie zmienić, los bywał przewrotny.</p>
<p>Co chwila kątem oka spoglądała na swojego męża, sprawdzała, czy przypadkiem się nie krzywi, analizowała jego mimikę i ruchy, żeby zasugerować przerwę w spacerowaniu, gdy nastanie taka potrzeba. Nie wątpiła w to, że sam na pewno nie zamierzał wspomnieć nic na temat ewentualnego dyskomfortu, za bardzo irytowało go leżenie w łóżku do którego musiała go zmusić, obeszło się na szczęście bez unieruchomienia ciała.</p>
<p><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> - Właściwie to nie widać, że miesiąc temu miasto praktycznie nie spłonęło.</span> - Powiedziała cicho. Stolica wydawała się wrócić do dawnego rytmu, być może jeszcze trochę brakowało do tego, jak wyglądało to wcześniej, jednak ludzie przecież musieli wrócić do normalności, do życia, na tyle na ile w ogóle było to możliwe po czymś takim.</p>
<p>Ścisnęła mocniej jego dłoń, całkiem zabawne było to, że jeszcze miesiąc temu przemierzała z nim to miasto jako praktycznie zupełnie obca osoba, a teraz była jego żoną. Uśmiechnęła się sama do siebie, naprawdę była okropnie szczęśliwa, że jej życie potoczyło się w taki, a nie w inny sposób.</p>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[15.09.1972] Freaky Friday | Othello & Odile]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5805</link>
			<pubDate>Sat, 07 Mar 2026 21:01:39 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=620">Odile Fawley</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5805</guid>
			<description><![CDATA[<div class="ooc"><div class="ooc-wrapper"><center><span class="ooc-toggle">Odkryj wiadomość pozafabularną</span></center><div class="ooc-content">Scenariusz Sumy Przypadków <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Poltergeist II</span></div></div></div>
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Cholerna Spalona Noc.</span><br />
<br />
Odile spędziła sporą część tego tygodnia próbując przywrócić swoje mieszkanie do stanu sprzed pożarów, jednak mimo to cały czas znajdowała przedmioty pokryte w całości hartowanym szkłem. Tamtej nocy, widząc ogień wdzierający się do jej domu, działała instynktownie i rzuciła zaklęcie, które miało jakoś uchronić jej dobytek przed pójściem z dymem. Na szczęście pomysł z pokryciem wszystkiego ognioodpornym hartowanym szkłem zadziałał, ale teraz musiała się pierdolić z odczarowywaniem każdego mebla, książki oraz innych bibelotów.<br />
<br />
Oczywiście, Fawley zdawała sobie sprawę, że nie może narzekać; pożary zebrały przecież ogromne żniwo, pozbawiając wiele osób dachu nad głową, czy co gorsza, bliskich. Szczęśliwie ona ani jej idiotyczny bezmyślni bracia nie padli wtedy ofiarą bezpośredniego ataku Śmierciożerców. Był to niesamowity łut losu, biorąc pod uwagę status ich krwi oraz fakt, że szczerze mówiąc wszyscy byli trochę pojebani.<br />
<br />
Ich ojciec również przeżył i wypadało zrobić wizytę, by sprawdzić jego stan zdrowia. Być może była przez to złą córką, ale Odile odciągała ten moment, tłumacząc się koniecznością ogarnięcia mieszkania (co zresztą było zgodne z prawdą). Jednakże moment spotkania z rodzicielem musiał w końcu nadejść, więc umówili się z Othellem, że zrobią to w ten piątek.<br />
<br />
Mieli wcześniej złapać się na Pokątnej i Odile przyszła na miejsce spotkania chwilę spóźniona.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Sorry, musiałam kombinować z odczarowywaniem szuflady, która nie chciała się otworzyć.</span> – nawet rzucanie tak banalnego zaklęcia nie było proste, kiedy w szufladzie były ubrania, których nie chciało się zniszczyć. Fawley jeszcze z czasów nauki w Mungu wyniosła zasadę, że po powrocie z pracy należało zmienić strój - choć zapach formaliny był pewnie ostatnią rzeczą, którą ich ojciec by się przejmował. Tak czy siak udało jej się otworzyć felerną szufladę oraz przebrać w luźną marynarkę i spodnie. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Jak tam, miałeś pracowity tydzień?</span> – spytała, jak gdyby chodziło o większą ilość papierologii w pracy, a nie organizowanie pogrzebów po tragicznych pożarach. Cóż, rodzina Fawley miała jednak specyficzną relację ze śmiercią.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div class="ooc"><div class="ooc-wrapper"><center><span class="ooc-toggle">Odkryj wiadomość pozafabularną</span></center><div class="ooc-content">Scenariusz Sumy Przypadków <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Poltergeist II</span></div></div></div>
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Cholerna Spalona Noc.</span><br />
<br />
Odile spędziła sporą część tego tygodnia próbując przywrócić swoje mieszkanie do stanu sprzed pożarów, jednak mimo to cały czas znajdowała przedmioty pokryte w całości hartowanym szkłem. Tamtej nocy, widząc ogień wdzierający się do jej domu, działała instynktownie i rzuciła zaklęcie, które miało jakoś uchronić jej dobytek przed pójściem z dymem. Na szczęście pomysł z pokryciem wszystkiego ognioodpornym hartowanym szkłem zadziałał, ale teraz musiała się pierdolić z odczarowywaniem każdego mebla, książki oraz innych bibelotów.<br />
<br />
Oczywiście, Fawley zdawała sobie sprawę, że nie może narzekać; pożary zebrały przecież ogromne żniwo, pozbawiając wiele osób dachu nad głową, czy co gorsza, bliskich. Szczęśliwie ona ani jej idiotyczny bezmyślni bracia nie padli wtedy ofiarą bezpośredniego ataku Śmierciożerców. Był to niesamowity łut losu, biorąc pod uwagę status ich krwi oraz fakt, że szczerze mówiąc wszyscy byli trochę pojebani.<br />
<br />
Ich ojciec również przeżył i wypadało zrobić wizytę, by sprawdzić jego stan zdrowia. Być może była przez to złą córką, ale Odile odciągała ten moment, tłumacząc się koniecznością ogarnięcia mieszkania (co zresztą było zgodne z prawdą). Jednakże moment spotkania z rodzicielem musiał w końcu nadejść, więc umówili się z Othellem, że zrobią to w ten piątek.<br />
<br />
Mieli wcześniej złapać się na Pokątnej i Odile przyszła na miejsce spotkania chwilę spóźniona.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Sorry, musiałam kombinować z odczarowywaniem szuflady, która nie chciała się otworzyć.</span> – nawet rzucanie tak banalnego zaklęcia nie było proste, kiedy w szufladzie były ubrania, których nie chciało się zniszczyć. Fawley jeszcze z czasów nauki w Mungu wyniosła zasadę, że po powrocie z pracy należało zmienić strój - choć zapach formaliny był pewnie ostatnią rzeczą, którą ich ojciec by się przejmował. Tak czy siak udało jej się otworzyć felerną szufladę oraz przebrać w luźną marynarkę i spodnie. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Jak tam, miałeś pracowity tydzień?</span> – spytała, jak gdyby chodziło o większą ilość papierologii w pracy, a nie organizowanie pogrzebów po tragicznych pożarach. Cóż, rodzina Fawley miała jednak specyficzną relację ze śmiercią.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[11.10.1972] Trial of patience (Astoria Avery, Nicholas Travers)]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5797</link>
			<pubDate>Thu, 05 Mar 2026 00:42:17 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=602">Astoria Avery</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5797</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">11.10.1972<br />
galeria OdNowa<br />
<span style="font-size: x-small;" class="mycode_size"><a href="https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=748&amp;pid=86955#pid86955" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">(suma przypadków)</a></span></div>
<br />
W końcu czuła się nad tyle dobrze, by wrócić do pracy w pełnym wymiarze. Z samego rana szła wolnym krokiem wzdłuż witryn, z dłonią wsuniętą w rękaw płaszcza. Powietrze było ostre, jesienne, ale czyste. Wciągnęła je głęboko, niemal z ostentacją, jakby chciała sprawdzić własne płuca. Bez bólu. Bez piekącego ucisku. Jedynie lekki chłód. <br />
Zanim zdążyła przekroczyć próg galerii, jej spojrzenie padło na porozrywane skrawki papieru pod jedną ze ścian zewnętrznych witryn. Plakaty reklamujące aktualną ekspozycję były częściowo zdarte, niektóre nadpalone w rogach. Kawałek dalej stała grupka dzieciaków dokonujących dalszego zniszczenia; za dużych na bezmyślność, a za małych na pełną odpowiedzialność. Zganiła ich za paskudne zachowanie, a jednemu - temu, który najbardziej pyskował - przyprawiła świński ogonek za świńskie maniery. Dzieciaki rozproszyły się ostatecznie z nerwowym śmiechem, ale w ich oczach czaiła się urażona duma.<br />
Skierowała kroki do galerii, a ta przywitała ją znajomą ciszą, gdy szybkim krokiem zmierzała do swojej pracowni. W środku pachniało drewnem ram, lakierem i czymś ledwie wyczuwalnym, co zawsze kojarzyło jej się z kurzem historii. Na stole czekało niedokończone płótno Christophera, nadając jej cel na jeszcze kilka kolejnych dni. Na szczęście praca miała w sobie coś medytacyjnego, potrafiła się przy niej wyciszyć i odpocząć. Warstwa po warstwie usuwała zanieczyszczenia, wzmacniała strukturę farby, przywracała głębię kolorom. <br />
Prawie nie zauważyła, gdy przez okno wleciał skrawek pergaminu. Zbyt skupiona na pracy obudziła się dopiero, gdy pomieszczenie wypełnił krzyk, który sprawił, że podskoczyła w miejscu. Dźwięk odbijał się od ścian galerii, wypełniał przestrzeń, wnikał w uszy. Głośny, piskliwy, w obcym języku - sylaby zlewały się w kakofonię, która nie miała sensu, a jednak drażniła bardziej niż drapanie paznokciem po szkle. Gdy pierwszy szok minął, zorientowała się, że to się samo nie zakończy. Złapała za różdżkę i wypowiedziała zaklęcie, które przyszło jej do głowy jako pierwsze. A w pierwszym odruchu miała ochotę to po prostu spalić - zniszczyć. Czuła jednak, jak dźwięk wibruje jej w skroniach, jak wciska się w przestrzeń między myślami, nie pozwalając im ułożyć się w spokojną sekwencję. Z końca różdżki nie wystrzelił płomień. Posypały się jedynie iskry. Przez ułamek sekundy poczuła coś, czego nie znosiła najbardziej - utratę kontroli.<br />
Zamknęła oczy na jedną, krótką sekundę. Odcięła się od obrazu, od światła, od drżenia powietrza. Skupiła się na rytmie własnego oddechu. Wdech. Wydech. Jeszcze raz.<br />
[roll=N]<br />
Spróbowała ponownie i tym razem z końca różdżki wystrzelił wąski, intensywny język ognia. Płomień objął kopertę i po kilku chwilach krzyk ustał, a pergamin sczerniał, by po chwili zmienić się w garść ciemnego popiołu. Astoria stała jeszcze chwilę nieruchomo, czując, jak serce wraca do spokojnego rytmu. Poprawiła włosy przy skroni, wygładziła materiał sukni i jednym precyzyjnym ruchem różdżki zebrała popiół w niewielki stos, który zniknął w kolejnym, niemal niedbałym zaklęciu czyszczącym.<br />
[roll=N]<br />
I wtedy przypomniała sobie poranek. Przeklęte dzieciaki. Ich spojrzenia, gdy odchodzili. Urażoną dumę. To nie był przypadek. Powoli podeszła do drzwi galerii i spojrzała przez szybę na ulicę. Pokątna toczyła się swoim zwyczajnym rytmem, jakby nic się nie wydarzyło. Ktoś śmiał się przy straganie, ktoś inny targował o cenę składników eliksiru.<br />
Dziecięca złośliwość. Nic więcej. A jednak w jej wnętrzu coś się napięło. Galeria była jej przestrzenią uporządkowaną, cichą, kontrolowaną. Krzyk wypełniający jej ściany był jak profanacja.<br />
Wróciła do pracy w nadziei, że to jedyna nieprzyjemność, jaka ją dziś spotka.<br />
<br />
<br />
<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=282" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Nicholas Travers</a>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">11.10.1972<br />
galeria OdNowa<br />
<span style="font-size: x-small;" class="mycode_size"><a href="https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=748&amp;pid=86955#pid86955" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">(suma przypadków)</a></span></div>
<br />
W końcu czuła się nad tyle dobrze, by wrócić do pracy w pełnym wymiarze. Z samego rana szła wolnym krokiem wzdłuż witryn, z dłonią wsuniętą w rękaw płaszcza. Powietrze było ostre, jesienne, ale czyste. Wciągnęła je głęboko, niemal z ostentacją, jakby chciała sprawdzić własne płuca. Bez bólu. Bez piekącego ucisku. Jedynie lekki chłód. <br />
Zanim zdążyła przekroczyć próg galerii, jej spojrzenie padło na porozrywane skrawki papieru pod jedną ze ścian zewnętrznych witryn. Plakaty reklamujące aktualną ekspozycję były częściowo zdarte, niektóre nadpalone w rogach. Kawałek dalej stała grupka dzieciaków dokonujących dalszego zniszczenia; za dużych na bezmyślność, a za małych na pełną odpowiedzialność. Zganiła ich za paskudne zachowanie, a jednemu - temu, który najbardziej pyskował - przyprawiła świński ogonek za świńskie maniery. Dzieciaki rozproszyły się ostatecznie z nerwowym śmiechem, ale w ich oczach czaiła się urażona duma.<br />
Skierowała kroki do galerii, a ta przywitała ją znajomą ciszą, gdy szybkim krokiem zmierzała do swojej pracowni. W środku pachniało drewnem ram, lakierem i czymś ledwie wyczuwalnym, co zawsze kojarzyło jej się z kurzem historii. Na stole czekało niedokończone płótno Christophera, nadając jej cel na jeszcze kilka kolejnych dni. Na szczęście praca miała w sobie coś medytacyjnego, potrafiła się przy niej wyciszyć i odpocząć. Warstwa po warstwie usuwała zanieczyszczenia, wzmacniała strukturę farby, przywracała głębię kolorom. <br />
Prawie nie zauważyła, gdy przez okno wleciał skrawek pergaminu. Zbyt skupiona na pracy obudziła się dopiero, gdy pomieszczenie wypełnił krzyk, który sprawił, że podskoczyła w miejscu. Dźwięk odbijał się od ścian galerii, wypełniał przestrzeń, wnikał w uszy. Głośny, piskliwy, w obcym języku - sylaby zlewały się w kakofonię, która nie miała sensu, a jednak drażniła bardziej niż drapanie paznokciem po szkle. Gdy pierwszy szok minął, zorientowała się, że to się samo nie zakończy. Złapała za różdżkę i wypowiedziała zaklęcie, które przyszło jej do głowy jako pierwsze. A w pierwszym odruchu miała ochotę to po prostu spalić - zniszczyć. Czuła jednak, jak dźwięk wibruje jej w skroniach, jak wciska się w przestrzeń między myślami, nie pozwalając im ułożyć się w spokojną sekwencję. Z końca różdżki nie wystrzelił płomień. Posypały się jedynie iskry. Przez ułamek sekundy poczuła coś, czego nie znosiła najbardziej - utratę kontroli.<br />
Zamknęła oczy na jedną, krótką sekundę. Odcięła się od obrazu, od światła, od drżenia powietrza. Skupiła się na rytmie własnego oddechu. Wdech. Wydech. Jeszcze raz.<br />
[roll=N]<br />
Spróbowała ponownie i tym razem z końca różdżki wystrzelił wąski, intensywny język ognia. Płomień objął kopertę i po kilku chwilach krzyk ustał, a pergamin sczerniał, by po chwili zmienić się w garść ciemnego popiołu. Astoria stała jeszcze chwilę nieruchomo, czując, jak serce wraca do spokojnego rytmu. Poprawiła włosy przy skroni, wygładziła materiał sukni i jednym precyzyjnym ruchem różdżki zebrała popiół w niewielki stos, który zniknął w kolejnym, niemal niedbałym zaklęciu czyszczącym.<br />
[roll=N]<br />
I wtedy przypomniała sobie poranek. Przeklęte dzieciaki. Ich spojrzenia, gdy odchodzili. Urażoną dumę. To nie był przypadek. Powoli podeszła do drzwi galerii i spojrzała przez szybę na ulicę. Pokątna toczyła się swoim zwyczajnym rytmem, jakby nic się nie wydarzyło. Ktoś śmiał się przy straganie, ktoś inny targował o cenę składników eliksiru.<br />
Dziecięca złośliwość. Nic więcej. A jednak w jej wnętrzu coś się napięło. Galeria była jej przestrzenią uporządkowaną, cichą, kontrolowaną. Krzyk wypełniający jej ściany był jak profanacja.<br />
Wróciła do pracy w nadziei, że to jedyna nieprzyjemność, jaka ją dziś spotka.<br />
<br />
<br />
<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=282" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Nicholas Travers</a>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[21.09.1972] L'Odorre od Mademoiselle Smrodeur | Aidan, Victoria]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5793</link>
			<pubDate>Tue, 03 Mar 2026 15:11:43 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=409">Aidan Parkinson</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5793</guid>
			<description><![CDATA[[inny avek]https://i.pinimg.com/1200x/d0/95/a4/d095a4508c84236016232ccc2ee35b91.jpg[/inny avek]<br />
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">21 września, wieczór<br />
Mieszkanie Victorii</div>
<br />
Czy był z siebie dumny? Jeszcze jak. Wymiana listów z Victorią uspokoiła go trochę - jednak ze Stanleyem nie byli dwoma zakutymi łbami, tak jak podejrzewał. Owszem, może na samym początku poczęstowali pierdzipuszka ciastkiem, ale zaraz ich puste głowy zaczęły nabierać trochę oliwy, która pozwoliła zardzewiałym trybikom na poruszenie się. I pewnie gdyby nie to głupie myślenie i zdrowy rozsądek, to teraz nie musiałby iść do mieszkania Victorii, a za nim nie ciągnąłby się BARDZO intensywny zapach.<br />
<br />
Skubana miała rację - była jakimś pieprzonym jasnowidzem? A może po prostu tak dobrze go znała i wiedziała, że Aidan nie mógł przeżyć dnia bez odjebania czegoś głupiego. Nie miał pojęcia, ale jeżeli Vika była wiedźmą z bajek i przepowiadała przyszłość, to liczył że znalazła już rozwiązanie na jego mały problem. Otóż: jebał. Jebało od niego na kilometr i to tak bardzo, że gdy szedł ulicą Pokątną, to ludzie zatykali nosy i odsuwali się. Nie mogli zlokalizować źródła zapachu, a że Aidan szedł szybko, prosto do celu, to chyba nie zdążyli się zorientować, że to on był źródłem tego pięknego zapaszku. Nie bardzo chciało mu się tłumaczyć, co się stało że wydziela woń taką jakby skunks obsikał go tym swoim płynem - co poniekąd było bliskie prawdy, bo pierdzipuszek spsikał go swoją esencją, gdy tylko dłoń Parkinsona sięgnęła po ciastko. Zbierał siły na tłumaczenie się przed Victorią.<br />
<br />
Umył się - i to nie raz i nie dwa. Wylał na siebie tonę perfum, szorował się nawet gąbką z morza jakiegośtam prosto z dupy, ostra była jak cholera ale zapach jak był, tak nie chciał się ulotnić. Ubrania, w których był w Głębinie poprzedniej nocy spalił, ale on sam walił jak nieboskie stworzenie. Zaczynał się domyślać, skąd ta pieprzona nazwa uroczego, przerośniętego podpufka.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Vika, to ja!</span> - krzyknął, łomocząc w drzwi jej kamienicy. Był ciekawy, czy jego zapaszek dotarł do jej nosa zanim jeszcze zdążył stanąć pod jej drzwiami. Lepiej dla niej, żeby otworzyła szybko, bo sąsiedzi pewnie nie będą zachwyceni tym, że nagle w jej kamienicy zaczęło śmierdzieć. W sumie to z tego co pamiętał, to ta biedna kamienica miała sporo przygód za sobą, więc to mogłaby być kropla, która przeleje czarę goryczy.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[[inny avek]https://i.pinimg.com/1200x/d0/95/a4/d095a4508c84236016232ccc2ee35b91.jpg[/inny avek]<br />
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">21 września, wieczór<br />
Mieszkanie Victorii</div>
<br />
Czy był z siebie dumny? Jeszcze jak. Wymiana listów z Victorią uspokoiła go trochę - jednak ze Stanleyem nie byli dwoma zakutymi łbami, tak jak podejrzewał. Owszem, może na samym początku poczęstowali pierdzipuszka ciastkiem, ale zaraz ich puste głowy zaczęły nabierać trochę oliwy, która pozwoliła zardzewiałym trybikom na poruszenie się. I pewnie gdyby nie to głupie myślenie i zdrowy rozsądek, to teraz nie musiałby iść do mieszkania Victorii, a za nim nie ciągnąłby się BARDZO intensywny zapach.<br />
<br />
Skubana miała rację - była jakimś pieprzonym jasnowidzem? A może po prostu tak dobrze go znała i wiedziała, że Aidan nie mógł przeżyć dnia bez odjebania czegoś głupiego. Nie miał pojęcia, ale jeżeli Vika była wiedźmą z bajek i przepowiadała przyszłość, to liczył że znalazła już rozwiązanie na jego mały problem. Otóż: jebał. Jebało od niego na kilometr i to tak bardzo, że gdy szedł ulicą Pokątną, to ludzie zatykali nosy i odsuwali się. Nie mogli zlokalizować źródła zapachu, a że Aidan szedł szybko, prosto do celu, to chyba nie zdążyli się zorientować, że to on był źródłem tego pięknego zapaszku. Nie bardzo chciało mu się tłumaczyć, co się stało że wydziela woń taką jakby skunks obsikał go tym swoim płynem - co poniekąd było bliskie prawdy, bo pierdzipuszek spsikał go swoją esencją, gdy tylko dłoń Parkinsona sięgnęła po ciastko. Zbierał siły na tłumaczenie się przed Victorią.<br />
<br />
Umył się - i to nie raz i nie dwa. Wylał na siebie tonę perfum, szorował się nawet gąbką z morza jakiegośtam prosto z dupy, ostra była jak cholera ale zapach jak był, tak nie chciał się ulotnić. Ubrania, w których był w Głębinie poprzedniej nocy spalił, ale on sam walił jak nieboskie stworzenie. Zaczynał się domyślać, skąd ta pieprzona nazwa uroczego, przerośniętego podpufka.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Vika, to ja!</span> - krzyknął, łomocząc w drzwi jej kamienicy. Był ciekawy, czy jego zapaszek dotarł do jej nosa zanim jeszcze zdążył stanąć pod jej drzwiami. Lepiej dla niej, żeby otworzyła szybko, bo sąsiedzi pewnie nie będą zachwyceni tym, że nagle w jej kamienicy zaczęło śmierdzieć. W sumie to z tego co pamiętał, to ta biedna kamienica miała sporo przygód za sobą, więc to mogłaby być kropla, która przeleje czarę goryczy.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[07/09/1972] of ice creams, hot chocolate and future husbands || helena & lyssa]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5775</link>
			<pubDate>Sat, 21 Feb 2026 21:16:28 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=629">Helena Rowle</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5775</guid>
			<description><![CDATA[<h1>—07/09/1972—<br />
<span style="font-size: 10pt;" class="mycode_size">Lodziarnia Floriana Fortescue, Ulica Pokątna</span><br />
<span style="font-size: 8pt;" class="mycode_size">Helena Rowle &amp; Lyssa Dolohov</span></h1><br />
<br />
<div class="divek">Mimo że od czerwca pracowała na stanowisku, które wielu określało jako jej pierwszą poważną pracę, Helena nadal bardziej przykładała większą wagę do wyboru ubioru w dzień spotkań Muzy niż na kolejny dzień spędzony w otoczeniu wychowanków ''Płomyczka''. W sumie, czy było w tym coś dziwnego? Dzieci miały to do siebie, że potrafiły trafić na zajęcia z nią w najróżniejszym stanie. Umazane farbami, kredą lub nawet pobrudzone obiadem, jeśli zajęcia wypadały chwilę po przerwie obiadowej. Co jak co, ale Rowle nie miała zamiaru okupić tych kilku godzin pracy w tygodniu stratą najlepszej odzieży ze swojej szafy. Trzeba było się szanować.<br />
<br />
Dzisiaj miała na sobie ciemno-beżowe spodnie z wysokim stanie, brązową koszulę z szerokim kołnierzem, wykończonym falbankami, a na jej ramionach spoczywał ciemny płaszcz, który sięgał nieco ponad kolana. Na głowie miała brązowy kapelusz, ozdobiony złotawą tasiemką, ułożoną w subtelną kokardą z boku korony. Buty na niskim obcasie stukały rytmicznie o bruk, a uderzenia te tylko przybrały na sile, gdy w końcu znalazła się wraz z Lyssą Dolohov pod celem ich podróży, czyli lodziarnią pana Fortescue. Jakoś trzeba było sobie umilić popołudnie po intensywnych ćwiczeniach w gronie innych muzyków, prawda?<br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Och, Londyn jest <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">absolutnie</span> niesamowity o tej porze roku!</span> — zachwycała się Helena, przyspieszając nieco kroku, aby ochoczo przytrzymać drzwi do lokalu koleżance, aby ta mogła wejść do środka jako pierwsza. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Ledwo pamiętam miasto w tym wydaniu. Wiem, wiem, to brzmi niedorzecznie, skoro dziś jest dopiero siódmy, ale... Ostatni raz byłem w Londynie o tej porze jeszcze zanim poszłam do szkoły. Zupełnie zapomniałam, jak tu wszystko wygląda o tej porze. Aż nie mogę doczekać się zimy!</span><br />
<br />
Chyba tylko to, że musiała iść na rozpoczęcie roku pierwszego września, powstrzymało ją przed tym, aby nie zerwać się z samego rana z łóżka i nie ruszyć z kompletem kufrów i toreb na Peron 9¾. W przeciwnym razie zapewne zorientowałaby się, że w ogóle nie powinno jej być w Ekspresie do Hogwartu dopiero w połowie drogi do Hogsmeade. Chociaż minął już tydzień, dalej nie potrafiła się przyzwyczaić, że nie ma jej w szkole. <br />
<br />
Nie, żeby jakoś szczególnie za nią tęskniła; miała już plany na najbliższą przyszłość. Po prostu po siedmiu latach trudno było zmienić swoją codzienną rutynę. Zapomnieć o rytuałach, które wpajała sobie przez tak długi czas. Helena westchnęła cicho, zatrzymując się przy rzędzie wieszaków. Po chwili namysłu zawiesiła na jednym z haków swój kapelusz, ujawniając ciemne włosy opięte w elegancki kok.<br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Zazdroszczę, że mieszkasz praktycznie w samym centrum dzielnicy. Musiałaś poznać mnóstwo ludzi, odkąd przyjechałaś! Sąsiadów pewnie też masz... ciekawych.</span> — Zajęła miejsce w loży zlokalizowanej przy oknie, aby mogły swobodnie obserwować przechodniów i rozciągającą się za oknem ulicę. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Tymczasem w Llanberis ja mogę poznać co najwyżej nowego ogrodnika.</span><br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Albo smoczego stajennego w rezerwacie kuzyna Leviathana. I to takiego, który uważa grę na fortepianie za ''bezproduktywne brząkanie''</span>, pomyślała przelotnie. Ewidentnie dramatyzowała. Nie było aż tak źle, ale wiele by dała, aby poszerzyć swój krąg znajomych. Nie mogła doczekać, aż znajdzie się na jakimś większym przyjęciu. Już niedługo miało być Mabon, a potem święto duchów... A od Samhain do Yule to już było jak rzucić kamieniem! Ktoś na pewno zamierzał wyprawić zimowe przyjęcie. Nie wypadałoby zrobić inaczej.<br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Hmm</span> — zaczęła, przyglądając się karcie deserów — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Po dzisiejszych ćwiczeniach zasługujemy na coś ekstra. Co powiesz na potrójne lody w rożku z posypką i sosem owocowym. Gorąca czekolada do tego na koniec też brzmi bajecznie. Przemyślenia, moja droga?</span><br />
<br />
Podniosła czoło, mierząc Lyssę zaciekawionym spojrzeniem.</div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<h1>—07/09/1972—<br />
<span style="font-size: 10pt;" class="mycode_size">Lodziarnia Floriana Fortescue, Ulica Pokątna</span><br />
<span style="font-size: 8pt;" class="mycode_size">Helena Rowle &amp; Lyssa Dolohov</span></h1><br />
<br />
<div class="divek">Mimo że od czerwca pracowała na stanowisku, które wielu określało jako jej pierwszą poważną pracę, Helena nadal bardziej przykładała większą wagę do wyboru ubioru w dzień spotkań Muzy niż na kolejny dzień spędzony w otoczeniu wychowanków ''Płomyczka''. W sumie, czy było w tym coś dziwnego? Dzieci miały to do siebie, że potrafiły trafić na zajęcia z nią w najróżniejszym stanie. Umazane farbami, kredą lub nawet pobrudzone obiadem, jeśli zajęcia wypadały chwilę po przerwie obiadowej. Co jak co, ale Rowle nie miała zamiaru okupić tych kilku godzin pracy w tygodniu stratą najlepszej odzieży ze swojej szafy. Trzeba było się szanować.<br />
<br />
Dzisiaj miała na sobie ciemno-beżowe spodnie z wysokim stanie, brązową koszulę z szerokim kołnierzem, wykończonym falbankami, a na jej ramionach spoczywał ciemny płaszcz, który sięgał nieco ponad kolana. Na głowie miała brązowy kapelusz, ozdobiony złotawą tasiemką, ułożoną w subtelną kokardą z boku korony. Buty na niskim obcasie stukały rytmicznie o bruk, a uderzenia te tylko przybrały na sile, gdy w końcu znalazła się wraz z Lyssą Dolohov pod celem ich podróży, czyli lodziarnią pana Fortescue. Jakoś trzeba było sobie umilić popołudnie po intensywnych ćwiczeniach w gronie innych muzyków, prawda?<br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Och, Londyn jest <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">absolutnie</span> niesamowity o tej porze roku!</span> — zachwycała się Helena, przyspieszając nieco kroku, aby ochoczo przytrzymać drzwi do lokalu koleżance, aby ta mogła wejść do środka jako pierwsza. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Ledwo pamiętam miasto w tym wydaniu. Wiem, wiem, to brzmi niedorzecznie, skoro dziś jest dopiero siódmy, ale... Ostatni raz byłem w Londynie o tej porze jeszcze zanim poszłam do szkoły. Zupełnie zapomniałam, jak tu wszystko wygląda o tej porze. Aż nie mogę doczekać się zimy!</span><br />
<br />
Chyba tylko to, że musiała iść na rozpoczęcie roku pierwszego września, powstrzymało ją przed tym, aby nie zerwać się z samego rana z łóżka i nie ruszyć z kompletem kufrów i toreb na Peron 9¾. W przeciwnym razie zapewne zorientowałaby się, że w ogóle nie powinno jej być w Ekspresie do Hogwartu dopiero w połowie drogi do Hogsmeade. Chociaż minął już tydzień, dalej nie potrafiła się przyzwyczaić, że nie ma jej w szkole. <br />
<br />
Nie, żeby jakoś szczególnie za nią tęskniła; miała już plany na najbliższą przyszłość. Po prostu po siedmiu latach trudno było zmienić swoją codzienną rutynę. Zapomnieć o rytuałach, które wpajała sobie przez tak długi czas. Helena westchnęła cicho, zatrzymując się przy rzędzie wieszaków. Po chwili namysłu zawiesiła na jednym z haków swój kapelusz, ujawniając ciemne włosy opięte w elegancki kok.<br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Zazdroszczę, że mieszkasz praktycznie w samym centrum dzielnicy. Musiałaś poznać mnóstwo ludzi, odkąd przyjechałaś! Sąsiadów pewnie też masz... ciekawych.</span> — Zajęła miejsce w loży zlokalizowanej przy oknie, aby mogły swobodnie obserwować przechodniów i rozciągającą się za oknem ulicę. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Tymczasem w Llanberis ja mogę poznać co najwyżej nowego ogrodnika.</span><br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Albo smoczego stajennego w rezerwacie kuzyna Leviathana. I to takiego, który uważa grę na fortepianie za ''bezproduktywne brząkanie''</span>, pomyślała przelotnie. Ewidentnie dramatyzowała. Nie było aż tak źle, ale wiele by dała, aby poszerzyć swój krąg znajomych. Nie mogła doczekać, aż znajdzie się na jakimś większym przyjęciu. Już niedługo miało być Mabon, a potem święto duchów... A od Samhain do Yule to już było jak rzucić kamieniem! Ktoś na pewno zamierzał wyprawić zimowe przyjęcie. Nie wypadałoby zrobić inaczej.<br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Hmm</span> — zaczęła, przyglądając się karcie deserów — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Po dzisiejszych ćwiczeniach zasługujemy na coś ekstra. Co powiesz na potrójne lody w rożku z posypką i sosem owocowym. Gorąca czekolada do tego na koniec też brzmi bajecznie. Przemyślenia, moja droga?</span><br />
<br />
Podniosła czoło, mierząc Lyssę zaciekawionym spojrzeniem.</div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[05.10.72] Trzy po trzy]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5770</link>
			<pubDate>Fri, 20 Feb 2026 14:09:08 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=24">Brenna Longbottom</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5770</guid>
			<description><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5715&amp;pid=86167#pid86167" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">Realizacja bingo</a><br />
<br />
Magiczne ulice wciąż nie wyglądały tak, jak jeszcze kilka miesięcy temu. Parę budynków spłonęło doszczętnie i tych nie odbudowano. Niektóre sklepy straszyły pozabijanymi oknami i drzwiami, zamknięte czy to z powodu zniszczeń, klątw i strat w towarze pozostałych po Spalonej Nocy, czy bo ich właścicieli spotkało coś złego na londyńskich ulicach. Przechodniów było jakby mniej, może dlatego, że jesienią zmierzch nadciągał wcześnie, a do pory, w której rozbłysną latarnie, nie zostało już jakoś wiele czasy.<br />
Ale i tak Londyn powoli wracał do życia.<br />
Wiele nadpalonych dachów naprawiono, wybite okna wstawiono z powrotem, a popioły nie zalegały już przynajmniej na głównych ulicach. Część sklepów działała już normalnie, i gdy mijali kolejne budynki, widzieli na witrynach wystawione towary, niekiedy ludzi kręcących się w środku. Życie toczyło się dalej, nawet jeśli czasem tuż obok kamienicy, w której mieściła się restauracja o wielkich oknach rozświetlonych blaskiem znajdowała się wciąż poczerniała fasada, a naprzeciwko budynek świeżo odmalowany.<br />
Mogłaby to jakoś skomentować, po raz setny powiedzieć, że nie pojmuje, jak ktoś mógł to popierać: bo rozumiała sam cel, zasianie strachu i pokazanie potęgi, zaprezentowanie, że albo padniesz na kolana, albo stracisz wszystko. Rozumiała strach. Rozumiała wycofanie się tym strachem spowodowane. Ale nie rozumiała faktycznego uznania, że aha, to jednak dajemy szczere poparcie.<br />
Słowa jednak nic by nie zmieniły, zostały wypowiedziane wiele razy i chyba dziś lepiej było skupić się właśnie na tym, że chociaż miasto i mieszkańcy zostali poranieni, to życie znów toczyło się dalej.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – To co? Chcesz się rozdzielić i próbujemy znaleźć w pół godziny coś, co się spodoba albo rozbawi sztuk trzy, i wymieniamy wszystko na raz, czy wolisz po kolei wchodzić do sklepów i komentować każdą oglądaną rzecz po kolei?</span> – spytała, schodząc ze stopni, prowadzących do sklepu zoologicznego, gdzie zapłacili za klatkę, legowisko, jedzenie i podręcznik. Brenna była ciekawa, czy jego skrzat umiał czytać i będzie mógł się z nim zapoznać. Mieli odebrać dwie przygotowane już i spakowane paczki przed zamknięciem, żeby nie musieć targać ze sobą rzeczy przez Pokątną i Horyzontalną. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – Solennie obiecuję nie wchodzić do apteki Lupinów, jakbyś uważał, że musisz tego dopilnować. Żadnych maści na kręgosłup</span> – przyrzekła jeszcze, nawet jeśli jakiś diablik na ramieniu szeptał, że o, taka meliska na uspokojenie, to byłoby naprawdę świetne!]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5715&amp;pid=86167#pid86167" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">Realizacja bingo</a><br />
<br />
Magiczne ulice wciąż nie wyglądały tak, jak jeszcze kilka miesięcy temu. Parę budynków spłonęło doszczętnie i tych nie odbudowano. Niektóre sklepy straszyły pozabijanymi oknami i drzwiami, zamknięte czy to z powodu zniszczeń, klątw i strat w towarze pozostałych po Spalonej Nocy, czy bo ich właścicieli spotkało coś złego na londyńskich ulicach. Przechodniów było jakby mniej, może dlatego, że jesienią zmierzch nadciągał wcześnie, a do pory, w której rozbłysną latarnie, nie zostało już jakoś wiele czasy.<br />
Ale i tak Londyn powoli wracał do życia.<br />
Wiele nadpalonych dachów naprawiono, wybite okna wstawiono z powrotem, a popioły nie zalegały już przynajmniej na głównych ulicach. Część sklepów działała już normalnie, i gdy mijali kolejne budynki, widzieli na witrynach wystawione towary, niekiedy ludzi kręcących się w środku. Życie toczyło się dalej, nawet jeśli czasem tuż obok kamienicy, w której mieściła się restauracja o wielkich oknach rozświetlonych blaskiem znajdowała się wciąż poczerniała fasada, a naprzeciwko budynek świeżo odmalowany.<br />
Mogłaby to jakoś skomentować, po raz setny powiedzieć, że nie pojmuje, jak ktoś mógł to popierać: bo rozumiała sam cel, zasianie strachu i pokazanie potęgi, zaprezentowanie, że albo padniesz na kolana, albo stracisz wszystko. Rozumiała strach. Rozumiała wycofanie się tym strachem spowodowane. Ale nie rozumiała faktycznego uznania, że aha, to jednak dajemy szczere poparcie.<br />
Słowa jednak nic by nie zmieniły, zostały wypowiedziane wiele razy i chyba dziś lepiej było skupić się właśnie na tym, że chociaż miasto i mieszkańcy zostali poranieni, to życie znów toczyło się dalej.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – To co? Chcesz się rozdzielić i próbujemy znaleźć w pół godziny coś, co się spodoba albo rozbawi sztuk trzy, i wymieniamy wszystko na raz, czy wolisz po kolei wchodzić do sklepów i komentować każdą oglądaną rzecz po kolei?</span> – spytała, schodząc ze stopni, prowadzących do sklepu zoologicznego, gdzie zapłacili za klatkę, legowisko, jedzenie i podręcznik. Brenna była ciekawa, czy jego skrzat umiał czytać i będzie mógł się z nim zapoznać. Mieli odebrać dwie przygotowane już i spakowane paczki przed zamknięciem, żeby nie musieć targać ze sobą rzeczy przez Pokątną i Horyzontalną. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – Solennie obiecuję nie wchodzić do apteki Lupinów, jakbyś uważał, że musisz tego dopilnować. Żadnych maści na kręgosłup</span> – przyrzekła jeszcze, nawet jeśli jakiś diablik na ramieniu szeptał, że o, taka meliska na uspokojenie, to byłoby naprawdę świetne!]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[22.10.72] Sweetness and bitterness in your cakes [Alex&Nora]]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5702</link>
			<pubDate>Wed, 11 Feb 2026 14:20:06 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=617">Alexander Aristov</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5702</guid>
			<description><![CDATA[Róż. Alexander nie przepadał za tym kolorem. To nie tak, że go nienawidził... Po tym jak Brenna próbowała go kiedyś przekonać, że różowe zasłony do jego domu będą wpasowywały się idealnie w harmonię Little Hanglenton, Alexander zaczął poważnie rozmyślać nad tym kolorem. No bo w zasadzie, to co było złego w różu? Przecież sam kupił kiedyś Yelenie różowe perły, które tak bardzo chciała. Chyba chciała. A może tak tylko suszyła mu o nie głowę, byle tylko suszyć mu o nie głowę. Nadal jednak czuł jakąś taką bazową niechęć do tego koloru, jakby była zakodowana w jego genach. Razem z nienawiścią do Karkaroffów. A tak się akurat składało, że miejsce, które dzisiaj odwiedzał było całe pomalowane na różowo. Słodko. Nawet zapach, który wydobywał się z tego miejsca był... Słodki. Jakby kolor i zapach były ze sobą silnie powiązane i nierozerwalne. Jednak zapach, który dotarł do jego nosa, gdy Aristov stanął pod Klubokawiarnią, zdawał się dotykać jakiegoś takiego prywatnego zakamarka jego duszy. <br />
Co jednak Alexander robił w Norze Nory? Była godzina osiemnasta, punktualnie. Jakby Alexander stanął tam z zegarkiem w ręku. No i oczywiscie to wszystko była sprawka Brenny. To jej wina, ze się tam znalazł, a może w zasadzie zasługa? Panna Longbottom kiedyś poleciła mu to miejsce, a przynajmniej tak mu się wydawało, bo przecież Brenna mówiła wiele rzeczy, częśc z nich Alexandrowi umykała, ale miał wrażenie, że to akurat miejsce Brenna określiła jako jedyne w swoim rodzaju. I w zasadzie Alexander nie mógł się z tym niezgodzić. Cała ulica była poważna, stonowana, spokojna. I nagle TO. Cały ten róż, słodki zapach. Umówił się więc z klientem w tym miejscu, bo klient nasz Pan, a tamten chciał spotkać sie w miejscu publicznym. Więc Alexander zaufał opisowi Brenny i podał ten adres jako miejsce, zaznaczył też wyraźnie czas, bo przecież człowiek, który bierze poważnie swoją pracę, ceni swój czas, jakby był pieniądzem. I podobno tak właśnie jest.<br />
Jednak co takiego, ten zapach, to miejsce, Aristovowi przypomniało? Co takiego poczuł, co takiego zostało dotknięte w nim tak głęboko, że wywołało tak silną reakcję? Bo widzicie, rosjanin stał przed wejściem, przed drzwiami, z których wydobywała się słodka dłoń... i płakał. To znaczy nie do końca płakał, nie szlochał, nie beczał. Łzy powoli spływały mu po policzkach, gorące, słone, aby zaraz zniknąć na jego płaszczu. Aby zginąć, gdzieś na ziemi. Powoli podniósł dłoń do twarzy, odnajdując tam wilgotne krople.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> -Слезы? -</span> zapytał jakby sam siebie z niedowierzaniem. Przecież on nigdy nie płakał. Zdarzyło mu się to może kilka razy w życiu. Ostatnio na pogrzebie jego matki. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> - мама? -</span> powiedział jeszcze po rosyjsku, stając przed wejściem jak ten kretyn.<br />
Bo to właśnie to ten zapach mu przypomniał. Matkę. Jak stała w kuchi, mimo że mieli przecież od tego ludzi, piekła i gotowała mu pyszności, gdy był jeszcze małym chłopcem. Gdy siedział na za dużym krześlem, machając nogami, a ona uśmiechała się ciepło, nucąc pod nosem jakieś wesołe piosenki. Nie myślał o niej od tak wielu lat. Nie wspominał jej od tak dawna, że ze strachem zauważył, że nie może przywołać w swojej pamięci nawet tego jak wyglądała jej twarz. Postawił więc krok do przodu. Spotkanie z klientem zeszło teraz na dalszy tor, gdzieś zniknęło w jego umyśle, bo im bardziej zbliżał się do kawiarni tym więcej z matki sobie przypominał. Co za dziwne miejsce. Osobliwe. Może... Może nawet jednak polubi ten róż.<br />
Wszedł więc powoli do środka, zamykając za sobą drzwi. Zapach był tutaj znacznie bardziej intensywny, może nawet odroinę przytłaczający, przynajmniej dla niego, ale nie przeszkadzało mu to. Nie w tej chwili. I wtedy zobaczył ją po raz pierwszy. To zapewne była ta Nora, krążyła pomiędzy kuchnią a salą, jakby była w swoim własnym świecie, jakby była w tym miejscu niezniszczalna. A może tylko takie sprawiała wrażenie. Akurat tego późnego popołudnia ruch nie był zbyt duży, choć Alexander nie mógł jasno określić jak "duży' ruch był tutaj zazwyczaj, skoro znajdował się tym miejscu po raz pierwszy. Raz jeszcze wciągnął powietrze głęboko do swoich płuc i powoli zdjął swój płaszcz, odwieszając go na wieszak, stojący koło wejścia. Jak zwykle przy spotkaniach z klientami, Alexander był ubrany dość elegancko. Ciemne spodnie, biała koszula, rozpięta na jeden guzik pod szyją. Nie spodziewał się tutaj żadnych niespodzianek, a jednak. Znalazł tutaj coś, w tym słodkim, różowym miejscu, co przyciągało go do środka. W głąb. Jakby głos matki miał zaraz zabrzmieć kołowo jego ucha jakby jej dłoń miała odgarnąć kosmyki niesfronym włosów z jego czoła. Więc z tym wspomnieniem, Aristov ruszył powoli do lady, obserwując uważnie to co się działo wokół niego. Ludzie zdawali się być tutaj szczęśliwi. Było kilka par, no dobra, większość to były pary, ale jemu towarzyły inne uczucia. Prawda, miłość to miłość, ale zdecydowanie inna, ta nieromantycza, ta towarzysząca relacji dziecko-rodzic. Dlaczego tak łatwo zapomniał o matce? Dlaczego...<br />
Pokręcił szybko głową, za mocno się rozpraszał. Przeniósł swoje spojrzeniem na oszkloną ladę, potem na Norę, jak sądził to była ona, a potem ponownie na ladę, pod którą skrywały się najróżniejsze ciastka, ciasta, torty i inne wypieki i nie tylko. Jego klienta jeszcze tu nie było, więc mógłby w zasadzie coś zamówić, zająć miejsce i czekać. Ale to byłaby strata czasu. Mogłby to spożytkować jakoś inaczej. Nie chciał też za bardzo zatracać się we wspomnieniach. Na to jeszcze przyjdzie czas, na wspominanie matki. Teraz wolał zająć się czymś innym.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> -Dzień dobry. -</span> powiedział bardzo spokojnie, nie uśmiechając się ani trochę. Wyraz twarzy miał chłodny, zdystansowany. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> -Nie jestem dobry w słodycze i inne wypieki, więc... czy jest coś co mogłaby mi Pani polecić? Zdam się na całkowicie na Panią. I poprosiłbym jeszcze czarną kawę. </span><br />
Może troszeczkę, ale tylko troszeczkę, w jego głosie zabrzmiała nuta nadzei. Jakby chciał, aby to co zaproponuje mu kobieta przy ladzie, przywołało więcej wspomnień. Głupia myśl. Alexander nie potrzebował przecież wspomnień, był szczęśliwy z tym co miał teraz. Z tym wszystkim do czego doszedł swoimi własnymi rękoma, z niechcianego małżeństwa, z domu któego nigdy nie potrzebował, z przeprowadzki do obcego kraju, z zostawienia siostry samej z ojcem, którego oboje nie kochali. Był szczęśliwy? Nawet jeśli nie był to nikomu o tym nie powie, a jeśli był.. to tym bardziej będzie milczał.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Róż. Alexander nie przepadał za tym kolorem. To nie tak, że go nienawidził... Po tym jak Brenna próbowała go kiedyś przekonać, że różowe zasłony do jego domu będą wpasowywały się idealnie w harmonię Little Hanglenton, Alexander zaczął poważnie rozmyślać nad tym kolorem. No bo w zasadzie, to co było złego w różu? Przecież sam kupił kiedyś Yelenie różowe perły, które tak bardzo chciała. Chyba chciała. A może tak tylko suszyła mu o nie głowę, byle tylko suszyć mu o nie głowę. Nadal jednak czuł jakąś taką bazową niechęć do tego koloru, jakby była zakodowana w jego genach. Razem z nienawiścią do Karkaroffów. A tak się akurat składało, że miejsce, które dzisiaj odwiedzał było całe pomalowane na różowo. Słodko. Nawet zapach, który wydobywał się z tego miejsca był... Słodki. Jakby kolor i zapach były ze sobą silnie powiązane i nierozerwalne. Jednak zapach, który dotarł do jego nosa, gdy Aristov stanął pod Klubokawiarnią, zdawał się dotykać jakiegoś takiego prywatnego zakamarka jego duszy. <br />
Co jednak Alexander robił w Norze Nory? Była godzina osiemnasta, punktualnie. Jakby Alexander stanął tam z zegarkiem w ręku. No i oczywiscie to wszystko była sprawka Brenny. To jej wina, ze się tam znalazł, a może w zasadzie zasługa? Panna Longbottom kiedyś poleciła mu to miejsce, a przynajmniej tak mu się wydawało, bo przecież Brenna mówiła wiele rzeczy, częśc z nich Alexandrowi umykała, ale miał wrażenie, że to akurat miejsce Brenna określiła jako jedyne w swoim rodzaju. I w zasadzie Alexander nie mógł się z tym niezgodzić. Cała ulica była poważna, stonowana, spokojna. I nagle TO. Cały ten róż, słodki zapach. Umówił się więc z klientem w tym miejscu, bo klient nasz Pan, a tamten chciał spotkać sie w miejscu publicznym. Więc Alexander zaufał opisowi Brenny i podał ten adres jako miejsce, zaznaczył też wyraźnie czas, bo przecież człowiek, który bierze poważnie swoją pracę, ceni swój czas, jakby był pieniądzem. I podobno tak właśnie jest.<br />
Jednak co takiego, ten zapach, to miejsce, Aristovowi przypomniało? Co takiego poczuł, co takiego zostało dotknięte w nim tak głęboko, że wywołało tak silną reakcję? Bo widzicie, rosjanin stał przed wejściem, przed drzwiami, z których wydobywała się słodka dłoń... i płakał. To znaczy nie do końca płakał, nie szlochał, nie beczał. Łzy powoli spływały mu po policzkach, gorące, słone, aby zaraz zniknąć na jego płaszczu. Aby zginąć, gdzieś na ziemi. Powoli podniósł dłoń do twarzy, odnajdując tam wilgotne krople.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> -Слезы? -</span> zapytał jakby sam siebie z niedowierzaniem. Przecież on nigdy nie płakał. Zdarzyło mu się to może kilka razy w życiu. Ostatnio na pogrzebie jego matki. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> - мама? -</span> powiedział jeszcze po rosyjsku, stając przed wejściem jak ten kretyn.<br />
Bo to właśnie to ten zapach mu przypomniał. Matkę. Jak stała w kuchi, mimo że mieli przecież od tego ludzi, piekła i gotowała mu pyszności, gdy był jeszcze małym chłopcem. Gdy siedział na za dużym krześlem, machając nogami, a ona uśmiechała się ciepło, nucąc pod nosem jakieś wesołe piosenki. Nie myślał o niej od tak wielu lat. Nie wspominał jej od tak dawna, że ze strachem zauważył, że nie może przywołać w swojej pamięci nawet tego jak wyglądała jej twarz. Postawił więc krok do przodu. Spotkanie z klientem zeszło teraz na dalszy tor, gdzieś zniknęło w jego umyśle, bo im bardziej zbliżał się do kawiarni tym więcej z matki sobie przypominał. Co za dziwne miejsce. Osobliwe. Może... Może nawet jednak polubi ten róż.<br />
Wszedł więc powoli do środka, zamykając za sobą drzwi. Zapach był tutaj znacznie bardziej intensywny, może nawet odroinę przytłaczający, przynajmniej dla niego, ale nie przeszkadzało mu to. Nie w tej chwili. I wtedy zobaczył ją po raz pierwszy. To zapewne była ta Nora, krążyła pomiędzy kuchnią a salą, jakby była w swoim własnym świecie, jakby była w tym miejscu niezniszczalna. A może tylko takie sprawiała wrażenie. Akurat tego późnego popołudnia ruch nie był zbyt duży, choć Alexander nie mógł jasno określić jak "duży' ruch był tutaj zazwyczaj, skoro znajdował się tym miejscu po raz pierwszy. Raz jeszcze wciągnął powietrze głęboko do swoich płuc i powoli zdjął swój płaszcz, odwieszając go na wieszak, stojący koło wejścia. Jak zwykle przy spotkaniach z klientami, Alexander był ubrany dość elegancko. Ciemne spodnie, biała koszula, rozpięta na jeden guzik pod szyją. Nie spodziewał się tutaj żadnych niespodzianek, a jednak. Znalazł tutaj coś, w tym słodkim, różowym miejscu, co przyciągało go do środka. W głąb. Jakby głos matki miał zaraz zabrzmieć kołowo jego ucha jakby jej dłoń miała odgarnąć kosmyki niesfronym włosów z jego czoła. Więc z tym wspomnieniem, Aristov ruszył powoli do lady, obserwując uważnie to co się działo wokół niego. Ludzie zdawali się być tutaj szczęśliwi. Było kilka par, no dobra, większość to były pary, ale jemu towarzyły inne uczucia. Prawda, miłość to miłość, ale zdecydowanie inna, ta nieromantycza, ta towarzysząca relacji dziecko-rodzic. Dlaczego tak łatwo zapomniał o matce? Dlaczego...<br />
Pokręcił szybko głową, za mocno się rozpraszał. Przeniósł swoje spojrzeniem na oszkloną ladę, potem na Norę, jak sądził to była ona, a potem ponownie na ladę, pod którą skrywały się najróżniejsze ciastka, ciasta, torty i inne wypieki i nie tylko. Jego klienta jeszcze tu nie było, więc mógłby w zasadzie coś zamówić, zająć miejsce i czekać. Ale to byłaby strata czasu. Mogłby to spożytkować jakoś inaczej. Nie chciał też za bardzo zatracać się we wspomnieniach. Na to jeszcze przyjdzie czas, na wspominanie matki. Teraz wolał zająć się czymś innym.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> -Dzień dobry. -</span> powiedział bardzo spokojnie, nie uśmiechając się ani trochę. Wyraz twarzy miał chłodny, zdystansowany. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> -Nie jestem dobry w słodycze i inne wypieki, więc... czy jest coś co mogłaby mi Pani polecić? Zdam się na całkowicie na Panią. I poprosiłbym jeszcze czarną kawę. </span><br />
Może troszeczkę, ale tylko troszeczkę, w jego głosie zabrzmiała nuta nadzei. Jakby chciał, aby to co zaproponuje mu kobieta przy ladzie, przywołało więcej wspomnień. Głupia myśl. Alexander nie potrzebował przecież wspomnień, był szczęśliwy z tym co miał teraz. Z tym wszystkim do czego doszedł swoimi własnymi rękoma, z niechcianego małżeństwa, z domu któego nigdy nie potrzebował, z przeprowadzki do obcego kraju, z zostawienia siostry samej z ojcem, którego oboje nie kochali. Był szczęśliwy? Nawet jeśli nie był to nikomu o tym nie powie, a jeśli był.. to tym bardziej będzie milczał.]]></content:encoded>
		</item>
	</channel>
</rss>