<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0" xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">
	<channel>
		<title><![CDATA[Secrets of London - Aleja Horyzontalna]]></title>
		<link>https://secretsoflondon.pl/</link>
		<description><![CDATA[Secrets of London - https://secretsoflondon.pl]]></description>
		<pubDate>Sun, 18 Oct 2026 06:56:41 +0000</pubDate>
		<generator>MyBB</generator>
		<item>
			<title><![CDATA[[08.09] Czy ogień jest nowym bahanocydem? | Spalona Noc, mieszkanie Percivala]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6516</link>
			<pubDate>Tue, 13 Oct 2026 23:07:48 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=666">Percival Fletcher</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6516</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">08.09.1972, kawalerka Percivala, Aleja Horyzontalna, Londyn</div>
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Nie ma to jak w domu</span>, chciałoby się rzec. Jednak nie o tym jako pierwszym pomyślał Percival, gdy otworzył drzwi do swojego mieszkania. W ręku trzymał kilka listów, których jego ojciec, mający pilnować tegoż mieszkania, nie zabrał z wycieraczki, na której sowy dodatkowo kulturalnie nasrały. Drugą dłoń zaciskał na skórzanej torbie z częścią rzeczy, które zamierzał zostawić w mieszkaniu. Nie zabierał od razu wszystkiego, znaczną część swoich bagaży zostawił u matki, bo to ją pierwszą odwiedził, gdy wrócił z Francji. Spędził u niej dwa dni, pomógł trochę w ogrodzie, aż w końcu postanowił wybrać się do Londynu, jeszcze bez swoich przedmiotów osobistych. Najpierw chciał posprzątać swoje stare mieszkanie, doprowadzić je do użyteczności po tych czterech, pięciu latach tylko krótkotrwałych odwiedzin przez zaufanych bliskich. Gdy jednak otworzył drzwi, nie pomyślał o domu. Miał wrażenie, że ten zostawił za sobą, w Paryżu. Pomyślał jedynie „jak ja się do tego na nowo przyzwyczaję?”, szczególnie gdy zobaczył światło jednej z lamp ulicznych gwałtownie wdzierające się do malutkiego wnętrza przez okno w salono-kuchni. <br />
<br />
Bo chyba tak można było to nazwać. Właściwie, nie. Pomieszczenie było raczej salono-kuchnio-gabinetem, bo każda ściana była zakryta jak nie przez szafki kuchenne po stronie kuchennej, to przez drewniane regały, kiedyś pełne książek, dzisiaj boleśnie wręcz puste. Miał jeszcze jeden pokój, małą sypialnię, gdzie całą ścianę naprzeciwko łóżka zajmowała szafa, ale najpierw chciał skoncentrować się na stanie części dziennej mieszkania. Zanim jednak przekroczył próg, przełknął ślinę. Następnie westchnął i odrobinę śmielej wszedł do środka. Z Dublina oprócz większości rzeczy nie zabrał również laski, co było dziwne, wręcz zaskakujące, bo od czerwca, czyli momentu jej zakupu, nie rozstawał się z nią nawet na krok. Jednak poważniejszego ataku nie miał od kilku tygodni, dlatego w przypływie chwili, zostawił ją opartą o ścianę w przedpokoju irlandzkiego domu rodzinnego. Jeśli miał dostać nagłego ataku, nie zamierzał się przejmować brakiem laski. Przecież i tak nie zamierzał nigdzie wychodzić, chyba że do The Globe, aby spotkać się z obecnymi pracodawcami. Dobrze, że chociaż różdżki nie zapomniał, ale różdżka była dla niego jak przedłużenie dłoni. Niekiedy miał wrażenie, że bez niej czuł się nieswojo. To tak jakby… Odebrać mu część jego samego. <br />
<br />
Zamknął za sobą drzwi, choć nie na zamek i rzucił torbę na ziemię. Od razu zaczął przechadzać się po mieszkaniu, choć nie ukrywajmy, nie było tam najwięcej powierzchni do <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">przechadzania się</span>. Jak na kawalerkę, mieszkanko było i tak całkiem spore, około trzydziestopięciometrowe, jednak jego układ pozostawiał wiele do życzenia. Zanim wyjechał do Francji, planował coś z nim zrobić, postawić kilka ścian, rozdzielić przestrzeń, poddał się z tym jednak, gdy dostał ofertę wyjazdu do Paryża i nie oglądania się za siebie. Dlatego właśnie teraz przechodził głównie od szafki do szafki, sprawdzając, czy nic się w nich nie zalęgło. W szafkach było o dziwo dosyć czysto, za to zasłony w oknach wyglądałby jakby naprawdę dawno nie były zmieniane ani tym bardziej prane. Postanowił nawet do nich nie podchodzić, bo to o czym nie pomyślał tak samo jak o zabraniu ze sobą laski, było zabranie ze sobą bahanocydu. No przecież skąd miał wiedzieć, że te zasłony wciąż będą wisieć i prawdopodobnie będą ulubionym miejscem bahanków? Nie znał się co prawda ani na magicznych stworzeniach, ani na eliksirach czy innych specyfikach, ale przez ostatnie dwa dni się tyle o nich nasłuchał, że miał wrażenie jakby bahanki latały mu przed oczami, gdy tylko je zamykał, chcąc pomyśleć o czymś miłym. <br />
<br />
Zanotował w głowie, że definitywnie będzie musiał nazajutrz wybrać się do odpowiedniego sklepu, aby kupić środek na szkodniki i ewentualne antidotum na ich jad. Na razie jednak zamierzał zaryzykować i spędzić tutaj trochę czasu. Przecież i tak nie planował spać. Dlatego też wrócił do swojej torby, otworzył ją i wyciągnął książkę leżącą na wierzchu. Zwykle nie czytał takich powieści, ale jakoś wpadła mu w ręce, gdy wcześniej tego dnia odwiedził księgarnię. Było to romansidło jakiejś młodej pisarki i zapowiadało się całkiem miło. Zamierzał przeczytać kilka rozdziałów, a następnie wziąć się za porządki. Miał wrażenie, że skoro nie było aż takiej tragedii, mogło wystarczyć, aby rzucił kilka mało wymagających zaklęć i byłoby po sprawie. Dając się porwać temu pozytywnemu myśleniu nawet się uśmiechnął i stwierdził, że może jednak zdoła się wkrótce poczuć tu jak w domu. W końcu jego mieszkanie w Paryżu nie było o wiele większe, choć zdecydowanie wydawało się takie przez inny układ i odpowiednio rozdzielone pomieszczenia.<br />
<br />
I pewnie wziąłby się za sprzątanie, gdy jednak przeczytawszy rozdział książki, wciąż siedząc na krześle przy małym stole dla czterech osób, usłyszał jakieś zamieszanie na ulicy. Zrobiło się też niesamowicie wręcz ciemno, a następnie jasno, jakby ogień pożerał okoliczne budynki. Coś podpowiedziało mu, że nierozsądnym byłoby podchodzić do okna. Zanim jednak zdecydował się zrobić cokolwiek, fala gorącego powietrza wdarła się do środka przez szybę, wcześniej ją rozbijając. Odrzuciło go na podłogę i zanim się zorientował, leżał na podłodze, a wszystko wokół niego zaczynało płonąć. Jego oczy rozszerzyły się z przerażenia, choć nigdy w dotychczasowym życiu nie bał się ognia. Jednak nigdy też nie widział go aż tyle. <br />
<br />
Płomienie połykały wszystko, począwszy od tych nieszczęsnych zasłon (z których dziwnym trafem dobiegał nagle pisk stworzonek, które rzeczywiście musiały się tam zagnieździć), kończąc na regałach. Wielkimi liźnięciami docierały też coraz bliżej Percivala, który szybko, w przypływie adrenaliny sięgnął po różdżkę, która upadła obok niego. Następnie podniósł się na równe nogi i wycelował różdzką w płomienie. Zawahał się, zastanawiając się nad tym, czy rzucenie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">aquamenti</span> wystarczy przy takiej ilości śmiercionośnego ognia, jednak nie robił tego zbyt długo. Jeśli nie chciał spłonąć żywcem, jeśli chciał, aby cokolwiek z tego nieszczęsnego mieszkania jeszcze się zachowało, musiał działać szybko, bez nadmiernego myślenia. <br />
<br />
Wykonał odpowiedni ruch różdżką i głośno, z niezwykłym wręcz, jak na sytuację, w której się znajdował, opanowaniem wypowiedział inkantację zaklęcia tworzącego strumień wody. Skierował go najpierw na miejsca, które najbardziej potrzebowały ugaszenia. Gdy ogień zaczął faktycznie maleć, poczuł ulgę mimo tego, że miał wrażenie jakby dusił się dymem. Rozkaszlał się, ale dzielnie stał na nogach i gasił ogień. Trochę mu to zajęło, aby pozbyć się całego tego przeklętego ognia, ale fakt, że dawał się ugasić w pewien sposób napawał go optymizmem. Nie wszystko było stracone, choć w rzeczywistości część paneli i mebli była widocznie liźnięta płomieniami. A jeśli ogień dawał się ugasić, znaczyło to przynajmniej tyle, że pożar, choć najprawdopodobniej nienaturalny i wywołany zaklęciami czarnomagicznymi, nie był Szatańską Pożogą. Gdyby nią był, Percival dawno już by spłonął, a razem z nim wszystkie meble i przedmioty znajdujące się w mieszkaniu, nawet ta sterta listów położona na małej komódce przy wejściu. Ba, nie tylko to. Gdyby to była klątwa, nie byłoby już nawet i całej Alei Horyzontalnej. <br />
<br />
W końcu, gdy już wydawało mu się, że wszystko zostało ugaszone, opuścił różdżkę, rozglądając się dookoła. Wcześniej oprócz krzyków, ogólnej wrzawy i paniki panującej na ulicy, słyszał to przerażające trzaskanie ognia próbującego pożreć wszystko na swej drodze. Teraz słyszał tylko krzyki i piski przerażonych, uciekających ze swoich domostw, mieszkań i lokali ludzi. Rozejrzał się dookoła po tym jak przetarł załzawione od dymu oczy lekko osmolonym rękawem. Ruchem tym wcale sobie nie pomógł, a jedynie zaszkodził, ale postanowił zignorować to niemiłosierne pieczenie. Skoncentrował swój wzrok na listach, w których tlił się maleńki płomyk, jeden, jedyny nieugaszony. Od razu do nich podbiegł, kaszląc tak, jakby zaraz miał wyzionąć ducha. Złapał je, zrzucił na podłogę i przydeptał kilka razy. Dopiero po tym podniósł je i szybko rzucił na nie okiem. Miał nadzieję, że uda mu się te listy przeczytać, skoro ich niewielka sterta została uratowana od doszczętnego spalenia się, jednak wokół niego były bardziej naglące sprawy. Na przykład wyjrzenie przez okno, aby zobaczyć co tak właściwie się dzieje w tym przeklętym Londynie - i dlaczego akurat dzisiaj, chwilę po tym jak stwierdził, że dobrym pomysłem będzie powrót do tego miasta.<br />
<br />
Wiedział, że to zwykły zbieg okoliczności, przecież na niego nikt nie polował… Chyba… Ale poczuł zawód na myśl, że jego pierwszy wieczór w tym przeklętym mieście musi wyglądać właśnie w ten sposób. Odrobinę obawiając się ewentualnych rozwścieczonych bahanek w pozostałościach zasłon, podszedł do okna i wyjrzał przez nie. Szyba była wybita, musiał więc uważać, aby przypadkiem nie oprzeć dłoni o ostrą krawędź szkła. Gdy jednak wyjrzał na ulicę, stwierdził, że jego sytuacja nie była najgorsza. Jemu przynajmniej udało się ugasić pożar i może renowacja mieszkania nie będzie tak trudna jak w reszcie lokacji w mieście. <br />
<br />
Miał wrażenie, że powietrze było aż gęste od dymu. Już przestał zwracać uwagę na to, że ciągle kaszlał, bo dym wypełniający jego mieszkanie, wdarł mu się bezpowrotnie do płuc i nie zamierzał z nich wyjść. Mimo to, miał wrażenie, że jeśli wyjdzie z mieszkania, następnie z kamienicy, to na ulicy dym będzie jeszcze gorszy. Powietrze wydawało się tak gęste, że można by je nożem kroić, a i to mogło okazać się bezskuteczne. Przez kłęby szarości i czerni miał wrażenie, że nie da się dostrzec ludzi. <br />
<br />
Jednak odezwało się w nim coś… Cóż z Gryfona. Coś, co powinno się było odezwać już chwilę temu, od razu, gdy opanował swoją sytuację. Zerwał się na równe nogi i dobiegł do drzwi. Wyjrzał na klatkę i zobaczył… Nic. Właściwie, na klatce schodowej było spokojnie. Dym wisiał w powietrzu, oczywiście, że wisiał, ale nie było krzyków ani wrzawy. Przez myśli Percy'ego przeszło, że nie miał kto krzyczeć, przecież dwa inne mieszkania znajdujące się w kamienicy stały puste, czekając na wynajęcie lub kupno przez kogoś, kogo będzie na to stać. Budynek sam w sobie nigdy nie groził zawaleniem, ale kto wie, jak będzie po tym wieczorze? <br />
<br />
Zaczął zbiegać po schodach na dół, zostawiając otwarte drzwi do mieszkania. Nie sądził, aby ktokolwiek chciał go okraść. W końcu wszystko było osmolone, ściany, meble, podłoga. Ogień wydawał się nie tknąć tylko jednego krzesła - tego, na którym Percy czytał książkę na moment przed atakiem. Mężczyzna nie miał za wiele do stracenia, a przynajmniej nie w tym mieszkaniu. Dlatego postanowił chociaż spróbować pomóc innym. <br />
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">Koniec sesji</div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">08.09.1972, kawalerka Percivala, Aleja Horyzontalna, Londyn</div>
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Nie ma to jak w domu</span>, chciałoby się rzec. Jednak nie o tym jako pierwszym pomyślał Percival, gdy otworzył drzwi do swojego mieszkania. W ręku trzymał kilka listów, których jego ojciec, mający pilnować tegoż mieszkania, nie zabrał z wycieraczki, na której sowy dodatkowo kulturalnie nasrały. Drugą dłoń zaciskał na skórzanej torbie z częścią rzeczy, które zamierzał zostawić w mieszkaniu. Nie zabierał od razu wszystkiego, znaczną część swoich bagaży zostawił u matki, bo to ją pierwszą odwiedził, gdy wrócił z Francji. Spędził u niej dwa dni, pomógł trochę w ogrodzie, aż w końcu postanowił wybrać się do Londynu, jeszcze bez swoich przedmiotów osobistych. Najpierw chciał posprzątać swoje stare mieszkanie, doprowadzić je do użyteczności po tych czterech, pięciu latach tylko krótkotrwałych odwiedzin przez zaufanych bliskich. Gdy jednak otworzył drzwi, nie pomyślał o domu. Miał wrażenie, że ten zostawił za sobą, w Paryżu. Pomyślał jedynie „jak ja się do tego na nowo przyzwyczaję?”, szczególnie gdy zobaczył światło jednej z lamp ulicznych gwałtownie wdzierające się do malutkiego wnętrza przez okno w salono-kuchni. <br />
<br />
Bo chyba tak można było to nazwać. Właściwie, nie. Pomieszczenie było raczej salono-kuchnio-gabinetem, bo każda ściana była zakryta jak nie przez szafki kuchenne po stronie kuchennej, to przez drewniane regały, kiedyś pełne książek, dzisiaj boleśnie wręcz puste. Miał jeszcze jeden pokój, małą sypialnię, gdzie całą ścianę naprzeciwko łóżka zajmowała szafa, ale najpierw chciał skoncentrować się na stanie części dziennej mieszkania. Zanim jednak przekroczył próg, przełknął ślinę. Następnie westchnął i odrobinę śmielej wszedł do środka. Z Dublina oprócz większości rzeczy nie zabrał również laski, co było dziwne, wręcz zaskakujące, bo od czerwca, czyli momentu jej zakupu, nie rozstawał się z nią nawet na krok. Jednak poważniejszego ataku nie miał od kilku tygodni, dlatego w przypływie chwili, zostawił ją opartą o ścianę w przedpokoju irlandzkiego domu rodzinnego. Jeśli miał dostać nagłego ataku, nie zamierzał się przejmować brakiem laski. Przecież i tak nie zamierzał nigdzie wychodzić, chyba że do The Globe, aby spotkać się z obecnymi pracodawcami. Dobrze, że chociaż różdżki nie zapomniał, ale różdżka była dla niego jak przedłużenie dłoni. Niekiedy miał wrażenie, że bez niej czuł się nieswojo. To tak jakby… Odebrać mu część jego samego. <br />
<br />
Zamknął za sobą drzwi, choć nie na zamek i rzucił torbę na ziemię. Od razu zaczął przechadzać się po mieszkaniu, choć nie ukrywajmy, nie było tam najwięcej powierzchni do <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">przechadzania się</span>. Jak na kawalerkę, mieszkanko było i tak całkiem spore, około trzydziestopięciometrowe, jednak jego układ pozostawiał wiele do życzenia. Zanim wyjechał do Francji, planował coś z nim zrobić, postawić kilka ścian, rozdzielić przestrzeń, poddał się z tym jednak, gdy dostał ofertę wyjazdu do Paryża i nie oglądania się za siebie. Dlatego właśnie teraz przechodził głównie od szafki do szafki, sprawdzając, czy nic się w nich nie zalęgło. W szafkach było o dziwo dosyć czysto, za to zasłony w oknach wyglądałby jakby naprawdę dawno nie były zmieniane ani tym bardziej prane. Postanowił nawet do nich nie podchodzić, bo to o czym nie pomyślał tak samo jak o zabraniu ze sobą laski, było zabranie ze sobą bahanocydu. No przecież skąd miał wiedzieć, że te zasłony wciąż będą wisieć i prawdopodobnie będą ulubionym miejscem bahanków? Nie znał się co prawda ani na magicznych stworzeniach, ani na eliksirach czy innych specyfikach, ale przez ostatnie dwa dni się tyle o nich nasłuchał, że miał wrażenie jakby bahanki latały mu przed oczami, gdy tylko je zamykał, chcąc pomyśleć o czymś miłym. <br />
<br />
Zanotował w głowie, że definitywnie będzie musiał nazajutrz wybrać się do odpowiedniego sklepu, aby kupić środek na szkodniki i ewentualne antidotum na ich jad. Na razie jednak zamierzał zaryzykować i spędzić tutaj trochę czasu. Przecież i tak nie planował spać. Dlatego też wrócił do swojej torby, otworzył ją i wyciągnął książkę leżącą na wierzchu. Zwykle nie czytał takich powieści, ale jakoś wpadła mu w ręce, gdy wcześniej tego dnia odwiedził księgarnię. Było to romansidło jakiejś młodej pisarki i zapowiadało się całkiem miło. Zamierzał przeczytać kilka rozdziałów, a następnie wziąć się za porządki. Miał wrażenie, że skoro nie było aż takiej tragedii, mogło wystarczyć, aby rzucił kilka mało wymagających zaklęć i byłoby po sprawie. Dając się porwać temu pozytywnemu myśleniu nawet się uśmiechnął i stwierdził, że może jednak zdoła się wkrótce poczuć tu jak w domu. W końcu jego mieszkanie w Paryżu nie było o wiele większe, choć zdecydowanie wydawało się takie przez inny układ i odpowiednio rozdzielone pomieszczenia.<br />
<br />
I pewnie wziąłby się za sprzątanie, gdy jednak przeczytawszy rozdział książki, wciąż siedząc na krześle przy małym stole dla czterech osób, usłyszał jakieś zamieszanie na ulicy. Zrobiło się też niesamowicie wręcz ciemno, a następnie jasno, jakby ogień pożerał okoliczne budynki. Coś podpowiedziało mu, że nierozsądnym byłoby podchodzić do okna. Zanim jednak zdecydował się zrobić cokolwiek, fala gorącego powietrza wdarła się do środka przez szybę, wcześniej ją rozbijając. Odrzuciło go na podłogę i zanim się zorientował, leżał na podłodze, a wszystko wokół niego zaczynało płonąć. Jego oczy rozszerzyły się z przerażenia, choć nigdy w dotychczasowym życiu nie bał się ognia. Jednak nigdy też nie widział go aż tyle. <br />
<br />
Płomienie połykały wszystko, począwszy od tych nieszczęsnych zasłon (z których dziwnym trafem dobiegał nagle pisk stworzonek, które rzeczywiście musiały się tam zagnieździć), kończąc na regałach. Wielkimi liźnięciami docierały też coraz bliżej Percivala, który szybko, w przypływie adrenaliny sięgnął po różdżkę, która upadła obok niego. Następnie podniósł się na równe nogi i wycelował różdzką w płomienie. Zawahał się, zastanawiając się nad tym, czy rzucenie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">aquamenti</span> wystarczy przy takiej ilości śmiercionośnego ognia, jednak nie robił tego zbyt długo. Jeśli nie chciał spłonąć żywcem, jeśli chciał, aby cokolwiek z tego nieszczęsnego mieszkania jeszcze się zachowało, musiał działać szybko, bez nadmiernego myślenia. <br />
<br />
Wykonał odpowiedni ruch różdżką i głośno, z niezwykłym wręcz, jak na sytuację, w której się znajdował, opanowaniem wypowiedział inkantację zaklęcia tworzącego strumień wody. Skierował go najpierw na miejsca, które najbardziej potrzebowały ugaszenia. Gdy ogień zaczął faktycznie maleć, poczuł ulgę mimo tego, że miał wrażenie jakby dusił się dymem. Rozkaszlał się, ale dzielnie stał na nogach i gasił ogień. Trochę mu to zajęło, aby pozbyć się całego tego przeklętego ognia, ale fakt, że dawał się ugasić w pewien sposób napawał go optymizmem. Nie wszystko było stracone, choć w rzeczywistości część paneli i mebli była widocznie liźnięta płomieniami. A jeśli ogień dawał się ugasić, znaczyło to przynajmniej tyle, że pożar, choć najprawdopodobniej nienaturalny i wywołany zaklęciami czarnomagicznymi, nie był Szatańską Pożogą. Gdyby nią był, Percival dawno już by spłonął, a razem z nim wszystkie meble i przedmioty znajdujące się w mieszkaniu, nawet ta sterta listów położona na małej komódce przy wejściu. Ba, nie tylko to. Gdyby to była klątwa, nie byłoby już nawet i całej Alei Horyzontalnej. <br />
<br />
W końcu, gdy już wydawało mu się, że wszystko zostało ugaszone, opuścił różdżkę, rozglądając się dookoła. Wcześniej oprócz krzyków, ogólnej wrzawy i paniki panującej na ulicy, słyszał to przerażające trzaskanie ognia próbującego pożreć wszystko na swej drodze. Teraz słyszał tylko krzyki i piski przerażonych, uciekających ze swoich domostw, mieszkań i lokali ludzi. Rozejrzał się dookoła po tym jak przetarł załzawione od dymu oczy lekko osmolonym rękawem. Ruchem tym wcale sobie nie pomógł, a jedynie zaszkodził, ale postanowił zignorować to niemiłosierne pieczenie. Skoncentrował swój wzrok na listach, w których tlił się maleńki płomyk, jeden, jedyny nieugaszony. Od razu do nich podbiegł, kaszląc tak, jakby zaraz miał wyzionąć ducha. Złapał je, zrzucił na podłogę i przydeptał kilka razy. Dopiero po tym podniósł je i szybko rzucił na nie okiem. Miał nadzieję, że uda mu się te listy przeczytać, skoro ich niewielka sterta została uratowana od doszczętnego spalenia się, jednak wokół niego były bardziej naglące sprawy. Na przykład wyjrzenie przez okno, aby zobaczyć co tak właściwie się dzieje w tym przeklętym Londynie - i dlaczego akurat dzisiaj, chwilę po tym jak stwierdził, że dobrym pomysłem będzie powrót do tego miasta.<br />
<br />
Wiedział, że to zwykły zbieg okoliczności, przecież na niego nikt nie polował… Chyba… Ale poczuł zawód na myśl, że jego pierwszy wieczór w tym przeklętym mieście musi wyglądać właśnie w ten sposób. Odrobinę obawiając się ewentualnych rozwścieczonych bahanek w pozostałościach zasłon, podszedł do okna i wyjrzał przez nie. Szyba była wybita, musiał więc uważać, aby przypadkiem nie oprzeć dłoni o ostrą krawędź szkła. Gdy jednak wyjrzał na ulicę, stwierdził, że jego sytuacja nie była najgorsza. Jemu przynajmniej udało się ugasić pożar i może renowacja mieszkania nie będzie tak trudna jak w reszcie lokacji w mieście. <br />
<br />
Miał wrażenie, że powietrze było aż gęste od dymu. Już przestał zwracać uwagę na to, że ciągle kaszlał, bo dym wypełniający jego mieszkanie, wdarł mu się bezpowrotnie do płuc i nie zamierzał z nich wyjść. Mimo to, miał wrażenie, że jeśli wyjdzie z mieszkania, następnie z kamienicy, to na ulicy dym będzie jeszcze gorszy. Powietrze wydawało się tak gęste, że można by je nożem kroić, a i to mogło okazać się bezskuteczne. Przez kłęby szarości i czerni miał wrażenie, że nie da się dostrzec ludzi. <br />
<br />
Jednak odezwało się w nim coś… Cóż z Gryfona. Coś, co powinno się było odezwać już chwilę temu, od razu, gdy opanował swoją sytuację. Zerwał się na równe nogi i dobiegł do drzwi. Wyjrzał na klatkę i zobaczył… Nic. Właściwie, na klatce schodowej było spokojnie. Dym wisiał w powietrzu, oczywiście, że wisiał, ale nie było krzyków ani wrzawy. Przez myśli Percy'ego przeszło, że nie miał kto krzyczeć, przecież dwa inne mieszkania znajdujące się w kamienicy stały puste, czekając na wynajęcie lub kupno przez kogoś, kogo będzie na to stać. Budynek sam w sobie nigdy nie groził zawaleniem, ale kto wie, jak będzie po tym wieczorze? <br />
<br />
Zaczął zbiegać po schodach na dół, zostawiając otwarte drzwi do mieszkania. Nie sądził, aby ktokolwiek chciał go okraść. W końcu wszystko było osmolone, ściany, meble, podłoga. Ogień wydawał się nie tknąć tylko jednego krzesła - tego, na którym Percy czytał książkę na moment przed atakiem. Mężczyzna nie miał za wiele do stracenia, a przynajmniej nie w tym mieszkaniu. Dlatego postanowił chociaż spróbować pomóc innym. <br />
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">Koniec sesji</div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[23-30.10.1972] Jesiennie wyroby Jo]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6407</link>
			<pubDate>Sun, 13 Sep 2026 00:52:44 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=521">Jolene Bletchley</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6407</guid>
			<description><![CDATA[Od kiedy rodzina Bletchley wprowadziła się do mieszkania Anthony'ego, Jolene sukcesywnie przejmowała coraz większą kontrolę nad kuchnią (oczywiście za zgodą właściciela). Aktualnie to miejsce stało się jej małym królestwem, ponieważ gotowanie oraz tworzenie wyrobów było dla niej odskocznią od chaosu codzienności.<br />
<br />
Jo zawsze pamiętała o tradycjach związanych z Samhain; nie była szczególnie religijna, ale po prostu uwielbiała sezonowe ozdoby oraz posiłki. Jak co roku zabrała się więc za drążenie lampionu z dyni, starając się nadać warzywu klasyczną straszną minę.<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">//</span> Rzut na rzemiosło (III)<br />
<br />
Dynia dla Jolene<br />
[roll=Z]<br />
<br />
Lampion, który finalnie wyszedł spod jej rąk, zdecydowanie nie był najładniejszy. Shafiq mógłby z łatwością kupić o wiele lepiej wyglądającą ozdobę, wykonaną przez profesjonalnych artystów. Ale gdzie byłaby w tym zabawa? Własnoręcznie wykonany lampion dawał satysfakcję niezależnie od tego jak wyglądał, a świecił przecież tak samo. Poza tym pozostałości po drążeniu dyni można było wykorzystać przy gotowaniu.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Od kiedy rodzina Bletchley wprowadziła się do mieszkania Anthony'ego, Jolene sukcesywnie przejmowała coraz większą kontrolę nad kuchnią (oczywiście za zgodą właściciela). Aktualnie to miejsce stało się jej małym królestwem, ponieważ gotowanie oraz tworzenie wyrobów było dla niej odskocznią od chaosu codzienności.<br />
<br />
Jo zawsze pamiętała o tradycjach związanych z Samhain; nie była szczególnie religijna, ale po prostu uwielbiała sezonowe ozdoby oraz posiłki. Jak co roku zabrała się więc za drążenie lampionu z dyni, starając się nadać warzywu klasyczną straszną minę.<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">//</span> Rzut na rzemiosło (III)<br />
<br />
Dynia dla Jolene<br />
[roll=Z]<br />
<br />
Lampion, który finalnie wyszedł spod jej rąk, zdecydowanie nie był najładniejszy. Shafiq mógłby z łatwością kupić o wiele lepiej wyglądającą ozdobę, wykonaną przez profesjonalnych artystów. Ale gdzie byłaby w tym zabawa? Własnoręcznie wykonany lampion dawał satysfakcję niezależnie od tego jak wyglądał, a świecił przecież tak samo. Poza tym pozostałości po drążeniu dyni można było wykorzystać przy gotowaniu.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[19/10/1972] Dom Śmierciożercy]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6397</link>
			<pubDate>Sat, 12 Sep 2026 22:56:48 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=654">Bran Krwiopijca</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6397</guid>
			<description><![CDATA[Falco Ketterigde nie był bogaczem. Miał mieszkanie w kamienicy na Horyzontalnej, które powinno przejść remont — i to najlepiej ze dwadzieścia lat temu. Wystrój był przedwojenny, meble podniszczone, no, miejsce można było śmiało nazwać zapuszczonym. Falco sypiał w ciemnym salonie na wersalce o wypierdzianym materacu, którego sprężyny zawodziły gorzej niż Bean Sidhe. Po zawartościach kuchennych szafek można poznać, że gustował w daniach gotowych, a zawartość kosza na śmieci podpowiadała również nawyk brania obiadu na wynos z tanich knajp, których nazw nawet nie kojarzycie (na tablicy korkowej miał przypięte menu kilku restauracji z Magicznego Londynu, ale nie ma wśród nich oferty Dziurawego Kotła, Zorzy ani co najważniejsze Rejwachu). <br />
<br />
Żył życiem kawalera, i to tego najgorszego sortu.<br />
<br />
Mieszkanie ma również dodatkowy pokój. Jest to kobieca sypialnia, gdzie kurz można połykać, jeśli się nierozważnie zostawi usta zbyt szeroko otwarte. W szafie wiszą damskie szaty w stylu równie przedwojennym, co samo mieszkanie. Pachną kulkami na mole i tandetnymi damskimi perfumami, które kojarzą się z babciami. Odpowiedź na pytanie, kim była owa babcia, znajduje się w dokumentach, które zostały wam udostępnione: tę nieruchomość przed paru laty przepisała na Ketteridge’a ciocia, Lorna Ketteridge, stara panna. Ustalono, że Lorna często podróżuje między Anglią a Stanami Zjednoczonymi, gdzie odwiedza siostrę Falco; zostaje u niej nieraz na długie tygodnie. Siostra ma własną rodzinę, nie utrzymuje kontaktów z bratem. Wezwana na przesłuchanie Lorna zeznała, że o niczym nie wiedziała; rzadko bywała w mieszkaniu i nie miała pojęcia, czym zajmuje się bratanek. W pewien czas po Spalonej Nocy wyjechała znów do USA.<br />
<br />
Gdy docieracie pod drzwi mieszkania, są one wciąż zabezpieczone ministerialnymi plombami. Plomby wyglądają na nienaruszone. Oczywiście wy, jako że przybywacie służbowo, macie prawo je zdjąć. To proste zabezpieczenie runiczne. Otrzymaliście od Bonesa kamienną runę, której przyłożenie do drzwi zdejmie z nich wszystkie zabezpieczenia.<br />
<br />
Ponadto dysponujecie dużym pakietem szczegółowych zdjęć mieszkania, które wykonała ekipa będąca tu przed wami. Będziecie mogli porównać stan, w jakim je zostawili, ze stanem obecnym.<br />
<br />
Mieszkanie ominęła tragedia Spalonej Nocy; jedynie szyby są osmolone. Nikt ich po pożarach nie umył, więc w środku nie ma zbyt dużo naturalnego światła.<br />
<br />
<br />
<div class="mgzadanietytul">zadanie od mistrza gry</div><div class="mgzadanie">Mieszkanie stoi przed wami otworem. Rozejrzyjcie się. Każde z was otrzymuje dwa rzuty na percepcję. Jeden na porównanie zdjęć z obecnym stanem mieszkania, drugi na dodatkową własną obserwację.<br />
<br />
Oznaczajcie mnie do sukcesów (również słabych) lub jeśli będziecie potrzebowali jakiejś dodatkowej informacji. Wystarczy tag na Discordzie, chyba że wolicie ustalić inną formę.<br />
<br />
Po skończeniu wątku przynajmniej jedno z was musi wysłać raport do Bonesa.<br />
<br />
Nadajcie sesji datę fabularną i mi ją zgłoście. Wstępnie jako gracze macie na domknięcie tej sesji czas do 15 listopada.<br />
<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=24" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Brenna Longbottom</a> <a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=38" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Atreus Bulstrode</a></div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Falco Ketterigde nie był bogaczem. Miał mieszkanie w kamienicy na Horyzontalnej, które powinno przejść remont — i to najlepiej ze dwadzieścia lat temu. Wystrój był przedwojenny, meble podniszczone, no, miejsce można było śmiało nazwać zapuszczonym. Falco sypiał w ciemnym salonie na wersalce o wypierdzianym materacu, którego sprężyny zawodziły gorzej niż Bean Sidhe. Po zawartościach kuchennych szafek można poznać, że gustował w daniach gotowych, a zawartość kosza na śmieci podpowiadała również nawyk brania obiadu na wynos z tanich knajp, których nazw nawet nie kojarzycie (na tablicy korkowej miał przypięte menu kilku restauracji z Magicznego Londynu, ale nie ma wśród nich oferty Dziurawego Kotła, Zorzy ani co najważniejsze Rejwachu). <br />
<br />
Żył życiem kawalera, i to tego najgorszego sortu.<br />
<br />
Mieszkanie ma również dodatkowy pokój. Jest to kobieca sypialnia, gdzie kurz można połykać, jeśli się nierozważnie zostawi usta zbyt szeroko otwarte. W szafie wiszą damskie szaty w stylu równie przedwojennym, co samo mieszkanie. Pachną kulkami na mole i tandetnymi damskimi perfumami, które kojarzą się z babciami. Odpowiedź na pytanie, kim była owa babcia, znajduje się w dokumentach, które zostały wam udostępnione: tę nieruchomość przed paru laty przepisała na Ketteridge’a ciocia, Lorna Ketteridge, stara panna. Ustalono, że Lorna często podróżuje między Anglią a Stanami Zjednoczonymi, gdzie odwiedza siostrę Falco; zostaje u niej nieraz na długie tygodnie. Siostra ma własną rodzinę, nie utrzymuje kontaktów z bratem. Wezwana na przesłuchanie Lorna zeznała, że o niczym nie wiedziała; rzadko bywała w mieszkaniu i nie miała pojęcia, czym zajmuje się bratanek. W pewien czas po Spalonej Nocy wyjechała znów do USA.<br />
<br />
Gdy docieracie pod drzwi mieszkania, są one wciąż zabezpieczone ministerialnymi plombami. Plomby wyglądają na nienaruszone. Oczywiście wy, jako że przybywacie służbowo, macie prawo je zdjąć. To proste zabezpieczenie runiczne. Otrzymaliście od Bonesa kamienną runę, której przyłożenie do drzwi zdejmie z nich wszystkie zabezpieczenia.<br />
<br />
Ponadto dysponujecie dużym pakietem szczegółowych zdjęć mieszkania, które wykonała ekipa będąca tu przed wami. Będziecie mogli porównać stan, w jakim je zostawili, ze stanem obecnym.<br />
<br />
Mieszkanie ominęła tragedia Spalonej Nocy; jedynie szyby są osmolone. Nikt ich po pożarach nie umył, więc w środku nie ma zbyt dużo naturalnego światła.<br />
<br />
<br />
<div class="mgzadanietytul">zadanie od mistrza gry</div><div class="mgzadanie">Mieszkanie stoi przed wami otworem. Rozejrzyjcie się. Każde z was otrzymuje dwa rzuty na percepcję. Jeden na porównanie zdjęć z obecnym stanem mieszkania, drugi na dodatkową własną obserwację.<br />
<br />
Oznaczajcie mnie do sukcesów (również słabych) lub jeśli będziecie potrzebowali jakiejś dodatkowej informacji. Wystarczy tag na Discordzie, chyba że wolicie ustalić inną formę.<br />
<br />
Po skończeniu wątku przynajmniej jedno z was musi wysłać raport do Bonesa.<br />
<br />
Nadajcie sesji datę fabularną i mi ją zgłoście. Wstępnie jako gracze macie na domknięcie tej sesji czas do 15 listopada.<br />
<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=24" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Brenna Longbottom</a> <a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=38" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Atreus Bulstrode</a></div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[19.10.1972] The Water Obeyed the Gravity | Rodolphus, Astoria]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6390</link>
			<pubDate>Fri, 11 Sep 2026 11:51:08 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=369">Rodolphus Lestrange</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6390</guid>
			<description><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6276&amp;pid=95005#pid95005" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">walentynkowe bingo</a><br />
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">19 października 1972<br />
Późne popołudnie</div>
<br />
Jesień 1972 roku wkraczała do Anglii chłodnymi, podstępnymi mgłami, które z każdym dniem coraz szczelniej owijały ulice. Dla Rodolphusa Lestrange’a był to czas wyjątkowo intensywnej i precyzyjnie usieciowionej pracy. Wybudowanie sprawnego, międzynarodowego fundamentu pod plany Czarnego Pana wymagało absolutnej przytomności umysłu, ciągłej kontroli i niewzruszonej dyscypliny. A jednak w ten bezwzględny, chłodny rygor wkradł się nagły, nieprzewidziany czynnik. Osiemnastego października, u progu dżdżystego poranka, do okna jego gabinetu w domu w Little Hangleton zapukała sowa pocztowa. Dostarczyła niewielką, starannie złożoną kartkę papieru opatrzoną nieco drżącym, choć wciąż dystyngowanym pismem pani Alderley. Staruszka, której pomógł razem z Astorią, informowała o nagłym i gwałtownym pogorszeniu swojego zdrowia. Prosiła o drobną pomoc w uporządkowaniu bieżących sprawunków oraz załatwieniu eliksirów, z którymi jej własne, osłabione siły nie pozwalały jej się już zmierzyć. Pisała, żeby nie informował na razie Astorii, bo nie chce jej martwić.<br />
<br />
Lestrange zgodził się bez ułamka wahania. Choć jego codzienność wypełniały chłodne kalkulacje i niebezpieczne polityczne gry, wobec pani Alderley i jej prośby nie mógł odmówić - wiedział, że inni mogli patrzeć mu na ręce. I chociaż 17 października uznał, że przestaje gonić króliczka o nazwisku Avery, to nie chciał stracić w jej oczach. Natychmiast porzucił zaplanowane na ten dzień spotkania i wyruszył, by osobiście zająć się jej sprawami. Jeszcze tego samego popołudnia zjawiał się w jej spowitym ciszą domu. Osobiste sprowadzenie i dostarczenie najprzedniejszych, trudno dostępnych eliksirów wzmacniających było dla niego zaledwie wstępem. Z właściwym sobie, chłodnym autorytetem odbył długą i niezwykle rzeczową rozmowę ze sprowadzonym uzdrowicielem, wyciągając od niego bezlitośnie szczegółowe prognozy dotyczące stanu zdrowia staruszki. Diagnoza nie pozostawiała wątpliwości – organizm czarownicy był skrajnie wyczerpany, a przełom miał nastąpić lada moment.<br />
<br />
Gdy dzień później uzdrowiciel bez ogródek oświadczył, że nadchodząca noc będzie dla kobiety absolutnie kluczowa i to właśnie w ciągu najbliższych kilkunastu godzin rozstrzygnie się, czy jej ciało podejmie walkę, Rodolphus działał bez zwłoki. Złamał niewypowiedzianą i nieprzypieczętowaną obietnicę, po czym napisał i wysłał natychmiastową sowę do Astorii. Wiedział, że obecność młodej czarownicy była w tej sytuacji niezbędna – zarówno dla samej pani Alderley, jak i dla spokoju ich obojga.<br />
<br />
Teraz panował półmrok, charakterystyczny dla wczesnego jesiennego wieczoru.<br />
<br />
Rodolphus siedział w przepastnym, wyściełanym ciemnym welurem fotelu w salonie pani Alderley. Pomieszczenie tonęło w miękkim, półmrocznym cieniu, rozświetlanym jedynie nikłym, dogasającym blaskiem resztek drewna w kominku. Na małym stoliku obok jego dłoni stała porcelanowa filiżanka z naparem z ziół, wykończona delikatnym, złoconym rantem. Herbata dawno już jednak wystygła, pokrywając się na powierzchni gładką, nienaruszoną taflą, której Lestrange nawet nie dotknął. Siedział w całkowitym bezruchu, ze wzrokiem utkwionym w wysokim, wąskim oknie salonu. Za szybą deszcz bębnił w monotonny, hipnotyzujący sposób, a mrok nocy zdawał się niemal naciskać na szyby, próbując wlać się do wnętrza ciepłego dotąd domu. Sylwetka czarodzieja była wyprostowana, skrojona w nienaganny, ciemny garnitur, który w ogóle nie stracił swojej formy mimo wielogodzinnego czuwania. Twarz Rodolphusa wyglądała jak rzeźbiona z blednącego marmuru – ponura, nieprzenikniona i zastygała w milczeniu.<br />
<br />
Kilka metrów od niego, po drugiej stronie krótkiego korytarza, znajdowały się drzwi do sypialni staruszki. Były szczelnie zamknięte, odcinając salon od cichego, ciężkiego oddechu śpiącej kobiety. Co jakiś czas zza grubego drewna dobiegał jedynie cichy szmer przesuwanego prześcieradła lub stłumione stąpnięcie doglądającego jej uzdrowiciela.<br />
<br />
Rodolphus nie ruszał się z miejsca. Wyglądał niczym milczący, stalowy strażnik postawiony na granicy dwóch światów. Jego jasne oczy odbijały nikłe błyski deszczu spływającego po zewnętrznej stronie okiennych szyb. W głowie przesuwał kolejne scenariusze, analizując ewentualne konsekwencje nadchodzącego świtu, ale na zewnątrz pozostał absolutnie opanowany. Czekał na krok Astorii i na to, co przyniesie ta długa, niepewna noc. Czy w ogóle dostała sowę? Może szybciej byłoby kogoś po nią posłać już samemu teleportować się do jej pracowni?]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6276&amp;pid=95005#pid95005" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">walentynkowe bingo</a><br />
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">19 października 1972<br />
Późne popołudnie</div>
<br />
Jesień 1972 roku wkraczała do Anglii chłodnymi, podstępnymi mgłami, które z każdym dniem coraz szczelniej owijały ulice. Dla Rodolphusa Lestrange’a był to czas wyjątkowo intensywnej i precyzyjnie usieciowionej pracy. Wybudowanie sprawnego, międzynarodowego fundamentu pod plany Czarnego Pana wymagało absolutnej przytomności umysłu, ciągłej kontroli i niewzruszonej dyscypliny. A jednak w ten bezwzględny, chłodny rygor wkradł się nagły, nieprzewidziany czynnik. Osiemnastego października, u progu dżdżystego poranka, do okna jego gabinetu w domu w Little Hangleton zapukała sowa pocztowa. Dostarczyła niewielką, starannie złożoną kartkę papieru opatrzoną nieco drżącym, choć wciąż dystyngowanym pismem pani Alderley. Staruszka, której pomógł razem z Astorią, informowała o nagłym i gwałtownym pogorszeniu swojego zdrowia. Prosiła o drobną pomoc w uporządkowaniu bieżących sprawunków oraz załatwieniu eliksirów, z którymi jej własne, osłabione siły nie pozwalały jej się już zmierzyć. Pisała, żeby nie informował na razie Astorii, bo nie chce jej martwić.<br />
<br />
Lestrange zgodził się bez ułamka wahania. Choć jego codzienność wypełniały chłodne kalkulacje i niebezpieczne polityczne gry, wobec pani Alderley i jej prośby nie mógł odmówić - wiedział, że inni mogli patrzeć mu na ręce. I chociaż 17 października uznał, że przestaje gonić króliczka o nazwisku Avery, to nie chciał stracić w jej oczach. Natychmiast porzucił zaplanowane na ten dzień spotkania i wyruszył, by osobiście zająć się jej sprawami. Jeszcze tego samego popołudnia zjawiał się w jej spowitym ciszą domu. Osobiste sprowadzenie i dostarczenie najprzedniejszych, trudno dostępnych eliksirów wzmacniających było dla niego zaledwie wstępem. Z właściwym sobie, chłodnym autorytetem odbył długą i niezwykle rzeczową rozmowę ze sprowadzonym uzdrowicielem, wyciągając od niego bezlitośnie szczegółowe prognozy dotyczące stanu zdrowia staruszki. Diagnoza nie pozostawiała wątpliwości – organizm czarownicy był skrajnie wyczerpany, a przełom miał nastąpić lada moment.<br />
<br />
Gdy dzień później uzdrowiciel bez ogródek oświadczył, że nadchodząca noc będzie dla kobiety absolutnie kluczowa i to właśnie w ciągu najbliższych kilkunastu godzin rozstrzygnie się, czy jej ciało podejmie walkę, Rodolphus działał bez zwłoki. Złamał niewypowiedzianą i nieprzypieczętowaną obietnicę, po czym napisał i wysłał natychmiastową sowę do Astorii. Wiedział, że obecność młodej czarownicy była w tej sytuacji niezbędna – zarówno dla samej pani Alderley, jak i dla spokoju ich obojga.<br />
<br />
Teraz panował półmrok, charakterystyczny dla wczesnego jesiennego wieczoru.<br />
<br />
Rodolphus siedział w przepastnym, wyściełanym ciemnym welurem fotelu w salonie pani Alderley. Pomieszczenie tonęło w miękkim, półmrocznym cieniu, rozświetlanym jedynie nikłym, dogasającym blaskiem resztek drewna w kominku. Na małym stoliku obok jego dłoni stała porcelanowa filiżanka z naparem z ziół, wykończona delikatnym, złoconym rantem. Herbata dawno już jednak wystygła, pokrywając się na powierzchni gładką, nienaruszoną taflą, której Lestrange nawet nie dotknął. Siedział w całkowitym bezruchu, ze wzrokiem utkwionym w wysokim, wąskim oknie salonu. Za szybą deszcz bębnił w monotonny, hipnotyzujący sposób, a mrok nocy zdawał się niemal naciskać na szyby, próbując wlać się do wnętrza ciepłego dotąd domu. Sylwetka czarodzieja była wyprostowana, skrojona w nienaganny, ciemny garnitur, który w ogóle nie stracił swojej formy mimo wielogodzinnego czuwania. Twarz Rodolphusa wyglądała jak rzeźbiona z blednącego marmuru – ponura, nieprzenikniona i zastygała w milczeniu.<br />
<br />
Kilka metrów od niego, po drugiej stronie krótkiego korytarza, znajdowały się drzwi do sypialni staruszki. Były szczelnie zamknięte, odcinając salon od cichego, ciężkiego oddechu śpiącej kobiety. Co jakiś czas zza grubego drewna dobiegał jedynie cichy szmer przesuwanego prześcieradła lub stłumione stąpnięcie doglądającego jej uzdrowiciela.<br />
<br />
Rodolphus nie ruszał się z miejsca. Wyglądał niczym milczący, stalowy strażnik postawiony na granicy dwóch światów. Jego jasne oczy odbijały nikłe błyski deszczu spływającego po zewnętrznej stronie okiennych szyb. W głowie przesuwał kolejne scenariusze, analizując ewentualne konsekwencje nadchodzącego świtu, ale na zewnątrz pozostał absolutnie opanowany. Czekał na krok Astorii i na to, co przyniesie ta długa, niepewna noc. Czy w ogóle dostała sowę? Może szybciej byłoby kogoś po nią posłać już samemu teleportować się do jej pracowni?]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[01.10.1972] To be, or not to be... can I opt out of both?]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6327</link>
			<pubDate>Tue, 01 Sep 2026 11:25:17 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=453">Prudence Fenwick</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6327</guid>
			<description><![CDATA[<div class="mod"><span class="modtitle">adnotacja moderatora</span><div class="modopis">Rozliczono - Benjy Fenwick - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Bajarz II</span></div></div><p>Jakimś cudem udało im się opóźnić mieszkanie Prudence. Stało się tak po drugiej butelce wina, którą wypiły z Cressidą, kilku ckliwych myślach, którymi podzieliła się z nią Prue, oraz bardzo intensywnym wygłaskaniu kota, który nadal nie miał imienia. Najważniejsze - jej przyjaciółka faktycznie zdążyła się wysuszyć nim ponownie znalazła się na zewnątrz, więc misja zakończyła się sukcesem. Zanim wyszły z mieszkania Bletchley przy ulicy Horyzontalnej kobieta pokazała jej swoją kolekcję parasolek, co również nieco opóźniło ich wyjście. Prue miała sentyment do ich zbierania, nie były to jednak zwykłe parasolki, tylko najbardziej urocze z możliwych. Tak więc przemierzały teraz Aleję Horyzontalną każda ze swoją, wyjątkową parasolką, która miała chronić je od deszczu. Prudence wybrała tę z nietoperzymi uszami, Cressida - białą, która wyglądała jak duch z każdej malowanki dla dzieci.</p>
<p>Spacer do Dziupli zajął im dłużej niż powinien - wiatr wyjątkowo się nasilił, chociaż może niekoniecznie, te dwie butelki wina, które w siebie wlały powodowały, że chodniki wydawały się być szersze niż zazwyczaj. Dotarły jednak w końcu do baru, nieco spóźnione, ale chyba nikt nie powinien tego zauważyć.</p>
<p>Weszły do środka, Prue rozejrzała się po pomieszczeniu, była zdziwiona, że znajdowało się tu tak wiele osób. Najwyraźniej wiele osób zamierzało dyskutować o równych prawach czarodziejów, goblinów i charłaków, albo byli to po prostu normalni klienci, którzy postanowili spędzić w Dziupli ten deszczowy wieczór.</p>
<p><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> - Nie spodziewałam się takich tłumów.</span> - Chciała powiedzieć to całkiem dyskretnie do ucha swojej przyjaciółki, nie do końca jednak jej się to udało - przez co kilka osób zwróciło na nie uwagę. Ups. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Jest wolny stolik!</span> - Odparła również ze sporym entuzjazmem, bo nawet na to nie liczyła, postanowiła ruszyć w jego kierunku, żeby przypadkiem ktoś nie sprzątnął im ich go sprzed nosa. Była bardzo bliska celu, kiedy się o coś potknęła, to znaczy o kogoś potknęła - myślała, że to krzesło, a to jednak był goblin. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Przepraszam.</span> - Nie czekała na jego reakcję, była bardzo zdeterminowana, aby dotrzeć do celu, ciągnęła przy tym Cressidę za rękę, żeby nie daj Merlinie nie zgubić jej w tym tłumie.</p>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div class="mod"><span class="modtitle">adnotacja moderatora</span><div class="modopis">Rozliczono - Benjy Fenwick - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Bajarz II</span></div></div><p>Jakimś cudem udało im się opóźnić mieszkanie Prudence. Stało się tak po drugiej butelce wina, którą wypiły z Cressidą, kilku ckliwych myślach, którymi podzieliła się z nią Prue, oraz bardzo intensywnym wygłaskaniu kota, który nadal nie miał imienia. Najważniejsze - jej przyjaciółka faktycznie zdążyła się wysuszyć nim ponownie znalazła się na zewnątrz, więc misja zakończyła się sukcesem. Zanim wyszły z mieszkania Bletchley przy ulicy Horyzontalnej kobieta pokazała jej swoją kolekcję parasolek, co również nieco opóźniło ich wyjście. Prue miała sentyment do ich zbierania, nie były to jednak zwykłe parasolki, tylko najbardziej urocze z możliwych. Tak więc przemierzały teraz Aleję Horyzontalną każda ze swoją, wyjątkową parasolką, która miała chronić je od deszczu. Prudence wybrała tę z nietoperzymi uszami, Cressida - białą, która wyglądała jak duch z każdej malowanki dla dzieci.</p>
<p>Spacer do Dziupli zajął im dłużej niż powinien - wiatr wyjątkowo się nasilił, chociaż może niekoniecznie, te dwie butelki wina, które w siebie wlały powodowały, że chodniki wydawały się być szersze niż zazwyczaj. Dotarły jednak w końcu do baru, nieco spóźnione, ale chyba nikt nie powinien tego zauważyć.</p>
<p>Weszły do środka, Prue rozejrzała się po pomieszczeniu, była zdziwiona, że znajdowało się tu tak wiele osób. Najwyraźniej wiele osób zamierzało dyskutować o równych prawach czarodziejów, goblinów i charłaków, albo byli to po prostu normalni klienci, którzy postanowili spędzić w Dziupli ten deszczowy wieczór.</p>
<p><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> - Nie spodziewałam się takich tłumów.</span> - Chciała powiedzieć to całkiem dyskretnie do ucha swojej przyjaciółki, nie do końca jednak jej się to udało - przez co kilka osób zwróciło na nie uwagę. Ups. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Jest wolny stolik!</span> - Odparła również ze sporym entuzjazmem, bo nawet na to nie liczyła, postanowiła ruszyć w jego kierunku, żeby przypadkiem ktoś nie sprzątnął im ich go sprzed nosa. Była bardzo bliska celu, kiedy się o coś potknęła, to znaczy o kogoś potknęła - myślała, że to krzesło, a to jednak był goblin. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Przepraszam.</span> - Nie czekała na jego reakcję, była bardzo zdeterminowana, aby dotrzeć do celu, ciągnęła przy tym Cressidę za rękę, żeby nie daj Merlinie nie zgubić jej w tym tłumie.</p>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[01/10/72] To be, or not to be, preferably somewhere else]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6319</link>
			<pubDate>Sat, 29 Aug 2026 01:40:26 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=128">Bard Beedle</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6319</guid>
			<description><![CDATA[<div class="mod"><span class="modtitle">adnotacja moderatora</span><div class="modopis">Rozliczono - Benjy Fenwick - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Bajarz II</span></div></div>
<br />
Sowa zastukała dziobem w szybę tak energicznie, że aż podskoczyłam, a kiedy tylko ją wpuściłam, niemal natychmiast wyciągnęła ku mnie nóżkę z przywiązanym do niej listem, patrząc w moim kierunku na tyle ponaglająco, że ani przez moment nie miałam wątpliwości, iż oto zostałam odwiedzona przez stworzenie, które miało bardzo napięty grafik i nie zamierzało czekać, aż skończę podziwiać jego pióra, nawet jeśli te były bardzo, ale to bardzo ładne… Zanim wypuściłam ją z mieszkania, podziękowałam jej - oczywiście - odrobiną okruszków herbatnika, które zostały mi na talerzyku po śniadaniu, bo nawet w największym pośpiechu należało zachowywać dobre maniery wobec doręczycieli korespondencji, szczególnie porannej, po czym rozwinęłam pergamin i przeczytałam wiadomość raz, drugi, a potem jeszcze trzeci, bo z każdym kolejnym słowem coraz szerzej otwierały mi się oczy. „Równe prawa czarodziejów, goblinów i charłaków” - brzmiało poważnie, bardzo poważnie, ale też na swój sposób ekscytująco - dokładnie tego teraz potrzebowałam, aby oderwać myśli od wszystkich innych wydarzeń mających miejsce w moim życiu, których usiłowałam nie roztrząsać, a jednak zdecydowanie zbyt często to robiłam. Ratunek dosłownie zleciał mi z zasnutego stalowoszarymi chmurami nieba, na którym zniknął tak szybko, jak się pojawił, nie ujawniając tożsamości nadawcy, na co w roztargnieniu jakoś nie zwróciłam uwagi. <br />
„Dziupla” brzmiała… Obiecująco, chociaż może trochę nietypowo, ale przecież o gustach właścicieli barów lepiej było nie rozmawiać. Nie zamierzałam nawet przez chwilę iść tam sama, rzecz jasna, właściwie decyzja zapadła, zanim skończyłam czytać, bo Prue była pierwszą osobą, o której pomyślałam. Sięgnęłam więc po pergamin, pióro i kałamarz, które znajdowały się zdecydowanie za daleko ode mnie, co oznaczało, że musiałam wstać, ominąć książki piętrzące się w stertach na podłodze, przeskoczyć przez pudełko po maszynie do pisania i jeszcze prawie nadepnąć na ten karton pełen pobitego szkła laboratoryjnego ciśnięty w złości w kąt, zanim w końcu dopadłam biurka. Potem przelałam myśli na papier, przez dłuższą chwilę patrzyłam na drobno zapisany pergamin, zastanawiając się, czy czegoś nie dopisać, ale ostatecznie uznałam, że Prudence i tak doskonale znała moje zdolności do podejmowania spontanicznych decyzji i prawdopodobnie nie potrzebowała dodatkowych wyjaśnień. Złożyłam więc list, przywiązałam go do łapki ukochanego gołębia i wypuściłam zwierzę przez okno, po czym przez kilka sekund patrzyłam na jego sylwetkę znikającą między nadniszczonymi pożarem dachami. Dopiero wtedy dotarło do mnie, że przecież mogłam po prostu powiedzieć Prue o wszystkim osobiście, bo może wtedy byłaby bardziej chętna, aby się spotkać - w końcu ostatnio stała się dużo bardziej milcząca niż wcześniej…<br />
Ta myśl nie miała jednak żadnego znaczenia, bo następnego dnia, na długo przed wyznaczoną godziną, znalazłam się pod drzwiami jej mieszkania, będąc gotową osobiście wyciągnąć ją stamtąd za rękę, choćbym nawet miała ją ciągnąć za sobą przez pół drogi. Właściwie „znalazłam się” brzmiało zdecydowanie zbyt spokojnie jak na sposób, w jaki tam dotarłam, ponieważ ostatni odcinek trasy pokonałam niemal biegiem, zasłaniając się przed deszczem, z torbą podskakującą mi przy biodrze i wydającą z siebie bardzo charakterystyczne postukiwanie nie do pomylenia z niczym innym, jak tylko z kilkoma butelkami wina „na rozgrzanie” przed wydarzeniem. Zapukałam raz, potem drugi, a kiedy nikt nie odpowiedział od razu, zapukałam trzeci, tym razem znacznie energiczniej, w końcu oparłam dłonie o drzwi i zawołałam, że to ja, a potem zaczęłam czekać i czekać, i czekać, przestępując z nogi na nogę… Byłam w końcu baaardzo cierpliwa. <br />
[inny avek]https://64.media.tumblr.com/4e579bd4abe761b069b246185cd77010/e3ddd7cf995c6897-e2/s500x750/4002b02123b13bc2472bcc75c0283cb287213ce3.pnj[/inny avek]<br />
<br />
<div class="ramka">Bard:  <a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=544" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Benjy Fenwick</a>  </div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div class="mod"><span class="modtitle">adnotacja moderatora</span><div class="modopis">Rozliczono - Benjy Fenwick - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Bajarz II</span></div></div>
<br />
Sowa zastukała dziobem w szybę tak energicznie, że aż podskoczyłam, a kiedy tylko ją wpuściłam, niemal natychmiast wyciągnęła ku mnie nóżkę z przywiązanym do niej listem, patrząc w moim kierunku na tyle ponaglająco, że ani przez moment nie miałam wątpliwości, iż oto zostałam odwiedzona przez stworzenie, które miało bardzo napięty grafik i nie zamierzało czekać, aż skończę podziwiać jego pióra, nawet jeśli te były bardzo, ale to bardzo ładne… Zanim wypuściłam ją z mieszkania, podziękowałam jej - oczywiście - odrobiną okruszków herbatnika, które zostały mi na talerzyku po śniadaniu, bo nawet w największym pośpiechu należało zachowywać dobre maniery wobec doręczycieli korespondencji, szczególnie porannej, po czym rozwinęłam pergamin i przeczytałam wiadomość raz, drugi, a potem jeszcze trzeci, bo z każdym kolejnym słowem coraz szerzej otwierały mi się oczy. „Równe prawa czarodziejów, goblinów i charłaków” - brzmiało poważnie, bardzo poważnie, ale też na swój sposób ekscytująco - dokładnie tego teraz potrzebowałam, aby oderwać myśli od wszystkich innych wydarzeń mających miejsce w moim życiu, których usiłowałam nie roztrząsać, a jednak zdecydowanie zbyt często to robiłam. Ratunek dosłownie zleciał mi z zasnutego stalowoszarymi chmurami nieba, na którym zniknął tak szybko, jak się pojawił, nie ujawniając tożsamości nadawcy, na co w roztargnieniu jakoś nie zwróciłam uwagi. <br />
„Dziupla” brzmiała… Obiecująco, chociaż może trochę nietypowo, ale przecież o gustach właścicieli barów lepiej było nie rozmawiać. Nie zamierzałam nawet przez chwilę iść tam sama, rzecz jasna, właściwie decyzja zapadła, zanim skończyłam czytać, bo Prue była pierwszą osobą, o której pomyślałam. Sięgnęłam więc po pergamin, pióro i kałamarz, które znajdowały się zdecydowanie za daleko ode mnie, co oznaczało, że musiałam wstać, ominąć książki piętrzące się w stertach na podłodze, przeskoczyć przez pudełko po maszynie do pisania i jeszcze prawie nadepnąć na ten karton pełen pobitego szkła laboratoryjnego ciśnięty w złości w kąt, zanim w końcu dopadłam biurka. Potem przelałam myśli na papier, przez dłuższą chwilę patrzyłam na drobno zapisany pergamin, zastanawiając się, czy czegoś nie dopisać, ale ostatecznie uznałam, że Prudence i tak doskonale znała moje zdolności do podejmowania spontanicznych decyzji i prawdopodobnie nie potrzebowała dodatkowych wyjaśnień. Złożyłam więc list, przywiązałam go do łapki ukochanego gołębia i wypuściłam zwierzę przez okno, po czym przez kilka sekund patrzyłam na jego sylwetkę znikającą między nadniszczonymi pożarem dachami. Dopiero wtedy dotarło do mnie, że przecież mogłam po prostu powiedzieć Prue o wszystkim osobiście, bo może wtedy byłaby bardziej chętna, aby się spotkać - w końcu ostatnio stała się dużo bardziej milcząca niż wcześniej…<br />
Ta myśl nie miała jednak żadnego znaczenia, bo następnego dnia, na długo przed wyznaczoną godziną, znalazłam się pod drzwiami jej mieszkania, będąc gotową osobiście wyciągnąć ją stamtąd za rękę, choćbym nawet miała ją ciągnąć za sobą przez pół drogi. Właściwie „znalazłam się” brzmiało zdecydowanie zbyt spokojnie jak na sposób, w jaki tam dotarłam, ponieważ ostatni odcinek trasy pokonałam niemal biegiem, zasłaniając się przed deszczem, z torbą podskakującą mi przy biodrze i wydającą z siebie bardzo charakterystyczne postukiwanie nie do pomylenia z niczym innym, jak tylko z kilkoma butelkami wina „na rozgrzanie” przed wydarzeniem. Zapukałam raz, potem drugi, a kiedy nikt nie odpowiedział od razu, zapukałam trzeci, tym razem znacznie energiczniej, w końcu oparłam dłonie o drzwi i zawołałam, że to ja, a potem zaczęłam czekać i czekać, i czekać, przestępując z nogi na nogę… Byłam w końcu baaardzo cierpliwa. <br />
[inny avek]https://64.media.tumblr.com/4e579bd4abe761b069b246185cd77010/e3ddd7cf995c6897-e2/s500x750/4002b02123b13bc2472bcc75c0283cb287213ce3.pnj[/inny avek]<br />
<br />
<div class="ramka">Bard:  <a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=544" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Benjy Fenwick</a>  </div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[02/09/1972] tytuł w toku, bo idk co tu dać [Helloise&Edith]]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6292</link>
			<pubDate>Thu, 20 Aug 2026 02:43:16 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=540">Edith Rookwood</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6292</guid>
			<description><![CDATA[<p>Edith, czasem naprawdę zazdrościła tym starszy osobom. Nie chodziło oczywiście o ich stan fizyczny (nie była przecież na tyle ułomna fizycznie, by zamienić się z osiemdziesięciolatką na ciała) czy umysłowy (bo wielu z nich było zdrowo pieprzniętych czego kilka razy już na własnej skórze, doświadczyła), jednak miała wrażenie, że w pewnym wieku ludzie dostawali przyzwolenie na wiele, normalnie nieakceptowalnych rzeczy.</p>
<p>Na przykład teraz, właśnie w tym momencie była świadkiem zawziętej dyskusji na temat obecnie panującej im ministry. Sama Edith, zgadzała się z większością negatywów, jakie w tej rozmowie padały, nie mogła jednak stanąć sobie z przyjaciółmi po środku tak często uczęszczanej ulicy jaką była Horyzontalna i rzewnie i otwarcie, tak jak robili to Ci starsi panowie, swych poglądów wygłaszać. Dlatego patrzyła na nich z boku, trochę z zazdrością, trochę z uznaniem, może nawet trochę z sympatią, bo nic nie działało na młodą Rookwood tak dobrze, jak inni czarodzieje, co równie mocno nie szanowali obecnego rządu.</p>
<p>Nie mogła spędzić tam jednak całego dnia, błądząc głową w chmurach i marząc o spokojnej starości, gdy dosłownie każdy Ci może naskoczyć i robisz sobie co chcesz czy pleciesz co Ci tylko ślina na język przyniesie, bo miała swoje własne sprawy do których było jej śpieszno (chociaż tak naprawdę to nie miała nic do roboty i włóczyła się po Londynie w poszukiwaniu wrażeń). Zanim ruszyła jednak, jeden z panów kłócących, zadał przechodzącej obok czarownicy pytanie. I niby nie powinna się mieszać i brać udziału w tej całej dyskusji, ale znów czuła tą okropną nudę, więc zrobiła coś nierozsądnego i się wtrąciła.</p>
<p>Nie zrobiła tego co prawda nagle, bo dalej trzymała pewien dystans. Zrobiła w stronę zamieszania kilka kroków, tak by wyglądać, jak przeciętny, zaciekawiony gapi, co to wtrąca nos w nieswoje sprawy. Czekała przede wszystkim na odpowiedź czarownicy, bo jeśli ta zacznie wychwalać tu władzę, to Edith najzwyczajniej na świecie, popuka się w głowię i odejdzie w swoją stronę, a jeśli nie, to może tej zbieraninie przypadkowych czarodziejów oraz czarownic, uda się umilić jej cenny czas? </p>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Edith, czasem naprawdę zazdrościła tym starszy osobom. Nie chodziło oczywiście o ich stan fizyczny (nie była przecież na tyle ułomna fizycznie, by zamienić się z osiemdziesięciolatką na ciała) czy umysłowy (bo wielu z nich było zdrowo pieprzniętych czego kilka razy już na własnej skórze, doświadczyła), jednak miała wrażenie, że w pewnym wieku ludzie dostawali przyzwolenie na wiele, normalnie nieakceptowalnych rzeczy.</p>
<p>Na przykład teraz, właśnie w tym momencie była świadkiem zawziętej dyskusji na temat obecnie panującej im ministry. Sama Edith, zgadzała się z większością negatywów, jakie w tej rozmowie padały, nie mogła jednak stanąć sobie z przyjaciółmi po środku tak często uczęszczanej ulicy jaką była Horyzontalna i rzewnie i otwarcie, tak jak robili to Ci starsi panowie, swych poglądów wygłaszać. Dlatego patrzyła na nich z boku, trochę z zazdrością, trochę z uznaniem, może nawet trochę z sympatią, bo nic nie działało na młodą Rookwood tak dobrze, jak inni czarodzieje, co równie mocno nie szanowali obecnego rządu.</p>
<p>Nie mogła spędzić tam jednak całego dnia, błądząc głową w chmurach i marząc o spokojnej starości, gdy dosłownie każdy Ci może naskoczyć i robisz sobie co chcesz czy pleciesz co Ci tylko ślina na język przyniesie, bo miała swoje własne sprawy do których było jej śpieszno (chociaż tak naprawdę to nie miała nic do roboty i włóczyła się po Londynie w poszukiwaniu wrażeń). Zanim ruszyła jednak, jeden z panów kłócących, zadał przechodzącej obok czarownicy pytanie. I niby nie powinna się mieszać i brać udziału w tej całej dyskusji, ale znów czuła tą okropną nudę, więc zrobiła coś nierozsądnego i się wtrąciła.</p>
<p>Nie zrobiła tego co prawda nagle, bo dalej trzymała pewien dystans. Zrobiła w stronę zamieszania kilka kroków, tak by wyglądać, jak przeciętny, zaciekawiony gapi, co to wtrąca nos w nieswoje sprawy. Czekała przede wszystkim na odpowiedź czarownicy, bo jeśli ta zacznie wychwalać tu władzę, to Edith najzwyczajniej na świecie, popuka się w głowię i odejdzie w swoją stronę, a jeśli nie, to może tej zbieraninie przypadkowych czarodziejów oraz czarownic, uda się umilić jej cenny czas? </p>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[20/09/1972] life just been so ????????? lately [Anthony&Edith]]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6285</link>
			<pubDate>Mon, 17 Aug 2026 22:16:42 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=540">Edith Rookwood</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6285</guid>
			<description><![CDATA[<p>Ostatnimi czasy nie mogła zasnąć. Nie było to oczywiście zaskoczeniem, albowiem już w dzieciństwie miewała problemy ze snem. Te, zdecydowanie nasiliły się w czasach Hogwartu, bardzo pogorszyły, gdy szkołę skończyła i wyruszyła w dorosły świat. Od czasu Spalonej Nocy oraz pojawieniu tajemniczej runy, na ścianie jej mieszkania nie spała praktycznie wcale. Czasem, urywała sobie drzemkę w pracy, ale współpracownicy oraz przełożeni, nie byli temu przychylni i gdyby nie ojciec, który również pracował w tym samym Departamencie, to zbierałaby same reprymendy, ale nie mieli na tyle odwagi, by jej przeszkadzać — szczególnie, gdy nie była im potrzebna. Gorzej, że była im potrzebna praktycznie zawsze, więc. No nie miała gdzie i jak spać.</p>
<p>I to nie było tak, że nie szukała sposobu na ten przeklęty czarnomagiczny znak, który po prostu wykwitł na ścianie jej mieszkania i zdawał się ją śledzić w każdym pomieszczeniu, nie znała się jednak na tego typu magii. Umiała łamać tylko i wyłącznie umysły, na łamaniu klątw zupełnie się nie znała.</p>
<p>Rozwiązanie było jedno — musiała się wyprowadzić. I niby mogła powrócić do domu rodzinnego, prosto pod skrzydła ojca i wprost pod ten jego wymagający wzrok, ale nie chciała. Dobrze jej było w rodzinnej posiadłości to prawda; skrzaty dostępne na najmniejsze skinienie palca, kuzyni, z którymi mogła prowadzić rozmowy na tematy różne i znajoma, chociaż trochę nieprzyjemna atmosfera, ale po tak długi czasie mieszkania w pojedynkę, za bardzo zaczęła doceniać tę wolność płynącą z bycia samą. U siebie, nie musiała zachowywać się, tak jak przystoi, bo na każdym kroku patrzy na nią obraz, gotowy donieść o niegodziwym zachowaniu ojcu czy co gorsza, jednej z ciotek, co to nie szczędziły Edith zupełnie zbędnych komentarzy.</p>
<p>Wybór Edith padł na młodego Borgina. I może łamała konwenanse, bo jako panienka i on, jako czyjś narzeczony, nie powinni mieszkać pod jednym dachem. I może, właśnie miała zaprzepaścić swoje własne szanse na bycie czyjąś żoną, ale była zbyt zdesperowana i niewyspana, by się takimi głupotami przejmować. Wiedziała, zresztą że dużo gorszę są rzeczy, niż mieszkanie z Borginem pod jednym dachem, no i więcej go w domu nie było, niż był, więc istniała bardzo mała szansa, że ktoś ich razem przyłapie.</p>
<p>Nie myślała zresztą o nim w kategoriach potencjalnego partnera. Znali się zdecydowanie zbyt długo, bo już od pierwszego roku Hogwartu, a może i jeszcze wcześniej — w końcu pochodzili z rodzin na tym samym poziomie. I wiedzieli o sobie zdecydowanie zbyt wiele by wieść szczęśliwe życie jako para, potem narzeczeństwo czy szczęśliwe małżeństwo.</p>
<p>Daleko do niego nie miała, bo mieszkali w tej samej kamienicy. Edith nie brała ze sobą żadnych rzeczy, bo miała u niego w mieszkaniu spać tylko i wyłącznie, a resztę dnia spędzać u siebie albo w pracy. Anthony, jeszcze o jej planie nic nie wiedział, bo pomysł pojawił się w głowie Edith dosłownie godzinę temu. Zbyt długo nad nim zresztą nie myślała, ale nie widziała w tym swoim planie żadnych minusów, tylko same plusy.</p>
<p>Zapukała i grzecznie czekała na właściciela. Było wcześnie, bo około ósmej rano, więc możliwe, że o tej porze i to w sobotę, jeszcze śpi. Właściwie to nie była pewna, że go w mieszkaniu zastanie, ale miała nadzieje, że akurat na niego trafi. Jednocześnie, nie ufała mu na tyle, by wparować tam bez zaproszenia, nie chciała oberwać jakaś przypadkową klątwą i to z zaskoczenia. Nie odpowiadał, więc zapukała ponownie, tym bardziej bardziej agresywnie, tak żeby ją usłyszał. No cóż, w najgorszym przypadku odwiedzi go ponownie, tylko za kilka godzin.</p>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Ostatnimi czasy nie mogła zasnąć. Nie było to oczywiście zaskoczeniem, albowiem już w dzieciństwie miewała problemy ze snem. Te, zdecydowanie nasiliły się w czasach Hogwartu, bardzo pogorszyły, gdy szkołę skończyła i wyruszyła w dorosły świat. Od czasu Spalonej Nocy oraz pojawieniu tajemniczej runy, na ścianie jej mieszkania nie spała praktycznie wcale. Czasem, urywała sobie drzemkę w pracy, ale współpracownicy oraz przełożeni, nie byli temu przychylni i gdyby nie ojciec, który również pracował w tym samym Departamencie, to zbierałaby same reprymendy, ale nie mieli na tyle odwagi, by jej przeszkadzać — szczególnie, gdy nie była im potrzebna. Gorzej, że była im potrzebna praktycznie zawsze, więc. No nie miała gdzie i jak spać.</p>
<p>I to nie było tak, że nie szukała sposobu na ten przeklęty czarnomagiczny znak, który po prostu wykwitł na ścianie jej mieszkania i zdawał się ją śledzić w każdym pomieszczeniu, nie znała się jednak na tego typu magii. Umiała łamać tylko i wyłącznie umysły, na łamaniu klątw zupełnie się nie znała.</p>
<p>Rozwiązanie było jedno — musiała się wyprowadzić. I niby mogła powrócić do domu rodzinnego, prosto pod skrzydła ojca i wprost pod ten jego wymagający wzrok, ale nie chciała. Dobrze jej było w rodzinnej posiadłości to prawda; skrzaty dostępne na najmniejsze skinienie palca, kuzyni, z którymi mogła prowadzić rozmowy na tematy różne i znajoma, chociaż trochę nieprzyjemna atmosfera, ale po tak długi czasie mieszkania w pojedynkę, za bardzo zaczęła doceniać tę wolność płynącą z bycia samą. U siebie, nie musiała zachowywać się, tak jak przystoi, bo na każdym kroku patrzy na nią obraz, gotowy donieść o niegodziwym zachowaniu ojcu czy co gorsza, jednej z ciotek, co to nie szczędziły Edith zupełnie zbędnych komentarzy.</p>
<p>Wybór Edith padł na młodego Borgina. I może łamała konwenanse, bo jako panienka i on, jako czyjś narzeczony, nie powinni mieszkać pod jednym dachem. I może, właśnie miała zaprzepaścić swoje własne szanse na bycie czyjąś żoną, ale była zbyt zdesperowana i niewyspana, by się takimi głupotami przejmować. Wiedziała, zresztą że dużo gorszę są rzeczy, niż mieszkanie z Borginem pod jednym dachem, no i więcej go w domu nie było, niż był, więc istniała bardzo mała szansa, że ktoś ich razem przyłapie.</p>
<p>Nie myślała zresztą o nim w kategoriach potencjalnego partnera. Znali się zdecydowanie zbyt długo, bo już od pierwszego roku Hogwartu, a może i jeszcze wcześniej — w końcu pochodzili z rodzin na tym samym poziomie. I wiedzieli o sobie zdecydowanie zbyt wiele by wieść szczęśliwe życie jako para, potem narzeczeństwo czy szczęśliwe małżeństwo.</p>
<p>Daleko do niego nie miała, bo mieszkali w tej samej kamienicy. Edith nie brała ze sobą żadnych rzeczy, bo miała u niego w mieszkaniu spać tylko i wyłącznie, a resztę dnia spędzać u siebie albo w pracy. Anthony, jeszcze o jej planie nic nie wiedział, bo pomysł pojawił się w głowie Edith dosłownie godzinę temu. Zbyt długo nad nim zresztą nie myślała, ale nie widziała w tym swoim planie żadnych minusów, tylko same plusy.</p>
<p>Zapukała i grzecznie czekała na właściciela. Było wcześnie, bo około ósmej rano, więc możliwe, że o tej porze i to w sobotę, jeszcze śpi. Właściwie to nie była pewna, że go w mieszkaniu zastanie, ale miała nadzieje, że akurat na niego trafi. Jednocześnie, nie ufała mu na tyle, by wparować tam bez zaproszenia, nie chciała oberwać jakaś przypadkową klątwą i to z zaskoczenia. Nie odpowiadał, więc zapukała ponownie, tym bardziej bardziej agresywnie, tak żeby ją usłyszał. No cóż, w najgorszym przypadku odwiedzi go ponownie, tylko za kilka godzin.</p>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[16.10.1972] what a plot twist you were [Lyssa&Caius]]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6284</link>
			<pubDate>Mon, 17 Aug 2026 19:42:48 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=542">Caius Burke</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6284</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">16.10.1972, restauracja Zorza</div>
<br />
<p>Czuł, że jego życie to jedno wielkie pasmo porażek. Od czasu Spalonej Nocy, nie przydarzyło mu się dosłownie nic dobrego. Po pierwsze, spłonęła jego rodzinna posiadłość, więc mieszkał obecnie na Nokturnie. Lubił swój rodzinny sklep naprawdę, ale nie na tyle by cieszyć się z przymusu życia w tym miejscu. Spanie w niewygodnym, ciasnym łóżku, pomiędzy przeklętymi gratami, niedokończoną bronią czy biżuterią i w wszechobecnym kurzu, wpływało na jego samopoczucie, zdrowie i energię. Naprawdę, Caius nie pamiętał już właściwie, kiedy jego sen nie został przerwany przez krzyczącym za oknem, pijanych mieszkańców czy inne awantury. Dlaczego Czarny Pan nie zrobił nic właśnie z tymi, którzy tak skutecznie utrudniali mu życie? Był przecież dobrym czarodziejem z idealnym, czystokrwistym rodowodem? Na początku w tym całym szoku po Spalonej Nocy, może i widział w działaniach Śmierciożerców plusy, po dłuższym czasie i kilku nieprzespanych spokojnie nocach, zdanie swoje zmienił. Nie wychylał się jednak do przodu z swoimi przekonaniami, bo nikomu to co sobie myśli nie było do szczęścia potrzebne.</p>
<p>Po drugie, jego biedna, ukochana matka podupadła na zdrowiu — właśnie z powodu stresu związanego z utrata ich domu oraz nieprzyjemnościami związanymi w wszechobecnie, panującym, duszącym pyłem. Dlatego też musiał wyjechać i to daleko, bo aż do Francji. W normalnych warunkach może i by się cieszyć, francuskie czarownice były dla niego przecież czymś egzotycznym, ale jakże przyjemny, (szczególnie dla oczu), a że w innym kraju nikt właściwie go nie znał, to mógł pozwolić sobie na trochę więcej luz. Ten luz jednak skutecznie zabierała mu ukochana matka, bo za każdym razem, gdy patrzył na jakąś czarownicę, która w jej oczach była niegodna jej najstarszego syna, to posyłała w jego stronę jakieś nieprzyjemną, chociaż nieszkodliwą w swym działaniu klątewkę. Dlatego nie bawił się tam zbyt dobrze, tylko latał z matką od jednego uzdrowiciela do drugiego, w nadziei, że któryś z nich znajdzie powód złego zdrowia kobiety i będzie mógł wrócić do kraju, gdzie będzie skazany na niewygodnie łóżko i obszczymurów, drący się po nocach. Więc ogólnie niefajnie.</p>
<p>Powrót do kraju miał jednak swoje plusy, jednym z tych plusów okazała się Lyssa. Nie spodziewał się, że ta ich krótka rozmowa w św. Mungu wywrze na dziewczynie aż takie wrażenie. Wydawało mu się, że było to coś zupełnie zwyczajnego, może nawet zaprezentował się wtedy w trochę złym świetle, bo był bucem, ale chyba dobrze też się potrafił przed nią ukorzyć, bo sama zaproponowała kolejne spotkanie, zostawiając w rękach Caiusa miejsce spotkania. Podobało mu się to, naprawdę podobało. Nie wiedział co prawda, jak zareagują na ich działanie ich rodzice, ale Vakel i jej matka mogli być trochę mniej rygorystyczni niż jego rodzina. Wiedział, jednak że musi się pokazać z jak najlepszej strony, bo na to zasługiwała. Była przecież warta każdego galeona, każdego dobrego słowa czy szczerego uśmiechu.</p>
<p>Umówił się z nią w dość neutralnym miejscu, bo przy wejściu na ulicę Horyzontalną. Chciał ją zaskoczyć, więc nie mówił od razu, że pójdą właśnie do tej restauracji. Ubrał się tak jak zawsze, w czarne, eleganckie szaty, ale nic szczególnie specjalnego, nie był przecież kimś, kto przykłada niesamowitą uwagę do swojej prezencji — no i w większości ubrań wyglądał dobrze, więc specjalnie stroić się nigdy nie musiał. Był tam pierwszy, bo pojawił się kilka minut wcześniej, tak jak na gentelmena przystało. Oparł się o jeden z budynków, by chociaż trochę odciążyć jedyną nogę, jaką posiadał i czekał. Bo tylko czekać mu zostało. Nie palił przed spotkaniem papierosów, bo nie chciał śmierdzieć, chociaż trochę go kusiło, strasznie się tym całym spotkaniem stresował. A chyba nie miał czym, bo skoro to ona zrobiła ten pierwszy krok, to jej może zależało odrobinę bardziej, prawda?</p>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">16.10.1972, restauracja Zorza</div>
<br />
<p>Czuł, że jego życie to jedno wielkie pasmo porażek. Od czasu Spalonej Nocy, nie przydarzyło mu się dosłownie nic dobrego. Po pierwsze, spłonęła jego rodzinna posiadłość, więc mieszkał obecnie na Nokturnie. Lubił swój rodzinny sklep naprawdę, ale nie na tyle by cieszyć się z przymusu życia w tym miejscu. Spanie w niewygodnym, ciasnym łóżku, pomiędzy przeklętymi gratami, niedokończoną bronią czy biżuterią i w wszechobecnym kurzu, wpływało na jego samopoczucie, zdrowie i energię. Naprawdę, Caius nie pamiętał już właściwie, kiedy jego sen nie został przerwany przez krzyczącym za oknem, pijanych mieszkańców czy inne awantury. Dlaczego Czarny Pan nie zrobił nic właśnie z tymi, którzy tak skutecznie utrudniali mu życie? Był przecież dobrym czarodziejem z idealnym, czystokrwistym rodowodem? Na początku w tym całym szoku po Spalonej Nocy, może i widział w działaniach Śmierciożerców plusy, po dłuższym czasie i kilku nieprzespanych spokojnie nocach, zdanie swoje zmienił. Nie wychylał się jednak do przodu z swoimi przekonaniami, bo nikomu to co sobie myśli nie było do szczęścia potrzebne.</p>
<p>Po drugie, jego biedna, ukochana matka podupadła na zdrowiu — właśnie z powodu stresu związanego z utrata ich domu oraz nieprzyjemnościami związanymi w wszechobecnie, panującym, duszącym pyłem. Dlatego też musiał wyjechać i to daleko, bo aż do Francji. W normalnych warunkach może i by się cieszyć, francuskie czarownice były dla niego przecież czymś egzotycznym, ale jakże przyjemny, (szczególnie dla oczu), a że w innym kraju nikt właściwie go nie znał, to mógł pozwolić sobie na trochę więcej luz. Ten luz jednak skutecznie zabierała mu ukochana matka, bo za każdym razem, gdy patrzył na jakąś czarownicę, która w jej oczach była niegodna jej najstarszego syna, to posyłała w jego stronę jakieś nieprzyjemną, chociaż nieszkodliwą w swym działaniu klątewkę. Dlatego nie bawił się tam zbyt dobrze, tylko latał z matką od jednego uzdrowiciela do drugiego, w nadziei, że któryś z nich znajdzie powód złego zdrowia kobiety i będzie mógł wrócić do kraju, gdzie będzie skazany na niewygodnie łóżko i obszczymurów, drący się po nocach. Więc ogólnie niefajnie.</p>
<p>Powrót do kraju miał jednak swoje plusy, jednym z tych plusów okazała się Lyssa. Nie spodziewał się, że ta ich krótka rozmowa w św. Mungu wywrze na dziewczynie aż takie wrażenie. Wydawało mu się, że było to coś zupełnie zwyczajnego, może nawet zaprezentował się wtedy w trochę złym świetle, bo był bucem, ale chyba dobrze też się potrafił przed nią ukorzyć, bo sama zaproponowała kolejne spotkanie, zostawiając w rękach Caiusa miejsce spotkania. Podobało mu się to, naprawdę podobało. Nie wiedział co prawda, jak zareagują na ich działanie ich rodzice, ale Vakel i jej matka mogli być trochę mniej rygorystyczni niż jego rodzina. Wiedział, jednak że musi się pokazać z jak najlepszej strony, bo na to zasługiwała. Była przecież warta każdego galeona, każdego dobrego słowa czy szczerego uśmiechu.</p>
<p>Umówił się z nią w dość neutralnym miejscu, bo przy wejściu na ulicę Horyzontalną. Chciał ją zaskoczyć, więc nie mówił od razu, że pójdą właśnie do tej restauracji. Ubrał się tak jak zawsze, w czarne, eleganckie szaty, ale nic szczególnie specjalnego, nie był przecież kimś, kto przykłada niesamowitą uwagę do swojej prezencji — no i w większości ubrań wyglądał dobrze, więc specjalnie stroić się nigdy nie musiał. Był tam pierwszy, bo pojawił się kilka minut wcześniej, tak jak na gentelmena przystało. Oparł się o jeden z budynków, by chociaż trochę odciążyć jedyną nogę, jaką posiadał i czekał. Bo tylko czekać mu zostało. Nie palił przed spotkaniem papierosów, bo nie chciał śmierdzieć, chociaż trochę go kusiło, strasznie się tym całym spotkaniem stresował. A chyba nie miał czym, bo skoro to ona zrobiła ten pierwszy krok, to jej może zależało odrobinę bardziej, prawda?</p>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[17.10.1972] Shaken truth between us (Astoria Avery & Rodolphus Lestrange)]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6276</link>
			<pubDate>Thu, 13 Aug 2026 01:39:13 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=602">Astoria Avery</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6276</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">
17.10.1972<br />
<span style="font-size: small;" class="mycode_size"><a href="https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6212&amp;pid=93766#pid93766" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">Miesiąc miłości, bingo #4</a></span><br />
<img src="https://64.media.tumblr.com/682f333b22e5270669dbede20ab884c2/0e02927a58c84d58-ee/s2048x3072/0034b387da8b826c507e02d5400cc9292f25f1be.jpg" loading="lazy"  alt="[Obrazek: 0034b387da8b826c507e02d5400cc9292f25f1be.jpg]" class="mycode_img" /></div>
<br />
List Rodolphusa wywołał tyle samo ekscytacji, co obaw. Zgodziła się na spotkanie, ale czuła w duchu, że nie będzie to prosta rozmowa, szczególnie że sama nie rozumiała swoich uczuć. <br />
Nim zdążyła dotrzeć do herbaciarni, zboczyła z drogi i zatrzymała się przed niewielką kwiaciarnią, której szyby od wewnątrz zaparowane były od ciepła i wilgoci. Jesień tego roku była osobliwie posępna. Przyszło jej na myśl, że Samhain był już nieomal za progiem, a wraz z nim jej stragan z ikonami świętych, który wymagał szczególnej oprawy, naznaczonej przemijaniem, w której pamięć o zmarłych miesza się z nadzieją na odrodzenie.. Nie chciała więc, by wyglądał jak zwyczajny kram z dewocjonaliami, dlatego weszła do środka. Przeszła pomiędzy wiadrami ustawionymi przy ścianach i zatrzymała się przy pierwszym stole. Wśród kwiatów dominowały jesienne barwy. Pomarańczowe nagietki przypominały maleńkie płomienie, czyli niezbyt pożądane wspomnienie; obok leżały główki chryzantem - od bieli przechodzące przez przygaszony krem aż po głębokie, miedziane odcienie. Wzięła jedną z nich do ręki, obracając ją powoli między palcami. Była niemal zbyt okazała. Na drugim stole znalazła astry. Drobne, fioletowe kwiaty zdawały się szczególnie dobrze współgrać z późnojesiennym światłem. Obok leżały gałązki jarzębiny, czerwone owoce błyszczały na nich jak krople zaschniętej krwi, a między nimi przewijały się suche liście paproci i kilka smukłych gałązek głogu. Astoria przesunęła palcami po jednym z bukietów, ale po chwili odłożyła go z powrotem. Za jaskrawe. Nie chciała, by jej stragan wyglądał w Samhain jak święto plonów. Potrzebowała czegoś bardziej uroczystego, niemal melancholijnego. Czegoś, co pasowałoby do wizerunków świętych, złoconych aureoli i starych, ciemnych ram. W końcu zaczęła układać kompozycję w myślach: ciemne dalie, kilka gałązek bluszczu, jarzębina dla koloru, może odrobina suszonych traw i złocistych liści. Do tego niewielkie, miedziane akcenty, które współgrałyby z aureolami świętych na ikonach. Przywołała kwiaciarkę i wskazała jej kolejno wybrane rośliny, składając obszerne zamówienie na wybraną datę. Nie szczędziła galeonów, w końcu było ją stać na wystawność.<br />
Po wyjściu z kwiaciarni, wygładziła materiał płaszcza i ruszyła w stronę pobliskiej herbaciarni, gdzie była umówiona z Rodolphusem. Miała na sobie długą, jesienną szatę z miękkiej, ciemnozielonej wełny, której kolor przywodził na myśl liście bluszczu mokre od listopadowej mżawki. Materiał był ciężki, lecz nie krępował ruchów, a pod wpływem kroków układał się w spokojne, szerokie fałdy, przesuwając się wokół jej kostek z cichym szelestem. Przy mankietach i wysokim kołnierzu pojawiał się delikatny haft - cienkie, niemal czarne gałązki ciernia, przeplatane drobnymi liśćmi. Czy to spotkanie było randką? Sama nie wiedziała, dlatego ubrała się elegancko, ale wciąż dość uniwersalnie. Żadnych ciężkich naszyjników, żadnych pierścieni zdolnych obciążyć dłonie. Na jednym z palców spoczywał jedynie cienki rodowy pierścień, którego kamień połyskiwał przy każdym ruchu dłoni.<br />
Gdy odnalazła wzrokiem mężczyznę, zsunęła z siebie długi płaszcz z ciemnego aksamitu. Była odrobinę zdenerwowana tym spotkaniem, choć nie mógłby tego wywnioskować po jej twarzy.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Mam nadzieję, że nie czekałeś zbyt długo - </span>odezwała się z subtelnym uśmiechem, bardziej z grzeczności, bo wyszła odpowiednio wcześniej, żeby załatwić wszystkie sprawy, więc z pewnością się nie spóźniła. Usiadła naprzeciwko czarodzieja, prostując się z naturalną dla siebie powściągliwością, która nawet przy zwyczajnym piciu herbaty nadawała jej gestom pewnej staroświeckiej elegancji. Nie była tu pierwszy raz, więc doskonale wiedziała, co zamówić.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Herbatę z jaśminem, suszoną skórką mandarynki i kroplą syropu z czarnego bzu, proszę.</span><br />
Wnętrze herbaciarni tonęło w ciepłym, bursztynowym półmroku; zaklęte lampy pod sufitem rzucały na blaty miękkie kręgi światła, a gdzieś w głębi sali porcelana pobrzękiwała cicho, mieszając się z przytłumionymi rozmowami czarodziejów. Za wysokimi szybami Londyn miał barwę mokrego popiołu i starała się nie patrzeć w tym kierunku. <br />
Zamiast tego spojrzała na Rodolphusa i przyjrzała mu się dokładnie. Nie dostrzegła napięcia, które poprzednim razem rysowało się na jego twarzy tak wyraźnie. Stalowoszare oczy pozostawały spokojne, przytomne i skupione. Nie czaiło się w nich tamto szaleństwo, nie było w nich gorączkowego błysku człowieka walczącego z własnym językiem.<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> - Jak się czujesz? -</span> zapytała, przechylając głowę, jakby próbowała dostrzec coś jeszcze, jakiś najmniejszy ślad minionego zaklęcia. Nic. Ani śladu gorączki, ani nerwowego napięcia, ani tamtej niepokojącej bezbronności.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">
17.10.1972<br />
<span style="font-size: small;" class="mycode_size"><a href="https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6212&amp;pid=93766#pid93766" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">Miesiąc miłości, bingo #4</a></span><br />
<img src="https://64.media.tumblr.com/682f333b22e5270669dbede20ab884c2/0e02927a58c84d58-ee/s2048x3072/0034b387da8b826c507e02d5400cc9292f25f1be.jpg" loading="lazy"  alt="[Obrazek: 0034b387da8b826c507e02d5400cc9292f25f1be.jpg]" class="mycode_img" /></div>
<br />
List Rodolphusa wywołał tyle samo ekscytacji, co obaw. Zgodziła się na spotkanie, ale czuła w duchu, że nie będzie to prosta rozmowa, szczególnie że sama nie rozumiała swoich uczuć. <br />
Nim zdążyła dotrzeć do herbaciarni, zboczyła z drogi i zatrzymała się przed niewielką kwiaciarnią, której szyby od wewnątrz zaparowane były od ciepła i wilgoci. Jesień tego roku była osobliwie posępna. Przyszło jej na myśl, że Samhain był już nieomal za progiem, a wraz z nim jej stragan z ikonami świętych, który wymagał szczególnej oprawy, naznaczonej przemijaniem, w której pamięć o zmarłych miesza się z nadzieją na odrodzenie.. Nie chciała więc, by wyglądał jak zwyczajny kram z dewocjonaliami, dlatego weszła do środka. Przeszła pomiędzy wiadrami ustawionymi przy ścianach i zatrzymała się przy pierwszym stole. Wśród kwiatów dominowały jesienne barwy. Pomarańczowe nagietki przypominały maleńkie płomienie, czyli niezbyt pożądane wspomnienie; obok leżały główki chryzantem - od bieli przechodzące przez przygaszony krem aż po głębokie, miedziane odcienie. Wzięła jedną z nich do ręki, obracając ją powoli między palcami. Była niemal zbyt okazała. Na drugim stole znalazła astry. Drobne, fioletowe kwiaty zdawały się szczególnie dobrze współgrać z późnojesiennym światłem. Obok leżały gałązki jarzębiny, czerwone owoce błyszczały na nich jak krople zaschniętej krwi, a między nimi przewijały się suche liście paproci i kilka smukłych gałązek głogu. Astoria przesunęła palcami po jednym z bukietów, ale po chwili odłożyła go z powrotem. Za jaskrawe. Nie chciała, by jej stragan wyglądał w Samhain jak święto plonów. Potrzebowała czegoś bardziej uroczystego, niemal melancholijnego. Czegoś, co pasowałoby do wizerunków świętych, złoconych aureoli i starych, ciemnych ram. W końcu zaczęła układać kompozycję w myślach: ciemne dalie, kilka gałązek bluszczu, jarzębina dla koloru, może odrobina suszonych traw i złocistych liści. Do tego niewielkie, miedziane akcenty, które współgrałyby z aureolami świętych na ikonach. Przywołała kwiaciarkę i wskazała jej kolejno wybrane rośliny, składając obszerne zamówienie na wybraną datę. Nie szczędziła galeonów, w końcu było ją stać na wystawność.<br />
Po wyjściu z kwiaciarni, wygładziła materiał płaszcza i ruszyła w stronę pobliskiej herbaciarni, gdzie była umówiona z Rodolphusem. Miała na sobie długą, jesienną szatę z miękkiej, ciemnozielonej wełny, której kolor przywodził na myśl liście bluszczu mokre od listopadowej mżawki. Materiał był ciężki, lecz nie krępował ruchów, a pod wpływem kroków układał się w spokojne, szerokie fałdy, przesuwając się wokół jej kostek z cichym szelestem. Przy mankietach i wysokim kołnierzu pojawiał się delikatny haft - cienkie, niemal czarne gałązki ciernia, przeplatane drobnymi liśćmi. Czy to spotkanie było randką? Sama nie wiedziała, dlatego ubrała się elegancko, ale wciąż dość uniwersalnie. Żadnych ciężkich naszyjników, żadnych pierścieni zdolnych obciążyć dłonie. Na jednym z palców spoczywał jedynie cienki rodowy pierścień, którego kamień połyskiwał przy każdym ruchu dłoni.<br />
Gdy odnalazła wzrokiem mężczyznę, zsunęła z siebie długi płaszcz z ciemnego aksamitu. Była odrobinę zdenerwowana tym spotkaniem, choć nie mógłby tego wywnioskować po jej twarzy.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Mam nadzieję, że nie czekałeś zbyt długo - </span>odezwała się z subtelnym uśmiechem, bardziej z grzeczności, bo wyszła odpowiednio wcześniej, żeby załatwić wszystkie sprawy, więc z pewnością się nie spóźniła. Usiadła naprzeciwko czarodzieja, prostując się z naturalną dla siebie powściągliwością, która nawet przy zwyczajnym piciu herbaty nadawała jej gestom pewnej staroświeckiej elegancji. Nie była tu pierwszy raz, więc doskonale wiedziała, co zamówić.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Herbatę z jaśminem, suszoną skórką mandarynki i kroplą syropu z czarnego bzu, proszę.</span><br />
Wnętrze herbaciarni tonęło w ciepłym, bursztynowym półmroku; zaklęte lampy pod sufitem rzucały na blaty miękkie kręgi światła, a gdzieś w głębi sali porcelana pobrzękiwała cicho, mieszając się z przytłumionymi rozmowami czarodziejów. Za wysokimi szybami Londyn miał barwę mokrego popiołu i starała się nie patrzeć w tym kierunku. <br />
Zamiast tego spojrzała na Rodolphusa i przyjrzała mu się dokładnie. Nie dostrzegła napięcia, które poprzednim razem rysowało się na jego twarzy tak wyraźnie. Stalowoszare oczy pozostawały spokojne, przytomne i skupione. Nie czaiło się w nich tamto szaleństwo, nie było w nich gorączkowego błysku człowieka walczącego z własnym językiem.<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> - Jak się czujesz? -</span> zapytała, przechylając głowę, jakby próbowała dostrzec coś jeszcze, jakiś najmniejszy ślad minionego zaklęcia. Nic. Ani śladu gorączki, ani nerwowego napięcia, ani tamtej niepokojącej bezbronności.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[08.9.72] Kiedy znajdziemy się na zakręcie, co z nami będzie?]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6265</link>
			<pubDate>Sat, 08 Aug 2026 21:28:52 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=331">Septima Ollivander</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6265</guid>
			<description><![CDATA[<h1>8 września, Apteka Lupinów, początek Spalonej Nocy </h1><br />
<br />
Stała zniecierpliwiona w kolejce i liczyła sęki w spiętrzonych pod ścianą, skrzynkach po dostawie. Oko fachowca wiedziało od razu z czym miało do czynienia. Sosna, tania i sękata, sęki wielkie jak korony, słoje szerokie od pośpiechu — drewno rosnące szybko, ścięte wcześnie, dobre wyłącznie na to, żeby coś w nim przewieźć raz. Zajęcie było absolutnie bez sensu i wiedziała o tym doskonale, ale kolejka nie ruszała się od kwadransa, a ręce trzeba czymś zająć, kiedy dygotały nerwowo tak, że nie poprowadziłyby nawet noża wzdłuż włókna.<br />
Fakt faktem, przyszła po sproszkowany korzeń wilczej jagody i dwie uncje żywicy, kwadrans przed zamknięciem i ktoś, kto sam za ladą wielokrotnie stał, powinien wiedzieć, że za takie przewinienia grozić powinna kara surowa. Przystanęłaby na chłoście, oczywiście, wyłącznie w wypadku bycia po tej właściwiej stronie lady — dziś wypadało jej wybaczyć, bo od powrotu z Libanu była nad wyraz roztargniona. A roztargnienie przetopiła w nerwowość. A potem w irytację, bo przed nią wciąż stały trzy osoby, a aptekarz zamiast obsługiwać, to opowiadał komuś niezwykle porywającą historię o dostawie z Rygi. Ollivander zwróciła uwagę na świece palące się w równym rzędzie za ladą i niechybnie pomyślała o ogniu, który towarzyszył jej podczas rytuałów kowenu jej kuzynki.<br />
<br />
Odchrząknęła znacząco. Potem Mrugnęła. A moment później, te same świece położyły się wszystkie naraz. W jedną stronę, i już się nie wyprostowały. Rząd płomyków umarł.<br />
Potem przyszedł spóźniony, acz nieoczekiwany huk, który rozdarł gwałtem powietrze. Coś najpierw wyrwało miastu tlen, a potem zmiażdżyło je membraną dźwięku. Szyby wystawowe wygięły się do wewnątrz — wszystkie sześć tafli nie pękło, a wygięło się jak guma. Choć żadne z nich nie wydało z siebie ani szeptu, wyczuła trwogę i troskę ubitą w pęczniejących piersiach. Bezmyślnie wyszła na ulicę, wiodąc za samym Lupinem i resztą klientów, bo cóż innego mieli począć? Siedzieć w środku i nie wyjrzeć choćby za drzwi? Być może byłoby to rozsądniejsze.<br />
Nie było jednego krzyku. Była zaś tylko setka małych, poprzerywanych, nakładających się jak źle strojone instrumenty wrzasków. Niebo miało kolor wnętrza pieca samego Hadesa, bo przecież coś takiego ujrzeć można było wyłącznie w piekle.<br />
<br />
Stała tuż obok drzwi do lokalu obok, gdy szyba nie tylko pękła, a po prostu rozwiązała się w nicość. Wydała jeden wysoki dźwięk, jak struna zdejmowana z kołka, i cała stanęła w powietrzu — tysiąc rozgrzanych igieł, przez ułamek chwili wciąż ułożonych w kształt okna. Zdążyła unieść przedramię, bo tego uczy się przy heblu, i to właśnie przedramię przyjęło pierwszy grad. <br />
Silny podmuch podciął jej nogi tak, jak podcina się drzewko jednym pociągnięciem u samej ziemi, i przez ułamek chwili nie było w niej nic poza szokiem, że powietrze potrafi mieć ostrą krawędź; potem był już tylko bruk, który wszedł jej w bark i w skroń jednocześnie, twardy, nierówny, och, jednak bardzo twardy, i tak oto świat zwinął się do jednego punktu, a potem zgasł także on.<br />
Gdy otwierała oczy niedługo potem, bardzo chciała aby wszystko co do tej pory ujrzała było jedynie złym snem. Niestety. Londyn płonął.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<h1>8 września, Apteka Lupinów, początek Spalonej Nocy </h1><br />
<br />
Stała zniecierpliwiona w kolejce i liczyła sęki w spiętrzonych pod ścianą, skrzynkach po dostawie. Oko fachowca wiedziało od razu z czym miało do czynienia. Sosna, tania i sękata, sęki wielkie jak korony, słoje szerokie od pośpiechu — drewno rosnące szybko, ścięte wcześnie, dobre wyłącznie na to, żeby coś w nim przewieźć raz. Zajęcie było absolutnie bez sensu i wiedziała o tym doskonale, ale kolejka nie ruszała się od kwadransa, a ręce trzeba czymś zająć, kiedy dygotały nerwowo tak, że nie poprowadziłyby nawet noża wzdłuż włókna.<br />
Fakt faktem, przyszła po sproszkowany korzeń wilczej jagody i dwie uncje żywicy, kwadrans przed zamknięciem i ktoś, kto sam za ladą wielokrotnie stał, powinien wiedzieć, że za takie przewinienia grozić powinna kara surowa. Przystanęłaby na chłoście, oczywiście, wyłącznie w wypadku bycia po tej właściwiej stronie lady — dziś wypadało jej wybaczyć, bo od powrotu z Libanu była nad wyraz roztargniona. A roztargnienie przetopiła w nerwowość. A potem w irytację, bo przed nią wciąż stały trzy osoby, a aptekarz zamiast obsługiwać, to opowiadał komuś niezwykle porywającą historię o dostawie z Rygi. Ollivander zwróciła uwagę na świece palące się w równym rzędzie za ladą i niechybnie pomyślała o ogniu, który towarzyszył jej podczas rytuałów kowenu jej kuzynki.<br />
<br />
Odchrząknęła znacząco. Potem Mrugnęła. A moment później, te same świece położyły się wszystkie naraz. W jedną stronę, i już się nie wyprostowały. Rząd płomyków umarł.<br />
Potem przyszedł spóźniony, acz nieoczekiwany huk, który rozdarł gwałtem powietrze. Coś najpierw wyrwało miastu tlen, a potem zmiażdżyło je membraną dźwięku. Szyby wystawowe wygięły się do wewnątrz — wszystkie sześć tafli nie pękło, a wygięło się jak guma. Choć żadne z nich nie wydało z siebie ani szeptu, wyczuła trwogę i troskę ubitą w pęczniejących piersiach. Bezmyślnie wyszła na ulicę, wiodąc za samym Lupinem i resztą klientów, bo cóż innego mieli począć? Siedzieć w środku i nie wyjrzeć choćby za drzwi? Być może byłoby to rozsądniejsze.<br />
Nie było jednego krzyku. Była zaś tylko setka małych, poprzerywanych, nakładających się jak źle strojone instrumenty wrzasków. Niebo miało kolor wnętrza pieca samego Hadesa, bo przecież coś takiego ujrzeć można było wyłącznie w piekle.<br />
<br />
Stała tuż obok drzwi do lokalu obok, gdy szyba nie tylko pękła, a po prostu rozwiązała się w nicość. Wydała jeden wysoki dźwięk, jak struna zdejmowana z kołka, i cała stanęła w powietrzu — tysiąc rozgrzanych igieł, przez ułamek chwili wciąż ułożonych w kształt okna. Zdążyła unieść przedramię, bo tego uczy się przy heblu, i to właśnie przedramię przyjęło pierwszy grad. <br />
Silny podmuch podciął jej nogi tak, jak podcina się drzewko jednym pociągnięciem u samej ziemi, i przez ułamek chwili nie było w niej nic poza szokiem, że powietrze potrafi mieć ostrą krawędź; potem był już tylko bruk, który wszedł jej w bark i w skroń jednocześnie, twardy, nierówny, och, jednak bardzo twardy, i tak oto świat zwinął się do jednego punktu, a potem zgasł także on.<br />
Gdy otwierała oczy niedługo potem, bardzo chciała aby wszystko co do tej pory ujrzała było jedynie złym snem. Niestety. Londyn płonął.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[Jesień 72, 9.09, po północy] Un bon médecin est un médecin vivant]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6249</link>
			<pubDate>Sun, 02 Aug 2026 20:25:44 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=645">Émile Mulciber</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6249</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">Spalona Noc, po północy<br />
Aleja Horyzontalna</div>
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Proszę mocno trzymać gazę i powoli oddychać, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">bien</span>? –</span> Już któryś raz tej nocy powtarzał to zdanie. Kolejny opatrunek, kolejne rany, rozharatane i zabrudzone popiołem. Trudno było o sterylne środowisko, gdy jego drobinki lepiły się do wszystkiego. Przez to Émile musiał zająć się kilkoma oparzeniami. Zaklęcia chłodzące wypowiadał już niemal machinalnie. Pęcherze go nie przerażały, krew tylko wtedy, gdy było jej za dużo. Jednemu nie dał rady pomóc. Nieznajomy mężczyzna, mocno starszy, zapewne z chorym sercem. Masaże i impulsy przesyłane zaklęciami elektryfikującymi nie pomogły. To nie był pierwszy trup, którego widział Émile. Nie pierwszy człowiek, którego nie dał rady uratować. A jednak, to zawsze bolało. Rozpaczliwe uciski klatki piersiowej, te starania, by jednak pojawił się puls, nawet najsłabszy oddech. Poczucie przytłaczającej klęski. Niesprawiedliwości. Śmierć stanowiła fakt, z którym trzeba było się pogodzić. Każdy medyk musiał przyswoić sobie jej istnienie. Nie każdego da się uratować, ludzie nie żyją wiecznie. To jednak było coś innego.<br />
Ten człowiek mógłby pożyć jeszcze kilkanaście lat. Mógłby zrobić tak wiele. A zabrano mu tę szansę. Wszystko przez kaprys szaleńca i jego zwolenników.<br />
<br />
Émile uważał, że dobrze funkcjonujące społeczeństwo było jak organizm. Jedne narządy sprawowały władze, inne wspomagały je i odpowiadały na inne zapotrzebowania. Takie ciało społeczne potrzebowało pokoju, by funkcjonować. Porządku. A jak ci, którzy głosili porządek mogli powodować taki chaos? Chorobę, która jedna po drugiej zabijała komórki? Układ odpornościowy nie nadążał. Każdy rozruch zakłócał homeostazę, a każda rewolucja prowadziła do śmierci. Nieważne pod jaką flagą szli ci, którzy protestowali. Émile ratował każdego na drodze. Nie zdarzył mu się żaden mugol – na razie krążył tylko po magicznych dzielnicach.  Byli za to mugolacy. Byli półkrwi. Zdarzył się jakiś charłak. Każdego opatrywał tak samo. Bo taka była rola układu odpornościowego, czyż nie? Jako medyk Émile złożył przysięgę: pomagać każdemu, nieważne czy bogaty, czy biedny, czystokrwisty, czy nie. Jak ktoś potrzebował pomocy, lekarz musiał jej udzielić. Dlatego cierpliwie opatrywał rany dzieci, dorosłych, starców. Wymuskanych arystokratów i śmierdzących pijaków. Taki miał obowiązek.<br />
<br />
Na razie nie spotkał żadnego rannego Śmierciożercy. Takiego też by musiał opatrzyć. Medycy ratowali życie, a bierność je zabierała. <br />
<br />
Nosił swoją szatę z Munga narzuconą na codzienne ubranie. Nigdy nie rozumiał, dlaczego w Anglii uzdrowiciele nosili zieleń. Krew na niej przypominała raczej brud, błoto albo fekalia. Zasychała w formie brzydkich, brązowych plam. Czarne rękawiczki też nadawały się już do prania. A popiół przylepiał się do włosów arystokraty, pozostawiał w nosie zapach obleśnej spalenizny. <br />
<br />
Obecna pacjentka, młoda kobieta, wybiegła ze swojego domu, gdy ten zaczął się palić. Jak opowiadała, po drodze lustro rozprysło się w drobny mak, a odłamek utknął jej w policzku. Émile usunął go, choć dziewczyna prawie się mu wyrwała, krzycząc, że w domu zostali inni. Jej matka po eliksirach nasennych. Medyk nie mógł jednak tam wejść. Nie, gdy dom płonął. Znał tę trudną, ale logicznie uzasadnioną prawdę. Lekarz musiał wpierw chronić samego siebie, bowiem dobry uzdrowiciel to żywy uzdrowiciel. A wiedział, że w płonącym budynku by nie przetrwał. Nigdy nie był typem bohatera. Zawsze po prostu wykonywał swoje obowiązki.<br />
<br />
Opatrzył ranę i upewniwszy się o względnym bezpieczeństwie pacjentki, pomógł jej wstać i dał jej odejść w stronę domu przyjaciela. Rana wbrew pozorom nie była groźna, a jedynie szpecąca. A i z tym można było sobie łatwo poradzić. Oczywiście po tym, jak minie ten cały chaos. Émile nie wyobrażał sobie, żeby taki stan miał trwać długo. Porządek musiał zatryumfować nad anarchią. A przynajmniej powinien. Medyk zaś musiał pełnić swe obowiązki, sumiennie i wytrwale. Nawet jak bolały go mięśnie i głowa.<br />
<br />
Przeszedł dalej Aleją Horyzontalną. Szukał kolejnej osoby, której mógłby pomóc. Przez chwilę zrobiło się spokojnie. To dobrze. Spanikowane tłumy stanowiły czasem zagrożenie większe niż powód ich paniki. Ludzie oczywiście błąkali się dookoła, jednak potrzebowali raczej pomocy z Lecznicy Dusz po tak traumatycznych wydarzeniach. Nie wydawali się jednak fizycznie poturbowani, a jedynie silnie skołowani. Zszokowani.<br />
<br />
Każdy miał swoje granice. Niektórych łamał sam fakt, że ta noc się wydarzyła. Émile uważał się za silnego. Zimnokrwistego. Widział przecież tyle ran. Naoglądał się w życiu nawet nieco śmierci. Ta jednak nigdy nie zajrzała mu w oczy. Zawsze była przy innych, a jego w jakiś sposób omijała. Dbał o to. Miał swój rozsądek.<br />
<br />
Twarz śmierci wyobrażano sobie różnie, jednak najczęściej miała ona oblicze gołej ludzkiej czaszki. Białej i oczyszczonej z mięsa. Z oczodołami ziejącymi pustką i z okropnym, zadowolonym z siebie uśmiechem.<br />
<br />
Obce dłonie złapały Émile’a za fraki i wciągnęły w pobliski zaułek. Serce medyka podniosło się do jego gardła, cichy krzyk wyrwał się z ust. Włosy momentalnie pozbyły się kolorów i pokryły bladą bielą. Stanął on bowiem twarzą w twarz z człowiekiem, który miał oblicze śmierci. Metalowa maska w kształcie czaszki, czarna szata z górującym czubem na szczycie. Mężczyzna wydawał się znacznie wyższy od Émile’a.<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">– Mulciber? Jesteś jedynym z nich, prawda?– </span></span>Głos nieznajomego wybrzmiał raptownie. Był pozbawiony tchu. Émile milczał i szeroko otwartymi oczami wpatrywał się w nieznajomego. Nawet jakby chciał, nie mógłby wydusić nawet słowa. Jego gardło zaciskało się niczym w złym śnie. Głos ugrzązł mu w piersi, zaklinował się i nie mógł wydostać. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">– Gdzie mogę się ukryć? Szybko! Co się tak gapisz?</span></span><br />
<br />
Mulciber otworzył usta, by coś odpowiedzieć. Niestety wyrwał mu się tylko chrapliwy jęk. Język miał ciężki, niezdolny do artykulacji. Ręce Śmierciożercy zwolniły uchwyt, ale w jednej z nich znalazła się różdżka.<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Zabije mnie, jeśli zacznę uciekać –</span> dotarło do Émile’a. Jego skóra zbladła tak, że stała się niemal przejrzyście biała. W tej chwili zupełnie nie panował nad swoim darem. Po policzkach spłynęły łzy.<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Błagam, nie rób mi krzywdy –</span> wyrwało mu się jedynie. Głos miał piskliwy, żałosny. Przycisnął plecy do ściany.<br />
<br />
Śmierciożerca westchnął głośno.<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">– Kurwa, mów do mnie po angielsku. Pomożesz mi, czy nie? –</span></span> Odwrócił głowę w stronę drugiego krańca uliczki. – Nie mam całej nocy.<br />
<br />
Merde… Nie był w stanie nawet mówić po angielsku? Naprawdę tak nisko upadł. A może chciał przekonać tego potwora, że nie umiał wcale mówić po angielsku? Kłóciłaby się jednak z tym zielona szata ze szpitala Świętego Munga. Nie przyjęliby kogoś bez podstawowych umiejętności językowych. <br />
<br />
Émile nie chciał mu pomagać. Bardzo nie chciał być już w pobliżu tego człowieka. Pragnął tylko uciec, zwiewać, ile tylko miał sił w nogach. Nie było jej wiele. Może zdołałby się teleportować? Zwiać z posterunku. Jak tchórz. Nikogo by już nie uratował.<br />
<br />
Tyle, że dobry medyk to żywy medyk.<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Proszę, nie krzywdź mnie –</span> wyszeptał, tym razem już zdobywając się na język angielski. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Nie chcę umierać. Nie chcę. Proszę…</span><br />
<br />
Był jak małe dziecko. Jak katarynka. Nie potrafił powiedzieć nic innego poza swoistą samoobroną. Żałosnym błaganiem o litość. O to, by ten człowiek sobie poszedł. Zostawił go w spokoju. Zniknął i przywrócił świat do dawnego początku, do stanu zanim się pojawił.<br />
<br />
Rozległy się kroki. Szybkie postukiwanie butów o twardy chodnik. Ktoś biegł w ich stronę.Śmierciożerca opuścił różdżkę. Odsunął się od Émile’a.<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">– Jesteś bezużyteczny –</span></span> rzucił na odchodne i odbiegł, znikając za lewym krańcem ściany.<br />
<br />
Medyk osunął się na ziemię po ścianie. Łapał powietrze raptownie, przez zaciśnięte gardło. Serce łupało o jego klatkę piersiową. Jednak myśleć, że ten koszmar się skończył, było głupotą.<br />
<br />
Nie zdążył się jeszcze zebrać do kupy, opanować wyglądu, a stanął przed nim człowiek o wiele mniej groźny. Kobieta, najwyraźniej ta, która biegła za Śmierciożercą. Nosiła aurorskie szaty. Patrzyła na Émile’a chłodno. Oczekiwała odpowiedzi.<br />
<br />
Tyle, że Śmierciożerca mógł wciąż go słyszeć. A potem odnaleźć jego zamek, przyjść ze swoimi amis i zamordować Émile’a we śnie.<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">– Gdzie on pobiegł? –</span></span> krzyknęła aurorka. Émile nie mógł wydusić słowa ani nawet wykonać żadnego gestu. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">– Mów, człowieku.</span></span><br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Ja… ja… –</span> zająknął się. Potem przyszło kłamstwo. Instynktowne i niegodne. Wypowiadane w przypływie duszącego strachu. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Nie wiem. Nie widziałem. To było za dużo, przepraszam. Pojawił się i zniknął.</span><br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">– Czyli się deportował? –</span></span> dopytała aurorka ze zrozumiałą frustracją.<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Nie wiem. Naprawdę nie wiem –</span> jego głos zmienił się w łkanie.<br />
<br />
Aurorka westchnęła i spojrzała na Émile’a jak na żałosną, ale biedną istotę. Blady, kulący się na ziemi. Marny i upokorzony.<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">– Wszyscy mamy ciężką noc, doktorze – </span></span>rzekła kobieta, po czym ruszyła w ślad za Śmierciożercą. Wybrała prawą stronę.<br />
<br />
Émile zachłysnął się powietrzem. Każdy haust wypełniał jego płuca spalonym odorem, ciemnym popiołem. Kilka oddechów później włosy wróciły do złotego blondu, skóra zyskała dawny odcień. Serce powoli się uspokajało, choć wzrok wciąż poszukiwał sylwetki obleczonej w cienistą szatę. Nie wiedział, czy przetrwałby kolejne spotkanie ze śmiercią.<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Merde! –</span></span> zaklął i uderzył pięścią o ścianę. Był sam. Tak boleśnie sam. Tchórzliwy i przez to bezbronny.<br />
<br />
Tylko co innego miał zrobić? Donieść aurorce i ryzykować bycie zabitym? Albo gorzej – zaproponować azyl człowiekowi, który przyłożył się do tego zniszczenia? Do chaosu. Wybór był pomiędzy większym a mniejszym złem. A on tak jakby nie wybrał wcale. Nie. Nieprawda. Ta bierność też stanowiła wybór. Nie najlepszy. Chyba nawet nie dobry.<br />
<br />
Chciał w tym momencie znaleźć się w ramionach Odile. Nie tyle kochanki, co przyjaciółki. Osoby, której mógłby opowiedzieć o tym, co się stało. Osoby, która w tej londyńskiej dżungli była mu znajoma. Tęsknił też za Vernonem, za swoim braciszkiem. Czy został na tę noc w Cork, czy może wyruszył gdzieś na podryw?<br />
<br />
A Lydia… Na <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Mére</span>… Rozdzielili się. Miał nadzieję, że była bezpieczna. Nie mógł do niej napisać, bo sowy były zabijane przez Śmierciożerców. Pozostało tylko przedostać się na Grimmauld Place 12.<br />
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">Koniec sesji</div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">Spalona Noc, po północy<br />
Aleja Horyzontalna</div>
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Proszę mocno trzymać gazę i powoli oddychać, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">bien</span>? –</span> Już któryś raz tej nocy powtarzał to zdanie. Kolejny opatrunek, kolejne rany, rozharatane i zabrudzone popiołem. Trudno było o sterylne środowisko, gdy jego drobinki lepiły się do wszystkiego. Przez to Émile musiał zająć się kilkoma oparzeniami. Zaklęcia chłodzące wypowiadał już niemal machinalnie. Pęcherze go nie przerażały, krew tylko wtedy, gdy było jej za dużo. Jednemu nie dał rady pomóc. Nieznajomy mężczyzna, mocno starszy, zapewne z chorym sercem. Masaże i impulsy przesyłane zaklęciami elektryfikującymi nie pomogły. To nie był pierwszy trup, którego widział Émile. Nie pierwszy człowiek, którego nie dał rady uratować. A jednak, to zawsze bolało. Rozpaczliwe uciski klatki piersiowej, te starania, by jednak pojawił się puls, nawet najsłabszy oddech. Poczucie przytłaczającej klęski. Niesprawiedliwości. Śmierć stanowiła fakt, z którym trzeba było się pogodzić. Każdy medyk musiał przyswoić sobie jej istnienie. Nie każdego da się uratować, ludzie nie żyją wiecznie. To jednak było coś innego.<br />
Ten człowiek mógłby pożyć jeszcze kilkanaście lat. Mógłby zrobić tak wiele. A zabrano mu tę szansę. Wszystko przez kaprys szaleńca i jego zwolenników.<br />
<br />
Émile uważał, że dobrze funkcjonujące społeczeństwo było jak organizm. Jedne narządy sprawowały władze, inne wspomagały je i odpowiadały na inne zapotrzebowania. Takie ciało społeczne potrzebowało pokoju, by funkcjonować. Porządku. A jak ci, którzy głosili porządek mogli powodować taki chaos? Chorobę, która jedna po drugiej zabijała komórki? Układ odpornościowy nie nadążał. Każdy rozruch zakłócał homeostazę, a każda rewolucja prowadziła do śmierci. Nieważne pod jaką flagą szli ci, którzy protestowali. Émile ratował każdego na drodze. Nie zdarzył mu się żaden mugol – na razie krążył tylko po magicznych dzielnicach.  Byli za to mugolacy. Byli półkrwi. Zdarzył się jakiś charłak. Każdego opatrywał tak samo. Bo taka była rola układu odpornościowego, czyż nie? Jako medyk Émile złożył przysięgę: pomagać każdemu, nieważne czy bogaty, czy biedny, czystokrwisty, czy nie. Jak ktoś potrzebował pomocy, lekarz musiał jej udzielić. Dlatego cierpliwie opatrywał rany dzieci, dorosłych, starców. Wymuskanych arystokratów i śmierdzących pijaków. Taki miał obowiązek.<br />
<br />
Na razie nie spotkał żadnego rannego Śmierciożercy. Takiego też by musiał opatrzyć. Medycy ratowali życie, a bierność je zabierała. <br />
<br />
Nosił swoją szatę z Munga narzuconą na codzienne ubranie. Nigdy nie rozumiał, dlaczego w Anglii uzdrowiciele nosili zieleń. Krew na niej przypominała raczej brud, błoto albo fekalia. Zasychała w formie brzydkich, brązowych plam. Czarne rękawiczki też nadawały się już do prania. A popiół przylepiał się do włosów arystokraty, pozostawiał w nosie zapach obleśnej spalenizny. <br />
<br />
Obecna pacjentka, młoda kobieta, wybiegła ze swojego domu, gdy ten zaczął się palić. Jak opowiadała, po drodze lustro rozprysło się w drobny mak, a odłamek utknął jej w policzku. Émile usunął go, choć dziewczyna prawie się mu wyrwała, krzycząc, że w domu zostali inni. Jej matka po eliksirach nasennych. Medyk nie mógł jednak tam wejść. Nie, gdy dom płonął. Znał tę trudną, ale logicznie uzasadnioną prawdę. Lekarz musiał wpierw chronić samego siebie, bowiem dobry uzdrowiciel to żywy uzdrowiciel. A wiedział, że w płonącym budynku by nie przetrwał. Nigdy nie był typem bohatera. Zawsze po prostu wykonywał swoje obowiązki.<br />
<br />
Opatrzył ranę i upewniwszy się o względnym bezpieczeństwie pacjentki, pomógł jej wstać i dał jej odejść w stronę domu przyjaciela. Rana wbrew pozorom nie była groźna, a jedynie szpecąca. A i z tym można było sobie łatwo poradzić. Oczywiście po tym, jak minie ten cały chaos. Émile nie wyobrażał sobie, żeby taki stan miał trwać długo. Porządek musiał zatryumfować nad anarchią. A przynajmniej powinien. Medyk zaś musiał pełnić swe obowiązki, sumiennie i wytrwale. Nawet jak bolały go mięśnie i głowa.<br />
<br />
Przeszedł dalej Aleją Horyzontalną. Szukał kolejnej osoby, której mógłby pomóc. Przez chwilę zrobiło się spokojnie. To dobrze. Spanikowane tłumy stanowiły czasem zagrożenie większe niż powód ich paniki. Ludzie oczywiście błąkali się dookoła, jednak potrzebowali raczej pomocy z Lecznicy Dusz po tak traumatycznych wydarzeniach. Nie wydawali się jednak fizycznie poturbowani, a jedynie silnie skołowani. Zszokowani.<br />
<br />
Każdy miał swoje granice. Niektórych łamał sam fakt, że ta noc się wydarzyła. Émile uważał się za silnego. Zimnokrwistego. Widział przecież tyle ran. Naoglądał się w życiu nawet nieco śmierci. Ta jednak nigdy nie zajrzała mu w oczy. Zawsze była przy innych, a jego w jakiś sposób omijała. Dbał o to. Miał swój rozsądek.<br />
<br />
Twarz śmierci wyobrażano sobie różnie, jednak najczęściej miała ona oblicze gołej ludzkiej czaszki. Białej i oczyszczonej z mięsa. Z oczodołami ziejącymi pustką i z okropnym, zadowolonym z siebie uśmiechem.<br />
<br />
Obce dłonie złapały Émile’a za fraki i wciągnęły w pobliski zaułek. Serce medyka podniosło się do jego gardła, cichy krzyk wyrwał się z ust. Włosy momentalnie pozbyły się kolorów i pokryły bladą bielą. Stanął on bowiem twarzą w twarz z człowiekiem, który miał oblicze śmierci. Metalowa maska w kształcie czaszki, czarna szata z górującym czubem na szczycie. Mężczyzna wydawał się znacznie wyższy od Émile’a.<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">– Mulciber? Jesteś jedynym z nich, prawda?– </span></span>Głos nieznajomego wybrzmiał raptownie. Był pozbawiony tchu. Émile milczał i szeroko otwartymi oczami wpatrywał się w nieznajomego. Nawet jakby chciał, nie mógłby wydusić nawet słowa. Jego gardło zaciskało się niczym w złym śnie. Głos ugrzązł mu w piersi, zaklinował się i nie mógł wydostać. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">– Gdzie mogę się ukryć? Szybko! Co się tak gapisz?</span></span><br />
<br />
Mulciber otworzył usta, by coś odpowiedzieć. Niestety wyrwał mu się tylko chrapliwy jęk. Język miał ciężki, niezdolny do artykulacji. Ręce Śmierciożercy zwolniły uchwyt, ale w jednej z nich znalazła się różdżka.<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Zabije mnie, jeśli zacznę uciekać –</span> dotarło do Émile’a. Jego skóra zbladła tak, że stała się niemal przejrzyście biała. W tej chwili zupełnie nie panował nad swoim darem. Po policzkach spłynęły łzy.<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Błagam, nie rób mi krzywdy –</span> wyrwało mu się jedynie. Głos miał piskliwy, żałosny. Przycisnął plecy do ściany.<br />
<br />
Śmierciożerca westchnął głośno.<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">– Kurwa, mów do mnie po angielsku. Pomożesz mi, czy nie? –</span></span> Odwrócił głowę w stronę drugiego krańca uliczki. – Nie mam całej nocy.<br />
<br />
Merde… Nie był w stanie nawet mówić po angielsku? Naprawdę tak nisko upadł. A może chciał przekonać tego potwora, że nie umiał wcale mówić po angielsku? Kłóciłaby się jednak z tym zielona szata ze szpitala Świętego Munga. Nie przyjęliby kogoś bez podstawowych umiejętności językowych. <br />
<br />
Émile nie chciał mu pomagać. Bardzo nie chciał być już w pobliżu tego człowieka. Pragnął tylko uciec, zwiewać, ile tylko miał sił w nogach. Nie było jej wiele. Może zdołałby się teleportować? Zwiać z posterunku. Jak tchórz. Nikogo by już nie uratował.<br />
<br />
Tyle, że dobry medyk to żywy medyk.<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Proszę, nie krzywdź mnie –</span> wyszeptał, tym razem już zdobywając się na język angielski. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Nie chcę umierać. Nie chcę. Proszę…</span><br />
<br />
Był jak małe dziecko. Jak katarynka. Nie potrafił powiedzieć nic innego poza swoistą samoobroną. Żałosnym błaganiem o litość. O to, by ten człowiek sobie poszedł. Zostawił go w spokoju. Zniknął i przywrócił świat do dawnego początku, do stanu zanim się pojawił.<br />
<br />
Rozległy się kroki. Szybkie postukiwanie butów o twardy chodnik. Ktoś biegł w ich stronę.Śmierciożerca opuścił różdżkę. Odsunął się od Émile’a.<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">– Jesteś bezużyteczny –</span></span> rzucił na odchodne i odbiegł, znikając za lewym krańcem ściany.<br />
<br />
Medyk osunął się na ziemię po ścianie. Łapał powietrze raptownie, przez zaciśnięte gardło. Serce łupało o jego klatkę piersiową. Jednak myśleć, że ten koszmar się skończył, było głupotą.<br />
<br />
Nie zdążył się jeszcze zebrać do kupy, opanować wyglądu, a stanął przed nim człowiek o wiele mniej groźny. Kobieta, najwyraźniej ta, która biegła za Śmierciożercą. Nosiła aurorskie szaty. Patrzyła na Émile’a chłodno. Oczekiwała odpowiedzi.<br />
<br />
Tyle, że Śmierciożerca mógł wciąż go słyszeć. A potem odnaleźć jego zamek, przyjść ze swoimi amis i zamordować Émile’a we śnie.<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">– Gdzie on pobiegł? –</span></span> krzyknęła aurorka. Émile nie mógł wydusić słowa ani nawet wykonać żadnego gestu. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">– Mów, człowieku.</span></span><br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Ja… ja… –</span> zająknął się. Potem przyszło kłamstwo. Instynktowne i niegodne. Wypowiadane w przypływie duszącego strachu. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Nie wiem. Nie widziałem. To było za dużo, przepraszam. Pojawił się i zniknął.</span><br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">– Czyli się deportował? –</span></span> dopytała aurorka ze zrozumiałą frustracją.<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Nie wiem. Naprawdę nie wiem –</span> jego głos zmienił się w łkanie.<br />
<br />
Aurorka westchnęła i spojrzała na Émile’a jak na żałosną, ale biedną istotę. Blady, kulący się na ziemi. Marny i upokorzony.<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">– Wszyscy mamy ciężką noc, doktorze – </span></span>rzekła kobieta, po czym ruszyła w ślad za Śmierciożercą. Wybrała prawą stronę.<br />
<br />
Émile zachłysnął się powietrzem. Każdy haust wypełniał jego płuca spalonym odorem, ciemnym popiołem. Kilka oddechów później włosy wróciły do złotego blondu, skóra zyskała dawny odcień. Serce powoli się uspokajało, choć wzrok wciąż poszukiwał sylwetki obleczonej w cienistą szatę. Nie wiedział, czy przetrwałby kolejne spotkanie ze śmiercią.<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Merde! –</span></span> zaklął i uderzył pięścią o ścianę. Był sam. Tak boleśnie sam. Tchórzliwy i przez to bezbronny.<br />
<br />
Tylko co innego miał zrobić? Donieść aurorce i ryzykować bycie zabitym? Albo gorzej – zaproponować azyl człowiekowi, który przyłożył się do tego zniszczenia? Do chaosu. Wybór był pomiędzy większym a mniejszym złem. A on tak jakby nie wybrał wcale. Nie. Nieprawda. Ta bierność też stanowiła wybór. Nie najlepszy. Chyba nawet nie dobry.<br />
<br />
Chciał w tym momencie znaleźć się w ramionach Odile. Nie tyle kochanki, co przyjaciółki. Osoby, której mógłby opowiedzieć o tym, co się stało. Osoby, która w tej londyńskiej dżungli była mu znajoma. Tęsknił też za Vernonem, za swoim braciszkiem. Czy został na tę noc w Cork, czy może wyruszył gdzieś na podryw?<br />
<br />
A Lydia… Na <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Mére</span>… Rozdzielili się. Miał nadzieję, że była bezpieczna. Nie mógł do niej napisać, bo sowy były zabijane przez Śmierciożerców. Pozostało tylko przedostać się na Grimmauld Place 12.<br />
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">Koniec sesji</div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[09.09.1972] Holding out for a hero]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6226</link>
			<pubDate>Fri, 24 Jul 2026 18:56:36 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=177">Victoria Lestrange</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6226</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">9 IX 1972, Spalona Noc<br />
<span style="font-size: small;" class="mycode_size">ok. 1:00 w nocy</span></div>
<br />
<p>Nie dbała o to, że miała sadzę rozsmarowaną na twarzy i popiół we włosach. Nie dbała o to, że mundur miała gdzieś rozerwany – nawet nie zauważyła, w którym momencie się to wydarzyło. Może wtedy, gdy wybiegała z płonącego budynku z dzieckiem na rękach? A może wtedy, gdy wyciągała faceta ze skoncentrowanej chmury dymu? Mogło być też wtedy, gdy aresztowała wariata będącego ewidentnie w trakcie jakiegoś rytuału, który mu przerwała… Nieistotne. Swój mundur też miała zakurzony, ale nie dbała o to: wystarczyło mieć trochę oleju w głowie i widać było, że jest to charakterystyczny mundur aurora, zwłaszcza te srebrne wstawki, ciągle gdzieś się przebijające poprzez kurz i sadzę. </p>
<p>Victoria przystanęła na chwilę, próbując złapać oddech, co spowodowało tylko, że rozkaszlała się potężnie. Jej gardło i płuca podrażnione były kilkugodzinnym wdychaniem wszystkiego, co właśnie latało w powietrzu: od tego pyłu, który wszystko zapalał, po spopielone części ulatujące w powietrze. Widoczność była przez to wszystko mocno ogarniczona, chociaż całkowita ciemność środka nocy rozświetlana była przez liczne ognie, których nadal nie opanowano, a które co jakiś czas powstawały w różnych miejscach. </p>
<p>Ale tutaj chyba był chwilowo spokój. To znaczy o ile można było tak nazwać przeróżne krzyki w tle; nawoływania, przerażenia, złości…</p>
<p>Nie miała wątpliwości, że to wszystko, to sprawka Voldemorta. Że w końcu dopiął swego, popieląc Anglię, napuszczając na siebie ludzi… Ofiarami byli wszak wszyscy, ogień nie patrzył na to, czy pali dom mugolaka czy czarodzieja półkrwi, a jak się miało okazać, również i domy czarodziejów czystej krwi, których supremację ogłaszano, stawały  w płomieniach. Jaki był wzór? Któż to wie. Może nie było żadnego, a może był konkretny, ale nie był to czas, w którym Lestrange by się mogła nad tym w ogóle zastanowić – nie wiedziała jeszcze nawet, że jej rodzinny dom stał właśnie w płomieniach. </p>
<p>Miała odpocząć jeszcze przez chwilę, ale wtedy usłyszała jakiś męski głos, a sądząc po tonie, nie miał wcale dobrych zamiarów. </p>
<p> <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">– To wszystko wina takich jak ty, wiedźmo! –</span> krzyczał. </p>
<p>Wtedy właśnie Victoria puściła się biegiem w tamtą stronę, z różdżką w ręku. </p>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">9 IX 1972, Spalona Noc<br />
<span style="font-size: small;" class="mycode_size">ok. 1:00 w nocy</span></div>
<br />
<p>Nie dbała o to, że miała sadzę rozsmarowaną na twarzy i popiół we włosach. Nie dbała o to, że mundur miała gdzieś rozerwany – nawet nie zauważyła, w którym momencie się to wydarzyło. Może wtedy, gdy wybiegała z płonącego budynku z dzieckiem na rękach? A może wtedy, gdy wyciągała faceta ze skoncentrowanej chmury dymu? Mogło być też wtedy, gdy aresztowała wariata będącego ewidentnie w trakcie jakiegoś rytuału, który mu przerwała… Nieistotne. Swój mundur też miała zakurzony, ale nie dbała o to: wystarczyło mieć trochę oleju w głowie i widać było, że jest to charakterystyczny mundur aurora, zwłaszcza te srebrne wstawki, ciągle gdzieś się przebijające poprzez kurz i sadzę. </p>
<p>Victoria przystanęła na chwilę, próbując złapać oddech, co spowodowało tylko, że rozkaszlała się potężnie. Jej gardło i płuca podrażnione były kilkugodzinnym wdychaniem wszystkiego, co właśnie latało w powietrzu: od tego pyłu, który wszystko zapalał, po spopielone części ulatujące w powietrze. Widoczność była przez to wszystko mocno ogarniczona, chociaż całkowita ciemność środka nocy rozświetlana była przez liczne ognie, których nadal nie opanowano, a które co jakiś czas powstawały w różnych miejscach. </p>
<p>Ale tutaj chyba był chwilowo spokój. To znaczy o ile można było tak nazwać przeróżne krzyki w tle; nawoływania, przerażenia, złości…</p>
<p>Nie miała wątpliwości, że to wszystko, to sprawka Voldemorta. Że w końcu dopiął swego, popieląc Anglię, napuszczając na siebie ludzi… Ofiarami byli wszak wszyscy, ogień nie patrzył na to, czy pali dom mugolaka czy czarodzieja półkrwi, a jak się miało okazać, również i domy czarodziejów czystej krwi, których supremację ogłaszano, stawały  w płomieniach. Jaki był wzór? Któż to wie. Może nie było żadnego, a może był konkretny, ale nie był to czas, w którym Lestrange by się mogła nad tym w ogóle zastanowić – nie wiedziała jeszcze nawet, że jej rodzinny dom stał właśnie w płomieniach. </p>
<p>Miała odpocząć jeszcze przez chwilę, ale wtedy usłyszała jakiś męski głos, a sądząc po tonie, nie miał wcale dobrych zamiarów. </p>
<p> <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">– To wszystko wina takich jak ty, wiedźmo! –</span> krzyczał. </p>
<p>Wtedy właśnie Victoria puściła się biegiem w tamtą stronę, z różdżką w ręku. </p>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[05.10.1972, Gabriel & Hannibal] Blood and Gold]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6201</link>
			<pubDate>Sun, 12 Jul 2026 11:01:58 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=413">Hannibal Selwyn</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6201</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">05.10.1972, The Globe<br />
po wieczornym spektaklu</div>
<br />
Krople potu żłobiły ślady w zaschniętej krwi. Narzucona naprędce iluzja ukrywająca plamy przed oczami widzów rozpływała się, odsłaniając w całej okazałości opłakany stan Hannibala - ruchy ociężałe zmęczeniem ostatnich godzin i dwóch przedstawień pod rząd, białe płótno anachronicznych spodni i koszuli splamione czerwienią od pleców po uda, sugestywnie, obscenicznie. Cudownie zrujnowany. Reżyser Kendrick doskonale wiedział co robi, odziewając swego Merlina w biel. <br />
<br />
Publiczność kochała destrukcję. Kochała bezczeszczoną niewinność, tragicznie doświadczaną młodość. Nieswoją, oczywiście. <br />
<br />
Katharsis. <br />
<br />
Hannibal westchnął i uśmiechnął się zmęczonym, zadowolonym uśmiechem, trochę zbyt miękkim na brzegach, przeznaczonym tylko dla siebie, nie dla widzów, i dla takich rozsianych po jego życiu, wypełnionych wyczerpaniem i euforią chwil, jak ta. <br />
<br />
Krew była sztuczna. <br />
<br />
<br />
<br />
Nacisnął klamkę swojej prywatnej garderoby. Tu, w wielokrotnym objęciu teatralnych murów, odgłosy z Sali Wawrzynowej były wytłumione podczas spektakli, a teraz, kiedy widzowie zbierali się do wyjścia, ledwo słyszalne. Przestępując próg ściągnął przez głowę brudną i przepoconą koszulę, którą otarł pot z czoła, zanim rzucił ją w kąt pomieszczenia - pusty, bo najwyraźniej ciśnięty w to samo miejsce trzy godziny temu kostium z poprzedniego przedstawienia został już zabrany przez skrzaty. Tak, jak powinno być. <br />
Poruszył obolałymi ramionami i omiótł wzrokiem znajome, nieco zagracone wnętrze: lustro, szezlong, bukiet świeżych róż wieńczący wieczny nieład na blacie zaczarowanej toaletki, hrabia Montbel, karafka z wodą do picia i miska z wodą do - wreszcie - umycia się…<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Chwila, moment!</span><br />
<br />
Hrabia Montbel?!<br />
<br />
Hannibal zamarł, wpatrując się w niespodziewanego gościa. Jego twarz poważniała asynchronicznie - najpierw zszedł z niej uśmiech, potem czujność zepchnęła na drugi plan beztroską, endorfinową mgiełkę przesłaniającą oczy. Drzwi za jego plecami zamknęły się z cichym i nieodwołalnym odgłosem. Tak, to się najwyraźniej działo. <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Gabriel?… -</span> zapytał, drugi raz w tym tygodniu <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Co ty tu robisz?</span><br />
<br />
Był zbyt wyczerpany, by obronić się przed myślą, że tym razem role były niejako odwrócone - to on jest mokry i rozchełstany, a wampir nieporównanie lepiej pozbierany do kupy. Rozluźniony po całym wieczorze zawodowej mobilizacji, nie miał siły oprzeć się temu kontrastowi i prychnął przez nos jakimś mimowolnym, niedokończonym śmiechem, który nie sięgnął mimiki. Tym razem przynajmniej blizna, którą zostawił mu Montbel była starannie zasłonięta iluzją - zdecydowanie lepszą, niż ta tymczasowo narzucona na ubranie między scenami. <br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Może powinien ją zdjąć?…</span><br />
<br />
Wyprostował się, gotów - no, bardziej niż wcześniej gotów, by przyjąć gościa, ruchem głowy strząsnął niesforne, zmierzwione włosy w tył. Odruchowe, mimowolne gesty kogoś, dla kogo pilnowanie własnego wizerunku było drugą naturą. Wierzchem dłoni otarł łaskoczącą go w plecy strużkę potu - jak się okazało, zmieszaną ze sztuczną krwią. Zerknął na brudną rękę i roztargnionym gestem wytarł ją o własne udo, zostawiając kolejną smugę na spodniach. <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Wybacz, jak widzisz jestem trochę</span><span style="font-style: italic;" class="mycode_i"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> hors service</span></span><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> -</span> spojrzał w dół na siebie, a potem w stronę prowizorycznej umywalni. Jego francuski akcent był w minimalnym stopniu nieskładny, odrobinę za bardzo z przodu, jakby Selwyn nie do końca przestawił się z angielskiego, coś, co zdarzało się po alkoholu i - jak widać - po dwóch rundach wymagającej fizycznie sztuki.<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Powinienem się doprowadzić do porządku… - </span>dodał, nie zrobił jednak nic, by wyrzucić wampira ze swego sanktuarium.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">05.10.1972, The Globe<br />
po wieczornym spektaklu</div>
<br />
Krople potu żłobiły ślady w zaschniętej krwi. Narzucona naprędce iluzja ukrywająca plamy przed oczami widzów rozpływała się, odsłaniając w całej okazałości opłakany stan Hannibala - ruchy ociężałe zmęczeniem ostatnich godzin i dwóch przedstawień pod rząd, białe płótno anachronicznych spodni i koszuli splamione czerwienią od pleców po uda, sugestywnie, obscenicznie. Cudownie zrujnowany. Reżyser Kendrick doskonale wiedział co robi, odziewając swego Merlina w biel. <br />
<br />
Publiczność kochała destrukcję. Kochała bezczeszczoną niewinność, tragicznie doświadczaną młodość. Nieswoją, oczywiście. <br />
<br />
Katharsis. <br />
<br />
Hannibal westchnął i uśmiechnął się zmęczonym, zadowolonym uśmiechem, trochę zbyt miękkim na brzegach, przeznaczonym tylko dla siebie, nie dla widzów, i dla takich rozsianych po jego życiu, wypełnionych wyczerpaniem i euforią chwil, jak ta. <br />
<br />
Krew była sztuczna. <br />
<br />
<br />
<br />
Nacisnął klamkę swojej prywatnej garderoby. Tu, w wielokrotnym objęciu teatralnych murów, odgłosy z Sali Wawrzynowej były wytłumione podczas spektakli, a teraz, kiedy widzowie zbierali się do wyjścia, ledwo słyszalne. Przestępując próg ściągnął przez głowę brudną i przepoconą koszulę, którą otarł pot z czoła, zanim rzucił ją w kąt pomieszczenia - pusty, bo najwyraźniej ciśnięty w to samo miejsce trzy godziny temu kostium z poprzedniego przedstawienia został już zabrany przez skrzaty. Tak, jak powinno być. <br />
Poruszył obolałymi ramionami i omiótł wzrokiem znajome, nieco zagracone wnętrze: lustro, szezlong, bukiet świeżych róż wieńczący wieczny nieład na blacie zaczarowanej toaletki, hrabia Montbel, karafka z wodą do picia i miska z wodą do - wreszcie - umycia się…<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Chwila, moment!</span><br />
<br />
Hrabia Montbel?!<br />
<br />
Hannibal zamarł, wpatrując się w niespodziewanego gościa. Jego twarz poważniała asynchronicznie - najpierw zszedł z niej uśmiech, potem czujność zepchnęła na drugi plan beztroską, endorfinową mgiełkę przesłaniającą oczy. Drzwi za jego plecami zamknęły się z cichym i nieodwołalnym odgłosem. Tak, to się najwyraźniej działo. <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Gabriel?… -</span> zapytał, drugi raz w tym tygodniu <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Co ty tu robisz?</span><br />
<br />
Był zbyt wyczerpany, by obronić się przed myślą, że tym razem role były niejako odwrócone - to on jest mokry i rozchełstany, a wampir nieporównanie lepiej pozbierany do kupy. Rozluźniony po całym wieczorze zawodowej mobilizacji, nie miał siły oprzeć się temu kontrastowi i prychnął przez nos jakimś mimowolnym, niedokończonym śmiechem, który nie sięgnął mimiki. Tym razem przynajmniej blizna, którą zostawił mu Montbel była starannie zasłonięta iluzją - zdecydowanie lepszą, niż ta tymczasowo narzucona na ubranie między scenami. <br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Może powinien ją zdjąć?…</span><br />
<br />
Wyprostował się, gotów - no, bardziej niż wcześniej gotów, by przyjąć gościa, ruchem głowy strząsnął niesforne, zmierzwione włosy w tył. Odruchowe, mimowolne gesty kogoś, dla kogo pilnowanie własnego wizerunku było drugą naturą. Wierzchem dłoni otarł łaskoczącą go w plecy strużkę potu - jak się okazało, zmieszaną ze sztuczną krwią. Zerknął na brudną rękę i roztargnionym gestem wytarł ją o własne udo, zostawiając kolejną smugę na spodniach. <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Wybacz, jak widzisz jestem trochę</span><span style="font-style: italic;" class="mycode_i"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> hors service</span></span><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> -</span> spojrzał w dół na siebie, a potem w stronę prowizorycznej umywalni. Jego francuski akcent był w minimalnym stopniu nieskładny, odrobinę za bardzo z przodu, jakby Selwyn nie do końca przestawił się z angielskiego, coś, co zdarzało się po alkoholu i - jak widać - po dwóch rundach wymagającej fizycznie sztuki.<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Powinienem się doprowadzić do porządku… - </span>dodał, nie zrobił jednak nic, by wyrzucić wampira ze swego sanktuarium.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[10.10.1972] Not quite blind date (Astoria Avery, Rodolphus Lestrange)]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6175</link>
			<pubDate>Thu, 02 Jul 2026 00:40:46 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=602">Astoria Avery</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6175</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b"> 10.10.1972<br />
<span style="font-size: small;" class="mycode_size"><a href="https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5791&amp;pid=92323#pid92323" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">walentynkowe bingo</a></span><br />
<img src="https://64.media.tumblr.com/998764a9d7dc04260050bd5ba6e07e5f/0e02927a58c84d58-9f/s1280x1920/b89b8a8354b04e362122bd5f56ad462957633183.jpg" loading="lazy"  alt="[Obrazek: b89b8a8354b04e362122bd5f56ad462957633183.jpg]" class="mycode_img" /></div>
<br />
Czarna, elegancka szata miękko układała się na jej sylwetce, kiedy opuszczała mieszkanie. Starannie upięte włosy odsłaniały smukłą szyję, a jedyną ozdobę stanowiły drobne kolczyki i cienki naszyjnik, który dyskretnie połyskiwał przy każdym kroku. Zanim zamknęła drzwi, jej spojrzenie na krótką chwilę zatrzymało się na liście spoczywającym na komodzie. Zaproszenie, które otrzymała poprzedniego wieczoru od pani Alderley. Na samą myśl o starszej kobiecie kąciki jej ust uniosły się odrobinę. Odpowiedziała niemal od razu, nie widząc powodu, by odmawiać komuś, kto z taką serdecznością chciał okazać wdzięczność za cały dzień pracy.<br />
Po przekroczeniu progu restauracji przyjemne ciepło natychmiast ją otuliło, a dyskretna muzyka fortepianowa mieszała się z cichymi rozmowa pozostałych gości. Kelner zaprowadził ją do stolika znajdującego się przy oknie. Pani Alderley już czekała. Na widok Astorii starsza kobieta od razu się rozpromieniła, unosząc się lekko z miejsca. Dopiero wtedy dziewczyna dostrzegła siedzącego naprzeciwko mężczyznę. Na krótką chwilę zatrzymała się w pół kroku. Rodolphus? Przez jej twarz przemknęło lekkie zaskoczenie, ledwie zauważalne uniesienie brwi. Właściwie nie powinno jej to dziwić. Wczorajszego dnia nie tylko ona poświęciła swój czas. Lestrange bez słowa zakasał rękawy i pomagał równie długo jak ona, a seniorka była osobą, która nie zapominała o podobnych gestach. Im dłużej o tym myślała, tym bardziej jego obecność wydawała się czymś zupełnie naturalnym. Na jej twarzy pojawił się łagodny uśmiech, gdy się z nimi witała.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Miło was widzieć - </span>przeniosła spojrzenie na mężczyznę, próbując wybadać jego nastawienie z mimiki twarzy. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Pani Alderley, naprawdę nie musiała pani robić sobie kłopotu -</span> zaczęła, ale starsza kobieta już zaczęła trajkotać, jak bardzo jej pomogli. Ledwie wszyscy zajęli miejsca, starsza kobieta zaczęła mówić z charakterystyczną dla siebie energią, która zdawała się zupełnie nie współgrać z jej wiekiem. Dziękowała im raz po raz, jakby za każdym razem dochodziła do wniosku, że poprzednie podziękowanie nie wybrzmiało dostatecznie mocno. Kolacja, jak sama uparcie powtarzała, była przecież najmniejszą rzeczą, jaką mogła dla nich zrobić. Nie posiadała majątku, którym mogłaby się odwdzięczyć, ani wpływów, które mogłyby cokolwiek ułatwić. Od czasu do czasu usta Torii układały się w ciepły, niemal nieśmiały uśmiech. Nie była przyzwyczajona do przyjmowania tak otwarcie okazywanej wdzięczności. Pomagała dlatego, że uważała to za właściwe, nie oczekując niczego w zamian. Widząc błyszczące oczy starszej kobiety i słysząc autentyczne wzruszenie w jej głosie, czuła się niemal niezręcznie. Mimowolnie spojrzała przelotnie na Rodolphusa, jak on odbierał tę lawinę wdzięczności. <br />
Nadal dziwnie było go tu widzieć. Choć jeszcze kilka miesięcy temu podobna perspektywa wywołałaby w niej przede wszystkim irytację, teraz obecność Lestrange'a, mimo całej swojej nieoczywistości, zdążyła już wpisać się w rytm jej ostatnich dni.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b"> 10.10.1972<br />
<span style="font-size: small;" class="mycode_size"><a href="https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5791&amp;pid=92323#pid92323" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">walentynkowe bingo</a></span><br />
<img src="https://64.media.tumblr.com/998764a9d7dc04260050bd5ba6e07e5f/0e02927a58c84d58-9f/s1280x1920/b89b8a8354b04e362122bd5f56ad462957633183.jpg" loading="lazy"  alt="[Obrazek: b89b8a8354b04e362122bd5f56ad462957633183.jpg]" class="mycode_img" /></div>
<br />
Czarna, elegancka szata miękko układała się na jej sylwetce, kiedy opuszczała mieszkanie. Starannie upięte włosy odsłaniały smukłą szyję, a jedyną ozdobę stanowiły drobne kolczyki i cienki naszyjnik, który dyskretnie połyskiwał przy każdym kroku. Zanim zamknęła drzwi, jej spojrzenie na krótką chwilę zatrzymało się na liście spoczywającym na komodzie. Zaproszenie, które otrzymała poprzedniego wieczoru od pani Alderley. Na samą myśl o starszej kobiecie kąciki jej ust uniosły się odrobinę. Odpowiedziała niemal od razu, nie widząc powodu, by odmawiać komuś, kto z taką serdecznością chciał okazać wdzięczność za cały dzień pracy.<br />
Po przekroczeniu progu restauracji przyjemne ciepło natychmiast ją otuliło, a dyskretna muzyka fortepianowa mieszała się z cichymi rozmowa pozostałych gości. Kelner zaprowadził ją do stolika znajdującego się przy oknie. Pani Alderley już czekała. Na widok Astorii starsza kobieta od razu się rozpromieniła, unosząc się lekko z miejsca. Dopiero wtedy dziewczyna dostrzegła siedzącego naprzeciwko mężczyznę. Na krótką chwilę zatrzymała się w pół kroku. Rodolphus? Przez jej twarz przemknęło lekkie zaskoczenie, ledwie zauważalne uniesienie brwi. Właściwie nie powinno jej to dziwić. Wczorajszego dnia nie tylko ona poświęciła swój czas. Lestrange bez słowa zakasał rękawy i pomagał równie długo jak ona, a seniorka była osobą, która nie zapominała o podobnych gestach. Im dłużej o tym myślała, tym bardziej jego obecność wydawała się czymś zupełnie naturalnym. Na jej twarzy pojawił się łagodny uśmiech, gdy się z nimi witała.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Miło was widzieć - </span>przeniosła spojrzenie na mężczyznę, próbując wybadać jego nastawienie z mimiki twarzy. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Pani Alderley, naprawdę nie musiała pani robić sobie kłopotu -</span> zaczęła, ale starsza kobieta już zaczęła trajkotać, jak bardzo jej pomogli. Ledwie wszyscy zajęli miejsca, starsza kobieta zaczęła mówić z charakterystyczną dla siebie energią, która zdawała się zupełnie nie współgrać z jej wiekiem. Dziękowała im raz po raz, jakby za każdym razem dochodziła do wniosku, że poprzednie podziękowanie nie wybrzmiało dostatecznie mocno. Kolacja, jak sama uparcie powtarzała, była przecież najmniejszą rzeczą, jaką mogła dla nich zrobić. Nie posiadała majątku, którym mogłaby się odwdzięczyć, ani wpływów, które mogłyby cokolwiek ułatwić. Od czasu do czasu usta Torii układały się w ciepły, niemal nieśmiały uśmiech. Nie była przyzwyczajona do przyjmowania tak otwarcie okazywanej wdzięczności. Pomagała dlatego, że uważała to za właściwe, nie oczekując niczego w zamian. Widząc błyszczące oczy starszej kobiety i słysząc autentyczne wzruszenie w jej głosie, czuła się niemal niezręcznie. Mimowolnie spojrzała przelotnie na Rodolphusa, jak on odbierał tę lawinę wdzięczności. <br />
Nadal dziwnie było go tu widzieć. Choć jeszcze kilka miesięcy temu podobna perspektywa wywołałaby w niej przede wszystkim irytację, teraz obecność Lestrange'a, mimo całej swojej nieoczywistości, zdążyła już wpisać się w rytm jej ostatnich dni.]]></content:encoded>
		</item>
	</channel>
</rss>