<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0" xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">
	<channel>
		<title><![CDATA[Secrets of London - Aleja horyzontalna]]></title>
		<link>https://secretsoflondon.pl/</link>
		<description><![CDATA[Secrets of London - https://secretsoflondon.pl]]></description>
		<pubDate>Fri, 17 Apr 2026 14:10:51 +0000</pubDate>
		<generator>MyBB</generator>
		<item>
			<title><![CDATA[[Jesień 72, 22.09] Mabon u Selwynów]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5925</link>
			<pubDate>Wed, 01 Apr 2026 12:23:40 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=546">Robert Albert Crouch</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5925</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">22.09.1972<br />
The Globe</div>
<br />
Mabon u rodziny Selwynów przypominało raczej jeden z bankietów premierowych niż klasycznie rozumianą rodzinną kolację. Oczywiście stół stał na swoim miejscu, w sali balowej teatru, zastawiony różnorakimi przysmakami. Dyniowe wyroby wszelkiej maści, ryba duszona w sosie z dzikich szparagów, pieczona kaczka z pomarańczą, ziemniaki tłuczone, smażone, podpiekane, fantazyjnie ułożone kwiaty kalafiora, wyroby słodko-wytrawne takie jak tartaletki z różnymi konfiturami i serami, sałatki z sezonowych warzyw. Do tego oczywiście świeżo wyciskane soki: z jabłek i gruszek lub pomarańczy doprawionej imbirem, a także wina: cabernet, które Jonathan dostał od Anthony’ego Shafiqa, i Chardonnay pozostałe po jednej z premier. Na suficie lśnił kryształowy kandelabr, wokoło stały rzeźby, na ścianach wisiały obrazy. Było przestronnie i choć wszyscy zajmowali na razie miejsca przy stole, spodziewano się, że później, jak to zazwyczaj bywało, wywiążą się rozmowy a la bankietowe, rozproszone po całej sali. <br />
<br />
Robert siedział pomiędzy swoją córką a matką. Na początku oczywiście całkowicie pochłonęło go jedzenie, miał bowiem na celu spróbowanie każdej potrawy. Enid grzebała widelcem w wykwintnym jedzeniu, które na razie niezbyt przypadło jej do gustu. Frances była natomiast pogrążona w cichej rozmowie z koleżanką po fachu, Anemone. Crouch cieszył się, że rozmawiały raczej o sztuce reżyserskiej, a nie o wydarzeniach ze Spalonej Nocy. Miał już szczerze dość tego tematu i bardzo chciał zająć się innymi sprawami. Na przykład jedzeniem.<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Powiedz mi, Hannibalu, jak idą przygotowania do tej waszej nowej sztuki? –</span> zapytał, mając na myśli niejaką „Ekstazę Merlina”. Miał nadzieję, że temat teatru zainteresuje wszystkich Selwynów. A i kariera jego kuzyna szła w dobrym kierunku.<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – Słyszałem, że widowisko ma zszokować nas wszystkich.</span><br />
<br />
Dobrze, że ubiegł pytanie o swoją pracę. Podobnie jak ze Spaloną nocą, z polityką należało poczekać na dogodny moment. Przed kolacją zresztą, matka uprzedziła go, żeby w miarę możliwości powstrzymał się przed wszczynaniem awantur na tle światopoglądowym. Obawiał się jednak, że ktoś inny takową zacznie, a Robert, jako ekspercki głos w dyskusji, będzie musiał się dołączyć.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">22.09.1972<br />
The Globe</div>
<br />
Mabon u rodziny Selwynów przypominało raczej jeden z bankietów premierowych niż klasycznie rozumianą rodzinną kolację. Oczywiście stół stał na swoim miejscu, w sali balowej teatru, zastawiony różnorakimi przysmakami. Dyniowe wyroby wszelkiej maści, ryba duszona w sosie z dzikich szparagów, pieczona kaczka z pomarańczą, ziemniaki tłuczone, smażone, podpiekane, fantazyjnie ułożone kwiaty kalafiora, wyroby słodko-wytrawne takie jak tartaletki z różnymi konfiturami i serami, sałatki z sezonowych warzyw. Do tego oczywiście świeżo wyciskane soki: z jabłek i gruszek lub pomarańczy doprawionej imbirem, a także wina: cabernet, które Jonathan dostał od Anthony’ego Shafiqa, i Chardonnay pozostałe po jednej z premier. Na suficie lśnił kryształowy kandelabr, wokoło stały rzeźby, na ścianach wisiały obrazy. Było przestronnie i choć wszyscy zajmowali na razie miejsca przy stole, spodziewano się, że później, jak to zazwyczaj bywało, wywiążą się rozmowy a la bankietowe, rozproszone po całej sali. <br />
<br />
Robert siedział pomiędzy swoją córką a matką. Na początku oczywiście całkowicie pochłonęło go jedzenie, miał bowiem na celu spróbowanie każdej potrawy. Enid grzebała widelcem w wykwintnym jedzeniu, które na razie niezbyt przypadło jej do gustu. Frances była natomiast pogrążona w cichej rozmowie z koleżanką po fachu, Anemone. Crouch cieszył się, że rozmawiały raczej o sztuce reżyserskiej, a nie o wydarzeniach ze Spalonej Nocy. Miał już szczerze dość tego tematu i bardzo chciał zająć się innymi sprawami. Na przykład jedzeniem.<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Powiedz mi, Hannibalu, jak idą przygotowania do tej waszej nowej sztuki? –</span> zapytał, mając na myśli niejaką „Ekstazę Merlina”. Miał nadzieję, że temat teatru zainteresuje wszystkich Selwynów. A i kariera jego kuzyna szła w dobrym kierunku.<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – Słyszałem, że widowisko ma zszokować nas wszystkich.</span><br />
<br />
Dobrze, że ubiegł pytanie o swoją pracę. Podobnie jak ze Spaloną nocą, z polityką należało poczekać na dogodny moment. Przed kolacją zresztą, matka uprzedziła go, żeby w miarę możliwości powstrzymał się przed wszczynaniem awantur na tle światopoglądowym. Obawiał się jednak, że ktoś inny takową zacznie, a Robert, jako ekspercki głos w dyskusji, będzie musiał się dołączyć.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[27.09.1972 r.] Jak pies bezpański za mięsem, biegnę jak dekadę wcześniej (tęsknię)]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5911</link>
			<pubDate>Tue, 31 Mar 2026 20:28:40 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=492">Mona Rowle</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5911</guid>
			<description><![CDATA[<div class="spoiler_wrap"><div class="spoiler_header"><a href="javascript:void(0);" onclick="javascript:if(parentNode.parentNode.getElementsByTagName('div')[1].style.display=='block'){parentNode.parentNode.getElementsByTagName('div')[1].style.display='none';this.innerHTML='&lt;img title=&quot;[+]&quot; alt=&quot;[+]&quot; src=&quot;/images/collapse_collapsed.png&quot; class=&quot;expandspoiler&quot; /&gt;Spoiler';}else {parentNode.parentNode.getElementsByTagName('div')[1].style.display='block';this.innerHTML='&lt;img title=&quot;[-]&quot; alt=&quot;[-]&quot; src=&quot;/images/collapse.png&quot; class=&quot;expandspoiler&quot; /&gt;Spoiler';}"><img title="[+]" alt="[+]" src="/images/collapse_collapsed.png" class="expandspoiler" />Spoiler</a></div><div class="spoiler_body" style="display: none;"><a href="https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5713&amp;pid=87850#pid87850" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">Bingo</a></div></div>Bywały dni, w których w życiu czarownicy nie zachodziło nic godnego wzmianki. Otoczona była bowiem gronem najbliższych, miała dach nad głową, a zdrowie chociaż nie bez drobnych kaprysów, wciąż jej dopisywało. <br />
<br />
Środa z kolei była pierwszym dniem, kiedy wróciła do swych obowiązków po uprzednio wziętym urlopie, który to poświęciła na uczestnictwo w ceremonii ślubnej Yaxleyówny. Dzień miniony upłynął jej w całości w towarzystwie Icarusa, w atmosferze tak spokojnej i łagodnej, że nic nie mogło zwiastować odmiany losu.<br />
<br />
Dokumenty urosły pod jej nieobecność. Każda strona niosła w sobie czyjąś sprawę, czyjś ciężar, czyjeś oczekiwanie. Obok nich krążyła obecność Szefa Departamentu, a samej pracy było tyle, że w końcu zabrała część ze sobą do domu. Po drodze zrobiła drobne zakupy na obiad i zanabyła najnowszy numer Czarownicy, który przyciągnął ją obietnicą „praktycznych porad”. Gdy kobieta usiadła na kanapie, przewracała strony z rosnącym znużeniem, trafiając na kolejne wskazówki o prowadzeniu domu i macierzyństwie. Do obu tych ról była jej bardzo daleko, a dom prowadziła po swojemu — tak, aby piątka jej „dzieci” zawsze miała, co jeść. Jeden kot, smoczognik pełen energii, wąż i dwójka ludzi bliskich jej sercu.<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">„Eksperci przypominają również, że młode matki nie powinny zaniedbywać swojego wyglądu — kilka minut dziennie poświęconych na pielęgnację może znacząco wpłynąć na nastrój i pewność siebie. W końcu szczęśliwa czarownica to szczęśliwy dom.”</span><br />
Mona prychnęła cicho. <br />
Nie miala zbytnio nawet siły przygotować obiadu, kiedy czuła na barkach osiadający ciężar dziwnego smutku. Nie działo się przecież nic złego. <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">„Droga Czytelniczko, jeśli w ostatnich dniach czujesz się bardziej drażliwa niż zwykle, a drobne nieporozumienia urastają do rangi poważnych konfliktów — nie martw się. To retrogradacja Merkurego. W tym czasie zalecamy unikać ważnych decyzji, trudnych rozmów oraz nadmiernych emocji.” </span><br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">— Znalazłam winnego.</span>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div class="spoiler_wrap"><div class="spoiler_header"><a href="javascript:void(0);" onclick="javascript:if(parentNode.parentNode.getElementsByTagName('div')[1].style.display=='block'){parentNode.parentNode.getElementsByTagName('div')[1].style.display='none';this.innerHTML='&lt;img title=&quot;[+]&quot; alt=&quot;[+]&quot; src=&quot;/images/collapse_collapsed.png&quot; class=&quot;expandspoiler&quot; /&gt;Spoiler';}else {parentNode.parentNode.getElementsByTagName('div')[1].style.display='block';this.innerHTML='&lt;img title=&quot;[-]&quot; alt=&quot;[-]&quot; src=&quot;/images/collapse.png&quot; class=&quot;expandspoiler&quot; /&gt;Spoiler';}"><img title="[+]" alt="[+]" src="/images/collapse_collapsed.png" class="expandspoiler" />Spoiler</a></div><div class="spoiler_body" style="display: none;"><a href="https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5713&amp;pid=87850#pid87850" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">Bingo</a></div></div>Bywały dni, w których w życiu czarownicy nie zachodziło nic godnego wzmianki. Otoczona była bowiem gronem najbliższych, miała dach nad głową, a zdrowie chociaż nie bez drobnych kaprysów, wciąż jej dopisywało. <br />
<br />
Środa z kolei była pierwszym dniem, kiedy wróciła do swych obowiązków po uprzednio wziętym urlopie, który to poświęciła na uczestnictwo w ceremonii ślubnej Yaxleyówny. Dzień miniony upłynął jej w całości w towarzystwie Icarusa, w atmosferze tak spokojnej i łagodnej, że nic nie mogło zwiastować odmiany losu.<br />
<br />
Dokumenty urosły pod jej nieobecność. Każda strona niosła w sobie czyjąś sprawę, czyjś ciężar, czyjeś oczekiwanie. Obok nich krążyła obecność Szefa Departamentu, a samej pracy było tyle, że w końcu zabrała część ze sobą do domu. Po drodze zrobiła drobne zakupy na obiad i zanabyła najnowszy numer Czarownicy, który przyciągnął ją obietnicą „praktycznych porad”. Gdy kobieta usiadła na kanapie, przewracała strony z rosnącym znużeniem, trafiając na kolejne wskazówki o prowadzeniu domu i macierzyństwie. Do obu tych ról była jej bardzo daleko, a dom prowadziła po swojemu — tak, aby piątka jej „dzieci” zawsze miała, co jeść. Jeden kot, smoczognik pełen energii, wąż i dwójka ludzi bliskich jej sercu.<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">„Eksperci przypominają również, że młode matki nie powinny zaniedbywać swojego wyglądu — kilka minut dziennie poświęconych na pielęgnację może znacząco wpłynąć na nastrój i pewność siebie. W końcu szczęśliwa czarownica to szczęśliwy dom.”</span><br />
Mona prychnęła cicho. <br />
Nie miala zbytnio nawet siły przygotować obiadu, kiedy czuła na barkach osiadający ciężar dziwnego smutku. Nie działo się przecież nic złego. <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">„Droga Czytelniczko, jeśli w ostatnich dniach czujesz się bardziej drażliwa niż zwykle, a drobne nieporozumienia urastają do rangi poważnych konfliktów — nie martw się. To retrogradacja Merkurego. W tym czasie zalecamy unikać ważnych decyzji, trudnych rozmów oraz nadmiernych emocji.” </span><br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">— Znalazłam winnego.</span>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[4.10.1972] 6 shots left | Olivia, Basilius]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5899</link>
			<pubDate>Fri, 27 Mar 2026 07:56:05 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=342">Olivia Quirke</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5899</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">4 października 1972<br />
Kamienica Basiliusa</div>
<br />
Olivia stała przed okazałą kamienicą, zaciskając dłonie na pasku torby. Znajdowały się w niej składniki na eliksiry, trochę własnoręcznie zrobionych instrukcji i kilka fiolek, starannie opakowanych w szary papier, żeby się nie potłukły. Atmosfera ostatnich miesięcy zaczynała ją przytłaczać, ale przecież będzie dobrze, prawda? Rozmawiała z Brenną, rozmawiała z Tristanem, z hipnotyzerem - będzie dobrze, musi być.<br />
<br />
A jednak miała wrażenie, że dobrze nie będzie. Że nad Londynem zawisło fatum, które spowijało każdy kolejny dzień. Zmuszało do walki o przetrwanie, krzyczało na nią z nieba i kazało mieć się na baczności. I gdyby nie to, że Olivii na sercu leżał los jej przyjaciół oraz miała nad wyraz rozwiniętą empatię, to pewnie wyjechałaby z rodziną i Tristanem gdzieś daleko. Ale nie mogła. Musiała walczyć, bo przecież ucieczka od problemu nie sprawiała, że ten nagle znikał. Stała więc pod kamienicą Basiliusa, niepewnie unosząc dłoń by w końcu <span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">zapukać kołatką do drzwi</span>. Brenna zostawiła jej liścik, wskazała jej osobę, która potrzebowała pomocy. Basilius jako medyk przyszedł jej do głowy jako pierwszy, ale zanim ruszą w drogę, musiała przygotować eliksiry. W końcu miała składniki, ale aparatura... No, nie miała gdzie pracować, Fiolka odpadała z wiadomych względów, dom Moodych: także. Liczyła, że tak znamienity uzdrowiciel, którego poznała lepiej z Millie podczas 8 września, jej pomoże.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">4 października 1972<br />
Kamienica Basiliusa</div>
<br />
Olivia stała przed okazałą kamienicą, zaciskając dłonie na pasku torby. Znajdowały się w niej składniki na eliksiry, trochę własnoręcznie zrobionych instrukcji i kilka fiolek, starannie opakowanych w szary papier, żeby się nie potłukły. Atmosfera ostatnich miesięcy zaczynała ją przytłaczać, ale przecież będzie dobrze, prawda? Rozmawiała z Brenną, rozmawiała z Tristanem, z hipnotyzerem - będzie dobrze, musi być.<br />
<br />
A jednak miała wrażenie, że dobrze nie będzie. Że nad Londynem zawisło fatum, które spowijało każdy kolejny dzień. Zmuszało do walki o przetrwanie, krzyczało na nią z nieba i kazało mieć się na baczności. I gdyby nie to, że Olivii na sercu leżał los jej przyjaciół oraz miała nad wyraz rozwiniętą empatię, to pewnie wyjechałaby z rodziną i Tristanem gdzieś daleko. Ale nie mogła. Musiała walczyć, bo przecież ucieczka od problemu nie sprawiała, że ten nagle znikał. Stała więc pod kamienicą Basiliusa, niepewnie unosząc dłoń by w końcu <span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">zapukać kołatką do drzwi</span>. Brenna zostawiła jej liścik, wskazała jej osobę, która potrzebowała pomocy. Basilius jako medyk przyszedł jej do głowy jako pierwszy, ale zanim ruszą w drogę, musiała przygotować eliksiry. W końcu miała składniki, ale aparatura... No, nie miała gdzie pracować, Fiolka odpadała z wiadomych względów, dom Moodych: także. Liczyła, że tak znamienity uzdrowiciel, którego poznała lepiej z Millie podczas 8 września, jej pomoże.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[29.08.72] Mirror Mirror on the wall… who’s the purest of them all?]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5883</link>
			<pubDate>Sun, 22 Mar 2026 12:03:23 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=442">Lorien Mulciber</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5883</guid>
			<description><![CDATA[<div class="ramka">Aleja Horyzontalna, mieszkanie Alexandra Mulcibera - poranek (ale przed wyjściem do pracy do Ministerstwa Magii) </div>
<br />
Świat się nie skończył. A szkoda, mógłby, bo Pani Mulciber wcale nie miała ochoty iść dzisiaj do pracy.<br />
Słońce wzniosło się nad wschodem jak gdyby nigdy nic, ptaki nuciły swoją poranną pieśń. Kot domagał się swojej miseczki śmietanki. Wskazówki zegara nieubłaganie odmierzały kolejne minuty. Obserwowała je ze swojego fotela, w którym leżała zwinięta przez całą noc. Miała jeszcze pół godziny nim będzie musiała się wreszcie podnieść. W końcu Wizengamot musiał obradować, nie czekał na maruderów. Mrugnęła. Dwadzieścia pięć minut. <br />
Alexander coś chyba do niej mówił. Zauważył, że nie śpi. Nie odpowiedziała, choć wyciągnęła dłoń spod koca, żeby pogłaskać go po policzku. Ucałował ją w czoło. Jej spojrzenie ani na moment nie uciekło od zegara na ścianie. Szesnaście minut. Niewiele pamiętała z poprzedniego wieczora. Strach. Eliksiry. Zduszona medykamentami panika, która rozlała się po jej żyłach jak zaraza. Napisała list. Jeden? Chyba jeden. Może dwa. Palce wciąż miała brudne od atramentu. Siedziała zamknięta we własnej sypialni pakując wszystko do kufrów. Dokumenty. Papiery. Swoje rzeczy. Ubrania? Biżuterię. Gdzie to było? Nie tutaj. Nie tam. Gdzieś indziej. W bezpiecznym miejscu. Czy ona była już bezpieczna? Cztery minuty. <br />
Nie żył. Jej mąż nie żył. Widziała jego martwe, położone w trumnie ciało. Ona zamówiłaby mu ładniejszą, ale Lorraine zrobiła co mogła mając takie możliwości jakie zaoferował jej Richard. Poczuła niesmak na sam dźwięk imienia szwagra w myślach. <br />
Westchnęła cicho. Nie było sensu leżeć dłużej. Podniosła się z fotela, ani myśląc porzucać swojego koca. Po prostu owinęła go wokół ramion. Nie miała na sobie wczorajszych ubrań, więc musiała znaleźć siłę, żeby wziąć prysznic. A może Alexander jej pomógł, skoro była w jakiejś jego starej koszulce? Nie pamiętała. To nie miało żadnego znaczenia.<br />
Minęła Mulcibera w drodze do łazienki. Przystanęła na moment, spojrzała w stronę balkonu, na który najwyraźniej wyszedł zapalić, ale… nie odezwała się nawet słowem. Po prostu spuściła wzrok i zamknęła się w łazience.<br />
<br />
Niegdyś tak łatwo było jej patrzeć w lustro. Przecież lubiła to co w nim widzi, bogowie obdarzyli ją tym co dla panien z dobrego domu było najważniejszą cechą - urodą. Ale od czasu nieszczęsnego wieczorka hazardowego u Agnes, czuła się sama sobą przytłoczona. Wielkie cywilnej odwagi wymagało od niej spojrzenie we własna twarz. Wciągnęła przez zaciśnięte usta powietrze. Wyglądała… na zmęczoną. Wychudzone policzki, cienie po dziesiątkach nieprzespanych nocy, na wpół opuszczone w znużeniu powieki. Ale nie była opuchnięta czy zaczerwieniona od łez. To dobrze. Docisnęła palce do skroni. Ból głowy był nieznośny. Zsunęła je niżej, pozwalając sobie na moment na przymknięcie oczu. Potem w dół, wzdłuż smukłego nosa, by oprzeć je wreszcie na spękanych wargach. Powinna pić więcej wody. Powiodła opuszkami po żuchwie i szyi. Dotknęła złotego łańcuszka na szyi. Dopiero teraz zorientowała się, że ma na sobie wciąż wszystkie pierścionki. Nie chciała ich. Napawały ją dziwnym obrzydzeniem. Ściągała je po kolei, wrzucając bezceremonialne bezcenne ozdoby do zlewu. Zatrzymała się przy obrączce. Szarpnęła. Złote kółeczko dołączyło do całej reszty. Dobrze. Tak było dobrze. Do pierścionków dołączyły bransoletki. I jej diamentowe kolczyki.<br />
Nie zdobyła się na zdjęcie wisiorka. Ale podobało jej się to co widziała w lustrzanym odbiciu. Była na wpółnaga bez złota, za którym kryła się jak za tarczą. W rozciągniętym podkoszulku cuchnącym fajkami. Tak było dobrze. Było tak… jak powinno było być. Skrzyżowała spojrzenie z samą sobą. Od jak dawna jej oczy były tak mętne? Wyglądała jak śnięta ryba. <br />
<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">To on umarł. Nie ty.</span>- Ofuknęła swoje odbicie. Nie zdołała powstrzymać drżących w uśmieszku kącików ust. Śmiech wyrwał się z jej piersi. Umarł. Tak po prostu. Wziął i sobie umarł, niecały rok po tym jak zrobił te wszystkie podchody, by położył łapę na jej pieniądzach. I na cóż ci była ta wielostronicowa intercyza Robercie Mulciberze? Weźmiesz ją sobie do grobu? Umarł. Co za idiota. Docisnęła dłoń do ust, nie chcąc, żeby Alexander usłyszał jej śmiech. Jak strasznym trzeba było być pechowcem, żeby umrzeć przed maledictusem?! Zapowietrzyła się z tego niekontrolowanego chichotu. <br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Jesteś wdową. Zachowuj się.</span>- Powiedziała swojemu odbiciu, do którego najwyraźniej dotarł cały absurd tej sytuacji. Zacisnęła palce na chłodnej umywalce, aż pobielały jej knykcie. Nachyliła się. Przytknęła nos do lustra i zniżyła głos do szeptu.- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Jesteś wdową Lorien. Tego ci nie odbiorą.</span><br />
Wygrała. Ograła ich wszystkich i wygrała. Zacisnęła powieki z trudem łapiąc oddech. Nie czuła smutku. Chyba nigdy go nie czuła, bo to czy Robert był czy go nie było w jej życiu nie miało żadnego znaczenia. Ale powoli marazm, któremu się poddała, cały ten niszczący ból i otępienie… ustępowy czemuś zupełnie innemu - milczącej euforii. Wygrała.<br />
<br />
Wsunęła na dłonie swoje pierścionki. Obrączkę powinna przełożyć na drugą rękę - nie zrobiła tego. Po prostu dopięła ją do swojego łańcuszka i wagi. Zapięła na nowo bransoletki. We włosy wpięła złote spinki, które Mulciber zostawił na brzegu wanny. Ogarnęła się na tyle, żeby nie straszyć oskarżonych podczas dzisiejszych posiedzeń, co w sumie ograniczyło się do obmycia twarz i starcia z niej tego głupiego, pełnego satysfakcji uśmieszku. Przeszła nad kocem, który w pewnym momencie musiał zlecieć na podłogę.<br />
<br />
Gdy wychodziła z łazienki Alexander właśnie wysyłał do kogoś list. Nieszczególnie ją interesowało do kogo, więc po prostu bezszelestnie prześlizgnęła się na balkon. Oparła się plecami o barierki.<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Musisz mi załatwić jakąś szatę. Czarną. I woalkę.</span>- Oświadczyła, kradnąc mu dopalającego się papierosa. Akurat starczyło, żeby raz się zaciągnąć.- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nie pokażę się tak w pracy.</span><br />
Odchyliła leniwie głowę, żeby spojrzeć na brata i chuchnąć w niego dymem. Pewnie niedługo wróci smutek. Przyjdzie moment żałoby, gdy za godzinę czy dwie odpali kadzidła uspokajające, którymi będzie pachnieć jej gabinet. <br />
Ale na razie mogła udawać, że w Londynie nie zanosiło się na żaden deszcz.<br />
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">Koniec sesji</div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div class="ramka">Aleja Horyzontalna, mieszkanie Alexandra Mulcibera - poranek (ale przed wyjściem do pracy do Ministerstwa Magii) </div>
<br />
Świat się nie skończył. A szkoda, mógłby, bo Pani Mulciber wcale nie miała ochoty iść dzisiaj do pracy.<br />
Słońce wzniosło się nad wschodem jak gdyby nigdy nic, ptaki nuciły swoją poranną pieśń. Kot domagał się swojej miseczki śmietanki. Wskazówki zegara nieubłaganie odmierzały kolejne minuty. Obserwowała je ze swojego fotela, w którym leżała zwinięta przez całą noc. Miała jeszcze pół godziny nim będzie musiała się wreszcie podnieść. W końcu Wizengamot musiał obradować, nie czekał na maruderów. Mrugnęła. Dwadzieścia pięć minut. <br />
Alexander coś chyba do niej mówił. Zauważył, że nie śpi. Nie odpowiedziała, choć wyciągnęła dłoń spod koca, żeby pogłaskać go po policzku. Ucałował ją w czoło. Jej spojrzenie ani na moment nie uciekło od zegara na ścianie. Szesnaście minut. Niewiele pamiętała z poprzedniego wieczora. Strach. Eliksiry. Zduszona medykamentami panika, która rozlała się po jej żyłach jak zaraza. Napisała list. Jeden? Chyba jeden. Może dwa. Palce wciąż miała brudne od atramentu. Siedziała zamknięta we własnej sypialni pakując wszystko do kufrów. Dokumenty. Papiery. Swoje rzeczy. Ubrania? Biżuterię. Gdzie to było? Nie tutaj. Nie tam. Gdzieś indziej. W bezpiecznym miejscu. Czy ona była już bezpieczna? Cztery minuty. <br />
Nie żył. Jej mąż nie żył. Widziała jego martwe, położone w trumnie ciało. Ona zamówiłaby mu ładniejszą, ale Lorraine zrobiła co mogła mając takie możliwości jakie zaoferował jej Richard. Poczuła niesmak na sam dźwięk imienia szwagra w myślach. <br />
Westchnęła cicho. Nie było sensu leżeć dłużej. Podniosła się z fotela, ani myśląc porzucać swojego koca. Po prostu owinęła go wokół ramion. Nie miała na sobie wczorajszych ubrań, więc musiała znaleźć siłę, żeby wziąć prysznic. A może Alexander jej pomógł, skoro była w jakiejś jego starej koszulce? Nie pamiętała. To nie miało żadnego znaczenia.<br />
Minęła Mulcibera w drodze do łazienki. Przystanęła na moment, spojrzała w stronę balkonu, na który najwyraźniej wyszedł zapalić, ale… nie odezwała się nawet słowem. Po prostu spuściła wzrok i zamknęła się w łazience.<br />
<br />
Niegdyś tak łatwo było jej patrzeć w lustro. Przecież lubiła to co w nim widzi, bogowie obdarzyli ją tym co dla panien z dobrego domu było najważniejszą cechą - urodą. Ale od czasu nieszczęsnego wieczorka hazardowego u Agnes, czuła się sama sobą przytłoczona. Wielkie cywilnej odwagi wymagało od niej spojrzenie we własna twarz. Wciągnęła przez zaciśnięte usta powietrze. Wyglądała… na zmęczoną. Wychudzone policzki, cienie po dziesiątkach nieprzespanych nocy, na wpół opuszczone w znużeniu powieki. Ale nie była opuchnięta czy zaczerwieniona od łez. To dobrze. Docisnęła palce do skroni. Ból głowy był nieznośny. Zsunęła je niżej, pozwalając sobie na moment na przymknięcie oczu. Potem w dół, wzdłuż smukłego nosa, by oprzeć je wreszcie na spękanych wargach. Powinna pić więcej wody. Powiodła opuszkami po żuchwie i szyi. Dotknęła złotego łańcuszka na szyi. Dopiero teraz zorientowała się, że ma na sobie wciąż wszystkie pierścionki. Nie chciała ich. Napawały ją dziwnym obrzydzeniem. Ściągała je po kolei, wrzucając bezceremonialne bezcenne ozdoby do zlewu. Zatrzymała się przy obrączce. Szarpnęła. Złote kółeczko dołączyło do całej reszty. Dobrze. Tak było dobrze. Do pierścionków dołączyły bransoletki. I jej diamentowe kolczyki.<br />
Nie zdobyła się na zdjęcie wisiorka. Ale podobało jej się to co widziała w lustrzanym odbiciu. Była na wpółnaga bez złota, za którym kryła się jak za tarczą. W rozciągniętym podkoszulku cuchnącym fajkami. Tak było dobrze. Było tak… jak powinno było być. Skrzyżowała spojrzenie z samą sobą. Od jak dawna jej oczy były tak mętne? Wyglądała jak śnięta ryba. <br />
<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">To on umarł. Nie ty.</span>- Ofuknęła swoje odbicie. Nie zdołała powstrzymać drżących w uśmieszku kącików ust. Śmiech wyrwał się z jej piersi. Umarł. Tak po prostu. Wziął i sobie umarł, niecały rok po tym jak zrobił te wszystkie podchody, by położył łapę na jej pieniądzach. I na cóż ci była ta wielostronicowa intercyza Robercie Mulciberze? Weźmiesz ją sobie do grobu? Umarł. Co za idiota. Docisnęła dłoń do ust, nie chcąc, żeby Alexander usłyszał jej śmiech. Jak strasznym trzeba było być pechowcem, żeby umrzeć przed maledictusem?! Zapowietrzyła się z tego niekontrolowanego chichotu. <br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Jesteś wdową. Zachowuj się.</span>- Powiedziała swojemu odbiciu, do którego najwyraźniej dotarł cały absurd tej sytuacji. Zacisnęła palce na chłodnej umywalce, aż pobielały jej knykcie. Nachyliła się. Przytknęła nos do lustra i zniżyła głos do szeptu.- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Jesteś wdową Lorien. Tego ci nie odbiorą.</span><br />
Wygrała. Ograła ich wszystkich i wygrała. Zacisnęła powieki z trudem łapiąc oddech. Nie czuła smutku. Chyba nigdy go nie czuła, bo to czy Robert był czy go nie było w jej życiu nie miało żadnego znaczenia. Ale powoli marazm, któremu się poddała, cały ten niszczący ból i otępienie… ustępowy czemuś zupełnie innemu - milczącej euforii. Wygrała.<br />
<br />
Wsunęła na dłonie swoje pierścionki. Obrączkę powinna przełożyć na drugą rękę - nie zrobiła tego. Po prostu dopięła ją do swojego łańcuszka i wagi. Zapięła na nowo bransoletki. We włosy wpięła złote spinki, które Mulciber zostawił na brzegu wanny. Ogarnęła się na tyle, żeby nie straszyć oskarżonych podczas dzisiejszych posiedzeń, co w sumie ograniczyło się do obmycia twarz i starcia z niej tego głupiego, pełnego satysfakcji uśmieszku. Przeszła nad kocem, który w pewnym momencie musiał zlecieć na podłogę.<br />
<br />
Gdy wychodziła z łazienki Alexander właśnie wysyłał do kogoś list. Nieszczególnie ją interesowało do kogo, więc po prostu bezszelestnie prześlizgnęła się na balkon. Oparła się plecami o barierki.<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Musisz mi załatwić jakąś szatę. Czarną. I woalkę.</span>- Oświadczyła, kradnąc mu dopalającego się papierosa. Akurat starczyło, żeby raz się zaciągnąć.- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nie pokażę się tak w pracy.</span><br />
Odchyliła leniwie głowę, żeby spojrzeć na brata i chuchnąć w niego dymem. Pewnie niedługo wróci smutek. Przyjdzie moment żałoby, gdy za godzinę czy dwie odpali kadzidła uspokajające, którymi będzie pachnieć jej gabinet. <br />
Ale na razie mogła udawać, że w Londynie nie zanosiło się na żaden deszcz.<br />
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">Koniec sesji</div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[Jesień 72 11.10 The Globe | Ceolsige & Urd]Płynie czas, liczę dni co minęły daremnie]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5872</link>
			<pubDate>Wed, 18 Mar 2026 22:03:23 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=598">Urd Nordgesim</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5872</guid>
			<description><![CDATA[<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><a href="https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5721&amp;pid=86219#pid86219" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">prolog</span></a></div>
<br />
[inny avek]https://i.pinimg.com/1200x/ae/49/44/ae4944b31335c7ae683955c9ec01de95.jpg[/inny avek]<br />
Mugolskie kino? <br />
<br />
Żałosne.<br />
<br />
Jak mogłaby zaproponować Ceolsige coś tak obrzydliwego? Nie żeby sama od czasu do czasu nie korzystała z mugolskich rozrywek, ale... szanujmy się.<br />
<br />
Z wdzięcznością przyjęła bilety na ten sam wieczór do The Globe.<br />
<br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><span style="font-family: Playfair Display;" class="mycode_font"><a href="https://www.youtube.com/watch?v=pgRrY1d-O7A" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">PEER GYNT</a></span></div>
<br />
Nie mogło być doskonalszej sztuki dla tej okazji, choć tylko mgliście kojarzyła fabułę i nie miała pojęcia jak angielscy dyletanci podejdą do jej realizacji. Nie miało to znaczenia od momentu gdy tylko Ceolsige odpowiedziała "tak" na pytanie o wspólne wyjście zadane w możliwie najbardziej nonszalanski sposób, na jaki było stać Urd w tym momencie. <br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Niech Cię szlag Sige, czemu Ty tak zamiatasz tymi rzęsami, że nie mogę przestać myśleć o Twoich oczach...</span><br />
<br />
Nie narzekała. Wcale nie. Bilety prowadziły do urokliwej loży niedaleko sceny, tak że mogły zaglądać czy jakiemuś aktorowi na dupie nie poszły szwy. Uh... czasy gdy chichotały jak podlotki na sztuce absolutnie zbyt wyzywającej jak na ich wiek dawno przeminęły. <br />
<br />
Teraz... teraz obie były takie poważne. Ciche. Niepewne?<br />
<br />
Siedziała w półcieniu kameralnej loży, kurtyna powędrowała w górę już kilka chwil temu. Światło sceny docierało ledwie jako miękka poświata, zatrzymująca się na krawędziach zamiast je obnażać przed wścibskim plotkarskim okiem. Lubiła takie miejsca – wystarczająco blisko, by widzieć szczegóły, i wystarczająco na uboczu, by samej pozostać… niedopowiedzianą.<br />
<br />
Jej szata układała się wokół ciała miękko, warstwami, które zdawały się przesuwać przy każdym oddechu. Oddech jak fale. Jedwab w głębokim odcieniu przygaszonej śliwki przechodził miejscami w chłodniejszy fiolet, jakby materiał łapał światło tylko po to, by zaraz je oddać. Rękawy były długie i lekkie, zbierające się przy nadgarstkach w miękkie fałdy, które poruszały się przy każdym, nawet najmniejszym geście. Dekolt pozostawał skromny, dopóki nie pochylała się odrobinę bliżej, wtedy linia szyi i obojczyków odsłaniała się na tyle, by przyciągnąć wzrok i pozwolić mu zostać. Na ramionach miała narzucony ażurowy szal z cienkiej, ciemnej wełny – grafit przełamany fioletem, cięższy, bardziej osadzający ją w miejscu, jak zachłanna rybacka sieć. W jego wnętrzu, niewidoczne dla oka, kryły się drobne hafty ochronne. Palce odnajdywały je czasem bezwiednie, jakby sprawdzała, czy wszystko nadal działa tak, jak powinno. Z zewnątrz zdawało się to ledwie niewinnym gestem, nawykiem, potrzebą zabawy. Nigdy przecież jednak nie było wiadomo, kiedy trafią na ducha, a w operze... aż się prosiło o upiora.<br />
<br />
Biżuteria była ograniczona do minimum. Jeden pierścień, srebrna obrączka z runą, obracana powoli na palcu. Cienkie, lśniące kolczyki błyszczące w niemym komplemencie długiej szyi, odsłoniętej również misternie upiętym kokiem, w którym pasma splatały się żmudną pracą fryzjerki zamówionej na ostatnią chwilę.<br />
<br />
I brosza.<br />
<br />
Ametyst oprawiony w srebro, osadzony wysoko przy linii obojczyka – bliżej serca niż krtani, jakby to, co miał chronić, zaczynało się właśnie tam. Kamień miał w sobie coś głębszego, spokojniejszego – jakby zatrzymywał światło zamiast je odbijać.<br />
<br />
Nie wybrałaby go sama.<br />
<br />
Przesunęła po nim opuszkiem palca. Wolno, jakby sprawdzała nie jego obecność, a ciężar tego, co za nim stało. Gest był krótki, prawie niezauważalny. Prawie. <br />
<br />
Być może obie wiedziały, że zamiast własnego palca wolałaby zobaczyć na nim jej język. Tak blisko, by kubeczkami smakowymi właścicielka języka mogła poczuć również zapach, na który Norgesim zdecydowała się tego wieczoru – coś pomiędzy kadzidłem a chłodnym powietrzem po deszczu, z ledwie wyczuwalną nutą soli. Zapach który zbyt łatwo lubił zostawać na cudzej skórze.<br />
<br />
Siedziała lekko bokiem, jedno ramię oparte o oparcie loży, drugie spoczywające swobodnie na podłokietniku, dbając o to, by fala oddechu nie zdradzała tego nagłego przypływu uczuć i sentymentów. Na bogów, była przecież profesjonalistką! <br />
<br />
Na scenie ktoś podniósł głos, muzyka dramatycznie umilkła, sala wypełniła się echem okrzyku, a Urd zastanawiała się, czy po spektaklu będzie w stanie rozmawiać jakkolwiek o tym co działo się na scenie, skoro w tej małej kameralnej loży, w tym miękkim przygaszonym aksamicie, działo się więcej niż była w stanie poświęcić uważności, panując nad bardzo nieokrzesanym zwykle ciałem. <br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Mam nadzieję, że się nie nudzisz sówko. Wyglądasz na nieco zaspaną... </span>– szepnęła pieszczotliwie nachylając się do niej, pozwalając sobie otoczyć swoją wonią kiwającą się główkę, skoro nie mogła uczynić tego własnymi ramionami.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><a href="https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5721&amp;pid=86219#pid86219" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">prolog</span></a></div>
<br />
[inny avek]https://i.pinimg.com/1200x/ae/49/44/ae4944b31335c7ae683955c9ec01de95.jpg[/inny avek]<br />
Mugolskie kino? <br />
<br />
Żałosne.<br />
<br />
Jak mogłaby zaproponować Ceolsige coś tak obrzydliwego? Nie żeby sama od czasu do czasu nie korzystała z mugolskich rozrywek, ale... szanujmy się.<br />
<br />
Z wdzięcznością przyjęła bilety na ten sam wieczór do The Globe.<br />
<br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><span style="font-family: Playfair Display;" class="mycode_font"><a href="https://www.youtube.com/watch?v=pgRrY1d-O7A" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">PEER GYNT</a></span></div>
<br />
Nie mogło być doskonalszej sztuki dla tej okazji, choć tylko mgliście kojarzyła fabułę i nie miała pojęcia jak angielscy dyletanci podejdą do jej realizacji. Nie miało to znaczenia od momentu gdy tylko Ceolsige odpowiedziała "tak" na pytanie o wspólne wyjście zadane w możliwie najbardziej nonszalanski sposób, na jaki było stać Urd w tym momencie. <br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Niech Cię szlag Sige, czemu Ty tak zamiatasz tymi rzęsami, że nie mogę przestać myśleć o Twoich oczach...</span><br />
<br />
Nie narzekała. Wcale nie. Bilety prowadziły do urokliwej loży niedaleko sceny, tak że mogły zaglądać czy jakiemuś aktorowi na dupie nie poszły szwy. Uh... czasy gdy chichotały jak podlotki na sztuce absolutnie zbyt wyzywającej jak na ich wiek dawno przeminęły. <br />
<br />
Teraz... teraz obie były takie poważne. Ciche. Niepewne?<br />
<br />
Siedziała w półcieniu kameralnej loży, kurtyna powędrowała w górę już kilka chwil temu. Światło sceny docierało ledwie jako miękka poświata, zatrzymująca się na krawędziach zamiast je obnażać przed wścibskim plotkarskim okiem. Lubiła takie miejsca – wystarczająco blisko, by widzieć szczegóły, i wystarczająco na uboczu, by samej pozostać… niedopowiedzianą.<br />
<br />
Jej szata układała się wokół ciała miękko, warstwami, które zdawały się przesuwać przy każdym oddechu. Oddech jak fale. Jedwab w głębokim odcieniu przygaszonej śliwki przechodził miejscami w chłodniejszy fiolet, jakby materiał łapał światło tylko po to, by zaraz je oddać. Rękawy były długie i lekkie, zbierające się przy nadgarstkach w miękkie fałdy, które poruszały się przy każdym, nawet najmniejszym geście. Dekolt pozostawał skromny, dopóki nie pochylała się odrobinę bliżej, wtedy linia szyi i obojczyków odsłaniała się na tyle, by przyciągnąć wzrok i pozwolić mu zostać. Na ramionach miała narzucony ażurowy szal z cienkiej, ciemnej wełny – grafit przełamany fioletem, cięższy, bardziej osadzający ją w miejscu, jak zachłanna rybacka sieć. W jego wnętrzu, niewidoczne dla oka, kryły się drobne hafty ochronne. Palce odnajdywały je czasem bezwiednie, jakby sprawdzała, czy wszystko nadal działa tak, jak powinno. Z zewnątrz zdawało się to ledwie niewinnym gestem, nawykiem, potrzebą zabawy. Nigdy przecież jednak nie było wiadomo, kiedy trafią na ducha, a w operze... aż się prosiło o upiora.<br />
<br />
Biżuteria była ograniczona do minimum. Jeden pierścień, srebrna obrączka z runą, obracana powoli na palcu. Cienkie, lśniące kolczyki błyszczące w niemym komplemencie długiej szyi, odsłoniętej również misternie upiętym kokiem, w którym pasma splatały się żmudną pracą fryzjerki zamówionej na ostatnią chwilę.<br />
<br />
I brosza.<br />
<br />
Ametyst oprawiony w srebro, osadzony wysoko przy linii obojczyka – bliżej serca niż krtani, jakby to, co miał chronić, zaczynało się właśnie tam. Kamień miał w sobie coś głębszego, spokojniejszego – jakby zatrzymywał światło zamiast je odbijać.<br />
<br />
Nie wybrałaby go sama.<br />
<br />
Przesunęła po nim opuszkiem palca. Wolno, jakby sprawdzała nie jego obecność, a ciężar tego, co za nim stało. Gest był krótki, prawie niezauważalny. Prawie. <br />
<br />
Być może obie wiedziały, że zamiast własnego palca wolałaby zobaczyć na nim jej język. Tak blisko, by kubeczkami smakowymi właścicielka języka mogła poczuć również zapach, na który Norgesim zdecydowała się tego wieczoru – coś pomiędzy kadzidłem a chłodnym powietrzem po deszczu, z ledwie wyczuwalną nutą soli. Zapach który zbyt łatwo lubił zostawać na cudzej skórze.<br />
<br />
Siedziała lekko bokiem, jedno ramię oparte o oparcie loży, drugie spoczywające swobodnie na podłokietniku, dbając o to, by fala oddechu nie zdradzała tego nagłego przypływu uczuć i sentymentów. Na bogów, była przecież profesjonalistką! <br />
<br />
Na scenie ktoś podniósł głos, muzyka dramatycznie umilkła, sala wypełniła się echem okrzyku, a Urd zastanawiała się, czy po spektaklu będzie w stanie rozmawiać jakkolwiek o tym co działo się na scenie, skoro w tej małej kameralnej loży, w tym miękkim przygaszonym aksamicie, działo się więcej niż była w stanie poświęcić uważności, panując nad bardzo nieokrzesanym zwykle ciałem. <br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Mam nadzieję, że się nie nudzisz sówko. Wyglądasz na nieco zaspaną... </span>– szepnęła pieszczotliwie nachylając się do niej, pozwalając sobie otoczyć swoją wonią kiwającą się główkę, skoro nie mogła uczynić tego własnymi ramionami.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[22.09.1972 - Modlitwa na Mabon]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5849</link>
			<pubDate>Sat, 14 Mar 2026 19:31:30 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=439">Icarus Prewett</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5849</guid>
			<description><![CDATA[Po kolacji musiało minąć jeszcze trochę czasu, zanim członkowie rodziny zaczęli rozmawiać w mniejszych grupkach. Icarus lubił ten moment. Wtedy odbywały się prawdziwie znaczące konwersacje, a wszystkim odpuszczał trochę rodzinny stres. Bardzo dziwne, bo w tym roku czuł się zupełnie, jakby wcale nie był bękartem. Nikt nie potraktował go z dystansem, nikt mu nie przypominał, że odstawał od innych. Aż on sam... zapomniał o tym. To dobry znak. Chyba zaczynało mu się układać w życiu.<br />
<br />
W tym cichszym momencie uroczystości, uklęknął przed rodzinnym ołtarzem. Co roku był bardzo tradycyjny: jesienne, ususzone kwiaty, liście, przyjemny zapach korzennych świec. A i modlitwa wydawała mu się zawsze czymś niezwykle skonwencjonalizowanym. Nie był szczególnie bogobojny. Dlaczego więc teraz, od święta mieliby go wysłuchać? A może wtedy właśnie prośby śmiertelników do nich docierały? <br />
<br />
Złożył dłonie, zamknął oczy. Przez chwilę poczuł się dziwnie, jakby nie na miejscu. Potem jednak skoncentrował się. Ogarnął go ten charakterystyczny spokój.<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Bogowie, wiem, że nie byłem najlepszą osobą. Oszukiwałem mojego brata, co do mojej przynależności do Oka. Powinienem mu powiedzieć. Powinienem zerwać z tym wszystkim. Cały czas jednak się boję. Basil mnie nie zrozumie, Electrę by to przeraziło, a Mona... chyba by mnie zostawiła. Dajcie mi odwagę, żebym nie trzymał już tych tajemnic w sobie. Sprawcie, by najbliźsi nie odrzucili mnie, gdy im o tym powiem. Pokażcie mi drogę, którą mógłbym wyjść z bagna, w które wkopało mnie życie.<br />
<br />
Tęsknię za prowadzeniem baru. Nawet mimo, że już nie piję. Chciałbym wprowadzić tam swoje pomysły. Drinki bezalkoholowe. Nowe przekąski. Wydarzenia. Nie chcę porzucać tego miejsca. Ono jest częścią mnie. Chciałbym, by zdrowiało wraz ze mną. Jeśli jest jakiś łut szczęścia, jakieś błogosławieństwo, które możecie zesłać na Convivium... proszę, spójrzcie życzliwym okiem na wrak, który stara się znowu wpłynąć na morze.<br />
<br />
Dziękuję wam za Monę. To ona mnie uratowała, wyciągnęła mnie z otchłani, z której nie widziałem wyjścia. Wiem, że jeszcze dużo przede mną. Nadal jest mi trudno powstrzymać się od picia. Nadal zdarzają mi się myśli, że jestem chodzącą po świecie porażką. Dzięki niej jednak widzę światełko. Błagam, chrońcie ją. Trzymajcie niebezpieczeństwa z dala od niej. Widzę, jaka jest smutna, choć często stara się to ukryć. Widzę, jak się boi. Chcę ją przed tym uchronić, ale... nie mogę pociągnąć jej ze sobą na dno. Dajcie nam bezpieczną ścieżkę. Spokój i dobre życie.</span><br />
<br />
Otworzył oczy. Obraz rozmazywał się mu przez łzy, które pojawiły się w ciągu modlitwy. Nie wiedział, czy bogowie słyszeli jego myśli, ale... Ujął w słowa to, co leżało mu na sercu.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Po kolacji musiało minąć jeszcze trochę czasu, zanim członkowie rodziny zaczęli rozmawiać w mniejszych grupkach. Icarus lubił ten moment. Wtedy odbywały się prawdziwie znaczące konwersacje, a wszystkim odpuszczał trochę rodzinny stres. Bardzo dziwne, bo w tym roku czuł się zupełnie, jakby wcale nie był bękartem. Nikt nie potraktował go z dystansem, nikt mu nie przypominał, że odstawał od innych. Aż on sam... zapomniał o tym. To dobry znak. Chyba zaczynało mu się układać w życiu.<br />
<br />
W tym cichszym momencie uroczystości, uklęknął przed rodzinnym ołtarzem. Co roku był bardzo tradycyjny: jesienne, ususzone kwiaty, liście, przyjemny zapach korzennych świec. A i modlitwa wydawała mu się zawsze czymś niezwykle skonwencjonalizowanym. Nie był szczególnie bogobojny. Dlaczego więc teraz, od święta mieliby go wysłuchać? A może wtedy właśnie prośby śmiertelników do nich docierały? <br />
<br />
Złożył dłonie, zamknął oczy. Przez chwilę poczuł się dziwnie, jakby nie na miejscu. Potem jednak skoncentrował się. Ogarnął go ten charakterystyczny spokój.<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Bogowie, wiem, że nie byłem najlepszą osobą. Oszukiwałem mojego brata, co do mojej przynależności do Oka. Powinienem mu powiedzieć. Powinienem zerwać z tym wszystkim. Cały czas jednak się boję. Basil mnie nie zrozumie, Electrę by to przeraziło, a Mona... chyba by mnie zostawiła. Dajcie mi odwagę, żebym nie trzymał już tych tajemnic w sobie. Sprawcie, by najbliźsi nie odrzucili mnie, gdy im o tym powiem. Pokażcie mi drogę, którą mógłbym wyjść z bagna, w które wkopało mnie życie.<br />
<br />
Tęsknię za prowadzeniem baru. Nawet mimo, że już nie piję. Chciałbym wprowadzić tam swoje pomysły. Drinki bezalkoholowe. Nowe przekąski. Wydarzenia. Nie chcę porzucać tego miejsca. Ono jest częścią mnie. Chciałbym, by zdrowiało wraz ze mną. Jeśli jest jakiś łut szczęścia, jakieś błogosławieństwo, które możecie zesłać na Convivium... proszę, spójrzcie życzliwym okiem na wrak, który stara się znowu wpłynąć na morze.<br />
<br />
Dziękuję wam za Monę. To ona mnie uratowała, wyciągnęła mnie z otchłani, z której nie widziałem wyjścia. Wiem, że jeszcze dużo przede mną. Nadal jest mi trudno powstrzymać się od picia. Nadal zdarzają mi się myśli, że jestem chodzącą po świecie porażką. Dzięki niej jednak widzę światełko. Błagam, chrońcie ją. Trzymajcie niebezpieczeństwa z dala od niej. Widzę, jaka jest smutna, choć często stara się to ukryć. Widzę, jak się boi. Chcę ją przed tym uchronić, ale... nie mogę pociągnąć jej ze sobą na dno. Dajcie nam bezpieczną ścieżkę. Spokój i dobre życie.</span><br />
<br />
Otworzył oczy. Obraz rozmazywał się mu przez łzy, które pojawiły się w ciągu modlitwy. Nie wiedział, czy bogowie słyszeli jego myśli, ale... Ujął w słowa to, co leżało mu na sercu.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[12/10/72, Prawa Czasu] kiss & ride]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5796</link>
			<pubDate>Wed, 04 Mar 2026 19:39:30 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=172">Peregrinus Trelawney</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5796</guid>
			<description><![CDATA[<h1>Prawa Czasu przed szóstą rano</h1><br />
<br />
Miał sen, a w swoim śnie szedł i szedł bez końca, i przeszedł kilka nieskończoności, nim w końcu się obudził. W swoim łóżku. Kilka razy sprawdził, czy na pewno w swoim łóżku i czy na pewno się obudził.<br />
Sen o schodzeniu pod ziemię, pod ruiny, skłonił Peregrinusa do przeorganizowaniu bagażu i dopakowania kilku rzeczy. Rozpalił w nim jednak jednocześnie więcej palącej ciekawości niż niepokoju; tej przeklętej ciekawości, która jako jedna z niewielu ciągot potrafiła nakłonić go do wyjścia ze strefy komfortu. <br />
Zanim udał się na miejce wycieczkowej zbiórki, odwiedził jeszcze Prawa Czasu. Przed poprzednim swoim wyjazdem, tym do Windermere, również zjawił się tu wczesną porą, jeszcze nim słońce zapowiedziało poranek. Wtedy przyszedł, ponieważ nie mógł spać i szukał zajęcia w pracy. Tym razem przyszedł do człowieka, nie do zajęć.<br />
Nie zatrzymał się na dole, tylko wspiął od razu na piętro kamienicy, stąpając cicho, aby nie pobudzić domowników. Uchylił drzwi sypialni Vasilija. Mężczyzna spał jeszcze i dobrze, że spał. Peregrin nie miał serca go budzić, wiedząc, że — podobnie jak i on — ukochany miewa problemy z bezsennością. Przygotował mu wcześniej na taką ewentualność wyjca, który wbrew nazwie wcale nie wył, a wygłaszał głosem Peregrinusa krótkie słowa na do widzenia, życzenia miłego weekendu i tak dalej. Wróż zostawił go teraz na stoliku nocnym i… musieli mu sprzedać wadliwego, ponieważ wyjec otworzył się niespodziewanie i wśród ciszy śpiącej kamienicy zaczął mówić: <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Hej, nie chciałem cię budzić…</span><br />
Spanikowany Trelawney od razu rzucił się rozpraszać zaklętą kopertę:<br />
<br />
[roll=O]<br />
<br />
... co nawet udało mu się, ale zdaje się, że nie dość szybko.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<h1>Prawa Czasu przed szóstą rano</h1><br />
<br />
Miał sen, a w swoim śnie szedł i szedł bez końca, i przeszedł kilka nieskończoności, nim w końcu się obudził. W swoim łóżku. Kilka razy sprawdził, czy na pewno w swoim łóżku i czy na pewno się obudził.<br />
Sen o schodzeniu pod ziemię, pod ruiny, skłonił Peregrinusa do przeorganizowaniu bagażu i dopakowania kilku rzeczy. Rozpalił w nim jednak jednocześnie więcej palącej ciekawości niż niepokoju; tej przeklętej ciekawości, która jako jedna z niewielu ciągot potrafiła nakłonić go do wyjścia ze strefy komfortu. <br />
Zanim udał się na miejce wycieczkowej zbiórki, odwiedził jeszcze Prawa Czasu. Przed poprzednim swoim wyjazdem, tym do Windermere, również zjawił się tu wczesną porą, jeszcze nim słońce zapowiedziało poranek. Wtedy przyszedł, ponieważ nie mógł spać i szukał zajęcia w pracy. Tym razem przyszedł do człowieka, nie do zajęć.<br />
Nie zatrzymał się na dole, tylko wspiął od razu na piętro kamienicy, stąpając cicho, aby nie pobudzić domowników. Uchylił drzwi sypialni Vasilija. Mężczyzna spał jeszcze i dobrze, że spał. Peregrin nie miał serca go budzić, wiedząc, że — podobnie jak i on — ukochany miewa problemy z bezsennością. Przygotował mu wcześniej na taką ewentualność wyjca, który wbrew nazwie wcale nie wył, a wygłaszał głosem Peregrinusa krótkie słowa na do widzenia, życzenia miłego weekendu i tak dalej. Wróż zostawił go teraz na stoliku nocnym i… musieli mu sprzedać wadliwego, ponieważ wyjec otworzył się niespodziewanie i wśród ciszy śpiącej kamienicy zaczął mówić: <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Hej, nie chciałem cię budzić…</span><br />
Spanikowany Trelawney od razu rzucił się rozpraszać zaklętą kopertę:<br />
<br />
[roll=O]<br />
<br />
... co nawet udało mu się, ale zdaje się, że nie dość szybko.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[9.10.1972] Who I am Inside | Astoria, Rodolphus]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5791</link>
			<pubDate>Mon, 02 Mar 2026 15:48:27 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=369">Rodolphus Lestrange</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5791</guid>
			<description><![CDATA[<div class="ooc"><div class="ooc-wrapper"><center><span class="ooc-toggle">Odkryj wiadomość pozafabularną</span></center><div class="ooc-content">Walentynkowe bingo: <a href="https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5790&amp;pid=86972#pid86972" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">klik</a></div></div></div>
<div id="dataa" class="mycode_b">9 października 1972<br />
Poranek</div>
<br />
Tego dnia miał wolne. Było to dość niecodziennie zjawisko, z racji tego, iż był to poniedziałek. Lecz nawał pracy, który towarzyszył mu od 9 września (w zasadzie to już od 8, w końcu mógł poszczycić się spaleniem sporej części Londynu) sprawił, że jego organizm powoli dawał znaki, że powinien przystopować. I chociaż mało kto brał teraz urlop w Ministerstwie, to na niektórych przymykano oczy. Na ten dzień Lestrange zaplanował wolne z kilku względów - pierwszym z nich były zakupy. Prozaiczna czynność, której jednak nie dało się przeskoczyć. Drugim powodem była chęć spojrzenia na Aleję Horyzontalną z perspektywy czasu. I chociaż wydawało mu się, że to ulica Pokątna najbardziej oberwała, to jednak nie dało się ukryć, że na Horyzontalnej także źle się działo. Nie przesuwał tu gruzów, ale gdy kroczył aleją, to czuł coś w rodzaju dumy. Część budynków była opuszczona, część w opłakanym stanie. Część udało się uratować i wciąż naprawiano szkody. Na pierwszy ogień poszły sklepy, które musiały zostać naprawione jak najszybciej. Dopiero niedawno zajmowano się budynkami mieszkalnymi - czarodzieje, którzy potrafili naprawiać tego typu zniszczenia, nie potrafili się rozdwoić, a ich czas nie był z gumy. <br />
<br />
Sytuacja w Londynie powoli się uspokajała. Zastanawiał się jednak, czy to była cisza przed burzą? W zamyśleniu przystanął przy tablicy ogłoszeń. Była nowa, jakby dopiero co ją powiesili. Powolnym ruchem uniósł dłoń, oplatającą papierowy kubek z herbatą, do ust. Jego oczy śledziły litery na przypiętych pergaminach. Ktoś szukał pracy, ktoś inny prosił o pomoc. Niektóre kartki wyglądały tak, jakby były świeże. Inne z kolei były - mimo ochronnego daszku - przemoknięte tak, że nie dało się odczytać żadnego słowa. Atrament spływał po sprasowanym drewnie jakby płakał nad niedolą osób, którym ogień zabrał wszystko. Nie szukał tu konkretnego ogłoszenia. Ot, musiał zawiesić na czymś wzrok, żeby pozwolić myślom swobodnie płynąć. Zatopił się w swoim własnym umyśle, nie zwracając uwagi na chłodny wiatr, który zwiastował szybko nadchodzącą jesień. Jeden z pożółkłych liści opadł mu na ramię, lecz on tego nie poczuł. Wciąż wpatrywał się w tablicę, w duszy dziękując sobie za zakup płaszcza, który był ciepły na tyle, by tańczący na jego odzieniu wiatr nie powodował gęsiej skórki. Ciepła herbata z dodatkiem anyżu i goździków dodatkowo rozgrzewała go od środka. Kolejny liść opadł z drzewa, tym razem miękko moszcząc się na zaczesanych do tyłu, czarnych jak smoła włosach.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div class="ooc"><div class="ooc-wrapper"><center><span class="ooc-toggle">Odkryj wiadomość pozafabularną</span></center><div class="ooc-content">Walentynkowe bingo: <a href="https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5790&amp;pid=86972#pid86972" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">klik</a></div></div></div>
<div id="dataa" class="mycode_b">9 października 1972<br />
Poranek</div>
<br />
Tego dnia miał wolne. Było to dość niecodziennie zjawisko, z racji tego, iż był to poniedziałek. Lecz nawał pracy, który towarzyszył mu od 9 września (w zasadzie to już od 8, w końcu mógł poszczycić się spaleniem sporej części Londynu) sprawił, że jego organizm powoli dawał znaki, że powinien przystopować. I chociaż mało kto brał teraz urlop w Ministerstwie, to na niektórych przymykano oczy. Na ten dzień Lestrange zaplanował wolne z kilku względów - pierwszym z nich były zakupy. Prozaiczna czynność, której jednak nie dało się przeskoczyć. Drugim powodem była chęć spojrzenia na Aleję Horyzontalną z perspektywy czasu. I chociaż wydawało mu się, że to ulica Pokątna najbardziej oberwała, to jednak nie dało się ukryć, że na Horyzontalnej także źle się działo. Nie przesuwał tu gruzów, ale gdy kroczył aleją, to czuł coś w rodzaju dumy. Część budynków była opuszczona, część w opłakanym stanie. Część udało się uratować i wciąż naprawiano szkody. Na pierwszy ogień poszły sklepy, które musiały zostać naprawione jak najszybciej. Dopiero niedawno zajmowano się budynkami mieszkalnymi - czarodzieje, którzy potrafili naprawiać tego typu zniszczenia, nie potrafili się rozdwoić, a ich czas nie był z gumy. <br />
<br />
Sytuacja w Londynie powoli się uspokajała. Zastanawiał się jednak, czy to była cisza przed burzą? W zamyśleniu przystanął przy tablicy ogłoszeń. Była nowa, jakby dopiero co ją powiesili. Powolnym ruchem uniósł dłoń, oplatającą papierowy kubek z herbatą, do ust. Jego oczy śledziły litery na przypiętych pergaminach. Ktoś szukał pracy, ktoś inny prosił o pomoc. Niektóre kartki wyglądały tak, jakby były świeże. Inne z kolei były - mimo ochronnego daszku - przemoknięte tak, że nie dało się odczytać żadnego słowa. Atrament spływał po sprasowanym drewnie jakby płakał nad niedolą osób, którym ogień zabrał wszystko. Nie szukał tu konkretnego ogłoszenia. Ot, musiał zawiesić na czymś wzrok, żeby pozwolić myślom swobodnie płynąć. Zatopił się w swoim własnym umyśle, nie zwracając uwagi na chłodny wiatr, który zwiastował szybko nadchodzącą jesień. Jeden z pożółkłych liści opadł mu na ramię, lecz on tego nie poczuł. Wciąż wpatrywał się w tablicę, w duszy dziękując sobie za zakup płaszcza, który był ciepły na tyle, by tańczący na jego odzieniu wiatr nie powodował gęsiej skórki. Ciepła herbata z dodatkiem anyżu i goździków dodatkowo rozgrzewała go od środka. Kolejny liść opadł z drzewa, tym razem miękko moszcząc się na zaczesanych do tyłu, czarnych jak smoła włosach.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[jesień 1972, 29 września, prawa czasu]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5731</link>
			<pubDate>Sun, 15 Feb 2026 16:33:14 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=172">Peregrinus Trelawney</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5731</guid>
			<description><![CDATA[Peregrinus łatwo zakochał się w marzeniu Dolohova i oddał w pełni obsesji stworzenia akademii, jakby myśl była jego własna. Satysfakcją było patrzeć, jak fragmenty ich indywidualnych starań stopniowo zszywają się w projekt, który nabierał pierwszych wyraźniejszych kształtów. I Trelawney był tam od początku: wlany w sam fundament instytutu, sunął palcami po każdej dokładanej cegiełce, nawet jeśli nie on ją wmurowywał. Do Praw Czasu przyszedł, gdy od dawna już funkcjonowały. Teraz miał szansę od samego początku uczestniczyć w stwarzaniu projektu Vasilija Dolohova — projektu większego niż ten zakład, który wydawał się zacisznym kątem w porównaniu do gmachu, w którym mieli zebrać dziesiątki specjalistów i setki studentów. <br />
Peregrinus był zakochany w projekcie, lecz w pierwszej kolejności zakochany w mężczyźnie, który stał za nim — bo to czułość dla tego jednego mężczyzny, chęć wspierania go oraz uczestniczenia w jego marzeniu sprawiła, że tak szybko i tak bezwzględnie się w to zaangażował. Nawet mimo horrorów Spalonej Nocy, mógł powiedzieć, że był to jeden z najlepszych okresów jego życia — miał u boku towarzysza, z którym dzielił plan i serce. Po latach ponurego zawieszenia, wreszcie zmierzał gdzieś i z kimś, i sam dziwił się, ile dodało mu to sił.<br />
Tego popołudnia mieli rozstawać się właśnie w drzwiach biblioteki Praw Czasu, gdzie ostatnie intensywne godziny spędzili, planując i dyskutując kolejne tematy wokół instytutu. Obaj mieli na ten dzień jeszcze po kilka zadań, nad którymi mieli pracować oddzielnie, lecz — zamiast iść w swoją stronę — Peregrin podążył za Vakelem. Po twarzy błądził mu słabo skrywany uśmiech, który wróż próbował odgonić, patrząc na boki, na tapetę w korytarzu i na wszystko, co po drodze między gabinetem Dolohova a biblioteką. Pozostał przy tym tajemniczo cichy — w ten sposób, o którym Vasilij wiedzieć już mógł, że prędzej czy później cisza zostanie przerwana i objaśniona. I tak też się stało:<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Wygląda na to, że weekend znalazł cię dziś wcześniej, drogi</span> — zauważył, gdy Vakel dotarł do swojego gabinetu. Sam Peregrinus zatrzymał się w progu oparty o futrynę drzwi, nie kryjąc dłużej zadowolenia.<br />
Cokolwiek miał na ten dzień w agendzie Vasilij — elementy programu nauczania? listy do badaczy, których myślał zatrudnić? rozdział statutu akademii? — to czekało już na niego na biurku dopięte na ostatni guzik. <br />
Nic w Dolohovie nie pociągało Peregrinusa tak mocno jak intelekt, a oglądanie owoców pracy wykonanej za tym biurkiem w gabinecie pozwalało wejrzeć w to, jak jasnowidz myśli i planuje. Lecz jakże przyjemnie od czasu do czasu pobyć wyłącznym punktem zainteresowania wybitnego umysłu — zazdrośnie wykraść go od wszystkich wielce zajmujących tajemnic akademickich i mieć tylko dla siebie na piątkowe popołudnie.<br />
<br />
!BINGO B1]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Peregrinus łatwo zakochał się w marzeniu Dolohova i oddał w pełni obsesji stworzenia akademii, jakby myśl była jego własna. Satysfakcją było patrzeć, jak fragmenty ich indywidualnych starań stopniowo zszywają się w projekt, który nabierał pierwszych wyraźniejszych kształtów. I Trelawney był tam od początku: wlany w sam fundament instytutu, sunął palcami po każdej dokładanej cegiełce, nawet jeśli nie on ją wmurowywał. Do Praw Czasu przyszedł, gdy od dawna już funkcjonowały. Teraz miał szansę od samego początku uczestniczyć w stwarzaniu projektu Vasilija Dolohova — projektu większego niż ten zakład, który wydawał się zacisznym kątem w porównaniu do gmachu, w którym mieli zebrać dziesiątki specjalistów i setki studentów. <br />
Peregrinus był zakochany w projekcie, lecz w pierwszej kolejności zakochany w mężczyźnie, który stał za nim — bo to czułość dla tego jednego mężczyzny, chęć wspierania go oraz uczestniczenia w jego marzeniu sprawiła, że tak szybko i tak bezwzględnie się w to zaangażował. Nawet mimo horrorów Spalonej Nocy, mógł powiedzieć, że był to jeden z najlepszych okresów jego życia — miał u boku towarzysza, z którym dzielił plan i serce. Po latach ponurego zawieszenia, wreszcie zmierzał gdzieś i z kimś, i sam dziwił się, ile dodało mu to sił.<br />
Tego popołudnia mieli rozstawać się właśnie w drzwiach biblioteki Praw Czasu, gdzie ostatnie intensywne godziny spędzili, planując i dyskutując kolejne tematy wokół instytutu. Obaj mieli na ten dzień jeszcze po kilka zadań, nad którymi mieli pracować oddzielnie, lecz — zamiast iść w swoją stronę — Peregrin podążył za Vakelem. Po twarzy błądził mu słabo skrywany uśmiech, który wróż próbował odgonić, patrząc na boki, na tapetę w korytarzu i na wszystko, co po drodze między gabinetem Dolohova a biblioteką. Pozostał przy tym tajemniczo cichy — w ten sposób, o którym Vasilij wiedzieć już mógł, że prędzej czy później cisza zostanie przerwana i objaśniona. I tak też się stało:<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Wygląda na to, że weekend znalazł cię dziś wcześniej, drogi</span> — zauważył, gdy Vakel dotarł do swojego gabinetu. Sam Peregrinus zatrzymał się w progu oparty o futrynę drzwi, nie kryjąc dłużej zadowolenia.<br />
Cokolwiek miał na ten dzień w agendzie Vasilij — elementy programu nauczania? listy do badaczy, których myślał zatrudnić? rozdział statutu akademii? — to czekało już na niego na biurku dopięte na ostatni guzik. <br />
Nic w Dolohovie nie pociągało Peregrinusa tak mocno jak intelekt, a oglądanie owoców pracy wykonanej za tym biurkiem w gabinecie pozwalało wejrzeć w to, jak jasnowidz myśli i planuje. Lecz jakże przyjemnie od czasu do czasu pobyć wyłącznym punktem zainteresowania wybitnego umysłu — zazdrośnie wykraść go od wszystkich wielce zajmujących tajemnic akademickich i mieć tylko dla siebie na piątkowe popołudnie.<br />
<br />
!BINGO B1]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[06/10/72] Obiecane bowiem było: nie opuszczę aż do śmierci]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5717</link>
			<pubDate>Sat, 14 Feb 2026 13:45:27 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=451">Woody Tarpaulin</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5717</guid>
			<description><![CDATA[<h1>Dziwnie elegancko ubrany człowiek przychodzi do antykwariatu pani Longbottom</h1><br />
<br />
Czas od Spalonej Nocy mijał, rzeczy wracały powoli do normy, a nawet trauma ognia zaszyta wewnątrz umysłu Woody’ego powoli bladła. Mimo to każdego dnia myślał wciąż i wciąż o jednej rzeczy, z którą to poradzić sobie nie potrafił. Ogień strawił ich dom. Myślał o tym domu każdego dnia, gdy zwalał się na wyro. Wspomnienie domu tylko czekało, aż stary wypije kolejkę za dużo, żeby ścisnąć go za gardło smętnym poczuciem straty. Kochał ten dom, bo w domu żyła Quintessa, która trzymała tam pieczę nad wspomnieniem ich wspólnego życia — mimo że nigdy jej o to nie prosił. Gdy się rozstawali, żadne z nich nie prosiło drugiego o żadną dalszą formę wierności. Rozwiedli się. Nie było zobowiązania. Niektórym naturalnie przychodziło wrócić do randkowania. Niektórzy rozwodzili się właśnie dlatego, że nie potrafili powstrzymać się od randkowania. Clemens Longbottom nie wrócił do randkowania — całe swoje życie miał jedną żonę, a sensem posiadania żony było, aby nie rozmyślać o innych kobietach. Tak żył zawsze przed rozwodem i tak mu zostało na zawsze po. Miło było od czasu do czasu popatrzeć na przystojną babeczkę czy otworzyć jakiejś szarmancko drzwi (nawet na Nokturnie), lecz nie było żadnej po Quintessie i nigdy nie miało być.<br />
Może był tego świadom zawsze, ale o tym nie myślał. A może myślał, ale nic z tym nie robił. <br />
Przed laty nie mogli już ze sobą wytrzymać w jednym domu. Clemens dobijał do trumny ich małżeństwa gwóźdź za gwoździem, upadając coraz niżej i mówiąc żonie coraz mniej. Wtedy to był koniec świata, że stracił pracę, popadł w ministerialną niełaskę i za nic nie potrafił o tym z nią porozmawiać, tylko zbywał ją dzień za dniem. Nie było, o czym rozmawiać. Chciał, żeby dała mu kurwa święty spokój.<br />
Ten dawny koniec świata bladł w obliczu tego, co przyszło później: wojna, śmierć w rodzinie, Spalona Noc. Skala końca świata zmieniła się i to, co ich poróżniło, wydawało się przy tym tak błahe, tak codzienne, tak nieistotne. Co z tego, że nie potrafili żyć spokojnie i bez kłótni pod jednym dachem, kiedy on wciąż ją kochał. Nie było już tego pierdolonego dachu. Lord Voldemort puścił z dymem codzienność — to pole nieporozumień, którym umotywowali wniosek rozwodowy. <br />
Woody nie wiedział, jak zacząć tę rozmowę. Myślał długo o tym, aby wreszcie przemóc się i wyciągnąć do niej rękę. Myślał, kiedy ratowali to, co zostało z ich domu. Myślał, kiedy na Mabon wyjmował z ruin zastawę stołową i myślał, kiedy ona wysłała mu sową świąteczną kolację. Myślał o tym ciągle, a myśli tak natrętne nie ustają, dopóki nie zrobi się <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">czegoś</span>. <br />
Umówił sobie toteż Tarpaulin pod fałszywym nazwiskiem konsultację w antykwariacie celem wyceny przedmiotów jako ostatni klient tego dnia. Nigdy nie miał problemu, żeby nazmyślać wiarygodnie bzdur. Dostał więc od pani Longbottom termin i w ustalonej dacie stawił się przed drzwiami jej lokalu — nie tajemniczy klient, a jej były mąż.<br />
Woody Tarpaulin był typowym chłopem, a ci znają tylko jeden tkliwy sposób okazywania uczuć: kupił jej kwiaty. Bukiet róż ani za duży, ani za mały; ozdobiony bez kiczu, prosto i elegancko pojedynczą wstążeczką i poprzetykany pojedynczymi białymi kwiatuszkami. Był ładny. Nie za głośny, jakby się Woody bał, że to wszystko nie wyjdzie.<br />
Trzymało go to dziwne uczucie, jakby zaraz miało się coś zmienić na zawsze. Postanowienie przerażające z jednej strony, a jednocześnie takie, z którego się nie wycofujesz. Pchnął drzwi antykwariatu. Wszedł wyprostowany jak struna. Ubrał nawet na tę okazję klasyczną szatę męską (choć nie pamiętał, aby go aż tak na brzuchu opinała). Nie wiedział, co mówić. Nie wiedział, jak kobieta zareaguje na niespodziankę. Zaczął więc tylko od jednego:<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Tesso?</span><br />
<br />
<span style="text-decoration: line-through;" class="mycode_s">!BINGO C2</span> C1]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<h1>Dziwnie elegancko ubrany człowiek przychodzi do antykwariatu pani Longbottom</h1><br />
<br />
Czas od Spalonej Nocy mijał, rzeczy wracały powoli do normy, a nawet trauma ognia zaszyta wewnątrz umysłu Woody’ego powoli bladła. Mimo to każdego dnia myślał wciąż i wciąż o jednej rzeczy, z którą to poradzić sobie nie potrafił. Ogień strawił ich dom. Myślał o tym domu każdego dnia, gdy zwalał się na wyro. Wspomnienie domu tylko czekało, aż stary wypije kolejkę za dużo, żeby ścisnąć go za gardło smętnym poczuciem straty. Kochał ten dom, bo w domu żyła Quintessa, która trzymała tam pieczę nad wspomnieniem ich wspólnego życia — mimo że nigdy jej o to nie prosił. Gdy się rozstawali, żadne z nich nie prosiło drugiego o żadną dalszą formę wierności. Rozwiedli się. Nie było zobowiązania. Niektórym naturalnie przychodziło wrócić do randkowania. Niektórzy rozwodzili się właśnie dlatego, że nie potrafili powstrzymać się od randkowania. Clemens Longbottom nie wrócił do randkowania — całe swoje życie miał jedną żonę, a sensem posiadania żony było, aby nie rozmyślać o innych kobietach. Tak żył zawsze przed rozwodem i tak mu zostało na zawsze po. Miło było od czasu do czasu popatrzeć na przystojną babeczkę czy otworzyć jakiejś szarmancko drzwi (nawet na Nokturnie), lecz nie było żadnej po Quintessie i nigdy nie miało być.<br />
Może był tego świadom zawsze, ale o tym nie myślał. A może myślał, ale nic z tym nie robił. <br />
Przed laty nie mogli już ze sobą wytrzymać w jednym domu. Clemens dobijał do trumny ich małżeństwa gwóźdź za gwoździem, upadając coraz niżej i mówiąc żonie coraz mniej. Wtedy to był koniec świata, że stracił pracę, popadł w ministerialną niełaskę i za nic nie potrafił o tym z nią porozmawiać, tylko zbywał ją dzień za dniem. Nie było, o czym rozmawiać. Chciał, żeby dała mu kurwa święty spokój.<br />
Ten dawny koniec świata bladł w obliczu tego, co przyszło później: wojna, śmierć w rodzinie, Spalona Noc. Skala końca świata zmieniła się i to, co ich poróżniło, wydawało się przy tym tak błahe, tak codzienne, tak nieistotne. Co z tego, że nie potrafili żyć spokojnie i bez kłótni pod jednym dachem, kiedy on wciąż ją kochał. Nie było już tego pierdolonego dachu. Lord Voldemort puścił z dymem codzienność — to pole nieporozumień, którym umotywowali wniosek rozwodowy. <br />
Woody nie wiedział, jak zacząć tę rozmowę. Myślał długo o tym, aby wreszcie przemóc się i wyciągnąć do niej rękę. Myślał, kiedy ratowali to, co zostało z ich domu. Myślał, kiedy na Mabon wyjmował z ruin zastawę stołową i myślał, kiedy ona wysłała mu sową świąteczną kolację. Myślał o tym ciągle, a myśli tak natrętne nie ustają, dopóki nie zrobi się <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">czegoś</span>. <br />
Umówił sobie toteż Tarpaulin pod fałszywym nazwiskiem konsultację w antykwariacie celem wyceny przedmiotów jako ostatni klient tego dnia. Nigdy nie miał problemu, żeby nazmyślać wiarygodnie bzdur. Dostał więc od pani Longbottom termin i w ustalonej dacie stawił się przed drzwiami jej lokalu — nie tajemniczy klient, a jej były mąż.<br />
Woody Tarpaulin był typowym chłopem, a ci znają tylko jeden tkliwy sposób okazywania uczuć: kupił jej kwiaty. Bukiet róż ani za duży, ani za mały; ozdobiony bez kiczu, prosto i elegancko pojedynczą wstążeczką i poprzetykany pojedynczymi białymi kwiatuszkami. Był ładny. Nie za głośny, jakby się Woody bał, że to wszystko nie wyjdzie.<br />
Trzymało go to dziwne uczucie, jakby zaraz miało się coś zmienić na zawsze. Postanowienie przerażające z jednej strony, a jednocześnie takie, z którego się nie wycofujesz. Pchnął drzwi antykwariatu. Wszedł wyprostowany jak struna. Ubrał nawet na tę okazję klasyczną szatę męską (choć nie pamiętał, aby go aż tak na brzuchu opinała). Nie wiedział, co mówić. Nie wiedział, jak kobieta zareaguje na niespodziankę. Zaczął więc tylko od jednego:<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Tesso?</span><br />
<br />
<span style="text-decoration: line-through;" class="mycode_s">!BINGO C2</span> C1]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[Jesień 72, 14-15.10 Apartament Shafiq'a | Anthony] Kwitnące irysy]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5714</link>
			<pubDate>Sat, 14 Feb 2026 12:23:33 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=435">Anthony Shafiq</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5714</guid>
			<description><![CDATA[<h1>—14/10/1972—<br />
<span style="font-size: 10pt;" class="mycode_size">Anglia, Londyn</span><br />
<span style="font-size: 8pt;" class="mycode_size">Anthony Shafiq</span><br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><img src="https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4NM31xR.png" loading="lazy"  alt="[Obrazek: imgproxy.php?id=4NM31xR.png]" class="mycode_img" /><br />
<br />
<span style="font-size: 10pt;" class="mycode_size"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Kwitnące irysy<br />
U moich stóp - <br />
Sandały sznurowane niebiesko.</span></span></div>
</h1><br />
<br />
<div class="divek">
<div style="text-align: justify;" class="mycode_align">Jonathana nie było.<br />
<br />
Ukradła mu go <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">sprawa</span>, której aktualnie bardzo potężnie nienawidził. <br />
<br />
Oczywiście zajął się swoimi sprawami. Oczywiście próbował znaleźć ukojenie w spotkaniach, dobrym winie i lekturze. Myśli jego nieuchronnie podążały w kierunku strachu, obawy, że ich poranne spotkanie było tym ostatnim. <br />
<br />
Spotkania były bezowocne. Wino niedobre. Słowa rozmywały mu się przed oczyma i z trudem łapał na nich koncentrację.<br />
<br />
W końcu wyciągnął szkatułkę z zestawem chronicznego bezsennika. Kołowrotek myśli był coraz trudniejszy do opanowania, wizje bolesnych doświadczeń, zranień i śmierci ukochanego przychodziły doń gdy zamykał oczy, echa nigdy niewypowiedzianych krzyków bólu i walki dochodziły jego uszu, gdy oczy miał otwarte. <br />
<br />
Chciał przeklinać Jonathana, wdzięczny był jednak losowi, że teraz bardziej świadomie zmagał się z tą trudnością. Z resztą... wojna mocno stymulowała jego przesądność, więc absolutnie nie wypowiedział głośno żadnego złożeczenia.<br />
<br />
Myśl jest tylko myślą. Zakwitłym w umyśle krokusem. Ale to on decydował gdzie podążą jego kolejne kroki. Ich kolejne kroki.<br />
<br />
Z rozsupłanymi sznurowadłami u sandała...<br />
<br />
<span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">Wybrał buteleczkę eliksiru nasennego i wypił ją w całości za jednym razem. Smakowała śliwkami.</span><br />
<br />
Kto wybrał taki smak? Pewnie on sam. Marcepanowa woń osadzała się na wnętrzu nosa, a on dalej chciał myśleć o Jonathanie oczywiście, może tym razem tak, żeby mężczyzna żywy wychodził z jego wizji. Mogli robić tak wiele razem. <br />
<br />
Ułożył się na łóżku, rozsmarowując po podniebieniu resztki posmaku ulepku kojarzącego mu się z ciepłą skórą ukochanego. <br />
<br />
Mogli tak wiele. Mogli sięgnąć razem gwiazd.<br />
<br />
Niech tylko wróci, a jutro...</div></div>
<br />
!BINGO A5]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<h1>—14/10/1972—<br />
<span style="font-size: 10pt;" class="mycode_size">Anglia, Londyn</span><br />
<span style="font-size: 8pt;" class="mycode_size">Anthony Shafiq</span><br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><img src="https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4NM31xR.png" loading="lazy"  alt="[Obrazek: imgproxy.php?id=4NM31xR.png]" class="mycode_img" /><br />
<br />
<span style="font-size: 10pt;" class="mycode_size"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Kwitnące irysy<br />
U moich stóp - <br />
Sandały sznurowane niebiesko.</span></span></div>
</h1><br />
<br />
<div class="divek">
<div style="text-align: justify;" class="mycode_align">Jonathana nie było.<br />
<br />
Ukradła mu go <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">sprawa</span>, której aktualnie bardzo potężnie nienawidził. <br />
<br />
Oczywiście zajął się swoimi sprawami. Oczywiście próbował znaleźć ukojenie w spotkaniach, dobrym winie i lekturze. Myśli jego nieuchronnie podążały w kierunku strachu, obawy, że ich poranne spotkanie było tym ostatnim. <br />
<br />
Spotkania były bezowocne. Wino niedobre. Słowa rozmywały mu się przed oczyma i z trudem łapał na nich koncentrację.<br />
<br />
W końcu wyciągnął szkatułkę z zestawem chronicznego bezsennika. Kołowrotek myśli był coraz trudniejszy do opanowania, wizje bolesnych doświadczeń, zranień i śmierci ukochanego przychodziły doń gdy zamykał oczy, echa nigdy niewypowiedzianych krzyków bólu i walki dochodziły jego uszu, gdy oczy miał otwarte. <br />
<br />
Chciał przeklinać Jonathana, wdzięczny był jednak losowi, że teraz bardziej świadomie zmagał się z tą trudnością. Z resztą... wojna mocno stymulowała jego przesądność, więc absolutnie nie wypowiedział głośno żadnego złożeczenia.<br />
<br />
Myśl jest tylko myślą. Zakwitłym w umyśle krokusem. Ale to on decydował gdzie podążą jego kolejne kroki. Ich kolejne kroki.<br />
<br />
Z rozsupłanymi sznurowadłami u sandała...<br />
<br />
<span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">Wybrał buteleczkę eliksiru nasennego i wypił ją w całości za jednym razem. Smakowała śliwkami.</span><br />
<br />
Kto wybrał taki smak? Pewnie on sam. Marcepanowa woń osadzała się na wnętrzu nosa, a on dalej chciał myśleć o Jonathanie oczywiście, może tym razem tak, żeby mężczyzna żywy wychodził z jego wizji. Mogli robić tak wiele razem. <br />
<br />
Ułożył się na łóżku, rozsmarowując po podniebieniu resztki posmaku ulepku kojarzącego mu się z ciepłą skórą ukochanego. <br />
<br />
Mogli tak wiele. Mogli sięgnąć razem gwiazd.<br />
<br />
Niech tylko wróci, a jutro...</div></div>
<br />
!BINGO A5]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[26.09.72] Jeden niezwykły dzień [Mona i Icarus]]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5713</link>
			<pubDate>Sat, 14 Feb 2026 11:43:52 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=439">Icarus Prewett</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5713</guid>
			<description><![CDATA[Tego uroczego, jesiennego dnia obudził się przed Moną, choć nie o wczesnej godzinie. Ich dwoje jeszcze odsypiało wesele Ambroise'a i Geraldine. To wydarzenie Icarus uważał za swój osobisty sukces, nie wypił tam bowiem ani kropelki alkoholu. Nie dał się nawet przy toastach za parę młodą czy na późniejszych etapach imprezy. Wytrwał całą noc, a teraz... mogli z Moną pozwolić sobie na lekkie lenistwo. Mieli cały dzień dla siebie. Convivium przechodziło remont, a wielki powrót był już zapowiedziany, wraz z nowymi drinkami dodanymi do menu, a także nowym dodatkiem: bezalkoholowymi opcjami dla każdego typu napoju.<br />
<br />
Leżeli razem w łóżku, on i Mo. Spali ze sobą w sensie jedynie dosłownym, na przenośny jeszcze... nie przyszła pora. A zresztą, gdzie im się śpieszyło? Ostatnie dni były czasem rekonwalescencji. Icarus czuł, jakby przy tej kobiecie najzwyczajniej zdrowiał. Oczywiście droga ta nie miała być usłana różami. Było dużo emocji, przychodziły mu jeszcze do głowy myśli, które zbywać musiał jako nieprawdziwe. A jednak udało mu się dołączyć do Anonimowych Alkoholików, dużo czytał i zbierał do kupy to, co zniszczyła Spalona Noc.<br />
<br />
Mona wyglądała przepięknie w promieniach porannego słońca. Jej rude włosy wydawały się niemal czerwone, doskonale wpasowane w klimat jesiennego, pogodnego dnia. Jasne, była rozczochrana, a na jej policzku widniał ślad po fakturze poduszki. A jednak, Icarusowi jawiła się jako najpiękniejsza na świecie. I zasługiwała ona na to, co najlepsze. Na szczęście. Ostatnie tygodnie, Spalona Noc... one również odcisnęły się na jej psychice. Wspomnienie wizyty Śmierciożercy wciąż błąkało się po mieszkaniu, nawiedzało je. Dołożyło się do ciężaru, który kobieta dźwigała, dotychczas zupełnie sama. Teraz Ari chciał jej pomóc. Ulżyć w trudach, jakie nakładało na nią życie.<br />
<br />
!BINGO A1]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Tego uroczego, jesiennego dnia obudził się przed Moną, choć nie o wczesnej godzinie. Ich dwoje jeszcze odsypiało wesele Ambroise'a i Geraldine. To wydarzenie Icarus uważał za swój osobisty sukces, nie wypił tam bowiem ani kropelki alkoholu. Nie dał się nawet przy toastach za parę młodą czy na późniejszych etapach imprezy. Wytrwał całą noc, a teraz... mogli z Moną pozwolić sobie na lekkie lenistwo. Mieli cały dzień dla siebie. Convivium przechodziło remont, a wielki powrót był już zapowiedziany, wraz z nowymi drinkami dodanymi do menu, a także nowym dodatkiem: bezalkoholowymi opcjami dla każdego typu napoju.<br />
<br />
Leżeli razem w łóżku, on i Mo. Spali ze sobą w sensie jedynie dosłownym, na przenośny jeszcze... nie przyszła pora. A zresztą, gdzie im się śpieszyło? Ostatnie dni były czasem rekonwalescencji. Icarus czuł, jakby przy tej kobiecie najzwyczajniej zdrowiał. Oczywiście droga ta nie miała być usłana różami. Było dużo emocji, przychodziły mu jeszcze do głowy myśli, które zbywać musiał jako nieprawdziwe. A jednak udało mu się dołączyć do Anonimowych Alkoholików, dużo czytał i zbierał do kupy to, co zniszczyła Spalona Noc.<br />
<br />
Mona wyglądała przepięknie w promieniach porannego słońca. Jej rude włosy wydawały się niemal czerwone, doskonale wpasowane w klimat jesiennego, pogodnego dnia. Jasne, była rozczochrana, a na jej policzku widniał ślad po fakturze poduszki. A jednak, Icarusowi jawiła się jako najpiękniejsza na świecie. I zasługiwała ona na to, co najlepsze. Na szczęście. Ostatnie tygodnie, Spalona Noc... one również odcisnęły się na jej psychice. Wspomnienie wizyty Śmierciożercy wciąż błąkało się po mieszkaniu, nawiedzało je. Dołożyło się do ciężaru, który kobieta dźwigała, dotychczas zupełnie sama. Teraz Ari chciał jej pomóc. Ulżyć w trudach, jakie nakładało na nią życie.<br />
<br />
!BINGO A1]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[jesień 1972, spalona noc, prawa czasu]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5430</link>
			<pubDate>Wed, 11 Feb 2026 20:46:47 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=6">Vakel Dolohov</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5430</guid>
			<description><![CDATA[<div style="text-align: right;" class="mycode_align"><span style="font-size: small;" class="mycode_size"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">|</span> Spalona Noc</span></div>
<br />
Za drzwiami kamienicy, która od lat była jego domem, cały Londyn przeżywał właśnie największą katastrofę, jakiej Dolohov był naocznym świadkiem. Tak naprawdę żadne z nich nie widziało już ulicy, którą oglądali z tej pozycji codziennie. Dolne okiennice zdążyli zabić deskami. Wilgotne kotary skutecznie odcinały ich od walk toczących się na Horyzontalnej. Sięgały ich sporadyczne świsty, piski, wybuchy i krzyki, w dodatku kilka okien wybuchło lub zostało rozbitych, wpuszczając do wnętrz języki szalejącego ognia, jednak nigdy na tyle destrukcyjnych aby zagrozić Dolohovowi i jego rodzinie. <br />
<br />
Podsumowując całokształt tego paskudnego zdarzenia, Prawa Czasu <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">miały się dobrze</span>.  Zdaniem wieszcza aż <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">za dobrze</span>. Strata kilku książek, zniszczona podłoga i przypalone sufity zwyczajnie nie mogły równać się z tym, co tracili ludzie nie mający dzisiaj szczęścia. Londyn go z tego rozliczy.<br />
<br />
To był pierwszy raz, kiedy słyszał huk walącego się budynku. Ten hałas, przeszyty krzykiem ofiar, zapisze się w nim już na zawsze. Wiedział to już teraz – bo tego nie dało się tak po prostu wymazać z pamięci, nawet kiedy było się wizjonerem chcącym patrzeć jedynie w przyszłość. Nawet gdyby oszalał do końca i hipnotyzer miał skasować mu tę scenę ze wspomnień, Dolohov nie wierzył w sukces takiej terapii – milknący krzyk kogoś, z kogo uchodziło życie, nie wżarł mu się jedynie w umysł. Czuł to w ramionach, bolących go od napięcia. W nogach, na których ledwo dobiegł tutaj z Morpheusem. W szyi i oczach piekących od wdychania dymu. Czuł to... Wszędzie. Delikatne, pojedyncze ukłucia nerwów w miejscach, w których nie powinien czuć żadnego bólu. To nie mogło tak po prostu zniknąć, prawda? Nawet on, największy pedant i narcyz w okolicy, momentami tracił twarz pana idealnego i sam siebie przyłapywał na przygryzaniu paznokci zamiast przeczesywania palcami włosów. Doświadczył w życiu ogromnej ilości bólu i skazywano go na wieloletnie cierpienie, ale to... Nie, nie dało się przyrównać niczego, do ruiny, jaką na jego oczach stawała się stolica wielkiego kraju. A on tego nie wywróżył!<br />
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nie jest dobrze, Peregrinusie</span> – zaczął nad wyraz spokojnie jak na kogoś, kto jeszcze przed chwilą szczerze wierzył, że sięgnął go koniec. Nie mówił, rzecz jasna, o katastrofalnym stanie miasta. Dolohov nie lubił mówić o rzeczach oczywistych. Jeżeli coś dało się dojrzeć bez potrzeby choćby znikomej analizy, istniała praktycznie zerowe szansa na to, że badacz to zjawisko jakkolwiek skomentuje. Był to więc wstęp do szerszej wypowiedzi, ale musiał wpierw odsunąć się od szafy, którą zastawili jedno z okien i odetchnąć w końcu. Ani trochę nie przywykł do pracy fizycznej, a walka z żywiołem nawet teraz wydawała mu się abstrakcją. Wszystko co cenne trzymał w sobie lub przy sobie – dlaczego stąd nie uciekli? Czy zasoby tej biblioteki były tego w ogóle warte? – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Jeśli ten ogień nie strawi nas dosłownie, to jutro zrobi to opinia publiczna. To, że nie przewidziałem obłąkanego Yaxleya robiącego napad na moją szufladę jakimś cudem nie rozeszło się po ludziach, ale nie mam pojęcia jak mam wytłumaczyć komukolwiek to, że naczelny wieszcz z prasy nie przewidział...</span> – machnął rękoma, nieco bezradnie – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">tego.</span><br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Nie jest dobrze, Peregrinusie i nie będzie lepiej.</span><br />
<br />
Nie potrafił powiedzieć tego na głos. Choćby się na to silił, to by mu to przez gardło nie przelazło, nie było na to nawet cienia szansy. Bo gdyby przyznał się, że jakaś ciemna myśl w ogóle śmiała odebrać blask chwale i zwycięstwu, jakie budował od miesięcy, przyznałby się do rozważania czegoś takiego jak porażka, a on nie był gotowy na porażkę. Trelawney z pewnością nie miał problemów z zauważeniem tego, że chociaż Dolohov wyraźnie przejmował się jutrem (jutrem, które mogło nie nadejść – warto zaznaczyć), dla Praw Czasu (zarówno dla nich jako miejsca, jak i ludzi z nimi powiązanych) ta wypowiedź stanowiła bardzo dobre wieści. Roztrzęsiony Dolohov, który wrócił tu dwie godziny temu, był skupiony na teraźniejszości o wiele bardziej niż powinien. Jasnowidz osiągnął wszystko to co osiągnął właśnie dlatego, że nigdy nie zatrzymywał się wpół kroku i parł przed siebie na przekór złemu losowi. Na co by się wam wszystkim zdał, gdyby postanowił zatrzymać się akurat teraz? Ale on właśnie pokazał, że kiedy tylko płomienie ognia zniknęły za zabezpieczonymi okiennicami, jego głowa wróciła do normalnego trybu. Coraz częściej poruszał palcami jakby chciał napisać coś na maszynie. Próbował ubierać w dobre słowa myśli mające dobrze wyglądać w druku. Tak długo jak istniała w nim ta zawziętość, Prawa Czasu były bezpieczne.<br />
<br />
Nawet gdyby to co zbudował do tej pory miało runąć, nikt kto znajdował się blisko niego nie zwątbiłby w to, że Dolohov nie tylko podniesie się z kolan, ale i w następnym ruchu doskoczy wyżej niż wcześniej. Jedynym co mogło go zatrzymać, było zwątpienie we własne możliwości – nietrudno wyobrazić sobie, jak szybko uda się zaprowadzić go w objęcia śmierci myślą, że nie jest w stanie osiągnąć już nic więcej. Ale on już to przetrwał, nawet jeśli nie do końca zdawał sobie z tego sprawę. Sam zachowywał się tak, jakby tego nie zauważył. Chodził po kamienicy zdenerwowany, obserwując jak pies czy na pewno wszystkie drogi dostępu do środka były zastawione meblami i... myślał, myślał – zastanawiał się nad tym wszystkim tak głęboko, że zapomniał rozluźnić ramiona, poprawić włosy. Przejmował się tym – kiedy ktoś go nakrył na zgarbieniu, momentalnie się prostował i zadumę na twarzy ukrywał za maską pozornego rozluźnienia, jakby nie chciał zostać przyłapany na zamartwianiu się, nawet jeżeli najgorsze emocje zostawił za sobą.<br />
<br />
Po godzinach takiej właśnie krzątaniny Peregrinus zaszedł go w korytarzu prowadzącym co wyjścia. Vasilij nie zdążył nawet zastanowić się nad tym, czy było to celowe, czy uczynił to przypadkiem. Uśmiechnął się do niego po prostu, kiedy tylko dostrzegł, że oboje zaciskali palce na kartach tarota, na tym etapie zapewne tak negatywnie naenergetyzowanych, aby zamiast odpowiedzi na zadane im pytanie próbowały przewidzieć faktu dotyczące śmierci ludzi w najbliższej okolicy. Chciał coś powiedzieć – to przecież on zawsze niszczył ciszę wokół nich jako pierwszy – nie uczynił tego jednak. Rzadko postanawiał przedłożyć działania ponad słowa, wszak był wpierw mistrzem słów właśnie, a identyfikowanie się jako człowiek czynu musiał odłożyć na zaszczytne drugie miejsce. Nie mieli jednak okazji spotkać się w cztery oczy odkąd Dolohov wyszedł stąd po południu na spotkanie z Longbottomem, a im większy kiełkował w nim stres, tym bardziej potrzebował dać temu ujście. Chwycił go więc na moment – a mówiąc dokładniej splótł palce ich dłoni i zatrzymał się przy nim, zatrzymując swój szaleńczy bieg, żeby zawiesić spojrzenie na jego oczach. Jakież to było dziwne – być tak z kimś i nie mówić nic – a jednak z Trelawneyem ten stan był dla niego osiągalny. Zaryzykowałby stwierdzenie, że wręcz naturalny – jakby czasami nie musiał się odzywać, żeby nadać jakiś komunikat, jakby wystarczyło wpatrywać się w kogoś, żeby go przeprosić za bieganie w kółko i oddawanie się chaosowi tej nocy, kiedy powinien usiąść i swoją stabilnością utrzymać w ryzach własną córkę i siostrę. Zastanawiał się: czy Trelawney wiedział? Rozumiał to, że ta bieganina zrodziła owoce i jutro znów mogło być czyste, już miał pojęcie jak wytłumaczyć to opinii publicznej i słowa sprzed kilkudziesięciu minut zdezaktualizowały się szybciej niż można się tego było spodziewać? Nie zapytał. Nie zdążył nawet drgnąć i skrócić dystansu pomiędzy nimi, kiedy po parterze rozległ się głośny, w tych okolicznościach przerażający dźwięk uderzania kołatką i drewno.<br />
<br />
Jasnowidz zmarszczył brwi, przenosząc spojrzenie ze swojego asystenta na drzwi wejściowe. Oczywiście – wpuszczanie obcych do środka brzmiało jak głupota, ale przecież Annaleigh wciąż znajdowała się na zewnątrz, a poza tym... Wielu czarodziejów miało prawo myśleć o Prawach Czasu jaki i miejscu, w którym nie sięgnie ich nic złego. Na fali porozumienia, jakie pomiędzy nimi rozrosło przez tych kilka sekund zbliżenia, Vasilij zamiast zignorować ten dźwięk, sięgnął ręką do talii kart Peregrinusa, wyciągając z niej tę, od której wyczuwał najsilniejsze wibracje.<br />
<br />
Na podstawie tego, co w niej zobaczył podjął decyzję, która wielu mogła dogłębnie zszokować.<br />
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Otwórzmy.</span><br />
<br />
I tak Prawa Czasu zmieniły się nie do poznania.<br />
<br />
Nie trzeba było czekać długo, aby w gabinecie celebryty pojawiło się pięć nowych, niezbyt znanych im osób, wliczając w to grono matkę oraz jej dwoje dzieci. Rzadko znajdowało się w nim aż tylu gości i nie był w stanie ich w sensowny sposób pomieścić – na szczęście zniesienie kilku mebli i poduszek z części mieszkalnej nie było dla nikogo większym wyzwaniem. Rzecz jasna, Dolohov nie był głupi. Dobrze zdawał sobie sprawę z tego, że ich obecność na Horyzontalnej nie była przypadkiem, a wybranie się akurat w to miejsce przy tak intensywnym ataku było absurdalnie wręcz nieodpowiedzialne, ale w uratowaniu grupy własnych psychofanów dostrzegał jeszcze większą szansę na wyjście cało z absurdu jakim było nieprzewidzenie drugiego największego pożaru Londynu w tym stuleciu.<br />
<br />
Musieli wyglądać jak dwójka idiotów, kiedy losowali karty przed wpuszczeniem każdej z tych osób, a jednak miało to sens i działało – żadne z nich nie zagrażało bezpośrednio domownikom. I zgodnie z przewidywaniem, kiedy za drzwiami pojawiło się prawdziwe zagrożenie, wylosowaną przez Dolohova kartą była ta zwiastująca rychłą śmierć.<br />
<br />
Ale to nie mógł być koniec, prawda?<br />
<br />
Znajdujący się po drugiej stronie napastnik musiał zrozumieć, że żaden z wieszczy nie otworzy mu drzwi, tak jak zrobili to z grupą ukrywających się wewnątrz uciekinierów. Chwilę później usłyszał dźwięk przesuwającego się mebla blokującego klamkę, a to zaś zachęciło go do spróbowania wtargnięcia do środka siłą.<br />
<br />
W ten właśnie sposób zaklejone papierem szkło znajdującego się obok okna pękło pod naporem zaklęcia ściągającego z niego podstawowe zabezpieczenia. Odziana w skórzaną rękawicę ręką sięgnęła do środka, próbując otworzyć zamek, a zdesperowany Vasilij podniósł leżący na stole nieopodal, ciężki jak diabli podręcznik do Teorii Magii i uderzył nim w palce agresora tak mocno jak tylko potrafił (ale... no najlepszy w tym nie był, zdecydowanie).<br />
<br />
[roll=T]<br />
<br />
<div class="ooc"><div class="ooc-wrapper"><center><span class="ooc-toggle">Odkryj wiadomość pozafabularną</span></center><div class="ooc-content">Odgrywam moje statystyki, psychofanów, wróżbiarstwo, jasnowidzenie, niedowagę, upartość, przewagę rodzinną i bycie megagejem. Zgadzam się na kierowanie moją postacią w ramach domknięcia tej sesji (również w dialogach). No i plis zinterpretuj mój rzut (ciekawe czy połamał sobie więcej palców niż jemu). PS. To jest post w całości napisany na telefonie i nie przeczytałam go przed wysłaniem, niech się dzieje wola nieba.</div></div></div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div style="text-align: right;" class="mycode_align"><span style="font-size: small;" class="mycode_size"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">|</span> Spalona Noc</span></div>
<br />
Za drzwiami kamienicy, która od lat była jego domem, cały Londyn przeżywał właśnie największą katastrofę, jakiej Dolohov był naocznym świadkiem. Tak naprawdę żadne z nich nie widziało już ulicy, którą oglądali z tej pozycji codziennie. Dolne okiennice zdążyli zabić deskami. Wilgotne kotary skutecznie odcinały ich od walk toczących się na Horyzontalnej. Sięgały ich sporadyczne świsty, piski, wybuchy i krzyki, w dodatku kilka okien wybuchło lub zostało rozbitych, wpuszczając do wnętrz języki szalejącego ognia, jednak nigdy na tyle destrukcyjnych aby zagrozić Dolohovowi i jego rodzinie. <br />
<br />
Podsumowując całokształt tego paskudnego zdarzenia, Prawa Czasu <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">miały się dobrze</span>.  Zdaniem wieszcza aż <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">za dobrze</span>. Strata kilku książek, zniszczona podłoga i przypalone sufity zwyczajnie nie mogły równać się z tym, co tracili ludzie nie mający dzisiaj szczęścia. Londyn go z tego rozliczy.<br />
<br />
To był pierwszy raz, kiedy słyszał huk walącego się budynku. Ten hałas, przeszyty krzykiem ofiar, zapisze się w nim już na zawsze. Wiedział to już teraz – bo tego nie dało się tak po prostu wymazać z pamięci, nawet kiedy było się wizjonerem chcącym patrzeć jedynie w przyszłość. Nawet gdyby oszalał do końca i hipnotyzer miał skasować mu tę scenę ze wspomnień, Dolohov nie wierzył w sukces takiej terapii – milknący krzyk kogoś, z kogo uchodziło życie, nie wżarł mu się jedynie w umysł. Czuł to w ramionach, bolących go od napięcia. W nogach, na których ledwo dobiegł tutaj z Morpheusem. W szyi i oczach piekących od wdychania dymu. Czuł to... Wszędzie. Delikatne, pojedyncze ukłucia nerwów w miejscach, w których nie powinien czuć żadnego bólu. To nie mogło tak po prostu zniknąć, prawda? Nawet on, największy pedant i narcyz w okolicy, momentami tracił twarz pana idealnego i sam siebie przyłapywał na przygryzaniu paznokci zamiast przeczesywania palcami włosów. Doświadczył w życiu ogromnej ilości bólu i skazywano go na wieloletnie cierpienie, ale to... Nie, nie dało się przyrównać niczego, do ruiny, jaką na jego oczach stawała się stolica wielkiego kraju. A on tego nie wywróżył!<br />
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nie jest dobrze, Peregrinusie</span> – zaczął nad wyraz spokojnie jak na kogoś, kto jeszcze przed chwilą szczerze wierzył, że sięgnął go koniec. Nie mówił, rzecz jasna, o katastrofalnym stanie miasta. Dolohov nie lubił mówić o rzeczach oczywistych. Jeżeli coś dało się dojrzeć bez potrzeby choćby znikomej analizy, istniała praktycznie zerowe szansa na to, że badacz to zjawisko jakkolwiek skomentuje. Był to więc wstęp do szerszej wypowiedzi, ale musiał wpierw odsunąć się od szafy, którą zastawili jedno z okien i odetchnąć w końcu. Ani trochę nie przywykł do pracy fizycznej, a walka z żywiołem nawet teraz wydawała mu się abstrakcją. Wszystko co cenne trzymał w sobie lub przy sobie – dlaczego stąd nie uciekli? Czy zasoby tej biblioteki były tego w ogóle warte? – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Jeśli ten ogień nie strawi nas dosłownie, to jutro zrobi to opinia publiczna. To, że nie przewidziałem obłąkanego Yaxleya robiącego napad na moją szufladę jakimś cudem nie rozeszło się po ludziach, ale nie mam pojęcia jak mam wytłumaczyć komukolwiek to, że naczelny wieszcz z prasy nie przewidział...</span> – machnął rękoma, nieco bezradnie – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">tego.</span><br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Nie jest dobrze, Peregrinusie i nie będzie lepiej.</span><br />
<br />
Nie potrafił powiedzieć tego na głos. Choćby się na to silił, to by mu to przez gardło nie przelazło, nie było na to nawet cienia szansy. Bo gdyby przyznał się, że jakaś ciemna myśl w ogóle śmiała odebrać blask chwale i zwycięstwu, jakie budował od miesięcy, przyznałby się do rozważania czegoś takiego jak porażka, a on nie był gotowy na porażkę. Trelawney z pewnością nie miał problemów z zauważeniem tego, że chociaż Dolohov wyraźnie przejmował się jutrem (jutrem, które mogło nie nadejść – warto zaznaczyć), dla Praw Czasu (zarówno dla nich jako miejsca, jak i ludzi z nimi powiązanych) ta wypowiedź stanowiła bardzo dobre wieści. Roztrzęsiony Dolohov, który wrócił tu dwie godziny temu, był skupiony na teraźniejszości o wiele bardziej niż powinien. Jasnowidz osiągnął wszystko to co osiągnął właśnie dlatego, że nigdy nie zatrzymywał się wpół kroku i parł przed siebie na przekór złemu losowi. Na co by się wam wszystkim zdał, gdyby postanowił zatrzymać się akurat teraz? Ale on właśnie pokazał, że kiedy tylko płomienie ognia zniknęły za zabezpieczonymi okiennicami, jego głowa wróciła do normalnego trybu. Coraz częściej poruszał palcami jakby chciał napisać coś na maszynie. Próbował ubierać w dobre słowa myśli mające dobrze wyglądać w druku. Tak długo jak istniała w nim ta zawziętość, Prawa Czasu były bezpieczne.<br />
<br />
Nawet gdyby to co zbudował do tej pory miało runąć, nikt kto znajdował się blisko niego nie zwątbiłby w to, że Dolohov nie tylko podniesie się z kolan, ale i w następnym ruchu doskoczy wyżej niż wcześniej. Jedynym co mogło go zatrzymać, było zwątpienie we własne możliwości – nietrudno wyobrazić sobie, jak szybko uda się zaprowadzić go w objęcia śmierci myślą, że nie jest w stanie osiągnąć już nic więcej. Ale on już to przetrwał, nawet jeśli nie do końca zdawał sobie z tego sprawę. Sam zachowywał się tak, jakby tego nie zauważył. Chodził po kamienicy zdenerwowany, obserwując jak pies czy na pewno wszystkie drogi dostępu do środka były zastawione meblami i... myślał, myślał – zastanawiał się nad tym wszystkim tak głęboko, że zapomniał rozluźnić ramiona, poprawić włosy. Przejmował się tym – kiedy ktoś go nakrył na zgarbieniu, momentalnie się prostował i zadumę na twarzy ukrywał za maską pozornego rozluźnienia, jakby nie chciał zostać przyłapany na zamartwianiu się, nawet jeżeli najgorsze emocje zostawił za sobą.<br />
<br />
Po godzinach takiej właśnie krzątaniny Peregrinus zaszedł go w korytarzu prowadzącym co wyjścia. Vasilij nie zdążył nawet zastanowić się nad tym, czy było to celowe, czy uczynił to przypadkiem. Uśmiechnął się do niego po prostu, kiedy tylko dostrzegł, że oboje zaciskali palce na kartach tarota, na tym etapie zapewne tak negatywnie naenergetyzowanych, aby zamiast odpowiedzi na zadane im pytanie próbowały przewidzieć faktu dotyczące śmierci ludzi w najbliższej okolicy. Chciał coś powiedzieć – to przecież on zawsze niszczył ciszę wokół nich jako pierwszy – nie uczynił tego jednak. Rzadko postanawiał przedłożyć działania ponad słowa, wszak był wpierw mistrzem słów właśnie, a identyfikowanie się jako człowiek czynu musiał odłożyć na zaszczytne drugie miejsce. Nie mieli jednak okazji spotkać się w cztery oczy odkąd Dolohov wyszedł stąd po południu na spotkanie z Longbottomem, a im większy kiełkował w nim stres, tym bardziej potrzebował dać temu ujście. Chwycił go więc na moment – a mówiąc dokładniej splótł palce ich dłoni i zatrzymał się przy nim, zatrzymując swój szaleńczy bieg, żeby zawiesić spojrzenie na jego oczach. Jakież to było dziwne – być tak z kimś i nie mówić nic – a jednak z Trelawneyem ten stan był dla niego osiągalny. Zaryzykowałby stwierdzenie, że wręcz naturalny – jakby czasami nie musiał się odzywać, żeby nadać jakiś komunikat, jakby wystarczyło wpatrywać się w kogoś, żeby go przeprosić za bieganie w kółko i oddawanie się chaosowi tej nocy, kiedy powinien usiąść i swoją stabilnością utrzymać w ryzach własną córkę i siostrę. Zastanawiał się: czy Trelawney wiedział? Rozumiał to, że ta bieganina zrodziła owoce i jutro znów mogło być czyste, już miał pojęcie jak wytłumaczyć to opinii publicznej i słowa sprzed kilkudziesięciu minut zdezaktualizowały się szybciej niż można się tego było spodziewać? Nie zapytał. Nie zdążył nawet drgnąć i skrócić dystansu pomiędzy nimi, kiedy po parterze rozległ się głośny, w tych okolicznościach przerażający dźwięk uderzania kołatką i drewno.<br />
<br />
Jasnowidz zmarszczył brwi, przenosząc spojrzenie ze swojego asystenta na drzwi wejściowe. Oczywiście – wpuszczanie obcych do środka brzmiało jak głupota, ale przecież Annaleigh wciąż znajdowała się na zewnątrz, a poza tym... Wielu czarodziejów miało prawo myśleć o Prawach Czasu jaki i miejscu, w którym nie sięgnie ich nic złego. Na fali porozumienia, jakie pomiędzy nimi rozrosło przez tych kilka sekund zbliżenia, Vasilij zamiast zignorować ten dźwięk, sięgnął ręką do talii kart Peregrinusa, wyciągając z niej tę, od której wyczuwał najsilniejsze wibracje.<br />
<br />
Na podstawie tego, co w niej zobaczył podjął decyzję, która wielu mogła dogłębnie zszokować.<br />
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Otwórzmy.</span><br />
<br />
I tak Prawa Czasu zmieniły się nie do poznania.<br />
<br />
Nie trzeba było czekać długo, aby w gabinecie celebryty pojawiło się pięć nowych, niezbyt znanych im osób, wliczając w to grono matkę oraz jej dwoje dzieci. Rzadko znajdowało się w nim aż tylu gości i nie był w stanie ich w sensowny sposób pomieścić – na szczęście zniesienie kilku mebli i poduszek z części mieszkalnej nie było dla nikogo większym wyzwaniem. Rzecz jasna, Dolohov nie był głupi. Dobrze zdawał sobie sprawę z tego, że ich obecność na Horyzontalnej nie była przypadkiem, a wybranie się akurat w to miejsce przy tak intensywnym ataku było absurdalnie wręcz nieodpowiedzialne, ale w uratowaniu grupy własnych psychofanów dostrzegał jeszcze większą szansę na wyjście cało z absurdu jakim było nieprzewidzenie drugiego największego pożaru Londynu w tym stuleciu.<br />
<br />
Musieli wyglądać jak dwójka idiotów, kiedy losowali karty przed wpuszczeniem każdej z tych osób, a jednak miało to sens i działało – żadne z nich nie zagrażało bezpośrednio domownikom. I zgodnie z przewidywaniem, kiedy za drzwiami pojawiło się prawdziwe zagrożenie, wylosowaną przez Dolohova kartą była ta zwiastująca rychłą śmierć.<br />
<br />
Ale to nie mógł być koniec, prawda?<br />
<br />
Znajdujący się po drugiej stronie napastnik musiał zrozumieć, że żaden z wieszczy nie otworzy mu drzwi, tak jak zrobili to z grupą ukrywających się wewnątrz uciekinierów. Chwilę później usłyszał dźwięk przesuwającego się mebla blokującego klamkę, a to zaś zachęciło go do spróbowania wtargnięcia do środka siłą.<br />
<br />
W ten właśnie sposób zaklejone papierem szkło znajdującego się obok okna pękło pod naporem zaklęcia ściągającego z niego podstawowe zabezpieczenia. Odziana w skórzaną rękawicę ręką sięgnęła do środka, próbując otworzyć zamek, a zdesperowany Vasilij podniósł leżący na stole nieopodal, ciężki jak diabli podręcznik do Teorii Magii i uderzył nim w palce agresora tak mocno jak tylko potrafił (ale... no najlepszy w tym nie był, zdecydowanie).<br />
<br />
[roll=T]<br />
<br />
<div class="ooc"><div class="ooc-wrapper"><center><span class="ooc-toggle">Odkryj wiadomość pozafabularną</span></center><div class="ooc-content">Odgrywam moje statystyki, psychofanów, wróżbiarstwo, jasnowidzenie, niedowagę, upartość, przewagę rodzinną i bycie megagejem. Zgadzam się na kierowanie moją postacią w ramach domknięcia tej sesji (również w dialogach). No i plis zinterpretuj mój rzut (ciekawe czy połamał sobie więcej palców niż jemu). PS. To jest post w całości napisany na telefonie i nie przeczytałam go przed wysłaniem, niech się dzieje wola nieba.</div></div></div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[09.10.72] Namaluj mnie jak... jednego francuskiego wampira]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5695</link>
			<pubDate>Tue, 10 Feb 2026 09:41:22 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=625">Kate Barclay</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5695</guid>
			<description><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=748&amp;pid=85142#pid85142" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">Portrety trumienne</a><br />
<br />
Kate wyszła z mieszkania znajomych późną porą, kiedy słońce skryło się już za budynkami, gęsto zastawiającymi magiczny Londyn, a niebo pociemniało. I pewnie powinna się od razu teleportować, a już absolutnie nie powinna spacerować po alejce, która znajdowała się tak blisko Nokturnu, ani nawet zbliżać się do niewielkiego baru, podejrzanej natury, do którego jej wejścia na pewno nie pochwaliłaby ciocia… ale Katherine była istotą ciekawską, a tworzące się tam zgromadzenie przyciągnęło jej uwagę. Zwłaszcza że nie wyglądało na jedno z gatunku tych „zaraz chwycimy za widły i pochodnie i pójdziemy kogoś roznieść” albo „bijemy się i chlejemy!”. Nie słychać było krzyków, nie widziała przepychanek, raczej szepty i chichoty, wskazujące na to, że działo się coś potencjalnie interesującego.<br />
Zsunęła z ciemnych włosów kaptur kolorowego płaszcza, w tłumie, w którym od Spalonej nocy niemal każdy starał się zniknąć, od razu ją wyróżniającego, ruszając w tamtą stronę.<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- …takie spotkanie, taka okazja, tyle lat! A nie możemy sobie nawet zrobić razem zdjęcia</span> – narzekał ktoś, chyba trochę podchmielony. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">– Nie widziałem swojej twarzy od stu lat, czy to nie tragiczne?</span> – opowiadał ten ktoś jakiemuś przypadkowemu przechodniowi, który wyglądał tak, jakby jednocześnie chciał uciekać, ale nie mógł oderwać stóp od ziemi.<br />
Nie widzenie swojej twarzy od stu lat zaintrygowało Kate na tyle, że przepchnęła się między dwójką ludzi, przysłaniających jej widok, i niemal natychmiast zrozumiała, że w sumie to sto lat nie musiało być żadnym wyolbrzymieniem. Grupka stojąca pod barem charakteryzowała się bowiem ogólną bladością, ubraniami, jakie niekoniecznie współcześni czarodzieje nosili na co dzień, a ten opowiadający wyglądał, jakby cierpiał na zaawansowaną anemię.<br />
Może dziś jeszcze nikogo nie zjadł, i właśnie szuka okazji, pomyślała Kate, tak z odrobiną paniki. I byłaby się wycofała, gdyby spojrzenie wampira nie padło prosto na nią.<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i"> – A ty, panienko?</span><br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – Eee… ja?</span> – spytała niepewnie, odruchowo robiąc krok w tył, czy raczej pół kroku, bo okazało się, że ktoś akurat za nią stał. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Ja widziałam. Swoją twarz, to znaczy, dzisiaj w lustrze. Ale pana twarz też widzę, to naprawdę dobra twarz</span> – pochwaliła pośpiesznie. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Taka trochę blada. Nie żeby to było coś złego, proszę pana, to taka arystokratyczna bladość</span> – wyrzuciła z siebie, to ostatnie zdanie bardzo szybko, bo o bladości wyrwało się jej, chociaż absolutnie nie powinno: jakoś w spojrzeniu wampira było coś dziwnego, co sprawiało, że język się jej plątał.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=748&amp;pid=85142#pid85142" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">Portrety trumienne</a><br />
<br />
Kate wyszła z mieszkania znajomych późną porą, kiedy słońce skryło się już za budynkami, gęsto zastawiającymi magiczny Londyn, a niebo pociemniało. I pewnie powinna się od razu teleportować, a już absolutnie nie powinna spacerować po alejce, która znajdowała się tak blisko Nokturnu, ani nawet zbliżać się do niewielkiego baru, podejrzanej natury, do którego jej wejścia na pewno nie pochwaliłaby ciocia… ale Katherine była istotą ciekawską, a tworzące się tam zgromadzenie przyciągnęło jej uwagę. Zwłaszcza że nie wyglądało na jedno z gatunku tych „zaraz chwycimy za widły i pochodnie i pójdziemy kogoś roznieść” albo „bijemy się i chlejemy!”. Nie słychać było krzyków, nie widziała przepychanek, raczej szepty i chichoty, wskazujące na to, że działo się coś potencjalnie interesującego.<br />
Zsunęła z ciemnych włosów kaptur kolorowego płaszcza, w tłumie, w którym od Spalonej nocy niemal każdy starał się zniknąć, od razu ją wyróżniającego, ruszając w tamtą stronę.<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- …takie spotkanie, taka okazja, tyle lat! A nie możemy sobie nawet zrobić razem zdjęcia</span> – narzekał ktoś, chyba trochę podchmielony. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">– Nie widziałem swojej twarzy od stu lat, czy to nie tragiczne?</span> – opowiadał ten ktoś jakiemuś przypadkowemu przechodniowi, który wyglądał tak, jakby jednocześnie chciał uciekać, ale nie mógł oderwać stóp od ziemi.<br />
Nie widzenie swojej twarzy od stu lat zaintrygowało Kate na tyle, że przepchnęła się między dwójką ludzi, przysłaniających jej widok, i niemal natychmiast zrozumiała, że w sumie to sto lat nie musiało być żadnym wyolbrzymieniem. Grupka stojąca pod barem charakteryzowała się bowiem ogólną bladością, ubraniami, jakie niekoniecznie współcześni czarodzieje nosili na co dzień, a ten opowiadający wyglądał, jakby cierpiał na zaawansowaną anemię.<br />
Może dziś jeszcze nikogo nie zjadł, i właśnie szuka okazji, pomyślała Kate, tak z odrobiną paniki. I byłaby się wycofała, gdyby spojrzenie wampira nie padło prosto na nią.<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i"> – A ty, panienko?</span><br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – Eee… ja?</span> – spytała niepewnie, odruchowo robiąc krok w tył, czy raczej pół kroku, bo okazało się, że ktoś akurat za nią stał. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Ja widziałam. Swoją twarz, to znaczy, dzisiaj w lustrze. Ale pana twarz też widzę, to naprawdę dobra twarz</span> – pochwaliła pośpiesznie. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Taka trochę blada. Nie żeby to było coś złego, proszę pana, to taka arystokratyczna bladość</span> – wyrzuciła z siebie, to ostatnie zdanie bardzo szybko, bo o bladości wyrwało się jej, chociaż absolutnie nie powinno: jakoś w spojrzeniu wampira było coś dziwnego, co sprawiało, że język się jej plątał.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[16.09.72] Self-care queen. This woman treates herself to being a bitch today]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5693</link>
			<pubDate>Tue, 10 Feb 2026 05:02:12 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=159">Lyssa Dolohov</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5693</guid>
			<description><![CDATA[<p>Drzwi zamknęły się za nią cichutko, kiedy bardzo powoli docisnęła je do framugi, jakby bała się że szczeknięcie zamka wywróci całe Prawa Czasu do góry nogami. Kroki na schodach były spokojne i miarowe, kiedy szła na piętro omijając parterowe pomieszczenia. Czuła w środku siebie jakąś dziwną pustkę, jakby ktoś nagle wyrwał jej z wnętrza coś bardzo istotnego i nie zdążył włożyć tego na miejsce. A kiedy wreszcie dotarła na ostatni stopień, zatrzymała się niemrawo, z dłonią wciąż na poręczy i patrząc przed siebie niewidomym spojrzeniem.</p>
<p>Droga powrotna wcale nie dała rady jej uspokoić, ale przynajmniej była na tyle opanowana i wyrachowana, by nie robić niepotrzebnego zamieszania dookoła siebie. Myślała o paru rzeczach, starannie próbując uniknąć odtwarzania w głowie słów, które padły z ust Aidana, rozdrabniała się więc na temat Ekstazy Merlina i pomysłów jakie miała na plakaty, o niedawnym spotkaniu z Darcym w Dziurawym Kotle i książce z dedykacją, która leżała na nocnym stoliku koło jej łóżka. O Pożarach i niedawno wysłanych, kolejnych listach do Rookwooda na myśl o czym trochę na nowo wzbierała w niej złość. Gdyby nie wyjechał, nie musiałaby iść na tę głupią randkę. Znaczy to nawet nie była randka i wcale też nie zamierzała uznawać, że Ulysses miał jakiekolwiek pierwszeństwo w czymkolwiek, bo był okropnie nieznośny, ale przynajmniej mogłaby poudawać że miała adoratora. Randkowanie dla pijaru podobno niesamowicie działało na zainteresowanie ze strony innych. </p>
<p>Ile stała w miejscu, nie była pewna, ale nagle wreszcie drgnęła, wzdrygając się jakby nagle wybudzona ze snu i rozejrzała się dookoła, lustrując ściany uważnym spojrzeniem. Kolejne kroki postawiła pewnie, chociaż dłoń odrobinkę zbyt długo pozostała na barierce schodów, powolnym gestem odsuwając się od niej w ostatniej chwili, kiedy Lyssa weszła do pokoju gdzie zobaczyła Peregrinusa. Zmarszczyła brwi, jakby zobaczyła coś bardzo nieprzyjemnego, a usta wykrzywiły się jakby co najmniej rozgryzła właśnie całą cytrynę. Coś w niej drgnęło na nowo, otwierając oczy i budząc się z uśpienia w który wcześniej wprawił to powrotny spacer. Parę oddechów, coraz szybszych, jakby jeszcze wahała się, a może i nie chciała ulegać emocjom, ale przecież tych było tak strasznie dużo. Każda z nich wbijała się w ciało boleściwie, a kiedy nie robiła z tym nic to czuła, jak to wszystko unieruchamia ją na nowo i zamyka w jej własnym świecie gdzie nic do niej nie trafiało.</p>
<p>Lyssa krzyknęła. Z dłońmi rozczapierzonymi na wysokości głowy i głosem z głębi serca, jakby tą szybką i głośną deklaracją chciała z siebie wyrzucić wszystko, co się w niej kłębiło. Była w tym złość i frustracja, ale i też jakieś zwyczajne rozczarowanie, bo chyba przez moment nawet uwierzyła w te głupie wróżby głupich wróżbitów.</p>
<p>- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Koszmar. To jest jakiś koszmar. Cholerny KOSZMAR</span> - zatupała nogami o posadzkę. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Chcę zapomnieć o tym dniu. Błagam powiedz że znasz zaklęcie, które wymaże je z egzystencji!</span></p>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Drzwi zamknęły się za nią cichutko, kiedy bardzo powoli docisnęła je do framugi, jakby bała się że szczeknięcie zamka wywróci całe Prawa Czasu do góry nogami. Kroki na schodach były spokojne i miarowe, kiedy szła na piętro omijając parterowe pomieszczenia. Czuła w środku siebie jakąś dziwną pustkę, jakby ktoś nagle wyrwał jej z wnętrza coś bardzo istotnego i nie zdążył włożyć tego na miejsce. A kiedy wreszcie dotarła na ostatni stopień, zatrzymała się niemrawo, z dłonią wciąż na poręczy i patrząc przed siebie niewidomym spojrzeniem.</p>
<p>Droga powrotna wcale nie dała rady jej uspokoić, ale przynajmniej była na tyle opanowana i wyrachowana, by nie robić niepotrzebnego zamieszania dookoła siebie. Myślała o paru rzeczach, starannie próbując uniknąć odtwarzania w głowie słów, które padły z ust Aidana, rozdrabniała się więc na temat Ekstazy Merlina i pomysłów jakie miała na plakaty, o niedawnym spotkaniu z Darcym w Dziurawym Kotle i książce z dedykacją, która leżała na nocnym stoliku koło jej łóżka. O Pożarach i niedawno wysłanych, kolejnych listach do Rookwooda na myśl o czym trochę na nowo wzbierała w niej złość. Gdyby nie wyjechał, nie musiałaby iść na tę głupią randkę. Znaczy to nawet nie była randka i wcale też nie zamierzała uznawać, że Ulysses miał jakiekolwiek pierwszeństwo w czymkolwiek, bo był okropnie nieznośny, ale przynajmniej mogłaby poudawać że miała adoratora. Randkowanie dla pijaru podobno niesamowicie działało na zainteresowanie ze strony innych. </p>
<p>Ile stała w miejscu, nie była pewna, ale nagle wreszcie drgnęła, wzdrygając się jakby nagle wybudzona ze snu i rozejrzała się dookoła, lustrując ściany uważnym spojrzeniem. Kolejne kroki postawiła pewnie, chociaż dłoń odrobinkę zbyt długo pozostała na barierce schodów, powolnym gestem odsuwając się od niej w ostatniej chwili, kiedy Lyssa weszła do pokoju gdzie zobaczyła Peregrinusa. Zmarszczyła brwi, jakby zobaczyła coś bardzo nieprzyjemnego, a usta wykrzywiły się jakby co najmniej rozgryzła właśnie całą cytrynę. Coś w niej drgnęło na nowo, otwierając oczy i budząc się z uśpienia w który wcześniej wprawił to powrotny spacer. Parę oddechów, coraz szybszych, jakby jeszcze wahała się, a może i nie chciała ulegać emocjom, ale przecież tych było tak strasznie dużo. Każda z nich wbijała się w ciało boleściwie, a kiedy nie robiła z tym nic to czuła, jak to wszystko unieruchamia ją na nowo i zamyka w jej własnym świecie gdzie nic do niej nie trafiało.</p>
<p>Lyssa krzyknęła. Z dłońmi rozczapierzonymi na wysokości głowy i głosem z głębi serca, jakby tą szybką i głośną deklaracją chciała z siebie wyrzucić wszystko, co się w niej kłębiło. Była w tym złość i frustracja, ale i też jakieś zwyczajne rozczarowanie, bo chyba przez moment nawet uwierzyła w te głupie wróżby głupich wróżbitów.</p>
<p>- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Koszmar. To jest jakiś koszmar. Cholerny KOSZMAR</span> - zatupała nogami o posadzkę. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Chcę zapomnieć o tym dniu. Błagam powiedz że znasz zaklęcie, które wymaże je z egzystencji!</span></p>]]></content:encoded>
		</item>
	</channel>
</rss>