<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0" xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">
	<channel>
		<title><![CDATA[Secrets of London - Ulica Śmiertelnego Nokturnu]]></title>
		<link>https://secretsoflondon.pl/</link>
		<description><![CDATA[Secrets of London - https://secretsoflondon.pl]]></description>
		<pubDate>Fri, 17 Apr 2026 14:10:55 +0000</pubDate>
		<generator>MyBB</generator>
		<item>
			<title><![CDATA[[12.09.1972] Bo rodzina jest ważna | Renigald & Lorraine]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5938</link>
			<pubDate>Wed, 08 Apr 2026 13:37:13 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=410">Renigald Malfoy</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5938</guid>
			<description><![CDATA[<div class="divek"><div id="dataa" class="mycode_b">12 września 1972r.<br />
<span style="font-size: small;" class="mycode_size">Necronomicon / Inne miejsca</span></div>
<br />
<p>Po wymianie listownej z szanowną kuzynką, która najwyraźniej dała mu do zrozumienia, że rodziną powinien się zainteresować, nie odpisał jej na ostatnią korespondencję. Gdyby pewnie nie napisała w tych sprawach, zapewne wciąż Renigald nie zainteresował się losem swoich rodziców. A tak, w międzyczasie, zdążył już odwiedzić rodzinny dom i sklep matki, w celu zapewnienia nowej odzieży. </p>
<p>Rodzina powinna się wspierać. W rodzinie powinni sobie pomagać. Nawet jeżeli wychodził na durnia, to matka nie odmówiła mu noclegu w ich domu, w jego starym pokoju. Bo przecież, gdzie miał mieszkać, jak połowa mieszkania spaliła mu się? W tym najważniejsze pomieszczenie, będące sypialnią i garderobą. </p>
<p>Długo też myślał, czy powinien odwiedzić innych członków rodziny, a tym bardziej kuzynkę, która chyba jako jedyna do niego napisała z troską o bezpieczeństwo po atakach szaleńców na Londyn. Trudno było mu stwierdzić, kto zaczął i dlaczego. Za mało może siedział w polityce? Powinien bardziej zainteresować się tym, co dzieje w kraju, niż tym, co ma zazwyczaj na sobie. </p>
<p>Zwiedzanie magicznych dzielnic, nie należało tym razem do przyjemnych widoków, kiedy widziało się wiele zniszczeń, brudu i spalenizny. Mieszkańców pracujących nad naprawami, matek opłakujących straty w dzieciach. Czy powinien się tym przejmować? Nie umiał jakoś. Nie uznawał tego za swój problem. </p>
<p>Skręcił na Aleję Horyzontalną, krzyżującą się z ulicą Śmiertelnego Nocturnu, gdzie minął sklep Weasleyowej w niezbyt dobrym stanie. Miał jednak dziwne przeczucie, że Penny sobie poradziła, zdążyła uciec. Ale czy była bezpieczna? Przez moment ciągnęło go, aby tam wejść, sprawdzić. Obiecał jednak, że nie będzie się tam kręcił. Odwrócił wzrok i ruszył w głąb ciemnej ulicy spowitej, uczęszczanej tylko przez odważnych. </p>
<p>Szukał zakładu pogrzebowego. Starając się nie wdepnąć w coś, co by zabrudziło jego drogie, jeżeli nie jedyne na chwilę obecną buty. Gdy tak spoglądał na tutejsze budynki, nie miałby zapewne porównania do obecnego stanu z ulicą Pokątną. Nie zaprzątał sobie tym głowy, mijając właśnie jakiegoś obleściucha, co mu się dziwnie przyglądał. Na szczęście, nie miał zamiaru zaczepiać. </p>
<p>W końcu oczom młodego Malfoya, ukazał się znany szyld zakładu pogrzebowego Necronomicon. Stojąc przed drzwiami, dopiero zaczął zastanawiać się, czy powinien uprzedzić Lorraine o swojej obecności. Umówić na spotkanie? Może powinien. Postanowił jednak zrobić jej niezapowiedzianą wizytę. Skoro już tutaj jest, nie będzie się wycofywać, aby wysłać jej list, bo nagle stwierdził inaczej. </p>
<p>Nacisnął klamkę, otworzył drzwi i przekroczył <a href="https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=2808&amp;pid=88639#pid88639" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">magiczny próg</a>, który okazał się widocznie dla Malfoya łaskawy. Blondyn rozejrzał się wstępnie, szukając znanej sobie blondwłosej kuzynki. Zamknął drzwi i poprawił na sobie płaszcz, podziwiając wnętrze wyposażone w trumny. Nawet podszedł do jednej z ciekawości, sprawdzając znajdującą się w niej poduszce. Chcąc dotknąć, sprawdzić jak bardzo jest miękka i z jakiego materiału wykonana. </p></div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div class="divek"><div id="dataa" class="mycode_b">12 września 1972r.<br />
<span style="font-size: small;" class="mycode_size">Necronomicon / Inne miejsca</span></div>
<br />
<p>Po wymianie listownej z szanowną kuzynką, która najwyraźniej dała mu do zrozumienia, że rodziną powinien się zainteresować, nie odpisał jej na ostatnią korespondencję. Gdyby pewnie nie napisała w tych sprawach, zapewne wciąż Renigald nie zainteresował się losem swoich rodziców. A tak, w międzyczasie, zdążył już odwiedzić rodzinny dom i sklep matki, w celu zapewnienia nowej odzieży. </p>
<p>Rodzina powinna się wspierać. W rodzinie powinni sobie pomagać. Nawet jeżeli wychodził na durnia, to matka nie odmówiła mu noclegu w ich domu, w jego starym pokoju. Bo przecież, gdzie miał mieszkać, jak połowa mieszkania spaliła mu się? W tym najważniejsze pomieszczenie, będące sypialnią i garderobą. </p>
<p>Długo też myślał, czy powinien odwiedzić innych członków rodziny, a tym bardziej kuzynkę, która chyba jako jedyna do niego napisała z troską o bezpieczeństwo po atakach szaleńców na Londyn. Trudno było mu stwierdzić, kto zaczął i dlaczego. Za mało może siedział w polityce? Powinien bardziej zainteresować się tym, co dzieje w kraju, niż tym, co ma zazwyczaj na sobie. </p>
<p>Zwiedzanie magicznych dzielnic, nie należało tym razem do przyjemnych widoków, kiedy widziało się wiele zniszczeń, brudu i spalenizny. Mieszkańców pracujących nad naprawami, matek opłakujących straty w dzieciach. Czy powinien się tym przejmować? Nie umiał jakoś. Nie uznawał tego za swój problem. </p>
<p>Skręcił na Aleję Horyzontalną, krzyżującą się z ulicą Śmiertelnego Nocturnu, gdzie minął sklep Weasleyowej w niezbyt dobrym stanie. Miał jednak dziwne przeczucie, że Penny sobie poradziła, zdążyła uciec. Ale czy była bezpieczna? Przez moment ciągnęło go, aby tam wejść, sprawdzić. Obiecał jednak, że nie będzie się tam kręcił. Odwrócił wzrok i ruszył w głąb ciemnej ulicy spowitej, uczęszczanej tylko przez odważnych. </p>
<p>Szukał zakładu pogrzebowego. Starając się nie wdepnąć w coś, co by zabrudziło jego drogie, jeżeli nie jedyne na chwilę obecną buty. Gdy tak spoglądał na tutejsze budynki, nie miałby zapewne porównania do obecnego stanu z ulicą Pokątną. Nie zaprzątał sobie tym głowy, mijając właśnie jakiegoś obleściucha, co mu się dziwnie przyglądał. Na szczęście, nie miał zamiaru zaczepiać. </p>
<p>W końcu oczom młodego Malfoya, ukazał się znany szyld zakładu pogrzebowego Necronomicon. Stojąc przed drzwiami, dopiero zaczął zastanawiać się, czy powinien uprzedzić Lorraine o swojej obecności. Umówić na spotkanie? Może powinien. Postanowił jednak zrobić jej niezapowiedzianą wizytę. Skoro już tutaj jest, nie będzie się wycofywać, aby wysłać jej list, bo nagle stwierdził inaczej. </p>
<p>Nacisnął klamkę, otworzył drzwi i przekroczył <a href="https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=2808&amp;pid=88639#pid88639" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">magiczny próg</a>, który okazał się widocznie dla Malfoya łaskawy. Blondyn rozejrzał się wstępnie, szukając znanej sobie blondwłosej kuzynki. Zamknął drzwi i poprawił na sobie płaszcz, podziwiając wnętrze wyposażone w trumny. Nawet podszedł do jednej z ciekawości, sprawdzając znajdującą się w niej poduszce. Chcąc dotknąć, sprawdzić jak bardzo jest miękka i z jakiego materiału wykonana. </p></div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[08.09.1972, Necronomicon] Your faith was strong, but you needed proof]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5936</link>
			<pubDate>Tue, 07 Apr 2026 22:31:23 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=316">Lorraine Malfoy</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5936</guid>
			<description><![CDATA[Kaplicę <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Necronomiconu</span> oświetlał ciepły blask płomieni świec.<br />
<br />
Lorraine zapalała je dla swych bliskich, szepcząc błogosławieństwa. Zapalała po jednej dla każdego. Dla matki, i dla kobiety, którą całe życie nazywała matką. Dla ojca, i dla mężczyzny, który nie był jej ojcem, ale któremu pozwalała nazywać się córką. Dla ukochanej, dla Maeve, która rozświetlała mrok jej życia i mrok jej serca, ale i dla Otto, bo jego też za to kiedyś pokochała. Zapaliła świecę dla siebie i dla Baldwina. Zapaliłaby jedną dla Fridy, pomagając małym, dziecięcym rączkom zapalić drugą, gdyby ghoulka była obok, ale Baldwin zabrał ją dzisiaj ze sobą do <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Eurydyki</span>, więc Lorraine od razu zapaliła dwie: jedną dla bogów życia, drugą dla bogów śmierci. Nie wiedziała, którzy czuwają nad dobrem nieumarłej dzieciny, nie wiedział tego Peregrinus, choć pokazał jej, jak patrzeć, aby nie zagubić się pomiędzy jednym a drugim. Nie wiedział tego także Delaney, który umarł z trzy wieki temu, tylko po to, aby narodzić się na nowo jako wampir. Ale Lorraine nie musiała wiedzieć. Wystarczyło, że wiedziała, że była matką Fridy w każdym tego słowa znaczeniu, tylko nie w dosłownym. Zapaliłaby wszystkie świece w kaplicy, żeby zobaczyć, jak ich blask odbija się w zielonych oczach jej malutkiej córeczki.<br />
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #5b5d69;" class="mycode_color">Ostatnio modliłem się, gdy wlekli mnie na stos. Wyrokiem tego samego Boga, do którego się modliłem.</span></span><br />
<br />
Rozwalony na podłodze kaplicy wampir odpalił papierosa końcówką różdżki, krzywiąc się, gdy nagły przeciąg rozwiał płomień, tak, że ten niemal sięgnął jego twarzy. <br />
<br />
Delaney bał się ognia. <br />
<br />
Lorraine wiedziała, jak narodziły się dręczące go demony. Pokazał jej, gdy wiedziony desperacją zjawił się w środku nocy na progu <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Necronomiconu</span>. Szukał pomocy Alhazreda, ale to Lorraine mu jej udzieliła. Pomogła mu w ujarzmieniu wspomnień o stosach. Przygasiła legilimencją ich intensywność, spychając je na peryferie umysłu wampira, który nie chciał poddać się hipnozie. Nie chciał zapomnieć ognia, bo wtedy musiałby też zapomnieć twarz tej, która zginęła pośród płomieni. A czasem wspomnienie twarzy dawnej jego miłości była jedynym, co trzymało go przy życiu. Może zdarzało mu się być nieco autodestruktywnym, ale wciąż chciał żyć. Obiecał ukochanej, że będzie żyć, żeby odnaleźć ją, gdy narodzi się na nowo. Nie wiedział, dlaczego zaufał właśnie Lorraine. Być może gdyby zetknął się wcześniej z jakąś wilą, miałby pewne pojęcie na temat ich mocy. Nie pozwoliłby jej zajrzeć do wnętrza swej głowy. Potrafiłby oprzeć się hipnotyzującym zapewnieniom, że oddali od niego wszelki ból i cierpienie... Nie żałował jednak, że jej wtedy zaufał. Wciąż reagował gwałtownie na widok ognia, ale przynajmniej nie musiał unikać osiedli ludzkich. <br />
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Być może modliłeś się za słabo</span> – odpowiedziała Lorraine z wesołością w oczach, którą można byłoby pomylić z odblaskiem płomieni świec, gdy nie znało się jej dobrze. – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Może do złego boga zanosiłeś swe modlitwy.</span><br />
<br />
Ich spotkania zawsze wyglądały podobnie. Wymieniali się uzyskanymi informacjami, dyskutowali, komu warto zaufać, kogo wykluczyć. Porównywali strategie, dyskutowali, ile warte jest to, czego się dowiedzieli. Cenny transport odczynników do eliksirów, które mogłaby przechwycić Sfora. Potencjalny interes dla Borginów, zainteresowanych artefaktami magicznymi. Eksport nieznaczonych mioteł za granicę... Wszystko sprowadzało się do tego, komu warto było sprzedać odpowiednie informacje. Ale gdy już omówili to, co było do omówienia, wtedy po prostu siadywali wspólnie, gadając... Właściwie to o byle czym.<br />
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #5b5d69;" class="mycode_color">Jak poszło spotkanie z Lestrangem?</span></span> – zmienił temat Delaney. – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #5b5d69;" class="mycode_color">Długo to się z nim nie zabawiałaś. Nie, żebym podsłuchiwał pod drzwiami, ale Abernathy już na pewno.</span></span> <span style="font-style: italic;" class="mycode_i"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #5b5d69;" class="mycode_color">"Pan Lestrange niełatwo znosi odmowę. Zbyt wiele razy ją ode mnie otrzymał."</span></span></span> – Delaney powtórzył słowa, jakie Lorraine skierowała w stronę barmana z <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Danse Macabre</span>, gdy Rodolphus opuścił karczmę. Półwila nie zapytała go, skąd zna dokładny przebieg ich rozmowy. Zdawała się być zadowoloną, że przywołuje jego słowa z taką precyzją, jak gdyhy deklamował sonet. Zmieniła się jednak na twarzy, gdy pociągnął temat dalej. Najpierw ledwo zauważalnie, a jednak... – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #5b5d69;" class="mycode_color">Demelza z tego starego kantorka naprzeciwko powiedziała mi, że twój chłoptaś wyszedł z <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Danse Macabre</span> jak niepyszny. Odrzuciłaś jego oświadczyny, czy co?</span></span> <br />
<br />
Wiedział, że przesadził, gdy Lorraine przechyliła głowę w ten charakterystyczny sposób, w jaki zawsze markowała zamyślenie. Wiele razy widział, jak to robiła. Gest z pozoru tylko tchnący naturalnością, a jednak wyuczony, żeby nie powiedzieć, że wystudiowany. Gest, który maskował gniew.<br />
<br />
Delaney tylko żartował, mówiąc, że mogłaby uwieść Lestrange'a. Wszystkie rody czystej krwi jebały się przecież ze sobą, czyż nie? Na widok miny półwili wiedział już jednak, że pozwolił sobie na zbyt wiele. Nie było bowiem nic uwodzicielskiego w Lorraine, gdy ta zbliżyła się do niego, wciąż trzymając w ręku świecę, od której odpaliła pozostałe. Wyciągnęła rękę, aby czule przesunąć palcem wzdłuż jednej z żył meandrujących po grzbiecie jego dłoni. Nie było jednak w jej geście nic czułego. Nic, co mogłoby obiecywać, że pieszczocie towarzyszą jakieś cieplejsze uczucia. Nie, Lorraine była zimna w dotyku, jej oczy też były lodowate. Pod wpływem jej spojrzenia czuł wyłącznie odrętwienie, jak wtedy, gdy pijany wlókł się ciemną nocą do domu, a na zewnątrz trzaskał mróz. Wtedy na języku czuł upajający smak gorzałki, ale wila gorzej mieszała mu w głowie. Blask jej aury, którą ostatnio przestała niemal kompletnie przygaszać w obecności innych ludzi, zdawał się wampirowi szalenie rozpraszającym. Patrzył na nią, bo skupiała na sobie pełnię jego uwagi, ale nie był w stanie przeniknąć jej intencji. Nie gdy bombardowała Delaneya, zdawałoby się, niewyczerpanymi pokładami swej wilej magii, przytępiającej jego zdolność do zdroworozsądkowej oceny sytuacji. Gdy patrzył na jej zapadłą, bladą twarz, oświetloną wyłącznie nikłym blaskiem świec, czuł... Grozę. Tak, grozę. Miał ochotę przymrużyć powieki, bo porażał go sam widok, przerażający blask okalającej wilę bieli, zbyt intensywnej dla jego oczu. Biała była jej suknia, jej włosy, jej twarz. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Nie mógł znieść Lorraine, gdy była taka.</span> Była jak straszliwe słońce, wschodzące po to, aby nieść śmierć jemu, i jemu podobnym istotom. Nieść śmierć wampirom. Dzieciom nocy, które ukorzyć musiały się przed majestatem wstającej jutrzenki. Nie mrocznej, ale jasnej jasnością poranka, pięknej, lecz oślepiającej. A jednak Delaney nie mógł oderwać od niej oczu. <br />
<br />
Nagle zdał sobie sprawę, że nie widział słońca od 288 lat.<br />
<br />
Nie było nic kokieteryjnego w tym jak Lorraine zbliżyła się do niego, nie, coś drapieżnego, zwierzęcego niemal czaiło się w jej uśmiechu, gdy przesuwała palcami po powierzchni jego skóry. Nagle przytrzymała go bowiem, z nadspodziewaną brutalnością wpijając paznokcie w ciało, jak gdyby chciała sprawdzić, czy krew naprawdę już nie krąży w jego żyłach. Nie spuszczając wzroku z twarzy Delaneya, przechyliła trzymaną w ręku świecę, oblewając dłoń wampira gorącym woskiem.<br />
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #5b5d69;" class="mycode_color">Kurwa mać</span></span> – wydusił z siebie zaskoczony, wyrywając dłoń z uścisku wili, która nie próbowała go jednak powstrzymywać. <br />
<br />
Odpowiedział mu jej śmiech. <br />
<br />
Lorraine zaniosła się cichym śmiechem, osuwając z szelestem sukien na wysadzaną kamiennymi płytami posadzkę obok Delaneya, który próbował odczołgać się od niej gwałtownie. <br />
<br />
Wiedział, że kilka kropel gorącego wosku nie może mu zrobić mu krzywdy. A jednak przed oczami widział już płonący stos, słyszał trzask płomieni, zawodzenie, gdy ogień trawił na węgiel uwiązane do pala ciało. <br />
<br />
Mógł mieć siłę wampira, ale pozostawał bezradnym wobec wspomnień, które wciąż go prześladowały. <br />
<br />
Gdy Lorraine ujęła jego dłoń, nawet siła go jednak opuściła. <br />
<br />
Na palcu półwili nie świeciła się żadna zaręczynowa błyskotka, jaką można było zdobyć u jubilera, jeżeli miało się tyle pieniędzy, co znudzeni kawalerowie czystej krwi pokroju Rodolphusa Lestrange. Nie, na jej dłoni było miejsce na tylko jeden pierścień. Pierścień z emblematem rodu Malfoy, noszony przez wszystkich członków ich rodu. Nie sposób było z niczym innym pomylić tego błyszczącego "M" wtopionego między srebrzyste wiwerny pokryte połyskliwą łuską, które zamiast oczu miały brylanty. Odbijały światło świec tak samo jak oczy Lorraine. Gdyby przycisnęła swój pierścień do gorącego wosku, który skroplił się na dłoni Delaneya, zostawiłaby na nim odcisk jedynego herbu, jaki miał do niej należeć. Czy naprawdę zamierzał kwestionować, gdzie leżała lojalność Lorraine? Przecież wiedział, że miała na punkcie swego pochodzenia obsesję. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Malfoy, Malfoy, Malfoy.</span> Wszystko zawsze sprowadzało się do tego, że była Malfoy. A jednak dotyk jej zimnej dłoni przyniósł mu ulgę. Przypomniał sobie, jak objął ją wbrew sobie, gdy wyszeptała mu do ucha, że nie ma czego się bać. Jej szept był tak wszechogarniającym, że wspomnienie trzaskającego ognia, które wyciągnęła na wierzch legilimencją, zdawały się odchodzić w niebyt. Trwały, ale nie mogły wyrządzić mu krzywdy. <br />
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #5b5d69;" class="mycode_color">Przecież żartowałem.</span></span><br />
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Ja też.</span><br />
<br />
Ukarała go za jego żart. Takie żarty możesz zachować dla swoich koleżanek, pomyślała, nieumarłych kurewek z <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Kościanego</span>, dokąd chadzał, aby rozmawiać z jedną taką rudą ghoulką, która przypominała mu o zmarłej przed laty miłości. Lorraine nie zwykła kupczyć swymi wdziękami podczas pertraktacji biznesowych. Musiała dbać o swoją reputację, i nie pozwalała na podobny despekt nawet w żartach. Czy zachowała się właśnie jak okrutna, rozkapryszona gówniara? Owszem. Czy Delaney zachowywał się jak na wulgarnego ulicznika z pogardą do świata przystało? Owszem. Wszyscy dobrze wiedzieli, że na Nokturnie nie ma miejsca na sentymenty. A jednak Lorraine podniosła leżącego na posadzce papierosa, który wcześniej wypadł Delaneyowi z gęby. Wampir znieruchomiał, tym razem Lorraine delikatnie wsadziła mu jednak tlący się niedopałek między wargi. Wiedziała, że normalnie zgniótł by go już w popielniczce, bo zbyt mało zostało wolnej przestrzeni między bibułką a filtrem, a lubił dopalać papierosy do końca. Skinął jej ceremonialnie głową w podzięce. <br />
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Czy to ważne, czy mi się oświadczył?</span> – zaśmiała się Lorraine, powracając jak gdyby nigdy nic do przerwanej rozmowy na temat Rodolphusa. – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Wystarczyło, że pojawił się osobiście w <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Danse Macabre</span>. Pojawił się z pochlebstwem na ustach i z podarkiem w ręku. Z czarną różą jego rodu otoczoną kloszem...</span><br />
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #5b5d69;" class="mycode_color">Z nazwiskiem "Lestrange" wytłoczonym na podeszwie butów.</span></span> – Delaney przewrócił oczami. – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #5b5d69;" class="mycode_color">Mam nadzieję, że wdepnął w jakie gówno na ulicy.</span></span><br />
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Wszyscy go widzieli, bo chciałam, żeby widzieli. Wiesz, że ludzie zlatują się, gdy widzą w tym dla siebie potencjalną korzyść.</span> – Zorganizowanie jadłodajni było projektem, o którym myślała od pewnego czasu, ale potrzebowała do tego wsparcia przedsiębiorców z Nokturnu. – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Trudno oprzeć się pokusie oskubania czyściucha, którego twarz i nazwisko znasz z gazet, zwłaszcza pod pozorem legalności, skoro...</span> <br />
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #5b5d69;" class="mycode_color">Tak, tak. Wiem, do czego zmierzasz, Lorraine, nie jestem głupi. Wystarczy odcisnąć w gównianym błocie kałuży nazwisko czyściucha, żeby ludzie zaczęli gadać o właściwościach zdrowotnych kąpieli błotnych. Czytuję "Czarownicę", wyobraź sobie...</span></span> <br />
<br />
Nagle wycelował w nią oskarżycielsko palcem. <br />
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #5b5d69;" class="mycode_color">Jak spytasz <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">"to ty umiesz czytać?"</span>, to przysięgam...</span></span> – pogroził.<br />
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">...Więc chciałeś po prostu rozwiązać ze mną te quizy matrymonialne z ostatniego wydania?</span> – odparowała półwila. – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">"Z którego czystokrwistego rodu będzie pochodził twój mąż i żona?". Może to <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">tobie</span> wyszedł Lestrange, i byłeś zazdrosny?</span> – zakpiła Lorraine, urwała jednak w pół zdania, bo zza ciężkich drzwi kaplicy dobiegł nagle głośny huk.<br />
<br />
Zadrżały płomienie świec. <br />
<br />
Do wnętrza kaplicy wtargnął ledwie wyczuwalny przeciąg, niosąc ze sobą coś, czego nie sposób było pomylić z niczym innym. Wątły swąd dymu. Smród spalenizny. <br />
<br />
Kaplica pozostawała cicha, nieruchoma. Za drzwiami dało się słyszeć poruszenie, przytłumione krzyki, odległy rumor biegnący gdzieś ulicą, ale grube mury Necronomiconu tłumiły wszystkie odgłosy. Lorraine podniosła się na nogi, aby wyjrzeć przez drzwi kaplicy do głównej sali zakładu pogrzebowego. Przez moment trzymając dłoń na klamce, jak gdyby sama obecność chłodnego mosiądzu miała ją uziemić, przypomnieć, że wszystko, co znajdowało się po tej stronie drzwi, wciąż pozostawało nienaruszonym. Pchnęła drzwi powoli, ostrożnie. Główna sala <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Necronomiconu</span> była niemal pusta, a jednak nie taka sama, jak jeszcze chwilę temu. <br />
Szyba w witrynie pękła. <br />
Nie rozprysła się całkowicie. Przecięła ją nieregularna pajęczyna pęknięć, rozchodzących się od kilku punktów, jak gdyby coś ciężkiego uderzyło w nią z zewnątrz, nie przebijając jednak szła do końca. Przez szczeliny wciskało się powietrze, gorące, parne niemal, niosące ze sobą zapach dymu.<br />
<br />
Za rozbitą witryną nie zobaczyła jednak ognia.<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Zobaczyła popiół.</span>  <br />
<br />
Opadał powoli, niemal miękko, jak śnieg, którego nikt nie oczekiwał o tej porze roku. Drobne, szare płatki wirowały w powietrzu, osiadając na parapetach, na framugach okien, elewacjach domów, pokrywając bruk zadymionej ulicy, która nagle wydała się dziwnie pusta. <br />
<br />
Nie potrzebowała więcej, aby zrozumieć. Popiół wygarniała przecież niemal codziennie z dna krematoryjnego pieca. <br />
<br />
Odwróciła się bez słowa, powróciwszy do kaplicy, w której czekał na nią Delaney. Siedział tam, gdzie go zostawiła, lecz jego ciało zdradzało to, czego nie próbował już nawet ukrywać. Napięcie, które wpełzło w niego wraz ze swądem dymu, sparaliżowało go niemal całkowicie. Palce miał zaciśnięte tak mocno, że gdyby krew jeszcze w nich krążyła, zbielałyby na kościach, a spojrzenie utkwione gdzieś w przestrzeni, jak gdyby widział coś, czego w kaplicy nie było. Lorraine bez słowa usiadła obok niego. Nie wiedziała jeszcze, że Londyn naprawdę płonął. Nie wiedziała, że ogień rozlewa się już po ulicach, że krzyki ludzi niosą się dalej. Pożoga nie dotarła do <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Necronomiconu</span>, nie ogarnęła wnętrza starego zakładu pogrzebowego, osłoniętego przed katastrofą ręką Śmierciożercy... <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">O tym Lorraine miała się dowiedzieć później.</span> Teraz siedziała bowiem na zimnej posadzce kaplicy, powtarzając na głos słowa modlitwy, dopóki Delaney nie uspokoił się na tyle, że zaczął powtarzać za nią. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Tutaj jesteśmy bezpieczni</span>, szeptała. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Od morowego powietrza, ognia, i grozy wojny, broń nas, o Pani.</span> Nie wierzyła, że ogień może wyrządzić jej krzywdę. Choć tak po prawdzie, Lorraine nie wierzyła, aby cokolwiek tutaj mogłoby wyrządzić jej krzywdę. Nie, kiedy nosiła nazwisko swojego ojca. Gdy się bała, obstawała, oczywiście, przy dziecinnej wierze, że Matka ją obroni. Nawet żywioły musiały się podporządkować jej nakazom. Ale jeżeli nie usłuchałyby bogini, z pewnością usłychałyby jej ojca, którego głos był przecież w stanie osłonić ją przed całym złem tego świata.<br />
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">Koniec sesji</div>
<br />
<div class="ooc"><div class="ooc-wrapper"><center><span class="ooc-toggle">Odkryj wiadomość pozafabularną</span></center><div class="ooc-content"><div class="divek">PRZEWAGI: Cała sesja skupiona wokół przewagi <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Znajomość półświatka 2</span> oraz rodowej przewagi <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Blondynom się nie podskakuje</span>. Delaney, młody wampir, jest szefem jednej komórek informacyjnych w sieci Lorraine na Nokturnie. Lorraine zyskała sobie jego przychylność korzystając z przewagi <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Legilimencja 3</span> (opisałam, jak pomagała mu oswoić się z traumą ognia sprzed lat, oglądając wspólnie z nim traumatyczne wspomnienia). Lorraine korzysta ponadto z umiejętności półwili: <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Ulubieniec tłumu 2</span>, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Niezwykła uroda 1</span>. Poza tym <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Popularność 0</span> (napominam o wielu ludziach z Nokturnu, których Lorraine zna, i z którymi robi interesy, ze względu na szerokie znajomości), <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Występowanie 1</span> (jest jak zawsze bardzo teatralna w swoim zachowaniu), <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Kłamstwo 1</span> (w dobrym celu, chce upewnić Delaneya, że na pewno będzie bezpieczny na Podziemnych Ścieżkach, żeby poczuł się lepiej).<br />
<br />
ZAWADY: <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Primadonna 1</span> – Lorraine bardzo oburza się, gdy ze strony Delaneya pada niesmaczny żart, i dobitnie daje mu to do zrozumienia.<br />
<br />
ZACHOWANIE CIĄGŁOŚCI FABULARNEJ: w plotkach z Delaneyem wspominam o wcześniejszej <a href="http://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4480&amp;pid=65831#pid65831" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">sesji z Rodolphusem</a>, która odbyła się tego samego dnia. Nawiązuję do planów projektu jadłodajni na Nokturnie, która początkowo miała funkcjonować z okazji Mabon (projekt pojawił się <a href="https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=3362&amp;pid=65282#pid65282" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">w liście do Woody'ego</a>), a potem wspomóc osób poszkodowanych w pożarach, który to temat kontynuuję <a href="https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5242&amp;pid=77884#pid77884" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">w tej sesji z Anthonym</a>.</div></div></div></div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Kaplicę <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Necronomiconu</span> oświetlał ciepły blask płomieni świec.<br />
<br />
Lorraine zapalała je dla swych bliskich, szepcząc błogosławieństwa. Zapalała po jednej dla każdego. Dla matki, i dla kobiety, którą całe życie nazywała matką. Dla ojca, i dla mężczyzny, który nie był jej ojcem, ale któremu pozwalała nazywać się córką. Dla ukochanej, dla Maeve, która rozświetlała mrok jej życia i mrok jej serca, ale i dla Otto, bo jego też za to kiedyś pokochała. Zapaliła świecę dla siebie i dla Baldwina. Zapaliłaby jedną dla Fridy, pomagając małym, dziecięcym rączkom zapalić drugą, gdyby ghoulka była obok, ale Baldwin zabrał ją dzisiaj ze sobą do <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Eurydyki</span>, więc Lorraine od razu zapaliła dwie: jedną dla bogów życia, drugą dla bogów śmierci. Nie wiedziała, którzy czuwają nad dobrem nieumarłej dzieciny, nie wiedział tego Peregrinus, choć pokazał jej, jak patrzeć, aby nie zagubić się pomiędzy jednym a drugim. Nie wiedział tego także Delaney, który umarł z trzy wieki temu, tylko po to, aby narodzić się na nowo jako wampir. Ale Lorraine nie musiała wiedzieć. Wystarczyło, że wiedziała, że była matką Fridy w każdym tego słowa znaczeniu, tylko nie w dosłownym. Zapaliłaby wszystkie świece w kaplicy, żeby zobaczyć, jak ich blask odbija się w zielonych oczach jej malutkiej córeczki.<br />
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #5b5d69;" class="mycode_color">Ostatnio modliłem się, gdy wlekli mnie na stos. Wyrokiem tego samego Boga, do którego się modliłem.</span></span><br />
<br />
Rozwalony na podłodze kaplicy wampir odpalił papierosa końcówką różdżki, krzywiąc się, gdy nagły przeciąg rozwiał płomień, tak, że ten niemal sięgnął jego twarzy. <br />
<br />
Delaney bał się ognia. <br />
<br />
Lorraine wiedziała, jak narodziły się dręczące go demony. Pokazał jej, gdy wiedziony desperacją zjawił się w środku nocy na progu <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Necronomiconu</span>. Szukał pomocy Alhazreda, ale to Lorraine mu jej udzieliła. Pomogła mu w ujarzmieniu wspomnień o stosach. Przygasiła legilimencją ich intensywność, spychając je na peryferie umysłu wampira, który nie chciał poddać się hipnozie. Nie chciał zapomnieć ognia, bo wtedy musiałby też zapomnieć twarz tej, która zginęła pośród płomieni. A czasem wspomnienie twarzy dawnej jego miłości była jedynym, co trzymało go przy życiu. Może zdarzało mu się być nieco autodestruktywnym, ale wciąż chciał żyć. Obiecał ukochanej, że będzie żyć, żeby odnaleźć ją, gdy narodzi się na nowo. Nie wiedział, dlaczego zaufał właśnie Lorraine. Być może gdyby zetknął się wcześniej z jakąś wilą, miałby pewne pojęcie na temat ich mocy. Nie pozwoliłby jej zajrzeć do wnętrza swej głowy. Potrafiłby oprzeć się hipnotyzującym zapewnieniom, że oddali od niego wszelki ból i cierpienie... Nie żałował jednak, że jej wtedy zaufał. Wciąż reagował gwałtownie na widok ognia, ale przynajmniej nie musiał unikać osiedli ludzkich. <br />
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Być może modliłeś się za słabo</span> – odpowiedziała Lorraine z wesołością w oczach, którą można byłoby pomylić z odblaskiem płomieni świec, gdy nie znało się jej dobrze. – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Może do złego boga zanosiłeś swe modlitwy.</span><br />
<br />
Ich spotkania zawsze wyglądały podobnie. Wymieniali się uzyskanymi informacjami, dyskutowali, komu warto zaufać, kogo wykluczyć. Porównywali strategie, dyskutowali, ile warte jest to, czego się dowiedzieli. Cenny transport odczynników do eliksirów, które mogłaby przechwycić Sfora. Potencjalny interes dla Borginów, zainteresowanych artefaktami magicznymi. Eksport nieznaczonych mioteł za granicę... Wszystko sprowadzało się do tego, komu warto było sprzedać odpowiednie informacje. Ale gdy już omówili to, co było do omówienia, wtedy po prostu siadywali wspólnie, gadając... Właściwie to o byle czym.<br />
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #5b5d69;" class="mycode_color">Jak poszło spotkanie z Lestrangem?</span></span> – zmienił temat Delaney. – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #5b5d69;" class="mycode_color">Długo to się z nim nie zabawiałaś. Nie, żebym podsłuchiwał pod drzwiami, ale Abernathy już na pewno.</span></span> <span style="font-style: italic;" class="mycode_i"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #5b5d69;" class="mycode_color">"Pan Lestrange niełatwo znosi odmowę. Zbyt wiele razy ją ode mnie otrzymał."</span></span></span> – Delaney powtórzył słowa, jakie Lorraine skierowała w stronę barmana z <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Danse Macabre</span>, gdy Rodolphus opuścił karczmę. Półwila nie zapytała go, skąd zna dokładny przebieg ich rozmowy. Zdawała się być zadowoloną, że przywołuje jego słowa z taką precyzją, jak gdyhy deklamował sonet. Zmieniła się jednak na twarzy, gdy pociągnął temat dalej. Najpierw ledwo zauważalnie, a jednak... – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #5b5d69;" class="mycode_color">Demelza z tego starego kantorka naprzeciwko powiedziała mi, że twój chłoptaś wyszedł z <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Danse Macabre</span> jak niepyszny. Odrzuciłaś jego oświadczyny, czy co?</span></span> <br />
<br />
Wiedział, że przesadził, gdy Lorraine przechyliła głowę w ten charakterystyczny sposób, w jaki zawsze markowała zamyślenie. Wiele razy widział, jak to robiła. Gest z pozoru tylko tchnący naturalnością, a jednak wyuczony, żeby nie powiedzieć, że wystudiowany. Gest, który maskował gniew.<br />
<br />
Delaney tylko żartował, mówiąc, że mogłaby uwieść Lestrange'a. Wszystkie rody czystej krwi jebały się przecież ze sobą, czyż nie? Na widok miny półwili wiedział już jednak, że pozwolił sobie na zbyt wiele. Nie było bowiem nic uwodzicielskiego w Lorraine, gdy ta zbliżyła się do niego, wciąż trzymając w ręku świecę, od której odpaliła pozostałe. Wyciągnęła rękę, aby czule przesunąć palcem wzdłuż jednej z żył meandrujących po grzbiecie jego dłoni. Nie było jednak w jej geście nic czułego. Nic, co mogłoby obiecywać, że pieszczocie towarzyszą jakieś cieplejsze uczucia. Nie, Lorraine była zimna w dotyku, jej oczy też były lodowate. Pod wpływem jej spojrzenia czuł wyłącznie odrętwienie, jak wtedy, gdy pijany wlókł się ciemną nocą do domu, a na zewnątrz trzaskał mróz. Wtedy na języku czuł upajający smak gorzałki, ale wila gorzej mieszała mu w głowie. Blask jej aury, którą ostatnio przestała niemal kompletnie przygaszać w obecności innych ludzi, zdawał się wampirowi szalenie rozpraszającym. Patrzył na nią, bo skupiała na sobie pełnię jego uwagi, ale nie był w stanie przeniknąć jej intencji. Nie gdy bombardowała Delaneya, zdawałoby się, niewyczerpanymi pokładami swej wilej magii, przytępiającej jego zdolność do zdroworozsądkowej oceny sytuacji. Gdy patrzył na jej zapadłą, bladą twarz, oświetloną wyłącznie nikłym blaskiem świec, czuł... Grozę. Tak, grozę. Miał ochotę przymrużyć powieki, bo porażał go sam widok, przerażający blask okalającej wilę bieli, zbyt intensywnej dla jego oczu. Biała była jej suknia, jej włosy, jej twarz. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Nie mógł znieść Lorraine, gdy była taka.</span> Była jak straszliwe słońce, wschodzące po to, aby nieść śmierć jemu, i jemu podobnym istotom. Nieść śmierć wampirom. Dzieciom nocy, które ukorzyć musiały się przed majestatem wstającej jutrzenki. Nie mrocznej, ale jasnej jasnością poranka, pięknej, lecz oślepiającej. A jednak Delaney nie mógł oderwać od niej oczu. <br />
<br />
Nagle zdał sobie sprawę, że nie widział słońca od 288 lat.<br />
<br />
Nie było nic kokieteryjnego w tym jak Lorraine zbliżyła się do niego, nie, coś drapieżnego, zwierzęcego niemal czaiło się w jej uśmiechu, gdy przesuwała palcami po powierzchni jego skóry. Nagle przytrzymała go bowiem, z nadspodziewaną brutalnością wpijając paznokcie w ciało, jak gdyby chciała sprawdzić, czy krew naprawdę już nie krąży w jego żyłach. Nie spuszczając wzroku z twarzy Delaneya, przechyliła trzymaną w ręku świecę, oblewając dłoń wampira gorącym woskiem.<br />
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #5b5d69;" class="mycode_color">Kurwa mać</span></span> – wydusił z siebie zaskoczony, wyrywając dłoń z uścisku wili, która nie próbowała go jednak powstrzymywać. <br />
<br />
Odpowiedział mu jej śmiech. <br />
<br />
Lorraine zaniosła się cichym śmiechem, osuwając z szelestem sukien na wysadzaną kamiennymi płytami posadzkę obok Delaneya, który próbował odczołgać się od niej gwałtownie. <br />
<br />
Wiedział, że kilka kropel gorącego wosku nie może mu zrobić mu krzywdy. A jednak przed oczami widział już płonący stos, słyszał trzask płomieni, zawodzenie, gdy ogień trawił na węgiel uwiązane do pala ciało. <br />
<br />
Mógł mieć siłę wampira, ale pozostawał bezradnym wobec wspomnień, które wciąż go prześladowały. <br />
<br />
Gdy Lorraine ujęła jego dłoń, nawet siła go jednak opuściła. <br />
<br />
Na palcu półwili nie świeciła się żadna zaręczynowa błyskotka, jaką można było zdobyć u jubilera, jeżeli miało się tyle pieniędzy, co znudzeni kawalerowie czystej krwi pokroju Rodolphusa Lestrange. Nie, na jej dłoni było miejsce na tylko jeden pierścień. Pierścień z emblematem rodu Malfoy, noszony przez wszystkich członków ich rodu. Nie sposób było z niczym innym pomylić tego błyszczącego "M" wtopionego między srebrzyste wiwerny pokryte połyskliwą łuską, które zamiast oczu miały brylanty. Odbijały światło świec tak samo jak oczy Lorraine. Gdyby przycisnęła swój pierścień do gorącego wosku, który skroplił się na dłoni Delaneya, zostawiłaby na nim odcisk jedynego herbu, jaki miał do niej należeć. Czy naprawdę zamierzał kwestionować, gdzie leżała lojalność Lorraine? Przecież wiedział, że miała na punkcie swego pochodzenia obsesję. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Malfoy, Malfoy, Malfoy.</span> Wszystko zawsze sprowadzało się do tego, że była Malfoy. A jednak dotyk jej zimnej dłoni przyniósł mu ulgę. Przypomniał sobie, jak objął ją wbrew sobie, gdy wyszeptała mu do ucha, że nie ma czego się bać. Jej szept był tak wszechogarniającym, że wspomnienie trzaskającego ognia, które wyciągnęła na wierzch legilimencją, zdawały się odchodzić w niebyt. Trwały, ale nie mogły wyrządzić mu krzywdy. <br />
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #5b5d69;" class="mycode_color">Przecież żartowałem.</span></span><br />
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Ja też.</span><br />
<br />
Ukarała go za jego żart. Takie żarty możesz zachować dla swoich koleżanek, pomyślała, nieumarłych kurewek z <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Kościanego</span>, dokąd chadzał, aby rozmawiać z jedną taką rudą ghoulką, która przypominała mu o zmarłej przed laty miłości. Lorraine nie zwykła kupczyć swymi wdziękami podczas pertraktacji biznesowych. Musiała dbać o swoją reputację, i nie pozwalała na podobny despekt nawet w żartach. Czy zachowała się właśnie jak okrutna, rozkapryszona gówniara? Owszem. Czy Delaney zachowywał się jak na wulgarnego ulicznika z pogardą do świata przystało? Owszem. Wszyscy dobrze wiedzieli, że na Nokturnie nie ma miejsca na sentymenty. A jednak Lorraine podniosła leżącego na posadzce papierosa, który wcześniej wypadł Delaneyowi z gęby. Wampir znieruchomiał, tym razem Lorraine delikatnie wsadziła mu jednak tlący się niedopałek między wargi. Wiedziała, że normalnie zgniótł by go już w popielniczce, bo zbyt mało zostało wolnej przestrzeni między bibułką a filtrem, a lubił dopalać papierosy do końca. Skinął jej ceremonialnie głową w podzięce. <br />
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Czy to ważne, czy mi się oświadczył?</span> – zaśmiała się Lorraine, powracając jak gdyby nigdy nic do przerwanej rozmowy na temat Rodolphusa. – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Wystarczyło, że pojawił się osobiście w <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Danse Macabre</span>. Pojawił się z pochlebstwem na ustach i z podarkiem w ręku. Z czarną różą jego rodu otoczoną kloszem...</span><br />
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #5b5d69;" class="mycode_color">Z nazwiskiem "Lestrange" wytłoczonym na podeszwie butów.</span></span> – Delaney przewrócił oczami. – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #5b5d69;" class="mycode_color">Mam nadzieję, że wdepnął w jakie gówno na ulicy.</span></span><br />
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Wszyscy go widzieli, bo chciałam, żeby widzieli. Wiesz, że ludzie zlatują się, gdy widzą w tym dla siebie potencjalną korzyść.</span> – Zorganizowanie jadłodajni było projektem, o którym myślała od pewnego czasu, ale potrzebowała do tego wsparcia przedsiębiorców z Nokturnu. – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Trudno oprzeć się pokusie oskubania czyściucha, którego twarz i nazwisko znasz z gazet, zwłaszcza pod pozorem legalności, skoro...</span> <br />
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #5b5d69;" class="mycode_color">Tak, tak. Wiem, do czego zmierzasz, Lorraine, nie jestem głupi. Wystarczy odcisnąć w gównianym błocie kałuży nazwisko czyściucha, żeby ludzie zaczęli gadać o właściwościach zdrowotnych kąpieli błotnych. Czytuję "Czarownicę", wyobraź sobie...</span></span> <br />
<br />
Nagle wycelował w nią oskarżycielsko palcem. <br />
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #5b5d69;" class="mycode_color">Jak spytasz <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">"to ty umiesz czytać?"</span>, to przysięgam...</span></span> – pogroził.<br />
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">...Więc chciałeś po prostu rozwiązać ze mną te quizy matrymonialne z ostatniego wydania?</span> – odparowała półwila. – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">"Z którego czystokrwistego rodu będzie pochodził twój mąż i żona?". Może to <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">tobie</span> wyszedł Lestrange, i byłeś zazdrosny?</span> – zakpiła Lorraine, urwała jednak w pół zdania, bo zza ciężkich drzwi kaplicy dobiegł nagle głośny huk.<br />
<br />
Zadrżały płomienie świec. <br />
<br />
Do wnętrza kaplicy wtargnął ledwie wyczuwalny przeciąg, niosąc ze sobą coś, czego nie sposób było pomylić z niczym innym. Wątły swąd dymu. Smród spalenizny. <br />
<br />
Kaplica pozostawała cicha, nieruchoma. Za drzwiami dało się słyszeć poruszenie, przytłumione krzyki, odległy rumor biegnący gdzieś ulicą, ale grube mury Necronomiconu tłumiły wszystkie odgłosy. Lorraine podniosła się na nogi, aby wyjrzeć przez drzwi kaplicy do głównej sali zakładu pogrzebowego. Przez moment trzymając dłoń na klamce, jak gdyby sama obecność chłodnego mosiądzu miała ją uziemić, przypomnieć, że wszystko, co znajdowało się po tej stronie drzwi, wciąż pozostawało nienaruszonym. Pchnęła drzwi powoli, ostrożnie. Główna sala <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Necronomiconu</span> była niemal pusta, a jednak nie taka sama, jak jeszcze chwilę temu. <br />
Szyba w witrynie pękła. <br />
Nie rozprysła się całkowicie. Przecięła ją nieregularna pajęczyna pęknięć, rozchodzących się od kilku punktów, jak gdyby coś ciężkiego uderzyło w nią z zewnątrz, nie przebijając jednak szła do końca. Przez szczeliny wciskało się powietrze, gorące, parne niemal, niosące ze sobą zapach dymu.<br />
<br />
Za rozbitą witryną nie zobaczyła jednak ognia.<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Zobaczyła popiół.</span>  <br />
<br />
Opadał powoli, niemal miękko, jak śnieg, którego nikt nie oczekiwał o tej porze roku. Drobne, szare płatki wirowały w powietrzu, osiadając na parapetach, na framugach okien, elewacjach domów, pokrywając bruk zadymionej ulicy, która nagle wydała się dziwnie pusta. <br />
<br />
Nie potrzebowała więcej, aby zrozumieć. Popiół wygarniała przecież niemal codziennie z dna krematoryjnego pieca. <br />
<br />
Odwróciła się bez słowa, powróciwszy do kaplicy, w której czekał na nią Delaney. Siedział tam, gdzie go zostawiła, lecz jego ciało zdradzało to, czego nie próbował już nawet ukrywać. Napięcie, które wpełzło w niego wraz ze swądem dymu, sparaliżowało go niemal całkowicie. Palce miał zaciśnięte tak mocno, że gdyby krew jeszcze w nich krążyła, zbielałyby na kościach, a spojrzenie utkwione gdzieś w przestrzeni, jak gdyby widział coś, czego w kaplicy nie było. Lorraine bez słowa usiadła obok niego. Nie wiedziała jeszcze, że Londyn naprawdę płonął. Nie wiedziała, że ogień rozlewa się już po ulicach, że krzyki ludzi niosą się dalej. Pożoga nie dotarła do <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Necronomiconu</span>, nie ogarnęła wnętrza starego zakładu pogrzebowego, osłoniętego przed katastrofą ręką Śmierciożercy... <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">O tym Lorraine miała się dowiedzieć później.</span> Teraz siedziała bowiem na zimnej posadzce kaplicy, powtarzając na głos słowa modlitwy, dopóki Delaney nie uspokoił się na tyle, że zaczął powtarzać za nią. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Tutaj jesteśmy bezpieczni</span>, szeptała. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Od morowego powietrza, ognia, i grozy wojny, broń nas, o Pani.</span> Nie wierzyła, że ogień może wyrządzić jej krzywdę. Choć tak po prawdzie, Lorraine nie wierzyła, aby cokolwiek tutaj mogłoby wyrządzić jej krzywdę. Nie, kiedy nosiła nazwisko swojego ojca. Gdy się bała, obstawała, oczywiście, przy dziecinnej wierze, że Matka ją obroni. Nawet żywioły musiały się podporządkować jej nakazom. Ale jeżeli nie usłuchałyby bogini, z pewnością usłychałyby jej ojca, którego głos był przecież w stanie osłonić ją przed całym złem tego świata.<br />
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">Koniec sesji</div>
<br />
<div class="ooc"><div class="ooc-wrapper"><center><span class="ooc-toggle">Odkryj wiadomość pozafabularną</span></center><div class="ooc-content"><div class="divek">PRZEWAGI: Cała sesja skupiona wokół przewagi <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Znajomość półświatka 2</span> oraz rodowej przewagi <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Blondynom się nie podskakuje</span>. Delaney, młody wampir, jest szefem jednej komórek informacyjnych w sieci Lorraine na Nokturnie. Lorraine zyskała sobie jego przychylność korzystając z przewagi <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Legilimencja 3</span> (opisałam, jak pomagała mu oswoić się z traumą ognia sprzed lat, oglądając wspólnie z nim traumatyczne wspomnienia). Lorraine korzysta ponadto z umiejętności półwili: <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Ulubieniec tłumu 2</span>, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Niezwykła uroda 1</span>. Poza tym <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Popularność 0</span> (napominam o wielu ludziach z Nokturnu, których Lorraine zna, i z którymi robi interesy, ze względu na szerokie znajomości), <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Występowanie 1</span> (jest jak zawsze bardzo teatralna w swoim zachowaniu), <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Kłamstwo 1</span> (w dobrym celu, chce upewnić Delaneya, że na pewno będzie bezpieczny na Podziemnych Ścieżkach, żeby poczuł się lepiej).<br />
<br />
ZAWADY: <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Primadonna 1</span> – Lorraine bardzo oburza się, gdy ze strony Delaneya pada niesmaczny żart, i dobitnie daje mu to do zrozumienia.<br />
<br />
ZACHOWANIE CIĄGŁOŚCI FABULARNEJ: w plotkach z Delaneyem wspominam o wcześniejszej <a href="http://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4480&amp;pid=65831#pid65831" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">sesji z Rodolphusem</a>, która odbyła się tego samego dnia. Nawiązuję do planów projektu jadłodajni na Nokturnie, która początkowo miała funkcjonować z okazji Mabon (projekt pojawił się <a href="https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=3362&amp;pid=65282#pid65282" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">w liście do Woody'ego</a>), a potem wspomóc osób poszkodowanych w pożarach, który to temat kontynuuję <a href="https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5242&amp;pid=77884#pid77884" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">w tej sesji z Anthonym</a>.</div></div></div></div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[17.10.72] As-is ghost, £9.99. Ours now | Benjy, Prue]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5895</link>
			<pubDate>Wed, 25 Mar 2026 22:17:42 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=544">Benjy Fenwick</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5895</guid>
			<description><![CDATA[<span style="font-size: small;" class="mycode_size"><span style="font-family: Trebuchet MS;" class="mycode_font"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- Co masz w tym pudełku? - Zapytała, mrużąc oczy.<br />
- Kupiona okazyjnie używana dusza z lumpeksu. - Odparł z powagą, wyciągając lekko potłuczoną, szklaną kulę ze środka. - Pachnie jak stary strych i czyjeś niezrealizowane marzenia. Pomyślałem, że pasuje na półkę nad kominkiem.</span></span></span><br />
<br />
<hr class="mycode_hr" />
<br />
Opuszczając Pokątną, zwolniłem jeszcze bardziej, chociaż teoretycznie nie było już, po co - Nokturn przyjął nas jak zawsze - tu nikt się nie spieszył w oczywisty sposób, ruch był inny, bardziej rytmiczny, w pewnym sensie płynny, lecz nie nerwowy, znacznie bardziej przewidywalny w swojej nieprzewidywalności. Ta część magicznego Londynu zawsze wyglądała tak, jakby została dotknięta kataklizmem i po pożarach wcale się nie zmieniła, zapach wilgoci, dymu, starego drewna i czegoś metalicznego - tego, czego nie dało się do końca nazwać, a co zawsze kojarzyło mi się z miejscami, w których rzeczy miały swoją historię i rzadko była to historia przyjemna - osiadał na języku szybciej niż myśli zdążyły się ułożyć. <br />
Zatrzymałem się naprzeciwko Prudence, dokładnie na środku wąskiej odnogi ulicy, jakbyśmy byli jedynymi ludźmi, którzy mieli tu prawo stać w miejscu i nie przejmować się tym, co działo się wokół - ktoś minął nas bliżej niż powinien, ktoś inny zwolnił, rzucił krótkie spojrzenie, ale nikt nie powiedział ani słowa - takie miejsca miały swoje zasady, a jedną z nich było to, że nie zaczepiasz ludzi, którzy wyglądają, jakby nie mieli ochoty być zaczepiani. Przyjrzałem się Prue uważnie, powoli, bez pośpiechu, zaczynając od oczu, które zawsze zdradzały więcej, niż chciała, schodząc niżej, do ust, które właśnie przed chwilą rzuciły tę swoją propozycję, a potem jeszcze niżej, jakbym sprawdzał coś, co i tak już wiedziałem. Nie chodziło nawet o ocenę, oboje znacznie lepiej wpasowywaliśmy się dziś stylem w ten klimat niż w jasność poprzedniej ulicy, bardziej o sam fakt, że mogłem - stała tu przede mną, dokładnie tam, gdzie chciałem, żeby była - kącik ust uniósł mi się lekko.<br />
-<span style="font-style: italic;" class="mycode_i"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> „Loslywkowo”, hm…?</span></span> - Mruknąłem pod nosem, bardziej do siebie niż do żony, smakując to słowo, jak gdybym próbował je dopasować do miejsca, w którym staliśmy - kącik ust drgnął mi jeszcze odrobinę wyżej, uniosłem lekko brew, jakbym rozważał, czy to nie była jedna z tych sytuacji, w których powinniśmy się cofnąć, zanim zrobimy coś głupiego. Nie cofnąłem się jednak ani o krok, ktokolwiek naprawdę mnie znał, aż za dobrze wiedział, że raczej nie przeprowadzałem podobnych analiz. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">To chyba pielwszy las, kiedy ktoś uszywa tego słowa na Noktulnie, w kontekście zakupów, bez cienia ilonii…</span> - Odchyliłem lekko głowę, przenosząc wzrok na szyldy wokół nas - były krzywe, nadgryzione czasem, niektóre ledwo trzymające się ścian, inne aż nazbyt ostentacyjnie zadbane, odmalowane zbyt świeżo, jakby ktoś próbował coś ukryć pod nową warstwą. Sklepy, które sprzedawały rzeczy, o które nie powinno się pytać na głos… Miejsca, które nie potrzebowały witryn, bo ich klienci wiedzieli, czego szukają, zanim przekroczyli próg… Każde z nich obiecywało coś innego, każde w trochę inny sposób kłamał. Przesunąłem ciężar ciała, ignorując znajome ciągnięcie w boku, i jeszcze raz ogarnąłem wzrokiem ulicę, tym razem uważniej, jak ktoś, kto naprawdę wybierał, a nie tylko patrzył. Koślawe litery, przygaszone światła, nazwy, które brzmiały jak ostrzeżenia albo obietnice, zależnie od tego, kto czytał… Kilka z nich znałem, kilka pamiętałem aż za dobrze, inne wyglądały na nowe albo po prostu zmieniły właściciela, co na Nokturnie często oznaczało, że poprzedni już nie miał nic do powiedzenia - to miejsce nie było niebezpieczne w sposób, który by mnie niepokoił. Było… Przewidywalne w swojej nieprzewidywalności, a to akurat rozumiałem. Runy, których znaczenia nie musiałem nawet czytać, żeby wiedzieć, że nie były dekoracją. Metal, który nie odbijał światła tak, jak powinien. Drzwi, które wyglądały, jakby otwierały się tylko dla tych, którzy naprawdę wiedzieli, po co przyszli. Powietrze było cięższe, gęstsze, jakby ktoś rozpuścił w nim coś, co nie do końca powinno być wdychane, a jednak wszyscy oddychali tym bez większego sprzeciwu…<br />
-<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> No, dobsze…</span> - Powiedziałem cicho. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Skolo to zakupy na wpół w ciemno…</span> - Przechyliłem głowę, przyglądając się jej uważnie. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Gdzie szyczysz sobie iść najpielw?</span> - Mogłem mieć co najmniej kilka propozycji, lecz nie o to chodziło, w tym wypadku byłem bardzo zaciekawiony preferencjami mojej małżonki, w końcu pierwszy raz byliśmy tu wspólnie.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<span style="font-size: small;" class="mycode_size"><span style="font-family: Trebuchet MS;" class="mycode_font"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- Co masz w tym pudełku? - Zapytała, mrużąc oczy.<br />
- Kupiona okazyjnie używana dusza z lumpeksu. - Odparł z powagą, wyciągając lekko potłuczoną, szklaną kulę ze środka. - Pachnie jak stary strych i czyjeś niezrealizowane marzenia. Pomyślałem, że pasuje na półkę nad kominkiem.</span></span></span><br />
<br />
<hr class="mycode_hr" />
<br />
Opuszczając Pokątną, zwolniłem jeszcze bardziej, chociaż teoretycznie nie było już, po co - Nokturn przyjął nas jak zawsze - tu nikt się nie spieszył w oczywisty sposób, ruch był inny, bardziej rytmiczny, w pewnym sensie płynny, lecz nie nerwowy, znacznie bardziej przewidywalny w swojej nieprzewidywalności. Ta część magicznego Londynu zawsze wyglądała tak, jakby została dotknięta kataklizmem i po pożarach wcale się nie zmieniła, zapach wilgoci, dymu, starego drewna i czegoś metalicznego - tego, czego nie dało się do końca nazwać, a co zawsze kojarzyło mi się z miejscami, w których rzeczy miały swoją historię i rzadko była to historia przyjemna - osiadał na języku szybciej niż myśli zdążyły się ułożyć. <br />
Zatrzymałem się naprzeciwko Prudence, dokładnie na środku wąskiej odnogi ulicy, jakbyśmy byli jedynymi ludźmi, którzy mieli tu prawo stać w miejscu i nie przejmować się tym, co działo się wokół - ktoś minął nas bliżej niż powinien, ktoś inny zwolnił, rzucił krótkie spojrzenie, ale nikt nie powiedział ani słowa - takie miejsca miały swoje zasady, a jedną z nich było to, że nie zaczepiasz ludzi, którzy wyglądają, jakby nie mieli ochoty być zaczepiani. Przyjrzałem się Prue uważnie, powoli, bez pośpiechu, zaczynając od oczu, które zawsze zdradzały więcej, niż chciała, schodząc niżej, do ust, które właśnie przed chwilą rzuciły tę swoją propozycję, a potem jeszcze niżej, jakbym sprawdzał coś, co i tak już wiedziałem. Nie chodziło nawet o ocenę, oboje znacznie lepiej wpasowywaliśmy się dziś stylem w ten klimat niż w jasność poprzedniej ulicy, bardziej o sam fakt, że mogłem - stała tu przede mną, dokładnie tam, gdzie chciałem, żeby była - kącik ust uniósł mi się lekko.<br />
-<span style="font-style: italic;" class="mycode_i"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> „Loslywkowo”, hm…?</span></span> - Mruknąłem pod nosem, bardziej do siebie niż do żony, smakując to słowo, jak gdybym próbował je dopasować do miejsca, w którym staliśmy - kącik ust drgnął mi jeszcze odrobinę wyżej, uniosłem lekko brew, jakbym rozważał, czy to nie była jedna z tych sytuacji, w których powinniśmy się cofnąć, zanim zrobimy coś głupiego. Nie cofnąłem się jednak ani o krok, ktokolwiek naprawdę mnie znał, aż za dobrze wiedział, że raczej nie przeprowadzałem podobnych analiz. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">To chyba pielwszy las, kiedy ktoś uszywa tego słowa na Noktulnie, w kontekście zakupów, bez cienia ilonii…</span> - Odchyliłem lekko głowę, przenosząc wzrok na szyldy wokół nas - były krzywe, nadgryzione czasem, niektóre ledwo trzymające się ścian, inne aż nazbyt ostentacyjnie zadbane, odmalowane zbyt świeżo, jakby ktoś próbował coś ukryć pod nową warstwą. Sklepy, które sprzedawały rzeczy, o które nie powinno się pytać na głos… Miejsca, które nie potrzebowały witryn, bo ich klienci wiedzieli, czego szukają, zanim przekroczyli próg… Każde z nich obiecywało coś innego, każde w trochę inny sposób kłamał. Przesunąłem ciężar ciała, ignorując znajome ciągnięcie w boku, i jeszcze raz ogarnąłem wzrokiem ulicę, tym razem uważniej, jak ktoś, kto naprawdę wybierał, a nie tylko patrzył. Koślawe litery, przygaszone światła, nazwy, które brzmiały jak ostrzeżenia albo obietnice, zależnie od tego, kto czytał… Kilka z nich znałem, kilka pamiętałem aż za dobrze, inne wyglądały na nowe albo po prostu zmieniły właściciela, co na Nokturnie często oznaczało, że poprzedni już nie miał nic do powiedzenia - to miejsce nie było niebezpieczne w sposób, który by mnie niepokoił. Było… Przewidywalne w swojej nieprzewidywalności, a to akurat rozumiałem. Runy, których znaczenia nie musiałem nawet czytać, żeby wiedzieć, że nie były dekoracją. Metal, który nie odbijał światła tak, jak powinien. Drzwi, które wyglądały, jakby otwierały się tylko dla tych, którzy naprawdę wiedzieli, po co przyszli. Powietrze było cięższe, gęstsze, jakby ktoś rozpuścił w nim coś, co nie do końca powinno być wdychane, a jednak wszyscy oddychali tym bez większego sprzeciwu…<br />
-<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> No, dobsze…</span> - Powiedziałem cicho. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Skolo to zakupy na wpół w ciemno…</span> - Przechyliłem głowę, przyglądając się jej uważnie. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Gdzie szyczysz sobie iść najpielw?</span> - Mogłem mieć co najmniej kilka propozycji, lecz nie o to chodziło, w tym wypadku byłem bardzo zaciekawiony preferencjami mojej małżonki, w końcu pierwszy raz byliśmy tu wspólnie.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[noc, 22/23.09.1972, Necronomicon] Wdziej tę suknię, co wtedy]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5886</link>
			<pubDate>Mon, 23 Mar 2026 18:50:25 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=316">Lorraine Malfoy</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5886</guid>
			<description><![CDATA[Cicho zamknęła za sobą drzwi łazienki, przekręciwszy tkwiący w zamku klucz. Oparła się plecami o drzwi, czując, jak serce w piersi bije nieprzytomnie, jak brakuje jej tchu. Jak ręce, w których ściskała wciąż na wpół otwarty pakunek z sukienką od Baldwina, drżą niecierpliwie. Niemalże zbiegła na dół, żeby go obudzić, nieważne, że pogrążony był już we śnie. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Potrzebowała jego dłoni.</span> Tych samych, które w pełnię pozbawione były magii. Wiedziała, jak bardzo się tego wstydził. Czy wciąż wstydziłby się, gdyby przyciągnęła ku sobie jego dłonie, jego piękne, okrutne dłonie, każąc mu uwolnić się z sukni, jaką przywdziała tego poranka? <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Przecież jesteśmy rodziną</span>, wyszeptałaby czule między jednym a drugim pocałunkiem, przyciągając go bliżej. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Rodzinie się nie odmawia.</span> Nie potrzebowałby przecież magii, żeby ją rozebrać. Może dlatego i Lorraine zaczęła się rozbierać bez jej pomocy, chociaż różdżka leżała tuż obok, na brzegu wanny. Szarpnęła się gwałtownie, unosząc łokcie, poirytowana, że nie jest w stanie wyczuć na plecach linii metalowych haftek. Zapięcie maskowała dodatkowa listwa materiału pokrytego dekoracyjnym haftem. Tyle tylko dzieliło ją od nagości. Tyle tylko dzieliło ją od Baldwina. Najpierw jednak ciężki materiał sukni musiał opaść, odsłaniając koronkowe wykończenie halki, na którą Lorraine założyła gorset. Wszystkie ruchy nosiły bowiem znamiona rytuału. Wykonywała je ostrożnie, dokładnie tak, jak należało, opanowując pełne przejęcia drżenie. Rękawy sukni były dopasowane, należało więc ostrożnie wysuwać z nich ramiona. Prawą rękę uwolniła zatem jako pierwszą. Palcami lewej schwyciła materiał tuż przy nadgarstku, powoli przesuwając go w dół, aż tkanina zatrzymała się na łokciu, a potem opadła jeszcze niżej. Przy drugim rękawie ruch był podobny, choć powolniejszy. Lorraine zagarnęła szeleszczące suknie, nie chcąc, ażeby gwałownie osunęły się na ziemię. Przedłużała oczekiwanie rozsznurowując tasiemki usztywnionego kościanymi listewkami gorsetu, rozpinając wieńczące przednią jego część buski. Halkę ściągnęła przez głowę, niecierpliwie rzuciwszy ją obok krzesła wraz z resztą bielizny. <br />
<br />
Na krześle wisiała przecież suknia, którą jej podarował, czekając, aż znów wdzieje ją na siebie. <br />
<br />
Naga stanęła przed łazienkowym lustrem. Stanęła przed nim taka, jaką ją Matka stworzyła, krytycznie przypatrując się swojemu odbiciu. Dawno tego nie robiła. Luster z reguły unikała, nie z powodu braku próżności, lecz z jej nadmiaru. Może dlatego, że nienawidziła tego, co w nich widziała. Lorraine Malfoy nie musiała patrzeć w lustro, żeby wiedzieć, że jest brzydka. Widać jej było żebra. Zapadnięte przestrzenie między żebrami, permanentnie zaciągniętą skórę, spod której przebijały kości. Było coś nienaturalnego w tej kanciastości. W kruchości, jaka od niej biła. Gdy sekcjonowała martwe ciała, czuła się czasem tak, jak gdyby oglądała samą siebie na prosektoryjnym stole. Niektóre staruszki, które chowała, były tak wychudzone, że była w stanie policzyć im kości. Miały odleżyny w tych samych miejscach, w których na ciele Lorraine pojawiały się otarcia, gdy zbyt długo leżała w jakiejś pozycji. Pamiętała, jak musiała leżeć, bo siedzenie było wyczerpującym. Boleści przejmowały całe jej ciało, gdy ocierała się guzami kości kulszowych o twardą powierzchnię krzeseł. Stanie było równie wyczerpujące, bo kręciło jej się wówczas w głowie, puchły jej stopy. O wiele bardziej przerażającym było jednak, gdy puchły jej dłonie. Bo wtedy puchły też palce. Puchły tak, że rodowy pierścionek boleśnie zaczynał wżynać się w już i tak zmaltretowane ciało. Nie zdejmowała go nawet wtedy. Cieszyła się, że wciąż przypomina jej o tym, kim jest, nawet wtedy, gdy sama zdawała się zapominać, pogrążona w nienawiści do samej siebie. Bo przecież nienawidziła swych drobnych piersi. Nienawidziła odstających bioder. A już najbardziej nienawidziła wydętego brzucha. Nie odrywając wzroku od swego odbicia w lustrze, powiodła rękoma wzdłuż ciała, zatrzymując się dopiero nad zapadłym wzgórkiem łonowym. Nacisnęła na niego, mocno, mocniej, aż zabolało. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Sama to sobie zrobiła</span>, pomyślała, patrząc na wychudłe ciało. <br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">"Nie wiedziałam, że jesteś zamężna, Lorraine."</span><br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Myślisz, że pozwoliłabym się pohańbić mężczyźnie?</span>, pomyślała niemal ze wstrętem Lorraine, przewracając oczami na widok starej koleżanki ze szkolnej ławy. Pytanie przywołało nieprzyjemne wspomnienia o zaczarowanym wianku, który włożono jej na głowę na Lithcie.<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">"Jestem wciąż panną"</span>, ucięła ostro. Nie spodziewała się zobaczyć w jej oczach współczucia. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Nie</span>, pomyślała, niemal rozbawiona, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">to nie tak</span>. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Baldwin nigdy by na to nie pozwolił</span>, chciała powiedzieć. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Nie pozwoliłby mnie skrzywdzić.</span> Roześmiać się, bo przecież to wszystko było dla niej tak niepojętym. Lorraine przeszła jednak ochota na śmiech na widok stężałej twarzy kobiety, której wzrok powędrował w kierunku Baldwina. Wtedy była sfrustrowana, bo przecież jej brat prędzej sam odjąłby sobie dłonie, aniżeli ją skrzywdził. Teraz jednak znajdowała upiorną satysfakcję, że w tym samym kierunku powędrował wzrok Anthony'ego, gdy nazwała Baldwina "tatą Fridy". <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">"Gdyby jednak była moja"</span>, podkreśliła, jak gdyby od niechcenia, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">możesz być pewna, że nosiłaby moje nazwisko.</span><br />
Ale przecież Frida nie musiała nosić jej nazwiska, żeby być jej córką. <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">"Nie wiedziałam, że..."</span> Lorraine wyczuła niepewność w głosie otoczonej gromadką dzieci kobiety, gdy ta omiotła spojrzeniem jej sylwetkę, wymownie przesunąwszy nim wzdłuż linii talii. Wzdłuż brzucha. Widziała jej wahanie, gdy porównywała twarz Fridy z jej twarzą. Z trudem zmusiła się, żeby pokręcić głową, oszczędzając starszej matronie zakłopotania, zwłaszcza, że towarząca jej dziewczynka zaczęła wypytywać Fridę, ile ma lat, i do którego przedszkola chodzi. Wszyscy widzieli, że pani Fields przygarnęła pod swój dach kolejne nieślubne dziecko swojej siostry, która niespecjalnie poczuwała się do opieki.<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">"Ma na imię Frida"</span>, oznajmiła radośnie Lorraine, opiekuńczym gestem składając ręce na ramionach dziewczynki, która dzielnie pokazała właśnie na palcach, ile ma lat.<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">"Nie chwaliłaś się, że Matka pobłogosławiła twe łono dzieckiem. W ogóle nie było po tobie widać..."</span><br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">"Niby kiedy?'</span>, zadała wówczas proste pytanie, prowokujące ku temu, aby młoda kapłanka dokonała bardziej precyzyjnej kalkulacji. Pytanie zadane przez wilę, podszyte jednak smutkiem kobiety. Kiedy niby miałaby powić dziecko? Choć Frida była dzieckiem z natury raczej drobnym, wyglądała na co najmniej sześć lat. A w ciagu tych sześciu lat nie byłoby tygodnia, w którym Lorraine ominęłaby niedzielne nabożeństwo. Widząc rumieniec wstydu wykwitły na twarzy kapłanki, sama nie wiedziała, czy powinna być zmieszaną, czy wręcz przeciwnie, pełną nadziei. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Naprawdę myślisz, że moje ciało byłoby w stanie...?</span> Nagle bowiem "kiedy" zmieniło się w "jak". Oparła jak gdyby od niechcenia rękę na swym łonie. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Moje ciało jest świątynią pośród piasków</span>, przemknęło Lorraine przez głowę. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Naprawdę myślisz, że byłoby w stanie przyjąć dziecko?</span><br />
<br />
Lorraine późno zaczęła krwawić. Czasem krwawiła razem z księżycem, czasem musiało minąć kilka miesięcy, aby przypomniała sobie o tym, że jest już kobietą. Czasem po prostu przestawała widzieć krew. Mniej więcej wtedy, gdy przestawała jeść. Na początku nawet się z tego wszystkiego cieszyła, ale potem zaczęło ją to martwić. Pamiętała, jak powiedziała o tym Mirandzie. O tym, że przestała krwawić, nie o tym, że przestała jeść, choć nietrudno było zauważyć, że między tymi dwiema rzeczami istnieje bezpośrednia zależność. Był to pierwszy i ostatni raz, gdy zobaczyła w oczach macochy niepokój. Miranda nigdy nie krwawiła, dlatego Miranda nie mogła mieć własnych dzieci. Miała jednak Lorraine. A Lorraine poczuła wtedy, że macocha się o nią martwi, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">naprawdę martwi</span>. W domu Lorraine zawsze się oszczędzało, ale starczało im przecież na jedzenie. W szkole miała zawsze posiłki o stałych porach, suto zastawiony stół i wybór, co może zjeść... Nikt jej jednak nie pilnował, nie to, co w domu. W domu, gdy Miranda zorientowała się, w czym tkwi problem, przestała za karę wysyłać ją do łóżka bez kolacji. Zamiast tego kazała jej siedzieć przy stole, dopóki wszystko nie zniknie talerza. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Lorraine wiedziała, że jest niewdzięczna.</span> Wystarczyło na nią spojrzeć, aby pozbyć się wątpliwości. Nie wyglądała tak wątle, jak jeszcze kilka lat temu, a jednak, jej chudość nie była naturalna. Nigdy nie była naturalna. Czasem bowiem krwawienie wracało, a Lorraine, zamiast się cieszyć, zastanawiała się, czy nie powinna zwymiotować obiadu. Pamiętała, jak bała się, że Atreus poczuje na języku smak wymiocin, gdy ją całował. Może dlatego tak szybko otworzyła przed nim nogi. Wtedy to wszystko wydawało się łatwiejszym. Wtedy, kiedy Otto śmiał się z niedowierzaniem, że jest w stanie całkowicie objąć jej talię swymi dłońmi. Kiedy mogła pożyczać ubrania od starszej kuzynki, bo była równie szczupła, co ona, choć ustępowała jej wzrostem. Wtedy, kiedy jedynym jej zmartwieniem było to, żeby nie trafić znowu do skrzydła szpitalnego, pod oko pielęgniarki, która przestała w końcu wierzyć w wymówki o delikatnym żołądku. <br />
Wszystko zmieniło się, gdy zamieszkała na Nokturnie. Zrozumiała, że żyją tu ludzie, którzy doświadczyli prawdziwego głodu. Ludzie, którzy nie mają czasem co włożyć do garnka. Wtedy przestała wyrzygiwać z siebie obiady w szkole. Wtedy po prostu przestała jeść. Mimowolnie wróciła myślami do poranka w kowenie, gdy Anthony sprowokował jej do rozważań na temat głodu. Jakże dziwna była to rzecz, głód. Zauważało się go dopiero w stanie klęski, gdy trzeba było podporządkować sobie rozżalone masy, ale nigdy wtedy, gdy mijało się żebraka na ulicy. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Zauważyłeś, jak wiele kobiet na Nokturnie jest chudych?</span> Mogłaby spytać Anthony'ego, sprowokować go do zastanowienia się nad zjawiskiem, którego doświadczał po raz pierwszy. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Nie zrobiła tego.</span> Być może były pewne sprawy, o których rozmawiało się wyłącznie z kobietami. Urodziła się Dziewicą, ale nie chciała nią wiecznie pozostać. Marzyła o tym, aby dostąpić łaski bycia Matką, ale wprzódy musiałaby stać się żoną, chociaż nie było na to miejsca w boskim planie. Nie było na to miejsca w <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">credo</span>, jakim wyznawała. Jakiż więc był sens czekania, aż przeistoczy się w Staruchę? Niechże więc koniec nadejdzie szybciej, prosiła, poszcząc kolejny dzień. Najgorzej było po śmierci matki, choć skłamałaby, mówiąc, że nigdy wcześniej nie było tak źle, jak wtedy. Miewała lepsze i gorsze dni. Tygodnie. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Miesiące.</span> A może w ogóle nie była kobietą, pomyślała obojętnie. Może w ogóle nie była w łaskach bogini. Udała się aż do medyczki przyjmującej pokątnie na Ścieżkach. Skrzywiła się, gdy usłyszała od niej, że gdyby wszystkie dziewczyny na Nokturnie były takie jak ona, po ulicach nie pałętałoby się tyle niechcianych bękartów. Szczęście w nieszczęściu, skwitowała uzdrowicielka, ale Lorraine nie odzywała się. Wszystko było jej już jedno. Nawet tak niewielki wysiłek jak rozebranie się do badania sprawiał jej trudność. Była słaba, tak bardzo słaba. Ubierając suknię, milczała, bo gdyby otworzyła usta, popłakałaby się, że musi zapiąć jeszcze osiem guzików. Guziki były najgorsze. Nienawidziła, że prawie zatarł się już na nich wytłoczony emblemat rodu Malfoy. Nienawidziłaby guzików, gdyby miała wystarczająco siły, aby nienawidzić. A nie miała już nawet siły w palcach. Miała jednak magię. Czuła na sobie spojrzenie uzdrowicielki, czujne oczy, które podniosły się znad papierów, obserwując powolne ruchy Lorraine, przesuwającej różdżką ponad zapięciem jednej ze swych najlepszych sukien. Ubrała ją, bo nie chciała zrobić na uzdrowicielce złego wrażenia swoją umęczoną powierzchownością, ale chyba jej nie wyszło. Ta kazała jej bowiem iść do jadłodajni i kupić sobie zupę. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">"Nie polepszy ci się"</span>, przypomniała sobie słowa kobiety, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">"jak nie będziesz jeść"</span>, powiedziała stara uzdrowicielka, zaciskając surowo usta. Nie policzyła sobie nic za wizytę. Nie chciała pieniędzy Lorraine. Nie chciała jej podziękowań. Po prostu kazała jej nie wracać. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">"Nie potrafię ci pomóc, dopóki sama sobie nie pomożesz."</span> Lorraine posłusznie opuściła gabinet, przytrzymując się ściany.<br />
<br />
Dzisiaj, wdziewając na nagie ciało delikatną suknię, miękką niby najprzedniejszy muślin, zapięła wszystkie srebrne guziczki własnoręcznie.<br />
<br />
Obróciła się w miejscu, nie spuszczając choćby na chwilę wzroku ze swego odbicia w lustrze. Nie było przy niej Baldwina, który mógłby jej kazać zamknąć oczy. Nie było go tutaj. Ale przecież czuła się tak, jak gdyby był tuż obok. Czuła jego poznaczone bliznami dłonie na swym łonie, ściśle opiętym przez materiał sukni, która przylegała do niej niby druga skóra. Wiedziała, że zatrzymałaby je na dłużej. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Namaluj mnie</span>, mogłaby mu szepnąć znowu, tym razem bez wyzwania czającego się w tych słowach. Nie, tym razem pozwoliłaby mu oprzeć ręce na swych biodrach, przebiec wzdłuż brzucha, wpleść we włosy, jak gdyby błogosławił jej jako kapłan. Ale nadal nie pozwoliłaby mu zapomnieć o tym, że jest jego siostrą. <br />
<br />
Oto była bowiem sukienka, w której rozprutych ściegach tkwiły wyrzuty sumienia. Wnikły w nią brud zwykł przypominać o tym, jak brudna była dusza tej, która zwykła ją przywdziewać. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Brudna sukienka, brudna dusza</span>, pomyślała wtedy, obejmując się ramionami, wpatrzona w zeszmaconą sukienkę, leżącą na podłodze tuż obok wanny. Pamiętała, że Baldwin pomógł jej się rozebrać. Pamiętała, że był tuż obok, prosząc ją, żeby wróciła. Wsłuchiwała się w jego czułe zapewnienia, w błagania przeplatane czymś, co brzmiało czasem jak modlitwy, a czasem jak żądania, jak gdyby nie wiedział, że całe życie spędziła na snuciu tych samych bluźnierczych litanii. Długo nie rozumiała, dlaczego się wtedy nie wycofał. Nie potrafiła bowiem zdobyć się na to, żeby samej go odepchnąć. Poprosić, żeby się odwrócił, zamiast patrzeć na jej wstyd. Nie chciała, żeby na nią patrzył. Bo przecież zbrukana, nigdy już nie byłaby na jego obrazach Dziewicą, mówiła sobie. Zwiędłe jej ciało przynależało raczej do Staruchy, nie mogła jednak być Staruchą, jeżeli zamiast mądrości miała dla Baldwina jedynie milczenie. Nie mogłaby być też Matką. Nie z nieprzyjaznym łonem, które wydawało się zapadłym, a może i jałowym. Kim więc dla niego była, jeżeli nie mogła być żadną z nich? <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Nikim</span>, zrozumiała. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Była dla niego nikim.</span> <br />
<br />
Oto jednak przyłożyła do ciała sukienkę, którą jej sprawił. Powiodła drżącymi palcami wzdłuż rzędu srebrnych guziczków z herbowym tłoczeniem. Wzdłuż poprowadzonych na nowo misternych szwów, gładząc drogi materiał. Nie wyczuła przetarć, których nie udało jej się nigdy załatać... Choć, prawdę mówiąc, nigdy nie próbowała. Nie tak naprawdę. Zmazy niektórych grzechów nie dało się usunąć z duszy, nieważne, jakiej pokuty by sobie nie zadała. A jednak oddech Lorraine przyspieszył, bo zniknęły rozdarcia, które znała tak dobrze. Pamiętała, jak porwała delikatną podszewkę, gdy słaniając się na nogach schodziła w głąb podziemnych korytarzy. Pamiętała odgłos prującego się materiału. Trzask porzuconych kości, pękających pod stopami. Swój własny oddech w ciemnościach, który z czasem zagłuszyła panująca w kaplicy cisza. Kaplica wzniesiona z czaszek. Podziemny kościół utworzony z kości. Być może dlatego tam zeszła, bo zdarzało mu się śnić o tym miejscu. Jakąż straszliwą magią musiało być obłożone, skoro lękał się go, a jednocześnie nie mógł się powstrzymać, żeby wciąż nie powracać do niego myślami. Szła po omacku, wiedzona wspomnieniami. Jeżeli miała gdzieś umrzeć, to właśnie tam. W świątyni grzechu. Bo przecież zgrzeszyła w sposób niewybaczalny, powtarzała sobie, zgrzeszyła tak straszliwie, że nawet Matka w nieskończonym swym miłosierdziu nie zdołałaby jej wybaczyć. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">"Przestań pierdolić o wybaczeniu"</span>, cedził przy niej przez zęby Baldwin wcale nie tak dawno temu. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">"Przestań, bo odbierasz temu wszystkiemu sens."</span> A jednak jej sukienka była znów biała. Naprawiona rękoma jego matki, pozostawała nieskazitelna w swej bieli. Nienaruszona. Znów mogła wdziać ją na siebie, wierząc, że jest jego Dziewicą. Wierząc, że jest Matką, bo chociaż nie zakrwawiła tej pełni, w pokoju obok spało jej dziecko. Te same, które jej dał. Miała więc nadzieję, że wybaczy jej, że do niego nie zeszła. Przymiarki do ubrań, jakie zakładało się do trumny, miały w zwyczaju się przedłużać, a Lorraine nigdy przedtem nie dawała przecież wiary w to, że przyjdzie jej dożyć wieku Staruchy. Może dlatego przysiadła w milczeniu na krawędzi wanny. Po chwili namysłu weszła w ubraniu do środka, choć nie było w niej wody. Nie wiedziała, jak długo tak siedziała. Może chwilę, a może całą wieczność. W migoczącym świetle świec odbijającym się od zmętniałej starością tafli lustra czuła się tak jak wtedy, gdy oglądała samą siebie na obrazach Baldwina. W jego oczach mogłaby niemal być pięknością, pomyślała. W jego oczach mogłaby niemal być świętą. <br />
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">Koniec sesji</div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Cicho zamknęła za sobą drzwi łazienki, przekręciwszy tkwiący w zamku klucz. Oparła się plecami o drzwi, czując, jak serce w piersi bije nieprzytomnie, jak brakuje jej tchu. Jak ręce, w których ściskała wciąż na wpół otwarty pakunek z sukienką od Baldwina, drżą niecierpliwie. Niemalże zbiegła na dół, żeby go obudzić, nieważne, że pogrążony był już we śnie. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Potrzebowała jego dłoni.</span> Tych samych, które w pełnię pozbawione były magii. Wiedziała, jak bardzo się tego wstydził. Czy wciąż wstydziłby się, gdyby przyciągnęła ku sobie jego dłonie, jego piękne, okrutne dłonie, każąc mu uwolnić się z sukni, jaką przywdziała tego poranka? <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Przecież jesteśmy rodziną</span>, wyszeptałaby czule między jednym a drugim pocałunkiem, przyciągając go bliżej. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Rodzinie się nie odmawia.</span> Nie potrzebowałby przecież magii, żeby ją rozebrać. Może dlatego i Lorraine zaczęła się rozbierać bez jej pomocy, chociaż różdżka leżała tuż obok, na brzegu wanny. Szarpnęła się gwałtownie, unosząc łokcie, poirytowana, że nie jest w stanie wyczuć na plecach linii metalowych haftek. Zapięcie maskowała dodatkowa listwa materiału pokrytego dekoracyjnym haftem. Tyle tylko dzieliło ją od nagości. Tyle tylko dzieliło ją od Baldwina. Najpierw jednak ciężki materiał sukni musiał opaść, odsłaniając koronkowe wykończenie halki, na którą Lorraine założyła gorset. Wszystkie ruchy nosiły bowiem znamiona rytuału. Wykonywała je ostrożnie, dokładnie tak, jak należało, opanowując pełne przejęcia drżenie. Rękawy sukni były dopasowane, należało więc ostrożnie wysuwać z nich ramiona. Prawą rękę uwolniła zatem jako pierwszą. Palcami lewej schwyciła materiał tuż przy nadgarstku, powoli przesuwając go w dół, aż tkanina zatrzymała się na łokciu, a potem opadła jeszcze niżej. Przy drugim rękawie ruch był podobny, choć powolniejszy. Lorraine zagarnęła szeleszczące suknie, nie chcąc, ażeby gwałownie osunęły się na ziemię. Przedłużała oczekiwanie rozsznurowując tasiemki usztywnionego kościanymi listewkami gorsetu, rozpinając wieńczące przednią jego część buski. Halkę ściągnęła przez głowę, niecierpliwie rzuciwszy ją obok krzesła wraz z resztą bielizny. <br />
<br />
Na krześle wisiała przecież suknia, którą jej podarował, czekając, aż znów wdzieje ją na siebie. <br />
<br />
Naga stanęła przed łazienkowym lustrem. Stanęła przed nim taka, jaką ją Matka stworzyła, krytycznie przypatrując się swojemu odbiciu. Dawno tego nie robiła. Luster z reguły unikała, nie z powodu braku próżności, lecz z jej nadmiaru. Może dlatego, że nienawidziła tego, co w nich widziała. Lorraine Malfoy nie musiała patrzeć w lustro, żeby wiedzieć, że jest brzydka. Widać jej było żebra. Zapadnięte przestrzenie między żebrami, permanentnie zaciągniętą skórę, spod której przebijały kości. Było coś nienaturalnego w tej kanciastości. W kruchości, jaka od niej biła. Gdy sekcjonowała martwe ciała, czuła się czasem tak, jak gdyby oglądała samą siebie na prosektoryjnym stole. Niektóre staruszki, które chowała, były tak wychudzone, że była w stanie policzyć im kości. Miały odleżyny w tych samych miejscach, w których na ciele Lorraine pojawiały się otarcia, gdy zbyt długo leżała w jakiejś pozycji. Pamiętała, jak musiała leżeć, bo siedzenie było wyczerpującym. Boleści przejmowały całe jej ciało, gdy ocierała się guzami kości kulszowych o twardą powierzchnię krzeseł. Stanie było równie wyczerpujące, bo kręciło jej się wówczas w głowie, puchły jej stopy. O wiele bardziej przerażającym było jednak, gdy puchły jej dłonie. Bo wtedy puchły też palce. Puchły tak, że rodowy pierścionek boleśnie zaczynał wżynać się w już i tak zmaltretowane ciało. Nie zdejmowała go nawet wtedy. Cieszyła się, że wciąż przypomina jej o tym, kim jest, nawet wtedy, gdy sama zdawała się zapominać, pogrążona w nienawiści do samej siebie. Bo przecież nienawidziła swych drobnych piersi. Nienawidziła odstających bioder. A już najbardziej nienawidziła wydętego brzucha. Nie odrywając wzroku od swego odbicia w lustrze, powiodła rękoma wzdłuż ciała, zatrzymując się dopiero nad zapadłym wzgórkiem łonowym. Nacisnęła na niego, mocno, mocniej, aż zabolało. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Sama to sobie zrobiła</span>, pomyślała, patrząc na wychudłe ciało. <br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">"Nie wiedziałam, że jesteś zamężna, Lorraine."</span><br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Myślisz, że pozwoliłabym się pohańbić mężczyźnie?</span>, pomyślała niemal ze wstrętem Lorraine, przewracając oczami na widok starej koleżanki ze szkolnej ławy. Pytanie przywołało nieprzyjemne wspomnienia o zaczarowanym wianku, który włożono jej na głowę na Lithcie.<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">"Jestem wciąż panną"</span>, ucięła ostro. Nie spodziewała się zobaczyć w jej oczach współczucia. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Nie</span>, pomyślała, niemal rozbawiona, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">to nie tak</span>. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Baldwin nigdy by na to nie pozwolił</span>, chciała powiedzieć. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Nie pozwoliłby mnie skrzywdzić.</span> Roześmiać się, bo przecież to wszystko było dla niej tak niepojętym. Lorraine przeszła jednak ochota na śmiech na widok stężałej twarzy kobiety, której wzrok powędrował w kierunku Baldwina. Wtedy była sfrustrowana, bo przecież jej brat prędzej sam odjąłby sobie dłonie, aniżeli ją skrzywdził. Teraz jednak znajdowała upiorną satysfakcję, że w tym samym kierunku powędrował wzrok Anthony'ego, gdy nazwała Baldwina "tatą Fridy". <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">"Gdyby jednak była moja"</span>, podkreśliła, jak gdyby od niechcenia, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">możesz być pewna, że nosiłaby moje nazwisko.</span><br />
Ale przecież Frida nie musiała nosić jej nazwiska, żeby być jej córką. <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">"Nie wiedziałam, że..."</span> Lorraine wyczuła niepewność w głosie otoczonej gromadką dzieci kobiety, gdy ta omiotła spojrzeniem jej sylwetkę, wymownie przesunąwszy nim wzdłuż linii talii. Wzdłuż brzucha. Widziała jej wahanie, gdy porównywała twarz Fridy z jej twarzą. Z trudem zmusiła się, żeby pokręcić głową, oszczędzając starszej matronie zakłopotania, zwłaszcza, że towarząca jej dziewczynka zaczęła wypytywać Fridę, ile ma lat, i do którego przedszkola chodzi. Wszyscy widzieli, że pani Fields przygarnęła pod swój dach kolejne nieślubne dziecko swojej siostry, która niespecjalnie poczuwała się do opieki.<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">"Ma na imię Frida"</span>, oznajmiła radośnie Lorraine, opiekuńczym gestem składając ręce na ramionach dziewczynki, która dzielnie pokazała właśnie na palcach, ile ma lat.<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">"Nie chwaliłaś się, że Matka pobłogosławiła twe łono dzieckiem. W ogóle nie było po tobie widać..."</span><br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">"Niby kiedy?'</span>, zadała wówczas proste pytanie, prowokujące ku temu, aby młoda kapłanka dokonała bardziej precyzyjnej kalkulacji. Pytanie zadane przez wilę, podszyte jednak smutkiem kobiety. Kiedy niby miałaby powić dziecko? Choć Frida była dzieckiem z natury raczej drobnym, wyglądała na co najmniej sześć lat. A w ciagu tych sześciu lat nie byłoby tygodnia, w którym Lorraine ominęłaby niedzielne nabożeństwo. Widząc rumieniec wstydu wykwitły na twarzy kapłanki, sama nie wiedziała, czy powinna być zmieszaną, czy wręcz przeciwnie, pełną nadziei. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Naprawdę myślisz, że moje ciało byłoby w stanie...?</span> Nagle bowiem "kiedy" zmieniło się w "jak". Oparła jak gdyby od niechcenia rękę na swym łonie. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Moje ciało jest świątynią pośród piasków</span>, przemknęło Lorraine przez głowę. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Naprawdę myślisz, że byłoby w stanie przyjąć dziecko?</span><br />
<br />
Lorraine późno zaczęła krwawić. Czasem krwawiła razem z księżycem, czasem musiało minąć kilka miesięcy, aby przypomniała sobie o tym, że jest już kobietą. Czasem po prostu przestawała widzieć krew. Mniej więcej wtedy, gdy przestawała jeść. Na początku nawet się z tego wszystkiego cieszyła, ale potem zaczęło ją to martwić. Pamiętała, jak powiedziała o tym Mirandzie. O tym, że przestała krwawić, nie o tym, że przestała jeść, choć nietrudno było zauważyć, że między tymi dwiema rzeczami istnieje bezpośrednia zależność. Był to pierwszy i ostatni raz, gdy zobaczyła w oczach macochy niepokój. Miranda nigdy nie krwawiła, dlatego Miranda nie mogła mieć własnych dzieci. Miała jednak Lorraine. A Lorraine poczuła wtedy, że macocha się o nią martwi, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">naprawdę martwi</span>. W domu Lorraine zawsze się oszczędzało, ale starczało im przecież na jedzenie. W szkole miała zawsze posiłki o stałych porach, suto zastawiony stół i wybór, co może zjeść... Nikt jej jednak nie pilnował, nie to, co w domu. W domu, gdy Miranda zorientowała się, w czym tkwi problem, przestała za karę wysyłać ją do łóżka bez kolacji. Zamiast tego kazała jej siedzieć przy stole, dopóki wszystko nie zniknie talerza. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Lorraine wiedziała, że jest niewdzięczna.</span> Wystarczyło na nią spojrzeć, aby pozbyć się wątpliwości. Nie wyglądała tak wątle, jak jeszcze kilka lat temu, a jednak, jej chudość nie była naturalna. Nigdy nie była naturalna. Czasem bowiem krwawienie wracało, a Lorraine, zamiast się cieszyć, zastanawiała się, czy nie powinna zwymiotować obiadu. Pamiętała, jak bała się, że Atreus poczuje na języku smak wymiocin, gdy ją całował. Może dlatego tak szybko otworzyła przed nim nogi. Wtedy to wszystko wydawało się łatwiejszym. Wtedy, kiedy Otto śmiał się z niedowierzaniem, że jest w stanie całkowicie objąć jej talię swymi dłońmi. Kiedy mogła pożyczać ubrania od starszej kuzynki, bo była równie szczupła, co ona, choć ustępowała jej wzrostem. Wtedy, kiedy jedynym jej zmartwieniem było to, żeby nie trafić znowu do skrzydła szpitalnego, pod oko pielęgniarki, która przestała w końcu wierzyć w wymówki o delikatnym żołądku. <br />
Wszystko zmieniło się, gdy zamieszkała na Nokturnie. Zrozumiała, że żyją tu ludzie, którzy doświadczyli prawdziwego głodu. Ludzie, którzy nie mają czasem co włożyć do garnka. Wtedy przestała wyrzygiwać z siebie obiady w szkole. Wtedy po prostu przestała jeść. Mimowolnie wróciła myślami do poranka w kowenie, gdy Anthony sprowokował jej do rozważań na temat głodu. Jakże dziwna była to rzecz, głód. Zauważało się go dopiero w stanie klęski, gdy trzeba było podporządkować sobie rozżalone masy, ale nigdy wtedy, gdy mijało się żebraka na ulicy. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Zauważyłeś, jak wiele kobiet na Nokturnie jest chudych?</span> Mogłaby spytać Anthony'ego, sprowokować go do zastanowienia się nad zjawiskiem, którego doświadczał po raz pierwszy. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Nie zrobiła tego.</span> Być może były pewne sprawy, o których rozmawiało się wyłącznie z kobietami. Urodziła się Dziewicą, ale nie chciała nią wiecznie pozostać. Marzyła o tym, aby dostąpić łaski bycia Matką, ale wprzódy musiałaby stać się żoną, chociaż nie było na to miejsca w boskim planie. Nie było na to miejsca w <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">credo</span>, jakim wyznawała. Jakiż więc był sens czekania, aż przeistoczy się w Staruchę? Niechże więc koniec nadejdzie szybciej, prosiła, poszcząc kolejny dzień. Najgorzej było po śmierci matki, choć skłamałaby, mówiąc, że nigdy wcześniej nie było tak źle, jak wtedy. Miewała lepsze i gorsze dni. Tygodnie. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Miesiące.</span> A może w ogóle nie była kobietą, pomyślała obojętnie. Może w ogóle nie była w łaskach bogini. Udała się aż do medyczki przyjmującej pokątnie na Ścieżkach. Skrzywiła się, gdy usłyszała od niej, że gdyby wszystkie dziewczyny na Nokturnie były takie jak ona, po ulicach nie pałętałoby się tyle niechcianych bękartów. Szczęście w nieszczęściu, skwitowała uzdrowicielka, ale Lorraine nie odzywała się. Wszystko było jej już jedno. Nawet tak niewielki wysiłek jak rozebranie się do badania sprawiał jej trudność. Była słaba, tak bardzo słaba. Ubierając suknię, milczała, bo gdyby otworzyła usta, popłakałaby się, że musi zapiąć jeszcze osiem guzików. Guziki były najgorsze. Nienawidziła, że prawie zatarł się już na nich wytłoczony emblemat rodu Malfoy. Nienawidziłaby guzików, gdyby miała wystarczająco siły, aby nienawidzić. A nie miała już nawet siły w palcach. Miała jednak magię. Czuła na sobie spojrzenie uzdrowicielki, czujne oczy, które podniosły się znad papierów, obserwując powolne ruchy Lorraine, przesuwającej różdżką ponad zapięciem jednej ze swych najlepszych sukien. Ubrała ją, bo nie chciała zrobić na uzdrowicielce złego wrażenia swoją umęczoną powierzchownością, ale chyba jej nie wyszło. Ta kazała jej bowiem iść do jadłodajni i kupić sobie zupę. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">"Nie polepszy ci się"</span>, przypomniała sobie słowa kobiety, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">"jak nie będziesz jeść"</span>, powiedziała stara uzdrowicielka, zaciskając surowo usta. Nie policzyła sobie nic za wizytę. Nie chciała pieniędzy Lorraine. Nie chciała jej podziękowań. Po prostu kazała jej nie wracać. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">"Nie potrafię ci pomóc, dopóki sama sobie nie pomożesz."</span> Lorraine posłusznie opuściła gabinet, przytrzymując się ściany.<br />
<br />
Dzisiaj, wdziewając na nagie ciało delikatną suknię, miękką niby najprzedniejszy muślin, zapięła wszystkie srebrne guziczki własnoręcznie.<br />
<br />
Obróciła się w miejscu, nie spuszczając choćby na chwilę wzroku ze swego odbicia w lustrze. Nie było przy niej Baldwina, który mógłby jej kazać zamknąć oczy. Nie było go tutaj. Ale przecież czuła się tak, jak gdyby był tuż obok. Czuła jego poznaczone bliznami dłonie na swym łonie, ściśle opiętym przez materiał sukni, która przylegała do niej niby druga skóra. Wiedziała, że zatrzymałaby je na dłużej. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Namaluj mnie</span>, mogłaby mu szepnąć znowu, tym razem bez wyzwania czającego się w tych słowach. Nie, tym razem pozwoliłaby mu oprzeć ręce na swych biodrach, przebiec wzdłuż brzucha, wpleść we włosy, jak gdyby błogosławił jej jako kapłan. Ale nadal nie pozwoliłaby mu zapomnieć o tym, że jest jego siostrą. <br />
<br />
Oto była bowiem sukienka, w której rozprutych ściegach tkwiły wyrzuty sumienia. Wnikły w nią brud zwykł przypominać o tym, jak brudna była dusza tej, która zwykła ją przywdziewać. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Brudna sukienka, brudna dusza</span>, pomyślała wtedy, obejmując się ramionami, wpatrzona w zeszmaconą sukienkę, leżącą na podłodze tuż obok wanny. Pamiętała, że Baldwin pomógł jej się rozebrać. Pamiętała, że był tuż obok, prosząc ją, żeby wróciła. Wsłuchiwała się w jego czułe zapewnienia, w błagania przeplatane czymś, co brzmiało czasem jak modlitwy, a czasem jak żądania, jak gdyby nie wiedział, że całe życie spędziła na snuciu tych samych bluźnierczych litanii. Długo nie rozumiała, dlaczego się wtedy nie wycofał. Nie potrafiła bowiem zdobyć się na to, żeby samej go odepchnąć. Poprosić, żeby się odwrócił, zamiast patrzeć na jej wstyd. Nie chciała, żeby na nią patrzył. Bo przecież zbrukana, nigdy już nie byłaby na jego obrazach Dziewicą, mówiła sobie. Zwiędłe jej ciało przynależało raczej do Staruchy, nie mogła jednak być Staruchą, jeżeli zamiast mądrości miała dla Baldwina jedynie milczenie. Nie mogłaby być też Matką. Nie z nieprzyjaznym łonem, które wydawało się zapadłym, a może i jałowym. Kim więc dla niego była, jeżeli nie mogła być żadną z nich? <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Nikim</span>, zrozumiała. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Była dla niego nikim.</span> <br />
<br />
Oto jednak przyłożyła do ciała sukienkę, którą jej sprawił. Powiodła drżącymi palcami wzdłuż rzędu srebrnych guziczków z herbowym tłoczeniem. Wzdłuż poprowadzonych na nowo misternych szwów, gładząc drogi materiał. Nie wyczuła przetarć, których nie udało jej się nigdy załatać... Choć, prawdę mówiąc, nigdy nie próbowała. Nie tak naprawdę. Zmazy niektórych grzechów nie dało się usunąć z duszy, nieważne, jakiej pokuty by sobie nie zadała. A jednak oddech Lorraine przyspieszył, bo zniknęły rozdarcia, które znała tak dobrze. Pamiętała, jak porwała delikatną podszewkę, gdy słaniając się na nogach schodziła w głąb podziemnych korytarzy. Pamiętała odgłos prującego się materiału. Trzask porzuconych kości, pękających pod stopami. Swój własny oddech w ciemnościach, który z czasem zagłuszyła panująca w kaplicy cisza. Kaplica wzniesiona z czaszek. Podziemny kościół utworzony z kości. Być może dlatego tam zeszła, bo zdarzało mu się śnić o tym miejscu. Jakąż straszliwą magią musiało być obłożone, skoro lękał się go, a jednocześnie nie mógł się powstrzymać, żeby wciąż nie powracać do niego myślami. Szła po omacku, wiedzona wspomnieniami. Jeżeli miała gdzieś umrzeć, to właśnie tam. W świątyni grzechu. Bo przecież zgrzeszyła w sposób niewybaczalny, powtarzała sobie, zgrzeszyła tak straszliwie, że nawet Matka w nieskończonym swym miłosierdziu nie zdołałaby jej wybaczyć. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">"Przestań pierdolić o wybaczeniu"</span>, cedził przy niej przez zęby Baldwin wcale nie tak dawno temu. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">"Przestań, bo odbierasz temu wszystkiemu sens."</span> A jednak jej sukienka była znów biała. Naprawiona rękoma jego matki, pozostawała nieskazitelna w swej bieli. Nienaruszona. Znów mogła wdziać ją na siebie, wierząc, że jest jego Dziewicą. Wierząc, że jest Matką, bo chociaż nie zakrwawiła tej pełni, w pokoju obok spało jej dziecko. Te same, które jej dał. Miała więc nadzieję, że wybaczy jej, że do niego nie zeszła. Przymiarki do ubrań, jakie zakładało się do trumny, miały w zwyczaju się przedłużać, a Lorraine nigdy przedtem nie dawała przecież wiary w to, że przyjdzie jej dożyć wieku Staruchy. Może dlatego przysiadła w milczeniu na krawędzi wanny. Po chwili namysłu weszła w ubraniu do środka, choć nie było w niej wody. Nie wiedziała, jak długo tak siedziała. Może chwilę, a może całą wieczność. W migoczącym świetle świec odbijającym się od zmętniałej starością tafli lustra czuła się tak jak wtedy, gdy oglądała samą siebie na obrazach Baldwina. W jego oczach mogłaby niemal być pięknością, pomyślała. W jego oczach mogłaby niemal być świętą. <br />
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">Koniec sesji</div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[17.09.1972] You are the love I prayed for - Baldwin & Scarlett]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5720</link>
			<pubDate>Sat, 14 Feb 2026 18:02:44 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=478">Baldwin Malfoy</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5720</guid>
			<description><![CDATA[Ostatnimi czasy Baldwin Malfoy łapał się na rzeczy przedziwnej. Nieważne, w którym momencie dnia - czy o poranku, w południe, gdy siedział na próbach do nowego spektaklu czy wieczorami, gdy wreszcie znajdował sekundę oddechu i siadał do najnowszego obrazu - Scarlett Mulciber krążyła po jego myślach. Czasem bardziej, czasem odrobinę mniej, ale wciąż gdzieś w nich była. Wodziła na pokuszenie niczym Esmeralda, z tej zajebiście topornej i grubej książki pożal się boże francuskiego pisarzyny. Hugo? Nawet nazwisko miał debilne. Laska była cyganką i chyba ją chcieli powiesić za czary (co pewnie znaczyło, że ta mugolka potrafiła czytać i rozwiązać zajebiście trudne równanie jakim było 2+2x2), ale pojawił się jakiś typ z garbem i tego nie zrobili? A może zrobili? Cholera ich wie, przeczytał parę stron, kiedy ta książka mu spadła na łeb z półki, na którą próbował sięgnąć. <br />
Na szczęście Scarlett mugolską cyganką nie było, co jednak wcale nie przeszkadzało jej rozwiązywać zapewne skomplikowanych działań matematycznych, ale niech pierwszy rzuci kamieniem ten, co by wolał cygana nad piękną czystokrwistą pannę. Ta tfu.<br />
Był wieczór, kiedy wreszcie przekroczył próg Necronomiconu. Ze względów bezpieczeństwa Scarlett musiała się tu wprost teleportować z  Pokątnej, póki nie znała lepiej Nokturnu. A raczej - póki Nokturn nie znał lepiej <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">jej</span>. <br />
<br />
Wrócił do <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">domu</span>. <br />
Dziwna to była myśl, że teraz jego dom zamykał się w czterech ścianach zakładu pogrzebowego i ramionach Mulciberówny. I może ostatnimi czasy ciężej im było znaleźć nockę dla siebie, bo pewna ghoulka uznała, że spanie w swoim łóżku jest passe i w ogóle kto to wymyślił, żeby dorośli sami spali z dala od dzieci, ale kiedy tak leżał leniwie przesuwając dłonią po blond włosach śpiącej Scarlett, z wtuloną w siebie Fridą, która udawała że śpi… życie nie wydawało się być znów takie tragiczne. A może były to po prostu pijackie myśli, bo im bardziej Baldwin uświadamiał sobie, że mógłby się zestarzeć w tym cholernym zakładzie z nią przy boku, a ręce drżały mu nad kolejnym portretem Calanthe gotowe do zdrady wobec umiłowanej bliźniaczki. Poprawiał włosy, które nieświadomie malował w złym, nie, nie złym, po prostu… innym odcieniu, poprawiał rysy, które ze szkicu na szkic traciły siostrzane rysy na rzecz tych mulciberowych. Kolor oczu. Ich kształt. Ostatnie płótno spalił na środku Eurydyki,gdy uświadomił sobie, że nie potrafi wykrzesać jednego wspomnienia z siostrą, które nie byłoby skażone jej obecnością. Patrzył jak płonie na kamiennej posadzce, ignorując marudzącą na dym Sabrinę i nielicznych gości, którzy najwyraźniej dostali PTSD po spalonej nocy i spieprzyli gdzie pieprz rośnie. I pozwolił zbliżyć się tylko Ojcu, by odpalił od ogniska papierosa. Sam zresztą go potem wypalił, bo Armand tylko uśmiechnął się kpiąco i gdzieś zniknął. Znał ten uśmiech. Pierdolony uśmiech Poety Podziemi. <br />
Tamtej nocy nie wrócił do Necronomiconu, a kiedy pojawił się o świcie cuchnął wódką, fajami i tymi żałośnie słodkimi perfumami Sabriny, czując się równie żałośnie co momencie, w którym z niego wyszedł.<br />
<br />
Dzisiaj jednak nie zboczył po drodze na Podziemne Ścieżki. Nie wstąpił nawet do żadnego baru po drodze z teatru. Swoją świeżo zapuszczoną brodę miał wciąż jeszcze ujebaną farbą przez co mniej niż król gór wyglądał na mugolskiego świętego mikołaja. Ale to tam nieważne. <br />
Natychmiast po przekroczeniu progu zakładu jego wzrok spoczął na Fridzie, która siedziała w korytarzyku na przytarganym z pokoju kocyku z jej ulubionym misiem Puchatkiem i najwyraźniej… urządzała piknik z zawieszoną na ścianie Visenyą, która z jakiegoś powodu nie uciekła poza ramy. Co prawda matka nieszczególnie wydawała się zachwycona zabawą, ale uparcie siedziała w swoim fotelu co jakiś czas unosząc i opuszczając filiżankę, z którą ją namalował. Cóż… może pasowało jej po prostu doborowe towarzystwo, bo w pikniku uczestniczyła również Maria Antonina, głowa Marii Antoniny i pluszowy smok Sir Billiam Humphfrey Izydor IV. <br />
Baldwin przeszedł obok, nie spoglądając nawet na Visenyę, która prychnęła na stan w jakim się znajdował.<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Bawisz się grzecznie z babcią?</span>- Zapytał Fridę, która pokiwała głową unosząc filiżankę z wyimaginowaną herbatą. Nie zerwała się na widok Malfoy’a, więc uznał, że jest jej tu dobrze i ją po prostu zostawił. Zignorował kolejne głośne prychnięcie. Nie odważyła się na komentarz. I dobrze.<br />
<br />
Myślami znów wrócił do Scarlett, gdy kierował się po schodach do ich pokoju. Nie był może za duży, zdecydowanie mniejszy niż mieszkanie na Horyzontalnej, ale… był chyba wystarczający. Nawet udało im się wepchnąć tam biurko, co by mogła studiować prawo czarodziejów i robić te wszystkie szalone zadania od swojej prababki. Byłoby miło, gdyby wróciła już z kancelarii. Mogliby gdzieś wyskoczyć.<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Yo Scarlettka, jesteś?</span>- Wepchnął głowę przez uchylone drzwi, rozglądając się uważnie po pokoju.<br />
<br />
<br />
!BINGO A1]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Ostatnimi czasy Baldwin Malfoy łapał się na rzeczy przedziwnej. Nieważne, w którym momencie dnia - czy o poranku, w południe, gdy siedział na próbach do nowego spektaklu czy wieczorami, gdy wreszcie znajdował sekundę oddechu i siadał do najnowszego obrazu - Scarlett Mulciber krążyła po jego myślach. Czasem bardziej, czasem odrobinę mniej, ale wciąż gdzieś w nich była. Wodziła na pokuszenie niczym Esmeralda, z tej zajebiście topornej i grubej książki pożal się boże francuskiego pisarzyny. Hugo? Nawet nazwisko miał debilne. Laska była cyganką i chyba ją chcieli powiesić za czary (co pewnie znaczyło, że ta mugolka potrafiła czytać i rozwiązać zajebiście trudne równanie jakim było 2+2x2), ale pojawił się jakiś typ z garbem i tego nie zrobili? A może zrobili? Cholera ich wie, przeczytał parę stron, kiedy ta książka mu spadła na łeb z półki, na którą próbował sięgnąć. <br />
Na szczęście Scarlett mugolską cyganką nie było, co jednak wcale nie przeszkadzało jej rozwiązywać zapewne skomplikowanych działań matematycznych, ale niech pierwszy rzuci kamieniem ten, co by wolał cygana nad piękną czystokrwistą pannę. Ta tfu.<br />
Był wieczór, kiedy wreszcie przekroczył próg Necronomiconu. Ze względów bezpieczeństwa Scarlett musiała się tu wprost teleportować z  Pokątnej, póki nie znała lepiej Nokturnu. A raczej - póki Nokturn nie znał lepiej <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">jej</span>. <br />
<br />
Wrócił do <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">domu</span>. <br />
Dziwna to była myśl, że teraz jego dom zamykał się w czterech ścianach zakładu pogrzebowego i ramionach Mulciberówny. I może ostatnimi czasy ciężej im było znaleźć nockę dla siebie, bo pewna ghoulka uznała, że spanie w swoim łóżku jest passe i w ogóle kto to wymyślił, żeby dorośli sami spali z dala od dzieci, ale kiedy tak leżał leniwie przesuwając dłonią po blond włosach śpiącej Scarlett, z wtuloną w siebie Fridą, która udawała że śpi… życie nie wydawało się być znów takie tragiczne. A może były to po prostu pijackie myśli, bo im bardziej Baldwin uświadamiał sobie, że mógłby się zestarzeć w tym cholernym zakładzie z nią przy boku, a ręce drżały mu nad kolejnym portretem Calanthe gotowe do zdrady wobec umiłowanej bliźniaczki. Poprawiał włosy, które nieświadomie malował w złym, nie, nie złym, po prostu… innym odcieniu, poprawiał rysy, które ze szkicu na szkic traciły siostrzane rysy na rzecz tych mulciberowych. Kolor oczu. Ich kształt. Ostatnie płótno spalił na środku Eurydyki,gdy uświadomił sobie, że nie potrafi wykrzesać jednego wspomnienia z siostrą, które nie byłoby skażone jej obecnością. Patrzył jak płonie na kamiennej posadzce, ignorując marudzącą na dym Sabrinę i nielicznych gości, którzy najwyraźniej dostali PTSD po spalonej nocy i spieprzyli gdzie pieprz rośnie. I pozwolił zbliżyć się tylko Ojcu, by odpalił od ogniska papierosa. Sam zresztą go potem wypalił, bo Armand tylko uśmiechnął się kpiąco i gdzieś zniknął. Znał ten uśmiech. Pierdolony uśmiech Poety Podziemi. <br />
Tamtej nocy nie wrócił do Necronomiconu, a kiedy pojawił się o świcie cuchnął wódką, fajami i tymi żałośnie słodkimi perfumami Sabriny, czując się równie żałośnie co momencie, w którym z niego wyszedł.<br />
<br />
Dzisiaj jednak nie zboczył po drodze na Podziemne Ścieżki. Nie wstąpił nawet do żadnego baru po drodze z teatru. Swoją świeżo zapuszczoną brodę miał wciąż jeszcze ujebaną farbą przez co mniej niż król gór wyglądał na mugolskiego świętego mikołaja. Ale to tam nieważne. <br />
Natychmiast po przekroczeniu progu zakładu jego wzrok spoczął na Fridzie, która siedziała w korytarzyku na przytarganym z pokoju kocyku z jej ulubionym misiem Puchatkiem i najwyraźniej… urządzała piknik z zawieszoną na ścianie Visenyą, która z jakiegoś powodu nie uciekła poza ramy. Co prawda matka nieszczególnie wydawała się zachwycona zabawą, ale uparcie siedziała w swoim fotelu co jakiś czas unosząc i opuszczając filiżankę, z którą ją namalował. Cóż… może pasowało jej po prostu doborowe towarzystwo, bo w pikniku uczestniczyła również Maria Antonina, głowa Marii Antoniny i pluszowy smok Sir Billiam Humphfrey Izydor IV. <br />
Baldwin przeszedł obok, nie spoglądając nawet na Visenyę, która prychnęła na stan w jakim się znajdował.<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Bawisz się grzecznie z babcią?</span>- Zapytał Fridę, która pokiwała głową unosząc filiżankę z wyimaginowaną herbatą. Nie zerwała się na widok Malfoy’a, więc uznał, że jest jej tu dobrze i ją po prostu zostawił. Zignorował kolejne głośne prychnięcie. Nie odważyła się na komentarz. I dobrze.<br />
<br />
Myślami znów wrócił do Scarlett, gdy kierował się po schodach do ich pokoju. Nie był może za duży, zdecydowanie mniejszy niż mieszkanie na Horyzontalnej, ale… był chyba wystarczający. Nawet udało im się wepchnąć tam biurko, co by mogła studiować prawo czarodziejów i robić te wszystkie szalone zadania od swojej prababki. Byłoby miło, gdyby wróciła już z kancelarii. Mogliby gdzieś wyskoczyć.<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Yo Scarlettka, jesteś?</span>- Wepchnął głowę przez uchylone drzwi, rozglądając się uważnie po pokoju.<br />
<br />
<br />
!BINGO A1]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Jesień 72, 1.10, Rejwach – W zdrowym ciele inny duch [Henry i Lewis]]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5666</link>
			<pubDate>Tue, 27 Jan 2026 12:15:57 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=560">Henry Lockhart</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5666</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">1.10.1972, Rejwach</div>
<br />
W redakcji Proroka Codziennego natknąć się można było na wielu smakoszy. Dyskusje o londyńskich knajpach odbywały się wśród dziennikarzy nadzwyczaj często. Henry, bądź co bądź, nie mógł nie podsłuchać, że w niejakim <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Rejwachu</span> na Ulicy Śmiertelnego Nokturnu serwowano wspaniałe śniadania po cenach przystępnych nawet dla jego portfela. Zazwyczaj chłopak był oczywiście krytyczny wobec innych osób gotujących. Miał wyrobiony smak – najpierw na potrawach gotowanych przez swoją babcię, potem przez siebie samego. Dlatego przychodził do Rejwachu z nastawieniem z lekka krytycznym. Chciał sprawdzić, czy rzeczywiście ich kucharz gotował tak dobrze jak mawiano.<br />
<br />
Przybył pod restaurację dość wcześnie rano, jeszcze przed pracą. To były właściwie pierwsze godziny otwarcia pubu. Witryna wyróżniała się na tle Nokturnowych domostw, które nie zachęcały nawet do stania w ich pobliżu (a nuż z okna poleci jakaś paskudna klątwa). Chłopak kojarzył, że właściciel dokonał cudu z remontem tego miejsca. Kiedyś stała tu rudera, a teraz przychodzili tu nawet renomowani przedstawiciele Prorokowej redakcji. Jednocześnie miejsce to wydawało się przyjazne ludziom takim jak Henry. Nie dało się poczuć przytłoczenia, jakie objawiało się na przykład podczas bankietu po premierze <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Ekstazy Merlina</span>. Brak wyobcowania był miłą niespodzianką.<br />
<br />
Już sięgał po klamkę, gdy nagle zauważył, że z drugiej strony drzwi ktoś inny już za nią chwytał. Chłopak, chyba niewiele starszy od niego. Henry cofnął więc rękę, by uniknąć niezręcznej sytuacji. Dał nieznajomemu otworzyć drzwi, zrobił krok do tyłu, by go przepuścić.<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Właśnie w tej chwili wszystko trafił szlag.</span><br />
<br />
Kiedy chłopak przechodził obok, w powietrzu rozległ się głośny śmiech. Nie! Chichot. Metaliczny i dzwoniący, nieprzyjemny dla ucha. Coś przed oczami Henry'ego zaczęło migotać, świat przerodził się w amalgamat kolorowych plam, aż w końcu zniknął całkowicie. Chłopak zacisnął mocno powieki. Przypominało to uczucie spadania, które pojawiało się czasem, gdy próbował zasnąć. Jakby duch nie do końca był świadom własnego ciała. A chichot wwiercał mu się w mózg, wprawiał bębenki uszne w dziwaczny, ale nadzwyczaj nieprzyjemny rezonans.<br />
<br />
A potem zamilkł. Henry otworzył oczy i serce podskoczyło mu do gardła. Przed sobą ujrzał kogoś, kogo nigdy by się nie spodziewał ujrzeć, nawet w najbardziej kuriozalnych snach. Stał przed nim: jasnowłosy, blady i podobnie zdezorientowany.<br />
<br />
Patrzył na siebie samego.<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– O kurwa... –</span> zdołał jedynie wydusić.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">1.10.1972, Rejwach</div>
<br />
W redakcji Proroka Codziennego natknąć się można było na wielu smakoszy. Dyskusje o londyńskich knajpach odbywały się wśród dziennikarzy nadzwyczaj często. Henry, bądź co bądź, nie mógł nie podsłuchać, że w niejakim <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Rejwachu</span> na Ulicy Śmiertelnego Nokturnu serwowano wspaniałe śniadania po cenach przystępnych nawet dla jego portfela. Zazwyczaj chłopak był oczywiście krytyczny wobec innych osób gotujących. Miał wyrobiony smak – najpierw na potrawach gotowanych przez swoją babcię, potem przez siebie samego. Dlatego przychodził do Rejwachu z nastawieniem z lekka krytycznym. Chciał sprawdzić, czy rzeczywiście ich kucharz gotował tak dobrze jak mawiano.<br />
<br />
Przybył pod restaurację dość wcześnie rano, jeszcze przed pracą. To były właściwie pierwsze godziny otwarcia pubu. Witryna wyróżniała się na tle Nokturnowych domostw, które nie zachęcały nawet do stania w ich pobliżu (a nuż z okna poleci jakaś paskudna klątwa). Chłopak kojarzył, że właściciel dokonał cudu z remontem tego miejsca. Kiedyś stała tu rudera, a teraz przychodzili tu nawet renomowani przedstawiciele Prorokowej redakcji. Jednocześnie miejsce to wydawało się przyjazne ludziom takim jak Henry. Nie dało się poczuć przytłoczenia, jakie objawiało się na przykład podczas bankietu po premierze <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Ekstazy Merlina</span>. Brak wyobcowania był miłą niespodzianką.<br />
<br />
Już sięgał po klamkę, gdy nagle zauważył, że z drugiej strony drzwi ktoś inny już za nią chwytał. Chłopak, chyba niewiele starszy od niego. Henry cofnął więc rękę, by uniknąć niezręcznej sytuacji. Dał nieznajomemu otworzyć drzwi, zrobił krok do tyłu, by go przepuścić.<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Właśnie w tej chwili wszystko trafił szlag.</span><br />
<br />
Kiedy chłopak przechodził obok, w powietrzu rozległ się głośny śmiech. Nie! Chichot. Metaliczny i dzwoniący, nieprzyjemny dla ucha. Coś przed oczami Henry'ego zaczęło migotać, świat przerodził się w amalgamat kolorowych plam, aż w końcu zniknął całkowicie. Chłopak zacisnął mocno powieki. Przypominało to uczucie spadania, które pojawiało się czasem, gdy próbował zasnąć. Jakby duch nie do końca był świadom własnego ciała. A chichot wwiercał mu się w mózg, wprawiał bębenki uszne w dziwaczny, ale nadzwyczaj nieprzyjemny rezonans.<br />
<br />
A potem zamilkł. Henry otworzył oczy i serce podskoczyło mu do gardła. Przed sobą ujrzał kogoś, kogo nigdy by się nie spodziewał ujrzeć, nawet w najbardziej kuriozalnych snach. Stał przed nim: jasnowłosy, blady i podobnie zdezorientowany.<br />
<br />
Patrzył na siebie samego.<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– O kurwa... –</span> zdołał jedynie wydusić.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[05.10.72] Ile za te świeczkę, proszę szanownego pana? | Zachary & Woody]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5664</link>
			<pubDate>Mon, 26 Jan 2026 23:41:23 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=605">Zachary Burke</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5664</guid>
			<description><![CDATA[<p>Wracał z Dziurawego Kotła na piechotę, nie śpiesząc się zanadto. Miał dzisiaj wolne i praca go nie nagliła, a chciał też po drodze zajść do sklepu albo i innego pubu, żeby zmyć z ust ten dziwaczny smak rewolucyjnego grzańca z Kotła. Kiedy jednak wszedł na Nokturn, coś innego przykuło jego uwagę, a mianowicie ogłoszenie które wisiało na Rejwachu. Lubił tę knajpę - była jakaś taka przytulniejsza jak Biały Wiwern. Tam wszyscy cię widzieli i ogólnie wpływało to pozytywnie na siedzenie w kącie w spokoju i sączenie piwa, bo kiedy tylko ktoś stwierdził że wyglądałeś nieodpowiednio, zaraz wszyscy gotowi byli pytać czy miało się problem. W Rejwachu natomiast mieli ducha trubadura, który skutecznie odstraszał co słabszych zawodników.<br />
Ale wracając do ogłoszenia - super limitowana seria świeczek, rarytas po sławetnym Lammas, gdzie ktoś pobił się woskowym przyrodzeniem. Zachary bardzo żałował, że nie chciało mu się przejść na stragany podczas tamtego sabatu i taka okazja przemknęła mu koło nosa. Kiedy więc zobaczył karteluszkę to zaraz pchnął drzwi do lokalu, bo równie dobrze mógł spłukać tego grzańca cienkim piwem z Rejwachu.</p>
<p>- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Panie Tarp</span> - zaczął grzecznie, kiedy miał już przed sobą kufel i właściciela całego przybytku. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Ja wszystko widziałem, dlatego pytam teraz pana poważnie, ile pan by chciał za tę kutasową świeczkę?</span></p>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Wracał z Dziurawego Kotła na piechotę, nie śpiesząc się zanadto. Miał dzisiaj wolne i praca go nie nagliła, a chciał też po drodze zajść do sklepu albo i innego pubu, żeby zmyć z ust ten dziwaczny smak rewolucyjnego grzańca z Kotła. Kiedy jednak wszedł na Nokturn, coś innego przykuło jego uwagę, a mianowicie ogłoszenie które wisiało na Rejwachu. Lubił tę knajpę - była jakaś taka przytulniejsza jak Biały Wiwern. Tam wszyscy cię widzieli i ogólnie wpływało to pozytywnie na siedzenie w kącie w spokoju i sączenie piwa, bo kiedy tylko ktoś stwierdził że wyglądałeś nieodpowiednio, zaraz wszyscy gotowi byli pytać czy miało się problem. W Rejwachu natomiast mieli ducha trubadura, który skutecznie odstraszał co słabszych zawodników.<br />
Ale wracając do ogłoszenia - super limitowana seria świeczek, rarytas po sławetnym Lammas, gdzie ktoś pobił się woskowym przyrodzeniem. Zachary bardzo żałował, że nie chciało mu się przejść na stragany podczas tamtego sabatu i taka okazja przemknęła mu koło nosa. Kiedy więc zobaczył karteluszkę to zaraz pchnął drzwi do lokalu, bo równie dobrze mógł spłukać tego grzańca cienkim piwem z Rejwachu.</p>
<p>- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Panie Tarp</span> - zaczął grzecznie, kiedy miał już przed sobą kufel i właściciela całego przybytku. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Ja wszystko widziałem, dlatego pytam teraz pana poważnie, ile pan by chciał za tę kutasową świeczkę?</span></p>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[20 IX 1972, Ataraxia] Fundamentalne pytanie | Ambrosia & Stanley]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5645</link>
			<pubDate>Wed, 21 Jan 2026 23:04:54 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=216">Stanley Andrew Borgin</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5645</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">20 września 1972, Ataraxia<br />
<span style="font-size: small;" class="mycode_size">Ambrosia McKinnon &amp; Stanley Andrew Borgin</span></div>
<br />
<p>Czy po wydarzeniach z początka września, Borgin wysuwał swój nos gdzieś dalej, niż Głębina? Bardzo rzadko. Prawdę mówiąc to trochę się zaszył i musiał powyjaśniać parę spraw, które gdzieś mu zalegały - trochę na sercu, a trochę na liście obowiązków. Nie mógł jednak długo zwlekać i czym prędzej skupił się na nich do tego stopnia, że nawet ograniczył wizyty w Ataraxii, chociaż był tam częstym bywalcem.</p>
<p>Może nie do końca był klientem, bo przychodził tam w celach czysto społecznych, aby pomóc Rosie, spędzić z nią trochę czasu czy po prostu zgarnąć na obiad, bo tak wypadało. Oczywiście do tego zaliczało się również podnoszenie ciśnienia McKinnon, bo podejmując się współpracy ze Stanleyem, zgadzała się na cały pakiet, który przybywał wraz z nim - od śmiechu, przez łzy, a na zdenerwowaniu kończąc. Wszystko było tak wyważone, aby jednak nie kazała mu się więcej nie pojawiać na jej oczach.</p>
<p>W końcu znalazł trochę wolnego i korzystając z faktu, że Mabon było za pasem, postanowił wpaść w jakieś odwiedziny do Ataraxii. Zostawić prezent, który na jego prośbę przygotował Francis, bo miał dostęp i znajomości z różnymi śmiesznymi produktami z różnych kierunków Europy. Borgin był pełen podziwu dla swojego Czecha, który miał smykałkę do interesu i załatwiał różne ciekawe ciekawostki od swoich kolegów z którymi kiedyś pływał na statkach. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Ten to miał żywot...</span></p>
<p> - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Rosie?</span> - odezwał się po przekroczeniu nieformalnej granicy jaką było tajne przejście w piwnicy, które łączyło <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Ataraxię</span> z <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Głębiną</span>. Stanley nie chciał aby mu tu zeszła na zawał serca jakby miał się zakraść, więc postawił na bezpieczne zakomunikowaniu swojego przybycia.</p>
<p> - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Przyniosłem dary losu</span> - kontynuował swój wywód, pokonując kolejne kroki w poszukiwaniu swojej krewnej - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Mam dla Ciebie prezent na Mabon. Może nie jest to coś szczególnie wyszukanego ale pomyślałem, że może Ci posmakuje. Jakieś zagramaniczne wino</span> - i chciał nawet spróbować przeczytać jego nazwę ale <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Tokaji Aszú</span> było kategorycznie za ciężkie - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Tokażji Aszuuu...?</span> - wzruszył ramionami, łamiąc przy okazji swój język. Miał nadzieję, że Rosie zrozumiała i wie o co chodzi, a jak nie wie o co chodzi, to przeczyta i zrozumie. Borgin nie rozumiał, bo język na butelce był jakimś losowym szlaczkiem literek i dziwnych znaków. Francis coś mówił o jakichś Węgrach ale może chodziło mu o bycie głodnym? Nie do końca go słuchać kiedy to wszystko tłumaczył - krzyżóweczka była ważniejsza.</p>
<p> - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Ty, Rosie. Jeszcze jedno</span> - zwrócił się ponownie do niej, gdziekolwiek była - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">A takie luźne pytanie, nie?</span> - zapytał retorycznie, bo i tak miał zamiar zapytać - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Zbigniew i Zbyszek to jest to samo imię?</span> - dokończył, a jego wzrok mówił, że teraz pytał już całkowicie na serio. Borgin przygryzł nawet wargę, bo jej odpowiedź była na wagę złota w tej chwili...</p>
<p>Istniała szansa, że mógł niekoniecznie poprawnie zrozumieć Francisa i zrobić coś, czego nie powinien był robić... Ale to miało się okazać dopiero za chwilę, bo najpierw należało sprawdzić czy to było to samo imię.</p>
<p>W końcu jaka była możliwość, że na tyłach <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Głębiny</span> leżał jakiś poskładany koleś, który miał coś dostarczyć do tego przybytku, ale się niefortunnie przedstawił? No właśnie - jaka była na to szansa? W teorii niska. W praktyce? No cóż...</p>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">20 września 1972, Ataraxia<br />
<span style="font-size: small;" class="mycode_size">Ambrosia McKinnon &amp; Stanley Andrew Borgin</span></div>
<br />
<p>Czy po wydarzeniach z początka września, Borgin wysuwał swój nos gdzieś dalej, niż Głębina? Bardzo rzadko. Prawdę mówiąc to trochę się zaszył i musiał powyjaśniać parę spraw, które gdzieś mu zalegały - trochę na sercu, a trochę na liście obowiązków. Nie mógł jednak długo zwlekać i czym prędzej skupił się na nich do tego stopnia, że nawet ograniczył wizyty w Ataraxii, chociaż był tam częstym bywalcem.</p>
<p>Może nie do końca był klientem, bo przychodził tam w celach czysto społecznych, aby pomóc Rosie, spędzić z nią trochę czasu czy po prostu zgarnąć na obiad, bo tak wypadało. Oczywiście do tego zaliczało się również podnoszenie ciśnienia McKinnon, bo podejmując się współpracy ze Stanleyem, zgadzała się na cały pakiet, który przybywał wraz z nim - od śmiechu, przez łzy, a na zdenerwowaniu kończąc. Wszystko było tak wyważone, aby jednak nie kazała mu się więcej nie pojawiać na jej oczach.</p>
<p>W końcu znalazł trochę wolnego i korzystając z faktu, że Mabon było za pasem, postanowił wpaść w jakieś odwiedziny do Ataraxii. Zostawić prezent, który na jego prośbę przygotował Francis, bo miał dostęp i znajomości z różnymi śmiesznymi produktami z różnych kierunków Europy. Borgin był pełen podziwu dla swojego Czecha, który miał smykałkę do interesu i załatwiał różne ciekawe ciekawostki od swoich kolegów z którymi kiedyś pływał na statkach. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Ten to miał żywot...</span></p>
<p> - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Rosie?</span> - odezwał się po przekroczeniu nieformalnej granicy jaką było tajne przejście w piwnicy, które łączyło <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Ataraxię</span> z <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Głębiną</span>. Stanley nie chciał aby mu tu zeszła na zawał serca jakby miał się zakraść, więc postawił na bezpieczne zakomunikowaniu swojego przybycia.</p>
<p> - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Przyniosłem dary losu</span> - kontynuował swój wywód, pokonując kolejne kroki w poszukiwaniu swojej krewnej - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Mam dla Ciebie prezent na Mabon. Może nie jest to coś szczególnie wyszukanego ale pomyślałem, że może Ci posmakuje. Jakieś zagramaniczne wino</span> - i chciał nawet spróbować przeczytać jego nazwę ale <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Tokaji Aszú</span> było kategorycznie za ciężkie - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Tokażji Aszuuu...?</span> - wzruszył ramionami, łamiąc przy okazji swój język. Miał nadzieję, że Rosie zrozumiała i wie o co chodzi, a jak nie wie o co chodzi, to przeczyta i zrozumie. Borgin nie rozumiał, bo język na butelce był jakimś losowym szlaczkiem literek i dziwnych znaków. Francis coś mówił o jakichś Węgrach ale może chodziło mu o bycie głodnym? Nie do końca go słuchać kiedy to wszystko tłumaczył - krzyżóweczka była ważniejsza.</p>
<p> - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Ty, Rosie. Jeszcze jedno</span> - zwrócił się ponownie do niej, gdziekolwiek była - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">A takie luźne pytanie, nie?</span> - zapytał retorycznie, bo i tak miał zamiar zapytać - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Zbigniew i Zbyszek to jest to samo imię?</span> - dokończył, a jego wzrok mówił, że teraz pytał już całkowicie na serio. Borgin przygryzł nawet wargę, bo jej odpowiedź była na wagę złota w tej chwili...</p>
<p>Istniała szansa, że mógł niekoniecznie poprawnie zrozumieć Francisa i zrobić coś, czego nie powinien był robić... Ale to miało się okazać dopiero za chwilę, bo najpierw należało sprawdzić czy to było to samo imię.</p>
<p>W końcu jaka była możliwość, że na tyłach <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Głębiny</span> leżał jakiś poskładany koleś, który miał coś dostarczyć do tego przybytku, ale się niefortunnie przedstawił? No właśnie - jaka była na to szansa? W teorii niska. W praktyce? No cóż...</p>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[01.09.72] pyszne ciasto]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5635</link>
			<pubDate>Mon, 19 Jan 2026 23:50:07 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=605">Zachary Burke</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5635</guid>
			<description><![CDATA[Trzeba było wziąć się za siebie i coś upiec. Zachary piekarzem nie był, ani też kucharzem, ani w sumie cukiernikiem, ale to niewiele w jego życiu zmieniało. Był głodny, w lodówce panowała pustka, a do tego skrzat został wysłany za sprawunkami. Pozostawał więc tylko on, piekarnik i pojedyncze składniki, które udało mu się wygrzebać. Dodatkowo, wszystko robił na czuja. Mąka, cukier, jajka, przyprawa do pierników, którą z jakiegoś powodu posiadał w szafce. Wszystko doprawione uczuciami, albo raczej na wyczucie poprzez smakowanie wrażliwymi kubkami smakowymi i do piekarnika, który wreszcie zadzwonił radośnie, zapewniając o tym że zdążył się nagrzać. <br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">//</span> piekę pierniczki rzemiosło  ◉◉○○○<br />
[roll=N]<br />
<br />
Zamknął piec i poszedł robić swoje rzeczy, to jest rozwiązywać krzyżówki. Trochę się chyba zasiedział, bo w pewnym momencie doszedł go obrzydliwy zapach spalenizny, a kiedy wszedł do kuchni i otworzył piekarnik - powitała go wielka czarna chmura, wyciskająca łzy z oczu. <br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">//</span> na klątwę żywiołów bo emocje  ◉◉○○○<br />
[roll=O]<br />
<br />
Poczuł mrowienie i to jak wzburzenie elektryzuje skórę. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Spokojnie Zach, tylko spokojnie, przypomnij sobie te chińskie ćwiczenia oddechowe, których nauczył się Stanley</span>. Wdech wydech, spokój. Był oazą spokoju. Co prawda ze spalonymi ciastkami, ale trudno. Teraz trzeba było wywietrzyć lokal i ruszyć do całodobowego po coś do jedzenia.<br />
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">Koniec sesji</div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Trzeba było wziąć się za siebie i coś upiec. Zachary piekarzem nie był, ani też kucharzem, ani w sumie cukiernikiem, ale to niewiele w jego życiu zmieniało. Był głodny, w lodówce panowała pustka, a do tego skrzat został wysłany za sprawunkami. Pozostawał więc tylko on, piekarnik i pojedyncze składniki, które udało mu się wygrzebać. Dodatkowo, wszystko robił na czuja. Mąka, cukier, jajka, przyprawa do pierników, którą z jakiegoś powodu posiadał w szafce. Wszystko doprawione uczuciami, albo raczej na wyczucie poprzez smakowanie wrażliwymi kubkami smakowymi i do piekarnika, który wreszcie zadzwonił radośnie, zapewniając o tym że zdążył się nagrzać. <br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">//</span> piekę pierniczki rzemiosło  ◉◉○○○<br />
[roll=N]<br />
<br />
Zamknął piec i poszedł robić swoje rzeczy, to jest rozwiązywać krzyżówki. Trochę się chyba zasiedział, bo w pewnym momencie doszedł go obrzydliwy zapach spalenizny, a kiedy wszedł do kuchni i otworzył piekarnik - powitała go wielka czarna chmura, wyciskająca łzy z oczu. <br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">//</span> na klątwę żywiołów bo emocje  ◉◉○○○<br />
[roll=O]<br />
<br />
Poczuł mrowienie i to jak wzburzenie elektryzuje skórę. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Spokojnie Zach, tylko spokojnie, przypomnij sobie te chińskie ćwiczenia oddechowe, których nauczył się Stanley</span>. Wdech wydech, spokój. Był oazą spokoju. Co prawda ze spalonymi ciastkami, ale trudno. Teraz trzeba było wywietrzyć lokal i ruszyć do całodobowego po coś do jedzenia.<br />
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">Koniec sesji</div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[24.09.1972r.] Jak przyszły teść z zięciem poszli do baru || Richard & Baldwin]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5574</link>
			<pubDate>Sun, 04 Jan 2026 16:37:43 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=371">Richard Mulciber</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5574</guid>
			<description><![CDATA[<div class="divek"><div id="dataa" class="mycode_b">24 września 1972 r.<br />
Necronomicon / Bar w Nocturnie</div>
<br />
<p>Minęły dwa dni po rodzinnej kolacji w Rezydencji Mulciber. Zaraz po niej, mógł dnia następnego wrócić do Norwegii. Postanowił zostać jeszcze te kilka dni, aby w miarę możliwości, załatwić dodatkowe kilka spraw. O czym też wspomniał rodzinie, gdy padło pytanie o jego obecność w Anglii. Nie było już tajemnicą, że planował wrócić na norweskie ziemie, choć dom swój miał także w Anglii. Tutaj jednak nic go już nie trzymało. Została jedynie Scarlett, która wracać nie chciała. Jedna ze spraw, była z nią związana. Musiał porozmawiać w końcu z Baldwinem. </p>
<p>Dzisiejszego popołudnia, postanowił zajrzeć do Necronomiconu. Nie bywał tam często. Jedynie ostatnio zdarzyło mu się tylko z powodu śmierci brata. Po ostatnich listach od Lorraine, mógł być tutaj także niezbyt mile widziany. Przypuszczał, ale może błędnie. Zerwanie umowy biznesowej było tak zaskakujące, że nie mógł tej sprawy tak po prostu zostawić. Rozmawiał z Charlesem, co nieco powiedziała o mu o zajściu Scarlett, musiał też poznać wersję Baldwina. Nie mogło to czekać. </p>
<p>Nie zapowiedział swojej wizyty. Odziany w czarny płaszcz, teleportował się na ulice Śmiertelnego Nocturnu, kierując prosto pod drzwi Necronomiconu. Zjawił się w takich godzinach, że powinni jeszcze pracować. Otworzył drzwi i przekroczył próg wchodząc do środka. <a href="https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=2808&amp;pid=84240#pid84240" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">Nie potykając się,</a> gdyż może magiczny próg tego miejsca, miał litość dla panów w jego wieku. </p>
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Dzień dobry.</span><br />
Zakomunikował swoje przybycie, jeżeli ktoś tutaj był i zwrócił uwagę na jego obecność. <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Szukam Baldwina Malfoya. Chciałbym z nim porozmawiać. </span><br />
Przedstawił powód swojej wizyty. Zaznaczając tym samym, że przyszedł bardziej w osobistej sprawie do konkretnej osoby. Choć mógł prosić o rozmowę z Lorraine, uznał, że to może poczekać. Nawet nie mógł być pewnym, czy była by na miejscu. A może też nie chcieć z nim rozmawiać. Z Baldwinem był co prawda priorytet, jako że spotyka się z jego córką i kto wie, czy mieszkają razem. Tak szybko Scarlett przestała wracać do kamienicy, jeszcze przed atakami śmierciożerców. <br />
<br />
<br />
<div style="text-align: right;" class="mycode_align"> <a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=478" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Baldwin Malfoy</a> </div>
<br />
<br />
<span style="font-size: small;" class="mycode_size"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Przewaga: Znajomość półświatka I</span></span></div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div class="divek"><div id="dataa" class="mycode_b">24 września 1972 r.<br />
Necronomicon / Bar w Nocturnie</div>
<br />
<p>Minęły dwa dni po rodzinnej kolacji w Rezydencji Mulciber. Zaraz po niej, mógł dnia następnego wrócić do Norwegii. Postanowił zostać jeszcze te kilka dni, aby w miarę możliwości, załatwić dodatkowe kilka spraw. O czym też wspomniał rodzinie, gdy padło pytanie o jego obecność w Anglii. Nie było już tajemnicą, że planował wrócić na norweskie ziemie, choć dom swój miał także w Anglii. Tutaj jednak nic go już nie trzymało. Została jedynie Scarlett, która wracać nie chciała. Jedna ze spraw, była z nią związana. Musiał porozmawiać w końcu z Baldwinem. </p>
<p>Dzisiejszego popołudnia, postanowił zajrzeć do Necronomiconu. Nie bywał tam często. Jedynie ostatnio zdarzyło mu się tylko z powodu śmierci brata. Po ostatnich listach od Lorraine, mógł być tutaj także niezbyt mile widziany. Przypuszczał, ale może błędnie. Zerwanie umowy biznesowej było tak zaskakujące, że nie mógł tej sprawy tak po prostu zostawić. Rozmawiał z Charlesem, co nieco powiedziała o mu o zajściu Scarlett, musiał też poznać wersję Baldwina. Nie mogło to czekać. </p>
<p>Nie zapowiedział swojej wizyty. Odziany w czarny płaszcz, teleportował się na ulice Śmiertelnego Nocturnu, kierując prosto pod drzwi Necronomiconu. Zjawił się w takich godzinach, że powinni jeszcze pracować. Otworzył drzwi i przekroczył próg wchodząc do środka. <a href="https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=2808&amp;pid=84240#pid84240" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">Nie potykając się,</a> gdyż może magiczny próg tego miejsca, miał litość dla panów w jego wieku. </p>
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Dzień dobry.</span><br />
Zakomunikował swoje przybycie, jeżeli ktoś tutaj był i zwrócił uwagę na jego obecność. <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Szukam Baldwina Malfoya. Chciałbym z nim porozmawiać. </span><br />
Przedstawił powód swojej wizyty. Zaznaczając tym samym, że przyszedł bardziej w osobistej sprawie do konkretnej osoby. Choć mógł prosić o rozmowę z Lorraine, uznał, że to może poczekać. Nawet nie mógł być pewnym, czy była by na miejscu. A może też nie chcieć z nim rozmawiać. Z Baldwinem był co prawda priorytet, jako że spotyka się z jego córką i kto wie, czy mieszkają razem. Tak szybko Scarlett przestała wracać do kamienicy, jeszcze przed atakami śmierciożerców. <br />
<br />
<br />
<div style="text-align: right;" class="mycode_align"> <a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=478" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Baldwin Malfoy</a> </div>
<br />
<br />
<span style="font-size: small;" class="mycode_size"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Przewaga: Znajomość półświatka I</span></span></div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[jesień, 15 września 1972, rejwach]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5527</link>
			<pubDate>Sat, 20 Dec 2025 19:54:55 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=4">Alastor Moody</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5527</guid>
			<description><![CDATA[<div style="text-align: right;" class="mycode_align"><span style="font-size: small;" class="mycode_size"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">|</span> 15 września</span></div>
<br />
Alastor zawsze czuł się dziwnie, kiedy wkraczał na obszar Nokturnu bez żadnego zadania i błyszczącej odznaki przypiętej w odpowiednim miejscu czarnego munduru. Chociaż jego twarz była już w tych rejonach rozpoznawalna, to wciąż - mało miał powodów poza tymi służbowymi, żeby się tutaj zapuszczać. Wieść o powrocie młodego Charles'a do Londynu była jednak wystarczająca, żeby machnął na wszystko ręką. I chociaż nie zamierzał droczyć się z nikim, kto chciałby zajrzeć pod kaptur jego płaszcza, przez większość czasu podróżował z zasłoniętą twarzą. Nikogo tutaj taki zabieg nie dziwił, a... lepiej dla Tarpa, żeby go nikt z jego przybytkiem nie kojarzył.<br />
<br />
Westchnął, po tym jak omal nie wyrżnął czołem o framugę drzwi wejściowych.<br />
<br />
Skłamałby mówiąc, że bywał tu często... musiał więc głęboko zastanowić się nad tym, gdzie w ogóle może podziewać się chłopak. To też nie tak, że umówili się na czekanie na siebie w wejściu? Zbliżył się więc do kontuaru, nawet jeśli akurat dzisiaj nie zamierzał nic pić.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div style="text-align: right;" class="mycode_align"><span style="font-size: small;" class="mycode_size"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">|</span> 15 września</span></div>
<br />
Alastor zawsze czuł się dziwnie, kiedy wkraczał na obszar Nokturnu bez żadnego zadania i błyszczącej odznaki przypiętej w odpowiednim miejscu czarnego munduru. Chociaż jego twarz była już w tych rejonach rozpoznawalna, to wciąż - mało miał powodów poza tymi służbowymi, żeby się tutaj zapuszczać. Wieść o powrocie młodego Charles'a do Londynu była jednak wystarczająca, żeby machnął na wszystko ręką. I chociaż nie zamierzał droczyć się z nikim, kto chciałby zajrzeć pod kaptur jego płaszcza, przez większość czasu podróżował z zasłoniętą twarzą. Nikogo tutaj taki zabieg nie dziwił, a... lepiej dla Tarpa, żeby go nikt z jego przybytkiem nie kojarzył.<br />
<br />
Westchnął, po tym jak omal nie wyrżnął czołem o framugę drzwi wejściowych.<br />
<br />
Skłamałby mówiąc, że bywał tu często... musiał więc głęboko zastanowić się nad tym, gdzie w ogóle może podziewać się chłopak. To też nie tak, że umówili się na czekanie na siebie w wejściu? Zbliżył się więc do kontuaru, nawet jeśli akurat dzisiaj nie zamierzał nic pić.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[30.11.1972] Zima na ramiona moje spadła niewinnością białym śniegiem]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5515</link>
			<pubDate>Wed, 17 Dec 2025 23:57:37 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=316">Lorraine Malfoy</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5515</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">Ulica Śmiertelnego Nokturnu, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Necronomicon</span></div>
<br />
Wystarczyło tylko kilka kropel <a href="https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5420&amp;pid=81327#pid81327" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">uwarzonego przez Flinta eliksiru na bezsenność</a> wpuszczonych do kojącej nerwy herbatki ziołowej. Już po pierwszym łyczku Lorraine zaczęły kleić się oczy. Po drugim, zaczęła cieszyć się, że naszykowała sobie kąpiel zanim zażyła lek. Po trzecim, odstawiła filiżankę na niewielką półkę obok wypełnionej wodą wanny, rozlewając przy tym nieco herbaty na niedopasowany spodeczek. <br />
<br />
Zrzuciła z siebie koszulę nocną. Zasnęła, ledwie zanurzyła się w gorącej wodzie.<br />
<br />
Śniła o ptakach.<br />
<br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align">–––</div>
<br />
<span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Pierwszy śnieg "gołębi", ale szyję ziębi</span></span>,  wyrzekła pouczającym tonem Rachel, delikatnie strzepując śnieżynki z kołnierza płaszcza kroczącej obok Helloise. Napominała pieszczotliwie, z tą czułą, macierzyńską niemal pobłażliwością, jaką przybiera się wobec dziatwy, aby przed wyjściem na dwór nie zapomniała o nałożeniu czapek i szalików. Napominała i ją, i Lorraine, bo chociaż obie dawno już przestały być dziećmi, w oczach starej ghoulki, która przeżyła już osiem czarodziejskich żyć, niczym nie różniły się od płateczków świeżego śniegu, który zaczął sypać z nieba. Śnieg zaskoczył je w drodze, kiedy wracały wspólnie z porannej próby chóru. Żadna z nich nie przyodziała się więc cieplej, nie spodziewały się bowiem ochłodzenia, które było przepowiadane dopiero na następny tydzień. A jednak pogrążona we śnie Lorraine nie czuła chłodu. Nie gdy śniła o śniegu delikatnym jak puch wyrwany z opustoszałego gniazda. Jego białe, lekkie płatki szybowały niepewnie w powietrzu, roztapiając się, ledwie dotknęły ziemi. Jak ptaki, które dopiero uczą się latać, kierowane instynktem nakazującym uciekać w cieplejsze rejony. Helloise potrafiła wspaniale naśladować ich odgłosy. Z gardła jej dobywały się śpiewne trele i skrzekliwe melodie. Potrafiła kląskać jak słowik i gruchać jak gołębica, którą niosła w klatce Rachela. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Dlaczego akurat gołębica</span>, zaczęła zastanawiać się Lorraine, ale jej myśli szybko skłębiły się jak ptaki. Nie myślała o wypchanej synogarlicy stojącej w głównej sali <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Necronomiconu</span>. Zamiast tego odchyliła głowę do tyłu, nieświadomie naśladując w tym starszą kuzynkę. Obie równocześnie niemal wystawiły języki, żeby posmakować pierwszych płatków śniegu w dziecięcym przyzwyczajeniu. Lorraine zaśmiała się cicho, a potem pozwoliła opaść powiekom. Przez chwilę po prostu rozkoszowała się zimą na języku, chłodnym wiatrem wiejącym prosto w twarz. Mrozem osiadającym szadzią na rzęsach, brwiach i włosach. W przeciwieństwie do Helloise otworzyła w końcu oczy, aby rozejrzeć się wokoło. Rozglądała się ukradkiem, jak gdyby obawiała się, że mogły kogoś zgorszyć swymi dziewczęcymi psotami. Choć otworzyła oczy, nie obudziła się, lecz śniła dalej. <br />
<br />
<span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Drugi śnieg "wroni", szybko go zgoni.</span></span> Poleży kilka dni i stopnieje. Kilka dni, może trzy, może pięć. Dość, by przykryć brud i błoto pokrywające ulice. Dość by przyzwolić na chwilę zapomnienia o jesiennej plusze, nie dość jednak, by przynieść zimę. To był dopiero sen o zimie, sen, z którego wybudzało ją ostre białe światło rozszczepione w okiennej ramie. Lorraine stała w oknie zakładu pogrzebowego na Nokturnie i wyglądała na zaśnieżoną ulicę. Gdy jednak odwróciła się plecami do okna, nie zobaczyła znajomego wnętrza <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Necronomiconu</span>, lecz bibliotekę w <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Malfoy Manor</span>. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">"Sanctimonia vincet semper"</span>, tak głosiła łacińska sentencja wyszyta srebrną nicią na wiszącym przed wejściem gobelinie. Gobelinie, który przedstawiał drzewo genealogiczne rodu Malfoy. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Czystość zawsze zwycięży.</span> Lorraine kluczyła dłuższą chwilę między regałami, szukając książek o tematyce przyrodniczej, które lubiła czytać w dzieciństwie. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Drugi śnieg "wroni", szybko go zgoni...</span>, powtarzała w myślach, przesuwając palcem po zakurzonej półce, dopóki nie natrafiła na atlas ptaków. Wrona była mądrym ptakiem. Ptakiem z pogranicza światów. Niektórzy widzieli w jego czarnych skrzydłach niefortunną wróżbę. Lorraine widziała ptaka który wie, jak przeżyć zimę. Jak znieść głód, jak przetrwać pośród śnieżnej zamieci. <br />
<br />
<span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">A trzeci śnieg, "sroczy"</span>... Ach, ten. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Ten, który przytłoczy.</span></span> Wychodząc z <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Necronomiconu</span>, Lorraine musiała aż zmrużyć oczy, przytłoczona jego śnieżnobiałym blaskiem. Sroka, ptak kradnący wszystko, co błyszczy, tak jak błyszczący bielą śnieg skradł świat dla siebie. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Nastała wreszcie zima.</span> Lorraine puściła rączkę Fridy, żeby ta mogła pobiec do czekającej już na nią dzieciarni i pobawić się w śniegu, porzucać śnieżkami, a może wspólnie zbudować śniegowy fort. Zamierzała przypatrywać się temu wszystkiemu z boku, chcąc dać dziecku nieco swobody, a jednak stale mieć je na oku. Frida wiedziała, że nie wolno jej odbiegać zbyt daleko od domu, ale Lorraine i tak nie byłaby w stanie ruszyć się od okna, gdyby wypuściła ją na ulicę samą. Widziała poruszające się w oknach firanki, gdy inne matki zerkały, czy wszystko z ich malcami wszystko w porządku, mimo że wcześniej surowo przykazały starszakom, żeby pilnowały młodszego rodzeństwa. Może i Lorraine bywała nieco nadopiekuńcza względem Fridy. Wbrew jej obaw, dziewczynka świetnie odnajdywała się w towarzystwie innych dzieci. Wiedziała, że na Nokturnie była bezpieczna, ale... Wciąż była dzieckiem. A Lorraine wciąż uczyła się, jak być matką. Zachęciła córeczkę skinieniem głowy, żeby dołączyła do koleżanek i kolegów, ale mała ghoulka, zamiast puścić jej dłoń, splotła na nowo swe malutkie paluszki z palcami Lorraine. Podniosła prosząco główkę, patrząc na półwilę wyczekująco. Nadęła nawet zabawnie swe pyzate policzki, jak gdyby chciała z oburzeniem zawołać, "no co ty, mama". Nie potrzebowała wielu słów, żeby zademonstrować, że bliska jest obrażenia się. Rozpogodziła się jednak, gdy Lorraine przyklękła obok, aby czule poprawić opatulający dziecinę wełniany szal. Policzki Fridy powoli czerwieniły się na mrozie, bo w jej żyłach wciąż płynęła przecież krew. Nie mogła odczuwać bólu, zmiany temperatury również nie były jej strasznymi... A jednak fizjologiczne reakcje organizmu pozostały zachowane, jedynie nieuświadomione. Może i nie czuła zimna, ale zdążyła nabawić się odmrożeń zanim Baldwin przyniósł ją na ramionach do <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Necronomiconu</span> w zeszłoroczne Yule. Ocalił błąkającą się po ulicach niewinną istotkę, dziecię brutalnie odtrącone od łona Matki. Być może tyle wystarczyło do zbawienia. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Jedna zagubiona ghoulka.</span> Może tyle wystarczyło, aby zbawić ich oboje. Oczy Fridy, wielkie i czujne, śledziły opadające płatki śniegu z uwagą niemal nabożną, jak gdyby próbowała zapamiętać kształt każdego z osobna, zanim dotknie ziemi i przestanie istnieć. Jak gdyby każda śnieżynka była znakiem od Matki. Każdy oddech dobywający się z rozchylonych w zachwycie usteczek zamieniał się w obłoczek pary. Spod kaptura, nasuniętego głęboko na głowę, wymykały się niesforne kosmyki włosów, przyprószone śniegiem niczym cukrem pudrem, kontrastujące z ciemniejszą czapką, ręcznie dzierganą, o pół rozmiaru za dużą, bo Lorraine wolała, żeby było jej za ciepło niż za chłodno. Szalik – wełniany, ciężki, o gęstym splocie – owinęła wokół szyi dziewczynki kilkukrotnie, tak, aby Frida mogła schować się za nim jak za zasłoną, gdy tylko wiatr stawał się zbyt natarczywy. Szczelnie opatulona w kilka warstw ubrań, owinięta troską jak szalikiem przez uczących się dopiero dorosłości dorosłych, którzy bali się o nią bardziej, niż ona sama potrafiła się bać, ghoulka bawiła się w śniegu. Bawiły się więc we dwie. Bo choć sroczy śnieg skradł resztę świata dla siebie, Lorraine nie pozwalała mu skraść Fridy. Z jej pomocą ulepiła cztery kule śniegowe. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Po jednej dla każdego z nas</span>, wyjaśniła cierpliwie Fridzie, a że złapała ją zadyszka, przyklęknęła na chwilę obok, żeby móc złapać powietrza. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Dla ciebie, dla Baldwina, dla Scarlett, i dla mnie.</span> Śnieg padał, a pałac powstawał. Na początku Lorraine myślała, że wznosi Malfoy Manor ze wszystkimi jego skrzydłami. Oto była bowiem sala balowa oraz sąsiadujące z nią bawialnia i pomniejszy salonik, obok natomiast uplasowała się jadalnia, i biblioteka, z której balkonów rozciągał się widok na rozległe ogrody otaczające rodową posiadłość. A jednak gdyby spojrzeć na wznoszoną przez Lorraine budowlę pod innym kątem, dostrzegłoby się raczej podobieństwo do domu, w którym przyszła na świat. Domu jej dzieciństwa, posiadłości zwanej Białym Sadem, ze względu na wiekowe jabłonie, śliwy i grusze, porastające okoliczne tereny. Szybko jednak śnieżny zamek zaczął przypominać raczej wizję wyjętą spomiędzy kart książki z bajkami, ze wszystkimi jego dziedzińcami, krętymi schodami i wieżami. Jadeitowy pałac, do którego prowadziła droga wysadzaną szmaragdami. Zamiast jadeitu, był jednak lód. Zamiast szmaragdów, kryształy z potrzaskanych sopli, zwieszających się z dachów. <br />
Rękawiczki Lorraine pokrywała warstwa śniegu, ręce i różowe od zimna policzki szczypał lekko mróz, czuła, że nasypało jej się śniegu do butów... Ale to wszystko nie było ważne, nie, ważny był tylko śnieżny pałac, który wznosił się wciąż wyżej i wyżej. Tylko że pałac nie był już pałacem, zdała sobie sprawę Lorraine, zdejmując rękawiczki, żeby spierzchniętymi, drżącymi od zimna palcami dotknąć strzelistych wieżyczek sięgających nieba. <br />
W sercu pokrytego śniegiem Nokturnu wznosiła się bowiem świątynia. <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">"Ty jesteś świątynią pośród śniegów"</span>, usłyszała szept niesiony zimnym wiatrem. Odwróciła się, po to tylko, żeby zobaczyć, jak Frida biegnie przez śnieg w stronę nadchodzącego Baldwina. Oczywiście nie założył cieplejszego płaszcza, pomyślała niezadowolona Lorraine, patrząc, jak brat nieudolnie kryje się za podniesionym na sztorc kołnierzem jesiennego palta. Podniosła się z klęczek, otrzepując suknie ze śniegu, żeby wspólnie z Fridą wyjść mu na powitanie. <br />
<br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align">–––</div>
<br />
Obudziła się z westchnieniem, czując, jak Maeve odgarnia jej mokre włosy z twarzy, żeby odcisnąć na czole całusa na pobudkę. Wiedziała, że potrzebuje tego, aby uspokoić rozbiegane myśli. Pocałunki w tym miejscu miały według tradycyjnej medycyny chińskiej właściwości lecznicze, a przynajmniej tak utrzymywała Lorraine, która pocałunków Maeve domagała się bardzo często. Jeśli kłamstwem mogła zapewnić sobie jeszcze więcej jej uwagi... Ukochana uśmiechała się na to z czułością przemieszaną z rozbawieniem. I bez tych pokrętnych wybiegów gotowa była przecież spełnić zachciankę zaspanej półwili, która uwiesiła się na jej szyi i nie puszczała, jak gdyby chciała wciągnąć ją w mydliny. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Jak długo spałam?</span>, zaczęła się zastanawiać Lorraine, nie zważając na podany przez Maeve ręcznik.<br />
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Śniłam o ptakach</span> – wymruczała jej do ucha – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">dopóki ukochana ptaszyna nie spłynęła prosto na moje ramiona. Co mi powiesz, ranny ptaszku?</span> – Nachylając się, żeby pocałować klęczącą obok wanny Maeve, nakryła ją swoimi długimi włosami, z których wciąż ściekała woda, jak gdyby mogła w ten sposób podzielić się z ukochaną zaplątanymi w nich snami. <br />
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">Koniec sesji</div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">Ulica Śmiertelnego Nokturnu, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Necronomicon</span></div>
<br />
Wystarczyło tylko kilka kropel <a href="https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5420&amp;pid=81327#pid81327" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">uwarzonego przez Flinta eliksiru na bezsenność</a> wpuszczonych do kojącej nerwy herbatki ziołowej. Już po pierwszym łyczku Lorraine zaczęły kleić się oczy. Po drugim, zaczęła cieszyć się, że naszykowała sobie kąpiel zanim zażyła lek. Po trzecim, odstawiła filiżankę na niewielką półkę obok wypełnionej wodą wanny, rozlewając przy tym nieco herbaty na niedopasowany spodeczek. <br />
<br />
Zrzuciła z siebie koszulę nocną. Zasnęła, ledwie zanurzyła się w gorącej wodzie.<br />
<br />
Śniła o ptakach.<br />
<br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align">–––</div>
<br />
<span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Pierwszy śnieg "gołębi", ale szyję ziębi</span></span>,  wyrzekła pouczającym tonem Rachel, delikatnie strzepując śnieżynki z kołnierza płaszcza kroczącej obok Helloise. Napominała pieszczotliwie, z tą czułą, macierzyńską niemal pobłażliwością, jaką przybiera się wobec dziatwy, aby przed wyjściem na dwór nie zapomniała o nałożeniu czapek i szalików. Napominała i ją, i Lorraine, bo chociaż obie dawno już przestały być dziećmi, w oczach starej ghoulki, która przeżyła już osiem czarodziejskich żyć, niczym nie różniły się od płateczków świeżego śniegu, który zaczął sypać z nieba. Śnieg zaskoczył je w drodze, kiedy wracały wspólnie z porannej próby chóru. Żadna z nich nie przyodziała się więc cieplej, nie spodziewały się bowiem ochłodzenia, które było przepowiadane dopiero na następny tydzień. A jednak pogrążona we śnie Lorraine nie czuła chłodu. Nie gdy śniła o śniegu delikatnym jak puch wyrwany z opustoszałego gniazda. Jego białe, lekkie płatki szybowały niepewnie w powietrzu, roztapiając się, ledwie dotknęły ziemi. Jak ptaki, które dopiero uczą się latać, kierowane instynktem nakazującym uciekać w cieplejsze rejony. Helloise potrafiła wspaniale naśladować ich odgłosy. Z gardła jej dobywały się śpiewne trele i skrzekliwe melodie. Potrafiła kląskać jak słowik i gruchać jak gołębica, którą niosła w klatce Rachela. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Dlaczego akurat gołębica</span>, zaczęła zastanawiać się Lorraine, ale jej myśli szybko skłębiły się jak ptaki. Nie myślała o wypchanej synogarlicy stojącej w głównej sali <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Necronomiconu</span>. Zamiast tego odchyliła głowę do tyłu, nieświadomie naśladując w tym starszą kuzynkę. Obie równocześnie niemal wystawiły języki, żeby posmakować pierwszych płatków śniegu w dziecięcym przyzwyczajeniu. Lorraine zaśmiała się cicho, a potem pozwoliła opaść powiekom. Przez chwilę po prostu rozkoszowała się zimą na języku, chłodnym wiatrem wiejącym prosto w twarz. Mrozem osiadającym szadzią na rzęsach, brwiach i włosach. W przeciwieństwie do Helloise otworzyła w końcu oczy, aby rozejrzeć się wokoło. Rozglądała się ukradkiem, jak gdyby obawiała się, że mogły kogoś zgorszyć swymi dziewczęcymi psotami. Choć otworzyła oczy, nie obudziła się, lecz śniła dalej. <br />
<br />
<span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Drugi śnieg "wroni", szybko go zgoni.</span></span> Poleży kilka dni i stopnieje. Kilka dni, może trzy, może pięć. Dość, by przykryć brud i błoto pokrywające ulice. Dość by przyzwolić na chwilę zapomnienia o jesiennej plusze, nie dość jednak, by przynieść zimę. To był dopiero sen o zimie, sen, z którego wybudzało ją ostre białe światło rozszczepione w okiennej ramie. Lorraine stała w oknie zakładu pogrzebowego na Nokturnie i wyglądała na zaśnieżoną ulicę. Gdy jednak odwróciła się plecami do okna, nie zobaczyła znajomego wnętrza <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Necronomiconu</span>, lecz bibliotekę w <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Malfoy Manor</span>. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">"Sanctimonia vincet semper"</span>, tak głosiła łacińska sentencja wyszyta srebrną nicią na wiszącym przed wejściem gobelinie. Gobelinie, który przedstawiał drzewo genealogiczne rodu Malfoy. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Czystość zawsze zwycięży.</span> Lorraine kluczyła dłuższą chwilę między regałami, szukając książek o tematyce przyrodniczej, które lubiła czytać w dzieciństwie. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Drugi śnieg "wroni", szybko go zgoni...</span>, powtarzała w myślach, przesuwając palcem po zakurzonej półce, dopóki nie natrafiła na atlas ptaków. Wrona była mądrym ptakiem. Ptakiem z pogranicza światów. Niektórzy widzieli w jego czarnych skrzydłach niefortunną wróżbę. Lorraine widziała ptaka który wie, jak przeżyć zimę. Jak znieść głód, jak przetrwać pośród śnieżnej zamieci. <br />
<br />
<span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">A trzeci śnieg, "sroczy"</span>... Ach, ten. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Ten, który przytłoczy.</span></span> Wychodząc z <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Necronomiconu</span>, Lorraine musiała aż zmrużyć oczy, przytłoczona jego śnieżnobiałym blaskiem. Sroka, ptak kradnący wszystko, co błyszczy, tak jak błyszczący bielą śnieg skradł świat dla siebie. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Nastała wreszcie zima.</span> Lorraine puściła rączkę Fridy, żeby ta mogła pobiec do czekającej już na nią dzieciarni i pobawić się w śniegu, porzucać śnieżkami, a może wspólnie zbudować śniegowy fort. Zamierzała przypatrywać się temu wszystkiemu z boku, chcąc dać dziecku nieco swobody, a jednak stale mieć je na oku. Frida wiedziała, że nie wolno jej odbiegać zbyt daleko od domu, ale Lorraine i tak nie byłaby w stanie ruszyć się od okna, gdyby wypuściła ją na ulicę samą. Widziała poruszające się w oknach firanki, gdy inne matki zerkały, czy wszystko z ich malcami wszystko w porządku, mimo że wcześniej surowo przykazały starszakom, żeby pilnowały młodszego rodzeństwa. Może i Lorraine bywała nieco nadopiekuńcza względem Fridy. Wbrew jej obaw, dziewczynka świetnie odnajdywała się w towarzystwie innych dzieci. Wiedziała, że na Nokturnie była bezpieczna, ale... Wciąż była dzieckiem. A Lorraine wciąż uczyła się, jak być matką. Zachęciła córeczkę skinieniem głowy, żeby dołączyła do koleżanek i kolegów, ale mała ghoulka, zamiast puścić jej dłoń, splotła na nowo swe malutkie paluszki z palcami Lorraine. Podniosła prosząco główkę, patrząc na półwilę wyczekująco. Nadęła nawet zabawnie swe pyzate policzki, jak gdyby chciała z oburzeniem zawołać, "no co ty, mama". Nie potrzebowała wielu słów, żeby zademonstrować, że bliska jest obrażenia się. Rozpogodziła się jednak, gdy Lorraine przyklękła obok, aby czule poprawić opatulający dziecinę wełniany szal. Policzki Fridy powoli czerwieniły się na mrozie, bo w jej żyłach wciąż płynęła przecież krew. Nie mogła odczuwać bólu, zmiany temperatury również nie były jej strasznymi... A jednak fizjologiczne reakcje organizmu pozostały zachowane, jedynie nieuświadomione. Może i nie czuła zimna, ale zdążyła nabawić się odmrożeń zanim Baldwin przyniósł ją na ramionach do <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Necronomiconu</span> w zeszłoroczne Yule. Ocalił błąkającą się po ulicach niewinną istotkę, dziecię brutalnie odtrącone od łona Matki. Być może tyle wystarczyło do zbawienia. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Jedna zagubiona ghoulka.</span> Może tyle wystarczyło, aby zbawić ich oboje. Oczy Fridy, wielkie i czujne, śledziły opadające płatki śniegu z uwagą niemal nabożną, jak gdyby próbowała zapamiętać kształt każdego z osobna, zanim dotknie ziemi i przestanie istnieć. Jak gdyby każda śnieżynka była znakiem od Matki. Każdy oddech dobywający się z rozchylonych w zachwycie usteczek zamieniał się w obłoczek pary. Spod kaptura, nasuniętego głęboko na głowę, wymykały się niesforne kosmyki włosów, przyprószone śniegiem niczym cukrem pudrem, kontrastujące z ciemniejszą czapką, ręcznie dzierganą, o pół rozmiaru za dużą, bo Lorraine wolała, żeby było jej za ciepło niż za chłodno. Szalik – wełniany, ciężki, o gęstym splocie – owinęła wokół szyi dziewczynki kilkukrotnie, tak, aby Frida mogła schować się za nim jak za zasłoną, gdy tylko wiatr stawał się zbyt natarczywy. Szczelnie opatulona w kilka warstw ubrań, owinięta troską jak szalikiem przez uczących się dopiero dorosłości dorosłych, którzy bali się o nią bardziej, niż ona sama potrafiła się bać, ghoulka bawiła się w śniegu. Bawiły się więc we dwie. Bo choć sroczy śnieg skradł resztę świata dla siebie, Lorraine nie pozwalała mu skraść Fridy. Z jej pomocą ulepiła cztery kule śniegowe. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Po jednej dla każdego z nas</span>, wyjaśniła cierpliwie Fridzie, a że złapała ją zadyszka, przyklęknęła na chwilę obok, żeby móc złapać powietrza. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Dla ciebie, dla Baldwina, dla Scarlett, i dla mnie.</span> Śnieg padał, a pałac powstawał. Na początku Lorraine myślała, że wznosi Malfoy Manor ze wszystkimi jego skrzydłami. Oto była bowiem sala balowa oraz sąsiadujące z nią bawialnia i pomniejszy salonik, obok natomiast uplasowała się jadalnia, i biblioteka, z której balkonów rozciągał się widok na rozległe ogrody otaczające rodową posiadłość. A jednak gdyby spojrzeć na wznoszoną przez Lorraine budowlę pod innym kątem, dostrzegłoby się raczej podobieństwo do domu, w którym przyszła na świat. Domu jej dzieciństwa, posiadłości zwanej Białym Sadem, ze względu na wiekowe jabłonie, śliwy i grusze, porastające okoliczne tereny. Szybko jednak śnieżny zamek zaczął przypominać raczej wizję wyjętą spomiędzy kart książki z bajkami, ze wszystkimi jego dziedzińcami, krętymi schodami i wieżami. Jadeitowy pałac, do którego prowadziła droga wysadzaną szmaragdami. Zamiast jadeitu, był jednak lód. Zamiast szmaragdów, kryształy z potrzaskanych sopli, zwieszających się z dachów. <br />
Rękawiczki Lorraine pokrywała warstwa śniegu, ręce i różowe od zimna policzki szczypał lekko mróz, czuła, że nasypało jej się śniegu do butów... Ale to wszystko nie było ważne, nie, ważny był tylko śnieżny pałac, który wznosił się wciąż wyżej i wyżej. Tylko że pałac nie był już pałacem, zdała sobie sprawę Lorraine, zdejmując rękawiczki, żeby spierzchniętymi, drżącymi od zimna palcami dotknąć strzelistych wieżyczek sięgających nieba. <br />
W sercu pokrytego śniegiem Nokturnu wznosiła się bowiem świątynia. <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">"Ty jesteś świątynią pośród śniegów"</span>, usłyszała szept niesiony zimnym wiatrem. Odwróciła się, po to tylko, żeby zobaczyć, jak Frida biegnie przez śnieg w stronę nadchodzącego Baldwina. Oczywiście nie założył cieplejszego płaszcza, pomyślała niezadowolona Lorraine, patrząc, jak brat nieudolnie kryje się za podniesionym na sztorc kołnierzem jesiennego palta. Podniosła się z klęczek, otrzepując suknie ze śniegu, żeby wspólnie z Fridą wyjść mu na powitanie. <br />
<br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align">–––</div>
<br />
Obudziła się z westchnieniem, czując, jak Maeve odgarnia jej mokre włosy z twarzy, żeby odcisnąć na czole całusa na pobudkę. Wiedziała, że potrzebuje tego, aby uspokoić rozbiegane myśli. Pocałunki w tym miejscu miały według tradycyjnej medycyny chińskiej właściwości lecznicze, a przynajmniej tak utrzymywała Lorraine, która pocałunków Maeve domagała się bardzo często. Jeśli kłamstwem mogła zapewnić sobie jeszcze więcej jej uwagi... Ukochana uśmiechała się na to z czułością przemieszaną z rozbawieniem. I bez tych pokrętnych wybiegów gotowa była przecież spełnić zachciankę zaspanej półwili, która uwiesiła się na jej szyi i nie puszczała, jak gdyby chciała wciągnąć ją w mydliny. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Jak długo spałam?</span>, zaczęła się zastanawiać Lorraine, nie zważając na podany przez Maeve ręcznik.<br />
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Śniłam o ptakach</span> – wymruczała jej do ucha – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">dopóki ukochana ptaszyna nie spłynęła prosto na moje ramiona. Co mi powiesz, ranny ptaszku?</span> – Nachylając się, żeby pocałować klęczącą obok wanny Maeve, nakryła ją swoimi długimi włosami, z których wciąż ściekała woda, jak gdyby mogła w ten sposób podzielić się z ukochaną zaplątanymi w nich snami. <br />
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">Koniec sesji</div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[Jesień, 2 X 1972, Rejwach] but the Thyme is Cumin]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5514</link>
			<pubDate>Wed, 17 Dec 2025 23:26:38 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=522">Lewis McKinnon</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5514</guid>
			<description><![CDATA[<p>Tego dnia Lewis planował nowy przepis na świąteczne pieczone. Chociaż czasu było jeszcze bardzo dużo, to nie dla niego. Do świątecznych potraw i tego, co może zaoferować Rejwach na Samhain czy Yule, podchodził zawsze z wcześniejszymi szerokimi planami, bo należało jeszcze przepisy przemnożyć razy wiele zamówień, ogłosić zbieranie ich dla tych, którzy chcieliby odebrać je jedynie i zjeść z rodziną w domu. W przypadku rodzin pracujących, jak większość Nokturnu, było to dość praktyczne rozwiązanie, zwłaszcza że Rejwach serwował klasyczne dania ze szczyptą fantazji, a nie jakieś zagraniczne wymysły.</p>
<p>Kaczka w pomarańczach siedziała w piecu już od jakiegoś czasu. To był akurat przepis na posiłek dla Rejwachowców, nie dla wszystkich pozostałych, pomarańcze były niezwykle drogimi owocami, jak zresztą wszystkie zimową porą. </p>
<p> Zajął się sosem, którego później narobi cały wielki kociołek, zawekuje i będzie sprzedawał do mięsiwa. Posiekane szalotki i czosnek smażył na patelni, aż pięknie skwierczało, po czym dodał tymianek oraz czerwone wino, które otwarte znalazł w spiżarni i żal mu było, aby zwietrzało. Wyglądało na droższe niż to, co zwykle serwowano, ale to już nie był jego problem, nigdzie nie było napisane, żeby nie ruszać. Dodajemy tymianek i wino. Mieszał zawzięcie, aż sos zmienił konsystencję na bardziej kleistą i dodał rozgniecioną wcześniej żurawinę. Spróbował na łyżeczce.</p>
<br />
Rzemiosło ◉◉◉○○: Gotowanie (II)<br />
[roll=Z]<br />
<br />
<p> Odetchnął. Nie przesadził z ziołami, nie było gorzkie. Idealnie. </p>
<p> — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> Pomoże mi ktoś przetrzeć to przez sitko? Muszę sprawdzić, co z kaczką.</span></p>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Tego dnia Lewis planował nowy przepis na świąteczne pieczone. Chociaż czasu było jeszcze bardzo dużo, to nie dla niego. Do świątecznych potraw i tego, co może zaoferować Rejwach na Samhain czy Yule, podchodził zawsze z wcześniejszymi szerokimi planami, bo należało jeszcze przepisy przemnożyć razy wiele zamówień, ogłosić zbieranie ich dla tych, którzy chcieliby odebrać je jedynie i zjeść z rodziną w domu. W przypadku rodzin pracujących, jak większość Nokturnu, było to dość praktyczne rozwiązanie, zwłaszcza że Rejwach serwował klasyczne dania ze szczyptą fantazji, a nie jakieś zagraniczne wymysły.</p>
<p>Kaczka w pomarańczach siedziała w piecu już od jakiegoś czasu. To był akurat przepis na posiłek dla Rejwachowców, nie dla wszystkich pozostałych, pomarańcze były niezwykle drogimi owocami, jak zresztą wszystkie zimową porą. </p>
<p> Zajął się sosem, którego później narobi cały wielki kociołek, zawekuje i będzie sprzedawał do mięsiwa. Posiekane szalotki i czosnek smażył na patelni, aż pięknie skwierczało, po czym dodał tymianek oraz czerwone wino, które otwarte znalazł w spiżarni i żal mu było, aby zwietrzało. Wyglądało na droższe niż to, co zwykle serwowano, ale to już nie był jego problem, nigdzie nie było napisane, żeby nie ruszać. Dodajemy tymianek i wino. Mieszał zawzięcie, aż sos zmienił konsystencję na bardziej kleistą i dodał rozgniecioną wcześniej żurawinę. Spróbował na łyżeczce.</p>
<br />
Rzemiosło ◉◉◉○○: Gotowanie (II)<br />
[roll=Z]<br />
<br />
<p> Odetchnął. Nie przesadził z ziołami, nie było gorzkie. Idealnie. </p>
<p> — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> Pomoże mi ktoś przetrzeć to przez sitko? Muszę sprawdzić, co z kaczką.</span></p>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[26.09.1972] Tym razem nie dodamy do niczego łyżeczki mugolaka]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5491</link>
			<pubDate>Mon, 15 Dec 2025 19:27:43 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=316">Lorraine Malfoy</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5491</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">Ulica Śmiertelnego Nokturnu, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Necronomicon</span></div>
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Co to znaczy "dodaj tyle mąki, ile podpowiada ci serce"?</span> – spytała Lorraine, wpatrując się nienawistnie w przepis, który wygrzebała z jednego ze starych numerów <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Czarownicy</span>. Brwi miała ściągnięte w skupieniu, od kilku minut analizowała bowiem zawartość rubryki kulinarnej babuszki Barbrey, próbując wyłuskać z tekstu informację na temat dokładnych proporcji, w jakich należało zmieszać ze sobą składniki, aby przygotować swojskie ciasto piernikowe. Widać było po niej, że jest sfrustrowana. Przedzierała się przez kolejne pokolenia w drzewie genealogicznym babuszki Barbrey. Przez opowieści o tym, jak to przepis na pierniczki przekazany został po kryjomu jej matce przez cioteczną siostrę żony przyrodniego brata jej dziadka, która ukradła z kolei przepis samej Babie Jadze... A przynajmniej tak twierdziła Barbrey. Z tego co Lorraine zdążyła jednak wyczytać z jej przepisu, babuszka miała niezłą skłonność do konfabulacji i upiększania rzeczywistości. Wszystko w jej przepisie było "na oko" i "do smaku". Brakowało tam jakichkolwiek konkretów, a za system miar i wag służyły tam słowa takie jak "szczypta", "nieco", i "szczodrze". Lorraine stała więc wsparta o wypolerowany na błysk drewniany blat skromnej kuchni na tyłach <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Necronomiconu</span>, na osobnej kartce papieru zapisując swoim schludnym pismem kolejne kroki zawarte na łamach babcinego przepisu. Wypisała już wszystkie ingrediencje potrzebne do upieczenia pierniczków, i poleciła Baldwinowi i Fridzie (oczywiście odzianej w śliczny fartuszek, żeby nie ubrudziła przypadkiem sukienki) odnalezienie ich pośród kuchennych szafek. Sama zaś próbowała obecnie rozgryźć proporcje, w jakich należało zmieszać ze sobą poszczególne składniki, dokładnie w taki sam sposób, w jaki przygotowywałaby eliksir na zajęciach u profesora Slughorna.<br />
<br />
Gotowanie nie mogło być takie znowu trudne, prawda? W końcu Lorraine, chcąc nie chcąc, zmuszona była do samodzielnego przygotowywania posiłków. Nigdy nie znajdowała w tym zbytniej przyjemności, zwłaszcza biorąc pod uwagę jej relację z jedzeniem. Zawsze była jednak dobra z eliksirów, więc przygotowanie zup – najbliższych im konsystencją i recepturą – szło jej całkiem całkiem. Nie wymagało zbytniej filozofii wrzucenie warzyw, a od święta nawet i kawałka mięsa zamiast półgołej kości do gara, i zaprawienie tego wszystkiego przyprawami. Jakoś zdołała na tym wyżyć, bo potrzeby miała raczej skromne. Unikała jednak przygotowywania dań bardziej skomplikowanych ponad te proste, domowe, które gotowała w dzieciństwie pod okiem macochy. Obecność Fridy zmieniła jednak w jej życiu wiele rzeczy, w tym i podejście do gotowania. Nie żeby miała na naukę zbyt wiele czasu... Ale przecież obiecała Fridzie, że zrobią pierniczki! Tak, zrobią, bo Baldwin również pomagał. Bo to wszystko to była tak naprawdę jego wina, jego pomysł i <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">nie myśl sobie, że to tylko moje dziecko i moja odpowiedzialność</span>, ofuknęła go wcześniej szeptem Lorraine, zanim popatrzyła na niego wielkimi, proszącymi oczami, i łamiącym się głosem powiedziała, że musi jej jakoś pomóc zrobić ten obrzydliwy lukier, bo inaczej się popłacze tu i teraz. Zawsze była dobrą manipulantką. Ale wszystko zaczęło się od tego, że Baldwin przeczytał Fridzie bajkę o Jasiu i Małgosi. O ile Lorraine nie była wcale zaskoczona, że mała ghoulka najbardziej zainteresowała się piecem Baby Jagi, bo przecież w krematorium stał bardzo podobny. Tylko że w <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Necronomiconie</span> nie piekli w nich niegrzecznych dzieci. Chociaż tata czasem żartował, że przydałoby się wsadzić tego a tego delikwenta na dziesięć zdrowasiek do Matki do pieca, żeby się opamiętał. Chyba żartował, bo nawet mama się wtedy śmiała, chociaż udawała, że się nie śmieje. Ale piec piecem! Ważne było, że ten piec stał w chatce z piernika! A przecież nie wszystkie domy były z niego zbudowane. Szyby też były ze szkła, a nie z cukru, chociaż gdy rozbiło się szkło, to było tak, jak gdyby rozsypał się cukier na podłodze. Frida dobrze o tym wiedziała, bo już parę razy zdarzyło jej się rozsypać cukier stojący w starej cukiernicy, gdy niosła go dziadkowi Alhazredowi, żeby posłodził sobie herbatę. Zdarzyło jej się też zbić szybę kamieniem, ale wszyscy wtedy rzucali kamieniami, i to nie było tak, że tylko ona zbiła tę szybę, a przecież pani Murray najbardziej nakrzyczała nie na nią, tylko na Yvonne, która biegała najwolniej i... Ale wracając do rzeczy. Frida też chciała chatkę z piernika. A jeżeli nie mogła mieć chatki (tata powiedział, że to niezbyt praktyczny budulec) to Frida chciała mieć piernik. Bo przecież nigdy wcześniej nie próbowała piernika. A gdy dowiedziała się, że piernik będzie, ale dopiero na Yule, popłakała troszeczkę, bo to niemożliwie dużo czekania. Ale potem mama wzięła ją na ręce, sapnęła ciężko i oddała ją tacie, ale patrząc po ich minach, Frida wiedziała już, że da się co nieco ponegocjować w tym temacie.<br />
<br />
– <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Co ty na to, żebyśmy upiekli Scarlett pierniczki, żeby lepiej jej się uczyło z łakociem na podorędziu. Zrobilibyśmy jej miłą niespodziankę</span> – uległa w końcu Lorraine. – <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Przyda nam się poćwiczyć trochę przed Yule, wtedy upieczemy więcej, i zaprosimy wszystkich, tak jak na Mabon.</span><br />
<br />
No i tak rozpoczęła się misja "pieczenie pierniczków"...<br />
<br />
<div class="divek">Rzemiosło (1k) na pieczenie pierniczków. Matko miej nas w opiece...<br />
[roll=O]</div>
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Wystarczyło je wsadzić na siedem zdrowasiek</span> – stwierdziła Lorraine, patrząc na blachę spalonych pierników. A potem schowała twarz w dłoniach, zapominając, że ma ręce pomazane mąką, i zaczęła płakać. Frida po chwili jej zawtórowała.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">Ulica Śmiertelnego Nokturnu, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Necronomicon</span></div>
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Co to znaczy "dodaj tyle mąki, ile podpowiada ci serce"?</span> – spytała Lorraine, wpatrując się nienawistnie w przepis, który wygrzebała z jednego ze starych numerów <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Czarownicy</span>. Brwi miała ściągnięte w skupieniu, od kilku minut analizowała bowiem zawartość rubryki kulinarnej babuszki Barbrey, próbując wyłuskać z tekstu informację na temat dokładnych proporcji, w jakich należało zmieszać ze sobą składniki, aby przygotować swojskie ciasto piernikowe. Widać było po niej, że jest sfrustrowana. Przedzierała się przez kolejne pokolenia w drzewie genealogicznym babuszki Barbrey. Przez opowieści o tym, jak to przepis na pierniczki przekazany został po kryjomu jej matce przez cioteczną siostrę żony przyrodniego brata jej dziadka, która ukradła z kolei przepis samej Babie Jadze... A przynajmniej tak twierdziła Barbrey. Z tego co Lorraine zdążyła jednak wyczytać z jej przepisu, babuszka miała niezłą skłonność do konfabulacji i upiększania rzeczywistości. Wszystko w jej przepisie było "na oko" i "do smaku". Brakowało tam jakichkolwiek konkretów, a za system miar i wag służyły tam słowa takie jak "szczypta", "nieco", i "szczodrze". Lorraine stała więc wsparta o wypolerowany na błysk drewniany blat skromnej kuchni na tyłach <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Necronomiconu</span>, na osobnej kartce papieru zapisując swoim schludnym pismem kolejne kroki zawarte na łamach babcinego przepisu. Wypisała już wszystkie ingrediencje potrzebne do upieczenia pierniczków, i poleciła Baldwinowi i Fridzie (oczywiście odzianej w śliczny fartuszek, żeby nie ubrudziła przypadkiem sukienki) odnalezienie ich pośród kuchennych szafek. Sama zaś próbowała obecnie rozgryźć proporcje, w jakich należało zmieszać ze sobą poszczególne składniki, dokładnie w taki sam sposób, w jaki przygotowywałaby eliksir na zajęciach u profesora Slughorna.<br />
<br />
Gotowanie nie mogło być takie znowu trudne, prawda? W końcu Lorraine, chcąc nie chcąc, zmuszona była do samodzielnego przygotowywania posiłków. Nigdy nie znajdowała w tym zbytniej przyjemności, zwłaszcza biorąc pod uwagę jej relację z jedzeniem. Zawsze była jednak dobra z eliksirów, więc przygotowanie zup – najbliższych im konsystencją i recepturą – szło jej całkiem całkiem. Nie wymagało zbytniej filozofii wrzucenie warzyw, a od święta nawet i kawałka mięsa zamiast półgołej kości do gara, i zaprawienie tego wszystkiego przyprawami. Jakoś zdołała na tym wyżyć, bo potrzeby miała raczej skromne. Unikała jednak przygotowywania dań bardziej skomplikowanych ponad te proste, domowe, które gotowała w dzieciństwie pod okiem macochy. Obecność Fridy zmieniła jednak w jej życiu wiele rzeczy, w tym i podejście do gotowania. Nie żeby miała na naukę zbyt wiele czasu... Ale przecież obiecała Fridzie, że zrobią pierniczki! Tak, zrobią, bo Baldwin również pomagał. Bo to wszystko to była tak naprawdę jego wina, jego pomysł i <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">nie myśl sobie, że to tylko moje dziecko i moja odpowiedzialność</span>, ofuknęła go wcześniej szeptem Lorraine, zanim popatrzyła na niego wielkimi, proszącymi oczami, i łamiącym się głosem powiedziała, że musi jej jakoś pomóc zrobić ten obrzydliwy lukier, bo inaczej się popłacze tu i teraz. Zawsze była dobrą manipulantką. Ale wszystko zaczęło się od tego, że Baldwin przeczytał Fridzie bajkę o Jasiu i Małgosi. O ile Lorraine nie była wcale zaskoczona, że mała ghoulka najbardziej zainteresowała się piecem Baby Jagi, bo przecież w krematorium stał bardzo podobny. Tylko że w <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Necronomiconie</span> nie piekli w nich niegrzecznych dzieci. Chociaż tata czasem żartował, że przydałoby się wsadzić tego a tego delikwenta na dziesięć zdrowasiek do Matki do pieca, żeby się opamiętał. Chyba żartował, bo nawet mama się wtedy śmiała, chociaż udawała, że się nie śmieje. Ale piec piecem! Ważne było, że ten piec stał w chatce z piernika! A przecież nie wszystkie domy były z niego zbudowane. Szyby też były ze szkła, a nie z cukru, chociaż gdy rozbiło się szkło, to było tak, jak gdyby rozsypał się cukier na podłodze. Frida dobrze o tym wiedziała, bo już parę razy zdarzyło jej się rozsypać cukier stojący w starej cukiernicy, gdy niosła go dziadkowi Alhazredowi, żeby posłodził sobie herbatę. Zdarzyło jej się też zbić szybę kamieniem, ale wszyscy wtedy rzucali kamieniami, i to nie było tak, że tylko ona zbiła tę szybę, a przecież pani Murray najbardziej nakrzyczała nie na nią, tylko na Yvonne, która biegała najwolniej i... Ale wracając do rzeczy. Frida też chciała chatkę z piernika. A jeżeli nie mogła mieć chatki (tata powiedział, że to niezbyt praktyczny budulec) to Frida chciała mieć piernik. Bo przecież nigdy wcześniej nie próbowała piernika. A gdy dowiedziała się, że piernik będzie, ale dopiero na Yule, popłakała troszeczkę, bo to niemożliwie dużo czekania. Ale potem mama wzięła ją na ręce, sapnęła ciężko i oddała ją tacie, ale patrząc po ich minach, Frida wiedziała już, że da się co nieco ponegocjować w tym temacie.<br />
<br />
– <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Co ty na to, żebyśmy upiekli Scarlett pierniczki, żeby lepiej jej się uczyło z łakociem na podorędziu. Zrobilibyśmy jej miłą niespodziankę</span> – uległa w końcu Lorraine. – <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Przyda nam się poćwiczyć trochę przed Yule, wtedy upieczemy więcej, i zaprosimy wszystkich, tak jak na Mabon.</span><br />
<br />
No i tak rozpoczęła się misja "pieczenie pierniczków"...<br />
<br />
<div class="divek">Rzemiosło (1k) na pieczenie pierniczków. Matko miej nas w opiece...<br />
[roll=O]</div>
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Wystarczyło je wsadzić na siedem zdrowasiek</span> – stwierdziła Lorraine, patrząc na blachę spalonych pierników. A potem schowała twarz w dłoniach, zapominając, że ma ręce pomazane mąką, i zaczęła płakać. Frida po chwili jej zawtórowała.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[24.09.72 | Yes I'm changing (?) | Rejwach | Key & Jules]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5482</link>
			<pubDate>Sun, 14 Dec 2025 02:08:00 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=116">Julien Fitzpatrick</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5482</guid>
			<description><![CDATA[<h2> Noc/poranek </h2> <br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><a href="https://open.spotify.com/track/0xtIp0lgccN85GfGOekS5L?si=97db2fde90da44d6" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">Muzyka1</a> <span style="color: #85644d;" class="mycode_color">&amp;</span> <a href="https://open.spotify.com/track/6twjuBZfRJIZnoHrghzWLk?si=9486da7ef0544984" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">Muzyka2</a></div>
<br />
Jesień przysłaniała poranne niebo chłodem nadchodzących deszczy i przymrozków; parter lokalu wpuszczał do środka niewielką ilość światła, takiż urok brytyjskich barów, ich przytulność objawiała się w braku wentylacji i tanich witrażach zamiast okien. <span style="text-decoration: line-through;" class="mycode_s">Charles</span> Julien nie miał problemu z cieniami padającymi na jego twarz, z nikłą ilością światła łypiącego z ulicy; chowanie się w cieniach było naturalne, powstrzymywanie się było równie nienaturalne co odmówienie zjedzenie kebaba po całej nocy wlewania w siebie alkoholu. Właśnie dlatego wylegiwał się na ławce jednego z długich stołów, czując na plecach jej wilgotny chłód, pokryte skorupą alkoholu drewno odbierało ciału resztki ciepła, którego z niedospania i tak miał niewiele. <br />
<br />
Była piąta rano, bar całkiem niedawno opustoszał, gdy ostatni bywalcy przekroczyli próg zarzekając się, że wrócą jeszcze tego samego dnia. Próbował zasnąć od paru godzin, gdy w końcu zdecydował się przeciągnąć dobę, przemęczyć, aby przestawić zegar biologiczny do funkcjonowania w brytyjskiej strefie czasowej.<br />
<br />
Cisza byłą zatrważająca, już wolał, gdy śmiechy i głośne rozmowy przesmykiwały się po małżowinie i wkręcały w umysł wzbudzając ciekawość, wyrzucając nieprzyjemne myśli za drzwi, na chwilę pozwalając zapomnieć <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">dlaczego wrócił</span>. Miał czuć się lepiej, a co robił? Leżał o nieludzkiej porze na twardej ławce i wpatrywał się w ciemność sufitu. Utopione w czerwonych pajęczynach białka oczu piekły, pomimo wilgoci pogody Anglii wysychały i resztkami sił łzawiły od częstego pocierania i mrugania. <br />
<br />
Zaczęcie życia po szkole wydawało mu się trudne, a co dopiero przymus restartowania wszystkiego, zawierania nowych znajomości w atmosferze przypiekających ich morderczymi atakami śmierdzio-żerców. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Co za patałachy,</span> pomyślał automatycznie, gdy przed oczyma stanęły wspomnienia masek, z którymi walczył podczas Beltane. Nie byli dla niego ludźmi, tak było prościej, wtedy mógł nienawidzić bez skrupułów - czy w ten sposób myśleli poplecznicy Voldemorta, gdy zbierali się w swoim tajemnym miejscu i kisili mordercze pomysły? Na pewno, bo przecież jak inaczej zasypialiby w nocy, gdyby uświadomili sobie, że zamordowali człowieka, a nie pozbyli się ze świata czegoś brudnego, nie zasługującego na to miano. <br />
<br />
Przewrócił się na bok, pozwalając długiemu rękawowi porozciąganej, czarnej koszulki z obdrapanym logiem chińskiego lokalu z Hong Kongu gnieść się pod ciężarem całego ciała. Odciążył plecy przykładające je tym razem do ściany i oczyma śledził posuwającą się linię świtu.<br />
<br />
Przymknął oczy i stracił rachubę czasu - nie był pewien ile leżał na drewnianej ławce, ale nie mogło minąć aż tak dużo czasu, bo śledzona wcześniej linia światła nie wkradła się aż tak daleko, nie sięgała nawet końca baru. Z kruchego, acz błogiego stanu wybudziły go kroki i skrzypienie podłogi, serce podskoczyło panicznie w klatce i ostatkami sił powstrzymał się, by nie wystrzelić w górę i sprawdzić kto się zbliża - w najgorszym wypadku mógł się ukryć w cieniu, prawda? Ale... po co miał się ukrywać? Zamrugał zirytowany swoimi odruchami i rozczochranymi z niewyspania myślami. Przynajmniej nie uderzył z całej siły głową w blat stołu - należało skupić się na pozytywach. <br />
<br />
Rozpoznając w przybyszu lokatorkę Rejwachu odetchnął z ulgą. <br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Idioto, a kto inny miałby to być?</span> Skarcił się w myślach praktycznie natychmiastowo i bez zastanowienia podniósł się do siadu, ewidentnie zbyt skupiony na karceniu wewnętrznego monologu - wcześniej osiągnięty sukces nie uderzenia głową o blat stołu został stracony. Syknął niezadowolony, czując rozchodzący się po czaszce ból. Głuche tąpnięcie rozniosło się po pomieszczeniu, zapewne alarmując dziewczynę bardziej, niż powinno. <br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Nosz kurwa - </span>przeklną soczyście i złapał się za uderzone miejsce, zaraz uświadamiając sobie, że może jeszcze oberwać zaklęciem jeżeli nie da dziewczynie znać, że jest mieszkańcem tegoż dobytku <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Sory, sory, leżałem tu, podniosłem się za szybko, nie ma paniki, nic się nie dzieje - </span>paplał, panikując <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Próbowałem ee, zasnąć, bo nie śpię. Nie mogę spać - </span>opadł na blat stołu, w żałosnym obrazie cierpienia, jakim był od miesięcy.<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- I tyle będzie z nonszalancji i robienia dobrego wrażenia - </span>mruknął sam do siebie, mamrocząc w stół, więc rozmówczyni niewiele pewnie zrozumiała.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<h2> Noc/poranek </h2> <br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><a href="https://open.spotify.com/track/0xtIp0lgccN85GfGOekS5L?si=97db2fde90da44d6" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">Muzyka1</a> <span style="color: #85644d;" class="mycode_color">&amp;</span> <a href="https://open.spotify.com/track/6twjuBZfRJIZnoHrghzWLk?si=9486da7ef0544984" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">Muzyka2</a></div>
<br />
Jesień przysłaniała poranne niebo chłodem nadchodzących deszczy i przymrozków; parter lokalu wpuszczał do środka niewielką ilość światła, takiż urok brytyjskich barów, ich przytulność objawiała się w braku wentylacji i tanich witrażach zamiast okien. <span style="text-decoration: line-through;" class="mycode_s">Charles</span> Julien nie miał problemu z cieniami padającymi na jego twarz, z nikłą ilością światła łypiącego z ulicy; chowanie się w cieniach było naturalne, powstrzymywanie się było równie nienaturalne co odmówienie zjedzenie kebaba po całej nocy wlewania w siebie alkoholu. Właśnie dlatego wylegiwał się na ławce jednego z długich stołów, czując na plecach jej wilgotny chłód, pokryte skorupą alkoholu drewno odbierało ciału resztki ciepła, którego z niedospania i tak miał niewiele. <br />
<br />
Była piąta rano, bar całkiem niedawno opustoszał, gdy ostatni bywalcy przekroczyli próg zarzekając się, że wrócą jeszcze tego samego dnia. Próbował zasnąć od paru godzin, gdy w końcu zdecydował się przeciągnąć dobę, przemęczyć, aby przestawić zegar biologiczny do funkcjonowania w brytyjskiej strefie czasowej.<br />
<br />
Cisza byłą zatrważająca, już wolał, gdy śmiechy i głośne rozmowy przesmykiwały się po małżowinie i wkręcały w umysł wzbudzając ciekawość, wyrzucając nieprzyjemne myśli za drzwi, na chwilę pozwalając zapomnieć <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">dlaczego wrócił</span>. Miał czuć się lepiej, a co robił? Leżał o nieludzkiej porze na twardej ławce i wpatrywał się w ciemność sufitu. Utopione w czerwonych pajęczynach białka oczu piekły, pomimo wilgoci pogody Anglii wysychały i resztkami sił łzawiły od częstego pocierania i mrugania. <br />
<br />
Zaczęcie życia po szkole wydawało mu się trudne, a co dopiero przymus restartowania wszystkiego, zawierania nowych znajomości w atmosferze przypiekających ich morderczymi atakami śmierdzio-żerców. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Co za patałachy,</span> pomyślał automatycznie, gdy przed oczyma stanęły wspomnienia masek, z którymi walczył podczas Beltane. Nie byli dla niego ludźmi, tak było prościej, wtedy mógł nienawidzić bez skrupułów - czy w ten sposób myśleli poplecznicy Voldemorta, gdy zbierali się w swoim tajemnym miejscu i kisili mordercze pomysły? Na pewno, bo przecież jak inaczej zasypialiby w nocy, gdyby uświadomili sobie, że zamordowali człowieka, a nie pozbyli się ze świata czegoś brudnego, nie zasługującego na to miano. <br />
<br />
Przewrócił się na bok, pozwalając długiemu rękawowi porozciąganej, czarnej koszulki z obdrapanym logiem chińskiego lokalu z Hong Kongu gnieść się pod ciężarem całego ciała. Odciążył plecy przykładające je tym razem do ściany i oczyma śledził posuwającą się linię świtu.<br />
<br />
Przymknął oczy i stracił rachubę czasu - nie był pewien ile leżał na drewnianej ławce, ale nie mogło minąć aż tak dużo czasu, bo śledzona wcześniej linia światła nie wkradła się aż tak daleko, nie sięgała nawet końca baru. Z kruchego, acz błogiego stanu wybudziły go kroki i skrzypienie podłogi, serce podskoczyło panicznie w klatce i ostatkami sił powstrzymał się, by nie wystrzelić w górę i sprawdzić kto się zbliża - w najgorszym wypadku mógł się ukryć w cieniu, prawda? Ale... po co miał się ukrywać? Zamrugał zirytowany swoimi odruchami i rozczochranymi z niewyspania myślami. Przynajmniej nie uderzył z całej siły głową w blat stołu - należało skupić się na pozytywach. <br />
<br />
Rozpoznając w przybyszu lokatorkę Rejwachu odetchnął z ulgą. <br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Idioto, a kto inny miałby to być?</span> Skarcił się w myślach praktycznie natychmiastowo i bez zastanowienia podniósł się do siadu, ewidentnie zbyt skupiony na karceniu wewnętrznego monologu - wcześniej osiągnięty sukces nie uderzenia głową o blat stołu został stracony. Syknął niezadowolony, czując rozchodzący się po czaszce ból. Głuche tąpnięcie rozniosło się po pomieszczeniu, zapewne alarmując dziewczynę bardziej, niż powinno. <br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Nosz kurwa - </span>przeklną soczyście i złapał się za uderzone miejsce, zaraz uświadamiając sobie, że może jeszcze oberwać zaklęciem jeżeli nie da dziewczynie znać, że jest mieszkańcem tegoż dobytku <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Sory, sory, leżałem tu, podniosłem się za szybko, nie ma paniki, nic się nie dzieje - </span>paplał, panikując <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Próbowałem ee, zasnąć, bo nie śpię. Nie mogę spać - </span>opadł na blat stołu, w żałosnym obrazie cierpienia, jakim był od miesięcy.<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- I tyle będzie z nonszalancji i robienia dobrego wrażenia - </span>mruknął sam do siebie, mamrocząc w stół, więc rozmówczyni niewiele pewnie zrozumiała.]]></content:encoded>
		</item>
	</channel>
</rss>