<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0" xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">
	<channel>
		<title><![CDATA[Secrets of London - Niemagiczny Londyn]]></title>
		<link>https://secretsoflondon.pl/</link>
		<description><![CDATA[Secrets of London - https://secretsoflondon.pl]]></description>
		<pubDate>Fri, 17 Apr 2026 19:31:59 +0000</pubDate>
		<generator>MyBB</generator>
		<item>
			<title><![CDATA[Spalona Noc, godzina 20 — Pani Dolohov i Flint w Camden Town]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5949</link>
			<pubDate>Mon, 13 Apr 2026 06:36:22 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=415">Dægberht Flint</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5949</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">wśród artystycznych dusz<br />
w jednym z lokali w Camden Town</div>
<br />
<br />
To miejsce nie było jeszcze pocztówką, którą miało stać się w przyszłości, ale już teraz jego światła, atmosfera i kolory miały w sobie coś niespokojnego, zapraszającego do hucznej zabawy.<br />
<br />
Korzystali z tego oboje.<br />
<br />
Przebywali w <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Phase</span>, maleńkim lokalu, którego szyld był już do tego stopnia zniszczony, że ciężko było niezorientowanym w temacie wiedzieć, że trafili w odpowiednie miejsce. No, przynajmniej tak długo, aż nie weszli do środka – bo wnętrze <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Phase</span> uderzało w odwiedzających takim wodospadem barw, dźwięków i zapachów, że nietrudno było zorientować się w fakcie, iż znalazło się w jednym z centrów londyńskiej bohemy artystycznej. Towarzystwo było tu mieszane, bo nikogo nie obchodziło pochodzenie – mugole i czarodzieje bawili się wspólnie nad kieliszkami różnych alkoholi i dyskutowali o sztuce wszelakiej, w półmroku przeciętym światłami kolorowych reflektorów. Klimatyczne miejsce, ze ścianami pokrytymi niezliczoną ilością plakatów i murali, tętniło życiem – Flint miał wrażenie, że oprócz niego nikt nie dostrzega jak przerażające były niektóre z wymalowanych tu i ówdzie obrazów. Psychodeliczne sylwetki, porozciągane twarze – jakże straszne, nawet jeśli w jakiś sposób urzekało – nie śmiał jednak powiedzieć tego na głos, bo cały wieczór przebywał w towarzystwie znajomych byłej żony i nie zamierzał podkopywać jej reputacji nadmierną szarością.<br />
<br />
Powietrze było ciężkie.<br />
<br />
Dægberht nie pozostawał dłużny palącym fajki wodne i sam palił papierosa, wpatrując się w przedziwną rzeźbę ze sterty śmieci i drutu, stojącą obok lustra zakrzywiającego odbijane światło. Wsłuchiwał się, z tym swoim (jak to ujmowała Vivianne) badziewnym gustem ukierunkowanym na miłość do pieśni kościelnych, szant i szlagierów, w muzykę będącą rdzeniem <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Phase</span>. Na małej scenie, ledwo wzniesionej ponad poziom podłogi, grała jakaś zupełnie nieznana mu grupa, jego zdaniem przyciągająca uwagę o wiele mniej od widowni, przeżywającej ich występ, jakby widzieli tam kogoś o niebo lepszego. Młoda dziewczyna w geometrycznej sukience omal nie upadała na ten podest, depcząc innym po nogach. Zapewne nie widziała nic spod tego dziwacznego makijażu, od którego jej rzęsy wyglądały jak dwa wachlarze, a przynajmniej tak ocenił to stojąc z boku od wszystkiego. Czuł się tu tylko byłym mężem. Nie pasował do artystów z farbą pod paznokciami, grajków, dziennikarzy szukających sensacji, ani tych, którzy przyszli się tu pokazać. Z niedobitkami po licytacji obrazów, jaka miała tu miejsce dwie godziny temu, nie zamienił dzisiaj zbyt wielu słów, bo nie wydawali się tym szczególnie zainteresowani. Nie zrozumcie tego źle – ani się tu nie czuł nieswojo, ani go to wszystko nie przytłoczyło. Zwyczajnie był dziwnym człowiekiem.<br />
<br />
Zapewne wróciłby za moment do stolika i wypił z Vivianne i jej przyjaciółkami jeszcze kilka drinków, gdyby nie był świadkiem zdarzenia tak paskudnego, że aż nim wzdrygnęło.<br />
<br />
Rozpoznanie w tłumie osób Delyry Dolohov nie było ciężkie. Jej mąż irytował pojawianiem się absolutnie wszędzie – do tego stopnia, że nie dało się wypłynąć na morze bez żadnego produktu reklamowanego jego twarzą. Żona, jako członkini rodu Lestrange, migała mu w przeszłości dosyć często – i jako żona celebryty i jako jedna z opiekunek Maida Vale, w którym przebywał (ze względu na głęboką relację z Victorią) stosunkowo często. Ich relacja nie była nigdy prywatna i wątpił w to, aby w ogóle go pamiętała, więc nie miał zamiaru jej zaczepiać, ale... No właśnie – <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">ale</span>! Ktoś inny ewidentnie miał na to ochotę i robił to w sposób tak bezczelny, że Flint aż zmarszczył brwi. Niski facet, w paskudnej marynarce i ze spodniami w kant, uśmiechał się krzywo i marszczył piegowaty nos, zachodząc kobiecie drogę i narzucając się jej, chociaż ta próbowała wyjść na zewnątrz. Obserwował ich dwójkę przez moment, żeby upewnić się w poprawnym odczytaniu sytuacji, po czym odstawił swój kieliszek na jakiś stolik (tak naprawdę była to rzeźba, ale na nieszczęście artysty Flint o tym nie wiedział) i ruszył przed siebie, w porę zatrzymując rękę oblecha, zanim ten sięgnął po trzymane przez Delyrę, zapakowane w szary papier płótna.<br />
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Pan to chyba za dużo już wypił?</span> – Zapytał spokojnie, w duchu prosząc o to, żeby typ darował sobie rozmowę i zwyczajnie stąd poszedł. Nie chciał konfliktu, a to przecież musiał być mugol. Kto inny nie wiedziałby, że nachodzenie akurat tej kobiety miało skończyć się dla niego bardzo źle? To znaczyło, że nie mogli wyciągnąć różdżek, jeśli nie chcieli po wszystkim spotkać się z grupą wzburzonych amnezjatorów.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">wśród artystycznych dusz<br />
w jednym z lokali w Camden Town</div>
<br />
<br />
To miejsce nie było jeszcze pocztówką, którą miało stać się w przyszłości, ale już teraz jego światła, atmosfera i kolory miały w sobie coś niespokojnego, zapraszającego do hucznej zabawy.<br />
<br />
Korzystali z tego oboje.<br />
<br />
Przebywali w <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Phase</span>, maleńkim lokalu, którego szyld był już do tego stopnia zniszczony, że ciężko było niezorientowanym w temacie wiedzieć, że trafili w odpowiednie miejsce. No, przynajmniej tak długo, aż nie weszli do środka – bo wnętrze <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Phase</span> uderzało w odwiedzających takim wodospadem barw, dźwięków i zapachów, że nietrudno było zorientować się w fakcie, iż znalazło się w jednym z centrów londyńskiej bohemy artystycznej. Towarzystwo było tu mieszane, bo nikogo nie obchodziło pochodzenie – mugole i czarodzieje bawili się wspólnie nad kieliszkami różnych alkoholi i dyskutowali o sztuce wszelakiej, w półmroku przeciętym światłami kolorowych reflektorów. Klimatyczne miejsce, ze ścianami pokrytymi niezliczoną ilością plakatów i murali, tętniło życiem – Flint miał wrażenie, że oprócz niego nikt nie dostrzega jak przerażające były niektóre z wymalowanych tu i ówdzie obrazów. Psychodeliczne sylwetki, porozciągane twarze – jakże straszne, nawet jeśli w jakiś sposób urzekało – nie śmiał jednak powiedzieć tego na głos, bo cały wieczór przebywał w towarzystwie znajomych byłej żony i nie zamierzał podkopywać jej reputacji nadmierną szarością.<br />
<br />
Powietrze było ciężkie.<br />
<br />
Dægberht nie pozostawał dłużny palącym fajki wodne i sam palił papierosa, wpatrując się w przedziwną rzeźbę ze sterty śmieci i drutu, stojącą obok lustra zakrzywiającego odbijane światło. Wsłuchiwał się, z tym swoim (jak to ujmowała Vivianne) badziewnym gustem ukierunkowanym na miłość do pieśni kościelnych, szant i szlagierów, w muzykę będącą rdzeniem <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Phase</span>. Na małej scenie, ledwo wzniesionej ponad poziom podłogi, grała jakaś zupełnie nieznana mu grupa, jego zdaniem przyciągająca uwagę o wiele mniej od widowni, przeżywającej ich występ, jakby widzieli tam kogoś o niebo lepszego. Młoda dziewczyna w geometrycznej sukience omal nie upadała na ten podest, depcząc innym po nogach. Zapewne nie widziała nic spod tego dziwacznego makijażu, od którego jej rzęsy wyglądały jak dwa wachlarze, a przynajmniej tak ocenił to stojąc z boku od wszystkiego. Czuł się tu tylko byłym mężem. Nie pasował do artystów z farbą pod paznokciami, grajków, dziennikarzy szukających sensacji, ani tych, którzy przyszli się tu pokazać. Z niedobitkami po licytacji obrazów, jaka miała tu miejsce dwie godziny temu, nie zamienił dzisiaj zbyt wielu słów, bo nie wydawali się tym szczególnie zainteresowani. Nie zrozumcie tego źle – ani się tu nie czuł nieswojo, ani go to wszystko nie przytłoczyło. Zwyczajnie był dziwnym człowiekiem.<br />
<br />
Zapewne wróciłby za moment do stolika i wypił z Vivianne i jej przyjaciółkami jeszcze kilka drinków, gdyby nie był świadkiem zdarzenia tak paskudnego, że aż nim wzdrygnęło.<br />
<br />
Rozpoznanie w tłumie osób Delyry Dolohov nie było ciężkie. Jej mąż irytował pojawianiem się absolutnie wszędzie – do tego stopnia, że nie dało się wypłynąć na morze bez żadnego produktu reklamowanego jego twarzą. Żona, jako członkini rodu Lestrange, migała mu w przeszłości dosyć często – i jako żona celebryty i jako jedna z opiekunek Maida Vale, w którym przebywał (ze względu na głęboką relację z Victorią) stosunkowo często. Ich relacja nie była nigdy prywatna i wątpił w to, aby w ogóle go pamiętała, więc nie miał zamiaru jej zaczepiać, ale... No właśnie – <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">ale</span>! Ktoś inny ewidentnie miał na to ochotę i robił to w sposób tak bezczelny, że Flint aż zmarszczył brwi. Niski facet, w paskudnej marynarce i ze spodniami w kant, uśmiechał się krzywo i marszczył piegowaty nos, zachodząc kobiecie drogę i narzucając się jej, chociaż ta próbowała wyjść na zewnątrz. Obserwował ich dwójkę przez moment, żeby upewnić się w poprawnym odczytaniu sytuacji, po czym odstawił swój kieliszek na jakiś stolik (tak naprawdę była to rzeźba, ale na nieszczęście artysty Flint o tym nie wiedział) i ruszył przed siebie, w porę zatrzymując rękę oblecha, zanim ten sięgnął po trzymane przez Delyrę, zapakowane w szary papier płótna.<br />
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Pan to chyba za dużo już wypił?</span> – Zapytał spokojnie, w duchu prosząc o to, żeby typ darował sobie rozmowę i zwyczajnie stąd poszedł. Nie chciał konfliktu, a to przecież musiał być mugol. Kto inny nie wiedziałby, że nachodzenie akurat tej kobiety miało skończyć się dla niego bardzo źle? To znaczyło, że nie mogli wyciągnąć różdżek, jeśli nie chcieli po wszystkim spotkać się z grupą wzburzonych amnezjatorów.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[18.10.72] Relax, nothing is under control | Benjy, Prue]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5937</link>
			<pubDate>Wed, 08 Apr 2026 13:07:23 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=544">Benjy Fenwick</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5937</guid>
			<description><![CDATA[Dwadzieścia cztery godziny potrafiły ciągnąć się jak tydzień, kiedy wiedziałem, że coś być może siedziało pod skorupą w żarze i tylko czekało, żeby wyjść na świat. Kręciłem się po domu więcej niż zwykle, zaglądałem do kominka częściej, niż było to rozsądne, i chyba tylko cudem nie wyciągnąłem tego jaja wcześniej, z czystej ciekawości. Niby robiłem swoje - coś tam sprawdziłem, coś naprawiłem, nawet wyszedłem na chwilę do ogródka, żeby nie zwariować od siedzenia w miejscu, ale myślami ciągle wracałem do tego jednego punktu w domu - do żaru, który powoli pożerał to cholerne jajo. W praktyce wyglądało to tak, że krążyłem jak przywiązany do jednego punktu, wracając tam co kilka minut, jakby samo patrzenie mogło przyspieszyć cały proces. Cierpliwość nigdy nie była moją mocną stroną, a świadomość, że tym razem naprawdę coś się miało wydarzyć, tylko pogarszała sprawę… I, szczerze, liczyłem na coś efektownego - eksplozję, ogień, może coś z zębami. Nic spektakularnego się jednak nie działo - żadnych wybuchów, żadnego syczenia, żadnego dramatycznego wykluwania się potwora, który od razu rzuci się nam do gardeł. Szczerze? Trochę mnie to rozczarowało… Ale nie na tyle, żeby przestać odliczać do godziny zero. <br />
Oparłem dłoń o obudowę kominka i przechyliłem głowę, mrużąc oczy, jakbym próbował dostrzec coś konkretnego między rozżarzonymi kawałkami drewna.<br />
-<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> Jeśli to miało nas zabiś, to tlochę się ociąga.</span> - Rzuciłem niby od niechcenia, jednak zdecydowanie bardziej do Prudence niż mamrocząc do siebie, chociaż oczy miałem cały czas wbite w palenisko - odkąd wrzuciliśmy jaja do kominka, przez większość czasu udawałem, że wcale mnie to aż tak nie obchodzi, ale prawda była taka, że stałem tu od dobrych pięciu minut, monitorując ruchy wskazówek zegara i zerkając w kierunku naszych zdobyczy, aby nie przegapić wyznaczonego punktu dwudziestu czterech godzin, jakbym oczekiwał, że coś się wtedy poruszy, zasyczy, strzeli iskrami, eksploduje albo… Cholera wiedziała - zrobi coś, cokolwiek, najlepiej samo wyjdzie z żaru i przedstawi nam się z imienia, byśmy nie mieli problemu z jego identyfikacją. <br />
W końcu nie wytrzymałem.<br />
-<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> Dobla, ile mosna czekaś.</span> - Sięgnąłem po szczypce i bez większej ceremonii wygrzebałem jajo spomiędzy spopielonych kłód drewna, jakbym robił to setki razy, chociaż prawda była taka, że improwizowałem jak zawsze, nie mając nawet pojęcia, co tak właściwie próbowaliśmy wykluć. Nie byłem aż takim idiotą, żeby grzebać gołymi dłońmi w czymś, co mogło właśnie się wykluwać z ognia - chociaż, uczciwie mówiąc, gdyby nie było narzędzi pod ręką, pewnie i tak bym spróbował.<br />
-<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> Jeśli coś mnie uglysie, to bęsie twoja odpowiedzialność.</span> - Rzuciłem przez ramię, zdecydowanie bardziej z przyzwyczajenia do przekory niż z czegokolwiek innego, odkładając je ostrożnie do gigantycznego gara pozostawionego nam przez Ellie na strychu, a przezornie zniesionego jeszcze wczoraj. Metal zadźwięczał cicho, kiedy pierwszy egzemplarz osiadł na dnie, przez chwilę patrzyłem na niego w milczeniu, jakby każdy kolejny ruch mógł coś zepsuć, co było absurdem, bo jeszcze wczoraj wrzuciłem go w ogień bez większego zastanowienia.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Dwadzieścia cztery godziny potrafiły ciągnąć się jak tydzień, kiedy wiedziałem, że coś być może siedziało pod skorupą w żarze i tylko czekało, żeby wyjść na świat. Kręciłem się po domu więcej niż zwykle, zaglądałem do kominka częściej, niż było to rozsądne, i chyba tylko cudem nie wyciągnąłem tego jaja wcześniej, z czystej ciekawości. Niby robiłem swoje - coś tam sprawdziłem, coś naprawiłem, nawet wyszedłem na chwilę do ogródka, żeby nie zwariować od siedzenia w miejscu, ale myślami ciągle wracałem do tego jednego punktu w domu - do żaru, który powoli pożerał to cholerne jajo. W praktyce wyglądało to tak, że krążyłem jak przywiązany do jednego punktu, wracając tam co kilka minut, jakby samo patrzenie mogło przyspieszyć cały proces. Cierpliwość nigdy nie była moją mocną stroną, a świadomość, że tym razem naprawdę coś się miało wydarzyć, tylko pogarszała sprawę… I, szczerze, liczyłem na coś efektownego - eksplozję, ogień, może coś z zębami. Nic spektakularnego się jednak nie działo - żadnych wybuchów, żadnego syczenia, żadnego dramatycznego wykluwania się potwora, który od razu rzuci się nam do gardeł. Szczerze? Trochę mnie to rozczarowało… Ale nie na tyle, żeby przestać odliczać do godziny zero. <br />
Oparłem dłoń o obudowę kominka i przechyliłem głowę, mrużąc oczy, jakbym próbował dostrzec coś konkretnego między rozżarzonymi kawałkami drewna.<br />
-<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> Jeśli to miało nas zabiś, to tlochę się ociąga.</span> - Rzuciłem niby od niechcenia, jednak zdecydowanie bardziej do Prudence niż mamrocząc do siebie, chociaż oczy miałem cały czas wbite w palenisko - odkąd wrzuciliśmy jaja do kominka, przez większość czasu udawałem, że wcale mnie to aż tak nie obchodzi, ale prawda była taka, że stałem tu od dobrych pięciu minut, monitorując ruchy wskazówek zegara i zerkając w kierunku naszych zdobyczy, aby nie przegapić wyznaczonego punktu dwudziestu czterech godzin, jakbym oczekiwał, że coś się wtedy poruszy, zasyczy, strzeli iskrami, eksploduje albo… Cholera wiedziała - zrobi coś, cokolwiek, najlepiej samo wyjdzie z żaru i przedstawi nam się z imienia, byśmy nie mieli problemu z jego identyfikacją. <br />
W końcu nie wytrzymałem.<br />
-<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> Dobla, ile mosna czekaś.</span> - Sięgnąłem po szczypce i bez większej ceremonii wygrzebałem jajo spomiędzy spopielonych kłód drewna, jakbym robił to setki razy, chociaż prawda była taka, że improwizowałem jak zawsze, nie mając nawet pojęcia, co tak właściwie próbowaliśmy wykluć. Nie byłem aż takim idiotą, żeby grzebać gołymi dłońmi w czymś, co mogło właśnie się wykluwać z ognia - chociaż, uczciwie mówiąc, gdyby nie było narzędzi pod ręką, pewnie i tak bym spróbował.<br />
-<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> Jeśli coś mnie uglysie, to bęsie twoja odpowiedzialność.</span> - Rzuciłem przez ramię, zdecydowanie bardziej z przyzwyczajenia do przekory niż z czegokolwiek innego, odkładając je ostrożnie do gigantycznego gara pozostawionego nam przez Ellie na strychu, a przezornie zniesionego jeszcze wczoraj. Metal zadźwięczał cicho, kiedy pierwszy egzemplarz osiadł na dnie, przez chwilę patrzyłem na niego w milczeniu, jakby każdy kolejny ruch mógł coś zepsuć, co było absurdem, bo jeszcze wczoraj wrzuciłem go w ogień bez większego zastanowienia.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[17.10.1972] mystery box | Benjy & Prue]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5935</link>
			<pubDate>Tue, 07 Apr 2026 18:11:57 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=453">Prudence Fenwick</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5935</guid>
			<description><![CDATA[<p>Udało im się dotrzeć do domu. Dzień był dość intensywny, tak właściwie to nawet nie spodziewała się, że będą spacerować, aż tak długo. Nie, żeby narzekała. Całkiem miło było wyrwać się z czterech ścian, zaczerpnąć świeżego powietrza i zachowywać się jak zwyczajne, młode małżeństwo. Wyjątkowo niczym się nie przejmowała, nigdzie nie spieszyła, było to całkiem przyjemną odmianą od szarej codzienności. Co najważniejsze spędziła cały dzień w towarzystwie swojego męża, który w końcu stanął na nogi po tamtej feralnej nocy. Oczywiście nie obeszło się bez lustrowania go wzrokiem, kontrolowania jego stanu zdrowia, ale wcale nie przeszkadzało jej to jakoś szczególnie. Było to poniekąd nawykiem, uzdrowiciele już tak mieli. Zdawała sobie sprawę, że jeszcze w pełni nie odzyskał sił, jednak już niedługo to powinno się wydarzyć. Całkiem nieźle sobie radził podczas tego spaceru połączonego ze spontanicznymi zakupami.</p>
<p>Co do spontanicznych zakupów... nadal nie do końca wiedziała dlaczego postanowili kupić na Nokturnie te dwa, dziwne jaja, które teraz znajdowały się na kuchennym stole. Wpatrywała się w nie bardzo intensywnie, próbując rozgryźć co mogło znajdować się w środku. Nie było to szczególnie rozsądnym podejściem, zapewne najpierw powinni bardzo dokładnie wypytać sprzedawcę o ich pochodzenie, jednak kiedy podejmowali decyzję o zakupie nie myślała do końca jasno - jak zawsze w towarzystwie Benjy'ego, przy nim przestawała być odpowiedzialna, po prostu dawała się ponieść chwili. W ten sposób skończyli z tymi jajami obcego pochodzenia w swoim domu. Oby nie wylęgł się z nich jakiś wąż... tego pewnie by nie przeżyła, zwłaszcza, że kiedy się tutaj przeprowadzili zaliczyli dyskusję o sporym wężu, który mógł ich w nocy zjeść. To byłoby bardzo niefortunne, gdyby sami przyprowadzili takiego gościa do swojego domu.</p>
<p><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> - Smocze jaja są chyba większe?</span> - Uniosła wzrok znad tych okazów i spojrzała na swojego męża, licząc na to, że potwierdzi jej słowa. Smok... smok mógł być jeszcze gorszy od węża. Dobrze, że zwierzęta nie wykluwały się w swoich normalnych rozmiarach, bo to dopiero mogłoby być problematyczne... szkoda by było gdyby po kilku dniach od przeprowadzki zniszczyli swój dom.</p>
<p>Nachyliła się ponownie i delikatnie dotknęła skorupki, jakby miało jej to w jakiś sposób pomóc zweryfikować, co mogło czaić się w środku, przesunęła opuszkiem palca wzdłuż pierwszego z jaj, jednak nie przyniosło to żadnego efektu. Póki co nie wiedziała z czym mają do czynienia. Zmrużyła oczy, próbowała przywołać w głowie wszystkie informacje na temat zwierząt, jakie przez lata udało jej się przyswoić, na pewno kiedyś czytała coś o jajach, różnych jajach, na pewno uda jej się przywołać te informacje, szczególnie w tak istotnym momencie. Przynieśli je w końcu do swojego azylu, wypadało się dowiedzieć, co mogło kryć się w środku.</p>
<br />
!Jajo z kalendarza]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Udało im się dotrzeć do domu. Dzień był dość intensywny, tak właściwie to nawet nie spodziewała się, że będą spacerować, aż tak długo. Nie, żeby narzekała. Całkiem miło było wyrwać się z czterech ścian, zaczerpnąć świeżego powietrza i zachowywać się jak zwyczajne, młode małżeństwo. Wyjątkowo niczym się nie przejmowała, nigdzie nie spieszyła, było to całkiem przyjemną odmianą od szarej codzienności. Co najważniejsze spędziła cały dzień w towarzystwie swojego męża, który w końcu stanął na nogi po tamtej feralnej nocy. Oczywiście nie obeszło się bez lustrowania go wzrokiem, kontrolowania jego stanu zdrowia, ale wcale nie przeszkadzało jej to jakoś szczególnie. Było to poniekąd nawykiem, uzdrowiciele już tak mieli. Zdawała sobie sprawę, że jeszcze w pełni nie odzyskał sił, jednak już niedługo to powinno się wydarzyć. Całkiem nieźle sobie radził podczas tego spaceru połączonego ze spontanicznymi zakupami.</p>
<p>Co do spontanicznych zakupów... nadal nie do końca wiedziała dlaczego postanowili kupić na Nokturnie te dwa, dziwne jaja, które teraz znajdowały się na kuchennym stole. Wpatrywała się w nie bardzo intensywnie, próbując rozgryźć co mogło znajdować się w środku. Nie było to szczególnie rozsądnym podejściem, zapewne najpierw powinni bardzo dokładnie wypytać sprzedawcę o ich pochodzenie, jednak kiedy podejmowali decyzję o zakupie nie myślała do końca jasno - jak zawsze w towarzystwie Benjy'ego, przy nim przestawała być odpowiedzialna, po prostu dawała się ponieść chwili. W ten sposób skończyli z tymi jajami obcego pochodzenia w swoim domu. Oby nie wylęgł się z nich jakiś wąż... tego pewnie by nie przeżyła, zwłaszcza, że kiedy się tutaj przeprowadzili zaliczyli dyskusję o sporym wężu, który mógł ich w nocy zjeść. To byłoby bardzo niefortunne, gdyby sami przyprowadzili takiego gościa do swojego domu.</p>
<p><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> - Smocze jaja są chyba większe?</span> - Uniosła wzrok znad tych okazów i spojrzała na swojego męża, licząc na to, że potwierdzi jej słowa. Smok... smok mógł być jeszcze gorszy od węża. Dobrze, że zwierzęta nie wykluwały się w swoich normalnych rozmiarach, bo to dopiero mogłoby być problematyczne... szkoda by było gdyby po kilku dniach od przeprowadzki zniszczyli swój dom.</p>
<p>Nachyliła się ponownie i delikatnie dotknęła skorupki, jakby miało jej to w jakiś sposób pomóc zweryfikować, co mogło czaić się w środku, przesunęła opuszkiem palca wzdłuż pierwszego z jaj, jednak nie przyniosło to żadnego efektu. Póki co nie wiedziała z czym mają do czynienia. Zmrużyła oczy, próbowała przywołać w głowie wszystkie informacje na temat zwierząt, jakie przez lata udało jej się przyswoić, na pewno kiedyś czytała coś o jajach, różnych jajach, na pewno uda jej się przywołać te informacje, szczególnie w tak istotnym momencie. Przynieśli je w końcu do swojego azylu, wypadało się dowiedzieć, co mogło kryć się w środku.</p>
<br />
!Jajo z kalendarza]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[Spalona Noc, 9.09] Henry & Odile]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5933</link>
			<pubDate>Sat, 04 Apr 2026 14:28:36 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=560">Henry Lockhart</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5933</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">9.09.1972, Spalona Noc<br />
Niemagiczny Londyn</div>
<br />
To była ostatnia przeprawa. Henry wracał do domu.<br />
<br />
Powoli człapał w kierunku dzielnicy Hackney, doszczętnie wycieńczony. Wszystko, co działo się tej nocy wydawało się złym snem, z którego niestety nie dało się wybudzić. Już zdążył przyzwyczaić się do smrodu dymu i pieczenia w oczach. Komunikacja miejska nie funkcjonowała, a w takim czasie nie był w stanie się teleportować. Rower zostawił wcześniej w Dziurawym Kotle. Miał nadzieję, że z knajpą nic złego się nie działo.<br />
<br />
Nie spodziewał się, że koszmar tej nocy jeszcze się nie skończył. <br />
<br />
Skręcił z bocznej alejki w szeroką ulicę, jedną z głównych dróg Hackney. Miało minąć około piętnaście minut, może dwadzieścia, zanim znajdzie się już w domu. Miał nadzieję, że mieszkanie było całe. Już za dużo się złego naoglądał. Może przynajmniej tym razem los nie będzie dla niego okrutny? Nadzieja jednak szybko wygasła. Na ulicy zgromadziło się strasznie dużo ludzi. Henry poczuł, że zrobiło się mu słabo. Nigdy nie lubił tłoku, a w tym momencie takie miejsca były po prostu niebezpieczne. Przejść musiał jak najszybciej, by nie narazić się na żadne niebezpieczeństwo.<br />
<br />
Przepchał się między ludzi, wywołując kilka oburzonych okrzyków. Nie obchodziło go to, był zbyt zmęczony. Marzył tylko, by położyć się we własnym łóżku, zmyć z siebie ten obrzydliwy popiół. Czuł się brudny, podejrzewał też, że pachniał nie za przyjemnie. Mięśnie nóg i pleców bolały już go po dzisiejszym treningu, a teraz... nie nadawały się chyba do niczego przez najbliższe kilka dni.<br />
<br />
Najwidoczniej ludzie starali się przejść do tuneli metra, schronić się w nich. Tam podobno kryli się przed atakami bombowymi, więc teraz chcieli postąpić podobnie. Henry szedł w przeciwną stronę niż oni. I być może to go zgubiło.<br />
<br />
Nagle z rozmyślań wyrwał go rozbrzmiewający z oddali huk. Reakcja tłumu była natychmiastowa. Ludzie zaczęli szarżować w kierunku przeciwnym, w którym szedł Henry. Przerażony chłopak, spróbował rzucić się w bok, jednak to niewiele dało. Oni byli wszędzie, biegli w panice, chcieli ratować swoje życie nawet kosztem czyjegoś. Chłopak jednak się nie poddawał. Przepychał się, byle przylgnąć do pobliskiego budynku i tam przeczekać zawieruchę. Już prawie tam trafił, gdy nagle ktoś nieznajomy podłożył mu nogę. Henry wywrócił się do przodu, podparł się dłońmi o kostkę brukową. Zdarł sobie dłonie do krwi. Adrenalina jednak znów krążyła w jego żyłach. Spróbował szybko podnieść się i iść dalej. Kiedy wyprostował lewą rękę, na której niechybnie oparł ciężar ciała, poczuł ból, jakiego chyba jeszcze nigdy w życiu nie czuł. Towarzyszyło mu nieprzyjemne, ostre chrupnięcie. Jego przedramię  zaczęło płonąć. Mimo to, Henry wykorzystał resztki sił, by odciągnąć się poza zasięg biegnącego tłumu. Ten zresztą po niedługiej chwili się rozrzedził.<br />
<br />
Chłopak doczołgał się do pobliskiego budynku, podniósł się do siadu i oparł plecy o ścianę. Zostawił po sobie ślad krwi, dłonie miał rozharatane, a przedramię... Nie kryła go już koszulka, wcześniej przecież podwinął rękawy. Doskonale więc widział wystającą z zakrwawionego ciała kość. Nie mógł ruszać ręką, przekrzywiła się bowiem pod nieludzkim kątem. Henry nie miał już nawet siły, by krzyczeć o pomoc.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">9.09.1972, Spalona Noc<br />
Niemagiczny Londyn</div>
<br />
To była ostatnia przeprawa. Henry wracał do domu.<br />
<br />
Powoli człapał w kierunku dzielnicy Hackney, doszczętnie wycieńczony. Wszystko, co działo się tej nocy wydawało się złym snem, z którego niestety nie dało się wybudzić. Już zdążył przyzwyczaić się do smrodu dymu i pieczenia w oczach. Komunikacja miejska nie funkcjonowała, a w takim czasie nie był w stanie się teleportować. Rower zostawił wcześniej w Dziurawym Kotle. Miał nadzieję, że z knajpą nic złego się nie działo.<br />
<br />
Nie spodziewał się, że koszmar tej nocy jeszcze się nie skończył. <br />
<br />
Skręcił z bocznej alejki w szeroką ulicę, jedną z głównych dróg Hackney. Miało minąć około piętnaście minut, może dwadzieścia, zanim znajdzie się już w domu. Miał nadzieję, że mieszkanie było całe. Już za dużo się złego naoglądał. Może przynajmniej tym razem los nie będzie dla niego okrutny? Nadzieja jednak szybko wygasła. Na ulicy zgromadziło się strasznie dużo ludzi. Henry poczuł, że zrobiło się mu słabo. Nigdy nie lubił tłoku, a w tym momencie takie miejsca były po prostu niebezpieczne. Przejść musiał jak najszybciej, by nie narazić się na żadne niebezpieczeństwo.<br />
<br />
Przepchał się między ludzi, wywołując kilka oburzonych okrzyków. Nie obchodziło go to, był zbyt zmęczony. Marzył tylko, by położyć się we własnym łóżku, zmyć z siebie ten obrzydliwy popiół. Czuł się brudny, podejrzewał też, że pachniał nie za przyjemnie. Mięśnie nóg i pleców bolały już go po dzisiejszym treningu, a teraz... nie nadawały się chyba do niczego przez najbliższe kilka dni.<br />
<br />
Najwidoczniej ludzie starali się przejść do tuneli metra, schronić się w nich. Tam podobno kryli się przed atakami bombowymi, więc teraz chcieli postąpić podobnie. Henry szedł w przeciwną stronę niż oni. I być może to go zgubiło.<br />
<br />
Nagle z rozmyślań wyrwał go rozbrzmiewający z oddali huk. Reakcja tłumu była natychmiastowa. Ludzie zaczęli szarżować w kierunku przeciwnym, w którym szedł Henry. Przerażony chłopak, spróbował rzucić się w bok, jednak to niewiele dało. Oni byli wszędzie, biegli w panice, chcieli ratować swoje życie nawet kosztem czyjegoś. Chłopak jednak się nie poddawał. Przepychał się, byle przylgnąć do pobliskiego budynku i tam przeczekać zawieruchę. Już prawie tam trafił, gdy nagle ktoś nieznajomy podłożył mu nogę. Henry wywrócił się do przodu, podparł się dłońmi o kostkę brukową. Zdarł sobie dłonie do krwi. Adrenalina jednak znów krążyła w jego żyłach. Spróbował szybko podnieść się i iść dalej. Kiedy wyprostował lewą rękę, na której niechybnie oparł ciężar ciała, poczuł ból, jakiego chyba jeszcze nigdy w życiu nie czuł. Towarzyszyło mu nieprzyjemne, ostre chrupnięcie. Jego przedramię  zaczęło płonąć. Mimo to, Henry wykorzystał resztki sił, by odciągnąć się poza zasięg biegnącego tłumu. Ten zresztą po niedługiej chwili się rozrzedził.<br />
<br />
Chłopak doczołgał się do pobliskiego budynku, podniósł się do siadu i oparł plecy o ścianę. Zostawił po sobie ślad krwi, dłonie miał rozharatane, a przedramię... Nie kryła go już koszulka, wcześniej przecież podwinął rękawy. Doskonale więc widział wystającą z zakrwawionego ciała kość. Nie mógł ruszać ręką, przekrzywiła się bowiem pod nieludzkim kątem. Henry nie miał już nawet siły, by krzyczeć o pomoc.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[18.09.1972] Chcę, by mi natychmiast, w tej chwili, zwrócono mego ukochanego Mistrza]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5906</link>
			<pubDate>Mon, 30 Mar 2026 17:45:07 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=442">Lorien Mulciber</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5906</guid>
			<description><![CDATA[<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><img src="https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=nhPUKDc.png" loading="lazy"  alt="[Obrazek: imgproxy.php?id=nhPUKDc.png]" class="mycode_img" /></div>
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><div class="ramka">18.09.1972 późny wieczór prawie noc. Mieszkanie Aarona Moody'ego w Camden </div></div>
Nie do końca miało tak wyjść. <br />
W repertuarze było tylko ewentualne wyskoczenie na jednego drinka po meczu, bo przecież nie liczyło się, że Zjednoczeni jakimś cudem wygrali pomimo dwóch goli wbitych przez kapitana Gargulców. Jutro... Jutro będą musieli iść do pracy, więc należało się położyć wcześniej, ale… no właśnie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">ale</span>.<br />
Wylądowali w jakiejś mugolskiej knajpce (o dziwo całkiem urokliwej i jak na porę niedzielną pustawej) pomiędzy stadionem, a centrum Londynu, która swojej wódki nie chrzciła, a i niedawno wprowadziła do swojej karty rzecz wręcz niezwykłą - <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">espresso martini</span>. Połączenie kawy i alkoholu brzmiało wspaniale, smakowało jeszcze lepiej. Lorien aż się zaświeciły oczy, gdy znudzona życiem barmanka wymieniała składniki tego zwieńczenia ludzkiego geniuszu Co prawda w połowie trzeciego kawowego drinka (w ogóle jej nic nie siekło!) pani Mulciber zaczęła czuć, że ciepło uderza jej do policzków, a i głowa zaczyna nieco lecieć, ale przecież zaraz wróci do domu i pójdzie spać jak przystało na grzeczną dziewczynkę, prawda? Nieprawda. <br />
Bo pan Moody zapytał czy wie, że ma kota. Nie wiedziała. <br />
Więc zapytał czy chce jego kota zobaczyć. Oczywiście, że chciała. No głupi by tylko chyba nie chciał. <br />
W dodatku kot Aarona nazywał się “Kot” co ją szalenie ubawiło, bo przecież jej własny nosił dumne imię “Le Chat”. Przypadek? Jaka była szansa na taki zbieg okoliczności? <br />
Więc tylko dopiła śmietankowo-kawowy ulepek z trudem trzymając się na nogach, tylko troszkę (całą sobą) wsparta o ramię Aarona, który jeszcze walczył z zatrzaskami jej pelerynki. <br />
<br />
Takim oto sposobem pani sędzia wylądowała na kanapie u starszego aurora w jego własnym mieszkaniu, przytulając do siebie rozanielonego sierściucha (kota, nie aurora) i szczebiocząc nad nim wszelkie możliwe czułostki - głównie po włosku.<br />
Przecież przyszła tylko na herbatę. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Miętową</span> poprosiła, gdy Moody zapytał na co ma ochotę. Z cukrem? Zawahała się. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Niech pan przyniesie cukierniczkę</span>. Tak chyba było prościej. Jakimś cudem dorwała w knajpie najnowsze wydanie Czarownicy, które teraz zajmowało większość jej uwagi. Druga półkula spitego mózgu zastanawiała się czy może kota panu Moody’emu ukraść. <br />
Saoirse Spencer-Moon szczerzyła się do niej z okładki tak paskudnie, że Lorien czuła nieodpartą chęć domalowania jej wąsów i okularów. Gwiazdka współczesnego pożal się bogowie popu reklamowała jakiś quiz dla nastolatek. Miło było czasem zajrzeć do bardziej… odmóżdżającej prasy. Bo o ile Proroka Codziennego, zwłaszcza po pożarach, czytać należało, to niech pierwszy rzuci kamieniem, kto nie lubił sobie raz na jakiś czas rozwiązać testu w stylu “z którego wielkiego czystokrwistego rodu będzie pochodził twój Twój mąż?”. Wyszedł jej Mulciber, więc nie mogła nic dziennikarskiemu instynktowi pismaków z Czarownicy zarzucić. Ale parę dni później w teście na żonę (wypełnionym tylko z czystej ciekawości naprawdę!) wyszła jej Malfoy. Może Eleonora? Chyba jednak wolałaby szanownego pana Ministra Fortinbrasa… Chłopak dziewczyna normalna rodzina czy coś.<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">„Jaki jest twój język miłości?”</span><br />
Zanim spojrzała w ogóle na pytania, zrobiła to co robiła zawsze - zerknęła na odpowiedzi na końcu. W końcu jakiś język mógł jej się podobać bardziej niż inny i wtedy należało nieco nagiąć prawdę. <br />
Spędzanie wspólnie wartościowego czasu - niektórzy przywiązują wagę do spędzania czasu z kimś kto jest w pełni obecny. Lubią kontakt wzrokowy, wartościowe rozmowy oraz uwagę poświęconą tylko i wyłącznie im.<br />
Zastanowiła się przez moment. Oczywiście wartościowe i głębokie rozmowy były czymś co lubiła, ale z drugiej strony… ciężko było spędzać czas z potencjalnym partnerem, kiedy się pracowało tyle co ona.<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Słowa afirmacji - osoba, której językiem miłości są słowa afirmacji ceni sobie pisemne lub ustne wyrazy miłości i uznania. Lubi listy miłos…</span><br />
Nope. Na pewno nie to. Co za bzdura. Mało to człowiek miał spamu i ulotek? Naprawdę niektórzy lubowali się w wyjcach romantyczne serenady? Okropieństwo.<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Kontakt fizyczny…</span> Ach seks? <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Ludzie ci czują się bardziej kochani, gdy okazujemy im “fizyczne uczucia”</span>. Czyli seks. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Dotyk jest dla nich potężnym łącznikiem emocjonalnym - lubią przytulanie, trzymanie się za ręce, siedzenie blisko siebie i całowanie. </span>Czyli nie seks.<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Akty służby.</span> To brzmiało jak coś co pasowało do Pana Moody’ego, ale z pewnością nie do niej. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Ceni sobie uczynność, bez względu na to czy czyn jest duży czy mały. Takim osobom może zaoferować pomoc w obowiązkach domowych czy przygotowaniu obiadu.</span> Zmarszczyła nos. Nie zaproponowała Aaronowi że pomoże mu z herbatą, ale uno - była gościem, due - Kot ułożył się na jej piersiach, mrucząc zaciekle, więc nie mogła go zrzucić, tre - istniała obawa, że jak wstanie to padnie na podłogę. Martini przyjemnie huczało jej w głowie. <br />
<br />
Ale został jeszcze jeden język, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">prezenty</span>. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Dla tych osób językiem miłości jest otrzymywanie podarunków.</span> Lubiła prezenty. Nawet bardzo. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Nie chodzi tu o wartość prezentu…</span> co za bzdura oczywiście, że chodzi. ale o symboliczny gest i wysiłek, który został włożony w jego przygotowanie. Ktokolwiek to pisał musiał być, jak to mówiła jej dobra przyjaciółka, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">u b o g i</span></span>. Przewróciła oczami. Takie osoby czują się szczególnie kochane, gdy prezent pokazuje jak dobrze zna je partner. <br />
Ciekawe czy pan Moody wiedziałby co jej kupić? Trudno było przebić prezent, który sprawił jej wraz z ojcem, gdy miała szesnaście lat… Nie. Po chwili zastanowienia się stwierdziła, że makieta Azkabanu się nie liczy, bo pewnie swojej córce też takie piękne rzeczy na urodziny sprawiał. Zresztą byli tylko znajomymi z pracy, po co miałby jej w ogóle sprawiać jakiś prezent?  No ale mógłby, krzywda by mu się żadna nie stała. Takie na przykład kwiaty. Dawno nie dostała od nikogo już kwiatów...<br />
<br />
Westchnęła ciężko, całując koci łebek. Po to były kocie łebki, żeby je całować. Stwierdziła, że sam test zrobi jak już pan Moody wyłoni się z kuchni. Albo lepiej - najpierw zrobi test jemu, a sama sobie dopasuje co powinno jej wyjść. Ciekawe czy wolał kobiety doceniające słowa afirmacji czy może nie stroniące od kontaktu fizycznego… Poczuła jak ciepłe policzki rumienią się na nowo na samą myśl, która wcale nie powinna się w jej głowie pojawić! Wszystko przez ten nieszczęsny alkohol. <br />
Ani myślała się przy tym ruszać z kanapy, więc Aaron zastał ją w półleżącej pozycji pod Kotem, opartą wygodnie o wszystkie poduszki jakie zdołała znaleźć z gazetą w rękach. Z jedną nogą wygodnie wspartą o kolano drugiej, sukienka obsunęła się… no dość znacznie, prezentując prześliczne pończoszki zakończone koronką jakie miała na nogach.<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Jaki jest pana język miłości?</span>- Zapytała, unosząc kota na wyprostowanych rękach. Na aurora nawet nie spojrzała.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><img src="https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=nhPUKDc.png" loading="lazy"  alt="[Obrazek: imgproxy.php?id=nhPUKDc.png]" class="mycode_img" /></div>
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><div class="ramka">18.09.1972 późny wieczór prawie noc. Mieszkanie Aarona Moody'ego w Camden </div></div>
Nie do końca miało tak wyjść. <br />
W repertuarze było tylko ewentualne wyskoczenie na jednego drinka po meczu, bo przecież nie liczyło się, że Zjednoczeni jakimś cudem wygrali pomimo dwóch goli wbitych przez kapitana Gargulców. Jutro... Jutro będą musieli iść do pracy, więc należało się położyć wcześniej, ale… no właśnie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">ale</span>.<br />
Wylądowali w jakiejś mugolskiej knajpce (o dziwo całkiem urokliwej i jak na porę niedzielną pustawej) pomiędzy stadionem, a centrum Londynu, która swojej wódki nie chrzciła, a i niedawno wprowadziła do swojej karty rzecz wręcz niezwykłą - <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">espresso martini</span>. Połączenie kawy i alkoholu brzmiało wspaniale, smakowało jeszcze lepiej. Lorien aż się zaświeciły oczy, gdy znudzona życiem barmanka wymieniała składniki tego zwieńczenia ludzkiego geniuszu Co prawda w połowie trzeciego kawowego drinka (w ogóle jej nic nie siekło!) pani Mulciber zaczęła czuć, że ciepło uderza jej do policzków, a i głowa zaczyna nieco lecieć, ale przecież zaraz wróci do domu i pójdzie spać jak przystało na grzeczną dziewczynkę, prawda? Nieprawda. <br />
Bo pan Moody zapytał czy wie, że ma kota. Nie wiedziała. <br />
Więc zapytał czy chce jego kota zobaczyć. Oczywiście, że chciała. No głupi by tylko chyba nie chciał. <br />
W dodatku kot Aarona nazywał się “Kot” co ją szalenie ubawiło, bo przecież jej własny nosił dumne imię “Le Chat”. Przypadek? Jaka była szansa na taki zbieg okoliczności? <br />
Więc tylko dopiła śmietankowo-kawowy ulepek z trudem trzymając się na nogach, tylko troszkę (całą sobą) wsparta o ramię Aarona, który jeszcze walczył z zatrzaskami jej pelerynki. <br />
<br />
Takim oto sposobem pani sędzia wylądowała na kanapie u starszego aurora w jego własnym mieszkaniu, przytulając do siebie rozanielonego sierściucha (kota, nie aurora) i szczebiocząc nad nim wszelkie możliwe czułostki - głównie po włosku.<br />
Przecież przyszła tylko na herbatę. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Miętową</span> poprosiła, gdy Moody zapytał na co ma ochotę. Z cukrem? Zawahała się. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Niech pan przyniesie cukierniczkę</span>. Tak chyba było prościej. Jakimś cudem dorwała w knajpie najnowsze wydanie Czarownicy, które teraz zajmowało większość jej uwagi. Druga półkula spitego mózgu zastanawiała się czy może kota panu Moody’emu ukraść. <br />
Saoirse Spencer-Moon szczerzyła się do niej z okładki tak paskudnie, że Lorien czuła nieodpartą chęć domalowania jej wąsów i okularów. Gwiazdka współczesnego pożal się bogowie popu reklamowała jakiś quiz dla nastolatek. Miło było czasem zajrzeć do bardziej… odmóżdżającej prasy. Bo o ile Proroka Codziennego, zwłaszcza po pożarach, czytać należało, to niech pierwszy rzuci kamieniem, kto nie lubił sobie raz na jakiś czas rozwiązać testu w stylu “z którego wielkiego czystokrwistego rodu będzie pochodził twój Twój mąż?”. Wyszedł jej Mulciber, więc nie mogła nic dziennikarskiemu instynktowi pismaków z Czarownicy zarzucić. Ale parę dni później w teście na żonę (wypełnionym tylko z czystej ciekawości naprawdę!) wyszła jej Malfoy. Może Eleonora? Chyba jednak wolałaby szanownego pana Ministra Fortinbrasa… Chłopak dziewczyna normalna rodzina czy coś.<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">„Jaki jest twój język miłości?”</span><br />
Zanim spojrzała w ogóle na pytania, zrobiła to co robiła zawsze - zerknęła na odpowiedzi na końcu. W końcu jakiś język mógł jej się podobać bardziej niż inny i wtedy należało nieco nagiąć prawdę. <br />
Spędzanie wspólnie wartościowego czasu - niektórzy przywiązują wagę do spędzania czasu z kimś kto jest w pełni obecny. Lubią kontakt wzrokowy, wartościowe rozmowy oraz uwagę poświęconą tylko i wyłącznie im.<br />
Zastanowiła się przez moment. Oczywiście wartościowe i głębokie rozmowy były czymś co lubiła, ale z drugiej strony… ciężko było spędzać czas z potencjalnym partnerem, kiedy się pracowało tyle co ona.<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Słowa afirmacji - osoba, której językiem miłości są słowa afirmacji ceni sobie pisemne lub ustne wyrazy miłości i uznania. Lubi listy miłos…</span><br />
Nope. Na pewno nie to. Co za bzdura. Mało to człowiek miał spamu i ulotek? Naprawdę niektórzy lubowali się w wyjcach romantyczne serenady? Okropieństwo.<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Kontakt fizyczny…</span> Ach seks? <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Ludzie ci czują się bardziej kochani, gdy okazujemy im “fizyczne uczucia”</span>. Czyli seks. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Dotyk jest dla nich potężnym łącznikiem emocjonalnym - lubią przytulanie, trzymanie się za ręce, siedzenie blisko siebie i całowanie. </span>Czyli nie seks.<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Akty służby.</span> To brzmiało jak coś co pasowało do Pana Moody’ego, ale z pewnością nie do niej. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Ceni sobie uczynność, bez względu na to czy czyn jest duży czy mały. Takim osobom może zaoferować pomoc w obowiązkach domowych czy przygotowaniu obiadu.</span> Zmarszczyła nos. Nie zaproponowała Aaronowi że pomoże mu z herbatą, ale uno - była gościem, due - Kot ułożył się na jej piersiach, mrucząc zaciekle, więc nie mogła go zrzucić, tre - istniała obawa, że jak wstanie to padnie na podłogę. Martini przyjemnie huczało jej w głowie. <br />
<br />
Ale został jeszcze jeden język, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">prezenty</span>. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Dla tych osób językiem miłości jest otrzymywanie podarunków.</span> Lubiła prezenty. Nawet bardzo. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Nie chodzi tu o wartość prezentu…</span> co za bzdura oczywiście, że chodzi. ale o symboliczny gest i wysiłek, który został włożony w jego przygotowanie. Ktokolwiek to pisał musiał być, jak to mówiła jej dobra przyjaciółka, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">u b o g i</span></span>. Przewróciła oczami. Takie osoby czują się szczególnie kochane, gdy prezent pokazuje jak dobrze zna je partner. <br />
Ciekawe czy pan Moody wiedziałby co jej kupić? Trudno było przebić prezent, który sprawił jej wraz z ojcem, gdy miała szesnaście lat… Nie. Po chwili zastanowienia się stwierdziła, że makieta Azkabanu się nie liczy, bo pewnie swojej córce też takie piękne rzeczy na urodziny sprawiał. Zresztą byli tylko znajomymi z pracy, po co miałby jej w ogóle sprawiać jakiś prezent?  No ale mógłby, krzywda by mu się żadna nie stała. Takie na przykład kwiaty. Dawno nie dostała od nikogo już kwiatów...<br />
<br />
Westchnęła ciężko, całując koci łebek. Po to były kocie łebki, żeby je całować. Stwierdziła, że sam test zrobi jak już pan Moody wyłoni się z kuchni. Albo lepiej - najpierw zrobi test jemu, a sama sobie dopasuje co powinno jej wyjść. Ciekawe czy wolał kobiety doceniające słowa afirmacji czy może nie stroniące od kontaktu fizycznego… Poczuła jak ciepłe policzki rumienią się na nowo na samą myśl, która wcale nie powinna się w jej głowie pojawić! Wszystko przez ten nieszczęsny alkohol. <br />
Ani myślała się przy tym ruszać z kanapy, więc Aaron zastał ją w półleżącej pozycji pod Kotem, opartą wygodnie o wszystkie poduszki jakie zdołała znaleźć z gazetą w rękach. Z jedną nogą wygodnie wspartą o kolano drugiej, sukienka obsunęła się… no dość znacznie, prezentując prześliczne pończoszki zakończone koronką jakie miała na nogach.<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Jaki jest pana język miłości?</span>- Zapytała, unosząc kota na wyprostowanych rękach. Na aurora nawet nie spojrzała.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[Jesień 17.10.1972] Uzdrowiciel potrzebny od zaraz]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5896</link>
			<pubDate>Wed, 25 Mar 2026 23:45:55 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=448">Jonathan Selwyn</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5896</guid>
			<description><![CDATA[Okazja do pomocy Zakonowi w wykonaniu Guinevere nadarzyła się stosunkowo szybko. Rodzina Phat miała pecha. Nie dość, że kilka lat temu uciekli z Kambodży w wyniku toczącej się wojny z Północnym Wietnamem, to jeszcze jako mugolacka, rodzina, która wcześniej zbyt głośno krytykowała działania ideę czystej krwi, dość dotkliwie oberwali podczas Spalonej Nocy, a ogień strawił cały ich dobytek. Postanowili więc uciec w inne miejsce do Francji, gdzie podobno miała na nich czekać dalsza rodzina. Problem był tylko taki, że w Anglii od samego początku przebywali nielegalnie, a przy obecnych nastrojach jeszcze bardziej niż zwykle obawiali się konsekwencji prawnych. Zakon miał im w tym pomóc. Niestety tu pojawił się jeszcze kolejny kłopot, bo jedna z córek państwa Phat, Mala, która już wcześniej była zbyt pewnie siebie mówiła co myśli, po Spalonej Nocy wdała się w kłótnię z niewłaściwymi czarodziejami, co skończyło się nieprzyjemnymi obrażeniami, które uniemożliwiały jej podróż. A uciekać musieli jeszcze szybciej. Na całe szczęście Zakon miał uzdrowicielkę w trakcie rekrutacji.<br />
<br />
Jonathan zaprowadził ich do niewielkiego mieszkania w robotniczej dzielnicy Whitechapel.<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Jak zapewne rozumiecie, żadne z was oficjalnie nie zna tej rodziny i nigdy o niej nie słyszało gdyby ktoś się pytał</span> – powiedział szeptem zanim zapukał do drzwi. W środku, w naprawdę małym mieszkaniu, przebywała obecnie czterosobowa rodzina – wyraźnie zdenerwowana matka rodziny, tylko nieco mniej zdenerwowany ojciec, który im otworzył, a także dwie dorosłe córki z czego jedna siedziała mocno blada na rozkładanej kanapie, a jej ramiona były owinięte bandażami. Jeszcze zanim weszli do pomieszczenia Jonathan dał im znać co powinni zrobić. Zgodnie z ustaleniami Anthony miał zająć się omawianiem planu ucieczki do Francji ze resztą rodziny, Dariką, starszą siostrą i rodzicami, kiedy Guinevere, obejrzy rany młodszej z kobiet, Mali. Córki i ojciec, chociaż mieli dość niepewne miny, znosili tę sytuację w spokoju. Pani Phat natomiast od progu zaczął panikować czy wszystko wyjdzie, do tego stopnia, że Jonathan szybko zamknął się z nią w kuchni, aby ją uspokoić i dać pozostałej dwójce swobodne pole do działania.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Okazja do pomocy Zakonowi w wykonaniu Guinevere nadarzyła się stosunkowo szybko. Rodzina Phat miała pecha. Nie dość, że kilka lat temu uciekli z Kambodży w wyniku toczącej się wojny z Północnym Wietnamem, to jeszcze jako mugolacka, rodzina, która wcześniej zbyt głośno krytykowała działania ideę czystej krwi, dość dotkliwie oberwali podczas Spalonej Nocy, a ogień strawił cały ich dobytek. Postanowili więc uciec w inne miejsce do Francji, gdzie podobno miała na nich czekać dalsza rodzina. Problem był tylko taki, że w Anglii od samego początku przebywali nielegalnie, a przy obecnych nastrojach jeszcze bardziej niż zwykle obawiali się konsekwencji prawnych. Zakon miał im w tym pomóc. Niestety tu pojawił się jeszcze kolejny kłopot, bo jedna z córek państwa Phat, Mala, która już wcześniej była zbyt pewnie siebie mówiła co myśli, po Spalonej Nocy wdała się w kłótnię z niewłaściwymi czarodziejami, co skończyło się nieprzyjemnymi obrażeniami, które uniemożliwiały jej podróż. A uciekać musieli jeszcze szybciej. Na całe szczęście Zakon miał uzdrowicielkę w trakcie rekrutacji.<br />
<br />
Jonathan zaprowadził ich do niewielkiego mieszkania w robotniczej dzielnicy Whitechapel.<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Jak zapewne rozumiecie, żadne z was oficjalnie nie zna tej rodziny i nigdy o niej nie słyszało gdyby ktoś się pytał</span> – powiedział szeptem zanim zapukał do drzwi. W środku, w naprawdę małym mieszkaniu, przebywała obecnie czterosobowa rodzina – wyraźnie zdenerwowana matka rodziny, tylko nieco mniej zdenerwowany ojciec, który im otworzył, a także dwie dorosłe córki z czego jedna siedziała mocno blada na rozkładanej kanapie, a jej ramiona były owinięte bandażami. Jeszcze zanim weszli do pomieszczenia Jonathan dał im znać co powinni zrobić. Zgodnie z ustaleniami Anthony miał zająć się omawianiem planu ucieczki do Francji ze resztą rodziny, Dariką, starszą siostrą i rodzicami, kiedy Guinevere, obejrzy rany młodszej z kobiet, Mali. Córki i ojciec, chociaż mieli dość niepewne miny, znosili tę sytuację w spokoju. Pani Phat natomiast od progu zaczął panikować czy wszystko wyjdzie, do tego stopnia, że Jonathan szybko zamknął się z nią w kuchni, aby ją uspokoić i dać pozostałej dwójce swobodne pole do działania.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[Jesień, 2.10.72] Mam dla ciebie propozycje nie do odrzucenia | Robert & Jonathan]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5851</link>
			<pubDate>Sun, 15 Mar 2026 02:28:37 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=448">Jonathan Selwyn</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5851</guid>
			<description><![CDATA[W grudniu miną dwa lata od kiedy Brenna przyszła do niego z ryzykowną propozycja dołączenia do Zakonu, na którą oczywiście się zgodził. Zabawne, że zaraz miał spotkać się z Robertem i rozmawiać o Zakonie w tym samym gabinecie, w którym rozmawiał o tym z Longbottom. Tylko, że teraz to on przejął od niej te obowiązki, a czarownica otrzymała nowe zadania.<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Robercie. Doskonale cię widzieć. Cieszę się, że tak wybitny sędzia Wizengamotu znalazł dla mnie czas. Dobrze rozumiem że ty też udajesz się później na to spotkanie z Anthonym?</span> – powiedział witając Roberta od progu. Późniejsze spotkanie... Shafiq miał plan, a chociaż sytuacja pomiędzy ich dwójka była wciąż... Dość dziwna, to zamierzał mu pomóc w tej inicjatywie. To jednak była sprawa na później. Na razie miał interes do samego Roberta. – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Chcesz się może czegoś napić? Jesteś głodny?</span> – spytał, wpuszczając kuzyna do środka i zamykając za nim drzwi.<br />
<br />
Czuł, że zaangażowanie w to wszystko Roberta było dobrą decyzją. Crouch w końcu nadawał się idealnie. Przede wszystkim miał serce po właściwej stronie, nie bał się otwarcie mówić o swoich przekonaniach i Jonathan miał czasem wrażenie, że jego drogi kuzyn w pewnym sprawach był progresywnieijszy niż on sam. A to był przecież dopiero początek, bo naprawdę potrzebowali kogoś jeszcze w Ministerstwie, a pozycja Roberta była wręcz idealna. Sędzia Wizengamotu po ich stronie. To naprawdę mogło pomoc. <br />
Czarodziej obiektywnie mówiąc był też dość wyględny, a chociaż nie był to w żaden sposób element obowiązkowy, to jednak dobrze było, aby Zakonnicy wyglądali całkiem dobrze zwłaszcza w kontrze do paskudnych masek Śmierciożerców. Tak. Robert był idealnym kandydatem. Pytanie tylko, czy wysoko postawiony sędzia Wizengamotu i ojciec był w stanie podjąć takie ryzyko?]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[W grudniu miną dwa lata od kiedy Brenna przyszła do niego z ryzykowną propozycja dołączenia do Zakonu, na którą oczywiście się zgodził. Zabawne, że zaraz miał spotkać się z Robertem i rozmawiać o Zakonie w tym samym gabinecie, w którym rozmawiał o tym z Longbottom. Tylko, że teraz to on przejął od niej te obowiązki, a czarownica otrzymała nowe zadania.<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Robercie. Doskonale cię widzieć. Cieszę się, że tak wybitny sędzia Wizengamotu znalazł dla mnie czas. Dobrze rozumiem że ty też udajesz się później na to spotkanie z Anthonym?</span> – powiedział witając Roberta od progu. Późniejsze spotkanie... Shafiq miał plan, a chociaż sytuacja pomiędzy ich dwójka była wciąż... Dość dziwna, to zamierzał mu pomóc w tej inicjatywie. To jednak była sprawa na później. Na razie miał interes do samego Roberta. – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Chcesz się może czegoś napić? Jesteś głodny?</span> – spytał, wpuszczając kuzyna do środka i zamykając za nim drzwi.<br />
<br />
Czuł, że zaangażowanie w to wszystko Roberta było dobrą decyzją. Crouch w końcu nadawał się idealnie. Przede wszystkim miał serce po właściwej stronie, nie bał się otwarcie mówić o swoich przekonaniach i Jonathan miał czasem wrażenie, że jego drogi kuzyn w pewnym sprawach był progresywnieijszy niż on sam. A to był przecież dopiero początek, bo naprawdę potrzebowali kogoś jeszcze w Ministerstwie, a pozycja Roberta była wręcz idealna. Sędzia Wizengamotu po ich stronie. To naprawdę mogło pomoc. <br />
Czarodziej obiektywnie mówiąc był też dość wyględny, a chociaż nie był to w żaden sposób element obowiązkowy, to jednak dobrze było, aby Zakonnicy wyglądali całkiem dobrze zwłaszcza w kontrze do paskudnych masek Śmierciożerców. Tak. Robert był idealnym kandydatem. Pytanie tylko, czy wysoko postawiony sędzia Wizengamotu i ojciec był w stanie podjąć takie ryzyko?]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[9.10.72] The noble and most ancient art of making your father’s face turn purple]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5848</link>
			<pubDate>Sat, 14 Mar 2026 19:22:44 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=128">Bard Beedle</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5848</guid>
			<description><![CDATA[Październikowe wieczory zawsze przychodziły szybko, jeszcze chwilę wcześniej na strychu widziałyśmy smugę zmierzchu w oknie, teraz za szklaną taflą pozostała już tylko noc. Włączyłam lampę na ścianie i zeszłam niżej, powoli, przytrzymując się poręczy. Dom o tej porze zawsze robił się cichszy, jakby wraz z zapadnięciem zmroku wszystko w nim zwalniało, salon był pogrążony w półmroku, kiedy zeszłyśmy na dół, mrok zdążył już na dobre rozgościć się za oknami, londyńska mgła była ciężka, wilgotna, a szyby odbijały tylko nikłe światło księżyca i latarni gazowych przy ulicy. Zatrzymałam się na moment przy drzwiach salonu, zdejmując fartuch i odkładając go na oparcie krzesła, po czym rzuciłam Prudence krótkie spojrzenie. Przez moment przyglądałam się jej twarzy w świetle świec, temu spokojowi, który pojawił się tam zamiast zmęczenia z poprzednich dni.<br />
-<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> Zapal świece, dobrze?</span> - Powiedziałam, zdejmując z haczyka stary klucz na długim łańcuszku. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Te przy kominku i na stole.</span> - Nie czekałam na odpowiedź, bo i tak wiedziałam, że sobie poradzi, już ruszałam w stronę korytarza, ale zatrzymałam się jeszcze na moment.<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">I znajdź dwa kieliszki do wina. Nie te, które wybiera twój ojciec na niedzielnych obiadach, kiedy chce wyglądać na poważnego. Te z cienką nóżką, fikuśne. Stoją w kredensie po lewej.</span> - Mrugnęłam do niej krótko i zniknęłam, kierując się tam, gdzie trzymałam kilka butelek na szczególne okazje. Nie było ich wiele, nie widziałam sensu w trzymaniu rzeczy „na kiedyś”, które nigdy nie nadchodzi, ale skrzętnie pilnowałam, by nikt ich nie ruszał przed czasem, każda była na konkretne okoliczności. <br />
Drzwi do piwnicy skrzypnęły cicho, kiedy je otworzyłam, a chłodny, wilgotny powiew natychmiast owiał mi twarz, schody były wąskie i wytarte przez lata, które dawno przestałam liczyć, więc zeszłam powoli w dół, opierając dłoń o ścianę, aż w końcu znalazłam się w chłodnej, półciemnej przestrzeni. W powietrzu unosił się zapach kurzu, wosku z trzymanych tam zapasów świec, starego drewna korkowego i tej specyficznej jesiennej chłodnej nuty, która zawsze wdzierała się do domu, gdy zapadał wieczór. Na półkach stały rzędy butelek - niektóre młodsze, inne tak stare, że sama nie pamiętałam, przy jakiej okazji je odkładałam, ale dobrze wiedziałam, po co - przesunęłam palcami po szyjkach kilku z nich, aż w końcu zatrzymałam się przy tej właściwej. Ciemne szkło było zakurzone, ale dobrze rozpoznawalne, nie musiałam nawet patrzeć na etykietę, zdjęłam je z półki energicznym ruchem dłoni, bez wahania, tak jak wyciągało się coś, na co czekało się odpowiednio długo, by już się nie cackać. Nie przejmowałam się grubą warstwą pajęczyn, którą starałam częściowo palcami, a trochę rękawem, zdmuchując też trochę kurzu z szyjki. <br />
Wracając zatrzymałam się na moment w progu, patrząc na wnuczkę, światło świec zdążyło już wypełnić salon miękkim, złotym blaskiem, płomienie odbijały się w szybach, w polerowanym drewnie stołu i w kieliszkach, które Prudence zdążyła znaleźć. Bez słowa postawiłam butelkę na stole z lekkim stuknięciem, sięgnęłam po korkociąg leżący obok tacy i zaczęłam powoli wkręcać spiralę w korek, aż w końcu ustąpił z subtelnym dźwiękiem - zapach wina rozszedł się w powietrzu natychmiast, ciężki, słodki, z nutą czegoś orzechowego i czekoladowego - sięgnęłam po pierwszy kieliszek i nalałam do niego solidną porcję, drogi alkohol spłynął powoli po ściankach szkła. <br />
-<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> Mam jeszcze jedną taką butelkę.</span> - Stwierdziłam, niby od niechcenia, nalewając drugi kieliszek. Porto miało ten nasycony ciemny kolor, który wyglądał niemal czarno w słabym świetle, dopóki nie złapało płomienia świec. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Dla Eliasa</span> - zerknęłam na nią znacząco ponad brzegiem szkła, po czym podałam jej szkło - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">ale nie mów mu o tym. Niech sam się nareszcie ożeni.</span> - Odstawiłam butelkę i uniosłam swój kieliszek. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Inaczej będzie musiał się zadowalać herbatą.</span> - Kącik moich ust uniósł się w lekkim, konspiracyjnym uśmiechu.<br />
<br />
<div class="ramka">Bard:  <a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=544" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Benjy Fenwick</a>  </div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Październikowe wieczory zawsze przychodziły szybko, jeszcze chwilę wcześniej na strychu widziałyśmy smugę zmierzchu w oknie, teraz za szklaną taflą pozostała już tylko noc. Włączyłam lampę na ścianie i zeszłam niżej, powoli, przytrzymując się poręczy. Dom o tej porze zawsze robił się cichszy, jakby wraz z zapadnięciem zmroku wszystko w nim zwalniało, salon był pogrążony w półmroku, kiedy zeszłyśmy na dół, mrok zdążył już na dobre rozgościć się za oknami, londyńska mgła była ciężka, wilgotna, a szyby odbijały tylko nikłe światło księżyca i latarni gazowych przy ulicy. Zatrzymałam się na moment przy drzwiach salonu, zdejmując fartuch i odkładając go na oparcie krzesła, po czym rzuciłam Prudence krótkie spojrzenie. Przez moment przyglądałam się jej twarzy w świetle świec, temu spokojowi, który pojawił się tam zamiast zmęczenia z poprzednich dni.<br />
-<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> Zapal świece, dobrze?</span> - Powiedziałam, zdejmując z haczyka stary klucz na długim łańcuszku. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Te przy kominku i na stole.</span> - Nie czekałam na odpowiedź, bo i tak wiedziałam, że sobie poradzi, już ruszałam w stronę korytarza, ale zatrzymałam się jeszcze na moment.<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">I znajdź dwa kieliszki do wina. Nie te, które wybiera twój ojciec na niedzielnych obiadach, kiedy chce wyglądać na poważnego. Te z cienką nóżką, fikuśne. Stoją w kredensie po lewej.</span> - Mrugnęłam do niej krótko i zniknęłam, kierując się tam, gdzie trzymałam kilka butelek na szczególne okazje. Nie było ich wiele, nie widziałam sensu w trzymaniu rzeczy „na kiedyś”, które nigdy nie nadchodzi, ale skrzętnie pilnowałam, by nikt ich nie ruszał przed czasem, każda była na konkretne okoliczności. <br />
Drzwi do piwnicy skrzypnęły cicho, kiedy je otworzyłam, a chłodny, wilgotny powiew natychmiast owiał mi twarz, schody były wąskie i wytarte przez lata, które dawno przestałam liczyć, więc zeszłam powoli w dół, opierając dłoń o ścianę, aż w końcu znalazłam się w chłodnej, półciemnej przestrzeni. W powietrzu unosił się zapach kurzu, wosku z trzymanych tam zapasów świec, starego drewna korkowego i tej specyficznej jesiennej chłodnej nuty, która zawsze wdzierała się do domu, gdy zapadał wieczór. Na półkach stały rzędy butelek - niektóre młodsze, inne tak stare, że sama nie pamiętałam, przy jakiej okazji je odkładałam, ale dobrze wiedziałam, po co - przesunęłam palcami po szyjkach kilku z nich, aż w końcu zatrzymałam się przy tej właściwej. Ciemne szkło było zakurzone, ale dobrze rozpoznawalne, nie musiałam nawet patrzeć na etykietę, zdjęłam je z półki energicznym ruchem dłoni, bez wahania, tak jak wyciągało się coś, na co czekało się odpowiednio długo, by już się nie cackać. Nie przejmowałam się grubą warstwą pajęczyn, którą starałam częściowo palcami, a trochę rękawem, zdmuchując też trochę kurzu z szyjki. <br />
Wracając zatrzymałam się na moment w progu, patrząc na wnuczkę, światło świec zdążyło już wypełnić salon miękkim, złotym blaskiem, płomienie odbijały się w szybach, w polerowanym drewnie stołu i w kieliszkach, które Prudence zdążyła znaleźć. Bez słowa postawiłam butelkę na stole z lekkim stuknięciem, sięgnęłam po korkociąg leżący obok tacy i zaczęłam powoli wkręcać spiralę w korek, aż w końcu ustąpił z subtelnym dźwiękiem - zapach wina rozszedł się w powietrzu natychmiast, ciężki, słodki, z nutą czegoś orzechowego i czekoladowego - sięgnęłam po pierwszy kieliszek i nalałam do niego solidną porcję, drogi alkohol spłynął powoli po ściankach szkła. <br />
-<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> Mam jeszcze jedną taką butelkę.</span> - Stwierdziłam, niby od niechcenia, nalewając drugi kieliszek. Porto miało ten nasycony ciemny kolor, który wyglądał niemal czarno w słabym świetle, dopóki nie złapało płomienia świec. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Dla Eliasa</span> - zerknęłam na nią znacząco ponad brzegiem szkła, po czym podałam jej szkło - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">ale nie mów mu o tym. Niech sam się nareszcie ożeni.</span> - Odstawiłam butelkę i uniosłam swój kieliszek. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Inaczej będzie musiał się zadowalać herbatą.</span> - Kącik moich ust uniósł się w lekkim, konspiracyjnym uśmiechu.<br />
<br />
<div class="ramka">Bard:  <a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=544" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Benjy Fenwick</a>  </div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[09.10.72] Vervain, valerian, violet root. Bitter the blossom, sweet the fruit]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5810</link>
			<pubDate>Tue, 10 Mar 2026 20:39:14 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=128">Bard Beedle</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5810</guid>
			<description><![CDATA[Wieczór zdążył już opaść na ogród, gęsty i ciemny, praktycznie pozbawiony światła księżyca kryjącego się za wysokimi drzewami, przez małe okienko pod samym szczytem dachu wpadała tylko przytłumiona poświata lamp gazowych rozświetlających mroki październikowej nocy, prócz tego w pomieszczeniu paliło się wyłącznie kilka świec w szklanych osłonkach. Nie lubiłam głównego światła, a w kilku bocznych kinkietach praktycznie za jednym zamachem przepaliły się wszystkie żarówki, co zresztą uznałam za omen - nie wiedziałam tylko, jaki… Do tej pory nie kłopotałam się, by je wymienić, zamiast tego wolałam rozpalić ogień, który dużo bardziej pasował do zadania, jakie miałyśmy przed sobą. <br />
Na strychu pachniało suchym drewnem, kurzem i ziołami, jak zawsze, to był zapach, który od lat utożsamiałam z tym miejscem - ciężki, ciepły, trochę żywiczny - nie zmieniał się ani trochę, pomimo upływu czasu, dokładnie tak jak reszta tego domu. Belki podtrzymujące sufity budynku były stare i ciemne, poprzecinane cienkimi pęknięciami, które pojawiły się tam dawno temu i już nikomu nie przeszkadzały. Deski podłogowe również nie należały do najnowszych, były poprzecierane, skrzypiące i wysłużone, dokładnie tak samo jak dywan, na którym postanowiłam usiąść, układając wokół siebie przybory do wiązania roślin. Ściany dookoła nas miały przygaszone kolory świadczące o dekadach palenia w wielu kominkach rozlokowanych na każdym piętrze, lecz nie tylko - nigdy nie czułam potrzeby wychodzić na zewnątrz, by marznąć, paląc papierosy, poza tym regularnie okadzałam moje przestrzenie, paliłam w nich kadzidła oraz korzystałam z niezliczonych świec, aby przeprowadzać rytuały, zwłaszcza tutaj - w najwyższym punkcie domu.<br />
Na środku podłogi, tuż przede mną, stała stara skrzynia, która od lat służyła mi za stół do prac manualnych, na jej wieku rozłożyłam lnianą ściereczkę służącą mi za obrus, a obok położyłam dwa nieduże noże o srebrnych ostrzach. Spojrzałam na Prudence kątem oka, przyglądając się jej przez moment, zanim się odezwałam. <br />
-<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> Najpierw trzeba je oczyścić.</span> - Powiedziałam spokojnie, przesuwając palcami wzdłuż kępki szałwi, którą zebrałyśmy w ogrodzie, kilka suchych listków odpadło od razu i opadło na prowizoryczny stół. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Zostawiasz tylko te, które są mocne. Jeśli coś jest połamane, nadjedzone albo zbrązowiałe, wyrzucasz.</span> - Podniosłam jedną łodygę i obróciłam ją w palcach, żeby Prudie dobrze widziała, o co mi chodziło. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Widzisz te dolne liście? Te już są zbyt wilgotne. Jeśli je zostawisz, wszystko zacznie pleśnieć.</span> - Oderwałam je powoli, kilkoma zdecydowanymi ruchami. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Potem dzielisz to na mniejsze wiązki. Nie za grube.</span> - Wyjaśniłam, obrywając jeszcze kilka niedoskonałości, zanim przeszłam do wspomnianego kroku. Odłożyłam większą część roślin na bok i wyrównałam końcówki mniejszej wiązki, stukając nią lekko o deskę skrzyni. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Jeśli zwiążesz za luźno, wszystko się rozpadnie. Jeśli za ciasno, zaczną gnić.</span> - Ułożyłam kilka łodyg obok siebie i sięgnęłam po cienki lniany sznurek - owinęłam go raz, drugi, potem zawiązałam prosty węzeł, który trzymał pęk ciasno, ale nie zgniatał łodyg. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Spróbuj.</span> - Przesunęłam w stronę Prudence kosz z lawendą - fioletowe kwiaty były zebrane wcześniej, ale nadal doskonałe do wiązania, tak samo jak zbiory bylicy, pachniały ciepło i przyjemnie, roztaczając wokół nas wyrazisty aromat. Nad naszymi głowami wisiały dziesiątki suszących się pęków, poruszających się lekko w przeciągu.<br />
-<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> Pamiętaj też o jednej rzeczy.</span> - Dodałam łagodnie, z lekkim uśmiechem, opierając dłonie o stół. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Zioła działają najlepiej wtedy, kiedy ktoś wie, po co je zbiera. Zawsze wiedzą, w jakim jesteś stanie, kiedy ich dotykasz i z jaką intencją to robisz.</span> - Wzięłam do ręki pęczek lawendy i poprawiłam jeden z wystających kwiatów. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Dlatego najlepiej przygotowuje się je wtedy, kiedy serce jest spokojne. Wtedy robią dokładnie to, do czego są przeznaczone. Inaczej są tylko ładnym zapachem pod dachem.</span> - Kąciki moich ust uniosły się trochę bardziej porozumiewawczo, prawie wymownie, obie zdecydowanie miałyśmy dziś właściwe nastawienie.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Wieczór zdążył już opaść na ogród, gęsty i ciemny, praktycznie pozbawiony światła księżyca kryjącego się za wysokimi drzewami, przez małe okienko pod samym szczytem dachu wpadała tylko przytłumiona poświata lamp gazowych rozświetlających mroki październikowej nocy, prócz tego w pomieszczeniu paliło się wyłącznie kilka świec w szklanych osłonkach. Nie lubiłam głównego światła, a w kilku bocznych kinkietach praktycznie za jednym zamachem przepaliły się wszystkie żarówki, co zresztą uznałam za omen - nie wiedziałam tylko, jaki… Do tej pory nie kłopotałam się, by je wymienić, zamiast tego wolałam rozpalić ogień, który dużo bardziej pasował do zadania, jakie miałyśmy przed sobą. <br />
Na strychu pachniało suchym drewnem, kurzem i ziołami, jak zawsze, to był zapach, który od lat utożsamiałam z tym miejscem - ciężki, ciepły, trochę żywiczny - nie zmieniał się ani trochę, pomimo upływu czasu, dokładnie tak jak reszta tego domu. Belki podtrzymujące sufity budynku były stare i ciemne, poprzecinane cienkimi pęknięciami, które pojawiły się tam dawno temu i już nikomu nie przeszkadzały. Deski podłogowe również nie należały do najnowszych, były poprzecierane, skrzypiące i wysłużone, dokładnie tak samo jak dywan, na którym postanowiłam usiąść, układając wokół siebie przybory do wiązania roślin. Ściany dookoła nas miały przygaszone kolory świadczące o dekadach palenia w wielu kominkach rozlokowanych na każdym piętrze, lecz nie tylko - nigdy nie czułam potrzeby wychodzić na zewnątrz, by marznąć, paląc papierosy, poza tym regularnie okadzałam moje przestrzenie, paliłam w nich kadzidła oraz korzystałam z niezliczonych świec, aby przeprowadzać rytuały, zwłaszcza tutaj - w najwyższym punkcie domu.<br />
Na środku podłogi, tuż przede mną, stała stara skrzynia, która od lat służyła mi za stół do prac manualnych, na jej wieku rozłożyłam lnianą ściereczkę służącą mi za obrus, a obok położyłam dwa nieduże noże o srebrnych ostrzach. Spojrzałam na Prudence kątem oka, przyglądając się jej przez moment, zanim się odezwałam. <br />
-<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> Najpierw trzeba je oczyścić.</span> - Powiedziałam spokojnie, przesuwając palcami wzdłuż kępki szałwi, którą zebrałyśmy w ogrodzie, kilka suchych listków odpadło od razu i opadło na prowizoryczny stół. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Zostawiasz tylko te, które są mocne. Jeśli coś jest połamane, nadjedzone albo zbrązowiałe, wyrzucasz.</span> - Podniosłam jedną łodygę i obróciłam ją w palcach, żeby Prudie dobrze widziała, o co mi chodziło. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Widzisz te dolne liście? Te już są zbyt wilgotne. Jeśli je zostawisz, wszystko zacznie pleśnieć.</span> - Oderwałam je powoli, kilkoma zdecydowanymi ruchami. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Potem dzielisz to na mniejsze wiązki. Nie za grube.</span> - Wyjaśniłam, obrywając jeszcze kilka niedoskonałości, zanim przeszłam do wspomnianego kroku. Odłożyłam większą część roślin na bok i wyrównałam końcówki mniejszej wiązki, stukając nią lekko o deskę skrzyni. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Jeśli zwiążesz za luźno, wszystko się rozpadnie. Jeśli za ciasno, zaczną gnić.</span> - Ułożyłam kilka łodyg obok siebie i sięgnęłam po cienki lniany sznurek - owinęłam go raz, drugi, potem zawiązałam prosty węzeł, który trzymał pęk ciasno, ale nie zgniatał łodyg. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Spróbuj.</span> - Przesunęłam w stronę Prudence kosz z lawendą - fioletowe kwiaty były zebrane wcześniej, ale nadal doskonałe do wiązania, tak samo jak zbiory bylicy, pachniały ciepło i przyjemnie, roztaczając wokół nas wyrazisty aromat. Nad naszymi głowami wisiały dziesiątki suszących się pęków, poruszających się lekko w przeciągu.<br />
-<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> Pamiętaj też o jednej rzeczy.</span> - Dodałam łagodnie, z lekkim uśmiechem, opierając dłonie o stół. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Zioła działają najlepiej wtedy, kiedy ktoś wie, po co je zbiera. Zawsze wiedzą, w jakim jesteś stanie, kiedy ich dotykasz i z jaką intencją to robisz.</span> - Wzięłam do ręki pęczek lawendy i poprawiłam jeden z wystających kwiatów. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Dlatego najlepiej przygotowuje się je wtedy, kiedy serce jest spokojne. Wtedy robią dokładnie to, do czego są przeznaczone. Inaczej są tylko ładnym zapachem pod dachem.</span> - Kąciki moich ust uniosły się trochę bardziej porozumiewawczo, prawie wymownie, obie zdecydowanie miałyśmy dziś właściwe nastawienie.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[09.10.1972] And the sky is made of velvet]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5804</link>
			<pubDate>Fri, 06 Mar 2026 18:32:30 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=128">Bard Beedle</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5804</guid>
			<description><![CDATA[Gdzieś nad moją głową przeleciało stado gęsi, krótki trzepot skrzydeł przeciął ciszę, wraz z krzykiem ptaków, potem wszystko znowu ucichło. Wieczór był już chłodny, ale jeszcze nie tak zimny, żeby przegonić mnie do środka domu. Słońce dopiero zaczynało chować się za horyzontem, a dzisiejszy dzień należał do tych cieplejszych, jeszcze nie do końca jesiennych, chociaż już niezupełnie letnich. Nad ogrodem wisiał ten szczególny rodzaj ciszy, który pojawiał się tylko o tej porze roku, powietrze było gęste od zapachu dymu z czyjegoś kominka, który wił się popielatą smugą w niebo, znikając gdzieś dalej, za linią starych drzew. Gleba pod moimi opuszkami była wilgotna i miękka, pachniała ciężko, ziemiście, gdy powoli zagłębiałam palce w grządce z ziołami, delektując się tym wrażeniem - przez poprzednie miesiące zbierała w sobie wspomnienia słońca, żeby teraz oddawać je bardzo powoli, przygotowując rosnącą w niej roślinność na nadejście znacznie chłodniejszej pory roku. <br />
Miałam jeszcze kilka rzeczy do zrobienia, zawsze miałam, praca nad utrzymaniem ogrodu tak naprawdę nigdy nie była całkowicie skończona, to był nieustanny proces, który ponoć albo się kochało, albo nienawidziło, natomiast ja - nawet jeśli nie uważałam się za ekspertkę w zakresie pielęgnacji flory, czasami celowo łamiąc reguły ogrodnictwa, tak dla odrobiny eksperymentu, co nie zawsze odpowiadało moim sąsiadom - balansowałam gdzieś pomiędzy. Uwielbiałam moje grządki z szałwią, rozmarynem i innymi pachnącymi roślinami, umiarkowanie dbałam o zieleń trawnika, za to zupełnie ignorowałam wszystkie żywopłoty, pozwalając im rosnąć, jak chciały. To samo tyczyło się drzew i krzewów innych, niż te owocowe, które otrzymywały ode mnie okazjonalną, nieplanowaną uwagę. Wszystko zależało od aury.<br />
Unosząc głowę, przymknęłam oczy na moment, wsłuchując się w przestrzeń. Przesunęłam palcami po łodygach lawendy, zbierając kilka ostatnich kwiatów, które zostawiłam na później do suszenia. Właśnie wtedy ją poczułam - choć nie od razu w wyraźny sposób, najpierw pod skórą, na pograniczu świadomości, niczym delikatne rezonowanie, brzęczenie w uszach - tę zmianę w powietrzu, która zakłóciła senny spokój zmierzchu otulającego londyńskie przedmieścia. Rośliny mówiły, jeśli tylko ktoś potrafił słuchać, nie słowami, oczywiście, raczej ciężarem powietrza, sposobem, w jaki poruszały się ich pędy, tym drobnym napięciem, które pojawiało się w karku bez wyraźnego powodu wraz z zapachem ozonu w nozdrzach. Najpierw był tylko wiatr przesuwający się między gałęziami starej jabłoni, potem szum liści, wszystkie te subtelne dźwięki, które znałam na pamięć - dopiero po chwili pojawił się cichy, metaliczny odgłos, który w niczym nie przypominał dzwonków wietrznych zawieszonych na werandzie z tyłu domu i w głównych, przednich drzwiach. Powoli podniosłam się z kolan, opierając dłoń o drewnianą skrzynkę, zawias furtki zaskrzypiał jeszcze raz, już ciszej, jakby ktoś zamykał ją ostrożnie za sobą. Uśmiechnęłam się pod nosem, strzepnęłam ziemię z dłoni i potarłam palce o fartuch, odwróciłam się dopiero wtedy, gdy usłyszałam znajomy rytm kroków na ścieżce wzdłuż bocznej ściany - doskonale, akurat poczułam ochotę, by napić się gorącej herbaty, najlepiej z wkładką. <br />
<br />
<div class="ramka">Bard: Benjy Fenwick</div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Gdzieś nad moją głową przeleciało stado gęsi, krótki trzepot skrzydeł przeciął ciszę, wraz z krzykiem ptaków, potem wszystko znowu ucichło. Wieczór był już chłodny, ale jeszcze nie tak zimny, żeby przegonić mnie do środka domu. Słońce dopiero zaczynało chować się za horyzontem, a dzisiejszy dzień należał do tych cieplejszych, jeszcze nie do końca jesiennych, chociaż już niezupełnie letnich. Nad ogrodem wisiał ten szczególny rodzaj ciszy, który pojawiał się tylko o tej porze roku, powietrze było gęste od zapachu dymu z czyjegoś kominka, który wił się popielatą smugą w niebo, znikając gdzieś dalej, za linią starych drzew. Gleba pod moimi opuszkami była wilgotna i miękka, pachniała ciężko, ziemiście, gdy powoli zagłębiałam palce w grządce z ziołami, delektując się tym wrażeniem - przez poprzednie miesiące zbierała w sobie wspomnienia słońca, żeby teraz oddawać je bardzo powoli, przygotowując rosnącą w niej roślinność na nadejście znacznie chłodniejszej pory roku. <br />
Miałam jeszcze kilka rzeczy do zrobienia, zawsze miałam, praca nad utrzymaniem ogrodu tak naprawdę nigdy nie była całkowicie skończona, to był nieustanny proces, który ponoć albo się kochało, albo nienawidziło, natomiast ja - nawet jeśli nie uważałam się za ekspertkę w zakresie pielęgnacji flory, czasami celowo łamiąc reguły ogrodnictwa, tak dla odrobiny eksperymentu, co nie zawsze odpowiadało moim sąsiadom - balansowałam gdzieś pomiędzy. Uwielbiałam moje grządki z szałwią, rozmarynem i innymi pachnącymi roślinami, umiarkowanie dbałam o zieleń trawnika, za to zupełnie ignorowałam wszystkie żywopłoty, pozwalając im rosnąć, jak chciały. To samo tyczyło się drzew i krzewów innych, niż te owocowe, które otrzymywały ode mnie okazjonalną, nieplanowaną uwagę. Wszystko zależało od aury.<br />
Unosząc głowę, przymknęłam oczy na moment, wsłuchując się w przestrzeń. Przesunęłam palcami po łodygach lawendy, zbierając kilka ostatnich kwiatów, które zostawiłam na później do suszenia. Właśnie wtedy ją poczułam - choć nie od razu w wyraźny sposób, najpierw pod skórą, na pograniczu świadomości, niczym delikatne rezonowanie, brzęczenie w uszach - tę zmianę w powietrzu, która zakłóciła senny spokój zmierzchu otulającego londyńskie przedmieścia. Rośliny mówiły, jeśli tylko ktoś potrafił słuchać, nie słowami, oczywiście, raczej ciężarem powietrza, sposobem, w jaki poruszały się ich pędy, tym drobnym napięciem, które pojawiało się w karku bez wyraźnego powodu wraz z zapachem ozonu w nozdrzach. Najpierw był tylko wiatr przesuwający się między gałęziami starej jabłoni, potem szum liści, wszystkie te subtelne dźwięki, które znałam na pamięć - dopiero po chwili pojawił się cichy, metaliczny odgłos, który w niczym nie przypominał dzwonków wietrznych zawieszonych na werandzie z tyłu domu i w głównych, przednich drzwiach. Powoli podniosłam się z kolan, opierając dłoń o drewnianą skrzynkę, zawias furtki zaskrzypiał jeszcze raz, już ciszej, jakby ktoś zamykał ją ostrożnie za sobą. Uśmiechnęłam się pod nosem, strzepnęłam ziemię z dłoni i potarłam palce o fartuch, odwróciłam się dopiero wtedy, gdy usłyszałam znajomy rytm kroków na ścieżce wzdłuż bocznej ściany - doskonale, akurat poczułam ochotę, by napić się gorącej herbaty, najlepiej z wkładką. <br />
<br />
<div class="ramka">Bard: Benjy Fenwick</div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[13.10.1972] A long, grey ribbon of time]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5803</link>
			<pubDate>Fri, 06 Mar 2026 18:21:11 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=544">Benjy Fenwick</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5803</guid>
			<description><![CDATA[[inny avek]https://64.media.tumblr.com/90a83abf8a33b7cd2e1e82bf7a84540f/27d5995aabca7f63-c0/s400x600/8c818353d8d0e5975565cfd6cc1102fb4b5cdd86.pnj[/inny avek]<br />
Oddychałem płytko, jakbym za każdym razem musiał przypominać sobie, w jaki sposób w ogóle się to robiło - wdech, który palił gardło, i wydech, ciężki, wilgotny, oblepiający język metalicznym posmakiem tak wyraźnym, że niemal się nim dusiłem. Pod moimi powiekami zaczynało zbierać się światło, rozmyte, przygaszone, jakby ktoś zasłonił lampę grubą warstwą materiału - nie była to jasność księżyca, nie miała tej ostrej, srebrnej krawędzi, jak smuga, która wcześniej przecinała zarośla w lesie. To było coś spokojniejszego, bardziej cywilizowanego, może świeca, może lampka na stoliku nocnym, a może błysk zaklęcia - myśl ta pojawiła się na moment i zaraz odpłynęła, zostawiając mnie z dziwną pewnością, że jeśli otworzę oczy, zobaczę coś, czego wcale nie chciałem oglądać. W uszach huczało mi miarowe stukanie, ten sam dźwięk, który kojarzył mi się z dalekobieżnym pociągiem przemierzającym nocne pustkowia, ale im bardziej próbowałem się na nim skupić, tym wyraźniej docierało do mnie, że to nie koła o szyny, lecz moje własne serce. Gdzie tak gnało, dlaczego biło tak szybko?]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[[inny avek]https://64.media.tumblr.com/90a83abf8a33b7cd2e1e82bf7a84540f/27d5995aabca7f63-c0/s400x600/8c818353d8d0e5975565cfd6cc1102fb4b5cdd86.pnj[/inny avek]<br />
Oddychałem płytko, jakbym za każdym razem musiał przypominać sobie, w jaki sposób w ogóle się to robiło - wdech, który palił gardło, i wydech, ciężki, wilgotny, oblepiający język metalicznym posmakiem tak wyraźnym, że niemal się nim dusiłem. Pod moimi powiekami zaczynało zbierać się światło, rozmyte, przygaszone, jakby ktoś zasłonił lampę grubą warstwą materiału - nie była to jasność księżyca, nie miała tej ostrej, srebrnej krawędzi, jak smuga, która wcześniej przecinała zarośla w lesie. To było coś spokojniejszego, bardziej cywilizowanego, może świeca, może lampka na stoliku nocnym, a może błysk zaklęcia - myśl ta pojawiła się na moment i zaraz odpłynęła, zostawiając mnie z dziwną pewnością, że jeśli otworzę oczy, zobaczę coś, czego wcale nie chciałem oglądać. W uszach huczało mi miarowe stukanie, ten sam dźwięk, który kojarzył mi się z dalekobieżnym pociągiem przemierzającym nocne pustkowia, ale im bardziej próbowałem się na nim skupić, tym wyraźniej docierało do mnie, że to nie koła o szyny, lecz moje własne serce. Gdzie tak gnało, dlaczego biło tak szybko?]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[13.10.1972] as good as it gets | Prue & Benjy]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5795</link>
			<pubDate>Wed, 04 Mar 2026 12:08:00 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=453">Prudence Fenwick</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5795</guid>
			<description><![CDATA[<p>Promienie słońca powoli zaczynały rozświetlać mrok, który jeszcze chwilę wcześniej okrywał dom. Przebijały się przez szyby, zwiastowały, nowy, lepszy dzień. Piątek trzynastego. Naprawdę wspaniały poranek. Podniosła głowę, nie do końca była świadoma podróży, którą przed chwilą odbyła. Zasnęła, to było możliwe, spojrzała na swojego męża, który nadal leżał na dywanie, na ręce, na których miała jego krew, nie była już ciepła, musiała minąć dłuższa chwila. Widziała, że oddychał, nie pozwoliła mu umrzeć, chociaż tyle udało jej się zrobić.</p>
<p>Była zmęczona, to nie była lekka noc, wręcz przeciwnie, jedna z bardziej intensywnych nocy w jej życiu, ale musiała jakoś doprowadzić ich do względnego porządku. Przedpokój nie był do tego idealnym miejscem. Musiała znaleźć im bardziej dogodne pomieszczenie, sypialnia wydawała się jej właściwym miejscem. Szkoda tylko, że znajdowała się na piętrze. Nie miała wątpliwości co do tego, że bez drobnej pomocy magii nie będzie w stanie sobie poradzić, Benjy był wielki, ona wręcz przeciwnie, nie było żadnej szansy na to, że zdoła go przetransportować wyżej o własnych siłach.</p>
<p>Na szczęście trzymała w dłoni swoją różdżkę, mogła więc spróbować zrobić to w inny sposób, zaklęcie nie wydawało się szczególnie skomplikowane, powinna sobie z tym poradzić pomimo zmęczenia, które z każdą chwilą uderzało w nią coraz bardziej. Miała świadomość, że póki co nie może sobie pozwolić na odpoczynek, gdy będzie mieć pewność, że wszystko z nim w porządku zajmie się sobą, a do tego była daleka droga.</p>
<p>Miała naprawdę wiele do powiedzenia na temat tego, co się wydarzyło, póki co jednak nie było z kim rozmawiać, poczeka więc, aż dojdzie do siebie i wtedy nie omieszka mu wspomnieć co sądzi na temat takiej nieodpowiedzialności. Uniknęliby komplikacji, gdyby od początku był z nią szczery, na pewno pozwoli sobie na krótki monolog, bardzo krótki, aczkolwiek intensywny, jednak jeszcze nie teraz.</p>
<p>Nie wyszło najgorzej, jednak wiedziała, że mieli w tym wszystkim sporo szczęścia, coś im sprzyjało, bo to wcale nie było takie pewne, że to czego dokonała mogło się udać. Zaryzykowała, zresztą nie widziała innej możliwości, to był całkiem prosty wybór, a teraz znajdowali się znowu razem w tym jakże wspaniałym miejscu. Uśmiechnęła się sama do siebie, trwało to krótki moment, bo wiedziała, że to dopiero początek drogi, musiała go jeszcze jakoś postawić na nogi, ale tym będzie martwić się za chwilę. Najważniejsze, że aktualnie nie było najgorzej.</p>
<p>Prue podniosła się na nogi, coś strzyknęło jej w kolanie, kiedy to robiła, nie była przyzwyczajona do tkwienia w takiej pozycji, o czym jej ciało postanowiło ją poinformować. Nachyliła się, aby zabrać ze sobą na górę swoją torbę medyczną, jej zawartość na pewno jej się przyda, gdy będzie dokonywać dalszej diagnozy, zawiesiła ją sobie na ramię. Była gotowa do drogi. Westchnęła cicho, kiedy jej dłoń zaciskała się na różdżce, machnęła ją po chwili i mruknęła pod nosem zaklęcie, które miało unieść jej męża nad ziemią.</p>
<br />
[roll=O]<br />
<p>Podjęła dwie próby, gdyby pierwsza się nie udała.</p>
[roll=O]<br />
<p>Później ruszyła z wysoko uniesioną różdżką, unosząc w powietrzu bezwładne ciało Benjy'ego. Miała nadzieję, że nie zrobi mu krzywdy lewitując go na górę, schody jednak były dość wąskie. Istniała szansa, że zahaczy jego głową o którąś framugę, chociaż starała się jak najbardziej uważać. Nie ma się co jednak oszukiwać, w przypadku kogoś o jego gabarytach to wcale nie było łatwym zadaniem.</p>
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Czy Benjy przywali głową we framugę?</span><br />
[roll=TakNie]<br />
<br />
<p>W końcu znaleźli się w sypialni, gdzie delikatnie opuściła jego ciało na łóżku. Sama zaś podeszła do niego, pozwoliła sobie na kolejne oględziny, podała mu jeden z eliksirów, które miały wspomóc proces leczenia. Gdy miała pewność, że wszystko jest tak jak powinno, sama wlazła do łóżka, nie zamierzała jednak spać, to nie był na to odpowiedni moment. Usiadła opierając się o zagłówek, skuliła się nieco, zakryła rękoma kolana. Powoli zaczynało do niej docierać, co właściwie wydarzyło się tej nocy, przestawiała się ze swojego zawodowego trybu na tryb żony, która omalże nie straciła swojego męża. Nie była z tego powodu szczególnie zadowolona.</p>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Promienie słońca powoli zaczynały rozświetlać mrok, który jeszcze chwilę wcześniej okrywał dom. Przebijały się przez szyby, zwiastowały, nowy, lepszy dzień. Piątek trzynastego. Naprawdę wspaniały poranek. Podniosła głowę, nie do końca była świadoma podróży, którą przed chwilą odbyła. Zasnęła, to było możliwe, spojrzała na swojego męża, który nadal leżał na dywanie, na ręce, na których miała jego krew, nie była już ciepła, musiała minąć dłuższa chwila. Widziała, że oddychał, nie pozwoliła mu umrzeć, chociaż tyle udało jej się zrobić.</p>
<p>Była zmęczona, to nie była lekka noc, wręcz przeciwnie, jedna z bardziej intensywnych nocy w jej życiu, ale musiała jakoś doprowadzić ich do względnego porządku. Przedpokój nie był do tego idealnym miejscem. Musiała znaleźć im bardziej dogodne pomieszczenie, sypialnia wydawała się jej właściwym miejscem. Szkoda tylko, że znajdowała się na piętrze. Nie miała wątpliwości co do tego, że bez drobnej pomocy magii nie będzie w stanie sobie poradzić, Benjy był wielki, ona wręcz przeciwnie, nie było żadnej szansy na to, że zdoła go przetransportować wyżej o własnych siłach.</p>
<p>Na szczęście trzymała w dłoni swoją różdżkę, mogła więc spróbować zrobić to w inny sposób, zaklęcie nie wydawało się szczególnie skomplikowane, powinna sobie z tym poradzić pomimo zmęczenia, które z każdą chwilą uderzało w nią coraz bardziej. Miała świadomość, że póki co nie może sobie pozwolić na odpoczynek, gdy będzie mieć pewność, że wszystko z nim w porządku zajmie się sobą, a do tego była daleka droga.</p>
<p>Miała naprawdę wiele do powiedzenia na temat tego, co się wydarzyło, póki co jednak nie było z kim rozmawiać, poczeka więc, aż dojdzie do siebie i wtedy nie omieszka mu wspomnieć co sądzi na temat takiej nieodpowiedzialności. Uniknęliby komplikacji, gdyby od początku był z nią szczery, na pewno pozwoli sobie na krótki monolog, bardzo krótki, aczkolwiek intensywny, jednak jeszcze nie teraz.</p>
<p>Nie wyszło najgorzej, jednak wiedziała, że mieli w tym wszystkim sporo szczęścia, coś im sprzyjało, bo to wcale nie było takie pewne, że to czego dokonała mogło się udać. Zaryzykowała, zresztą nie widziała innej możliwości, to był całkiem prosty wybór, a teraz znajdowali się znowu razem w tym jakże wspaniałym miejscu. Uśmiechnęła się sama do siebie, trwało to krótki moment, bo wiedziała, że to dopiero początek drogi, musiała go jeszcze jakoś postawić na nogi, ale tym będzie martwić się za chwilę. Najważniejsze, że aktualnie nie było najgorzej.</p>
<p>Prue podniosła się na nogi, coś strzyknęło jej w kolanie, kiedy to robiła, nie była przyzwyczajona do tkwienia w takiej pozycji, o czym jej ciało postanowiło ją poinformować. Nachyliła się, aby zabrać ze sobą na górę swoją torbę medyczną, jej zawartość na pewno jej się przyda, gdy będzie dokonywać dalszej diagnozy, zawiesiła ją sobie na ramię. Była gotowa do drogi. Westchnęła cicho, kiedy jej dłoń zaciskała się na różdżce, machnęła ją po chwili i mruknęła pod nosem zaklęcie, które miało unieść jej męża nad ziemią.</p>
<br />
[roll=O]<br />
<p>Podjęła dwie próby, gdyby pierwsza się nie udała.</p>
[roll=O]<br />
<p>Później ruszyła z wysoko uniesioną różdżką, unosząc w powietrzu bezwładne ciało Benjy'ego. Miała nadzieję, że nie zrobi mu krzywdy lewitując go na górę, schody jednak były dość wąskie. Istniała szansa, że zahaczy jego głową o którąś framugę, chociaż starała się jak najbardziej uważać. Nie ma się co jednak oszukiwać, w przypadku kogoś o jego gabarytach to wcale nie było łatwym zadaniem.</p>
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Czy Benjy przywali głową we framugę?</span><br />
[roll=TakNie]<br />
<br />
<p>W końcu znaleźli się w sypialni, gdzie delikatnie opuściła jego ciało na łóżku. Sama zaś podeszła do niego, pozwoliła sobie na kolejne oględziny, podała mu jeden z eliksirów, które miały wspomóc proces leczenia. Gdy miała pewność, że wszystko jest tak jak powinno, sama wlazła do łóżka, nie zamierzała jednak spać, to nie był na to odpowiedni moment. Usiadła opierając się o zagłówek, skuliła się nieco, zakryła rękoma kolana. Powoli zaczynało do niej docierać, co właściwie wydarzyło się tej nocy, przestawiała się ze swojego zawodowego trybu na tryb żony, która omalże nie straciła swojego męża. Nie była z tego powodu szczególnie zadowolona.</p>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[12.10.72, wczesny ranek] Co wiesz o Manchester?]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5782</link>
			<pubDate>Thu, 26 Feb 2026 12:43:18 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=24">Brenna Longbottom</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5782</guid>
			<description><![CDATA[<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Zakątek</span>.<br />
<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – Kupiłam dla niego klatkę</span> – poinformowała Brenna, gdy tuż pod świtem znalazła się w kamienicy w niemagicznym Londynie. Na szczęście dla wszystkich zainteresowanych, tym "kimś" dla kogo kupiła klatkę, był po prostu pisklak, który wczoraj wieczorem wykluczył się z jajka, które dostała Dora. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – Jedzenie dla młodych jest już w Stawie.</span><br />
To i tak musiała ogarnąć, dla ptaszydła, które wykluło się z przypominającego nieco szyszkę jajka, włożonego w ściółkę w Księżycowym Stawie. <br />
Odłożyła klatkę na podłogę i przesunęła pudło, niemal już puste. Opróżniała ich zawartość powoli, kiedy akurat miała czas: niektóre trafiały do szafy i szafek w tym mieszkaniu, część do tego na parterze, do którego nie tak dawno przywieziono meble. Zamówione w mugolskim sklepie, bo to po prostu ułatwiało niezwracanie wielkiej uwagi na to miejsce, a i ponieważ czarodziejscy rzemieślnicy byli teraz zwyczajnie bardzo zajęci.<br />
Poza klatką miała przy sobie jeszcze jedno pudełko, które ustawiła na stole, i wyciągnęła z niego dwa niewielkie, matowe lusterka. Dora mogła zresztą je rozpoznać, bo nie tak dawno temu Brenna wręczyła jej podobne: umożliwiające komunikację na odległość.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – Halo?</span> – spytała Brenna, pochylając się nad jednym z nim i stukając lekko w szkło, choć bez większej nadziei, że to zadziała. Drugie pozostawało matowe, nieruchome…<br />
…nic dziwnego, bo nie było lusterkiem od pary.<br />
A najwyraźniej ten, kto posiadał parę, po prostu je gdzieś rzucił, i nie nosił przy sobie. Albo jeszcze gorzej, wyrzucił. Niby niewielka strata, ale jednak zdobycie tego typu przedmiotów wcale nie było tak łatwe, jak mogłoby się wydawać, zwłaszcza po Spalonej Nocy.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – Co wiesz o Manchesterze, Dora?</span> – zapytała z westchnieniem, odkładając lusterko na blat. Wyjęła z pojemnika kartkę, leżącą pod lusterkiem. Imię i nazwisko kupca. Miasto, w którym mieszkał.<br />
Brak dokładnego adresu.<br />
Pomyślała, że najlepiej zacząć od zapytania Dory, bo dziewczę miało całkiem rozległą wiedzę, także o świecie mugoli. Może czytała coś o czarodziejach z Manchesteru? Ta Brenny obejmowała raczej Londyn i Dolinę niż cokolwiek szerzej.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Zakątek</span>.<br />
<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – Kupiłam dla niego klatkę</span> – poinformowała Brenna, gdy tuż pod świtem znalazła się w kamienicy w niemagicznym Londynie. Na szczęście dla wszystkich zainteresowanych, tym "kimś" dla kogo kupiła klatkę, był po prostu pisklak, który wczoraj wieczorem wykluczył się z jajka, które dostała Dora. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – Jedzenie dla młodych jest już w Stawie.</span><br />
To i tak musiała ogarnąć, dla ptaszydła, które wykluło się z przypominającego nieco szyszkę jajka, włożonego w ściółkę w Księżycowym Stawie. <br />
Odłożyła klatkę na podłogę i przesunęła pudło, niemal już puste. Opróżniała ich zawartość powoli, kiedy akurat miała czas: niektóre trafiały do szafy i szafek w tym mieszkaniu, część do tego na parterze, do którego nie tak dawno przywieziono meble. Zamówione w mugolskim sklepie, bo to po prostu ułatwiało niezwracanie wielkiej uwagi na to miejsce, a i ponieważ czarodziejscy rzemieślnicy byli teraz zwyczajnie bardzo zajęci.<br />
Poza klatką miała przy sobie jeszcze jedno pudełko, które ustawiła na stole, i wyciągnęła z niego dwa niewielkie, matowe lusterka. Dora mogła zresztą je rozpoznać, bo nie tak dawno temu Brenna wręczyła jej podobne: umożliwiające komunikację na odległość.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – Halo?</span> – spytała Brenna, pochylając się nad jednym z nim i stukając lekko w szkło, choć bez większej nadziei, że to zadziała. Drugie pozostawało matowe, nieruchome…<br />
…nic dziwnego, bo nie było lusterkiem od pary.<br />
A najwyraźniej ten, kto posiadał parę, po prostu je gdzieś rzucił, i nie nosił przy sobie. Albo jeszcze gorzej, wyrzucił. Niby niewielka strata, ale jednak zdobycie tego typu przedmiotów wcale nie było tak łatwe, jak mogłoby się wydawać, zwłaszcza po Spalonej Nocy.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – Co wiesz o Manchesterze, Dora?</span> – zapytała z westchnieniem, odkładając lusterko na blat. Wyjęła z pojemnika kartkę, leżącą pod lusterkiem. Imię i nazwisko kupca. Miasto, w którym mieszkał.<br />
Brak dokładnego adresu.<br />
Pomyślała, że najlepiej zacząć od zapytania Dory, bo dziewczę miało całkiem rozległą wiedzę, także o świecie mugoli. Może czytała coś o czarodziejach z Manchesteru? Ta Brenny obejmowała raczej Londyn i Dolinę niż cokolwiek szerzej.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[16.10.1972] how you been? | Heather & Benjy]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5779</link>
			<pubDate>Wed, 25 Feb 2026 18:24:36 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=60">Heather Wood</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5779</guid>
			<description><![CDATA[<p>Dostała list. Była pewna, że nie napisał go swoją ręką, nie wyglądał na kogoś kto potrafił tak starannie pisać, zdecydowanie nie mógł wyjść spod jego palców. Nie, żeby nie wierzyła w jego zdolności, ale jednak ten charakter pisma zupełnie nie pasował do jego osoby. Mieli się spotkać, jednak spotkanie zostało odwołane, co nieco ją rozczarowało. Ciągnęło ją do tego wielkiego typa, od momentu, w którym pojawił się w drzwiach jej domu nie potrafiła trzymać się od niego z daleka. Był na to zbyt fajny, wzbudzał w niej podziw i ogromną sympatię, miała wrażenie, że są do siebie okropnie podobni, bardziej niż widać na pierwszy rzut oka, bo stojąc obok siebie wyglądali naprawdę zabawnie, jednak gdzieś w głębi, pojawiła się nić porozumienia, jakiej nie odczuła jeszcze nigdy wcześniej, poczuła to od razu, od pierwszego momentu, w którym na niego spotkała. Nie było w tym niczego romantycznego, był przecież stary i miał niedługo umrzeć, zupełnie nie o to chodziło, czuła, że trafiła na swoją bratnią duszę, wiedziała, że się nie myli.</p>
<p>Gdy więc zrozumiała, że nie mógł do niej przyjść, postanowiła sama go odwiedzić, bo czemu by nie. List nie był jakoś szczegółowy, ale z tego, co do niej dotarło to pojawiły się jakieś problemy przy zleceniu, które powodowały, że nie mógł wyjść z domu. Czuła pod skórą, że przydarzyło mu się coś niesamowitego, nie wyglądał jej na kogoś, kogo łatwo było przyszpilić do łóżka, zamknąć w domu, a że Heather Wood była ciekawska, to chciała to sprawdzić, usłyszeć, co takiego uniemożliwiło mu spotkanie z nią.</p>
<p>Nie do końca wiedziała, co powinna ze sobą zabrać. Rzadko kiedy odwiedzała chorych, rannych? Rannych, nie był przecież chory, nie wątpiła w to, że to, co zatrzymało go w domu nie było chorobą, chociaż po treści tego listu można było wnioskować różnie. Zabrała z domu więc butelkę ognistej, alkohol znieczulał, jeśli coś go bolało, to na pewno był idealnym prezentem, wiedziała, że Cameron raczej by tego nie popierał jako metody na pozbawienie się bólu, ale nie miała zamiaru mu przecież o tym mówić, więc nie było sensu w ogóle zastanawiać się, czy to faktycznie mogło zadziałać. Do tego kupiła kwiatki, kwiatki chyba też były czymś co dawało się komuś, kto leżał w łóżku? Benjy nie wyglądał na kogoś kto lubił kwiatki, ale miała to gdzieś, chciała kupić kwiatki, to je kupiła, a do tego okropnie niezdarnie narysowała mu laurkę. Okropną, obrzydliwą laurkę, bo Ruda nie potrafiła rysować, ale liczył się gest, czyż nie?</p>
<p>Przyszła tu na piechotę. Nie chciała ryzykować przybycia na miotle, jeszcze ktoś zauważyłby jak mknęłaby przez niebo, nie teleportowała się w okolicę, żeby nie zwymiotować sobie na buty, jako, że pogoda nie była najgorsza to postanowiła się przespacerować. Jej nowy znajomy jej nie oczekiwał, nie poinformowała go o tym, że przyjdzie. Stwierdziła, że to zajebisty pomysł dopóki nie znalazła się przed jego drzwiami z pomiętą kartką w dłoni, flaszką ognistej i bukietem, właściwie to drobnym bukiecikiem z niezapominajek. Kiedy tak stała pod drzwiami zaczęło jej się wydawać, że może to głupie, może niepotrzebne, ale bardzo szybko odsunęła od siebie te myśli. Była Heather Wood, nic co sobie wymyśliła nie było głupie. Zastukała do drzwi, nikt jednak nie odpowiedział, postanowiła nacisnąć klamkę, bo czemu nie. Swoją drogą stwierdziła, że dom w którym mieszkał był całkiem fajny, jak na miejsce w którym się znajdowali, mogłaby zamieszkać w podobnym, tylko czy właściwie potrzebowała domu? Miała mieszkania, ale w sumie, może to nie był taki głupi pomysł.</p>
<p>Weszła do środka, krzyknęła głośno dzień dobry, nikt się jednak nie odezwał, skoro drzwi były otwarte, to oznaczało, że ktoś jest w domu, nie widziała nic złego w tym, że tak sobie postanowiła wleźć w głąb domu. Koleżankowali się przecież, to całkiem normalne. Kiedy szła przed siebie starała się niczego nie dotykać, coś zasugerowało jej, że jeśli gdzieś leży, to raczej na górze, sypialnie zazwyczaj były na wyższych piętrach, wiec to tam się udała.</p>
<p>Nasłuchiwała, chciała wyczuć, w którym pomieszczeniu ktoś oddycha, aż wreszcie poczuła, że znalazła to czego szukała. Nie pukała, nie zwiastowała swojego przybycia, co niby mógł robić w łóżku, nic specjalnego...</p>
<p><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> - HEJKA.</span> - Krzyknęła całkiem entuzjastycznie, gdy znalazła się w sypialni mężczyzny, na jej twarzy gościł ogromny uśmiech, naprawdę cieszyła się, że go zobaczy, nawet jeśli nie był w najlepszym stanie fizycznym.</p>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Dostała list. Była pewna, że nie napisał go swoją ręką, nie wyglądał na kogoś kto potrafił tak starannie pisać, zdecydowanie nie mógł wyjść spod jego palców. Nie, żeby nie wierzyła w jego zdolności, ale jednak ten charakter pisma zupełnie nie pasował do jego osoby. Mieli się spotkać, jednak spotkanie zostało odwołane, co nieco ją rozczarowało. Ciągnęło ją do tego wielkiego typa, od momentu, w którym pojawił się w drzwiach jej domu nie potrafiła trzymać się od niego z daleka. Był na to zbyt fajny, wzbudzał w niej podziw i ogromną sympatię, miała wrażenie, że są do siebie okropnie podobni, bardziej niż widać na pierwszy rzut oka, bo stojąc obok siebie wyglądali naprawdę zabawnie, jednak gdzieś w głębi, pojawiła się nić porozumienia, jakiej nie odczuła jeszcze nigdy wcześniej, poczuła to od razu, od pierwszego momentu, w którym na niego spotkała. Nie było w tym niczego romantycznego, był przecież stary i miał niedługo umrzeć, zupełnie nie o to chodziło, czuła, że trafiła na swoją bratnią duszę, wiedziała, że się nie myli.</p>
<p>Gdy więc zrozumiała, że nie mógł do niej przyjść, postanowiła sama go odwiedzić, bo czemu by nie. List nie był jakoś szczegółowy, ale z tego, co do niej dotarło to pojawiły się jakieś problemy przy zleceniu, które powodowały, że nie mógł wyjść z domu. Czuła pod skórą, że przydarzyło mu się coś niesamowitego, nie wyglądał jej na kogoś, kogo łatwo było przyszpilić do łóżka, zamknąć w domu, a że Heather Wood była ciekawska, to chciała to sprawdzić, usłyszeć, co takiego uniemożliwiło mu spotkanie z nią.</p>
<p>Nie do końca wiedziała, co powinna ze sobą zabrać. Rzadko kiedy odwiedzała chorych, rannych? Rannych, nie był przecież chory, nie wątpiła w to, że to, co zatrzymało go w domu nie było chorobą, chociaż po treści tego listu można było wnioskować różnie. Zabrała z domu więc butelkę ognistej, alkohol znieczulał, jeśli coś go bolało, to na pewno był idealnym prezentem, wiedziała, że Cameron raczej by tego nie popierał jako metody na pozbawienie się bólu, ale nie miała zamiaru mu przecież o tym mówić, więc nie było sensu w ogóle zastanawiać się, czy to faktycznie mogło zadziałać. Do tego kupiła kwiatki, kwiatki chyba też były czymś co dawało się komuś, kto leżał w łóżku? Benjy nie wyglądał na kogoś kto lubił kwiatki, ale miała to gdzieś, chciała kupić kwiatki, to je kupiła, a do tego okropnie niezdarnie narysowała mu laurkę. Okropną, obrzydliwą laurkę, bo Ruda nie potrafiła rysować, ale liczył się gest, czyż nie?</p>
<p>Przyszła tu na piechotę. Nie chciała ryzykować przybycia na miotle, jeszcze ktoś zauważyłby jak mknęłaby przez niebo, nie teleportowała się w okolicę, żeby nie zwymiotować sobie na buty, jako, że pogoda nie była najgorsza to postanowiła się przespacerować. Jej nowy znajomy jej nie oczekiwał, nie poinformowała go o tym, że przyjdzie. Stwierdziła, że to zajebisty pomysł dopóki nie znalazła się przed jego drzwiami z pomiętą kartką w dłoni, flaszką ognistej i bukietem, właściwie to drobnym bukiecikiem z niezapominajek. Kiedy tak stała pod drzwiami zaczęło jej się wydawać, że może to głupie, może niepotrzebne, ale bardzo szybko odsunęła od siebie te myśli. Była Heather Wood, nic co sobie wymyśliła nie było głupie. Zastukała do drzwi, nikt jednak nie odpowiedział, postanowiła nacisnąć klamkę, bo czemu nie. Swoją drogą stwierdziła, że dom w którym mieszkał był całkiem fajny, jak na miejsce w którym się znajdowali, mogłaby zamieszkać w podobnym, tylko czy właściwie potrzebowała domu? Miała mieszkania, ale w sumie, może to nie był taki głupi pomysł.</p>
<p>Weszła do środka, krzyknęła głośno dzień dobry, nikt się jednak nie odezwał, skoro drzwi były otwarte, to oznaczało, że ktoś jest w domu, nie widziała nic złego w tym, że tak sobie postanowiła wleźć w głąb domu. Koleżankowali się przecież, to całkiem normalne. Kiedy szła przed siebie starała się niczego nie dotykać, coś zasugerowało jej, że jeśli gdzieś leży, to raczej na górze, sypialnie zazwyczaj były na wyższych piętrach, wiec to tam się udała.</p>
<p>Nasłuchiwała, chciała wyczuć, w którym pomieszczeniu ktoś oddycha, aż wreszcie poczuła, że znalazła to czego szukała. Nie pukała, nie zwiastowała swojego przybycia, co niby mógł robić w łóżku, nic specjalnego...</p>
<p><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> - HEJKA.</span> - Krzyknęła całkiem entuzjastycznie, gdy znalazła się w sypialni mężczyzny, na jej twarzy gościł ogromny uśmiech, naprawdę cieszyła się, że go zobaczy, nawet jeśli nie był w najlepszym stanie fizycznym.</p>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[15.09.1972] Przychodzi chłop do lekarza. "A alkohol pan pije?" "Piję, i nie pomaga!"]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5746</link>
			<pubDate>Mon, 16 Feb 2026 20:16:29 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=578">Aaron Andrew Moody</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5746</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">Mieszkanie Sonique Abbott</div>
<br />
Trochę mu odbiło. Ale to akurat było normalne. Aurorom czasem odbijało. To było normalne. Wszyscy o tym wiedzieli. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Wszyscy rozumieli.</span> Nikt jednak nie mówił o tym głośno. Nigdy wprost. Ładne wynajdowali nawet na to nazwy. Dumne. "Serce żołnierza", tak mówił o tym kiedyś dziadek. Do końca życia widział rzeczy, których tak naprawdę nie było. Wspomnienia odtwarzane w technikolorze, zanim jeszcze takowy wyleziono, odgrywane wciąż na nowo w przestrzeni pamięci. Taśmociąg migawek. "Po wojnie długo jeszcze musiał walczyć sam z sobą". Takie określenia też słyszał. Na własne oczy widział, jak rośli mężczyźni wpadali w panikę, gdy coś rozpierdalało ich system nerwowy. Jak tracili rozeznanie w miejscu i czasie. Niektórzy wybuchali szałem. Inni tłumili wszystko w sobie. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Jeszcze inni...</span> Ale nie, to wszystko było normalne. Nie było w tym wstydu. Nie wszystkie rany, jakie odnosiło się w boju, manifestowały się przecież w sposób fizyczny. W robocie wiedzieli, co robić w takich sytuacjach. Nikt nie patrzył z pogardą. Nikt nie mamrotał po kątach o szaleństwie. Gorzej było w życiu. Gdy wychodziło się z pracy i szło w świat. "Zmęczenie bojowe", mówili o tym. Sam tak mówił o wizjach Limbo, które nawiedzały Madeleine. Sądził, że jest na takowe odporny. Przecież widział tak wiele spierdolonych rzeczy, a nie przeszkadzało mu to wcale spać spokojnie w nocy. Czemu więc nagle bał się własnego cienia. Nawet popiół w przepełnionej popielniczce na biurku zdawał mu się przeszkadzać. Zdawał się szeptać, jak pył unoszący się nad miastem podczas Spalonej Nocy. Śledziły go istoty utkane z tego pyłu. Nie mógł ich przyłapać, bo dostrzec dało je się wyłącznie kątem oka. Łatwo o nich zapominał. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Być może zbyt łatwo.</span> <br />
<br />
Należało przecież stale zachowywać czujność.<br />
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Serwus, pani doktor</span> – przywitał się swobodnie z Sonique, wręczając jej czekoladki, które zgarnął naprędce w sklepie, nie chcąc wpadać w odwiedziny ot tak, z pustymi rękoma. Tak nie wypadało, zwłaszcza, że przychodził z prośbą. Butelczynę też przyniósł, ale taką nieszkodliwą, z typowym, babskim winkiem, bo przecież dziecka nie będzie rozpijał. Dziecka, to znaczy Sonique. – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nalot narkotykowy przeprowadzam. Oddawaj wszystkie proszki.</span> – Mówiąc to, Moody zachował oczywiście absolutną powagę. Kąciki ust nawet nie drgnęły w uśmiechu sygnalizującym żart... A jednak za jego plecami nie krył się oddział brygady do spraw walki z nielegalnymi substancjami. Nie, Moody tylko westchnął ciężko, oparłszy się o futrynę. – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Możemy pogadać? Mam do ciebie sprawę.</span><br />
<br />
!Strach przed imieniem]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">Mieszkanie Sonique Abbott</div>
<br />
Trochę mu odbiło. Ale to akurat było normalne. Aurorom czasem odbijało. To było normalne. Wszyscy o tym wiedzieli. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Wszyscy rozumieli.</span> Nikt jednak nie mówił o tym głośno. Nigdy wprost. Ładne wynajdowali nawet na to nazwy. Dumne. "Serce żołnierza", tak mówił o tym kiedyś dziadek. Do końca życia widział rzeczy, których tak naprawdę nie było. Wspomnienia odtwarzane w technikolorze, zanim jeszcze takowy wyleziono, odgrywane wciąż na nowo w przestrzeni pamięci. Taśmociąg migawek. "Po wojnie długo jeszcze musiał walczyć sam z sobą". Takie określenia też słyszał. Na własne oczy widział, jak rośli mężczyźni wpadali w panikę, gdy coś rozpierdalało ich system nerwowy. Jak tracili rozeznanie w miejscu i czasie. Niektórzy wybuchali szałem. Inni tłumili wszystko w sobie. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Jeszcze inni...</span> Ale nie, to wszystko było normalne. Nie było w tym wstydu. Nie wszystkie rany, jakie odnosiło się w boju, manifestowały się przecież w sposób fizyczny. W robocie wiedzieli, co robić w takich sytuacjach. Nikt nie patrzył z pogardą. Nikt nie mamrotał po kątach o szaleństwie. Gorzej było w życiu. Gdy wychodziło się z pracy i szło w świat. "Zmęczenie bojowe", mówili o tym. Sam tak mówił o wizjach Limbo, które nawiedzały Madeleine. Sądził, że jest na takowe odporny. Przecież widział tak wiele spierdolonych rzeczy, a nie przeszkadzało mu to wcale spać spokojnie w nocy. Czemu więc nagle bał się własnego cienia. Nawet popiół w przepełnionej popielniczce na biurku zdawał mu się przeszkadzać. Zdawał się szeptać, jak pył unoszący się nad miastem podczas Spalonej Nocy. Śledziły go istoty utkane z tego pyłu. Nie mógł ich przyłapać, bo dostrzec dało je się wyłącznie kątem oka. Łatwo o nich zapominał. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Być może zbyt łatwo.</span> <br />
<br />
Należało przecież stale zachowywać czujność.<br />
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Serwus, pani doktor</span> – przywitał się swobodnie z Sonique, wręczając jej czekoladki, które zgarnął naprędce w sklepie, nie chcąc wpadać w odwiedziny ot tak, z pustymi rękoma. Tak nie wypadało, zwłaszcza, że przychodził z prośbą. Butelczynę też przyniósł, ale taką nieszkodliwą, z typowym, babskim winkiem, bo przecież dziecka nie będzie rozpijał. Dziecka, to znaczy Sonique. – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nalot narkotykowy przeprowadzam. Oddawaj wszystkie proszki.</span> – Mówiąc to, Moody zachował oczywiście absolutną powagę. Kąciki ust nawet nie drgnęły w uśmiechu sygnalizującym żart... A jednak za jego plecami nie krył się oddział brygady do spraw walki z nielegalnymi substancjami. Nie, Moody tylko westchnął ciężko, oparłszy się o futrynę. – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Możemy pogadać? Mam do ciebie sprawę.</span><br />
<br />
!Strach przed imieniem]]></content:encoded>
		</item>
	</channel>
</rss>