<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0" xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">
	<channel>
		<title><![CDATA[Secrets of London - Niemagiczny Londyn]]></title>
		<link>https://secretsoflondon.pl/</link>
		<description><![CDATA[Secrets of London - https://secretsoflondon.pl]]></description>
		<pubDate>Fri, 23 Oct 2026 11:16:21 +0000</pubDate>
		<generator>MyBB</generator>
		<item>
			<title><![CDATA[[29.10.72] Eye of the tiger | Henry & Hestia]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6539</link>
			<pubDate>Thu, 22 Oct 2026 18:18:55 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=525">Hestia Bletchley</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6539</guid>
			<description><![CDATA[Umówili się na pójście do nowego klubu sztuk walki w niedzielę rano i prawdę mówiąc nic tak dawno nie uczyniło jej tygodnia lepszym niż ten spontaniczny pomysł na wspólne spędzenie czasu z Henrym. Chyba naprawdę potrzebowała takiego wypadu z kimś jej bliskim, bo od kilku dni widmo Samhain nieustannie próbowało zatopić jej dobry humor w morzu obaw. Jak na razie jeszcze mu się to nie udało, ale kilka razy było blisko. Była jednak pewna, że spotkanie z Henrym i wspólny trening (a potem może i jakieś dobre jedzenie w Złotym Smoku) skuteczenie poprawi jej nastrój. W końcu aktywność fizyczna zawsze robiła jej dobrze na głowę. Podobnie zresztą jak spędzenie czasu z kimś kogo naprawdę lubiła. No… Jedzenie w sumie też sprawiało, że miała lepszy humor. W końcu była córką swojego ojca.<br />
Dlatego też przybyła w umówione miejsce z duzą dawką wesołej energii i pozytywnym nastawieniem. Henry już stał przed wejściem do klubu tyłem do niej. Hestia uśmiechęła się na jego widok. Zrobiła kilka kroków do przodu, zatrzymała się na chwilę rozważając czy na pewno chce zrobić to co chce zrobić, a następnie podbiegła do jeszcze niczego świad czarodzieja i przyjacielsko szturchnęła go w ramię.<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Orientuj się!</span> – krzyknęła wesoło. – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Gotowy na trening?</span> – dodała szybko, aby Henry nie dostał zawału, że ktoś obcy nachodzi go od tyłu i zaczepia.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Umówili się na pójście do nowego klubu sztuk walki w niedzielę rano i prawdę mówiąc nic tak dawno nie uczyniło jej tygodnia lepszym niż ten spontaniczny pomysł na wspólne spędzenie czasu z Henrym. Chyba naprawdę potrzebowała takiego wypadu z kimś jej bliskim, bo od kilku dni widmo Samhain nieustannie próbowało zatopić jej dobry humor w morzu obaw. Jak na razie jeszcze mu się to nie udało, ale kilka razy było blisko. Była jednak pewna, że spotkanie z Henrym i wspólny trening (a potem może i jakieś dobre jedzenie w Złotym Smoku) skuteczenie poprawi jej nastrój. W końcu aktywność fizyczna zawsze robiła jej dobrze na głowę. Podobnie zresztą jak spędzenie czasu z kimś kogo naprawdę lubiła. No… Jedzenie w sumie też sprawiało, że miała lepszy humor. W końcu była córką swojego ojca.<br />
Dlatego też przybyła w umówione miejsce z duzą dawką wesołej energii i pozytywnym nastawieniem. Henry już stał przed wejściem do klubu tyłem do niej. Hestia uśmiechęła się na jego widok. Zrobiła kilka kroków do przodu, zatrzymała się na chwilę rozważając czy na pewno chce zrobić to co chce zrobić, a następnie podbiegła do jeszcze niczego świad czarodzieja i przyjacielsko szturchnęła go w ramię.<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Orientuj się!</span> – krzyknęła wesoło. – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Gotowy na trening?</span> – dodała szybko, aby Henry nie dostał zawału, że ktoś obcy nachodzi go od tyłu i zaczepia.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[wieczór, 19.10.72] Z pamiętnika Christine Lockhart, cz. 1]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6532</link>
			<pubDate>Mon, 19 Oct 2026 13:21:59 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=560">Henry Lockhart</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6532</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">19 października 1972, wieczór<br />
Mieszkanie Henryka</div>
<br />
Ostatnimi czasy w życiu Henry'ego Lockharta działo się dużo. Były to rzeczy niekoniecznie złe, bo napisał artykuł, częściej spotykał się z przyjaciółmi, a jego serce szybciej biło, gdy myślał o pewnej brygadzistce. Dobre myśli biły się jednak z tymi dosyć przykrymi. Wciąż zastanawiał się i ubolewał nad losami biednej Seo-yeon, która wpadła w dziurę w podłodze groty solnej. Kiedyś myślał, że uproszenie się w gazecie o czyjeś prawa była wystarczającą formą działania. Powoli rewidował ten naiwny pogląd, choć z gorzką konkluzją. Nie dało się bowiem uratować wszystkich ani wszystkim pomóc. Myślał sobie wtedy o dziadkach i swojej bezsilności w obliczu choroby, która dotknęła ich oboje. O rodzicach, których twarze znał ze zdjęć. Których nie było dane mu poznać.<br />
<br />
Dlatego późnym wieczorem, koło jedenastej, kiedy to porządny młody człowiek powinien już iść spać, by wyspać się przed pracą, on zabrał się za przeglądanie starych pudeł po dziadkach. Były tam głównie książki, te które jego wujostwo postanowiło wyrzucić z domu i przekazać nie na śmietnik, a w miejsce w ich opinii do śmietnika zbliżone. Henry wyłapywał czasem coś z wierzchu, ale nakrywał się na tym, że nie chciał sięgać głębiej do pudeł. Grzebanie we wspomnieniach było bolesne, a książki dziadków mówiły o nich tak dużo… Były wysłużone, czasem pooblewane kawą. Pomiędzy kartami niektórych był piach znad morza, a w innych Henio znajdował zasuszone liście. Losowy tom encyklopedii. Słownik języka hiszpańskiego (odłożony potem przez chłopaka na półkę, by nauczyć się kilku słówek z rodzimej mowy Hestii). Stare wydanie baśni Barda Beedle'a. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Król w żółci</span> Chambersa, podpisany na pierwszej stronie: <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Własność Paula Lockharta</span>.<br />
<br />
Był też zeszyt. Lekko pozaginany, bo szczodrze zapisany. Zwykły czarny kajet, bez niepotrzebnych ozdobników, jednak porządny. Dobrze się trzymał, mimo upływu lat. Henry ostrożnie otworzył na pierwszej stronie. Gardło ścisnęło mu się, dłonie zadrżały. Zaczął jednak czytać.<br />
<br />
<div class="ostabelka">Nie wiem, jak zaczyna się pamiętnik. Nigdy nie byłam specjalnie romantyczną duszą, nie miałam szczególnej potrzeby, by przelewać moje myśli na papier. Lubiłam czytać przemyślenia innych, to jasne. Oczywiście opublikowane, już zapewne pośmiertnie. To zawsze jakieś świadectwo ich żyć, coś, co pozostawili po sobie. Uwielbiam chociażby listy Kafki do Mileny. Korespondencje ludzi wybitnych, którzy w owych listach wydawali się zadziwiająco ludzcy i zwyczajni. Może ktoś to przeczyta za jakieś pięćdziesiąt czy sześćdziesiąt lat, bo będzie chciał poznać życie Christine Lockhart? Wydaje mi się jednak, że to ciążowe hormony każą mi pisać dla potomności. Nie wiem, czy dzieciakowi, który przyjdzie na świat dopiero za cztery miesiące, będzie się chciało czytać wynurzenia matki. Raczej nie sądzę.<br />
<br />
Taki pamiętnik, jak każdą porządną pracę naukową czy serię wykładów zacząć należy po bożemu, od krótkiego biogramu. Christine Lockhart, lat dwadzieścia osiem. Urodzona w Galway, wychowana po katolicku, ale z samotną matką. Dla ojca byłam chwilowym odstępstwem od przysięgi kapłańskiej. Nic to nadzwyczajnego w kraju, w którym religia odbiera ludziom rozum. Niegdyś nazywałam się Hayes, po matce oczywiście. W dzieciństwie natrafiłam na wielu dobrych ludzi w niezbyt dobrych miejscach. Żyjący w zamordyzmie uczniowie katolickiej szkoły okazują się największymi buntownikami, ateistami, bluźniercami. To tam wkradły się mi do głowy zbrodnicze idee feminizmu, antyklerykalizmu i co najgorsze – matematyka. Nieznośna byłaby ta lektura, gdybym zaczęła się tu rozwodzić nad pięknem liczb, zbiorów, wzorów i porządku zmąconego co jakiś czas paradoksem. Kiedy mówiłam matce, że Boga należy szukać właśnie we wzorach, zamykała mnie w pokoju i kazała zmawiać pacierz. Ja modlitwy liczyłam i układałam we wzory, czyniąc z nich coś więcej niż tylko narzędzie otępienia. Nic zatem dziwnego w tym, że gdy tylko skończyłam liceum i zebrałam nieco pieniędzy, uciekłam z Irlandii prosto w nowy świat, do Londynu. W miejsce, które mnie trochę nienawidziło, gdy mówiłam z moim akcentem, ale przynajmniej dawało mi szansę na robienie tego, co kochałam najbardziej. Kiedy przyjechałam, miasto było jeszcze odbudowywane, a wojna wciąż trwała. Był to rok 1944, a Anglicy mieli poczucie nadciągającego zwycięstwa. Więcej chłopców poszło też do wojska, więc moje szanse przyjęcia na uniwersytet okazały się wystarczające, bym rzeczywiście dostała się na wydział matematyki. Tam musiałam mój umysł wykorzystać do pracy nad niemieckimi szyframi, co okazało się de facto nudną wyrobniczą pracą, skoro Enigmę już dawno rozwiązano. W wolnych chwilach pracowałam jako maszynistka w wydawnictwie George Allen and Unwin, naczytałam się więc mnóstwo powieści z gatunku fantastyki. Trochę mnie bawiła wizja świata, w którym żyją jakieś elfy, krasnoludy, hobbici czy smoki. Magia wydawała mi się konceptem ciekawym, bo przenosiła zabobon do świata fikcji, tam gdzie powinien się znajdować. Gdy czytało się powieści pana Tolkiena (to zresztą niezwykle życzliwy człowiek, prawdziwy dżentelmen) nie wierzyło się w czary. Nie uznawało się ich za prawdę historyczną czy objawioną. Lubiłam myśleć sobie, że świat dookoła jest logiczny.<br />
<br />
Wszystko aż do dnia, gdy otwarto w pobliskiej bibliotece klub książki. Jedna znajomość i moje przekonanie o rozsądku panującym nad światem kompletnie legło w gruzach.<br />
<br />
Usiedliśmy razem przy dużym stole, otoczeni książkami. Pierwsza lektura: stary dobry Szekspir, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Romeo i Julia</span>. Anglicy wprost uwielbiają Szekspira i wsadzają go, gdzie się tylko da. Cóż, sztuka rzeczywiście była dobra, choć znana wszystkim. Wybrano ją, by przełamać pierwsze lody. Była nas jedynie czwórka. Ja, moja przyjaciółka i współlokatorka, Maisie, pan Gordon, który miał prowadzić dyskusję i on. Nieco dziwnie ubrany, nieco jak szpieg, który chciał się wtopić w otoczenie, ale bardzo mu się nie udawało. Długi płaszcz, koszula z falbaniastym, kołnierzem, spodnie koloru fioletowego. Był jednak niestety przystojny i bardzo irytujący, bo o książce gadał kompletne kretynizmy. Że niby to Capuletti byli jakimiś czarownikami, a Romeo podał Julii zaczarowany eliksir. Zaczęłam się z nim kłócić, choć myślałam, że mówił to wszystko, by nas wszystkich sprowokować do awantury. Zarzuciłam mu to otwarcie. Że jak przyszedł się pośmiać, to niech idzie do cyrku, a nie do klubu książki. On stwierdził, że mam ograniczony umysł i nie rozumiem, o co tak naprawdę Szekspirowi chodziło. Gdyby pan Gordon nas nie powstrzymał, doszłoby do rękoczynów.<br />
<br />
Ów irytujący facet nazywał się Paul Lockhart.</div>
<br />
Henry zatrzymał się, by otrzeć policzki z łez, które niemal by opadły na papier i rozmazałyby tusz. Zamknął zeszyt, przytulił go do piersi. W nim właśnie zapisana była cząstka jego mamy. Jej przeżycia. Jak poznała tatę. Czytając pamiętnik, Henio płakał i się śmiał. Zatrzymywał się na tej samej linijce tekstu po kilka razy. Jego mama brzmiała na najfajniejszą osobę na świecie. Inteligentną, odważną, z ostrym poczuciem humoru. A ojciec? Henry chciał przeczytać o nim jeszcze więcej.<br />
<br />
Ale nie teraz. Postanowił, że będzie czytał po trochu, a nie wszystko za jednym razem. Każda chwila spędzona z tym pamiętnikiem była spotkaniem z mamą. Tak jakby była obok i rzeczywiście opowiadała mu tę historię.<br />
<br />
Tak strasznie tęsknił, a teraz… mógł ich lepiej poznać. Ich oboje.<br />
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">Koniec sesji</div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">19 października 1972, wieczór<br />
Mieszkanie Henryka</div>
<br />
Ostatnimi czasy w życiu Henry'ego Lockharta działo się dużo. Były to rzeczy niekoniecznie złe, bo napisał artykuł, częściej spotykał się z przyjaciółmi, a jego serce szybciej biło, gdy myślał o pewnej brygadzistce. Dobre myśli biły się jednak z tymi dosyć przykrymi. Wciąż zastanawiał się i ubolewał nad losami biednej Seo-yeon, która wpadła w dziurę w podłodze groty solnej. Kiedyś myślał, że uproszenie się w gazecie o czyjeś prawa była wystarczającą formą działania. Powoli rewidował ten naiwny pogląd, choć z gorzką konkluzją. Nie dało się bowiem uratować wszystkich ani wszystkim pomóc. Myślał sobie wtedy o dziadkach i swojej bezsilności w obliczu choroby, która dotknęła ich oboje. O rodzicach, których twarze znał ze zdjęć. Których nie było dane mu poznać.<br />
<br />
Dlatego późnym wieczorem, koło jedenastej, kiedy to porządny młody człowiek powinien już iść spać, by wyspać się przed pracą, on zabrał się za przeglądanie starych pudeł po dziadkach. Były tam głównie książki, te które jego wujostwo postanowiło wyrzucić z domu i przekazać nie na śmietnik, a w miejsce w ich opinii do śmietnika zbliżone. Henry wyłapywał czasem coś z wierzchu, ale nakrywał się na tym, że nie chciał sięgać głębiej do pudeł. Grzebanie we wspomnieniach było bolesne, a książki dziadków mówiły o nich tak dużo… Były wysłużone, czasem pooblewane kawą. Pomiędzy kartami niektórych był piach znad morza, a w innych Henio znajdował zasuszone liście. Losowy tom encyklopedii. Słownik języka hiszpańskiego (odłożony potem przez chłopaka na półkę, by nauczyć się kilku słówek z rodzimej mowy Hestii). Stare wydanie baśni Barda Beedle'a. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Król w żółci</span> Chambersa, podpisany na pierwszej stronie: <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Własność Paula Lockharta</span>.<br />
<br />
Był też zeszyt. Lekko pozaginany, bo szczodrze zapisany. Zwykły czarny kajet, bez niepotrzebnych ozdobników, jednak porządny. Dobrze się trzymał, mimo upływu lat. Henry ostrożnie otworzył na pierwszej stronie. Gardło ścisnęło mu się, dłonie zadrżały. Zaczął jednak czytać.<br />
<br />
<div class="ostabelka">Nie wiem, jak zaczyna się pamiętnik. Nigdy nie byłam specjalnie romantyczną duszą, nie miałam szczególnej potrzeby, by przelewać moje myśli na papier. Lubiłam czytać przemyślenia innych, to jasne. Oczywiście opublikowane, już zapewne pośmiertnie. To zawsze jakieś świadectwo ich żyć, coś, co pozostawili po sobie. Uwielbiam chociażby listy Kafki do Mileny. Korespondencje ludzi wybitnych, którzy w owych listach wydawali się zadziwiająco ludzcy i zwyczajni. Może ktoś to przeczyta za jakieś pięćdziesiąt czy sześćdziesiąt lat, bo będzie chciał poznać życie Christine Lockhart? Wydaje mi się jednak, że to ciążowe hormony każą mi pisać dla potomności. Nie wiem, czy dzieciakowi, który przyjdzie na świat dopiero za cztery miesiące, będzie się chciało czytać wynurzenia matki. Raczej nie sądzę.<br />
<br />
Taki pamiętnik, jak każdą porządną pracę naukową czy serię wykładów zacząć należy po bożemu, od krótkiego biogramu. Christine Lockhart, lat dwadzieścia osiem. Urodzona w Galway, wychowana po katolicku, ale z samotną matką. Dla ojca byłam chwilowym odstępstwem od przysięgi kapłańskiej. Nic to nadzwyczajnego w kraju, w którym religia odbiera ludziom rozum. Niegdyś nazywałam się Hayes, po matce oczywiście. W dzieciństwie natrafiłam na wielu dobrych ludzi w niezbyt dobrych miejscach. Żyjący w zamordyzmie uczniowie katolickiej szkoły okazują się największymi buntownikami, ateistami, bluźniercami. To tam wkradły się mi do głowy zbrodnicze idee feminizmu, antyklerykalizmu i co najgorsze – matematyka. Nieznośna byłaby ta lektura, gdybym zaczęła się tu rozwodzić nad pięknem liczb, zbiorów, wzorów i porządku zmąconego co jakiś czas paradoksem. Kiedy mówiłam matce, że Boga należy szukać właśnie we wzorach, zamykała mnie w pokoju i kazała zmawiać pacierz. Ja modlitwy liczyłam i układałam we wzory, czyniąc z nich coś więcej niż tylko narzędzie otępienia. Nic zatem dziwnego w tym, że gdy tylko skończyłam liceum i zebrałam nieco pieniędzy, uciekłam z Irlandii prosto w nowy świat, do Londynu. W miejsce, które mnie trochę nienawidziło, gdy mówiłam z moim akcentem, ale przynajmniej dawało mi szansę na robienie tego, co kochałam najbardziej. Kiedy przyjechałam, miasto było jeszcze odbudowywane, a wojna wciąż trwała. Był to rok 1944, a Anglicy mieli poczucie nadciągającego zwycięstwa. Więcej chłopców poszło też do wojska, więc moje szanse przyjęcia na uniwersytet okazały się wystarczające, bym rzeczywiście dostała się na wydział matematyki. Tam musiałam mój umysł wykorzystać do pracy nad niemieckimi szyframi, co okazało się de facto nudną wyrobniczą pracą, skoro Enigmę już dawno rozwiązano. W wolnych chwilach pracowałam jako maszynistka w wydawnictwie George Allen and Unwin, naczytałam się więc mnóstwo powieści z gatunku fantastyki. Trochę mnie bawiła wizja świata, w którym żyją jakieś elfy, krasnoludy, hobbici czy smoki. Magia wydawała mi się konceptem ciekawym, bo przenosiła zabobon do świata fikcji, tam gdzie powinien się znajdować. Gdy czytało się powieści pana Tolkiena (to zresztą niezwykle życzliwy człowiek, prawdziwy dżentelmen) nie wierzyło się w czary. Nie uznawało się ich za prawdę historyczną czy objawioną. Lubiłam myśleć sobie, że świat dookoła jest logiczny.<br />
<br />
Wszystko aż do dnia, gdy otwarto w pobliskiej bibliotece klub książki. Jedna znajomość i moje przekonanie o rozsądku panującym nad światem kompletnie legło w gruzach.<br />
<br />
Usiedliśmy razem przy dużym stole, otoczeni książkami. Pierwsza lektura: stary dobry Szekspir, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Romeo i Julia</span>. Anglicy wprost uwielbiają Szekspira i wsadzają go, gdzie się tylko da. Cóż, sztuka rzeczywiście była dobra, choć znana wszystkim. Wybrano ją, by przełamać pierwsze lody. Była nas jedynie czwórka. Ja, moja przyjaciółka i współlokatorka, Maisie, pan Gordon, który miał prowadzić dyskusję i on. Nieco dziwnie ubrany, nieco jak szpieg, który chciał się wtopić w otoczenie, ale bardzo mu się nie udawało. Długi płaszcz, koszula z falbaniastym, kołnierzem, spodnie koloru fioletowego. Był jednak niestety przystojny i bardzo irytujący, bo o książce gadał kompletne kretynizmy. Że niby to Capuletti byli jakimiś czarownikami, a Romeo podał Julii zaczarowany eliksir. Zaczęłam się z nim kłócić, choć myślałam, że mówił to wszystko, by nas wszystkich sprowokować do awantury. Zarzuciłam mu to otwarcie. Że jak przyszedł się pośmiać, to niech idzie do cyrku, a nie do klubu książki. On stwierdził, że mam ograniczony umysł i nie rozumiem, o co tak naprawdę Szekspirowi chodziło. Gdyby pan Gordon nas nie powstrzymał, doszłoby do rękoczynów.<br />
<br />
Ów irytujący facet nazywał się Paul Lockhart.</div>
<br />
Henry zatrzymał się, by otrzeć policzki z łez, które niemal by opadły na papier i rozmazałyby tusz. Zamknął zeszyt, przytulił go do piersi. W nim właśnie zapisana była cząstka jego mamy. Jej przeżycia. Jak poznała tatę. Czytając pamiętnik, Henio płakał i się śmiał. Zatrzymywał się na tej samej linijce tekstu po kilka razy. Jego mama brzmiała na najfajniejszą osobę na świecie. Inteligentną, odważną, z ostrym poczuciem humoru. A ojciec? Henry chciał przeczytać o nim jeszcze więcej.<br />
<br />
Ale nie teraz. Postanowił, że będzie czytał po trochu, a nie wszystko za jednym razem. Każda chwila spędzona z tym pamiętnikiem była spotkaniem z mamą. Tak jakby była obok i rzeczywiście opowiadała mu tę historię.<br />
<br />
Tak strasznie tęsknił, a teraz… mógł ich lepiej poznać. Ich oboje.<br />
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">Koniec sesji</div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[15.10.1972] To have and to hold, preferably by the tail | Benjy, Prue]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6517</link>
			<pubDate>Wed, 14 Oct 2026 00:55:56 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=544">Benjy Fenwick</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6517</guid>
			<description><![CDATA[<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">„Zapomniałem, kurwa, naprawdę zapomniałem”</span>, co samo w sobie stanowiło osiągnięcie godne odnotowania w kronikach wszystkich moich życiowych porażek, ponieważ naprawdę powinienem był dopilnować tego, co obiecałem zrobić. Przez ostatnie dni września moja głowa przypominała szafę, do której ktoś upychał kolejne rzeczy, nie zadając sobie trudu sprawdzenia, czy drzwiczki wciąż dało się domknąć, lecz przecież później miałem aż nadto czasu, by naprawić wcześniejsze zaniedbania. Tymczasem nie potrafiłem nawet powiedzieć, kiedy dokładnie do tego doszło, bo pamiętałem przecież całe mnóstwo rzeczy, od szczegółów rozmów, które powinienem był dawno puścić w niepamięć, po cholernie nieistotne obserwacje dotyczące ludzi spotkanych na ulicy i doświadczenia warte tego, by nigdy więcej o nich nie mówić, natomiast akurat to, co należało zapamiętać, wyleciało mi z głowy z wdziękiem cegły zrzuconej z dachu. Na swoją obronę miałem jedynie to, że po prostu wydarzyło się tyle, że gdybym chciał osobno rozpisać każdą z tych rzeczy, zabrakłoby mi miejsca na pergaminie, atramentu w kałamarzu oraz aktualnie również energii, by uporządkować w ten sposób wszystkie własne myśli, więc robiłem to, co w takich sytuacjach wychodziło mi najlepiej, czyli przesuwałem pewne kwestie na później, zapewniając sam siebie, że „przecież nie uciekną”, że „jeszcze zdążę”, że „mam wszystko pod kontrolą” - oczywiście, że nie miałem, ostatnie piekielne dni wyraźnie mi to ukazywały - nie kontrolowałem nawet w pełni stosu dokumentów narastającego w jadalni, który zważywszy na okoliczności pewnie przypominał spis rzeczy, za które należało mnie powiesić, zwłaszcza gdyby ktoś w Ministerstwie zdecydował się przeprowadzić dokładniejszą inspekcję podstaw mojego pobytu w kraju i ślubu z Brytyjką. W pewnym momencie zwyczajnie przestałem nadążać za tym nowym życiem odpowiedzialnego obywatela, pana domu i czyjegoś męża, co nie było zresztą niczym haniebnym, bo chyba każdy potrzebował trochę czasu, aby się przestawić, lecz tym razem nawet ja musiałem przyznać, że skala zaniedbania robiła wrażenie.<br />
Pewnie jeszcze przez jakiś czas żyłbym sobie z tym we względnie błogiej nieświadomości, przekonany o powolnym dostosowywaniu się do nowej rzeczywistości, gdyby nie futrzak, który najwyraźniej postanowił przypomnieć mi, że w tym obiekcie mieszkał więcej niż jeden domownik o wątpliwym wyczuciu chwili. Najpierw do moich uszu doszedł skrzypiący dźwięk poruszającej się klapki w drzwiach prowadzących na ogród, potem dobiegło mnie szelest, łupnięcie, stukot zestawu ostrych pazurów o drewnianą podłogę i odgłos czegoś ciężkiego obijającego się o stopnie, po którym nastąpiło energiczne przebieranie łapami - na schodach rozległo się łupnięcie, potem szuranie, potem kolejne łupnięcie, szuranie i łupanie, i tak równo dwadzieścia siedem razy…<br />
Na wpół przytomnie, wciąż jeszcze zamyślony nad zupełnie innymi kwestiami, odwróciłem głowę w stronę uchylonych drzwi korytarza, nieświadomy rozmiarów nadciągającego problemu - zamrugałem i właśnie wtedy zobaczyłem czarnego łowcę zapierdalającego po schodach z gigantycznym szczurem w pysku. Szczur był martwy, przynajmniej miałem taką nadzieję, lecz naprawdę wielki, prawie tak duży jak zwierzę, które go upolowało. <br />
-<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> Nie. Nawet nie plóbuj.</span> - Powiedziałem, próbując jak najsprawniej podźwignąć się z łóżka i ruszając za nim, chociaż doskonale wiedziałem, że było już za późno, żeby powstrzymać cokolwiek, co zrodziło się w tym kudłatym łbie. Pognał dalej, skręcił w korytarz i skierował się prosto do łazienki, w której moja żona właśnie się myła, po czym złożył zakrwawionego trupa na samym środku dywanika, zrobiwszy to niemal z ceremonialną starannością, zupełnie jakby przygotowywał ołtarz dla wyjątkowo trudnego do zadowolenia bóstwa. Ja natomiast zatrzymałem się w progu, za późno, żeby zapobiec katastrofie, lecz wystarczająco wcześnie, żeby zobaczyć, jak mój futrzasty idiota zrzuca zdobycz tuż przed swoją mokrą, otoczoną pianą panią. Zacisnąłem powieki, oparłem czoło o framugę i wypuściłem powietrze przez zaciśnięte zęby, zignorowawszy guza na głowie i ciągnięcie bandaży, ponieważ istniały granice tego, ile absurdów można było przyjąć na klatę w ciągu jednego miesiąca, nawet jeśli zawodowo zajmowało się rzeczami, które większość osób wolałaby omijać szerokim łukiem.<br />
-<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> Pluey, kochanie…</span> - Odezwałem się ostrożnie, nie patrząc ani na nią, ani na kocura, który właśnie zaczął lizać sobie łapę obok swojego daru. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Chyba nie powiedziałem ci o takim jednym detalu…</span>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">„Zapomniałem, kurwa, naprawdę zapomniałem”</span>, co samo w sobie stanowiło osiągnięcie godne odnotowania w kronikach wszystkich moich życiowych porażek, ponieważ naprawdę powinienem był dopilnować tego, co obiecałem zrobić. Przez ostatnie dni września moja głowa przypominała szafę, do której ktoś upychał kolejne rzeczy, nie zadając sobie trudu sprawdzenia, czy drzwiczki wciąż dało się domknąć, lecz przecież później miałem aż nadto czasu, by naprawić wcześniejsze zaniedbania. Tymczasem nie potrafiłem nawet powiedzieć, kiedy dokładnie do tego doszło, bo pamiętałem przecież całe mnóstwo rzeczy, od szczegółów rozmów, które powinienem był dawno puścić w niepamięć, po cholernie nieistotne obserwacje dotyczące ludzi spotkanych na ulicy i doświadczenia warte tego, by nigdy więcej o nich nie mówić, natomiast akurat to, co należało zapamiętać, wyleciało mi z głowy z wdziękiem cegły zrzuconej z dachu. Na swoją obronę miałem jedynie to, że po prostu wydarzyło się tyle, że gdybym chciał osobno rozpisać każdą z tych rzeczy, zabrakłoby mi miejsca na pergaminie, atramentu w kałamarzu oraz aktualnie również energii, by uporządkować w ten sposób wszystkie własne myśli, więc robiłem to, co w takich sytuacjach wychodziło mi najlepiej, czyli przesuwałem pewne kwestie na później, zapewniając sam siebie, że „przecież nie uciekną”, że „jeszcze zdążę”, że „mam wszystko pod kontrolą” - oczywiście, że nie miałem, ostatnie piekielne dni wyraźnie mi to ukazywały - nie kontrolowałem nawet w pełni stosu dokumentów narastającego w jadalni, który zważywszy na okoliczności pewnie przypominał spis rzeczy, za które należało mnie powiesić, zwłaszcza gdyby ktoś w Ministerstwie zdecydował się przeprowadzić dokładniejszą inspekcję podstaw mojego pobytu w kraju i ślubu z Brytyjką. W pewnym momencie zwyczajnie przestałem nadążać za tym nowym życiem odpowiedzialnego obywatela, pana domu i czyjegoś męża, co nie było zresztą niczym haniebnym, bo chyba każdy potrzebował trochę czasu, aby się przestawić, lecz tym razem nawet ja musiałem przyznać, że skala zaniedbania robiła wrażenie.<br />
Pewnie jeszcze przez jakiś czas żyłbym sobie z tym we względnie błogiej nieświadomości, przekonany o powolnym dostosowywaniu się do nowej rzeczywistości, gdyby nie futrzak, który najwyraźniej postanowił przypomnieć mi, że w tym obiekcie mieszkał więcej niż jeden domownik o wątpliwym wyczuciu chwili. Najpierw do moich uszu doszedł skrzypiący dźwięk poruszającej się klapki w drzwiach prowadzących na ogród, potem dobiegło mnie szelest, łupnięcie, stukot zestawu ostrych pazurów o drewnianą podłogę i odgłos czegoś ciężkiego obijającego się o stopnie, po którym nastąpiło energiczne przebieranie łapami - na schodach rozległo się łupnięcie, potem szuranie, potem kolejne łupnięcie, szuranie i łupanie, i tak równo dwadzieścia siedem razy…<br />
Na wpół przytomnie, wciąż jeszcze zamyślony nad zupełnie innymi kwestiami, odwróciłem głowę w stronę uchylonych drzwi korytarza, nieświadomy rozmiarów nadciągającego problemu - zamrugałem i właśnie wtedy zobaczyłem czarnego łowcę zapierdalającego po schodach z gigantycznym szczurem w pysku. Szczur był martwy, przynajmniej miałem taką nadzieję, lecz naprawdę wielki, prawie tak duży jak zwierzę, które go upolowało. <br />
-<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> Nie. Nawet nie plóbuj.</span> - Powiedziałem, próbując jak najsprawniej podźwignąć się z łóżka i ruszając za nim, chociaż doskonale wiedziałem, że było już za późno, żeby powstrzymać cokolwiek, co zrodziło się w tym kudłatym łbie. Pognał dalej, skręcił w korytarz i skierował się prosto do łazienki, w której moja żona właśnie się myła, po czym złożył zakrwawionego trupa na samym środku dywanika, zrobiwszy to niemal z ceremonialną starannością, zupełnie jakby przygotowywał ołtarz dla wyjątkowo trudnego do zadowolenia bóstwa. Ja natomiast zatrzymałem się w progu, za późno, żeby zapobiec katastrofie, lecz wystarczająco wcześnie, żeby zobaczyć, jak mój futrzasty idiota zrzuca zdobycz tuż przed swoją mokrą, otoczoną pianą panią. Zacisnąłem powieki, oparłem czoło o framugę i wypuściłem powietrze przez zaciśnięte zęby, zignorowawszy guza na głowie i ciągnięcie bandaży, ponieważ istniały granice tego, ile absurdów można było przyjąć na klatę w ciągu jednego miesiąca, nawet jeśli zawodowo zajmowało się rzeczami, które większość osób wolałaby omijać szerokim łukiem.<br />
-<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> Pluey, kochanie…</span> - Odezwałem się ostrożnie, nie patrząc ani na nią, ani na kocura, który właśnie zaczął lizać sobie łapę obok swojego daru. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Chyba nie powiedziałem ci o takim jednym detalu…</span>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[28.10.1972] You take me apart and I'm whole]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6502</link>
			<pubDate>Wed, 07 Oct 2026 07:20:06 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=38">Atreus Bulstrode</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6502</guid>
			<description><![CDATA[<p>Było już grubo po północy, to wiedział na pewno. Dokładna godzina była mu jednak nieznana, bo jak na złość, wszelkie zegarki pouciekały mu z zasięgu wzroku, kiedy razem z Christopherem osuszali kolejne szklanki, kojąc alkoholem ból i upodlenie dnia. Twarz wciąż bolała, a nie ważne ile oboje wyczarowali sobie kostek lodu czy zimnych kompresów – opuchlizna wywołana bójką nie chciała całkowicie zejść, dodatkowo rozlewając się siniakami tam gdzie padły ciosy. Czuł, że o poranku będzie tylko gorzej, jeśli nie posmaruje sobie tego jakąś maścią, a przynajmniej myślałby o tym, gdyby nie była to jedna z ostatnich rzeczy jakie zajmowały mu głowę. </p>
<p>Po pierwsze, całość sytuacji, w jakiej znalazł się z Rosierem, była dla niego zwyczajnie absurdalna. Kiedy już obydwoje się nieco uspokoili i znaleźli sobie miejsce inne niż Fontanna Szczęśliwego Losu, wreszcie udało mu się w pełni połączyć kropki, że jakieś skończone idiotki w kowenie zaczęły rozpowiadać, że pojawili się tam z Victorią, bo są na pewno zaręczoną ze sobą parą. Kompletnie nie wiedział po co i dlaczego, ale chyba wciąż było w nim trochę goryczy co do tego, że nie udało im się wiele załatwić.</p>
<p>Po drugie, nie ważne ile procentów wciągnął tego wieczoru, nie mogło to wygonić z jego głowy jednej, dość konkretnej rzeczy. Albo raczej człowieka – Stanleya Borgina. Kiedy wrócił z Lozanny, spodziewał się wielu rzeczy; prezentów, kartek urodzinowych, wyzwisk (bo zdarzali się i tacy, którzy życzyli mu jak najgorzej) i czegoś słodkiego. Ba, zjadł ten kaktusowy tort, udając że potem się o niego poobraża. Była jednak jedna rzecz, której nie spodziewał się w żadnym wypadku – listu. Koperty, którą nadesłała do niego Lorraine, a która zawierała w sobie więcej, niż mógł się spodziewać. Notki panny Malfoy dość szybko wylądowały w koszu na śmieci, kiedy tylko zorientował się, że miała zamiar prowadzić narrację urażonej księżniczki - niestety dla samego siebie, nieco za długo mu to zajęło. Potem pozostało mu przeczytać to, co nakreślił do niego przyjaciel.</p>
<p>Przyjaciel - czy tak właściwie powinien go dalej nazywać? Miał wrażenie, że nikt z jego otoczenia nie uważał, ze było to najlepsze określenie, a mimo tego Atreus nie mógł zebrać się na to, by jednoznacznie przekreślić Stanleya. Wiedział co zrobił, wiedział że zniknął, zapadł się pod ziemie, nie mówił całej prawdy i ukrywał przed nim rzeczy, ale… ale Bulstrode chyba zawsze gdzieś w środku czuł, że nie widział całego obrazka. Ba, nie chciał go widzieć. Odwracał wzrok umiejętnie, ignorując problemy i pewnie przez to niejednokrotnie stając się ich częścią. Nic już nigdy nie miało być takie samo, a mimo tego czuł że słowa zapisane na pergaminie, trafiają bezpośrednio do serca i są nazbyt aż prawdziwe. Gdyby mógł cofnąć czas, wszystko zrobiłby dokładnie tak samo, jeśli chodziło o przyjaźń ze Stanleyem i chyba dlatego tak go to wszystko rozdzierało. Łamanie na kole byłoby lepsze, a mimo tego korespondencja została złożona i schowana do koperty, którą wsunął do płytkiej szuflady w biurku, gdzie trzymał najważniejsze dokumenty. </p>
<p>Biciem i prowokowaniem Rosiera, chciał zagłuszyć to, co przez cały dzień dudniło mu w uszach, kiedy oglądali sobie z Victorią Knieję Godryka, a potem kowen Macmillanów. Nie był to przeciwnik idealny, ale nie zamierzał wzgardzać tym, co samo do niego przyszło - i za to podejście sam siebie mógłby nie znosić, gdyby miał w sobie odrobinę mniej alkoholu i żalu. </p>
<p>Znalezienie kamieni na mugolskiej ulicy okazało się zadaniem niemalże karkołomnym, ale wreszcie mu się udało, nawet pomimo tego ze parę razy zatoczył się i wpakował w ścianę. Potem przez chwilę zastanawiał się, która kamienica była poprawna, by wreszcie wycelować w okiennice. Jeden, drugi, trzeci - całe szczęście amunicja wcale nie była duża i chyba nie mogła zrobić dużej szkody, ale też szybko się skończyła. Zaklął wtedy, widząc że nie osiągnął zamierzonego efektu i wpakował się do środka. Po klatce schodowej, schodami na piętro - całe szczęście właściwe - po to by z rozpędu próbować otworzyć drzwi, bo przecież znał kod. Coś w nim jednak drgnęło w pewnym momencie, jakaś wyraźniejsza, ostrzegawcza myśl, że może nie powinien czegoś takiego robić. Nawet nie dlatego że nie wypadało, a istniało ryzyko ze dostałby za to zaklęciem. Dlatego zapukał. Na miarę swoich możliwości, czyli źle wymierzywszy siłę i nieco za głośno.</p>
<p>—<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> Bre..enna! To ja, otwórz </span>— szkoda tylko, że godzina była nieboska i tak poranna, że słońce nawet nie zaczęło jeszcze wstawać, ale to było zmartwienie na trzeźwego Atreusa. </p>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Było już grubo po północy, to wiedział na pewno. Dokładna godzina była mu jednak nieznana, bo jak na złość, wszelkie zegarki pouciekały mu z zasięgu wzroku, kiedy razem z Christopherem osuszali kolejne szklanki, kojąc alkoholem ból i upodlenie dnia. Twarz wciąż bolała, a nie ważne ile oboje wyczarowali sobie kostek lodu czy zimnych kompresów – opuchlizna wywołana bójką nie chciała całkowicie zejść, dodatkowo rozlewając się siniakami tam gdzie padły ciosy. Czuł, że o poranku będzie tylko gorzej, jeśli nie posmaruje sobie tego jakąś maścią, a przynajmniej myślałby o tym, gdyby nie była to jedna z ostatnich rzeczy jakie zajmowały mu głowę. </p>
<p>Po pierwsze, całość sytuacji, w jakiej znalazł się z Rosierem, była dla niego zwyczajnie absurdalna. Kiedy już obydwoje się nieco uspokoili i znaleźli sobie miejsce inne niż Fontanna Szczęśliwego Losu, wreszcie udało mu się w pełni połączyć kropki, że jakieś skończone idiotki w kowenie zaczęły rozpowiadać, że pojawili się tam z Victorią, bo są na pewno zaręczoną ze sobą parą. Kompletnie nie wiedział po co i dlaczego, ale chyba wciąż było w nim trochę goryczy co do tego, że nie udało im się wiele załatwić.</p>
<p>Po drugie, nie ważne ile procentów wciągnął tego wieczoru, nie mogło to wygonić z jego głowy jednej, dość konkretnej rzeczy. Albo raczej człowieka – Stanleya Borgina. Kiedy wrócił z Lozanny, spodziewał się wielu rzeczy; prezentów, kartek urodzinowych, wyzwisk (bo zdarzali się i tacy, którzy życzyli mu jak najgorzej) i czegoś słodkiego. Ba, zjadł ten kaktusowy tort, udając że potem się o niego poobraża. Była jednak jedna rzecz, której nie spodziewał się w żadnym wypadku – listu. Koperty, którą nadesłała do niego Lorraine, a która zawierała w sobie więcej, niż mógł się spodziewać. Notki panny Malfoy dość szybko wylądowały w koszu na śmieci, kiedy tylko zorientował się, że miała zamiar prowadzić narrację urażonej księżniczki - niestety dla samego siebie, nieco za długo mu to zajęło. Potem pozostało mu przeczytać to, co nakreślił do niego przyjaciel.</p>
<p>Przyjaciel - czy tak właściwie powinien go dalej nazywać? Miał wrażenie, że nikt z jego otoczenia nie uważał, ze było to najlepsze określenie, a mimo tego Atreus nie mógł zebrać się na to, by jednoznacznie przekreślić Stanleya. Wiedział co zrobił, wiedział że zniknął, zapadł się pod ziemie, nie mówił całej prawdy i ukrywał przed nim rzeczy, ale… ale Bulstrode chyba zawsze gdzieś w środku czuł, że nie widział całego obrazka. Ba, nie chciał go widzieć. Odwracał wzrok umiejętnie, ignorując problemy i pewnie przez to niejednokrotnie stając się ich częścią. Nic już nigdy nie miało być takie samo, a mimo tego czuł że słowa zapisane na pergaminie, trafiają bezpośrednio do serca i są nazbyt aż prawdziwe. Gdyby mógł cofnąć czas, wszystko zrobiłby dokładnie tak samo, jeśli chodziło o przyjaźń ze Stanleyem i chyba dlatego tak go to wszystko rozdzierało. Łamanie na kole byłoby lepsze, a mimo tego korespondencja została złożona i schowana do koperty, którą wsunął do płytkiej szuflady w biurku, gdzie trzymał najważniejsze dokumenty. </p>
<p>Biciem i prowokowaniem Rosiera, chciał zagłuszyć to, co przez cały dzień dudniło mu w uszach, kiedy oglądali sobie z Victorią Knieję Godryka, a potem kowen Macmillanów. Nie był to przeciwnik idealny, ale nie zamierzał wzgardzać tym, co samo do niego przyszło - i za to podejście sam siebie mógłby nie znosić, gdyby miał w sobie odrobinę mniej alkoholu i żalu. </p>
<p>Znalezienie kamieni na mugolskiej ulicy okazało się zadaniem niemalże karkołomnym, ale wreszcie mu się udało, nawet pomimo tego ze parę razy zatoczył się i wpakował w ścianę. Potem przez chwilę zastanawiał się, która kamienica była poprawna, by wreszcie wycelować w okiennice. Jeden, drugi, trzeci - całe szczęście amunicja wcale nie była duża i chyba nie mogła zrobić dużej szkody, ale też szybko się skończyła. Zaklął wtedy, widząc że nie osiągnął zamierzonego efektu i wpakował się do środka. Po klatce schodowej, schodami na piętro - całe szczęście właściwe - po to by z rozpędu próbować otworzyć drzwi, bo przecież znał kod. Coś w nim jednak drgnęło w pewnym momencie, jakaś wyraźniejsza, ostrzegawcza myśl, że może nie powinien czegoś takiego robić. Nawet nie dlatego że nie wypadało, a istniało ryzyko ze dostałby za to zaklęciem. Dlatego zapukał. Na miarę swoich możliwości, czyli źle wymierzywszy siłę i nieco za głośno.</p>
<p>—<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> Bre..enna! To ja, otwórz </span>— szkoda tylko, że godzina była nieboska i tak poranna, że słońce nawet nie zaczęło jeszcze wstawać, ale to było zmartwienie na trzeźwego Atreusa. </p>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[31.10.1972] Wieczór we dwoje | Tristan & Olivia]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6494</link>
			<pubDate>Fri, 02 Oct 2026 23:06:41 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=365">Tristan Ward</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6494</guid>
			<description><![CDATA[<div class="divek"><div id="dataa" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">31 października 1972r.<br />
<span style="font-size: small;" class="mycode_size">Obrzeża Londynu / Domek Tristana i Olivii</span></span></div>
<br />
<p>Połowa miesiąca, a tym bardziej sama jego końcówka, była bardzo mocno pracowita. Tristan nie spodziewał się, że przez promocję swoich wyrobów na Lammas, zostanie tak zapamiętany. W dodatku, polecany. Od kogoś, przez kogoś i tak dalej. Nie zliczył ile sów przylatywało do ich domu, a ile razy wysyłał swoją sowę. Lecz przez wzgląd na dużą ilość zleceń, w pewnym momencie musiał posiłkować się sowami pocztowymi. Nie chciał, żeby jego Zoilus przemęczył się i stało mu coś podczas latania w jedną i drugą stronę, kilka razy dziennie. </p>
<p>Tristan pracował do oporu. Dzień i noc. Robił przerwy, aby coś posprzątać, pomóc Olivii, zrobić zakupy, przygotować obiad, wysyłać zlecenia i trochę pozwolić odpocząć swoim dłoniom. Dzięki tym zleceniom, zarobił wystarczająco dużo pieniędzy, co powinno pozwolić jemu i Olivii przetrwać nadchodzący okres zimy. Nie mówiąc już o napiwkach czy prezencie rzeczowym jak płaszcz od Rosierów. To było naprawdę niesamowite. </p>
<p>W końcu nadszedł dzień odpoczynku. Dzień, na który wielu czarodziei przygotowywało się do Samhain, planując spędzić to w gronie bliskich, samotnie czy w miejscach publicznych. Ward i Quirke postanowili pozostać w domu, razem. Jeden z dwóch lampionów jakie Tristan dla nich zrobił, stał w salonie, w bezpiecznym miejscu, oświetlając pomieszczenie. Drugi pozostał w decyzji Olivii, czy zechciała go zanieść do swoich rodziców, do Fiolki. Jeden zestaw gwoździ również mieli gotowy. Najważniejsze jednak w tym dniu było spędzenie tego wieczoru razem. Odpocząć na kanapie, pod kocykiem, popijając kakao. Taki mieli plan. </p>
<p>Z każdym dniem za oknem słońce zachodziło wcześniej. Tym samym wcześniej trzeba było zapalać świece. A ich zapas też był im potrzebny. Dodawały one swojego uroku i co najważniejsze, trauma przed ogniem zniknęła. Musiała zniknąć, gdyż praca z ogniem u Tristana była niezbędna. </p>
<p>Rozpalił ich kominek, pozwalając ukochanej krzątać się w kuchni. Chciała sama coś dobrego dla nich przygotować, więc nie kręcił się tam. Na stoliku obok kanapy położył sobie notes i ołówek, który będzie mu potrzebny do komunikacji. Zabezpieczył dom i upewnił się, że wszystko mają pozamykane. Okna, drzwi. Na zamki i zaklęcia. Usiadł na kanapie, która była ustawiona na obserwowanie ognia w kominku. Czekał, aż Olivia do niego dołączy. </p>
<br />
<br />
<div style="text-align: right;" class="mycode_align"> <a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=342" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Olivia Quirke</a> </div></div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div class="divek"><div id="dataa" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">31 października 1972r.<br />
<span style="font-size: small;" class="mycode_size">Obrzeża Londynu / Domek Tristana i Olivii</span></span></div>
<br />
<p>Połowa miesiąca, a tym bardziej sama jego końcówka, była bardzo mocno pracowita. Tristan nie spodziewał się, że przez promocję swoich wyrobów na Lammas, zostanie tak zapamiętany. W dodatku, polecany. Od kogoś, przez kogoś i tak dalej. Nie zliczył ile sów przylatywało do ich domu, a ile razy wysyłał swoją sowę. Lecz przez wzgląd na dużą ilość zleceń, w pewnym momencie musiał posiłkować się sowami pocztowymi. Nie chciał, żeby jego Zoilus przemęczył się i stało mu coś podczas latania w jedną i drugą stronę, kilka razy dziennie. </p>
<p>Tristan pracował do oporu. Dzień i noc. Robił przerwy, aby coś posprzątać, pomóc Olivii, zrobić zakupy, przygotować obiad, wysyłać zlecenia i trochę pozwolić odpocząć swoim dłoniom. Dzięki tym zleceniom, zarobił wystarczająco dużo pieniędzy, co powinno pozwolić jemu i Olivii przetrwać nadchodzący okres zimy. Nie mówiąc już o napiwkach czy prezencie rzeczowym jak płaszcz od Rosierów. To było naprawdę niesamowite. </p>
<p>W końcu nadszedł dzień odpoczynku. Dzień, na który wielu czarodziei przygotowywało się do Samhain, planując spędzić to w gronie bliskich, samotnie czy w miejscach publicznych. Ward i Quirke postanowili pozostać w domu, razem. Jeden z dwóch lampionów jakie Tristan dla nich zrobił, stał w salonie, w bezpiecznym miejscu, oświetlając pomieszczenie. Drugi pozostał w decyzji Olivii, czy zechciała go zanieść do swoich rodziców, do Fiolki. Jeden zestaw gwoździ również mieli gotowy. Najważniejsze jednak w tym dniu było spędzenie tego wieczoru razem. Odpocząć na kanapie, pod kocykiem, popijając kakao. Taki mieli plan. </p>
<p>Z każdym dniem za oknem słońce zachodziło wcześniej. Tym samym wcześniej trzeba było zapalać świece. A ich zapas też był im potrzebny. Dodawały one swojego uroku i co najważniejsze, trauma przed ogniem zniknęła. Musiała zniknąć, gdyż praca z ogniem u Tristana była niezbędna. </p>
<p>Rozpalił ich kominek, pozwalając ukochanej krzątać się w kuchni. Chciała sama coś dobrego dla nich przygotować, więc nie kręcił się tam. Na stoliku obok kanapy położył sobie notes i ołówek, który będzie mu potrzebny do komunikacji. Zabezpieczył dom i upewnił się, że wszystko mają pozamykane. Okna, drzwi. Na zamki i zaklęcia. Usiadł na kanapie, która była ustawiona na obserwowanie ognia w kominku. Czekał, aż Olivia do niego dołączy. </p>
<br />
<br />
<div style="text-align: right;" class="mycode_align"> <a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=342" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Olivia Quirke</a> </div></div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[22/09/1972] The trouble began, as these things often do, at dinner | Benjy, Prue]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6491</link>
			<pubDate>Fri, 02 Oct 2026 14:05:50 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=544">Benjy Fenwick</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6491</guid>
			<description><![CDATA[Nie byłem typem chłystka, który szczególnie źle znosił cudze niechciane towarzystwo, przynajmniej nie na tyle, żeby regularnie rozważać ucieczkę przez okno, chociaż po dzisiejszym wieczorze musiałem przyznać, że istniały okoliczności, przy których nawet przesłuchanie w sprawie nielegalnego handlu przeklętymi artefaktami wydawało się spotkaniem przy herbacie - przeżyłem momenty, w których nawet najbardziej nieprzyjemny obrót spraw miał nad kolacją i Bletchleyów tę przewagę, że gdy wszystko się spieprzyło, otoczenie przynajmniej nie udawało, iż wszystko w dalszym ciągu przebiegało zgodnie z planem. Może i wychowałem się pośród prawdziwych specjalistów w dziedzinie hipokryzji, ludzi noszących liczne maski, byleby tylko nie pokazać prawdziwej twarzy, więc niezupełnie znikąd rozumiałem, że dla niektórych rodzin święta stanowiły coś więcej niż okazję do wspólnego posiłku - były częścią porządku, który należało podtrzymywać, nawet jeśli połowa zgromadzonych przy stole wolałaby w tym czasie znaleźć się gdziekolwiek indziej - nie zamierzałem zatem oceniać rodziców bliźniaków za ich przywiązanie do tradycji, po prostu miałem wrażenie, że gdyby ktoś postawił przed Johnem wybór pomiędzy przyjęciem do wiadomości, że ich córka dorosła i potrafiła samodzielnie decydować o swoim życiu, a zachowaniem dotychczasowego porządku rzeczy, pan domu musiałby przynajmniej przez kilka godzin poważnie rozważać obie możliwości, zanim wreszcie z trudem zaakceptowałby tę pierwszą i miałby do niej setki „ale”. <br />
A przecież nie robiliśmy niczego szczególnie skandalicznego… No, przynajmniej nie według standardów, które znałem, chociaż zdążyłem się już przekonać, że niektórzy ludzie potrafili traktować zwyczajną obecność „niewłaściwego” w ich ocenie człowieka w niewłaściwym mu miejscu jako osobistą zniewagę, nawet jeśli ów człowiek przez cały wieczór starał się być uprzejmy, nie rozlał wina, nie skrytykował jedzenia i nie wspomniał ani słowem o tym, że w jego pracy zdarzały się przypadki, w których ludzie kończyli w znacznie gorszym stanie niż potrawy pozostawione zbyt długo w piecu. To ostatnie uznałem zresztą za osobisty sukces, ponieważ przy słowach Johna odnośnie „poważnego oddziału, na którym pracował jako poważny uzdrowiciel o poważnej specjalizacji w poważnym zawodzie” przynajmniej kilkakrotnie miałem ochotę odezwać się w sposób, który z pewnością nie poprawiłby atmosfery, a jedynie dostarczyłby wszystkim obecnym kolejnego powodu, żeby utwierdzić się w przekonaniu, że Prudence przyprowadziła ze sobą mężczyznę, którego należało obserwować z należytą dozą dezaprobaty. Ostatecznie trzymałem język za zębami, co wymagało ode mnie znacznie większego wysiłku, niż byłem gotów przyznać, toteż teraz, kiedy chłodne wieczorne powietrze wypełniło moje płuca, zaś napięcie powoli zaczęło ustępować miejsca zwyczajnemu zmęczeniu, nie potrafiłem zdecydować, czy powinienem był być z siebie dumny, czy raczej uznać, że właśnie zmarnowałem doskonałą okazję do dorzucenia przynajmniej kilku celnych uwag do kotła zgryzoty. <br />
Poprawiłem kołnierz mojego najbardziej wyjściowego płaszcza, po czym zerknąłem na Prue, która wyszła ze mną na zewnątrz, przez chwilę przyglądając jej się w milczeniu i próbując zrozumieć, co właściwie działo się w jej głowie - nie chciałem zakładać, że tej wieczór był dla niej równie męczący, jak dla mnie, bo chociaż niezręczność panującą przy stole trudno było przeoczyć, nie miałem pojęcia, ile z tego wynikało z mojej obecności, ile z charakteru jej ojca, a ile z rzeczy, o których nie wiedziałem i których być może nie powinienem był wyciągać na światło dzienne - czy tam nocne - w pierwszych minutach po opuszczeniu ich domu rodzinnego. Była moją dziewczyną, nie przewodnikiem po wszystkich tych animozjach, które przez lata zdążyły obrosnąć w zasady, przyzwyczajenia i starannie pielęgnowane urazy, i chociaż chciałem zrozumieć niektóre sprawy, nie zamierzałem wymagać od niej, żeby zaraz po wyjściu zaczęła tłumaczyć mi każdy gest, każde spojrzenie i każde zdanie, które podczas kolacji zabrzmiało odrobinę mniej przyjaźnie, niż powinno. Wystarczyło, że sama musiała przez to przechodzić… <br />
Przesunąłem dłonią po karku, czując pod palcami sztywność mięśni, które przez ostatnie godziny nie miały łatwego życia, gdyż siedzenie prosto na niewygodnym krześle o stanowczo zbyt niskim oparciu i zachowywanie kamiennej twarzy stanowiło dla mnie pewną formę pracy fizycznej<span style="text-decoration: line-through;" class="mycode_s">, bo niestety nie nad sobą, jakby to z pewnością powiedział pan domu,</span> po czym odwróciłem się w stronę drogi prowadzącej w dół brukowanej ulicy. Niebo nad nami przybrało głęboki odcień granatu, pomiędzy coraz bardziej nagimi gałęziami drzew pojawiały się pierwsze gwiazdy, ledwie widoczne w świetle padającym z okien domu, który właśnie opuściliśmy, z oddali dochodził szelest liści przesuwanych po chodniku przez wiatr, gdzieś w pobliżu zaszczekał pies, a ja poczułem, że z każdą minutą spędzoną na zewnątrz dużo łatwiej było mi złapać oddech. Wsunąłem dłonie do kieszeni płaszcza, po czym wyciągnąłem jedną z nich, unosząc ją lekko, jakbym zamierzał coś powiedzieć, lecz ostatecznie tylko podrapałem się po brodzie - nie chciałem zamieniać całej sytuacji w kpiący żart, chociaż humor był dla mnie najprostszym sposobem na rozładowanie napięcia, szczególnie kiedy nie wiedziałem, co właściwie powinienem był zrobić z własnym zakłopotaniem - nie miałem doświadczenia w podobnych oficjalnych spotkaniach, no, przynajmniej nie w takich, podczas których zależało mi na tym, żeby dobrze wypaść. Zwykle nie przejmowałem się szczególnie cudzymi opiniami, ponieważ nie miałem takiej potrzeby, poza tym moja praca nauczyła mnie, że ludzie potrafili oceniać innych na podstawie najdziwniejszych przesłanek, niekiedy nawet na podstawie tego, czy dany ktoś przeżył coś, co ich zdaniem powinno było załatwić go na dobre - tym razem sprawa wyglądała jednak inaczej, bo nie chodziło wyłącznie o mnie i nie do końca wiedziałem, co dalej - na razie wolałem więc nie analizować, czy przy deserze popełniłem jakąś towarzyską zbrodnię, bo miałem niepokojące podejrzenie, że lista zarzutów mogłaby okazać się dłuższa niż menu, mimo moich najszczerszych starań.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Nie byłem typem chłystka, który szczególnie źle znosił cudze niechciane towarzystwo, przynajmniej nie na tyle, żeby regularnie rozważać ucieczkę przez okno, chociaż po dzisiejszym wieczorze musiałem przyznać, że istniały okoliczności, przy których nawet przesłuchanie w sprawie nielegalnego handlu przeklętymi artefaktami wydawało się spotkaniem przy herbacie - przeżyłem momenty, w których nawet najbardziej nieprzyjemny obrót spraw miał nad kolacją i Bletchleyów tę przewagę, że gdy wszystko się spieprzyło, otoczenie przynajmniej nie udawało, iż wszystko w dalszym ciągu przebiegało zgodnie z planem. Może i wychowałem się pośród prawdziwych specjalistów w dziedzinie hipokryzji, ludzi noszących liczne maski, byleby tylko nie pokazać prawdziwej twarzy, więc niezupełnie znikąd rozumiałem, że dla niektórych rodzin święta stanowiły coś więcej niż okazję do wspólnego posiłku - były częścią porządku, który należało podtrzymywać, nawet jeśli połowa zgromadzonych przy stole wolałaby w tym czasie znaleźć się gdziekolwiek indziej - nie zamierzałem zatem oceniać rodziców bliźniaków za ich przywiązanie do tradycji, po prostu miałem wrażenie, że gdyby ktoś postawił przed Johnem wybór pomiędzy przyjęciem do wiadomości, że ich córka dorosła i potrafiła samodzielnie decydować o swoim życiu, a zachowaniem dotychczasowego porządku rzeczy, pan domu musiałby przynajmniej przez kilka godzin poważnie rozważać obie możliwości, zanim wreszcie z trudem zaakceptowałby tę pierwszą i miałby do niej setki „ale”. <br />
A przecież nie robiliśmy niczego szczególnie skandalicznego… No, przynajmniej nie według standardów, które znałem, chociaż zdążyłem się już przekonać, że niektórzy ludzie potrafili traktować zwyczajną obecność „niewłaściwego” w ich ocenie człowieka w niewłaściwym mu miejscu jako osobistą zniewagę, nawet jeśli ów człowiek przez cały wieczór starał się być uprzejmy, nie rozlał wina, nie skrytykował jedzenia i nie wspomniał ani słowem o tym, że w jego pracy zdarzały się przypadki, w których ludzie kończyli w znacznie gorszym stanie niż potrawy pozostawione zbyt długo w piecu. To ostatnie uznałem zresztą za osobisty sukces, ponieważ przy słowach Johna odnośnie „poważnego oddziału, na którym pracował jako poważny uzdrowiciel o poważnej specjalizacji w poważnym zawodzie” przynajmniej kilkakrotnie miałem ochotę odezwać się w sposób, który z pewnością nie poprawiłby atmosfery, a jedynie dostarczyłby wszystkim obecnym kolejnego powodu, żeby utwierdzić się w przekonaniu, że Prudence przyprowadziła ze sobą mężczyznę, którego należało obserwować z należytą dozą dezaprobaty. Ostatecznie trzymałem język za zębami, co wymagało ode mnie znacznie większego wysiłku, niż byłem gotów przyznać, toteż teraz, kiedy chłodne wieczorne powietrze wypełniło moje płuca, zaś napięcie powoli zaczęło ustępować miejsca zwyczajnemu zmęczeniu, nie potrafiłem zdecydować, czy powinienem był być z siebie dumny, czy raczej uznać, że właśnie zmarnowałem doskonałą okazję do dorzucenia przynajmniej kilku celnych uwag do kotła zgryzoty. <br />
Poprawiłem kołnierz mojego najbardziej wyjściowego płaszcza, po czym zerknąłem na Prue, która wyszła ze mną na zewnątrz, przez chwilę przyglądając jej się w milczeniu i próbując zrozumieć, co właściwie działo się w jej głowie - nie chciałem zakładać, że tej wieczór był dla niej równie męczący, jak dla mnie, bo chociaż niezręczność panującą przy stole trudno było przeoczyć, nie miałem pojęcia, ile z tego wynikało z mojej obecności, ile z charakteru jej ojca, a ile z rzeczy, o których nie wiedziałem i których być może nie powinienem był wyciągać na światło dzienne - czy tam nocne - w pierwszych minutach po opuszczeniu ich domu rodzinnego. Była moją dziewczyną, nie przewodnikiem po wszystkich tych animozjach, które przez lata zdążyły obrosnąć w zasady, przyzwyczajenia i starannie pielęgnowane urazy, i chociaż chciałem zrozumieć niektóre sprawy, nie zamierzałem wymagać od niej, żeby zaraz po wyjściu zaczęła tłumaczyć mi każdy gest, każde spojrzenie i każde zdanie, które podczas kolacji zabrzmiało odrobinę mniej przyjaźnie, niż powinno. Wystarczyło, że sama musiała przez to przechodzić… <br />
Przesunąłem dłonią po karku, czując pod palcami sztywność mięśni, które przez ostatnie godziny nie miały łatwego życia, gdyż siedzenie prosto na niewygodnym krześle o stanowczo zbyt niskim oparciu i zachowywanie kamiennej twarzy stanowiło dla mnie pewną formę pracy fizycznej<span style="text-decoration: line-through;" class="mycode_s">, bo niestety nie nad sobą, jakby to z pewnością powiedział pan domu,</span> po czym odwróciłem się w stronę drogi prowadzącej w dół brukowanej ulicy. Niebo nad nami przybrało głęboki odcień granatu, pomiędzy coraz bardziej nagimi gałęziami drzew pojawiały się pierwsze gwiazdy, ledwie widoczne w świetle padającym z okien domu, który właśnie opuściliśmy, z oddali dochodził szelest liści przesuwanych po chodniku przez wiatr, gdzieś w pobliżu zaszczekał pies, a ja poczułem, że z każdą minutą spędzoną na zewnątrz dużo łatwiej było mi złapać oddech. Wsunąłem dłonie do kieszeni płaszcza, po czym wyciągnąłem jedną z nich, unosząc ją lekko, jakbym zamierzał coś powiedzieć, lecz ostatecznie tylko podrapałem się po brodzie - nie chciałem zamieniać całej sytuacji w kpiący żart, chociaż humor był dla mnie najprostszym sposobem na rozładowanie napięcia, szczególnie kiedy nie wiedziałem, co właściwie powinienem był zrobić z własnym zakłopotaniem - nie miałem doświadczenia w podobnych oficjalnych spotkaniach, no, przynajmniej nie w takich, podczas których zależało mi na tym, żeby dobrze wypaść. Zwykle nie przejmowałem się szczególnie cudzymi opiniami, ponieważ nie miałem takiej potrzeby, poza tym moja praca nauczyła mnie, że ludzie potrafili oceniać innych na podstawie najdziwniejszych przesłanek, niekiedy nawet na podstawie tego, czy dany ktoś przeżył coś, co ich zdaniem powinno było załatwić go na dobre - tym razem sprawa wyglądała jednak inaczej, bo nie chodziło wyłącznie o mnie i nie do końca wiedziałem, co dalej - na razie wolałem więc nie analizować, czy przy deserze popełniłem jakąś towarzyską zbrodnię, bo miałem niepokojące podejrzenie, że lista zarzutów mogłaby okazać się dłuższa niż menu, mimo moich najszczerszych starań.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[30/10/1972] Some people are born doomed, others marry into it | Benjy, Prue]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6490</link>
			<pubDate>Thu, 01 Oct 2026 21:53:13 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=544">Benjy Fenwick</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6490</guid>
			<description><![CDATA[Pościel była w tej chwili dokładnie tak miękka i przyjemna, jak powinna była być o środku nocy, gdy za oknem panowała nieprzenikniona październikowa ciemność a w powietrzu wisiała uporczywa londyńska mżawka przesycona zapachem dymu z okolicznych kominków. Jeszcze przez chwilę siedziałem na brzegu materaca, trzymając dłonią zsuniętą z siebie kołdrę, jakbym w ten sposób mógł zachować dla siebie odrobinę tego ciepła, zanim zrobię to, po co właściwie zamierzałem wstać, w końcu jednak westchnąłem cicho i opuściłem bose stopy na zimną podłogę, natychmiast czując, że najwyraźniej powinienem był przemyśleć tę decyzję jeszcze raz, ale… Nie mogłem tego zrobić - prawda - nie teraz, nie w tej sytuacji, nie po liście dotyczącym Kniei i nie w obliczu nadciągającego Samhain, który mieliśmy spędzić z Prue na zupełnie innych sabatach. Przetarłem twarz dłońmi, przeciągnąłem palcami po włosach, potem podrapałem się po brodzie, wyczuwając pod palcami szorstki zarost. W końcu wziąłem głęboki wdech, patrząc w ciemność sypialni i próbując przekonać samego siebie, że sprawa spokojnie mogła poczekać do rana, ale w głębi duszy wiedziałem, że było to kłamstwo - nadchodził świt, a wraz z nim ten jeden dzień, w którym nawet drobne zaniedbania potrafiły okazać się wyjątkowo kosztowne, szczególnie jeśli dotyczyły tych kilku rzeczy, jakich zdecydowanie nie powinno było się zostawiać losowi. <br />
-<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> Zaczekaj chwilę, m’kay?</span> - Powiedziałem to odruchowo, jakbym musiał zaznaczyć na głos, że zamierzałem zaraz wrócić, i że nie planowałem żadnej nocnej wyprawy, z której należałoby mnie później rozliczać. Przez moment miałem nawet ochotę powiedzieć, żeby wróciła do snu, bo przecież nie było najmniejszego powodu, żeby za mną wychodziła, nie musiała wstawać, nie musiała nawet szczególnie interesować się tym, co robiłem, ale zamiast tego poprawiłem kołdrę przy jej ramieniu, odsunąłem się od łóżka i ruszyłem przez sypialnię, nadal boso, starając się nie narobić niepotrzebnego hałasu. Za drzwiami było wyraźnie chłodniej, dreszcz przebiegł przez moje ciało, gdy wyszedłem na korytarz, przymknąłem za sobą jednak drzwi, przez moment stojąc w półmroku i nasłuchując cichego domu, który o tej porze powinien był należeć wyłącznie do uśpionych i martwych.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Pościel była w tej chwili dokładnie tak miękka i przyjemna, jak powinna była być o środku nocy, gdy za oknem panowała nieprzenikniona październikowa ciemność a w powietrzu wisiała uporczywa londyńska mżawka przesycona zapachem dymu z okolicznych kominków. Jeszcze przez chwilę siedziałem na brzegu materaca, trzymając dłonią zsuniętą z siebie kołdrę, jakbym w ten sposób mógł zachować dla siebie odrobinę tego ciepła, zanim zrobię to, po co właściwie zamierzałem wstać, w końcu jednak westchnąłem cicho i opuściłem bose stopy na zimną podłogę, natychmiast czując, że najwyraźniej powinienem był przemyśleć tę decyzję jeszcze raz, ale… Nie mogłem tego zrobić - prawda - nie teraz, nie w tej sytuacji, nie po liście dotyczącym Kniei i nie w obliczu nadciągającego Samhain, który mieliśmy spędzić z Prue na zupełnie innych sabatach. Przetarłem twarz dłońmi, przeciągnąłem palcami po włosach, potem podrapałem się po brodzie, wyczuwając pod palcami szorstki zarost. W końcu wziąłem głęboki wdech, patrząc w ciemność sypialni i próbując przekonać samego siebie, że sprawa spokojnie mogła poczekać do rana, ale w głębi duszy wiedziałem, że było to kłamstwo - nadchodził świt, a wraz z nim ten jeden dzień, w którym nawet drobne zaniedbania potrafiły okazać się wyjątkowo kosztowne, szczególnie jeśli dotyczyły tych kilku rzeczy, jakich zdecydowanie nie powinno było się zostawiać losowi. <br />
-<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> Zaczekaj chwilę, m’kay?</span> - Powiedziałem to odruchowo, jakbym musiał zaznaczyć na głos, że zamierzałem zaraz wrócić, i że nie planowałem żadnej nocnej wyprawy, z której należałoby mnie później rozliczać. Przez moment miałem nawet ochotę powiedzieć, żeby wróciła do snu, bo przecież nie było najmniejszego powodu, żeby za mną wychodziła, nie musiała wstawać, nie musiała nawet szczególnie interesować się tym, co robiłem, ale zamiast tego poprawiłem kołdrę przy jej ramieniu, odsunąłem się od łóżka i ruszyłem przez sypialnię, nadal boso, starając się nie narobić niepotrzebnego hałasu. Za drzwiami było wyraźnie chłodniej, dreszcz przebiegł przez moje ciało, gdy wyszedłem na korytarz, przymknąłem za sobą jednak drzwi, przez moment stojąc w półmroku i nasłuchując cichego domu, który o tej porze powinien był należeć wyłącznie do uśpionych i martwych.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[20-22.10.1972] Przeklęta klątwa]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6487</link>
			<pubDate>Mon, 28 Sep 2026 00:26:23 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=371">Richard Mulciber</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6487</guid>
			<description><![CDATA[<div class="divek"><div id="dataa" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">20 października 1972r.<br />
Kamienica Mulciberów</span></div>
<br />
<p>W tym miesiącu, Richard do Anglii wracał częściej niż planował. Niespodziewana śmierć kuzyna Donalda i upierdliwa klątwa w kamienicy, co spokoju mu nie dawała. Na pomoc drugiego kuzyna Alexandra nie miał co liczyć. Z takim jego podejściem i zachowaniem, daleko ich ród nie zajdzie. Do Richarda wciąż ta informacja nie docierała. Pierw stracił brata, a chwilę temu kuzyna. Dwóch rozsądnych członków rodziny w jego ocenie. </p>
<p>Dzisiaj zjawił się w celu rozprawienia z klątwą i spróbowaniu znalezienia kontaktu do klątwołamacza. Zakładał, że Robert na pewno jakiegoś szukał, miał kontakty. </p>
<p>Zjawiając się w kamienicy, po odprawieniu skrzata ze swoją torbą podróżną i sowami, udał się do gabinetu siadając przy biurku. Otwierał każdą szufladę przeszukując wszelkie listy i wizytówki kontaktowe.  Większość z tego, Richard wyciągał na blat biurka, nie przejmują na razie tym syfem sadzy. Przeglądał wszystko w rękawiczkach. Część kontaktów była mu znana, inna wręcz przeciwnie. Aż w końcu znalazł. Klątwołamacz. </p>
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Jednak szukałeś…</span><br />
Rzekł do siebie, zakładając, że Robert faktycznie szukał kontaktu do klątwo łamacza, w swojej sprawie. Ale nie było pewne, czy tego kontaktu dokonał. <br />
<p>Nie zastanawiając się, Richard sięgnął po pergamin i pióro, otwierając atrament. Zaczął pisać list z prośbą o spotkanie. Ów list wysłał po chwili swoją sową. Pozostawało mu czekać na kontakt zwrotny. A tymczasem, posprzątał na biurku, zamknął szufladę i ogarnął się trochę, zdejmując wierzchnie ubranie. Skrzat przygotował mu posiłek wieczorny, a po nim, Richard znów wrócił do gabinetu, dalej przeglądać zawartość biurka. Wszystkie listy, wizytówki i inne papiery, które Robert trzymał w zabezpieczonych nawet szufladach. Znajdowały się także wybrane z podpisanymi inicjałami. Tutaj Richard zastanawiał się, czy to czasem nie były te od śmierciożerców. Odłożył je na bok, przeznaczone do spalenia. Co też później uczynił, rozpalając kominek w salonie. Spalił wszystkie listy, jakie Robert otrzymywał od śmierciożerców, które jeszcze się zalęgły w biurku. Pamiętając jego nieostrożność, gdy Lorien to odkryła i Chester się wkurzył. </p>
<p><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">"Po co to trzymałeś…"</span> – zastanawiał się w myślach Richard, patrząc na pochłonięte ogniem ostatnie "tajne liściki". Westchnął zapaliwszy papierosa. Zerknąwszy przy tym w stronę ściany, gdzie pojawiły się dłonie. Przywykł do ich obecności. I nie przeszkadzały by mu, gdyby nie ta upierdliwa sadza, której nie da się w żaden sposób pozbyć. Rozglądając się po salonie, mógł stwierdzić jedno. </p>
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Remontu przy tym chyba też nie da się zrobić.</span><br />
Mógłby spróbować wynieść dywany i sprawdzić w jakim stanie byłaby podłoga. Czy miałaby czysty ślad podłogi? Nie stać go było na wymianę wszystkiego. Przechodząc do korytarza, spojrzał na dywan, który Lorien nienawidziła. Obrzydzał ją tak, jak jego fotel biurowy ojca, ten sam, na którym siedział też Robert. <br />
Sentyment… <br />
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">21 października 1972r.</span></div>
<br />
<p>Sowa ze zwrotną odpowiedzią od klątwołamacza, przyleciała przed południem. Czarodziej zgodził się na spotkanie, wyznaczając kolejny dzień na wizytę oględzinową. Oznaczało to dla Richarda, że kolejny dzień będzie musiał przeczekać, zajmując się innymi sprawami. W takim razie, zajął się zaległą korespondencją, która czekała na niego z ostatnich dni. W tym, zleceń na świece i kadzidła. Niektórzy klienci zapominali o tym, że adres zmienił. </p>
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">22 października 1972r.</span></div>
<br />
<p>Nadszedł w końcu ten dzień. Richard czekał na klątwołamacza w salonie, paląc papierosa. Gdy rozległo się pukanie, skrzat otworzył drzwi i wpuścił gościa, prowadząc go do salonu. </p>
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- Dzień dobry. Maxymilian Travers. Klątwołamacz. </span><br />
Przedstawił się mężczyzna podchodząc, aby przywitać się uściskiem dłoni. <br />
Richard podszedł do niego, uścisnąwszy dłoń.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Richard Mulciber. Dziękuję, że Pan przyszedł. </span><br />
Odpowiedział z nutą wdzięczności w głosie. <br />
Mężczyzna rozejrzał się po salonie, dostrzegając znajome ślady sadzy na wielu powierzchniach. <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- Z jakim rodzajem klątwy mamy do czynienia? </span><br />
Zapytał, pozwalając sobie na rozejrzenie się. <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Sadza, której nie da się pozbyć. Nocą pojawiają się w losowych miejscach obce dłonie. Spać też się nie da. Jakby ktoś jeszcze tutaj mieszkał i dusił. </span><br />
Przedstawił Richard tyle, co zaobserwował w tym rodzinnym domu. <br />
Klątwołamacz pokiwał głową ze zrozumieniem. Nie było dla niego to nic nowego. <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- Pojawiła się w noc spaloną w Londynie? Kiedy to było… 8 września? </span><br />
Zapytał, spoglądając na Richarda. <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Tak. Dokładnie tej nocy. </span><br />
Potwierdził marszcząc brwi. <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- To będzie problem Panie Mulciber. To rodzaj klątwy, który nie jesteśmy wstanie zdjąć. Nie jest Pan pierwszą osobą, która nas o to prosi. Nie spotkałem się z taką siłą, takim rodzajem czarnej magii, którą mógłbym nazwać… Czarną klątwą? Nie pomogę Panu. </span><br />
Richard nie był pocieszony tą informacją. Klątwołamacz, który nie potrafi pozbyć się klątwy. Odwrócił wzrok od mężczyzny przenosząc na ogród za oknem. <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Belenos Pana odprowadzi. </span><br />
Skrzat, który wciąż tutaj był przy rozmowie, wskazał kierunek Traversowi. <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- Do widzenia. </span><br />
Pożegnał się mężczyzna, nie zabierając więcej czasu. Jednakże było mu trudno mówić takie słowa, że nie może pomóc. A najpewniej chciałby. Bo przecież za swoje usługi, mógłby zarobić. <br />
<p>Słysząc oddalające się kroki klątwołamaca, Richard przeklął, omal nie zgniatając niedopalonego papierosa w dłoni. </p>
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Kurwa… Jak tego nie zdejmę w inny sposób, napiszę do niego. </span><br />
Na myśli miał Toma Riddle’a. Zastanawiało też Richarda, dlaczego musiał wybrać sobie jego kamienicę za cel klątwy. Czym jeszcze Robert mu podpadł, czego Richard nie wiedział? <br />
Wściekły, zgasił papierosa w popielniczce. Zabrał płaszcz i wyszedł z domu. Potrzebował się przewietrzyć, pomyśleć. <br />
<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">__________________________<br />
<span style="font-size: small;" class="mycode_size">Spalona Karta "Dłonie"<br />
Zawada: Uzależnienie I (papierosy)</span></span><br />
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">Koniec sesji</div> </div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div class="divek"><div id="dataa" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">20 października 1972r.<br />
Kamienica Mulciberów</span></div>
<br />
<p>W tym miesiącu, Richard do Anglii wracał częściej niż planował. Niespodziewana śmierć kuzyna Donalda i upierdliwa klątwa w kamienicy, co spokoju mu nie dawała. Na pomoc drugiego kuzyna Alexandra nie miał co liczyć. Z takim jego podejściem i zachowaniem, daleko ich ród nie zajdzie. Do Richarda wciąż ta informacja nie docierała. Pierw stracił brata, a chwilę temu kuzyna. Dwóch rozsądnych członków rodziny w jego ocenie. </p>
<p>Dzisiaj zjawił się w celu rozprawienia z klątwą i spróbowaniu znalezienia kontaktu do klątwołamacza. Zakładał, że Robert na pewno jakiegoś szukał, miał kontakty. </p>
<p>Zjawiając się w kamienicy, po odprawieniu skrzata ze swoją torbą podróżną i sowami, udał się do gabinetu siadając przy biurku. Otwierał każdą szufladę przeszukując wszelkie listy i wizytówki kontaktowe.  Większość z tego, Richard wyciągał na blat biurka, nie przejmują na razie tym syfem sadzy. Przeglądał wszystko w rękawiczkach. Część kontaktów była mu znana, inna wręcz przeciwnie. Aż w końcu znalazł. Klątwołamacz. </p>
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Jednak szukałeś…</span><br />
Rzekł do siebie, zakładając, że Robert faktycznie szukał kontaktu do klątwo łamacza, w swojej sprawie. Ale nie było pewne, czy tego kontaktu dokonał. <br />
<p>Nie zastanawiając się, Richard sięgnął po pergamin i pióro, otwierając atrament. Zaczął pisać list z prośbą o spotkanie. Ów list wysłał po chwili swoją sową. Pozostawało mu czekać na kontakt zwrotny. A tymczasem, posprzątał na biurku, zamknął szufladę i ogarnął się trochę, zdejmując wierzchnie ubranie. Skrzat przygotował mu posiłek wieczorny, a po nim, Richard znów wrócił do gabinetu, dalej przeglądać zawartość biurka. Wszystkie listy, wizytówki i inne papiery, które Robert trzymał w zabezpieczonych nawet szufladach. Znajdowały się także wybrane z podpisanymi inicjałami. Tutaj Richard zastanawiał się, czy to czasem nie były te od śmierciożerców. Odłożył je na bok, przeznaczone do spalenia. Co też później uczynił, rozpalając kominek w salonie. Spalił wszystkie listy, jakie Robert otrzymywał od śmierciożerców, które jeszcze się zalęgły w biurku. Pamiętając jego nieostrożność, gdy Lorien to odkryła i Chester się wkurzył. </p>
<p><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">"Po co to trzymałeś…"</span> – zastanawiał się w myślach Richard, patrząc na pochłonięte ogniem ostatnie "tajne liściki". Westchnął zapaliwszy papierosa. Zerknąwszy przy tym w stronę ściany, gdzie pojawiły się dłonie. Przywykł do ich obecności. I nie przeszkadzały by mu, gdyby nie ta upierdliwa sadza, której nie da się w żaden sposób pozbyć. Rozglądając się po salonie, mógł stwierdzić jedno. </p>
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Remontu przy tym chyba też nie da się zrobić.</span><br />
Mógłby spróbować wynieść dywany i sprawdzić w jakim stanie byłaby podłoga. Czy miałaby czysty ślad podłogi? Nie stać go było na wymianę wszystkiego. Przechodząc do korytarza, spojrzał na dywan, który Lorien nienawidziła. Obrzydzał ją tak, jak jego fotel biurowy ojca, ten sam, na którym siedział też Robert. <br />
Sentyment… <br />
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">21 października 1972r.</span></div>
<br />
<p>Sowa ze zwrotną odpowiedzią od klątwołamacza, przyleciała przed południem. Czarodziej zgodził się na spotkanie, wyznaczając kolejny dzień na wizytę oględzinową. Oznaczało to dla Richarda, że kolejny dzień będzie musiał przeczekać, zajmując się innymi sprawami. W takim razie, zajął się zaległą korespondencją, która czekała na niego z ostatnich dni. W tym, zleceń na świece i kadzidła. Niektórzy klienci zapominali o tym, że adres zmienił. </p>
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">22 października 1972r.</span></div>
<br />
<p>Nadszedł w końcu ten dzień. Richard czekał na klątwołamacza w salonie, paląc papierosa. Gdy rozległo się pukanie, skrzat otworzył drzwi i wpuścił gościa, prowadząc go do salonu. </p>
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- Dzień dobry. Maxymilian Travers. Klątwołamacz. </span><br />
Przedstawił się mężczyzna podchodząc, aby przywitać się uściskiem dłoni. <br />
Richard podszedł do niego, uścisnąwszy dłoń.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Richard Mulciber. Dziękuję, że Pan przyszedł. </span><br />
Odpowiedział z nutą wdzięczności w głosie. <br />
Mężczyzna rozejrzał się po salonie, dostrzegając znajome ślady sadzy na wielu powierzchniach. <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- Z jakim rodzajem klątwy mamy do czynienia? </span><br />
Zapytał, pozwalając sobie na rozejrzenie się. <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Sadza, której nie da się pozbyć. Nocą pojawiają się w losowych miejscach obce dłonie. Spać też się nie da. Jakby ktoś jeszcze tutaj mieszkał i dusił. </span><br />
Przedstawił Richard tyle, co zaobserwował w tym rodzinnym domu. <br />
Klątwołamacz pokiwał głową ze zrozumieniem. Nie było dla niego to nic nowego. <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- Pojawiła się w noc spaloną w Londynie? Kiedy to było… 8 września? </span><br />
Zapytał, spoglądając na Richarda. <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Tak. Dokładnie tej nocy. </span><br />
Potwierdził marszcząc brwi. <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- To będzie problem Panie Mulciber. To rodzaj klątwy, który nie jesteśmy wstanie zdjąć. Nie jest Pan pierwszą osobą, która nas o to prosi. Nie spotkałem się z taką siłą, takim rodzajem czarnej magii, którą mógłbym nazwać… Czarną klątwą? Nie pomogę Panu. </span><br />
Richard nie był pocieszony tą informacją. Klątwołamacz, który nie potrafi pozbyć się klątwy. Odwrócił wzrok od mężczyzny przenosząc na ogród za oknem. <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Belenos Pana odprowadzi. </span><br />
Skrzat, który wciąż tutaj był przy rozmowie, wskazał kierunek Traversowi. <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- Do widzenia. </span><br />
Pożegnał się mężczyzna, nie zabierając więcej czasu. Jednakże było mu trudno mówić takie słowa, że nie może pomóc. A najpewniej chciałby. Bo przecież za swoje usługi, mógłby zarobić. <br />
<p>Słysząc oddalające się kroki klątwołamaca, Richard przeklął, omal nie zgniatając niedopalonego papierosa w dłoni. </p>
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Kurwa… Jak tego nie zdejmę w inny sposób, napiszę do niego. </span><br />
Na myśli miał Toma Riddle’a. Zastanawiało też Richarda, dlaczego musiał wybrać sobie jego kamienicę za cel klątwy. Czym jeszcze Robert mu podpadł, czego Richard nie wiedział? <br />
Wściekły, zgasił papierosa w popielniczce. Zabrał płaszcz i wyszedł z domu. Potrzebował się przewietrzyć, pomyśleć. <br />
<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">__________________________<br />
<span style="font-size: small;" class="mycode_size">Spalona Karta "Dłonie"<br />
Zawada: Uzależnienie I (papierosy)</span></span><br />
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">Koniec sesji</div> </div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[30.10.1972 rano] Benjy, przyszykuj kadzidło| Benjy & Prue]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6486</link>
			<pubDate>Sun, 27 Sep 2026 23:27:16 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=453">Prudence Fenwick</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6486</guid>
			<description><![CDATA[<p>Samhain zbliżało się wielkimi krokami. Udekorowali już z Benjym dom, wyglądał naprawdę fantastycznie, prawie tak jak sobie to zwizualizowała we własnej głowie, co wydawało jej się sporym sukcesem. Mieli jednak jeszcze sporo punktów do odhaczenia z jej listy, którą przygotowała specjalnie na tegoroczne Samhain. Prue uwielbiała listy, a że był to ich pierwszy, wspólny sabat we własnym domu to bardzo długo pracowała nad tą. Wszystko musiało być dopracowane, zależało jej na tym, aby nie pominęli żadnego punktu. Siedziała przy stole, trzymając w dłoni kubek z kawą i analizowała to, co miała zapisane. Większość punktów była już przekreślona - co oznaczało, że zadanie zostało zrealizowane. Pozostały jednak te związane z kadzeniem domu i zasłonięciem luster. Powinni się tym zająć teraz.</p>
<p>Nasłuchiwała uważnie próbując zorientować się w której części domu był jej mąż. Miała dla niego bojowe zadanie. Jak na złość jednak nie słyszała żadnych dźwięków. Dziwne - być może zajmował się czymś na zewnątrz. Podniosła się z miejsca i ruszyła w stronę najbliższego okna, żeby sprawdzić, czy tam go znajdzie. Nie zauważyła jednak znajomej sylwetki, uśmiechnęła się za to sama do siebie widząc kościotrupa, który bujał się na huśtawce. Udało im się go tam całkiem elegancko usadzić, nie wydawał się być nawet z tego powodu niezadowolony, nie uciekł - więc było całkiem nieźle. Upiła łyk kawy, po czym zmrużyła oczy, nadal nasłuchiwała, jak na złość jednak dom milczał, akurat teraz, kiedy zamierzała poprosić Benjy'ego o wsparcie.</p>
<p>Dopiła zawartość swojego kubka, po czym postanowiła wyruszyć na poszukiwania. Nie wychodził do pracy, a przynajmniej tak się jej wydawało, nie wspominał o tym, że musiał być gdzieś wcześnie, nie było więc innej opcji jak to, że właśnie rozrabiał w którymś pomieszczeniu, bo jak wiadomo, gdy jest zbyt cicho to znaczy, że ktoś właśnie zajmuje się czymś nieodpowiednim, była to całkiem prosta logika. Odstawiła pusty kubek na blat, po czym wyszła z kuchni i ruszyła na piętro. [a]Przypomniała sobie jeszcze o tym, że kupili konar, który wypadało wsadzić do kominka, to znaczy nie zapomniała o tym oczywiście, bo Prue pamiętała o wszystkim z racji na swoją doskonałą pamięć, tyle, że nieco przesunęła to na liście zadań do realizacji, ale może to też był odpowiedni moment na to, aby go rozpalić.</p>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Samhain zbliżało się wielkimi krokami. Udekorowali już z Benjym dom, wyglądał naprawdę fantastycznie, prawie tak jak sobie to zwizualizowała we własnej głowie, co wydawało jej się sporym sukcesem. Mieli jednak jeszcze sporo punktów do odhaczenia z jej listy, którą przygotowała specjalnie na tegoroczne Samhain. Prue uwielbiała listy, a że był to ich pierwszy, wspólny sabat we własnym domu to bardzo długo pracowała nad tą. Wszystko musiało być dopracowane, zależało jej na tym, aby nie pominęli żadnego punktu. Siedziała przy stole, trzymając w dłoni kubek z kawą i analizowała to, co miała zapisane. Większość punktów była już przekreślona - co oznaczało, że zadanie zostało zrealizowane. Pozostały jednak te związane z kadzeniem domu i zasłonięciem luster. Powinni się tym zająć teraz.</p>
<p>Nasłuchiwała uważnie próbując zorientować się w której części domu był jej mąż. Miała dla niego bojowe zadanie. Jak na złość jednak nie słyszała żadnych dźwięków. Dziwne - być może zajmował się czymś na zewnątrz. Podniosła się z miejsca i ruszyła w stronę najbliższego okna, żeby sprawdzić, czy tam go znajdzie. Nie zauważyła jednak znajomej sylwetki, uśmiechnęła się za to sama do siebie widząc kościotrupa, który bujał się na huśtawce. Udało im się go tam całkiem elegancko usadzić, nie wydawał się być nawet z tego powodu niezadowolony, nie uciekł - więc było całkiem nieźle. Upiła łyk kawy, po czym zmrużyła oczy, nadal nasłuchiwała, jak na złość jednak dom milczał, akurat teraz, kiedy zamierzała poprosić Benjy'ego o wsparcie.</p>
<p>Dopiła zawartość swojego kubka, po czym postanowiła wyruszyć na poszukiwania. Nie wychodził do pracy, a przynajmniej tak się jej wydawało, nie wspominał o tym, że musiał być gdzieś wcześnie, nie było więc innej opcji jak to, że właśnie rozrabiał w którymś pomieszczeniu, bo jak wiadomo, gdy jest zbyt cicho to znaczy, że ktoś właśnie zajmuje się czymś nieodpowiednim, była to całkiem prosta logika. Odstawiła pusty kubek na blat, po czym wyszła z kuchni i ruszyła na piętro. [a]Przypomniała sobie jeszcze o tym, że kupili konar, który wypadało wsadzić do kominka, to znaczy nie zapomniała o tym oczywiście, bo Prue pamiętała o wszystkim z racji na swoją doskonałą pamięć, tyle, że nieco przesunęła to na liście zadań do realizacji, ale może to też był odpowiedni moment na to, aby go rozpalić.</p>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[30/10/72] A little darkness at home | Benjy, Prue]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6485</link>
			<pubDate>Sun, 27 Sep 2026 23:24:33 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=544">Benjy Fenwick</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6485</guid>
			<description><![CDATA[Sprzątanie czekające nas przed Samhain potraktowałem bardziej symbolicznie niż praktycznie, bo przecież nie zamierzałem nagle zmienić się w fascynata klinicznego porządku i tym samym z narastającym zdenerwowaniem doprowadzać całego domu do stanu, w którym można byłoby przeprowadzić w nim kontrolę przy pomocy białej rękawiczki, tym bardziej, że nie planowaliśmy przecież zapraszać do nas żadnych gości - ani żywych, ani tym bardziej tych zza Zasłony - wręcz przeciwnie, aktualnie podejmowane przez nas czynności miały na celu odstraszenie i trzymanie z dala wszystkiego, co tej jednej nocy mogłoby chcieć przedostać się przez wyjątkowo cienką barierę pomiędzy światami. <br />
Zacząłem od otwarcia wszystkich okien, chociaż październikowy chłód od razu wdarł się do środka i przypomniał mi, dlaczego nie było to do końca idealnym pomysłem o tej porze roku, przy aurze panującej na zewnątrz. Nie była to szczególnie przyjemna praca, zwłaszcza że mimo przygotowania, dłonie szybko zaczęły mi marznąć, a mokra szmatka zrobiła się wyjątkowo niewygodna do trzymania, ale przesuwałem ją po szybach cierpliwie - jak na mnie - zbierając kurz, pył, ślady deszczu i wszystko, co przez ostatnie tygodnie zdążyło się na nich osadzić. Otworzyłem kolejne skrzydła, umyłem ich ramy, przetarłem parapety, po czym na powrót zatrzasnąłem wszystkie możliwe lufciki, żeby zimno nie wywiało całego ciepła z domu, zanim jeszcze zdążyliśmy rozpalić rytualny ogień w kominku i zasłonić wszystkie kotary mogące nocą przepuścić światło na zewnątrz. <br />
Potem mogłem przejść dalej - tym razem do luster, których mieliśmy całkiem sporo, zanim zakryliśmy je materiałem, który miała przygotować moja żona - namoczyłem szmatkę, dodałem odrobinę środka czyszczącego i kolistymi ruchami zacząłem przecierać pierwszą taflę, dokładnie czyszcząc również ramę i narożniki, gdzie zdążył osiąść ten sam wszechobecny kurz, co wszędzie indziej, tak typowy dla starych domostw, potem przeszedłem do kolejnego lustra, a następnie następnego, aż wszystkie były czyste i pozbawione smug.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Sprzątanie czekające nas przed Samhain potraktowałem bardziej symbolicznie niż praktycznie, bo przecież nie zamierzałem nagle zmienić się w fascynata klinicznego porządku i tym samym z narastającym zdenerwowaniem doprowadzać całego domu do stanu, w którym można byłoby przeprowadzić w nim kontrolę przy pomocy białej rękawiczki, tym bardziej, że nie planowaliśmy przecież zapraszać do nas żadnych gości - ani żywych, ani tym bardziej tych zza Zasłony - wręcz przeciwnie, aktualnie podejmowane przez nas czynności miały na celu odstraszenie i trzymanie z dala wszystkiego, co tej jednej nocy mogłoby chcieć przedostać się przez wyjątkowo cienką barierę pomiędzy światami. <br />
Zacząłem od otwarcia wszystkich okien, chociaż październikowy chłód od razu wdarł się do środka i przypomniał mi, dlaczego nie było to do końca idealnym pomysłem o tej porze roku, przy aurze panującej na zewnątrz. Nie była to szczególnie przyjemna praca, zwłaszcza że mimo przygotowania, dłonie szybko zaczęły mi marznąć, a mokra szmatka zrobiła się wyjątkowo niewygodna do trzymania, ale przesuwałem ją po szybach cierpliwie - jak na mnie - zbierając kurz, pył, ślady deszczu i wszystko, co przez ostatnie tygodnie zdążyło się na nich osadzić. Otworzyłem kolejne skrzydła, umyłem ich ramy, przetarłem parapety, po czym na powrót zatrzasnąłem wszystkie możliwe lufciki, żeby zimno nie wywiało całego ciepła z domu, zanim jeszcze zdążyliśmy rozpalić rytualny ogień w kominku i zasłonić wszystkie kotary mogące nocą przepuścić światło na zewnątrz. <br />
Potem mogłem przejść dalej - tym razem do luster, których mieliśmy całkiem sporo, zanim zakryliśmy je materiałem, który miała przygotować moja żona - namoczyłem szmatkę, dodałem odrobinę środka czyszczącego i kolistymi ruchami zacząłem przecierać pierwszą taflę, dokładnie czyszcząc również ramę i narożniki, gdzie zdążył osiąść ten sam wszechobecny kurz, co wszędzie indziej, tak typowy dla starych domostw, potem przeszedłem do kolejnego lustra, a następnie następnego, aż wszystkie były czyste i pozbawione smug.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[23.10.1972 wieczór] blessed Samhain | Prue & Benjy]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6484</link>
			<pubDate>Sun, 27 Sep 2026 23:05:14 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=453">Prudence Fenwick</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6484</guid>
			<description><![CDATA[<p>Prudence siedziała przy kuchennym stole. Wokół niej panował spory bałagan. Na blacie można było dostrzec różne przedmioty, jakieś liście, klej, suszone owoce, czy kolorowy papier. Bardzo skrupulatnie wyklejała właśnie jedną z kartek. Próbowała stworzyć coś z niczego. Było to ich pierwsze Samhain jako małżeństwa, a więc warto było wysłać kartki z sabatowymi życzeniami do najbliższych. To nie mogło być jednak takie proste, prawda? Nie poszła na łatwiznę, nie zamierzała kupować gotowych kartek w sklepie. Postanowiła wykonać je własnoręcznie - co najwyraźniej nie było wcale najlepszym pomysłem, bo Prue nie do końca mogła poszczycić się talentem artystycznym.</p>
<p>Nie poddawała się jednak, dzielnie walczyła, co chwila można było usłyszeć jej westchnięcie, kiedy znowu przykleiła liść nie do końca tam gdzie chciała, miała nadzieję, że nikt nie pomyśli sobie, że te kartki tworzyły dzieci z przedszkola Pettigrew, chociaż pewnie i tam znalazłoby się sporo osób, które robiłyby to lepiej.</p>
<p>Podniosła się na chwilę ze swojego stanowiska pracy, aby dolać sobie grzańca. Alkohol ponoć dobrze działał na ukryte talenty, liczyła więc na to, że nieco pomoże jej znaleźć jakieś wizje artystyczne. Kiedy dolała sobie go do kubka ponownie rozsiadła się na swoim miejscu. Kot leżał na blacie i patrzył na nią nie do końca przychylnym spojrzeniem, chyba nawet on wiedział że nie do końca coś z tego będzie. Jeszcze mu pokaże.</p>
<p>Sięgnęła po kolejny, drobny kawałek pomarańczowego papieru, który chciała dokleić do narysowanej wcześniej przez siebie dyni, nie była ona do końca taka jakby chciała, liczyła jednak na to, że dalsza część procesu nieco poprawi to, jak wyglądała ta kartka. Ręka jednak jej się odrobinę omsknęła, przez co przykleiła ją w tle. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> - Szlag, dlaczego Elias umie wszystko, a mi nic nie wychodzi.</span> - Mruknęła pod nosem nieco rozczarowana. Jej brat był prawdziwym artystą, robił cuda ze szkła, a ona? Ona nie potrafiła nawet za bardzo poradzić sobie z głupią kartką. Na pewno dało się to jakoś wyćwiczyć, być może był to właśnie bodziec co do tego. Chciała nieco rozwinąć swoje zdolności manualne, tylko, czy faktycznie miała co do tego cierpliwość? To się pewnie jeszcze okaże.</p>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Prudence siedziała przy kuchennym stole. Wokół niej panował spory bałagan. Na blacie można było dostrzec różne przedmioty, jakieś liście, klej, suszone owoce, czy kolorowy papier. Bardzo skrupulatnie wyklejała właśnie jedną z kartek. Próbowała stworzyć coś z niczego. Było to ich pierwsze Samhain jako małżeństwa, a więc warto było wysłać kartki z sabatowymi życzeniami do najbliższych. To nie mogło być jednak takie proste, prawda? Nie poszła na łatwiznę, nie zamierzała kupować gotowych kartek w sklepie. Postanowiła wykonać je własnoręcznie - co najwyraźniej nie było wcale najlepszym pomysłem, bo Prue nie do końca mogła poszczycić się talentem artystycznym.</p>
<p>Nie poddawała się jednak, dzielnie walczyła, co chwila można było usłyszeć jej westchnięcie, kiedy znowu przykleiła liść nie do końca tam gdzie chciała, miała nadzieję, że nikt nie pomyśli sobie, że te kartki tworzyły dzieci z przedszkola Pettigrew, chociaż pewnie i tam znalazłoby się sporo osób, które robiłyby to lepiej.</p>
<p>Podniosła się na chwilę ze swojego stanowiska pracy, aby dolać sobie grzańca. Alkohol ponoć dobrze działał na ukryte talenty, liczyła więc na to, że nieco pomoże jej znaleźć jakieś wizje artystyczne. Kiedy dolała sobie go do kubka ponownie rozsiadła się na swoim miejscu. Kot leżał na blacie i patrzył na nią nie do końca przychylnym spojrzeniem, chyba nawet on wiedział że nie do końca coś z tego będzie. Jeszcze mu pokaże.</p>
<p>Sięgnęła po kolejny, drobny kawałek pomarańczowego papieru, który chciała dokleić do narysowanej wcześniej przez siebie dyni, nie była ona do końca taka jakby chciała, liczyła jednak na to, że dalsza część procesu nieco poprawi to, jak wyglądała ta kartka. Ręka jednak jej się odrobinę omsknęła, przez co przykleiła ją w tle. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> - Szlag, dlaczego Elias umie wszystko, a mi nic nie wychodzi.</span> - Mruknęła pod nosem nieco rozczarowana. Jej brat był prawdziwym artystą, robił cuda ze szkła, a ona? Ona nie potrafiła nawet za bardzo poradzić sobie z głupią kartką. Na pewno dało się to jakoś wyćwiczyć, być może był to właśnie bodziec co do tego. Chciała nieco rozwinąć swoje zdolności manualne, tylko, czy faktycznie miała co do tego cierpliwość? To się pewnie jeszcze okaże.</p>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[28.10.1972 wieczór] meeting the unknown | Nora & Erik]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6482</link>
			<pubDate>Sun, 27 Sep 2026 20:48:40 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=56">Nora Figg</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6482</guid>
			<description><![CDATA[<p>Okazało się, że jej wiedza mogła się przydać poza pracownią. Nie zdarzało się to wcześniej, jak wiadomo jednak czasy były takie, że należało być bardzo elastycznym. Nie do końca wiedziała, jak powinna się zachować, jak naszykować do tego zadania. Erik z młodą brygadzistką znaleźli się ostatnio w dokach, aby sprawdzić to o czym mówił Albus. Okazało się, że wiedza Nory mogła się przydać, a więc była w gotowości do tego, aby pomóc swoim przyjaciołom.</p>
<p>Na szczęście nie znalazła się tutaj sama, a w towarzystwie swojego najlepszego przyjaciela, co powodowało, że odczuwała odrobinę komfortu mimo tego, że to raczej nie było dla niej czymś normalnym.</p>
<p><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> - Nie spodziewałam się, że kiedyś będę potrzebna w taki sposób.</span> - Powiedziała jeszcze do Longbottoma. Na pewno widział, że czuła się trochę nieswojo, bo nie przywykła do tego, aby działać w ternie, jednak czego się nie robi dla dobra Zakonu, prawda?</p>
<p>Liczyła na to, że wykonają zadanie jak najszybciej, bo miała przed sobą jeszcze sporo pracy. Pomyślała o tym, że po sabacie zamknie cukiernie na jeden dzień, aby w końcu odpocząć. Zdecydowanie jej się to należało.</p>
<p>Okolica nie należała do najprzyjemniejszych, Norka wsunęła ręce głęboko do kieszeni płaszcza, aby nieco się ogrzać, od strony wody bowiem pojawiał się bardzo nieprzyjemny wiatr.</p>
<p><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> - Nie jest to najprzyjemniejsza okolica, w sensie, no może i będzie tu kiedyś bardzo malowniczo, ale aktualnie nieco mnie przeraża.</span> - Magazyny, doki, hotel budowany w okolicy, to nie była jej estetyka. Ona lubiła przyjemne knajpki i kwiatki, a nie miejsca tego pokroju, ale jak trzeba to trzeba.</p>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Okazało się, że jej wiedza mogła się przydać poza pracownią. Nie zdarzało się to wcześniej, jak wiadomo jednak czasy były takie, że należało być bardzo elastycznym. Nie do końca wiedziała, jak powinna się zachować, jak naszykować do tego zadania. Erik z młodą brygadzistką znaleźli się ostatnio w dokach, aby sprawdzić to o czym mówił Albus. Okazało się, że wiedza Nory mogła się przydać, a więc była w gotowości do tego, aby pomóc swoim przyjaciołom.</p>
<p>Na szczęście nie znalazła się tutaj sama, a w towarzystwie swojego najlepszego przyjaciela, co powodowało, że odczuwała odrobinę komfortu mimo tego, że to raczej nie było dla niej czymś normalnym.</p>
<p><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> - Nie spodziewałam się, że kiedyś będę potrzebna w taki sposób.</span> - Powiedziała jeszcze do Longbottoma. Na pewno widział, że czuła się trochę nieswojo, bo nie przywykła do tego, aby działać w ternie, jednak czego się nie robi dla dobra Zakonu, prawda?</p>
<p>Liczyła na to, że wykonają zadanie jak najszybciej, bo miała przed sobą jeszcze sporo pracy. Pomyślała o tym, że po sabacie zamknie cukiernie na jeden dzień, aby w końcu odpocząć. Zdecydowanie jej się to należało.</p>
<p>Okolica nie należała do najprzyjemniejszych, Norka wsunęła ręce głęboko do kieszeni płaszcza, aby nieco się ogrzać, od strony wody bowiem pojawiał się bardzo nieprzyjemny wiatr.</p>
<p><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> - Nie jest to najprzyjemniejsza okolica, w sensie, no może i będzie tu kiedyś bardzo malowniczo, ale aktualnie nieco mnie przeraża.</span> - Magazyny, doki, hotel budowany w okolicy, to nie była jej estetyka. Ona lubiła przyjemne knajpki i kwiatki, a nie miejsca tego pokroju, ale jak trzeba to trzeba.</p>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[30/10/72] Wards, runes and other things that buy you five extra minutes | Benjy, Pru]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6478</link>
			<pubDate>Sun, 27 Sep 2026 00:34:30 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=544">Benjy Fenwick</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6478</guid>
			<description><![CDATA[Nie planowałem mówić jej wszystkiego, co dotyczyło posiadanych przeze mnie informacji na temat Kniei i problemu z widmami, przynajmniej nie teraz, bo nie było potrzeby robić z tego nocnej odprawy, skoro jeszcze nigdzie nie pędziłem, szczególnie kiedy oboje nadal siedzieliśmy w łóżku, a jutro czekało na nas przynajmniej kilka godzin względnego spokoju, zanim oboje będziemy musieli rozdzielić się przed sabatem, postanowiłem poruszyć jednak to, czego wcześniej nie mówiłem, co nie zostało między nami w żaden sposób poruszone, bo najwyraźniej nadszedł moment, w którym podświadome przemilczanie pewnych rzeczy przestało mieć sens.<br />
-<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> No to… Wiesz, sze zajmowałem się tym jeszcze pszed Spaloną Nocą?</span> - Zapytałem, gdy już odesłałem wiadomość zwrotną i wróciłem na materac, chociaż tak naprawdę nie czekałem na odpowiedź ani tak naprawdę nie oczekiwałem, że będzie twierdząca. -<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> Zacząłem zalas po pszyjeździe tutaj. Właściwie palę dni po naszym pielwszym spotkaniu. Zostałem w wciągnięty w temat ze względu na luny ochlonne, któle ktoś umieścił w lesie.</span> - Spiąłem szczękę, po czym wypuściłem powoli powietrze. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nie podoba mi się to balsiej, nisz myślisz, ale ani wtedy, ani telas nie mogłem powiedzieś „nie”, nawet jeśli znam lysyko.</span> - Dopowiedziałem ciszej, nie zamierzałem jej odbierać prawa do zmartwienia jakimś tanim zapewnieniem, że wszystko będzie dobrze, bo nie wiedziałem, czy będzie - było kilka rzeczy, których człowiek mógł być pewien, i kilka takich, których nie powinien był obiecywać nawet własnej żonie, jeśli chciał móc patrzeć jej później prosto w oczy.<br />
Atmosfera zrobiła się dziwnie ciężka, chociaż żadne z nas nie powiedziało niczego, czego druga osoba nie powinna była usłyszeć, po prostu… Znałem ten rodzaj ciszy - kurwa, znałem go aż za dobrze - już kiedyś przez coś podobnego przechodziłem, tylko ta sytuacja nie była taka sama, nasza sytuacja taka nie była i wcale nie zamierzałem ulec poczuciu, które próbowało wkraść się w moje myśli - wystarczyło jednak, że pomyślałem o tym przez sekundę, aby mięśnie karku napięły mi się automatycznie, całkowicie odruchowo, zaś gardło odrobinę się zacisnęło, więc odchrząknąłem, kręcąc głową - nie chciałem przenosić tamtej historii na tę, lecz nie chciałem też udawać przed Prudence, że ryzyko nie istniało. Nie mogłem jej zagwarantować, że wrócę bez zadrapania, że nic się nie wydarzy albo że wszystko pójdzie dokładnie tak, jak powinno. Obiecaliśmy się nie okłamywać.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Nie planowałem mówić jej wszystkiego, co dotyczyło posiadanych przeze mnie informacji na temat Kniei i problemu z widmami, przynajmniej nie teraz, bo nie było potrzeby robić z tego nocnej odprawy, skoro jeszcze nigdzie nie pędziłem, szczególnie kiedy oboje nadal siedzieliśmy w łóżku, a jutro czekało na nas przynajmniej kilka godzin względnego spokoju, zanim oboje będziemy musieli rozdzielić się przed sabatem, postanowiłem poruszyć jednak to, czego wcześniej nie mówiłem, co nie zostało między nami w żaden sposób poruszone, bo najwyraźniej nadszedł moment, w którym podświadome przemilczanie pewnych rzeczy przestało mieć sens.<br />
-<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> No to… Wiesz, sze zajmowałem się tym jeszcze pszed Spaloną Nocą?</span> - Zapytałem, gdy już odesłałem wiadomość zwrotną i wróciłem na materac, chociaż tak naprawdę nie czekałem na odpowiedź ani tak naprawdę nie oczekiwałem, że będzie twierdząca. -<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> Zacząłem zalas po pszyjeździe tutaj. Właściwie palę dni po naszym pielwszym spotkaniu. Zostałem w wciągnięty w temat ze względu na luny ochlonne, któle ktoś umieścił w lesie.</span> - Spiąłem szczękę, po czym wypuściłem powoli powietrze. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nie podoba mi się to balsiej, nisz myślisz, ale ani wtedy, ani telas nie mogłem powiedzieś „nie”, nawet jeśli znam lysyko.</span> - Dopowiedziałem ciszej, nie zamierzałem jej odbierać prawa do zmartwienia jakimś tanim zapewnieniem, że wszystko będzie dobrze, bo nie wiedziałem, czy będzie - było kilka rzeczy, których człowiek mógł być pewien, i kilka takich, których nie powinien był obiecywać nawet własnej żonie, jeśli chciał móc patrzeć jej później prosto w oczy.<br />
Atmosfera zrobiła się dziwnie ciężka, chociaż żadne z nas nie powiedziało niczego, czego druga osoba nie powinna była usłyszeć, po prostu… Znałem ten rodzaj ciszy - kurwa, znałem go aż za dobrze - już kiedyś przez coś podobnego przechodziłem, tylko ta sytuacja nie była taka sama, nasza sytuacja taka nie była i wcale nie zamierzałem ulec poczuciu, które próbowało wkraść się w moje myśli - wystarczyło jednak, że pomyślałem o tym przez sekundę, aby mięśnie karku napięły mi się automatycznie, całkowicie odruchowo, zaś gardło odrobinę się zacisnęło, więc odchrząknąłem, kręcąc głową - nie chciałem przenosić tamtej historii na tę, lecz nie chciałem też udawać przed Prudence, że ryzyko nie istniało. Nie mogłem jej zagwarantować, że wrócę bez zadrapania, że nic się nie wydarzy albo że wszystko pójdzie dokładnie tak, jak powinno. Obiecaliśmy się nie okłamywać.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[07.09 - 29.10.1972] Ancient runes, modern liability]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6469</link>
			<pubDate>Thu, 24 Sep 2026 13:45:08 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=544">Benjy Fenwick</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6469</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">07.09.1972 wcześnie rano, Londyn</div>
<br />
Po wyjściu ze sklepu Bagshotów w Dolinie długo nie robiłem nic konkretnego, co w moim przypadku zwykle oznaczało, że moja głowa pracowała znacznie intensywniej, niż miałbym ochotę przyznać, nawet przed samym sobą. Sam pomysł oglądania cudzej perspektywy nigdy szczególnie mi się nie podobał, bo pamięć potrafiła kłamać na wiele różnych sposobów, nawet kiedy człowiek był przekonany, że przekazywał prawdę dokładnie taką, jaka była, ale tym razem autentycznie zainteresowało mnie coś znacznie bardziej… weryfikowanego. Po powrocie do tymczasowego miejsca, w którym się zatrzymałem, jedynie zdjąłem z siebie okrycie wierzchnie, rzuciwszy je wprost na zapadnięty materac łóżka, po czym skierowałem kroki wprost do wysłużonego stołu i, zająwszy miejsce na krześle, przez chwilę patrzyłem gdzieś przed siebie, próbując poukładać to, co właśnie zobaczyłem. Zaledwie jedno dzisiejsze doświadczenie wystarczyło, abym doszedł do wniosku, iż myślodsiewnia zdecydowanie nie należała do moich ulubionych sposobów poznawania cudzych wspomnień, zwłaszcza kiedy zaglądało się do czegoś takiego jak to, co Geraldine widziała podczas swojej wizyty w Kniei Godryka, ale bez wątpienia była całkiem przydatnym wynalazkiem.<br />
Oparłem łokcie o blat i potarłem dłonią twarz, próbując jeszcze raz odtworzyć sobie poszczególne obrazy, szczegóły miejsca i wszystko to, co mogło mieć znaczenie, nawet jeśli na pierwszy rzut oka wyglądało na zupełnie nieistotne. Przez lata nauczyłem się, że przy zabezpieczeniach właśnie te drobiazgi potrafiły najmocniej skomplikować sytuację, bo znak nigdy nie musiał krzyczeć, żeby działać w określony sposób, intencjonalnie, czasem wystarczyło, że ktoś postawił go o kilka cali za daleko od innych, odwrócił go pod pozornie niewłaściwym kątem albo świadomie zostawił fragment układu niepełny. Kromlech nie przestawał mi więc chodzić po głowie, podobnie jak to, co doprowadziło do niego moją kuzynkę. <br />
Przez chwilę patrzyłem tępo na słoje drewna, a potem zacząłem rozkładać wszystko na części, sięgając po notes i pióro. Z doświadczenia wiedziałem, że pamięć potrafiła być paskudnie wybiórcza, ale chcąc nie chcąc, zacząłem odtwarzać w niej każdy szczegół z tego, co zobaczyliśmy oczami Gerdy w myślodsiewni, przelewając najistotniejsze szczegóły na pergamin.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">07.09.1972 wcześnie rano, Londyn</div>
<br />
Po wyjściu ze sklepu Bagshotów w Dolinie długo nie robiłem nic konkretnego, co w moim przypadku zwykle oznaczało, że moja głowa pracowała znacznie intensywniej, niż miałbym ochotę przyznać, nawet przed samym sobą. Sam pomysł oglądania cudzej perspektywy nigdy szczególnie mi się nie podobał, bo pamięć potrafiła kłamać na wiele różnych sposobów, nawet kiedy człowiek był przekonany, że przekazywał prawdę dokładnie taką, jaka była, ale tym razem autentycznie zainteresowało mnie coś znacznie bardziej… weryfikowanego. Po powrocie do tymczasowego miejsca, w którym się zatrzymałem, jedynie zdjąłem z siebie okrycie wierzchnie, rzuciwszy je wprost na zapadnięty materac łóżka, po czym skierowałem kroki wprost do wysłużonego stołu i, zająwszy miejsce na krześle, przez chwilę patrzyłem gdzieś przed siebie, próbując poukładać to, co właśnie zobaczyłem. Zaledwie jedno dzisiejsze doświadczenie wystarczyło, abym doszedł do wniosku, iż myślodsiewnia zdecydowanie nie należała do moich ulubionych sposobów poznawania cudzych wspomnień, zwłaszcza kiedy zaglądało się do czegoś takiego jak to, co Geraldine widziała podczas swojej wizyty w Kniei Godryka, ale bez wątpienia była całkiem przydatnym wynalazkiem.<br />
Oparłem łokcie o blat i potarłem dłonią twarz, próbując jeszcze raz odtworzyć sobie poszczególne obrazy, szczegóły miejsca i wszystko to, co mogło mieć znaczenie, nawet jeśli na pierwszy rzut oka wyglądało na zupełnie nieistotne. Przez lata nauczyłem się, że przy zabezpieczeniach właśnie te drobiazgi potrafiły najmocniej skomplikować sytuację, bo znak nigdy nie musiał krzyczeć, żeby działać w określony sposób, intencjonalnie, czasem wystarczyło, że ktoś postawił go o kilka cali za daleko od innych, odwrócił go pod pozornie niewłaściwym kątem albo świadomie zostawił fragment układu niepełny. Kromlech nie przestawał mi więc chodzić po głowie, podobnie jak to, co doprowadziło do niego moją kuzynkę. <br />
Przez chwilę patrzyłem tępo na słoje drewna, a potem zacząłem rozkładać wszystko na części, sięgając po notes i pióro. Z doświadczenia wiedziałem, że pamięć potrafiła być paskudnie wybiórcza, ale chcąc nie chcąc, zacząłem odtwarzać w niej każdy szczegół z tego, co zobaczyliśmy oczami Gerdy w myślodsiewni, przelewając najistotniejsze szczegóły na pergamin.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[Jesień 72, 26.10 okolice cmentarza Abney Park | Milles] Gdzie diabeł nie może...]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6468</link>
			<pubDate>Thu, 24 Sep 2026 13:32:24 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=418">Millie Moody</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6468</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">26.10</div>
<br />
Mogli se gadać co chcą, ale bycie poza grafikiem służb, dawało jej święty i błogosławiony czas - walutę cenniejszą powoli od galeonów. Nie to że chciała bumelować i patrzyć w niebo. O NIE! Ona nienawidziła nudy i pustki i prawda była taka, że coraz bardziej jej ta pustka doskwierała po Spalonej. Było za cicho za spokojnie i za… Dumbledore oczywiście mógł patrzeć wymownie, ale daleko było jej do generowania kryzysu, żeby potem go w glorii i chwale rozwiązywać. Lubiła jednak ten krąg problemów, dziwacznych spraw, wymagających używania kołowrotka myśli i teleportacji na drugi koniec miasta. Lubiła czuć wiatr we włosach i iskry błyskawic przeskakujące jej (metaforycznie) po skórze.<br />
<br />
Lubiła to, że wczoraj drążyła dynie, a dzisiaj była na tropie.<br />
<br />
Zaciągnęła kołnierz prochowca, przypatrując się zrujnowanej okolicy. Spalona noc zdecydowanie nie oszczędziła tego miejsca, zdawało się jej jednak coś w tym obrazku nie pasować, a miała skubana oko. Nie tylko jako wybitna dłubatorka warzywna. Coś jej w tym wszystkim nie pasowało - szkody, które miała szansę zaobserwować przechadzając się po okolicy, były po prostu… jakby z różnego okresu. <br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Mam dość mam KURWA DOŚĆ Liam! Ile można! Nie możesz cały czas zwalać na piec to jest kurwa PRZEKLĘTE MIEJSCE!</span> – doleciało do jej uszu i z zaciekawieniem odwróciła głowę do źródła. Jakaś para intensywnie kłóciła się na schodach - a jakże! - spalonej kamienicy. Osmolenia jednak (a Moody po Spalonej Nocy była obecnie specjalistką od osmoleń!) nie były od strony dachu, ani też nie były z boku, infekcją innego budynku. Wychodziły z okna podpiwniczenia i rozlewały się po ścianie, tworząc z osamotnionego budynku coś na kształt piekielnego kociołka. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – Który to już raz? Ile pieniędzy mamy jeszcze w to władować!? Nie wmówisz mi, że to przypadek! NIE MA OPCJI LIAM ŻE CI KURWA UWIERZĘ!</span> – darła się roztrzęsiona kobieta, a Miles nie chciała jej przerywać tego fantastycznego zeznania, w sensie rozpaczliwej próby przemówienia partnerowi do rozsądku.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – Ależ kochanie, no z taką samą zaciekłością mówisz, że trzynastego każdego miesiąca dzieje się jakaś straszliwa tragedia… Władze miasta cały czas nie mogą się ogarnąć po tym strasznym pożarze, myślę, że te instalacje po prostu mają sto, sto pięćdziesiąt lat, pani Whistlow ostrzegała nas już wcześniej, że w tej dzielnicy bywa różnie, ale przecież tak nam się tu podobało, chcieliśmy zrobić tu dla nas dom…</span><br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- O! O właśnie! Pięknie powiedziane! CHCIELIŚMY. A teraz NIE CHCEMY! Dość tego. Wracam do matki. Jak się ogarniesz i wychodujesz sobie jaja, to możemy porozmawiać o możliwościach mieszkaniowych z dala od tego cmentarza i tej przeklętej ognistej klątwy! Rzygam już ogniem! Mam kurwa dość!</span> – wypchnęła jeszcze z siebie trzaskając drzwiami samochodu. Chłopię westchnęło smętnie, nie próbując już dalej się pogrążać i zamiast tego poczłapał do góry, do swojego mieszkania. <br />
<br />
Moody odczekała chwilę, po czym od niechcenia podeszła do budynku z zaciekawieniem przyglądając się opaleniom. Trop wydawał się niezły, a sama zainteresowana zastanawiała się, czy jest w tej okolicy jakiś mag-mugolak, który mógłby przybliżyć jej znaczenie starych instalacji i co mająwspólnego z piecem. Przez myśl przemknęło jej, że takie okna piwniczne nie pomieściłyby może i smoka, ale coś mniejszego, z drugiej strony nie miała czasu poświęcić tej myśli więcej czasu bo usłyszała za sobą bardzo życzliwe i zaintrygowane jej osobą powitnie:<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Dzień dobry dziecinko, czego Ci potrzeba?</span> – zagadnęła do niej pomarszczona staruszka zgięta w pół i wsparta na sękowatej laseczce. Białe loczki wokół jej głowy upchnięte były ciasno, tworząc bardzo dobrze zorganizowaną aureolę podkreślającą wiek, ale czujne oczka obserwowały ją uważnie. Moody odniosła wrażenie, że prześwietlają ją na wylot, i mimo uśmiechu wcale nie jest to spojrzenie uprzejme. <br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Robię… artykuł o starym cmentarzu. Ponoć jest nawiedzony, a właśnie tutaj jedna pani krzyczała na temat klątwy i chciałam do niej zagadać, ale zdążyła odjechać swoim pojazdem.</span> – powiedziała szybko.<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Charyzma  ◉◉○○○ czy wzbudzę zaufanie staruszki tym kłamstwem i uzyskam od niej jakieś informacje</span><br />
[roll=N]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">26.10</div>
<br />
Mogli se gadać co chcą, ale bycie poza grafikiem służb, dawało jej święty i błogosławiony czas - walutę cenniejszą powoli od galeonów. Nie to że chciała bumelować i patrzyć w niebo. O NIE! Ona nienawidziła nudy i pustki i prawda była taka, że coraz bardziej jej ta pustka doskwierała po Spalonej. Było za cicho za spokojnie i za… Dumbledore oczywiście mógł patrzeć wymownie, ale daleko było jej do generowania kryzysu, żeby potem go w glorii i chwale rozwiązywać. Lubiła jednak ten krąg problemów, dziwacznych spraw, wymagających używania kołowrotka myśli i teleportacji na drugi koniec miasta. Lubiła czuć wiatr we włosach i iskry błyskawic przeskakujące jej (metaforycznie) po skórze.<br />
<br />
Lubiła to, że wczoraj drążyła dynie, a dzisiaj była na tropie.<br />
<br />
Zaciągnęła kołnierz prochowca, przypatrując się zrujnowanej okolicy. Spalona noc zdecydowanie nie oszczędziła tego miejsca, zdawało się jej jednak coś w tym obrazku nie pasować, a miała skubana oko. Nie tylko jako wybitna dłubatorka warzywna. Coś jej w tym wszystkim nie pasowało - szkody, które miała szansę zaobserwować przechadzając się po okolicy, były po prostu… jakby z różnego okresu. <br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Mam dość mam KURWA DOŚĆ Liam! Ile można! Nie możesz cały czas zwalać na piec to jest kurwa PRZEKLĘTE MIEJSCE!</span> – doleciało do jej uszu i z zaciekawieniem odwróciła głowę do źródła. Jakaś para intensywnie kłóciła się na schodach - a jakże! - spalonej kamienicy. Osmolenia jednak (a Moody po Spalonej Nocy była obecnie specjalistką od osmoleń!) nie były od strony dachu, ani też nie były z boku, infekcją innego budynku. Wychodziły z okna podpiwniczenia i rozlewały się po ścianie, tworząc z osamotnionego budynku coś na kształt piekielnego kociołka. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – Który to już raz? Ile pieniędzy mamy jeszcze w to władować!? Nie wmówisz mi, że to przypadek! NIE MA OPCJI LIAM ŻE CI KURWA UWIERZĘ!</span> – darła się roztrzęsiona kobieta, a Miles nie chciała jej przerywać tego fantastycznego zeznania, w sensie rozpaczliwej próby przemówienia partnerowi do rozsądku.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – Ależ kochanie, no z taką samą zaciekłością mówisz, że trzynastego każdego miesiąca dzieje się jakaś straszliwa tragedia… Władze miasta cały czas nie mogą się ogarnąć po tym strasznym pożarze, myślę, że te instalacje po prostu mają sto, sto pięćdziesiąt lat, pani Whistlow ostrzegała nas już wcześniej, że w tej dzielnicy bywa różnie, ale przecież tak nam się tu podobało, chcieliśmy zrobić tu dla nas dom…</span><br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- O! O właśnie! Pięknie powiedziane! CHCIELIŚMY. A teraz NIE CHCEMY! Dość tego. Wracam do matki. Jak się ogarniesz i wychodujesz sobie jaja, to możemy porozmawiać o możliwościach mieszkaniowych z dala od tego cmentarza i tej przeklętej ognistej klątwy! Rzygam już ogniem! Mam kurwa dość!</span> – wypchnęła jeszcze z siebie trzaskając drzwiami samochodu. Chłopię westchnęło smętnie, nie próbując już dalej się pogrążać i zamiast tego poczłapał do góry, do swojego mieszkania. <br />
<br />
Moody odczekała chwilę, po czym od niechcenia podeszła do budynku z zaciekawieniem przyglądając się opaleniom. Trop wydawał się niezły, a sama zainteresowana zastanawiała się, czy jest w tej okolicy jakiś mag-mugolak, który mógłby przybliżyć jej znaczenie starych instalacji i co mająwspólnego z piecem. Przez myśl przemknęło jej, że takie okna piwniczne nie pomieściłyby może i smoka, ale coś mniejszego, z drugiej strony nie miała czasu poświęcić tej myśli więcej czasu bo usłyszała za sobą bardzo życzliwe i zaintrygowane jej osobą powitnie:<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Dzień dobry dziecinko, czego Ci potrzeba?</span> – zagadnęła do niej pomarszczona staruszka zgięta w pół i wsparta na sękowatej laseczce. Białe loczki wokół jej głowy upchnięte były ciasno, tworząc bardzo dobrze zorganizowaną aureolę podkreślającą wiek, ale czujne oczka obserwowały ją uważnie. Moody odniosła wrażenie, że prześwietlają ją na wylot, i mimo uśmiechu wcale nie jest to spojrzenie uprzejme. <br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Robię… artykuł o starym cmentarzu. Ponoć jest nawiedzony, a właśnie tutaj jedna pani krzyczała na temat klątwy i chciałam do niej zagadać, ale zdążyła odjechać swoim pojazdem.</span> – powiedziała szybko.<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Charyzma  ◉◉○○○ czy wzbudzę zaufanie staruszki tym kłamstwem i uzyskam od niej jakieś informacje</span><br />
[roll=N]]]></content:encoded>
		</item>
	</channel>
</rss>