<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0" xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">
	<channel>
		<title><![CDATA[Secrets of London - Dolina Godryka]]></title>
		<link>https://secretsoflondon.pl/</link>
		<description><![CDATA[Secrets of London - https://secretsoflondon.pl]]></description>
		<pubDate>Thu, 05 Nov 2026 17:20:41 +0000</pubDate>
		<generator>MyBB</generator>
		<item>
			<title><![CDATA[[27.10.1972] In my criminal countryside era | Benjy, Prue]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6553</link>
			<pubDate>Fri, 30 Oct 2026 23:26:21 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=544">Benjy Fenwick</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6553</guid>
			<description><![CDATA[Wydostaliśmy się z sadu, choć jeszcze długo po przekroczeniu jego granicy słyszałem wrzaski jabłek, ich chór niósł się po okolicy z taką donośnością, że miałem poważne wątpliwości, czy ktokolwiek w promieniu kilku mil mógł pozostać nieświadomy tego, co działo się między drzewami. Nie miałem pojęcia, co właściwie tak bardzo je rozjuszyło, bo przecież w sadzie było pełno plonów i strata dwóch czy trzech sztuk niewiele zmieniała, ale nie zamierzałem też poświęcać czasu na dociekanie, czy miały nam jeszcze coś do powiedzenia, zwłaszcza że przez całą drogę w dół wzgórza, z którego zbiegaliśmy, spodziewałem się, że prędzej czy później zobaczę za nami jakąś wyjątkowo zawziętą jabłoń próbującą dosięgnąć nas gałęziami albo przynajmniej kilka owoców toczących się w naszą stronę z zamiarem dopilnowania, żebyśmy nie zapomnieli o tym spotkaniu. <br />
Na szczęście nic takiego się nie stało, horyzont również pozostawała pusty - żadnych ciekawskich przechodniów, żadnych właścicieli posesji wychylających się zza płotów, żadnych patroli, które mogłyby zainteresować się źródłem tego całego hałasu, nikt nie pojawił się w zasięgu mojego wzroku, co przy naszym szczęściu należało chyba uznać za wyjątkowo pomyślny obrót spraw. Nie musiałem więc tłumaczyć nikomu, dlaczego biegliśmy w takim pośpiechu, ani wymyślać naprędce historii, która pozwoliłaby nam wyjść z tej sytuacji z resztkami godności, doskonale, nie potrzebowałem świadków, a już szczególnie nie takich, którzy mogliby później opowiadać znajomym, że widzieli dwójkę dorosłych czarodziejów uciekających przed czerwonymi jabłuszkami. <br />
Dopiero kiedy oddaliliśmy się na bezpieczną odległość, pozwoliłem sobie zwolnić i porządnie zaczerpnąć powietrza, wtedy też pierwszy raz dłużej zerknąłem na towarzyszącą mi Prue, której naprawdę musiałem oddać sprawiedliwość, uśmiechnąwszy się przy tym pod nosem - naprawdę nieźle biegała pod wpływem stresu - właściwie nic się w tej kwestii nie zmieniło, potrafiła rzucić się w długą, nabrać sporej prędkości spierdalającej i całkiem nieźle pokonywać przeszkody stojące na jej drodze, co ponownie przypomniało mi tamtą jedną sytuację z dawnych lat, wtedy również potrafiła nabrać imponującego tempa, gdy okoliczności dostatecznie ją do tego zmusiły. <br />
Spojrzałem jeszcze w stronę sadu, skąd wciąż dochodziły pojedyncze wrzaski, obejrzałem się za siebie, próbując ocenić, czy hałas wciąż dochodził z tego samego miejsca, czy może któreś z jabłek postanowiło kontynuować akcję obronną poza terenem swojego naturalnego występowania, po czym pokręciłem głową. <br />
-<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> Muszę pszyznaś, Pluey, nadal potlafisz pszebielaś nogami, kiedy sytuacja tego wymaga.</span> - Rzuciłem, próbując odzyskać nieco powagi. Nic się pod tym względem nie zmieniło.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Wydostaliśmy się z sadu, choć jeszcze długo po przekroczeniu jego granicy słyszałem wrzaski jabłek, ich chór niósł się po okolicy z taką donośnością, że miałem poważne wątpliwości, czy ktokolwiek w promieniu kilku mil mógł pozostać nieświadomy tego, co działo się między drzewami. Nie miałem pojęcia, co właściwie tak bardzo je rozjuszyło, bo przecież w sadzie było pełno plonów i strata dwóch czy trzech sztuk niewiele zmieniała, ale nie zamierzałem też poświęcać czasu na dociekanie, czy miały nam jeszcze coś do powiedzenia, zwłaszcza że przez całą drogę w dół wzgórza, z którego zbiegaliśmy, spodziewałem się, że prędzej czy później zobaczę za nami jakąś wyjątkowo zawziętą jabłoń próbującą dosięgnąć nas gałęziami albo przynajmniej kilka owoców toczących się w naszą stronę z zamiarem dopilnowania, żebyśmy nie zapomnieli o tym spotkaniu. <br />
Na szczęście nic takiego się nie stało, horyzont również pozostawała pusty - żadnych ciekawskich przechodniów, żadnych właścicieli posesji wychylających się zza płotów, żadnych patroli, które mogłyby zainteresować się źródłem tego całego hałasu, nikt nie pojawił się w zasięgu mojego wzroku, co przy naszym szczęściu należało chyba uznać za wyjątkowo pomyślny obrót spraw. Nie musiałem więc tłumaczyć nikomu, dlaczego biegliśmy w takim pośpiechu, ani wymyślać naprędce historii, która pozwoliłaby nam wyjść z tej sytuacji z resztkami godności, doskonale, nie potrzebowałem świadków, a już szczególnie nie takich, którzy mogliby później opowiadać znajomym, że widzieli dwójkę dorosłych czarodziejów uciekających przed czerwonymi jabłuszkami. <br />
Dopiero kiedy oddaliliśmy się na bezpieczną odległość, pozwoliłem sobie zwolnić i porządnie zaczerpnąć powietrza, wtedy też pierwszy raz dłużej zerknąłem na towarzyszącą mi Prue, której naprawdę musiałem oddać sprawiedliwość, uśmiechnąwszy się przy tym pod nosem - naprawdę nieźle biegała pod wpływem stresu - właściwie nic się w tej kwestii nie zmieniło, potrafiła rzucić się w długą, nabrać sporej prędkości spierdalającej i całkiem nieźle pokonywać przeszkody stojące na jej drodze, co ponownie przypomniało mi tamtą jedną sytuację z dawnych lat, wtedy również potrafiła nabrać imponującego tempa, gdy okoliczności dostatecznie ją do tego zmusiły. <br />
Spojrzałem jeszcze w stronę sadu, skąd wciąż dochodziły pojedyncze wrzaski, obejrzałem się za siebie, próbując ocenić, czy hałas wciąż dochodził z tego samego miejsca, czy może któreś z jabłek postanowiło kontynuować akcję obronną poza terenem swojego naturalnego występowania, po czym pokręciłem głową. <br />
-<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> Muszę pszyznaś, Pluey, nadal potlafisz pszebielaś nogami, kiedy sytuacja tego wymaga.</span> - Rzuciłem, próbując odzyskać nieco powagi. Nic się pod tym względem nie zmieniło.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[28.10.1972, Warownia] It's me, hi, I'm the problem, it's me]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6549</link>
			<pubDate>Tue, 27 Oct 2026 20:58:40 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=38">Atreus Bulstrode</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6549</guid>
			<description><![CDATA[<p>To było bardzo ciekawe doświadczenie, patrzeć w oczy Godrykowi Longbottomowi i dostać od niego bęcki.</p>
<p>Niby pojedynkowanie się miało swoje zasady, które miały trzymać wszystko w ryzach, ale Atreus jakoś nie był przekonany co do tego, że staruszka należało sponiewierać przy każdej nadarzającej się okazji. Srebrne Różdżki miały przecież dbać o tradycję honorowych pojedynków, wszystko tam musiało być eleganckie, odpowiednio wybrzmieć, ale dzisiejszego dnia miał wrażenie, że sam pan szanowny założyciel wcale a wcale się nie powstrzymywał i specjalnie jego wybrał na przykład. A może się nie powstrzymywał właśnie dlatego, że to Atreusa sobie wybrał na przeciwnika.</p>
<p>O zgrozo.</p>
<p>Skończył znowu poobijany i miał na ten temat parę przemyśleń, a najważniejszym z nich było to, żeby się Brennie poskarżyć. Znaczy ostrzec ją. Tak, ostrzec że jej dziadek to jest chyba trochę szalony i mówił szalone rzeczy. </p>
<p>Zaczęło się od rzucania kamieniami w okno Warowni. Ostatni raz rzucał w nie jakieś pół roku temu, ale teraz bardziej zastanawiał jak ubrać w słowa to, co myślał o Godryku.</p>
<p>Okiennica skrzypnęła i wyjrzała zza niej matka Brenny; <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Panie Bulstrode, czy wie pan, że mamy drzwi? Nowe, niedawno wstawione, pewnie dlatego nie może ich pan znaleźć</span>, oznajmiła z pewną dezaprobatą, najwyraźniej niezadowolona że ktoś jej bije kamieniami w nowe okna. </p>
<p>Spotkali się przy drzwiach wejściowych, gdzie zapytał, czy przypadkiem jej teść nie wrócił jeszcze do domu i gdzie mógł znaleźć Brennę. Informacja o tym, że była tu też Victoria, niezbyt mu przeszkadzała, więc po krótkiej wymianie zdań ruszył do pomieszczenia, gdzie były dziewczyny.</p>
<p>Wszedł i zamknął drzwi do pokoju, przezornie stwierdzając że może lepiej zacząć od tego, skoro chciało się obgadywać głowę rodziny.</p>
<p>— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Cześć </span>— przywitał się z Victorią i Brenną. Wyglądał na trochę bardziej zmierzwionego niż w momencie, kiedy wyszli z pracy, może trochę bardziej zmęczonego. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nie uwierzycie, ale Godryk Longbottom terroryzuje Srebrne Różdżki i znęca się nad ich członkami</span> — jęknął, zrzucając z siebie szatę wierzchnią na oparcie fotela. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Dopadł mnie. Dopadł mnie i dosłownie przeciągnął po parkiecie. I to wszystko z twojego powodu! </span>— wskazał na Brennę palcem. </p>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>To było bardzo ciekawe doświadczenie, patrzeć w oczy Godrykowi Longbottomowi i dostać od niego bęcki.</p>
<p>Niby pojedynkowanie się miało swoje zasady, które miały trzymać wszystko w ryzach, ale Atreus jakoś nie był przekonany co do tego, że staruszka należało sponiewierać przy każdej nadarzającej się okazji. Srebrne Różdżki miały przecież dbać o tradycję honorowych pojedynków, wszystko tam musiało być eleganckie, odpowiednio wybrzmieć, ale dzisiejszego dnia miał wrażenie, że sam pan szanowny założyciel wcale a wcale się nie powstrzymywał i specjalnie jego wybrał na przykład. A może się nie powstrzymywał właśnie dlatego, że to Atreusa sobie wybrał na przeciwnika.</p>
<p>O zgrozo.</p>
<p>Skończył znowu poobijany i miał na ten temat parę przemyśleń, a najważniejszym z nich było to, żeby się Brennie poskarżyć. Znaczy ostrzec ją. Tak, ostrzec że jej dziadek to jest chyba trochę szalony i mówił szalone rzeczy. </p>
<p>Zaczęło się od rzucania kamieniami w okno Warowni. Ostatni raz rzucał w nie jakieś pół roku temu, ale teraz bardziej zastanawiał jak ubrać w słowa to, co myślał o Godryku.</p>
<p>Okiennica skrzypnęła i wyjrzała zza niej matka Brenny; <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Panie Bulstrode, czy wie pan, że mamy drzwi? Nowe, niedawno wstawione, pewnie dlatego nie może ich pan znaleźć</span>, oznajmiła z pewną dezaprobatą, najwyraźniej niezadowolona że ktoś jej bije kamieniami w nowe okna. </p>
<p>Spotkali się przy drzwiach wejściowych, gdzie zapytał, czy przypadkiem jej teść nie wrócił jeszcze do domu i gdzie mógł znaleźć Brennę. Informacja o tym, że była tu też Victoria, niezbyt mu przeszkadzała, więc po krótkiej wymianie zdań ruszył do pomieszczenia, gdzie były dziewczyny.</p>
<p>Wszedł i zamknął drzwi do pokoju, przezornie stwierdzając że może lepiej zacząć od tego, skoro chciało się obgadywać głowę rodziny.</p>
<p>— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Cześć </span>— przywitał się z Victorią i Brenną. Wyglądał na trochę bardziej zmierzwionego niż w momencie, kiedy wyszli z pracy, może trochę bardziej zmęczonego. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nie uwierzycie, ale Godryk Longbottom terroryzuje Srebrne Różdżki i znęca się nad ich członkami</span> — jęknął, zrzucając z siebie szatę wierzchnią na oparcie fotela. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Dopadł mnie. Dopadł mnie i dosłownie przeciągnął po parkiecie. I to wszystko z twojego powodu! </span>— wskazał na Brennę palcem. </p>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[28.10.1972, Warownia] I had the time of my life fighting dragons with you]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6542</link>
			<pubDate>Sat, 24 Oct 2026 20:06:34 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=177">Victoria Lestrange</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6542</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">28 X 1972, wczesny wieczór</div>
<br />
<p>Zazwyczaj to Brenna szukała Victorię w biurze, czy żeby pogadać, czy się umówić, czy żeby porwać ją do jakiejś sprawy. Tym razem jednak role się odwróciły i to Victoria szukała Brennę. Nie złapała jej, zanim wyszła z Atreusem w teren, nie chciała kusić losu, że będą się tak mijać, więc wysłała do niej wiadomość, czy mogą się dzisiaj spotkać i pogadać… Bo Victoria wolała z tym nie czekać, aż do Brenny dotrą jakieś naprawdę durne plotki, wolała to wyjaśnić osobiście. I zupełnie przy tym nie wiedziała, że Atreus już u niej był i że w zasadzie to nie ma o czym mówić. </p>
<p>W ten właśnie sposób trafiła po pracy do Warowni. Prawdę mówiąc, to dawno tu nie była i wizyta w domu rodzinnym Brenny była na pewien sposób sentymentalna. Dobrze wspominała to miejsce, lubiła je, tak jak lubiła Longbottomów. Ostatnie dwa miesiące były dla Victorii trudne pod względem przebywania w Dolinie Godryka. Nawet jeśli sama z siebie wyniosła się z domu w lipcu, to przecież tutaj się wychowała, dorastała, tutaj wracała… i widok tych wszystkich zniszczeń po prostu bolał. </p>
<p>Przynajmniej jednak Warownia nie była spisana na straty. </p>
<p>Najgorsze było to, że w ciągu dnia ta głupia plotka musiała się rozprzestrzenić, bo kilka razy widziała, jak ktoś w biurze zerka na jej dłonie (gdzie nie było żadnych pierścionków!!!) i wydawało jej się, że słyszała jakieś szeptane uwagi… i miała naprawdę szczerą nadzieję, że nie dotarła do rodziny Brenny! </p>
<p>Koniecznie to trzeba było wyjaśnić. </p>
<p>Ale i tak dobrze było odwiedzić Brennę i zobaczyć ją dla odmiany w domu, a nie w jakiejś dziurze, albo gdzieś wiecznie w biegu. </p>
<p><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Dużo macie teraz roboty? Chciałam cię złapać w pracy, ale się minęłyśmy –</span> powiedziała na wstępie, przypatrując się teraz przyjaciółce, szukając jakichkolwiek oznak tego, że jednak dotarły do niej „wieści” i czy się tym jakkolwiek przejęła. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Słuchaj… Nie chcę, żeby to zabrzmiało dziwnie, bo nie wiem, czy w ogóle słyszałaś dzisiaj plotki –</span> Victoria chrząknęła, uznawszy, że nie ma sensu owijać w bawełnę i po prostu przeszła do sedna. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Ale rano się dowiedziałam, że niby mam brać ślub z Atreusem? I że niby jakiś termin już wybrany? I inne bzdury. To nieprawda jak coś… Moja rodzina nic takiego nie kombinuje, ja pierwsze słyszę, a poza tym nie jestem zainteresowana –</span> była jej winna to wytłumaczenie. Przechodziła przez to rano z Christopherem, a drugą tak zainteresowaną była właśnie Brenna i lepiej to było uciąć w zarodku. Żeby Brennie nie przyszło do głowy, że ta jej chce odbić chłopaka czy coś tam. </p>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">28 X 1972, wczesny wieczór</div>
<br />
<p>Zazwyczaj to Brenna szukała Victorię w biurze, czy żeby pogadać, czy się umówić, czy żeby porwać ją do jakiejś sprawy. Tym razem jednak role się odwróciły i to Victoria szukała Brennę. Nie złapała jej, zanim wyszła z Atreusem w teren, nie chciała kusić losu, że będą się tak mijać, więc wysłała do niej wiadomość, czy mogą się dzisiaj spotkać i pogadać… Bo Victoria wolała z tym nie czekać, aż do Brenny dotrą jakieś naprawdę durne plotki, wolała to wyjaśnić osobiście. I zupełnie przy tym nie wiedziała, że Atreus już u niej był i że w zasadzie to nie ma o czym mówić. </p>
<p>W ten właśnie sposób trafiła po pracy do Warowni. Prawdę mówiąc, to dawno tu nie była i wizyta w domu rodzinnym Brenny była na pewien sposób sentymentalna. Dobrze wspominała to miejsce, lubiła je, tak jak lubiła Longbottomów. Ostatnie dwa miesiące były dla Victorii trudne pod względem przebywania w Dolinie Godryka. Nawet jeśli sama z siebie wyniosła się z domu w lipcu, to przecież tutaj się wychowała, dorastała, tutaj wracała… i widok tych wszystkich zniszczeń po prostu bolał. </p>
<p>Przynajmniej jednak Warownia nie była spisana na straty. </p>
<p>Najgorsze było to, że w ciągu dnia ta głupia plotka musiała się rozprzestrzenić, bo kilka razy widziała, jak ktoś w biurze zerka na jej dłonie (gdzie nie było żadnych pierścionków!!!) i wydawało jej się, że słyszała jakieś szeptane uwagi… i miała naprawdę szczerą nadzieję, że nie dotarła do rodziny Brenny! </p>
<p>Koniecznie to trzeba było wyjaśnić. </p>
<p>Ale i tak dobrze było odwiedzić Brennę i zobaczyć ją dla odmiany w domu, a nie w jakiejś dziurze, albo gdzieś wiecznie w biegu. </p>
<p><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Dużo macie teraz roboty? Chciałam cię złapać w pracy, ale się minęłyśmy –</span> powiedziała na wstępie, przypatrując się teraz przyjaciółce, szukając jakichkolwiek oznak tego, że jednak dotarły do niej „wieści” i czy się tym jakkolwiek przejęła. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Słuchaj… Nie chcę, żeby to zabrzmiało dziwnie, bo nie wiem, czy w ogóle słyszałaś dzisiaj plotki –</span> Victoria chrząknęła, uznawszy, że nie ma sensu owijać w bawełnę i po prostu przeszła do sedna. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Ale rano się dowiedziałam, że niby mam brać ślub z Atreusem? I że niby jakiś termin już wybrany? I inne bzdury. To nieprawda jak coś… Moja rodzina nic takiego nie kombinuje, ja pierwsze słyszę, a poza tym nie jestem zainteresowana –</span> była jej winna to wytłumaczenie. Przechodziła przez to rano z Christopherem, a drugą tak zainteresowaną była właśnie Brenna i lepiej to było uciąć w zarodku. Żeby Brennie nie przyszło do głowy, że ta jej chce odbić chłopaka czy coś tam. </p>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[31.10.1972] hello strangers | Ger, Benjy, Bren, Atre i Vika]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6538</link>
			<pubDate>Thu, 22 Oct 2026 17:31:26 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=29">Geraldine Greengrass-Yaxley</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6538</guid>
			<description><![CDATA[<p><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> - Tak właściwie to nie wiem, co o tym wszystkim myśleć.</span> - Powiedziała do Benjy'ego, gdy odeszli z zaplecza stoiska Kowenu. Zaopatrzyła się tam oczywiście w koszulki, które mieli na sprzedaż. Sebastian powiedział im sporo, niekoniecznie ułatwiało to wszystko. Czuła, że pojawi się chaos. Drzewo, widma, ludzie. Dużo tego było. Niby jak mieli to wszystko ogarnąć? Nie wiedziała. Wstępny plan powstał, tyle, że nic nie gwarantowało tego, że zakończy się sukcesem. Przerażało ją to jak Macmillan bardzo ufał przypadkowi. Zaufajcie Matce, jeśli będziecie mieli dobre intencje to pomoże. Fantastycznie, a co jak jednak nie? Na szali leżało życie wielu osób. Geraldine najbardziej obawiała się tego, że jeśli buntownicy wejdą do lasu to już z niego nie wyjdą. Bardzo chciała tego uniknąć.</p>
<p>Szli przed siebie, mijali kolejne stoiska. Ludzie kręcili się wokół nich. Nie było tu być może tak bardzo tłoczno jak zazwyczaj podczas podobnych wydarzeń, jednak ciągle Dolina wzbudzała zainteresowanie. Kiedy mijała innych zastanawiała się, czy należą do grona osób, które chcą wejść do Kniei. Miała ochotę wykrzyczeć im, że są durni, że nic im to nie da, że mogą UMRZEĆ. Greengrass-Yaxley widziała widma, wiedziała ile ich siedzi w lesie i do czego są zdolne. Niektórzy najwyraźniej sami postanawiali położyć się na talerzu i pozwolić zeżreć.</p>
<p>Kiedy tak sobie spacerowali zauważyła znajome sylwetki. Brenna, Victoria, Atreus - to było oczywiste, że się tutaj znaleźli, w końcu pracowali w Ministerstwie Magii. Zapewne odesłano ich do Doliny, aby pilnowali porządku.</p>
<p><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> - Brenna, Atreus, Victoria</span> - Wskazała Benjy'emu głową znajome postaci. Być może Geraldine nie była fanką działań ministerstwa, jednak znała tych ludzi, wiedziała, że zrobią wiele, żeby ocalić innych przed niebezpieczeństwem - to ich łączyło. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> - Podejdźmy do nich na chwilę, może coś wiedzą, nie chciałabym, żeby komuś stała się krzywda, a też można im coś przekazać.</span> - Dobrze było podzielić się spostrzeżeniami, zwłaszcza, że zapowiadało się na to, iż będzie bardzo chaotycznie.</p>
<p>Raczej trudno było nie dostrzec Benjy'ego i Geraldine, bo wyróżniali się ponadprzeciętnym wzrostem. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> - No cześć, szykujecie się na rozróbę?</span> - Zapytała wprost, bo nie było co owijać w bawełnę. Nie kryła się też z tym, że słyszała o tym, że ma dojść do zamieszek.</p>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> - Tak właściwie to nie wiem, co o tym wszystkim myśleć.</span> - Powiedziała do Benjy'ego, gdy odeszli z zaplecza stoiska Kowenu. Zaopatrzyła się tam oczywiście w koszulki, które mieli na sprzedaż. Sebastian powiedział im sporo, niekoniecznie ułatwiało to wszystko. Czuła, że pojawi się chaos. Drzewo, widma, ludzie. Dużo tego było. Niby jak mieli to wszystko ogarnąć? Nie wiedziała. Wstępny plan powstał, tyle, że nic nie gwarantowało tego, że zakończy się sukcesem. Przerażało ją to jak Macmillan bardzo ufał przypadkowi. Zaufajcie Matce, jeśli będziecie mieli dobre intencje to pomoże. Fantastycznie, a co jak jednak nie? Na szali leżało życie wielu osób. Geraldine najbardziej obawiała się tego, że jeśli buntownicy wejdą do lasu to już z niego nie wyjdą. Bardzo chciała tego uniknąć.</p>
<p>Szli przed siebie, mijali kolejne stoiska. Ludzie kręcili się wokół nich. Nie było tu być może tak bardzo tłoczno jak zazwyczaj podczas podobnych wydarzeń, jednak ciągle Dolina wzbudzała zainteresowanie. Kiedy mijała innych zastanawiała się, czy należą do grona osób, które chcą wejść do Kniei. Miała ochotę wykrzyczeć im, że są durni, że nic im to nie da, że mogą UMRZEĆ. Greengrass-Yaxley widziała widma, wiedziała ile ich siedzi w lesie i do czego są zdolne. Niektórzy najwyraźniej sami postanawiali położyć się na talerzu i pozwolić zeżreć.</p>
<p>Kiedy tak sobie spacerowali zauważyła znajome sylwetki. Brenna, Victoria, Atreus - to było oczywiste, że się tutaj znaleźli, w końcu pracowali w Ministerstwie Magii. Zapewne odesłano ich do Doliny, aby pilnowali porządku.</p>
<p><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> - Brenna, Atreus, Victoria</span> - Wskazała Benjy'emu głową znajome postaci. Być może Geraldine nie była fanką działań ministerstwa, jednak znała tych ludzi, wiedziała, że zrobią wiele, żeby ocalić innych przed niebezpieczeństwem - to ich łączyło. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> - Podejdźmy do nich na chwilę, może coś wiedzą, nie chciałabym, żeby komuś stała się krzywda, a też można im coś przekazać.</span> - Dobrze było podzielić się spostrzeżeniami, zwłaszcza, że zapowiadało się na to, iż będzie bardzo chaotycznie.</p>
<p>Raczej trudno było nie dostrzec Benjy'ego i Geraldine, bo wyróżniali się ponadprzeciętnym wzrostem. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> - No cześć, szykujecie się na rozróbę?</span> - Zapytała wprost, bo nie było co owijać w bawełnę. Nie kryła się też z tym, że słyszała o tym, że ma dojść do zamieszek.</p>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[08.10.1972] Nie nosił znaku, bo sam był znakiem]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6535</link>
			<pubDate>Wed, 21 Oct 2026 15:04:48 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=349">Alexander Mulciber</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6535</guid>
			<description><![CDATA[— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Robactwo, Helloise.</span> — Alexander chodził w kółko po izbie, mimowolnie odtwarzając ślady, które jeszcze nie tak dawno pokrywały drewniane klepisko. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Oto są twoi bogowie, Helloise</span>, powiedział jej wtedy. <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Bogowie okazali się pędrakami.</span> <br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Las mówi z sobą w ziemi, a robactwo zalęgło się w lesie, zalęgło się w ziemi. Gnieździ się w ciemnych jarach. Wije się groźnie wśród korzeni porastających Knieję drzew… Ziemia rozbrzmiewa pieśnią pogrzebanych w niej larw.</span> <br />
<br />
Dawno już zrzucił z siebie szatę wierzchnią. Leżała zwinięta niedbale na podłodze, tuż obok rozległej mapy myśli, która miała im pomóc połączyć wszystkie wątki tajemnicy. Tym razem to Alexander krążył pośród rozpiętych na gwoździach pętach kolorowej włóczki, ćmiąc papierosa w drżących dłoniach. Oto rozciągał się przed nim obraz obsesji ostatnich tygodni. <br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Longbottom mówi, że były w tej ziemi zawsze. Ziemia zawsze była nimi skażona. Larwy mówiły ze sobą w ziemi. Wieśniacy z Doliny Godryka mówią, że były wówczas larwami, a teraz dokonują swego przepoczwarzenia. Larwy nie wychodziły z ziemi dostatecznie często, żeby być problemem. A teraz są problemem Vablatsky'ego. Wyszły spod ziemi i zaczęły mówić do ludzi. Mówiły do Morpheusa głosem jego zmarłego brata. Ciekawe, czyim głosem przemówiłyby na mój widok. Ja też mam przecież brata. A ty, masz braci, Helloise?</span> — Wiedział, że ma, a jednak wydawał się mówić tonem dziwnie odległym, jak gdyby nie mógł umiejscowić żadnego imienia. Przez chwilę po prostu milczał, pozwalając żeby dogasający papieros poparzył mu palce. Wtedy dopiero zdołał się ocknąć ze swego stuporu. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Mówili, że jakiś Rowle wysłał ekspedycje w las, żeby badać Widma</span> — wydusił z siebie w końcu.<br />
<br />
Coś go męczyło. Nie wiedział, co. Przeczucie. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Dziwne przeczucie.</span> Nie mógł pozbyć się go z głowy. Drążyło mu czaszkę, jak na Polanie Ognisk. <br />
Czuł się tak, jak gdyby zapomniał o czymś ważnym. <br />
To był długi dzień.<br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Wiedzą jak wabić ludzi. Być może mogą podszywać się pod nich, przybierać obcą tożsamość na drodze mimikry… Czy dopiero po przejęciu ich energii życiowej, czy przez wykorzystanie energii osoby z nimi związanej? Nie wiem. Żywią się energią nie tylko ludzi, ale również przedmiotów z nimi powiązanych. Możliwie też drzew, magicznych drzew. Drzew Greengrassów…</span> — Machnął niecierpliwie ręką, chociaż minę miał poważną: trudno powiedzieć, czy próbował swoimi rozważaniami uspokoić Helloise czy samego siebie. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">…Ale skoro były w Kniei od zawsze, nie mogą być pasożytem wyłącznie, prawda? Muszą mieć swoją funkcję, inaczej nie wyżyłyby w ogóle. Wbudowane pozostały w struktury leśnych zależności, stanowiąc integralną część systemu. Być może przesuwa to więc środek ciężkości problemu. Problemem nie są Widma same w sobie, ale to, co sprawiło, że populacja ich wyrwała się spod kontroli naturalnych mechanizmów autoregulacji.</span><br />
Wcześniej już podzielił się z Helloise swymi przypuszczeniami, jakoby Widma miały być podmiotem Limbo: produktem odległych koniunkcji sfer, które przeniknęły do świata czarodziejów, gdy wzrok wszystkich skupiony był na Zimnych. To, że ich moce uległy amplifikacji właśnie po zamachu na Beltane, było jednak zagadnieniem bardziej złożonym, niż się początkowo spodziewał. <br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Drzewo… Drzewo z Polany Ognisk.</span> — Pośrodku wyrysowanej na podłodze mapy myśli postawił wcześniej wazon z kwiatami zdjęty z jednego z parapetów. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Zdaje się, że ono jest rozwiązaniem, a może też i przyczyną wszystkich problemów zarazem.</span> <br />
<br />
Po raz pierwszy w głosie Alexandra wybrzmiało coś na kształt fascynacji. Nie potrafił ukryć, że widok anomalii był ekscytującym. <br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Leżący do góry nogami dąb otoczony kręgiem kamieni. Wszystko w nim było na opak. Korzenie sięgały ku niebu, wijąc się ku górze. Korona zagłębiała się w dół, drążąc konarami ziemię. Wokół natomiast bujała roślinność, tym bujniejsza, i tym żywsza, im bliżej drzewa mogła się znaleźć. Wszystko w tym było tak nienaturalne. Tak boleśnie żywe, że aż wrzeszczało. Wrzask nowo rodzącego się świata w mojej głowie rozsadzał mi czaszkę. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Wszystko było w nim nienaturalne.</span> Krzyk. Śmiech. Dźwięki kroków. Bębny. Dudnienie bębnów. Ziemia zdawała się pulsować. To było…</span> — Nie umiał tego ująć słowami, ale wyglądał tak, jak gdyby rozpaczliwie próbował schwycić jakieś uczucie, które było jednak zbyt ulotnym, aby przetrwać dotyk jego drżących dłoni. Najbliższym byłoby porównać ją do obchodów cygańskich świąt. Do ognisk, do tańców, do muzyki, do tłumów ludzi śpiewających stare pieśni. Alexander posiadał aparat pojęciowy badacza, mógł więc mówić o rytuałach umacniających poczucie tożsamości zbiorowej, o antropologii religii pierwotnych, a nawet o psychologii tłumu, ale nie potrafił tak po prostu przyznać, że było coś poruszającego w doświadczeniu wspólnotowości, nawet z perspektywy kogoś takiego, jak on. <br />
Bo Alexander nie bywał na sabatach. Nie wierzył w żadnych bogów. Wreszcie, Alexander nie lubił ludzi. A jednak mimo oczywistej frustracji, że nie jest w stanie przejrzeć intencji Niewymownych zgromadzonych na Polanie Ognisk, czuł też… Fascynację. <br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">To było całkowicie nienaturalnym</span> — dokończył niezgrabnie, przykucnąwszy na podłodze, aby poprowadzić nową nić z włóczki w stronę środka. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Być może właśnie z tego powodu jakiś kapłan z kowenu, którego zaprosili na Polanę Ognisk, orzekł, że drzewo należy spalić. Myślę, że wiesz, jakie mam zdanie na temat tejże ekspertyzy.</span> <br />
<br />
Być może był w tym wszystkim hipokrytą, bo nienawidził przecież odstępstwa od naturalnego porządku, jakim była nekromancja, z obrzydzeniem patrząc na wszystkie żywe trupy, od ghouli począwszy, a na wampirach skończywszy. Zbyt silnie zakorzenionymi były w nim cygańskie przesądy, wiara w konieczność utrzymania granicy między życiem a śmiercią. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Ale przecież drzewo było żywym.</span> Nie ożywionym, lecz żywym.<br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Jakimż marnotrawstwem byłoby je zniszczyć</span> — odrzekł, już łagodniej. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nawet jeżeli podejrzewa się, że Widma mogły przyjść do Kniei zwabione jego mocą, albo obudzić się, ewoluować, po ekspozycji na energię drzewa. Powinnaś posłuchać Shafiqa. "Nikt nie chce z niego rezygnować. Najtęższe umysły w kraju uległy jego mocy!"</span> — Alexander prychnął pod nosem, nie było w tym jednak kpiny. Sam przecież uległ zauroczeniu sprawą, i siedział teraz na podłodze chaty Helloise, dopasowując kolejne elementy układanki, nie umiejąc tak po prostu odpuścić. <br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nigdy nie słyszałem czegoś takiego. Oto pośród analiz i pomiarów, pojawiła się wątpliwość natury nie metodologicznej, lecz etycznej. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Czy drzewo czuje? Czy drzewo myśli?</span></span> — Alexander machnął różdzką, sprawiając, że dotychczas stojący na połodze wazon zaczął lewitować, delikatnie obracając się w powietrzu. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Niewątpliwie przejawia oznaki inteligencji. Radzi sobie z rozwiązywaniem zagadek, konstruuje mechanizmy. Manipuluje środowiskiem, kontrolując wzrost roślinności. Potrafi nawet replikować przedmioty. Uczy się od nas, pytanie tylko, czy my możemy nauczyć się czegoś od niej. Bo niewątpliwie, mamy do czynienia z istotą zdolną do abstrakcyjnego myślenia, rozwiązywania kompleksowych problemów. Z istotą, na swój sposób, świadomą, w sposobie reagowania wskazującą się czymś więcej niż tropizmem jedynie. A przynajmniej tak to rozumiem. Próbowałem…</span> — Nagle wydało mu się to nieco głupie. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Próbowałem odczytać jego intencje. Drzewa, mam na myśli.</span> — Pozwolił wazonowi z kwiatami opaść lekko z powrotem na ziemię. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Być może za bardzo poddałem się podszeptom obsesji, która wydaje się przyciągać do Polany Ognisk. Wszyscy tylko narzekają, że mnożą się pytania, na które brakuje odpowiedzi, że na każdym kroku natrafiają na kolejne niewiadome. Wiem, że czują strach, niemożliwy do opanowania strach, bo widzę to po posiwiałych włosach, zmarszczkach na twarzy, w sposobie, jaki stawiają kroki na ścieżce prowadzącej przez Knieję. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">A jednak wciąż tam wracają.</span> Jeden z aurorów, Weasley, wytyczył ścieżkę, Helloise: należy iść po leżącej na ziemi czerwonej wstążce, i nie zatrzymywać się. Nie patrzeć na boki, tylko prosto przed siebie. Ale jak można tak po prostu nie patrzeć?</span> — zirytował się nagle Alexander, zapalając kolejnego papierosa. Co z tego, że kierowały aurorami względy bezpieczeństwa. Nie znosił, gdy coś umykało jego oczom, zwłaszcza, gdy ukrywało się to pod chamską iluzją. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Rzucili nawet czary na drzewa, nie pozwalając na zbyt długie skupianie się na otoczeniu. Obwieszono je amuletami, broniąc podróżnych przed tym, co czai się w gęstwinie. A jednak amulety nie zdołałyby nas obronić, gdybyśmy się zatrzymali na ścieżce. Dziwny chłód próbował sięgać nas spomiędzy dębów. Kątem oka zauważyłem między drzewami postaci w długich, ciemnych płaszczach, ale to był tylko ministerialny straszak. Iluzja. Postaci poruszały się zbyt nienaturalnie, żeby nie być iluzją.</span> — Alexander wzruszył lekko ramionami, jak gdyby z tego wszystkiego, była to najbardziej normalna rzecz, jakiej doświadczył tego dnia. Być może tak właśnie było: wyostrzona percepcja pozwalała mu często przejrzeć przez takie podpuchy, a i lata spędzone na poszukiwaniu magicznych artefaktów w bardzo dziwnych miejscach nauczyły go sporo na temat najczęściej stosowanych zaklęć ochronnych. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Straszakiem nie są natomiast Widma, których obecność wciąż napawa badaczy zgrozą. Może dlatego, że nie szukają wcale drogi na Polanę Ognisk, nie próbują dotrzeć do obozu na około, nie, one tylko… One tylko czekają. Na co?</span> — Alexander znowu wzruszył ramionami. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Na to co stanie się w Samhain, zapewne. "Zdarzenie, które może wykraczać poza nasze pojmowanie rzeczywistości", jak to zostało, hm, zgrabnie ujęte.</span> — Wydawał się nieco zniesmaczony przywołanym sformułowaniem, jak gdyby zbyt długo przeżuwał słowa Tuileflaith: wciąż nie potrafił mimo wszystko przełknąć, że są zjawiska, których nie da się wyjaśnić naukowo. Wszystko dało się wyjaśnić. A jeżeli się nie dało,  nie znaleziono jeszcze być może języka, żeby to zrobić. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Tuileflaith zamówiła nam już szaty stagnacji, oczekując starcia, wciąż nie zapadły jednak żadne konkretne decyzje. Nie ma wytyczonej drogi ucieczki, bo przecież z Polany Ognisk nie da się teleportować. Nikt nie chce ryzykować żadnego magicznego sposobu, grożącego rozszczepieniem… Ale nikt też nie chce porzucić drzewa. Ani czarodzieje, ani Widma.</span> — Nagle Alexander uśmiechnął się, chociaż nie był to miły uśmiech: było w nim coś drapieżnego, jak zawsze, gdy rozbawiło go coś niewłaściwego, coś, co większość ludzi napełniłoby raczej zgrozą. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Powinniśmy być im wdzięczni, wiesz? <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Widmom.</span> Jak lepiej odstraszyć ciekawskich od Kniei, niż naturalną bronią biologiczną, gotową wyssać życie z każdego śmiałka, który zagłębi się między drzewa. Być może znaleźliśmy powód, dla którego robaki dokonały przepoczwarzenia. W równym stopniu chcą niszczyć, co chronić drzewo, żeby nikt inny nie byl w stanie z niego zaczerpnąć, gdy dojdzie do destabilizacji energetycznej. Niestety, nie umiemy wciąż zbalansować strat i korzyści płynących z ich obecności. Jeżeli natura tych istot rzeczywiście niewiele różni się od natury dementorów, Ministerstwo mogłoby wysłać je do Azkabanu, i zapewne takie właśnie miało plany… Ale czym jest paskudna, pokaleczona dusza skazańca wobec przepysznej potęgi drzewa z Polany Ognisk?</span> <br />
<br />
Alexander wsadził papieros między zęby, po czym skinął na Helloise w niemym żądaniu.<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Chodź bliżej.</span><br />
Bezceremonialnie ujął dłoń, w której trzymała różdżkę, współ z nią pochylając się nad kreślonymi na podłodze symbolami. <br />
Prowadził ją powoli, dokładnie, w cichym skupieniu ucząc Helloise wyrysowywać runę <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Ægishjalmur</span>,  którą podzielił się z nim Morpheus.<br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Dawno, dawno temu była sobie bestia</span> — wymruczał pod nosem, nie odrywając wzroku od runy. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Bestia ta miała swe leże głęboko w otchłani rozpościerającej się pod wrzosowiskami Gnitaheiði. A imię bestii było Fafnir. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Ten, który patrzy w głąb.</span> Runę <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Ægishjalmur</span>, zwaną Hełmem Trwogi, nosił na swym czole, wywołując lęk wśród śmiałków, którzy próbowali go zgładzić. W większości mitów Fafnir był gadem. Pozbawionym skrzydeł smokiem, którego cielsko zdegenerowało w ciemnościach podziemnych korytarzy. W niektórych wersjach był wielkim wężem. A w niektórych…</span> — Delikatnie wypuścił z objęć Helloise, żeby wyjąć spomiędzy zębów dogasającego papierosa. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">W niektórych był po prostu robakiem. Longbottom mówi, że <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Ægishjalmur</span> może ochronić przed Widmami. Więc mamy coś jeszcze poza zaklęciem patronusa</span> — skrzywił się lekko na samo wspomnienie — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">co na nie działa. Wciąż lepsze to niż nic. Chociaż na spotkaniu Vablatsky ściskał w łapach taką samą czarną różę…</span> — Nie odwracając spojrzenia od twarzy Helloise skinął w stronę wazonu, w którym stały róże o nienaturalnej barwie płatków — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">…jak gdyby był to jaki magiczny amulet. Więc może jest coś, o czym nie wiem, i widok kwietnych wianków sprawi, że Widma zaczną wskakiwać na pale jak chłopy na Beltane.</span> <br />
<br />
Alexander zapalił trzeciego papierosa.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Robactwo, Helloise.</span> — Alexander chodził w kółko po izbie, mimowolnie odtwarzając ślady, które jeszcze nie tak dawno pokrywały drewniane klepisko. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Oto są twoi bogowie, Helloise</span>, powiedział jej wtedy. <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Bogowie okazali się pędrakami.</span> <br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Las mówi z sobą w ziemi, a robactwo zalęgło się w lesie, zalęgło się w ziemi. Gnieździ się w ciemnych jarach. Wije się groźnie wśród korzeni porastających Knieję drzew… Ziemia rozbrzmiewa pieśnią pogrzebanych w niej larw.</span> <br />
<br />
Dawno już zrzucił z siebie szatę wierzchnią. Leżała zwinięta niedbale na podłodze, tuż obok rozległej mapy myśli, która miała im pomóc połączyć wszystkie wątki tajemnicy. Tym razem to Alexander krążył pośród rozpiętych na gwoździach pętach kolorowej włóczki, ćmiąc papierosa w drżących dłoniach. Oto rozciągał się przed nim obraz obsesji ostatnich tygodni. <br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Longbottom mówi, że były w tej ziemi zawsze. Ziemia zawsze była nimi skażona. Larwy mówiły ze sobą w ziemi. Wieśniacy z Doliny Godryka mówią, że były wówczas larwami, a teraz dokonują swego przepoczwarzenia. Larwy nie wychodziły z ziemi dostatecznie często, żeby być problemem. A teraz są problemem Vablatsky'ego. Wyszły spod ziemi i zaczęły mówić do ludzi. Mówiły do Morpheusa głosem jego zmarłego brata. Ciekawe, czyim głosem przemówiłyby na mój widok. Ja też mam przecież brata. A ty, masz braci, Helloise?</span> — Wiedział, że ma, a jednak wydawał się mówić tonem dziwnie odległym, jak gdyby nie mógł umiejscowić żadnego imienia. Przez chwilę po prostu milczał, pozwalając żeby dogasający papieros poparzył mu palce. Wtedy dopiero zdołał się ocknąć ze swego stuporu. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Mówili, że jakiś Rowle wysłał ekspedycje w las, żeby badać Widma</span> — wydusił z siebie w końcu.<br />
<br />
Coś go męczyło. Nie wiedział, co. Przeczucie. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Dziwne przeczucie.</span> Nie mógł pozbyć się go z głowy. Drążyło mu czaszkę, jak na Polanie Ognisk. <br />
Czuł się tak, jak gdyby zapomniał o czymś ważnym. <br />
To był długi dzień.<br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Wiedzą jak wabić ludzi. Być może mogą podszywać się pod nich, przybierać obcą tożsamość na drodze mimikry… Czy dopiero po przejęciu ich energii życiowej, czy przez wykorzystanie energii osoby z nimi związanej? Nie wiem. Żywią się energią nie tylko ludzi, ale również przedmiotów z nimi powiązanych. Możliwie też drzew, magicznych drzew. Drzew Greengrassów…</span> — Machnął niecierpliwie ręką, chociaż minę miał poważną: trudno powiedzieć, czy próbował swoimi rozważaniami uspokoić Helloise czy samego siebie. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">…Ale skoro były w Kniei od zawsze, nie mogą być pasożytem wyłącznie, prawda? Muszą mieć swoją funkcję, inaczej nie wyżyłyby w ogóle. Wbudowane pozostały w struktury leśnych zależności, stanowiąc integralną część systemu. Być może przesuwa to więc środek ciężkości problemu. Problemem nie są Widma same w sobie, ale to, co sprawiło, że populacja ich wyrwała się spod kontroli naturalnych mechanizmów autoregulacji.</span><br />
Wcześniej już podzielił się z Helloise swymi przypuszczeniami, jakoby Widma miały być podmiotem Limbo: produktem odległych koniunkcji sfer, które przeniknęły do świata czarodziejów, gdy wzrok wszystkich skupiony był na Zimnych. To, że ich moce uległy amplifikacji właśnie po zamachu na Beltane, było jednak zagadnieniem bardziej złożonym, niż się początkowo spodziewał. <br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Drzewo… Drzewo z Polany Ognisk.</span> — Pośrodku wyrysowanej na podłodze mapy myśli postawił wcześniej wazon z kwiatami zdjęty z jednego z parapetów. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Zdaje się, że ono jest rozwiązaniem, a może też i przyczyną wszystkich problemów zarazem.</span> <br />
<br />
Po raz pierwszy w głosie Alexandra wybrzmiało coś na kształt fascynacji. Nie potrafił ukryć, że widok anomalii był ekscytującym. <br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Leżący do góry nogami dąb otoczony kręgiem kamieni. Wszystko w nim było na opak. Korzenie sięgały ku niebu, wijąc się ku górze. Korona zagłębiała się w dół, drążąc konarami ziemię. Wokół natomiast bujała roślinność, tym bujniejsza, i tym żywsza, im bliżej drzewa mogła się znaleźć. Wszystko w tym było tak nienaturalne. Tak boleśnie żywe, że aż wrzeszczało. Wrzask nowo rodzącego się świata w mojej głowie rozsadzał mi czaszkę. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Wszystko było w nim nienaturalne.</span> Krzyk. Śmiech. Dźwięki kroków. Bębny. Dudnienie bębnów. Ziemia zdawała się pulsować. To było…</span> — Nie umiał tego ująć słowami, ale wyglądał tak, jak gdyby rozpaczliwie próbował schwycić jakieś uczucie, które było jednak zbyt ulotnym, aby przetrwać dotyk jego drżących dłoni. Najbliższym byłoby porównać ją do obchodów cygańskich świąt. Do ognisk, do tańców, do muzyki, do tłumów ludzi śpiewających stare pieśni. Alexander posiadał aparat pojęciowy badacza, mógł więc mówić o rytuałach umacniających poczucie tożsamości zbiorowej, o antropologii religii pierwotnych, a nawet o psychologii tłumu, ale nie potrafił tak po prostu przyznać, że było coś poruszającego w doświadczeniu wspólnotowości, nawet z perspektywy kogoś takiego, jak on. <br />
Bo Alexander nie bywał na sabatach. Nie wierzył w żadnych bogów. Wreszcie, Alexander nie lubił ludzi. A jednak mimo oczywistej frustracji, że nie jest w stanie przejrzeć intencji Niewymownych zgromadzonych na Polanie Ognisk, czuł też… Fascynację. <br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">To było całkowicie nienaturalnym</span> — dokończył niezgrabnie, przykucnąwszy na podłodze, aby poprowadzić nową nić z włóczki w stronę środka. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Być może właśnie z tego powodu jakiś kapłan z kowenu, którego zaprosili na Polanę Ognisk, orzekł, że drzewo należy spalić. Myślę, że wiesz, jakie mam zdanie na temat tejże ekspertyzy.</span> <br />
<br />
Być może był w tym wszystkim hipokrytą, bo nienawidził przecież odstępstwa od naturalnego porządku, jakim była nekromancja, z obrzydzeniem patrząc na wszystkie żywe trupy, od ghouli począwszy, a na wampirach skończywszy. Zbyt silnie zakorzenionymi były w nim cygańskie przesądy, wiara w konieczność utrzymania granicy między życiem a śmiercią. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Ale przecież drzewo było żywym.</span> Nie ożywionym, lecz żywym.<br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Jakimż marnotrawstwem byłoby je zniszczyć</span> — odrzekł, już łagodniej. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nawet jeżeli podejrzewa się, że Widma mogły przyjść do Kniei zwabione jego mocą, albo obudzić się, ewoluować, po ekspozycji na energię drzewa. Powinnaś posłuchać Shafiqa. "Nikt nie chce z niego rezygnować. Najtęższe umysły w kraju uległy jego mocy!"</span> — Alexander prychnął pod nosem, nie było w tym jednak kpiny. Sam przecież uległ zauroczeniu sprawą, i siedział teraz na podłodze chaty Helloise, dopasowując kolejne elementy układanki, nie umiejąc tak po prostu odpuścić. <br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nigdy nie słyszałem czegoś takiego. Oto pośród analiz i pomiarów, pojawiła się wątpliwość natury nie metodologicznej, lecz etycznej. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Czy drzewo czuje? Czy drzewo myśli?</span></span> — Alexander machnął różdzką, sprawiając, że dotychczas stojący na połodze wazon zaczął lewitować, delikatnie obracając się w powietrzu. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Niewątpliwie przejawia oznaki inteligencji. Radzi sobie z rozwiązywaniem zagadek, konstruuje mechanizmy. Manipuluje środowiskiem, kontrolując wzrost roślinności. Potrafi nawet replikować przedmioty. Uczy się od nas, pytanie tylko, czy my możemy nauczyć się czegoś od niej. Bo niewątpliwie, mamy do czynienia z istotą zdolną do abstrakcyjnego myślenia, rozwiązywania kompleksowych problemów. Z istotą, na swój sposób, świadomą, w sposobie reagowania wskazującą się czymś więcej niż tropizmem jedynie. A przynajmniej tak to rozumiem. Próbowałem…</span> — Nagle wydało mu się to nieco głupie. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Próbowałem odczytać jego intencje. Drzewa, mam na myśli.</span> — Pozwolił wazonowi z kwiatami opaść lekko z powrotem na ziemię. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Być może za bardzo poddałem się podszeptom obsesji, która wydaje się przyciągać do Polany Ognisk. Wszyscy tylko narzekają, że mnożą się pytania, na które brakuje odpowiedzi, że na każdym kroku natrafiają na kolejne niewiadome. Wiem, że czują strach, niemożliwy do opanowania strach, bo widzę to po posiwiałych włosach, zmarszczkach na twarzy, w sposobie, jaki stawiają kroki na ścieżce prowadzącej przez Knieję. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">A jednak wciąż tam wracają.</span> Jeden z aurorów, Weasley, wytyczył ścieżkę, Helloise: należy iść po leżącej na ziemi czerwonej wstążce, i nie zatrzymywać się. Nie patrzeć na boki, tylko prosto przed siebie. Ale jak można tak po prostu nie patrzeć?</span> — zirytował się nagle Alexander, zapalając kolejnego papierosa. Co z tego, że kierowały aurorami względy bezpieczeństwa. Nie znosił, gdy coś umykało jego oczom, zwłaszcza, gdy ukrywało się to pod chamską iluzją. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Rzucili nawet czary na drzewa, nie pozwalając na zbyt długie skupianie się na otoczeniu. Obwieszono je amuletami, broniąc podróżnych przed tym, co czai się w gęstwinie. A jednak amulety nie zdołałyby nas obronić, gdybyśmy się zatrzymali na ścieżce. Dziwny chłód próbował sięgać nas spomiędzy dębów. Kątem oka zauważyłem między drzewami postaci w długich, ciemnych płaszczach, ale to był tylko ministerialny straszak. Iluzja. Postaci poruszały się zbyt nienaturalnie, żeby nie być iluzją.</span> — Alexander wzruszył lekko ramionami, jak gdyby z tego wszystkiego, była to najbardziej normalna rzecz, jakiej doświadczył tego dnia. Być może tak właśnie było: wyostrzona percepcja pozwalała mu często przejrzeć przez takie podpuchy, a i lata spędzone na poszukiwaniu magicznych artefaktów w bardzo dziwnych miejscach nauczyły go sporo na temat najczęściej stosowanych zaklęć ochronnych. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Straszakiem nie są natomiast Widma, których obecność wciąż napawa badaczy zgrozą. Może dlatego, że nie szukają wcale drogi na Polanę Ognisk, nie próbują dotrzeć do obozu na około, nie, one tylko… One tylko czekają. Na co?</span> — Alexander znowu wzruszył ramionami. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Na to co stanie się w Samhain, zapewne. "Zdarzenie, które może wykraczać poza nasze pojmowanie rzeczywistości", jak to zostało, hm, zgrabnie ujęte.</span> — Wydawał się nieco zniesmaczony przywołanym sformułowaniem, jak gdyby zbyt długo przeżuwał słowa Tuileflaith: wciąż nie potrafił mimo wszystko przełknąć, że są zjawiska, których nie da się wyjaśnić naukowo. Wszystko dało się wyjaśnić. A jeżeli się nie dało,  nie znaleziono jeszcze być może języka, żeby to zrobić. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Tuileflaith zamówiła nam już szaty stagnacji, oczekując starcia, wciąż nie zapadły jednak żadne konkretne decyzje. Nie ma wytyczonej drogi ucieczki, bo przecież z Polany Ognisk nie da się teleportować. Nikt nie chce ryzykować żadnego magicznego sposobu, grożącego rozszczepieniem… Ale nikt też nie chce porzucić drzewa. Ani czarodzieje, ani Widma.</span> — Nagle Alexander uśmiechnął się, chociaż nie był to miły uśmiech: było w nim coś drapieżnego, jak zawsze, gdy rozbawiło go coś niewłaściwego, coś, co większość ludzi napełniłoby raczej zgrozą. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Powinniśmy być im wdzięczni, wiesz? <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Widmom.</span> Jak lepiej odstraszyć ciekawskich od Kniei, niż naturalną bronią biologiczną, gotową wyssać życie z każdego śmiałka, który zagłębi się między drzewa. Być może znaleźliśmy powód, dla którego robaki dokonały przepoczwarzenia. W równym stopniu chcą niszczyć, co chronić drzewo, żeby nikt inny nie byl w stanie z niego zaczerpnąć, gdy dojdzie do destabilizacji energetycznej. Niestety, nie umiemy wciąż zbalansować strat i korzyści płynących z ich obecności. Jeżeli natura tych istot rzeczywiście niewiele różni się od natury dementorów, Ministerstwo mogłoby wysłać je do Azkabanu, i zapewne takie właśnie miało plany… Ale czym jest paskudna, pokaleczona dusza skazańca wobec przepysznej potęgi drzewa z Polany Ognisk?</span> <br />
<br />
Alexander wsadził papieros między zęby, po czym skinął na Helloise w niemym żądaniu.<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Chodź bliżej.</span><br />
Bezceremonialnie ujął dłoń, w której trzymała różdżkę, współ z nią pochylając się nad kreślonymi na podłodze symbolami. <br />
Prowadził ją powoli, dokładnie, w cichym skupieniu ucząc Helloise wyrysowywać runę <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Ægishjalmur</span>,  którą podzielił się z nim Morpheus.<br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Dawno, dawno temu była sobie bestia</span> — wymruczał pod nosem, nie odrywając wzroku od runy. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Bestia ta miała swe leże głęboko w otchłani rozpościerającej się pod wrzosowiskami Gnitaheiði. A imię bestii było Fafnir. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Ten, który patrzy w głąb.</span> Runę <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Ægishjalmur</span>, zwaną Hełmem Trwogi, nosił na swym czole, wywołując lęk wśród śmiałków, którzy próbowali go zgładzić. W większości mitów Fafnir był gadem. Pozbawionym skrzydeł smokiem, którego cielsko zdegenerowało w ciemnościach podziemnych korytarzy. W niektórych wersjach był wielkim wężem. A w niektórych…</span> — Delikatnie wypuścił z objęć Helloise, żeby wyjąć spomiędzy zębów dogasającego papierosa. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">W niektórych był po prostu robakiem. Longbottom mówi, że <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Ægishjalmur</span> może ochronić przed Widmami. Więc mamy coś jeszcze poza zaklęciem patronusa</span> — skrzywił się lekko na samo wspomnienie — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">co na nie działa. Wciąż lepsze to niż nic. Chociaż na spotkaniu Vablatsky ściskał w łapach taką samą czarną różę…</span> — Nie odwracając spojrzenia od twarzy Helloise skinął w stronę wazonu, w którym stały róże o nienaturalnej barwie płatków — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">…jak gdyby był to jaki magiczny amulet. Więc może jest coś, o czym nie wiem, i widok kwietnych wianków sprawi, że Widma zaczną wskakiwać na pale jak chłopy na Beltane.</span> <br />
<br />
Alexander zapalił trzeciego papierosa.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[27.10.1972] A gentle grip of an apple tree | Prue, Benjy]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6533</link>
			<pubDate>Mon, 19 Oct 2026 20:43:30 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=453">Prudence Fenwick</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6533</guid>
			<description><![CDATA[<p>Jakimś cudem udało im się w końcu złożyć dary wotywne w odpowiedni sposób. Trwało to być może dłużej, niż zakładała ze względu na jej nieporadność, jednak misja zakończyła się sukcesem. Wspaniale, jedna rzecz z listy rzeczy do zrobienia została odhaczona. Nie, żeby był to spory sukces, bo było ich tam dużo, dużo więcej, a sabat zbliżał się wielkimi krokami. Wierzyła w ich siły i nie wątpiła w to, że uda im się zrealizować wszystkie zaplanowane rzeczy, potrafili być bardzo uparci, gdy im na czymś zależało, a w tym przypadku ona na pewno nie miała zamiaru odpuszczać.</p>
<p>Pogoda jednak nie zachęcała do powrotu do domu, wręcz przeciwnie. Było bardzo przyjemnie jak na jesienne popołudnie. Skoro znajdowali się w Dolinie Godryka mogli sobie pozwolić na to, aby zostać tu jeszcze dłużej. Atmosfera była naprawdę przyjemna, nigdzie się nie spieszyli - no, najwyżej będą musieli odrobinę nadrobić obowiązki, ale powinni sobie z tym poradzić bez większego problemu. Mogli więc pozwolić sobie na odrobinę odpoczynku.</p>
<p>Prudence wsunęła rękę pod ramię swojego męża. Wyszli już z terenów podmokłych, powoli zbliżali się do miasteczka. Mijali właśnie sad Abbottów, na drzewach można było jeszcze dostrzec jabłka, które prosiły się o to, aby ktoś je zerwał. Szkoda by było zmarnować taką szansę, te jabłka cieszyły się w końcu niesamowitą opinią. Pojawiła się krótka myśl, w zasadzie dlaczego by nie? Nic nie stało im przecież na drodze.</p>
<p>Przystanęła na moment, spojrzała na Benjy'ego, później na te dorodne jabłonie pełne owoców. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Myślisz, że jest szansa, że zauważą, jeśli zerwalibyśmy sobie po jednym, no może po dwa.</span> - Owoce kusiły swoimi kolorami, były to naprawdę wyjątkowe jabłka. Wolała jednak upewnić się co do tego, co jej mąż myślał na temat drobnego szabru. Nie mieli przecież wynosić stąd całego drzewa pełnego owoców, ani całej skrzynki, tylko zerwać sobie jedno, może dwa na spróbowanie. Zazwyczaj to nie ona w tym duecie namawiała do łamania prawa, bo była przecież jego przedstawicielką, tym razem jednak to Prue uległa pokusie.</p>
<p>Nikogo nie było obok, właściwie wydawało jej się, że są tutaj zupełnie sami, nikt ich nie mijał kiedy spacerowali, być może pracownicy znajdowali się w innej części sadów, czy coś. To powodowało, że więcej było za niż przeciw tej drobnej kradzieży. Zresztą tylko by sobie je pożyczyli na wieczne nieoddanie. Nikt pewnie nawet nie zauważy braku kilku owoców. Abbottowie mieli ich przecież bardzo wiele. Nie sądziła, że jej mąż odmówi, w ich duecie to raczej on nie miał problemu z nagnaniem granic, pewnie znajdzie jakieś odpowiednie słowo pasujące do tego co mieliby zrobić, które będzie dalekie od kradzieży.</p>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Jakimś cudem udało im się w końcu złożyć dary wotywne w odpowiedni sposób. Trwało to być może dłużej, niż zakładała ze względu na jej nieporadność, jednak misja zakończyła się sukcesem. Wspaniale, jedna rzecz z listy rzeczy do zrobienia została odhaczona. Nie, żeby był to spory sukces, bo było ich tam dużo, dużo więcej, a sabat zbliżał się wielkimi krokami. Wierzyła w ich siły i nie wątpiła w to, że uda im się zrealizować wszystkie zaplanowane rzeczy, potrafili być bardzo uparci, gdy im na czymś zależało, a w tym przypadku ona na pewno nie miała zamiaru odpuszczać.</p>
<p>Pogoda jednak nie zachęcała do powrotu do domu, wręcz przeciwnie. Było bardzo przyjemnie jak na jesienne popołudnie. Skoro znajdowali się w Dolinie Godryka mogli sobie pozwolić na to, aby zostać tu jeszcze dłużej. Atmosfera była naprawdę przyjemna, nigdzie się nie spieszyli - no, najwyżej będą musieli odrobinę nadrobić obowiązki, ale powinni sobie z tym poradzić bez większego problemu. Mogli więc pozwolić sobie na odrobinę odpoczynku.</p>
<p>Prudence wsunęła rękę pod ramię swojego męża. Wyszli już z terenów podmokłych, powoli zbliżali się do miasteczka. Mijali właśnie sad Abbottów, na drzewach można było jeszcze dostrzec jabłka, które prosiły się o to, aby ktoś je zerwał. Szkoda by było zmarnować taką szansę, te jabłka cieszyły się w końcu niesamowitą opinią. Pojawiła się krótka myśl, w zasadzie dlaczego by nie? Nic nie stało im przecież na drodze.</p>
<p>Przystanęła na moment, spojrzała na Benjy'ego, później na te dorodne jabłonie pełne owoców. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Myślisz, że jest szansa, że zauważą, jeśli zerwalibyśmy sobie po jednym, no może po dwa.</span> - Owoce kusiły swoimi kolorami, były to naprawdę wyjątkowe jabłka. Wolała jednak upewnić się co do tego, co jej mąż myślał na temat drobnego szabru. Nie mieli przecież wynosić stąd całego drzewa pełnego owoców, ani całej skrzynki, tylko zerwać sobie jedno, może dwa na spróbowanie. Zazwyczaj to nie ona w tym duecie namawiała do łamania prawa, bo była przecież jego przedstawicielką, tym razem jednak to Prue uległa pokusie.</p>
<p>Nikogo nie było obok, właściwie wydawało jej się, że są tutaj zupełnie sami, nikt ich nie mijał kiedy spacerowali, być może pracownicy znajdowali się w innej części sadów, czy coś. To powodowało, że więcej było za niż przeciw tej drobnej kradzieży. Zresztą tylko by sobie je pożyczyli na wieczne nieoddanie. Nikt pewnie nawet nie zauważy braku kilku owoców. Abbottowie mieli ich przecież bardzo wiele. Nie sądziła, że jej mąż odmówi, w ich duecie to raczej on nie miał problemu z nagnaniem granic, pewnie znajdzie jakieś odpowiednie słowo pasujące do tego co mieliby zrobić, które będzie dalekie od kradzieży.</p>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[31.10.1972] Past Present Future]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6518</link>
			<pubDate>Wed, 14 Oct 2026 11:47:37 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=311">Guinevere McGonagall</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6518</guid>
			<description><![CDATA[<div style="text-align: right;" class="mycode_align"><span style="font-size: x-small;" class="mycode_size"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">//</span> sesja związana ze <a href="https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6508&amp;pid=97048#pid97048" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">snem</a></span></div>
<br />
<p>Znowu miała dziwny sen. Na tym etapie przyswoiła już, że od tej pory tak już będzie. I tak jak dotychczas szukała w swoich snach znaków, symboli, tak w tym momencie już nie musiała tego robić, w pewnym sensie czuła, czy sen był tylko snem, czy może czymś więcej, może to to słynne już przeczucie, szósty zmysł, czy po prostu… cóż. Poprawną odpowiedzią na to było tylko i aż trzecie oko. W pierwszej chwili nie wiedziała co ma o tym dzisiejszym śnie myśleć, w drugiej uznała, że niewiele z tego rozumie, zajęła się więc dniem i tym, co należało zrobić, a więc zostawić Cathalowi pudełko z gwoździami i dać mu informacje co ma z nimi zrobić.</p>
<p>To też było przeczucie, na tym etapie graniczące już z pewnością, że żelazne gwoździe odgonią złe moce z domów, które były nimi naznaczone.</p>
<p>Kontynuowała ten dzień, ale łapała się na tym, że jej myśli ciągle jednak wracają do dzisiejszego snu. Do dziwnej kobiety na stole, do knajpy, w której nigdy nie była, ale nazwa pojawiła się w głowie, jakby była jej stałym bywalcem… i w końcu napisała list do Brenny, bo nie dawało jej to spokoju.</p>
<p>Niewiele później wpadła na Cathala i ta rozmowa wyglądała mniej-więcej tak: <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Znasz Knajpę pod Krzywym Kulfonem? To chyba w Dolinie Godryka, nie? …chcesz tam ze mną pójść? –</span> z pewnością dobór słów był dziwny, zwłaszcza, że Guinevere wypaliła z tym nagle i najwyraźniej nie była do końca pewna, gdzie to dokładnie jest.</p>
<p>Ale w ten właśnie sposób trafili do Doliny Godryka w porze obiadowej, gdzieś koło 14, do knajpy w której był całkiem spory ruch, ale i tak udało się dostać miejsce przy stoliku. Ginny rozglądała się przez moment z pewną ciekawością po miejscu, które widziała na własne oczy po raz pierwszy, ale może jednak powinna powiedzieć, że drugi: bo pierwszy był we śnie. Jej spojrzenie na krótko padło na ścianę, skąd ta dziwna kobieta coś zabrała. Ślad, że coś tam wisiało, był dość wyraźny dla kogoś, kto wiedział, gdzie spojrzeć.</p>
<p><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Znalazłeś moją wiadomość? –</span> jej uwaga powróciła do Cathala, do którego uśmiechnęła się lekko. Wiadomość i pudełko – chyba wystarczająco dziwne nawet jak na nią, tym bardziej że była dość oszczędna w słowach. Postukała cicho w kufel piwa.</p>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div style="text-align: right;" class="mycode_align"><span style="font-size: x-small;" class="mycode_size"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">//</span> sesja związana ze <a href="https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6508&amp;pid=97048#pid97048" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">snem</a></span></div>
<br />
<p>Znowu miała dziwny sen. Na tym etapie przyswoiła już, że od tej pory tak już będzie. I tak jak dotychczas szukała w swoich snach znaków, symboli, tak w tym momencie już nie musiała tego robić, w pewnym sensie czuła, czy sen był tylko snem, czy może czymś więcej, może to to słynne już przeczucie, szósty zmysł, czy po prostu… cóż. Poprawną odpowiedzią na to było tylko i aż trzecie oko. W pierwszej chwili nie wiedziała co ma o tym dzisiejszym śnie myśleć, w drugiej uznała, że niewiele z tego rozumie, zajęła się więc dniem i tym, co należało zrobić, a więc zostawić Cathalowi pudełko z gwoździami i dać mu informacje co ma z nimi zrobić.</p>
<p>To też było przeczucie, na tym etapie graniczące już z pewnością, że żelazne gwoździe odgonią złe moce z domów, które były nimi naznaczone.</p>
<p>Kontynuowała ten dzień, ale łapała się na tym, że jej myśli ciągle jednak wracają do dzisiejszego snu. Do dziwnej kobiety na stole, do knajpy, w której nigdy nie była, ale nazwa pojawiła się w głowie, jakby była jej stałym bywalcem… i w końcu napisała list do Brenny, bo nie dawało jej to spokoju.</p>
<p>Niewiele później wpadła na Cathala i ta rozmowa wyglądała mniej-więcej tak: <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Znasz Knajpę pod Krzywym Kulfonem? To chyba w Dolinie Godryka, nie? …chcesz tam ze mną pójść? –</span> z pewnością dobór słów był dziwny, zwłaszcza, że Guinevere wypaliła z tym nagle i najwyraźniej nie była do końca pewna, gdzie to dokładnie jest.</p>
<p>Ale w ten właśnie sposób trafili do Doliny Godryka w porze obiadowej, gdzieś koło 14, do knajpy w której był całkiem spory ruch, ale i tak udało się dostać miejsce przy stoliku. Ginny rozglądała się przez moment z pewną ciekawością po miejscu, które widziała na własne oczy po raz pierwszy, ale może jednak powinna powiedzieć, że drugi: bo pierwszy był we śnie. Jej spojrzenie na krótko padło na ścianę, skąd ta dziwna kobieta coś zabrała. Ślad, że coś tam wisiało, był dość wyraźny dla kogoś, kto wiedział, gdzie spojrzeć.</p>
<p><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Znalazłeś moją wiadomość? –</span> jej uwaga powróciła do Cathala, do którego uśmiechnęła się lekko. Wiadomość i pudełko – chyba wystarczająco dziwne nawet jak na nią, tym bardziej że była dość oszczędna w słowach. Postukała cicho w kufel piwa.</p>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[29-30/10/72] malleus widmoficarum]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6507</link>
			<pubDate>Fri, 09 Oct 2026 18:32:02 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=523">Helloise Rowle</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6507</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">29 października<br />
<span style="font-size: small;" class="mycode_size">AMULETY</span></div>
<br />
Nie było w ostatnich dniach Helloise wiele poza monotonią. W bezkształtne pasmo pracy, snu i opium zlały się bezkształtne dni. W sypialni lęgł się gliniany golem, którego nie do końca wiedźma rozumiała. Wciąż spływały nowe zlecenia. Dniom brakowało granic, gdy jedna robota płynnie przechodziła w drugą. Ledwie czarownica otwarła każdego ranka oczy, od razu podejmowała wątki dnia poprzedniego. Nie było przestrzeni, aby odciąć się na chwilę. Droga prowadziła ku wypaleniu. Niewypoczęty umysł zaczynał odrywać się od rzeczywistości. Odizolowana w swojej chacie wiedźma myślała tylko o jednym: o Samhain. Straciła z oczu wszystko inne.<br />
Helloise powinna była dotknąć trawy, lecz nie było na to czasu.<br />
Chata przeobraziła się w ciągu minionego tygodnia w rzemieślniczy plac boju. Resztki rozgrzebanych prac walały się na niewielkiej, ścieśnionej powierzchni drewnianego domku. Gniły w niewyniesionych na kompost miednicach zwołki zniszczonych lampionów. Ścinki drewniane zrzucono w kąt, aby później z nich przebrać, co się nada jeszcze do ponownego wykorzystania, a co winno być zutylizowane. Z podłogi pod stołem w kuchni nie miał kto zdrapać zaschniętych plam wosku po wypadkach przy laniu świec. <br />
Gdy Helloise zbudziła się tego ranka, pracy wciąż było w bród. Natłok zadań zaczynał ją przerastać, lecz jakżeby mogła przejść obojętnie obok szansy, choćby wątłej szansy na to, że wyjdzie z Kniei żywa? Ona, Gareth, Maddox, Lydia. <br />
To miał być pracowity dzień. Przed wieczorem jeszcze uda się na zwiad ku wejściu na Polanę Ognisk, nocą wykończy golema dla Voldemorta, a tymczasem musiała zadbać o co innego. Amulety.<br />
Helloise nie znała run, lecz tej jednej — <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Aegishjalmur</span> — nauczyła się na pamięć. Osiem ramion, każde trzykroć przecięte, półkole na końcu każdego. Gdy wyrysowywała ją raz po raz, myślała o tych półkolach, że przypominają kosze, w które wpada wszystko, co z zewnątrz przychodzi, i tak zatrzymują się złe energie, nie mając dostępu do serca runy. Helloise chciała wierzyć, że w takim właśnie chronionym sercu znajduje się w tamtej chwili, gdy wyglądała z okien swojej chaty w mglisty poranek pod lasem. <br />
Umieściła chatę w sercu runy.<br />
<br />
Przysiadła w pracowni do jednej ze swoich prac ostatnich. Głowę miała pełną napięcia; jej myśli krępowało nerwowe oczekiwanie dnia Samhain. Zadanie jednak nie należało do tych, które by wymagały od niej przebłysku geniuszu. Wymagało tylko sprawnych rąk, schematycznego odcinania form w drewnie, odrysowania od wzoru. Były to rzeczy nieskomplikowane. <br />
Z bloczku drewna dębowego wycięła czarownica <span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">osiem</span> płaskich elementów. Na każdym odrysowała od szklanki okrąg — metody chałupnicze i przedmioty użytku codziennego stawały się nie pierwszy raz narzędziem jej pracy. Ostrugała każdy element tak, że wkrótce miała przed sobą osiem drewnianych krążków. Gdy bazy amuletów były gotowe, na każdym wykreśliła szkic runy, siląc się na uważność przy przenoszeniu wzoru. Była to bowiem część kluczowa. <br />
Wyrzeźbienie nożem narysowanego uprzednio kształtu należało już do formalności raczej, jako że podążała po gotowych liniach. <br />
<br />
<span style="font-size: small;" class="mycode_size"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">//</span> <span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">percepcja</span> — jak uważna była Helloise przy przerysowywaniu Aegishjalmur na poszczególne amulety?</span></span><br />
[roll=Z]<br />
[roll=Z]<br />
[roll=Z]<br />
[roll=Z]<br />
[roll=Z]<br />
[roll=Z]<br />
[roll=Z]<br />
[roll=Z]<br />
<br />
Nie czuła się w runach pewnie. Nim jeszcze przeszła do wykańczania amuletów — przygotowywania otworów na przeciągnięcie rzemyków, opracowywania krawędzi, lakierowania — zamierzała pokazać je Dægberhtowi, aby jej pracę ocenił.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">29 października<br />
<span style="font-size: small;" class="mycode_size">AMULETY</span></div>
<br />
Nie było w ostatnich dniach Helloise wiele poza monotonią. W bezkształtne pasmo pracy, snu i opium zlały się bezkształtne dni. W sypialni lęgł się gliniany golem, którego nie do końca wiedźma rozumiała. Wciąż spływały nowe zlecenia. Dniom brakowało granic, gdy jedna robota płynnie przechodziła w drugą. Ledwie czarownica otwarła każdego ranka oczy, od razu podejmowała wątki dnia poprzedniego. Nie było przestrzeni, aby odciąć się na chwilę. Droga prowadziła ku wypaleniu. Niewypoczęty umysł zaczynał odrywać się od rzeczywistości. Odizolowana w swojej chacie wiedźma myślała tylko o jednym: o Samhain. Straciła z oczu wszystko inne.<br />
Helloise powinna była dotknąć trawy, lecz nie było na to czasu.<br />
Chata przeobraziła się w ciągu minionego tygodnia w rzemieślniczy plac boju. Resztki rozgrzebanych prac walały się na niewielkiej, ścieśnionej powierzchni drewnianego domku. Gniły w niewyniesionych na kompost miednicach zwołki zniszczonych lampionów. Ścinki drewniane zrzucono w kąt, aby później z nich przebrać, co się nada jeszcze do ponownego wykorzystania, a co winno być zutylizowane. Z podłogi pod stołem w kuchni nie miał kto zdrapać zaschniętych plam wosku po wypadkach przy laniu świec. <br />
Gdy Helloise zbudziła się tego ranka, pracy wciąż było w bród. Natłok zadań zaczynał ją przerastać, lecz jakżeby mogła przejść obojętnie obok szansy, choćby wątłej szansy na to, że wyjdzie z Kniei żywa? Ona, Gareth, Maddox, Lydia. <br />
To miał być pracowity dzień. Przed wieczorem jeszcze uda się na zwiad ku wejściu na Polanę Ognisk, nocą wykończy golema dla Voldemorta, a tymczasem musiała zadbać o co innego. Amulety.<br />
Helloise nie znała run, lecz tej jednej — <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Aegishjalmur</span> — nauczyła się na pamięć. Osiem ramion, każde trzykroć przecięte, półkole na końcu każdego. Gdy wyrysowywała ją raz po raz, myślała o tych półkolach, że przypominają kosze, w które wpada wszystko, co z zewnątrz przychodzi, i tak zatrzymują się złe energie, nie mając dostępu do serca runy. Helloise chciała wierzyć, że w takim właśnie chronionym sercu znajduje się w tamtej chwili, gdy wyglądała z okien swojej chaty w mglisty poranek pod lasem. <br />
Umieściła chatę w sercu runy.<br />
<br />
Przysiadła w pracowni do jednej ze swoich prac ostatnich. Głowę miała pełną napięcia; jej myśli krępowało nerwowe oczekiwanie dnia Samhain. Zadanie jednak nie należało do tych, które by wymagały od niej przebłysku geniuszu. Wymagało tylko sprawnych rąk, schematycznego odcinania form w drewnie, odrysowania od wzoru. Były to rzeczy nieskomplikowane. <br />
Z bloczku drewna dębowego wycięła czarownica <span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">osiem</span> płaskich elementów. Na każdym odrysowała od szklanki okrąg — metody chałupnicze i przedmioty użytku codziennego stawały się nie pierwszy raz narzędziem jej pracy. Ostrugała każdy element tak, że wkrótce miała przed sobą osiem drewnianych krążków. Gdy bazy amuletów były gotowe, na każdym wykreśliła szkic runy, siląc się na uważność przy przenoszeniu wzoru. Była to bowiem część kluczowa. <br />
Wyrzeźbienie nożem narysowanego uprzednio kształtu należało już do formalności raczej, jako że podążała po gotowych liniach. <br />
<br />
<span style="font-size: small;" class="mycode_size"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">//</span> <span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">percepcja</span> — jak uważna była Helloise przy przerysowywaniu Aegishjalmur na poszczególne amulety?</span></span><br />
[roll=Z]<br />
[roll=Z]<br />
[roll=Z]<br />
[roll=Z]<br />
[roll=Z]<br />
[roll=Z]<br />
[roll=Z]<br />
[roll=Z]<br />
<br />
Nie czuła się w runach pewnie. Nim jeszcze przeszła do wykańczania amuletów — przygotowywania otworów na przeciągnięcie rzemyków, opracowywania krawędzi, lakierowania — zamierzała pokazać je Dægberhtowi, aby jej pracę ocenił.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[17-21/10/72] Ekipa budowlana może wchodzić]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6505</link>
			<pubDate>Fri, 09 Oct 2026 15:00:09 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=523">Helloise Rowle</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6505</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">Od 17 do 21 października<br />
<span style="font-size: small;" class="mycode_size">Helloise i Samuel kopali rowy</span></div>
<br />
Majestatycznie wyglądała z lotu ptaka rozpięta z żyłki na podwórzu runa Aegishjalmur. Ramiona runy zbiegały się ku kurzej stopie, pozycjonując chatę w samym centrum olbrzymiego symbolu. Na czas robót noga była wyprostowana, czarownicowa chata wzniosła się nad ziemię. Wokół podwórza spacerowały kury wcale niezainteresowane tym, co działo się tuż pod ich nosem; ze sztachet płotu obserwowały przedsięwzięcie dwa strzyżyki o bystrych oczkach. <br />
Miotła Helloise zawisła wysoko w powietrzu, aby czarownica miała dobry widok na wykonany na podwórzu szkic runy. Stamtąd spoglądała na swój projekt, porównując go z otrzymaną od Alexandra ilustracją. Zimna mżawka obsiała włosy czarownicy drobniutkimi koraliczkami z kropelek wody, kartkę służącą za referencję wilgoć zaś pofalowała. Była to jednak ledwie jedna z kopii runy, Helloise nie musiała się nadto o kartkę troszczyć. Rozprostowała ją palcami, raz jeszcze oceniając surowym okiem układ z żyłek. Dostrzegła w jednym z ramion asymetrię. Z cichym furkotem szat sfrunęła na podwórze, wylądowała na ziemi obok owego niedoskonałego ramienia. Wyjęła z ziemi paliczek, na którym rozpięta była żyłka, i przesunęła go o kilka centymetrów. <br />
Znów wzbiła się w powietrze, aby z góry ocenić korektę. Teraz wszystko wyglądało dobrze. Konstrukcja była wielka, lecz równie wiele czasu czarownica poświęciła temu, aby upewnić się, że linie runy biegną symetrycznie, równo, dokładnie tak jak na referencyjnej ilustracji, lecz w odpowiedniej dla jej potrzeb skali.<br />
Mogli zacząć kopać, gdy tylko zjawi się Samuel z potrzebnym materiałem.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">Od 17 do 21 października<br />
<span style="font-size: small;" class="mycode_size">Helloise i Samuel kopali rowy</span></div>
<br />
Majestatycznie wyglądała z lotu ptaka rozpięta z żyłki na podwórzu runa Aegishjalmur. Ramiona runy zbiegały się ku kurzej stopie, pozycjonując chatę w samym centrum olbrzymiego symbolu. Na czas robót noga była wyprostowana, czarownicowa chata wzniosła się nad ziemię. Wokół podwórza spacerowały kury wcale niezainteresowane tym, co działo się tuż pod ich nosem; ze sztachet płotu obserwowały przedsięwzięcie dwa strzyżyki o bystrych oczkach. <br />
Miotła Helloise zawisła wysoko w powietrzu, aby czarownica miała dobry widok na wykonany na podwórzu szkic runy. Stamtąd spoglądała na swój projekt, porównując go z otrzymaną od Alexandra ilustracją. Zimna mżawka obsiała włosy czarownicy drobniutkimi koraliczkami z kropelek wody, kartkę służącą za referencję wilgoć zaś pofalowała. Była to jednak ledwie jedna z kopii runy, Helloise nie musiała się nadto o kartkę troszczyć. Rozprostowała ją palcami, raz jeszcze oceniając surowym okiem układ z żyłek. Dostrzegła w jednym z ramion asymetrię. Z cichym furkotem szat sfrunęła na podwórze, wylądowała na ziemi obok owego niedoskonałego ramienia. Wyjęła z ziemi paliczek, na którym rozpięta była żyłka, i przesunęła go o kilka centymetrów. <br />
Znów wzbiła się w powietrze, aby z góry ocenić korektę. Teraz wszystko wyglądało dobrze. Konstrukcja była wielka, lecz równie wiele czasu czarownica poświęciła temu, aby upewnić się, że linie runy biegną symetrycznie, równo, dokładnie tak jak na referencyjnej ilustracji, lecz w odpowiedniej dla jej potrzeb skali.<br />
Mogli zacząć kopać, gdy tylko zjawi się Samuel z potrzebnym materiałem.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[31/10/1972] serca zmartwione, wiara gorejąca || sebastian & geraldine, benjy]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6501</link>
			<pubDate>Mon, 05 Oct 2026 22:05:17 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=206">Sebastian Macmillan</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6501</guid>
			<description><![CDATA[<h1>—31/10/1972—<br />
<span style="font-size: 10pt;" class="mycode_size">Miejsce obchodów Samhain, Dolina Godryka (około godziny 13/14)</span><br />
<span style="font-size: 8pt;" class="mycode_size">Sebastian Macmillan &amp; Geraldine Greengrass-Yaxley, Benjy Fenwick</span></h1><br />
<br />
<div class="divek"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Błogosławiona jesteś, Pani, która rodzisz światło w oceanie ciemności, a ścieżki naszych dni splatasz jak nici w pradawnym krośnie. Do Ciebie wznosimy swe prośby, bo Twoja dłoń prowadzi nas przez mgliste doliny cieni</span>, modlił się Sebastian, poruszając bezgłośnie wargami, szukając w znajomym rytmie modlitwy ukojenia przed nękającymi go troskami. W innych okolicznościach zapewne już dawno by się ze wszystkim uwinął i poszedł odwiedzić sąsiednich wystawców zanim obchody zaczną się na dobre wraz z nadejściem wieczoru.<br />
<br />
Teraz nie w głowie mu było buszowanie po innych straganach. Nawet gdyby miał do tego teraz głowę, to doprowadzenie do porządku stoiska, którym miał się zająć wraz z towarzyszącymi mu kapłankami, okazało się dużym wyzwaniem. Budka… nie zachwycała. Gołe deski, brak obrusów, mała lada… Cały ten obrazek ratowało tylko względnie rozsądnie zamontowane zadaszenie oraz towar rozłożony na praktycznie każdej wolnej powierzchni. Nawet pod tym względem było tu nieco ubogo; większość asortymentu powędrowała na obchody w Little Hangleton.<br />
<br />
Z drugiej strony, może to i lepiej? Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że ta noc nie miała skończyć się dobrze. Z początku wydawało mu się, że po prostu trafiają do niego wyjątkowo niefortunne plotki, jednak… Informacje na temat pochodu na Polanę Ognisk dostał aż z trzech różnych źródeł. Atreus Bulstrode. Ambrosia McKinnon. I tajemniczy anonim. Jak kuriozalne było to, że najbardziej przekonała go właśnie nieoznakowana wiadomość? I to na tyle, aby posłać ostrzeżenie do Geraldine Yaxley? <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Greengrass-Yaxley</span>, poprawił się bez większego pomyślunku, poprawiając poły czarnej szaty z wyszytymi miedziano-pomarańczowymi zdobieniami. <br />
<br />
Musiał uznać to za fakt: grupa wiernych faktycznie zamierzała przedrzeć się dziś na Polanę Ognisk, nie bacząc na ochronę wysłaną tutaj przez Ministerstwo Magii, jak i na wszelkiego rodzaju niebezpieczeństwa czające się w cieniu drzew Kniei Godryka. Zwłaszcza w cieniu jednego konkretnego drzewa. Odwrócony dąb. Tak, to też był spory problem… Może nawet większy niż mu się wydawało? Zespół badawczy wprawdzie wysłuchał jego sugestii, aby poświęcić drzewo i pozbyć się go raz na zawsze, jednak… Wątpił w to, aby go posłuchano. Ich ambicja, a może wręcz arogancja była po prostu zbyt duża.<br />
<br />
I to chyba najbardziej go niepokoiło: jeśli zdecydowano się na nieścinanie drzewa, to zapewne wciąż bezcześciło Polanę Ognisk swoją obecnością. Oznaczało to też, że tłum mógłby zetrzeć się też z samym dębem i broniącego go oddziałem Ministerstwa Magii. Sebastian zacisnął pięści na samą myśl. Życzenie sobie tego, aby zbuntowanym wiernym udała się ta wycieczka było czymś irracjonalnym, a jednak… Nie mógł wyzbyć się przeświadczenia, że ich gniew mógłby spopielić to przeklęte drzewo. Wystarczyłoby jedno zaklęcie. Iskra. Zbłąkany płomień, który Matka skierowałaby w odpowiednie miejsce. Siła wiary jej wyznawców zwróciłaby w jej posiadanie miejsce kultu odebrane jej przez Śmierciożerców.<br />
<br />
Macmillan przymknął oczy i wziął kilka głębokich oddechów. Wyjął z pudła zestaw książek autorstwa siostry Fantazji i zaczął rozkładać ja na głównej ladzie; wcześniej wystawili jedynie kilka sztuk, jednak te zostały bardzo szybko wykupione przez pierwszych gości sabatów. Głównie tych starszych, którzy buszowali wśród wciąż rozstawianych stoisk i nie mieli wystarczająco wigoru, aby bawić się w Święto Duchów do późnych godzin nocnych, a mimo to chcieli wziąć udział nawet w tak wczesnym etapie uroczystości. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Rozsądni ludzie</span>, pomyślał Sebastian, starając się wykrzesać z siebie chociaż minimalny uśmiech z którym mógłby witać gości sabatu.</div>
<br />
<div class="divek">
<div class="ooc"><div class="ooc-wrapper"><center><span class="ooc-toggle">Odkryj wiadomość pozafabularną</span></center><div class="ooc-content">
<div class="ramka">
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Asortyment stoiska:</span><br />
<div class="suwaczek" style="height:20em;"><ul class="mycode_list"><li>różności:<ul class="mycode_list"><li>zakładki do książek z kolorowymi frędzlami z widoczkami:<ul class="mycode_list"><li>głównej siedziby kowenu w Londynie;<br />
</li>
<li>festynu na Ulicy Pokątnej (Lammas '72);<br />
</li>
</ul>
</li>
<li>zakładki do książek z kolorowymi frędzlami z ruchomym wizerunkiem Matki;<br />
</li>
<li>kalendarze z kapłanami kowenu na rok 1973;<br />
</li>
<li>herbata ziołowa sprzedawana w papierowych torebkach;<br />
</li>
</ul>
<br />
</li>
<li>literatura:<ul class="mycode_list"><li>śpiewniki kowenu<br />
</li>
<li>modlitewniki kowenu;<br />
</li>
<li>książka kucharska ”Jesienne przekąski kapłanki Fantazji”;<br />
</li>
<li>książka kucharska ”Wielka księga przysmaków kapłanki Fantazji”;<br />
</li>
<li>kolorowanka dla dzieci ”50 miejsc kultu kowenu Whitecroft”;<br />
</li>
<li>książeczka ”szukam i znajduje” (znajdź arcykapłana Percivala na każdej z 50 plansz książki);<br />
</li>
</ul>
<br />
</li>
<li>koszulki oversize z nadrukami:<ul class="mycode_list"><li><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Matka mnie wspiera bardziej niż kawa</span><br />
</li>
<li><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">W imię Pani Księżyca</span><br />
</li>
<li><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Samhain '72: Mój <span style="text-decoration: line-through;" class="mycode_s">pierwszy</span> sabat</span><br />
</li>
<li><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Przeżyłem/Przeżyłam Beltane '72</span> (napis ewidentnie został wykonany odręcznie, osoby prowadzące stoisko nie widzą, skąd wziął się ten wariant koszulek)<br />
</li>
</ul>
<br />
</li>
<li>rozgadane kapłanki wciskają niektórym klientom darmowe broszury:<ul class="mycode_list"><li><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">”Jak wejść w Yule z sercem pełnym światła?”</span> (zestaw 10 modlitw oraz 10 cytatów przygotowujących do wejścia w nastrój zimowych obchodów)<br />
</li>
<li><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">”Walpurgisnacht, czyli jak Niemcy obchodzą Beltane”</span> (felieton napisany przez siostrę zakonną o podobieństwach i różnicach między oboma świętami, data wydania wskazuje na luty 1972 roku)<br />
</li>
</ul>
</li>
</ul></div></div></div></div></div></div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<h1>—31/10/1972—<br />
<span style="font-size: 10pt;" class="mycode_size">Miejsce obchodów Samhain, Dolina Godryka (około godziny 13/14)</span><br />
<span style="font-size: 8pt;" class="mycode_size">Sebastian Macmillan &amp; Geraldine Greengrass-Yaxley, Benjy Fenwick</span></h1><br />
<br />
<div class="divek"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Błogosławiona jesteś, Pani, która rodzisz światło w oceanie ciemności, a ścieżki naszych dni splatasz jak nici w pradawnym krośnie. Do Ciebie wznosimy swe prośby, bo Twoja dłoń prowadzi nas przez mgliste doliny cieni</span>, modlił się Sebastian, poruszając bezgłośnie wargami, szukając w znajomym rytmie modlitwy ukojenia przed nękającymi go troskami. W innych okolicznościach zapewne już dawno by się ze wszystkim uwinął i poszedł odwiedzić sąsiednich wystawców zanim obchody zaczną się na dobre wraz z nadejściem wieczoru.<br />
<br />
Teraz nie w głowie mu było buszowanie po innych straganach. Nawet gdyby miał do tego teraz głowę, to doprowadzenie do porządku stoiska, którym miał się zająć wraz z towarzyszącymi mu kapłankami, okazało się dużym wyzwaniem. Budka… nie zachwycała. Gołe deski, brak obrusów, mała lada… Cały ten obrazek ratowało tylko względnie rozsądnie zamontowane zadaszenie oraz towar rozłożony na praktycznie każdej wolnej powierzchni. Nawet pod tym względem było tu nieco ubogo; większość asortymentu powędrowała na obchody w Little Hangleton.<br />
<br />
Z drugiej strony, może to i lepiej? Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że ta noc nie miała skończyć się dobrze. Z początku wydawało mu się, że po prostu trafiają do niego wyjątkowo niefortunne plotki, jednak… Informacje na temat pochodu na Polanę Ognisk dostał aż z trzech różnych źródeł. Atreus Bulstrode. Ambrosia McKinnon. I tajemniczy anonim. Jak kuriozalne było to, że najbardziej przekonała go właśnie nieoznakowana wiadomość? I to na tyle, aby posłać ostrzeżenie do Geraldine Yaxley? <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Greengrass-Yaxley</span>, poprawił się bez większego pomyślunku, poprawiając poły czarnej szaty z wyszytymi miedziano-pomarańczowymi zdobieniami. <br />
<br />
Musiał uznać to za fakt: grupa wiernych faktycznie zamierzała przedrzeć się dziś na Polanę Ognisk, nie bacząc na ochronę wysłaną tutaj przez Ministerstwo Magii, jak i na wszelkiego rodzaju niebezpieczeństwa czające się w cieniu drzew Kniei Godryka. Zwłaszcza w cieniu jednego konkretnego drzewa. Odwrócony dąb. Tak, to też był spory problem… Może nawet większy niż mu się wydawało? Zespół badawczy wprawdzie wysłuchał jego sugestii, aby poświęcić drzewo i pozbyć się go raz na zawsze, jednak… Wątpił w to, aby go posłuchano. Ich ambicja, a może wręcz arogancja była po prostu zbyt duża.<br />
<br />
I to chyba najbardziej go niepokoiło: jeśli zdecydowano się na nieścinanie drzewa, to zapewne wciąż bezcześciło Polanę Ognisk swoją obecnością. Oznaczało to też, że tłum mógłby zetrzeć się też z samym dębem i broniącego go oddziałem Ministerstwa Magii. Sebastian zacisnął pięści na samą myśl. Życzenie sobie tego, aby zbuntowanym wiernym udała się ta wycieczka było czymś irracjonalnym, a jednak… Nie mógł wyzbyć się przeświadczenia, że ich gniew mógłby spopielić to przeklęte drzewo. Wystarczyłoby jedno zaklęcie. Iskra. Zbłąkany płomień, który Matka skierowałaby w odpowiednie miejsce. Siła wiary jej wyznawców zwróciłaby w jej posiadanie miejsce kultu odebrane jej przez Śmierciożerców.<br />
<br />
Macmillan przymknął oczy i wziął kilka głębokich oddechów. Wyjął z pudła zestaw książek autorstwa siostry Fantazji i zaczął rozkładać ja na głównej ladzie; wcześniej wystawili jedynie kilka sztuk, jednak te zostały bardzo szybko wykupione przez pierwszych gości sabatów. Głównie tych starszych, którzy buszowali wśród wciąż rozstawianych stoisk i nie mieli wystarczająco wigoru, aby bawić się w Święto Duchów do późnych godzin nocnych, a mimo to chcieli wziąć udział nawet w tak wczesnym etapie uroczystości. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Rozsądni ludzie</span>, pomyślał Sebastian, starając się wykrzesać z siebie chociaż minimalny uśmiech z którym mógłby witać gości sabatu.</div>
<br />
<div class="divek">
<div class="ooc"><div class="ooc-wrapper"><center><span class="ooc-toggle">Odkryj wiadomość pozafabularną</span></center><div class="ooc-content">
<div class="ramka">
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Asortyment stoiska:</span><br />
<div class="suwaczek" style="height:20em;"><ul class="mycode_list"><li>różności:<ul class="mycode_list"><li>zakładki do książek z kolorowymi frędzlami z widoczkami:<ul class="mycode_list"><li>głównej siedziby kowenu w Londynie;<br />
</li>
<li>festynu na Ulicy Pokątnej (Lammas '72);<br />
</li>
</ul>
</li>
<li>zakładki do książek z kolorowymi frędzlami z ruchomym wizerunkiem Matki;<br />
</li>
<li>kalendarze z kapłanami kowenu na rok 1973;<br />
</li>
<li>herbata ziołowa sprzedawana w papierowych torebkach;<br />
</li>
</ul>
<br />
</li>
<li>literatura:<ul class="mycode_list"><li>śpiewniki kowenu<br />
</li>
<li>modlitewniki kowenu;<br />
</li>
<li>książka kucharska ”Jesienne przekąski kapłanki Fantazji”;<br />
</li>
<li>książka kucharska ”Wielka księga przysmaków kapłanki Fantazji”;<br />
</li>
<li>kolorowanka dla dzieci ”50 miejsc kultu kowenu Whitecroft”;<br />
</li>
<li>książeczka ”szukam i znajduje” (znajdź arcykapłana Percivala na każdej z 50 plansz książki);<br />
</li>
</ul>
<br />
</li>
<li>koszulki oversize z nadrukami:<ul class="mycode_list"><li><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Matka mnie wspiera bardziej niż kawa</span><br />
</li>
<li><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">W imię Pani Księżyca</span><br />
</li>
<li><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Samhain '72: Mój <span style="text-decoration: line-through;" class="mycode_s">pierwszy</span> sabat</span><br />
</li>
<li><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Przeżyłem/Przeżyłam Beltane '72</span> (napis ewidentnie został wykonany odręcznie, osoby prowadzące stoisko nie widzą, skąd wziął się ten wariant koszulek)<br />
</li>
</ul>
<br />
</li>
<li>rozgadane kapłanki wciskają niektórym klientom darmowe broszury:<ul class="mycode_list"><li><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">”Jak wejść w Yule z sercem pełnym światła?”</span> (zestaw 10 modlitw oraz 10 cytatów przygotowujących do wejścia w nastrój zimowych obchodów)<br />
</li>
<li><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">”Walpurgisnacht, czyli jak Niemcy obchodzą Beltane”</span> (felieton napisany przez siostrę zakonną o podobieństwach i różnicach między oboma świętami, data wydania wskazuje na luty 1972 roku)<br />
</li>
</ul>
</li>
</ul></div></div></div></div></div></div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[jesień 1972, przed rozróbą na Samhain] Zupa z trupa]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6439</link>
			<pubDate>Sat, 26 Sep 2026 23:51:15 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=523">Helloise Rowle</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6439</guid>
			<description><![CDATA[[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=EUp4m27.png[/inny avek]<div id="dataa" class="mycode_b">Narada taktyczna rodzeństwa Rowle przed Samhain</div>
<br />
List Lazarusa przypomniał jej dotkliwie, że jakaś część niej wciąż była małą, ślepą złośnicą gotową rozgromić wszystko na swojej drodze. Helloise przed Samhain na każdym kroku szarpała z trudem okiełznywana gwałtowność. Również najstarszemu bratu udało się ją rozjątrzyć. Bezczelna próba przekupienia jej, machanie jej przed nosem zbiorami Ministerstwa jak marchewką… <br />
Zmięła papier w rękach.<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Pójdę tam, Lazarusie. I nie tylko ja, bo wiedz, że zabiję przy okazji twojego brata</span>, chciała nabazgrać w pierwszej chwili jadowitą odpowiedź. Było to coś, co jako nastolatka wykrzyczałaby mu w twarz z dziką, szaleńczą furią. Czy dopiekłaby Lazarusowi wyprowadzeniem Garetha na śmierć? Z pewnością nie więcej niż sobie samej.<br />
Za późno było na jego układy. Nie potrzebowała jego łaski. Nie potrzebowała, żeby jej rzucał nagrodę pocieszenia. Niech trzyma łapy na swoich próbkach. Ona będzie miała własne.<br />
Chodziło za Helloise, aby swoim oburzeniem podzielić się Garethem, lecz i z tego zrezygnowała. Nie mogła go stracić, skoro już się dał wciągnąć w jej szaleństwo. Gdyby mu powiedziała, o czym rozmawiała z Lazarusem… co jeśli Gary wziąłby stronę najstarszego z nich? Ach, byłby do tego zdolny. Absolutnie, rzecz należało przed Garethem zataić.<br />
Każdy dalszy krok mógł więc zaszkodzić jej planom. List Lazarusa czarownica wyrzuciła na stos wszystkich innych korespondentów <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">zatroskanych</span> i zapomniała o nim.<br />
<br />
Krótko przed tym, jak zjawił się w chacie Gareth, aby mogli razem ruszyć ku wejściu na Polanę Ognisk, Helloise <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">wypiła eliksir wielosokowy</span>. Brat zastał ją przemienioną już, pochyloną z obrzydzeniem nad miską potrawki z elfów.<br />
Dwie porcje tej potrawki zamówiła na wynos dwa dni wcześniej w restauracji u Lizzy. <span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">Czekając w lokalu, aż dania będą gotowe, czarownica wyszła do toalety. Wiedziała, że coś tam będzie. Przyszła do Lizzy dość późno. Nie do wyobrażenia, że tak ruchliwego dnia jak niedziela żadna z klientek restauracji nie menstruowała. <br />
Gdy wiedźma zamknęła się w łazience, odkryła, że nie musi nawet sięgać do kosza przy muszli sedesowej. Długi, jasny włos jak zaproszenie zwisał przyklejony do umywalki. <br />
Pani Swott, do której należy, to czarownica półkrwi, pracownica Sowiego Urzędu Pocztowego. Mieszka w Londynie, ale przepada za kuchnią Lizzy i przynajmniej raz w miesiącu jada z mężem obiad w jej restauracji. Była tam również tego dnia i przed lustrem nad rzeczoną umywalką poprawiała fryzurę.</span><br />
O tym, kto jest właścicielką włosa, Helloise pojęcia nie miała. Nękały ją myśli, że zrządzenie losu pchnęło ją w ciało mugolackie, lecz prawdopodobieństwo przemawiało przeciwko temu. Musiała wierzyć, że bogowie nad nią czuwali.<br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Obrzydliwe</span> — powitała Garetha, wskazując mu drugą miskę odgrzanej elfiej potrawki. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Zjedz albo wylej. Nie chcę nigdy więcej zanurzać łyżki w niczym podobnym.</span><br />
Potrawka była, wbrew jej opinii, bardzo przyjemna w smaku; Lizzy ceniono w okolicy jako restauratorkę. To Helloise nie przepadała za mięsem i od pływających w sosie części ciał elfów dostawała nudności. Nie lubiła jednak, gdy śmierć istot szła na marne. Skoro już zostały zabite, niechże to, co w ich zwłokach wartościowego, pokrzepi jej organizm.<br />
Kobieta podsunęła Garethowi również jego porcję czystego eliksiru wielosokowego. Przez chwilę żuła w milczeniu elfie nóżki, walcząc z zaciskającym się gardłem, po czym odłożyła łyżkę, wytarła usta w rękaw sukni i zaczęła mówić:<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Longbottomowie</span> — wycedziła z jadowitą niechęcią — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">mieli dawno runy ochronne i znają rytuały. Brenna Longbottom sama mi się tym pochwaliła… że je mają. I nie dała mi nic. Trzyma te runy dla siebie.</span> — Helloise zaśmiała się gorzko. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Ministerstwo zawsze na straży zwykłych ludzi, prawda? Ach, niech trzymają swoje sekrety. Przyniósł mi je… mój <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">śmierciożerczy duch opiekuńczy</span>. Opowiem ci wszystko, lecz nie chcę mówić dwa razy, a czekamy na kogoś jeszcze. Do pewnego mojego starego znajomego dotarły wieści o tym planowanym <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">zamachu</span>. Zaoferował… swoją obecność.</span><br />
Oświadczyła to zimno i obojętnie. Czy to zza zmienionej twarzy tak niecodziennie zimno brzmiała Helloise, czy to maskowała pod chłodem stres przed sabatem, czy inną słabość chciała ukryć przed Garethem — tego mógł się tylko domyślać.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=EUp4m27.png[/inny avek]<div id="dataa" class="mycode_b">Narada taktyczna rodzeństwa Rowle przed Samhain</div>
<br />
List Lazarusa przypomniał jej dotkliwie, że jakaś część niej wciąż była małą, ślepą złośnicą gotową rozgromić wszystko na swojej drodze. Helloise przed Samhain na każdym kroku szarpała z trudem okiełznywana gwałtowność. Również najstarszemu bratu udało się ją rozjątrzyć. Bezczelna próba przekupienia jej, machanie jej przed nosem zbiorami Ministerstwa jak marchewką… <br />
Zmięła papier w rękach.<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Pójdę tam, Lazarusie. I nie tylko ja, bo wiedz, że zabiję przy okazji twojego brata</span>, chciała nabazgrać w pierwszej chwili jadowitą odpowiedź. Było to coś, co jako nastolatka wykrzyczałaby mu w twarz z dziką, szaleńczą furią. Czy dopiekłaby Lazarusowi wyprowadzeniem Garetha na śmierć? Z pewnością nie więcej niż sobie samej.<br />
Za późno było na jego układy. Nie potrzebowała jego łaski. Nie potrzebowała, żeby jej rzucał nagrodę pocieszenia. Niech trzyma łapy na swoich próbkach. Ona będzie miała własne.<br />
Chodziło za Helloise, aby swoim oburzeniem podzielić się Garethem, lecz i z tego zrezygnowała. Nie mogła go stracić, skoro już się dał wciągnąć w jej szaleństwo. Gdyby mu powiedziała, o czym rozmawiała z Lazarusem… co jeśli Gary wziąłby stronę najstarszego z nich? Ach, byłby do tego zdolny. Absolutnie, rzecz należało przed Garethem zataić.<br />
Każdy dalszy krok mógł więc zaszkodzić jej planom. List Lazarusa czarownica wyrzuciła na stos wszystkich innych korespondentów <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">zatroskanych</span> i zapomniała o nim.<br />
<br />
Krótko przed tym, jak zjawił się w chacie Gareth, aby mogli razem ruszyć ku wejściu na Polanę Ognisk, Helloise <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">wypiła eliksir wielosokowy</span>. Brat zastał ją przemienioną już, pochyloną z obrzydzeniem nad miską potrawki z elfów.<br />
Dwie porcje tej potrawki zamówiła na wynos dwa dni wcześniej w restauracji u Lizzy. <span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">Czekając w lokalu, aż dania będą gotowe, czarownica wyszła do toalety. Wiedziała, że coś tam będzie. Przyszła do Lizzy dość późno. Nie do wyobrażenia, że tak ruchliwego dnia jak niedziela żadna z klientek restauracji nie menstruowała. <br />
Gdy wiedźma zamknęła się w łazience, odkryła, że nie musi nawet sięgać do kosza przy muszli sedesowej. Długi, jasny włos jak zaproszenie zwisał przyklejony do umywalki. <br />
Pani Swott, do której należy, to czarownica półkrwi, pracownica Sowiego Urzędu Pocztowego. Mieszka w Londynie, ale przepada za kuchnią Lizzy i przynajmniej raz w miesiącu jada z mężem obiad w jej restauracji. Była tam również tego dnia i przed lustrem nad rzeczoną umywalką poprawiała fryzurę.</span><br />
O tym, kto jest właścicielką włosa, Helloise pojęcia nie miała. Nękały ją myśli, że zrządzenie losu pchnęło ją w ciało mugolackie, lecz prawdopodobieństwo przemawiało przeciwko temu. Musiała wierzyć, że bogowie nad nią czuwali.<br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Obrzydliwe</span> — powitała Garetha, wskazując mu drugą miskę odgrzanej elfiej potrawki. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Zjedz albo wylej. Nie chcę nigdy więcej zanurzać łyżki w niczym podobnym.</span><br />
Potrawka była, wbrew jej opinii, bardzo przyjemna w smaku; Lizzy ceniono w okolicy jako restauratorkę. To Helloise nie przepadała za mięsem i od pływających w sosie części ciał elfów dostawała nudności. Nie lubiła jednak, gdy śmierć istot szła na marne. Skoro już zostały zabite, niechże to, co w ich zwłokach wartościowego, pokrzepi jej organizm.<br />
Kobieta podsunęła Garethowi również jego porcję czystego eliksiru wielosokowego. Przez chwilę żuła w milczeniu elfie nóżki, walcząc z zaciskającym się gardłem, po czym odłożyła łyżkę, wytarła usta w rękaw sukni i zaczęła mówić:<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Longbottomowie</span> — wycedziła z jadowitą niechęcią — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">mieli dawno runy ochronne i znają rytuały. Brenna Longbottom sama mi się tym pochwaliła… że je mają. I nie dała mi nic. Trzyma te runy dla siebie.</span> — Helloise zaśmiała się gorzko. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Ministerstwo zawsze na straży zwykłych ludzi, prawda? Ach, niech trzymają swoje sekrety. Przyniósł mi je… mój <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">śmierciożerczy duch opiekuńczy</span>. Opowiem ci wszystko, lecz nie chcę mówić dwa razy, a czekamy na kogoś jeszcze. Do pewnego mojego starego znajomego dotarły wieści o tym planowanym <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">zamachu</span>. Zaoferował… swoją obecność.</span><br />
Oświadczyła to zimno i obojętnie. Czy to zza zmienionej twarzy tak niecodziennie zimno brzmiała Helloise, czy to maskowała pod chłodem stres przed sabatem, czy inną słabość chciała ukryć przed Garethem — tego mógł się tylko domyślać.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[Jesień 72, 26-27.10 dom Bletchley'ów | Urd i upierdliwy duch] Are you talking to me?]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6471</link>
			<pubDate>Thu, 24 Sep 2026 21:26:18 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=598">Urd Nordgersim</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6471</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b"> 26.10<br />
…mam nadzieję, że wystarczy</div>
<br />
Tak na prawdę Urd Nordgersim nienawidziła pracy na etacie i nienawidziła ustalonych godzin pracy i nienawidziła rutyny. <br />
<br />
Po prostu się źle w tym czuła i nie chodziło o to, że drażnił ją widok Sebastiana na błoniach. Jeszcze jej nie drażnił, właściwie bardzo go lubiła, zapomniała już jaki potrafił być drętwy i znerwicowany, to zawsze było zabawne obserwować go przy pracy, gdy nagle zmieniał się w lwa retoryki transcendentalnej i przekonywał dusze do zamieszania w ciasnym pudełku.<br />
<br />
Dzisiaj podpytała go o kilka technik na upierdliwe dusze - nie wchodząc w detale, bo przecież nie chciała by zgarnął jej zlecenie sprzed nosa. <br />
<br />
Gdy dotarła do domu Bletchleyów, pani domu od progu powitała ją z kartonikiem <a href="https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5213&amp;pid=83646#pid83646" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">pełnym świeczek</a>. To było bardzo miłe. To było szalenie miłe, coś czuła że zaprzyjaźni się z kobietą, która robi tak dobre egzorcystyczne świeczki.<br />
<br />
Takie znajomości były dużo warte. A zdążyła jojczeć Sebastianowi, że nie zna żadnego dobrego rzemieśłnika w Anglii. Cóż. Nie chciała aby ukradł jej zlecenie. Opowie mu o tym wszystkim po sabacie. Albo po tym jak zabierze ją na Polanę Ognisk, żeby w ramach randki z Ceolsige mogła obejrzeć ichni Ydgrassill. <br />
<br />
To musi być piękny dąb. Doskonała abominacja. <br />
<br />
Była przekonana, że Burke doceniłaby taką randkę. <br />
<br />
Zamiast jednak rozmyślać o bladolicej paserce, zawiązała włosy w elegancki kucyk i weszła do domu. Jej krąg wciąż tam był, choć nieco porozsypywany, a runy zatarte. Urd skupiła się i tego dnia przyjęła inną taktykę. Brutalna siła, zamiast kojącej pieśni. Gniew morza i próba przekrzyczenia ducha i zmuszenia go do posłuszeństwa. Świeca płonęła cudnym blaskiem, gdy dom wypełnił wrzask nie jednej a dwóch osób.<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Charyzma  ◉◉◉◉○, Egzorcyzmy III, zajebiste świeczki i gniew kobiety jako broń ostateczna</span><br />
<br />
[roll=PO]<br />
<br />
Szamotanina... nie wyszłą na dobre. Ledwie wczoraj była o krok od sukcesu. Dzisiaj? Dusza miotnęła nią o ścianę, a wargi zwilżyły siękrwią. Otarła ją wierzchem dłoni uśmiechając się paskudnie, nawet przy takiej ładnej buzi. <br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– No dobrze cwaniaku. Jutro widzimy się znowu...</span>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b"> 26.10<br />
…mam nadzieję, że wystarczy</div>
<br />
Tak na prawdę Urd Nordgersim nienawidziła pracy na etacie i nienawidziła ustalonych godzin pracy i nienawidziła rutyny. <br />
<br />
Po prostu się źle w tym czuła i nie chodziło o to, że drażnił ją widok Sebastiana na błoniach. Jeszcze jej nie drażnił, właściwie bardzo go lubiła, zapomniała już jaki potrafił być drętwy i znerwicowany, to zawsze było zabawne obserwować go przy pracy, gdy nagle zmieniał się w lwa retoryki transcendentalnej i przekonywał dusze do zamieszania w ciasnym pudełku.<br />
<br />
Dzisiaj podpytała go o kilka technik na upierdliwe dusze - nie wchodząc w detale, bo przecież nie chciała by zgarnął jej zlecenie sprzed nosa. <br />
<br />
Gdy dotarła do domu Bletchleyów, pani domu od progu powitała ją z kartonikiem <a href="https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5213&amp;pid=83646#pid83646" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">pełnym świeczek</a>. To było bardzo miłe. To było szalenie miłe, coś czuła że zaprzyjaźni się z kobietą, która robi tak dobre egzorcystyczne świeczki.<br />
<br />
Takie znajomości były dużo warte. A zdążyła jojczeć Sebastianowi, że nie zna żadnego dobrego rzemieśłnika w Anglii. Cóż. Nie chciała aby ukradł jej zlecenie. Opowie mu o tym wszystkim po sabacie. Albo po tym jak zabierze ją na Polanę Ognisk, żeby w ramach randki z Ceolsige mogła obejrzeć ichni Ydgrassill. <br />
<br />
To musi być piękny dąb. Doskonała abominacja. <br />
<br />
Była przekonana, że Burke doceniłaby taką randkę. <br />
<br />
Zamiast jednak rozmyślać o bladolicej paserce, zawiązała włosy w elegancki kucyk i weszła do domu. Jej krąg wciąż tam był, choć nieco porozsypywany, a runy zatarte. Urd skupiła się i tego dnia przyjęła inną taktykę. Brutalna siła, zamiast kojącej pieśni. Gniew morza i próba przekrzyczenia ducha i zmuszenia go do posłuszeństwa. Świeca płonęła cudnym blaskiem, gdy dom wypełnił wrzask nie jednej a dwóch osób.<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Charyzma  ◉◉◉◉○, Egzorcyzmy III, zajebiste świeczki i gniew kobiety jako broń ostateczna</span><br />
<br />
[roll=PO]<br />
<br />
Szamotanina... nie wyszłą na dobre. Ledwie wczoraj była o krok od sukcesu. Dzisiaj? Dusza miotnęła nią o ścianę, a wargi zwilżyły siękrwią. Otarła ją wierzchem dłoni uśmiechając się paskudnie, nawet przy takiej ładnej buzi. <br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– No dobrze cwaniaku. Jutro widzimy się znowu...</span>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[30/10/72] W brudnym ciele brudna krew]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6443</link>
			<pubDate>Sat, 19 Sep 2026 00:22:06 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=523">Helloise Rowle</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6443</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">Ukradkowe przenosiny golema<br />
<span style="font-size: small;" class="mycode_size">Helloise &amp; Seisyll</span></div>
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Sądziłam, że będzie większa, a to taka kruszyna.</span><br />
Z jakiegoś powodu wydawało jej się, że wrogowie Voldemorta powinni być jego rozmiarów. To zaś, co stało przed nimi, było mniejsze od Helloise. A była to pełnej skali czarna figura kobiety z gliny i ziemi, umieszczona na drewnianym podeście w niewymyślnej pozie — tak o, na prosto. Szeroko otwartymi oczyma bez tęczówek i źrenic wpatrywała się w Rowle’ów.<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nie masz pojęcia, jak bardzo walczyłam ze sobą, żeby jej nie dodać kształtu.</span> — Helloise dłońmi opłynęła wymownie biodra rzeźby, wyobrażając krągłości, których tu nie było. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">I co o niej sądzisz?</span> — Stanęła obok figury, spoglądając na brata w oczekiwaniu na werdykt. Prezentowała mu to obrzydliwe dzieło, jak zaprezentowałaby jakąkolwiek inną pracę. Jeszcze przed jego przyjściem walczyła z ostatnimi niedoskonałościami na twarzy swojej muzy, dbając o wyciągnięcie maksimum podobieństwa. Nie było łatwo przenieść twarz z dwuwymiarowego zdjęcia na trójwymiarowy posąg. <br />
Stworzona tak figura mogła przedstawiać niewielką kobietę, lecz nawet niewielkiej kobiety nie sposób było wziąć pod pachę i bez wzbudzania podejrzeń wynieść na torfowisko w biały dzień. Mrok nocy wydawał się oczywistym wyborem, lecz i ciemności mogły okazać się niewystarczającą zasłoną. Wystarczy, że ktoś dostrzeże dziwaczny pochód z daleka, zainteresuje się, zbliży… <br />
Torfowiska słynęły z mgieł. Tej nocy mgły musiały towarzyszyć im już od wyjścia z chaty.<br />
Czarownica wykruszyła z dłoni błoto, które opadło na podłogę jej sypialni — to w sypialni bowiem urodził się golem. Tu był skryty przed wzrokiem klientów odwiedzających chatę Helloise w związku z przygotowaniami sabatowymi. Trudno było przez to zrobić krok w głąb pokoju, aby ziemia nie zgrzytnęła pod podeszwami butów; pod ścianami zaś stały wiadra po czarnej papie, która posłużyła za materiał do stworzenia. Ostatnich kilka dni wiedźma przespała w sypialni przepełnionej aromatem świeżo rozkopanego grobu.<br />
<br />
<span style="font-size: x-small;" class="mycode_size"><a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=622" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Seisyll Rowle</a></span>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">Ukradkowe przenosiny golema<br />
<span style="font-size: small;" class="mycode_size">Helloise &amp; Seisyll</span></div>
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Sądziłam, że będzie większa, a to taka kruszyna.</span><br />
Z jakiegoś powodu wydawało jej się, że wrogowie Voldemorta powinni być jego rozmiarów. To zaś, co stało przed nimi, było mniejsze od Helloise. A była to pełnej skali czarna figura kobiety z gliny i ziemi, umieszczona na drewnianym podeście w niewymyślnej pozie — tak o, na prosto. Szeroko otwartymi oczyma bez tęczówek i źrenic wpatrywała się w Rowle’ów.<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nie masz pojęcia, jak bardzo walczyłam ze sobą, żeby jej nie dodać kształtu.</span> — Helloise dłońmi opłynęła wymownie biodra rzeźby, wyobrażając krągłości, których tu nie było. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">I co o niej sądzisz?</span> — Stanęła obok figury, spoglądając na brata w oczekiwaniu na werdykt. Prezentowała mu to obrzydliwe dzieło, jak zaprezentowałaby jakąkolwiek inną pracę. Jeszcze przed jego przyjściem walczyła z ostatnimi niedoskonałościami na twarzy swojej muzy, dbając o wyciągnięcie maksimum podobieństwa. Nie było łatwo przenieść twarz z dwuwymiarowego zdjęcia na trójwymiarowy posąg. <br />
Stworzona tak figura mogła przedstawiać niewielką kobietę, lecz nawet niewielkiej kobiety nie sposób było wziąć pod pachę i bez wzbudzania podejrzeń wynieść na torfowisko w biały dzień. Mrok nocy wydawał się oczywistym wyborem, lecz i ciemności mogły okazać się niewystarczającą zasłoną. Wystarczy, że ktoś dostrzeże dziwaczny pochód z daleka, zainteresuje się, zbliży… <br />
Torfowiska słynęły z mgieł. Tej nocy mgły musiały towarzyszyć im już od wyjścia z chaty.<br />
Czarownica wykruszyła z dłoni błoto, które opadło na podłogę jej sypialni — to w sypialni bowiem urodził się golem. Tu był skryty przed wzrokiem klientów odwiedzających chatę Helloise w związku z przygotowaniami sabatowymi. Trudno było przez to zrobić krok w głąb pokoju, aby ziemia nie zgrzytnęła pod podeszwami butów; pod ścianami zaś stały wiadra po czarnej papie, która posłużyła za materiał do stworzenia. Ostatnich kilka dni wiedźma przespała w sypialni przepełnionej aromatem świeżo rozkopanego grobu.<br />
<br />
<span style="font-size: x-small;" class="mycode_size"><a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=622" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Seisyll Rowle</a></span>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[24/10/1972] For gourd’s sake | Benjy, Nora]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6434</link>
			<pubDate>Wed, 16 Sep 2026 23:55:16 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=544">Benjy Fenwick</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6434</guid>
			<description><![CDATA[<div class="mod"><span class="modtitle">adnotacja moderatora</span><div class="modopis">Rozliczono - Nora Figg - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic II</span></div></div>
<br />
Do Doliny Godryka dotarłem późnym popołudniem, kiedy słońce wisiało już nisko nad dachami domów w miasteczku, nad polami zawisła chłodna mgiełka, gdzieś dalej skrzeczały wrony, a z budynków stojących przy drodze zaczynały sączyć się pierwsze światła - było chłodno, ale nie wietrznie, po prostu dokładnie tak, jak można się było tego spodziewać po nadchodzącym jesiennym wieczorze - ziemia była wilgotna po wcześniejszym deszczu, pod moimi butami uginały się mokre liście i żółkniejące źdźbła traw. Przyszedłem na spotkanie z Norą, żeby pomóc jej przy zbiorach z poletka należącego do jej babci, co być może nie było zwyczajowym zleceniem, jakie przyjąłbym tuż po powrocie do ojczyzny, lecz teraz właściwie nie widziałem w tym szczególnego problemu, bo do roboty fizycznej nadawałem się znacznie lepiej niż do większości rzeczy wymagających cierpliwego siedzenia w jednym miejscu. Nigdy mi nie brakowało mi siły fizycznej, więc wizja przenoszenia kilku skrzynek czy taszczenia dyni z pola nie budziła we mnie żadnego lęku, chociaż podejrzewałem, że „kilka” mogło mieć w przypadku panny Figg znaczenie czysto symboliczne.<br />
Pola dyniowe znajdowały się dalej niż moje miejsce teleportacji, za niskim drewnianym ogrodzeniem, już z daleka widziałem, że jesienne warzywa wyrosły na całkiem dorodne okazy, przynajmniej jak na to, co stało się w związku z pożarami, bo w porównaniu do normalnego roku zapewne było ich dużo mniej. Ostatecznie wyglądało to jednak lepiej, niż mógłbym zakładać, chociaż daleko mi było do eksperta od warzyw. Znałem za to ten rodzaj pracy - najpierw człowiek mówił, że pójdzie szybko, potem podnosił pierwszą dynię, pół godziny później odkrywał, że zebrał już kilkadziesiąt kilogramów i nadal nie widział końca - nie przeszkadzało mi to szczególnie, bo lubiłem rzeczy, przy których rezultat był widoczny od razu, a poza tym mogłem się przynajmniej na coś przydać. Miałem krzepę, nie dało się tego nie zauważyć po tym, w jaki sposób wyglądałem, co przez większość życia okazywało się przydatne w sytuacjach znacznie mniej przyjemnych niż zbieranie warzyw, więc jeśli Nora potrzebowała kogoś do targania ciężarów, mogła liczyć na mnie bez większego zawahania. Sprawie polegał również fakt, iż chciałem przekonać się, jakim pechowcem naprawdę potrafiła być, przez co od jakiegoś czasu widywałem ją już w wieku różnych okolicznościach - poletko dyniowe było zwyczajnie kolejną lokalizacją, ponadto całkiem interesującą, jak na moje gusta, bo na pewno klimatyczną. <br />
Im bliżej byłem właściwego miejsca spotkania, chyba właściwego, tym więcej dyń widziałem pomiędzy liśćmi, niektóre z nich wyglądały natomiast tak, że przez moment zastanawiałem się, czy przypadkiem nie będziemy potrzebowali do ich przeniesienia nie tyle zwykłych mięśni lub ludzkiej siły wspomaganej magią, co olbrzymiego wózka, zastępu ludzi i odpowiedniego zabezpieczenia przeciwko próbom stoczenia się uciekinierów ze wzgórza. W końcu dostrzegłem Norę pomiędzy rzędami, więc wyciągnąłem jedną rękę z kieszeni i pomachałem jej z daleka, kierując się prosto w jej stronę. <br />
-<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> No dobla.</span> - Rzuciłem, kiedy znalazłem się dostatecznie blisko i spojrzałem na rozciągające się przed nami pole. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Pokasz mi, s czym dzisiaj walczymy.</span> - Podszedłem bliżej, zerkając po drodze na największą dynię, jaka wpadła mi w oko.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div class="mod"><span class="modtitle">adnotacja moderatora</span><div class="modopis">Rozliczono - Nora Figg - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic II</span></div></div>
<br />
Do Doliny Godryka dotarłem późnym popołudniem, kiedy słońce wisiało już nisko nad dachami domów w miasteczku, nad polami zawisła chłodna mgiełka, gdzieś dalej skrzeczały wrony, a z budynków stojących przy drodze zaczynały sączyć się pierwsze światła - było chłodno, ale nie wietrznie, po prostu dokładnie tak, jak można się było tego spodziewać po nadchodzącym jesiennym wieczorze - ziemia była wilgotna po wcześniejszym deszczu, pod moimi butami uginały się mokre liście i żółkniejące źdźbła traw. Przyszedłem na spotkanie z Norą, żeby pomóc jej przy zbiorach z poletka należącego do jej babci, co być może nie było zwyczajowym zleceniem, jakie przyjąłbym tuż po powrocie do ojczyzny, lecz teraz właściwie nie widziałem w tym szczególnego problemu, bo do roboty fizycznej nadawałem się znacznie lepiej niż do większości rzeczy wymagających cierpliwego siedzenia w jednym miejscu. Nigdy mi nie brakowało mi siły fizycznej, więc wizja przenoszenia kilku skrzynek czy taszczenia dyni z pola nie budziła we mnie żadnego lęku, chociaż podejrzewałem, że „kilka” mogło mieć w przypadku panny Figg znaczenie czysto symboliczne.<br />
Pola dyniowe znajdowały się dalej niż moje miejsce teleportacji, za niskim drewnianym ogrodzeniem, już z daleka widziałem, że jesienne warzywa wyrosły na całkiem dorodne okazy, przynajmniej jak na to, co stało się w związku z pożarami, bo w porównaniu do normalnego roku zapewne było ich dużo mniej. Ostatecznie wyglądało to jednak lepiej, niż mógłbym zakładać, chociaż daleko mi było do eksperta od warzyw. Znałem za to ten rodzaj pracy - najpierw człowiek mówił, że pójdzie szybko, potem podnosił pierwszą dynię, pół godziny później odkrywał, że zebrał już kilkadziesiąt kilogramów i nadal nie widział końca - nie przeszkadzało mi to szczególnie, bo lubiłem rzeczy, przy których rezultat był widoczny od razu, a poza tym mogłem się przynajmniej na coś przydać. Miałem krzepę, nie dało się tego nie zauważyć po tym, w jaki sposób wyglądałem, co przez większość życia okazywało się przydatne w sytuacjach znacznie mniej przyjemnych niż zbieranie warzyw, więc jeśli Nora potrzebowała kogoś do targania ciężarów, mogła liczyć na mnie bez większego zawahania. Sprawie polegał również fakt, iż chciałem przekonać się, jakim pechowcem naprawdę potrafiła być, przez co od jakiegoś czasu widywałem ją już w wieku różnych okolicznościach - poletko dyniowe było zwyczajnie kolejną lokalizacją, ponadto całkiem interesującą, jak na moje gusta, bo na pewno klimatyczną. <br />
Im bliżej byłem właściwego miejsca spotkania, chyba właściwego, tym więcej dyń widziałem pomiędzy liśćmi, niektóre z nich wyglądały natomiast tak, że przez moment zastanawiałem się, czy przypadkiem nie będziemy potrzebowali do ich przeniesienia nie tyle zwykłych mięśni lub ludzkiej siły wspomaganej magią, co olbrzymiego wózka, zastępu ludzi i odpowiedniego zabezpieczenia przeciwko próbom stoczenia się uciekinierów ze wzgórza. W końcu dostrzegłem Norę pomiędzy rzędami, więc wyciągnąłem jedną rękę z kieszeni i pomachałem jej z daleka, kierując się prosto w jej stronę. <br />
-<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> No dobla.</span> - Rzuciłem, kiedy znalazłem się dostatecznie blisko i spojrzałem na rozciągające się przed nami pole. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Pokasz mi, s czym dzisiaj walczymy.</span> - Podszedłem bliżej, zerkając po drodze na największą dynię, jaka wpadła mi w oko.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[24.10.72] Samhainowe BHP | Heather & Hestia]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6428</link>
			<pubDate>Wed, 16 Sep 2026 02:02:49 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=525">Hestia Bletchley</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6428</guid>
			<description><![CDATA[Dolina Godryka wcale nie wyglądala tak, jakby szykowała się na nadchodzącą katastrofę. Tak naprawdę to okolica wciąż wyglądała tak, jakby ostatnio dopiero co przeszedł przez nią jedna tragedia. Co było przecież prawdą. Spalona Noc miała miejsce miesiąc temu. Dolina Godryka powoli się odbudowywała i odzyskiwała zasłużony spokój. A jednak teraz, gdy szły wraz Heather przy skraju lasu z polecenia służbowego, młoda Bletchley nie mogła przestać myśleć o tym, że już za kilka dni może zrobić się tutaj naprawdę niebezpiecznie. Ktoś chciał wejść na Polanę Ognisk. Ktoś chciał tak bardzo ryzykować dla własnego <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">widzimisię</span>, co mogło się skończyć nieprzyjemnie dla wielu osób. Naprawdę nie rozumiała, jak w ogóle mogli istnieć tacy ludzie.<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Sama nie wiem</span> – mruknęła pod nosem, kiedy na chwilę przystanęły, aby przegadać kwestię środków bezpieczeństwa. Hestia wyjęła podręczny kołonotatnik i otworzyła go na wolnej stronie, gotowa zapisywać pomysły. – <span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">Na pewno przyda się tu taśma, nawet jeśli niewiele da to i tak lepiej, aby była. No i magimedyk…</span> – Napisała to na kartce, po czym zmarszczyła brwi i szybko coś dopisała. – <span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">Albo raczej dużo magimedyków. Trzeba ustawić namiot uzdrowicielski na tyle daleko od Kniei, aby nikt przypadkiem w niego nie trafił zaklęciem, ale na tyle blisko, by można było szybkl przetransportować rannych.</span> <br />
Zerknęła z pewnym niepokojem na rozciągający się przed nimi las i westchnęła cicho. Najchętniej po prostu przemówiłaby tym ludziom do rozsądku. Tylko, że niestety nie była na tyle naiwna, aby myśleć że to w czymkolwiek pomoże. <br />
— <span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">No dobra słuchaj… To może zabrzmieć głupio, ale… A gdyby spróbować zaostrzyć kary za wchodzenie do lasu i na Polanę? Zwiększyć mandaty, tak aby były naprawdę mocno dotkliwe, a potem porozwieszać wszędzie plakaty informujące o tym? Skoro niektórych nie interesuje, że wchodząc do lasu ryzykują życiem, to może chociaż przemówi do nich wizja zapłacenia za taką głupotę wysokością… Przeciętnej wypłaty? Może to by ostudziło entuzjazm. Nawet jeśli tylko kilka osób przez to zawróci, to w tym wypadku im mniej ludzi, tym lepiej.</span></span><br />
Wciąż, samymi karami i taśmami nie zdziałają za wiele. <br />
– <span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Poza zwykłymi patrolami potrzebujemy też brygadzistów i aurorów ubranych po cywilnemu, którzy wmieszają się w tłum. Najlepiej, aby mieli też zmienione twarze, tak aby nikt ich nie rozpoznał. W ten sposób zwiększymy szanse, że komuś uda się coś podsłuchać o tym szalonym planie.</span></span> – Przydałyby się też jakieś magiczne zabezpieczenia. — <span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Ministerstwo może też spróbować załatwić specjalistów od magii zauroczenia, którzy staliby w pobliżu Kniei i podczas zamieszek sprobowaliby szybko spacyfikować osoby próbujące wejść na polanę. Najlepiej też, aby byli ubrani po cywilnemu. Nie mówię, aby atakowali ich w jakiś paskudny sposób, ale gdyby udało im się rzucić na nich iluzję… To już na pewno by pomogło w powstrzymaniu zamieszania. Możemy też rozstawić kamienie, lub znaleźć kamienie przy brzegu lasu i wyryć na nich runy, które utrudniłyby przedostanie się do Kniei?</span></span>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Dolina Godryka wcale nie wyglądala tak, jakby szykowała się na nadchodzącą katastrofę. Tak naprawdę to okolica wciąż wyglądała tak, jakby ostatnio dopiero co przeszedł przez nią jedna tragedia. Co było przecież prawdą. Spalona Noc miała miejsce miesiąc temu. Dolina Godryka powoli się odbudowywała i odzyskiwała zasłużony spokój. A jednak teraz, gdy szły wraz Heather przy skraju lasu z polecenia służbowego, młoda Bletchley nie mogła przestać myśleć o tym, że już za kilka dni może zrobić się tutaj naprawdę niebezpiecznie. Ktoś chciał wejść na Polanę Ognisk. Ktoś chciał tak bardzo ryzykować dla własnego <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">widzimisię</span>, co mogło się skończyć nieprzyjemnie dla wielu osób. Naprawdę nie rozumiała, jak w ogóle mogli istnieć tacy ludzie.<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Sama nie wiem</span> – mruknęła pod nosem, kiedy na chwilę przystanęły, aby przegadać kwestię środków bezpieczeństwa. Hestia wyjęła podręczny kołonotatnik i otworzyła go na wolnej stronie, gotowa zapisywać pomysły. – <span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">Na pewno przyda się tu taśma, nawet jeśli niewiele da to i tak lepiej, aby była. No i magimedyk…</span> – Napisała to na kartce, po czym zmarszczyła brwi i szybko coś dopisała. – <span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">Albo raczej dużo magimedyków. Trzeba ustawić namiot uzdrowicielski na tyle daleko od Kniei, aby nikt przypadkiem w niego nie trafił zaklęciem, ale na tyle blisko, by można było szybkl przetransportować rannych.</span> <br />
Zerknęła z pewnym niepokojem na rozciągający się przed nimi las i westchnęła cicho. Najchętniej po prostu przemówiłaby tym ludziom do rozsądku. Tylko, że niestety nie była na tyle naiwna, aby myśleć że to w czymkolwiek pomoże. <br />
— <span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">No dobra słuchaj… To może zabrzmieć głupio, ale… A gdyby spróbować zaostrzyć kary za wchodzenie do lasu i na Polanę? Zwiększyć mandaty, tak aby były naprawdę mocno dotkliwe, a potem porozwieszać wszędzie plakaty informujące o tym? Skoro niektórych nie interesuje, że wchodząc do lasu ryzykują życiem, to może chociaż przemówi do nich wizja zapłacenia za taką głupotę wysokością… Przeciętnej wypłaty? Może to by ostudziło entuzjazm. Nawet jeśli tylko kilka osób przez to zawróci, to w tym wypadku im mniej ludzi, tym lepiej.</span></span><br />
Wciąż, samymi karami i taśmami nie zdziałają za wiele. <br />
– <span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Poza zwykłymi patrolami potrzebujemy też brygadzistów i aurorów ubranych po cywilnemu, którzy wmieszają się w tłum. Najlepiej, aby mieli też zmienione twarze, tak aby nikt ich nie rozpoznał. W ten sposób zwiększymy szanse, że komuś uda się coś podsłuchać o tym szalonym planie.</span></span> – Przydałyby się też jakieś magiczne zabezpieczenia. — <span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Ministerstwo może też spróbować załatwić specjalistów od magii zauroczenia, którzy staliby w pobliżu Kniei i podczas zamieszek sprobowaliby szybko spacyfikować osoby próbujące wejść na polanę. Najlepiej też, aby byli ubrani po cywilnemu. Nie mówię, aby atakowali ich w jakiś paskudny sposób, ale gdyby udało im się rzucić na nich iluzję… To już na pewno by pomogło w powstrzymaniu zamieszania. Możemy też rozstawić kamienie, lub znaleźć kamienie przy brzegu lasu i wyryć na nich runy, które utrudniłyby przedostanie się do Kniei?</span></span>]]></content:encoded>
		</item>
	</channel>
</rss>