<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0" xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">
	<channel>
		<title><![CDATA[Secrets of London - Dolina Godryka]]></title>
		<link>https://secretsoflondon.pl/</link>
		<description><![CDATA[Secrets of London - https://secretsoflondon.pl]]></description>
		<pubDate>Fri, 17 Apr 2026 14:10:50 +0000</pubDate>
		<generator>MyBB</generator>
		<item>
			<title><![CDATA[[08/10/72] Sir Mulciber znaku, jaki dama rycerzowi daje, nie nosił]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5904</link>
			<pubDate>Sun, 29 Mar 2026 00:30:09 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=523">Helloise Rowle</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5904</guid>
			<description><![CDATA[<h1>Krótka odprawa przed wyprawą na widma</h1><br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Las mówi ze sobą w ziemi</span> — rozległ się za uchem Alexandra szeleszczący szept. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">W ziemi grzyby noszą między drzewa wieści. O chorobie. O suszy. O niebezpieczeństwie. Z jednego końca lasu na drugi. Ostrzegają się. I czasem myślę…</span> — Helloise zawiesiła głos. O podłogę uderzyła krótko podeszwa jej buta. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Stuk.</span> — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">I czasem myślę, jak daleko sięgają.</span> — I myślała tak, gdy wcześniej ryła palcami w spulchnionej glebie za domem. Gdy wyszarpała ziejącą ranę w tkankach ziemi i jej grudach, żeby dostać się do żyłek, do tych grzybni, które przenosiły wieści z lasu. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">I myślałam, czy opowiedzą mi tu…?</span> — Czarne dłonie zsunęły się na ramiona Alexandra skryte pod cienkim materiałem białej koszuli. Ziemia na dłoniach była wciąż wilgotna. Poczerniałe ręce zostawiły na ubraniu ciemne plamy tam, gdzie Helloise zacisnęła na mężczyźnie kurczowo palce. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Przynieś mi dziś coś stamtąd. Cokolwiek.</span><br />
Wróżbitę usadziła na krześle pośrodku chaty. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Chatka zawsze jest zwrócona drzwiami, bo drzwi jest dwoje. Drzwi dla ludzi oraz drzwi dla lasu.</span><br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Stuk.</span><br />
Czarownica stała za wróżbitą i opowiadała mu od dawna rozwlekłe historie ustami sinymi od wina gorzkiego trucizną, która miała wkrótce złożyć Helloise do snu — snu krótkiego i głębokiego. Jej ręce spoczywające na Alexandrze uderzały nozdrza eteryczną wonią petrichoru. <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Teraz wszystko, co przychodzi, musi zatrzymać się w chacie. </span><br />
Drzwi dla ludzi były za nimi zamknięte. Tylko jednymi mógł stąd dziś wyjść.<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Stuk.</span><br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Znajdź drogę do lasu. Przynieś mi.</span><br />
Opowiadała tak wróżbicie, a on siedział zwrócony na drogę, a droga z chaty do lasu była prosta. Czarna szata Mulcibera powiewała tam na krzywej sztachecie płotu — czekała, aż on skryje pod nią splamioną biel koszuli. Obok zaś czuwała para strzyżyków zaglądająca do ciemnego wnętrza chaty, gdzie czarodzieje trwali zaszyci w cienistym gąszczu magicznych roślin.<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Idziesz z Longbottomem.</span> — Helloise oparła podbródek na ramieniu Alexandra, aby niby jego oczami patrzeć na drogę przed nimi. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Była u mnie Longbottom. Brenna. I mówiła… mówiła…</span> — Wiedźma cedziła słowa powoli, z wyraźną niechęcią. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Mówiła, że są rytuały, które chronią. Są runy, które chronią. Lecz Brenna Longbottom</span> — palce na ramionach wróżbity rozluźniły się na moment, nim znów go chwyciły w żelazne szpony — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">och, Brenna Longbottom nie zna run, więc nie umie mi ich pokazać</span> — wypluła w końcu jak prześmiewczą obelgę. Nie wierzyła jej. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Brenna Longbottom nie zna rytuałów. Ta kłamczucha</span> — syknęła ostrym, tłumionym gniewem — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">ta kłamczucha nic mi nie da. Ale może Morpheus Longbottom zna runy i rytuały.</span><br />
Zaczynało jej się kręcić w głowie. Czarownica westchnęła ciężko przejęta nagłą falą zmęczenia. Puściła Alexandra, żeby wesprzeć się rękoma o oparcie krzesła. Spróbowała się wyprostować, ale ściągnęło ją w dół. Oparła czoło o tył głowy czarodzieja, zamknęła na chwilę oczy, niemal poddając się wymuszonej eliksirem senności. Czarna ziemia na palcach zasychała w burą skorupę, kruszyła się pod paznokciami.<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Będę szła za tobą</span> — wymamrotała wyzbyta z wcześniejszej zaciętości Helloise, łaskocząc oddechem kark Mulcibera. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">A gdy już dalej nie będę mogła iść, będą z tobą inne duchy. Takie same jak ja.</span>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<h1>Krótka odprawa przed wyprawą na widma</h1><br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Las mówi ze sobą w ziemi</span> — rozległ się za uchem Alexandra szeleszczący szept. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">W ziemi grzyby noszą między drzewa wieści. O chorobie. O suszy. O niebezpieczeństwie. Z jednego końca lasu na drugi. Ostrzegają się. I czasem myślę…</span> — Helloise zawiesiła głos. O podłogę uderzyła krótko podeszwa jej buta. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Stuk.</span> — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">I czasem myślę, jak daleko sięgają.</span> — I myślała tak, gdy wcześniej ryła palcami w spulchnionej glebie za domem. Gdy wyszarpała ziejącą ranę w tkankach ziemi i jej grudach, żeby dostać się do żyłek, do tych grzybni, które przenosiły wieści z lasu. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">I myślałam, czy opowiedzą mi tu…?</span> — Czarne dłonie zsunęły się na ramiona Alexandra skryte pod cienkim materiałem białej koszuli. Ziemia na dłoniach była wciąż wilgotna. Poczerniałe ręce zostawiły na ubraniu ciemne plamy tam, gdzie Helloise zacisnęła na mężczyźnie kurczowo palce. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Przynieś mi dziś coś stamtąd. Cokolwiek.</span><br />
Wróżbitę usadziła na krześle pośrodku chaty. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Chatka zawsze jest zwrócona drzwiami, bo drzwi jest dwoje. Drzwi dla ludzi oraz drzwi dla lasu.</span><br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Stuk.</span><br />
Czarownica stała za wróżbitą i opowiadała mu od dawna rozwlekłe historie ustami sinymi od wina gorzkiego trucizną, która miała wkrótce złożyć Helloise do snu — snu krótkiego i głębokiego. Jej ręce spoczywające na Alexandrze uderzały nozdrza eteryczną wonią petrichoru. <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Teraz wszystko, co przychodzi, musi zatrzymać się w chacie. </span><br />
Drzwi dla ludzi były za nimi zamknięte. Tylko jednymi mógł stąd dziś wyjść.<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Stuk.</span><br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Znajdź drogę do lasu. Przynieś mi.</span><br />
Opowiadała tak wróżbicie, a on siedział zwrócony na drogę, a droga z chaty do lasu była prosta. Czarna szata Mulcibera powiewała tam na krzywej sztachecie płotu — czekała, aż on skryje pod nią splamioną biel koszuli. Obok zaś czuwała para strzyżyków zaglądająca do ciemnego wnętrza chaty, gdzie czarodzieje trwali zaszyci w cienistym gąszczu magicznych roślin.<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Idziesz z Longbottomem.</span> — Helloise oparła podbródek na ramieniu Alexandra, aby niby jego oczami patrzeć na drogę przed nimi. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Była u mnie Longbottom. Brenna. I mówiła… mówiła…</span> — Wiedźma cedziła słowa powoli, z wyraźną niechęcią. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Mówiła, że są rytuały, które chronią. Są runy, które chronią. Lecz Brenna Longbottom</span> — palce na ramionach wróżbity rozluźniły się na moment, nim znów go chwyciły w żelazne szpony — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">och, Brenna Longbottom nie zna run, więc nie umie mi ich pokazać</span> — wypluła w końcu jak prześmiewczą obelgę. Nie wierzyła jej. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Brenna Longbottom nie zna rytuałów. Ta kłamczucha</span> — syknęła ostrym, tłumionym gniewem — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">ta kłamczucha nic mi nie da. Ale może Morpheus Longbottom zna runy i rytuały.</span><br />
Zaczynało jej się kręcić w głowie. Czarownica westchnęła ciężko przejęta nagłą falą zmęczenia. Puściła Alexandra, żeby wesprzeć się rękoma o oparcie krzesła. Spróbowała się wyprostować, ale ściągnęło ją w dół. Oparła czoło o tył głowy czarodzieja, zamknęła na chwilę oczy, niemal poddając się wymuszonej eliksirem senności. Czarna ziemia na palcach zasychała w burą skorupę, kruszyła się pod paznokciami.<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Będę szła za tobą</span> — wymamrotała wyzbyta z wcześniejszej zaciętości Helloise, łaskocząc oddechem kark Mulcibera. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">A gdy już dalej nie będę mogła iść, będą z tobą inne duchy. Takie same jak ja.</span>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[16.10.1972, ruiny domu] You should know where I'm coming from]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5880</link>
			<pubDate>Fri, 20 Mar 2026 18:54:00 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=177">Victoria Lestrange</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5880</guid>
			<description><![CDATA[<p>Widok nie był dla Victorii ani odrobinę łatwiejszy. </p>
<p>Widziała to już kilka razy – najpierw, gdy wybrała się tutaj z Primrose, tuż po Spalonej Nocy, by oszacować szkody na spokojnie, by pomóc siostrze uporać się z tym widokiem, który zastała, gdy dom płonął na jej oczach, a ona nie mogła na to nic poradzić. Później, gdy zabierała stąd jedyne nadające się do wyniesienia rzeczy, czyli książki, które zabezpieczyła ich matka, albo któraś z sióstr, bo tajemnice Parkinsonów pozwoliły im sprawić, że ich księgi nie płonęły. Następnie ponownie odwiedziła ruiny domu przed uroczystą kolacją na Mabon, czując jakąś taką nostalgię za miejscem ze wspomnień, i wtedy odkryła, że ktoś się tutaj kręcił, że coś majstrował… Za każdym jednak razem nie bolało to ani trochę mniej. </p>
<p>Teraz już co prawda smród w większości zniknął, wywiał go wiatr i deszcz, który w ostatnich dniach pojawiał się na niebie znacznie częściej. Nie było więc już smrodu, czymkolwiek ten był: odorem dymu, pyłu i spalenizny czy czarnej magii – było go wtedy tak dużo, że nie potrafiła tego określić. Z niegdyś pięknej, dużej rezydencji i urokliwego ogrodu zostały tylko resztki ścian i zawalony szkielet budynku, do którego dało się co prawda wejść i gdy wiedziało się, gdzie znajdowało się jakieś pomieszczenie, to nawet zorientować <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">gdzie</span> się było, tylko po co? Ale piętro już nie istniało – w większości zawalone, schody całkowicie spopielone. </p>
<p>Stali teraz na jednej z nielicznych rzeczy, które się zachowały: na kamiennej dróżce, która prowadziła od resztek bramy i płotu do kilku schodków przy drzwiach wejściowych (których też już nie było rzecz jasna). Wokół były placki wypalonej ziemi i roślin, które musiały tam kiedyś rosnąć, nie było tu nawet źdźbła trawy. </p>
<p>Chwilę trwało nim Victoria puściła Christophera; wiedziała przecież dokładnie czego się spodziewać, a mimo wszystko nie była na to ani trochę gotowa, niezależnie od tego, ile razy tutaj bywała (a starała się nie bywać zbyt często). W końcu w jakimś takim odruchu poprawiła na ramionach płaszcz, którym się okryła, choć nie dawał jej ani odrobiny ciepła, a teraz nawet lekko zadrżała, po czym na krótko zacisnęła jedną z dłoni w pięść, nim po chwili ją rozprostowała i głośno westchnęła. </p>
<p> <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Witam cię w rezydencji rodziny Lestrange –</span> mruknęła i w końcu się rozejrzała. Było tu… raczej tak, jak to zapamiętała. Ziemia w wielu miejscach zdawała się być ruszona, zwłaszcza tuż obok tych kilku schodów, które prowadziły do wejścia i się ostały – ale to już widziała i wiedziała, co tam jest. Martwy kogut. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Jak mówiłam… nie ma stąd co wynosić.</span> </p>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Widok nie był dla Victorii ani odrobinę łatwiejszy. </p>
<p>Widziała to już kilka razy – najpierw, gdy wybrała się tutaj z Primrose, tuż po Spalonej Nocy, by oszacować szkody na spokojnie, by pomóc siostrze uporać się z tym widokiem, który zastała, gdy dom płonął na jej oczach, a ona nie mogła na to nic poradzić. Później, gdy zabierała stąd jedyne nadające się do wyniesienia rzeczy, czyli książki, które zabezpieczyła ich matka, albo któraś z sióstr, bo tajemnice Parkinsonów pozwoliły im sprawić, że ich księgi nie płonęły. Następnie ponownie odwiedziła ruiny domu przed uroczystą kolacją na Mabon, czując jakąś taką nostalgię za miejscem ze wspomnień, i wtedy odkryła, że ktoś się tutaj kręcił, że coś majstrował… Za każdym jednak razem nie bolało to ani trochę mniej. </p>
<p>Teraz już co prawda smród w większości zniknął, wywiał go wiatr i deszcz, który w ostatnich dniach pojawiał się na niebie znacznie częściej. Nie było więc już smrodu, czymkolwiek ten był: odorem dymu, pyłu i spalenizny czy czarnej magii – było go wtedy tak dużo, że nie potrafiła tego określić. Z niegdyś pięknej, dużej rezydencji i urokliwego ogrodu zostały tylko resztki ścian i zawalony szkielet budynku, do którego dało się co prawda wejść i gdy wiedziało się, gdzie znajdowało się jakieś pomieszczenie, to nawet zorientować <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">gdzie</span> się było, tylko po co? Ale piętro już nie istniało – w większości zawalone, schody całkowicie spopielone. </p>
<p>Stali teraz na jednej z nielicznych rzeczy, które się zachowały: na kamiennej dróżce, która prowadziła od resztek bramy i płotu do kilku schodków przy drzwiach wejściowych (których też już nie było rzecz jasna). Wokół były placki wypalonej ziemi i roślin, które musiały tam kiedyś rosnąć, nie było tu nawet źdźbła trawy. </p>
<p>Chwilę trwało nim Victoria puściła Christophera; wiedziała przecież dokładnie czego się spodziewać, a mimo wszystko nie była na to ani trochę gotowa, niezależnie od tego, ile razy tutaj bywała (a starała się nie bywać zbyt często). W końcu w jakimś takim odruchu poprawiła na ramionach płaszcz, którym się okryła, choć nie dawał jej ani odrobiny ciepła, a teraz nawet lekko zadrżała, po czym na krótko zacisnęła jedną z dłoni w pięść, nim po chwili ją rozprostowała i głośno westchnęła. </p>
<p> <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Witam cię w rezydencji rodziny Lestrange –</span> mruknęła i w końcu się rozejrzała. Było tu… raczej tak, jak to zapamiętała. Ziemia w wielu miejscach zdawała się być ruszona, zwłaszcza tuż obok tych kilku schodów, które prowadziły do wejścia i się ostały – ale to już widziała i wiedziała, co tam jest. Martwy kogut. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Jak mówiłam… nie ma stąd co wynosić.</span> </p>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[01.10.72] Wyszłam do ciebie, Helloise]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5774</link>
			<pubDate>Sat, 21 Feb 2026 20:21:46 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=24">Brenna Longbottom</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5774</guid>
			<description><![CDATA[Dom Helloise nie leżał jeszcze na zakazanych terenach, ale dało się stąd dostrzec Knieję i to już wystarczyło, aby Brenna tuż po pojawieniu przez długą chwilę trzymała dłoń zaciśniętą na różdżce, i czekała na najdrobniejszą oznakę, że robi się ciemniej, zimniej, straszniej. <br />
Aportowała się w pobliżu chwilę po powrocie ze Stawu, gdzie zdążyła zostawić wiadomość odnośnie znaczenia dziwnej „pamiątki”, która znalazła się przy ich domu. I kolejnej, porzuconej w ruinach posiadłości Lestrangów. Bo nie mogła być pewna, co stanie się dalej, a lata wojny nauczyły ją pewnej zapobiegliwości… i jednocześnie nie wystarczająco dużej ostrożności, aby ostatecznie się tutaj nie pojawiła. Szukając odpowiedzi na parę dręczących ją pytań.<br />
Czy to było ostrzeżenie?<br />
Kpina?<br />
Groźba?<br />
Zapowiedź?<br />
„Prezent”, jaki lubili czasem zostawiać śmierciożercy, podobny głowie podrzuconej na biurko Harper Moody? Jedynie kaprys miejscowej zielarki, tak chętnie uważanej za szaloną, panny z dobrego domu, która z tegoż domu umknęła, najpierw – o czym Brenna nie wiedziała, wtedy trochę za młoda, by zwracać uwagę na plotki – do rudery na Nokturnie, a potem na skraj lasu?<br />
Nie wyszła do niej tamtego wieczora, nie odpowiedziała na skrzypienie w murach, przegapione, gdy oni sprzątali po mabonowej kolacji, i gdy potem znikła z ruin Warowni, nieświadoma, że pozostawiono im tutaj taką pamiątkę. Pojawiła się jednak teraz, gdy niebo zatraciło już barwę błękitu i na jej ustach zamajaczył jedynie uśmiech, gdy nie znalazła wiedźmy z Kniei na miejscu. Wiedziona impulsem, nad którego powodami nie zastanawiała się długo, ułożyła przyniesione ze sobą rzeczy w stertę, może nie identyczną, ale łudząco podobną do tej, która znajdowała się jakiś czas temu przy murach podpalonej posiadłości. <br />
A potem przemieniła się w wilka, by poczekać w pobliżu, przycupnięta gdzieś wśród pożółkłych roślin.<br />
Trochę by zapach zaalarmował ją o pojawieniu właścicielki wcześniej niż mogłyby to zrobić oczy.<br />
Trochę, bo była chyba ciekawa, czy Helloise w jakikolwiek sposób zareaguje na ten dziwny „ołtarzyk” w pobliżu jej domu, czy minie go bez słowa, zanim wiedźma sama ujrzy ją.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Dom Helloise nie leżał jeszcze na zakazanych terenach, ale dało się stąd dostrzec Knieję i to już wystarczyło, aby Brenna tuż po pojawieniu przez długą chwilę trzymała dłoń zaciśniętą na różdżce, i czekała na najdrobniejszą oznakę, że robi się ciemniej, zimniej, straszniej. <br />
Aportowała się w pobliżu chwilę po powrocie ze Stawu, gdzie zdążyła zostawić wiadomość odnośnie znaczenia dziwnej „pamiątki”, która znalazła się przy ich domu. I kolejnej, porzuconej w ruinach posiadłości Lestrangów. Bo nie mogła być pewna, co stanie się dalej, a lata wojny nauczyły ją pewnej zapobiegliwości… i jednocześnie nie wystarczająco dużej ostrożności, aby ostatecznie się tutaj nie pojawiła. Szukając odpowiedzi na parę dręczących ją pytań.<br />
Czy to było ostrzeżenie?<br />
Kpina?<br />
Groźba?<br />
Zapowiedź?<br />
„Prezent”, jaki lubili czasem zostawiać śmierciożercy, podobny głowie podrzuconej na biurko Harper Moody? Jedynie kaprys miejscowej zielarki, tak chętnie uważanej za szaloną, panny z dobrego domu, która z tegoż domu umknęła, najpierw – o czym Brenna nie wiedziała, wtedy trochę za młoda, by zwracać uwagę na plotki – do rudery na Nokturnie, a potem na skraj lasu?<br />
Nie wyszła do niej tamtego wieczora, nie odpowiedziała na skrzypienie w murach, przegapione, gdy oni sprzątali po mabonowej kolacji, i gdy potem znikła z ruin Warowni, nieświadoma, że pozostawiono im tutaj taką pamiątkę. Pojawiła się jednak teraz, gdy niebo zatraciło już barwę błękitu i na jej ustach zamajaczył jedynie uśmiech, gdy nie znalazła wiedźmy z Kniei na miejscu. Wiedziona impulsem, nad którego powodami nie zastanawiała się długo, ułożyła przyniesione ze sobą rzeczy w stertę, może nie identyczną, ale łudząco podobną do tej, która znajdowała się jakiś czas temu przy murach podpalonej posiadłości. <br />
A potem przemieniła się w wilka, by poczekać w pobliżu, przycupnięta gdzieś wśród pożółkłych roślin.<br />
Trochę by zapach zaalarmował ją o pojawieniu właścicielki wcześniej niż mogłyby to zrobić oczy.<br />
Trochę, bo była chyba ciekawa, czy Helloise w jakikolwiek sposób zareaguje na ten dziwny „ołtarzyk” w pobliżu jej domu, czy minie go bez słowa, zanim wiedźma sama ujrzy ją.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[Jesień 1972, 15.09 Dolina Godryka | Samuel] Stół z powyłamywanymi nogami]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5677</link>
			<pubDate>Sat, 31 Jan 2026 19:53:16 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=412">Samuel McGonagall</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5677</guid>
			<description><![CDATA[Praca nad stołem to nie była rzecz łatwa, ale nie zamierzał odpuszczać, skoro Brenna go poprosiła. Nie to, żeby w ogóle potrafił odmówić komuś w potrzebie, ale Bee miała specjalne miejsce w jego sercu, a skoro prosiła go o stół... to chciał ten stół wykonać.<br />
<br />
Bogate rzeźbienia. To było coś co znalazło się w prośbie. Stół, przez duże S zapewne. Na palcach miał już odciski, niekoniecznie od dłut używanych do mebla, ale tak w ogóle. Od miesiąca jego dnie i lwią część wieczorów wypełniała robota. I tak miało być. Tak było dobrze. Tak łatwiej było nie pamiętać o wszystkim co poszło z dymem podczas Spalonej Nocy. <br />
<br />
Plany. <br />
<br />
Marzenia.<br />
<br />
Mrzonki.<br />
<br />
Jedna z nóg była zakończona. Liście i ptaki pomiędzy nimi. To było trudne. Detal. Precyzyjne żłobienia. Mniej precyzyjne niż różdżki wciąż...<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Rzemiosło ◉◉◉○○ na nogę jak wyszła</span><br />
<br />
[roll=Z]<br />
<br />
Było źle. Jedno nieostrożne pchnięcie i już drozd stracił swój dziób. Liście zdawały się kanciaste. <br />
<br />
Zirytowany cisnął kawałkiem drewna o ścianę prowizorycznego warsztatu. Przymknął powieki czując jak oczy palą go żywym ogniem. Ile był na nogach? Skostniałe palce nie chciały go słuchać. Mięśnie bolały domagając się odpoczynku.<br />
<br />
Podniósł się, a w raz z tym wióry opadły na ziemię spod której coraz mniej widać było podłogę.<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Wystarczy</span> – mruknął niechętnie, nie oglądając się na porzuconą nogę. Wiedział już, że gdy wróci, to kawałek trafi do kominka. <br />
<br />
Teraz jednak, zamiast tego wyszedł na zewnątrz i pozwolił podmuchowi zimnego październikowego uderzyć w zarośniętą twarz. Odetchnął głęboko wiatrem znad przeklętej Kniei i zadarł głowę ku górze. Gwieździste niebo. Tak normalne. Tak piękne. Tak spokojne wobec wszystkich tragedii, które działy się tutaj na ziemi. <br />
<br />
Uśmiechnął się smutno, zastanawiając się czy jego córeczka już śpi, czy może wygląda przez okno i też ogląda gwiazdy, wypatrując tej najjaśniejszej. Samemu też zaczął błądzić wzrokiem szukając blasku gwiazdy przewodniczki na dzisiejszy dzień. Na dzisiejszy sen? <br />
<br />
Sen był złym pomysłem czuł to. Pożar wypalił się w jego pamięci. Zapach spalenizny. Krzyki ludzi. Posmak herbaty parzonej ręką Ollivandera. <br />
<br />
Odetchnął raz jeszcze, przeczesując przydługie włosy zmęczoną dłonią. Powinien wziąć ciepłą kąpiel w bali i położyć się spać. <br />
<br />
Powinien.<br />
<br />
Wrócił i ukształtował nieco większą kulę światła. Sięgnął po nowy bloczek drewna i zamyślił się. Może nie powinien myśleć, że robi to dla obcej kobiety. Może powinien myśleć, że robi to dla Mabel. Żeby była z niego dumna, przynajmniej ona. Ta myśl otuliła go jakoś i podniosła skrzydła. Jeszcze jedna próba...]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Praca nad stołem to nie była rzecz łatwa, ale nie zamierzał odpuszczać, skoro Brenna go poprosiła. Nie to, żeby w ogóle potrafił odmówić komuś w potrzebie, ale Bee miała specjalne miejsce w jego sercu, a skoro prosiła go o stół... to chciał ten stół wykonać.<br />
<br />
Bogate rzeźbienia. To było coś co znalazło się w prośbie. Stół, przez duże S zapewne. Na palcach miał już odciski, niekoniecznie od dłut używanych do mebla, ale tak w ogóle. Od miesiąca jego dnie i lwią część wieczorów wypełniała robota. I tak miało być. Tak było dobrze. Tak łatwiej było nie pamiętać o wszystkim co poszło z dymem podczas Spalonej Nocy. <br />
<br />
Plany. <br />
<br />
Marzenia.<br />
<br />
Mrzonki.<br />
<br />
Jedna z nóg była zakończona. Liście i ptaki pomiędzy nimi. To było trudne. Detal. Precyzyjne żłobienia. Mniej precyzyjne niż różdżki wciąż...<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Rzemiosło ◉◉◉○○ na nogę jak wyszła</span><br />
<br />
[roll=Z]<br />
<br />
Było źle. Jedno nieostrożne pchnięcie i już drozd stracił swój dziób. Liście zdawały się kanciaste. <br />
<br />
Zirytowany cisnął kawałkiem drewna o ścianę prowizorycznego warsztatu. Przymknął powieki czując jak oczy palą go żywym ogniem. Ile był na nogach? Skostniałe palce nie chciały go słuchać. Mięśnie bolały domagając się odpoczynku.<br />
<br />
Podniósł się, a w raz z tym wióry opadły na ziemię spod której coraz mniej widać było podłogę.<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Wystarczy</span> – mruknął niechętnie, nie oglądając się na porzuconą nogę. Wiedział już, że gdy wróci, to kawałek trafi do kominka. <br />
<br />
Teraz jednak, zamiast tego wyszedł na zewnątrz i pozwolił podmuchowi zimnego październikowego uderzyć w zarośniętą twarz. Odetchnął głęboko wiatrem znad przeklętej Kniei i zadarł głowę ku górze. Gwieździste niebo. Tak normalne. Tak piękne. Tak spokojne wobec wszystkich tragedii, które działy się tutaj na ziemi. <br />
<br />
Uśmiechnął się smutno, zastanawiając się czy jego córeczka już śpi, czy może wygląda przez okno i też ogląda gwiazdy, wypatrując tej najjaśniejszej. Samemu też zaczął błądzić wzrokiem szukając blasku gwiazdy przewodniczki na dzisiejszy dzień. Na dzisiejszy sen? <br />
<br />
Sen był złym pomysłem czuł to. Pożar wypalił się w jego pamięci. Zapach spalenizny. Krzyki ludzi. Posmak herbaty parzonej ręką Ollivandera. <br />
<br />
Odetchnął raz jeszcze, przeczesując przydługie włosy zmęczoną dłonią. Powinien wziąć ciepłą kąpiel w bali i położyć się spać. <br />
<br />
Powinien.<br />
<br />
Wrócił i ukształtował nieco większą kulę światła. Sięgnął po nowy bloczek drewna i zamyślił się. Może nie powinien myśleć, że robi to dla obcej kobiety. Może powinien myśleć, że robi to dla Mabel. Żeby była z niego dumna, przynajmniej ona. Ta myśl otuliła go jakoś i podniosła skrzydła. Jeszcze jedna próba...]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[26/09/72] O czym grzmi wasz Manifest?]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5669</link>
			<pubDate>Tue, 27 Jan 2026 21:53:20 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=523">Helloise Rowle</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5669</guid>
			<description><![CDATA[<h1>Bomba!</h1><br />
<br />
Tak się złożyło, że tego dnia Helloise przygotowała sernik różany w motywie Maida Vale. Dla smaku w spodzie kardamon, w masie biała czekolada i woda różana — jako że szkoda było wiedźmie wodę z czarnej róży wylać do ciasta, doprawiła je klasyczną wodą różaną. Płatki czarnej róży z Maida Vale znalazły się natomiast poukładane na serniku jako ozdoba, a pomiędzy nie czarownica wkomponowała również słodziutkie, białe kwiaty księżycowej rosy.<br />
Choć wyeksponowany na paterze kwiatowy sernik Maida Vale stanowił niewątpliwie najapetyczniejszą ozdobę kuchni, nie był jedynym, co tego dnia znajdowało się na blacie roboczym. Czarownica przygotowywała się do warzenia eliksirów, o które prosił Leviathan, aby nie zaskoczył jej następnego dnia brak żadnego składnika. Ze spiżarni wyjęty został zatem między innymi słoiczek proszku z brodawkolepu czy wybuchające muchomorki straszące intensywnymi kolorami kapeluszy. Nad ogniem na palenisku bulgotała aromatyczna zupa grzybowa na obiad, a w kociołku obok… coś zdecydowanie mniej zachęcającego, a gęstego i podejrzanego. Trudno byłoby nazwać kuchnię uporządkowaną, gdy tu i tam stały flakony i buteleczki fantazyjnych mazi, słoje z proszkami, ziołami czy zwierzęcymi kłami — lecz w kontraście do ostatniej wizyty Louvaina, miejsce zdawało się przytulniejsze. <br />
W kuchni było ciepło, płomienie trzaskały przyjemnie, czasem przez próg z sąsiedniego pomieszczenia dolatywała daleka woń uspokajającego kadzidełka, zza okna wpadało gdakanie krażących po podwórzu kurczaków. Helloise leżała przy ogniu rozłożona na poduchach oraz futrzanym dywanie w tym samym miejscu, gdzie jeszcze kilka tygodni wcześniej znajdowała się krwawa plama — zniknęła dzień po wizycie Lestrange’a. Tego popołudnia czarownica zabawiała się studiowaniem atlasu magicznych płazów. Wokół jej legowiska orbitowały luźne kartki z notatkami, a przy jej boku z pyskiem wtulonym w fałdy sukni drzemał oswojony lis wielkości średniego psa. Twarz miała zdrowszą, oczy — choć wciąż wyglądały na światy jakby zza mgły — nie były już aż tak zmęczone niewyspaniem i przeziębieniem. <br />
Helloise pozwoliła sobie zapomnieć Spaloną Noc, a i wrażenia po widmach, które widzieli tamtego dnia z Louvainem, zdążyły stracić na intensywności. Wszystkie te dobroczynne efekty czarownica przypisywała sabatowi Mabon — modlitwie i ofierze. Odzyskała dzięki pobożnemu spędzeniu świąt spokój ducha, wiara dodała jej nowych sił i nadziei. Mimo że data sabatu znaczyła datę równonocy jesiennej, a więc coraz szybciej umierającego dnia, czarownica czuła się raczej, jakby wyszła z ciemności, niż ku niej kroczyła. <br />
Wiedziała, że Zimny Śmierciożerca wróci kiedyś. Nie miała wątpliwości po tym, jak zostawił ją z buchorożcem oraz miksturą stworzoną tamtej nocy. Kiedykolwiek otwierała szafę, gdzie pomiędzy jej zbiorami czekały jego rzeczy, miewała krótkie momenty pokusy zabrania części surowca dla siebie. Przedmiot był rzadki, a Louvain nie miał w głowie miarki, aby mógł zauważyć zniknięcie niewielkiej porcji. Nie z lojalności do niego raz po raz rezygnowała z tego pomysłu. Ilość, którą mogłaby niepostrzeżenie ukraść, była niemal bezużyteczna, a okradanie Śmierciożercy mogłoby zostać pewnego dnia poczytane za okradanie Czarnego Pana. Gra niewarta świeczki. <br />
Czekały więc na Lestrange’a jego fiolki nienaruszone. Wraz z nimi zaś jego miotła i kurtka, po które wiedźma wróciła pewnego dnia w tamto miejsce pod Knieją. <br />
Samym Śmierciożercą nie interesowała się, nie wypatrywała go, nie wypytywała o niego. Raz tylko tuż po samej wizycie, wciąż wytrącona z równowagi, bliska była opowiedzenia wszystkiego Leviathanowi, lecz i z tego zrezygnowała. Gdy ochłonęła, odzyskała pewność siebie, a wspomnienie okrzepło, ani myślała więcej pozwalać temu wypłynąć. Lubiła wiedzieć — szczególnie gdy inni nie wiedzieli i mogła tą wiedzą manipulować wedle własnego uznania. Lepiej było przyczaić się i poczekać, jak sytuacja się rozwinie i czy nie nadarzy się okazja, aby to jakoś na swój tylko użytek wykorzystać wedle swojego tylko uznania. Levi zaś, jak to miał w zwyczaju, mógłby chcieć zaingerować w jej sprawy, krytykować plany, a przecież Helloise — w głębokim przeświadczeniu o własnym sprycie — potrafiła o interesy zadbać sama.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<h1>Bomba!</h1><br />
<br />
Tak się złożyło, że tego dnia Helloise przygotowała sernik różany w motywie Maida Vale. Dla smaku w spodzie kardamon, w masie biała czekolada i woda różana — jako że szkoda było wiedźmie wodę z czarnej róży wylać do ciasta, doprawiła je klasyczną wodą różaną. Płatki czarnej róży z Maida Vale znalazły się natomiast poukładane na serniku jako ozdoba, a pomiędzy nie czarownica wkomponowała również słodziutkie, białe kwiaty księżycowej rosy.<br />
Choć wyeksponowany na paterze kwiatowy sernik Maida Vale stanowił niewątpliwie najapetyczniejszą ozdobę kuchni, nie był jedynym, co tego dnia znajdowało się na blacie roboczym. Czarownica przygotowywała się do warzenia eliksirów, o które prosił Leviathan, aby nie zaskoczył jej następnego dnia brak żadnego składnika. Ze spiżarni wyjęty został zatem między innymi słoiczek proszku z brodawkolepu czy wybuchające muchomorki straszące intensywnymi kolorami kapeluszy. Nad ogniem na palenisku bulgotała aromatyczna zupa grzybowa na obiad, a w kociołku obok… coś zdecydowanie mniej zachęcającego, a gęstego i podejrzanego. Trudno byłoby nazwać kuchnię uporządkowaną, gdy tu i tam stały flakony i buteleczki fantazyjnych mazi, słoje z proszkami, ziołami czy zwierzęcymi kłami — lecz w kontraście do ostatniej wizyty Louvaina, miejsce zdawało się przytulniejsze. <br />
W kuchni było ciepło, płomienie trzaskały przyjemnie, czasem przez próg z sąsiedniego pomieszczenia dolatywała daleka woń uspokajającego kadzidełka, zza okna wpadało gdakanie krażących po podwórzu kurczaków. Helloise leżała przy ogniu rozłożona na poduchach oraz futrzanym dywanie w tym samym miejscu, gdzie jeszcze kilka tygodni wcześniej znajdowała się krwawa plama — zniknęła dzień po wizycie Lestrange’a. Tego popołudnia czarownica zabawiała się studiowaniem atlasu magicznych płazów. Wokół jej legowiska orbitowały luźne kartki z notatkami, a przy jej boku z pyskiem wtulonym w fałdy sukni drzemał oswojony lis wielkości średniego psa. Twarz miała zdrowszą, oczy — choć wciąż wyglądały na światy jakby zza mgły — nie były już aż tak zmęczone niewyspaniem i przeziębieniem. <br />
Helloise pozwoliła sobie zapomnieć Spaloną Noc, a i wrażenia po widmach, które widzieli tamtego dnia z Louvainem, zdążyły stracić na intensywności. Wszystkie te dobroczynne efekty czarownica przypisywała sabatowi Mabon — modlitwie i ofierze. Odzyskała dzięki pobożnemu spędzeniu świąt spokój ducha, wiara dodała jej nowych sił i nadziei. Mimo że data sabatu znaczyła datę równonocy jesiennej, a więc coraz szybciej umierającego dnia, czarownica czuła się raczej, jakby wyszła z ciemności, niż ku niej kroczyła. <br />
Wiedziała, że Zimny Śmierciożerca wróci kiedyś. Nie miała wątpliwości po tym, jak zostawił ją z buchorożcem oraz miksturą stworzoną tamtej nocy. Kiedykolwiek otwierała szafę, gdzie pomiędzy jej zbiorami czekały jego rzeczy, miewała krótkie momenty pokusy zabrania części surowca dla siebie. Przedmiot był rzadki, a Louvain nie miał w głowie miarki, aby mógł zauważyć zniknięcie niewielkiej porcji. Nie z lojalności do niego raz po raz rezygnowała z tego pomysłu. Ilość, którą mogłaby niepostrzeżenie ukraść, była niemal bezużyteczna, a okradanie Śmierciożercy mogłoby zostać pewnego dnia poczytane za okradanie Czarnego Pana. Gra niewarta świeczki. <br />
Czekały więc na Lestrange’a jego fiolki nienaruszone. Wraz z nimi zaś jego miotła i kurtka, po które wiedźma wróciła pewnego dnia w tamto miejsce pod Knieją. <br />
Samym Śmierciożercą nie interesowała się, nie wypatrywała go, nie wypytywała o niego. Raz tylko tuż po samej wizycie, wciąż wytrącona z równowagi, bliska była opowiedzenia wszystkiego Leviathanowi, lecz i z tego zrezygnowała. Gdy ochłonęła, odzyskała pewność siebie, a wspomnienie okrzepło, ani myślała więcej pozwalać temu wypłynąć. Lubiła wiedzieć — szczególnie gdy inni nie wiedzieli i mogła tą wiedzą manipulować wedle własnego uznania. Lepiej było przyczaić się i poczekać, jak sytuacja się rozwinie i czy nie nadarzy się okazja, aby to jakoś na swój tylko użytek wykorzystać wedle swojego tylko uznania. Levi zaś, jak to miał w zwyczaju, mógłby chcieć zaingerować w jej sprawy, krytykować plany, a przecież Helloise — w głębokim przeświadczeniu o własnym sprycie — potrafiła o interesy zadbać sama.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[20.08.1972] Wszak wiedza to potęga]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5595</link>
			<pubDate>Sat, 10 Jan 2026 00:39:40 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=316">Lorraine Malfoy</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5595</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">Chatka na kurzej nóżce w Dolinie Godryka</div>
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Helloise?</span><br />
<br />
Lorraine zastukała delikatnie w drzwi podleśnej chatki, zanim wprosiła się do środka. Chociaż normalnie zaczekałaby na zewnątrz, na drewnianej ławeczce, gdzie mogłaby zażyć kąpieli słonecznej, wystawiając twarz na promienie letniego słońca, dzisiaj było na dworze tak upalnie, że wolała skryć się w domowym zaciszu... Zwłaszcza, że zaklęcia, którymi posłużyła się, aby uchronić przed omdleniem bukiet kwiatów przyniesionych dla Helloise, nie były szczególnie trwałymi. Delikatnie oparła główki złocistych aksamitek o ramię, gdy uchyliła drzwi, wchodząc do izby. Znów wypowiedziała na głos imię kuzynki. Nie usłyszała odpowiedzi, a jednak wiedziała, że Helloise nie będzie miała nic przeciwko jej obecności. W końcu odwiedzała ją dość często, choć zwykle motywowana potrzebą zasięgnięcia wiedzy kuzynki w zakresie eliksirów. Wiele było sytuacji kryzysowych w życiu Lorraine, a chociaż nie chciała nadwyrężać dobroci Helloise, często zjawiała się w Dolinie Godryka z niespodziewanym zleceniem. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Osobiście.</span> Nie tylko dlatego, że przez pokrewieństwo z Greengrassami traktowała Helloise jako swoją rodzinę, ale i dlatego, że zwyczajnie lubiła spędzać z nią czas. Lubiła patrzeć jak kuzynka zakasuje rękawy, i przygotowuje swoje stanowisko pracy. Jak rozstawia na stole schludnie opatrzone etykietami słoje z różnego rodzaju ingrediencjami pochodzenia zwierzęcego. Jak sięga po zwieszające się z sufitu wiechy wysuszonych ziół, które hodowała w przydomowym ogródku. Być może Helloise rozumiała, jak bardzo Lorraine tęskniła za czasami, kiedy sama poświęcała się wyrobowi eliksirów. Półwila dawno już przestała ufać swym umiejętnościom. Porzuciła dawno szkolne marzenia o karierze eliksirowara, wciąż jednak z wielkim zaangażowaniem przyglądała się Helloise przy pracy. Czasem nawet poszatkowała część ziół, żeby było szybciej, skruszyła skórę węża w palcach albo oberwała delikatne odnóża much siatkoskrzydłych, dołączając się do wesołego nucenia kuzynki, gdy ta pochłonięta była mieszaniem wywaru w kotle. Zawsze było coś, czego mogła się od niej nauczyć, choćby była to tylko ludowa nazwa zioła, które do tej pory widywała tylko w podręcznikach od zielarstwa. Helloise wszystkie niemal przepisy miała w głowie, gotowa recytować je jak psalmy. Wiara była bowiem kolejną rzeczą, która je łączyła. Może więc i Helloise należała do gatunku istot raczej ekscentrycznych, a jednak jej żarliwa miłość do przyrody i stworzenia wszelakiego sprawiała, że Lorraine czuła się w jej obecności... Bezpiecznie. Jak gdyby Helloise miała dostęp do tej bardziej wilej części jej natury, która ekscytowała się, gdy mogła być bliżej tego, co ziemskie. Na pewno pomagało też, że wygadywała czasem niestworzone rzeczy, tak jak miał w zwyczaju Baldwin. A nikt nie był przecież tak bliski Lorraine jak Baldwin. Gdy więc Lorraine opuszczała Knieję z głową huczącą od teorii spiskowych na temat brytyjskiego goblinokołchozu, niewiele różniło się to dla niej w gruncie rzeczy od wieczorów spędzanych w pracowni Baldwina. W pewnym momencie zaczęła nawet pożyczać od brata stryjecznego <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Żonglera</span>, chociaż nie do końca rozumiała jego miłość do tego pisemka. Ale Helloise też się podobało, więc... <br />
<br />
Lorraine przeszła przez znajomą izbę, aby wstawić kwiaty do glinianego wazonu. Znalazła odpowiedni na komódce, na której ustawione były wonne kadzidła. Słodki, nieco duszący zapach kadzideł przywodził Lorraine na myśl wnętrze Palarni Changów, która w dni takie jak ten zdawała się jeszcze bardziej senna i rozleniwiona, z unoszacymi się w środku oparami opium i pary z samowara. W chatce Helloise roznosiła się jednak ożywcza woń ziół, a przez otwarte okiennice wpadało do środka świeże powietrze, którego Lorraine bardzo potrzebowała. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Gdzie mogła być kuzynka w takim upale?</span> Nie zostawiałby przecież otwartej chaty. Zapewne poszła ratować swe uprawy w szklarni za domem, zanim rośliny omdleją w tym gorącu. Zanim Lorraine zasiadła przy stole, obsłużyła się więc, wstawiając czajnik z wodą na herbatę, licząc, że Helloise prędko wróci. Oparła głowę na ramionach, przypatrując się wskazówkom wiszącego na ścianie zegara z kukułką, wyrzeźbionego rękami kuzynki. Na stole, tuż obok świeżego bukietu kwiatów, położyła zapieczętowaną kopertę, zabezpieczoną zaklęciami ochronnymi. W środku znajdował się list, w którym zapisała wszystko, co chciała dzisiaj powiedzieć Helloise... Wszystko, co mogło umknąć podczas rozmowy, którą mogła przeprowadzić tylko w zaciszu chatki na kurzej nóżce.<br />
<br />
Wyprostowała się dopiero, gdy usłyszała kroki Helloise. Akurat w sam raz, żeby zalać herbatę.<br />
<br />
<br />
<div class="koperta"><span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">Droga Helloise,</span><br />
<br />
Z niepokojem śledziłam pojawiające się na łamach gazet oficjalne doniesienia na temat anomalii w Kniei Godryka, tak bliskiej Twojemu sercu. Prosiłam moje pająki, aby snuły swe sieci, łowiąc wieści na ten temat... <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Nie zaszkodzi wiedzieć</span>, mówiłam sobie, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">wszak wiedza to potęga</span>. Przeróżne dochodziły mnie pogłoski na temat wydarzeń w Kniei, niektóre wcale prawdopodobne, inne kompletnie niedorzeczne... Nie sposób było jednak dociec prawdy spośród plotek. Nie sposób było też dociec prawdy skrytej między wierszami starannie zredagowanych komunikatów prasowych. Wtedy nie śmiałam jednak sądzić, że osobiście przyjdzie mi zbliżyć się do tajemnic, jakie kryje Knieja. Pozwól więc, droga kuzynko, że przedstawię Ci, czego byłam naocznym świadkiem. <span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">Przysięgnij mi jednak, że dochowasz absolutnej dyskrecji w związku z moim zaangażowaniem w tę sprawę. Nie chcę mieć problemów z Ministerstwem Magii, od którego dostałam rzeczone zlecenie, zbyt jednak martwię się o Ciebie, żeby milczeć.</span> Wiem, że Knieja jest od lat Twoim domem, dlatego dzielę się z Tobą tym, czego zdołałam się dowiedzieć, choć nie wiem, ile warte są zebrane przeze mnie dowody. Być może nic. Być może wszystko.<br />
<br />
Przed paroma dniami otrzymałam zlecenie z Biura Koronera, sygnowane przez Khalida Evergreena. Nie jest dla mnie niczym nowym współpraca z Ministerstwem Magii, podejmowałam się jej już wcześniej, jakie było jednak moje zdziwienie, gdy okazało się, że przedmiotem zlecenia są ciała czterech ofiar znalezionych na terenie Doliny Godryka. Pamiętasz, jak pokazywałaś mi ptasie gniazda pośród drzew? Z tych ludzi wyssano życie tak jak kuna wysysa zawartość ptasich jaj. Bo przekazane mi ciała przypominały skorupy, zasuszone, puste w środku. Były delikatne jak wydmuszki z jajek. Równie kruche jak one. Symbol życia, tyle że życia kompletnie pozbawiony. Miałam sprawić, żeby prezentowały się godnie w otwartych trumnach podczas oficjalnych pochówków, Ministerstwo chciało bowiem wydać wreszcie ciała rodzinom ofiar. Pochłonięta byłam pracą, chociaż miałam przeczucie, że może wydarzyć się coś niespodziewanego po tym, jak przydzielono mi do asysty pracownicę Biura Aurorów. Czy miała dopilnować, żebym wykonała swoją pracę nie uszkodziwszy ciał bardziej niż sekcjonujący je antropolodzy, czy może to nie ciał miała chronić, lecz mnie przed rzeczonymi ciałami? Oczywiście, że zapytałam ją, czym były wspomniane w gazetach anomalie. Co właściwie zaatakowało tych ludzi? <span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">"Widma"</span></span>, odpowiedziała mi. A potem zaczęła opowiadać o dziwnych istotach błąkających się po Kniei Godryka od czasu Beltane. Miała okazję rozmawiać z kobietą, której udało się uciec tym widmom: pamiętała ją jako młodą dziewczynę, a po tym, jak dorwały ją widma, postarzyła się o kilkadziesiąt lat, teraz jest starą babcią. <span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">Właśnie dlatego zakazano wejścia do Kniei. Chociaż widma są niematerialne, w jakiś sposób potrafią żerować na żywych. Wyssają z nich życie... Albo, posługując się bardziej precyzyjnym językiem, wysysają z nich czas. Zabierają ludziom lata, które przeżyli, a może i lata, które mieli jeszcze przeżyć.</span><br />
<br />
Chciałam wywiedzieć się więcej na ten temat, nagle wszystko zaczęło dziać się jednak bardzo szybko, a moje przeczucie spełniło się. Całun z jednego z ciał opadł, odsłaniając spotworniałą, ludzką tkankę, tętniącą trupim pulsem. To ciało się odbudowywało, Helloise. Kawałek po kawałku obrastało żywym mięsem, nerwami, wypełniało się krwią, żółcią, limfą, w fenomenie, na którego nauka nie zna nazwy. Ciszę przerywały jedynie obleśne, mlaszczące odgłosy z każdą chwilą coraz bardziej nabrzmiałego ciała. Jakaż to była makabra, jakże zatrważającym było to zjawisko! Przerażająco obrzydliwe, ale i przerażająco piękne. Nie mogłam odwrócić wzroku, a może nie chciałam odwrócić wzroku. Mogłam tylko trwać wpatrzona w to wypaczone studium człowieczeństwa, drgające przed mną w konwulsjach. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">To jest jak poród</span>, pomyślałam, wspomniawszy na obrazy Baldwina opowiadające o tajemnicy boskiej trójcy – pomyślałam o Dziewicy, Matce i Starusze, przeobrażających się jedna w drugą w nieustannym kręgu życia – <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">to jest jak poród, tylko na odwrót.</span> Niechże Bogini mi wybaczy, jeżeli popełniłam bluźnierstwo. Rozważałam to w swoim sumieniu, nie znalazłam w nim jednak winy, bo jakże czysto wtedy wierzyłam, jakże doskonale.<br />
<br />
Jak wspomniałam, towarzyszyła mi wówczas auror, Victoria Lestrange. Być może kojarzysz jej twarz z gazet, bo jest jedną z Zimnych – tych, którzy w trakcie obchodów tegorocznego święta Beltane zanurzyli się w Limbo. Nawet ona nigdy nie doświadczyła niczego podobnego, a przecież widziała wnętrze Limbo. <span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">Proces rozkładu był tam szybszy, powiedziała, ale bez wszystkich naturalnych konsekwencji, jakie temu procesowi towarzyszą. Porównała to do krzywego zwierciadła, w którym wszystko było takie same, a jednak inne.</span> Przypominało mi to mój nawracający sen o bogini o trzech twarzach. Bogini, której truchło nawiedzało moje myśli, wychnąwszy spod przypominających całun sukni i welonów pamięci. Zmurszała, spękana skóra koloru zgniłej zieleni łuszczyła się na morowej pannie, odpadając od ciała niczym kora z chorego drzewa, poznaczonego sękami przypominającymi oczy. Tysiące oczu, wszystkie patrzące na mnie – na mnie, i przeze mnie – wszystkie tak samo obojętne, wszystkie tak samo martwe. Wtedy też chciałam odwrócić wzrok, ale tego nie zrobiłam, zmuszając się do patrzenia. Do doświadczenia wypaczonej boskości obrosłej pleśnią. Długo śniłam ten sen. Śniłam go, dopóki nie pogodziłam się z Matką w trakcie obchodów Lammas. Teraz widuję ją tylko w spokojnej tafli wody, która w moich snach jest <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">zwierciadłem</span>, ale dla wszystkich moich marzeń i lęków. Widuję ją, gdy szukam w wodzie swojego własnego odbicia. Być może, patrząc na oblicze Dziewicy, Matki I Staruchy, patrzę tak naprawdę na wszystkie wersje siebie. Na te, którymi byłam, jestem, i na te, którymi mogę jeszcze być. W snach nigdy nie jest bowiem wiadomo, gdzie zaczyna się jedna, a gdzie kończy druga. Być może tym właśnie jest Limbo. Wieczny proces analizy, jak w magicznej kolbie nad palnikiem, w której reakcje chemiczne przeprowadzić można dwukierunkowo, od analizy przechodząc płynnie do syntezy. Coś się rozpada, a może coś się tworzy... A przynajmniej tak o tym myślę, gdy przywołuję w pamięci jej słowa. W naszej dyskusji Victoria wysunęła bowiem interesującą hipotezę. <span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">Skoro ona wraz z innymi śmiałkami weszła w trakcie Beltane do Limbo, to tak samo coś mogło stamtąd wyjść. Być może właśnie stamtąd widma biorą swój rodowód.</span><br />
<br />
Ale wracając do mojej opowieści... Powoli ciało zaczynało się poruszać. Na początku z pewnością nie były to świadome próby podjęcia ruchu, bardziej nieskordynowane skurcze mięśni, które z czasem stały się jednak deliberacyjnymi. Narastająca tkanka mięśniowa zaczęła obrastać zdrową skórą i wyglądała coraz normalniej. Wyglądała... Jak kobieta. <span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">Żywa kobieta.</span> Z każdą kolejną sekundą jej twarz nabierała kolorytu, odzyskiwała zęby, włosy, paznokcie. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">"Och"</span>, westchnęła tuż po przebudzeniu, silny szkocki akcent obecny w jej głosie, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">"ostatnie trzy razy budziłam się w lesie."</span> I wtedy ją poznałam. Wyobraź sobie moje zaskoczenie, gdy zrozumiałam, że w moim prosektorium siedzi nieumarła kurwa z Kościanego Zamtuza. Nie znam, co prawda, skomplikowanych koligacji rodzinnych McKinnonów, nie można przecież przestudiować ich drzewa genealogicznego w skorowidzu czystości krwi. Nie znam z imienia i nazwiska każdej pracownicy Kościanego, nie bywam tam na tyle często, by móc rozpoznawać wszystkie po twarzach, czy też po ich... <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Sama rozumiesz.</span> W przypadku Teresy McKinnon wystarczyło nazwisko. Nie wiem, czy jesteś świadoma, ale w Podziemiu McKinnonowie znani są ze swego przedziwnego rodzinnego daru, a mianowicie, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">nie umierają</span>. Nie tak naprawdę. W przeciwieństwie do ghouli, które – z tego, co jest mi wiadomym – powstają w wyniku nieudanego zaklęcia wskrzeszenia, McKinnonowie mają do dyspozycji kilka żyć, zanim odejdą z tego świata. Może dlatego tak chętnie nim szafują. Teresa samodzielnie zapuściła się w leśne ostępy, <span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">podążała do kręgu kamieni na polanie na wschód od Polany Ognisk. Dopiero później zobaczyła przy tych kamieniach wielkie, czarne jak smoła ślepia widm.</span> Trudno było wyciągnąć z niej więcej na temat tych stworzeń. Zrobiło mi się jej szkoda, Helloise. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">"Gdyby coś miało wyglądać jak strach i smutek, to pewnie byłoby to"</span>, powiedziała. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">"Czułam się tak, jakby już nic dobrego miało mnie nie spotkać."</span> <span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">Ale to też nie było tak, że Teresa ginęła i odradzała się w lesie w nieskończoność, próbując dotrzeć do Doliny. Nie, osłabiona chowała się w kręgu kamieni i tam próbowała to jakoś przeczekać, ale nie miała wyczucia, więc albo wybierała kiepskie momenty na ucieczkę, albo widma czaiły się tam, i czekały aż popełni błąd... Pozwalam więc sobie przypuszczać, że krąg kamieni w Kniei musi chronić stara magia ochronna, gotowa w jakiś sposób przeciwstawić się potędze widm, inaczej Teresa nie przetrwałaby tam nawet i ze swoimi dziewięcioma życiami.</span> Być może warto poszukać podań na temat starożytnych menhirów, rozsianych na terenie Wielkiej Brytanii. Być może nie bez powodu tegoroczne obchody Lithy miały miejsce właśnie w Stonehedge... Reszta historii przebiegła tak, jak możesz się tego spodziewać: w końcu siły Ministerstwa zapuściły się tamte okolice, aurorzy zdołali wydobyć ciało kolejnej ofiary, a po przetrwaniu ekspertyz antropologów, Teresa trafiła do mnie. Wciąż ma jeszcze kilka żyć do przeżycia. Ale Ty, moja droga, masz tylko jedno, więc przez Matkę, zaklinam Cię... <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nie zbliżaj się do Kniei.</span> Jeżeli raczysz przyjąć moją sugestię, spal ten list. Skłam, że Twoim informatorem jest antropolog z Wizengamotu. Łatwiej ich przecież zmusić do mówienia niż Niewymownych. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">I, nade wszystko, uważaj, Helloise.</span> Wiem, że bogini zawsze nad Tobą czuwa, ale uważaj.</div>
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">Koniec sesji</div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">Chatka na kurzej nóżce w Dolinie Godryka</div>
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Helloise?</span><br />
<br />
Lorraine zastukała delikatnie w drzwi podleśnej chatki, zanim wprosiła się do środka. Chociaż normalnie zaczekałaby na zewnątrz, na drewnianej ławeczce, gdzie mogłaby zażyć kąpieli słonecznej, wystawiając twarz na promienie letniego słońca, dzisiaj było na dworze tak upalnie, że wolała skryć się w domowym zaciszu... Zwłaszcza, że zaklęcia, którymi posłużyła się, aby uchronić przed omdleniem bukiet kwiatów przyniesionych dla Helloise, nie były szczególnie trwałymi. Delikatnie oparła główki złocistych aksamitek o ramię, gdy uchyliła drzwi, wchodząc do izby. Znów wypowiedziała na głos imię kuzynki. Nie usłyszała odpowiedzi, a jednak wiedziała, że Helloise nie będzie miała nic przeciwko jej obecności. W końcu odwiedzała ją dość często, choć zwykle motywowana potrzebą zasięgnięcia wiedzy kuzynki w zakresie eliksirów. Wiele było sytuacji kryzysowych w życiu Lorraine, a chociaż nie chciała nadwyrężać dobroci Helloise, często zjawiała się w Dolinie Godryka z niespodziewanym zleceniem. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Osobiście.</span> Nie tylko dlatego, że przez pokrewieństwo z Greengrassami traktowała Helloise jako swoją rodzinę, ale i dlatego, że zwyczajnie lubiła spędzać z nią czas. Lubiła patrzeć jak kuzynka zakasuje rękawy, i przygotowuje swoje stanowisko pracy. Jak rozstawia na stole schludnie opatrzone etykietami słoje z różnego rodzaju ingrediencjami pochodzenia zwierzęcego. Jak sięga po zwieszające się z sufitu wiechy wysuszonych ziół, które hodowała w przydomowym ogródku. Być może Helloise rozumiała, jak bardzo Lorraine tęskniła za czasami, kiedy sama poświęcała się wyrobowi eliksirów. Półwila dawno już przestała ufać swym umiejętnościom. Porzuciła dawno szkolne marzenia o karierze eliksirowara, wciąż jednak z wielkim zaangażowaniem przyglądała się Helloise przy pracy. Czasem nawet poszatkowała część ziół, żeby było szybciej, skruszyła skórę węża w palcach albo oberwała delikatne odnóża much siatkoskrzydłych, dołączając się do wesołego nucenia kuzynki, gdy ta pochłonięta była mieszaniem wywaru w kotle. Zawsze było coś, czego mogła się od niej nauczyć, choćby była to tylko ludowa nazwa zioła, które do tej pory widywała tylko w podręcznikach od zielarstwa. Helloise wszystkie niemal przepisy miała w głowie, gotowa recytować je jak psalmy. Wiara była bowiem kolejną rzeczą, która je łączyła. Może więc i Helloise należała do gatunku istot raczej ekscentrycznych, a jednak jej żarliwa miłość do przyrody i stworzenia wszelakiego sprawiała, że Lorraine czuła się w jej obecności... Bezpiecznie. Jak gdyby Helloise miała dostęp do tej bardziej wilej części jej natury, która ekscytowała się, gdy mogła być bliżej tego, co ziemskie. Na pewno pomagało też, że wygadywała czasem niestworzone rzeczy, tak jak miał w zwyczaju Baldwin. A nikt nie był przecież tak bliski Lorraine jak Baldwin. Gdy więc Lorraine opuszczała Knieję z głową huczącą od teorii spiskowych na temat brytyjskiego goblinokołchozu, niewiele różniło się to dla niej w gruncie rzeczy od wieczorów spędzanych w pracowni Baldwina. W pewnym momencie zaczęła nawet pożyczać od brata stryjecznego <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Żonglera</span>, chociaż nie do końca rozumiała jego miłość do tego pisemka. Ale Helloise też się podobało, więc... <br />
<br />
Lorraine przeszła przez znajomą izbę, aby wstawić kwiaty do glinianego wazonu. Znalazła odpowiedni na komódce, na której ustawione były wonne kadzidła. Słodki, nieco duszący zapach kadzideł przywodził Lorraine na myśl wnętrze Palarni Changów, która w dni takie jak ten zdawała się jeszcze bardziej senna i rozleniwiona, z unoszacymi się w środku oparami opium i pary z samowara. W chatce Helloise roznosiła się jednak ożywcza woń ziół, a przez otwarte okiennice wpadało do środka świeże powietrze, którego Lorraine bardzo potrzebowała. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Gdzie mogła być kuzynka w takim upale?</span> Nie zostawiałby przecież otwartej chaty. Zapewne poszła ratować swe uprawy w szklarni za domem, zanim rośliny omdleją w tym gorącu. Zanim Lorraine zasiadła przy stole, obsłużyła się więc, wstawiając czajnik z wodą na herbatę, licząc, że Helloise prędko wróci. Oparła głowę na ramionach, przypatrując się wskazówkom wiszącego na ścianie zegara z kukułką, wyrzeźbionego rękami kuzynki. Na stole, tuż obok świeżego bukietu kwiatów, położyła zapieczętowaną kopertę, zabezpieczoną zaklęciami ochronnymi. W środku znajdował się list, w którym zapisała wszystko, co chciała dzisiaj powiedzieć Helloise... Wszystko, co mogło umknąć podczas rozmowy, którą mogła przeprowadzić tylko w zaciszu chatki na kurzej nóżce.<br />
<br />
Wyprostowała się dopiero, gdy usłyszała kroki Helloise. Akurat w sam raz, żeby zalać herbatę.<br />
<br />
<br />
<div class="koperta"><span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">Droga Helloise,</span><br />
<br />
Z niepokojem śledziłam pojawiające się na łamach gazet oficjalne doniesienia na temat anomalii w Kniei Godryka, tak bliskiej Twojemu sercu. Prosiłam moje pająki, aby snuły swe sieci, łowiąc wieści na ten temat... <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Nie zaszkodzi wiedzieć</span>, mówiłam sobie, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">wszak wiedza to potęga</span>. Przeróżne dochodziły mnie pogłoski na temat wydarzeń w Kniei, niektóre wcale prawdopodobne, inne kompletnie niedorzeczne... Nie sposób było jednak dociec prawdy spośród plotek. Nie sposób było też dociec prawdy skrytej między wierszami starannie zredagowanych komunikatów prasowych. Wtedy nie śmiałam jednak sądzić, że osobiście przyjdzie mi zbliżyć się do tajemnic, jakie kryje Knieja. Pozwól więc, droga kuzynko, że przedstawię Ci, czego byłam naocznym świadkiem. <span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">Przysięgnij mi jednak, że dochowasz absolutnej dyskrecji w związku z moim zaangażowaniem w tę sprawę. Nie chcę mieć problemów z Ministerstwem Magii, od którego dostałam rzeczone zlecenie, zbyt jednak martwię się o Ciebie, żeby milczeć.</span> Wiem, że Knieja jest od lat Twoim domem, dlatego dzielę się z Tobą tym, czego zdołałam się dowiedzieć, choć nie wiem, ile warte są zebrane przeze mnie dowody. Być może nic. Być może wszystko.<br />
<br />
Przed paroma dniami otrzymałam zlecenie z Biura Koronera, sygnowane przez Khalida Evergreena. Nie jest dla mnie niczym nowym współpraca z Ministerstwem Magii, podejmowałam się jej już wcześniej, jakie było jednak moje zdziwienie, gdy okazało się, że przedmiotem zlecenia są ciała czterech ofiar znalezionych na terenie Doliny Godryka. Pamiętasz, jak pokazywałaś mi ptasie gniazda pośród drzew? Z tych ludzi wyssano życie tak jak kuna wysysa zawartość ptasich jaj. Bo przekazane mi ciała przypominały skorupy, zasuszone, puste w środku. Były delikatne jak wydmuszki z jajek. Równie kruche jak one. Symbol życia, tyle że życia kompletnie pozbawiony. Miałam sprawić, żeby prezentowały się godnie w otwartych trumnach podczas oficjalnych pochówków, Ministerstwo chciało bowiem wydać wreszcie ciała rodzinom ofiar. Pochłonięta byłam pracą, chociaż miałam przeczucie, że może wydarzyć się coś niespodziewanego po tym, jak przydzielono mi do asysty pracownicę Biura Aurorów. Czy miała dopilnować, żebym wykonała swoją pracę nie uszkodziwszy ciał bardziej niż sekcjonujący je antropolodzy, czy może to nie ciał miała chronić, lecz mnie przed rzeczonymi ciałami? Oczywiście, że zapytałam ją, czym były wspomniane w gazetach anomalie. Co właściwie zaatakowało tych ludzi? <span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">"Widma"</span></span>, odpowiedziała mi. A potem zaczęła opowiadać o dziwnych istotach błąkających się po Kniei Godryka od czasu Beltane. Miała okazję rozmawiać z kobietą, której udało się uciec tym widmom: pamiętała ją jako młodą dziewczynę, a po tym, jak dorwały ją widma, postarzyła się o kilkadziesiąt lat, teraz jest starą babcią. <span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">Właśnie dlatego zakazano wejścia do Kniei. Chociaż widma są niematerialne, w jakiś sposób potrafią żerować na żywych. Wyssają z nich życie... Albo, posługując się bardziej precyzyjnym językiem, wysysają z nich czas. Zabierają ludziom lata, które przeżyli, a może i lata, które mieli jeszcze przeżyć.</span><br />
<br />
Chciałam wywiedzieć się więcej na ten temat, nagle wszystko zaczęło dziać się jednak bardzo szybko, a moje przeczucie spełniło się. Całun z jednego z ciał opadł, odsłaniając spotworniałą, ludzką tkankę, tętniącą trupim pulsem. To ciało się odbudowywało, Helloise. Kawałek po kawałku obrastało żywym mięsem, nerwami, wypełniało się krwią, żółcią, limfą, w fenomenie, na którego nauka nie zna nazwy. Ciszę przerywały jedynie obleśne, mlaszczące odgłosy z każdą chwilą coraz bardziej nabrzmiałego ciała. Jakaż to była makabra, jakże zatrważającym było to zjawisko! Przerażająco obrzydliwe, ale i przerażająco piękne. Nie mogłam odwrócić wzroku, a może nie chciałam odwrócić wzroku. Mogłam tylko trwać wpatrzona w to wypaczone studium człowieczeństwa, drgające przed mną w konwulsjach. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">To jest jak poród</span>, pomyślałam, wspomniawszy na obrazy Baldwina opowiadające o tajemnicy boskiej trójcy – pomyślałam o Dziewicy, Matce i Starusze, przeobrażających się jedna w drugą w nieustannym kręgu życia – <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">to jest jak poród, tylko na odwrót.</span> Niechże Bogini mi wybaczy, jeżeli popełniłam bluźnierstwo. Rozważałam to w swoim sumieniu, nie znalazłam w nim jednak winy, bo jakże czysto wtedy wierzyłam, jakże doskonale.<br />
<br />
Jak wspomniałam, towarzyszyła mi wówczas auror, Victoria Lestrange. Być może kojarzysz jej twarz z gazet, bo jest jedną z Zimnych – tych, którzy w trakcie obchodów tegorocznego święta Beltane zanurzyli się w Limbo. Nawet ona nigdy nie doświadczyła niczego podobnego, a przecież widziała wnętrze Limbo. <span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">Proces rozkładu był tam szybszy, powiedziała, ale bez wszystkich naturalnych konsekwencji, jakie temu procesowi towarzyszą. Porównała to do krzywego zwierciadła, w którym wszystko było takie same, a jednak inne.</span> Przypominało mi to mój nawracający sen o bogini o trzech twarzach. Bogini, której truchło nawiedzało moje myśli, wychnąwszy spod przypominających całun sukni i welonów pamięci. Zmurszała, spękana skóra koloru zgniłej zieleni łuszczyła się na morowej pannie, odpadając od ciała niczym kora z chorego drzewa, poznaczonego sękami przypominającymi oczy. Tysiące oczu, wszystkie patrzące na mnie – na mnie, i przeze mnie – wszystkie tak samo obojętne, wszystkie tak samo martwe. Wtedy też chciałam odwrócić wzrok, ale tego nie zrobiłam, zmuszając się do patrzenia. Do doświadczenia wypaczonej boskości obrosłej pleśnią. Długo śniłam ten sen. Śniłam go, dopóki nie pogodziłam się z Matką w trakcie obchodów Lammas. Teraz widuję ją tylko w spokojnej tafli wody, która w moich snach jest <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">zwierciadłem</span>, ale dla wszystkich moich marzeń i lęków. Widuję ją, gdy szukam w wodzie swojego własnego odbicia. Być może, patrząc na oblicze Dziewicy, Matki I Staruchy, patrzę tak naprawdę na wszystkie wersje siebie. Na te, którymi byłam, jestem, i na te, którymi mogę jeszcze być. W snach nigdy nie jest bowiem wiadomo, gdzie zaczyna się jedna, a gdzie kończy druga. Być może tym właśnie jest Limbo. Wieczny proces analizy, jak w magicznej kolbie nad palnikiem, w której reakcje chemiczne przeprowadzić można dwukierunkowo, od analizy przechodząc płynnie do syntezy. Coś się rozpada, a może coś się tworzy... A przynajmniej tak o tym myślę, gdy przywołuję w pamięci jej słowa. W naszej dyskusji Victoria wysunęła bowiem interesującą hipotezę. <span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">Skoro ona wraz z innymi śmiałkami weszła w trakcie Beltane do Limbo, to tak samo coś mogło stamtąd wyjść. Być może właśnie stamtąd widma biorą swój rodowód.</span><br />
<br />
Ale wracając do mojej opowieści... Powoli ciało zaczynało się poruszać. Na początku z pewnością nie były to świadome próby podjęcia ruchu, bardziej nieskordynowane skurcze mięśni, które z czasem stały się jednak deliberacyjnymi. Narastająca tkanka mięśniowa zaczęła obrastać zdrową skórą i wyglądała coraz normalniej. Wyglądała... Jak kobieta. <span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">Żywa kobieta.</span> Z każdą kolejną sekundą jej twarz nabierała kolorytu, odzyskiwała zęby, włosy, paznokcie. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">"Och"</span>, westchnęła tuż po przebudzeniu, silny szkocki akcent obecny w jej głosie, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">"ostatnie trzy razy budziłam się w lesie."</span> I wtedy ją poznałam. Wyobraź sobie moje zaskoczenie, gdy zrozumiałam, że w moim prosektorium siedzi nieumarła kurwa z Kościanego Zamtuza. Nie znam, co prawda, skomplikowanych koligacji rodzinnych McKinnonów, nie można przecież przestudiować ich drzewa genealogicznego w skorowidzu czystości krwi. Nie znam z imienia i nazwiska każdej pracownicy Kościanego, nie bywam tam na tyle często, by móc rozpoznawać wszystkie po twarzach, czy też po ich... <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Sama rozumiesz.</span> W przypadku Teresy McKinnon wystarczyło nazwisko. Nie wiem, czy jesteś świadoma, ale w Podziemiu McKinnonowie znani są ze swego przedziwnego rodzinnego daru, a mianowicie, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">nie umierają</span>. Nie tak naprawdę. W przeciwieństwie do ghouli, które – z tego, co jest mi wiadomym – powstają w wyniku nieudanego zaklęcia wskrzeszenia, McKinnonowie mają do dyspozycji kilka żyć, zanim odejdą z tego świata. Może dlatego tak chętnie nim szafują. Teresa samodzielnie zapuściła się w leśne ostępy, <span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">podążała do kręgu kamieni na polanie na wschód od Polany Ognisk. Dopiero później zobaczyła przy tych kamieniach wielkie, czarne jak smoła ślepia widm.</span> Trudno było wyciągnąć z niej więcej na temat tych stworzeń. Zrobiło mi się jej szkoda, Helloise. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">"Gdyby coś miało wyglądać jak strach i smutek, to pewnie byłoby to"</span>, powiedziała. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">"Czułam się tak, jakby już nic dobrego miało mnie nie spotkać."</span> <span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">Ale to też nie było tak, że Teresa ginęła i odradzała się w lesie w nieskończoność, próbując dotrzeć do Doliny. Nie, osłabiona chowała się w kręgu kamieni i tam próbowała to jakoś przeczekać, ale nie miała wyczucia, więc albo wybierała kiepskie momenty na ucieczkę, albo widma czaiły się tam, i czekały aż popełni błąd... Pozwalam więc sobie przypuszczać, że krąg kamieni w Kniei musi chronić stara magia ochronna, gotowa w jakiś sposób przeciwstawić się potędze widm, inaczej Teresa nie przetrwałaby tam nawet i ze swoimi dziewięcioma życiami.</span> Być może warto poszukać podań na temat starożytnych menhirów, rozsianych na terenie Wielkiej Brytanii. Być może nie bez powodu tegoroczne obchody Lithy miały miejsce właśnie w Stonehedge... Reszta historii przebiegła tak, jak możesz się tego spodziewać: w końcu siły Ministerstwa zapuściły się tamte okolice, aurorzy zdołali wydobyć ciało kolejnej ofiary, a po przetrwaniu ekspertyz antropologów, Teresa trafiła do mnie. Wciąż ma jeszcze kilka żyć do przeżycia. Ale Ty, moja droga, masz tylko jedno, więc przez Matkę, zaklinam Cię... <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nie zbliżaj się do Kniei.</span> Jeżeli raczysz przyjąć moją sugestię, spal ten list. Skłam, że Twoim informatorem jest antropolog z Wizengamotu. Łatwiej ich przecież zmusić do mówienia niż Niewymownych. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">I, nade wszystko, uważaj, Helloise.</span> Wiem, że bogini zawsze nad Tobą czuwa, ale uważaj.</div>
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">Koniec sesji</div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[Jesień 22.09, Dolina Godryka | Samuel] Treacle Tart]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5564</link>
			<pubDate>Tue, 30 Dec 2025 19:35:57 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=412">Samuel McGonagall</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5564</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">22.09<br />
<br />
rano</div>
<br />
Pieczenie było złym pomysłem, ale Samuel bardzo chciał zrobić jakąś <span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">czarodziejską tradycyjną potrawę</span>. Gdzieś podczas rozmów z klientami, dowiedział się, że Tarta melasowa jest przysmakiem wielu, wielu dzieci i jest możliwie odświętnym sposobem spędzenia czasu. Idealna na kolację Mabon, ale przecież też i idealna na piknik. Wspólny piknik zaplanowany z Mabel na tych kilka godzin, które wystarczą mu...<br />
<br />
Zatem... Pracował w kuchni tak, jak w swoim warsztacie: bez pośpiechu, metodycznie, z uwagą, jaką zwykle poświęcał drewnu. Gotowanie nie było jego rzemiosłem, ale miał przepis zapisany na złożonej kartce i kilka rad od sąsiadek, które znały się na takich sprawach. Powtarzał je sobie w myślach, jak dobre wskazówki czeladnicze: <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">nie spieszyć się, ufać dłoniom</span>.<br />
<br />
Kuchnia była skromna, lecz funkcjonalna. Nie jego, choć każdego dnia i Vlad i Nikolai zapewniali go, że jest tu mile widziany. Potrzebował tych słów. Były kamieniami węgielnymi zaufania do ludzi, które tak dramatycznie potrzebowało odbudowania. Kamienna podłoga nosiła ślady lat, a ciężki stół z dębowych desek stał pośrodku jak warsztatowy stół roboczy. Wykonał go sam, solidnie, bez zbędnych ozdób. Na blacie leżała stolnica z buka, jasna i gładka, z niewielkim znakiem wyżłobionym w rogu — prostym symbolem, który kiedyś wycinał dla własnej satysfakcji. Wałek z grabu był ciężki, dobrze wyważony, z uchwytami ozdobionymi skromnym motywem liści. Córka zawsze je zauważała, a ta myśl wystarczała, by pracował uważniej.<br />
<br />
Do glinianej miski wsypał mąkę. Miskę otrzymał od kobiety, której pomógł po wielkim pożarze naprawić spalone drzwi; powiedziała wtedy, że skoro naczynie przetrwało ogień, to przetrwa i jego kuchenne próby. Masło kroił nożem o rękojeści z jesionu, gładkiej, wygodnej, wykonanej własnymi rękami. Było to narzędzie użytkowe, nie ozdobne — jak większość rzeczy, których używał.<br />
<br />
Rozcierał masło z mąką palcami, skupiony na dotyku. Masa robiła się sypka, chłodna, jak powinna. Dodał szczyptę soli i odrobinę zimnej wody, mieszając drewnianą łyżką z brzozy. Łyżka była lekko wygięta, z ciemniejszymi smugami wzdłuż włókien; wyrzeźbił ją dawno temu z resztek materiału, które szkoda było wyrzucić. Gdy ciasto zaczęło się łączyć, zagnieciono je krótko, dokładnie tak, jak mu mówiono. Odłożył je na bok, przykrywając lnianą ściereczką.<br />
<br />
Potem zajął się nadzieniem. Melasę podgrzał lekko w żeliwnym rondlu, który dostał w podzięce od rodziny, dla której po pożarze robił ramy okienne. Do miski wsypał okruchy chleba — czerstwego, ale dobrego — i wlał ciepłą, gęstą melasę. Dodał jajka i sok z cytryny, a skórkę starł ręcznie na metalowej tarce, uważając, by nie dotknąć palców. Mieszał powoli, aż masa zrobiła się ciężka i lepka.<br />
<br />
Ciasto rozwałkował na stolnicy, podsypując ją mąką. Nie było idealne, ale równe i posłuszne. Przeniósł je do metalowej formy, dociskając palcami brzegi, jakby dopasowywał deskę do ramy. Nadmiar odciął nożem, a dno nakłuł widelcem. Wylał nadzienie i wyrównał je drewnianą łyżką.<br />
<br />
Piec był już nagrzany. Rozpalił go wcześniej, rozkładając żar tak, jak nauczono go przez lata pracy z ogniem. Wsunął tartę do środka i zamknął ciężkie drzwiczki.<br />
<br />
Teraz pozostało czekać i nie dać się myślom, że było coś żałosnego w pieczeniu ciasta córce mistrzyni cukierniczki, która wychowywała się pośród doskonałych wypieków swojej matki...<br />
<br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Piekę tradycyjną czarodziejską potrawę Rzemiosło ◉◉◉○○</span><br />
[roll=Z]</div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">22.09<br />
<br />
rano</div>
<br />
Pieczenie było złym pomysłem, ale Samuel bardzo chciał zrobić jakąś <span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">czarodziejską tradycyjną potrawę</span>. Gdzieś podczas rozmów z klientami, dowiedział się, że Tarta melasowa jest przysmakiem wielu, wielu dzieci i jest możliwie odświętnym sposobem spędzenia czasu. Idealna na kolację Mabon, ale przecież też i idealna na piknik. Wspólny piknik zaplanowany z Mabel na tych kilka godzin, które wystarczą mu...<br />
<br />
Zatem... Pracował w kuchni tak, jak w swoim warsztacie: bez pośpiechu, metodycznie, z uwagą, jaką zwykle poświęcał drewnu. Gotowanie nie było jego rzemiosłem, ale miał przepis zapisany na złożonej kartce i kilka rad od sąsiadek, które znały się na takich sprawach. Powtarzał je sobie w myślach, jak dobre wskazówki czeladnicze: <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">nie spieszyć się, ufać dłoniom</span>.<br />
<br />
Kuchnia była skromna, lecz funkcjonalna. Nie jego, choć każdego dnia i Vlad i Nikolai zapewniali go, że jest tu mile widziany. Potrzebował tych słów. Były kamieniami węgielnymi zaufania do ludzi, które tak dramatycznie potrzebowało odbudowania. Kamienna podłoga nosiła ślady lat, a ciężki stół z dębowych desek stał pośrodku jak warsztatowy stół roboczy. Wykonał go sam, solidnie, bez zbędnych ozdób. Na blacie leżała stolnica z buka, jasna i gładka, z niewielkim znakiem wyżłobionym w rogu — prostym symbolem, który kiedyś wycinał dla własnej satysfakcji. Wałek z grabu był ciężki, dobrze wyważony, z uchwytami ozdobionymi skromnym motywem liści. Córka zawsze je zauważała, a ta myśl wystarczała, by pracował uważniej.<br />
<br />
Do glinianej miski wsypał mąkę. Miskę otrzymał od kobiety, której pomógł po wielkim pożarze naprawić spalone drzwi; powiedziała wtedy, że skoro naczynie przetrwało ogień, to przetrwa i jego kuchenne próby. Masło kroił nożem o rękojeści z jesionu, gładkiej, wygodnej, wykonanej własnymi rękami. Było to narzędzie użytkowe, nie ozdobne — jak większość rzeczy, których używał.<br />
<br />
Rozcierał masło z mąką palcami, skupiony na dotyku. Masa robiła się sypka, chłodna, jak powinna. Dodał szczyptę soli i odrobinę zimnej wody, mieszając drewnianą łyżką z brzozy. Łyżka była lekko wygięta, z ciemniejszymi smugami wzdłuż włókien; wyrzeźbił ją dawno temu z resztek materiału, które szkoda było wyrzucić. Gdy ciasto zaczęło się łączyć, zagnieciono je krótko, dokładnie tak, jak mu mówiono. Odłożył je na bok, przykrywając lnianą ściereczką.<br />
<br />
Potem zajął się nadzieniem. Melasę podgrzał lekko w żeliwnym rondlu, który dostał w podzięce od rodziny, dla której po pożarze robił ramy okienne. Do miski wsypał okruchy chleba — czerstwego, ale dobrego — i wlał ciepłą, gęstą melasę. Dodał jajka i sok z cytryny, a skórkę starł ręcznie na metalowej tarce, uważając, by nie dotknąć palców. Mieszał powoli, aż masa zrobiła się ciężka i lepka.<br />
<br />
Ciasto rozwałkował na stolnicy, podsypując ją mąką. Nie było idealne, ale równe i posłuszne. Przeniósł je do metalowej formy, dociskając palcami brzegi, jakby dopasowywał deskę do ramy. Nadmiar odciął nożem, a dno nakłuł widelcem. Wylał nadzienie i wyrównał je drewnianą łyżką.<br />
<br />
Piec był już nagrzany. Rozpalił go wcześniej, rozkładając żar tak, jak nauczono go przez lata pracy z ogniem. Wsunął tartę do środka i zamknął ciężkie drzwiczki.<br />
<br />
Teraz pozostało czekać i nie dać się myślom, że było coś żałosnego w pieczeniu ciasta córce mistrzyni cukierniczki, która wychowywała się pośród doskonałych wypieków swojej matki...<br />
<br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Piekę tradycyjną czarodziejską potrawę Rzemiosło ◉◉◉○○</span><br />
[roll=Z]</div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[05.10.1972] Krótka rozprawa między sędzią, aurorem, wójtem i plebanem]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5552</link>
			<pubDate>Fri, 26 Dec 2025 22:33:23 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=578">Aaron Andrew Moody</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5552</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">Przechadzka po Dolinie Godryka</div>
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">...A jeśli ktoś dziś zapyta nas o nazwisko, powiedz po prostu pierwsze, które wpadnie ci do głowy</span> – mruknął, nachylając się ku Lorien, niby to niechcący musnąwszy ustami jej ucho. – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Ale, przysięgam, jeśli będzie to nazwisko kogoś poszukiwanego listem gończym... Uznam to za osobistą zniewagę.</span><br />
Uśmiechnął się lekko, z aktorskim zacięciem podkręciwszy wąsa, jak na rasowego aurora działającego pod przykrywką przystało. Nieco rozbawiony był masakradą, jakiej właśnie się dopuszczali. Od czasu zaręczyn poszukiwali małego domku na wsi, ale nie chcieli, aby wieść o tym rozniosła się po ludziach. Paranoja Aarona robiła swoje... <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Ale przecież nie możemy kupić w ciemno</span>, przekonywał Lorien, która zachwycała się każdą wymagającą gruntownej renowacji ruderą porośniętą bluszczem. Domagał się, żeby obejrzeli osobiście każdą wystawioną na sprzedaż lokację, i miał rację. Lorien wysłuchiwała prezentacji agentów nieruchomości, podczas gdy Aaron latał z różdżką jak poziomnicą, podskrobał paznokciem tynk, opukiwał ściany nośne... Tylko po to, żeby potem pokręcić z dezaprobatą głową. Tworzyli naprawdę dobrą drużynę. Odwiedzili już ze trzy posiadłości, wszystkie pod Londynem, zanim padł pomysł przeniesienia się jeszcze dalej od miejskiego zgiełku... A czy istniało bardziej sielskie miejsce niż Dolina Godryka? Zabrał Lorien na przechadzkę, żeby obejrzała sobie osadę na spokojnie. Sam bardzo dobrze znał te okolice, bo przecież za dzieciaka często gościł w Warowni, bawił się w okolicznych lasach, bujał się z Woodym i resztą przyjaciół po miasteczku.<br />
<br />
Aaron spojrzał na swoje odbicie w witrynie malutkiego sklepiku położonego w blisiim sąsiedztwie kościoła. Przez moment naprawdę nie rozpoznał człowieka, który odwzajemniał jego spojrzenie. Eliksir wielosokowy naprawdę robił robotę. Obcy kształt szczęki pokrytej zarostem, zaskakująco prosta linia nosa, rozmierzwione jak u młokosa włosy, jak gdyby dopiero zszedł z miotły... <br />
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">A niech cię wszyscy diabli porwą!</span></span> – Usłyszeli nagle przekleństwo. Aaron uniósł brwi. Przed budynkiem plebanii stało bowiem auto z podniesioną maską, a obok niego, zaaferowany mężczyzna w sutannie. Skrzywił się, słysząc jak próbuje odpalić silnik. Na początku zarzępolił straszliwie, a potem zaczął dziwnie piszczeć... W myślach ocenił, na ile czasu mniej więcej wystarczy im eliksiru wielosokowego, gdy ksiądz potykając się, wypadł z auta, klnąc na czym świat stoi. <br />
<br />
Nie spodziewał się, że ktoś go w takim stanie zobaczy. <br />
<br />
<div class="obrazek" style="background-image:url('https://64.media.tumblr.com/dbe3e84c233fbfd87bdf60b6723f82ee/6641dba7dc09ebf3-c2/s2048x3072/29f97a6f876642d8da1febd99b04416da3f775da.jpg');width:200px;height:110px;float:left;margin-left:2%;margin-right:2%;margin-left:0;"></div>
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus! Pan nasz i zbawiciel, niech mu będą dzięki. Syn Boży, co stał się człowiekiem, ukrzyżowany również i za mnie, zesłał mi tych, co pomogą mi krzyż mój ponieść...</span></span> – Przywitał się, ledwo dech łapiąc. – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Dzień dobry, dzień dobry, drogie dzieci. Czy wyście moi parafianie, czy nie moi?</span></span> – spytał dobrodusznie proboszcz, przecierając chusteczką spocone pod czapką czoło. Odsunął się od na wpół rozbebeszonego auta, które stało na podjeździe plebanii. Zaplótł przed sobą ręce na lekko wybrzuszonej sutannie, jak gdyby szykował się do modlitwy, choć dostojnym gestem próbował po prostu zatuszować swoje zakłopotanie. Zapomniał jednak o tym, że ręce usmarowane ma smarem, którego plama zdobiła również niewielkie okulary, osadzone na mięsistym, księdzowskim nosie. Kryły się za nimi przenikliwe oczy o przyjacielskim wejrzeniu. – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Dużo się ostatnio tutaj do nas ludzi sprowadza. Młodych małżeństw... Miło mi zawsze witać w naszej małej wspólnocie... A może wy na zapowiedzi przyszliście? O panienko przenajświętsza</span></span> – westchnął cienko ksiądz, gdy światła auta znowu zamigotały, i zgasły. Porzuciwszy dumną pozę, ucisnął nasadę nosa, widocznie doprowadzony na skraj wytrzymałości. <br />
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Aha. Pewnie byłby dobry, gdyby łożyska w alternatorze nie poszły</span> – odpowiedział bardzo rezolutnie Moody, przestępując z nogi na nogę, jak gdyby zastanawiał się, jak podejść do księdza w pojedynku. Nawyk, którego nie potrafił się wyzbyć po tylu latach pracy jako auror. Spojrzał wymownie na stojącą obok Lorien. – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Miło księdza poznać, ale my jeszcze nie parafianie. Chociaż z żoną...</span> – Uniósł lekko ich splecione dłonie, uśmiechając się cwaniacko pod bujnym wąsem. Nie tyle, żeby oszczędzić mugolowi zakłopotania, co żeby się zwyczajnie pochwalić. Czuł wciąż na sobie spojrzenie Lorien, ale tylko splótł ich palce na nowo ze sobą. Może i nie byli jeszcze małżeństwem, ale czemu nie miałby się nie cieszyć, skoro już byli ze sobą po słowie? A nawet gdyby, nie byli tutaj oficjalnie. Nikt nie mógł ich przecież rozpoznać ze zmienionhmi twarzami. – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">...Myślimy o przeprowadzce. Spokojna to okolica?</span><br />
<br />
Ale ksiądz już go nie słuchał. Ucieszony kłaniał się Lorien, na co Aaron lekko zmarszczył brwi. Normalnie pogłębiłby tylko nieco charakterystyczną, gniewną zmarszczkę na czole, ale z tą głupią, przesadnie ekspresyjną twarzą młodzika, wyglądał jak naburmuszony kogut, który stroszy pióra. Wyglądający spod płaszcza kolorowy kaftan, do założenia którego namówiła go narzeczona, wcale nie poprawiał sytuacji. Podobnie jak i to, że klecha skomplementował, że Lorien bardzo szykownie wygląda w swoim ulubionym futerku. Wyczuł, skubany księdzowski manipulant jak się wkraść w jej łaski, skwitował w myślach Aaron. Nie ufał z reguły przedstawicielom stanu duchownego, ale kojarzył z widzenia tutejszego plebana, Petera Wolfgoata, który posługę w anglikańskiej parafii w Dolinie Godryka pełnił od wielu lat. Do obcych religii zawsze odnosił się ze stosownego dystansu badacza historii, bo chociaż pozostawał zdeklarowanym antyklerykałem, wychowany został w wierze w Matkę. Nie w żadnego mugolskiego boga, o którym ksiądz gadał z żarliwością właściwą fanatykom... Szkoda, że Moody nie słyszał samego siebie, gdy snuł na głos wizje o podejrzanie przypominającym faszystowską dyktaturę ustroju magicznego państwa policyjnego. Brzmiał wtedy bardzo podobnie.<br />
<br />
<div class="obrazek" style="background-image:url('https://64.media.tumblr.com/dbe3e84c233fbfd87bdf60b6723f82ee/6641dba7dc09ebf3-c2/s2048x3072/29f97a6f876642d8da1febd99b04416da3f775da.jpg');width:200px;height:110px;float:left;margin-left:2%;margin-right:2%;margin-left:0;"></div>
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">...Czy mógłbym wypożyczyć pani męża?</span></span> – spytał konspiracyjnym szeptem proboszcz Peter. Popatrzył na zmienione pod wpływem eliksiru wielosokowego twarze Lorien i Aarona z tym specyficznym, duszpasterskim półuśmiechem. Jak gdyby w nawróceniu tych dwóch zbłąkanych owieczek na drogę Pana dostrzegł nagle sens całej swojej posługi. – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Wygląda na to, że zna się na autach. Doprawdy, opatrzność mi was zesłała, pani...? Bo ja przecież po biskupa muszę podjechać, z dworca dostojników odebrać. Odpust jutro.</span></span> [inny avek]https://64.media.tumblr.com/5de7e436b8ea9717142efa13b89e3a3f/1d46c79332abd700-48/s2048x3072/8a6ab17502d8a9b075c095ab239d17ffecc38111.pnj[/inny avek]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">Przechadzka po Dolinie Godryka</div>
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">...A jeśli ktoś dziś zapyta nas o nazwisko, powiedz po prostu pierwsze, które wpadnie ci do głowy</span> – mruknął, nachylając się ku Lorien, niby to niechcący musnąwszy ustami jej ucho. – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Ale, przysięgam, jeśli będzie to nazwisko kogoś poszukiwanego listem gończym... Uznam to za osobistą zniewagę.</span><br />
Uśmiechnął się lekko, z aktorskim zacięciem podkręciwszy wąsa, jak na rasowego aurora działającego pod przykrywką przystało. Nieco rozbawiony był masakradą, jakiej właśnie się dopuszczali. Od czasu zaręczyn poszukiwali małego domku na wsi, ale nie chcieli, aby wieść o tym rozniosła się po ludziach. Paranoja Aarona robiła swoje... <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Ale przecież nie możemy kupić w ciemno</span>, przekonywał Lorien, która zachwycała się każdą wymagającą gruntownej renowacji ruderą porośniętą bluszczem. Domagał się, żeby obejrzeli osobiście każdą wystawioną na sprzedaż lokację, i miał rację. Lorien wysłuchiwała prezentacji agentów nieruchomości, podczas gdy Aaron latał z różdżką jak poziomnicą, podskrobał paznokciem tynk, opukiwał ściany nośne... Tylko po to, żeby potem pokręcić z dezaprobatą głową. Tworzyli naprawdę dobrą drużynę. Odwiedzili już ze trzy posiadłości, wszystkie pod Londynem, zanim padł pomysł przeniesienia się jeszcze dalej od miejskiego zgiełku... A czy istniało bardziej sielskie miejsce niż Dolina Godryka? Zabrał Lorien na przechadzkę, żeby obejrzała sobie osadę na spokojnie. Sam bardzo dobrze znał te okolice, bo przecież za dzieciaka często gościł w Warowni, bawił się w okolicznych lasach, bujał się z Woodym i resztą przyjaciół po miasteczku.<br />
<br />
Aaron spojrzał na swoje odbicie w witrynie malutkiego sklepiku położonego w blisiim sąsiedztwie kościoła. Przez moment naprawdę nie rozpoznał człowieka, który odwzajemniał jego spojrzenie. Eliksir wielosokowy naprawdę robił robotę. Obcy kształt szczęki pokrytej zarostem, zaskakująco prosta linia nosa, rozmierzwione jak u młokosa włosy, jak gdyby dopiero zszedł z miotły... <br />
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">A niech cię wszyscy diabli porwą!</span></span> – Usłyszeli nagle przekleństwo. Aaron uniósł brwi. Przed budynkiem plebanii stało bowiem auto z podniesioną maską, a obok niego, zaaferowany mężczyzna w sutannie. Skrzywił się, słysząc jak próbuje odpalić silnik. Na początku zarzępolił straszliwie, a potem zaczął dziwnie piszczeć... W myślach ocenił, na ile czasu mniej więcej wystarczy im eliksiru wielosokowego, gdy ksiądz potykając się, wypadł z auta, klnąc na czym świat stoi. <br />
<br />
Nie spodziewał się, że ktoś go w takim stanie zobaczy. <br />
<br />
<div class="obrazek" style="background-image:url('https://64.media.tumblr.com/dbe3e84c233fbfd87bdf60b6723f82ee/6641dba7dc09ebf3-c2/s2048x3072/29f97a6f876642d8da1febd99b04416da3f775da.jpg');width:200px;height:110px;float:left;margin-left:2%;margin-right:2%;margin-left:0;"></div>
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus! Pan nasz i zbawiciel, niech mu będą dzięki. Syn Boży, co stał się człowiekiem, ukrzyżowany również i za mnie, zesłał mi tych, co pomogą mi krzyż mój ponieść...</span></span> – Przywitał się, ledwo dech łapiąc. – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Dzień dobry, dzień dobry, drogie dzieci. Czy wyście moi parafianie, czy nie moi?</span></span> – spytał dobrodusznie proboszcz, przecierając chusteczką spocone pod czapką czoło. Odsunął się od na wpół rozbebeszonego auta, które stało na podjeździe plebanii. Zaplótł przed sobą ręce na lekko wybrzuszonej sutannie, jak gdyby szykował się do modlitwy, choć dostojnym gestem próbował po prostu zatuszować swoje zakłopotanie. Zapomniał jednak o tym, że ręce usmarowane ma smarem, którego plama zdobiła również niewielkie okulary, osadzone na mięsistym, księdzowskim nosie. Kryły się za nimi przenikliwe oczy o przyjacielskim wejrzeniu. – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Dużo się ostatnio tutaj do nas ludzi sprowadza. Młodych małżeństw... Miło mi zawsze witać w naszej małej wspólnocie... A może wy na zapowiedzi przyszliście? O panienko przenajświętsza</span></span> – westchnął cienko ksiądz, gdy światła auta znowu zamigotały, i zgasły. Porzuciwszy dumną pozę, ucisnął nasadę nosa, widocznie doprowadzony na skraj wytrzymałości. <br />
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Aha. Pewnie byłby dobry, gdyby łożyska w alternatorze nie poszły</span> – odpowiedział bardzo rezolutnie Moody, przestępując z nogi na nogę, jak gdyby zastanawiał się, jak podejść do księdza w pojedynku. Nawyk, którego nie potrafił się wyzbyć po tylu latach pracy jako auror. Spojrzał wymownie na stojącą obok Lorien. – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Miło księdza poznać, ale my jeszcze nie parafianie. Chociaż z żoną...</span> – Uniósł lekko ich splecione dłonie, uśmiechając się cwaniacko pod bujnym wąsem. Nie tyle, żeby oszczędzić mugolowi zakłopotania, co żeby się zwyczajnie pochwalić. Czuł wciąż na sobie spojrzenie Lorien, ale tylko splótł ich palce na nowo ze sobą. Może i nie byli jeszcze małżeństwem, ale czemu nie miałby się nie cieszyć, skoro już byli ze sobą po słowie? A nawet gdyby, nie byli tutaj oficjalnie. Nikt nie mógł ich przecież rozpoznać ze zmienionhmi twarzami. – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">...Myślimy o przeprowadzce. Spokojna to okolica?</span><br />
<br />
Ale ksiądz już go nie słuchał. Ucieszony kłaniał się Lorien, na co Aaron lekko zmarszczył brwi. Normalnie pogłębiłby tylko nieco charakterystyczną, gniewną zmarszczkę na czole, ale z tą głupią, przesadnie ekspresyjną twarzą młodzika, wyglądał jak naburmuszony kogut, który stroszy pióra. Wyglądający spod płaszcza kolorowy kaftan, do założenia którego namówiła go narzeczona, wcale nie poprawiał sytuacji. Podobnie jak i to, że klecha skomplementował, że Lorien bardzo szykownie wygląda w swoim ulubionym futerku. Wyczuł, skubany księdzowski manipulant jak się wkraść w jej łaski, skwitował w myślach Aaron. Nie ufał z reguły przedstawicielom stanu duchownego, ale kojarzył z widzenia tutejszego plebana, Petera Wolfgoata, który posługę w anglikańskiej parafii w Dolinie Godryka pełnił od wielu lat. Do obcych religii zawsze odnosił się ze stosownego dystansu badacza historii, bo chociaż pozostawał zdeklarowanym antyklerykałem, wychowany został w wierze w Matkę. Nie w żadnego mugolskiego boga, o którym ksiądz gadał z żarliwością właściwą fanatykom... Szkoda, że Moody nie słyszał samego siebie, gdy snuł na głos wizje o podejrzanie przypominającym faszystowską dyktaturę ustroju magicznego państwa policyjnego. Brzmiał wtedy bardzo podobnie.<br />
<br />
<div class="obrazek" style="background-image:url('https://64.media.tumblr.com/dbe3e84c233fbfd87bdf60b6723f82ee/6641dba7dc09ebf3-c2/s2048x3072/29f97a6f876642d8da1febd99b04416da3f775da.jpg');width:200px;height:110px;float:left;margin-left:2%;margin-right:2%;margin-left:0;"></div>
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">...Czy mógłbym wypożyczyć pani męża?</span></span> – spytał konspiracyjnym szeptem proboszcz Peter. Popatrzył na zmienione pod wpływem eliksiru wielosokowego twarze Lorien i Aarona z tym specyficznym, duszpasterskim półuśmiechem. Jak gdyby w nawróceniu tych dwóch zbłąkanych owieczek na drogę Pana dostrzegł nagle sens całej swojej posługi. – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Wygląda na to, że zna się na autach. Doprawdy, opatrzność mi was zesłała, pani...? Bo ja przecież po biskupa muszę podjechać, z dworca dostojników odebrać. Odpust jutro.</span></span> [inny avek]https://64.media.tumblr.com/5de7e436b8ea9717142efa13b89e3a3f/1d46c79332abd700-48/s2048x3072/8a6ab17502d8a9b075c095ab239d17ffecc38111.pnj[/inny avek]]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[Jesień 72, 12.09 Sklep Bagshotow | Isaac & Anthony] Shattered glass]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5532</link>
			<pubDate>Sun, 21 Dec 2025 22:02:11 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=435">Anthony Shafiq</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5532</guid>
			<description><![CDATA[<h1>—12/09/1972—<br />
<span style="font-size: 10pt;" class="mycode_size">Anglia, Dolina Godryka</span><br />
<span style="font-size: 8pt;" class="mycode_size">Isaac Bagshot &amp; Anthony Shafiq</span><br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><img src="https://i.imgur.com/Hx4SE4u.png" loading="lazy"  alt="[Obrazek: Hx4SE4u.png]" class="mycode_img" /><br />
<br />
<span style="font-size: 10pt;" class="mycode_size"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Jezioro: szyba w iskier tysiące rozbita,<br />
Pąk nenufaru: gładko sczesana najada,<br />
I wysoko nad wodą krążąca rybitwa,<br />
Która nagle, lup wziąwszy na cel -<br />
Z najsrebrzystszym patosem samą siebie łamie,<br />
Przeistacza się w szmatę a następnie w kamień<br />
I pionem spada.</span></span></div>
</h1><br />
<br />
<div class="divek">
<div style="text-align: justify;" class="mycode_align">Pierwszego dnia nie zauważył, ale w niedzielę nikt tak na prawdę nie był w biurze, kto nie musiał w nim być. Poniedziałek obfitował w zbyt wiele spotkań i konfrontacji, w zbyt wiele rozmów i słów bolesnych w samym fakcie swojego istnienia. We wtorek zaczął się martwić, ale były sprawy bardziej naglące niż jeden zagubiony stażysta. <br />
<br />
W środę zdał sobie sprawę, że nieco kompulsywnie przegląda listy osób zaginionych i tych, które finalnie dostarczyły swoje zwolnienia przeróżnej treści, choć każde ze słów splatało się w wielkie SPALONA NOC! z wykrzyknieniem na końcu, niemym echem krzyków trwogi i cierpienia roznoszących się po ulicach Londynu od tej przerażającej wrześniowej nocy. <br />
<br />
W końcu gdy zakończył swoją służbę, nim powrócił do domu na Horyzontalnej, domu pełnego gości z Doliny, to teleportował się do Doliny właśnie w poszukiwaniu tej jednej zagubionej owcy. Czy chciał też zobaczyć gruzowisko Warowni? Bynajmniej, twarz Morpheusa wystarczyła mu sama za siebie, jako świadectwo straszliwości, które wydarzyły się nie tylko w stolicy, ale przecież i tutaj... <br />
<br />
Nie. Nie tym razem. Nie chodziło o wielki ród, który najdotkliwiej poczuł gniew Czarnego szaleńca. Nie. Chodziło o tą owieczkę, o jedną zagubioną...<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Przepraszam, czy wiedzą Państwo gdzie mogę znaleźć Isaaca? Isaaca Bagshota? Nie pojawił się w pracy, nikt nie wie co się z nim stało</span> – powiedział cicho od progu zamiast powitania, ściągając z głowy kapelusz i wygładzając poły ministerialnej szaty noszącej insygnia Departamentu Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów, na tyle subtelne by nie ściągać na siebie mugolskich oczu. Oni z resztą zajęci byli swoimi tragediami obecnie, jak on poświęcił się temu małemu śledztwu... Nie był pewien czy jego podopieczny, dusza ściągnięta prosto z Neapolu, miał dobry kontakt z rodziną. Pozostawało mu mieć nadzieję, że tak właśnie było. </div></div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<h1>—12/09/1972—<br />
<span style="font-size: 10pt;" class="mycode_size">Anglia, Dolina Godryka</span><br />
<span style="font-size: 8pt;" class="mycode_size">Isaac Bagshot &amp; Anthony Shafiq</span><br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><img src="https://i.imgur.com/Hx4SE4u.png" loading="lazy"  alt="[Obrazek: Hx4SE4u.png]" class="mycode_img" /><br />
<br />
<span style="font-size: 10pt;" class="mycode_size"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Jezioro: szyba w iskier tysiące rozbita,<br />
Pąk nenufaru: gładko sczesana najada,<br />
I wysoko nad wodą krążąca rybitwa,<br />
Która nagle, lup wziąwszy na cel -<br />
Z najsrebrzystszym patosem samą siebie łamie,<br />
Przeistacza się w szmatę a następnie w kamień<br />
I pionem spada.</span></span></div>
</h1><br />
<br />
<div class="divek">
<div style="text-align: justify;" class="mycode_align">Pierwszego dnia nie zauważył, ale w niedzielę nikt tak na prawdę nie był w biurze, kto nie musiał w nim być. Poniedziałek obfitował w zbyt wiele spotkań i konfrontacji, w zbyt wiele rozmów i słów bolesnych w samym fakcie swojego istnienia. We wtorek zaczął się martwić, ale były sprawy bardziej naglące niż jeden zagubiony stażysta. <br />
<br />
W środę zdał sobie sprawę, że nieco kompulsywnie przegląda listy osób zaginionych i tych, które finalnie dostarczyły swoje zwolnienia przeróżnej treści, choć każde ze słów splatało się w wielkie SPALONA NOC! z wykrzyknieniem na końcu, niemym echem krzyków trwogi i cierpienia roznoszących się po ulicach Londynu od tej przerażającej wrześniowej nocy. <br />
<br />
W końcu gdy zakończył swoją służbę, nim powrócił do domu na Horyzontalnej, domu pełnego gości z Doliny, to teleportował się do Doliny właśnie w poszukiwaniu tej jednej zagubionej owcy. Czy chciał też zobaczyć gruzowisko Warowni? Bynajmniej, twarz Morpheusa wystarczyła mu sama za siebie, jako świadectwo straszliwości, które wydarzyły się nie tylko w stolicy, ale przecież i tutaj... <br />
<br />
Nie. Nie tym razem. Nie chodziło o wielki ród, który najdotkliwiej poczuł gniew Czarnego szaleńca. Nie. Chodziło o tą owieczkę, o jedną zagubioną...<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Przepraszam, czy wiedzą Państwo gdzie mogę znaleźć Isaaca? Isaaca Bagshota? Nie pojawił się w pracy, nikt nie wie co się z nim stało</span> – powiedział cicho od progu zamiast powitania, ściągając z głowy kapelusz i wygładzając poły ministerialnej szaty noszącej insygnia Departamentu Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów, na tyle subtelne by nie ściągać na siebie mugolskich oczu. Oni z resztą zajęci byli swoimi tragediami obecnie, jak on poświęcił się temu małemu śledztwu... Nie był pewien czy jego podopieczny, dusza ściągnięta prosto z Neapolu, miał dobry kontakt z rodziną. Pozostawało mu mieć nadzieję, że tak właśnie było. </div></div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[03/10/1972] we are under attack || erik & morfeusz]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5513</link>
			<pubDate>Wed, 17 Dec 2025 22:21:02 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=26">Erik Longbottom</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5513</guid>
			<description><![CDATA[<h1>—03/10/1972—<br />
<span style="font-size: 10pt;" class="mycode_size">Warownia, Dolina Godryka</span><br />
<span style="font-size: 8pt;" class="mycode_size">Erik Longbottom &amp; Morfeusz Longbottom, Godryk Longbottom (Bard, MG)</span></h1><br />
<br />
<div class="divek"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Tfu! A ja się nawet próbowałem witać z tą Mulciberową po tym całym przedstawieniu</span>, powtarzał sobie w myślach Erik, maszerując po raz kolejny z jednego końca korytarza na drugi, raz po raz mijając drzwi prowadzące do gabinetu Godryka Longbottoma. Starał się nie zerkać zbyt często w ich stronę, czekając na przybycie wuja Morfeusza. Wolał nie wywoływać wilka z lasu z obawy przed tym, że zostanie przedwcześnie wciągnięty do środka pracowni. Nie mógł oprzeć się wrażeniu, że ich troje i tak czekała dość stresująca i mało przyjemna dyskusja. Z drugiej strony... Czy można było spodziewać się czegokolwiek innego po takim materiale?<br />
<br />
Zerknął z niechęcią na wyjątkowo zdezelowany egzemplarz Proroka Codziennego, który ściskał w dłoniach. Ostatni wieczór spędził drąc poszczególne strony na małe kawałki, które koniec końców na powrót złączył w całość za pomocą paru mocniejszych zaklęć. Wprawdzie nawet magia nie sprawiła, że gazeta wyglądała jak nówka sztuka prosto z kiosku, ale przynajmniej można było dość swobodnie zapoznać się z treścią tego numeru. Nie, żeby Erik planował do niego zbyt szybko wracać. Studiował go przez ostatnie dwa dni i wyniósł tylko z tego doświadczenia jedynie wściekłość, zawód i niedowierzanie.<br />
<br />
Bo czego tam nie było? Krytykowanie Godryka za to, że przywiązuje większą uwagę do Srebrnych Różdżek niż do własnej rodziny. Krytyka związku wuja Clemensa z ciotką Quintessą. Krytyka wszystkich członków rodziny powiązanych z Departamentem Przestrzegania Prawa Czarodziejów. Obowiązkowa wzmianka o wspieraniu promugolskich wartości. Pismaki postawiły sobie za punkt honoru dopiec każdemu z rodziny. Nawet Morfeuszowi się oberwało za to, że nie ma żony i rozpoczęto tkanie teorii o tajnej córce.<br />
<br />
Ba, prasa postanowiła wciągnąć to wszystko jeszcze Geraldine i Norę. Erik wypuścił z ust ciężkie westchnienie. Nie miał pojęcia, jak to wpłynie na obie kobiety. Nora? Pewnie była zażenowaną całą sytuacją. A Ger? <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Och, ta to musi być wręcz wkurwiona. Zwłaszcza że ledwo wzięła ślub</span>, pomyślał przelotnie. Och, ta cała Arista Black narobiła sobie wrogów. A przecież nie podarowali sobie nawet wypomnienia im wiosennego balu charytatywnego, co by móc umieścić nazwisko Malfoyów w treści artykułu. Och, to już było dla Erika zbyt wiele. Wydarzenie, w które cała rodzina włożyła tyle pracy... Praktycznie zjechane od góry do dołu tylko po to, aby móc uderzyć w niego i Brennę.<br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Zadziwiające, że dalej o tym pamiętają</span> — skomentował pod nosem Erik, zatrzymując się przy małej komodzie. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Większość ludzi w tym kraju ma dużo krótszą pamięć.</span><br />
<br />
Po co było się starać? Po co było wyciągać rękę do socjety, skoro koniec końców wszystko i tak miało obrócić się przeciwko nim? Może faktycznie powinien iść za radą Black i Mulciber i uratować zszarganą reputację rodziny. Poszukać wśród Burke'ów, Crouchów, Lestrange'ów, a może nawet Malfoyów i pojąć za żonę jakąś daleko kuzynkę któregoś ze znajomych, a potem wynieść się gdzieś daleko na wieś i nie wyściubiać nosa na zewnątrz nie licząc sabatów? Może wtedy obecność Longbottomów w przestrzeni publicznej przestałaby tak wszystkich boleć.<br />
<br />
Wypuścił powietrze przez usta. Jakby nie miał wystarczająco wielu problemów na głowie, to teraz jeszcze to. Och, Arista zdecydowanie powinna na siebie uważać. Erik oderwał wzrok od krawędzi komody, gdy usłyszał odgłosy kroków dochodzących od strony schodów. Wyprostował się momentalnie, aby zaraz odetchnąć z ulga, gdy stanął twarzą w twarz z Morfeuszem.<br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Hej</span> — rzucił, starając się zachować pogodny ton głosu. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Dobrze, że jesteś. Już myślałem, że sam będę musiał tam wejść. A nie wiem, jak mogłoby się to dla mnie skończyć.</span><br />
<br />
Zerknął wymownie w stronę gabinetu. Nie miał bladego pojęcia, jak Godryk chciał ustosunkować się do tego... skandalu. Czy rodzina przeżyła coś takiego za jego kadencji? W prasie na pewno pojawiały się jakieś wzmianki na temat kontrowersyjnych poglądów Longbottomów, ale czy ktokolwiek próbował tak bezpośrednio wymierzyć im policzek? Czy byli w ogóle przygotowani na to, aby odpowiednio zareagować?</div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<h1>—03/10/1972—<br />
<span style="font-size: 10pt;" class="mycode_size">Warownia, Dolina Godryka</span><br />
<span style="font-size: 8pt;" class="mycode_size">Erik Longbottom &amp; Morfeusz Longbottom, Godryk Longbottom (Bard, MG)</span></h1><br />
<br />
<div class="divek"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Tfu! A ja się nawet próbowałem witać z tą Mulciberową po tym całym przedstawieniu</span>, powtarzał sobie w myślach Erik, maszerując po raz kolejny z jednego końca korytarza na drugi, raz po raz mijając drzwi prowadzące do gabinetu Godryka Longbottoma. Starał się nie zerkać zbyt często w ich stronę, czekając na przybycie wuja Morfeusza. Wolał nie wywoływać wilka z lasu z obawy przed tym, że zostanie przedwcześnie wciągnięty do środka pracowni. Nie mógł oprzeć się wrażeniu, że ich troje i tak czekała dość stresująca i mało przyjemna dyskusja. Z drugiej strony... Czy można było spodziewać się czegokolwiek innego po takim materiale?<br />
<br />
Zerknął z niechęcią na wyjątkowo zdezelowany egzemplarz Proroka Codziennego, który ściskał w dłoniach. Ostatni wieczór spędził drąc poszczególne strony na małe kawałki, które koniec końców na powrót złączył w całość za pomocą paru mocniejszych zaklęć. Wprawdzie nawet magia nie sprawiła, że gazeta wyglądała jak nówka sztuka prosto z kiosku, ale przynajmniej można było dość swobodnie zapoznać się z treścią tego numeru. Nie, żeby Erik planował do niego zbyt szybko wracać. Studiował go przez ostatnie dwa dni i wyniósł tylko z tego doświadczenia jedynie wściekłość, zawód i niedowierzanie.<br />
<br />
Bo czego tam nie było? Krytykowanie Godryka za to, że przywiązuje większą uwagę do Srebrnych Różdżek niż do własnej rodziny. Krytyka związku wuja Clemensa z ciotką Quintessą. Krytyka wszystkich członków rodziny powiązanych z Departamentem Przestrzegania Prawa Czarodziejów. Obowiązkowa wzmianka o wspieraniu promugolskich wartości. Pismaki postawiły sobie za punkt honoru dopiec każdemu z rodziny. Nawet Morfeuszowi się oberwało za to, że nie ma żony i rozpoczęto tkanie teorii o tajnej córce.<br />
<br />
Ba, prasa postanowiła wciągnąć to wszystko jeszcze Geraldine i Norę. Erik wypuścił z ust ciężkie westchnienie. Nie miał pojęcia, jak to wpłynie na obie kobiety. Nora? Pewnie była zażenowaną całą sytuacją. A Ger? <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Och, ta to musi być wręcz wkurwiona. Zwłaszcza że ledwo wzięła ślub</span>, pomyślał przelotnie. Och, ta cała Arista Black narobiła sobie wrogów. A przecież nie podarowali sobie nawet wypomnienia im wiosennego balu charytatywnego, co by móc umieścić nazwisko Malfoyów w treści artykułu. Och, to już było dla Erika zbyt wiele. Wydarzenie, w które cała rodzina włożyła tyle pracy... Praktycznie zjechane od góry do dołu tylko po to, aby móc uderzyć w niego i Brennę.<br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Zadziwiające, że dalej o tym pamiętają</span> — skomentował pod nosem Erik, zatrzymując się przy małej komodzie. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Większość ludzi w tym kraju ma dużo krótszą pamięć.</span><br />
<br />
Po co było się starać? Po co było wyciągać rękę do socjety, skoro koniec końców wszystko i tak miało obrócić się przeciwko nim? Może faktycznie powinien iść za radą Black i Mulciber i uratować zszarganą reputację rodziny. Poszukać wśród Burke'ów, Crouchów, Lestrange'ów, a może nawet Malfoyów i pojąć za żonę jakąś daleko kuzynkę któregoś ze znajomych, a potem wynieść się gdzieś daleko na wieś i nie wyściubiać nosa na zewnątrz nie licząc sabatów? Może wtedy obecność Longbottomów w przestrzeni publicznej przestałaby tak wszystkich boleć.<br />
<br />
Wypuścił powietrze przez usta. Jakby nie miał wystarczająco wielu problemów na głowie, to teraz jeszcze to. Och, Arista zdecydowanie powinna na siebie uważać. Erik oderwał wzrok od krawędzi komody, gdy usłyszał odgłosy kroków dochodzących od strony schodów. Wyprostował się momentalnie, aby zaraz odetchnąć z ulga, gdy stanął twarzą w twarz z Morfeuszem.<br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Hej</span> — rzucił, starając się zachować pogodny ton głosu. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Dobrze, że jesteś. Już myślałem, że sam będę musiał tam wejść. A nie wiem, jak mogłoby się to dla mnie skończyć.</span><br />
<br />
Zerknął wymownie w stronę gabinetu. Nie miał bladego pojęcia, jak Godryk chciał ustosunkować się do tego... skandalu. Czy rodzina przeżyła coś takiego za jego kadencji? W prasie na pewno pojawiały się jakieś wzmianki na temat kontrowersyjnych poglądów Longbottomów, ale czy ktokolwiek próbował tak bezpośrednio wymierzyć im policzek? Czy byli w ogóle przygotowani na to, aby odpowiednio zareagować?</div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[10.09.1972] Spojrzałam na to morze ruin i serce we mnie zamarło]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5512</link>
			<pubDate>Wed, 17 Dec 2025 20:13:18 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=177">Victoria Lestrange</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5512</guid>
			<description><![CDATA[<p>Był to widok doprawdy przykry.</p>
<p>Victoria nie miała czasu do tej pory zobaczyć w jakim stanie był ich dom rodzinny, ale widziała go Primrose, którą dzień po Spalonej Nocy odebrała z Lecznicy Dusz, by zabrać ją do siebie na Pokątną. Teraz jednak stały przed tymi ruinami – bo nie można było tego nazwać inaczej. Musiały się tutaj teleportować, nie było innej rady; sieć Fiuu nadal nie działała, o świstoklikach nie było co mówić, więc ciemnooka po prostu stała i czekała, aż Prim dojdzie do siebie, w tym czasie oglądając to, co zostało z ich domu, który znajdował się na obrzeżach Doliny Godryka, najdalej od mugolskich zabudowań jak tylko się dało. </p>
<p>Smród. Został smród spalenizny. Niegdyś piękna rezydencja teraz składała się z resztek ścian, zawalonego szkieletu budynku, zgliszcz ich wspomnień i dziecięcych marzeń pogrzebanych pod pierzyną popiołu. Victoria nie potrafiła nawet dobrze określić, czy to co czuje, to swąd czarnej magii, czy mieszanki tego wszystkiego co spłonęło, choć gdyby miała strzelać, powiedziałaby, że jednego i drugiego. </p>
<p>Nie weszły jeszcze do środka, stojąc przy bramce, a raczej tego, co z niej zostało… Victoria rozglądała się po znajomo nieznajomym terenie, oczami wyobraźni widząc niegdyś piękny ogród, który najpierw ucierpiał w dzikim wietrze jaki zerwał się 1 maja, będąc kropką nad i bardzo nieszczęśliwych obchodów Beltane, a teraz... Teraz z kwiatów, które tak pielęgnowała, nie zostało już nic, prócz wypalonych placków ziemi. </p>
<p>Westchnęła, czując narastającą w niej złość, której upust dała na razie zaciśnięciem pięści, aż poczuła ból przez paznokcie wbijające się w miękką tkankę wnętrza dłoni. Może i wyniosła się z domu po wielkiej kłótni z matką, ale cholera jasna, to przecież też był jej dom. </p>
<p> <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Pierdoleni Śmierciożercy –</span> odezwała się w końcu, kopiąc butem resztki czegoś, co kiedyś mogło być płotkiem oddzielającym pasmo rosnących kwiatów od dróżki prowadzących do schodów i drzwi wejściowych do budynku. Odwróciła przy tym głowę, by upewnić się, że Primrose już jakoś doszła do siebie, albo czy nie potrzebuje pomocy, bo może myśl o tym, ile tu straciła, jakoś ją przygniotła. Victorię z pewnością to gniotło, ale starała się być twarda. Nie dla siebie, ale dla siostry, która tego potrzebowała znacznie bardziej: tego, by można było się na niej oprzeć, choć to młodsza była tą wyższą. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Tyle mówili o wyższości czystej krwi nad mugolską, tak się nad tym spuszczali, a ostatecznie co. Dla ognia wszystko jest jednakowe, tak samo łatwopalne –</span> może prócz <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">nich</span>, w końcu siostry Lestrange nie płoną. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Wiesz, że ponoć cyrk prowadzony przez mugolaków w ogóle nie zajął się ogniem? –</span> rzuciła i rozkaszlała się okropnie, aż przyłożyła do ust lodowatą dłoń. Nawdychała się przez noc i cały wczorajszy dzień tyle tego pyłu, że miała wrażenie, jakby coś siedziało w jej płucach i drapało, paląc przy tym żywym ogniem od środka. </p>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Był to widok doprawdy przykry.</p>
<p>Victoria nie miała czasu do tej pory zobaczyć w jakim stanie był ich dom rodzinny, ale widziała go Primrose, którą dzień po Spalonej Nocy odebrała z Lecznicy Dusz, by zabrać ją do siebie na Pokątną. Teraz jednak stały przed tymi ruinami – bo nie można było tego nazwać inaczej. Musiały się tutaj teleportować, nie było innej rady; sieć Fiuu nadal nie działała, o świstoklikach nie było co mówić, więc ciemnooka po prostu stała i czekała, aż Prim dojdzie do siebie, w tym czasie oglądając to, co zostało z ich domu, który znajdował się na obrzeżach Doliny Godryka, najdalej od mugolskich zabudowań jak tylko się dało. </p>
<p>Smród. Został smród spalenizny. Niegdyś piękna rezydencja teraz składała się z resztek ścian, zawalonego szkieletu budynku, zgliszcz ich wspomnień i dziecięcych marzeń pogrzebanych pod pierzyną popiołu. Victoria nie potrafiła nawet dobrze określić, czy to co czuje, to swąd czarnej magii, czy mieszanki tego wszystkiego co spłonęło, choć gdyby miała strzelać, powiedziałaby, że jednego i drugiego. </p>
<p>Nie weszły jeszcze do środka, stojąc przy bramce, a raczej tego, co z niej zostało… Victoria rozglądała się po znajomo nieznajomym terenie, oczami wyobraźni widząc niegdyś piękny ogród, który najpierw ucierpiał w dzikim wietrze jaki zerwał się 1 maja, będąc kropką nad i bardzo nieszczęśliwych obchodów Beltane, a teraz... Teraz z kwiatów, które tak pielęgnowała, nie zostało już nic, prócz wypalonych placków ziemi. </p>
<p>Westchnęła, czując narastającą w niej złość, której upust dała na razie zaciśnięciem pięści, aż poczuła ból przez paznokcie wbijające się w miękką tkankę wnętrza dłoni. Może i wyniosła się z domu po wielkiej kłótni z matką, ale cholera jasna, to przecież też był jej dom. </p>
<p> <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Pierdoleni Śmierciożercy –</span> odezwała się w końcu, kopiąc butem resztki czegoś, co kiedyś mogło być płotkiem oddzielającym pasmo rosnących kwiatów od dróżki prowadzących do schodów i drzwi wejściowych do budynku. Odwróciła przy tym głowę, by upewnić się, że Primrose już jakoś doszła do siebie, albo czy nie potrzebuje pomocy, bo może myśl o tym, ile tu straciła, jakoś ją przygniotła. Victorię z pewnością to gniotło, ale starała się być twarda. Nie dla siebie, ale dla siostry, która tego potrzebowała znacznie bardziej: tego, by można było się na niej oprzeć, choć to młodsza była tą wyższą. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Tyle mówili o wyższości czystej krwi nad mugolską, tak się nad tym spuszczali, a ostatecznie co. Dla ognia wszystko jest jednakowe, tak samo łatwopalne –</span> może prócz <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">nich</span>, w końcu siostry Lestrange nie płoną. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Wiesz, że ponoć cyrk prowadzony przez mugolaków w ogóle nie zajął się ogniem? –</span> rzuciła i rozkaszlała się okropnie, aż przyłożyła do ust lodowatą dłoń. Nawdychała się przez noc i cały wczorajszy dzień tyle tego pyłu, że miała wrażenie, jakby coś siedziało w jej płucach i drapało, paląc przy tym żywym ogniem od środka. </p>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[22.11.72] Gdzie kucharka... jedna, tam będą pierniczki]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5487</link>
			<pubDate>Mon, 15 Dec 2025 09:38:19 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=442">Lorien Mulciber</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5487</guid>
			<description><![CDATA[Powiedzieć, że gotowanie nie było najmocniejszą stroną pani Mulciber to jakby nie powiedzieć nic. Oczywiście, potrafiła przyrządzić podstawowe włoskie dania jak marinarę czy jej ulubione penne alla vodka, ale bez nonny Prewett wysyłającej pięć wyjców pod rząd z przepisami, gdzie wszystko jest “na oko” albo “do smaku” to szczerze powiedziawszy - Lorien czuła się w kuchni jak dziecko we mgle. <br />
Gotowanie nigdy nie było sztuką, która szczególnie czarownicę interesowała. Było zbyt podobne do eliksirów. Poza tym, zawsze dbała o krajową gospodarkę i jadała na mieście. Ewentualnie w domu, ale posiłki przygotowane przez służbę. Czy mogło być coś piękniejszego od zapewnienia miejsca pracy? Nie. Oczywiście, że nie.<br />
<br />
Coś jej jednak strzeliło do łba, bo tego akurat poranka postanowiła upiec pierniczki. Matka zawsze powtarzała, że pierniczki muszą skruszeć do Yule, a według jej poważnych wyliczeń takie cztery tygodnie to ostatni dzwonek. Problemy z planem były trzy:<br />
po pierwsze - jej wspomniane wcześniej nikłe umiejętności kulinarne<br />
po drugie - jej nowy dom wciąż przypominał plac budowy, a w kuchni nie miała nawet kotła, żeby wodę na kawę zagotować. I kubka, żeby ową kawę zalać. Co dopiero jakichś wymysłów w stylu wałek czy o bogowie, wykrawaczek świątecznych. <br />
po trzecie - w szafkach równocześnie panował burdel i pustka. Nie wiedziała jak to możliwe, ale tak było. <br />
<br />
Na szczęście na pomoc przybył jej jakże niezawodny, kompletnie nowiutki, otrzymany w ramach prezentu ślubnego MagicMix. Piękna sprawa. Człowiek otwierał księgę z przepisami, wrzucał składniki, a kociołek wypluwał po jakimś czasie gotowe danie. Czy wyglądała irracjonalnie idąc sama na zakupy? Może. Mała Lorien i wielkie siatki to nie było dobre połączenie. I niby mogłaby posłać po to męża, ale… no właśnie. Aaron wracał dzisiaj późno. A ona chciała zrobić pierniczki teraz. Więc targała zakupy do domu, przeklinając życie na pustkowiu (w Dolinie Godryka), daleko od cywilizacji (jakieś 3 minutki spacerkiem od sklepu) w kompletnej samotności (z mężem i kotami). Przy okazji przeklinała cały ten feminizm - może ona nie chciała być silną i niezależną kobietą, tylko chciała, żeby ktoś jej te zakupy przyniósł? No i oberwało się też Aaronowi - jak go nie było jak był potrzebny. Gdzieś tak w połowie drogi pomyślała, że może warto zadzwonić. No ale jej dwukierunkowe lusterko zostało w domu. No oczywiście. Biednemu to piach w oczy. W tej całej bezsilnej złości kopnęła furtkę, która z trzaskiem wypadła z zawiasów. Świetnie. Po prostu genialnie. <br />
<br />
W końcu dotarła do domu, a w domu do kuchni. Najtrudniejsze było już za nią, prawda?<br />
Wypakowała zakupy na blat, zupełnie jakby chciała przekonać Magimixa, że ma wszystko co potrzebne. Mąka do pieczenia, przyprawa korzenna, cynamon, kakao, majonez, wątróbka z kurcząt, wielki słój miodu, jajka, cukier puder . <br />
Szczerze powiedziawszy to ten majonez i wątróbka jej nie pasowały, no ale w księdze były wyraźnie wymienione, więc się nie kłóciła. Może to tak dla smaku dla wilkołaków?<br />
Zaczęła po kolei dodawać składniki…<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Rzut na rzemiosło co z tej katastrofy wyjdzie...</span><br />
[roll=T]<br />
<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">No żesz kurwa mać.</span>- Warknęła. <br />
Kociołek zabulgotał. Zatrząsł się. A potem buchnął ogniem. Pisnęła przerażona. <br />
Niby człowiek miał przeczucie, że to się tak może skończyć, ale się nie spodziewał. Spanikowana chlusnęła do środka wodą z kociej miseczki, która stała na blacie nieopodal. Ogień lekko przygasł. Więc sięgnęła po pierwszą lepszą rzecz jaką znalazła - szklany czajnik z kawą z rana. Fusiastą. Wylała wszystko do kociołka. Jakoś jej nie przyszło do głowy po prostu użyć magii do zagaszenia.<br />
<br />
Kryzys co prawda został zażegnany, ogień stłumiony, a pierniczki… no cóż. Wyjęła przemoczone pachnące kawą i wątróbką, spalone absolutnie pierniczki w kształcie (o ironio) serduszek i gwiazdek. Aha czyli to zaklęcie zadziałało tak? To już nie mogło po prostu się udać?<br />
Z ciężkim westchnieniem odłożyła je wszystkie na ścierkę. Na razie niech wyschną, a co potem… To był problem dla przyszłej Lorien.<br />
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">Koniec sesji</div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Powiedzieć, że gotowanie nie było najmocniejszą stroną pani Mulciber to jakby nie powiedzieć nic. Oczywiście, potrafiła przyrządzić podstawowe włoskie dania jak marinarę czy jej ulubione penne alla vodka, ale bez nonny Prewett wysyłającej pięć wyjców pod rząd z przepisami, gdzie wszystko jest “na oko” albo “do smaku” to szczerze powiedziawszy - Lorien czuła się w kuchni jak dziecko we mgle. <br />
Gotowanie nigdy nie było sztuką, która szczególnie czarownicę interesowała. Było zbyt podobne do eliksirów. Poza tym, zawsze dbała o krajową gospodarkę i jadała na mieście. Ewentualnie w domu, ale posiłki przygotowane przez służbę. Czy mogło być coś piękniejszego od zapewnienia miejsca pracy? Nie. Oczywiście, że nie.<br />
<br />
Coś jej jednak strzeliło do łba, bo tego akurat poranka postanowiła upiec pierniczki. Matka zawsze powtarzała, że pierniczki muszą skruszeć do Yule, a według jej poważnych wyliczeń takie cztery tygodnie to ostatni dzwonek. Problemy z planem były trzy:<br />
po pierwsze - jej wspomniane wcześniej nikłe umiejętności kulinarne<br />
po drugie - jej nowy dom wciąż przypominał plac budowy, a w kuchni nie miała nawet kotła, żeby wodę na kawę zagotować. I kubka, żeby ową kawę zalać. Co dopiero jakichś wymysłów w stylu wałek czy o bogowie, wykrawaczek świątecznych. <br />
po trzecie - w szafkach równocześnie panował burdel i pustka. Nie wiedziała jak to możliwe, ale tak było. <br />
<br />
Na szczęście na pomoc przybył jej jakże niezawodny, kompletnie nowiutki, otrzymany w ramach prezentu ślubnego MagicMix. Piękna sprawa. Człowiek otwierał księgę z przepisami, wrzucał składniki, a kociołek wypluwał po jakimś czasie gotowe danie. Czy wyglądała irracjonalnie idąc sama na zakupy? Może. Mała Lorien i wielkie siatki to nie było dobre połączenie. I niby mogłaby posłać po to męża, ale… no właśnie. Aaron wracał dzisiaj późno. A ona chciała zrobić pierniczki teraz. Więc targała zakupy do domu, przeklinając życie na pustkowiu (w Dolinie Godryka), daleko od cywilizacji (jakieś 3 minutki spacerkiem od sklepu) w kompletnej samotności (z mężem i kotami). Przy okazji przeklinała cały ten feminizm - może ona nie chciała być silną i niezależną kobietą, tylko chciała, żeby ktoś jej te zakupy przyniósł? No i oberwało się też Aaronowi - jak go nie było jak był potrzebny. Gdzieś tak w połowie drogi pomyślała, że może warto zadzwonić. No ale jej dwukierunkowe lusterko zostało w domu. No oczywiście. Biednemu to piach w oczy. W tej całej bezsilnej złości kopnęła furtkę, która z trzaskiem wypadła z zawiasów. Świetnie. Po prostu genialnie. <br />
<br />
W końcu dotarła do domu, a w domu do kuchni. Najtrudniejsze było już za nią, prawda?<br />
Wypakowała zakupy na blat, zupełnie jakby chciała przekonać Magimixa, że ma wszystko co potrzebne. Mąka do pieczenia, przyprawa korzenna, cynamon, kakao, majonez, wątróbka z kurcząt, wielki słój miodu, jajka, cukier puder . <br />
Szczerze powiedziawszy to ten majonez i wątróbka jej nie pasowały, no ale w księdze były wyraźnie wymienione, więc się nie kłóciła. Może to tak dla smaku dla wilkołaków?<br />
Zaczęła po kolei dodawać składniki…<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Rzut na rzemiosło co z tej katastrofy wyjdzie...</span><br />
[roll=T]<br />
<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">No żesz kurwa mać.</span>- Warknęła. <br />
Kociołek zabulgotał. Zatrząsł się. A potem buchnął ogniem. Pisnęła przerażona. <br />
Niby człowiek miał przeczucie, że to się tak może skończyć, ale się nie spodziewał. Spanikowana chlusnęła do środka wodą z kociej miseczki, która stała na blacie nieopodal. Ogień lekko przygasł. Więc sięgnęła po pierwszą lepszą rzecz jaką znalazła - szklany czajnik z kawą z rana. Fusiastą. Wylała wszystko do kociołka. Jakoś jej nie przyszło do głowy po prostu użyć magii do zagaszenia.<br />
<br />
Kryzys co prawda został zażegnany, ogień stłumiony, a pierniczki… no cóż. Wyjęła przemoczone pachnące kawą i wątróbką, spalone absolutnie pierniczki w kształcie (o ironio) serduszek i gwiazdek. Aha czyli to zaklęcie zadziałało tak? To już nie mogło po prostu się udać?<br />
Z ciężkim westchnieniem odłożyła je wszystkie na ścierkę. Na razie niech wyschną, a co potem… To był problem dla przyszłej Lorien.<br />
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">Koniec sesji</div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[28.09.72] Gdy ulatuje dym]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5475</link>
			<pubDate>Fri, 12 Dec 2025 18:14:44 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=24">Brenna Longbottom</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5475</guid>
			<description><![CDATA[Brenna obracała w dłoniach list Pandory, czekając na nią na skraju Doliny Godryka. W kieszeni znajdował się jej notatnik, a w nim cała lista notatek, które zrobiła, gdy obchodziła wioskę przed wizytą u Hjalmara ledwo dwa dni temu.<br />
Miała plan. Miała mnóstwo planów. W zbyt wielu z nich zapewne miała też zamiar liczyć na przyjaciółkę, bo obejmowało to przynajmniej kilka długoterminowych projektów, i trochę martwiła się tym, czy nie obciąży jej za bardzo.<br />
Martwiła się też, czy nie odstawi dzisiaj po raz kolejny jakiegoś przedstawienia. Wizyta w gabinecie Philippy wprawdzie sprawiła, że ten paniczny lęk tlący się w jej duszy w ostatnich tygodniach przygasł, ale nie oznaczało to jeszcze, że wszystkie halucynacje odeszły jak ręką odjął. I chociaż się poprawiało, a Barckley obiecała, że za jakiś czas wszystko będzie dobrze… to Brenna piła bardzo duże ilości melisy, która zastąpiła kawę, i regularnie próbowała spoglądając na każdą świecę i kominek w zasięgu wzroku.<br />
Ale tylko gdy była sama.<br />
I niestety równie często nie działo się nic, jak działo się źle. <br />
To minie, obiecywała sama sobie, i miała nadzieję, że się nie oszukuje.<br />
Odetchnęła i przymknęła na moment oczy, w myślach powtarzając sobie listę.<br />
Dziwna runa u pani Marble, tutaj dziś na pewno nie pomogą. Jeśli szło o Levisów, zniszczenia były daleko idące, udało się im znaleźć ekipę do remontu, ale nie było ich stać na opłacenie wszystkich robót, więc to powinny załatwić galeony. Ale punktem numer jeden na liście była Willow Summerset, w której to domu umiejętności Pandory mogły się okazać nieocenione.<br />
A poza tym musiała przedstawić jej swój pomysł na mechanizm i spytać, czy Prewettówna w ogóle uważała jego wykonanie za realne. Celowo chciała porozmawiać osobno i z nią, i z Thomasem, bo to mogło przynieść zupełnie inne odpowiedzi i pomysły w podejściu do problemu, zanim – miała nadzieję – pogłówkują nad tym wspólnie.<br />
 <br />
!Trauma Ognia]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Brenna obracała w dłoniach list Pandory, czekając na nią na skraju Doliny Godryka. W kieszeni znajdował się jej notatnik, a w nim cała lista notatek, które zrobiła, gdy obchodziła wioskę przed wizytą u Hjalmara ledwo dwa dni temu.<br />
Miała plan. Miała mnóstwo planów. W zbyt wielu z nich zapewne miała też zamiar liczyć na przyjaciółkę, bo obejmowało to przynajmniej kilka długoterminowych projektów, i trochę martwiła się tym, czy nie obciąży jej za bardzo.<br />
Martwiła się też, czy nie odstawi dzisiaj po raz kolejny jakiegoś przedstawienia. Wizyta w gabinecie Philippy wprawdzie sprawiła, że ten paniczny lęk tlący się w jej duszy w ostatnich tygodniach przygasł, ale nie oznaczało to jeszcze, że wszystkie halucynacje odeszły jak ręką odjął. I chociaż się poprawiało, a Barckley obiecała, że za jakiś czas wszystko będzie dobrze… to Brenna piła bardzo duże ilości melisy, która zastąpiła kawę, i regularnie próbowała spoglądając na każdą świecę i kominek w zasięgu wzroku.<br />
Ale tylko gdy była sama.<br />
I niestety równie często nie działo się nic, jak działo się źle. <br />
To minie, obiecywała sama sobie, i miała nadzieję, że się nie oszukuje.<br />
Odetchnęła i przymknęła na moment oczy, w myślach powtarzając sobie listę.<br />
Dziwna runa u pani Marble, tutaj dziś na pewno nie pomogą. Jeśli szło o Levisów, zniszczenia były daleko idące, udało się im znaleźć ekipę do remontu, ale nie było ich stać na opłacenie wszystkich robót, więc to powinny załatwić galeony. Ale punktem numer jeden na liście była Willow Summerset, w której to domu umiejętności Pandory mogły się okazać nieocenione.<br />
A poza tym musiała przedstawić jej swój pomysł na mechanizm i spytać, czy Prewettówna w ogóle uważała jego wykonanie za realne. Celowo chciała porozmawiać osobno i z nią, i z Thomasem, bo to mogło przynieść zupełnie inne odpowiedzi i pomysły w podejściu do problemu, zanim – miała nadzieję – pogłówkują nad tym wspólnie.<br />
 <br />
!Trauma Ognia]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[jesień, 17 września 1972, dom Helloise]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5424</link>
			<pubDate>Fri, 05 Dec 2025 23:43:56 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=415">Dægberht Flint</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5424</guid>
			<description><![CDATA[<div style="text-align: right;" class="mycode_align"><span style="font-size: small;" class="mycode_size"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">|</span> 17 września<br />
<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=523" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Helloise</a> </span></div>
<br />
Dægberht teleportował się tutaj z Londynu, ledwie chwilę po opuszczeniu Necronomiconu. Droga do chatki Helloise była mu znana, ale i tak zdołał się zgubić. Nie dlatego, że sposób w jaki żyła kobieta diametralnie się zmienił, po prostu... Zmieniła się Dolina. Wypływał tak często, że ciężko mu było nadążyć za wszelkimi zmianami, a w dodatku Spalona Noc mocno przetrzepała tutejszą okolicę. Czuł się więc trochę, jakby poruszał się po zupełnie nowym mieście. Do miejsca docelowego dotarł dlatego, że któraś z chat na obrzeżach lasu musiała należeć do niej - a kiedy już znalazł się blisko Kniei, ta najbardziej abstrakcyjna wizualnie była oczywistym wyborem.<br />
<br />
Dom zielarki był ostatnim przystankiem <a href="https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5418" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">podczas dzisiejszego roznoszenia uwarzonych elikisrów</a>. Śmiało, głośno zapukał do drzwi. Jak jej nie zastanie, to zostawi wszystko na ganku.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div style="text-align: right;" class="mycode_align"><span style="font-size: small;" class="mycode_size"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">|</span> 17 września<br />
<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=523" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Helloise</a> </span></div>
<br />
Dægberht teleportował się tutaj z Londynu, ledwie chwilę po opuszczeniu Necronomiconu. Droga do chatki Helloise była mu znana, ale i tak zdołał się zgubić. Nie dlatego, że sposób w jaki żyła kobieta diametralnie się zmienił, po prostu... Zmieniła się Dolina. Wypływał tak często, że ciężko mu było nadążyć za wszelkimi zmianami, a w dodatku Spalona Noc mocno przetrzepała tutejszą okolicę. Czuł się więc trochę, jakby poruszał się po zupełnie nowym mieście. Do miejsca docelowego dotarł dlatego, że któraś z chat na obrzeżach lasu musiała należeć do niej - a kiedy już znalazł się blisko Kniei, ta najbardziej abstrakcyjna wizualnie była oczywistym wyborem.<br />
<br />
Dom zielarki był ostatnim przystankiem <a href="https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5418" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">podczas dzisiejszego roznoszenia uwarzonych elikisrów</a>. Śmiało, głośno zapukał do drzwi. Jak jej nie zastanie, to zostawi wszystko na ganku.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[01.10.72] I dziś do mnie wyjdziesz?]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5367</link>
			<pubDate>Sun, 23 Nov 2025 20:53:07 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=24">Brenna Longbottom</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5367</guid>
			<description><![CDATA[<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Sądziła, że to ostrzeżenie.</span><br />
Może jakieś przesłanie - wyrazy nienawiści. Czerwień, wyglądająca jak krew. Kręgi w kręgach, które okazały się zwykłymi kamieniami. Ptasia czaszka, której Brenna nie miała szans skojarzyć z martwym ptaszkiem, złożonym do płytkiego grobu w sercu lasu tak dawno temu, mogła być wiadomością:<br />
Was też to spotka.<br />
Nie ruszała początkowo tego przedziwnego ołtarza, zarówno dlatego, że tuż po wizycie u Philippy zbyt bała się spróbować rozpalić świece, jak i dlatego, że nie była pewna, czy nie obłożono go jakimiś mrocznymi zaklęciami. Ale nie dotknęła ich żadna klątwa, nie wyglądało na to, by jakiś człowiek zginął, aby pokryć trawę czerwienią, a kamienie były tylko kamykami... i potem padły słowa Victorii. O kimś, kto wszedł do podpalonego domu Lestrangów, niegdyś jednej z najpiękniejszych posiadłości w Dolinie, w której mieszkały siostry odporne na ogień – ale jak się okazało, która sama w sobie na płomienie była podatna. Kto zostawił tam trzy laleczki, jak trzy siostry Lestrange.<br />
Ostrzeżenia?<br />
Dzieło szaleńca?<br />
A może ktoś groził nie tylko jej – żadna nowość – nie tylko jej rodzinie – spodziewane – ale też jej przyjaciółce za to, czym zajmowała się w pracy i że nie padła na kolana, gdy otrzymała taki rozkaz?<br />
Może Brenna nie mogła wiele z tym zrobić, ale nie byłaby sobą, gdyby przynajmniej nie spróbowała.<br />
Ktoś skrobał do drzwi ich domów, i musiała wyjść, by zobaczyć, jakie ma zamiary.<br />
Tego wieczora znów więc pojawiła się w Dolinie Godryka, późną porą, wtedy, kiedy nikt nie powinien zwrócić uwagi na kręcącego się przy Warowni wilka, najpierw upewniającego się, że w pobliżu nikogo nie ma… a potem węszącego przy przedziwnych kręgach. Gdy nie powinno zwrócić niczyjej uwagi i to, że ktoś rozpala tam świece – i gdzie Brenna nie musiała się obawiać, że jeżeli znów wpadnie w panikę, kogoś skrzywdzi.<br />
<br />
W Warowni:<br />
Percepcja, węch<br />
[roll=PO]<br />
Percepcja, widmowidzenie<br />
[roll=PO]<br />
<br />
Nie spanikowała tym razem na widok płomieni, ale i tak żołądek ściskał się boleśnie i... i na razie nie dała rady. Jeszcze nie. Patrzyła na ogień, i choć może nie wywoływał już takiego strachu, to jego wspomnienie wciąż ją rozpraszało.<br />
Za to zapach...<br />
Zapach był znajomy.<br />
Odmieniona w ludzkiej postaci, ze ściągniętą niepokojem twarzą, skierowała się tym razem do domu Lestrangów, by tak jak obiecała, sprawdzić i położony tam ołtarz. Sprawdzić, czy był dziełem tej samej osoby.<br />
<br />
Percepcja<br />
[roll=PO]<br />
<br />
Wprost z ruin teleportowała się, zostawić wiadomość bratu.<br />
Musiała kogoś odwiedzić i zadać mu parę pytań - i chciała, by wiedzieli dokąd, do kogo, i dlaczego idzie. Bo może było to nieszkodliwe dziwactwo wiedźmy z Kniei, a może kryło się za tym coś znacznie więcej... Nie zamierzała biec tam od razu, bez słowa, samotnie: miała do kogo wracać i nie planowała przepaść bez wieści gdzieś w mrocznym lesie. <br />
<br />
<div class="spoiler_wrap"><div class="spoiler_header"><a href="javascript:void(0);" onclick="javascript:if(parentNode.parentNode.getElementsByTagName('div')[1].style.display=='block'){parentNode.parentNode.getElementsByTagName('div')[1].style.display='none';this.innerHTML='&lt;img title=&quot;[+]&quot; alt=&quot;[+]&quot; src=&quot;/images/collapse_collapsed.png&quot; class=&quot;expandspoiler&quot; /&gt;Spoiler';}else {parentNode.parentNode.getElementsByTagName('div')[1].style.display='block';this.innerHTML='&lt;img title=&quot;[-]&quot; alt=&quot;[-]&quot; src=&quot;/images/collapse.png&quot; class=&quot;expandspoiler&quot; /&gt;Spoiler';}"><img title="[+]" alt="[+]" src="/images/collapse_collapsed.png" class="expandspoiler" />Spoiler</a></div><div class="spoiler_body" style="display: none;">Poczynania uzgodnione z zainteresowanymi</div></div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Sądziła, że to ostrzeżenie.</span><br />
Może jakieś przesłanie - wyrazy nienawiści. Czerwień, wyglądająca jak krew. Kręgi w kręgach, które okazały się zwykłymi kamieniami. Ptasia czaszka, której Brenna nie miała szans skojarzyć z martwym ptaszkiem, złożonym do płytkiego grobu w sercu lasu tak dawno temu, mogła być wiadomością:<br />
Was też to spotka.<br />
Nie ruszała początkowo tego przedziwnego ołtarza, zarówno dlatego, że tuż po wizycie u Philippy zbyt bała się spróbować rozpalić świece, jak i dlatego, że nie była pewna, czy nie obłożono go jakimiś mrocznymi zaklęciami. Ale nie dotknęła ich żadna klątwa, nie wyglądało na to, by jakiś człowiek zginął, aby pokryć trawę czerwienią, a kamienie były tylko kamykami... i potem padły słowa Victorii. O kimś, kto wszedł do podpalonego domu Lestrangów, niegdyś jednej z najpiękniejszych posiadłości w Dolinie, w której mieszkały siostry odporne na ogień – ale jak się okazało, która sama w sobie na płomienie była podatna. Kto zostawił tam trzy laleczki, jak trzy siostry Lestrange.<br />
Ostrzeżenia?<br />
Dzieło szaleńca?<br />
A może ktoś groził nie tylko jej – żadna nowość – nie tylko jej rodzinie – spodziewane – ale też jej przyjaciółce za to, czym zajmowała się w pracy i że nie padła na kolana, gdy otrzymała taki rozkaz?<br />
Może Brenna nie mogła wiele z tym zrobić, ale nie byłaby sobą, gdyby przynajmniej nie spróbowała.<br />
Ktoś skrobał do drzwi ich domów, i musiała wyjść, by zobaczyć, jakie ma zamiary.<br />
Tego wieczora znów więc pojawiła się w Dolinie Godryka, późną porą, wtedy, kiedy nikt nie powinien zwrócić uwagi na kręcącego się przy Warowni wilka, najpierw upewniającego się, że w pobliżu nikogo nie ma… a potem węszącego przy przedziwnych kręgach. Gdy nie powinno zwrócić niczyjej uwagi i to, że ktoś rozpala tam świece – i gdzie Brenna nie musiała się obawiać, że jeżeli znów wpadnie w panikę, kogoś skrzywdzi.<br />
<br />
W Warowni:<br />
Percepcja, węch<br />
[roll=PO]<br />
Percepcja, widmowidzenie<br />
[roll=PO]<br />
<br />
Nie spanikowała tym razem na widok płomieni, ale i tak żołądek ściskał się boleśnie i... i na razie nie dała rady. Jeszcze nie. Patrzyła na ogień, i choć może nie wywoływał już takiego strachu, to jego wspomnienie wciąż ją rozpraszało.<br />
Za to zapach...<br />
Zapach był znajomy.<br />
Odmieniona w ludzkiej postaci, ze ściągniętą niepokojem twarzą, skierowała się tym razem do domu Lestrangów, by tak jak obiecała, sprawdzić i położony tam ołtarz. Sprawdzić, czy był dziełem tej samej osoby.<br />
<br />
Percepcja<br />
[roll=PO]<br />
<br />
Wprost z ruin teleportowała się, zostawić wiadomość bratu.<br />
Musiała kogoś odwiedzić i zadać mu parę pytań - i chciała, by wiedzieli dokąd, do kogo, i dlaczego idzie. Bo może było to nieszkodliwe dziwactwo wiedźmy z Kniei, a może kryło się za tym coś znacznie więcej... Nie zamierzała biec tam od razu, bez słowa, samotnie: miała do kogo wracać i nie planowała przepaść bez wieści gdzieś w mrocznym lesie. <br />
<br />
<div class="spoiler_wrap"><div class="spoiler_header"><a href="javascript:void(0);" onclick="javascript:if(parentNode.parentNode.getElementsByTagName('div')[1].style.display=='block'){parentNode.parentNode.getElementsByTagName('div')[1].style.display='none';this.innerHTML='&lt;img title=&quot;[+]&quot; alt=&quot;[+]&quot; src=&quot;/images/collapse_collapsed.png&quot; class=&quot;expandspoiler&quot; /&gt;Spoiler';}else {parentNode.parentNode.getElementsByTagName('div')[1].style.display='block';this.innerHTML='&lt;img title=&quot;[-]&quot; alt=&quot;[-]&quot; src=&quot;/images/collapse.png&quot; class=&quot;expandspoiler&quot; /&gt;Spoiler';}"><img title="[+]" alt="[+]" src="/images/collapse_collapsed.png" class="expandspoiler" />Spoiler</a></div><div class="spoiler_body" style="display: none;">Poczynania uzgodnione z zainteresowanymi</div></div>]]></content:encoded>
		</item>
	</channel>
</rss>