<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0" xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">
	<channel>
		<title><![CDATA[Secrets of London - Little Hangleton]]></title>
		<link>https://secretsoflondon.pl/</link>
		<description><![CDATA[Secrets of London - https://secretsoflondon.pl]]></description>
		<pubDate>Sat, 17 Oct 2026 22:03:01 +0000</pubDate>
		<generator>MyBB</generator>
		<item>
			<title><![CDATA[[Jesień 72, 30.10 między rezydencją a zameczkiem | Jonathan & Anthony] Little twig]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6462</link>
			<pubDate>Wed, 23 Sep 2026 15:34:52 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=435">Anthony Shafiq</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6462</guid>
			<description><![CDATA[<h1>—30/10/1972—<br />
<span style="font-size: 10pt;" class="mycode_size">Anglia, Little Hangleton</span><br />
<span style="font-size: 8pt;" class="mycode_size">Jonathan Selwyn &amp; Anthony Shafiq</span><br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><img src="https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=oYGlTU9.jpeg" loading="lazy"  alt="[Obrazek: imgproxy.php?id=oYGlTU9.jpeg]" class="mycode_img" /><br />
<br />
<span style="font-size: 10pt;" class="mycode_size"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">The other two, slight air and purging fire,<br />
Are both with thee, wherever I abide;<br />
The first my thought, the other my desire,<br />
These present-absent with swift motion slide.<br />
<br />
For when these quicker elements are gone<br />
In tender embassy of love to thee,<br />
My life, being made of four, with two alone<br />
Sinks down to death, oppressed with melancholy;<br />
<br />
Until life's composition be recured<br />
By those swift messengers return'd from thee,<br />
Who even but now come back again, assured<br />
<br />
Of thy fair health, recounting it to me:<br />
This told, I joy; but then no longer glad,<br />
I send them back again and straight grow sad.</span></span></div>
</h1><br />
<br />
<div class="divek">
<div style="text-align: justify;" class="mycode_align">To już jutro. Kolejna próba, którą otrzymają od losu.<br />
<br />
To już jutro.<br />
<br />
Ten spacer właściwie nie był do końca w ich grafiku, ale pozwolił sobie na niego, pozwolili sobie na niego obaj. Trasa prowadząca od letniej rezydencji Anthony'ego Shafiqa do całorocznego zameczku Morpheusa Longbottoma wiodła przez błonia i niewielki lasek o wiele bezpieczniejszy niż znajdujący się opodal mieściny las wisielców.<br />
<br />
Słońce świeciło już wysoko, gdy wybrali się na ten spacer do trzeciego z Jeźdźców. Drzewa szybko z cyprysów zmieniły się w bardziej dzikie, nieujarzmione i kręte chaszcze, między którymi wiodła dość cienka drużka, wydeptana poprzednimi odwiedzinami. Wieża zameczkowa majaczyła gdzieś w tle wyznaczając azymut ich trasy. <br />
<br />
W pewnym momencie Anthony zatrzymał się, poprawiając lazurowy szalik na swojej szyi i pochylił ku ziemi, ujmując w opuszki palców ususzony, całkiem oczyszczony z kory kijaszek. Był całkiem elegancki jak na coś co wypluła na swoje runo dzicz.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Może… może pozbieramy przy okazji drewno na stos?</span> – zasugerował, powoli i z rozmysłem rolując patyczek i przyglądając mu się z zainteresowaniem. Jutowy sznur, symboliczne dorzucenie się do wielkiego rytualnego stosu. Wiele argumentów przemawiało za tym, żeby to zrobić. Nie tylko wizerunkowych. Tylko czemu te patyki był takie brudne, nawet jeśli zdawały się czyste?</div></div>
<br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">gram przeciwko zawadzie Snob</span></div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<h1>—30/10/1972—<br />
<span style="font-size: 10pt;" class="mycode_size">Anglia, Little Hangleton</span><br />
<span style="font-size: 8pt;" class="mycode_size">Jonathan Selwyn &amp; Anthony Shafiq</span><br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><img src="https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=oYGlTU9.jpeg" loading="lazy"  alt="[Obrazek: imgproxy.php?id=oYGlTU9.jpeg]" class="mycode_img" /><br />
<br />
<span style="font-size: 10pt;" class="mycode_size"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">The other two, slight air and purging fire,<br />
Are both with thee, wherever I abide;<br />
The first my thought, the other my desire,<br />
These present-absent with swift motion slide.<br />
<br />
For when these quicker elements are gone<br />
In tender embassy of love to thee,<br />
My life, being made of four, with two alone<br />
Sinks down to death, oppressed with melancholy;<br />
<br />
Until life's composition be recured<br />
By those swift messengers return'd from thee,<br />
Who even but now come back again, assured<br />
<br />
Of thy fair health, recounting it to me:<br />
This told, I joy; but then no longer glad,<br />
I send them back again and straight grow sad.</span></span></div>
</h1><br />
<br />
<div class="divek">
<div style="text-align: justify;" class="mycode_align">To już jutro. Kolejna próba, którą otrzymają od losu.<br />
<br />
To już jutro.<br />
<br />
Ten spacer właściwie nie był do końca w ich grafiku, ale pozwolił sobie na niego, pozwolili sobie na niego obaj. Trasa prowadząca od letniej rezydencji Anthony'ego Shafiqa do całorocznego zameczku Morpheusa Longbottoma wiodła przez błonia i niewielki lasek o wiele bezpieczniejszy niż znajdujący się opodal mieściny las wisielców.<br />
<br />
Słońce świeciło już wysoko, gdy wybrali się na ten spacer do trzeciego z Jeźdźców. Drzewa szybko z cyprysów zmieniły się w bardziej dzikie, nieujarzmione i kręte chaszcze, między którymi wiodła dość cienka drużka, wydeptana poprzednimi odwiedzinami. Wieża zameczkowa majaczyła gdzieś w tle wyznaczając azymut ich trasy. <br />
<br />
W pewnym momencie Anthony zatrzymał się, poprawiając lazurowy szalik na swojej szyi i pochylił ku ziemi, ujmując w opuszki palców ususzony, całkiem oczyszczony z kory kijaszek. Był całkiem elegancki jak na coś co wypluła na swoje runo dzicz.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Może… może pozbieramy przy okazji drewno na stos?</span> – zasugerował, powoli i z rozmysłem rolując patyczek i przyglądając mu się z zainteresowaniem. Jutowy sznur, symboliczne dorzucenie się do wielkiego rytualnego stosu. Wiele argumentów przemawiało za tym, żeby to zrobić. Nie tylko wizerunkowych. Tylko czemu te patyki był takie brudne, nawet jeśli zdawały się czyste?</div></div>
<br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">gram przeciwko zawadzie Snob</span></div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[30.10.1972] somethin seethes]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6454</link>
			<pubDate>Sun, 20 Sep 2026 21:26:15 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=332">Leviathan Rowle</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6454</guid>
			<description><![CDATA[<div class="poszukiwania"><div class="poszukiwania2">
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><a href="https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6129&amp;pid=91672#pid91672" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">zadanie czarnego pana</a><br />
<br />
<img src="https://i.pinimg.com/736x/19/fc/4e/19fc4e0f6d0be0f50b88bfdfb2ea4f70.jpg" loading="lazy"  width="150" height="150" alt="[Obrazek: 19fc4e0f6d0be0f50b88bfdfb2ea4f70.jpg]" class="mycode_img" />  <img src="https://i.pinimg.com/736x/8c/b4/7b/8cb47be81e62c873e27193e6dff8645a.jpg" loading="lazy"  width="150" height="150" alt="[Obrazek: 8cb47be81e62c873e27193e6dff8645a.jpg]" class="mycode_img" />  <img src="https://i.pinimg.com/1200x/d0/85/46/d085468b3259eb17bd23a9b753abc326.jpg" loading="lazy"  width="150" height="150" alt="[Obrazek: d085468b3259eb17bd23a9b753abc326.jpg]" class="mycode_img" /></div></div></div>
<br />
<p>Dwudziestego trzeciego października, mroczny znak na jego przedramieniu, zapłonął bólem. W ten przeszywający, przyzywający do siebie sposób, którym Czarny Pan dawał swoim poplecznikom znać, że potrzebował ich przy sobie. A mimo tego, Rowle czuł w tym spokój. Nie spodziewał się więc od swego mistrza niczego złego.</p>
<p>Teleportacja powiodła go do Little Hangleton, pod posiadłość Riddleów. Stary, rozpadający się budynek, gdzie chyba nikt się nie zbliżał. Ale mimo swojego stanu wydawał mu się idealnie wręcz wpisywać w krajobrazy miejscowości. Może nawet oddając je nieco zanadto. Jak zwykle, zignorował jego obecność niemal całkowicie, ruszając dalej, w stronę mauzoleum, w okolicy którego czekał na niego Czarny Pan. Pojawił się nagle, poprzedzał go właściwy czarnoksiężnikom swąd zepsucia.</p>
<p>Leviathan przywitał się z nim, z należytym szacunkiem, następnie wsłuchując się w jego słowa. Otrzymał stary zwój, który cuchnął w charakterystyczny sposób i jeśli Rowle chociaż przez moment mógł mieć wątpliwości, czemu nie otrzymał go sową, w tym momencie przestał je mieć. Przyjął wytłumaczenia i wskazówki swojego Mistrza, pokiwał głową i zabrał się do pracy.<br />
Pierwsze co zrobił, to przestudiował zawartość tego, co zostało mu wręczone. Zawarty w nim rytuał dotyczył swarthów, które gromadziły się w okolicach Samhain w Little Hangleton. Specyficzne stworzenia, w których inni gotowi byli dostrzegać zły omen, bardzo słusznie z resztą, biorąc pod uwagę do czego mogły być zdolne. Miały w tym roku stanowić idealną rozrywkę dla wszystkich, którzy pojawią się na obchodach sabatu. Kiedy zajrzał potem do jednej z salek, które mieściły się w kompleksie, znalazł niezbędne do przeprowadzenia rytuału składniki – wszystko, co mogło być ciężkie do zdobycia, czekało przygotowane, ale mimo tego lista wciąż była niepewna. Brakowało czegoś, co należało do wyznaczonych przez niego osób i… no właśnie, sam musiał swoje obiekty testowe wytypować.</p>
<p>Z tego co rozumiał, przygotowania do obchodów szły pełną parą, w czym brało udział zarówno Ministerstwo Magii, jak i kowen Whitecroft. Nie było to nic dziwnego, ale wydawało się samoistnie podsuwać pomysł na to, kto powinien stać się ofiarą swarthów. Łaskawie odsunął od siebie własne chęci i pobudki, bo gdyby to zależało tylko i wyłącznie od niego, arcykapłan poszedłby na pierwszy strzał. Nie chodziło nawet o samego Percivala, a sam jego symbol i to, jak drażniło Rowle jego zgromadzenie. Litha niezmiennie pozostawała w jego pamięci żywa, ale nie był pewien, czy był to najsensowniejszy pomysł. Dlatego przemieścił siły dalej, celując w drugi oczywisty wybór – osoby, które miały cały sabat ochraniać.</p>
<p>Skontaktował się więc ze swoim ojcem. Lazarus był szefem Departamentu Kontroli nad Magicznymi Stworzeniami, ale nie znaczyło że siedział przywiązany do biurka każdego dnia. Z resztą, sama jego pozycja szefa, pozwalała mu na o wiele większą swobodę działania niż jego synowi, który pewnie niezwykle szybko zostałby wyproszony z biura aurorów i brygadzistów, gdyby się tam pojawił bez większego powodu. Wskazał Lazarusowi nazwisko – Moody. Cholerni Moody, którzy byli przecież tak nierozerwalnie związani ze ściganiem czarnoksiężników, ze można było nie znać ich imion, nie wiedzieć ilu ich właściwie jest, ale jeśli cokolwiek było o nich wiadomo to właśnie czym najchętniej się zajmowali. Aaron wydawał się też przy tym dobrym wyborem; jako zwykły auror na pewno zostanie rozdysponowany na któryś z patroli, do tego posiadał pewną reputację, a to czyniło go dobrym przykładem. Kolejną osobą, o której Leviathan pomyślał, był Bletchley. Też auror, też z dużym stażem i też o szlamolubnych sympatiach. Do tego już raz został wzięty na bezpośredni celownik śmierciożerców, bo podczas Spalonej Nocy. Lazarus Rowle dostał więc zadanie – dostarczenie potwierdzenia, czy obydwoje mieli mieć dyżury podczas Samhain w Little Hangleton, a następnie dostarczenie przedmiotów, które miały do nich należeć. Machina więc ruszyła.</p>
<p>Trzecia osoba, którą miał wytypować, dość długo chodziła mu po głowie i równie długo nie mógł się określić na temat tego, kto to powinien być. Jego własne urazy pchały go w różne strony, aż wreszcie odezwała się do niego Septima, słodko informując że miała zamiar pojawić się na Samhain w towarzystwie Praw Czasu – tych samych, których właściciel stawiał swój własny uniwersytet czy inną uczelnię. Może nie spodobało mu się, że mówiła to dopiero teraz, a może że w ogóle nie wspomniała wcześniej o tak dużym zaangażowaniu w przedsięwzięcie. Wreszcie, może zwyczajnie stwierdził, że narobienie szumu w tym otoczeniu mogło być ciekawe – w końcu Vakel Dolohov było mocnym nazwiskiem, które przyciągnie tłumy. Obecność wieszcza natomiast gwarantowała, że z nim pojawią się jego asystenci. Leviathan bowiem nie zamierzał celować w samego wieszcza, uważając chyba za nadto uciążliwe, by próbować się do niego dobić. Spotkanie z asystentem, chociażby w sprawie szybkiego ustalenia terminu, było już bardziej prawdopodobne, dlatego umówił się na szybką wizytę.</p>
<p>Pojawił się w Prawach czasu dwudziestego ósmego października i spotkał z Peregrinusem Trelawneyem; przeprowadził z nim krótką rozmowę przedstawiając swój problem (chciał skonsultować z wielkim wieszczem kwestie uczuciowe, gdyż doszedł do wniosku że oto jego pora by na nowo zacząć szukać dla siebie dobrej partii), zboczył nieco nawet na to, że do decyzji przekonała do Scylla (stwierdzając że może wspomnienie jej nieco osłabi uwagę rozmówcy, w końcu porozmawianie o wspólnym znajomym nigdy nie mogło być aż takim złym pomysłem), a na końcu umówił się na dogodny termin.</p>
<p>Rowle wyszedł stamtąd z piórem, którym Peregrinus dokonywał notatek. Mała rzecz, której nikomu pewnie nie będzie szkoda, szczególnie gdy na biurku miało się ustawiony wazonik (czy jak to nazwać) z wieloma innymi, gotowymi zastąpić się wzajemnie, gdyby końcówka postanowiła szwankować. </p>
<p>Lazarus natomiast, spisał się koncertowo – potwierdził, że Moody i Bletchley mieli znaleźć się podczas sabatu akurat w Little Hangleton. Dodatkowo, dostarczył synowi dwa przedmioty, które wcześniej należały do obu aurorów. To, co należało do Aarona, okazało się zwyczajnym, kołowym notatnikiem – coś, czym chyba posługiwało się bardzo wiele osób, które musiały w terenie przeprowadzać śledztwa i spisywać rzeczy, które mogły potem okazać się przydatne. Co zaś tyczyło się Juliana, to jego przedmiotem okazał się krawat. Fragment ubrania, który w domu pełnym córek nie mógł chyba należeć do kogokolwiek innego. Leviathan miał więc komplet i mógł się zabrać za właściwą część całego zadania, którym obarczył go Czarny Pan.<br />
Zabrał ze sobą pióro, notatnik i krawat, wracając do Little Hangleton i Kromlechu. Pierwsze co, to odwiedził komnatę, w której znajdowały się wszystkie niezbędne do odprawienia rytuału składniki – nie był specjalistą od tego typu magii, ale posiadał wystarczającą wiedzę by móc stwierdzić, że nie było to nic, co łatwo było znaleźć z dnia na dzień w pierwszym lepszym sklepie. W aktualnych czasach chyba szczególnie, biorąc pod uwagę, ze Spalona Noc przetrzepała asortyment większości sklepów, a większość rzemieślników narzekało na braku w składnikach.</p>
<p>Niemniej jednak, zebrał wszystko, starając się by było odpowiednio zabezpieczone, a następnie ruszył w drogę do otaczającego Little Hangleton lasu. Tam miał zamiar rozłożyć i odprawić rytuał. Nigdy przesadnie nie przepadał za okolicami miasteczka, a może i nie miał powodów, by kręcić się dookoła niego. Ponura miejscowość zdawała się w pełni wypaczona przez czarnoksiężkie praktyki i tak jak samo w sobie to mu nie przeszkadzało, tak wypłowiała natura wzbudzała mieszane uczucia. Coś sprawiało, że to miejsce nie mogło w pełni się odrodzić – powyginane gałęzie drzew, obdarte z liści i pąków straszyły, a podobno też w niektórych częściach lasu były zwyczajnie niebezpieczne. Coś czyhało między nimi, jakieś echo czarów, których dopuszczano się między nimi. I były tam też swarthy, czarnomagiczne stworzenia, do których musiał dzisiejszego dnia przemówić.</p>
<p>Znalazł niewielki prześwit między drzewami, który posiadał wystarczająco dużo miejsca, by rozłożyć rytuał, ale też znajdował się na tyle głęboko, by nikt nieproszony nie przeszkadzał Leviathanowi. Kolejne składniki trafiały na właściwe miejsca, według zawartego w zwoju rytuału – pergamin Rowle zabrał przezornie ze sobą, nie chcąc popełnić ani jednego błędu, a tym samym sprawić ze zawiedzie Mistrza. Księżyc świecił na niebie jasno, wciąż jeszcze w miarę pełny po pełni, która miała miejsce parę dni temu, ale czarodziej i tak był pewny, że Matka na niego nie patrzyła. Nigdy tego nie robiła, wzgardzając swoimi dziećmi nieustannie i niezdolna do zareagowania w cokolwiek, co działo się pod jej nosem. </p>
<p>Kiedy wszystko znalazło się na swoim miejscu, Leviathan przeszedł do dalszej części rytuału, działając według załączonej instrukcji. Magia zadziałała, zwracając uwagę istot, które kryły się w tych okolicach, powoli wybudzając się z jakiegoś cyklicznego snu. Chyba wcześniej nie zdarzyło mu się o nich słyszeć, ale z drugiej strony nawet się temu nie dziwił. Nie, kiedy nie bywał w tych rejonach tak rzadko, ale też dlatego że z opisu nie wydawały się czymś przesadnie obcym. Przypominały nieco widma, jakby były ich marną namiastką – może tym właśnie były istoty z Doliny Godryka. Swarthami, które opiły się energii z Limbo, stając czymś o wiele straszniejszym.</p>
<p>Pierwsze szelesty zwróciły jego uwagę, kiedy cieniste istoty zainteresowały się tym, co miało miejsce pod ich nosem. Magia wzywała je, zachęcała do pokazania się interakcji, a jednocześnie Leviathan był pewien, że akurat on był przy nich bezpieczny. Czarny Pan zapewnił go przecież, że tak miało być. Że istoty atakowały tych, którzy okazywali się słabi, a potem spijały z nich energię. Jeśli miały przynieść komuś śmierć w najbliższych dniach, an pewno nie mógł to być on.</p>
<p>Trzy przedmioty, trzech ludzi, podczas Sabatu, który miał się niedługo rozegrać. Wskazał swarthom ich ofiary i miał szczerą nadzieję, że eksperyment który przeprowadzał, powiedzie się sukcesem. </p>
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">Koniec sesji</div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div class="poszukiwania"><div class="poszukiwania2">
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><a href="https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6129&amp;pid=91672#pid91672" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">zadanie czarnego pana</a><br />
<br />
<img src="https://i.pinimg.com/736x/19/fc/4e/19fc4e0f6d0be0f50b88bfdfb2ea4f70.jpg" loading="lazy"  width="150" height="150" alt="[Obrazek: 19fc4e0f6d0be0f50b88bfdfb2ea4f70.jpg]" class="mycode_img" />  <img src="https://i.pinimg.com/736x/8c/b4/7b/8cb47be81e62c873e27193e6dff8645a.jpg" loading="lazy"  width="150" height="150" alt="[Obrazek: 8cb47be81e62c873e27193e6dff8645a.jpg]" class="mycode_img" />  <img src="https://i.pinimg.com/1200x/d0/85/46/d085468b3259eb17bd23a9b753abc326.jpg" loading="lazy"  width="150" height="150" alt="[Obrazek: d085468b3259eb17bd23a9b753abc326.jpg]" class="mycode_img" /></div></div></div>
<br />
<p>Dwudziestego trzeciego października, mroczny znak na jego przedramieniu, zapłonął bólem. W ten przeszywający, przyzywający do siebie sposób, którym Czarny Pan dawał swoim poplecznikom znać, że potrzebował ich przy sobie. A mimo tego, Rowle czuł w tym spokój. Nie spodziewał się więc od swego mistrza niczego złego.</p>
<p>Teleportacja powiodła go do Little Hangleton, pod posiadłość Riddleów. Stary, rozpadający się budynek, gdzie chyba nikt się nie zbliżał. Ale mimo swojego stanu wydawał mu się idealnie wręcz wpisywać w krajobrazy miejscowości. Może nawet oddając je nieco zanadto. Jak zwykle, zignorował jego obecność niemal całkowicie, ruszając dalej, w stronę mauzoleum, w okolicy którego czekał na niego Czarny Pan. Pojawił się nagle, poprzedzał go właściwy czarnoksiężnikom swąd zepsucia.</p>
<p>Leviathan przywitał się z nim, z należytym szacunkiem, następnie wsłuchując się w jego słowa. Otrzymał stary zwój, który cuchnął w charakterystyczny sposób i jeśli Rowle chociaż przez moment mógł mieć wątpliwości, czemu nie otrzymał go sową, w tym momencie przestał je mieć. Przyjął wytłumaczenia i wskazówki swojego Mistrza, pokiwał głową i zabrał się do pracy.<br />
Pierwsze co zrobił, to przestudiował zawartość tego, co zostało mu wręczone. Zawarty w nim rytuał dotyczył swarthów, które gromadziły się w okolicach Samhain w Little Hangleton. Specyficzne stworzenia, w których inni gotowi byli dostrzegać zły omen, bardzo słusznie z resztą, biorąc pod uwagę do czego mogły być zdolne. Miały w tym roku stanowić idealną rozrywkę dla wszystkich, którzy pojawią się na obchodach sabatu. Kiedy zajrzał potem do jednej z salek, które mieściły się w kompleksie, znalazł niezbędne do przeprowadzenia rytuału składniki – wszystko, co mogło być ciężkie do zdobycia, czekało przygotowane, ale mimo tego lista wciąż była niepewna. Brakowało czegoś, co należało do wyznaczonych przez niego osób i… no właśnie, sam musiał swoje obiekty testowe wytypować.</p>
<p>Z tego co rozumiał, przygotowania do obchodów szły pełną parą, w czym brało udział zarówno Ministerstwo Magii, jak i kowen Whitecroft. Nie było to nic dziwnego, ale wydawało się samoistnie podsuwać pomysł na to, kto powinien stać się ofiarą swarthów. Łaskawie odsunął od siebie własne chęci i pobudki, bo gdyby to zależało tylko i wyłącznie od niego, arcykapłan poszedłby na pierwszy strzał. Nie chodziło nawet o samego Percivala, a sam jego symbol i to, jak drażniło Rowle jego zgromadzenie. Litha niezmiennie pozostawała w jego pamięci żywa, ale nie był pewien, czy był to najsensowniejszy pomysł. Dlatego przemieścił siły dalej, celując w drugi oczywisty wybór – osoby, które miały cały sabat ochraniać.</p>
<p>Skontaktował się więc ze swoim ojcem. Lazarus był szefem Departamentu Kontroli nad Magicznymi Stworzeniami, ale nie znaczyło że siedział przywiązany do biurka każdego dnia. Z resztą, sama jego pozycja szefa, pozwalała mu na o wiele większą swobodę działania niż jego synowi, który pewnie niezwykle szybko zostałby wyproszony z biura aurorów i brygadzistów, gdyby się tam pojawił bez większego powodu. Wskazał Lazarusowi nazwisko – Moody. Cholerni Moody, którzy byli przecież tak nierozerwalnie związani ze ściganiem czarnoksiężników, ze można było nie znać ich imion, nie wiedzieć ilu ich właściwie jest, ale jeśli cokolwiek było o nich wiadomo to właśnie czym najchętniej się zajmowali. Aaron wydawał się też przy tym dobrym wyborem; jako zwykły auror na pewno zostanie rozdysponowany na któryś z patroli, do tego posiadał pewną reputację, a to czyniło go dobrym przykładem. Kolejną osobą, o której Leviathan pomyślał, był Bletchley. Też auror, też z dużym stażem i też o szlamolubnych sympatiach. Do tego już raz został wzięty na bezpośredni celownik śmierciożerców, bo podczas Spalonej Nocy. Lazarus Rowle dostał więc zadanie – dostarczenie potwierdzenia, czy obydwoje mieli mieć dyżury podczas Samhain w Little Hangleton, a następnie dostarczenie przedmiotów, które miały do nich należeć. Machina więc ruszyła.</p>
<p>Trzecia osoba, którą miał wytypować, dość długo chodziła mu po głowie i równie długo nie mógł się określić na temat tego, kto to powinien być. Jego własne urazy pchały go w różne strony, aż wreszcie odezwała się do niego Septima, słodko informując że miała zamiar pojawić się na Samhain w towarzystwie Praw Czasu – tych samych, których właściciel stawiał swój własny uniwersytet czy inną uczelnię. Może nie spodobało mu się, że mówiła to dopiero teraz, a może że w ogóle nie wspomniała wcześniej o tak dużym zaangażowaniu w przedsięwzięcie. Wreszcie, może zwyczajnie stwierdził, że narobienie szumu w tym otoczeniu mogło być ciekawe – w końcu Vakel Dolohov było mocnym nazwiskiem, które przyciągnie tłumy. Obecność wieszcza natomiast gwarantowała, że z nim pojawią się jego asystenci. Leviathan bowiem nie zamierzał celować w samego wieszcza, uważając chyba za nadto uciążliwe, by próbować się do niego dobić. Spotkanie z asystentem, chociażby w sprawie szybkiego ustalenia terminu, było już bardziej prawdopodobne, dlatego umówił się na szybką wizytę.</p>
<p>Pojawił się w Prawach czasu dwudziestego ósmego października i spotkał z Peregrinusem Trelawneyem; przeprowadził z nim krótką rozmowę przedstawiając swój problem (chciał skonsultować z wielkim wieszczem kwestie uczuciowe, gdyż doszedł do wniosku że oto jego pora by na nowo zacząć szukać dla siebie dobrej partii), zboczył nieco nawet na to, że do decyzji przekonała do Scylla (stwierdzając że może wspomnienie jej nieco osłabi uwagę rozmówcy, w końcu porozmawianie o wspólnym znajomym nigdy nie mogło być aż takim złym pomysłem), a na końcu umówił się na dogodny termin.</p>
<p>Rowle wyszedł stamtąd z piórem, którym Peregrinus dokonywał notatek. Mała rzecz, której nikomu pewnie nie będzie szkoda, szczególnie gdy na biurku miało się ustawiony wazonik (czy jak to nazwać) z wieloma innymi, gotowymi zastąpić się wzajemnie, gdyby końcówka postanowiła szwankować. </p>
<p>Lazarus natomiast, spisał się koncertowo – potwierdził, że Moody i Bletchley mieli znaleźć się podczas sabatu akurat w Little Hangleton. Dodatkowo, dostarczył synowi dwa przedmioty, które wcześniej należały do obu aurorów. To, co należało do Aarona, okazało się zwyczajnym, kołowym notatnikiem – coś, czym chyba posługiwało się bardzo wiele osób, które musiały w terenie przeprowadzać śledztwa i spisywać rzeczy, które mogły potem okazać się przydatne. Co zaś tyczyło się Juliana, to jego przedmiotem okazał się krawat. Fragment ubrania, który w domu pełnym córek nie mógł chyba należeć do kogokolwiek innego. Leviathan miał więc komplet i mógł się zabrać za właściwą część całego zadania, którym obarczył go Czarny Pan.<br />
Zabrał ze sobą pióro, notatnik i krawat, wracając do Little Hangleton i Kromlechu. Pierwsze co, to odwiedził komnatę, w której znajdowały się wszystkie niezbędne do odprawienia rytuału składniki – nie był specjalistą od tego typu magii, ale posiadał wystarczającą wiedzę by móc stwierdzić, że nie było to nic, co łatwo było znaleźć z dnia na dzień w pierwszym lepszym sklepie. W aktualnych czasach chyba szczególnie, biorąc pod uwagę, ze Spalona Noc przetrzepała asortyment większości sklepów, a większość rzemieślników narzekało na braku w składnikach.</p>
<p>Niemniej jednak, zebrał wszystko, starając się by było odpowiednio zabezpieczone, a następnie ruszył w drogę do otaczającego Little Hangleton lasu. Tam miał zamiar rozłożyć i odprawić rytuał. Nigdy przesadnie nie przepadał za okolicami miasteczka, a może i nie miał powodów, by kręcić się dookoła niego. Ponura miejscowość zdawała się w pełni wypaczona przez czarnoksiężkie praktyki i tak jak samo w sobie to mu nie przeszkadzało, tak wypłowiała natura wzbudzała mieszane uczucia. Coś sprawiało, że to miejsce nie mogło w pełni się odrodzić – powyginane gałęzie drzew, obdarte z liści i pąków straszyły, a podobno też w niektórych częściach lasu były zwyczajnie niebezpieczne. Coś czyhało między nimi, jakieś echo czarów, których dopuszczano się między nimi. I były tam też swarthy, czarnomagiczne stworzenia, do których musiał dzisiejszego dnia przemówić.</p>
<p>Znalazł niewielki prześwit między drzewami, który posiadał wystarczająco dużo miejsca, by rozłożyć rytuał, ale też znajdował się na tyle głęboko, by nikt nieproszony nie przeszkadzał Leviathanowi. Kolejne składniki trafiały na właściwe miejsca, według zawartego w zwoju rytuału – pergamin Rowle zabrał przezornie ze sobą, nie chcąc popełnić ani jednego błędu, a tym samym sprawić ze zawiedzie Mistrza. Księżyc świecił na niebie jasno, wciąż jeszcze w miarę pełny po pełni, która miała miejsce parę dni temu, ale czarodziej i tak był pewny, że Matka na niego nie patrzyła. Nigdy tego nie robiła, wzgardzając swoimi dziećmi nieustannie i niezdolna do zareagowania w cokolwiek, co działo się pod jej nosem. </p>
<p>Kiedy wszystko znalazło się na swoim miejscu, Leviathan przeszedł do dalszej części rytuału, działając według załączonej instrukcji. Magia zadziałała, zwracając uwagę istot, które kryły się w tych okolicach, powoli wybudzając się z jakiegoś cyklicznego snu. Chyba wcześniej nie zdarzyło mu się o nich słyszeć, ale z drugiej strony nawet się temu nie dziwił. Nie, kiedy nie bywał w tych rejonach tak rzadko, ale też dlatego że z opisu nie wydawały się czymś przesadnie obcym. Przypominały nieco widma, jakby były ich marną namiastką – może tym właśnie były istoty z Doliny Godryka. Swarthami, które opiły się energii z Limbo, stając czymś o wiele straszniejszym.</p>
<p>Pierwsze szelesty zwróciły jego uwagę, kiedy cieniste istoty zainteresowały się tym, co miało miejsce pod ich nosem. Magia wzywała je, zachęcała do pokazania się interakcji, a jednocześnie Leviathan był pewien, że akurat on był przy nich bezpieczny. Czarny Pan zapewnił go przecież, że tak miało być. Że istoty atakowały tych, którzy okazywali się słabi, a potem spijały z nich energię. Jeśli miały przynieść komuś śmierć w najbliższych dniach, an pewno nie mógł to być on.</p>
<p>Trzy przedmioty, trzech ludzi, podczas Sabatu, który miał się niedługo rozegrać. Wskazał swarthom ich ofiary i miał szczerą nadzieję, że eksperyment który przeprowadzał, powiedzie się sukcesem. </p>
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">Koniec sesji</div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[27.10.72] Widzę jak sól wypala wzór]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6453</link>
			<pubDate>Sun, 20 Sep 2026 19:53:05 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=574">Savaš Gregorovitch</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6453</guid>
			<description><![CDATA[<p> Został sam w domu Gregorovitchów, a ponure Little Hangleton zdawało się jeszcze bardziej pozbawione życia niż zwykle. Resztki jesiennego światła dogasały na szybach, a wraz z nimi pokoje powoli traciły domowy nastrój. Savaš znał tę porę dobrze. Smutek samotności przychodził wtedy pierwszy, jak przypływ, który przez cały dzień pozostawał niewidoczny, by wieczorem odnaleźć drogę do każdego pustego pomieszczenia. Nauczył się jednak z nim żyć. Jak człowiek, który po wielu latach przestaje walczyć z demonem i zamiast tego sadza go naprzeciw siebie. Nie wypędzał go, ale pozwalał mu mówić, a potem wykorzystywał jego czar.</p>
<p>Na środku stołu ułożył narzędzia rytuału. Czarną świece, wiązkę tarniny, której gałęzie zostały wcześniej spalone na drobny, czarny popiół. Wiklinę oraz płytką miseczkę, w której popiół czekał na swoją przemianę. Zgasił wszystkie lampy. Pozostała tylko jedna świeca. Przez chwilę siedział nieruchomo przed jej płomieniem. Nie rozpoczynał zaklęcia. Najpierw musiał pozwolić smutkowi osiąść w sobie do właściwej głębokości. Rytuał wymagał ciszy, dogłębnej, duchowej i pozbawionej dźwięku. Potrzebował ciszy, w której człowiek słyszy własne myśli wyraźniej niż wszystko, co znajduje się poza nim. Przycisnął dłonie do swoich skroni z zamkniętymi oczami. Trwał tak kilka minut, aż ciężar przytłaczających, gnębiących myśli przelał się na jego ręce. Wtedy uniósł je i wystawił przed siebie, tuż nad płomieniem. Poczuł ciepło, co dodało mu przez moment sił, ale tylko na moment. Potem czekał dłużej i chwilę jeszcze. Aż do momentu, aż swąd palonej skóry mógł być wyczuwalny w pomieszczeniu. Nie czuł już bólu, to nie mogło go odwlec od czarno magicznego rytuału. Pozwolił myślom wrócić do jednego z tych wieczorów, które jego pamięć przechowywała z okrutną dokładnością. Nie przywoływał obrazu w całości. Wystarczył jej głos i tylko jedno zdanie. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Nikt z nas nie jest niczym więcej niż krwią, która w nim płynie.</span></p>
<p>Pierwsza łza spadła na popiół. Nie otarł jej. Druga. Trzecia, a potem jeszcze kilka kolejnych.  Wilgotny popiół tarniny zaczął ciemnieć, nasiąkając czymś, co dla każdego innego byłoby jedynie oznaką słabości. Dla niego stało się składnikiem. Bazą. Gregorovitchowska magia znała przedmioty, które można było uczynić bardziej podatnymi na klątwę, jeśli odpowiednio przygotowano ich materię. Tarnina nadawała się do tego szczególnie dobrze, cierń, granica, drewno, które od dawna kojarzono z ochroną i przekraczaniem tego, czego przekraczać nie należało. Savaš zanurzył dwa palce w czarnym, nasiąkniętym łzami popiele. Dopiero wtedy rozpoczął pracę. Wiklina układała się pod jego dłoń w równy, cierpliwy splot. Nie spieszył się. Każde pasmo przechodziło nad drugim, każde skrzyżowanie było jak kolejna linia zaklęcia. Z czasem płaska mata zaczęła przypominać ozdobną ceratę przeznaczoną na stół. Wzór był subtelny, niemal elegancki. Z daleka wyglądałby jak przedmiot wykonany przez kogoś, kto chciał nadać zwyczajnemu posiłkowi odrobinę uroku. Savaš wiedział jednak, co ukrywał splot. Co pewien czas dotykał wikliny popiołem, zostawiając na niej czarne ślady. Przy każdym takim dotknięciu wypowiadał pojedyncze słowo inkantacji. Słowa miały zamykać się w materiale tak, jak jego smutek zamykał się w nim. Kiedy ostatni splot został ukończony, Savaš koniec różdżki na powierzchni maty. Płomień świecy wygiął się nagle w jego stronę. Wypowiedział ostatnią formułę. Nie było huku ani błysku. Tylko głęboka cisza, która na krótką chwilę zdawała się wypełniać cały dom. Potem płomień wrócił do normalnego kształtu. Klątwa została zamknięta. Każdy, kto zasiadłby do posiłku nad zaczarowaną matą, początkowo nie zauważyłby niczego. Dopiero później pojawiłoby się w nim poczucie przytłoczenia, niepokój bez wyraźnej przyczyny, smutek bez wspomnienia, żal bez źródła. Z czasem wszystko, co dobre, zaczęłoby wydawać się odległe i kruche. Nadzieja stawałaby się czymś naiwnym, niemal absurdalnym. Rozpacz narastałaby cierpliwie, aż zaklęcie zostałoby rozproszone. Savaš patrzył na gotowy przedmiot długo. Nie czuł triumfu. Nie czuł też winy. Ojciec kazał, syn wysłuchał. Zdmuchnął świecę. W ciemności czarna wiklina pozostała niewidoczna. Tylko zapach spalonej skóry wciąż wisiał w powietrzu, jak ślad po modlitwie skierowanej do czegoś, czego Savaš nigdy nie odważyłby się nazwać bogiem.</p>
<p> Przełom przyszedł przez rzecz zupełnie błahą, niemal żałosną w swojej zwyczajności. Savaš nie dogasił świecy. Nie tak jak powinien. Zorientował się dopiero wtedy, gdy usłyszał zwęglający się pergamin za sobą. Płomień, pozostawiony na skraju stołu, musiał przechylić się podczas jego pracy i liznąć brzeg starej księgi. Była to jedna z tych staroruskich ksiąg, które ojciec przechowywał niemal jak relikwie, kruche karty, wyblakłe pismo, notatki naniesione przez kilka pokoleń Gregorovitchów. Savaš znał jej wartość. Wiedział, ile razy ojciec przestrzegał, by nawet nie stawiać przy niej filiżanki z herbatą. Teraz kilka kart było nadpalonych. Zamarł. Przez chwilę patrzył tylko na cienką strużkę dymu unoszącą się nad księgą. Potem gwałtownie zdusił płomień i ostrożnie odsunął świecę, jakby sam dotyk mógł pogorszyć sytuację. Palce zaczęły mu drżeć. To była jego wina. Nie żadna klątwa. Nie cudza magia. Nie los, który znów postanowił przypomnieć mu o własnej złośliwości. Jego nieuwaga. I nagle cały ten smutek, z którym nauczył się żyć, zmienił kształt. Smutek ustąpił miejsca czemuś ostrzejszemu. Lękowi Nie bał się samej kary. Bał się twarzy ojca, kiedy ten zobaczy zniszczoną księgę. Bał się rozczarowania, które mogło pojawić się w jego oczach, tego cichego, znacznie gorszego od gniewu. Tego spojrzenia, które mówiłoby, że nawet teraz, po wszystkim, po śmierci i powrocie, po całej tej próbie udowodnienia swojej wartości, Savaš wciąż potrafił zawieść. Przycisnął dłonie do twarzy. Oddech stał się płytki, choć jego ciało nie powinno przecież potrzebować oddechu tak jak dawniej. Myśli zaczęły biec jedna za drugą. Co jeśli ojciec wróci wcześniej? Co jeśli zauważy? Co jeśli uzna, że zrobił to przez lekkomyślność? Co jeśli… Kolejna łza spadła na nadpalony brzeg księgi. Tym razem nie była składnikiem rytuału. Była czystym strachem, a strach był inny. Nie dawał się prowadzić. Rozlewał się po nim bez kierunku i odbierał mu możliwość myślenia. Spojrzał na drzwi pracown i na pusty korytarz. Na miejsce, gdzie zwykle siedział ojciec. I wtedy, niemal wbrew sobie, pomyślał o Septimie. O jej dłoni zamykającej się na jego własnej. O cieple, które wtedy odpędziło wszystkie lęki. Po raz pierwszy samotność nie była już czymś, co mógł cierpliwie przeczekać. Savaš odsunął nadpaloną księgę, sięgnął po pergamin i przez dłuższą chwilę trzymał pióro nieruchomo nad pustą kartką. Potem zaczął pisać do ostatniego promienia światła, który pozostał mu jeszcze w zasięgu ręki.</p>
<br />
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=A7OUEUD.jpeg[/inny avek]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p> Został sam w domu Gregorovitchów, a ponure Little Hangleton zdawało się jeszcze bardziej pozbawione życia niż zwykle. Resztki jesiennego światła dogasały na szybach, a wraz z nimi pokoje powoli traciły domowy nastrój. Savaš znał tę porę dobrze. Smutek samotności przychodził wtedy pierwszy, jak przypływ, który przez cały dzień pozostawał niewidoczny, by wieczorem odnaleźć drogę do każdego pustego pomieszczenia. Nauczył się jednak z nim żyć. Jak człowiek, który po wielu latach przestaje walczyć z demonem i zamiast tego sadza go naprzeciw siebie. Nie wypędzał go, ale pozwalał mu mówić, a potem wykorzystywał jego czar.</p>
<p>Na środku stołu ułożył narzędzia rytuału. Czarną świece, wiązkę tarniny, której gałęzie zostały wcześniej spalone na drobny, czarny popiół. Wiklinę oraz płytką miseczkę, w której popiół czekał na swoją przemianę. Zgasił wszystkie lampy. Pozostała tylko jedna świeca. Przez chwilę siedział nieruchomo przed jej płomieniem. Nie rozpoczynał zaklęcia. Najpierw musiał pozwolić smutkowi osiąść w sobie do właściwej głębokości. Rytuał wymagał ciszy, dogłębnej, duchowej i pozbawionej dźwięku. Potrzebował ciszy, w której człowiek słyszy własne myśli wyraźniej niż wszystko, co znajduje się poza nim. Przycisnął dłonie do swoich skroni z zamkniętymi oczami. Trwał tak kilka minut, aż ciężar przytłaczających, gnębiących myśli przelał się na jego ręce. Wtedy uniósł je i wystawił przed siebie, tuż nad płomieniem. Poczuł ciepło, co dodało mu przez moment sił, ale tylko na moment. Potem czekał dłużej i chwilę jeszcze. Aż do momentu, aż swąd palonej skóry mógł być wyczuwalny w pomieszczeniu. Nie czuł już bólu, to nie mogło go odwlec od czarno magicznego rytuału. Pozwolił myślom wrócić do jednego z tych wieczorów, które jego pamięć przechowywała z okrutną dokładnością. Nie przywoływał obrazu w całości. Wystarczył jej głos i tylko jedno zdanie. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Nikt z nas nie jest niczym więcej niż krwią, która w nim płynie.</span></p>
<p>Pierwsza łza spadła na popiół. Nie otarł jej. Druga. Trzecia, a potem jeszcze kilka kolejnych.  Wilgotny popiół tarniny zaczął ciemnieć, nasiąkając czymś, co dla każdego innego byłoby jedynie oznaką słabości. Dla niego stało się składnikiem. Bazą. Gregorovitchowska magia znała przedmioty, które można było uczynić bardziej podatnymi na klątwę, jeśli odpowiednio przygotowano ich materię. Tarnina nadawała się do tego szczególnie dobrze, cierń, granica, drewno, które od dawna kojarzono z ochroną i przekraczaniem tego, czego przekraczać nie należało. Savaš zanurzył dwa palce w czarnym, nasiąkniętym łzami popiele. Dopiero wtedy rozpoczął pracę. Wiklina układała się pod jego dłoń w równy, cierpliwy splot. Nie spieszył się. Każde pasmo przechodziło nad drugim, każde skrzyżowanie było jak kolejna linia zaklęcia. Z czasem płaska mata zaczęła przypominać ozdobną ceratę przeznaczoną na stół. Wzór był subtelny, niemal elegancki. Z daleka wyglądałby jak przedmiot wykonany przez kogoś, kto chciał nadać zwyczajnemu posiłkowi odrobinę uroku. Savaš wiedział jednak, co ukrywał splot. Co pewien czas dotykał wikliny popiołem, zostawiając na niej czarne ślady. Przy każdym takim dotknięciu wypowiadał pojedyncze słowo inkantacji. Słowa miały zamykać się w materiale tak, jak jego smutek zamykał się w nim. Kiedy ostatni splot został ukończony, Savaš koniec różdżki na powierzchni maty. Płomień świecy wygiął się nagle w jego stronę. Wypowiedział ostatnią formułę. Nie było huku ani błysku. Tylko głęboka cisza, która na krótką chwilę zdawała się wypełniać cały dom. Potem płomień wrócił do normalnego kształtu. Klątwa została zamknięta. Każdy, kto zasiadłby do posiłku nad zaczarowaną matą, początkowo nie zauważyłby niczego. Dopiero później pojawiłoby się w nim poczucie przytłoczenia, niepokój bez wyraźnej przyczyny, smutek bez wspomnienia, żal bez źródła. Z czasem wszystko, co dobre, zaczęłoby wydawać się odległe i kruche. Nadzieja stawałaby się czymś naiwnym, niemal absurdalnym. Rozpacz narastałaby cierpliwie, aż zaklęcie zostałoby rozproszone. Savaš patrzył na gotowy przedmiot długo. Nie czuł triumfu. Nie czuł też winy. Ojciec kazał, syn wysłuchał. Zdmuchnął świecę. W ciemności czarna wiklina pozostała niewidoczna. Tylko zapach spalonej skóry wciąż wisiał w powietrzu, jak ślad po modlitwie skierowanej do czegoś, czego Savaš nigdy nie odważyłby się nazwać bogiem.</p>
<p> Przełom przyszedł przez rzecz zupełnie błahą, niemal żałosną w swojej zwyczajności. Savaš nie dogasił świecy. Nie tak jak powinien. Zorientował się dopiero wtedy, gdy usłyszał zwęglający się pergamin za sobą. Płomień, pozostawiony na skraju stołu, musiał przechylić się podczas jego pracy i liznąć brzeg starej księgi. Była to jedna z tych staroruskich ksiąg, które ojciec przechowywał niemal jak relikwie, kruche karty, wyblakłe pismo, notatki naniesione przez kilka pokoleń Gregorovitchów. Savaš znał jej wartość. Wiedział, ile razy ojciec przestrzegał, by nawet nie stawiać przy niej filiżanki z herbatą. Teraz kilka kart było nadpalonych. Zamarł. Przez chwilę patrzył tylko na cienką strużkę dymu unoszącą się nad księgą. Potem gwałtownie zdusił płomień i ostrożnie odsunął świecę, jakby sam dotyk mógł pogorszyć sytuację. Palce zaczęły mu drżeć. To była jego wina. Nie żadna klątwa. Nie cudza magia. Nie los, który znów postanowił przypomnieć mu o własnej złośliwości. Jego nieuwaga. I nagle cały ten smutek, z którym nauczył się żyć, zmienił kształt. Smutek ustąpił miejsca czemuś ostrzejszemu. Lękowi Nie bał się samej kary. Bał się twarzy ojca, kiedy ten zobaczy zniszczoną księgę. Bał się rozczarowania, które mogło pojawić się w jego oczach, tego cichego, znacznie gorszego od gniewu. Tego spojrzenia, które mówiłoby, że nawet teraz, po wszystkim, po śmierci i powrocie, po całej tej próbie udowodnienia swojej wartości, Savaš wciąż potrafił zawieść. Przycisnął dłonie do twarzy. Oddech stał się płytki, choć jego ciało nie powinno przecież potrzebować oddechu tak jak dawniej. Myśli zaczęły biec jedna za drugą. Co jeśli ojciec wróci wcześniej? Co jeśli zauważy? Co jeśli uzna, że zrobił to przez lekkomyślność? Co jeśli… Kolejna łza spadła na nadpalony brzeg księgi. Tym razem nie była składnikiem rytuału. Była czystym strachem, a strach był inny. Nie dawał się prowadzić. Rozlewał się po nim bez kierunku i odbierał mu możliwość myślenia. Spojrzał na drzwi pracown i na pusty korytarz. Na miejsce, gdzie zwykle siedział ojciec. I wtedy, niemal wbrew sobie, pomyślał o Septimie. O jej dłoni zamykającej się na jego własnej. O cieple, które wtedy odpędziło wszystkie lęki. Po raz pierwszy samotność nie była już czymś, co mógł cierpliwie przeczekać. Savaš odsunął nadpaloną księgę, sięgnął po pergamin i przez dłuższą chwilę trzymał pióro nieruchomo nad pustą kartką. Potem zaczął pisać do ostatniego promienia światła, który pozostał mu jeszcze w zasięgu ręki.</p>
<br />
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=A7OUEUD.jpeg[/inny avek]]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[25-26.09.1972] Niewymowny i Archeolog]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6432</link>
			<pubDate>Wed, 16 Sep 2026 15:53:11 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=282">Nicholas Travers</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6432</guid>
			<description><![CDATA[<div class="divek"><div id="dataa" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">25 października 1972r.<br />
<span style="font-size: small;" class="mycode_size">Londyn / Little Hangleton </span></span></div>
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><span style="font-size: small;" class="mycode_size"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Cisza przed Burzą II - Zadanie od Czarnego Pana<br />
Kontynuacja sesji z <a href="https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6339&amp;pid=94640#pid94640" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">23.09.1972 - Little Hangleton</a> oraz <a href="https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6430&amp;pid=95651#pid95651" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">24.09.1972 - Karta Przetargowa</a></span></span></div>
<br />
<p>Na wszelki wypadek, kartę przetargową już miał. Teraz potrzebował dowiedzieć się czegoś więcej na temat Archibalda Frasera. Po pracy udał się do jednego z muzeów, szukając przedmiotów przez wspomnianego archeologa oddawanych, czy raczej im sprzedawanych. Informacji na jego temat szukał także w bibliotece miejskiej dla czarodziejów, w dziale archeologii poświęconej. Niektórzy z nich potrafią wydawać książki na temat swojej pracy i tego, co odkryli. Coś w rodzaju albumu. Przez redaktorów, dawali zgody na wywiady, lub pozwolenie na napisanie o nich biografii. Archibald w domyśle Nicholasa, nie był byle kim. Skoro był cenionym znawcą i badaczem, jego nazwisko przewijało się w niektórych źródłach. Z jakiegoś też powodu, Lord Voldemort sobie go upatrzył. Na razie tyle Traversowi wystarczyło, aby coś o nim wiedzieć. Reszta powinna się udać w kontakcie z nim osobiście. </p>
<br />
<p>Wczorajszego wieczora Arhibald powinien wrócić do swojego domu. Chcąc to sprawdzić, czy faktycznie miało to miejsce, późnym wieczorem kładąc się w swoim łóżku, Nicholas poddał się Eksterioryzacji. Opuścił swoje ciało i jako postać astralna, opuścił także swój dom, zmierzając w kierunku miejsca zamieszkania Frasera. Ujrzawszy światło świec w jego pomieszczeniach, utwierdziło to w przekonaniu, że wrócił. Nicholas podszedł bliżej i wszedł do środka. Podróż astralna miała w sobie te plusy, że nikt materialny nie mógł cię zobaczyć. </p>
<p>Co się zmieniło? Meble zostały odsłonięte. Prezentowały sobą antyki z różnych kultur i epok. Jakby mężczyzna zbierał to piękne i cenne. Część zostawiał sobie, część sprzedawał. W innym pomieszczeniu Nicholas zauważył zdobycze rozłożone na długim jadalnym stole. Wszystko to, co przywiózł z Jugosławii. Zdobycze mniejsze i większe. W całości lub w kawałkach. Inne wymagały umiejętności czyszczenia. </p>
<p>Ruszając dalej, szukał czegoś, co posłużyłoby mu za plan awaryjny zastraszenia. Gdyby zaistniała taka konieczność. Niewiele było zdjęć rodzinnych, co by stanowiły jakąś podkładkę. Fraser był widocznie człowiekiem żyjącym z licznych podróży i poszerzania swojej wiedzy o dawnych cywilizacjach. Ale nie człowiekiem, który by chwalił się posiadaniem rodziny. Może faktycznie jej nie miał? Wolny, żył dla siebie i swojej pasji. Za to dość dokładny. Szczegółowy w tym co robił. </p>
<p>Wtem usłyszał kroki i zobaczył badacza, którego miał zwerbować. Mężczyzna podszedł do stołu i zaczął oglądać swoje zdobycze. Segregował i zastanawiał się. Robił spis w swoim zeszycie. Mierzył, czyścił i oceniał pod wieloma kątami. Zerknąwszy w jego notes, będąc postaci astralnej, Nicholas miał potwierdzenie, że to przedmioty sprowadzone z Jugosławii. <br />
Nie tracąc więcej czasu, wrócił do siebie. Do swojego ciała. </p>
<br />
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">26 października 1972r.</span></div>
<br />
<p>Po pracy, Nicholas nie teleportował się w pobliże swojego domu, lecz niedaleko miejsca zamieszkania Archibalda Frasera w Little Hangleton. O tej porze roku, słońce zachodziło znacznie szybko, a ciemność przychodziła wcześniej. Niektóre latarnie powoli były zapalane, aby oświetlić drogę.</p>
<p>Travers obserwował przez chwilę dom archeologa z bezpiecznego miejsca, powoli spacerem zmierzając do celu. Przekroczył ogrodzenie i podszedł do drzwi, gdzie zapukał przez jego zamontowaną kołatkę. <br />
Drzwi uchyliły się. </p>
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Pan Archibald Fraser?</span><br />
Nicholas zapytał wprost, widząc fragment jego osoby. Nawet jakby mu kłamał, Nicholas wiedział, że to on. Widział go już wcześniej przez Eksterioryzację. <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- Tak. A Pan? </span><br />
Padło pytanie, a drzwi powoli otwierały się szerzej. Choć mężczyzna wydawał się być ostrożny. <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Nicholas Travers. Szukam doświadczonego archeologa i skierowano mnie do Pana. Czy moglibyśmy porozmawiać? </span><br />
Starał się brzmieć przekonująco. W uprzejmym tonie prosząc o wejście. Może spojrzenie Nicholas nie miał zbyt przychylne, gdyż jego zimne spojrzenie, mogło bardziej odtrącać ludzi niż przyciągać, ale nie sprawiał wrażenia wrogo nastawionego. <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- Zapraszam. </span><br />
Niechętnie, ale Fraser zaprosił Traversa do środka swojego domu. Nicholas wchodząc głębiej, rozglądał się z zaciekawieniem udając, jakoby byłby tu pierwszy raz. <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- W czym mogę Panu pomóc? </span><br />
Padło pytanie gospodarza, który podążył za Nicholasem udającym się do jadalni. Bo coś przykuło jego uwagę. <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Słyszałem, że dużo Pan podróżuje. Prowadzi badania archeologiczne. Podobnie jak moja rodzina. Mój przełożony posiada artefakt nieznanego pochodzenia. Chciałby, aby Pan dla niego pracował. Zaoferować możemy dostęp do wszystkiego co rzadkie. Czego nasza społeczność nie widziała. </span><br />
Mówił ze spokojem. Zatrzymując spojrzenie na jego osobie. Fraser zdawał się słuchać z zainteresowaniem. Ale czy słowa Nicholasa go wstępnie przekonały? <br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Rzut na Charyzmę (2), czy Nicholas zainteresował i przekonał Archeologa.</span><br />
[roll=N]<br />
</div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div class="divek"><div id="dataa" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">25 października 1972r.<br />
<span style="font-size: small;" class="mycode_size">Londyn / Little Hangleton </span></span></div>
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><span style="font-size: small;" class="mycode_size"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Cisza przed Burzą II - Zadanie od Czarnego Pana<br />
Kontynuacja sesji z <a href="https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6339&amp;pid=94640#pid94640" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">23.09.1972 - Little Hangleton</a> oraz <a href="https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6430&amp;pid=95651#pid95651" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">24.09.1972 - Karta Przetargowa</a></span></span></div>
<br />
<p>Na wszelki wypadek, kartę przetargową już miał. Teraz potrzebował dowiedzieć się czegoś więcej na temat Archibalda Frasera. Po pracy udał się do jednego z muzeów, szukając przedmiotów przez wspomnianego archeologa oddawanych, czy raczej im sprzedawanych. Informacji na jego temat szukał także w bibliotece miejskiej dla czarodziejów, w dziale archeologii poświęconej. Niektórzy z nich potrafią wydawać książki na temat swojej pracy i tego, co odkryli. Coś w rodzaju albumu. Przez redaktorów, dawali zgody na wywiady, lub pozwolenie na napisanie o nich biografii. Archibald w domyśle Nicholasa, nie był byle kim. Skoro był cenionym znawcą i badaczem, jego nazwisko przewijało się w niektórych źródłach. Z jakiegoś też powodu, Lord Voldemort sobie go upatrzył. Na razie tyle Traversowi wystarczyło, aby coś o nim wiedzieć. Reszta powinna się udać w kontakcie z nim osobiście. </p>
<br />
<p>Wczorajszego wieczora Arhibald powinien wrócić do swojego domu. Chcąc to sprawdzić, czy faktycznie miało to miejsce, późnym wieczorem kładąc się w swoim łóżku, Nicholas poddał się Eksterioryzacji. Opuścił swoje ciało i jako postać astralna, opuścił także swój dom, zmierzając w kierunku miejsca zamieszkania Frasera. Ujrzawszy światło świec w jego pomieszczeniach, utwierdziło to w przekonaniu, że wrócił. Nicholas podszedł bliżej i wszedł do środka. Podróż astralna miała w sobie te plusy, że nikt materialny nie mógł cię zobaczyć. </p>
<p>Co się zmieniło? Meble zostały odsłonięte. Prezentowały sobą antyki z różnych kultur i epok. Jakby mężczyzna zbierał to piękne i cenne. Część zostawiał sobie, część sprzedawał. W innym pomieszczeniu Nicholas zauważył zdobycze rozłożone na długim jadalnym stole. Wszystko to, co przywiózł z Jugosławii. Zdobycze mniejsze i większe. W całości lub w kawałkach. Inne wymagały umiejętności czyszczenia. </p>
<p>Ruszając dalej, szukał czegoś, co posłużyłoby mu za plan awaryjny zastraszenia. Gdyby zaistniała taka konieczność. Niewiele było zdjęć rodzinnych, co by stanowiły jakąś podkładkę. Fraser był widocznie człowiekiem żyjącym z licznych podróży i poszerzania swojej wiedzy o dawnych cywilizacjach. Ale nie człowiekiem, który by chwalił się posiadaniem rodziny. Może faktycznie jej nie miał? Wolny, żył dla siebie i swojej pasji. Za to dość dokładny. Szczegółowy w tym co robił. </p>
<p>Wtem usłyszał kroki i zobaczył badacza, którego miał zwerbować. Mężczyzna podszedł do stołu i zaczął oglądać swoje zdobycze. Segregował i zastanawiał się. Robił spis w swoim zeszycie. Mierzył, czyścił i oceniał pod wieloma kątami. Zerknąwszy w jego notes, będąc postaci astralnej, Nicholas miał potwierdzenie, że to przedmioty sprowadzone z Jugosławii. <br />
Nie tracąc więcej czasu, wrócił do siebie. Do swojego ciała. </p>
<br />
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">26 października 1972r.</span></div>
<br />
<p>Po pracy, Nicholas nie teleportował się w pobliże swojego domu, lecz niedaleko miejsca zamieszkania Archibalda Frasera w Little Hangleton. O tej porze roku, słońce zachodziło znacznie szybko, a ciemność przychodziła wcześniej. Niektóre latarnie powoli były zapalane, aby oświetlić drogę.</p>
<p>Travers obserwował przez chwilę dom archeologa z bezpiecznego miejsca, powoli spacerem zmierzając do celu. Przekroczył ogrodzenie i podszedł do drzwi, gdzie zapukał przez jego zamontowaną kołatkę. <br />
Drzwi uchyliły się. </p>
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Pan Archibald Fraser?</span><br />
Nicholas zapytał wprost, widząc fragment jego osoby. Nawet jakby mu kłamał, Nicholas wiedział, że to on. Widział go już wcześniej przez Eksterioryzację. <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- Tak. A Pan? </span><br />
Padło pytanie, a drzwi powoli otwierały się szerzej. Choć mężczyzna wydawał się być ostrożny. <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Nicholas Travers. Szukam doświadczonego archeologa i skierowano mnie do Pana. Czy moglibyśmy porozmawiać? </span><br />
Starał się brzmieć przekonująco. W uprzejmym tonie prosząc o wejście. Może spojrzenie Nicholas nie miał zbyt przychylne, gdyż jego zimne spojrzenie, mogło bardziej odtrącać ludzi niż przyciągać, ale nie sprawiał wrażenia wrogo nastawionego. <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- Zapraszam. </span><br />
Niechętnie, ale Fraser zaprosił Traversa do środka swojego domu. Nicholas wchodząc głębiej, rozglądał się z zaciekawieniem udając, jakoby byłby tu pierwszy raz. <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- W czym mogę Panu pomóc? </span><br />
Padło pytanie gospodarza, który podążył za Nicholasem udającym się do jadalni. Bo coś przykuło jego uwagę. <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Słyszałem, że dużo Pan podróżuje. Prowadzi badania archeologiczne. Podobnie jak moja rodzina. Mój przełożony posiada artefakt nieznanego pochodzenia. Chciałby, aby Pan dla niego pracował. Zaoferować możemy dostęp do wszystkiego co rzadkie. Czego nasza społeczność nie widziała. </span><br />
Mówił ze spokojem. Zatrzymując spojrzenie na jego osobie. Fraser zdawał się słuchać z zainteresowaniem. Ale czy słowa Nicholasa go wstępnie przekonały? <br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Rzut na Charyzmę (2), czy Nicholas zainteresował i przekonał Archeologa.</span><br />
[roll=N]<br />
</div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[30.10.1972] Przygotowania | Bertie & Nora]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6381</link>
			<pubDate>Thu, 10 Sep 2026 21:15:06 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=56">Nora Figg</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6381</guid>
			<description><![CDATA[<p>Sabat miał się odbyć już jutro. Był to więc moment, w którym przyszło im organizować swoje stoisko. Trzeba było rozstawić stoły, krzesła, stworzyć stanowisko do drążenia dyń. Pracy było co nie miara, w przeciwieństwie do czasu. Na szczęście tym razem nie miała wszystkiego na swojej głowie, bo towarzyszył jej Bertie Bott. Naprawdę to doceniała, nie spodziewała się, jak wygodniej jest tworzyć stragan we dwójkę. Gotowaniem również się podzielili, dzięki czemu mogła również zająć się innymi, palącymi sprawami.</p>
<p>Wokół kręciło się sporo ludzi, jednak byli to głównie inni wystawcy, którzy mieli jutro tak jak i oni pracować, dzięki czemu inni mogli się bawić. Co chwila ktoś kogoś zagadywał, pytał, czy nie potrzebuje pomocy, panowała tu całkiem sielska atmosfera. Nora lubiła te momenty w roku, kiedy ludzie się gromadzili, czuła się wtedy częścią wspólnoty. Sprawiało jej przyjemność obserwowanie tego, jak inni spędzali sabaty, poniekąd przecież była odpowiedzialna za ich dobre nastroje, a uszczęśliwianie ludzi sprawiało jej przyjemność, dodawało jej skrzydeł i powodowało, że to, co robiła miało sens.</p>
<p>Niosła skrzynkę z patisonami, kiedy znalazła się tuż obok Bertiego Botta, w sumie nie konsultowała tego z nim wcześniej, a może warto było. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> - Myślałam o tym, abyśmy kącik artystyczny stworzyli za stołami, to będzie oddzielało naszych artystów od tłumu, co o tym sądzisz?</span> - Wolała się upewnić co do tego, że jej stoiskowy wspólnik się z nią zgadzał, nie chciała sama decydować, bo przecież to miało być ich wspólne dzieło. Dobrze by więc było, aby wszyscy byli zadowoleni z tego, jak wyglądało. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> - Nie wiem też, czy mamy już wystarczającą ilość stołów, czy dołożyć jeszcze jeden.</span> - To nie byłoby wcale takie głupie, bo przecież stoiska gastronomiczne zawsze były najbardziej oblegane, ludzie często czekali w kolejkach, aby w końcu usiąść, zjeść i chwilę odpocząć.</p>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Sabat miał się odbyć już jutro. Był to więc moment, w którym przyszło im organizować swoje stoisko. Trzeba było rozstawić stoły, krzesła, stworzyć stanowisko do drążenia dyń. Pracy było co nie miara, w przeciwieństwie do czasu. Na szczęście tym razem nie miała wszystkiego na swojej głowie, bo towarzyszył jej Bertie Bott. Naprawdę to doceniała, nie spodziewała się, jak wygodniej jest tworzyć stragan we dwójkę. Gotowaniem również się podzielili, dzięki czemu mogła również zająć się innymi, palącymi sprawami.</p>
<p>Wokół kręciło się sporo ludzi, jednak byli to głównie inni wystawcy, którzy mieli jutro tak jak i oni pracować, dzięki czemu inni mogli się bawić. Co chwila ktoś kogoś zagadywał, pytał, czy nie potrzebuje pomocy, panowała tu całkiem sielska atmosfera. Nora lubiła te momenty w roku, kiedy ludzie się gromadzili, czuła się wtedy częścią wspólnoty. Sprawiało jej przyjemność obserwowanie tego, jak inni spędzali sabaty, poniekąd przecież była odpowiedzialna za ich dobre nastroje, a uszczęśliwianie ludzi sprawiało jej przyjemność, dodawało jej skrzydeł i powodowało, że to, co robiła miało sens.</p>
<p>Niosła skrzynkę z patisonami, kiedy znalazła się tuż obok Bertiego Botta, w sumie nie konsultowała tego z nim wcześniej, a może warto było. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> - Myślałam o tym, abyśmy kącik artystyczny stworzyli za stołami, to będzie oddzielało naszych artystów od tłumu, co o tym sądzisz?</span> - Wolała się upewnić co do tego, że jej stoiskowy wspólnik się z nią zgadzał, nie chciała sama decydować, bo przecież to miało być ich wspólne dzieło. Dobrze by więc było, aby wszyscy byli zadowoleni z tego, jak wyglądało. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> - Nie wiem też, czy mamy już wystarczającą ilość stołów, czy dołożyć jeszcze jeden.</span> - To nie byłoby wcale takie głupie, bo przecież stoiska gastronomiczne zawsze były najbardziej oblegane, ludzie często czekali w kolejkach, aby w końcu usiąść, zjeść i chwilę odpocząć.</p>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[26.10.1972] blablabla | Benjy, Heather]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6364</link>
			<pubDate>Tue, 08 Sep 2026 20:39:40 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=544">Benjy Fenwick</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6364</guid>
			<description><![CDATA[Po jakimś czasie uznaliśmy chyba oboje, że chrustu mamy już wystarczająco dużo, żeby tradycja nie mogła nam zarzucić niedbalstwa, więc ruszyliśmy w kierunku miasteczka, każde z nas obciążone własną częścią tego, co udało się znaleźć. Zamiast jednak wracać tą samą drogą, postanowiłem poprowadzić Heather na skróty, ponieważ po pierwsze nie miałem szczególnej ochoty ponownie przedzierać się przez cały Las Wisielców, a po drugie droga przez drzewa, łąkę i należące do moich przyjaciół tereny wydawała mi się zwyczajnie szybsza - było to, oczywiście, wejście na teren bez uprzedniego pozwolenia, czyli po prostu wtargnięcie na cudzą posesję, ale znałem właścicieli i byłem niemal pewien, że nikt nie zamierzał robić z tego afery, zresztą trudno byłoby mi wyobrazić sobie, żeby moi przyjaciele zaczęli mnie ścigać za przejście przez kawałek ich ziemi, szczególnie że nie zamierzałem niczego kraść, niszczyć ani nawet szczególnie oglądać, chciałem tylko dostać się do miasteczka, najlepiej zanim absynt miał przestać działać na tyle, żebym zaczął zauważać, jak absurdalnie dużo chrustu taszczyłem na własnych plecach.<br />
Prowadziłem Rudą na ukos przez sielskie aktywa Yaxley-Greengrassów, przecinając kolejne połacie terenu, omijając większe skupiska krzewów i przeskakując przez niespodziewane przeszkody pod postacią rowów oraz innych nierówności, aż w końcu drzewa zaczęły się przerzedzać i wyszliśmy na szeroką łąkę. Przez jakiś czas nie działo się nic szczególnego, więc szedłem dalej, tylko od czasu do czasu odtrącając gałęzie, które zahaczały mi się o ubranie, poza tym zerkałem głównie przed siebie, próbując ustalić kierunek dalszego marszu - znałem ten teren wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, którędy mniej więcej powinienem był nas poprowadzić, ale nie na tyle dobrze, by zagwarantować Heather, że po drodze nie mieliśmy trafić na coś, czego sam wcześniej nie widziałem. Właśnie dlatego, kiedy przekroczyliśmy niewysoki kamienny murek i znaleźliśmy się na kolejnej części posiadłości, zwolniłem.<br />
Nie pamiętałem tego miejsca… <br />
Zatrzymałem się na skraju niewielkiego zagajnika, mając wiązkę chrustu przewieszoną przez ramię, i przez chwilę patrzyłem przed siebie, próbując zrozumieć, co właściwie znajdowało się między drzewami - mgła była tutaj znacznie rzadsza niż w Lesie Wisielców, ale powietrze miało podobną wilgotność, a ziemia pod naszymi stopami była przykryta równie grubą warstwą gnijących liści - dopiero po kilku sekundach dostrzegłem pierwsze kamienne płyty wystające spomiędzy trawy. Cmentarz… Nie wyglądał na miejsce, które ktoś odwiedzał szczególnie często, nagrobki były stare, niektóre przekrzywione, inne niemal całkowicie pochłonięte przez florę, porośnięte mchem i niską roślinnością, co najmniej kilka z nich miało popękane kamienne krawędzie. W głębi, pomiędzy pokrzywionymi topolami i starymi wiązami, znajdowało się ich znacznie więcej, tworząc niewielką, odizolowaną nekropolię. Stałem przez moment bez ruchu, patrząc na najbliższy nagrobek, którego inskrypcji nie byłem w stanie odczytać, nawet z tej odległości.<br />
-<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> O kulwa.</span> - Powiedziałem to znacznie głośniej, niż zamierzałem, przesunąwszy spojrzenie dalej, na kolejne kamienie, a potem na zarośniętą alejkę prowadzącą gdzieś w stronę starego dworu, którego nie było stąd widać. Wcześniej bywałem w tej posiadłości w wielu różnych celach, ostatnio odwiedzałem ją nawet wielokrotnie, znałem główną część terenu, widziałem zabudowania gospodarcze, ogród i kawałek lasu, ale o tym miejscu nie miałem pojęcia - najwyraźniej kupując dom, moi przyjaciele nabyli również kawałek historii, o której nikt specjalnie nie wspomniał, chociaż raczej powinien, bo przecież ogniska klątw nie brały się znikąd; przekleństwo ciążące na dworku może już nie istniało, lecz kto wiedział, co się tu kryło - zrobiłem kilka kroków naprzód, ostrożnie, żeby nie nadepnąć na któryś z płytkich, prawie niewidocznych nagrobków. Dopiero z bliższej odległości zacząłem zauważać szczegóły - stare nazwiska wyryte w kamieniu, daty sprzed wielu dziesięcioleci, czasem nawet setek lat, ornamenty na płytach, które dawno straciły swój pierwotny kształt pod warstwą mchu - jeden z grobów miał żelazne ogrodzenie, całkowicie zardzewiałe i miejscami przechylone, za nim znajdowała się kamienna płyta z herbem, którego nie rozpoznawałem.<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Ale zajebiście. Nie miałem pojęsia, sze oni mają tu cmentasz.</span> - Odstawiłem wiązkę chrustu na chwilę na ziemię i przetarłem dłonią kark, nadal patrząc na nagrobki - właściwie nie powinienem być aż tak zdziwiony - dwór był znacznie starszy niż większość budynków w okolicy i zanim trafił w ręce moich przyjaciół, należał przez pokolenia do jednej rodziny, prywatny cmentarz na terenie posiadłości nie był więc niczym szczególnie niezwykłym, zwłaszcza jeżeli mieszkali tu ludzie, którzy mieli dość pieniędzy, ziemi i przekonania o własnej wyjątkowości, żeby po śmierci nie chcieli przenosić się na zwyczajną wiejską nekropolię.<br />
Ruszyłem jeszcze kawałek między grobami, nie zamierzałem niczego dotykać ani przeszkadzać zmarłym, ale skoro już znalazłem się w części posiadłości, o której nie wiedziałem, to trudno było udawać, że mnie to nie interesowało, poza tym perspektywa znalezienia się na starym cmentarzu zupełnie przypadkiem, tuż po zebraniu drewna na Samhain, miała w sobie coś tak absurdalnego, że aż trudno było tego nie docenić.<br />
Spojrzałem w stronę Heather i wzruszyłem ramionami, no cóż, skrót okazał się być znacznie ciekawszy, niż przewidywałem.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Po jakimś czasie uznaliśmy chyba oboje, że chrustu mamy już wystarczająco dużo, żeby tradycja nie mogła nam zarzucić niedbalstwa, więc ruszyliśmy w kierunku miasteczka, każde z nas obciążone własną częścią tego, co udało się znaleźć. Zamiast jednak wracać tą samą drogą, postanowiłem poprowadzić Heather na skróty, ponieważ po pierwsze nie miałem szczególnej ochoty ponownie przedzierać się przez cały Las Wisielców, a po drugie droga przez drzewa, łąkę i należące do moich przyjaciół tereny wydawała mi się zwyczajnie szybsza - było to, oczywiście, wejście na teren bez uprzedniego pozwolenia, czyli po prostu wtargnięcie na cudzą posesję, ale znałem właścicieli i byłem niemal pewien, że nikt nie zamierzał robić z tego afery, zresztą trudno byłoby mi wyobrazić sobie, żeby moi przyjaciele zaczęli mnie ścigać za przejście przez kawałek ich ziemi, szczególnie że nie zamierzałem niczego kraść, niszczyć ani nawet szczególnie oglądać, chciałem tylko dostać się do miasteczka, najlepiej zanim absynt miał przestać działać na tyle, żebym zaczął zauważać, jak absurdalnie dużo chrustu taszczyłem na własnych plecach.<br />
Prowadziłem Rudą na ukos przez sielskie aktywa Yaxley-Greengrassów, przecinając kolejne połacie terenu, omijając większe skupiska krzewów i przeskakując przez niespodziewane przeszkody pod postacią rowów oraz innych nierówności, aż w końcu drzewa zaczęły się przerzedzać i wyszliśmy na szeroką łąkę. Przez jakiś czas nie działo się nic szczególnego, więc szedłem dalej, tylko od czasu do czasu odtrącając gałęzie, które zahaczały mi się o ubranie, poza tym zerkałem głównie przed siebie, próbując ustalić kierunek dalszego marszu - znałem ten teren wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, którędy mniej więcej powinienem był nas poprowadzić, ale nie na tyle dobrze, by zagwarantować Heather, że po drodze nie mieliśmy trafić na coś, czego sam wcześniej nie widziałem. Właśnie dlatego, kiedy przekroczyliśmy niewysoki kamienny murek i znaleźliśmy się na kolejnej części posiadłości, zwolniłem.<br />
Nie pamiętałem tego miejsca… <br />
Zatrzymałem się na skraju niewielkiego zagajnika, mając wiązkę chrustu przewieszoną przez ramię, i przez chwilę patrzyłem przed siebie, próbując zrozumieć, co właściwie znajdowało się między drzewami - mgła była tutaj znacznie rzadsza niż w Lesie Wisielców, ale powietrze miało podobną wilgotność, a ziemia pod naszymi stopami była przykryta równie grubą warstwą gnijących liści - dopiero po kilku sekundach dostrzegłem pierwsze kamienne płyty wystające spomiędzy trawy. Cmentarz… Nie wyglądał na miejsce, które ktoś odwiedzał szczególnie często, nagrobki były stare, niektóre przekrzywione, inne niemal całkowicie pochłonięte przez florę, porośnięte mchem i niską roślinnością, co najmniej kilka z nich miało popękane kamienne krawędzie. W głębi, pomiędzy pokrzywionymi topolami i starymi wiązami, znajdowało się ich znacznie więcej, tworząc niewielką, odizolowaną nekropolię. Stałem przez moment bez ruchu, patrząc na najbliższy nagrobek, którego inskrypcji nie byłem w stanie odczytać, nawet z tej odległości.<br />
-<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> O kulwa.</span> - Powiedziałem to znacznie głośniej, niż zamierzałem, przesunąwszy spojrzenie dalej, na kolejne kamienie, a potem na zarośniętą alejkę prowadzącą gdzieś w stronę starego dworu, którego nie było stąd widać. Wcześniej bywałem w tej posiadłości w wielu różnych celach, ostatnio odwiedzałem ją nawet wielokrotnie, znałem główną część terenu, widziałem zabudowania gospodarcze, ogród i kawałek lasu, ale o tym miejscu nie miałem pojęcia - najwyraźniej kupując dom, moi przyjaciele nabyli również kawałek historii, o której nikt specjalnie nie wspomniał, chociaż raczej powinien, bo przecież ogniska klątw nie brały się znikąd; przekleństwo ciążące na dworku może już nie istniało, lecz kto wiedział, co się tu kryło - zrobiłem kilka kroków naprzód, ostrożnie, żeby nie nadepnąć na któryś z płytkich, prawie niewidocznych nagrobków. Dopiero z bliższej odległości zacząłem zauważać szczegóły - stare nazwiska wyryte w kamieniu, daty sprzed wielu dziesięcioleci, czasem nawet setek lat, ornamenty na płytach, które dawno straciły swój pierwotny kształt pod warstwą mchu - jeden z grobów miał żelazne ogrodzenie, całkowicie zardzewiałe i miejscami przechylone, za nim znajdowała się kamienna płyta z herbem, którego nie rozpoznawałem.<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Ale zajebiście. Nie miałem pojęsia, sze oni mają tu cmentasz.</span> - Odstawiłem wiązkę chrustu na chwilę na ziemię i przetarłem dłonią kark, nadal patrząc na nagrobki - właściwie nie powinienem być aż tak zdziwiony - dwór był znacznie starszy niż większość budynków w okolicy i zanim trafił w ręce moich przyjaciół, należał przez pokolenia do jednej rodziny, prywatny cmentarz na terenie posiadłości nie był więc niczym szczególnie niezwykłym, zwłaszcza jeżeli mieszkali tu ludzie, którzy mieli dość pieniędzy, ziemi i przekonania o własnej wyjątkowości, żeby po śmierci nie chcieli przenosić się na zwyczajną wiejską nekropolię.<br />
Ruszyłem jeszcze kawałek między grobami, nie zamierzałem niczego dotykać ani przeszkadzać zmarłym, ale skoro już znalazłem się w części posiadłości, o której nie wiedziałem, to trudno było udawać, że mnie to nie interesowało, poza tym perspektywa znalezienia się na starym cmentarzu zupełnie przypadkiem, tuż po zebraniu drewna na Samhain, miała w sobie coś tak absurdalnego, że aż trudno było tego nie docenić.<br />
Spojrzałem w stronę Heather i wzruszyłem ramionami, no cóż, skrót okazał się być znacznie ciekawszy, niż przewidywałem.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[1.10.1972] Ain't No Rest For The Wicked | Vernon & Othello]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6355</link>
			<pubDate>Sat, 05 Sep 2026 20:06:06 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=619">Othello Fawley</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6355</guid>
			<description><![CDATA[<img src="https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=LssD5cx.png" loading="lazy"  alt="[Obrazek: imgproxy.php?id=LssD5cx.png]" class="mycode_img" /><br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">I know I can't slow down, I can't hold back<br />
Though you know, I wish I could<br />
Oh, no, there ain't no rest for the wicked<br />
Until we close our eyes for good</span></div>
<div id="dataa" class="mycode_b">1 października 1972<br />
Little Hangleton</div>
Ziemia cmentarna rodziła wspaniałe plony, szczególnie jesienią. Działo się to, dlatego że duchowa energia wtapiała się głęboko w glebę, przesycała ją, wnikała w korzenie roślin. Śmierć i życie stanowiły zawsze dwie strony tej samej monety. A skoro jesienią świat zaczynał gnić i podumierać, niektóre rośliny, na przekór, przeżywały rozkwit. Ogród Othella Fawleya mieszczący się za zakładem pogrzebowym Nox Aeterna, otoczony metalowym płotem, był doskonałym przykładem dla tego zjawiska. Wrzosy roztaczały swój hipnotyzujący zapach, chryzantemy złociste kwitły w postaci wielkich kulistych kwiatostanów. Przy nich rozchodniki, których różowa barwa pasowałaby raczej gustom Kate Barclay niż Othella. I ozdobne kapusty w ciemnych fioletach, choć niespecjalnie nadające się do kuchni, zdobiły rabatkę. Nieopodal właściciel ogrodu rozstawił suszarkę do grzybów. W lesie wisielców zbierał często podgrzybki, kurki, pieczarki i nawet prawdziwki. To było doskonałe miejsce na grzybobranie, w końcu wszyscy bali się opętańczych jęków i zjaw błąkających się pomiędzy drzewami i żaden podkradacz grzybów tam nie zachodził.<br />
<br />
Kiedy rozległ się dźwięk dzwonka do drzwi, Othello klęczał przy grządce i wyrywał uparcie powracające chwasty. Na dłoniach nosił grube ogrodnicze rękawice, strój również miał niezbyt odświętny. Nogawki spodni przykrywała ziemia, rękawy czarnej koszuli podwinięte były do łokci. Apaszka, niedbale zawiązana, chroniła szyję przed chłodem. Othello nie spodziewał się gości, dlatego zdziwiło go, że ktoś zdecydował się go odwiedzić.<br />
<br />
Cóż, na pewno dla tej osoby nie zamierzał przerywać walki z chwastami.<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Tedzie –</span> Othello zawołał swojego pomagiera. Ghul oderwał się od wcześniejszej czynności, jaką było wodzenie wzrokiem po oczku wodnym, z którego co jakiś czas wynurzały się ryby. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Przyprowadź tu gościa i przyrządź nam herbaty. </span><br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">– <span style="font-family: Special Elite;" class="mycode_font">Teeeeeed</span> – </span>odpowiedział mu umarlak, po czym ruszył w stronę drzwi, by przyprowadzić delikwenta do ogródka.<br />
<br />
Othello westchnął ciężko niczym człowiek wielce strudzony życiem.<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Ani chwili spokoju… Ani chwili – </span>wyburczał pod nosem, po czym powrócił do wyrywania upartej koniczyny, która starała się wedrzeć szturmem pomiędzy jego chryzantemy.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<img src="https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=LssD5cx.png" loading="lazy"  alt="[Obrazek: imgproxy.php?id=LssD5cx.png]" class="mycode_img" /><br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">I know I can't slow down, I can't hold back<br />
Though you know, I wish I could<br />
Oh, no, there ain't no rest for the wicked<br />
Until we close our eyes for good</span></div>
<div id="dataa" class="mycode_b">1 października 1972<br />
Little Hangleton</div>
Ziemia cmentarna rodziła wspaniałe plony, szczególnie jesienią. Działo się to, dlatego że duchowa energia wtapiała się głęboko w glebę, przesycała ją, wnikała w korzenie roślin. Śmierć i życie stanowiły zawsze dwie strony tej samej monety. A skoro jesienią świat zaczynał gnić i podumierać, niektóre rośliny, na przekór, przeżywały rozkwit. Ogród Othella Fawleya mieszczący się za zakładem pogrzebowym Nox Aeterna, otoczony metalowym płotem, był doskonałym przykładem dla tego zjawiska. Wrzosy roztaczały swój hipnotyzujący zapach, chryzantemy złociste kwitły w postaci wielkich kulistych kwiatostanów. Przy nich rozchodniki, których różowa barwa pasowałaby raczej gustom Kate Barclay niż Othella. I ozdobne kapusty w ciemnych fioletach, choć niespecjalnie nadające się do kuchni, zdobiły rabatkę. Nieopodal właściciel ogrodu rozstawił suszarkę do grzybów. W lesie wisielców zbierał często podgrzybki, kurki, pieczarki i nawet prawdziwki. To było doskonałe miejsce na grzybobranie, w końcu wszyscy bali się opętańczych jęków i zjaw błąkających się pomiędzy drzewami i żaden podkradacz grzybów tam nie zachodził.<br />
<br />
Kiedy rozległ się dźwięk dzwonka do drzwi, Othello klęczał przy grządce i wyrywał uparcie powracające chwasty. Na dłoniach nosił grube ogrodnicze rękawice, strój również miał niezbyt odświętny. Nogawki spodni przykrywała ziemia, rękawy czarnej koszuli podwinięte były do łokci. Apaszka, niedbale zawiązana, chroniła szyję przed chłodem. Othello nie spodziewał się gości, dlatego zdziwiło go, że ktoś zdecydował się go odwiedzić.<br />
<br />
Cóż, na pewno dla tej osoby nie zamierzał przerywać walki z chwastami.<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Tedzie –</span> Othello zawołał swojego pomagiera. Ghul oderwał się od wcześniejszej czynności, jaką było wodzenie wzrokiem po oczku wodnym, z którego co jakiś czas wynurzały się ryby. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Przyprowadź tu gościa i przyrządź nam herbaty. </span><br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">– <span style="font-family: Special Elite;" class="mycode_font">Teeeeeed</span> – </span>odpowiedział mu umarlak, po czym ruszył w stronę drzwi, by przyprowadzić delikwenta do ogródka.<br />
<br />
Othello westchnął ciężko niczym człowiek wielce strudzony życiem.<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Ani chwili spokoju… Ani chwili – </span>wyburczał pod nosem, po czym powrócił do wyrywania upartej koniczyny, która starała się wedrzeć szturmem pomiędzy jego chryzantemy.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[23.10.72 — Posiadłość Rookwoodów]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6341</link>
			<pubDate>Sat, 05 Sep 2026 17:15:40 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=2">Czarny Pan</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6341</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">23.10.72, Cisza przed burzą</div>
<br />
Lord Voldemort stał przy oknie, obracając w dłoniach skórzaną sakiewkę wypełnioną brzęczącymi kamieniami. Śledził wzrokiem nicość – za oknem jego komnaty nie dostrzegałaś nic prócz mlecznobiałej mgły charakterystycznej dla okolic, chociaż… teraz kiedy uchyliły się przed tobą drzwi miejsca, w którym czarnoksiężnik najwyraźniej spędzał noce, mogłaś domyślać się, że nie był to tylko i wyłącznie kaprys samej w sobie natury. Zapewniało to przecież prywatność.<br />
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Witaj, Bellatrix.</span><br />
<br />
Odwrócił się w twoim kierunku, z tą samą, niewzruszoną niczym miną. Nie miało znaczenia, co w danej chwili czułaś – strach, niechęć, nabożny zachwyt i głód uznania – Voldemort zawsze pozostawał kimś równie nieprzeniknionym, co ta mgła, którą obserwowałaś mimowolnie, kiedy skrzat prowadził cię tu korytarzem z widokiem na pokaźnych rozmiarów ogród.<br />
<br />
Wiedziałaś, że nawet gdybyś upadła na kolana, największym co mogłaś osiągnąć, był ledwo zauważalny, chłodny uśmiech błąkajacy się na bladych wargach. Na tyle dyskretny, żebyś musiała zastanawiać się, czy nie była to jedynie twoja wyobraźnia.<br />
<br />
Skinął głową w kierunku sofy znajdującej się w centrum pomieszczenia, a skrzat Rookwoodów cicho zamknął za tobą drzwi. Kiedy na niej usiadłaś, Czarny Pan zbliżył się do ciebie i przez ułamek sekundy wydawało ci się, że wyciągnie rękę, aby dotknąć twojej twarzy. I wtedy to poczułaś – to jak wdziera się do twojej głowy, jak zaczyna ją penetrować. Mogłaś się tego pozbyć, wyrwać to uczucie jak chwast, zasłonić się za ścianą oklumencji, albo… pozwolić sobie odpłynąć. Bo przecież w twojej głowie nie odnajdzie nic prócz uznania. To, co w niej zostawiał pozostawiało w tobie uczucie bycia mu najbliższą, wyjątkową, jedyną. Nigdy nie zrobił niczego naprawdę, a nawet gdyby cię dotknął, atmosfera wokół momentalnie ochłodziłaby się o kilka stopni. No i co z tego? Świadomie karmił twoje fantazje, często zbaczając w kierunku nienasyconych pragnień. Kiedy opuszczał twój umysł, miałaś wrażenie, że kiedyś przekroczy z tobą jakąś granicę przyzwoitości, nawet jeśli poza tymi momentami zdawał się pozbawiać cię jakichkolwiek złudzeń.<br />
<br />
Grał z tobą, po mistrzowsku. Z innymi też tak grał?<br />
<br />
Dłoń nie dotknęła twojej twarzy. Zwyczajnie wręczył ci tę sakiewkę. W środku znajdowały się odłamki jakiejś rzeźby, z wyrytymi na niej runami.<br />
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Przyszłaś tutaj po swój prezent.</span><br />
<br />
Spotkanie obyło się bez większych niespodzianek. Zwyczajnie przekazał ci nowe informacje.<br />
<br />
<br />
<div class="mgzadanietytul">zadanie od mistrza gry</div><div class="mgzadanie">To twój wstęp do zadania związanego z wydarzeniem <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Cisza przed burzą II</span>. Twoje zadanie ma związek z grupą mugoli, jaką masz pod swoją „specjalną opieką”. Voldemort wręczył ci kamienie, o których możesz powiedzieć tejże grupie, iż usuwają skutki hipnozy amnezjatorów. Możesz więc wmówić tej grupie przekazanie im czegoś, co pozwala im na walkę z czarodziejami – mogą użyć tychże odłamków rzeźby (w liczbie czterech), aby przywrócić pamięć sobie oraz swoim bliskim. Muszą jedynie iść z nimi spać noc wcześniej, a usunięte wspomnienia wrócą do nich powoli w ciągu kilku następnych dni… Jest to, rzecz jasna, pułapka. Zachęć ich do rozbojów i poszukiwań, skuś ich do użycia tych przedmiotów. Za każdym razem, kiedy to robią, nieświadomie nakładają na siebie klątwę. Im więcej osób zarażą w nadziei na budowanie coraz liczniejszej linii oporu, tym większą liczbę zmanipulowanych popleczników uzyskasz. Piąty kamień posiadasz bowiem ty. Jeden, by rządzić wszystkimi. Musisz być jednak ostrożna – jeśli przesadzisz ze skalą, mogą zostać aresztowani.</div>
<br />
<div class="mg"><a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=256" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Bellatrix Black</a>  Mistrz gry nie kontynuuje rozgrywki. Jeśli potrzebujesz przesunięcia daty, to daj mi znać.</div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">23.10.72, Cisza przed burzą</div>
<br />
Lord Voldemort stał przy oknie, obracając w dłoniach skórzaną sakiewkę wypełnioną brzęczącymi kamieniami. Śledził wzrokiem nicość – za oknem jego komnaty nie dostrzegałaś nic prócz mlecznobiałej mgły charakterystycznej dla okolic, chociaż… teraz kiedy uchyliły się przed tobą drzwi miejsca, w którym czarnoksiężnik najwyraźniej spędzał noce, mogłaś domyślać się, że nie był to tylko i wyłącznie kaprys samej w sobie natury. Zapewniało to przecież prywatność.<br />
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Witaj, Bellatrix.</span><br />
<br />
Odwrócił się w twoim kierunku, z tą samą, niewzruszoną niczym miną. Nie miało znaczenia, co w danej chwili czułaś – strach, niechęć, nabożny zachwyt i głód uznania – Voldemort zawsze pozostawał kimś równie nieprzeniknionym, co ta mgła, którą obserwowałaś mimowolnie, kiedy skrzat prowadził cię tu korytarzem z widokiem na pokaźnych rozmiarów ogród.<br />
<br />
Wiedziałaś, że nawet gdybyś upadła na kolana, największym co mogłaś osiągnąć, był ledwo zauważalny, chłodny uśmiech błąkajacy się na bladych wargach. Na tyle dyskretny, żebyś musiała zastanawiać się, czy nie była to jedynie twoja wyobraźnia.<br />
<br />
Skinął głową w kierunku sofy znajdującej się w centrum pomieszczenia, a skrzat Rookwoodów cicho zamknął za tobą drzwi. Kiedy na niej usiadłaś, Czarny Pan zbliżył się do ciebie i przez ułamek sekundy wydawało ci się, że wyciągnie rękę, aby dotknąć twojej twarzy. I wtedy to poczułaś – to jak wdziera się do twojej głowy, jak zaczyna ją penetrować. Mogłaś się tego pozbyć, wyrwać to uczucie jak chwast, zasłonić się za ścianą oklumencji, albo… pozwolić sobie odpłynąć. Bo przecież w twojej głowie nie odnajdzie nic prócz uznania. To, co w niej zostawiał pozostawiało w tobie uczucie bycia mu najbliższą, wyjątkową, jedyną. Nigdy nie zrobił niczego naprawdę, a nawet gdyby cię dotknął, atmosfera wokół momentalnie ochłodziłaby się o kilka stopni. No i co z tego? Świadomie karmił twoje fantazje, często zbaczając w kierunku nienasyconych pragnień. Kiedy opuszczał twój umysł, miałaś wrażenie, że kiedyś przekroczy z tobą jakąś granicę przyzwoitości, nawet jeśli poza tymi momentami zdawał się pozbawiać cię jakichkolwiek złudzeń.<br />
<br />
Grał z tobą, po mistrzowsku. Z innymi też tak grał?<br />
<br />
Dłoń nie dotknęła twojej twarzy. Zwyczajnie wręczył ci tę sakiewkę. W środku znajdowały się odłamki jakiejś rzeźby, z wyrytymi na niej runami.<br />
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Przyszłaś tutaj po swój prezent.</span><br />
<br />
Spotkanie obyło się bez większych niespodzianek. Zwyczajnie przekazał ci nowe informacje.<br />
<br />
<br />
<div class="mgzadanietytul">zadanie od mistrza gry</div><div class="mgzadanie">To twój wstęp do zadania związanego z wydarzeniem <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Cisza przed burzą II</span>. Twoje zadanie ma związek z grupą mugoli, jaką masz pod swoją „specjalną opieką”. Voldemort wręczył ci kamienie, o których możesz powiedzieć tejże grupie, iż usuwają skutki hipnozy amnezjatorów. Możesz więc wmówić tej grupie przekazanie im czegoś, co pozwala im na walkę z czarodziejami – mogą użyć tychże odłamków rzeźby (w liczbie czterech), aby przywrócić pamięć sobie oraz swoim bliskim. Muszą jedynie iść z nimi spać noc wcześniej, a usunięte wspomnienia wrócą do nich powoli w ciągu kilku następnych dni… Jest to, rzecz jasna, pułapka. Zachęć ich do rozbojów i poszukiwań, skuś ich do użycia tych przedmiotów. Za każdym razem, kiedy to robią, nieświadomie nakładają na siebie klątwę. Im więcej osób zarażą w nadziei na budowanie coraz liczniejszej linii oporu, tym większą liczbę zmanipulowanych popleczników uzyskasz. Piąty kamień posiadasz bowiem ty. Jeden, by rządzić wszystkimi. Musisz być jednak ostrożna – jeśli przesadzisz ze skalą, mogą zostać aresztowani.</div>
<br />
<div class="mg"><a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=256" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Bellatrix Black</a>  Mistrz gry nie kontynuuje rozgrywki. Jeśli potrzebujesz przesunięcia daty, to daj mi znać.</div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[Jesień 1972, 28.10 rezydencja Shafiq'a | Jonathan & Anthony] Red ribbon]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6345</link>
			<pubDate>Fri, 04 Sep 2026 14:12:41 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=435">Anthony Shafiq</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6345</guid>
			<description><![CDATA[<h1>—28/10/1972—<br />
<span style="font-size: 10pt;" class="mycode_size">Anglia, Londyn</span><br />
<span style="font-size: 8pt;" class="mycode_size">Jonathan Selwyn &amp; Anthony Shafiq</span><br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><img src="https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=DZUszrE.png" loading="lazy"  alt="[Obrazek: imgproxy.php?id=DZUszrE.png]" class="mycode_img" /><br />
<br />
<span style="font-size: 10pt;" class="mycode_size"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">waves of lights dancing<br />
brilliance of nature’s ribbons<br />
soul basking in silk</span></span></div>
</h1><br />
<br />
<div class="divek">Posiadłość pusta była i cicha bez rodziny Anthony'ego, ale trzeba było przyznać, że taką ją lubił najbardziej. <br />
<br />
Woda w fontannie stojącej na środku przestronnego holu posiadłości szemrała cichutko, a ciurkot wody roznosił się echem tak na parterze, jak i piętrze. <br />
<br />
Było cicho. Było okropnie cicho, teraz gdy ta piekielna maszyna w końcu umilkła, wysycona swoją demoniczną pracą.<br />
<br />
Anthony nie byłby w stanie powiedzieć jak to się właściwie stało. W jednej chwili widział jak Jonathan wychodzi z pokoiku gospodarczego umiejscowionego na parterze obok kuchni po kawę, a w drugiej… to chyba rąbek jego szaty wkręcił się w magiczne trybiki, a może rękaw zaplatał w prowizoryczne przewiązanie jednego z pakunków dedykowanych pierwszym gościom fundacji w zupełnie innej miejscowości niż Little Hangleton. Może to te pałąkowate ramiona prototypu koszmarnej demonicznej maszynerii potraktowały go jako przerośniętą lalkę, bo wstrzymał oddech i był nieco blady, zbyt zaspany by po wyjściu Selwyna ochoczo zabrać się do pracy.<br />
<br />
To była intensywna noc po powrocie z delegacji. Intensywny poranek, który miał być tylko ćwiczeniem aurowidztwa dla Jonathana, a skończył się… cóż, intensywnie. Był zmęczony, był zaspany, był nieuważny.<br />
<br />
A teraz, gdy turkot pakowarki w końcu umilkł, był związany.<br />
<br />
Ilość wstążek znajdujących się na jego ciele przekraczała najśmielsze oczekiwania kogokolwiek. Jedna, na prawdę jedna by wystarczyła, ale wobec <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">niestandardowego kształtu</span> maszyneria powzięła specjalne kroki i zamiast eleganckiego papieru zastosowała ekstremalną ilość wstążek, wstęg i sznurków, najprawdopodobniej zużywając wszystko co miała w swoim przeklętym wnętrzu.<br />
<br />
Teraz Anthony leżał na zewnątrz, niczym popartowa mumia nawet nie kłopocząc się, żeby się ruszać. Oszczędzał siły w pętach przeklętego pomysłu, nie mając już nawet wściekłości by zastanawiać się nad tym, czy ilość kokard na jego ciele jest <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">parzysta</span> oraz czy układają się <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">symetrycznie</span>. Nie. Myślał tylko o tym kiedy w końcu Jonathan przyjdzie go uratować i jak długo będzie musiał wysłuchiwać opowieści o tymże ratunku.<br />
<br />
Najprawdopodobniej do końca życia.<br />
<br />
Nie byłoby to nic niezwykłego, choć ten jeden raz najprawdopodobniej Selwyn nie będzie musiał dramatycznie ubarwiać historii, albowiem już teraz stan Shafiq'a był bez mała karykaturalny. <br />
<br />
Ileż to mogło trwać? Ileż można było robić kawę? <br />
<br />
Poruszył się niespokojnie (wciąż jak mumia, która klątwą nie mogła nawet po śmierci opuścić świata). Mówienie nie wchodziło w grę wstążki bowiem ciasno oplatały głowę, a jedyna pociecha była w tym, że pachniały czysto i były z miękkiego materiału nie rażąc nosa i umożliwiając oddech.<br />
<br />
Westchnął ciężko, ale i to westchnienie było całkiem stłumione.<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">A gdyby tak drzemka?</span> – myśl równie absurdalna jak absurdalna była sytuacja w której się znalazł zakwitła w nim barwami jego obecnego, bardzo rozległego okrycia. <br />
</div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<h1>—28/10/1972—<br />
<span style="font-size: 10pt;" class="mycode_size">Anglia, Londyn</span><br />
<span style="font-size: 8pt;" class="mycode_size">Jonathan Selwyn &amp; Anthony Shafiq</span><br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><img src="https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=DZUszrE.png" loading="lazy"  alt="[Obrazek: imgproxy.php?id=DZUszrE.png]" class="mycode_img" /><br />
<br />
<span style="font-size: 10pt;" class="mycode_size"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">waves of lights dancing<br />
brilliance of nature’s ribbons<br />
soul basking in silk</span></span></div>
</h1><br />
<br />
<div class="divek">Posiadłość pusta była i cicha bez rodziny Anthony'ego, ale trzeba było przyznać, że taką ją lubił najbardziej. <br />
<br />
Woda w fontannie stojącej na środku przestronnego holu posiadłości szemrała cichutko, a ciurkot wody roznosił się echem tak na parterze, jak i piętrze. <br />
<br />
Było cicho. Było okropnie cicho, teraz gdy ta piekielna maszyna w końcu umilkła, wysycona swoją demoniczną pracą.<br />
<br />
Anthony nie byłby w stanie powiedzieć jak to się właściwie stało. W jednej chwili widział jak Jonathan wychodzi z pokoiku gospodarczego umiejscowionego na parterze obok kuchni po kawę, a w drugiej… to chyba rąbek jego szaty wkręcił się w magiczne trybiki, a może rękaw zaplatał w prowizoryczne przewiązanie jednego z pakunków dedykowanych pierwszym gościom fundacji w zupełnie innej miejscowości niż Little Hangleton. Może to te pałąkowate ramiona prototypu koszmarnej demonicznej maszynerii potraktowały go jako przerośniętą lalkę, bo wstrzymał oddech i był nieco blady, zbyt zaspany by po wyjściu Selwyna ochoczo zabrać się do pracy.<br />
<br />
To była intensywna noc po powrocie z delegacji. Intensywny poranek, który miał być tylko ćwiczeniem aurowidztwa dla Jonathana, a skończył się… cóż, intensywnie. Był zmęczony, był zaspany, był nieuważny.<br />
<br />
A teraz, gdy turkot pakowarki w końcu umilkł, był związany.<br />
<br />
Ilość wstążek znajdujących się na jego ciele przekraczała najśmielsze oczekiwania kogokolwiek. Jedna, na prawdę jedna by wystarczyła, ale wobec <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">niestandardowego kształtu</span> maszyneria powzięła specjalne kroki i zamiast eleganckiego papieru zastosowała ekstremalną ilość wstążek, wstęg i sznurków, najprawdopodobniej zużywając wszystko co miała w swoim przeklętym wnętrzu.<br />
<br />
Teraz Anthony leżał na zewnątrz, niczym popartowa mumia nawet nie kłopocząc się, żeby się ruszać. Oszczędzał siły w pętach przeklętego pomysłu, nie mając już nawet wściekłości by zastanawiać się nad tym, czy ilość kokard na jego ciele jest <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">parzysta</span> oraz czy układają się <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">symetrycznie</span>. Nie. Myślał tylko o tym kiedy w końcu Jonathan przyjdzie go uratować i jak długo będzie musiał wysłuchiwać opowieści o tymże ratunku.<br />
<br />
Najprawdopodobniej do końca życia.<br />
<br />
Nie byłoby to nic niezwykłego, choć ten jeden raz najprawdopodobniej Selwyn nie będzie musiał dramatycznie ubarwiać historii, albowiem już teraz stan Shafiq'a był bez mała karykaturalny. <br />
<br />
Ileż to mogło trwać? Ileż można było robić kawę? <br />
<br />
Poruszył się niespokojnie (wciąż jak mumia, która klątwą nie mogła nawet po śmierci opuścić świata). Mówienie nie wchodziło w grę wstążki bowiem ciasno oplatały głowę, a jedyna pociecha była w tym, że pachniały czysto i były z miękkiego materiału nie rażąc nosa i umożliwiając oddech.<br />
<br />
Westchnął ciężko, ale i to westchnienie było całkiem stłumione.<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">A gdyby tak drzemka?</span> – myśl równie absurdalna jak absurdalna była sytuacja w której się znalazł zakwitła w nim barwami jego obecnego, bardzo rozległego okrycia. <br />
</div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[23.10.72 — Little Hangleton]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6339</link>
			<pubDate>Thu, 03 Sep 2026 22:49:33 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=2">Czarny Pan</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6339</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">23.10.72, Cisza przed burzą</div>
<br />
Sprawa działa się w Little Hangleton, nieopodal domu czarodzieja, który tej zimy opuścił granice kraju i udał się w podróż na południe Europy.<br />
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nikt nas nie obserwuje</span> – zapewnił Lord Voldemort (!), na którego wpadłeś w miejscu, w którym się zapowiedział. Skóra w miejscu, gdzie miałeś wypalony Mroczny Znak zapiekła cię niemiłosiernie, a do twoich nozdrzy dotarł przytłaczający, męczący smród spalenizny. – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Widziałem cię wtedy przez chwilę. Kogoś, kim chciałeś się stać. Widziałem twoje ambicje. Pomyślałem więc, że nie chcesz opuścić tej okazji.</span><br />
<br />
Od razu poczułeś, jak sama obecność Czarnego Pana zaczyna męczyć twój umysł – przez cały czas nie opuszczało cię wrażenie napierania, jakby ktoś chciał wedrzeć się do środka, chociaż towarzyszący ci czarnoksiężnik opierał się nonszalancko o ścianę budynku i nie celował w sobie różdżką. Wydawało ci się, że jesteś bezpieczny, ale czy mogłeś mieć pewność? Pozostawało ci zaufać swoim umiejętnościom – a byłeś przecież ponadprzeciętnym oklumentą.<br />
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Archibald Fraser</span> – skinął głową w kierunku drzwi. – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Jutro późnym wieczorem powinien wrócić do Anglii i rozglądać się za kolejnymi zleceniami i rynkiem zbytu tego, co zwiózł z Jugosławii. Przydałaby nam się jego ekspertyza, ale nie możemy pozwolić sobie na to, żeby postanowił później współpracować z kimś innym. Trzeba więc przekonać go do <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">naszej sprawy</span>, Nicholasie.</span><br />
<br />
<br />
<div class="mgzadanietytul">zadanie od mistrza gry</div><div class="mgzadanie">To twój wstęp do zadania związanego z wydarzeniem <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Cisza przed burzą II</span>. Lord Voldemort pamięta o twojej chęci stania się w szeregach organizacji kimś więcej niż Śmierciożercą, więc powierza ci to zadanie rekrutacyjne. Musisz dowiedzieć się więcej o tym mężczyźnie. W domyśle mistrzyni gry jest kimś chciwym, głodnym wiedzy i mocy, więc to dobry kandydat do rekrutacji różnymi metodami – zastraszaniem, przekonywaniem, zalaniem go szeregiem pustych obietnic – masz tutaj dowolność wykreowania wszystkiego. Nie możesz jednak iść tam w ciemno, bo to nie jest przypadkowy człowiek. Musisz się fabularnie przygotować, żeby nie zapędził Nicholasa w kozi róg, albo nie zagonił go w jakąś pułapkę. Jutro mężczyzna ma wrócić do Anglii, a Voldemort chce go po swojej stronie, bo to archeolog i znawca przedmiotów, a mu zależy na szerszych badaniach nad czymś, co znajduje się w Kromlechu.</div>
<br />
<div class="mg"><a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=282" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Nicholas Travers</a>  Mistrz gry nie kontynuuje rozgrywki. Jeśli potrzebujesz przesunięcia daty, to daj mi znać.</div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">23.10.72, Cisza przed burzą</div>
<br />
Sprawa działa się w Little Hangleton, nieopodal domu czarodzieja, który tej zimy opuścił granice kraju i udał się w podróż na południe Europy.<br />
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nikt nas nie obserwuje</span> – zapewnił Lord Voldemort (!), na którego wpadłeś w miejscu, w którym się zapowiedział. Skóra w miejscu, gdzie miałeś wypalony Mroczny Znak zapiekła cię niemiłosiernie, a do twoich nozdrzy dotarł przytłaczający, męczący smród spalenizny. – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Widziałem cię wtedy przez chwilę. Kogoś, kim chciałeś się stać. Widziałem twoje ambicje. Pomyślałem więc, że nie chcesz opuścić tej okazji.</span><br />
<br />
Od razu poczułeś, jak sama obecność Czarnego Pana zaczyna męczyć twój umysł – przez cały czas nie opuszczało cię wrażenie napierania, jakby ktoś chciał wedrzeć się do środka, chociaż towarzyszący ci czarnoksiężnik opierał się nonszalancko o ścianę budynku i nie celował w sobie różdżką. Wydawało ci się, że jesteś bezpieczny, ale czy mogłeś mieć pewność? Pozostawało ci zaufać swoim umiejętnościom – a byłeś przecież ponadprzeciętnym oklumentą.<br />
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Archibald Fraser</span> – skinął głową w kierunku drzwi. – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Jutro późnym wieczorem powinien wrócić do Anglii i rozglądać się za kolejnymi zleceniami i rynkiem zbytu tego, co zwiózł z Jugosławii. Przydałaby nam się jego ekspertyza, ale nie możemy pozwolić sobie na to, żeby postanowił później współpracować z kimś innym. Trzeba więc przekonać go do <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">naszej sprawy</span>, Nicholasie.</span><br />
<br />
<br />
<div class="mgzadanietytul">zadanie od mistrza gry</div><div class="mgzadanie">To twój wstęp do zadania związanego z wydarzeniem <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Cisza przed burzą II</span>. Lord Voldemort pamięta o twojej chęci stania się w szeregach organizacji kimś więcej niż Śmierciożercą, więc powierza ci to zadanie rekrutacyjne. Musisz dowiedzieć się więcej o tym mężczyźnie. W domyśle mistrzyni gry jest kimś chciwym, głodnym wiedzy i mocy, więc to dobry kandydat do rekrutacji różnymi metodami – zastraszaniem, przekonywaniem, zalaniem go szeregiem pustych obietnic – masz tutaj dowolność wykreowania wszystkiego. Nie możesz jednak iść tam w ciemno, bo to nie jest przypadkowy człowiek. Musisz się fabularnie przygotować, żeby nie zapędził Nicholasa w kozi róg, albo nie zagonił go w jakąś pułapkę. Jutro mężczyzna ma wrócić do Anglii, a Voldemort chce go po swojej stronie, bo to archeolog i znawca przedmiotów, a mu zależy na szerszych badaniach nad czymś, co znajduje się w Kromlechu.</div>
<br />
<div class="mg"><a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=282" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Nicholas Travers</a>  Mistrz gry nie kontynuuje rozgrywki. Jeśli potrzebujesz przesunięcia daty, to daj mi znać.</div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[23.10.72 — Dom Rodolphusa w Little Hangleton]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6336</link>
			<pubDate>Thu, 03 Sep 2026 21:04:06 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=2">Czarny Pan</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6336</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">23.10.72, Cisza przed burzą</div>
<br />
Drzwi nie nosiły śladów włamania, lecz gdy tego wieczora przybyłeś do Little Hangleton, ledwie otwarłeś furtę swojego ogrodu, wyczułeś, że czeka na ciebie czyjaś ciężka obecność. <br />
Przez powietrze w twoich sterylnych wnętrzach przeżerał się gryzący odór czarnomagicznej spalenizny. Intensywnością drażnił nawet ciebie, tak z nią obytego. Swąd powiódł cię do salonu, gdzie Lord Voldemort czekał gotów cię w twoim własnym domu przyjąć jak gościa. Siedział w fotelu z niedbałą swobodą kogoś, kto jest u siebie. Na kominku trzaskał ten sam rodzaj czarnomagicznego ognia, który nieśliście w jego imieniu przez Spaloną Noc, lecz taniec tych płomieni nie przydawał bynajmniej pomieszczeniu przytulnej aury. <br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Gościnność </span>— zaczął Pan w twoim domu, gdy znalazłeś się w salonie — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">to rzecz, której nie wolno lekceważyć, gdy dąży się do jednania ludzi swojej sprawie. </span><br />
Wskazał ci skinieniem głowy fotel naprzeciwko siebie. Zwracał się do ciebie z najwyższą uprzejmością, jak dobry gospodarz rad ze złożonej mu wizyty. A czy zaproszeniu kogoś takiego jak Lord Voldemort można odmówić? <br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">To dla ciebie szansa, abyś udowodnił, że umiesz rozpoznać, których gości należy podjąć z szacunkiem, a których przeznaczeniem jest pozostać za progiem, Rodolphusie.</span><br />
<br />
<br />
<div class="mgzadanietytul">zadanie od mistrza gry</div><div class="mgzadanie">To twój wstęp do zadania związanego z wydarzeniem <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Cisza przed burzą II</span>. Lord Voldemort powierza ci kwestię wybadania grupy bliskich ci wiekiem francuskich czarodziejów, którzy niedawno przybyli do Anglii. Wieści o rebelii oczywiście pokonały kanał La Manche, a obecnie stają się we Francji coraz szerzej omawianym tematem. Zbliżenie się do wskazanych osób może okazać się dla Śmierciożerców korzystne nie tylko poprzez bezpośrednie zasilenie szeregów francuskimi imigrantami, ale i ze względu na perspektywę zdobywania zagranicznych sojuszników wśród ich rodzin i bliskich. Nie należy czynić tego jednakże na oślep. Musisz najpierw poznać ich bliżej, aby ocenić ich rzeczywistą wartość. Pozory mogą mylić, a niewłaściwy dobór sojuszników napytać biedy całej organizacji. Jeśli uznasz francuskich czarodziejów za przydatnych: ugość ich, spraw, że poczują się w Anglii na swoim miejscu, a następnie zwerbuj. Jeśli wykryjesz z ich strony nieprzychylne Voldemortowi intencje, ostrzeż go, że nie są to ludzie godni zaufania.<br />
Postaci NPC możesz zaprojektować według własnego pomysłu, biorąc pod uwagę, że Lord Voldemort wskazał ich Rodolphusowi, ponieważ dostrzegł między nim a tą grupą jakieś podobieństwa (w aspiracjach, statusie i poziomie życia, korzeniach, usposobieniu). Zamierzają wziąć udział w sabacie Samhain, a następnie wrócić do Francji.</div>
<br />
<div class="mg"><a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=369" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Rodolphus Lestrange</a>  Mistrz gry nie kontynuuje rozgrywki. Jeśli potrzebujesz przesunięcia daty, to daj mi znać.</div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">23.10.72, Cisza przed burzą</div>
<br />
Drzwi nie nosiły śladów włamania, lecz gdy tego wieczora przybyłeś do Little Hangleton, ledwie otwarłeś furtę swojego ogrodu, wyczułeś, że czeka na ciebie czyjaś ciężka obecność. <br />
Przez powietrze w twoich sterylnych wnętrzach przeżerał się gryzący odór czarnomagicznej spalenizny. Intensywnością drażnił nawet ciebie, tak z nią obytego. Swąd powiódł cię do salonu, gdzie Lord Voldemort czekał gotów cię w twoim własnym domu przyjąć jak gościa. Siedział w fotelu z niedbałą swobodą kogoś, kto jest u siebie. Na kominku trzaskał ten sam rodzaj czarnomagicznego ognia, który nieśliście w jego imieniu przez Spaloną Noc, lecz taniec tych płomieni nie przydawał bynajmniej pomieszczeniu przytulnej aury. <br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Gościnność </span>— zaczął Pan w twoim domu, gdy znalazłeś się w salonie — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">to rzecz, której nie wolno lekceważyć, gdy dąży się do jednania ludzi swojej sprawie. </span><br />
Wskazał ci skinieniem głowy fotel naprzeciwko siebie. Zwracał się do ciebie z najwyższą uprzejmością, jak dobry gospodarz rad ze złożonej mu wizyty. A czy zaproszeniu kogoś takiego jak Lord Voldemort można odmówić? <br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">To dla ciebie szansa, abyś udowodnił, że umiesz rozpoznać, których gości należy podjąć z szacunkiem, a których przeznaczeniem jest pozostać za progiem, Rodolphusie.</span><br />
<br />
<br />
<div class="mgzadanietytul">zadanie od mistrza gry</div><div class="mgzadanie">To twój wstęp do zadania związanego z wydarzeniem <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Cisza przed burzą II</span>. Lord Voldemort powierza ci kwestię wybadania grupy bliskich ci wiekiem francuskich czarodziejów, którzy niedawno przybyli do Anglii. Wieści o rebelii oczywiście pokonały kanał La Manche, a obecnie stają się we Francji coraz szerzej omawianym tematem. Zbliżenie się do wskazanych osób może okazać się dla Śmierciożerców korzystne nie tylko poprzez bezpośrednie zasilenie szeregów francuskimi imigrantami, ale i ze względu na perspektywę zdobywania zagranicznych sojuszników wśród ich rodzin i bliskich. Nie należy czynić tego jednakże na oślep. Musisz najpierw poznać ich bliżej, aby ocenić ich rzeczywistą wartość. Pozory mogą mylić, a niewłaściwy dobór sojuszników napytać biedy całej organizacji. Jeśli uznasz francuskich czarodziejów za przydatnych: ugość ich, spraw, że poczują się w Anglii na swoim miejscu, a następnie zwerbuj. Jeśli wykryjesz z ich strony nieprzychylne Voldemortowi intencje, ostrzeż go, że nie są to ludzie godni zaufania.<br />
Postaci NPC możesz zaprojektować według własnego pomysłu, biorąc pod uwagę, że Lord Voldemort wskazał ich Rodolphusowi, ponieważ dostrzegł między nim a tą grupą jakieś podobieństwa (w aspiracjach, statusie i poziomie życia, korzeniach, usposobieniu). Zamierzają wziąć udział w sabacie Samhain, a następnie wrócić do Francji.</div>
<br />
<div class="mg"><a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=369" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Rodolphus Lestrange</a>  Mistrz gry nie kontynuuje rozgrywki. Jeśli potrzebujesz przesunięcia daty, to daj mi znać.</div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[26/10/72]Gather your kindling, gather it quick, every old forest has one nasty stick]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6325</link>
			<pubDate>Mon, 31 Aug 2026 19:07:52 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=544">Benjy Fenwick</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6325</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b"> tuż na skraju Lasu Wisielców, Benjy &amp; Heather</div>
<br />
Teleportacja nigdy nie należała do szczególnie eleganckich sposobów podróżowania, chyba nie istniała osoba, która by się z tym nie zgodziła, jeśli o mnie mowa, nigdy specjalnie przepadałem za korzystaniem z tego, co oferowała mi ta wybitna umiejętność, szczególnie że nie raz, nie dwa chciało mi się po niej rzygać. Tego dnia już wybitnie, co prawdopodobnie miało związek z bardzo poźną kolacją oraz wypitym wczoraj alkoholem, a może zwyczajnie z zapachem zgnilizny, jaki nagle uderzył w moje nozdrza. Przez krótką chwilę miałem wrażenie, że ktoś przeciągnął mnie przez zbyt ciasną rurę, a potem nagle stanąłem obiema stopami w miejscu umówionego spotkania. Pojawiłem się na wilgotnej ściółce na skraju Lasu Wisielców, niedaleko Little Hangleton, i przez chwilę po prostu stałem w lekko przygarbionej pozycji, modląc się o to, żeby świat w końcu przestał wirować. Dopiero po upływie kilkudziesięciu sekund rozejrzałem się za Heather, której jeszcze nie było widać we mgle wiszącej nisko nad przywiędłą łąką, chociaż nie miałem pojęcia, czy to ona się spóźniała, czy może to ja przybyłem za wcześnie. Zegarek w takich chwilach niewiele pomagał, ponieważ jego wskazówki poruszały się na tyle szybko, aby znowu zachciało mi się wymiotować - przerabiałem to jednak tyle razy, że tym razem nie dałem się na to złapać, i po prostu na niego nie popatrzyłem. Zamiast tego wytężyłem wzrok za rudą czupryną. <br />
Zbieranie chrustu w lesie, w którym według lokalnych, potwierdzonych na własną rękę opowieści można było spotkać złe duchy, przeklęte stworzenia - o jedno mniej niż przedtem, ale kto tam wiedział, ile ich tu było - albo zwyczajnie ludzi z bardzo złymi intencjami na spędzanie popołudnia, nie należało może do najbardziej logicznych pomysłów. Zbierać badyle można było przecież praktycznie wszędzie, lecz wydawało mi się zdecydowanie ciekawsze niż robienie tego gdziekolwiek indziej. W mojej obronie - Las Wisielców miał tę przewagę nad większością zwyczajnych miejsc do szukania kawałków drewna, że przynajmniej nie zanudzał człowieka na śmierć po pięciu minutach. Próbował zabić go na wiele ciekawszych sposobów. Poszukiwanie badyli w takiej lokalizacji miało w sobie pewien rozrywkowy element, odrobinę dreszczyku, którego zdecydowanie brakowało zwyczajnemu spacerowi po jesiennym sadzie, podczas którego największym zagrożeniem było nadepnięcie na mokrą gałąź, poślizgnięcie się na gnijącym jabłku albo spotkanie najebanego sfermentowanymi owocami dzika o wyjątkowo wojowniczym usposobieniu.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b"> tuż na skraju Lasu Wisielców, Benjy &amp; Heather</div>
<br />
Teleportacja nigdy nie należała do szczególnie eleganckich sposobów podróżowania, chyba nie istniała osoba, która by się z tym nie zgodziła, jeśli o mnie mowa, nigdy specjalnie przepadałem za korzystaniem z tego, co oferowała mi ta wybitna umiejętność, szczególnie że nie raz, nie dwa chciało mi się po niej rzygać. Tego dnia już wybitnie, co prawdopodobnie miało związek z bardzo poźną kolacją oraz wypitym wczoraj alkoholem, a może zwyczajnie z zapachem zgnilizny, jaki nagle uderzył w moje nozdrza. Przez krótką chwilę miałem wrażenie, że ktoś przeciągnął mnie przez zbyt ciasną rurę, a potem nagle stanąłem obiema stopami w miejscu umówionego spotkania. Pojawiłem się na wilgotnej ściółce na skraju Lasu Wisielców, niedaleko Little Hangleton, i przez chwilę po prostu stałem w lekko przygarbionej pozycji, modląc się o to, żeby świat w końcu przestał wirować. Dopiero po upływie kilkudziesięciu sekund rozejrzałem się za Heather, której jeszcze nie było widać we mgle wiszącej nisko nad przywiędłą łąką, chociaż nie miałem pojęcia, czy to ona się spóźniała, czy może to ja przybyłem za wcześnie. Zegarek w takich chwilach niewiele pomagał, ponieważ jego wskazówki poruszały się na tyle szybko, aby znowu zachciało mi się wymiotować - przerabiałem to jednak tyle razy, że tym razem nie dałem się na to złapać, i po prostu na niego nie popatrzyłem. Zamiast tego wytężyłem wzrok za rudą czupryną. <br />
Zbieranie chrustu w lesie, w którym według lokalnych, potwierdzonych na własną rękę opowieści można było spotkać złe duchy, przeklęte stworzenia - o jedno mniej niż przedtem, ale kto tam wiedział, ile ich tu było - albo zwyczajnie ludzi z bardzo złymi intencjami na spędzanie popołudnia, nie należało może do najbardziej logicznych pomysłów. Zbierać badyle można było przecież praktycznie wszędzie, lecz wydawało mi się zdecydowanie ciekawsze niż robienie tego gdziekolwiek indziej. W mojej obronie - Las Wisielców miał tę przewagę nad większością zwyczajnych miejsc do szukania kawałków drewna, że przynajmniej nie zanudzał człowieka na śmierć po pięciu minutach. Próbował zabić go na wiele ciekawszych sposobów. Poszukiwanie badyli w takiej lokalizacji miało w sobie pewien rozrywkowy element, odrobinę dreszczyku, którego zdecydowanie brakowało zwyczajnemu spacerowi po jesiennym sadzie, podczas którego największym zagrożeniem było nadepnięcie na mokrą gałąź, poślizgnięcie się na gnijącym jabłku albo spotkanie najebanego sfermentowanymi owocami dzika o wyjątkowo wojowniczym usposobieniu.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[Jesień 72, 26.10, Othello & Lydia] I poszedł przez łąkę przez zimną i mokrą mgłę]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6302</link>
			<pubDate>Mon, 24 Aug 2026 18:43:07 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=619">Othello Fawley</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6302</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">26 października 1972<br />
Zakład pogrzebowy Nox Aeterna</div>
<br />
Mgły unosiły się nisko nad cmentarzem w Little Hangleton, przeszywając powietrze chłodem i wilgocią. Zbliżało się Samhain, a zawsze w taki czas Othello i inni widzący mogli wyraźnie wyczuć to, że bariera pomiędzy zaświatami a światem żywych się stawała coraz cieńsza. Zwykle stanowiła mur. Oczywiście miejscami dziurawy. Przemykały przezeń dusze bardziej i mniej zagubione. A jednak w Samhain stawał się on zaledwie kurtyną oddzielającą teatr świata od jego mrocznych kulis. Zmarli się niepokoili, a być może ekscytowali. Othello nie zawsze potrafił ich rozgryźć. Zresztą teraz nie tym musiał zaprzątać sobie głowę. <br />
<br />
Salon Othella przesiąkała woń jesieni. Mężczyzna lubił mieć otwarte okna. Ktoś by powiedział, że jesienią powinno się je zamykać, szczególnie przy coraz niższej temperaturze. Tylko dziesięć stopni Celsjusza na zewnątrz potrafiło przesiąkać pomieszczenie chłodem. Owady tu nie wlatywały, Othello zadbał o zaklęcia odstraszające na oknach. Czasem podłoga skrzypnęła przez podmuch wiatru, czasem gasły świece. Innych to przerażało, jednak właścicielowi domostwa przynosiło swoisty spokój. Dom nie powinien być cichy. Musiał wydawać jakieś dźwięki. Inaczej był… martwy.<br />
<br />
Na stole znajdowało się mnóstwo kartek, które bardzo chciałyby fruwać. Podtrzymywał je żelazny przycisk do papieru w kształcie czaszki. Wszystko pozostawało w doskonałym porządku. Plany zostały poczynione. Na środku leżał wielki rysunek przedstawiający stragan, który miał się pojawić na obchodach Samhain w Little Hangleton. Wielki namiot Othello kupował w pracowni Rosierów, czarna tkanina miała w końcu być nie tylko doskonała, lecz i wytrzymała. Stół służący za ladę zamierzał zabrać ze swojego ganku, Ted już malował go świeżą farbą. Stolik do seansów zamierzał natomiast zabrać od siebie z domu. Za świece planował zabrać się następnego dnia, przesiedzieć nad nimi tyle, ile było trzeba. Kadzidełka przygotował już wcześniej, musiał tylko je ładnie zapakować. To jednak nie wymagało znowu tak dużo wysiłku ani czasu. A i część ich oraz świec musiał przeznaczyć na seanse.<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Mam nadzieję, że pojawisz się na jarmarku, moja droga Lydio –</span> odezwał się do przyjaciółki, która pomogła mu poradzić sobie z tym całym przedsięwzięciem i przy okazji dotrzymywała mu towarzystwa.<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – Mogłabyś mi pomóc przy stoisku. Nie wiem, czy będę mógł polegać na Tedzie, jeśli chodzi o obsługę klienta. On nie jest specjalnie rozmowny. A i jego fizjonomia potrafi niejednego odstraszyć. Oczywiście podzieliłbym się z tobą wszelkimi zyskami.</span><br />
<br />
Wiedział, że Lydia tego nie potrzebowała, bowiem była niemal bajecznie bogatą czarownicą. Blackowie zdecydowanie byli przy kasie. Othello czasem zresztą dziwił się, ile jego przyjaciółek było czystokrwistymi kobietami. Lydia Black (niedługo zapewne Mulciber), Lana Dolohov, Helloise Rowle… Można by zażartować, że nawet ze sławną Philomeną by się dogadał, bowiem w jakiś sposób wzbudzał sympatię w takich osobach. Może dlatego, że zupełnie go nie pociągały w sensie miłosnym? Myślał sobie wiele razy, że te kobiety przecież były piękne i chociaż jedna z nich powinna się mu podobać. Nic takiego się jednak nie działo. Czuł się z tym bezpiecznie, bowiem nikt nie próbował go swatać z kobietami spoza jego ligi, a ich nikt nie zamierzał z Othellem swatać. Niezwykle korzystna sytuacja.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">26 października 1972<br />
Zakład pogrzebowy Nox Aeterna</div>
<br />
Mgły unosiły się nisko nad cmentarzem w Little Hangleton, przeszywając powietrze chłodem i wilgocią. Zbliżało się Samhain, a zawsze w taki czas Othello i inni widzący mogli wyraźnie wyczuć to, że bariera pomiędzy zaświatami a światem żywych się stawała coraz cieńsza. Zwykle stanowiła mur. Oczywiście miejscami dziurawy. Przemykały przezeń dusze bardziej i mniej zagubione. A jednak w Samhain stawał się on zaledwie kurtyną oddzielającą teatr świata od jego mrocznych kulis. Zmarli się niepokoili, a być może ekscytowali. Othello nie zawsze potrafił ich rozgryźć. Zresztą teraz nie tym musiał zaprzątać sobie głowę. <br />
<br />
Salon Othella przesiąkała woń jesieni. Mężczyzna lubił mieć otwarte okna. Ktoś by powiedział, że jesienią powinno się je zamykać, szczególnie przy coraz niższej temperaturze. Tylko dziesięć stopni Celsjusza na zewnątrz potrafiło przesiąkać pomieszczenie chłodem. Owady tu nie wlatywały, Othello zadbał o zaklęcia odstraszające na oknach. Czasem podłoga skrzypnęła przez podmuch wiatru, czasem gasły świece. Innych to przerażało, jednak właścicielowi domostwa przynosiło swoisty spokój. Dom nie powinien być cichy. Musiał wydawać jakieś dźwięki. Inaczej był… martwy.<br />
<br />
Na stole znajdowało się mnóstwo kartek, które bardzo chciałyby fruwać. Podtrzymywał je żelazny przycisk do papieru w kształcie czaszki. Wszystko pozostawało w doskonałym porządku. Plany zostały poczynione. Na środku leżał wielki rysunek przedstawiający stragan, który miał się pojawić na obchodach Samhain w Little Hangleton. Wielki namiot Othello kupował w pracowni Rosierów, czarna tkanina miała w końcu być nie tylko doskonała, lecz i wytrzymała. Stół służący za ladę zamierzał zabrać ze swojego ganku, Ted już malował go świeżą farbą. Stolik do seansów zamierzał natomiast zabrać od siebie z domu. Za świece planował zabrać się następnego dnia, przesiedzieć nad nimi tyle, ile było trzeba. Kadzidełka przygotował już wcześniej, musiał tylko je ładnie zapakować. To jednak nie wymagało znowu tak dużo wysiłku ani czasu. A i część ich oraz świec musiał przeznaczyć na seanse.<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Mam nadzieję, że pojawisz się na jarmarku, moja droga Lydio –</span> odezwał się do przyjaciółki, która pomogła mu poradzić sobie z tym całym przedsięwzięciem i przy okazji dotrzymywała mu towarzystwa.<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – Mogłabyś mi pomóc przy stoisku. Nie wiem, czy będę mógł polegać na Tedzie, jeśli chodzi o obsługę klienta. On nie jest specjalnie rozmowny. A i jego fizjonomia potrafi niejednego odstraszyć. Oczywiście podzieliłbym się z tobą wszelkimi zyskami.</span><br />
<br />
Wiedział, że Lydia tego nie potrzebowała, bowiem była niemal bajecznie bogatą czarownicą. Blackowie zdecydowanie byli przy kasie. Othello czasem zresztą dziwił się, ile jego przyjaciółek było czystokrwistymi kobietami. Lydia Black (niedługo zapewne Mulciber), Lana Dolohov, Helloise Rowle… Można by zażartować, że nawet ze sławną Philomeną by się dogadał, bowiem w jakiś sposób wzbudzał sympatię w takich osobach. Może dlatego, że zupełnie go nie pociągały w sensie miłosnym? Myślał sobie wiele razy, że te kobiety przecież były piękne i chociaż jedna z nich powinna się mu podobać. Nic takiego się jednak nie działo. Czuł się z tym bezpiecznie, bowiem nikt nie próbował go swatać z kobietami spoza jego ligi, a ich nikt nie zamierzał z Othellem swatać. Niezwykle korzystna sytuacja.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[15.10.1972] Devil on my shoulder (Astoria Avery, Louvain Lestrange)]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6177</link>
			<pubDate>Fri, 03 Jul 2026 01:13:03 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=602">Astoria Avery</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6177</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">
15.10.1972<br />
<span style="font-size: small;" class="mycode_size">posiadłość Louvaina</span><br />
<img src="https://64.media.tumblr.com/7001f2aee9b3ff552e5df449d918065a/0e02927a58c84d58-eb/s1280x1920/a8984ab3029f46dfad73fcff12e48c8c72c931c7.jpg" loading="lazy"  alt="[Obrazek: a8984ab3029f46dfad73fcff12e48c8c72c931c7.jpg]" class="mycode_img" /></div>
<br />
Przez ostatnich kilka dni próbowała uporządkować własne myśli. Z początku sądziła, że wystarczy kilka godzin namysłu. Później uznała, że potrzebuje jednej nocy. Ostatecznie minęło kilka dni, a ona nadal miała wrażenie, że zamiast porządkować własne wątpliwości, jedynie dokłada kolejne do stosu. Najbardziej irytowało ją jednak coś innego. Bała się, że kiedy w końcu stanie z nim twarzą w twarz, zapomni o czymś naprawdę ważnym. Lubiła wiedzieć, na czym stoi, znać konsekwencje każdego wyboru, przewidywać choć kilka ruchów naprzód. Tymczasem od chwili opuszczenia tamtego balkonu miała wrażenie, że porusza się po gruncie, który z każdym krokiem staje się coraz bardziej grząski. Dlatego potrzebowała odpowiedzi. Dlatego poprosiła o spotkanie. Sama nadal mieszkała w posiadłości rodowej, gdzie nie byłoby sposobności bezpiecznej rozmowy, więc postanowiła odwiedzić Louvaina. Dotarła do jego domu za pomocą sieci Fiuu, a choć podróż nie należała do najbardziej eleganckich sposobów przemieszczania się, jedno krótkie zaklęcie wystarczyło, by z bogato haftowanej szaty zniknęły ostatnie ślady sadzy. Na jej ramieniu siedział Vulcor. Smoczognik, najedzony do tego stopnia, że ciężko było mu nawet utrzymać otwarte oczy, wtulił łeb w zagłębienie pomiędzy jej szyją a kołnierzykiem szaty. Co jakiś czas poruszał końcówką ogona albo wydawał ciche, gardłowe pomruki świadczące raczej o błogim zadowoleniu niż zainteresowaniu otoczeniem. Astoria nie miała dziś z kim go zostawić, a on, syty i senny, należał do stworzeń wyjątkowo mało problematycznych.<br />
Została wprowadzona do przestronnego salonu spokojnym, niespiesznym krokiem, który doskonale współgrał z dostojnym charakterem rezydencji. Wnętrze przywitało ją przyjemnym półmrokiem rozświetlanym miękkim światłem wpadającym przez wysokie okna. Zanim gospodarz zdążył do niej dołączyć, pozwoliła sobie na kilka spokojnych kroków w głąb salonu. Nie poruszała się bez celu. Był to raczej odruch człowieka, którego wzrok od lat wykształcił nawyk nieustannej obserwacji, wyłapywania proporcji, materiałów i świadomych decyzji estetycznych ukrytych w pozornie przypadkowych elementach wnętrza. Zatrzymała się przed pierwszym z obrazów. Potem drugim. Kolejnym. Ich rozmieszczenie nie było przypadkowe. Tworzyły spójną narrację, podporządkowaną podobnej gamie kolorystycznej i ciężarowi kompozycji. Każde płótno sprawiało wrażenie, jakby zostało dobrane nie tylko ze względu na własną wartość, ale również na dialog, jaki prowadziło z pozostałymi dziełami. Dlatego dostrzegła go niemal natychmiast. Obraz, który wyłamywał się z całego tego porządku. Nie dlatego, że był gorszy. Różnił się językiem. Podeszła bliżej  odruchowo przechylając lekko głowę. Punkt ciężkości został przesunięty niepokojąco daleko poza geometryczny środek płótna, przez co wzrok zamiast płynnie krążyć po obrazie, nieustannie wracał do jednego, pozornie mało istotnego fragmentu. Warstwa malarska również odbiegała od pozostałych prac. Reszta kolekcji zdawała się dążyć do harmonii, ten jeden obraz świadomie odrzucał podobny komfort. Pozostawiał odbiorcę w stanie lekkiego dysonansu poznawczego. <br />
Dźwięk kroków niosących się po posadzce dotarł do niej, zanim jeszcze zobaczyła jego sylwetkę. Odwróciła się płynnie i posłała mu uśmiech na powitanie. <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Dziękuję, że znalazłeś dla mnie czas -</span> powiedziała i od razu ponownie zwróciła się ku płótnu. Etykieta etykietą, ale przecież nie byli teraz w sytuacji formalnej, a przez wzgląd na ich znajomość pozwalała sobie na odrobinę większą swobodę. Przez kilka sekund jeszcze milczała, przesuwając spojrzeniem po kompozycji, jakby upewniała się, że pierwsze wrażenie nie było pomyłką. Dopiero wtedy odezwała się spokojnym głosem.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Ten nie pasuje do reszty -</span> co, zresztą, zabrzmiało jak fachowa obserwacja. Zerknęła na mężczyznę, by ocenić, czy był to zabieg celowy, czy jednak brak konsekwencji, spowodowany przez niekompetencję osoby odpowiedzialnej za urządzanie wnętrza. <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- A, proszę - </span>podała mu torebkę, w której znajdowała się ognista whisky. Dobry gatunek, chwalona przez koneserów. Nie był to przesadnie wyszukany prezent, ale wystarczająco dobry, by podkreślić, że przybyła tutaj jako gość, nie petent. Nawet jeśli to ona prosiła o spotkanie. <br />
Na samym początku była kwestia odbiegająca od ich głównego tematu, którą musiała poruszyć, żeby wyjaśnić i mieć ją z głowy. Coś, co również nie dawało jej spokoju.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Rozmawiałam z Desiderią na balu. Nie wtrącam się w waszą relację, ale będę zobowiązana, jeśli nigdy więcej nie użyjesz mojego imienia przeciwko niej -</span> nie musiała mówić dosadnie "nie życzę sobie tego", by jej niezadowolenie wybrzmiało w tonie i mimice twarzy. Louvain potrafił uderzyć w czuły punkt jak mało kto, tyle że Astoria nie chciała być tego częścią, nie chciała być "używana" w ten sposób i komunikowała to głośno. Bo teraz właśnie taka była - konkretna.<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> - Czy możemy tu rozmawiać bezpiecznie? Chciałabym, żebyśmy tym razem mogli pozwolić sobie na możliwie największą bezpośredniość. Mam już dość rozmów, w których każde zdanie trzeba obracać trzy razy, zanim będzie wiadomo, co naprawdę znaczy. Nie chcę zgadywać, czego nie możesz powiedzieć ani co próbujesz ukryć między wierszami. Potrzebuję konkretnych odpowiedzi. Nawet jeśli nie wszystkie będą dla mnie wygodne.</span>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">
15.10.1972<br />
<span style="font-size: small;" class="mycode_size">posiadłość Louvaina</span><br />
<img src="https://64.media.tumblr.com/7001f2aee9b3ff552e5df449d918065a/0e02927a58c84d58-eb/s1280x1920/a8984ab3029f46dfad73fcff12e48c8c72c931c7.jpg" loading="lazy"  alt="[Obrazek: a8984ab3029f46dfad73fcff12e48c8c72c931c7.jpg]" class="mycode_img" /></div>
<br />
Przez ostatnich kilka dni próbowała uporządkować własne myśli. Z początku sądziła, że wystarczy kilka godzin namysłu. Później uznała, że potrzebuje jednej nocy. Ostatecznie minęło kilka dni, a ona nadal miała wrażenie, że zamiast porządkować własne wątpliwości, jedynie dokłada kolejne do stosu. Najbardziej irytowało ją jednak coś innego. Bała się, że kiedy w końcu stanie z nim twarzą w twarz, zapomni o czymś naprawdę ważnym. Lubiła wiedzieć, na czym stoi, znać konsekwencje każdego wyboru, przewidywać choć kilka ruchów naprzód. Tymczasem od chwili opuszczenia tamtego balkonu miała wrażenie, że porusza się po gruncie, który z każdym krokiem staje się coraz bardziej grząski. Dlatego potrzebowała odpowiedzi. Dlatego poprosiła o spotkanie. Sama nadal mieszkała w posiadłości rodowej, gdzie nie byłoby sposobności bezpiecznej rozmowy, więc postanowiła odwiedzić Louvaina. Dotarła do jego domu za pomocą sieci Fiuu, a choć podróż nie należała do najbardziej eleganckich sposobów przemieszczania się, jedno krótkie zaklęcie wystarczyło, by z bogato haftowanej szaty zniknęły ostatnie ślady sadzy. Na jej ramieniu siedział Vulcor. Smoczognik, najedzony do tego stopnia, że ciężko było mu nawet utrzymać otwarte oczy, wtulił łeb w zagłębienie pomiędzy jej szyją a kołnierzykiem szaty. Co jakiś czas poruszał końcówką ogona albo wydawał ciche, gardłowe pomruki świadczące raczej o błogim zadowoleniu niż zainteresowaniu otoczeniem. Astoria nie miała dziś z kim go zostawić, a on, syty i senny, należał do stworzeń wyjątkowo mało problematycznych.<br />
Została wprowadzona do przestronnego salonu spokojnym, niespiesznym krokiem, który doskonale współgrał z dostojnym charakterem rezydencji. Wnętrze przywitało ją przyjemnym półmrokiem rozświetlanym miękkim światłem wpadającym przez wysokie okna. Zanim gospodarz zdążył do niej dołączyć, pozwoliła sobie na kilka spokojnych kroków w głąb salonu. Nie poruszała się bez celu. Był to raczej odruch człowieka, którego wzrok od lat wykształcił nawyk nieustannej obserwacji, wyłapywania proporcji, materiałów i świadomych decyzji estetycznych ukrytych w pozornie przypadkowych elementach wnętrza. Zatrzymała się przed pierwszym z obrazów. Potem drugim. Kolejnym. Ich rozmieszczenie nie było przypadkowe. Tworzyły spójną narrację, podporządkowaną podobnej gamie kolorystycznej i ciężarowi kompozycji. Każde płótno sprawiało wrażenie, jakby zostało dobrane nie tylko ze względu na własną wartość, ale również na dialog, jaki prowadziło z pozostałymi dziełami. Dlatego dostrzegła go niemal natychmiast. Obraz, który wyłamywał się z całego tego porządku. Nie dlatego, że był gorszy. Różnił się językiem. Podeszła bliżej  odruchowo przechylając lekko głowę. Punkt ciężkości został przesunięty niepokojąco daleko poza geometryczny środek płótna, przez co wzrok zamiast płynnie krążyć po obrazie, nieustannie wracał do jednego, pozornie mało istotnego fragmentu. Warstwa malarska również odbiegała od pozostałych prac. Reszta kolekcji zdawała się dążyć do harmonii, ten jeden obraz świadomie odrzucał podobny komfort. Pozostawiał odbiorcę w stanie lekkiego dysonansu poznawczego. <br />
Dźwięk kroków niosących się po posadzce dotarł do niej, zanim jeszcze zobaczyła jego sylwetkę. Odwróciła się płynnie i posłała mu uśmiech na powitanie. <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Dziękuję, że znalazłeś dla mnie czas -</span> powiedziała i od razu ponownie zwróciła się ku płótnu. Etykieta etykietą, ale przecież nie byli teraz w sytuacji formalnej, a przez wzgląd na ich znajomość pozwalała sobie na odrobinę większą swobodę. Przez kilka sekund jeszcze milczała, przesuwając spojrzeniem po kompozycji, jakby upewniała się, że pierwsze wrażenie nie było pomyłką. Dopiero wtedy odezwała się spokojnym głosem.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Ten nie pasuje do reszty -</span> co, zresztą, zabrzmiało jak fachowa obserwacja. Zerknęła na mężczyznę, by ocenić, czy był to zabieg celowy, czy jednak brak konsekwencji, spowodowany przez niekompetencję osoby odpowiedzialnej za urządzanie wnętrza. <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- A, proszę - </span>podała mu torebkę, w której znajdowała się ognista whisky. Dobry gatunek, chwalona przez koneserów. Nie był to przesadnie wyszukany prezent, ale wystarczająco dobry, by podkreślić, że przybyła tutaj jako gość, nie petent. Nawet jeśli to ona prosiła o spotkanie. <br />
Na samym początku była kwestia odbiegająca od ich głównego tematu, którą musiała poruszyć, żeby wyjaśnić i mieć ją z głowy. Coś, co również nie dawało jej spokoju.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Rozmawiałam z Desiderią na balu. Nie wtrącam się w waszą relację, ale będę zobowiązana, jeśli nigdy więcej nie użyjesz mojego imienia przeciwko niej -</span> nie musiała mówić dosadnie "nie życzę sobie tego", by jej niezadowolenie wybrzmiało w tonie i mimice twarzy. Louvain potrafił uderzyć w czuły punkt jak mało kto, tyle że Astoria nie chciała być tego częścią, nie chciała być "używana" w ten sposób i komunikowała to głośno. Bo teraz właśnie taka była - konkretna.<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> - Czy możemy tu rozmawiać bezpiecznie? Chciałabym, żebyśmy tym razem mogli pozwolić sobie na możliwie największą bezpośredniość. Mam już dość rozmów, w których każde zdanie trzeba obracać trzy razy, zanim będzie wiadomo, co naprawdę znaczy. Nie chcę zgadywać, czego nie możesz powiedzieć ani co próbujesz ukryć między wierszami. Potrzebuję konkretnych odpowiedzi. Nawet jeśli nie wszystkie będą dla mnie wygodne.</span>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[23.10.72 — Little Hangleton]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6129</link>
			<pubDate>Tue, 16 Jun 2026 10:49:24 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=2">Czarny Pan</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6129</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">23.10.72, Cisza przed burzą</div>
<br />
Czarny Znak na twoim przedramieniu rozgrzał się nagle do temperatury rozpalonego żelaza, a ty nie miałeś wyjścia – chociaż była to głęboka noc, musiałeś stawić się na miejscu i wysłuchać tego, co miał ci do powiedzenia Lord Voldemort.<br />
<br />
Ostatnio skończyło się to dla Londynu katastrofą, ale dzisiaj, mimo ogromnego bólu przeszywającego twoje ciało, miałeś nieodparte wrażenie, że z nadanego komunikatu płynął… spokój.<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Zjaw się, Leviathanie.</span><br />
<br />
Mieszkałeś za daleko od Little Hangleton, aby obserwować pewne zmiany na własne oczy, ale dzisiaj, kiedy Czarny Pan wezwał cię na miejsce, a teleportacja postanowiła wynieść cię aż pod starą posiadłość Riddle'ów, mogłeś dostrzec, że te okolice przywdziały już niemal wszystkie barwy śmierci. Stąpałeś po czarnej, wilgotnej ziemi, otoczony rdzą gnijących liści i srebrną, gęstą mgłą. <br />
<br />
Samhain zbliżało się nieubłaganie.<br />
<br />
Granice pomiędzy światami zaczynały się zacierać, a wraz z tym w Lesie Wisielców budziło się do życia coś jeszcze.<br />
<br />
Nie dostrzegłeś dokładnego momentu jego nadejścia. W drodze do Kromlechu owiał cię nagle charakterystyczny swąd zepsucia i to obudziło twoją czujność. Voldemort, kryjąc się w gęstej mgle przy wejściu do starego mauzoleum, zdawał się wyczekiwać twojego przybycia wpatrując się w księżyc próbujący przebić się swoim światłem przez zachmurzone niebo.<br />
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Mam dla ciebie coś, co musiałem wręczyć osobiście</span> – powiedział spokojnie, po tym jak się z nim przywitałeś. Z kieszeni skórzanego płaszcza wyciągnął stary zwój. Sporych rozmiarów, odrobinę zniszczony i na pierwszą myśl… być może odrobinę zbyt stary, aby wysyłać go w podróż do Walii w sowich pazurach. Na drugi rzut oka, zawartość zwyczajnie cuchnęła. Ktokolwiek zapisał na tym pergaminie tekst i wyrysował obok przerażające, choć dobrze działające na wyobraźnię ryciny, parał się magią tak czarną, aby Voldemort zrezygnował z dostarczania ci tego do mieszkania. Nie pozostawił też tego w kromlechowej pracowni z instrukcją, jak zwykł robić to wcześniej. Najwyraźniej zrozumiał wagę spotkania się ze Śmierciożercami twarzą w twarz i mogłeś być jednym z punktów zapalnych tej decyzji.<br />
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Czarodzieje Little Hangleton postanowili zebrać się w Samhain na polanie niedaleko Lasu Wisielców. To dobry moment na sprawdzenie, czy teoria zapisana w tym skrypcie jest prawdziwa. Ciężko będzie o tak dużą ilość osób w pełni przekonanych, iż jest świadkiem czegoś zupełnie innego, niż w rzeczywistości. A to przecież zapewni twojemu eksperymentowi niewykrywalność.</span><br />
<br />
<br />
<div class="mgzadanietytul">zadanie od mistrza gry</div><div class="mgzadanie">To twój wstęp do zadania związanego z wydarzeniem <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Cisza przed burzą II</span>. Lord Voldemort wręczył ci pergamin z opisem rytuału, który pozwala na komunikowanie się z istotami chłonącymi cudzą energię i potencjalne wykorzystanie ich do swoich własnych celów. Twój mistrz był łaskawy – nie wysłał cię do pełnej niebezpieczeństwa Kniei Godryka, lecz zasugerował przetestowanie go na swarthach zbiegających się w tym okresie w okolice martwego lasu. Te przedziwne istoty znane z przyjmowania kształtu rozmówcy, nie zagrażają twojemu bezpieczeństwu, ale czarodzieje nie bez powodu traktują je jak zły omen – wybierając słabsze ofiary, karmiąc się ich energią, niejednokrotnie doprowadziły do ich śmierci. W jednej z sal podziemnego kompleksu pozostawiono ci kilka składników niezbędnych do dopełnienia wszystkiego – zabrakło jednak czegoś, co wskaże swarthom ich ofiary. Musiałeś wybrać trzy osoby*, które z pewnością znajdą się na sabacie, zdobyć coś co do nich należało, a także nawiązać komunikację ze stworzeniami złożonymi z cienia. Miałeś na przygotowania zaledwie tydzień.</div>
<br />
<div class="mg"><a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=332" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Leviathan Rowle</a>  Mistrz gry nie kontynuuje rozgrywki. Jeśli potrzebujesz przesunięcia daty, to daj mi znać. * – jeżeli to mają być postacie graczy, musisz ukończyć sesje przed Samhain.</div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">23.10.72, Cisza przed burzą</div>
<br />
Czarny Znak na twoim przedramieniu rozgrzał się nagle do temperatury rozpalonego żelaza, a ty nie miałeś wyjścia – chociaż była to głęboka noc, musiałeś stawić się na miejscu i wysłuchać tego, co miał ci do powiedzenia Lord Voldemort.<br />
<br />
Ostatnio skończyło się to dla Londynu katastrofą, ale dzisiaj, mimo ogromnego bólu przeszywającego twoje ciało, miałeś nieodparte wrażenie, że z nadanego komunikatu płynął… spokój.<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Zjaw się, Leviathanie.</span><br />
<br />
Mieszkałeś za daleko od Little Hangleton, aby obserwować pewne zmiany na własne oczy, ale dzisiaj, kiedy Czarny Pan wezwał cię na miejsce, a teleportacja postanowiła wynieść cię aż pod starą posiadłość Riddle'ów, mogłeś dostrzec, że te okolice przywdziały już niemal wszystkie barwy śmierci. Stąpałeś po czarnej, wilgotnej ziemi, otoczony rdzą gnijących liści i srebrną, gęstą mgłą. <br />
<br />
Samhain zbliżało się nieubłaganie.<br />
<br />
Granice pomiędzy światami zaczynały się zacierać, a wraz z tym w Lesie Wisielców budziło się do życia coś jeszcze.<br />
<br />
Nie dostrzegłeś dokładnego momentu jego nadejścia. W drodze do Kromlechu owiał cię nagle charakterystyczny swąd zepsucia i to obudziło twoją czujność. Voldemort, kryjąc się w gęstej mgle przy wejściu do starego mauzoleum, zdawał się wyczekiwać twojego przybycia wpatrując się w księżyc próbujący przebić się swoim światłem przez zachmurzone niebo.<br />
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Mam dla ciebie coś, co musiałem wręczyć osobiście</span> – powiedział spokojnie, po tym jak się z nim przywitałeś. Z kieszeni skórzanego płaszcza wyciągnął stary zwój. Sporych rozmiarów, odrobinę zniszczony i na pierwszą myśl… być może odrobinę zbyt stary, aby wysyłać go w podróż do Walii w sowich pazurach. Na drugi rzut oka, zawartość zwyczajnie cuchnęła. Ktokolwiek zapisał na tym pergaminie tekst i wyrysował obok przerażające, choć dobrze działające na wyobraźnię ryciny, parał się magią tak czarną, aby Voldemort zrezygnował z dostarczania ci tego do mieszkania. Nie pozostawił też tego w kromlechowej pracowni z instrukcją, jak zwykł robić to wcześniej. Najwyraźniej zrozumiał wagę spotkania się ze Śmierciożercami twarzą w twarz i mogłeś być jednym z punktów zapalnych tej decyzji.<br />
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Czarodzieje Little Hangleton postanowili zebrać się w Samhain na polanie niedaleko Lasu Wisielców. To dobry moment na sprawdzenie, czy teoria zapisana w tym skrypcie jest prawdziwa. Ciężko będzie o tak dużą ilość osób w pełni przekonanych, iż jest świadkiem czegoś zupełnie innego, niż w rzeczywistości. A to przecież zapewni twojemu eksperymentowi niewykrywalność.</span><br />
<br />
<br />
<div class="mgzadanietytul">zadanie od mistrza gry</div><div class="mgzadanie">To twój wstęp do zadania związanego z wydarzeniem <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Cisza przed burzą II</span>. Lord Voldemort wręczył ci pergamin z opisem rytuału, który pozwala na komunikowanie się z istotami chłonącymi cudzą energię i potencjalne wykorzystanie ich do swoich własnych celów. Twój mistrz był łaskawy – nie wysłał cię do pełnej niebezpieczeństwa Kniei Godryka, lecz zasugerował przetestowanie go na swarthach zbiegających się w tym okresie w okolice martwego lasu. Te przedziwne istoty znane z przyjmowania kształtu rozmówcy, nie zagrażają twojemu bezpieczeństwu, ale czarodzieje nie bez powodu traktują je jak zły omen – wybierając słabsze ofiary, karmiąc się ich energią, niejednokrotnie doprowadziły do ich śmierci. W jednej z sal podziemnego kompleksu pozostawiono ci kilka składników niezbędnych do dopełnienia wszystkiego – zabrakło jednak czegoś, co wskaże swarthom ich ofiary. Musiałeś wybrać trzy osoby*, które z pewnością znajdą się na sabacie, zdobyć coś co do nich należało, a także nawiązać komunikację ze stworzeniami złożonymi z cienia. Miałeś na przygotowania zaledwie tydzień.</div>
<br />
<div class="mg"><a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=332" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Leviathan Rowle</a>  Mistrz gry nie kontynuuje rozgrywki. Jeśli potrzebujesz przesunięcia daty, to daj mi znać. * – jeżeli to mają być postacie graczy, musisz ukończyć sesje przed Samhain.</div>]]></content:encoded>
		</item>
	</channel>
</rss>