<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0" xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">
	<channel>
		<title><![CDATA[Secrets of London - Little Hangleton]]></title>
		<link>https://secretsoflondon.pl/</link>
		<description><![CDATA[Secrets of London - https://secretsoflondon.pl]]></description>
		<pubDate>Sat, 18 Apr 2026 01:19:30 +0000</pubDate>
		<generator>MyBB</generator>
		<item>
			<title><![CDATA[[8.10.1972] Vindicate | Rodolphus, Nicholas]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5885</link>
			<pubDate>Mon, 23 Mar 2026 13:22:29 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=369">Rodolphus Lestrange</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5885</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">8 październik 1972<br />
Noc</div>
<br />
<div class="ramka">
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><a href="https://www.youtube.com/watch?v=0n1vhLn_iIQ" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">I feel the rage begin  <br />
boiling in my blood with all my pride and sin <br />
Vindication always starts within<br />
<br />
They say that we are born believing and then they take your soul to still you  <br />
I can feel my anger’s driving me <br />
I can hear your screams  <br />
I feel lost and loud  <br />
Everything you say another sacred vow:  <br />
Never let it go until you drown. </a></div></div>
<br />
Rodolphus siedział u siebie w domu, w salonie. Przeglądał Proroka Codziennego, niby od niechcenia przerzucając kolejne strony gazety. Jego wzrok uważnie śledził jakiekolwiek wzmianki na temat zniszczeń po Spalonej Nocy. Było ich, siłą rzeczy, coraz mniej. Ludzie powoli dźwigali się na nogi, a chaos zdawał się przygasać. Czyż to nie był idealny moment na to, by dolać do ledwo tlącego się ognia odrobinę oliwy? Dementorek podleciał do młodego Lestrange'a i przysiadł mu na ramieniu. Zamachał nóżkami, by usadowić się wygodniej, a potem zajrzał w głąb gazety, naciągając mocniej kaptur na głowę. Rodolphus zdążył się już przyzwyczaić do jego obecności - i gdy tylko mógł, to wypuszczał papierowego szkodnika, by sobie latał po pokoju swobodnie. Zegar tyknął cicho, wskazując godzinę 11 w nocy. O tej porze doby jego mechanizm był przyciszony, by nikogo nie budzić ze snu. Lestrange czekał na Nicholasa, któremu posłał krótką notkę z prośbą o spotkanie.<br />
<br />
Mimowolnie jego wzrok uniósł się znad gazety i spoczął na obrazie, podarowanym przez Astorię. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Pewnie znalazł się w piwnicy</span> - dźwięczało mu w uszach. Uśmiechnął się nieznacznie, bo jakże Avery się myliła. Załamania farby odbijały nikłe światło świec, które miękkim blaskiem otulały pomieszczenie. Szelest dementorka, przeciągającego się na ramieniu, wyrwał go z rozmyślania o Astorii. Rodolphus nieco przekrzywił głowę, by zerknąć na swojego "towarzysza". Ten wydawał się o tej porze dnia mniej skory do psot. Odłożył więc gazetę, wcześniej starannie ją składając, a następnie podsunął figurce dłoń.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Do spania</span> - w jego głosie czaiła się jakaś miękkość, którą miał dla tego nie-stworzonka. Szczególnie w takich momentach zastanawiał się, czy nie lepiej byłoby, gdyby tego typu figurki dzieci posiadały zamiast brudnych zwierząt, które tak kochały. Dementorek posłusznie zsunął się na podstawioną rękę, po czym wykonał gest, jakby ziewał. Lestrange ostrożnie wstał i odłożył go do jego czarnego zameczku, a następnie nałożył na przestrzeń klosz. Lepiej było, mimo wszystko, nie zostawiać go bez opieki. <br />
<br />
Doszły go ciekawe informacje na targu. Cmentarz leżący nieopodal granicy miasteczka liczył wiele grobów, w tym tych bezimiennych. Jednak jedno imię było szczególnie osobliwe. John Winniczek - szlama, polski imigrant, nieżyjący od wielu, wielu lat. Jakim cudem jego nagrobek uchował się w takim miejscu, jak Little Hangleton? Czy miał rodzinę, skoro ktoś ewidentnie dbał o grób? Był czysty, zadbany, a na płycie często spoczywały świeże kwiaty. Czy gdzieś tu czaiła się szlamowata rodzina, chociaż nigdy nie słyszał o nikim z podobnym nazwiskiem?<br />
<br />
Zerknął na zegar. Nicholas powinien zaraz się zjawić.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">8 październik 1972<br />
Noc</div>
<br />
<div class="ramka">
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><a href="https://www.youtube.com/watch?v=0n1vhLn_iIQ" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">I feel the rage begin  <br />
boiling in my blood with all my pride and sin <br />
Vindication always starts within<br />
<br />
They say that we are born believing and then they take your soul to still you  <br />
I can feel my anger’s driving me <br />
I can hear your screams  <br />
I feel lost and loud  <br />
Everything you say another sacred vow:  <br />
Never let it go until you drown. </a></div></div>
<br />
Rodolphus siedział u siebie w domu, w salonie. Przeglądał Proroka Codziennego, niby od niechcenia przerzucając kolejne strony gazety. Jego wzrok uważnie śledził jakiekolwiek wzmianki na temat zniszczeń po Spalonej Nocy. Było ich, siłą rzeczy, coraz mniej. Ludzie powoli dźwigali się na nogi, a chaos zdawał się przygasać. Czyż to nie był idealny moment na to, by dolać do ledwo tlącego się ognia odrobinę oliwy? Dementorek podleciał do młodego Lestrange'a i przysiadł mu na ramieniu. Zamachał nóżkami, by usadowić się wygodniej, a potem zajrzał w głąb gazety, naciągając mocniej kaptur na głowę. Rodolphus zdążył się już przyzwyczaić do jego obecności - i gdy tylko mógł, to wypuszczał papierowego szkodnika, by sobie latał po pokoju swobodnie. Zegar tyknął cicho, wskazując godzinę 11 w nocy. O tej porze doby jego mechanizm był przyciszony, by nikogo nie budzić ze snu. Lestrange czekał na Nicholasa, któremu posłał krótką notkę z prośbą o spotkanie.<br />
<br />
Mimowolnie jego wzrok uniósł się znad gazety i spoczął na obrazie, podarowanym przez Astorię. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Pewnie znalazł się w piwnicy</span> - dźwięczało mu w uszach. Uśmiechnął się nieznacznie, bo jakże Avery się myliła. Załamania farby odbijały nikłe światło świec, które miękkim blaskiem otulały pomieszczenie. Szelest dementorka, przeciągającego się na ramieniu, wyrwał go z rozmyślania o Astorii. Rodolphus nieco przekrzywił głowę, by zerknąć na swojego "towarzysza". Ten wydawał się o tej porze dnia mniej skory do psot. Odłożył więc gazetę, wcześniej starannie ją składając, a następnie podsunął figurce dłoń.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Do spania</span> - w jego głosie czaiła się jakaś miękkość, którą miał dla tego nie-stworzonka. Szczególnie w takich momentach zastanawiał się, czy nie lepiej byłoby, gdyby tego typu figurki dzieci posiadały zamiast brudnych zwierząt, które tak kochały. Dementorek posłusznie zsunął się na podstawioną rękę, po czym wykonał gest, jakby ziewał. Lestrange ostrożnie wstał i odłożył go do jego czarnego zameczku, a następnie nałożył na przestrzeń klosz. Lepiej było, mimo wszystko, nie zostawiać go bez opieki. <br />
<br />
Doszły go ciekawe informacje na targu. Cmentarz leżący nieopodal granicy miasteczka liczył wiele grobów, w tym tych bezimiennych. Jednak jedno imię było szczególnie osobliwe. John Winniczek - szlama, polski imigrant, nieżyjący od wielu, wielu lat. Jakim cudem jego nagrobek uchował się w takim miejscu, jak Little Hangleton? Czy miał rodzinę, skoro ktoś ewidentnie dbał o grób? Był czysty, zadbany, a na płycie często spoczywały świeże kwiaty. Czy gdzieś tu czaiła się szlamowata rodzina, chociaż nigdy nie słyszał o nikim z podobnym nazwiskiem?<br />
<br />
Zerknął na zegar. Nicholas powinien zaraz się zjawić.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[24.09.1972] They can keep their heaven. When I die, I'll sooner come here]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5712</link>
			<pubDate>Sat, 14 Feb 2026 10:54:19 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=349">Alexander Mulciber</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5712</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">Little Hangleton, chatka na skraju lasu</div>
<br />
Wślizgnął się do środka tak samo, jak wślizgnął się w jej rutynę. Wpuściła go do domu wtedy, gdy wypuszczała na dwór koty. Jeden z nich, dachowiec z naderwanym uchem, który na początku syczał na widok Alexandra, przemknął mu teraz obojętnie między nogami. Nie zaszczycił go nawet spojrzeniem, jak gdyby jasnowidz był niczym więcej jak wychudzonym psem, przemykającym między krzywymi sztachetami płotu. Wiele było teraz takich bezdomnych psów, kręcących sie w pobliżu ludzkich siedzib. Jeszcze więcej bezdomnych ludzi. Nie patrzył na nich, dopóki go nie zmusiła, żeby patrzył. A przecież nie mógł odmówić. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Nie jej.</span> Alexander uśmiechnął się do Jahnavi, zanim delikatnie ucałował jej dłoń na przywitanie. <br />
<br />
Przyniósł słoiki. Dziesiątki pachnących nowością słoików, które miały posłużyć na pomieszczenie przetworów na zimę. Alex wiedział przecież, że Navi chce przerobić na marynaty późno dojrzewające gruszki otrzymane w podarku od ludzi z wioski. Zostało jeszcze zebrać resztkę malin, które kończyły owocować, oprawić dynie, zawekować w gąsiorach słodki miód... Zostało tak wiele do zrobienia, zdawała się mówić Navi, gestykulując w gwałtownym ożywieniu. Była pracowita jak pszczółka, która wędruje od kwiatka do kwiatka, zbierając kwietny pyłek. Czy wyobrażała sobie, że w innym życiu zasypiałaby tak jako i ona pośród kwietnych płatków, pokryta zebranym przez siebie pyłkiem? W tym życiu nie był to jednak pyłek, lecz henna. Układała się na dłoniach Jahnavi w wymyślne wzory, między które Alexander wpasował swój pocałunek. Ale kwiaty też przecież przyniósł. Zdziczałe róże z ogrodów otaczających <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Mulciber Manor</span>. <br />
<br />
Nie chcąc przeszkadzać w porannych rytuałach kobiety, przeszedł do kuchni, gdzie wynalazł sobie zajęcie. Ustawił słoiki w starym kredensie, uważając, żeby nie naruszyć gniazda gościszy, które rozlokowały się na najwyższej z półek. Przewrócił niemal oczami, widząc, że Navi uszyła głodomorom małe ubranka. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Oczywiście, że to zrobiła</span>, pomyślał, rozbawiony, zamykając drzwiczki od kredensu ku uldze zaspanego gościsza, który wychnął na chwilę głowę ze swojego barłogu. Alexander usiadł przy kuchennym stole, całkiem z siebie zadowolony, że zrobił coś pożytecznego. Może nie umiał poprawnie trzymać młotka, jak uczynnie wytknął mu duch taty Jahnavi, ale umiał przynajmniej zaparzyć herbatę! Przyglądał się wystarczająco uważnie skomplikowanemu rytuałowi parzenia herbaty, w którym nie należało Navi przeszkadzać, bo nosił niemal znamiona świętości, żeby móc go potem odtworzyć. <span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">Przysłuchiwał się jej codziennemu rytuałowi okadzania domu, rozpamiętując sen, w którym dzisiaj się pojawiła. Dobry był to sen. Może dlatego, że Navi była dobra, stwierdził, kierując swe myśli w stronę dziewczyny, której przybycie zwiastowało słodkie pobrzękiwanie bransoletek.</span> Podsunął w jej stronę kubek z zaparzoną herbatą. Na tyle zdolnym, żeby zrobić coś więcej, zdecydowanie nie był. Przyzwyczajony był przecież, że wszystko podsuwa mu pod nos służba. <br />
<br />
Gdy Jahnavi weszła do kuchni, Alexander obracał w palcach pierścień. Jeden z niewielu, który nie ugrzązł w mule jeziora. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Zostawił je tam.</span> Być może chciał, żeby w miejscu, które należało do niej, zostało coś, co należało z kolei do niego. Gdyby Navi miała dostęp do jego myśli, zapewne zmarszczyłaby teraz brwi i zrobiłaby obrażoną minę. A przynajmniej tak sądził. Uczył się jej powoli, ale jednocześnie całej naraz. Bo choć codzienność Navi była cichą, i, zdawałoby się, że ograniczoną do małej chatki w Little Hangleton – do okolicznej wioski i otaczających ją lasów i wrzosowisk –  było w niej tak dużo rzeczy, których nie rozumiał. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">"Jezioro nie należy do mnie, ani do nikogo, tylko do samego siebie"</span>, mogłaby mu powiedzieć, ale pewnie tylko wydęłaby policzki, jak gdyby nie mogła się nadziwić głupotą Alexa. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">"Należy do świata."</span> Była w tym jak kartonik karty symbolizującej <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Świat</span> w tarocie. Wszystko było dla niej osobnym mikrokosmosem. Zbiorem niezależnych galaktyk tworzących połączony zależnościami wszechświat, wspólny dla wszystkich. Nieskończoność nieskończoności w nieskończoności, pomyślał leniwie, nie przestając bawić się pierścieniem. <br />
<br />
!BINGO A1]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">Little Hangleton, chatka na skraju lasu</div>
<br />
Wślizgnął się do środka tak samo, jak wślizgnął się w jej rutynę. Wpuściła go do domu wtedy, gdy wypuszczała na dwór koty. Jeden z nich, dachowiec z naderwanym uchem, który na początku syczał na widok Alexandra, przemknął mu teraz obojętnie między nogami. Nie zaszczycił go nawet spojrzeniem, jak gdyby jasnowidz był niczym więcej jak wychudzonym psem, przemykającym między krzywymi sztachetami płotu. Wiele było teraz takich bezdomnych psów, kręcących sie w pobliżu ludzkich siedzib. Jeszcze więcej bezdomnych ludzi. Nie patrzył na nich, dopóki go nie zmusiła, żeby patrzył. A przecież nie mógł odmówić. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Nie jej.</span> Alexander uśmiechnął się do Jahnavi, zanim delikatnie ucałował jej dłoń na przywitanie. <br />
<br />
Przyniósł słoiki. Dziesiątki pachnących nowością słoików, które miały posłużyć na pomieszczenie przetworów na zimę. Alex wiedział przecież, że Navi chce przerobić na marynaty późno dojrzewające gruszki otrzymane w podarku od ludzi z wioski. Zostało jeszcze zebrać resztkę malin, które kończyły owocować, oprawić dynie, zawekować w gąsiorach słodki miód... Zostało tak wiele do zrobienia, zdawała się mówić Navi, gestykulując w gwałtownym ożywieniu. Była pracowita jak pszczółka, która wędruje od kwiatka do kwiatka, zbierając kwietny pyłek. Czy wyobrażała sobie, że w innym życiu zasypiałaby tak jako i ona pośród kwietnych płatków, pokryta zebranym przez siebie pyłkiem? W tym życiu nie był to jednak pyłek, lecz henna. Układała się na dłoniach Jahnavi w wymyślne wzory, między które Alexander wpasował swój pocałunek. Ale kwiaty też przecież przyniósł. Zdziczałe róże z ogrodów otaczających <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Mulciber Manor</span>. <br />
<br />
Nie chcąc przeszkadzać w porannych rytuałach kobiety, przeszedł do kuchni, gdzie wynalazł sobie zajęcie. Ustawił słoiki w starym kredensie, uważając, żeby nie naruszyć gniazda gościszy, które rozlokowały się na najwyższej z półek. Przewrócił niemal oczami, widząc, że Navi uszyła głodomorom małe ubranka. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Oczywiście, że to zrobiła</span>, pomyślał, rozbawiony, zamykając drzwiczki od kredensu ku uldze zaspanego gościsza, który wychnął na chwilę głowę ze swojego barłogu. Alexander usiadł przy kuchennym stole, całkiem z siebie zadowolony, że zrobił coś pożytecznego. Może nie umiał poprawnie trzymać młotka, jak uczynnie wytknął mu duch taty Jahnavi, ale umiał przynajmniej zaparzyć herbatę! Przyglądał się wystarczająco uważnie skomplikowanemu rytuałowi parzenia herbaty, w którym nie należało Navi przeszkadzać, bo nosił niemal znamiona świętości, żeby móc go potem odtworzyć. <span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">Przysłuchiwał się jej codziennemu rytuałowi okadzania domu, rozpamiętując sen, w którym dzisiaj się pojawiła. Dobry był to sen. Może dlatego, że Navi była dobra, stwierdził, kierując swe myśli w stronę dziewczyny, której przybycie zwiastowało słodkie pobrzękiwanie bransoletek.</span> Podsunął w jej stronę kubek z zaparzoną herbatą. Na tyle zdolnym, żeby zrobić coś więcej, zdecydowanie nie był. Przyzwyczajony był przecież, że wszystko podsuwa mu pod nos służba. <br />
<br />
Gdy Jahnavi weszła do kuchni, Alexander obracał w palcach pierścień. Jeden z niewielu, który nie ugrzązł w mule jeziora. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Zostawił je tam.</span> Być może chciał, żeby w miejscu, które należało do niej, zostało coś, co należało z kolei do niego. Gdyby Navi miała dostęp do jego myśli, zapewne zmarszczyłaby teraz brwi i zrobiłaby obrażoną minę. A przynajmniej tak sądził. Uczył się jej powoli, ale jednocześnie całej naraz. Bo choć codzienność Navi była cichą, i, zdawałoby się, że ograniczoną do małej chatki w Little Hangleton – do okolicznej wioski i otaczających ją lasów i wrzosowisk –  było w niej tak dużo rzeczy, których nie rozumiał. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">"Jezioro nie należy do mnie, ani do nikogo, tylko do samego siebie"</span>, mogłaby mu powiedzieć, ale pewnie tylko wydęłaby policzki, jak gdyby nie mogła się nadziwić głupotą Alexa. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">"Należy do świata."</span> Była w tym jak kartonik karty symbolizującej <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Świat</span> w tarocie. Wszystko było dla niej osobnym mikrokosmosem. Zbiorem niezależnych galaktyk tworzących połączony zależnościami wszechświat, wspólny dla wszystkich. Nieskończoność nieskończoności w nieskończoności, pomyślał leniwie, nie przestając bawić się pierścieniem. <br />
<br />
!BINGO A1]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[03/10/72] Kto, w celu wprowadzenia do obrotu, oznacza towary podrobionym znakiem]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5690</link>
			<pubDate>Mon, 09 Feb 2026 16:54:44 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=451">Woody Tarpaulin</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5690</guid>
			<description><![CDATA[<h1>Czytaj więcej: Ustawa „prawo własności przemysłowej”</h1>[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=KTrrKsE.png[/inny avek]<br />
<br />
Szedł przez Little Hangleton chłop rosły: chłop wysoki, chłop szeroki. Szedł posępny, szedł zgarbiony. Szedł, i mu wiatr podwiewał prochowiec, szedł, i mu wiatr szarpał fedorę. Szedł, w ręce niósł czarną walizeczkę, szedł, i łypał oczyma na boki, łypał, czy aby kto na nią się nie połasi. <br />
Chciałoby się rzec, dla dopełnienia obrazu, że do walizeczki był przykuty, ale Asena Greyback pożyczyła rejwachowe kajdanki i nie oddała. Zresztą Bogini raczy wiedzieć, czy Woody Tarpaulin by chciał te kajdanki od niej z powrotem.<br />
Nie śmiejmy się. Sprawa, która sprowadza Tarpa do Little Hangleton jest arcypoważna, a zawartość walizeczki cenna. Powróćmy zatem do szarego krajobrazu miasteczka ponuraków, przez które, rozchlapując burą wodę z ulicznej kałuży, kroczy wasz pokorny sługa, uprzejmy oberżysta, skromny przedsiębiorca, itd. itp.<br />
Dokroczył w okolice cmenatrzyska — ino zniczem zaleciało wespół z gnijącym liściem jesiennym. Wziął się chłop rozejrzał, prawo-lewo, lewo-prawo, cimny wieczór, ni żywego ducha, za martwych trudno poświadczyć. Wlazł w cmentarne alejki, kluczył niezgrabnie między ciasno poupychanymi nagrobkami, baczył, czy walizeczką nikomu świeczki nie utrąci — a bo to kto wie, jaki złośliwy duch czyha nad mogiłą? I dotarł dziad pod dom opisany szyldem <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Nox Aeterna</span>. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Zakład pogrzebowy.</span><br />
A co to? Umarł kto? Gdzie tam! Właściciel Białego Wiwerna wciąż dycha.<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Ding-dang-dong</span> — chyba że tu obwieszcza przybycie nie dzwonek, a upiorna kołatka? <br />
W każdym razie: <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">ding-dang-dong</span>. I uchylają się drzwi trupiarni, i pełznie pod nos zapach kadzidła z nutką truposza. Wicher za plecami przybysza wrzeszczy groźby znad cmentarza, ino błyskawicy w tle brakuje, ale tako się składa, że tego wieczora tylko wiatr porywisty, zachmurzenie duże, wilgotność wysoka, opadów brak. Pan Tarpaulin otrzepał grzecznie buty, wszedł do środka, zamknął za sobą drzwi i prosto do gabinetu pana właściciela. <br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Panie Fawley, tak jak żeśmy się umawiali, tak jestem</span> — obwieścił się od progu konspiracyjnym, głębokim głosem. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Mam ze sobą interes, o którym panu wspominałem w liście.</span><br />
Trochę się dobry karczmarz z Nokturnu znać z Othellem Fawleyem musiał. Z tej samej podłej dziury wypełzli, bo na Podziemnych się każdy z każdym po twarzy poznawał, to i pan Woody Tarpaulin z Rejwachu się z panem ex-księgowym z burdelu Kościanego minęli tu czy ówdzie, normalna sprawa. Również dlatego pan Woody Tarpaulin postawił na tego wykonawcę — jak komu raz nie po drodze z prawem, to i potem jakoś się łatwiej wraca.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<h1>Czytaj więcej: Ustawa „prawo własności przemysłowej”</h1>[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=KTrrKsE.png[/inny avek]<br />
<br />
Szedł przez Little Hangleton chłop rosły: chłop wysoki, chłop szeroki. Szedł posępny, szedł zgarbiony. Szedł, i mu wiatr podwiewał prochowiec, szedł, i mu wiatr szarpał fedorę. Szedł, w ręce niósł czarną walizeczkę, szedł, i łypał oczyma na boki, łypał, czy aby kto na nią się nie połasi. <br />
Chciałoby się rzec, dla dopełnienia obrazu, że do walizeczki był przykuty, ale Asena Greyback pożyczyła rejwachowe kajdanki i nie oddała. Zresztą Bogini raczy wiedzieć, czy Woody Tarpaulin by chciał te kajdanki od niej z powrotem.<br />
Nie śmiejmy się. Sprawa, która sprowadza Tarpa do Little Hangleton jest arcypoważna, a zawartość walizeczki cenna. Powróćmy zatem do szarego krajobrazu miasteczka ponuraków, przez które, rozchlapując burą wodę z ulicznej kałuży, kroczy wasz pokorny sługa, uprzejmy oberżysta, skromny przedsiębiorca, itd. itp.<br />
Dokroczył w okolice cmenatrzyska — ino zniczem zaleciało wespół z gnijącym liściem jesiennym. Wziął się chłop rozejrzał, prawo-lewo, lewo-prawo, cimny wieczór, ni żywego ducha, za martwych trudno poświadczyć. Wlazł w cmentarne alejki, kluczył niezgrabnie między ciasno poupychanymi nagrobkami, baczył, czy walizeczką nikomu świeczki nie utrąci — a bo to kto wie, jaki złośliwy duch czyha nad mogiłą? I dotarł dziad pod dom opisany szyldem <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Nox Aeterna</span>. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Zakład pogrzebowy.</span><br />
A co to? Umarł kto? Gdzie tam! Właściciel Białego Wiwerna wciąż dycha.<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Ding-dang-dong</span> — chyba że tu obwieszcza przybycie nie dzwonek, a upiorna kołatka? <br />
W każdym razie: <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">ding-dang-dong</span>. I uchylają się drzwi trupiarni, i pełznie pod nos zapach kadzidła z nutką truposza. Wicher za plecami przybysza wrzeszczy groźby znad cmentarza, ino błyskawicy w tle brakuje, ale tako się składa, że tego wieczora tylko wiatr porywisty, zachmurzenie duże, wilgotność wysoka, opadów brak. Pan Tarpaulin otrzepał grzecznie buty, wszedł do środka, zamknął za sobą drzwi i prosto do gabinetu pana właściciela. <br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Panie Fawley, tak jak żeśmy się umawiali, tak jestem</span> — obwieścił się od progu konspiracyjnym, głębokim głosem. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Mam ze sobą interes, o którym panu wspominałem w liście.</span><br />
Trochę się dobry karczmarz z Nokturnu znać z Othellem Fawleyem musiał. Z tej samej podłej dziury wypełzli, bo na Podziemnych się każdy z każdym po twarzy poznawał, to i pan Woody Tarpaulin z Rejwachu się z panem ex-księgowym z burdelu Kościanego minęli tu czy ówdzie, normalna sprawa. Również dlatego pan Woody Tarpaulin postawił na tego wykonawcę — jak komu raz nie po drodze z prawem, to i potem jakoś się łatwiej wraca.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[03.09.72] Róż i szarość]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5670</link>
			<pubDate>Wed, 28 Jan 2026 13:11:19 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=625">Kate Barclay</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5670</guid>
			<description><![CDATA[Trudno było znaleźć kogoś, kto bardziej nie pasowałby do zakładu pogrzebowego niż Kate Barclay.<br />
Teleportowała się na ścieżce wiodącej do Nox Aeterną, przed sobą mając kamienny, szary budynek, za nim las, rodem wyjęty z koszmarnych snów, w których ścigają cię zabójcy, a za sobą mogiły miejscowego cmentarza. I zachwiała lekko, omal nie przydeptując rąbka szaty, kolorowej, utrzymanej w tonacjach różu i fioletu, zdobionej w jaśniejsze nieco wzory. W ciemnych włosach, sięgających aż do pasa, pobłyskiwały spinki, których rolą było trochę powstrzymywanie kosmyków od wciskania się do oczu, ale przede wszystkim zdobienie, gdy migotały bielą, różem i fioletem. Była kolorowym ptakiem w morzu tej szarości, niemożliwym do przeoczenia. Kate od małego wiedziała, że nie zdoła schować się w tłumie, nie tyleż ze względu na jakieś piękno, co wygląd przywodzący na myśl dalekie krainy. Kiedyś w Hogwarcie pewien chłopiec śmiał się, że jest taka ciemna, bo pewnie za rzadko bierze kąpiele – wylała wtedy mu na głowę sok z dyni, a potem oglądała w szorowanych w ramach szlabanu pucharach odbicie własnej, zagniewanej twarzy, myśląc sobie, że tę inność będą jej jeszcze pewnie nie raz wytykać. I może dlatego zaczęła tę nosić jako płaszcz, zamiast się chować tylko ją podkreślać, jakby chciała być tą plamą kolorów, jakby chciała powiedzieć: wolę odstawać. Jak chcesz, bądź sobie jedną z wielu owiec, ja nie zamierzam.<br />
Ruszyła ścieżką i minęła płot, wchodząc od strony cmentarza, i rozejrzała się przelotnie, czy nie dostrzeże jakichś petentów. Nie było jednak ponurych ludzi w czerni ani szarościach, wyglądało więc na to, że akurat ani nie odbywał się żaden pogrzeb, ani takiego nie organizowano. <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – Othello?!</span> – zawołała więc głośno, bez żadnych oporów ledwo pchnęła drzwi wejściowe, w końcu jeśli jakiegoś umarłego faktycznie by tym krzykiem obudziła… to powinien być szczęśliwy, że doszło do tego teraz i nie będzie potem wygrzebywał się z grobu. Wyobrażała sobie, że mogłoby to być szalenie problematyczne, zwłaszcza jeśli rodzina nie oszczędzałaby na trumnie i kupiła taką porządną, dębową. Zmarszczyła lekko nosek, kiedy uderzyła w niego woń kadzideł, a później ruszyła ku przejściu na piętro, gdzie mieszkał Fawley.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Trudno było znaleźć kogoś, kto bardziej nie pasowałby do zakładu pogrzebowego niż Kate Barclay.<br />
Teleportowała się na ścieżce wiodącej do Nox Aeterną, przed sobą mając kamienny, szary budynek, za nim las, rodem wyjęty z koszmarnych snów, w których ścigają cię zabójcy, a za sobą mogiły miejscowego cmentarza. I zachwiała lekko, omal nie przydeptując rąbka szaty, kolorowej, utrzymanej w tonacjach różu i fioletu, zdobionej w jaśniejsze nieco wzory. W ciemnych włosach, sięgających aż do pasa, pobłyskiwały spinki, których rolą było trochę powstrzymywanie kosmyków od wciskania się do oczu, ale przede wszystkim zdobienie, gdy migotały bielą, różem i fioletem. Była kolorowym ptakiem w morzu tej szarości, niemożliwym do przeoczenia. Kate od małego wiedziała, że nie zdoła schować się w tłumie, nie tyleż ze względu na jakieś piękno, co wygląd przywodzący na myśl dalekie krainy. Kiedyś w Hogwarcie pewien chłopiec śmiał się, że jest taka ciemna, bo pewnie za rzadko bierze kąpiele – wylała wtedy mu na głowę sok z dyni, a potem oglądała w szorowanych w ramach szlabanu pucharach odbicie własnej, zagniewanej twarzy, myśląc sobie, że tę inność będą jej jeszcze pewnie nie raz wytykać. I może dlatego zaczęła tę nosić jako płaszcz, zamiast się chować tylko ją podkreślać, jakby chciała być tą plamą kolorów, jakby chciała powiedzieć: wolę odstawać. Jak chcesz, bądź sobie jedną z wielu owiec, ja nie zamierzam.<br />
Ruszyła ścieżką i minęła płot, wchodząc od strony cmentarza, i rozejrzała się przelotnie, czy nie dostrzeże jakichś petentów. Nie było jednak ponurych ludzi w czerni ani szarościach, wyglądało więc na to, że akurat ani nie odbywał się żaden pogrzeb, ani takiego nie organizowano. <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – Othello?!</span> – zawołała więc głośno, bez żadnych oporów ledwo pchnęła drzwi wejściowe, w końcu jeśli jakiegoś umarłego faktycznie by tym krzykiem obudziła… to powinien być szczęśliwy, że doszło do tego teraz i nie będzie potem wygrzebywał się z grobu. Wyobrażała sobie, że mogłoby to być szalenie problematyczne, zwłaszcza jeśli rodzina nie oszczędzałaby na trumnie i kupiła taką porządną, dębową. Zmarszczyła lekko nosek, kiedy uderzyła w niego woń kadzideł, a później ruszyła ku przejściu na piętro, gdzie mieszkał Fawley.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[24.09.1972r. | Wciąż myślę o Tobie]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5638</link>
			<pubDate>Tue, 20 Jan 2026 21:00:19 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=594">Iskander Malfoy</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5638</guid>
			<description><![CDATA[Wracając do Londynu, tym razem ze wszystkimi swoimi rzeczami, ze wszystkimi sprawami załatwionymi we Francji, z czystym kontem (choć nie dosłownie oczywiście) i z wielkimi planami na przyszłość - Iskander cieszył się jak dziecko. Dobrze mu było we Francji, lubił pracę w firmie dziadka i nie mógł narzekać też na zarobki - nie wiązał jednak swoich planów związanych z karierą właśnie z tamtym miejscem, zdecydowanie bardziej wolał wyobrażać sobie siebie w Londynie, u boku brata. To przecież z nim wiązał swoją przyszłość! <br />
W końcu był już gotowy do drogi, ze wszystkimi rzeczami spakowanymi i zmniejszonymi przy pomocy zaklęć, bo wtedy istniało większe ryzyko, że coś się po drodze zgubi, a był jednak dość przywiązany do swoich rzeczy, jak to Malfoy. Iskander pojawił się w domu z bagażami i z bukietem kolorowych lilii, które od razu umieścił w zdobionym wazonie. Ozdabianie wnętrza ich nowego domu było jednym z jego nowych hobby i Renigald musiał go niejednokrotnie powstrzymywać przed rozkładaniem po wszystkich możliwych blatach różnych porcelanowych ozdób, mini-dzieł sztuki i wszystkiego, co mogło mu przyjść do głowy. Tym razem ograniczył się wyłącznie do kwiatów, więc nie było tak znowu najgorzej. Po udekorowaniu salonu liliami zdjął płaszcz (najwyraźniej to lilie były priorytetem), odwiesił go na wieszak przy drzwiach wejściowych i niemal w podskokach ruszył w stronę pracowni, w której spodziewał się zastać Renigalda. Nie widział go tylko tydzień, co w porównaniu z roczną rozłąką było ledwie ździebełkiem, ale od czasu tych wielkich pożarów w ogóle nie chciał się rozstawać z bratem. Bał się, że każde pożegnanie, nawet krótkie, może być ich ostatnim.<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Ren </span>- rzucił na wydechu, uśmiechając się szeroko na widok Renigalda, skupionego przy projekcie. Wszedł do pracowni, zbliżył się do niego i pochylił się, żeby szybko musnąć jego policzek wargami. Nie byłby sobą, gdyby nie pozwolił sobie na tę odrobinę czułości. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Jak ci idzie?</span> - wskazał ruchem głowy na projekt. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Dziadek kazał cię pozdrowić. I masz się do niego czasem odzywać<span style="font-style: italic;" class="mycode_i"> póki jeszcze żyje</span>, znasz go</span> - wywrócił oczami z uśmiechem, po czym osunął się jakby nigdy nic na kolana brata, siadając na nich bokiem i obejmując go jedną ręką za szyję. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Jak byłem w Paryżu to pomyślałem w pewnym momencie, że chyba wypadałoby zaprosić rodziców. Powinniśmy mieć z nimi w miarę dobry kontakt, jeśli chcemy, żeby pomogli nam finansowo z interesem. </span><br />
Nie był zachwycony swoim pomysłem, bo jeśli zaproszą rodziców na kolację, to znów obaj będą musieli zgrywać przykładnych synów i rodzice nie będą mogli dostrzec, że pomiędzy nimi było coś więcej, niż tylko braterska miłość. Znów będą musieli udawać, znów założą maski. Ale wiedział, że tak było trzeba.<br />
<br />
<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=410" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@renigald malfoy</a>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Wracając do Londynu, tym razem ze wszystkimi swoimi rzeczami, ze wszystkimi sprawami załatwionymi we Francji, z czystym kontem (choć nie dosłownie oczywiście) i z wielkimi planami na przyszłość - Iskander cieszył się jak dziecko. Dobrze mu było we Francji, lubił pracę w firmie dziadka i nie mógł narzekać też na zarobki - nie wiązał jednak swoich planów związanych z karierą właśnie z tamtym miejscem, zdecydowanie bardziej wolał wyobrażać sobie siebie w Londynie, u boku brata. To przecież z nim wiązał swoją przyszłość! <br />
W końcu był już gotowy do drogi, ze wszystkimi rzeczami spakowanymi i zmniejszonymi przy pomocy zaklęć, bo wtedy istniało większe ryzyko, że coś się po drodze zgubi, a był jednak dość przywiązany do swoich rzeczy, jak to Malfoy. Iskander pojawił się w domu z bagażami i z bukietem kolorowych lilii, które od razu umieścił w zdobionym wazonie. Ozdabianie wnętrza ich nowego domu było jednym z jego nowych hobby i Renigald musiał go niejednokrotnie powstrzymywać przed rozkładaniem po wszystkich możliwych blatach różnych porcelanowych ozdób, mini-dzieł sztuki i wszystkiego, co mogło mu przyjść do głowy. Tym razem ograniczył się wyłącznie do kwiatów, więc nie było tak znowu najgorzej. Po udekorowaniu salonu liliami zdjął płaszcz (najwyraźniej to lilie były priorytetem), odwiesił go na wieszak przy drzwiach wejściowych i niemal w podskokach ruszył w stronę pracowni, w której spodziewał się zastać Renigalda. Nie widział go tylko tydzień, co w porównaniu z roczną rozłąką było ledwie ździebełkiem, ale od czasu tych wielkich pożarów w ogóle nie chciał się rozstawać z bratem. Bał się, że każde pożegnanie, nawet krótkie, może być ich ostatnim.<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Ren </span>- rzucił na wydechu, uśmiechając się szeroko na widok Renigalda, skupionego przy projekcie. Wszedł do pracowni, zbliżył się do niego i pochylił się, żeby szybko musnąć jego policzek wargami. Nie byłby sobą, gdyby nie pozwolił sobie na tę odrobinę czułości. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Jak ci idzie?</span> - wskazał ruchem głowy na projekt. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Dziadek kazał cię pozdrowić. I masz się do niego czasem odzywać<span style="font-style: italic;" class="mycode_i"> póki jeszcze żyje</span>, znasz go</span> - wywrócił oczami z uśmiechem, po czym osunął się jakby nigdy nic na kolana brata, siadając na nich bokiem i obejmując go jedną ręką za szyję. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Jak byłem w Paryżu to pomyślałem w pewnym momencie, że chyba wypadałoby zaprosić rodziców. Powinniśmy mieć z nimi w miarę dobry kontakt, jeśli chcemy, żeby pomogli nam finansowo z interesem. </span><br />
Nie był zachwycony swoim pomysłem, bo jeśli zaproszą rodziców na kolację, to znów obaj będą musieli zgrywać przykładnych synów i rodzice nie będą mogli dostrzec, że pomiędzy nimi było coś więcej, niż tylko braterska miłość. Znów będą musieli udawać, znów założą maski. Ale wiedział, że tak było trzeba.<br />
<br />
<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=410" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@renigald malfoy</a>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[15.10.72] perfekcyjna pani domu]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5636</link>
			<pubDate>Mon, 19 Jan 2026 23:56:57 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=584">Larisa Gregorovitch</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5636</guid>
			<description><![CDATA[Nigdy nie była wprawną kucharką. Ba, siedzenie w kuchni wcale nie należało do umiejętności, które jej matka zaliczała do tych które powinna opanować. Tym zawsze zajmowali się Quirrelowie, pracujący w ich posiadłości, albo i skrzaty domowe, które były na każde skinienie palcem. Teraz była sama, zamknięta w ciszy posiadłości, a jej największym wrogiem była przygotowywana pieczeń. <br />
Pachniała... dobrze. To akurat potrafiła rozpoznać - odpowiedni zapach złożonych w całość składników i przypraw, które spoczywały teraz w brytfance i czekały na to aż wsunie blachę do piekarnika. Ten nagrzał się wreszcie, a Larisa bardzo cicho i powoli umieściła mięso w środku, licząc na to że wszystko nie okaże się absolutną klapą.<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">//</span> rzemiosło ◉◉◉○○ na gotowanie<br />
[roll=Z]<br />
<br />
Przodek nie mógł przyjść jej z pomocą podczas tak trywialnych czynności jak gotowanie, ale dzisiejszego dnia nie było ku temu potrzeby. Niedługo rozszedł się intensywny, przyjemny zapach, który zwiastował gotowość pieczeni, którą zazwyczaj jadało się co prawda na święta, ale nikt nie mówił że nie można było zrobić to i bez okazji. Wyjęła więc mięso z piekarnika, dała mu chwilę odetchnąć, a w końcu nałożyła sobie porcję i zjadła.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Nigdy nie była wprawną kucharką. Ba, siedzenie w kuchni wcale nie należało do umiejętności, które jej matka zaliczała do tych które powinna opanować. Tym zawsze zajmowali się Quirrelowie, pracujący w ich posiadłości, albo i skrzaty domowe, które były na każde skinienie palcem. Teraz była sama, zamknięta w ciszy posiadłości, a jej największym wrogiem była przygotowywana pieczeń. <br />
Pachniała... dobrze. To akurat potrafiła rozpoznać - odpowiedni zapach złożonych w całość składników i przypraw, które spoczywały teraz w brytfance i czekały na to aż wsunie blachę do piekarnika. Ten nagrzał się wreszcie, a Larisa bardzo cicho i powoli umieściła mięso w środku, licząc na to że wszystko nie okaże się absolutną klapą.<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">//</span> rzemiosło ◉◉◉○○ na gotowanie<br />
[roll=Z]<br />
<br />
Przodek nie mógł przyjść jej z pomocą podczas tak trywialnych czynności jak gotowanie, ale dzisiejszego dnia nie było ku temu potrzeby. Niedługo rozszedł się intensywny, przyjemny zapach, który zwiastował gotowość pieczeni, którą zazwyczaj jadało się co prawda na święta, ale nikt nie mówił że nie można było zrobić to i bez okazji. Wyjęła więc mięso z piekarnika, dała mu chwilę odetchnąć, a w końcu nałożyła sobie porcję i zjadła.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[Jesień 1972, 25.09 rezydencja Shafiq'a | Lana & Anthony] Ciągle żyję]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5633</link>
			<pubDate>Mon, 19 Jan 2026 16:42:10 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=435">Anthony Shafiq</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5633</guid>
			<description><![CDATA[<h1>—25/09/1972—<br />
<span style="font-size: 10pt;" class="mycode_size">Anglia, Londyn</span><br />
<span style="font-size: 8pt;" class="mycode_size">Lana Dolohov &amp; Anthony Shafiq</span><br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><img src="https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=qH1r2pp.png" loading="lazy"  alt="[Obrazek: imgproxy.php?id=qH1r2pp.png]" class="mycode_img" /><br />
<br />
<span style="font-size: 10pt;" class="mycode_size"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Koniec podróży –<br />
Ciągle żyję – tu<br />
Tego jesiennego wieczora</span></span></div>
</h1><br />
<br />
<div class="divek">
<div style="text-align: justify;" class="mycode_align">Popołudnie było spokojne. Piękne. Ciche. <br />
<br />
Jacquelin wraz z matką i dziećmi umówione były w bibliotece Parkinsonów na spotkanie, więc dom - oczyszczony, wyremontowany, ustabilizowany po niedawnej tragedii - mógł przyjąć gościa. <br />
<br />
Anthony rozmyślał o tym spotkaniu długo, o wiele dłużej niż byłby w stanie przyznać. Kuzynka zdawała mu się odległą postacią, a spotkanie na pogrzebie wymianą zwyczajowych pozdrowień i obietnic odnowienia kontaktu. A jednak. Coś było takiego w zachowaniu, w sposobie wypowiadania się, w sposobie formowania myśli tej młodej kobiety, co przykuło jego uwagę i pragnęło kurtuazję przekuć w czyn. <br />
<br />
Nie chciał też być sam.<br />
<br />
Tego powodu nie zamierzał nikomu wyjawiać, zwłaszcza swoim najbliższym - byłym i obecnym - którzy mogliby jakkolwiek zacząć naciskać go do wyciągnięcia ku Selwynowi ręki. Ich konflikt zdawał się niemożliwy do rozwiązania, zadra przypieczętowana spalonym Londynem ukonstytuowała się i dawała mu znać za każdym razem, gdy przez krótki moment, w sposób sztuczny i wymuszony próbowali być dla siebie mili.<br />
<br />
Nie. Myśl o tym pozostawił za drzwiami, rad, że zaproszenie młodej naukowczyni zostało przyjęte, a im przyjdzie rozmawiać w zaciszu jego littlehangletońskiego gabinetu. <br />
<br />
Tu bowiem, na pierwszym piętrze rezydencji w skrzydle zachodnim, znajdował się jego osobisty księgozbiór. Nie w londyńskim apartamencie, a w letniej tylko z nazwy rezydencji, wznosiły się regały pełne białych kruków, skarby literatury tak magicznej jak... mugolskiej. Wysokie sztuczne okna imitujące widoki Włoch wpuszczały miękkie światło popołudnia, w pomieszczeniu pachniało atramentem, pergaminem i świeżo parzoną herbatą. Na porcelanowym spodeczku zdobionym w niebieskie kwiaty, czekały na spragnionych słodkości kruche ciasteczka. Piasek w klepsydrze przesypywał się, gospodarz domu sam pilnował, aby napar był zaparzony odpowiednio.<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Jeśli cokolwiek wpadnie Ci w oko, jestem skłonny podzielić się słowami</span> – zauważył hojnie, nie chcąc nadto rozdrapywać rany, jednocześnie pragnąc dowiedzieć się o młodziutkiej osobie zdecydowanie więcej. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Ufam Twoim dłoniom i... domostwu w którym się zatrzymałaś. Odznacza się raczej szacunkiem do książek, czyż nie?</span> – zdawało mu się, że były to Prawa Czasu, co dodawało nieco pikanterii całej tej rozmowie, choć nie na tyle by paliło usta. Ledwie łagodne mrowienie na końcu podniebienia. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Jeśli masz ochotę, mogę poprosić Wergiliusza, żeby dostarczył nam wino</span> – zaproponował jeszcze, utylizując liście z imbryczków, gdy piasek wyznaczył czas. </div></div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<h1>—25/09/1972—<br />
<span style="font-size: 10pt;" class="mycode_size">Anglia, Londyn</span><br />
<span style="font-size: 8pt;" class="mycode_size">Lana Dolohov &amp; Anthony Shafiq</span><br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><img src="https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=qH1r2pp.png" loading="lazy"  alt="[Obrazek: imgproxy.php?id=qH1r2pp.png]" class="mycode_img" /><br />
<br />
<span style="font-size: 10pt;" class="mycode_size"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Koniec podróży –<br />
Ciągle żyję – tu<br />
Tego jesiennego wieczora</span></span></div>
</h1><br />
<br />
<div class="divek">
<div style="text-align: justify;" class="mycode_align">Popołudnie było spokojne. Piękne. Ciche. <br />
<br />
Jacquelin wraz z matką i dziećmi umówione były w bibliotece Parkinsonów na spotkanie, więc dom - oczyszczony, wyremontowany, ustabilizowany po niedawnej tragedii - mógł przyjąć gościa. <br />
<br />
Anthony rozmyślał o tym spotkaniu długo, o wiele dłużej niż byłby w stanie przyznać. Kuzynka zdawała mu się odległą postacią, a spotkanie na pogrzebie wymianą zwyczajowych pozdrowień i obietnic odnowienia kontaktu. A jednak. Coś było takiego w zachowaniu, w sposobie wypowiadania się, w sposobie formowania myśli tej młodej kobiety, co przykuło jego uwagę i pragnęło kurtuazję przekuć w czyn. <br />
<br />
Nie chciał też być sam.<br />
<br />
Tego powodu nie zamierzał nikomu wyjawiać, zwłaszcza swoim najbliższym - byłym i obecnym - którzy mogliby jakkolwiek zacząć naciskać go do wyciągnięcia ku Selwynowi ręki. Ich konflikt zdawał się niemożliwy do rozwiązania, zadra przypieczętowana spalonym Londynem ukonstytuowała się i dawała mu znać za każdym razem, gdy przez krótki moment, w sposób sztuczny i wymuszony próbowali być dla siebie mili.<br />
<br />
Nie. Myśl o tym pozostawił za drzwiami, rad, że zaproszenie młodej naukowczyni zostało przyjęte, a im przyjdzie rozmawiać w zaciszu jego littlehangletońskiego gabinetu. <br />
<br />
Tu bowiem, na pierwszym piętrze rezydencji w skrzydle zachodnim, znajdował się jego osobisty księgozbiór. Nie w londyńskim apartamencie, a w letniej tylko z nazwy rezydencji, wznosiły się regały pełne białych kruków, skarby literatury tak magicznej jak... mugolskiej. Wysokie sztuczne okna imitujące widoki Włoch wpuszczały miękkie światło popołudnia, w pomieszczeniu pachniało atramentem, pergaminem i świeżo parzoną herbatą. Na porcelanowym spodeczku zdobionym w niebieskie kwiaty, czekały na spragnionych słodkości kruche ciasteczka. Piasek w klepsydrze przesypywał się, gospodarz domu sam pilnował, aby napar był zaparzony odpowiednio.<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Jeśli cokolwiek wpadnie Ci w oko, jestem skłonny podzielić się słowami</span> – zauważył hojnie, nie chcąc nadto rozdrapywać rany, jednocześnie pragnąc dowiedzieć się o młodziutkiej osobie zdecydowanie więcej. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Ufam Twoim dłoniom i... domostwu w którym się zatrzymałaś. Odznacza się raczej szacunkiem do książek, czyż nie?</span> – zdawało mu się, że były to Prawa Czasu, co dodawało nieco pikanterii całej tej rozmowie, choć nie na tyle by paliło usta. Ledwie łagodne mrowienie na końcu podniebienia. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Jeśli masz ochotę, mogę poprosić Wergiliusza, żeby dostarczył nam wino</span> – zaproponował jeszcze, utylizując liście z imbryczków, gdy piasek wyznaczył czas. </div></div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[18.09.1972r.] To tylko robota papierkowa || Nicholas & Anthony]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5629</link>
			<pubDate>Sun, 18 Jan 2026 21:53:04 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=282">Nicholas Travers</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5629</guid>
			<description><![CDATA[<div class="divek"><div id="dataa" class="mycode_b">18 września 1972r.<br />
Aleja Horyzontalna / Little Hangleton <br />
<span style="font-size: small;" class="mycode_size">Mieszkanie i dom Nicholasa Traversa</span></div>
<br />
<p>Nicholas zasugerował spotkanie się z Anthonym na Alei Horyzontalnej, gdzie mieściło się jego mieszkanie w jednej z kamienic. Niestety, w obecnym stanie – nie zdatne do mieszkania. W liście nawet umieścił mu dokładniejszy adres, aby chłopak nie miał problemu z dotarciem do celu. Wieczór, był idealną porą, która pozwalała spotkać się po godzinach pracy i kiedy na ulicach, panował mniejszy ruch. Wiele osób wolało skryć się w swoich miejscach zamieszkania, w obawie o kolejny atak. I słusznie. </p>
<p>Odziany w całkowitą czerń. W płaszczu wierzchnim, wszedł do swojego mieszkania na Alei Horyzontalnej. Zakrył usta chustą, czując ten smród roznoszący się po całym wnętrzu. Nie sprawdzał, czy i sąsiedzi tego budynku, opuścili go z powodu klątwy. Zapalił kadzidła, które miał jeszcze od Mulcibera. Licząc na to, że zniwelują trochę zapach tutejszego miejsca. Okna pozostawały otwarte na oścież. Zacieki było wciąż widać na ścianach. Potrzebował kogoś, kto oceniłby możliwość pozbycia się ich. Klątwołamacza. A jedynego jakiego znał, to własna matka. </p>
<p>Drzwi do mieszkania pozostawił otwarte. Czekając cierpliwie na przybycie Borgina. Nie planował omawiać z nim tutaj swoich spraw i interesów. Plan, miał inny. Działał ostrożnie, mając na uwadze, że nawet listy przenoszone przez sowy, mogą wpaść w ręce kontroli lub osób, które nie powinny widzieć zawartości listów. Dlatego nikomu nie podawał swojego adresu zamieszkania w Little Hangleton. Ten, znały tylko dwie osoby, góra trzy osoby. Możliwe, że Anthony Borgin, zostanie kolejnym gościem w jego domu. </p>
<p>Stał przy oknie, gdyż chłodne powietrze było znośniejsze niż smród mieszkania. Czekał, obserwując okolicę. W ciemności, nie zapaliwszy żadnej świecy. <br />
</p>
<br />
<br />
<div style="text-align: right;" class="mycode_align"> <a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=304" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Anthony Ian Borgin</a> </div></div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div class="divek"><div id="dataa" class="mycode_b">18 września 1972r.<br />
Aleja Horyzontalna / Little Hangleton <br />
<span style="font-size: small;" class="mycode_size">Mieszkanie i dom Nicholasa Traversa</span></div>
<br />
<p>Nicholas zasugerował spotkanie się z Anthonym na Alei Horyzontalnej, gdzie mieściło się jego mieszkanie w jednej z kamienic. Niestety, w obecnym stanie – nie zdatne do mieszkania. W liście nawet umieścił mu dokładniejszy adres, aby chłopak nie miał problemu z dotarciem do celu. Wieczór, był idealną porą, która pozwalała spotkać się po godzinach pracy i kiedy na ulicach, panował mniejszy ruch. Wiele osób wolało skryć się w swoich miejscach zamieszkania, w obawie o kolejny atak. I słusznie. </p>
<p>Odziany w całkowitą czerń. W płaszczu wierzchnim, wszedł do swojego mieszkania na Alei Horyzontalnej. Zakrył usta chustą, czując ten smród roznoszący się po całym wnętrzu. Nie sprawdzał, czy i sąsiedzi tego budynku, opuścili go z powodu klątwy. Zapalił kadzidła, które miał jeszcze od Mulcibera. Licząc na to, że zniwelują trochę zapach tutejszego miejsca. Okna pozostawały otwarte na oścież. Zacieki było wciąż widać na ścianach. Potrzebował kogoś, kto oceniłby możliwość pozbycia się ich. Klątwołamacza. A jedynego jakiego znał, to własna matka. </p>
<p>Drzwi do mieszkania pozostawił otwarte. Czekając cierpliwie na przybycie Borgina. Nie planował omawiać z nim tutaj swoich spraw i interesów. Plan, miał inny. Działał ostrożnie, mając na uwadze, że nawet listy przenoszone przez sowy, mogą wpaść w ręce kontroli lub osób, które nie powinny widzieć zawartości listów. Dlatego nikomu nie podawał swojego adresu zamieszkania w Little Hangleton. Ten, znały tylko dwie osoby, góra trzy osoby. Możliwe, że Anthony Borgin, zostanie kolejnym gościem w jego domu. </p>
<p>Stał przy oknie, gdyż chłodne powietrze było znośniejsze niż smród mieszkania. Czekał, obserwując okolicę. W ciemności, nie zapaliwszy żadnej świecy. <br />
</p>
<br />
<br />
<div style="text-align: right;" class="mycode_align"> <a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=304" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Anthony Ian Borgin</a> </div></div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[14.09.1972] Get in the water]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5616</link>
			<pubDate>Fri, 16 Jan 2026 13:26:47 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=349">Alexander Mulciber</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5616</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">Leśne jeziorko pod Little Hangleton</div>
<br />
Nie wiedział, po co tutaj przyszedł. A może wiedział. Trudno było orzec. Może wiedział, ale wiedza ta nie była mu do niczego potrzebna. Ostatnio często pozwalał, aby kierował nim instynkt. Znaki na niebie i na ziemi. Pozwalał, aby nogi niosły go przed siebie, jak gdyby był zaprawionym radiestetą, poszukającym żyły wodnej. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">"Jeżeli błądzisz, spójrz, jak biegną żyły na twych rękach"</span>, powiedziała mu kiedyś matka. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">"W ich biegu skryta jest historia twojej wędrówki"</span>. Alexander próbował widzieć w nich "jutro", ale zwykle widział tylko "wczoraj". Widział siatkę blizn, widział przeklęty tatuaż, skryty pod zaklęciami. Czuł na sobie dotyk kobiet, które posiadł, wspomnienia życia, jakie do tej pory wiódł. Wiedział jednak, jak przejrzeć głębiej, jak sięgnąć pod skórę, wyłuskać przyszłość spod warstw przeszłości. Wytrenował swe oczy, aby śledziły wzór linii na powierzchni dłoni, nauczył palce chiromanckich praktyk, wszystko po to, aby móc dotknąć ścieżek wytyczonych przez los. Ale dzisiaj... Dzisiaj było "dzisiaj". <br />
<br />
A Alexander stanął na brzegu znalezionego w lesie jeziora. <br />
<br />
Przypominało mu o niewielkim stawie w zagajniku nieopodal rodzinnej posiadłości Mulciberów, gdzie lubił pływać jako dzieciak. Tamten zbiornik dawno już zarósł rzęsą, ale jeziorko, przed którym stał teraz, śmiało rozpościerało przed nim swe podwoje. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Wejdź do wody</span>, zapraszało wdzięcznie szumem trzcin targanych wiatrem. Bzyczeniem uskrzydlonych ważek, krążących tuż nad powierzchnią. Być może usłyszał jego ciche szemranie, gdy spacerował po Little Hangleton bez celu, próbując uporządkować myśli. <br />
<br />
Wpatrzony w taflę wody, obracał tkwiące na palcach pierścienie pokryte znakami ochronnymi. Miał ich tak wiele, ale nie znaczyły nic. Nie były nawet zaklęte. Nigdy go przed niczym nie obroniły. Nawet przed samym sobą. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Bo nie powinien nigdy wpuszczać Voldemorta do swojej głowy</span>, pomyślał, <span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">zrzucając z palca kolejny pierścień, który osiadł na miękkim piasku przy brzegu</span>. Sam udzielił mu przyzwolenia, pozwolił dotknąć swego umysłu, zabrać wspomnienie. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Sam pozwolił mu na wszystko.</span> Pozwoliłby na to choćby i teraz, i to bez słowa sprzeciwu. Wolał uprzedzić rozkaz niż służyć pod przymusem. W ten sposób mógł żyć przynajmniej w iluzji własnej sprawczości. Iluzji, że dokonał wyboru, że zrobił wszystko na własnych warunkach... A jednak nie mógł pogodzić się z tym, co nastąpiło. Nie umiał wyjaśnić swych uczuć. Nie sądził, aby dało się je wyjaśnić. Patrząc na stwory z cienia na ścianach chaty Helloise, poczuł podobną grozę jak wtedy, gdy Voldemort dotknął jego umysłu. Grozę nienazwaną, niewyjaśnioną, przenikającą człowieka do głębi. <br />
<br />
Alexander Mulciber był złym człowiekiem, ale nigdy nie dotknął zła w postaci tak doskonale skondensowanej. Zło pachniało destylatem heroiny. Pachniało klejem, który wdychał narkoman mijany na dworcu w Berlinie. Zło było kuszące, było prawdziwe, a przede wszystkim, było na wyciągnięcie ręki. Chciał, żeby krążyło w jego żyłach. Pożądał go. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Bał się go.</span> Jakże spaczonym czarną magią musiał być Voldemort, że sam jego dotyk zdawał się palić skórę. Alexander nawykł do obcowania z destrukcją, ale destruktywność Voldemorta nie pozostawiała miejsca na narrację, była absolutem. Alexander czuł się zbrukany przez absolut. A przecież wszystko szło tak dobrze. Do tej pory był strażnikiem narracji, wszystko musiał mieć więc pod kontrolą. Po Spalonej Nocy wolał skupiać się na rzeczach, nad którymi kontroli nie miał. Pozwalał, by się wydarzały, patrząc na nie z dystansu. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Tak być musi</span>, powtarzał sobie, obojętny. <span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">Kolejne pierścienie spadały z jego palców, po to tylko, żeby utkwić w jeziornym mule.</span> Stracił tamtej nocy tak wiele, ale patrząc na otaczające go zgliszcza, nie był w stanie wykrzesać z siebie niczego ponad obojętność. Wziął ze sobą do <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Mulciber Manor</span> tylko kilka ocalałych z pożaru książek. Nie miał czasu, żeby opłakiwać pozostałości po życiu, które już dawno było minionym. Porozmawiał z Ambrosią, porozmawiał z nią wprost, zamiast ulegać sentymentom, jakie wobec niej żywił. Uważał, że było to łaskawszym niż pozwalanie jej na życie złudzeniami. Nazywała go okrutnym, ale być może potrzebował być okrutnym. Okrucieństwo bardzo często oznaczało gotowość do zrobienia tego, co zrobić należało. <br />
Zatem Alexander skupił się na tym, co należało zrobić. <br />
Poprosił Voldemorta, aby darował błędy popełnione przez jego rodzinę. Rozmawiał z babką. Pomógł jej, żeby ona mogła pomóc jemu. Zadbał o to, żeby Lorien wróciła wreszcie do domu. Zamówił dla niej portret, próbując po latach naprawić to, czego naprawić się nie dało. Próbował mimo wszystko. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">"Już nie uciekam"</span>, obiecał. <span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">Alexander postąpił krok do przodu, przyglądając się, jak woda jeziora obmywa czubki jego butów.</span> Jeżeli Lorien się zgodzi, stanie na portrecie obok niej, bo komu miał oddać część siebie, jeżeli nie jej. Chociaż spędzał w pracy dużo czasu, dzięki niej chciało mu się przecież wracać do domu, który znowu mógł nazywać domem. Dzięki niej żył. I on, i <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Mulciber Manor</span>. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Mulciber Manor</span> nie było tak żywym od czasu śmierci ojca. Alexander też czuł się żywym, ponieważ mógł działać. Jeszcze przed paroma miesiącami rzuciłby to wszystko, pogrążając się we własnym egoizmie. Zawsze lubił uciekać od odpowiedzialności, jakie próbowano złożyć na jego barkach. Oczekiwania były przecież ciężarem, a obojętność... Obojętność była wygodna. Ale nagle wszystko zależało od niego. Podejmował kolejne decyzje, a każda z nich obarczona była konsekwencjami. Było tak wiele rzeczy, które musiał zrobić. Tak wielu ludzi, którzy wciąż na nim polegali. Stanley. Scarlett. Selina...<br />
<br />
Jakże dziwnym był ten stan. Czuł się przecież tak pustym w środku, a jednak zależało mu na tak wielu rzeczach. Nie było w nim pasji, było tylko powolne dążenie do tego, żeby wyprostować ścieżki, po których prowadził go los. Nie spodziewał się, że zaangażuje się w duchowe poszukiwania Helloise. Nie umiał jej odmówić, ale i nie chciał jej odmawiać. Nie chciał odmawiać Scarlett, która stroiła rano swe skrzypce w salonie. Wszystko było dokładnie tak jak należy. Wszystko było... <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Spokojnym.</span> <span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">Nie zauważył nawet, że krocząc w stronę jeziora, zamoczył nogawki spodni. Woda sięgała mu już do kolan.</span> Mimo że działał na najwyższych obrotach, wszystko było spokojnym odkąd dostał widzenie tego, przed czym drżało tak wielu. W Rumunii otrzymał wizję tego, jak umrze. Przyszła do niego we śnie, budząc go tak łagodnie, jak gdyby składała pocałunek na jego czole. Nie do tego był przyzwyczajony. Wiele pracy kosztowało bowiem jasnowidza opanowanie daru widzenia. Zachowanie kontroli, gdy wizje rzucały na kolana, wykręcały ciałem w konwulsji, odbierały przytomność. Nie spodziewał się, że śmierć może być tak delikatną. Tak czułą. <br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Wejdź do wody.</span><br />
<br />
Śmierć miała nadejść z wodą. Pamiętał wodę, która powoli zalewała jego płuca w wizji zesłanej mu przez Windermere. Pamiętał, jak krztusił się, próbując wypłynąć na powierzchnię jeziora. Walczył wtedy nie o oddech, lecz o władzę nad własnym ciałem. Nie chciał bowiem oddychać. Chciał w spokoju opaść na dno, poddając się potędze żywiołu. W swojej wizji tonął w zabarwionej krwią wodzie. Gdy się ocknął, zaczął kasłać krwią. Zwrócił wtedy wzrok w stronę jeziora. Pragnął zanurzyć się w jego toni, jak każdy prorok żądny stać się świadkiem wypełnienia zesłanej mu wizji. W końcu przeciwstawił się pokusie, razem z innymi podążywszy zamiast tego w głąb lasu... A jednak całą drogę oglądał się przez ramię, jak gdyby nie mógł odżałować, że nie pożegnał się z jeziorną tonią. <br />
<br />
Wyjeżdżając w czerwcu do Francji, też się nie pożegnał, ale nawet wtedy nie czuł się tak zbrukanym jak czuł się teraz. Szykując się do wyjazdu do Francji, nie wiedział, czy wróci. Oszukiwał się, że wyjeżdża szukać spokoju pośród bezdroży, ale wyjechał tam gnany desperacją, planując samobójstwo. <span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">Zanurzył się aż po pas, i zanurzał się dalej, nie pomyślawszy o tym, żeby zdjąć ubranie. Woda podchodziła coraz wyżej, ale wciąż kroczył przed siebie.</span><br />
<br />
Teraz nie pchała go desperacja. Nie pchała go nawet ciekawość. Po raz pierwszy w życiu Alexander Mulciber nie miał żadnego planu. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Oddychał.</span> Wreszcie oddychał pełną piersią, chociaż od czasu Spalonej Nocy wciąż czuł się tak, jak gdyby wstrzymywał oddech. Czuł się zbrukanym, tak, ale czuł się też spokojnym. <br />
<br />
Wpatrując się w stojącą wodę, nie myślał o tym, co było, ani o tym, co będzie. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Nie ma przyszłości</span>, pomyślał tylko, zanim pozwolił strumieniowi świadomości swobodnie płynąć. W nicość rozpłynęły się przecież jego wizje, jak miraże na wzruszonej drżącą ręką tafli jeziora, gdy dotknął jego powierzchni. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Nie ma przeszłości.</span> Zniekształcone odbicie twarzy Alexandra zafalowało na wodzie, nie poznał jednak człowieka w lustrzanej toni. Odmęty jeziora pochłonęły go, zanim jeszcze zdążył mu się przyjrzeć. Był tutaj tylko na chwilę. Bo tym była przecież teraźniejszość. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Chwilą.</span> Nie porywistą falą, która rozbija się o brzeg bałwanem piany, lecz zmarszczką zaledwie na powierzchni bezmiaru jeziora.<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Wejdź do wody.</span><br />
<br />
Namokłe ubranie ciągnęło go głębiej i głębiej. Nie bał się. Nie miał czego się bać. Alexander pozwolił sobie opaść, zanurzyć się w tej ciemnej, spokojnej toni, która nie obiecywała niczego poza spokojem. <span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">Zamknął oczy.</span> Spokój był wszystkim, czego teraz potrzebował.<br />
<br />
Wszedł do wody.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">Leśne jeziorko pod Little Hangleton</div>
<br />
Nie wiedział, po co tutaj przyszedł. A może wiedział. Trudno było orzec. Może wiedział, ale wiedza ta nie była mu do niczego potrzebna. Ostatnio często pozwalał, aby kierował nim instynkt. Znaki na niebie i na ziemi. Pozwalał, aby nogi niosły go przed siebie, jak gdyby był zaprawionym radiestetą, poszukającym żyły wodnej. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">"Jeżeli błądzisz, spójrz, jak biegną żyły na twych rękach"</span>, powiedziała mu kiedyś matka. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">"W ich biegu skryta jest historia twojej wędrówki"</span>. Alexander próbował widzieć w nich "jutro", ale zwykle widział tylko "wczoraj". Widział siatkę blizn, widział przeklęty tatuaż, skryty pod zaklęciami. Czuł na sobie dotyk kobiet, które posiadł, wspomnienia życia, jakie do tej pory wiódł. Wiedział jednak, jak przejrzeć głębiej, jak sięgnąć pod skórę, wyłuskać przyszłość spod warstw przeszłości. Wytrenował swe oczy, aby śledziły wzór linii na powierzchni dłoni, nauczył palce chiromanckich praktyk, wszystko po to, aby móc dotknąć ścieżek wytyczonych przez los. Ale dzisiaj... Dzisiaj było "dzisiaj". <br />
<br />
A Alexander stanął na brzegu znalezionego w lesie jeziora. <br />
<br />
Przypominało mu o niewielkim stawie w zagajniku nieopodal rodzinnej posiadłości Mulciberów, gdzie lubił pływać jako dzieciak. Tamten zbiornik dawno już zarósł rzęsą, ale jeziorko, przed którym stał teraz, śmiało rozpościerało przed nim swe podwoje. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Wejdź do wody</span>, zapraszało wdzięcznie szumem trzcin targanych wiatrem. Bzyczeniem uskrzydlonych ważek, krążących tuż nad powierzchnią. Być może usłyszał jego ciche szemranie, gdy spacerował po Little Hangleton bez celu, próbując uporządkować myśli. <br />
<br />
Wpatrzony w taflę wody, obracał tkwiące na palcach pierścienie pokryte znakami ochronnymi. Miał ich tak wiele, ale nie znaczyły nic. Nie były nawet zaklęte. Nigdy go przed niczym nie obroniły. Nawet przed samym sobą. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Bo nie powinien nigdy wpuszczać Voldemorta do swojej głowy</span>, pomyślał, <span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">zrzucając z palca kolejny pierścień, który osiadł na miękkim piasku przy brzegu</span>. Sam udzielił mu przyzwolenia, pozwolił dotknąć swego umysłu, zabrać wspomnienie. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Sam pozwolił mu na wszystko.</span> Pozwoliłby na to choćby i teraz, i to bez słowa sprzeciwu. Wolał uprzedzić rozkaz niż służyć pod przymusem. W ten sposób mógł żyć przynajmniej w iluzji własnej sprawczości. Iluzji, że dokonał wyboru, że zrobił wszystko na własnych warunkach... A jednak nie mógł pogodzić się z tym, co nastąpiło. Nie umiał wyjaśnić swych uczuć. Nie sądził, aby dało się je wyjaśnić. Patrząc na stwory z cienia na ścianach chaty Helloise, poczuł podobną grozę jak wtedy, gdy Voldemort dotknął jego umysłu. Grozę nienazwaną, niewyjaśnioną, przenikającą człowieka do głębi. <br />
<br />
Alexander Mulciber był złym człowiekiem, ale nigdy nie dotknął zła w postaci tak doskonale skondensowanej. Zło pachniało destylatem heroiny. Pachniało klejem, który wdychał narkoman mijany na dworcu w Berlinie. Zło było kuszące, było prawdziwe, a przede wszystkim, było na wyciągnięcie ręki. Chciał, żeby krążyło w jego żyłach. Pożądał go. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Bał się go.</span> Jakże spaczonym czarną magią musiał być Voldemort, że sam jego dotyk zdawał się palić skórę. Alexander nawykł do obcowania z destrukcją, ale destruktywność Voldemorta nie pozostawiała miejsca na narrację, była absolutem. Alexander czuł się zbrukany przez absolut. A przecież wszystko szło tak dobrze. Do tej pory był strażnikiem narracji, wszystko musiał mieć więc pod kontrolą. Po Spalonej Nocy wolał skupiać się na rzeczach, nad którymi kontroli nie miał. Pozwalał, by się wydarzały, patrząc na nie z dystansu. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Tak być musi</span>, powtarzał sobie, obojętny. <span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">Kolejne pierścienie spadały z jego palców, po to tylko, żeby utkwić w jeziornym mule.</span> Stracił tamtej nocy tak wiele, ale patrząc na otaczające go zgliszcza, nie był w stanie wykrzesać z siebie niczego ponad obojętność. Wziął ze sobą do <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Mulciber Manor</span> tylko kilka ocalałych z pożaru książek. Nie miał czasu, żeby opłakiwać pozostałości po życiu, które już dawno było minionym. Porozmawiał z Ambrosią, porozmawiał z nią wprost, zamiast ulegać sentymentom, jakie wobec niej żywił. Uważał, że było to łaskawszym niż pozwalanie jej na życie złudzeniami. Nazywała go okrutnym, ale być może potrzebował być okrutnym. Okrucieństwo bardzo często oznaczało gotowość do zrobienia tego, co zrobić należało. <br />
Zatem Alexander skupił się na tym, co należało zrobić. <br />
Poprosił Voldemorta, aby darował błędy popełnione przez jego rodzinę. Rozmawiał z babką. Pomógł jej, żeby ona mogła pomóc jemu. Zadbał o to, żeby Lorien wróciła wreszcie do domu. Zamówił dla niej portret, próbując po latach naprawić to, czego naprawić się nie dało. Próbował mimo wszystko. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">"Już nie uciekam"</span>, obiecał. <span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">Alexander postąpił krok do przodu, przyglądając się, jak woda jeziora obmywa czubki jego butów.</span> Jeżeli Lorien się zgodzi, stanie na portrecie obok niej, bo komu miał oddać część siebie, jeżeli nie jej. Chociaż spędzał w pracy dużo czasu, dzięki niej chciało mu się przecież wracać do domu, który znowu mógł nazywać domem. Dzięki niej żył. I on, i <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Mulciber Manor</span>. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Mulciber Manor</span> nie było tak żywym od czasu śmierci ojca. Alexander też czuł się żywym, ponieważ mógł działać. Jeszcze przed paroma miesiącami rzuciłby to wszystko, pogrążając się we własnym egoizmie. Zawsze lubił uciekać od odpowiedzialności, jakie próbowano złożyć na jego barkach. Oczekiwania były przecież ciężarem, a obojętność... Obojętność była wygodna. Ale nagle wszystko zależało od niego. Podejmował kolejne decyzje, a każda z nich obarczona była konsekwencjami. Było tak wiele rzeczy, które musiał zrobić. Tak wielu ludzi, którzy wciąż na nim polegali. Stanley. Scarlett. Selina...<br />
<br />
Jakże dziwnym był ten stan. Czuł się przecież tak pustym w środku, a jednak zależało mu na tak wielu rzeczach. Nie było w nim pasji, było tylko powolne dążenie do tego, żeby wyprostować ścieżki, po których prowadził go los. Nie spodziewał się, że zaangażuje się w duchowe poszukiwania Helloise. Nie umiał jej odmówić, ale i nie chciał jej odmawiać. Nie chciał odmawiać Scarlett, która stroiła rano swe skrzypce w salonie. Wszystko było dokładnie tak jak należy. Wszystko było... <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Spokojnym.</span> <span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">Nie zauważył nawet, że krocząc w stronę jeziora, zamoczył nogawki spodni. Woda sięgała mu już do kolan.</span> Mimo że działał na najwyższych obrotach, wszystko było spokojnym odkąd dostał widzenie tego, przed czym drżało tak wielu. W Rumunii otrzymał wizję tego, jak umrze. Przyszła do niego we śnie, budząc go tak łagodnie, jak gdyby składała pocałunek na jego czole. Nie do tego był przyzwyczajony. Wiele pracy kosztowało bowiem jasnowidza opanowanie daru widzenia. Zachowanie kontroli, gdy wizje rzucały na kolana, wykręcały ciałem w konwulsji, odbierały przytomność. Nie spodziewał się, że śmierć może być tak delikatną. Tak czułą. <br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Wejdź do wody.</span><br />
<br />
Śmierć miała nadejść z wodą. Pamiętał wodę, która powoli zalewała jego płuca w wizji zesłanej mu przez Windermere. Pamiętał, jak krztusił się, próbując wypłynąć na powierzchnię jeziora. Walczył wtedy nie o oddech, lecz o władzę nad własnym ciałem. Nie chciał bowiem oddychać. Chciał w spokoju opaść na dno, poddając się potędze żywiołu. W swojej wizji tonął w zabarwionej krwią wodzie. Gdy się ocknął, zaczął kasłać krwią. Zwrócił wtedy wzrok w stronę jeziora. Pragnął zanurzyć się w jego toni, jak każdy prorok żądny stać się świadkiem wypełnienia zesłanej mu wizji. W końcu przeciwstawił się pokusie, razem z innymi podążywszy zamiast tego w głąb lasu... A jednak całą drogę oglądał się przez ramię, jak gdyby nie mógł odżałować, że nie pożegnał się z jeziorną tonią. <br />
<br />
Wyjeżdżając w czerwcu do Francji, też się nie pożegnał, ale nawet wtedy nie czuł się tak zbrukanym jak czuł się teraz. Szykując się do wyjazdu do Francji, nie wiedział, czy wróci. Oszukiwał się, że wyjeżdża szukać spokoju pośród bezdroży, ale wyjechał tam gnany desperacją, planując samobójstwo. <span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">Zanurzył się aż po pas, i zanurzał się dalej, nie pomyślawszy o tym, żeby zdjąć ubranie. Woda podchodziła coraz wyżej, ale wciąż kroczył przed siebie.</span><br />
<br />
Teraz nie pchała go desperacja. Nie pchała go nawet ciekawość. Po raz pierwszy w życiu Alexander Mulciber nie miał żadnego planu. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Oddychał.</span> Wreszcie oddychał pełną piersią, chociaż od czasu Spalonej Nocy wciąż czuł się tak, jak gdyby wstrzymywał oddech. Czuł się zbrukanym, tak, ale czuł się też spokojnym. <br />
<br />
Wpatrując się w stojącą wodę, nie myślał o tym, co było, ani o tym, co będzie. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Nie ma przyszłości</span>, pomyślał tylko, zanim pozwolił strumieniowi świadomości swobodnie płynąć. W nicość rozpłynęły się przecież jego wizje, jak miraże na wzruszonej drżącą ręką tafli jeziora, gdy dotknął jego powierzchni. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Nie ma przeszłości.</span> Zniekształcone odbicie twarzy Alexandra zafalowało na wodzie, nie poznał jednak człowieka w lustrzanej toni. Odmęty jeziora pochłonęły go, zanim jeszcze zdążył mu się przyjrzeć. Był tutaj tylko na chwilę. Bo tym była przecież teraźniejszość. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Chwilą.</span> Nie porywistą falą, która rozbija się o brzeg bałwanem piany, lecz zmarszczką zaledwie na powierzchni bezmiaru jeziora.<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Wejdź do wody.</span><br />
<br />
Namokłe ubranie ciągnęło go głębiej i głębiej. Nie bał się. Nie miał czego się bać. Alexander pozwolił sobie opaść, zanurzyć się w tej ciemnej, spokojnej toni, która nie obiecywała niczego poza spokojem. <span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">Zamknął oczy.</span> Spokój był wszystkim, czego teraz potrzebował.<br />
<br />
Wszedł do wody.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[29.09.1972] Fists speak louder than words [Alex&Atreus]]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5598</link>
			<pubDate>Mon, 12 Jan 2026 16:51:31 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=617">Alexander Aristov</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5598</guid>
			<description><![CDATA[To nie tak, że Alexandrowi przeszkadzało to, że ktoś tam robił sobie remoncik, czy coś. Ale przeszkadzało. To znaczy, gdyby jeszcze to był zwyczajny cichy remont. No i gdyby jego narzeczona była zwyczajną i normalną osobą. Ostatnie kilka dni Alexander chodził mocno poirytowany. Od wizyty jego nowego sąsiada minęło już trochę czasu, Morpheus od tamtej pory nie odzywał się, nie wiedział, czy zrobili na nim tak dobry, czy aż tak złe wrażenie. A może tamten po prostu miał ich w dupie. Alex by miał. Jednak teraz Yelena, kazała mu iść i grzecznie poprosić innego somsiada, o troszeczkę cichsze prace w swoim domowym zaciszu. I oczywiście, że upomniała go, że ma być grzeczny i wyrozumiały.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> -Ja zawsze jestem grzeczny i spokojny. Oaza pierdolonego spokoju. -</span> warknął wychodząc z domu, trzaskając przy okazji drzwiami. To przynajmniej trochę rozładowało jego napięcie. Wiedział jednak, że jak tylko wrócimy do domu, to dostanie od Leny wpierdol za trzaskanie drzwiami. Zupełnie jak od matki, gdy miał kilka lat i nie dostał swojego ulubionego cukierka... Cukierka. Szedł więc powoli do domu znajdującego się nieopodal, na rozdrożu. Zupełnie jakkby Alexander miał za chwilę podpisać pakt z samym diabłem. I możliwe, że tak właśnie było. Możliwe, że właśnie przypieczętował swój własny los, gdy w miarę jak zbliżał się do owego domu, rosła jego frustracja. Zacisnął pięści, samemu nie wiedząc co sprawiało, że jest tak... wkurwiony. Czy to Lena, czy rzeczywiście tak przeszkadzał mu ten remont sąsiada? Czy szukał może chwili, aby wyrwać się z domu, aby zniknąć gdzieś za rogiem i odpocząć od tego wszystkiego? Czuł się mocno przytłoczony tym wszystkim, tymi zaręczynami, tym co działo się w jego życiu, jego pracą. Nawet alkohol nie dawał mu ukojenia, nawet hazard nie poprawiał nastroju. I choć jego życie kręciło się tylko wokół jednego, wokół Leny, to nie mógł już na nią patrzeć. Nie mógł już czuć jej nienawiści, tego cichego oceniania go. Nie mógł już na nią patrzeć. Potrzebował spokoju, potrzebował rozluźnienia. Potrzebował się na kimś wyżyć. I może, tylko może, wziął sobie na cel tego oto sąsiada. <br />
Znalazł się przed domem dosyć szybko, secesyjny styl piętrowego budynku robił całkiem niezłe wrażenie, choć widać, że dom wymagał jeszcze nieco pracy. Jednak Alexander nie przyszedł tutaj podziwiać style architektoniczne. Nie przyszedł, aby zachwycać się kolumnami, oknami, czy ręcznie wykonanymi drzwiami. Przyszedł tutaj grzecznie poprosić o trochę cichsze prace, zwłaszcza wcześnie rano. I może było to trochę hipokryzja z jego strony, bo w końcu ani on ani Yelena nie dbali wcześniej o to, czy ktoś ich usłyszał, czy też nie. Jednak po wizycie Anthonego i Marpheusa trochę się jednak uspokoili. Oczywiście w podnoszeniu głosu, bo w pościeli nadal jednak było piekło. Po salonie nadal latały przedmioty. <br />
Aristov uniósł dłoń, aby zapukać, ale zawahał się na moment Głupia myśl przebiegła mu przez myśl? W zasadzie dlaczego podnosimy dłoń, aby zapukać? Czemu nie pukamy z opuszczoną ręką? Zacisnął więc pięść i opuścił dłoń. Sprawdził, czy czasem nie ma nikogo w pobliżu i właśnie w ten sposób zapukał do drzwi, z opuszczoną ręką, czując się cudacznie. Musiał tak robić częściej. Było to dziwne doświadczenie. Zaraz jednak zapukał kolejny raz, a potem jeszcze raz, jakby mu się śpieszyło. Oczywiście, że nie śpieszyło, ale irytacja wprost z niego emanowała.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[To nie tak, że Alexandrowi przeszkadzało to, że ktoś tam robił sobie remoncik, czy coś. Ale przeszkadzało. To znaczy, gdyby jeszcze to był zwyczajny cichy remont. No i gdyby jego narzeczona była zwyczajną i normalną osobą. Ostatnie kilka dni Alexander chodził mocno poirytowany. Od wizyty jego nowego sąsiada minęło już trochę czasu, Morpheus od tamtej pory nie odzywał się, nie wiedział, czy zrobili na nim tak dobry, czy aż tak złe wrażenie. A może tamten po prostu miał ich w dupie. Alex by miał. Jednak teraz Yelena, kazała mu iść i grzecznie poprosić innego somsiada, o troszeczkę cichsze prace w swoim domowym zaciszu. I oczywiście, że upomniała go, że ma być grzeczny i wyrozumiały.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> -Ja zawsze jestem grzeczny i spokojny. Oaza pierdolonego spokoju. -</span> warknął wychodząc z domu, trzaskając przy okazji drzwiami. To przynajmniej trochę rozładowało jego napięcie. Wiedział jednak, że jak tylko wrócimy do domu, to dostanie od Leny wpierdol za trzaskanie drzwiami. Zupełnie jak od matki, gdy miał kilka lat i nie dostał swojego ulubionego cukierka... Cukierka. Szedł więc powoli do domu znajdującego się nieopodal, na rozdrożu. Zupełnie jakkby Alexander miał za chwilę podpisać pakt z samym diabłem. I możliwe, że tak właśnie było. Możliwe, że właśnie przypieczętował swój własny los, gdy w miarę jak zbliżał się do owego domu, rosła jego frustracja. Zacisnął pięści, samemu nie wiedząc co sprawiało, że jest tak... wkurwiony. Czy to Lena, czy rzeczywiście tak przeszkadzał mu ten remont sąsiada? Czy szukał może chwili, aby wyrwać się z domu, aby zniknąć gdzieś za rogiem i odpocząć od tego wszystkiego? Czuł się mocno przytłoczony tym wszystkim, tymi zaręczynami, tym co działo się w jego życiu, jego pracą. Nawet alkohol nie dawał mu ukojenia, nawet hazard nie poprawiał nastroju. I choć jego życie kręciło się tylko wokół jednego, wokół Leny, to nie mógł już na nią patrzeć. Nie mógł już czuć jej nienawiści, tego cichego oceniania go. Nie mógł już na nią patrzeć. Potrzebował spokoju, potrzebował rozluźnienia. Potrzebował się na kimś wyżyć. I może, tylko może, wziął sobie na cel tego oto sąsiada. <br />
Znalazł się przed domem dosyć szybko, secesyjny styl piętrowego budynku robił całkiem niezłe wrażenie, choć widać, że dom wymagał jeszcze nieco pracy. Jednak Alexander nie przyszedł tutaj podziwiać style architektoniczne. Nie przyszedł, aby zachwycać się kolumnami, oknami, czy ręcznie wykonanymi drzwiami. Przyszedł tutaj grzecznie poprosić o trochę cichsze prace, zwłaszcza wcześnie rano. I może było to trochę hipokryzja z jego strony, bo w końcu ani on ani Yelena nie dbali wcześniej o to, czy ktoś ich usłyszał, czy też nie. Jednak po wizycie Anthonego i Marpheusa trochę się jednak uspokoili. Oczywiście w podnoszeniu głosu, bo w pościeli nadal jednak było piekło. Po salonie nadal latały przedmioty. <br />
Aristov uniósł dłoń, aby zapukać, ale zawahał się na moment Głupia myśl przebiegła mu przez myśl? W zasadzie dlaczego podnosimy dłoń, aby zapukać? Czemu nie pukamy z opuszczoną ręką? Zacisnął więc pięść i opuścił dłoń. Sprawdził, czy czasem nie ma nikogo w pobliżu i właśnie w ten sposób zapukał do drzwi, z opuszczoną ręką, czując się cudacznie. Musiał tak robić częściej. Było to dziwne doświadczenie. Zaraz jednak zapukał kolejny raz, a potem jeszcze raz, jakby mu się śpieszyło. Oczywiście, że nie śpieszyło, ale irytacja wprost z niego emanowała.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[Jesień, 22.09.1972]  Koniec Lata]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5592</link>
			<pubDate>Sat, 10 Jan 2026 13:45:27 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=621">Deirdre Malfoy</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5592</guid>
			<description><![CDATA[<p>Sabrina Malfoy leżała na kanapie swojego wujka, równie elegancko ubrana, co reszta rodziny i bawiła się sznurem pereł, żuła gumę, czytając <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Czarownicę.</span> Rano pokłóciła się ze swoją matką, tupnęła nogą i wyszła, trzaskając drzwiami, nie przemyślała jednak, że większość jej znajomych Mabon spędza w gronie rodzinnym.</p>
<p>— <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">DeeDee, chodź tutaj!</span> — zawołała starszą kuzynkę, gdy ta pojawiła się w korytarzu prowadzącym do bawialni. Deirdre zdejmowała właśnie wierzchnią część magicznej szaty, odpinając złote zapinki i kontemplując ich kolor przy swojej skórze. Miała wrażenie, że srebro lub platyna bardziej pasowałyby do jej skóry, ale może w następnym życiu, bo jej matka zasadniczo zabraniała jej innego metalu, niż złoto. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">A co jeżeli ktoś pomyśli, że jesteśmy biedni?</span></p>
<p> Wygładziła pomarańczową spódnice, obróciła przekręcony pierścionek i wymieniła buty na domowe pantofelki z filcu. </p>
<p>— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nie wiedziałam, że spędzasz z nami święta</span> — stwierdziła, siadając na fotelu na przeciw kuzynki. Sięgnęła do kryształowej misy, w której leżały różnorakie cukierki i wyciągnęła jednego. Jej palce zacisnęły się na brzegach kokardek, a folijka rozwinęła się z szelestem, odsłaniając śliwkową pralinę. </p>
<p>— <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Ja też nie, szybka zmiana planów. Wujek nie narzekał. </span></p>
<p>— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Ojciec nigdy nie narzeka.</span></p>
<p>— <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Fakt. Ej, słuchaj... Jakie są Twoje poglądy na kwestie rodzimości i tradycji?<br />
A. Najlepsze owoce wydaje nasza brytyjska ziemia! B. Nutka cudzoziemca odświeża krew. C. Niech będzie tutejszy, ale i zna nieco świata. A może De? Aby stworzyć silny front musimy szukać wśród tych sobie najbliższych. Właściwym wyborem jest kuzyn z linii wyważenie zbliżonej. Deee. Jak Deirdreeee.</span></p>
<p>Deirde zmarszczyła brwi, przełykając słodycz, zasłaniając przy tym dłonią usta.</p>
<p>— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Odpowiedź A. Co to w ogóle za pytania?</span></p>
<p>Sabrina odgięła okładkę periodyku i pokazała Deirdre tytuł testu: <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Z którego Czystokrwistego Rodu będzie pochodził Twój mąż? </span>Magimedyczka wywróciła oczami.</p>
<p>Co za bzdura. </p>
<p> Widząc jej reakcję, Sabrina zrobiła minę zbitego szczeniaczka.</p>
<p>— <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">No proszęęę, mi wyszedł Dolohov, bylibyśmy jeszcze bliżej spokrewnione, ale nie wiem, czy widziałam na jakimś balu jakiegoś fajnego Dolohova.</span></p>
<p>— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Może zostaniesz siódmą żoną...</span></p>
<p>— <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Przyznaj się, masz pietra, że ci jakiś Longbottom wyjedzie</span> — wtrąciła się jej, nie dając dokończyć myśli. Zakreśliła piórem odpowiedź na pierwsze pytanie kuzynki i zadała kolejne. — <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Jaki jest Twój ulubiony kolor? Granat, srebro, heban, zieleń, szkarłat, umbra czy purpura?</span></p>
<p>— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Eeemmm... Nie wiem?</span></p>
<p>— <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Często nosisz ubrania z czerwonym, to zaznaczę szkarłatny, co dalej...Który z tych przedmiotów szkolnych lubisz najbardziej? A to wiadomo, Opieka nad Magicznymi Zwierzętami, pół tego testu mogę zrobić za ciebie. </span></p>
<p>Imię magimedyczki, wykrzyczane z głębi domu przez Ivankę Dolohov-Malfoy sprawiło, że młoda kobieta natychmiast się wyprostowała, a później wstała z miejsca. Nawet jej było przykro, że nie mogła dokończyć testu. Chciała znać odpowiedź, nóż będzie profetyczna, nigdy nie wiadomo. Zamiast tego jednak przeszła korytarzem, minęła jednak bibliotekę i jadalnię i nigdzie nie zauważyła matki. Wtedy ponownie nastąpiło wołanie, dochodzące z... Kuchni? Deirdre nie była pewna czy widziała kiedykolwiek matkę w kuchni. Śniadania nie jadała, a resztę posiłków spożywała w jadalni lub w bawialni, gdy przychodzili goście na popołudniową herbatkę. Uchyliła drzwi i dojrzała jeszcze bardziej zadziwiający widok. Jej matka miała na sobie fartuch kuchenny, a dookoła niej latały zaklęte sprzęty. Czy jej matka... Gotowała? Wtedy też starsza kobieta podała jej drugi fartuch z bardzo niezadowoloną miną.</p>
<p>— <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Musisz zrobić placki, bo nie zdążę nakryć stołu</span> — wyjaśniła, pokazując córce przygotowane składniki i lewitującą książkę kucharską, otwartą na tradycyjnych potrawach na Mabon. </p>
<p>— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Dlaczego nie robi tego Traszka?</span> — zapytała, niewprawnie zakładając ubranie ochronne na odświętne. Miała na myśli ich rodzinną Skrzatkę, która zajmowała się gotowaniem, sprzątaniem domu i ogrodem. </p>
<p>— <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Szzz... Nie tak głośno, żeby Sabrina nie słyszała. Ojciec sprzedał Traszkę po swojej ostatniej... Inwestycji. </span></p>
<p> Deirdre parzyła na matkę, jakby ta jej oznajmiła, że przenieśli się w czasie do starożytnej Galicji, a ona zamierza wziąć drugi ślub z mugolakiem. To co mówiła, było absolutnie niedorzeczne. </p>
<p>Matka poklepała córkę lekko po policzku, aby otrząsnąć ją z zaskoczenia. Nie chodziło o to, że Traszka miała jakieś większe miejsce w sercu kobiety, traktowała ją jako narzędzie, które mówi, lecz o symbol. Skrzaty domowe były symbolem statusu, który właśnie jej rodzina straciła. Zacisnęła zęby i za mocno zacisnęła tasiemkę w pasie, czując ból w okolicy pępka. </p>
<p>— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Biorę się do pracy</span> — oznajmiła sucho, z marsem na twarzy i zaczęła czytać przepis. Nie różniło się to w niczym od tworzenia eliksirów. Należało przeanalizować przepis, w całości, a później śledzić instrukcję. Co mogło pójść nie tak?</p>
<p> Odmierzała mąkę, roztarła kawałki pieczonej dyni na miazgę, rozbiła jajko, dodała proszku do pieczenia, wymieszała wszystko za pomocą zaklęcia i przygotowała żeliwną patelnie. Smażenie, najtrudniejsze. </p>
<br />
<span style="font-size: x-small;" class="mycode_size"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Rzemiosło  ◉◉○○○: </span>Robienie tradycyjnej potrawy magicznej.</span><br />
[roll=N]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Sabrina Malfoy leżała na kanapie swojego wujka, równie elegancko ubrana, co reszta rodziny i bawiła się sznurem pereł, żuła gumę, czytając <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Czarownicę.</span> Rano pokłóciła się ze swoją matką, tupnęła nogą i wyszła, trzaskając drzwiami, nie przemyślała jednak, że większość jej znajomych Mabon spędza w gronie rodzinnym.</p>
<p>— <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">DeeDee, chodź tutaj!</span> — zawołała starszą kuzynkę, gdy ta pojawiła się w korytarzu prowadzącym do bawialni. Deirdre zdejmowała właśnie wierzchnią część magicznej szaty, odpinając złote zapinki i kontemplując ich kolor przy swojej skórze. Miała wrażenie, że srebro lub platyna bardziej pasowałyby do jej skóry, ale może w następnym życiu, bo jej matka zasadniczo zabraniała jej innego metalu, niż złoto. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">A co jeżeli ktoś pomyśli, że jesteśmy biedni?</span></p>
<p> Wygładziła pomarańczową spódnice, obróciła przekręcony pierścionek i wymieniła buty na domowe pantofelki z filcu. </p>
<p>— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nie wiedziałam, że spędzasz z nami święta</span> — stwierdziła, siadając na fotelu na przeciw kuzynki. Sięgnęła do kryształowej misy, w której leżały różnorakie cukierki i wyciągnęła jednego. Jej palce zacisnęły się na brzegach kokardek, a folijka rozwinęła się z szelestem, odsłaniając śliwkową pralinę. </p>
<p>— <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Ja też nie, szybka zmiana planów. Wujek nie narzekał. </span></p>
<p>— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Ojciec nigdy nie narzeka.</span></p>
<p>— <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Fakt. Ej, słuchaj... Jakie są Twoje poglądy na kwestie rodzimości i tradycji?<br />
A. Najlepsze owoce wydaje nasza brytyjska ziemia! B. Nutka cudzoziemca odświeża krew. C. Niech będzie tutejszy, ale i zna nieco świata. A może De? Aby stworzyć silny front musimy szukać wśród tych sobie najbliższych. Właściwym wyborem jest kuzyn z linii wyważenie zbliżonej. Deee. Jak Deirdreeee.</span></p>
<p>Deirde zmarszczyła brwi, przełykając słodycz, zasłaniając przy tym dłonią usta.</p>
<p>— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Odpowiedź A. Co to w ogóle za pytania?</span></p>
<p>Sabrina odgięła okładkę periodyku i pokazała Deirdre tytuł testu: <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Z którego Czystokrwistego Rodu będzie pochodził Twój mąż? </span>Magimedyczka wywróciła oczami.</p>
<p>Co za bzdura. </p>
<p> Widząc jej reakcję, Sabrina zrobiła minę zbitego szczeniaczka.</p>
<p>— <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">No proszęęę, mi wyszedł Dolohov, bylibyśmy jeszcze bliżej spokrewnione, ale nie wiem, czy widziałam na jakimś balu jakiegoś fajnego Dolohova.</span></p>
<p>— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Może zostaniesz siódmą żoną...</span></p>
<p>— <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Przyznaj się, masz pietra, że ci jakiś Longbottom wyjedzie</span> — wtrąciła się jej, nie dając dokończyć myśli. Zakreśliła piórem odpowiedź na pierwsze pytanie kuzynki i zadała kolejne. — <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Jaki jest Twój ulubiony kolor? Granat, srebro, heban, zieleń, szkarłat, umbra czy purpura?</span></p>
<p>— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Eeemmm... Nie wiem?</span></p>
<p>— <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Często nosisz ubrania z czerwonym, to zaznaczę szkarłatny, co dalej...Który z tych przedmiotów szkolnych lubisz najbardziej? A to wiadomo, Opieka nad Magicznymi Zwierzętami, pół tego testu mogę zrobić za ciebie. </span></p>
<p>Imię magimedyczki, wykrzyczane z głębi domu przez Ivankę Dolohov-Malfoy sprawiło, że młoda kobieta natychmiast się wyprostowała, a później wstała z miejsca. Nawet jej było przykro, że nie mogła dokończyć testu. Chciała znać odpowiedź, nóż będzie profetyczna, nigdy nie wiadomo. Zamiast tego jednak przeszła korytarzem, minęła jednak bibliotekę i jadalnię i nigdzie nie zauważyła matki. Wtedy ponownie nastąpiło wołanie, dochodzące z... Kuchni? Deirdre nie była pewna czy widziała kiedykolwiek matkę w kuchni. Śniadania nie jadała, a resztę posiłków spożywała w jadalni lub w bawialni, gdy przychodzili goście na popołudniową herbatkę. Uchyliła drzwi i dojrzała jeszcze bardziej zadziwiający widok. Jej matka miała na sobie fartuch kuchenny, a dookoła niej latały zaklęte sprzęty. Czy jej matka... Gotowała? Wtedy też starsza kobieta podała jej drugi fartuch z bardzo niezadowoloną miną.</p>
<p>— <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Musisz zrobić placki, bo nie zdążę nakryć stołu</span> — wyjaśniła, pokazując córce przygotowane składniki i lewitującą książkę kucharską, otwartą na tradycyjnych potrawach na Mabon. </p>
<p>— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Dlaczego nie robi tego Traszka?</span> — zapytała, niewprawnie zakładając ubranie ochronne na odświętne. Miała na myśli ich rodzinną Skrzatkę, która zajmowała się gotowaniem, sprzątaniem domu i ogrodem. </p>
<p>— <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Szzz... Nie tak głośno, żeby Sabrina nie słyszała. Ojciec sprzedał Traszkę po swojej ostatniej... Inwestycji. </span></p>
<p> Deirdre parzyła na matkę, jakby ta jej oznajmiła, że przenieśli się w czasie do starożytnej Galicji, a ona zamierza wziąć drugi ślub z mugolakiem. To co mówiła, było absolutnie niedorzeczne. </p>
<p>Matka poklepała córkę lekko po policzku, aby otrząsnąć ją z zaskoczenia. Nie chodziło o to, że Traszka miała jakieś większe miejsce w sercu kobiety, traktowała ją jako narzędzie, które mówi, lecz o symbol. Skrzaty domowe były symbolem statusu, który właśnie jej rodzina straciła. Zacisnęła zęby i za mocno zacisnęła tasiemkę w pasie, czując ból w okolicy pępka. </p>
<p>— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Biorę się do pracy</span> — oznajmiła sucho, z marsem na twarzy i zaczęła czytać przepis. Nie różniło się to w niczym od tworzenia eliksirów. Należało przeanalizować przepis, w całości, a później śledzić instrukcję. Co mogło pójść nie tak?</p>
<p> Odmierzała mąkę, roztarła kawałki pieczonej dyni na miazgę, rozbiła jajko, dodała proszku do pieczenia, wymieszała wszystko za pomocą zaklęcia i przygotowała żeliwną patelnie. Smażenie, najtrudniejsze. </p>
<br />
<span style="font-size: x-small;" class="mycode_size"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Rzemiosło  ◉◉○○○: </span>Robienie tradycyjnej potrawy magicznej.</span><br />
[roll=N]]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[11.09.72, Pogawędki przy herbatce [Odys i Othello]]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5578</link>
			<pubDate>Mon, 05 Jan 2026 17:43:58 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=619">Othello Fawley</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5578</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">11.09.1972<br />
Little Hangleton</div>
<br />
Od zawsze uczucia Othella do starszego brata stanowiły dziwną mieszankę przypominającą trochę błotnistą zupę, którą robiły bawiące się dzieci. Z jednej strony dziwił się, jak ten człowiek funkcjonował. Jak znalazł się w tym, a nie innym miejscu? Jak zachęcał ludzi do tego, by o porady tyczące się zdrowia duchowego kierowali właśnie do jego osoby? Była tam również irytacja, dziwny rodzaj błota. Powodowana była zawsze tymi golfikami, które przywdziewał jego braciszek. Othello nie widział jeszcze, by ktokolwiek poważny nosił takie ubrania. Tak, jakby starszy z Fawleyów jednocześnie chciał i nie chciał wyglądać elegancko. Co za sprzeczność! Trzeba było się ostatecznie na coś zdecydować. A jednak i sprzeczna z poprzednimi pozostawała ostania emocja żywiona wobec Odysseusa. Była to nadmierna i uciążliwa potrzeba gadania, kłapania dziobem. Stanowiło to swoiste niebezpieczeństwo. Othello jednak nie zamierzał zdradzać bratu wszystkich swoich sekretów.<br />
<br />
Siedzieli na drewnianym ganku zakładu pogrzebowego. Pogoda była doskonała na herbatkę. Zaraz miało zacząć padać, niebo pokrywały ciemne chmurzyska. Mgła unosiła się nad majaczącym w tle cmentarzem. Ulubiona pogoda Othella.<br />
<br />
Na okrągłym wykonanym z czarnego metalu stoliku stała figurka czarodzieja w średniowiecznych długich szatach. Jego cała prezencja stanowiła wyraz dogłębnej zgrozy. Na twarzy malowało się przerażenie, ciało chciało się obronić, ale nie zdążało. Kamień uwięził tego człowieka właśnie w takiej, a nie innej pozie.<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Kupiłem go na Nokturnie –</span> wyjaśniał bratu Othello, popijając ciemną jak śmierć herbatkę. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Odnaleziono go w tysiąc osiemset dwudziestym drugim roku w piwnicy zamku Delacroix, we Francji. Zamieszkiwał go czarnoksiężnik o nieznanych personaliach. Wiemy o nim tylko, że pierwszorzędną rozrywką było dla niego wabienie do własnej siedziby kolejnych to śmiałków i tworzenie takich właśnie figurek. Ciekaw jestem, czy ów nieszczęśnik jeszcze tam w środku jest. Może przemienienie w kamień było dla niego darem nieśmiertelności? Zresztą sam posłuchaj: jeśli przytkniesz ucho do jego piersi, usłyszysz delikatne bicie serca.</span><br />
<br />
Othello uwielbiał tego typu skarby. Przedmioty nietuzinkowe, z historią. Nie zamierzał oczywiście próbować odczarowywać figurki, nic z tych rzeczy. Skoro mag został obdarzony takim darem jak nieśmiertelność, nie zamierzał mu tego odbierać. A w dodatku kupił tę figurkę za niemałe pieniądze. Gdyby ów człowiek w ogóle przeżył, pewnie by sobie poszedł, by szukać szczęścia w magicznej Anglii. Stanowiłoby to niepowątpiewalną stratę, ponieważ trudno byłoby wtedy uzasadnić zwrot towaru do sklepu. Jeśli w ogóle taki dałoby się wykonać.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">11.09.1972<br />
Little Hangleton</div>
<br />
Od zawsze uczucia Othella do starszego brata stanowiły dziwną mieszankę przypominającą trochę błotnistą zupę, którą robiły bawiące się dzieci. Z jednej strony dziwił się, jak ten człowiek funkcjonował. Jak znalazł się w tym, a nie innym miejscu? Jak zachęcał ludzi do tego, by o porady tyczące się zdrowia duchowego kierowali właśnie do jego osoby? Była tam również irytacja, dziwny rodzaj błota. Powodowana była zawsze tymi golfikami, które przywdziewał jego braciszek. Othello nie widział jeszcze, by ktokolwiek poważny nosił takie ubrania. Tak, jakby starszy z Fawleyów jednocześnie chciał i nie chciał wyglądać elegancko. Co za sprzeczność! Trzeba było się ostatecznie na coś zdecydować. A jednak i sprzeczna z poprzednimi pozostawała ostania emocja żywiona wobec Odysseusa. Była to nadmierna i uciążliwa potrzeba gadania, kłapania dziobem. Stanowiło to swoiste niebezpieczeństwo. Othello jednak nie zamierzał zdradzać bratu wszystkich swoich sekretów.<br />
<br />
Siedzieli na drewnianym ganku zakładu pogrzebowego. Pogoda była doskonała na herbatkę. Zaraz miało zacząć padać, niebo pokrywały ciemne chmurzyska. Mgła unosiła się nad majaczącym w tle cmentarzem. Ulubiona pogoda Othella.<br />
<br />
Na okrągłym wykonanym z czarnego metalu stoliku stała figurka czarodzieja w średniowiecznych długich szatach. Jego cała prezencja stanowiła wyraz dogłębnej zgrozy. Na twarzy malowało się przerażenie, ciało chciało się obronić, ale nie zdążało. Kamień uwięził tego człowieka właśnie w takiej, a nie innej pozie.<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Kupiłem go na Nokturnie –</span> wyjaśniał bratu Othello, popijając ciemną jak śmierć herbatkę. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Odnaleziono go w tysiąc osiemset dwudziestym drugim roku w piwnicy zamku Delacroix, we Francji. Zamieszkiwał go czarnoksiężnik o nieznanych personaliach. Wiemy o nim tylko, że pierwszorzędną rozrywką było dla niego wabienie do własnej siedziby kolejnych to śmiałków i tworzenie takich właśnie figurek. Ciekaw jestem, czy ów nieszczęśnik jeszcze tam w środku jest. Może przemienienie w kamień było dla niego darem nieśmiertelności? Zresztą sam posłuchaj: jeśli przytkniesz ucho do jego piersi, usłyszysz delikatne bicie serca.</span><br />
<br />
Othello uwielbiał tego typu skarby. Przedmioty nietuzinkowe, z historią. Nie zamierzał oczywiście próbować odczarowywać figurki, nic z tych rzeczy. Skoro mag został obdarzony takim darem jak nieśmiertelność, nie zamierzał mu tego odbierać. A w dodatku kupił tę figurkę za niemałe pieniądze. Gdyby ów człowiek w ogóle przeżył, pewnie by sobie poszedł, by szukać szczęścia w magicznej Anglii. Stanowiłoby to niepowątpiewalną stratę, ponieważ trudno byłoby wtedy uzasadnić zwrot towaru do sklepu. Jeśli w ogóle taki dałoby się wykonać.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[Jesień, 27 IX 1972] Czy chcą państwo porozmawiać o naszym Bogu i zbawcy?]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5509</link>
			<pubDate>Wed, 17 Dec 2025 13:01:22 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=393">Morpheus Longbottom</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5509</guid>
			<description><![CDATA[<p>To nie był najlepszy rok dla Morpheusa Longbottoma. Mógł lekką ręką stwierdzić, że plasował się na zaczytnym podium najgorszych lat jego życia. Ani zrzucenie z klifu ani zdrada i śmierć matki ani nawet zahipnotyzowanie i utracenie miłości jego życia nie stały na czele, bo wszystkie działy się w osobnych latach. Były to złe czasy, ale w ostatecznym rachunku, cierpienie rozkładali się równo. Ten rok jednak? Śmierć Derwina, Beltane, Vakel przypomniał mu o swoim istnieniu, Warownia runęła. Poza przebłyskami jasności, które były równie znaczące, okrywał go ciągły smutek. Mroczne były to czasy. </p>
<p>Może właśnie dlatego, w środku kryzysu wewnętrznego, z palącą potrzebą bycia kimś innym, Morpheus stanął w świeżo wyremontowane kuchni w swoim domku w Little Hangleton i patrzył się na książkę z przepisami od Malwy. Równie dobrze mógłby to być Arabskie zaklęcia, tyle rozumiał, a jednakże chciał wypróbować proste, korzenne ciasteczka. Planował je zabrać do najbliższych sąsiadów, aby w końcu się im przedstawić.</p>
<br />
Rzemiosło ○○○○○: korzenne Yulowe ciasteczka<br />
[roll=T]<br />
<br />
<p> Robił dokładnie to, co kazał przepis. Przsiał mąkę, rozpuścił masło i cukier, mieszał bardzo długo. Rozgrzał piec, ciepłem zaklęcia, a nie ogniem, bo tego nie mógł zdzierżyć i wyciął okrągłe placki szklanką. Był bardzo zaskoczony, gdy ciastka, które wyszły spod jego ręki, okazały się być nie tylko ładne, pachnące, ale nawet smaczne. Może to był znak od Bogów, żeby zostawić to wszystko i otworzyć cukiernię w jakimś kraju za żelazną kurtyną?</p>
<br />
***<br />
<br />
<p>Ciasteczka spakowane w śliczny, granatowy kartonik, wyglądały prawie jak kupne. </p>
<p>— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">I tak po prostu mi wyszły, nie rozumiem</span> — zakończył opowiadać Antoniuszowi swoją ciastkową przygodę, gdy dotarli do drzwi jego sąsiadów, posiadłości... w sumie nie pamiętał kogo. Chciał przedstawić się jako nowy sąsiad, chociaż do ukończenia remontu brakowało jeszcze dobrze miesiąca i nie mógł jeszcze od tak po prostu się wprowadzić. Natomiast wolał żyć z sąsiadami w pokoju, bogowie wiedzą, jak bardzo potrzebował spokoju. </p>
<p> Zapukał do drzwi. Oczywiście wcześniej się anonsował, nie był gburem i prostakiem, zostawił gospodarzom liścik dwa dni wcześniej, o tym, że chce się zapoznać i przybędzie na gościnę.</p>
<br />
!Trauma Ognia]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>To nie był najlepszy rok dla Morpheusa Longbottoma. Mógł lekką ręką stwierdzić, że plasował się na zaczytnym podium najgorszych lat jego życia. Ani zrzucenie z klifu ani zdrada i śmierć matki ani nawet zahipnotyzowanie i utracenie miłości jego życia nie stały na czele, bo wszystkie działy się w osobnych latach. Były to złe czasy, ale w ostatecznym rachunku, cierpienie rozkładali się równo. Ten rok jednak? Śmierć Derwina, Beltane, Vakel przypomniał mu o swoim istnieniu, Warownia runęła. Poza przebłyskami jasności, które były równie znaczące, okrywał go ciągły smutek. Mroczne były to czasy. </p>
<p>Może właśnie dlatego, w środku kryzysu wewnętrznego, z palącą potrzebą bycia kimś innym, Morpheus stanął w świeżo wyremontowane kuchni w swoim domku w Little Hangleton i patrzył się na książkę z przepisami od Malwy. Równie dobrze mógłby to być Arabskie zaklęcia, tyle rozumiał, a jednakże chciał wypróbować proste, korzenne ciasteczka. Planował je zabrać do najbliższych sąsiadów, aby w końcu się im przedstawić.</p>
<br />
Rzemiosło ○○○○○: korzenne Yulowe ciasteczka<br />
[roll=T]<br />
<br />
<p> Robił dokładnie to, co kazał przepis. Przsiał mąkę, rozpuścił masło i cukier, mieszał bardzo długo. Rozgrzał piec, ciepłem zaklęcia, a nie ogniem, bo tego nie mógł zdzierżyć i wyciął okrągłe placki szklanką. Był bardzo zaskoczony, gdy ciastka, które wyszły spod jego ręki, okazały się być nie tylko ładne, pachnące, ale nawet smaczne. Może to był znak od Bogów, żeby zostawić to wszystko i otworzyć cukiernię w jakimś kraju za żelazną kurtyną?</p>
<br />
***<br />
<br />
<p>Ciasteczka spakowane w śliczny, granatowy kartonik, wyglądały prawie jak kupne. </p>
<p>— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">I tak po prostu mi wyszły, nie rozumiem</span> — zakończył opowiadać Antoniuszowi swoją ciastkową przygodę, gdy dotarli do drzwi jego sąsiadów, posiadłości... w sumie nie pamiętał kogo. Chciał przedstawić się jako nowy sąsiad, chociaż do ukończenia remontu brakowało jeszcze dobrze miesiąca i nie mógł jeszcze od tak po prostu się wprowadzić. Natomiast wolał żyć z sąsiadami w pokoju, bogowie wiedzą, jak bardzo potrzebował spokoju. </p>
<p> Zapukał do drzwi. Oczywiście wcześniej się anonsował, nie był gburem i prostakiem, zostawił gospodarzom liścik dwa dni wcześniej, o tym, że chce się zapoznać i przybędzie na gościnę.</p>
<br />
!Trauma Ognia]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[22.09 "posiadłość" Morpheusa | Morpheus & Millie] The alchemy of Mother Earth]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5507</link>
			<pubDate>Wed, 17 Dec 2025 11:01:46 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=418">Millie Moody</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5507</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">22.09.1972<br />
<br />
Zmierzchać będzie.</div>
<br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Embrace this time the change of lights,<br />
With shorter days and longer nights.<br />
The wheel has turned, the time will change,<br />
The darker side of the earth remians.<br />
There's magic in the lunar light,<br />
With intuition at its heigt.<br />
The alchemy of Morher Earth,<br />
From birth to deat, will come rebirth.<br />
</span></div>
<br />
Myślosiewnia w Strażnicy przyjmowała w milczeniu wszystkie paskudne słowa, które żabim jadem wyciekły spomiędzy jej warg. Słowo do słowa, każda wątpliwej jakości "przepowiednia" której stała się bramą z powodu... czegoś, kogoś, zaklęcia, klątwy czy innego jeszcze niezidentyfikowanego gówna.<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Przyjmijcie ten porządek, a odnajdziecie sens; sprzeciwcie się, a zostaniecie wymazani z kart historii..</span><br />
<br />
Było Mabon i za kilka godzin miała spotkać się w nowej restauracji Bertti'ego z Aaronem i Alastorem. Powiedzieć, że skręcało ją z nerwów w żołądku to mało.<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Mój triumf to porządek świata, w którym nie musimy ukrywać naszej magii..</span><br />
<br />
O tym powinna chyba zaraportować Harper i Jonathanowi... Ostentacyjne nawoływanie do najważniejszego prawa czarodziejów może wpłynie na zakonserwowane kodeksami puszki. Chociaż czy ingerowanie w Ministerstwo miało taki sens? Gdyby nie Jonathan, najprawdopodobniej zakładałaby się bardzo ochoczo, że tam już wszyscy są Śmierciożercami łącznie z Jenkins.<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Wasz ból jest bramą do prawdy. Uczyńcie z mojego imienia kompas i podążajcie za słowem, które niesie się ustami Londynu..</span><br />
<br />
Największa bzdura. Imię, którego nie mogła wymówić, a które miało być kompasem. <br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Pierdolony Voldekurwamord</span> – wycedziła <span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">składając ostatnie ze wspomnień do zakonowej myśliodsiewnej</span>. <br />
<br />
Ale spotkanie z Morpheusem nie miało odbywać się tutaj. Papcio Morfina miał parę spraw do załatwienia w swojej ruderze, nazywanej szumnie posiadłością czy zameczkiem. Moody nie oponowała. Jego obecność i tematy, które mieli podjąć skutecznie odsuwała od niej myśl o rodzinnym spotkaniu. Chciała przyjść punktualnie, żeby nie robić przykrości Bertiemu, ale jakoś nie wierzyła, żeby mężczyźni z jej familii podeszli do sprawy z taką samą dbałością. <br />
<br />
Zamiast ciężko wzdychać, zamiast rozpaczać, płakać, odwoływać wszystko, wyszczerzyła zęby w uśmiechu, rzuciła coś o tym, że zjeb Voldemort nie będzie jej ruchać twarzy i przeskoczyła z Morpheusem do jego włości. <br />
<br />
<span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– A wiesz, śniło mi się dzisiaj wyjebanie dużo śniegu. Nie wiem czy się tak napatrzyłam na ten pierdolony czarnomagiczny opad, że mi się to skojarzyło, ale tym razem padał na mnie prawdziwy śnieg. Nadzieja. Nowe możliwości. Moja głowa zwykle dopierdala mi koszmarami, a teraz... nie wiem, jakoś tak mi było lekko. I potem wzięłam gigantyczną szuflę, większa ode mnie, i zaczęłam ten śnieg odgarniać. </span>– Ton miała lekki, choć takie sny bardzo ją stresowały. Odbiegały od normy. Były... niosły posmak nadziei, że może krew Trelawneyów wciąż gdzieś w niej wrzała. Wciąż miała znaczenie. Może była późno zakwitającym kwiatkiem. Pierdolonym kwiatkiem lotosu. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– No i tak się umęczyłam tym odśnieżaniem, że rano jak się obudziłam to bolały mnie łapska. Nieźle nie? A ciągle padało i padało. Pizdyliard śniegu. Nigdy nie widziałam tyle tego gówna, co w moim śnie.</span> – Czy to miało aż takie znaczenie? Rozpaczliwie chciałaby pozbyć się problemów, przełamać bariery, mieć poczucie, że jej praca nad sobą, nad zakonowymi sprawami ma sens. Chociaż może nie miała? Może to, że ciągle padało...</span><br />
<br />
Potrząsnęła głową odganiając złe myśli i poprawiła chyba basiliusowy szalik. A może thomasowy? Wsadziła nos w wełnę i z pewnym zakłopotaniem zdała sobie sprawę z tego, że nie umie powiedzieć.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">22.09.1972<br />
<br />
Zmierzchać będzie.</div>
<br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Embrace this time the change of lights,<br />
With shorter days and longer nights.<br />
The wheel has turned, the time will change,<br />
The darker side of the earth remians.<br />
There's magic in the lunar light,<br />
With intuition at its heigt.<br />
The alchemy of Morher Earth,<br />
From birth to deat, will come rebirth.<br />
</span></div>
<br />
Myślosiewnia w Strażnicy przyjmowała w milczeniu wszystkie paskudne słowa, które żabim jadem wyciekły spomiędzy jej warg. Słowo do słowa, każda wątpliwej jakości "przepowiednia" której stała się bramą z powodu... czegoś, kogoś, zaklęcia, klątwy czy innego jeszcze niezidentyfikowanego gówna.<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Przyjmijcie ten porządek, a odnajdziecie sens; sprzeciwcie się, a zostaniecie wymazani z kart historii..</span><br />
<br />
Było Mabon i za kilka godzin miała spotkać się w nowej restauracji Bertti'ego z Aaronem i Alastorem. Powiedzieć, że skręcało ją z nerwów w żołądku to mało.<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Mój triumf to porządek świata, w którym nie musimy ukrywać naszej magii..</span><br />
<br />
O tym powinna chyba zaraportować Harper i Jonathanowi... Ostentacyjne nawoływanie do najważniejszego prawa czarodziejów może wpłynie na zakonserwowane kodeksami puszki. Chociaż czy ingerowanie w Ministerstwo miało taki sens? Gdyby nie Jonathan, najprawdopodobniej zakładałaby się bardzo ochoczo, że tam już wszyscy są Śmierciożercami łącznie z Jenkins.<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Wasz ból jest bramą do prawdy. Uczyńcie z mojego imienia kompas i podążajcie za słowem, które niesie się ustami Londynu..</span><br />
<br />
Największa bzdura. Imię, którego nie mogła wymówić, a które miało być kompasem. <br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Pierdolony Voldekurwamord</span> – wycedziła <span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">składając ostatnie ze wspomnień do zakonowej myśliodsiewnej</span>. <br />
<br />
Ale spotkanie z Morpheusem nie miało odbywać się tutaj. Papcio Morfina miał parę spraw do załatwienia w swojej ruderze, nazywanej szumnie posiadłością czy zameczkiem. Moody nie oponowała. Jego obecność i tematy, które mieli podjąć skutecznie odsuwała od niej myśl o rodzinnym spotkaniu. Chciała przyjść punktualnie, żeby nie robić przykrości Bertiemu, ale jakoś nie wierzyła, żeby mężczyźni z jej familii podeszli do sprawy z taką samą dbałością. <br />
<br />
Zamiast ciężko wzdychać, zamiast rozpaczać, płakać, odwoływać wszystko, wyszczerzyła zęby w uśmiechu, rzuciła coś o tym, że zjeb Voldemort nie będzie jej ruchać twarzy i przeskoczyła z Morpheusem do jego włości. <br />
<br />
<span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– A wiesz, śniło mi się dzisiaj wyjebanie dużo śniegu. Nie wiem czy się tak napatrzyłam na ten pierdolony czarnomagiczny opad, że mi się to skojarzyło, ale tym razem padał na mnie prawdziwy śnieg. Nadzieja. Nowe możliwości. Moja głowa zwykle dopierdala mi koszmarami, a teraz... nie wiem, jakoś tak mi było lekko. I potem wzięłam gigantyczną szuflę, większa ode mnie, i zaczęłam ten śnieg odgarniać. </span>– Ton miała lekki, choć takie sny bardzo ją stresowały. Odbiegały od normy. Były... niosły posmak nadziei, że może krew Trelawneyów wciąż gdzieś w niej wrzała. Wciąż miała znaczenie. Może była późno zakwitającym kwiatkiem. Pierdolonym kwiatkiem lotosu. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– No i tak się umęczyłam tym odśnieżaniem, że rano jak się obudziłam to bolały mnie łapska. Nieźle nie? A ciągle padało i padało. Pizdyliard śniegu. Nigdy nie widziałam tyle tego gówna, co w moim śnie.</span> – Czy to miało aż takie znaczenie? Rozpaczliwie chciałaby pozbyć się problemów, przełamać bariery, mieć poczucie, że jej praca nad sobą, nad zakonowymi sprawami ma sens. Chociaż może nie miała? Może to, że ciągle padało...</span><br />
<br />
Potrząsnęła głową odganiając złe myśli i poprawiła chyba basiliusowy szalik. A może thomasowy? Wsadziła nos w wełnę i z pewnym zakłopotaniem zdała sobie sprawę z tego, że nie umie powiedzieć.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[10.10.1972]I don’t want peace, I want problems ALWAYS | Elias, Geraldine]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5499</link>
			<pubDate>Tue, 16 Dec 2025 16:22:09 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=29">Geraldine Greengrass-Yaxley</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5499</guid>
			<description><![CDATA[<p>Powoli zaczęła się przyzwyczajać do dworku w Little Hangleton. Starali się jak najszybciej doprowadzić go do stanu używalności, bo zima się zbliżała, a więc warto było ogarnąć, co najważniejsze przed nią. Utknęli tu na dobre, brała mniej zleceń, aby wesprzeć prace, które wymagały ich zainteresowania. Kilka pomieszczeń udało im się w miarę uporządkować, dzięki czemu mieli gdzie spać, czy gotować. Póki co psy były chyba najbardziej zadowolone z tego, że tutaj zamieszkały. Biegały po ogrodzie zadowolone, dawno nie były takie szczęśliwe, zdecydowanie bardziej podobała im się ta okolica od tłocznego Londynu, bo przecież ciągle mogły przebywać na zewnątrz.</p>
<p><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> - Jakby coś, zależy nam przede wszystkim na tej kopule, nad salą balową, ona wymaga największej renowacji, obawiam się, że może nie wytrzymać drastyczniejszych zmian pogodowych.</span> - Niby jakoś przetrwała ostatnie kilkanaście lat, jednak Geraldine wolała mieć pewność, że deszcze, które niedługo będą bardzo intensywne, czy śnieg, który pewnie się pojawi nie uszkodzą jej doszczętnie, mieli spędzić tutaj zimę, więc musiała mieć pewność, że warunki będą odpowiednie.</p>
<p><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> - Będę w kuchni, obejrzyj sobie to dokładnie i przyjdź do mnie.</span> - Zdążyła już oprowadzić Eliasa po ich nowych włościach, przynajmniej z grubsza, pokazała mu, gdzie co jest, na razie zresztą i tak nie było do końca co pokazywać, bo dworek wymagał ogromnej renowacji, zaprosiła go tutaj zresztą z powodu zlecenia. Liczyła na to, że uda mu się zająć sprawami związanymi ze szkłem, oknami, może nawet szklarnią, o której jeszcze nie wspominała Ambrożemu, jednak chciała mu zrobić niespodziankę, rozmawiali niby o niej, ale nie brali jej jako priorytetu, ale chciała mu zrobić niespodziankę na urodziny, które się zbliżały wielkimi krokami. Być może do końca października uda jej się ją zorganizować, naprawdę na to liczyła, a jak już ona sobie coś zakładała... to nie mogło być inaczej.</p>
<p>Geraldine oddaliła się do kuchni, od rana chodziła za nią zupa, która zawsze znajdowała się na ich świątecznym stole. Nie mogła nic z tym zrobić, musiała działać, bo z potrzebami ciężarnej trudno było walczyć - miała na coś ochotę, to musiała to zjeść. Triss akurat nie było w pobliżu, a więc musiała zająć się tym sama, co nie do końca jej się podobało, ale nie ma zmiłuj.</p>
<p>Zaczęła kroić mięso, baraninę, która była podstawowym składnikiem zupy, na szczęście zdążyli przenieść tutaj noże Roisa, z których korzystał kiedy mieszkali na Horyzontalnej. Robiła to powoli, bo Geraldine nigdy nie należała do specjalistów od gotowania, no mięsem potrafiła się zająć, ale niczym poza tym, najchętniej zupełnie zignorowałaby warzywa, ale wiedziała, że nadawały one zupie charakterystyczny smak, później będzie się nimi martwić. Cawl nie mógł istnieć bez kapusty i warzyw korzeniowych.</p>
<br />
[roll=N] (rzemiosło  ◉◉○○○ gotuje zupę)]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Powoli zaczęła się przyzwyczajać do dworku w Little Hangleton. Starali się jak najszybciej doprowadzić go do stanu używalności, bo zima się zbliżała, a więc warto było ogarnąć, co najważniejsze przed nią. Utknęli tu na dobre, brała mniej zleceń, aby wesprzeć prace, które wymagały ich zainteresowania. Kilka pomieszczeń udało im się w miarę uporządkować, dzięki czemu mieli gdzie spać, czy gotować. Póki co psy były chyba najbardziej zadowolone z tego, że tutaj zamieszkały. Biegały po ogrodzie zadowolone, dawno nie były takie szczęśliwe, zdecydowanie bardziej podobała im się ta okolica od tłocznego Londynu, bo przecież ciągle mogły przebywać na zewnątrz.</p>
<p><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> - Jakby coś, zależy nam przede wszystkim na tej kopule, nad salą balową, ona wymaga największej renowacji, obawiam się, że może nie wytrzymać drastyczniejszych zmian pogodowych.</span> - Niby jakoś przetrwała ostatnie kilkanaście lat, jednak Geraldine wolała mieć pewność, że deszcze, które niedługo będą bardzo intensywne, czy śnieg, który pewnie się pojawi nie uszkodzą jej doszczętnie, mieli spędzić tutaj zimę, więc musiała mieć pewność, że warunki będą odpowiednie.</p>
<p><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> - Będę w kuchni, obejrzyj sobie to dokładnie i przyjdź do mnie.</span> - Zdążyła już oprowadzić Eliasa po ich nowych włościach, przynajmniej z grubsza, pokazała mu, gdzie co jest, na razie zresztą i tak nie było do końca co pokazywać, bo dworek wymagał ogromnej renowacji, zaprosiła go tutaj zresztą z powodu zlecenia. Liczyła na to, że uda mu się zająć sprawami związanymi ze szkłem, oknami, może nawet szklarnią, o której jeszcze nie wspominała Ambrożemu, jednak chciała mu zrobić niespodziankę, rozmawiali niby o niej, ale nie brali jej jako priorytetu, ale chciała mu zrobić niespodziankę na urodziny, które się zbliżały wielkimi krokami. Być może do końca października uda jej się ją zorganizować, naprawdę na to liczyła, a jak już ona sobie coś zakładała... to nie mogło być inaczej.</p>
<p>Geraldine oddaliła się do kuchni, od rana chodziła za nią zupa, która zawsze znajdowała się na ich świątecznym stole. Nie mogła nic z tym zrobić, musiała działać, bo z potrzebami ciężarnej trudno było walczyć - miała na coś ochotę, to musiała to zjeść. Triss akurat nie było w pobliżu, a więc musiała zająć się tym sama, co nie do końca jej się podobało, ale nie ma zmiłuj.</p>
<p>Zaczęła kroić mięso, baraninę, która była podstawowym składnikiem zupy, na szczęście zdążyli przenieść tutaj noże Roisa, z których korzystał kiedy mieszkali na Horyzontalnej. Robiła to powoli, bo Geraldine nigdy nie należała do specjalistów od gotowania, no mięsem potrafiła się zająć, ale niczym poza tym, najchętniej zupełnie zignorowałaby warzywa, ale wiedziała, że nadawały one zupie charakterystyczny smak, później będzie się nimi martwić. Cawl nie mógł istnieć bez kapusty i warzyw korzeniowych.</p>
<br />
[roll=N] (rzemiosło  ◉◉○○○ gotuje zupę)]]></content:encoded>
		</item>
	</channel>
</rss>