<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0" xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">
	<channel>
		<title><![CDATA[Secrets of London - Retrospekcje]]></title>
		<link>https://secretsoflondon.pl/</link>
		<description><![CDATA[Secrets of London - https://secretsoflondon.pl]]></description>
		<pubDate>Fri, 23 Oct 2026 20:19:44 +0000</pubDate>
		<generator>MyBB</generator>
		<item>
			<title><![CDATA[[07/1957] But we have miles left to regret | Aloysius, Prudence]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6540</link>
			<pubDate>Fri, 23 Oct 2026 19:08:36 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=544">Benjy Fenwick</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6540</guid>
			<description><![CDATA[Łupnięcie, zgrzyt, przeciągły jęk metalu, po którym nastąpiło kilka podejrzanie głośnych stuknięć dobiegających spod podłogi, niemal wypuściłem z ust przekleństwo, którego zdecydowanie nie wypadało używać przy damach, nawet jeśli wspomniane od dłuższego czasu doprowadzały mnie do stanu, w którym przestawałem przejmować się podobnymi drobiazgami - magiczny autokar pędził przez noc, nie bacząc na nic, ani na nikogo… <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">„Co za jebany złom, rzygać się chce”.</span><br />
Zacisnąłem zęby, kiedy siedzenie ponownie gwałtownie podskoczyło mi pod dupą, po czym rozparłem się na nim jeszcze bardziej, wyciągając nogi na zewnątrz, w stronę przejścia między rzędami, bo może na własne życzenie musiałem znosić tę nocną przejażdżkę, ale jednocześnie nie zamierzałem skupiać się na zachowaniu dobrych manier, podczas gdy ledwo mieściłem kolana między siedzeniami. Nie miałem zresztą szczególnej ochoty ułatwiać nikomu życia własnym kosztem, bo już mi tego wystarczyło, jak na jeden paskudny wieczór, toteż skrzyżowałem ręce na piersi i uznałem, że skoro już przyszło mi uczestniczyć w tej żałosnej wyprawie, przynajmniej nie będę udawał, że mogłem czerpać z niej jakąkolwiek przyjemność - to nie była wycieczka krajoznawcza - usiadłem od strony alejki, z nogami wyciągniętymi przed siebie tak daleko, że każdy, kto chciałby się przecisnąć, musiałby albo poprosić mnie o pozwolenie, albo wykazać się umiejętnościami godnymi zawodnika quidditcha lub Prudence Bletchley w tej dzisiejszej, skocznej odsłonie, która znajdowała się na siedzeniu tuż obok, co odnotowywałem kątem oka z częstotliwością, której z pewnością bym się wyparł, gdyby ktokolwiek postanowił mnie z tego rozliczać. Nie oznaczało to, oczywiście, że zwracałem na nią szczególną uwagę, miałem po prostu dobry wzrok, czego zresztą należało oczekiwać po Rookwoodzie, nie zamierzałem się do niej odwracać, nie zamierzałem też sprawdzać, czy patrzyła w moją stronę, ponieważ miałem swoje zasady, a jedną z nich było nieokazywanie zainteresowania osobom, które w danej chwili zasługiwały najwyżej na moją demonstracyjną obojętność. Oczywiście, gdyby zechciała coś powiedzieć, byłbym zmuszony odpowiedzieć, bo całkowite ignorowanie jej obecności wymagałoby wysiłku niewspółmiernego do korzyści, szczególnie w tak ciasnym pojeździe, póki co jednak mogłem pozwolić sobie na milczenie, przyglądając się przelotnie odbiciu własnej twarzy w szybie i zastanawiając się, czy wyglądałem dostatecznie nieprzystępnie. Wolałem wierzyć, że tak. <br />
Kolejne szarpnięcie sprawiło, że ciężkie podeszwy moich butów zsunęły się z krawędzi siedzenia naprzeciwko, po czym z hukiem wylądowały na podłodze, autokar znowu szarpnął, więc odruchowo zaparłem pięty o podłogę, przy okazji niemal zahaczając butem o przechodzącego czarodzieja, który sekundę później prawie wylądował na kimś trzy rzędy dalej. Zakląłem cicho, poprawiłem nogi i oparłem głowę o zagłówek, wzdychając z teatralną przesadą godną kogoś, komu właśnie odmówiono dziedziczenia rodzinnej fortuny i zamiast tego wysłano go <br />
- <span style="font-style: italic;" class="mycode_i"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Fantastyczny</span></span><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> środek transportu.</span> - Mruknąłem, nie wiedząc, czy robiłem to bardziej do siebie, czy może już do Prue, chociaż nie zamierzałem się tym szczególnie przejmować. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Naprawdę, gdybym wiedział, że czeka nas coś takiego, wolałbym iść pieszo.</span> - Sarknąłem, nie dodałem, że wówczas musiałbym iść razem z nią, bo ta myśl, choć przy końcu wieczoru była jeszcze całkiem przyjemna, nie pasowała do mojego aktualnego stanowiska w sprawie całego świata.<br />
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=tmo7cCP.jpeg[/inny avek]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Łupnięcie, zgrzyt, przeciągły jęk metalu, po którym nastąpiło kilka podejrzanie głośnych stuknięć dobiegających spod podłogi, niemal wypuściłem z ust przekleństwo, którego zdecydowanie nie wypadało używać przy damach, nawet jeśli wspomniane od dłuższego czasu doprowadzały mnie do stanu, w którym przestawałem przejmować się podobnymi drobiazgami - magiczny autokar pędził przez noc, nie bacząc na nic, ani na nikogo… <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">„Co za jebany złom, rzygać się chce”.</span><br />
Zacisnąłem zęby, kiedy siedzenie ponownie gwałtownie podskoczyło mi pod dupą, po czym rozparłem się na nim jeszcze bardziej, wyciągając nogi na zewnątrz, w stronę przejścia między rzędami, bo może na własne życzenie musiałem znosić tę nocną przejażdżkę, ale jednocześnie nie zamierzałem skupiać się na zachowaniu dobrych manier, podczas gdy ledwo mieściłem kolana między siedzeniami. Nie miałem zresztą szczególnej ochoty ułatwiać nikomu życia własnym kosztem, bo już mi tego wystarczyło, jak na jeden paskudny wieczór, toteż skrzyżowałem ręce na piersi i uznałem, że skoro już przyszło mi uczestniczyć w tej żałosnej wyprawie, przynajmniej nie będę udawał, że mogłem czerpać z niej jakąkolwiek przyjemność - to nie była wycieczka krajoznawcza - usiadłem od strony alejki, z nogami wyciągniętymi przed siebie tak daleko, że każdy, kto chciałby się przecisnąć, musiałby albo poprosić mnie o pozwolenie, albo wykazać się umiejętnościami godnymi zawodnika quidditcha lub Prudence Bletchley w tej dzisiejszej, skocznej odsłonie, która znajdowała się na siedzeniu tuż obok, co odnotowywałem kątem oka z częstotliwością, której z pewnością bym się wyparł, gdyby ktokolwiek postanowił mnie z tego rozliczać. Nie oznaczało to, oczywiście, że zwracałem na nią szczególną uwagę, miałem po prostu dobry wzrok, czego zresztą należało oczekiwać po Rookwoodzie, nie zamierzałem się do niej odwracać, nie zamierzałem też sprawdzać, czy patrzyła w moją stronę, ponieważ miałem swoje zasady, a jedną z nich było nieokazywanie zainteresowania osobom, które w danej chwili zasługiwały najwyżej na moją demonstracyjną obojętność. Oczywiście, gdyby zechciała coś powiedzieć, byłbym zmuszony odpowiedzieć, bo całkowite ignorowanie jej obecności wymagałoby wysiłku niewspółmiernego do korzyści, szczególnie w tak ciasnym pojeździe, póki co jednak mogłem pozwolić sobie na milczenie, przyglądając się przelotnie odbiciu własnej twarzy w szybie i zastanawiając się, czy wyglądałem dostatecznie nieprzystępnie. Wolałem wierzyć, że tak. <br />
Kolejne szarpnięcie sprawiło, że ciężkie podeszwy moich butów zsunęły się z krawędzi siedzenia naprzeciwko, po czym z hukiem wylądowały na podłodze, autokar znowu szarpnął, więc odruchowo zaparłem pięty o podłogę, przy okazji niemal zahaczając butem o przechodzącego czarodzieja, który sekundę później prawie wylądował na kimś trzy rzędy dalej. Zakląłem cicho, poprawiłem nogi i oparłem głowę o zagłówek, wzdychając z teatralną przesadą godną kogoś, komu właśnie odmówiono dziedziczenia rodzinnej fortuny i zamiast tego wysłano go <br />
- <span style="font-style: italic;" class="mycode_i"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Fantastyczny</span></span><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> środek transportu.</span> - Mruknąłem, nie wiedząc, czy robiłem to bardziej do siebie, czy może już do Prue, chociaż nie zamierzałem się tym szczególnie przejmować. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Naprawdę, gdybym wiedział, że czeka nas coś takiego, wolałbym iść pieszo.</span> - Sarknąłem, nie dodałem, że wówczas musiałbym iść razem z nią, bo ta myśl, choć przy końcu wieczoru była jeszcze całkiem przyjemna, nie pasowała do mojego aktualnego stanowiska w sprawie całego świata.<br />
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=tmo7cCP.jpeg[/inny avek]]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[grudzień 1963] Jak z piasku niemożliwy bicz]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6527</link>
			<pubDate>Sat, 17 Oct 2026 01:53:06 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=222">Louvain Lestrange</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6527</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">
Koldovstoretz<br />
<br />
<img src="https://i.pinimg.com/1200x/b1/40/6e/b1406ebf6adea72cb1413decc172a0ef.jpg" loading="lazy"  width="200" height="200" alt="[Obrazek: b1406ebf6adea72cb1413decc172a0ef.jpg]" class="mycode_img" /><img src="https://i.pinimg.com/736x/4d/aa/3a/4daa3a904bec111adace612fcbe2c311.jpg" loading="lazy"  width="200" height="200" alt="[Obrazek: 4daa3a904bec111adace612fcbe2c311.jpg]" class="mycode_img" /><img src="https://i.pinimg.com/736x/16/ea/fa/16eafaa0aab6d86420acbcca70bdd94f.jpg" loading="lazy"  width="200" height="200" alt="[Obrazek: 16eafaa0aab6d86420acbcca70bdd94f.jpg]" class="mycode_img" /><br />
<br />
</div>
<br />
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=swxxzn2.jpeg[/inny avek]<br />
<br />
<p>Jednego dnia nie miał powodów, by sądzić, że cokolwiek w jego rutynie wymknie się spod kontroli. Udręczanie Tonksa stanowiło zaledwie drobną rozrywkę, jedną z wielu, na jakie pozwalał sobie każdego dnia na korytarzach Hogwartu. Chłopak popełnił niewybaczalny błąd, nie uciekając wzrokiem przed Louvainem podczas kolacji w Wielkiej Sali. W rezultacie mugolacka szata Tonksa została rozerwana, książki podarte, a różdżka połamana. Zwyczajny wieczór, zwyczajna lekcja hierarchii. Przynajmniej tak mu się wówczas wydawało. Drugiego dnia odbył ciężką pogadankę z opiekunem domu, a po niej z ojcem. Louvain spodziewał się wyjca, może szlabanu. Zamiast tego otrzymał kopertę, a w niej bilet bagażowy do Rosji. Bez długich wyjaśnień, bez rodzinnej narady, bez możliwości przedstawienia własnej wersji wydarzeń. Ojciec oznajmił jedynie, że skończyła mu się cierpliwość. Najwyraźniej była to jedna z tych rzeczy, która nie polegała żadnym dyskusjom. Trzeciego dnia znalazł się za wschodnią granicą swojego świata. W obcym kraju, wśród obcych ludzi, których twarze nie zdradzały najmniejszego zainteresowania jego pochodzeniem ani nazwiskiem. Oprowadzano go po nieznanych korytarzach, tłumaczono zasady, których nie zamierzał przestrzegać, i zwracano się do niego w języku, którego nie rozumiał na tyle, by móc skutecznie obrazić rozmówcę. Wszystko działo się z taką beznamiętną sprawnością, że nawet dla niego żałosnym było odstawianie scenki urażonego panicza. Nikt nie pytał, czy rozumie. Nikt nie czekał, aż zrozumie. Nie miał nawet kiedy zaprotestować, a kiedy już znajdował sposobność, napotykał wyłącznie twarze ludzi absolutnie niczym niewzruszonych. Dopiero widok przydzielonego mu łóżka i skromnego kawałka przestrzeni na własne rzeczy uświadomił mu, że to było coś więcej niż kara. Lekcja pokory, której tak okropnie nienawidził. Szybko dali mu do zrozumienia, że nie jest gościem, któremu należy się odrobina uprzejmości, lecz uczniem zesłanym na przymusowy pobyt, skazanym na adaptacje do surowych zasad i warunków. Pierwszej nocy młodzi chłopcy nie przepuścili okazji, by sprawdzić, jak wiele wart jest nowy przybysz z <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">zapadu</span>. Louvain odpowiedział najlepiej jak potrafił, ale nie wystarczyło. Wystarczyło za to jedno starcie, by przekonał się, że tutejsi uczniowie nie mają szczególnego respektu dla jego pochodzenia, a czarna magia nie stanowi dla nich granicy, której nie odważyliby się przekroczyć. Kiedy wreszcie zabrakło mu sił, pozostawili mu pod skórą tuszowy symbol, wyryty jakimś osobliwym przyrządem. Pamiątkę po pierwszym spotkaniu z nowym światem. W angielskich murach Hogwartu Louvain był królem życia. Nie dlatego, że zawsze miał rację, lecz dlatego, że przywykł do tego, iż inni musieli liczyć się z jego zdaniem. Umiał rozpoznawać cudze słabości, wykorzystywać je i obracać przeciwko właścicielom, a w tej toksycznej olimpiadzie próżności, nazwisk i wzajemnego upokarzania radził sobie znakomicie. Teraz jednak wszystko, co dotąd dawało mu przewagę, stało się przekleństwem. Rzeczywistość wygięła się niczym paragraf, zaciskając się wokół niego z bezduszną precyzją. Wystarczył jeden rozkaz ojca, by z uprzywilejowanego chłopaka uczynić więźnia własnego nazwiska, zesłanego na północną niedolę niczym polityczny skazaniec na Sybir. Teraz, ledwie tydzień po przyjeździe, z coraz większą niechęcią przyjmował myśl, że może spędzić tutaj całe święta, z dala od wszystkiego, co znał, i ludzi, którzy przynajmniej rozumieli, kim był. Przerażała go perspektywa kolejnej nocy, kolejnego poranka, kolejnych obcych twarzy. Przerażało go również to, że nie miał pojęcia, jak długo potrwa ta kara. Ojciec nie raczył mu tego wyjaśnić, a Louvain, choć niechętnie, zaczynał rozumieć, że tym razem nie wystarczy sprytnie ominąć zakaz ani przeczekać gniewu dorosłych.</p>
<p>O Koldovstoretz wiedział wcześniej tyle, co nic. Właściwie jedną rzecz, ich osobliwa odmiana quidditcha. O ile można było w ogóle nazwać to quidditchem. Dosiadanie wielkich kłód, wciąż obrośniętych gałęziami i korzeniami, wydawało mu się pomysłem absurdalnym, groteskowym wręcz. Trudno było o lepszy dowód na to, że rosyjska pomysłowość nie zawsze szła w parze z dobrym smakiem. A jednak właśnie w tej osobliwości Louvain dostrzegł szansę. Potrzebował sukcesu. Czegokolwiek, co pozwoliłoby mu wyrwać się z pasma upokorzeń, zanim te zdążą na dobre rozgościć się w jego głowie. Nie zamierzał przyznać się przed sobą, jak blisko było mu do emocjonalnego załamania, ale coraz trudniej przychodziło mu ignorowanie faktu, że w Koldovstoretz niemal wszystko układało się przeciwko niemu. Wystarczyłoby jedno zwycięstwo, by odzyskać choć część utraconej pewności siebie. Jeden moment, w którym mógłby spojrzeć na tych wszystkich barbarzyńców i przypomnieć im, że Lestrange nie przyjechał tu po to, by robić za worek treningowy. Louvain nie zamierzał jednak narzekać. Brutalność nie była mu obca, a brudne zagrywki od dawna stanowiły jeden z jego ulubionych sposobów osiągania celu. Nie interesowało go, czy zwycięstwo zostanie uznane za eleganckie. Elegancja była luksusem dla tych, którzy mogli sobie pozwolić na przegraną. Kiedy wreszcie nadarzyła się sposobność, nie zawahał się ani przez moment. Wykorzystał zamieszanie, zagrał nieczysto, jeśli trzeba było, i rzucił się za zniczem w ryzykowny pościg. Złapał go. Przyniósł drużynie zwycięstwo, zanim ktokolwiek zdążył odebrać mu tę szansę. Przez krótką chwilę nie czuł niczego poza ulgą. Po raz pierwszy od przyjazdu do Rosji coś poszło po jego myśli. Miał w ręku dowód, że wciąż potrafi wygrywać, nawet będąc w samym centrum tej paskudnej barbarii. Przynajmniej na razie nie musiał już obawiać się, że do końca turnusu zostanie dla tych barbarzyńców wyłącznie frajerem do bicia.  </p>
<p>Wygrany mecz okazał się nie być jedynym pozytywnym powiewem wiatru zmian. Koldovstoretz nadal pozostawało miejscem, któe było przykładem wyższości zachodniej cywilizacji nad wschodnim barbarzyństwem. Na narzekanie miał zresztą materiału pod dostatkiem. Jedzenie było paskudne, bo podstawę stanowiła skrobia ze skrobią, a jedynym urozmaiceniem smakowym pozostawał tłuszcz. O elegancji tutejszych ubrań lepiej było nie wspominać, podobnie jak o języku, który w jego uszach brzmiał tak, jakby wszyscy mieszkańcy kraju jednocześnie przechodzili rozległy udar. Najbardziej osobliwy pozostawał jednak tutejszy mariaż prostackości z szykiem i wyuzdaniem. Przez większość dnia otaczała go banda dzikusów, dla których rozwiązanie konfliktu za pomocą czarnej magii było zbyt naturalne, by wieczorem ci sami ludzie zasiadali nad szachownicami z minami uczonych. I, co gorsza, traktowali tę grę z wręcz skandaliczną powagą. Sam Louvain nie zdecydowałby się na uczestnictwo w podobnych zajęciach z własnej woli. Okoliczności potrafiły jednak zmusić człowieka do przewartościowania nawet najbardziej ugruntowanych przekonań. Profesor prowadzący zajęcia okazał się arcymistrzem szachowym, człowiekiem, któremu zdarzało się wyjeżdżać za granicę i który, co ważniejsze, potrafił wykrztusić z siebie kilka zdań po angielsku. Jeszcze większe znaczenie miał fakt, że pod opieką profesora znajdowała się również pewna uczennica, która także potrafiła porozumiewać się w języku, w którym nie każde zdanie brzmiało jak objaw udaru. Perspektywa rozmowy z kimś w podobnym wieku, bez konieczności odgadywania znaczenia co drugiego słowa z kontekstu lub mimiki rozmówcy była bardzo kusząca. Był już zwyczajnie zdesperowany. Potrzebował kontaktu z kimś, kto nie traktowałby go jak egzotycznego intruza. Jeśli ceną za kilka chwil względnie normalnej rozmowy miało być nauczenie się zasad gry, którą dotąd uważał za wyjątkowo nudną, gotów był ponieść tę ofiarę. Zresztą nie zamierzał pozostawać w czymś gorszy, niż było to konieczne. Skoro już miał poświęcić czas na szachy, równie dobrze mógł nauczyć się ich na tyle, by nie przynosić sobie wstydu. Gdyby go zapytać, to wciąż, robił to z przyczyn znacznie bardziej przyziemnych: chciał wreszcie z kimś porozmawiać. A jeśli przy okazji udałoby mu się odkryć, że i w tej części świata istnieją ludzie, których towarzystwo nie przyprawia o ból głowy, być może Rosja przestałaby przypominać mu wyłącznie wyrok z odroczonym terminem wykonania. </p>
<p>Wieczorową porą sala szachowa nabierała właściwego charakteru. Za dnia pełna była, szorstkich poleceń profesora i rosyjskiej mowy, której Louvain wciąż nie potrafił słuchać bez podejrzenia, że połowa obecnych właśnie życzy mu śmierci. Teraz, kiedy za oknami zalegał mrok, a na stole dopalały się świece, miejsce wydawało się niemal przytulne. Przed sobą miał szachownicę, po drugiej stronie siedziała jego nowa znajoma, a profesor, który dotąd stanowił ich jedyny łącznik wreszcie opuścił salę, zostawiając ich samych. Louvain przez chwilę nie robił niczego szczególnie interesującego. Przesuwał palcem po krawędzi stołu, obracał w dłoni zdobytą figurę, od czasu do czasu przenosząc wzrok na planszę, jakby rzeczywiście rozważał kolejny ruch. W istocie znacznie bardziej zajmowała go dziewczyna siedząca naprzeciwko. Znad płomieni świec przyglądał się rysom jej twarzy, próbując rozstrzygnąć istotną kwestię. Czy z rosyjskimi dziewczętami można było flirtować tak samo jak z angielskimi? Czy jego uśmiech miał tutaj choć zbliżone znaczenie, czy może na wschodzie należało dodać jakiś inny grymas, albo chociaż deklarację lojalności wobec cara? A spojrzenie? Czy spojrzenie czarodzieja mogło być równie głębokie, kiedy każdy tutaj nosił na twarzy mróz Wostoku. Nie miał zamiaru pytać o to profesora. Pozostawał jednak problem pierwszego kroku. Wiedział przynajmniej, że dziewczyna lubiła muzykę. Profesor wspomniał o tym, zanim jeszcze ich sobie przedstawił, zachwalając jej zamiłowanie do niej z takim zapałem, jakby chciał z góry uprzedzić, że w tej jednej dziedzinie uczennica przewyższała większość jego podopiecznych. Nie przywiązał wówczas do tej informacji większej wagi. Teraz jednak, gdy z kąta sali dobiegał dźwięk gramofonu, uznał ją za całkiem użyteczną. Ciepłe brzmienie szansonu rozlewało się między nimi miękko, tworząc osobliwy kontrast z chłodem bijącym od grubych szyb. Louvain mógłby nawet uznać ten utwór za przyjemny, gdyby tylko rozumiał, o czym tak zawzięcie cierpi podmiot liryczny. Głos śpiewaka niósł w sobie coś z żalu, jakby ktoś właśnie utracił miłość swojego życia, albo ostatni przydział na wódkę. Przez moment rozważał, czy zapytać o płytę. Mógł od razu skomentować muzykę, ale istniało niebezpieczeństwo, że jego szczerość zostanie uznana za obrazę dobrego gustu. Nie znał jeszcze rosyjskich granic dobrego smaku, a ostatnie dni nauczyły go, że nie warto sprawdzać wszystkich naraz. </p>
<p><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Czy na tym lodowym bezdrożu istnieje choć jedna rzecz, za którą warto umierać?</span> Zapytał z miną zainteresowanego odpowiedzią, niemal uprzejmie, jakby zwracał się do znawczyni sztuki, prosząc o opinię na temat szczególnie udanego aktu. Jedynie lekko uniesiony kącik ust zdradzał, że pytanie nie było całkiem niewinne. Mógł przecież użyć ostrzejszych określeń. Przychodziły mu do głowy całkiem barwne epitety, którymi z przyjemnością opisałby ten bestialski kraj, jego toporną gościnność i mieszkańców sprawiających wrażenie, jakby urodzili się z lodowcem zamiast serca. Powstrzymał się jednak. Nie z grzeczności, rzecz jasna. Po prostu nie chciał marnować całego arsenału obelg na pierwszą rozmowę. Zresztą, być może wcale nie chodziło mu o Rosję. Może chciał jedynie usłyszeć, jak pod jej językiem, z jej rodzimym akcentem, układają się słów, których znaczenie nie potrzebowało tłumacza. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Wolność. Miłość. Duma.</span></p>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">
Koldovstoretz<br />
<br />
<img src="https://i.pinimg.com/1200x/b1/40/6e/b1406ebf6adea72cb1413decc172a0ef.jpg" loading="lazy"  width="200" height="200" alt="[Obrazek: b1406ebf6adea72cb1413decc172a0ef.jpg]" class="mycode_img" /><img src="https://i.pinimg.com/736x/4d/aa/3a/4daa3a904bec111adace612fcbe2c311.jpg" loading="lazy"  width="200" height="200" alt="[Obrazek: 4daa3a904bec111adace612fcbe2c311.jpg]" class="mycode_img" /><img src="https://i.pinimg.com/736x/16/ea/fa/16eafaa0aab6d86420acbcca70bdd94f.jpg" loading="lazy"  width="200" height="200" alt="[Obrazek: 16eafaa0aab6d86420acbcca70bdd94f.jpg]" class="mycode_img" /><br />
<br />
</div>
<br />
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=swxxzn2.jpeg[/inny avek]<br />
<br />
<p>Jednego dnia nie miał powodów, by sądzić, że cokolwiek w jego rutynie wymknie się spod kontroli. Udręczanie Tonksa stanowiło zaledwie drobną rozrywkę, jedną z wielu, na jakie pozwalał sobie każdego dnia na korytarzach Hogwartu. Chłopak popełnił niewybaczalny błąd, nie uciekając wzrokiem przed Louvainem podczas kolacji w Wielkiej Sali. W rezultacie mugolacka szata Tonksa została rozerwana, książki podarte, a różdżka połamana. Zwyczajny wieczór, zwyczajna lekcja hierarchii. Przynajmniej tak mu się wówczas wydawało. Drugiego dnia odbył ciężką pogadankę z opiekunem domu, a po niej z ojcem. Louvain spodziewał się wyjca, może szlabanu. Zamiast tego otrzymał kopertę, a w niej bilet bagażowy do Rosji. Bez długich wyjaśnień, bez rodzinnej narady, bez możliwości przedstawienia własnej wersji wydarzeń. Ojciec oznajmił jedynie, że skończyła mu się cierpliwość. Najwyraźniej była to jedna z tych rzeczy, która nie polegała żadnym dyskusjom. Trzeciego dnia znalazł się za wschodnią granicą swojego świata. W obcym kraju, wśród obcych ludzi, których twarze nie zdradzały najmniejszego zainteresowania jego pochodzeniem ani nazwiskiem. Oprowadzano go po nieznanych korytarzach, tłumaczono zasady, których nie zamierzał przestrzegać, i zwracano się do niego w języku, którego nie rozumiał na tyle, by móc skutecznie obrazić rozmówcę. Wszystko działo się z taką beznamiętną sprawnością, że nawet dla niego żałosnym było odstawianie scenki urażonego panicza. Nikt nie pytał, czy rozumie. Nikt nie czekał, aż zrozumie. Nie miał nawet kiedy zaprotestować, a kiedy już znajdował sposobność, napotykał wyłącznie twarze ludzi absolutnie niczym niewzruszonych. Dopiero widok przydzielonego mu łóżka i skromnego kawałka przestrzeni na własne rzeczy uświadomił mu, że to było coś więcej niż kara. Lekcja pokory, której tak okropnie nienawidził. Szybko dali mu do zrozumienia, że nie jest gościem, któremu należy się odrobina uprzejmości, lecz uczniem zesłanym na przymusowy pobyt, skazanym na adaptacje do surowych zasad i warunków. Pierwszej nocy młodzi chłopcy nie przepuścili okazji, by sprawdzić, jak wiele wart jest nowy przybysz z <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">zapadu</span>. Louvain odpowiedział najlepiej jak potrafił, ale nie wystarczyło. Wystarczyło za to jedno starcie, by przekonał się, że tutejsi uczniowie nie mają szczególnego respektu dla jego pochodzenia, a czarna magia nie stanowi dla nich granicy, której nie odważyliby się przekroczyć. Kiedy wreszcie zabrakło mu sił, pozostawili mu pod skórą tuszowy symbol, wyryty jakimś osobliwym przyrządem. Pamiątkę po pierwszym spotkaniu z nowym światem. W angielskich murach Hogwartu Louvain był królem życia. Nie dlatego, że zawsze miał rację, lecz dlatego, że przywykł do tego, iż inni musieli liczyć się z jego zdaniem. Umiał rozpoznawać cudze słabości, wykorzystywać je i obracać przeciwko właścicielom, a w tej toksycznej olimpiadzie próżności, nazwisk i wzajemnego upokarzania radził sobie znakomicie. Teraz jednak wszystko, co dotąd dawało mu przewagę, stało się przekleństwem. Rzeczywistość wygięła się niczym paragraf, zaciskając się wokół niego z bezduszną precyzją. Wystarczył jeden rozkaz ojca, by z uprzywilejowanego chłopaka uczynić więźnia własnego nazwiska, zesłanego na północną niedolę niczym polityczny skazaniec na Sybir. Teraz, ledwie tydzień po przyjeździe, z coraz większą niechęcią przyjmował myśl, że może spędzić tutaj całe święta, z dala od wszystkiego, co znał, i ludzi, którzy przynajmniej rozumieli, kim był. Przerażała go perspektywa kolejnej nocy, kolejnego poranka, kolejnych obcych twarzy. Przerażało go również to, że nie miał pojęcia, jak długo potrwa ta kara. Ojciec nie raczył mu tego wyjaśnić, a Louvain, choć niechętnie, zaczynał rozumieć, że tym razem nie wystarczy sprytnie ominąć zakaz ani przeczekać gniewu dorosłych.</p>
<p>O Koldovstoretz wiedział wcześniej tyle, co nic. Właściwie jedną rzecz, ich osobliwa odmiana quidditcha. O ile można było w ogóle nazwać to quidditchem. Dosiadanie wielkich kłód, wciąż obrośniętych gałęziami i korzeniami, wydawało mu się pomysłem absurdalnym, groteskowym wręcz. Trudno było o lepszy dowód na to, że rosyjska pomysłowość nie zawsze szła w parze z dobrym smakiem. A jednak właśnie w tej osobliwości Louvain dostrzegł szansę. Potrzebował sukcesu. Czegokolwiek, co pozwoliłoby mu wyrwać się z pasma upokorzeń, zanim te zdążą na dobre rozgościć się w jego głowie. Nie zamierzał przyznać się przed sobą, jak blisko było mu do emocjonalnego załamania, ale coraz trudniej przychodziło mu ignorowanie faktu, że w Koldovstoretz niemal wszystko układało się przeciwko niemu. Wystarczyłoby jedno zwycięstwo, by odzyskać choć część utraconej pewności siebie. Jeden moment, w którym mógłby spojrzeć na tych wszystkich barbarzyńców i przypomnieć im, że Lestrange nie przyjechał tu po to, by robić za worek treningowy. Louvain nie zamierzał jednak narzekać. Brutalność nie była mu obca, a brudne zagrywki od dawna stanowiły jeden z jego ulubionych sposobów osiągania celu. Nie interesowało go, czy zwycięstwo zostanie uznane za eleganckie. Elegancja była luksusem dla tych, którzy mogli sobie pozwolić na przegraną. Kiedy wreszcie nadarzyła się sposobność, nie zawahał się ani przez moment. Wykorzystał zamieszanie, zagrał nieczysto, jeśli trzeba było, i rzucił się za zniczem w ryzykowny pościg. Złapał go. Przyniósł drużynie zwycięstwo, zanim ktokolwiek zdążył odebrać mu tę szansę. Przez krótką chwilę nie czuł niczego poza ulgą. Po raz pierwszy od przyjazdu do Rosji coś poszło po jego myśli. Miał w ręku dowód, że wciąż potrafi wygrywać, nawet będąc w samym centrum tej paskudnej barbarii. Przynajmniej na razie nie musiał już obawiać się, że do końca turnusu zostanie dla tych barbarzyńców wyłącznie frajerem do bicia.  </p>
<p>Wygrany mecz okazał się nie być jedynym pozytywnym powiewem wiatru zmian. Koldovstoretz nadal pozostawało miejscem, któe było przykładem wyższości zachodniej cywilizacji nad wschodnim barbarzyństwem. Na narzekanie miał zresztą materiału pod dostatkiem. Jedzenie było paskudne, bo podstawę stanowiła skrobia ze skrobią, a jedynym urozmaiceniem smakowym pozostawał tłuszcz. O elegancji tutejszych ubrań lepiej było nie wspominać, podobnie jak o języku, który w jego uszach brzmiał tak, jakby wszyscy mieszkańcy kraju jednocześnie przechodzili rozległy udar. Najbardziej osobliwy pozostawał jednak tutejszy mariaż prostackości z szykiem i wyuzdaniem. Przez większość dnia otaczała go banda dzikusów, dla których rozwiązanie konfliktu za pomocą czarnej magii było zbyt naturalne, by wieczorem ci sami ludzie zasiadali nad szachownicami z minami uczonych. I, co gorsza, traktowali tę grę z wręcz skandaliczną powagą. Sam Louvain nie zdecydowałby się na uczestnictwo w podobnych zajęciach z własnej woli. Okoliczności potrafiły jednak zmusić człowieka do przewartościowania nawet najbardziej ugruntowanych przekonań. Profesor prowadzący zajęcia okazał się arcymistrzem szachowym, człowiekiem, któremu zdarzało się wyjeżdżać za granicę i który, co ważniejsze, potrafił wykrztusić z siebie kilka zdań po angielsku. Jeszcze większe znaczenie miał fakt, że pod opieką profesora znajdowała się również pewna uczennica, która także potrafiła porozumiewać się w języku, w którym nie każde zdanie brzmiało jak objaw udaru. Perspektywa rozmowy z kimś w podobnym wieku, bez konieczności odgadywania znaczenia co drugiego słowa z kontekstu lub mimiki rozmówcy była bardzo kusząca. Był już zwyczajnie zdesperowany. Potrzebował kontaktu z kimś, kto nie traktowałby go jak egzotycznego intruza. Jeśli ceną za kilka chwil względnie normalnej rozmowy miało być nauczenie się zasad gry, którą dotąd uważał za wyjątkowo nudną, gotów był ponieść tę ofiarę. Zresztą nie zamierzał pozostawać w czymś gorszy, niż było to konieczne. Skoro już miał poświęcić czas na szachy, równie dobrze mógł nauczyć się ich na tyle, by nie przynosić sobie wstydu. Gdyby go zapytać, to wciąż, robił to z przyczyn znacznie bardziej przyziemnych: chciał wreszcie z kimś porozmawiać. A jeśli przy okazji udałoby mu się odkryć, że i w tej części świata istnieją ludzie, których towarzystwo nie przyprawia o ból głowy, być może Rosja przestałaby przypominać mu wyłącznie wyrok z odroczonym terminem wykonania. </p>
<p>Wieczorową porą sala szachowa nabierała właściwego charakteru. Za dnia pełna była, szorstkich poleceń profesora i rosyjskiej mowy, której Louvain wciąż nie potrafił słuchać bez podejrzenia, że połowa obecnych właśnie życzy mu śmierci. Teraz, kiedy za oknami zalegał mrok, a na stole dopalały się świece, miejsce wydawało się niemal przytulne. Przed sobą miał szachownicę, po drugiej stronie siedziała jego nowa znajoma, a profesor, który dotąd stanowił ich jedyny łącznik wreszcie opuścił salę, zostawiając ich samych. Louvain przez chwilę nie robił niczego szczególnie interesującego. Przesuwał palcem po krawędzi stołu, obracał w dłoni zdobytą figurę, od czasu do czasu przenosząc wzrok na planszę, jakby rzeczywiście rozważał kolejny ruch. W istocie znacznie bardziej zajmowała go dziewczyna siedząca naprzeciwko. Znad płomieni świec przyglądał się rysom jej twarzy, próbując rozstrzygnąć istotną kwestię. Czy z rosyjskimi dziewczętami można było flirtować tak samo jak z angielskimi? Czy jego uśmiech miał tutaj choć zbliżone znaczenie, czy może na wschodzie należało dodać jakiś inny grymas, albo chociaż deklarację lojalności wobec cara? A spojrzenie? Czy spojrzenie czarodzieja mogło być równie głębokie, kiedy każdy tutaj nosił na twarzy mróz Wostoku. Nie miał zamiaru pytać o to profesora. Pozostawał jednak problem pierwszego kroku. Wiedział przynajmniej, że dziewczyna lubiła muzykę. Profesor wspomniał o tym, zanim jeszcze ich sobie przedstawił, zachwalając jej zamiłowanie do niej z takim zapałem, jakby chciał z góry uprzedzić, że w tej jednej dziedzinie uczennica przewyższała większość jego podopiecznych. Nie przywiązał wówczas do tej informacji większej wagi. Teraz jednak, gdy z kąta sali dobiegał dźwięk gramofonu, uznał ją za całkiem użyteczną. Ciepłe brzmienie szansonu rozlewało się między nimi miękko, tworząc osobliwy kontrast z chłodem bijącym od grubych szyb. Louvain mógłby nawet uznać ten utwór za przyjemny, gdyby tylko rozumiał, o czym tak zawzięcie cierpi podmiot liryczny. Głos śpiewaka niósł w sobie coś z żalu, jakby ktoś właśnie utracił miłość swojego życia, albo ostatni przydział na wódkę. Przez moment rozważał, czy zapytać o płytę. Mógł od razu skomentować muzykę, ale istniało niebezpieczeństwo, że jego szczerość zostanie uznana za obrazę dobrego gustu. Nie znał jeszcze rosyjskich granic dobrego smaku, a ostatnie dni nauczyły go, że nie warto sprawdzać wszystkich naraz. </p>
<p><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Czy na tym lodowym bezdrożu istnieje choć jedna rzecz, za którą warto umierać?</span> Zapytał z miną zainteresowanego odpowiedzią, niemal uprzejmie, jakby zwracał się do znawczyni sztuki, prosząc o opinię na temat szczególnie udanego aktu. Jedynie lekko uniesiony kącik ust zdradzał, że pytanie nie było całkiem niewinne. Mógł przecież użyć ostrzejszych określeń. Przychodziły mu do głowy całkiem barwne epitety, którymi z przyjemnością opisałby ten bestialski kraj, jego toporną gościnność i mieszkańców sprawiających wrażenie, jakby urodzili się z lodowcem zamiast serca. Powstrzymał się jednak. Nie z grzeczności, rzecz jasna. Po prostu nie chciał marnować całego arsenału obelg na pierwszą rozmowę. Zresztą, być może wcale nie chodziło mu o Rosję. Może chciał jedynie usłyszeć, jak pod jej językiem, z jej rodzimym akcentem, układają się słów, których znaczenie nie potrzebowało tłumacza. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Wolność. Miłość. Duma.</span></p>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[14.02.1969] Nawiedzone obrazy, a pośród nich Ty | Percival & Astoria]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6525</link>
			<pubDate>Fri, 16 Oct 2026 18:41:22 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=666">Percival Fletcher</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6525</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">14.02.1969 rok, Galeria OdNowa</div>
<br />
Nieczęsto bywał w Londynie, a gdy bywał, zwykle nie miał za dużo czasu dla siebie, czy to, aby iść coś zjeść na mieście, czy to, aby poświęcić chwilę na odpoczynek. Prawda była taka, że gdy już wracał choć na moment do Wielkiej Brytanii, zawsze działał w pośpiechu, bo i powody powrotu nie były typowo <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">odpoczynkowe</span>. Jego kalendarz był przepełniony po brzegi. Dlatego tak bardzo się ucieszył, że spotkanie autorskie promujące jego najnowszą, wydaną w ubiegłym roku książkę przebiegło sprawnie i bez zbędnego zatrzymywania autora. Ludzi nie było zbyt dużo, w końcu kto przychodzi na spotkanie z autorem o 10 w piątek? On by nie poszedł, więc szacunek dla zainteresowanych. Jednak i tak było więcej osób niż na jego pierwszym, tym przed którym spróbował przetransmutować swoją twarz tak, aby nikt nie rozpoznał w nim klątwołamacza z Gringotta. Towarzystwo było trochę bardziej… Mieszane. Chociaż widział jak co najmniej dwie czarownice robiły do niego maślane oczka. Ale chwała za to Merlinowi, że nikt nie sprawił, że musiał siedzieć w księgarni dłużej niż planował. Nie miał na to czasu. <br />
<br />
O godzinie 14 umówił się ze swoją byłą studentką, Astorią Avery, a jako że była dopiero 13. Ale, nie na randkę, nie. Miał z nią porozmawiać o kilku ważnych rzeczach. Korzystając z tego, że kobieta była kuratorką sztuki, korzystając z nadmiaru wolnego czasu, miał nadzieję zwiedzić jeszcze Galerię OdNowa. Zawsze uwielbiał muzea i ich klimat, odwiedzał każde, które napotykał, choć osobiście wolał te związane z historią i techniką. Jedynie do galerii z obrazami było mu trochę nie po drodze. Nie powinno wiec nikogo dziwić, że w życiu tam nie był, choć w Londynie spędził niemal dziesięć lat życia. Nazywał to w głowie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">traumą wywołaną przez Grubą Damę</span>. Ta bowiem zawsze go zagadywała, gdy spieszył się na lekcje, a on głupi wdawał się w dyskusje, co skutkowało spóźnieniem. <br />
<br />
Dotarł do Galerii, otulając się specjalną, szytą na miarę szatą zimową, która utrzymywała komfortową temperaturę ciała czarodzieja, który ją nosił. Wszedł do środka i od razu się rozejrzał. Miejsce to na wstępie robiło ogromne wrażenie. Jego wnętrze było… magnetyzujące. Ściągnął okulary, których zapomniał zdjąć po wyjściu z Esów i Floresów, i które po wejściu do cieplejszego wnętrza lekko zaparowały. Korzystał z nich tak rzadko, że niekiedy zapominał, że nie rzucił na nie zaklęcia anty-pary. Jego wada wzroku nie była aż tak duża, że musiał chodzić w nich cały czas, nie przepadał za nimi. Jednak nie mógł sobie odmówić tego, że wyglądał na trochę bardziej <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">ułożonego</span> i <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">poważnego</span>. Zajebista sprawa, szczególnie w sprawach biznesowych, pisarskich lub uniwersyteckich. Ale tutaj, choć przybył tu w interesach naukowych, miał wrażenie, że mógł sobie pozwolić na odrobinę większą swobodę. A przynajmniej miał taką nadzieję, bo Astoria nie była już jego studentką. Odezwał się do niej listownie w sprawie konsultacji do powieści, w trakcie pisania której właśnie był. Miała opowiadać o kuratorce sztuki, łudząco podobnej do Astorii, choć Percy twierdził, że to akurat nieświadomie, odkrywając tajemnicę domu, w którym nawiedzone były obrazy. Pomysł wydawał mu się dobry, choć wymagał dopracowania. Ba, w jego wyobraźni miał on zadatki na serię, jednak nie chciał się zamykać w szufladzie kogoś, kto tworzy książki w seriach, jedna po drugiej, będących kontynuacjami. Z wątkami, które niekiedy były odgrzewany kotletami. Jego podejście do prozy było chyba bardziej klasyczne. <br />
<br />
Rozejrzał się i nie widząc żadnej znajomej twarzy, zdecydował się wprowadzić swój plan w życie. Najpierw zwiedzenie, później rozmowa z panną Avery. Kulturalnie przywitał się z osobą sprzedającą bilety. Kupił wejście, choć pewnie każdy inny powołałby się na niegdysiejsze bycie wykładowcą lub <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">artystą</span>, aby tylko wejść na ekspozycję za mniejszą ilość sykli. On jednak nie był takim człowiekiem. Może i w młodości, w czasach szkolnych, zdarzało mu się ukraść coś drobnego raz na jakiś czas, z czego złapany za taki wybryk został tylko raz, na drugim roku (po czym dostał wyjca od ojca i czuł ogromny wstyd przez całą resztę roku), ale od dawna w ogóle tego nie robił. Na Merlina, przecież pracował w Banku! Znał wartość pieniędzy. No i był już za stary na szukanie adrenaliny w kradzieży tak, jak ojciec zawsze mówił: cicho, sprawnie i bez zbędnych świadków. Przed wejściem na wystawę, odwiesił jeszcze szatę w szatni, aby przypadkiem nie nabrudzić.<br />
<br />
Z każdą salą, był coraz bardziej zachwycony zbiorami Galerii. Każde z eksponowanych przez nią dzieł napawał go ogromnym wręcz natchnieniem. Czuł się tak, jakby pomysły go wręcz rozpierały. Jednak, jeśli miał wybierać, większy wpływ niż rzeźby wywarły na nim portrety. W każdym dostrzegał emocje portretowanej osoby, miał wrażenie, że widzi jej charakter, nawet gdy postaci powstrzymywały się od mówienia i próbowały udawać nieruchome, aby zwiedzający mógł je podziwiać. Jednak im dalej szedł, tym bardziej robiło się to niepokojące. Albo to może jego wyobraźnia się rozszalała. Szala się przelała, gdy na ostatnim obrazie w sali dostrzegł prawdziwe znudzenie; był to obraz matki z córką. Matka stała nieruchomo, dziewczynka też usiłowała, jednak w pewnym momencie ruszyła się i spojrzała na matkę. Zapytała ją o coś niezrozumiale, bardzo cicho, a matka wtedy w końcu się ruszyła, trzepnęła ją lekko w tył pleców, aby ta się na nowo wyprostowała i uśmiechnęła. <br />
<br />
Wtedy właśnie Percival stwierdził, że już wie, czemu nie przepada za portretami. I ruszył dalej, aby oglądać pejzaże. Po niepokoju i lekkiej konsternacji, którą poczuł w poprzedniej sali, w Jadeitowym Lesie poczuł spokój. No, takie łono natury potrafił znieść i nawet lubić. Przynajmniej pszczoły nie latały wokół niego. Zatrzymał się przy jednym z zimowych pejzaży, z rzeką, łudząco przypominającą rzekę Liffey w Wicklow. Co prawda przepływała ona też przez jego rodzinny Dublin, ale to właśnie piękne widoki z <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Cill Mhantáin</span> zapadły w pamięć, z którychś wakacji spędzonych u dziadka. Uśmiechnął się na myśl o tym. Było to miłe wspomnienie. Nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, że w momencie, kiedy wpatrywał się w ruchomy obraz i obserwował jak wolno płynie rzeka, wybiła godzina 14. To, aby być niesłownym i niepunktualnym nie było jego celem. Nie lubił spóźnialstwa u innych, a sam właśnie był spóźniony, co za paskudna hipokryzja… Gdy się zorientował, znacznie przyspieszył zwiedzanie, licząc na to, że wpadnie na kobietę w połowie drogi do umówionego miejsca.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">14.02.1969 rok, Galeria OdNowa</div>
<br />
Nieczęsto bywał w Londynie, a gdy bywał, zwykle nie miał za dużo czasu dla siebie, czy to, aby iść coś zjeść na mieście, czy to, aby poświęcić chwilę na odpoczynek. Prawda była taka, że gdy już wracał choć na moment do Wielkiej Brytanii, zawsze działał w pośpiechu, bo i powody powrotu nie były typowo <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">odpoczynkowe</span>. Jego kalendarz był przepełniony po brzegi. Dlatego tak bardzo się ucieszył, że spotkanie autorskie promujące jego najnowszą, wydaną w ubiegłym roku książkę przebiegło sprawnie i bez zbędnego zatrzymywania autora. Ludzi nie było zbyt dużo, w końcu kto przychodzi na spotkanie z autorem o 10 w piątek? On by nie poszedł, więc szacunek dla zainteresowanych. Jednak i tak było więcej osób niż na jego pierwszym, tym przed którym spróbował przetransmutować swoją twarz tak, aby nikt nie rozpoznał w nim klątwołamacza z Gringotta. Towarzystwo było trochę bardziej… Mieszane. Chociaż widział jak co najmniej dwie czarownice robiły do niego maślane oczka. Ale chwała za to Merlinowi, że nikt nie sprawił, że musiał siedzieć w księgarni dłużej niż planował. Nie miał na to czasu. <br />
<br />
O godzinie 14 umówił się ze swoją byłą studentką, Astorią Avery, a jako że była dopiero 13. Ale, nie na randkę, nie. Miał z nią porozmawiać o kilku ważnych rzeczach. Korzystając z tego, że kobieta była kuratorką sztuki, korzystając z nadmiaru wolnego czasu, miał nadzieję zwiedzić jeszcze Galerię OdNowa. Zawsze uwielbiał muzea i ich klimat, odwiedzał każde, które napotykał, choć osobiście wolał te związane z historią i techniką. Jedynie do galerii z obrazami było mu trochę nie po drodze. Nie powinno wiec nikogo dziwić, że w życiu tam nie był, choć w Londynie spędził niemal dziesięć lat życia. Nazywał to w głowie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">traumą wywołaną przez Grubą Damę</span>. Ta bowiem zawsze go zagadywała, gdy spieszył się na lekcje, a on głupi wdawał się w dyskusje, co skutkowało spóźnieniem. <br />
<br />
Dotarł do Galerii, otulając się specjalną, szytą na miarę szatą zimową, która utrzymywała komfortową temperaturę ciała czarodzieja, który ją nosił. Wszedł do środka i od razu się rozejrzał. Miejsce to na wstępie robiło ogromne wrażenie. Jego wnętrze było… magnetyzujące. Ściągnął okulary, których zapomniał zdjąć po wyjściu z Esów i Floresów, i które po wejściu do cieplejszego wnętrza lekko zaparowały. Korzystał z nich tak rzadko, że niekiedy zapominał, że nie rzucił na nie zaklęcia anty-pary. Jego wada wzroku nie była aż tak duża, że musiał chodzić w nich cały czas, nie przepadał za nimi. Jednak nie mógł sobie odmówić tego, że wyglądał na trochę bardziej <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">ułożonego</span> i <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">poważnego</span>. Zajebista sprawa, szczególnie w sprawach biznesowych, pisarskich lub uniwersyteckich. Ale tutaj, choć przybył tu w interesach naukowych, miał wrażenie, że mógł sobie pozwolić na odrobinę większą swobodę. A przynajmniej miał taką nadzieję, bo Astoria nie była już jego studentką. Odezwał się do niej listownie w sprawie konsultacji do powieści, w trakcie pisania której właśnie był. Miała opowiadać o kuratorce sztuki, łudząco podobnej do Astorii, choć Percy twierdził, że to akurat nieświadomie, odkrywając tajemnicę domu, w którym nawiedzone były obrazy. Pomysł wydawał mu się dobry, choć wymagał dopracowania. Ba, w jego wyobraźni miał on zadatki na serię, jednak nie chciał się zamykać w szufladzie kogoś, kto tworzy książki w seriach, jedna po drugiej, będących kontynuacjami. Z wątkami, które niekiedy były odgrzewany kotletami. Jego podejście do prozy było chyba bardziej klasyczne. <br />
<br />
Rozejrzał się i nie widząc żadnej znajomej twarzy, zdecydował się wprowadzić swój plan w życie. Najpierw zwiedzenie, później rozmowa z panną Avery. Kulturalnie przywitał się z osobą sprzedającą bilety. Kupił wejście, choć pewnie każdy inny powołałby się na niegdysiejsze bycie wykładowcą lub <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">artystą</span>, aby tylko wejść na ekspozycję za mniejszą ilość sykli. On jednak nie był takim człowiekiem. Może i w młodości, w czasach szkolnych, zdarzało mu się ukraść coś drobnego raz na jakiś czas, z czego złapany za taki wybryk został tylko raz, na drugim roku (po czym dostał wyjca od ojca i czuł ogromny wstyd przez całą resztę roku), ale od dawna w ogóle tego nie robił. Na Merlina, przecież pracował w Banku! Znał wartość pieniędzy. No i był już za stary na szukanie adrenaliny w kradzieży tak, jak ojciec zawsze mówił: cicho, sprawnie i bez zbędnych świadków. Przed wejściem na wystawę, odwiesił jeszcze szatę w szatni, aby przypadkiem nie nabrudzić.<br />
<br />
Z każdą salą, był coraz bardziej zachwycony zbiorami Galerii. Każde z eksponowanych przez nią dzieł napawał go ogromnym wręcz natchnieniem. Czuł się tak, jakby pomysły go wręcz rozpierały. Jednak, jeśli miał wybierać, większy wpływ niż rzeźby wywarły na nim portrety. W każdym dostrzegał emocje portretowanej osoby, miał wrażenie, że widzi jej charakter, nawet gdy postaci powstrzymywały się od mówienia i próbowały udawać nieruchome, aby zwiedzający mógł je podziwiać. Jednak im dalej szedł, tym bardziej robiło się to niepokojące. Albo to może jego wyobraźnia się rozszalała. Szala się przelała, gdy na ostatnim obrazie w sali dostrzegł prawdziwe znudzenie; był to obraz matki z córką. Matka stała nieruchomo, dziewczynka też usiłowała, jednak w pewnym momencie ruszyła się i spojrzała na matkę. Zapytała ją o coś niezrozumiale, bardzo cicho, a matka wtedy w końcu się ruszyła, trzepnęła ją lekko w tył pleców, aby ta się na nowo wyprostowała i uśmiechnęła. <br />
<br />
Wtedy właśnie Percival stwierdził, że już wie, czemu nie przepada za portretami. I ruszył dalej, aby oglądać pejzaże. Po niepokoju i lekkiej konsternacji, którą poczuł w poprzedniej sali, w Jadeitowym Lesie poczuł spokój. No, takie łono natury potrafił znieść i nawet lubić. Przynajmniej pszczoły nie latały wokół niego. Zatrzymał się przy jednym z zimowych pejzaży, z rzeką, łudząco przypominającą rzekę Liffey w Wicklow. Co prawda przepływała ona też przez jego rodzinny Dublin, ale to właśnie piękne widoki z <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Cill Mhantáin</span> zapadły w pamięć, z którychś wakacji spędzonych u dziadka. Uśmiechnął się na myśl o tym. Było to miłe wspomnienie. Nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, że w momencie, kiedy wpatrywał się w ruchomy obraz i obserwował jak wolno płynie rzeka, wybiła godzina 14. To, aby być niesłownym i niepunktualnym nie było jego celem. Nie lubił spóźnialstwa u innych, a sam właśnie był spóźniony, co za paskudna hipokryzja… Gdy się zorientował, znacznie przyspieszył zwiedzanie, licząc na to, że wpadnie na kobietę w połowie drogi do umówionego miejsca.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[07/1957] The wrong shore to die on]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6524</link>
			<pubDate>Fri, 16 Oct 2026 17:50:20 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=128">Bard Beedle</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6524</guid>
			<description><![CDATA[[inny avek]https://64.media.tumblr.com/35619443c3961fefb085a7a0bbe82542/9edf08831b286c25-30/s500x750/97d6b6c0f8760bb97d82b03fafa0fb7a05dcd5b6.pnj[/inny avek]<br />
Nuda była gorsza od zimowego głodu, była gorsza od wszystkiego, czego przyszło mi zaznać, śmierć okazała się dłuższa od niejednej zimy, którą pamiętałem z czasów, gdy jeszcze posiadałem fizyczne ciało, lecz w przeciwieństwie do samego powolnego konania z chłodu, nigdy nie miałem w niej zaznać końca… Za życia nie należałem do szczególnie cierpliwych, co zresztą stanowiło jedną z wielu moich rozlicznych zalet wielkiego wojownika, obok zamiłowania do miodu pitnego, bójek, które zwykle nie potrzebowały powodu, abym się wydarzyć, gdy byłem za nie odpowiedzialny, oraz przekonania, że jeśli coś można było załatwić siłą topora, nie należało zawracać sobie głowy długimi rozmowami - wszystko to okazało się jednak wyjątkowo mało przydatne po wydaniu z siebie ostatniego tchu, kiedy nie mogłem już ani napić się porządnego trunku, ani przyłożyć nikomu tak, żeby przynajmniej na chwilę zaznać jego gniewnej uwagi. Oczywiście, nie mogłem też umrzeć po raz drugi, choć przyznam, nieraz próbowałem, głównie z desperacko zadawanego sobie pytania, czy istniał jakiś kres tego przeklętego stanu albo sposób, by odzyskać godność i wyruszyć w dalszą drogę - nie istniał - przynajmniej nie znalazłem go przez te wszystkie księżyce, które upłynęły od chwili, gdy pewien wyjątkowo tępy chuj rozłupał mi czaszkę czymś ciężkim. <br />
Kiedy przybyłem na te ziemie, nie zamierzałem zatrzymywać się na nich dłużej, bo choć wówczas byłem przekonany, że bogowie musieli mieć wobec mnie jakiś plan, skoro prądy zniosły naszą łódź tak daleko od obranego kursu, przypłynąłem tu z kilkoma braćmi wyłącznie po to, by uczynić z nieznanego brzegu jeden z wielu przystanków w naszej podróży, nie miejsce mego pochówku. Ledwie zdążyłem postawić stopę na brzegu, rozejrzeć się za czymś, co przypominałoby osadę godną złupienia i splunąć w piasek na znak pogardy dla tutejszych bogów, dostałem w łeb i zdechłem. Koniec historii. Niegdyś umiałem naprawić złamane wiosło, rozpalić ogień w deszczu, rozpoznać zbliżający się sztorm po kolorze chmur i przyłożyć komuś tak, żeby przez kilka dni pamiętał, dlaczego nie należało sięgać po cudzą własność, lecz teraz nie mogłem zrobić już zupełnie nic… Zamiast trafić do Walhalli, gdzie mógłbym ucztować u boku poległych wojowników, albo do jakiejś ponurej krainy, gdzie przynajmniej miałbym pewność, że ktoś przydzielił mi właściwe miejsce, zostałem tutaj, na kawałku ziemi, który z czasem obudowano kamieniami, ozdobiono nagrobkami i przeznaczono dla kolejnych umarłych. „Cmentarz”, nazywali to miejscowi, dla mnie był to po prostu nędzny kawałek jałowego gruntu, na którym nawet po śmierci nie można było liczyć na dobre towarzystwo - duchy pojawiały się i odchodziły, niektóre płakały, inne zawodziły, jeszcze inne snuły się między grobami z minami tak ponurymi, iż miałem ochotę zapytać, czy ktoś im przypadkiem ukradł ostatnią beczkę miodu albo odbił dziewoję. Próbowałem opowiadać im o morzu, o sztormach, o bitwach i o tym, jak pewnego razu jeden z moich towarzyszy wpadł do beczki z kiszoną rybą, kiedy statek przechylił się na fali, przez co śmierdział nam przez następne tygodnie, a i rekin nie raz próbował go wpierdolić, ale nie potrafili docenić porządnej historii - nikt się nie śmiał - jeden starzec kazał mi się zamknąć, niewiasta w szarym całunie rozpłynęła się w powietrzu, zaś młody wojownik, który wyglądał na takiego, co mógłby znać się na rzeczy, po prostu przeszedł przeze mnie i poszedł dalej. Niech ich wszystkich Thor weźmie! <br />
Nocami było jeszcze gorzej, za dnia przynajmniej mogłem obserwować żywych, choć ich obyczaje i obrzędy nieraz budziły we mnie wstręt tak głęboki, że miałem ochotę splunąć na kurhany ich krewnych, po zmroku zostawałem sam z niebem i księżycem, który zawsze wracał na swoje miejsce. Siedziałem więc na niezamieszkałej płycie nagrobnej, z nogami wyciągniętymi przed siebie i liczyłem kolejne pełnie, próbując ustalić, ile właściwie czasu minęło od chwili, gdy nędzny tchórz roztrzaskał mi czaszkę - było ich już tyle, że nawet wspomnienia rodzinnej osady zaczęły mi się zacierać - pamiętałem zapach smoły na drakkarze, skrzypienie mokrych lin, smak solonego mięsa i głos matki, która twierdziła, że skończę źle, jeśli nie nauczę się trzymać języka za zębami. Nie miała racji, lecz przyznałbym jej ją wyłącznie po to, aby jeszcze raz zobaczyć tamten uśmiech, jakim mnie wtedy obdarzała. <br />
Rozważałem właśnie, czy rzucenie się do najbliższej rozkopanej mogiły mogłoby zapewnić mi choć odrobinę rozrywki, kiedy usłyszałem hałas - najpierw trzask gałęzi, potem szybkie kroki, wreszcie czyjś oddech, urywany i ciężki - podniosłem głowę akurat, gdy spomiędzy nagrobków wyłoniła się żywa istota, podlotek raptem, młoda kobieta pędząca przed siebie z taką prędkością, jakby gonił ją cały orszak draugrów. <br />
-<span style="font-style: italic;" class="mycode_i"> Dokąd tak pędzisz, białogłowa? Zatrzymaj się, dziewko!</span> - Poprawiłem brodę, zeskoczyłem z płyty i stanąłem na jej drodze, rozkładając ramiona szeroko niczym wojownik szykujący się do abordażu, podczas gdy z moich ust wydostało się chropawe. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Bla bla bla, Bla? BLA BLA, BLA!</span> - Zawisłem tuż przed nią, przyglądając jej się z zainteresowaniem, którego nie czułem od tak wielu księżyców, że aż zrobiło mi się lżej na duszy. - <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Mów prędko, niewiasto, bom od tylu zim nie słyszał nic prócz własnych przekleństw, że wysłucham cię nawet wtedy, gdybyś miała gadać do świtania samego!</span> <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Bla bla, bla, bla bla bla bla bla bla bla bla bla bla, bla bla bla bla, bla bla bla bla bla bla!</span> - Wyprostowałem się, czując, że oto nadszedł dzień, w którym bogowie wreszcie przypomnieli sobie o moim istnieniu. <br />
<br />
<div class="ramka">Bard:  <a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=544" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Benjy Fenwick</a>  </div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[[inny avek]https://64.media.tumblr.com/35619443c3961fefb085a7a0bbe82542/9edf08831b286c25-30/s500x750/97d6b6c0f8760bb97d82b03fafa0fb7a05dcd5b6.pnj[/inny avek]<br />
Nuda była gorsza od zimowego głodu, była gorsza od wszystkiego, czego przyszło mi zaznać, śmierć okazała się dłuższa od niejednej zimy, którą pamiętałem z czasów, gdy jeszcze posiadałem fizyczne ciało, lecz w przeciwieństwie do samego powolnego konania z chłodu, nigdy nie miałem w niej zaznać końca… Za życia nie należałem do szczególnie cierpliwych, co zresztą stanowiło jedną z wielu moich rozlicznych zalet wielkiego wojownika, obok zamiłowania do miodu pitnego, bójek, które zwykle nie potrzebowały powodu, abym się wydarzyć, gdy byłem za nie odpowiedzialny, oraz przekonania, że jeśli coś można było załatwić siłą topora, nie należało zawracać sobie głowy długimi rozmowami - wszystko to okazało się jednak wyjątkowo mało przydatne po wydaniu z siebie ostatniego tchu, kiedy nie mogłem już ani napić się porządnego trunku, ani przyłożyć nikomu tak, żeby przynajmniej na chwilę zaznać jego gniewnej uwagi. Oczywiście, nie mogłem też umrzeć po raz drugi, choć przyznam, nieraz próbowałem, głównie z desperacko zadawanego sobie pytania, czy istniał jakiś kres tego przeklętego stanu albo sposób, by odzyskać godność i wyruszyć w dalszą drogę - nie istniał - przynajmniej nie znalazłem go przez te wszystkie księżyce, które upłynęły od chwili, gdy pewien wyjątkowo tępy chuj rozłupał mi czaszkę czymś ciężkim. <br />
Kiedy przybyłem na te ziemie, nie zamierzałem zatrzymywać się na nich dłużej, bo choć wówczas byłem przekonany, że bogowie musieli mieć wobec mnie jakiś plan, skoro prądy zniosły naszą łódź tak daleko od obranego kursu, przypłynąłem tu z kilkoma braćmi wyłącznie po to, by uczynić z nieznanego brzegu jeden z wielu przystanków w naszej podróży, nie miejsce mego pochówku. Ledwie zdążyłem postawić stopę na brzegu, rozejrzeć się za czymś, co przypominałoby osadę godną złupienia i splunąć w piasek na znak pogardy dla tutejszych bogów, dostałem w łeb i zdechłem. Koniec historii. Niegdyś umiałem naprawić złamane wiosło, rozpalić ogień w deszczu, rozpoznać zbliżający się sztorm po kolorze chmur i przyłożyć komuś tak, żeby przez kilka dni pamiętał, dlaczego nie należało sięgać po cudzą własność, lecz teraz nie mogłem zrobić już zupełnie nic… Zamiast trafić do Walhalli, gdzie mógłbym ucztować u boku poległych wojowników, albo do jakiejś ponurej krainy, gdzie przynajmniej miałbym pewność, że ktoś przydzielił mi właściwe miejsce, zostałem tutaj, na kawałku ziemi, który z czasem obudowano kamieniami, ozdobiono nagrobkami i przeznaczono dla kolejnych umarłych. „Cmentarz”, nazywali to miejscowi, dla mnie był to po prostu nędzny kawałek jałowego gruntu, na którym nawet po śmierci nie można było liczyć na dobre towarzystwo - duchy pojawiały się i odchodziły, niektóre płakały, inne zawodziły, jeszcze inne snuły się między grobami z minami tak ponurymi, iż miałem ochotę zapytać, czy ktoś im przypadkiem ukradł ostatnią beczkę miodu albo odbił dziewoję. Próbowałem opowiadać im o morzu, o sztormach, o bitwach i o tym, jak pewnego razu jeden z moich towarzyszy wpadł do beczki z kiszoną rybą, kiedy statek przechylił się na fali, przez co śmierdział nam przez następne tygodnie, a i rekin nie raz próbował go wpierdolić, ale nie potrafili docenić porządnej historii - nikt się nie śmiał - jeden starzec kazał mi się zamknąć, niewiasta w szarym całunie rozpłynęła się w powietrzu, zaś młody wojownik, który wyglądał na takiego, co mógłby znać się na rzeczy, po prostu przeszedł przeze mnie i poszedł dalej. Niech ich wszystkich Thor weźmie! <br />
Nocami było jeszcze gorzej, za dnia przynajmniej mogłem obserwować żywych, choć ich obyczaje i obrzędy nieraz budziły we mnie wstręt tak głęboki, że miałem ochotę splunąć na kurhany ich krewnych, po zmroku zostawałem sam z niebem i księżycem, który zawsze wracał na swoje miejsce. Siedziałem więc na niezamieszkałej płycie nagrobnej, z nogami wyciągniętymi przed siebie i liczyłem kolejne pełnie, próbując ustalić, ile właściwie czasu minęło od chwili, gdy nędzny tchórz roztrzaskał mi czaszkę - było ich już tyle, że nawet wspomnienia rodzinnej osady zaczęły mi się zacierać - pamiętałem zapach smoły na drakkarze, skrzypienie mokrych lin, smak solonego mięsa i głos matki, która twierdziła, że skończę źle, jeśli nie nauczę się trzymać języka za zębami. Nie miała racji, lecz przyznałbym jej ją wyłącznie po to, aby jeszcze raz zobaczyć tamten uśmiech, jakim mnie wtedy obdarzała. <br />
Rozważałem właśnie, czy rzucenie się do najbliższej rozkopanej mogiły mogłoby zapewnić mi choć odrobinę rozrywki, kiedy usłyszałem hałas - najpierw trzask gałęzi, potem szybkie kroki, wreszcie czyjś oddech, urywany i ciężki - podniosłem głowę akurat, gdy spomiędzy nagrobków wyłoniła się żywa istota, podlotek raptem, młoda kobieta pędząca przed siebie z taką prędkością, jakby gonił ją cały orszak draugrów. <br />
-<span style="font-style: italic;" class="mycode_i"> Dokąd tak pędzisz, białogłowa? Zatrzymaj się, dziewko!</span> - Poprawiłem brodę, zeskoczyłem z płyty i stanąłem na jej drodze, rozkładając ramiona szeroko niczym wojownik szykujący się do abordażu, podczas gdy z moich ust wydostało się chropawe. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Bla bla bla, Bla? BLA BLA, BLA!</span> - Zawisłem tuż przed nią, przyglądając jej się z zainteresowaniem, którego nie czułem od tak wielu księżyców, że aż zrobiło mi się lżej na duszy. - <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Mów prędko, niewiasto, bom od tylu zim nie słyszał nic prócz własnych przekleństw, że wysłucham cię nawet wtedy, gdybyś miała gadać do świtania samego!</span> <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Bla bla, bla, bla bla bla bla bla bla bla bla bla bla, bla bla bla bla, bla bla bla bla bla bla!</span> - Wyprostowałem się, czując, że oto nadszedł dzień, w którym bogowie wreszcie przypomnieli sobie o moim istnieniu. <br />
<br />
<div class="ramka">Bard:  <a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=544" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Benjy Fenwick</a>  </div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[07/57] Something borrowed, something blue, something I would blame on you | A.R&P.B]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6522</link>
			<pubDate>Wed, 14 Oct 2026 16:27:56 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=544">Benjy Fenwick</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6522</guid>
			<description><![CDATA[Jakim cudem dotarliśmy od pierwszych prób utrzymania pozorów do wspólnego kosztowania kolejnych deserów przy słodkim stole, wymieniania uwag na temat weselnych napojów oraz podkradania sobie nawzajem tych kąsków, które drugie zdążyło już upatrzyć, pozostawało zagadką, której nie zamierzałem rozwiązywać, skoro jej nierozwiązanie przynosiło nam całkiem wymierne korzyści. Taka okazja nie zdarzała się bowiem zbyt często, nawet w moim życiu, przez co musiałem przyznać, że spędy rodzinne może miały jednak w sobie pewien potencjał, którego wcześniej nie doceniałem - o ile ta rodzina nie była, rzecz jasna, moja, to było osobne spostrzeżenie - szczególnie jeśli nikt nie zadawał sobie trudu, żeby sprawdzić, czy imię gościa rzeczywiście figurowało na liście zaproszonych, zanim wpuścił go na salę, zaś on sam wykazał dostatecznie dużo pewności siebie, by wejść między biesiadników jak ktoś, kto od początku miał pełne prawo znaleźć się w tym miejscu. <br />
Nikt oficjalnie nie zapraszał mnie na to wesele, nie otrzymałem eleganckiej koperty z moim nazwiskiem wypisanym ozdobnym pismem, nie miałem pojęcia, kto właściwie odpowiadał za rozmieszczenie wujków przy stołach ani komu powinienem był podziękować za zaproszenie, którego przecież nie dostałem, lecz zdecydowanie zdążyłem na tyle płynnie wtopić się w tłum, by nikt chociażby przez moment nie kwestionował mojej obecności ani związanych z nią przywilejów. Może tego nie dostrzeżono, może nie śmiano tego robić, tym bardziej że przecież pojawiłem się w towarzystwie narzeczonej, co stanowiło wystarczająco przekonujące wyjaśnienie, by uzasadnić obecność nie jednej, lecz dwóch nieproszonych osób - jedną nieznajomą twarz pośród znanych oblicz można było jeszcze zakwestionować w taki sposób, aby nie popełnić towarzyskiego samobójstwa, ale <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">dwie?!, na Morganę z Merlinem, tak się nie godziło</span> - najwyraźniej znaleźliśmy lukę w systemie, o której istnieniu wcześniej nie wiedzieliśmy i musiałem przyznać, że jak na wieczór rozpoczęty od bezczelnego wtargnięcia na cudze wesele, bawiłem się z tą myślą całkiem wybornie. Bez tej całej analitycznej nadgorliwości, którą Prudence traktowała niemal jak główny cel własnego życia, oraz bez mojego zwyczaju szukania okazji do wbicia szpili w jej podejście do życia, wpasowywaliśmy się w otoczenie z wręcz nieprzyzwoitą łatwością, niczym para, która naprawdę miała prawo tu być i nie musiała nikomu niczego udowadniać - teraz pozostawało jedynie utrzymać ten stan rzeczy tak długo, jak tylko pozwalała na to muzyka, alkohol oraz nasza wyjątkowo nieoczekiwana kompatybilność we wspólnym udawaniu, że wszystko przychodziło nam zupełnie naturalnie.<br />
Byliśmy więc całkiem zgrabną częścią tego weselnego zamieszania, kołysząc się na parkiecie między innymi ludźmi, gdzie również znaleźliśmy się w ramach przypadku, ale… to działało - naprawdę - przynajmniej dopóki żadne z nas nie zaczynało przyglądać się sytuacji zbyt uważnie, ponieważ gdzieś tam zapewne oboje zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że wystarczyłaby dosłownie chwila, by pod pozorem dobrze odegranej roli znów wychynęły wszystkie powody, dla których rozsądniej byłoby trzymać się od siebie z daleka, zamiast pozwalać muzyce decydować za nas, jak blisko siebie powinniśmy się znaleźć.<br />
<br />
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=tmo7cCP.jpeg[/inny avek]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Jakim cudem dotarliśmy od pierwszych prób utrzymania pozorów do wspólnego kosztowania kolejnych deserów przy słodkim stole, wymieniania uwag na temat weselnych napojów oraz podkradania sobie nawzajem tych kąsków, które drugie zdążyło już upatrzyć, pozostawało zagadką, której nie zamierzałem rozwiązywać, skoro jej nierozwiązanie przynosiło nam całkiem wymierne korzyści. Taka okazja nie zdarzała się bowiem zbyt często, nawet w moim życiu, przez co musiałem przyznać, że spędy rodzinne może miały jednak w sobie pewien potencjał, którego wcześniej nie doceniałem - o ile ta rodzina nie była, rzecz jasna, moja, to było osobne spostrzeżenie - szczególnie jeśli nikt nie zadawał sobie trudu, żeby sprawdzić, czy imię gościa rzeczywiście figurowało na liście zaproszonych, zanim wpuścił go na salę, zaś on sam wykazał dostatecznie dużo pewności siebie, by wejść między biesiadników jak ktoś, kto od początku miał pełne prawo znaleźć się w tym miejscu. <br />
Nikt oficjalnie nie zapraszał mnie na to wesele, nie otrzymałem eleganckiej koperty z moim nazwiskiem wypisanym ozdobnym pismem, nie miałem pojęcia, kto właściwie odpowiadał za rozmieszczenie wujków przy stołach ani komu powinienem był podziękować za zaproszenie, którego przecież nie dostałem, lecz zdecydowanie zdążyłem na tyle płynnie wtopić się w tłum, by nikt chociażby przez moment nie kwestionował mojej obecności ani związanych z nią przywilejów. Może tego nie dostrzeżono, może nie śmiano tego robić, tym bardziej że przecież pojawiłem się w towarzystwie narzeczonej, co stanowiło wystarczająco przekonujące wyjaśnienie, by uzasadnić obecność nie jednej, lecz dwóch nieproszonych osób - jedną nieznajomą twarz pośród znanych oblicz można było jeszcze zakwestionować w taki sposób, aby nie popełnić towarzyskiego samobójstwa, ale <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">dwie?!, na Morganę z Merlinem, tak się nie godziło</span> - najwyraźniej znaleźliśmy lukę w systemie, o której istnieniu wcześniej nie wiedzieliśmy i musiałem przyznać, że jak na wieczór rozpoczęty od bezczelnego wtargnięcia na cudze wesele, bawiłem się z tą myślą całkiem wybornie. Bez tej całej analitycznej nadgorliwości, którą Prudence traktowała niemal jak główny cel własnego życia, oraz bez mojego zwyczaju szukania okazji do wbicia szpili w jej podejście do życia, wpasowywaliśmy się w otoczenie z wręcz nieprzyzwoitą łatwością, niczym para, która naprawdę miała prawo tu być i nie musiała nikomu niczego udowadniać - teraz pozostawało jedynie utrzymać ten stan rzeczy tak długo, jak tylko pozwalała na to muzyka, alkohol oraz nasza wyjątkowo nieoczekiwana kompatybilność we wspólnym udawaniu, że wszystko przychodziło nam zupełnie naturalnie.<br />
Byliśmy więc całkiem zgrabną częścią tego weselnego zamieszania, kołysząc się na parkiecie między innymi ludźmi, gdzie również znaleźliśmy się w ramach przypadku, ale… to działało - naprawdę - przynajmniej dopóki żadne z nas nie zaczynało przyglądać się sytuacji zbyt uważnie, ponieważ gdzieś tam zapewne oboje zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że wystarczyłaby dosłownie chwila, by pod pozorem dobrze odegranej roli znów wychynęły wszystkie powody, dla których rozsądniej byłoby trzymać się od siebie z daleka, zamiast pozwalać muzyce decydować za nas, jak blisko siebie powinniśmy się znaleźć.<br />
<br />
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=tmo7cCP.jpeg[/inny avek]]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[07/1957] The moon was full when they buried him | Aloysius, Prudence]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6520</link>
			<pubDate>Wed, 14 Oct 2026 15:11:38 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=544">Benjy Fenwick</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6520</guid>
			<description><![CDATA[Wesele przeciągnęło się znacznie dłużej, niż początkowo zakładałem, chociaż trudno było mi uznać to za szczególnie niefortunny ogród spraw czy też za powód do narzekań, skoro nie miałem najmniejszej ochoty wracać do domu zbyt wcześnie i przez większą część wieczoru bawiłem się całkiem nieźle - jedzenie było przyzwoite, nawet jeśli tort okazał się śmietankowo-truskawkowym gównem, głośna muzyka nie dawała zasnąć nawet najbardziej opornym gościom, zaś alkohol skutecznie przekonywał mnie, że niemal każda kolejna decyzja była równie dobra, co poprzednia - nie uważałem się za eksperta w dziedzinie libacji, ale liznąłem tematu wystarczająco, by wiedzieć, że następnego ranka będę prawdopodobnie żałował przynajmniej kilku kieliszków, których przecież nikt nie kazał mi wypijać, jednak w tym momencie czułem się naprawdę <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">świetnie</span>. Miałem naprawdę dobry humor, zmęczone nogi niosły mnie bez większych protestów, chociaż stroma, polna droga prowadząca w dół wzgórza wymagała ode mnie zachowania względnie prostej linii marszu, by nie zjechać na dupie po kamieniach, co przy obecnym stanie upojenia należało uznać za wyzwanie. Podjąłem je, rzecz jasna, bo ciemna, księżycowa noc zdążyła już na dobre rozgościć się nad okolicą, przykrywając dachy domostw ciemnością i pozostawiając na drodze jedynie mdłe plamy światła z rzadka rozmieszczonych latarni gazowych. Goście powoli się rozchodzili, zaś Prue musiała dostać się do Londynu, co oznaczało konieczność dotarcia do Little Hangleton i dalszego transferu. Oczywiście nie zamierzałem pozwolić jej wracać samej o tak późnej porze, chociaż gdybym powiedział to na głos, zapewne natychmiast usłyszałbym, że nie potrzebowała niańki, więc zachowywałem tę myśl dla siebie, zadowalając się własnym towarzystwem i perspektywą wezwania Błędnego Rycerza, kiedy już dotrzemy do miasteczka. Uznałem za całkowicie logiczne, że odprowadzę ją osobiście pod drzwi Bletchleyów i dopiero wtedy udam się do własnego domu, szczególnie że udawało nam się utrzymywać całkiem przyjemnie przebiegający rozejm, którego nie zamierzałem pochopnie wystawiać na próbę, choć oczywiście nie mogłem wykluczyć, że prędzej czy później powiem coś wyjątkowo głupiego i wszystko szlag trafi. Chwilowo odnosiłem wrażenie, że należało mi się co najmniej kilka punktów za okazaną rycerskość, które całkiem zgrabnie rekompensowały mi część przewinień, nawet jeśli moja aktualna forma nie pozwalała na szczególnie imponujące demonstracje tej nagle odkrytej cechy charakteru. <br />
Na razie w miarę prostym krokiem szedłem przed siebie z rękami wciśniętymi w kieszenie spodni, pogwizdując pod nosem melodię, którą zapamiętałem z parkietu, czując się całkiem dobrze z większością wyborów podjętych tego wieczoru. <br />
-<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> Wiesz, że podobno nie powinno się tutaj chodzić po zmroku?</span> - Uśmiechnąłem się pod nosem, poprawiając kołnierz, po czym zerknąłem na żelazną bramę i dalszą trasę prowadzącą przez stary cmentarz - w gruncie rzeczy byłem nawet zadowolony, bo taki skrót wydawał mi się znacznie ciekawszy niż dreptanie wzdłuż pustej drogi, poza tym miałem w zanadrzu historię, którą od dawna powtarzano w okolicy - ruszyłem wzdłuż kamiennego ogrodzenia, za którym majaczyły krzywe nagrobki oraz stare drzewa o gałęziach poskręcanych przez wiatr, aby dostać się do wejścia. Ten sposób dojścia do miasteczka wydawał się całkiem logiczny i wygodny, bo znacząco skracał mile przemarszu, przynajmniej, dopóki nie uwzględniło się pomników rzucających długie cienie, księżyca w pełni, mgły oraz samej pory, w której nawet najbardziej zwyczajny krzak mógł wzbudzić dreszcze - mnie jednak perspektywa kluczenia między grobami raczej bawiła, niż niepokoiła, więc ruszyłem naprzód, wysuwając brodę i przyglądając się kamiennym płytom w odległej części nekropolii. Podobno pewnej listopadowej nocy przepadł tam bez śladu grabarz, który dorabiał sobie jako nocny stróż, pozostawiając po sobie jedynie płonącą latarnię oraz grób rozkopany do połowy, jak gdyby przerwał pracę w samym środku czegoś, czego nie powinien był nigdy zaczynać - jedni twierdzili, że uciekł z kochanką, korzystając z ciemności, by raz na zawsze porzucić dotychczasowe życie, inni zarzekali się, że widzieli tej nocy blade sylwetki przesuwające się między nagrobkami, które zabrały go ze sobą, nim zdążył podnieść alarm - z czasem historia obrosła w kolejne szczegóły, przekazywana przez starszych młodszym przy ogniskach oraz weryfikowana podczas nocnych wypraw podjętych w ramach wyzwań rzucanych krnąbrnym nastolatkom. Miejscowi wiekowi czarodzieje nie potrzebowali jednak zresztą podobnych doświadczeń, by trzymać się z dala od północnej części cmentarza, gdzie pośród omszałych płyt stał przekrzywiony nagrobek pozbawiony nazwiska, dat oraz jakiegokolwiek znaku pozwalającego ustalić, kto spoczywał pod ziemią - podobno próbowano go niegdyś wyprostować, lecz kamień za każdym razem wracał do poprzedniego położenia, zaś wszelkie próby naznaczenia go zaklęciem kończyły się fiaskiem, jak gdyby sama esencja magii odmawiała pozostawienia na nim choćby najdrobniejszego śladu. Wystarczyło wspomnieć o zaginionym stróżu, by nawet najodważniejsi zaczynali oglądać się przez ramię, mnie również akurat ta opowieść napełniała niepokojem, lecz nie trzymała z daleka od cmentarza - tym bardziej, że nie zamierzaliśmy zapuszczać się w tamte rejony - w końcu obiecałem odprowadzić moją <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">narzeczoną</span> praktycznie pod same drzwi rodzinnego szeregowca, więc zamierzałem doprowadzić sprawę do końca, nawet jeśli po drodze mielibyśmy spotkać całe zastępy nieboszczyków.<br />
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=tmo7cCP.jpeg[/inny avek]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Wesele przeciągnęło się znacznie dłużej, niż początkowo zakładałem, chociaż trudno było mi uznać to za szczególnie niefortunny ogród spraw czy też za powód do narzekań, skoro nie miałem najmniejszej ochoty wracać do domu zbyt wcześnie i przez większą część wieczoru bawiłem się całkiem nieźle - jedzenie było przyzwoite, nawet jeśli tort okazał się śmietankowo-truskawkowym gównem, głośna muzyka nie dawała zasnąć nawet najbardziej opornym gościom, zaś alkohol skutecznie przekonywał mnie, że niemal każda kolejna decyzja była równie dobra, co poprzednia - nie uważałem się za eksperta w dziedzinie libacji, ale liznąłem tematu wystarczająco, by wiedzieć, że następnego ranka będę prawdopodobnie żałował przynajmniej kilku kieliszków, których przecież nikt nie kazał mi wypijać, jednak w tym momencie czułem się naprawdę <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">świetnie</span>. Miałem naprawdę dobry humor, zmęczone nogi niosły mnie bez większych protestów, chociaż stroma, polna droga prowadząca w dół wzgórza wymagała ode mnie zachowania względnie prostej linii marszu, by nie zjechać na dupie po kamieniach, co przy obecnym stanie upojenia należało uznać za wyzwanie. Podjąłem je, rzecz jasna, bo ciemna, księżycowa noc zdążyła już na dobre rozgościć się nad okolicą, przykrywając dachy domostw ciemnością i pozostawiając na drodze jedynie mdłe plamy światła z rzadka rozmieszczonych latarni gazowych. Goście powoli się rozchodzili, zaś Prue musiała dostać się do Londynu, co oznaczało konieczność dotarcia do Little Hangleton i dalszego transferu. Oczywiście nie zamierzałem pozwolić jej wracać samej o tak późnej porze, chociaż gdybym powiedział to na głos, zapewne natychmiast usłyszałbym, że nie potrzebowała niańki, więc zachowywałem tę myśl dla siebie, zadowalając się własnym towarzystwem i perspektywą wezwania Błędnego Rycerza, kiedy już dotrzemy do miasteczka. Uznałem za całkowicie logiczne, że odprowadzę ją osobiście pod drzwi Bletchleyów i dopiero wtedy udam się do własnego domu, szczególnie że udawało nam się utrzymywać całkiem przyjemnie przebiegający rozejm, którego nie zamierzałem pochopnie wystawiać na próbę, choć oczywiście nie mogłem wykluczyć, że prędzej czy później powiem coś wyjątkowo głupiego i wszystko szlag trafi. Chwilowo odnosiłem wrażenie, że należało mi się co najmniej kilka punktów za okazaną rycerskość, które całkiem zgrabnie rekompensowały mi część przewinień, nawet jeśli moja aktualna forma nie pozwalała na szczególnie imponujące demonstracje tej nagle odkrytej cechy charakteru. <br />
Na razie w miarę prostym krokiem szedłem przed siebie z rękami wciśniętymi w kieszenie spodni, pogwizdując pod nosem melodię, którą zapamiętałem z parkietu, czując się całkiem dobrze z większością wyborów podjętych tego wieczoru. <br />
-<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> Wiesz, że podobno nie powinno się tutaj chodzić po zmroku?</span> - Uśmiechnąłem się pod nosem, poprawiając kołnierz, po czym zerknąłem na żelazną bramę i dalszą trasę prowadzącą przez stary cmentarz - w gruncie rzeczy byłem nawet zadowolony, bo taki skrót wydawał mi się znacznie ciekawszy niż dreptanie wzdłuż pustej drogi, poza tym miałem w zanadrzu historię, którą od dawna powtarzano w okolicy - ruszyłem wzdłuż kamiennego ogrodzenia, za którym majaczyły krzywe nagrobki oraz stare drzewa o gałęziach poskręcanych przez wiatr, aby dostać się do wejścia. Ten sposób dojścia do miasteczka wydawał się całkiem logiczny i wygodny, bo znacząco skracał mile przemarszu, przynajmniej, dopóki nie uwzględniło się pomników rzucających długie cienie, księżyca w pełni, mgły oraz samej pory, w której nawet najbardziej zwyczajny krzak mógł wzbudzić dreszcze - mnie jednak perspektywa kluczenia między grobami raczej bawiła, niż niepokoiła, więc ruszyłem naprzód, wysuwając brodę i przyglądając się kamiennym płytom w odległej części nekropolii. Podobno pewnej listopadowej nocy przepadł tam bez śladu grabarz, który dorabiał sobie jako nocny stróż, pozostawiając po sobie jedynie płonącą latarnię oraz grób rozkopany do połowy, jak gdyby przerwał pracę w samym środku czegoś, czego nie powinien był nigdy zaczynać - jedni twierdzili, że uciekł z kochanką, korzystając z ciemności, by raz na zawsze porzucić dotychczasowe życie, inni zarzekali się, że widzieli tej nocy blade sylwetki przesuwające się między nagrobkami, które zabrały go ze sobą, nim zdążył podnieść alarm - z czasem historia obrosła w kolejne szczegóły, przekazywana przez starszych młodszym przy ogniskach oraz weryfikowana podczas nocnych wypraw podjętych w ramach wyzwań rzucanych krnąbrnym nastolatkom. Miejscowi wiekowi czarodzieje nie potrzebowali jednak zresztą podobnych doświadczeń, by trzymać się z dala od północnej części cmentarza, gdzie pośród omszałych płyt stał przekrzywiony nagrobek pozbawiony nazwiska, dat oraz jakiegokolwiek znaku pozwalającego ustalić, kto spoczywał pod ziemią - podobno próbowano go niegdyś wyprostować, lecz kamień za każdym razem wracał do poprzedniego położenia, zaś wszelkie próby naznaczenia go zaklęciem kończyły się fiaskiem, jak gdyby sama esencja magii odmawiała pozostawienia na nim choćby najdrobniejszego śladu. Wystarczyło wspomnieć o zaginionym stróżu, by nawet najodważniejsi zaczynali oglądać się przez ramię, mnie również akurat ta opowieść napełniała niepokojem, lecz nie trzymała z daleka od cmentarza - tym bardziej, że nie zamierzaliśmy zapuszczać się w tamte rejony - w końcu obiecałem odprowadzić moją <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">narzeczoną</span> praktycznie pod same drzwi rodzinnego szeregowca, więc zamierzałem doprowadzić sprawę do końca, nawet jeśli po drodze mielibyśmy spotkać całe zastępy nieboszczyków.<br />
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=tmo7cCP.jpeg[/inny avek]]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[1953-1954] Jęcząca Marta]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6500</link>
			<pubDate>Mon, 05 Oct 2026 00:45:26 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=282">Nicholas Travers</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6500</guid>
			<description><![CDATA[<div class="divek"><div id="dataa" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">1953 r. - 1954 r. <br />
<span style="font-size: small;" class="mycode_size">Hogwart - Ostatnie lata szkolne </span></span></div>
<br />
<p>Przez kilka lat edukacji w Hogwarcie, sprawa Jęczącej Marty nie interesowała Nicholasa pod kilkoma względami. Była dziewczyną, jęczącą i z toalety damskiej. Młody Travers nie miał żadnych powodów tam wchodzić. Nie ciągnęła go nawet ciekawość, ani robienia komukolwiek psikusów w tamtym miejscu. Jedyne co mogło być w niej interesujące, to że była duchem.  </p>
<p>Wielokrotnie słyszał od swoich kolegów, a bardziej od koleżanek, którzy mieli styczność z tą istotą. Co zrobiła, czego nie zrobiła. Jakie miała odzywki, pyskówki i zachowanie. A przy tym wszystkim, nie było dla niej żadnego współczucia. Na śmierć ponoć zasłużyła. </p>
<p>Jej przeszłością Nicholas zainteresował się dopiero na piątym roku szkolnym, zyskując miano prefekta swojego domu. Wtedy też kilkakrotnie musiał reagować na obecność młodszych uczniów w wyłączonej z użytkowania łazienki damskiej. Bo przecież ciekawi byli, jak wyglądała Marta. Czy naprawdę była taka jak się ją nazywa? </p>
<p>W swoim roczniku szkolnym Travers miał nauczycieli, którzy go lubili i doceniali jego skłonności do nauki oraz chęć poszerzania wiedzy. Wykorzystując to dla siebie, jednego z nich zapytał o przeszłość ducha uczennicy, która nie opuszcza łazienki damskiej. Tłumaczył to potrzebą wiedzy, jak reagować na krzątających się młodszych uczniów, którzy przypadkiem mogą w tej szkole zabłądzić na niewskazane piętro. </p>
<p>Odpowiedź otrzymał taką, jaką mówi się w tej szkole. Dowiedział przy tym o istnieniu miejsca zwanego Komnatą Tajemnic i trzymanym w niej potworze. Ale nikt nie wie, gdzie ono się znajduje. Marta przeżyła jako duch, ale nie jako człowiek. Nicholas obiecał, że zachowa dla siebie tę historię. To był temat, o którym nie mówiło się na co dzień. </p>
<p>Był to drugi semestr jego edukacji. Okres, w którym Nicholas zaczynał bardziej interesować się życiem poza grobowym, czarną i zakazaną magią. Wykorzystywał swój status prefekta, aby nocami niepostrzeżenie móc dostać się do działu ksiąg zakazanych, szukając interesujących go tematów. Tak też natrafiał na wzmianki o nekromancji. </p>
<p>Podczas wakacji, odwiedzał archiwa prasowe, chcąc pozyskać artykuły dotyczące śmierci uczennicy w Hogwarcie, podając rok, kiedy mogło mieć miejsce. Ciekawiło go, jak tę sytuację opisywała prasa. Wdał się także w rozmowę na ten temat z jednym ze starszych pracowników redakcji Proroka Codziennego. Artykuł trafił w ręce Nicholasa do wglądu i możliwego przeczytania na miejscu. Nie wszystko mówiono otwarcie, a tyle, co można było społeczności przekazać. Stawiano jednak podejrzanych za ten czyn śmierci młodej uczennicy. </p>
<p>W okresie nowego semestru szóstej klasy, Nicholas obrał sobie w końcu za cel normalnej rozmowy z Martą Warren. Okazji szukał dogodnej, niż zwyczajne przeganianie młodocianych uczniów. Tego jednego wieczora października, wykorzystał okazję na rozmowę z duchem dziewczynki. </p>
<p>Wszedł do łazienki damskiej, zamykając za sobą drzwi. Rozejrzał się, jakby w poszukiwaniu czegoś mogącego wyróżniać to miejsce od pozostałych. Lecz na pierwszy rzut oka, nic takiego nie dostrzegał. </p>
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- Wysoki jesteś… Przystojny… Czego chcesz?</span><br />
Usłyszał dziewczęcy głos, który dochodził od strony okiennej. Marta siedziała na parapecie, machając nogami. <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Porozmawiać. </span><br />
Odpowiedział Nicholas. <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- O czym? </span><br />
Pociągnęła Marta. <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- O twojej śmierci. </span><br />
Odparł wprost Nicholas. <br />
Krukonka nadęła policzki, po chwili dostrzegając herb domu ucznia, który tutaj się zjawił po rozmowę. Ślizgon.<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- Nie możemy o czymś przyjemniejszym? </span><br />
Chciała zmienić temat. Może nie miała ochoty o tym rozmawiać. Życia jej to nie zwróci. Ciała już pewnie też nie było. A bycie duchem chyba było fajne. <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Nie o tym, jak umarłaś. Ale jak przeszłaś ten proces. Jesteś duchem. Czy opuszczając ciało, widziałaś je?  Co czułaś? </span><br />
Pociągnął swój temat rozmowy, chcąc ją zainteresować, zachęcić do rozmowy. Mógł to samo uczynić z innymi duchami. I robił to. Ale dziecko tutaj było jedno. Pozostali byli dorośli i mieli swoją historię, przeżycia, doświadczenia. <br />
Możliwe, że zaskoczył Martę. Mogła nie spodziewać się takiej rozmowy. A może Nicholas nie był pierwszy, który ten temat poruszał?<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- Hmm… Po co chcesz wiedzieć? </span><br />
Brnęła dziewczyna dalej w swoje. Pytanie na pytanie. <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- Zapytaj innego ducha. </span><br />
Odbiła mu piłeczkę, gapiąc się na niego z góry.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Pytałem. Pytam też i Ciebie. Ponieważ jesteś najmłodszym duchem tego miejsca. Nie chciałabyś znów żyć? </span><br />
Kolejne pytanie. Puste i przekupne. Zaintrygowało, albo bardziej zezłościło Martę. Zeskoczyła i podleciała naprzeciw niemu.<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- Kpisz sobie ze mnie?! </span><br />
Krzyknęła na niego. Nadąsana, jakby nie spodobało się jej to, co powiedział. <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Mówię poważnie. Istnieje pewne zaklęcie… Nie. Rytuał, który pozwala przywołać kogoś do życia. Być może Twojego ciała już nie ma. Ale mogłabyś mieć inne. </span><br />
Ciągnął temat, unosząc kącik ust w lekkim uśmiechu tajemniczości. Nie kpiny, ale zaciekawienia, czy ją przekona. <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- Kłamiesz. </span><br />
Zarzuciła mu. <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Dlaczego miałbym kłamać? </span><br />
Zapytał, ale nie odpowiedziała. <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Przyszedłem porozmawiać. Może potrzebuję odrobić zadanie domowe związane z duchami. Może chcę podjąć pracę, nad badaniem waszego przypadku. Mogłabyś pomóc. </span><br />
Ciągnął dalej. Patrząc w jej martwe oczy. Gdyby nie jej duchowa lewitacja, nie dorównywałaby mu wzrostem. <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- To było nagłe. Spojrzałam mu w oczy, a potem widziałam ciemność. Potem światło i jak otworzyłam oczy, wstałam, to widziałam swoje ciało. Ale nic nie czułam. Żadnego bólu. Nie wiedziałam, co się właściwie stało. To było dziwne uczucie. Było zimno. Jest zimno. A może jest ciepło? Nie odczuwam temperatury. </span><br />
Zaczęła mówić, udając momentami zastanawiającą się nad odpowiedziami. Mogła kłamać, mówić półprawdę, aby go zbyć. Ale też mogła mówić prawdę, która pokrywała się z zebranymi informacjami. Czy może z innego powodu postanowiła się z nim podzielić tą wiedzą? <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Rozumiem. </span><br />
Przyjął do wiadomości jej słowa. Chwilę jeszcze je analizując, obserwując się wzajemnie. <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Nie myślałaś może, aby odejść?</span><br />
Nie był pewny, czy nie zaatakował ją tym pytaniem, ale możliwe, że tak.  Marta się oburzyła i cofnęła w powietrzu. <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- Nie!</span><br />
Miała ku temu swój powód. Ta część rozmowy mogła nie spodobać się jej. Zaczęła robić manewry w powietrzu, aż skierowała się znów przed Nicholasa, tym razem nie hamując, a przeleciawszy przez jego ciało. Travers poczuł dziwne zimne uczucie. Jeszcze chyba nie miał styczności przejść przez ducha. Bądź odwrotnie. Aż do dzisiaj. <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- Dlaczego miałabym odejść? Po tym co mi zrobili?! </span><br />
Zapytała piszczącym swoim głosem. <br />
Nicholas pomasował się po klatce piersiowej, prostując znów rękę, czy to dziwne uczucie przestało go niepokoić. Spojrzał na jej lewitujące ciało nad podłogą. <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Jesteś interesująca. </span><br />
Odrzekł z lekkim uśmiechem. Na co Marta przekrzywiła głowę pytająco. Ciekawa, co było w niej takiego interesującego.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Mścisz się? Za śmierć, czy inny powód?</span><br />
Zapytał spokojnie, wciąż ją obserwując.<br />
Warren nadęła policzki. Tupnęła nóżką, lecz nawet podłogi nie dotykała.  <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- Utknęłam tutaj, rozumiesz?! Nie rozumiesz, bo nie jesteś duchem! A może mi się tutaj podoba? Jak skończyliśmy, to idź sobie!</span><br />
Wyrzuciła z siebie co chciała i odfrunęła gdzieś w toalety. Nicholas westchnął i opuścił damską łazienkę. Na odchodne jeszcze zerknął w stronę drzwi do tej łazienki. Nie oczekiwał, że Marta z nich zaraz wyleci. Z tego co pamiętał, dusze były ponoć przywiązane do miejsca swojej śmierci. A Marta mu to jakby, potwierdziła. Jednakże bywały też wyjątki. Nie każdy pozostawał w miejscu swojej śmierci. Wracali w inne, które bardziej były do nich przywiązane. <br />
<p>Niedokończone sprawy. Czy Marta taką też miała? Czy jej śmierć nie okazała się być na tyle spokojna, aby mogła udać się w dalszą drogę? </p>
<p>Wolny czas Nicholas przesiadywał w bibliotece, szukając i czytając podręczniki o tym mówiące. Te dostępne dla wszystkich, aby nie podpaść za szybko nauczycielom, za kręcenie się w działach zakazanych. </p>
<p>W tym roku szkolnym Nicholas musiał podjąć decyzję o swojej karierze zawodowej, aby uczęszczać na konkretne jej przypisane przedmioty. Nie bez powodu padło na magiczne stworzenia. Z tego względu, że odziedziczył wiedzę i zdolności w tym kierunku po matce. O staż mógł także być spokojny, gdyż jego dziadek pracował w Ministerstwie Magii, w Departamencie Kontroli nad Magicznymi Stworzeniami. </p>
<p>Nicholas jednak celował wyżej. Nie tylko interesowało go życie pośmiertne istot, ale i sama śmierć. Jej przebieg, co się zmieniało w ciele, co czuła dusza. Często pozwalał sobie na rozmowy z duchami, ciekawym będąc ich przeszłości, śmierci i nieżycia obecnego, będąc uwięzionym w jednym miejscu. Czy przywiązanym. Czy chcieliby odejść, czy wolą zostać. </p>
<p>Gdy trafiał jeszcze parę razy do damskiej łazienki, w której przebywała Marta, widząc zamieszania, albo wystraszone zbłąkane uczniowskie dusze, posyłał jej lekki uśmiech, jakby przypominał o ich ostatnim spotkaniu. Czasami wdając się w zaczepne sprzeczki. Nie bał się jej, bo była duchowym dzieckiem. Nie mogła mu nic zrobić, a jedynie przelecieć przez jego ciało czy nakrzyczeć. Była w jego oczach porzuconym skrzeczącym krukiem, którego nikt nie doceniał. </p>
<p>Interesujące jest zaś to, że niektórzy dopiero po śmierci zyskują rozgłos. Mówi się o nich częściej, gdy nie żyją. Spotyka w tym samym miejscu i przypomina się ich tragedię. Mówi się słowa współczucia, które nic jednak nie pomogą. Bo życia im nie przywrócą. I choć istnieje zakazana magia nekromancji, przywracająca życie, wymagająca jednak zdecydowanego doświadczenia, tylko szaleniec zaryzykowałby wszystko, aby po tę magię sięgnąć. Marta zdawała się być pogodzona ze swoim losem. Lecz wciąż przeżywała to samo z roku na rok. Płakała, denerwowała, zaczepiała, krzyczała. Czasem jednak potrafiła normalnie porozmawiać. Nicholas mógł wywnioskować u niej brak panowania nad emocjami. Jej śmierć nie była mu zaskoczeniem, gdy spojrzało się na jej pochodzenie. Mogła być przypadkową ofiarą. Mogła też być wybranym idealnym celem. Bo kto będzie żałował śmieci dziecka zrodzonego w mugolskiej rodzinie? </p>
<p>Ostatni rok szkolny Traversa jako prefekta naczelnego, był ostatnim, gdy widział się z Martą, przeganiając jakiegoś zbłąkanego ucznia. Wtedy też odbyli sobie ostatnie rozmowy, bo gdy ukończył Hogwart, nie planował tu wracać. Nie myślał wtedy, że poszedłby w ślady ojca, aby zostać nauczycielem. Mierzył wyżej. Chciałby osiągnąć więcej, odnaleźć własną drogę rozwoju. </p>
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">Koniec sesji</div> </div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div class="divek"><div id="dataa" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">1953 r. - 1954 r. <br />
<span style="font-size: small;" class="mycode_size">Hogwart - Ostatnie lata szkolne </span></span></div>
<br />
<p>Przez kilka lat edukacji w Hogwarcie, sprawa Jęczącej Marty nie interesowała Nicholasa pod kilkoma względami. Była dziewczyną, jęczącą i z toalety damskiej. Młody Travers nie miał żadnych powodów tam wchodzić. Nie ciągnęła go nawet ciekawość, ani robienia komukolwiek psikusów w tamtym miejscu. Jedyne co mogło być w niej interesujące, to że była duchem.  </p>
<p>Wielokrotnie słyszał od swoich kolegów, a bardziej od koleżanek, którzy mieli styczność z tą istotą. Co zrobiła, czego nie zrobiła. Jakie miała odzywki, pyskówki i zachowanie. A przy tym wszystkim, nie było dla niej żadnego współczucia. Na śmierć ponoć zasłużyła. </p>
<p>Jej przeszłością Nicholas zainteresował się dopiero na piątym roku szkolnym, zyskując miano prefekta swojego domu. Wtedy też kilkakrotnie musiał reagować na obecność młodszych uczniów w wyłączonej z użytkowania łazienki damskiej. Bo przecież ciekawi byli, jak wyglądała Marta. Czy naprawdę była taka jak się ją nazywa? </p>
<p>W swoim roczniku szkolnym Travers miał nauczycieli, którzy go lubili i doceniali jego skłonności do nauki oraz chęć poszerzania wiedzy. Wykorzystując to dla siebie, jednego z nich zapytał o przeszłość ducha uczennicy, która nie opuszcza łazienki damskiej. Tłumaczył to potrzebą wiedzy, jak reagować na krzątających się młodszych uczniów, którzy przypadkiem mogą w tej szkole zabłądzić na niewskazane piętro. </p>
<p>Odpowiedź otrzymał taką, jaką mówi się w tej szkole. Dowiedział przy tym o istnieniu miejsca zwanego Komnatą Tajemnic i trzymanym w niej potworze. Ale nikt nie wie, gdzie ono się znajduje. Marta przeżyła jako duch, ale nie jako człowiek. Nicholas obiecał, że zachowa dla siebie tę historię. To był temat, o którym nie mówiło się na co dzień. </p>
<p>Był to drugi semestr jego edukacji. Okres, w którym Nicholas zaczynał bardziej interesować się życiem poza grobowym, czarną i zakazaną magią. Wykorzystywał swój status prefekta, aby nocami niepostrzeżenie móc dostać się do działu ksiąg zakazanych, szukając interesujących go tematów. Tak też natrafiał na wzmianki o nekromancji. </p>
<p>Podczas wakacji, odwiedzał archiwa prasowe, chcąc pozyskać artykuły dotyczące śmierci uczennicy w Hogwarcie, podając rok, kiedy mogło mieć miejsce. Ciekawiło go, jak tę sytuację opisywała prasa. Wdał się także w rozmowę na ten temat z jednym ze starszych pracowników redakcji Proroka Codziennego. Artykuł trafił w ręce Nicholasa do wglądu i możliwego przeczytania na miejscu. Nie wszystko mówiono otwarcie, a tyle, co można było społeczności przekazać. Stawiano jednak podejrzanych za ten czyn śmierci młodej uczennicy. </p>
<p>W okresie nowego semestru szóstej klasy, Nicholas obrał sobie w końcu za cel normalnej rozmowy z Martą Warren. Okazji szukał dogodnej, niż zwyczajne przeganianie młodocianych uczniów. Tego jednego wieczora października, wykorzystał okazję na rozmowę z duchem dziewczynki. </p>
<p>Wszedł do łazienki damskiej, zamykając za sobą drzwi. Rozejrzał się, jakby w poszukiwaniu czegoś mogącego wyróżniać to miejsce od pozostałych. Lecz na pierwszy rzut oka, nic takiego nie dostrzegał. </p>
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- Wysoki jesteś… Przystojny… Czego chcesz?</span><br />
Usłyszał dziewczęcy głos, który dochodził od strony okiennej. Marta siedziała na parapecie, machając nogami. <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Porozmawiać. </span><br />
Odpowiedział Nicholas. <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- O czym? </span><br />
Pociągnęła Marta. <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- O twojej śmierci. </span><br />
Odparł wprost Nicholas. <br />
Krukonka nadęła policzki, po chwili dostrzegając herb domu ucznia, który tutaj się zjawił po rozmowę. Ślizgon.<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- Nie możemy o czymś przyjemniejszym? </span><br />
Chciała zmienić temat. Może nie miała ochoty o tym rozmawiać. Życia jej to nie zwróci. Ciała już pewnie też nie było. A bycie duchem chyba było fajne. <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Nie o tym, jak umarłaś. Ale jak przeszłaś ten proces. Jesteś duchem. Czy opuszczając ciało, widziałaś je?  Co czułaś? </span><br />
Pociągnął swój temat rozmowy, chcąc ją zainteresować, zachęcić do rozmowy. Mógł to samo uczynić z innymi duchami. I robił to. Ale dziecko tutaj było jedno. Pozostali byli dorośli i mieli swoją historię, przeżycia, doświadczenia. <br />
Możliwe, że zaskoczył Martę. Mogła nie spodziewać się takiej rozmowy. A może Nicholas nie był pierwszy, który ten temat poruszał?<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- Hmm… Po co chcesz wiedzieć? </span><br />
Brnęła dziewczyna dalej w swoje. Pytanie na pytanie. <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- Zapytaj innego ducha. </span><br />
Odbiła mu piłeczkę, gapiąc się na niego z góry.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Pytałem. Pytam też i Ciebie. Ponieważ jesteś najmłodszym duchem tego miejsca. Nie chciałabyś znów żyć? </span><br />
Kolejne pytanie. Puste i przekupne. Zaintrygowało, albo bardziej zezłościło Martę. Zeskoczyła i podleciała naprzeciw niemu.<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- Kpisz sobie ze mnie?! </span><br />
Krzyknęła na niego. Nadąsana, jakby nie spodobało się jej to, co powiedział. <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Mówię poważnie. Istnieje pewne zaklęcie… Nie. Rytuał, który pozwala przywołać kogoś do życia. Być może Twojego ciała już nie ma. Ale mogłabyś mieć inne. </span><br />
Ciągnął temat, unosząc kącik ust w lekkim uśmiechu tajemniczości. Nie kpiny, ale zaciekawienia, czy ją przekona. <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- Kłamiesz. </span><br />
Zarzuciła mu. <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Dlaczego miałbym kłamać? </span><br />
Zapytał, ale nie odpowiedziała. <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Przyszedłem porozmawiać. Może potrzebuję odrobić zadanie domowe związane z duchami. Może chcę podjąć pracę, nad badaniem waszego przypadku. Mogłabyś pomóc. </span><br />
Ciągnął dalej. Patrząc w jej martwe oczy. Gdyby nie jej duchowa lewitacja, nie dorównywałaby mu wzrostem. <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- To było nagłe. Spojrzałam mu w oczy, a potem widziałam ciemność. Potem światło i jak otworzyłam oczy, wstałam, to widziałam swoje ciało. Ale nic nie czułam. Żadnego bólu. Nie wiedziałam, co się właściwie stało. To było dziwne uczucie. Było zimno. Jest zimno. A może jest ciepło? Nie odczuwam temperatury. </span><br />
Zaczęła mówić, udając momentami zastanawiającą się nad odpowiedziami. Mogła kłamać, mówić półprawdę, aby go zbyć. Ale też mogła mówić prawdę, która pokrywała się z zebranymi informacjami. Czy może z innego powodu postanowiła się z nim podzielić tą wiedzą? <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Rozumiem. </span><br />
Przyjął do wiadomości jej słowa. Chwilę jeszcze je analizując, obserwując się wzajemnie. <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Nie myślałaś może, aby odejść?</span><br />
Nie był pewny, czy nie zaatakował ją tym pytaniem, ale możliwe, że tak.  Marta się oburzyła i cofnęła w powietrzu. <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- Nie!</span><br />
Miała ku temu swój powód. Ta część rozmowy mogła nie spodobać się jej. Zaczęła robić manewry w powietrzu, aż skierowała się znów przed Nicholasa, tym razem nie hamując, a przeleciawszy przez jego ciało. Travers poczuł dziwne zimne uczucie. Jeszcze chyba nie miał styczności przejść przez ducha. Bądź odwrotnie. Aż do dzisiaj. <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- Dlaczego miałabym odejść? Po tym co mi zrobili?! </span><br />
Zapytała piszczącym swoim głosem. <br />
Nicholas pomasował się po klatce piersiowej, prostując znów rękę, czy to dziwne uczucie przestało go niepokoić. Spojrzał na jej lewitujące ciało nad podłogą. <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Jesteś interesująca. </span><br />
Odrzekł z lekkim uśmiechem. Na co Marta przekrzywiła głowę pytająco. Ciekawa, co było w niej takiego interesującego.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Mścisz się? Za śmierć, czy inny powód?</span><br />
Zapytał spokojnie, wciąż ją obserwując.<br />
Warren nadęła policzki. Tupnęła nóżką, lecz nawet podłogi nie dotykała.  <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- Utknęłam tutaj, rozumiesz?! Nie rozumiesz, bo nie jesteś duchem! A może mi się tutaj podoba? Jak skończyliśmy, to idź sobie!</span><br />
Wyrzuciła z siebie co chciała i odfrunęła gdzieś w toalety. Nicholas westchnął i opuścił damską łazienkę. Na odchodne jeszcze zerknął w stronę drzwi do tej łazienki. Nie oczekiwał, że Marta z nich zaraz wyleci. Z tego co pamiętał, dusze były ponoć przywiązane do miejsca swojej śmierci. A Marta mu to jakby, potwierdziła. Jednakże bywały też wyjątki. Nie każdy pozostawał w miejscu swojej śmierci. Wracali w inne, które bardziej były do nich przywiązane. <br />
<p>Niedokończone sprawy. Czy Marta taką też miała? Czy jej śmierć nie okazała się być na tyle spokojna, aby mogła udać się w dalszą drogę? </p>
<p>Wolny czas Nicholas przesiadywał w bibliotece, szukając i czytając podręczniki o tym mówiące. Te dostępne dla wszystkich, aby nie podpaść za szybko nauczycielom, za kręcenie się w działach zakazanych. </p>
<p>W tym roku szkolnym Nicholas musiał podjąć decyzję o swojej karierze zawodowej, aby uczęszczać na konkretne jej przypisane przedmioty. Nie bez powodu padło na magiczne stworzenia. Z tego względu, że odziedziczył wiedzę i zdolności w tym kierunku po matce. O staż mógł także być spokojny, gdyż jego dziadek pracował w Ministerstwie Magii, w Departamencie Kontroli nad Magicznymi Stworzeniami. </p>
<p>Nicholas jednak celował wyżej. Nie tylko interesowało go życie pośmiertne istot, ale i sama śmierć. Jej przebieg, co się zmieniało w ciele, co czuła dusza. Często pozwalał sobie na rozmowy z duchami, ciekawym będąc ich przeszłości, śmierci i nieżycia obecnego, będąc uwięzionym w jednym miejscu. Czy przywiązanym. Czy chcieliby odejść, czy wolą zostać. </p>
<p>Gdy trafiał jeszcze parę razy do damskiej łazienki, w której przebywała Marta, widząc zamieszania, albo wystraszone zbłąkane uczniowskie dusze, posyłał jej lekki uśmiech, jakby przypominał o ich ostatnim spotkaniu. Czasami wdając się w zaczepne sprzeczki. Nie bał się jej, bo była duchowym dzieckiem. Nie mogła mu nic zrobić, a jedynie przelecieć przez jego ciało czy nakrzyczeć. Była w jego oczach porzuconym skrzeczącym krukiem, którego nikt nie doceniał. </p>
<p>Interesujące jest zaś to, że niektórzy dopiero po śmierci zyskują rozgłos. Mówi się o nich częściej, gdy nie żyją. Spotyka w tym samym miejscu i przypomina się ich tragedię. Mówi się słowa współczucia, które nic jednak nie pomogą. Bo życia im nie przywrócą. I choć istnieje zakazana magia nekromancji, przywracająca życie, wymagająca jednak zdecydowanego doświadczenia, tylko szaleniec zaryzykowałby wszystko, aby po tę magię sięgnąć. Marta zdawała się być pogodzona ze swoim losem. Lecz wciąż przeżywała to samo z roku na rok. Płakała, denerwowała, zaczepiała, krzyczała. Czasem jednak potrafiła normalnie porozmawiać. Nicholas mógł wywnioskować u niej brak panowania nad emocjami. Jej śmierć nie była mu zaskoczeniem, gdy spojrzało się na jej pochodzenie. Mogła być przypadkową ofiarą. Mogła też być wybranym idealnym celem. Bo kto będzie żałował śmieci dziecka zrodzonego w mugolskiej rodzinie? </p>
<p>Ostatni rok szkolny Traversa jako prefekta naczelnego, był ostatnim, gdy widział się z Martą, przeganiając jakiegoś zbłąkanego ucznia. Wtedy też odbyli sobie ostatnie rozmowy, bo gdy ukończył Hogwart, nie planował tu wracać. Nie myślał wtedy, że poszedłby w ślady ojca, aby zostać nauczycielem. Mierzył wyżej. Chciałby osiągnąć więcej, odnaleźć własną drogę rozwoju. </p>
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">Koniec sesji</div> </div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[12.1969] Jaki Czarny Pan, taki mroczny znak]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6495</link>
			<pubDate>Sat, 03 Oct 2026 01:32:00 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=38">Atreus Bulstrode</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6495</guid>
			<description><![CDATA[<div class="poszukiwania"><div class="poszukiwania2">
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><a href="https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=748&amp;pid=95446#pid95446" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">A na czole poproszę "jebać wizengamot"</a></div></div></div>
<br />
<p>Wczorajszy wieczór zakończył się… w sumie Atreus wcale nie był pewien jak. Ważne, że obudził się we własnym łóżku, bo wiadomo - tam obudzić było się najlepiej. Co z tego że we wczorajszym ubraniu, trochę śmierdzącym alkoholem. To akurat nie był żaden problem. Problemem natomiast było już to, że należało wstać do pracy i pośpieszyć do Ministerstwa Magii. </p>
<p>Wyglądał na okropnie wymiętego przez życie i wczorajszego. Mundur zapięty nie do końca, ale cholera, jak on nienawidził tych wdzianek. Do tego jego partner we wczorajszej zbrodni, czyli Stanley Borgin, gdzieś mu się zagubił. Nie był tylko pewien, czy siedział w którymś z pomieszczeń służbowych, lecząc kaca, czy może w ogóle dzisiejszego dnia nie dotarł do pracy. Będzie trzeba to potem zbadać, ale aktualnie otulał dłońmi kubek z kawą, która miał nadzieję, że uratuje mu życie. Gdyby nie to, że musiał się tak śpieszyć, to pewnie wybłagałby u Florence o jakiś wzmacniający eliksir. Ceną co prawda byłoby oceniające spojrzenie i pewnie parę pouczających słów, ale czuł się tak marnie, że byłby w stanie to znieść, byle tylko poczuć się lepiej. </p>
<p>Orion, całe szczęście, też jeszcze nie wpadł na niego na ministerialnych korytarzach. Bo jeśli Atreus uważał, że Florence byłaby niezadowolona z jego stanu, to starszy brat był zupełnie inną ligą – tą nieco bardziej irytującą, wobec której brakowało mu pokory. Ale najgorsza nie byłaby pyskówka, w jaką by się z nim wdał, tylko to że Orion najpewniej odmówiłby mu jakiejkolwiek dalszej pomocy z ewentualną papierkową robotą.</p>
<p>Siedział na ławeczce, która ustawiona była przy pomieszczeniu, które robiło za szatnię. Wciąż było przed południem, wciąż męczyła go głowa i wszystko było za jasne czy głośne, ale przynajmniej przebrnął już przez jeden briefing, który urządził kursantom jeden ze starszych aurorów, którzy nadzorowali młodszych kolegów. </p>
<p>—<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> Nie masz czegoś na ból głowy…? </span>— zapytał, zaczepiając Victorię, która znalazła mu się w zasięgu wzroku. Może nie wyglądała na taką, która w podobnie cierpiętniczy sposób przychodziłaby do pracy, ale na pewno już na kogoś zapobiegawczego. Liczył więc chyba na to, że może ma w szafce jakieś eliksiry.</p>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div class="poszukiwania"><div class="poszukiwania2">
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><a href="https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=748&amp;pid=95446#pid95446" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">A na czole poproszę "jebać wizengamot"</a></div></div></div>
<br />
<p>Wczorajszy wieczór zakończył się… w sumie Atreus wcale nie był pewien jak. Ważne, że obudził się we własnym łóżku, bo wiadomo - tam obudzić było się najlepiej. Co z tego że we wczorajszym ubraniu, trochę śmierdzącym alkoholem. To akurat nie był żaden problem. Problemem natomiast było już to, że należało wstać do pracy i pośpieszyć do Ministerstwa Magii. </p>
<p>Wyglądał na okropnie wymiętego przez życie i wczorajszego. Mundur zapięty nie do końca, ale cholera, jak on nienawidził tych wdzianek. Do tego jego partner we wczorajszej zbrodni, czyli Stanley Borgin, gdzieś mu się zagubił. Nie był tylko pewien, czy siedział w którymś z pomieszczeń służbowych, lecząc kaca, czy może w ogóle dzisiejszego dnia nie dotarł do pracy. Będzie trzeba to potem zbadać, ale aktualnie otulał dłońmi kubek z kawą, która miał nadzieję, że uratuje mu życie. Gdyby nie to, że musiał się tak śpieszyć, to pewnie wybłagałby u Florence o jakiś wzmacniający eliksir. Ceną co prawda byłoby oceniające spojrzenie i pewnie parę pouczających słów, ale czuł się tak marnie, że byłby w stanie to znieść, byle tylko poczuć się lepiej. </p>
<p>Orion, całe szczęście, też jeszcze nie wpadł na niego na ministerialnych korytarzach. Bo jeśli Atreus uważał, że Florence byłaby niezadowolona z jego stanu, to starszy brat był zupełnie inną ligą – tą nieco bardziej irytującą, wobec której brakowało mu pokory. Ale najgorsza nie byłaby pyskówka, w jaką by się z nim wdał, tylko to że Orion najpewniej odmówiłby mu jakiejkolwiek dalszej pomocy z ewentualną papierkową robotą.</p>
<p>Siedział na ławeczce, która ustawiona była przy pomieszczeniu, które robiło za szatnię. Wciąż było przed południem, wciąż męczyła go głowa i wszystko było za jasne czy głośne, ale przynajmniej przebrnął już przez jeden briefing, który urządził kursantom jeden ze starszych aurorów, którzy nadzorowali młodszych kolegów. </p>
<p>—<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> Nie masz czegoś na ból głowy…? </span>— zapytał, zaczepiając Victorię, która znalazła mu się w zasięgu wzroku. Może nie wyglądała na taką, która w podobnie cierpiętniczy sposób przychodziłaby do pracy, ale na pewno już na kogoś zapobiegawczego. Liczył więc chyba na to, że może ma w szafce jakieś eliksiry.</p>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[Jesień 1968] Nobby Leach ledwo się trzyma]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6458</link>
			<pubDate>Tue, 22 Sep 2026 12:09:48 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=634">Zenon Kozioł</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6458</guid>
			<description><![CDATA[<span style="font-family: Times New Roman;" class="mycode_font"><div id="dataa" class="mycode_b">jesień 1968<br />
Rejwach</div>
<br />
Gazety miały kapitalne zastosowania w świecie Zenka. Można było nimi podeprzeć toaletkę w kącie Rejwachu, jak się przechylała. Podłogi nierówne, Rejwach leżał na nierównym gruncie, to i meble lubiły się krzywić. Papier stanowił także ściółkę dla szczuroszczetów. Wyściełały nim sobie pomieszczenia w dziurach w ścianie, i potem zza tynku było tylko słychać chrupanie papieru. No i jak w kiblu papieru zabrakło… Ale o tym ani mru mru, bo to już ciemna strona przemysłu papierniczego.<br />
Ale czytać? Zenek rzadko miał takie pomysły, żeby <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">czytać</span>, co ci zarabiający na pisaniu kocopołów myśleli o czymkolwiek. Opinie były tanie. Wydarzenia, subiektywne. Jeśli czegoś się Zenek nauczył w ciągu tych lat życia w społeczeństwie, był to zdrowy sceptycyzm wobec rządowej prasy.<br />
Papier za to nadal darzył szacunkiem. Łamigłówki, krzyżówki, wycinanki, podpałka do piecyka, izolacja dźwiękowo-cieplna rozklejana na ścianach. Po namoczeniu wodą papier przybierał konsystencję bulwy, z której dało się lepić różne fajne stwory. No i gdy nie chciał maltretować stolików w Rejwachu, mocne strony Proroka Codziennego stanowiły dobrą podkładkę, na której ślady zostawiały lekko mokre kufle po piwie.<br />
<br />
Siedział sobie właśnie wtedy z Billiusem, kiedy unosił kufel z piwem znad takiej właśnie okładki. Zostawił on ślad: na pucołowatej twarzy jakiegoś polityka rysował się mokry, okrągły <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">ring</span>. Nobby Leach (wedle przypisu) nie cieszył się wcale z takiej obrączki. Właściwie to wyglądał dość żałośnie. Ewidentnie wypadały mu włosy, a sprytne uczesanie pozwalało utrzymać pozory zdrowia. Nawet na ruchomym zdjęciu się pocił. Dość wyraźnie uchwycone krople spływały mu po czole. Chwała dla fotografa, szapo ba, takie szczególiki fachu dziennikarskiego Zenek był akurat w stanie docenić.<br />
Upił łyk piwa kremowego. Różniło się ono od normalnego piwa tym, że było słodsze, no i ta słodka pianka. Dla Zenka to automatycznie czyniło napój bardziej wypijalnym. Trochę tej słodkiej pianki zostało mu na wąsie, który zawsze mimowolnie mu rósł, chociaż Zenek nie zwracał na niego uwagi tak bardzo.<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Ej, Billy. On źle wygląda, co?</span> — wskazał paluchem na zakole. Mokry od kufla palec zostawił Nobby’emu na czole odcisk, ale Nobby ledwie trzymał się krawędzi swojej mównicy w Ministerstwie. Dosłownie tak się jej trzymał, z obu stron. To nie wróżyło niczego dobrego.</span>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<span style="font-family: Times New Roman;" class="mycode_font"><div id="dataa" class="mycode_b">jesień 1968<br />
Rejwach</div>
<br />
Gazety miały kapitalne zastosowania w świecie Zenka. Można było nimi podeprzeć toaletkę w kącie Rejwachu, jak się przechylała. Podłogi nierówne, Rejwach leżał na nierównym gruncie, to i meble lubiły się krzywić. Papier stanowił także ściółkę dla szczuroszczetów. Wyściełały nim sobie pomieszczenia w dziurach w ścianie, i potem zza tynku było tylko słychać chrupanie papieru. No i jak w kiblu papieru zabrakło… Ale o tym ani mru mru, bo to już ciemna strona przemysłu papierniczego.<br />
Ale czytać? Zenek rzadko miał takie pomysły, żeby <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">czytać</span>, co ci zarabiający na pisaniu kocopołów myśleli o czymkolwiek. Opinie były tanie. Wydarzenia, subiektywne. Jeśli czegoś się Zenek nauczył w ciągu tych lat życia w społeczeństwie, był to zdrowy sceptycyzm wobec rządowej prasy.<br />
Papier za to nadal darzył szacunkiem. Łamigłówki, krzyżówki, wycinanki, podpałka do piecyka, izolacja dźwiękowo-cieplna rozklejana na ścianach. Po namoczeniu wodą papier przybierał konsystencję bulwy, z której dało się lepić różne fajne stwory. No i gdy nie chciał maltretować stolików w Rejwachu, mocne strony Proroka Codziennego stanowiły dobrą podkładkę, na której ślady zostawiały lekko mokre kufle po piwie.<br />
<br />
Siedział sobie właśnie wtedy z Billiusem, kiedy unosił kufel z piwem znad takiej właśnie okładki. Zostawił on ślad: na pucołowatej twarzy jakiegoś polityka rysował się mokry, okrągły <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">ring</span>. Nobby Leach (wedle przypisu) nie cieszył się wcale z takiej obrączki. Właściwie to wyglądał dość żałośnie. Ewidentnie wypadały mu włosy, a sprytne uczesanie pozwalało utrzymać pozory zdrowia. Nawet na ruchomym zdjęciu się pocił. Dość wyraźnie uchwycone krople spływały mu po czole. Chwała dla fotografa, szapo ba, takie szczególiki fachu dziennikarskiego Zenek był akurat w stanie docenić.<br />
Upił łyk piwa kremowego. Różniło się ono od normalnego piwa tym, że było słodsze, no i ta słodka pianka. Dla Zenka to automatycznie czyniło napój bardziej wypijalnym. Trochę tej słodkiej pianki zostało mu na wąsie, który zawsze mimowolnie mu rósł, chociaż Zenek nie zwracał na niego uwagi tak bardzo.<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Ej, Billy. On źle wygląda, co?</span> — wskazał paluchem na zakole. Mokry od kufla palec zostawił Nobby’emu na czole odcisk, ale Nobby ledwie trzymał się krawędzi swojej mównicy w Ministerstwie. Dosłownie tak się jej trzymał, z obu stron. To nie wróżyło niczego dobrego.</span>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[Wiosna 1955] Od A do Z]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6457</link>
			<pubDate>Tue, 22 Sep 2026 10:11:45 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=634">Zenon Kozioł</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6457</guid>
			<description><![CDATA[<span style="font-family: Times New Roman;" class="mycode_font"><div id="dataa" class="mycode_b">wiosna 1955<br />
wóz cyrkowy</div>
<br />
Zenek siedział na drewnianej podłodze i jadł żelki. Brązowa torba szeleściła mu w rękach, a on wybierał z niej różne słodycze. Żelki były nieco twarde pod palcami, ale przegryzało się je do miękkiego środka. No i były słodkie. Im bardziej kolorowy był żelek, tym większą cechował się słodyczą. To była prawda znana każdemu dzieciakowi, że pomarańczowe i żółte żelki lądowały na dnie torby.<br />
<br />
Drewniane wnętrze wozu rezonowało każdym dźwiękiem, który Zenek z siebie wydawał. Szeleszcząca torba powracała do niego w postaci echa, ale już bez żelków. Na zewnątrz było tak gwarno, jak wcześniej. Przez deski przeciskało się dzienne światło. Bo był dzień. To było jakieś dzienne przedstawienie, takie, które omijało wszystkie dzieciaki, bo czas ten spędzały w szkole. Nie Zenek. Nie dzisiaj. Nie tutaj. Krawat, wciśnięty na dno tornistra, pozostawał symbolem opresji. Czerwona pieczęć w dzienniczku uwag paliła jak diabli, nawet ze środka. Kołnierz koszuli poluzował maksymalnie, i chyba już tylko sweterek przypominał, że należał do jakiejkolwiek szkoły. Zwinął się jak zaklinacz węży, to znaczy siedział po turecku, ale w żadnej pozycji nie mógł ukryć kościstych kolan czy kończyn rosnących o kilka centymetrów powyżej normy. W dzienniczku uwag miał jeszcze pogiętą kartkę od pielęgniarki szkolnej. Było tam napisane, że przekraczał normy bilansowe.<br />
<br />
No więc Zenka wysłali do domu ze szkoły, bo mu mama nie zawiązała krawata. Zawsze zawiązywała, ale rano jej nie było. Buty też miał w złym kolorze. Spodnie niewyprasowane, a w ogóle to skandal, tak do mundurka założyć trampki. Poszedł sobie kupić słodkie coś na pociechę, ale absolutnie nie wracał do domu. Poszedł na Pokątną. Jak już był na Pokątnej, to zawiesił się na słupie. I o kurde, cyrk. Jak się tam dostać? Na Pokątnej brali go za szkolniaka na wagarach, bo i tu mundurek, i tam mundurek, tam w tym Hogwarcie. A jak już zaszedł do tego cyrku, to mu się coś pokićkało, przeszedł pod barierką, prawie przejechały go konie, wlazł do namiotu, albo do wozu, no w każdym razie zobaczył interesujące urządzonko. Maszynę do szycia. Mama taką miała. Właśnie tak komuś powie, jak ktoś się go uczepi.<br />
<br />
Piromańskie techniki połykacza ogni wzbudzały u ludzi salwy śmiechu, a Zenek za pleczem ciumkał sobie na to. Miał lepsze rzeczy do roboty, takie jak dotykanie maszyny palcami lepkimi od słodyczy. Ciekawe, czy w ogóle działała bez prądu. Ponadto ciągutka przykleiła mu się do podniebienia. Wytrwale nad tym pracował, przesuwając językiem między zębami.<br />
<br />
Oprócz desek z drewna przed światem i pieczęciami odgradzały go rzędy kostiumów w tylu kolorach, co jego żelki w torbie. Tylko że jeszcze więcej i lepiej, bo tkanin nie ograniczały normy cukiernicze. Jak promień Słońca padał pod odpowiednim kątem w dziurę między deskami wozu, to trafiał w błyszczącą pelerynę, a na ścianie wozu za Zenkiem robiła się tęcza. Czyli Bóg z nami.</span>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<span style="font-family: Times New Roman;" class="mycode_font"><div id="dataa" class="mycode_b">wiosna 1955<br />
wóz cyrkowy</div>
<br />
Zenek siedział na drewnianej podłodze i jadł żelki. Brązowa torba szeleściła mu w rękach, a on wybierał z niej różne słodycze. Żelki były nieco twarde pod palcami, ale przegryzało się je do miękkiego środka. No i były słodkie. Im bardziej kolorowy był żelek, tym większą cechował się słodyczą. To była prawda znana każdemu dzieciakowi, że pomarańczowe i żółte żelki lądowały na dnie torby.<br />
<br />
Drewniane wnętrze wozu rezonowało każdym dźwiękiem, który Zenek z siebie wydawał. Szeleszcząca torba powracała do niego w postaci echa, ale już bez żelków. Na zewnątrz było tak gwarno, jak wcześniej. Przez deski przeciskało się dzienne światło. Bo był dzień. To było jakieś dzienne przedstawienie, takie, które omijało wszystkie dzieciaki, bo czas ten spędzały w szkole. Nie Zenek. Nie dzisiaj. Nie tutaj. Krawat, wciśnięty na dno tornistra, pozostawał symbolem opresji. Czerwona pieczęć w dzienniczku uwag paliła jak diabli, nawet ze środka. Kołnierz koszuli poluzował maksymalnie, i chyba już tylko sweterek przypominał, że należał do jakiejkolwiek szkoły. Zwinął się jak zaklinacz węży, to znaczy siedział po turecku, ale w żadnej pozycji nie mógł ukryć kościstych kolan czy kończyn rosnących o kilka centymetrów powyżej normy. W dzienniczku uwag miał jeszcze pogiętą kartkę od pielęgniarki szkolnej. Było tam napisane, że przekraczał normy bilansowe.<br />
<br />
No więc Zenka wysłali do domu ze szkoły, bo mu mama nie zawiązała krawata. Zawsze zawiązywała, ale rano jej nie było. Buty też miał w złym kolorze. Spodnie niewyprasowane, a w ogóle to skandal, tak do mundurka założyć trampki. Poszedł sobie kupić słodkie coś na pociechę, ale absolutnie nie wracał do domu. Poszedł na Pokątną. Jak już był na Pokątnej, to zawiesił się na słupie. I o kurde, cyrk. Jak się tam dostać? Na Pokątnej brali go za szkolniaka na wagarach, bo i tu mundurek, i tam mundurek, tam w tym Hogwarcie. A jak już zaszedł do tego cyrku, to mu się coś pokićkało, przeszedł pod barierką, prawie przejechały go konie, wlazł do namiotu, albo do wozu, no w każdym razie zobaczył interesujące urządzonko. Maszynę do szycia. Mama taką miała. Właśnie tak komuś powie, jak ktoś się go uczepi.<br />
<br />
Piromańskie techniki połykacza ogni wzbudzały u ludzi salwy śmiechu, a Zenek za pleczem ciumkał sobie na to. Miał lepsze rzeczy do roboty, takie jak dotykanie maszyny palcami lepkimi od słodyczy. Ciekawe, czy w ogóle działała bez prądu. Ponadto ciągutka przykleiła mu się do podniebienia. Wytrwale nad tym pracował, przesuwając językiem między zębami.<br />
<br />
Oprócz desek z drewna przed światem i pieczęciami odgradzały go rzędy kostiumów w tylu kolorach, co jego żelki w torbie. Tylko że jeszcze więcej i lepiej, bo tkanin nie ograniczały normy cukiernicze. Jak promień Słońca padał pod odpowiednim kątem w dziurę między deskami wozu, to trafiał w błyszczącą pelerynę, a na ścianie wozu za Zenkiem robiła się tęcza. Czyli Bóg z nami.</span>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[1.10.1963] Nocne Eskapady | Hestia & Zelena]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6426</link>
			<pubDate>Mon, 14 Sep 2026 23:19:33 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=525">Hestia Bletchley</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6426</guid>
			<description><![CDATA[<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Nigdzie nie było jej szkicownika.</span> W pierwszej chwili nie brzmiało to jak wielki problem. Przecież logicznie rzecz biorąc szkicownik musiał się gdzieś znajdować, a gdzie mógłby się indziej znajdować niż w jej dormitorium? Niestety uważne przeszukanie jej torby, szuflad, łóżka a nawet kufra podróżnego nie przyniosło spodziewanych efektów i szkicownik dalej pozostawał uznany za zaginiony. Przeszukanie pokoju wspólnego również nie pomogło w tej sytuacji. Czy ktoś mógł jej go zabrać? Hestia szczerze w to wątpiła. Jasne, Hufflepuff wbrew obiegowej oponi był domem kilku dość wrednych jednostek, ale z żadną z nich nie miała szczególnie na pieńku. Nie była też nigdy obiektem rówieśniczych żartów, chyba że były to przyjacielskie psikusy w wykonaniu jej najbliższych znajomych. Tylko że nikt, widząc zaniepokojenie młodej Bletchleu nie przyznał się do schowania jej rzeczy, a na pewno na tym etapie wszyscy którzy ją lubili, już dawno by się nad nią zlitowali. <br />
<br />
Do łóżka kładła się z narastającym przekonaniem, że albo zmienia się w swojego ojca, który według matki czasem nie widział stojącego na wprost niego dżemu w szafce, albo szkicoenik po prostu przepadł. Może Irytek coś zrobił? Ugh… Jak ona nie znosiła tego wrednego ducha. Czemu on tak bardzo im wszystkim dokuczał? Przecież jego dowcipy nawet nie były śmieszne! <br />
<br />
Przez to wszystko długo nie mogła zasnąć. Nie chodziło już nawet o same rysunki, chociaż oczywiście chciała odzyskać swoje prace.  Chodziło też o tę bezsilność, która teraz złośliwie infekowała jej umysł i ciało. Buł szkicownik i nagle nie było szkicownika. Jak to możliwe?<br />
<br />
Olśniło ją dopiero na kwadrans przed północą.<br />
Korytarz przed biblioteką! Tam go przecież wyjmowała na chwilę i tam musiał zostać! Merlinie, a to znaczyło, że… Ktoś obcy mógł go rano znaleźć, o ile już tego nie zrobił, i przejrzeć jen rysunki. A potem zanieść do nauczyciela, który spytałby się przy wspólnym posiłku czyj to szkicownik, a wtedy ona musiałaby go odebrać przed całą szkoła i o nie, nie, nie, nie. To by było zbyt upokarzające. Szybko zerwała się na równe nogi, narzuciła na różową piżamę swój żóły szlafrok w kwiaty, szybko odnalazła buty i… Dzielnie wyszła z dormitorium, aby szybko odnaleźc zgubę. Nie miała jednak pojęcja, że ktoś podążył śladem za nią…]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Nigdzie nie było jej szkicownika.</span> W pierwszej chwili nie brzmiało to jak wielki problem. Przecież logicznie rzecz biorąc szkicownik musiał się gdzieś znajdować, a gdzie mógłby się indziej znajdować niż w jej dormitorium? Niestety uważne przeszukanie jej torby, szuflad, łóżka a nawet kufra podróżnego nie przyniosło spodziewanych efektów i szkicownik dalej pozostawał uznany za zaginiony. Przeszukanie pokoju wspólnego również nie pomogło w tej sytuacji. Czy ktoś mógł jej go zabrać? Hestia szczerze w to wątpiła. Jasne, Hufflepuff wbrew obiegowej oponi był domem kilku dość wrednych jednostek, ale z żadną z nich nie miała szczególnie na pieńku. Nie była też nigdy obiektem rówieśniczych żartów, chyba że były to przyjacielskie psikusy w wykonaniu jej najbliższych znajomych. Tylko że nikt, widząc zaniepokojenie młodej Bletchleu nie przyznał się do schowania jej rzeczy, a na pewno na tym etapie wszyscy którzy ją lubili, już dawno by się nad nią zlitowali. <br />
<br />
Do łóżka kładła się z narastającym przekonaniem, że albo zmienia się w swojego ojca, który według matki czasem nie widział stojącego na wprost niego dżemu w szafce, albo szkicoenik po prostu przepadł. Może Irytek coś zrobił? Ugh… Jak ona nie znosiła tego wrednego ducha. Czemu on tak bardzo im wszystkim dokuczał? Przecież jego dowcipy nawet nie były śmieszne! <br />
<br />
Przez to wszystko długo nie mogła zasnąć. Nie chodziło już nawet o same rysunki, chociaż oczywiście chciała odzyskać swoje prace.  Chodziło też o tę bezsilność, która teraz złośliwie infekowała jej umysł i ciało. Buł szkicownik i nagle nie było szkicownika. Jak to możliwe?<br />
<br />
Olśniło ją dopiero na kwadrans przed północą.<br />
Korytarz przed biblioteką! Tam go przecież wyjmowała na chwilę i tam musiał zostać! Merlinie, a to znaczyło, że… Ktoś obcy mógł go rano znaleźć, o ile już tego nie zrobił, i przejrzeć jen rysunki. A potem zanieść do nauczyciela, który spytałby się przy wspólnym posiłku czyj to szkicownik, a wtedy ona musiałaby go odebrać przed całą szkoła i o nie, nie, nie, nie. To by było zbyt upokarzające. Szybko zerwała się na równe nogi, narzuciła na różową piżamę swój żóły szlafrok w kwiaty, szybko odnalazła buty i… Dzielnie wyszła z dormitorium, aby szybko odnaleźc zgubę. Nie miała jednak pojęcja, że ktoś podążył śladem za nią…]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[07.1957] The boys with long hair and the girls who knew better | Aloysius, Prue]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6404</link>
			<pubDate>Sat, 12 Sep 2026 23:02:46 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=544">Benjy Fenwick</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6404</guid>
			<description><![CDATA[Właściwie nie powinienem był tam być, to znaczy, z perspektywy czasu mogłem wymienić co najmniej siedem powodów, dla których obecność na cudzym weselu bez zaproszenia, bez znajomości młodej pary i bez choćby przyzwoitego garnituru była pomysłem wymagającym pewnego rodzaju szczególnego talentu do podejmowania złych decyzji, ale osobiście uważałem, że jeżeli potrafiło się wystarczająco szybko wymyślić wiarygodne kłamstwo, to właściwie nie było czegoś takiego jak „niewłaściwe miejsce”. Poza tym miałem pewność, że nic gorszego od szlabanu nie mogło mnie spotkać, nawet jeśli doświadczenie wielokrotnie udowodniło mi już, że w tej kwestii byłem raczej niepoprawnym optymistą. Wyszedłem zza niewielkiego zagajnika, skróciwszy sobie drogę przez coś, co z początku miało być zwyczajną leśną ścieżką prowadzącą w stronę centrum Little Hangleton, i wtedy usłyszałem muzykę - głośną i przaśną, zdecydowanie nie taką, która sugerowałaby elegancką uroczystość, podczas której starsze czarownice siedziałyby z wyprostowanymi plecami i oceniałyby czyjś sposób trzymania kieliszka, tylko coś znacznie bardziej żywego i przez to zdecydowanie interesującego - skrzypce grały szybciej, niż powinny, ktoś śpiewał kompletnie poza rytmem, co kilka sekund rozlegał się zaś wybuch gromkiego śmiechu, który z pewnością nie bywał przewidziany w programie statecznych ceremonii, do których byłem przyzwyczajony, gdyż rodzice nie uznawali słowa „nie”, kiedy chodziło o odjebanie pokazówki przed krewnymi. <br />
Zatrzymałem się więc, oczywiście wyłącznie z przezorności przed tym, aby przypadkiem się w nic nie wkopać, po czym wychyliłem głowę zza drzewa, dzięki czemu całkiem wyraźnie zobaczyłem kilkunastu czarodziejów zgromadzonych wokół niewielkiego, przystrojonego budynku gospodarczego, kilka girland wiszących zdecydowanie zbyt nisko, żeby ktokolwiek o wzroście wyższym od pierwszoklasisty mógł przejść pod nimi bez zahaczenia głową, oraz tyle butelek po alkoholu, że przez moment pomyślałem, iż trafiłem za Zasłonę. Wyglądało to na wesele, bez dwóch, kurwa zdań, w dodatku trwające już na tyle długo, aby mieć za sobą najnudniejsze części, co oznaczało, że właśnie znalazłem najlepszą możliwą wymówkę, żeby podejść bliżej. Nie zdążyłem jednak zrobić nawet trzech kroków, kiedy zobaczyłem ją - Prudence Bletchley - stała kilka metrów dalej, robiąc naprawdę śmieszny wyraz twarzy wskazujący na zaliczenie kolejnej zawiechy mózgu, otoczona przez grupę kompletnie obcych mi, podpitych dorosłych, którzy najwyraźniej doszli do wniosku, że skoro pojawiła się w pobliżu wesela, to musiała być kimś związanym z młodą parą. Skąd wiedziałem, iż to nie było prawdą? Być może miała w zwyczaju stroić się w dziwnie poważne ubrania, gdy była poza szkołą, lecz jej sukienka nawet dla mnie nadawała się bardziej na pogrzeb, niż wesele w polu. Jeden z mężczyzn właśnie poklepywał ją jednak po ramieniu, robiąc to z taką poufałością, jakby znali się od lat, a drugi próbował najwyraźniej przypomnieć sobie jej imię, co nie szło mu najlepiej. Prue natomiast, gdy jej system chyba postanowił znowu zaskoczyć, wyglądała dokładnie tak, jak człowiek, który w ciągu ostatnich trzydziestu sekund zrozumiał, że jego sytuacja jest fatalna, ale jeszcze nie zdecydował, czy większym problemem będzie ucieczka, czy zamordowanie wszystkich obecnych. <br />
Nie wiedziałem, co było zabawniejsze - jej mina czy świadomość, że właśnie przez chwilę mogłem odejść, naprawdę mogłem, mogłem spokojnie cofnąć się za drzewo, udać, że niczego nie zauważyłem, wrócić do domu albo pójść do miasta inną drogą, a potem przez następne kilka tygodni wspominać z satysfakcją, że Prudence Bletchley została przypadkiem porwana przez pijanych uczestników wesela. Niestety, nie byłem w stanie tak po prostu darować sobie bycia świadkiem rozwoju sytuacji, tudzież czynnym uczestnikiem tego wszystkiego, moje nogi miały inne plany - zamiast zarechotać i okazać się „rozsądniejszym”, ruszyłem w stronę zgromadzonych, przybierając postawę kogoś, kto właśnie przybył na uroczystość, na którą został osobiście zaproszony. Nie miałem pojęcia, kim byli państwo młodzi, wiedziałem za to jedno - jeżeli ci ludzie naprawdę byli wystarczająco pijani, żeby uwierzyć, że Prue w swojej całej krasie była tutaj celowo, bez najmniejszego problemu mieli uwierzyć również w to, że pojawiła się z osobą towarzyszącą. A to było kłamstwo tak absurdalne, że aż chciałem je sprawdzić. Podszedłem więc bliżej, poprawiłem ubranie, którego nie miałem po co poprawiać, i uśmiechnąłem się do najbardziej pijanej osoby w całym towarzystwie. <br />
-<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> Przepraszam za spóźnienie. Już jestem.</span> - Rzuciłem do wszystkich bez mrugnięcia okiem, chociaż nie miałem pojęcia, ile się spóźniłem, po której stronie związku mieliśmy się niby opowiadać i kto to dokładnie był. -<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> Mogłaś na mnie zaczekać, Cia, prawie zgubiłem drogę.</span> - Dodałem niemal natychmiast, całkiem „przezornie”, przelotnie kierując wzrok w stronę Prue. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Wybaczcie, panowie, Audacia jest nieśmiała.</span> - Wyjaśniłem, jakbym właśnie przedstawiał im rzadki i wymagający okaz zoologiczny. -<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> Z początku zawsze tak ma. Stoi cicho, patrzy wielkimi oczami i udaje, że wcale nie chce stąd uciec. Trzeba jej tylko dać chwilę, aż przestanie się bać ludzi. Ze mną też długo się oswajała.</span> - Rzuciłem z całkowitą powagą, zerkając na nią kątem oka, to wystarczyło, mężczyzna najbliżej mnie od razu pokiwał wyrozumiale, rozpromienił się jeszcze bardziej i wyciągnął do mnie rękę, otworzyłem więc ponownie usta, aby mu się przedstawić i…<br />
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=tmo7cCP.jpeg[/inny avek]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Właściwie nie powinienem był tam być, to znaczy, z perspektywy czasu mogłem wymienić co najmniej siedem powodów, dla których obecność na cudzym weselu bez zaproszenia, bez znajomości młodej pary i bez choćby przyzwoitego garnituru była pomysłem wymagającym pewnego rodzaju szczególnego talentu do podejmowania złych decyzji, ale osobiście uważałem, że jeżeli potrafiło się wystarczająco szybko wymyślić wiarygodne kłamstwo, to właściwie nie było czegoś takiego jak „niewłaściwe miejsce”. Poza tym miałem pewność, że nic gorszego od szlabanu nie mogło mnie spotkać, nawet jeśli doświadczenie wielokrotnie udowodniło mi już, że w tej kwestii byłem raczej niepoprawnym optymistą. Wyszedłem zza niewielkiego zagajnika, skróciwszy sobie drogę przez coś, co z początku miało być zwyczajną leśną ścieżką prowadzącą w stronę centrum Little Hangleton, i wtedy usłyszałem muzykę - głośną i przaśną, zdecydowanie nie taką, która sugerowałaby elegancką uroczystość, podczas której starsze czarownice siedziałyby z wyprostowanymi plecami i oceniałyby czyjś sposób trzymania kieliszka, tylko coś znacznie bardziej żywego i przez to zdecydowanie interesującego - skrzypce grały szybciej, niż powinny, ktoś śpiewał kompletnie poza rytmem, co kilka sekund rozlegał się zaś wybuch gromkiego śmiechu, który z pewnością nie bywał przewidziany w programie statecznych ceremonii, do których byłem przyzwyczajony, gdyż rodzice nie uznawali słowa „nie”, kiedy chodziło o odjebanie pokazówki przed krewnymi. <br />
Zatrzymałem się więc, oczywiście wyłącznie z przezorności przed tym, aby przypadkiem się w nic nie wkopać, po czym wychyliłem głowę zza drzewa, dzięki czemu całkiem wyraźnie zobaczyłem kilkunastu czarodziejów zgromadzonych wokół niewielkiego, przystrojonego budynku gospodarczego, kilka girland wiszących zdecydowanie zbyt nisko, żeby ktokolwiek o wzroście wyższym od pierwszoklasisty mógł przejść pod nimi bez zahaczenia głową, oraz tyle butelek po alkoholu, że przez moment pomyślałem, iż trafiłem za Zasłonę. Wyglądało to na wesele, bez dwóch, kurwa zdań, w dodatku trwające już na tyle długo, aby mieć za sobą najnudniejsze części, co oznaczało, że właśnie znalazłem najlepszą możliwą wymówkę, żeby podejść bliżej. Nie zdążyłem jednak zrobić nawet trzech kroków, kiedy zobaczyłem ją - Prudence Bletchley - stała kilka metrów dalej, robiąc naprawdę śmieszny wyraz twarzy wskazujący na zaliczenie kolejnej zawiechy mózgu, otoczona przez grupę kompletnie obcych mi, podpitych dorosłych, którzy najwyraźniej doszli do wniosku, że skoro pojawiła się w pobliżu wesela, to musiała być kimś związanym z młodą parą. Skąd wiedziałem, iż to nie było prawdą? Być może miała w zwyczaju stroić się w dziwnie poważne ubrania, gdy była poza szkołą, lecz jej sukienka nawet dla mnie nadawała się bardziej na pogrzeb, niż wesele w polu. Jeden z mężczyzn właśnie poklepywał ją jednak po ramieniu, robiąc to z taką poufałością, jakby znali się od lat, a drugi próbował najwyraźniej przypomnieć sobie jej imię, co nie szło mu najlepiej. Prue natomiast, gdy jej system chyba postanowił znowu zaskoczyć, wyglądała dokładnie tak, jak człowiek, który w ciągu ostatnich trzydziestu sekund zrozumiał, że jego sytuacja jest fatalna, ale jeszcze nie zdecydował, czy większym problemem będzie ucieczka, czy zamordowanie wszystkich obecnych. <br />
Nie wiedziałem, co było zabawniejsze - jej mina czy świadomość, że właśnie przez chwilę mogłem odejść, naprawdę mogłem, mogłem spokojnie cofnąć się za drzewo, udać, że niczego nie zauważyłem, wrócić do domu albo pójść do miasta inną drogą, a potem przez następne kilka tygodni wspominać z satysfakcją, że Prudence Bletchley została przypadkiem porwana przez pijanych uczestników wesela. Niestety, nie byłem w stanie tak po prostu darować sobie bycia świadkiem rozwoju sytuacji, tudzież czynnym uczestnikiem tego wszystkiego, moje nogi miały inne plany - zamiast zarechotać i okazać się „rozsądniejszym”, ruszyłem w stronę zgromadzonych, przybierając postawę kogoś, kto właśnie przybył na uroczystość, na którą został osobiście zaproszony. Nie miałem pojęcia, kim byli państwo młodzi, wiedziałem za to jedno - jeżeli ci ludzie naprawdę byli wystarczająco pijani, żeby uwierzyć, że Prue w swojej całej krasie była tutaj celowo, bez najmniejszego problemu mieli uwierzyć również w to, że pojawiła się z osobą towarzyszącą. A to było kłamstwo tak absurdalne, że aż chciałem je sprawdzić. Podszedłem więc bliżej, poprawiłem ubranie, którego nie miałem po co poprawiać, i uśmiechnąłem się do najbardziej pijanej osoby w całym towarzystwie. <br />
-<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> Przepraszam za spóźnienie. Już jestem.</span> - Rzuciłem do wszystkich bez mrugnięcia okiem, chociaż nie miałem pojęcia, ile się spóźniłem, po której stronie związku mieliśmy się niby opowiadać i kto to dokładnie był. -<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> Mogłaś na mnie zaczekać, Cia, prawie zgubiłem drogę.</span> - Dodałem niemal natychmiast, całkiem „przezornie”, przelotnie kierując wzrok w stronę Prue. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Wybaczcie, panowie, Audacia jest nieśmiała.</span> - Wyjaśniłem, jakbym właśnie przedstawiał im rzadki i wymagający okaz zoologiczny. -<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> Z początku zawsze tak ma. Stoi cicho, patrzy wielkimi oczami i udaje, że wcale nie chce stąd uciec. Trzeba jej tylko dać chwilę, aż przestanie się bać ludzi. Ze mną też długo się oswajała.</span> - Rzuciłem z całkowitą powagą, zerkając na nią kątem oka, to wystarczyło, mężczyzna najbliżej mnie od razu pokiwał wyrozumiale, rozpromienił się jeszcze bardziej i wyciągnął do mnie rękę, otworzyłem więc ponownie usta, aby mu się przedstawić i…<br />
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=tmo7cCP.jpeg[/inny avek]]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[Samhain 1956] Noc, w której się zgubiliśmy]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6356</link>
			<pubDate>Sat, 05 Sep 2026 22:09:56 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=661">Alice Bell</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6356</guid>
			<description><![CDATA[<div class="customdivek1" style="position:relative;"><div style="background:url('https://i.pinimg.com/1200x/00/2b/b3/002bb3d3713c232d4221f466eb6d3ca0.jpg') top/100% auto no-repeat;height:300px;background-position: center;background-size: cover;"></div><div class="customdivek2"></div><div style="position:relative;padding:20px;margin-top:-200px;">
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><span style="font-size: 30pt;" class="mycode_size"><span style="font-family: Parisienne;" class="mycode_font">Noc, w której się zgubiliśmy</span></span></div>
<br />
<br />
<div class="akapitzliterka"><p>Samhain w Little Hangleton pachniał dymem i błotem udeptanym przez zbyt wiele nóg. Na wielki sabat czarodzieje ściągali z całej okolicy — jedni po to religijne uniesienie, jakie daje noc, kiedy granica między żywymi a zmarłymi robi się cienka jak bibułka, inni po prostu dlatego, że rodzice ciągali ich tu co roku i tak już wypadało. W sercu wszystkiego huczało rytualne ognisko, wysokie jak dwa wozy jeden na drugim, a wokół niego kłębił się tłum na tyle gęsty, że można było w nim zniknąć i przez dobrą chwilę nikt by tego nie zauważył. Bellowie w tym samym ogniu co wszyscy widzieli zupełnie co innego: tyle twarzy w jednym miejscu, tyle rozanielonych spojrzeń wbitych w płomienie zamiast we własne kieszenie.</p></div>
<p>Wytarła ostrze noża o zahaczoną za skórzany pas szmatkę i krytycznym okiem oceniła swoje dzieło. Wykrawane w dorodnej, wydrążonej rzepie kształty ułożyły się wreszcie w krzywą mordę. Zapadnięte oczy i zaostrzone zęby na tak mimo wszystko drobnym warzywie mogły wywołać komiczne wrażenie, jeśli zapomnieć o umieszczeniu weń rozżarzonego węglika.</p>
<p>— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Masz, młody. Powiedz, że sam robiłeś, a te resztki zanieś Catrin. Może nada się do gulaszu, a ciebie nie oskarży o zbrodnię.</span> — Podsunęła latarnię chłopcu, który od godziny starał się wyrzeźbić w swojej rzepie odpowiednio straszliwą twarz. Kiedy wszyscy artyści rozeszli się w poszukiwaniu łupów, Alice została chwilowo wrobiona w rolę niani. Chłopiec niestety tak długo maltretował warzywo, że pozostały z niego zwłoki z marnie zwisającymi fragmentami, trzymającymi się całości tylko na słowo honoru. Na widok gotowego lampionu wyszczerzył wybrakowane uzębienie i pochwycił prezent. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Ale nie biegaj z otwartym scyzorykiem! Wiem, że będziesz kiedyś połykaczem noży, ale do tego czasu warto, byś nie zginął, jak idiota.</span></p>
<p>— <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Przecież nie biegam!</span> — prychnął na to młody, wywracając oczami, choć napięte mięśnie wyraźnie wskazywały na to, że już rzucał się do pędu.</p>
<p>Poprawiła podwinięty rękaw zszarzałej koszuli, który zsuwał się natrętnie, od kiedy zerwał się guzik podtrzymującego paska. Mówi się, że szewc bez butów chodzi, tak jak i krawiec w niedorobionych ubraniach, bo poprawki własnych kreacji zawsze spadają gdzieś na dalszy plan.<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Muszę to wreszcie ogarnąć</span>, przemknęło jej przez myśl, kiedy zwinne palce poprawiły materiał, a wzrok odruchowo zszedł do sięgającej połowy łydki spódnicy. Z doszytych niegdyś licznych kieszeni była niezwykle dumna, stanowiły nieodmiennie punkt przechwałek i przykładu praktycznego kunsztu, lecz podobnie, jak w przypadku koszuli, jeden ze schowków wymagał poprawki. Takich drobnych, wymagających poprawy elementów było w garderobie Alice więcej i jak zawsze odchodziły w zapomnienie, kiedy na pierwszy plan wysuwały się te istotniejsze sprawy. Takie jak…</p>
<p>— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Flynn!</span> — Zamachała do brata, kiedy dostrzegła wśród tłumu łysego chłopaka, który garbił się, jakby miało mu to pomóc zniknąć wśród zebranych. Bezskutecznie. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">I jak, znalazłeś?</span> — Wskazała głową w kierunku majaczącego się za linią drzew potężnego ogniska. Zniknął chwilę wcześniej, kiedy wysłała go z ambitnym zadaniem podwędzenia alkoholu z któregoś ze straganów. Nie godziło się spędzać święta o suchym pysku, wystarczyło odpowiednio czaić się przed wujaszkiem Tullym, który nieszczególnie był zadowolony, kiedy nieletnia młodzież brała przykład z dorosłych w kwestii imprezowania. Ale kimże byli, jak nie wybitnymi iluzjonistami i oszustami, zdolnymi uśmiechnąć się rozbrajająco? — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Bo jak wróciłeś z pustymi łapami, to możesz od razu wracać.</span> — Wzniosła wyczekująco brwi, ale w ciemnych tęczówkach czaiła się łatwo dostrzegalna ekscytacja. Groźny ton był taki wyłącznie z pozoru, bo wizja umoczenia ust w rozcieńczonym winie była o wiele przyjemniejsza od siania postrachu.</p></div></div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div class="customdivek1" style="position:relative;"><div style="background:url('https://i.pinimg.com/1200x/00/2b/b3/002bb3d3713c232d4221f466eb6d3ca0.jpg') top/100% auto no-repeat;height:300px;background-position: center;background-size: cover;"></div><div class="customdivek2"></div><div style="position:relative;padding:20px;margin-top:-200px;">
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><span style="font-size: 30pt;" class="mycode_size"><span style="font-family: Parisienne;" class="mycode_font">Noc, w której się zgubiliśmy</span></span></div>
<br />
<br />
<div class="akapitzliterka"><p>Samhain w Little Hangleton pachniał dymem i błotem udeptanym przez zbyt wiele nóg. Na wielki sabat czarodzieje ściągali z całej okolicy — jedni po to religijne uniesienie, jakie daje noc, kiedy granica między żywymi a zmarłymi robi się cienka jak bibułka, inni po prostu dlatego, że rodzice ciągali ich tu co roku i tak już wypadało. W sercu wszystkiego huczało rytualne ognisko, wysokie jak dwa wozy jeden na drugim, a wokół niego kłębił się tłum na tyle gęsty, że można było w nim zniknąć i przez dobrą chwilę nikt by tego nie zauważył. Bellowie w tym samym ogniu co wszyscy widzieli zupełnie co innego: tyle twarzy w jednym miejscu, tyle rozanielonych spojrzeń wbitych w płomienie zamiast we własne kieszenie.</p></div>
<p>Wytarła ostrze noża o zahaczoną za skórzany pas szmatkę i krytycznym okiem oceniła swoje dzieło. Wykrawane w dorodnej, wydrążonej rzepie kształty ułożyły się wreszcie w krzywą mordę. Zapadnięte oczy i zaostrzone zęby na tak mimo wszystko drobnym warzywie mogły wywołać komiczne wrażenie, jeśli zapomnieć o umieszczeniu weń rozżarzonego węglika.</p>
<p>— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Masz, młody. Powiedz, że sam robiłeś, a te resztki zanieś Catrin. Może nada się do gulaszu, a ciebie nie oskarży o zbrodnię.</span> — Podsunęła latarnię chłopcu, który od godziny starał się wyrzeźbić w swojej rzepie odpowiednio straszliwą twarz. Kiedy wszyscy artyści rozeszli się w poszukiwaniu łupów, Alice została chwilowo wrobiona w rolę niani. Chłopiec niestety tak długo maltretował warzywo, że pozostały z niego zwłoki z marnie zwisającymi fragmentami, trzymającymi się całości tylko na słowo honoru. Na widok gotowego lampionu wyszczerzył wybrakowane uzębienie i pochwycił prezent. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Ale nie biegaj z otwartym scyzorykiem! Wiem, że będziesz kiedyś połykaczem noży, ale do tego czasu warto, byś nie zginął, jak idiota.</span></p>
<p>— <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Przecież nie biegam!</span> — prychnął na to młody, wywracając oczami, choć napięte mięśnie wyraźnie wskazywały na to, że już rzucał się do pędu.</p>
<p>Poprawiła podwinięty rękaw zszarzałej koszuli, który zsuwał się natrętnie, od kiedy zerwał się guzik podtrzymującego paska. Mówi się, że szewc bez butów chodzi, tak jak i krawiec w niedorobionych ubraniach, bo poprawki własnych kreacji zawsze spadają gdzieś na dalszy plan.<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Muszę to wreszcie ogarnąć</span>, przemknęło jej przez myśl, kiedy zwinne palce poprawiły materiał, a wzrok odruchowo zszedł do sięgającej połowy łydki spódnicy. Z doszytych niegdyś licznych kieszeni była niezwykle dumna, stanowiły nieodmiennie punkt przechwałek i przykładu praktycznego kunsztu, lecz podobnie, jak w przypadku koszuli, jeden ze schowków wymagał poprawki. Takich drobnych, wymagających poprawy elementów było w garderobie Alice więcej i jak zawsze odchodziły w zapomnienie, kiedy na pierwszy plan wysuwały się te istotniejsze sprawy. Takie jak…</p>
<p>— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Flynn!</span> — Zamachała do brata, kiedy dostrzegła wśród tłumu łysego chłopaka, który garbił się, jakby miało mu to pomóc zniknąć wśród zebranych. Bezskutecznie. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">I jak, znalazłeś?</span> — Wskazała głową w kierunku majaczącego się za linią drzew potężnego ogniska. Zniknął chwilę wcześniej, kiedy wysłała go z ambitnym zadaniem podwędzenia alkoholu z któregoś ze straganów. Nie godziło się spędzać święta o suchym pysku, wystarczyło odpowiednio czaić się przed wujaszkiem Tullym, który nieszczególnie był zadowolony, kiedy nieletnia młodzież brała przykład z dorosłych w kwestii imprezowania. Ale kimże byli, jak nie wybitnymi iluzjonistami i oszustami, zdolnymi uśmiechnąć się rozbrajająco? — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Bo jak wróciłeś z pustymi łapami, to możesz od razu wracać.</span> — Wzniosła wyczekująco brwi, ale w ciemnych tęczówkach czaiła się łatwo dostrzegalna ekscytacja. Groźny ton był taki wyłącznie z pozoru, bo wizja umoczenia ust w rozcieńczonym winie była o wiele przyjemniejsza od siania postrachu.</p></div></div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[Wiosna 1962, 23.04 Sady Abbottów | Violet & Samuel] Kwiat jabłoni]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6354</link>
			<pubDate>Sat, 05 Sep 2026 18:39:14 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=412">Samuel McGonagall</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6354</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">Wiosna 1962<br />
<br />
<img src="https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=WPESJRK.png" loading="lazy"  alt="[Obrazek: imgproxy.php?id=WPESJRK.png]" class="mycode_img" /></div>
<br />
Kwiecień przyszedł do Doliny Godryka nie po cichu, lecz cały spocony od własnego nadejścia. Powietrze stało między drzewami ciężkie i rozgrzane, jakby słońce przez całą noc gotowało je w ogromnym, niewidzialnym kotle. Ziemia parowała zapachem korzeni, młodej trawy i wilgoci, a gdzieś nad dachami miasteczka brzęczały pszczoły, leniwe od ciepła. Było duszno, lecz była to duszność dobra. Była to duszność, która nie odbiera tchu, tylko przypomina, że świat oddycha głębiej niż człowiek. Wszędzie czuło się owo pierwsze, niecierpliwe rozprężenie przyrody: trawa wciskała się pomiędzy kamienie, pąki pękały na gałęziach, owady wyłaziły z kryjówek, a ziemia, która przez całą zimę milczała pod chłodną powierzchnią, nagle zaczynała mówić tysiącem drobnych szmerów.<br />
<br />
Sady Abbottów rozlewały się po zboczach doliny zielenią tak młodą, że aż bezwstydną. Drzewa, dotąd milczące i nagie, nagle przypomniały sobie własne ciała. Pędy nabrzmiały, gałęzie pokryły się liśćmi, a jabłonie zakwitły – białe, różowawe, pachnące tak mocno, jakby każda z nich postanowiła tej wiosny powiedzieć światu coś, czego nie da się wypowiedzieć słowami. <br />
<br />
I właśnie wtedy nad sadem pojawił się ptak.<br />
<br />
Samuel McGonagall przysiadł na najwyższej gałęzi jednej z jabłoni i przez chwilę trwał bez ruchu, przechylając łebek to w jedną, to w drugą stronę. Miał szesnaście lat, był młodzieńcem karnym i zdyscyplinowanym, pracującym w głuszy Kniei pod dyktando surowej matki. Ale jako krogulec nie pamiętał o tym za bardzo. Człowiek tkwił gdzieś głęboko pod piórami, pod instynktem, pod nieustanną potrzebą ruchu, która kazała mu obserwować wszystko, co drgnęło w trawie, mignęło pomiędzy gałęziami albo przemknęło po niebie. Świat był z tej wysokości zapierający dech, lecz była w nim też kusząca, prostota. Świat obserwowany ptasim okiem miał imion i nie potrzebował ich. Drzewo było drzewem, niebo było niebem, owad był czymś, co można było śledzić wzrokiem, a wiatr był czymś, co można było schwytać pod skrzydło i pozwolić mu się ponieść. Nawet ludzkie głosy, dobiegające z dalszej części sadu, rozpływały się w tle jak odległe nawoływania innych zwierząt.<br />
<br />
Najważniejszy zaś był zapach.<br />
<br />
Samuel wyciągnął szyję i nabrał powietrza, aż całe jego małe ciało zdawało się drżeć od nadmiaru woni. Jabłonie pachniały inaczej niż zwykle, bo jeszcze nie miały owoców, a ich zapach był dopiero obietnicą tego, co miało nadejść. Słodki, świeży, niemal mleczny aromat kwiatów mieszał się z wonią mokrej kory, młodych liści i ziemi ogrzanej słońcem. Samuel nie potrafił powiedzieć, dlaczego właśnie ten zapach wydawał mu się tak niezwykły, ale czuł, że kryje się w nim coś ważnego. Kwiat nie był przecież jeszcze jabłkiem. A jednak jabłko już w nim istniało, ukryte, przyszłe i cierpliwe. Wystarczyło, że pszczoła zanurzyła się w bieli, otrzepała z samej siebie złocisty pył i poleciała dalej, pozostawiając po sobie coś niewypowiedzianego, co miało sprawić, że za kilka miesięcy na tej samej gałęzi pojawi się ciężki, soczysty owoc. Jak to właściwie działało? Czy jabłko zaczynało się w chwili, gdy pyłek osiadał na kolejnym kwiecie? Czy zaczynało się jeszcze wcześniej – w drzewie, które przez całą zimę przechowywało w sobie zapas życia? A może zaczynało się wiele lat temu, w innym jabłku, z którego wypadło maleńkie nasiono, tak niepozorne, że można je było pomylić z kawałkiem ziemi? Myśl ta zachwyciła go tak bardzo, że przez moment zapomniał o wszystkim innym.<br />
<br />
Po chwili jednak nie potrafił już siedzieć spokojnie. Przeskoczył na sąsiednią gałąź, potem na następną, aż wreszcie poderwał się i przeleciał na kolejną jabłoń. Pióra musnęły kwiaty, kilka płatków oderwało się i zawirowało za nim, a Samuel, uradowany samym faktem posiadania skrzydeł, zatoczył niewielkie koło nad koronami drzew. Nie potrzebował celu. Nie musiał dokądś dotrzeć. Mógł po prostu lecieć, a potem usiąść tam, gdzie akurat mu się spodobało. Raz zatrzymał się przy gałęzi, na której mały pająk rozwieszał właśnie swoją sieć i obserwował go z takim skupieniem, jakby była to najważniejsza praca wykonywana tego dnia. Innym razem dostrzegł jaszczurkę wygrzewającą się na kamieniu, a jeszcze dalej królika, który przemknął pomiędzy kępami trawy. Wszystko miało swoje miejsce i swój czas. Pająk tkał, pszczoły zapylały, mrówki wynosiły z ziemi kolejne drobiny, ptaki nawoływały się w koronach drzew, a drzewa trwały pośród tego wszystkiego spokojne i ogromne, karmiąc świat własnym cieniem.<br />
<br />
Pod nim też jacyś ludzie pracowali. Jacyś Abbottowie przechodzili pomiędzy drzewami, sprawdzali zaklęcia ochronne, doglądali roślin i rozmawiali przyciszonymi głosami. Samuel słyszał ich, lecz nie czuł potrzeby, by rozróżniać i interpretować pojedynczych słów. Ludzie zawsze coś robili. Budowali, pilnowali, naprawiali, planowali przyszłość, jakby przyszłość można było zaplanować. Tymczasem drzewo po prostu rosło. Nie musiało wiedzieć, kiedy pojawi się owoc. Nie musiało rozumieć, jak z kwiatu powstanie nasienie, ani zastanawiać się, czy następna wiosna będzie równie ciepła. Korzenie piły ciemność ziemi, pień trzymał się nieba, a gałęzie wyciągały się ku światłu. To wystarczało.<br />
<br />
Samuel wtulił pazury w korę i przymknął oczy. Pod cienką powierzchnią drzewa wyczuwał coś, czego nie potrafił nazwać, powolne, uparte życie wspinające się z korzeni ku najwyższym gałęziom. Soki poruszały się wewnątrz pnia, niewidzialne i cierpliwe, jak rzeka płynąca pod ziemią. Każdy pąk miał w sobie liść, każdy kwiat miał w sobie możliwość owocu, a każdy owoc miał w sobie nowe drzewo. Jedno życie rodziło drugie i czyniło to bez pośpiechu, bez ceremonii, bez potrzeby, by ktokolwiek je za to podziwiał. Samuel poczuł nagle, że jest częścią tego samego ruchu. Był ptakiem, który przysiadł na drzewie, drzewo wyrastało z ziemi, ziemia żywiła się tym, co umarło, a to, co umarło, kiedyś było żywe. Nic się nie kończyło naprawdę. Wszystko tylko zmieniało kształt.<br />
<br />
Otworzył oczy.<br />
<br />
Świat płonął zielenią i bielą, a gorące powietrze drżało nad sadem. Rozwinął skrzydła i zachłyśnięty wrażeniem, spróbował wzlecieć teraz jak wysoko się dało, aby spróbować swoimi skrzydłami objąć cały, calusieńki sad…<br />
<br />
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=7KODIFJ.png[/inny avek]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">Wiosna 1962<br />
<br />
<img src="https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=WPESJRK.png" loading="lazy"  alt="[Obrazek: imgproxy.php?id=WPESJRK.png]" class="mycode_img" /></div>
<br />
Kwiecień przyszedł do Doliny Godryka nie po cichu, lecz cały spocony od własnego nadejścia. Powietrze stało między drzewami ciężkie i rozgrzane, jakby słońce przez całą noc gotowało je w ogromnym, niewidzialnym kotle. Ziemia parowała zapachem korzeni, młodej trawy i wilgoci, a gdzieś nad dachami miasteczka brzęczały pszczoły, leniwe od ciepła. Było duszno, lecz była to duszność dobra. Była to duszność, która nie odbiera tchu, tylko przypomina, że świat oddycha głębiej niż człowiek. Wszędzie czuło się owo pierwsze, niecierpliwe rozprężenie przyrody: trawa wciskała się pomiędzy kamienie, pąki pękały na gałęziach, owady wyłaziły z kryjówek, a ziemia, która przez całą zimę milczała pod chłodną powierzchnią, nagle zaczynała mówić tysiącem drobnych szmerów.<br />
<br />
Sady Abbottów rozlewały się po zboczach doliny zielenią tak młodą, że aż bezwstydną. Drzewa, dotąd milczące i nagie, nagle przypomniały sobie własne ciała. Pędy nabrzmiały, gałęzie pokryły się liśćmi, a jabłonie zakwitły – białe, różowawe, pachnące tak mocno, jakby każda z nich postanowiła tej wiosny powiedzieć światu coś, czego nie da się wypowiedzieć słowami. <br />
<br />
I właśnie wtedy nad sadem pojawił się ptak.<br />
<br />
Samuel McGonagall przysiadł na najwyższej gałęzi jednej z jabłoni i przez chwilę trwał bez ruchu, przechylając łebek to w jedną, to w drugą stronę. Miał szesnaście lat, był młodzieńcem karnym i zdyscyplinowanym, pracującym w głuszy Kniei pod dyktando surowej matki. Ale jako krogulec nie pamiętał o tym za bardzo. Człowiek tkwił gdzieś głęboko pod piórami, pod instynktem, pod nieustanną potrzebą ruchu, która kazała mu obserwować wszystko, co drgnęło w trawie, mignęło pomiędzy gałęziami albo przemknęło po niebie. Świat był z tej wysokości zapierający dech, lecz była w nim też kusząca, prostota. Świat obserwowany ptasim okiem miał imion i nie potrzebował ich. Drzewo było drzewem, niebo było niebem, owad był czymś, co można było śledzić wzrokiem, a wiatr był czymś, co można było schwytać pod skrzydło i pozwolić mu się ponieść. Nawet ludzkie głosy, dobiegające z dalszej części sadu, rozpływały się w tle jak odległe nawoływania innych zwierząt.<br />
<br />
Najważniejszy zaś był zapach.<br />
<br />
Samuel wyciągnął szyję i nabrał powietrza, aż całe jego małe ciało zdawało się drżeć od nadmiaru woni. Jabłonie pachniały inaczej niż zwykle, bo jeszcze nie miały owoców, a ich zapach był dopiero obietnicą tego, co miało nadejść. Słodki, świeży, niemal mleczny aromat kwiatów mieszał się z wonią mokrej kory, młodych liści i ziemi ogrzanej słońcem. Samuel nie potrafił powiedzieć, dlaczego właśnie ten zapach wydawał mu się tak niezwykły, ale czuł, że kryje się w nim coś ważnego. Kwiat nie był przecież jeszcze jabłkiem. A jednak jabłko już w nim istniało, ukryte, przyszłe i cierpliwe. Wystarczyło, że pszczoła zanurzyła się w bieli, otrzepała z samej siebie złocisty pył i poleciała dalej, pozostawiając po sobie coś niewypowiedzianego, co miało sprawić, że za kilka miesięcy na tej samej gałęzi pojawi się ciężki, soczysty owoc. Jak to właściwie działało? Czy jabłko zaczynało się w chwili, gdy pyłek osiadał na kolejnym kwiecie? Czy zaczynało się jeszcze wcześniej – w drzewie, które przez całą zimę przechowywało w sobie zapas życia? A może zaczynało się wiele lat temu, w innym jabłku, z którego wypadło maleńkie nasiono, tak niepozorne, że można je było pomylić z kawałkiem ziemi? Myśl ta zachwyciła go tak bardzo, że przez moment zapomniał o wszystkim innym.<br />
<br />
Po chwili jednak nie potrafił już siedzieć spokojnie. Przeskoczył na sąsiednią gałąź, potem na następną, aż wreszcie poderwał się i przeleciał na kolejną jabłoń. Pióra musnęły kwiaty, kilka płatków oderwało się i zawirowało za nim, a Samuel, uradowany samym faktem posiadania skrzydeł, zatoczył niewielkie koło nad koronami drzew. Nie potrzebował celu. Nie musiał dokądś dotrzeć. Mógł po prostu lecieć, a potem usiąść tam, gdzie akurat mu się spodobało. Raz zatrzymał się przy gałęzi, na której mały pająk rozwieszał właśnie swoją sieć i obserwował go z takim skupieniem, jakby była to najważniejsza praca wykonywana tego dnia. Innym razem dostrzegł jaszczurkę wygrzewającą się na kamieniu, a jeszcze dalej królika, który przemknął pomiędzy kępami trawy. Wszystko miało swoje miejsce i swój czas. Pająk tkał, pszczoły zapylały, mrówki wynosiły z ziemi kolejne drobiny, ptaki nawoływały się w koronach drzew, a drzewa trwały pośród tego wszystkiego spokojne i ogromne, karmiąc świat własnym cieniem.<br />
<br />
Pod nim też jacyś ludzie pracowali. Jacyś Abbottowie przechodzili pomiędzy drzewami, sprawdzali zaklęcia ochronne, doglądali roślin i rozmawiali przyciszonymi głosami. Samuel słyszał ich, lecz nie czuł potrzeby, by rozróżniać i interpretować pojedynczych słów. Ludzie zawsze coś robili. Budowali, pilnowali, naprawiali, planowali przyszłość, jakby przyszłość można było zaplanować. Tymczasem drzewo po prostu rosło. Nie musiało wiedzieć, kiedy pojawi się owoc. Nie musiało rozumieć, jak z kwiatu powstanie nasienie, ani zastanawiać się, czy następna wiosna będzie równie ciepła. Korzenie piły ciemność ziemi, pień trzymał się nieba, a gałęzie wyciągały się ku światłu. To wystarczało.<br />
<br />
Samuel wtulił pazury w korę i przymknął oczy. Pod cienką powierzchnią drzewa wyczuwał coś, czego nie potrafił nazwać, powolne, uparte życie wspinające się z korzeni ku najwyższym gałęziom. Soki poruszały się wewnątrz pnia, niewidzialne i cierpliwe, jak rzeka płynąca pod ziemią. Każdy pąk miał w sobie liść, każdy kwiat miał w sobie możliwość owocu, a każdy owoc miał w sobie nowe drzewo. Jedno życie rodziło drugie i czyniło to bez pośpiechu, bez ceremonii, bez potrzeby, by ktokolwiek je za to podziwiał. Samuel poczuł nagle, że jest częścią tego samego ruchu. Był ptakiem, który przysiadł na drzewie, drzewo wyrastało z ziemi, ziemia żywiła się tym, co umarło, a to, co umarło, kiedyś było żywe. Nic się nie kończyło naprawdę. Wszystko tylko zmieniało kształt.<br />
<br />
Otworzył oczy.<br />
<br />
Świat płonął zielenią i bielą, a gorące powietrze drżało nad sadem. Rozwinął skrzydła i zachłyśnięty wrażeniem, spróbował wzlecieć teraz jak wysoko się dało, aby spróbować swoimi skrzydłami objąć cały, calusieńki sad…<br />
<br />
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=7KODIFJ.png[/inny avek]]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[1971] Nocą na skraju miasta]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6343</link>
			<pubDate>Fri, 04 Sep 2026 01:40:29 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=87">Dora Crawford</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6343</guid>
			<description><![CDATA[<div class="poszukiwania"><div class="poszukiwania2">
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><h2> <a href="https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=748&amp;pid=90784#pid90784" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">Zagubiona dziewczynka</a> </h2><br />
<img src="https://i.pinimg.com/736x/10/ac/4f/10ac4f9e7153b535fe41160d935d3e62.jpg" loading="lazy"  width="150" height="150" alt="[Obrazek: 10ac4f9e7153b535fe41160d935d3e62.jpg]" class="mycode_img" />  <img src="https://i.pinimg.com/736x/d6/d0/22/d6d0220613e875f1af8aad5540cd0747.jpg" loading="lazy"  width="150" height="150" alt="[Obrazek: d6d0220613e875f1af8aad5540cd0747.jpg]" class="mycode_img" />  <img src="https://i.pinimg.com/736x/19/00/e7/1900e7d095fad68d8ce68fcd51180533.jpg" loading="lazy"  width="150" height="150" alt="[Obrazek: 1900e7d095fad68d8ce68fcd51180533.jpg]" class="mycode_img" /></div></div></div>
<br />
<p>Hogsmead nocą wydawało się jej całkiem uroczą miejscówką. Szczególnie w momencie, kiedy większość ludzi zaszyła się w lokalach, znajdujących się wzdłuż wijących się w miasteczku uliczek. Dzięki temu pomiędzy budynkami było w miarę swobodnie, ale z wnętrz biła na bruk ciepła poświata świateł, która wylewała się przez okiennice. Dało się też słyszeć wesoły szmer rozmów, które były prowadzone w środku. </p>
<p>One we dwie postanowiły odwiedzić miasteczko, żeby nakupować słodyczy. Powód niesamowicie wręcz prosty, ale jakże ważny! Znaczy, Dora głównie chciała, ale Brenny wcale nie trzeba było długo namawiać, żeby dotrzymała jej towarzystwa, bo Crawleyówna chciała, żeby pospacerowały sobie razem. Bren zawsze wydawała się jej okropnie wręcz zabiegana i była w pewien sposób przekonana, że musiało być to pod jakimś względem nielegalne, żeby pracować aż tyle! Należała się jej przerwa. Koniec, kropka.</p>
<p>Dzwoneczek sklepu zadźwięczał, kiedy otworzyły drzwi i wyszły na ulicę. Miodowe Królestwo jak zwykle okazało się strzałem w dziesiątkę i dziewczyny miały teraz ze sobą naręcze słodkości. Część dla nich, a część, oczywiście, dla wszystkich którzy po drodze przyszli im do głowy, że zasługiwali na odrobinę słodkości (czyli każdy o kim się pomyślało, jak się nad tym zastanowić). </p>
<p>— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Może wejdziemy jeszcze na jakąś dobrą herbatę, zanim pójdziemy do kominka?</span> — zapytała, dopinając torbę z pewnym trudem, bo nie pomyślała i nie zabrała takiej modyfikowanej magią, która nie miała dna. Definitywnie by się przydała. </p>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div class="poszukiwania"><div class="poszukiwania2">
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><h2> <a href="https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=748&amp;pid=90784#pid90784" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">Zagubiona dziewczynka</a> </h2><br />
<img src="https://i.pinimg.com/736x/10/ac/4f/10ac4f9e7153b535fe41160d935d3e62.jpg" loading="lazy"  width="150" height="150" alt="[Obrazek: 10ac4f9e7153b535fe41160d935d3e62.jpg]" class="mycode_img" />  <img src="https://i.pinimg.com/736x/d6/d0/22/d6d0220613e875f1af8aad5540cd0747.jpg" loading="lazy"  width="150" height="150" alt="[Obrazek: d6d0220613e875f1af8aad5540cd0747.jpg]" class="mycode_img" />  <img src="https://i.pinimg.com/736x/19/00/e7/1900e7d095fad68d8ce68fcd51180533.jpg" loading="lazy"  width="150" height="150" alt="[Obrazek: 1900e7d095fad68d8ce68fcd51180533.jpg]" class="mycode_img" /></div></div></div>
<br />
<p>Hogsmead nocą wydawało się jej całkiem uroczą miejscówką. Szczególnie w momencie, kiedy większość ludzi zaszyła się w lokalach, znajdujących się wzdłuż wijących się w miasteczku uliczek. Dzięki temu pomiędzy budynkami było w miarę swobodnie, ale z wnętrz biła na bruk ciepła poświata świateł, która wylewała się przez okiennice. Dało się też słyszeć wesoły szmer rozmów, które były prowadzone w środku. </p>
<p>One we dwie postanowiły odwiedzić miasteczko, żeby nakupować słodyczy. Powód niesamowicie wręcz prosty, ale jakże ważny! Znaczy, Dora głównie chciała, ale Brenny wcale nie trzeba było długo namawiać, żeby dotrzymała jej towarzystwa, bo Crawleyówna chciała, żeby pospacerowały sobie razem. Bren zawsze wydawała się jej okropnie wręcz zabiegana i była w pewien sposób przekonana, że musiało być to pod jakimś względem nielegalne, żeby pracować aż tyle! Należała się jej przerwa. Koniec, kropka.</p>
<p>Dzwoneczek sklepu zadźwięczał, kiedy otworzyły drzwi i wyszły na ulicę. Miodowe Królestwo jak zwykle okazało się strzałem w dziesiątkę i dziewczyny miały teraz ze sobą naręcze słodkości. Część dla nich, a część, oczywiście, dla wszystkich którzy po drodze przyszli im do głowy, że zasługiwali na odrobinę słodkości (czyli każdy o kim się pomyślało, jak się nad tym zastanowić). </p>
<p>— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Może wejdziemy jeszcze na jakąś dobrą herbatę, zanim pójdziemy do kominka?</span> — zapytała, dopinając torbę z pewnym trudem, bo nie pomyślała i nie zabrała takiej modyfikowanej magią, która nie miała dna. Definitywnie by się przydała. </p>]]></content:encoded>
		</item>
	</channel>
</rss>