<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0" xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">
	<channel>
		<title><![CDATA[Secrets of London - Retrospekcje]]></title>
		<link>https://secretsoflondon.pl/</link>
		<description><![CDATA[Secrets of London - https://secretsoflondon.pl]]></description>
		<pubDate>Fri, 17 Apr 2026 14:10:50 +0000</pubDate>
		<generator>MyBB</generator>
		<item>
			<title><![CDATA[1952 — Lyra & Syl — Wąż w damskiej łazience]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5943</link>
			<pubDate>Sat, 11 Apr 2026 11:58:31 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=622">Seisyll Rowle</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5943</guid>
			<description><![CDATA[[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=APL9QnT.png[/inny avek]<div id="dataa" class="mycode_b">1952, łazienka Jęczącej Marty</div>
<br />
Niedużo roczników potrzebował Hogwart, aby okrutne i brutalne morderstwo ze szkolnych korytarzy stało się przekręcaną na niemożliwie wielką ilość sposobów opowieścią, którą starsi uczniowie opowiadali młodszym podczas wieczornych posiedzeń w dormitoriach. Niewielu znajomych Seisylla pamiętało kim była Marta Warren, a nawet jeśli pamiętali – cóż niby miało to zmienić? Hogwart zamknięty nie został (nawet jeśli mało ku temu brakowało), a oni podchodząc do tego z należytą empatią i zrozumieniem, wciąż nie mogli zmienić gorzkiej prawdy: dziewczyna, której resztki w postaci ducha wędrowały po piętrze, była bezczelna, natrętna i irytująca. Szybko zdobyła przydomek Jęczącej, a jej koszmarne zawodzenie skutecznie odganiało wszystkich chętnych do skorzystania umiłowanej przez nią ubikacji.<br />
<br />
Niewątpliwie ułatwiło to Seisyllowi podążanie krokami swojego przodka.<br />
<br />
<span style="color: #7f4242;" class="mycode_color">Wiesz dobrze, dlaczego stworzyłem tę Komnatę.</span><br />
<br />
Prawdę mówiąc, nawet pomimo wszystkich słów, jakie Slytherin wypowiedział w jego głowie, a nawet pomimo stania nad kranem, który okazał się przejściem do przerażającego kompleksu korytarzy prowadzących do miejsc żywcem wyjętych z jego koszmarów... Seisyll nie wiedział, ani nie rozumiał. Miał wrażenie, że podąża za słowami Salazara z czystej, ludzkiej ciekawości – nie sięgnęła go jeszcze nienawiść do nikogo – umysł miał więc nieskalany ideami, które miały prowadzić go w dorosłości przez robienie rzeczy wybitnie okrutnych.<br />
<br />
To był wieczór. Niedługo miała zacząć się cisza nocna i chłopak ani trochę nie spodziewał się, że do środka mógłby wejść ktoś inny. Na jego twarzy szybko pojawiło się głębokie speszenie. Pospiesznie odkręcił kran i zanurzył dłonie pod strumieniem wody. Udawanie, że myje ręce w nawiedzonej <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">damskiej</span> łazience, a nie próbuje otworzyć wejście do przeklętych kanałów zbudowanych przez założyciela szkoły – absurd, aż się pocił na samą myśl jak głupie to było – ale przecież Delyra o tym wszystkim nie wiedziała. Uśmiechnął się krzywo, niemrawo. Próbował zgonić niezręczność na to, że to była <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">damska</span> łazienka i już snuł w głowie kłamstwa na wypadek, gdyby Lestrange go o cokolwiek zapytała.<br />
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Cz-cześć</span> – powiedział, po czym odchrząknął. Wzorkiem uciekł w bok, później w dół. Wpatrywał się w zieleń własnego mundurka. Założyciel tego cholernego domu pakował go w coraz dziwniejsze sytuacje.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=APL9QnT.png[/inny avek]<div id="dataa" class="mycode_b">1952, łazienka Jęczącej Marty</div>
<br />
Niedużo roczników potrzebował Hogwart, aby okrutne i brutalne morderstwo ze szkolnych korytarzy stało się przekręcaną na niemożliwie wielką ilość sposobów opowieścią, którą starsi uczniowie opowiadali młodszym podczas wieczornych posiedzeń w dormitoriach. Niewielu znajomych Seisylla pamiętało kim była Marta Warren, a nawet jeśli pamiętali – cóż niby miało to zmienić? Hogwart zamknięty nie został (nawet jeśli mało ku temu brakowało), a oni podchodząc do tego z należytą empatią i zrozumieniem, wciąż nie mogli zmienić gorzkiej prawdy: dziewczyna, której resztki w postaci ducha wędrowały po piętrze, była bezczelna, natrętna i irytująca. Szybko zdobyła przydomek Jęczącej, a jej koszmarne zawodzenie skutecznie odganiało wszystkich chętnych do skorzystania umiłowanej przez nią ubikacji.<br />
<br />
Niewątpliwie ułatwiło to Seisyllowi podążanie krokami swojego przodka.<br />
<br />
<span style="color: #7f4242;" class="mycode_color">Wiesz dobrze, dlaczego stworzyłem tę Komnatę.</span><br />
<br />
Prawdę mówiąc, nawet pomimo wszystkich słów, jakie Slytherin wypowiedział w jego głowie, a nawet pomimo stania nad kranem, który okazał się przejściem do przerażającego kompleksu korytarzy prowadzących do miejsc żywcem wyjętych z jego koszmarów... Seisyll nie wiedział, ani nie rozumiał. Miał wrażenie, że podąża za słowami Salazara z czystej, ludzkiej ciekawości – nie sięgnęła go jeszcze nienawiść do nikogo – umysł miał więc nieskalany ideami, które miały prowadzić go w dorosłości przez robienie rzeczy wybitnie okrutnych.<br />
<br />
To był wieczór. Niedługo miała zacząć się cisza nocna i chłopak ani trochę nie spodziewał się, że do środka mógłby wejść ktoś inny. Na jego twarzy szybko pojawiło się głębokie speszenie. Pospiesznie odkręcił kran i zanurzył dłonie pod strumieniem wody. Udawanie, że myje ręce w nawiedzonej <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">damskiej</span> łazience, a nie próbuje otworzyć wejście do przeklętych kanałów zbudowanych przez założyciela szkoły – absurd, aż się pocił na samą myśl jak głupie to było – ale przecież Delyra o tym wszystkim nie wiedziała. Uśmiechnął się krzywo, niemrawo. Próbował zgonić niezręczność na to, że to była <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">damska</span> łazienka i już snuł w głowie kłamstwa na wypadek, gdyby Lestrange go o cokolwiek zapytała.<br />
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Cz-cześć</span> – powiedział, po czym odchrząknął. Wzorkiem uciekł w bok, później w dół. Wpatrywał się w zieleń własnego mundurka. Założyciel tego cholernego domu pakował go w coraz dziwniejsze sytuacje.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[15.07.1971]  Rybny bar na wybrzeżu]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5931</link>
			<pubDate>Sat, 04 Apr 2026 11:19:09 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=560">Henry Lockhart</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5931</guid>
			<description><![CDATA[Został z niczym.<br />
<br />
Nie była to żadna przesada, żaden lament chłopca, który stracił zbyt wiele w zbyt młodym wieku. Naprawdę nie miał nic.<br />
<br />
Przegrał proces przed Wizengamotem. Jego rodzina, niejacy Lockhartowie z Little Hangleton, zabrali niemal wszystko, co zostało mu po dziadkach. Dom zamierzali sprzedać, jakby nie stanowił dla Henry'ego najważniejszego miejsca na świecie. Zostawili mu księgozbiór, rzeczywiście. Ale to oni mieli wsparcie prawników. To oni przed Wizengamotem wskazali, że dom im się najzwyczajniej należy. Pieniądze z jego sprzedaży miały iść na ich synka, Gilderoya. Co prawda jeden sędzia podszedł do Henry'ego po rozprawie, powiedział, żeby odwołać się od wyroku i zawalczyć o większy spadek. Problem tkwił w tym, że chłopiec nie miał siły walczyć. Wiedział, że prawnicy tamtej części rodziny zmiażdżą go z łatwością. A na podstawie papieru, który właśnie ściskał w ręku... mieli ku temu podstawy.<br />
<br />
Ostatnią godzinę przesiedział na ławce na wybrzeżu. Gapił się w list z wynikami OWUTEM-ów. Wiedział, że miało być źle. Jednak nie sądził, że aż tak. Przed oczami miał tylko zakreślone na czerwono oceny T z aż czterech przedmiotów. Czterech. Był beztalenciem aż w tylu dziedzinach. Zawiódł swoich dziadków. Swoich rodziców. Zaprzepaścił jakiekolwiek szanse na spełnienie marzeń. Co mu w tym wypadku pozostało?<br />
<br />
Pamiętał, co powiedział mu dziadek przed śmiercią. "Jeśli będziesz potrzebował pomocy, poproś o nią Juliana Bletchleya". Henry nie wiedział, z jakiej racji miałby przychodzić z tym do ojca Hestii. Podejrzewał, że dziadek wypowiedział te słowa w malignie, bez większej świadomości.<br />
<br />
Nie miał gdzie przenocować. Był już wieczór, a on błąkał się po nabrzeżu. W jego dawnym domu przebywała akurat jego nieszczęsna rodzina, która nie chciała go obok siebie. Podobno zatruwał domową atmosferę swoim smutkiem.<br />
<br />
Zatrzymał się przed budką z jedzeniem. Doleciał do niego słodkawy, ciepły zapach smażonej ryby i frytek. Burczenie w brzuchu przypomniało mu, że cały dzień nic nie jadł. Nie myślał o tym i nie chciał myśleć. Jedzenie kosztowało, a on musiał oszczędzać. Zostało mu za mało pieniędzy, by sobie folgować. A jednak... zapach kusił. Może gdyby kupił sobie najtańszą potrawę z menu...<br />
<br />
Przeszedł za drewnianymi stolikami pod budkę. Za ladą stała dziewczyna, chyba starsza od niego. Wyglądała zupełnie zwyczajnie, Henry nie znał jej. Nie wiedział, kim była. A jednak, gdy tylko jego spojrzenie napotkało jej wzrok... łzy napłynęły mu do oczu. Był tak piekielnie, potwornie sam. Zapragnął, by ta obca dziewczyna otoczyła go ramionami, powiedziała, że wszystko będzie w porządku. Że nie został na tym świecie bez nikogo, choć mogłoby się tak wydawać.<br />
<br />
Chciał coś powiedzieć. Coś zamówić, ale głos zamarł mu w gardle. A więc stał przez tę chwilę jak jakiś dziwak. Opuścił wzrok na ladę.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Został z niczym.<br />
<br />
Nie była to żadna przesada, żaden lament chłopca, który stracił zbyt wiele w zbyt młodym wieku. Naprawdę nie miał nic.<br />
<br />
Przegrał proces przed Wizengamotem. Jego rodzina, niejacy Lockhartowie z Little Hangleton, zabrali niemal wszystko, co zostało mu po dziadkach. Dom zamierzali sprzedać, jakby nie stanowił dla Henry'ego najważniejszego miejsca na świecie. Zostawili mu księgozbiór, rzeczywiście. Ale to oni mieli wsparcie prawników. To oni przed Wizengamotem wskazali, że dom im się najzwyczajniej należy. Pieniądze z jego sprzedaży miały iść na ich synka, Gilderoya. Co prawda jeden sędzia podszedł do Henry'ego po rozprawie, powiedział, żeby odwołać się od wyroku i zawalczyć o większy spadek. Problem tkwił w tym, że chłopiec nie miał siły walczyć. Wiedział, że prawnicy tamtej części rodziny zmiażdżą go z łatwością. A na podstawie papieru, który właśnie ściskał w ręku... mieli ku temu podstawy.<br />
<br />
Ostatnią godzinę przesiedział na ławce na wybrzeżu. Gapił się w list z wynikami OWUTEM-ów. Wiedział, że miało być źle. Jednak nie sądził, że aż tak. Przed oczami miał tylko zakreślone na czerwono oceny T z aż czterech przedmiotów. Czterech. Był beztalenciem aż w tylu dziedzinach. Zawiódł swoich dziadków. Swoich rodziców. Zaprzepaścił jakiekolwiek szanse na spełnienie marzeń. Co mu w tym wypadku pozostało?<br />
<br />
Pamiętał, co powiedział mu dziadek przed śmiercią. "Jeśli będziesz potrzebował pomocy, poproś o nią Juliana Bletchleya". Henry nie wiedział, z jakiej racji miałby przychodzić z tym do ojca Hestii. Podejrzewał, że dziadek wypowiedział te słowa w malignie, bez większej świadomości.<br />
<br />
Nie miał gdzie przenocować. Był już wieczór, a on błąkał się po nabrzeżu. W jego dawnym domu przebywała akurat jego nieszczęsna rodzina, która nie chciała go obok siebie. Podobno zatruwał domową atmosferę swoim smutkiem.<br />
<br />
Zatrzymał się przed budką z jedzeniem. Doleciał do niego słodkawy, ciepły zapach smażonej ryby i frytek. Burczenie w brzuchu przypomniało mu, że cały dzień nic nie jadł. Nie myślał o tym i nie chciał myśleć. Jedzenie kosztowało, a on musiał oszczędzać. Zostało mu za mało pieniędzy, by sobie folgować. A jednak... zapach kusił. Może gdyby kupił sobie najtańszą potrawę z menu...<br />
<br />
Przeszedł za drewnianymi stolikami pod budkę. Za ladą stała dziewczyna, chyba starsza od niego. Wyglądała zupełnie zwyczajnie, Henry nie znał jej. Nie wiedział, kim była. A jednak, gdy tylko jego spojrzenie napotkało jej wzrok... łzy napłynęły mu do oczu. Był tak piekielnie, potwornie sam. Zapragnął, by ta obca dziewczyna otoczyła go ramionami, powiedziała, że wszystko będzie w porządku. Że nie został na tym świecie bez nikogo, choć mogłoby się tak wydawać.<br />
<br />
Chciał coś powiedzieć. Coś zamówić, ale głos zamarł mu w gardle. A więc stał przez tę chwilę jak jakiś dziwak. Opuścił wzrok na ladę.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Grudzień 1970, Pierwsze ataki Śmierciożerców]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5859</link>
			<pubDate>Mon, 30 Mar 2026 13:14:56 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=622">Seisyll Rowle</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5859</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">Pierwsze ataki Śmierciożerców<br />
Grudzień 1970</div>
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Powiedz coś.</span><br />
<br />
Przez moment odpowiadała mu wyłącznie cisza, dopiero po dłuższej chwili do jego uszu dotarł cichy pomruk, w którym usilnie próbował doszukać się głosu własnego brata, ale nie potrafił, chociaż to częściowo on stworzył tę pieruńską konstrukcję zasłaniającą teraz twarz Lazarusa. Projekt nowej maski mającej ukrywać ich oblicza przed oczyma wścibskich stawał się coraz doskonalszy. Seisyll chciałby powiedzieć, że była to jego zasługa, ale miał zbyt dużo oleju w głowie i wiedział dobrze, że podpisać się mógł głównie pod jej estetyką. Mimo wszystko, nawet kiedy odpowiadał głównie za detale… miał z tego prawie tak dużą satysfakcję, jak z innych elementów stroju Śmierciożerców, którego projekt stworzyli w Kromlechu kilkanaście tygodni temu.<br />
<br />
Był w tym jakiś absurd, wiedział o tym. Planowali właśnie zamach na jednej z głównych ulic Londynu, a on poprawiał Lazaruosowi kołnierz… kostiumu? Czarodziejska szata, do której stworzył skórzane elementy miała stać się jednym z jego najbardziej rozpoznawalnych dzieł. Był to twór zbiorowy, ale jakże ważny – bo przecież te maski i szaty miały stać się <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">symbolem</span>. Wszyscy mieli kojarzyć ten krój, te maski, te żelazne okucia. Oto twór mający jednocześnie chronić ciała przed zaklęciami Brygadzistów, jak i być czymś niezwykle estetycznym. Modowy statement zamachowców – tak, absurd. A jednocześnie Seisyll wiedział, że to było istotne i nadawało całości charakteru, którego absencji mogły powstydzić się inne zgrupowania.<br />
<br />
– <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Długo jeszcze mam czekać?</span> – Lazarus wydawał się rozzłoszczony, ale metalowa siatka przy ustach, zaklęta przez Ulricha wciąż skutecznie modulowała jego głos na tyle, aby przypadkowa osoba nie zdołała rozpoznać w nim szefa Departamentu.<br />
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nie</span> – powiedział, ale niezbyt spieszył się w oplataniu go pasem zaciskającym się wokół wyrzeźbionej talii. – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Zaraz możemy wychodzić. A jak wrócimy, chcę żebyś przymierzył nową marynarkę. Uszyłem ci też spodnie, bo Yaxleyowie przywieźli mi naprawdę dobre skóry.</span><br />
<br />
Nie widział twarzy brata, ale wiedział dobrze, że Lazarus uśmiechnął się. Nie był to uśmiech pozytywny, nie były to też zachwyt ani wdzięczność – Lazarus uśmiechał się w określony sposób, kiedy docierało do niego, że jego młodszy brat wahał się lub bał. Seisyll nie miał mu zbyt dużo do powiedzenia w odpowiedzi na nagłą ciszę i własne domysły, więc poprawił tę smutną, opadającą mu na oczy grzywkę, odchrząknął i zapiął klamrę, po czym odwrócił się w celu założenia na twarz własnej maski. Jeszcze się do niej nie przyzwyczaił.<br />
<br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align">––</div>
<br />
– <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Poczekaj z tyłu, może załatwię to sam.</span><br />
<br />
Nie podobał mu się ten modulator. A może nie podobał mu się ton brata. Mimo tego zatrzymał się, uważnie lustrując spojrzeniem szyld miejsca docelowego.<br />
<br />
Dobroczynność. Troska. Co za zabawne słowa. Tak dużej liczbie ludzi wydawało się, że rozumieją w pełni ich znaczenie, ponieważ kiedyś przeczytali słownikową definicję i zatrzymali na niej sposób, w jaki o nich myśleli. Państwo Bower, których Lazarus miał właśnie zabić, zapewne zostaliby umieszczeni obok tejże słownikowej definicji, bo od lat troszczyli się o mniej majętnych, zagubionych, zaszczutych. Ciężko było doliczyć się, ilu mugolaków uratowali przed ruiną z czysto altruistycznych pobudek, stawiając opór narracji mającej ostatecznie zgnieść zwolenników Nobby’ego Leacha. Ale co jeśli dobroczynnością stawało się usuwanie szkodników? Co jeśli aktem łaski stawało się wysłanie na miejsce braci Rowle, bo nie znęcali się nad innymi i załatwiali sprawy po cichu. Co jeśli… troską była decyzja starszego brata o dokonaniu morderstwa samodzielnie, bo chwilę temu, w kryjówce przy Charing Cross, w przerażonych oczach dostrzegł małego chłopca, któremu chciał oszczędzić cierpienia? Wyręczanie się w morderstwach, a… przecież to i tak Seisyll będzie musiał ich oskórować. Zabawne słowa, zdecydowanie – a przynajmniej stawały się nimi, kiedy obracały się w głowie szaleńców, którzy postanowili stać się wrogami systemu i wszystkiego, co nie chciało płynąć zgodnie z ich wolą.<br />
<br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align">––</div>
<br />
Powróciwszy do Llanberis, Seisyll nie oglądał się za siebie. Musiał to z siebie zmyć. Musiał wyszorować skórę, żeby ściągnąć z siebie pamięć o krzyku i rozpaczy. Musiał przestać pachnieć ludzką krwią, musiał… stać się na powrót sobą. Bo nie był wtedy sobą, tak? Seisyll Rowle był człowiekiem tak intensywnym jak dźwięk bębnów w ciemną noc sabatu Samhain, a nie… kimś tak prostacko okrutnym…<br />
<br />
Chciał myśleć o eutierii. O widok siostry obmywanej nurtem rzeki. O swoich dzieciach. O przyszłości i przeszłości. O wszystkim, tylko nie o tym, na czym skupiały się teraz jego kosmate myśli.<br />
<br />
Znów pisał. Wydawało mu się, że tyle mu pozostało z człowieczeństwa.<br />
<br />
<div class="koperta">Helloise,<br />
<br />
Dziękuję, że spędziłaś ze mną tych kilka dni. Mam wrażenie, że nie muszę tego pisać, bo i tak to rozumiesz, ale może pewne słowa przelane na papier zasmakują inaczej? Spróbuję więc.<br />
<br />
Lubię patrzeć na Ciebie, kiedy siedzisz w moim ogrodzie. Jest coś uspokajającego w sposobie, w jaki się poruszasz i patrzysz na drzewa, które okalają mój dom i Gwaith y Ddraig. Kiedy byłem młodszy koszmarnie przerażała mnie myśl, że mogłyby pojmać Cię tutejsze Afronwyry, ale wczoraj, kiedy już sobie pojechałaś, spojrzałem w wir wodny kotłujący się za mostem i dotarło do mnie, że przestałem czuć ten lęk. Przestałem wierzyć w to, że cokolwiek mogłoby zmusić Cię do działania wbrew Twojej woli. Może nasza dorosłość miała przynieść właśnie to – zrozumienie, że to Ty jesteś jak woda, jak strumień. To ty byś je zwiodła, a nie one Ciebie.<br />
<br />
Lubię myśleć, że jesteśmy pod tym kątem do siebie podobni. Uczyniliśmy się królami naszych włości i zarządzamy nimi wedle swojej modły. Nigdy mi to dotychczas nie przeszkadzało. To, że byliśmy razem, a jednocześnie osobno. Wspólnie, ale zajmując się własnymi sprawami. Wydarzyło się jednak kilka rzeczy, a może po prostu zrobiłem się stary – w każdym razie coraz częściej dociera do mnie, że potrzebuję widzieć Cię częściej.<br />
<br />
Nie chcę wyrywać Cię z Kniei, więc będę przyjeżdżał.</div>
<br />
Odłożył pióro na bok, zanosząc się przedziwnym, niezrozumiałym dla siebie szlochem. Po powrocie do domu próbował domyć ręce, ale nie potrafił wyszorować zalegającej na nich krwi. Ona się musiała weżreć w linie papilarne, pod paznokcie. Wszechświat robił mu na złość, karał go w jakiś sposób za to co uczynił – a może to Matka spoglądała na jego działania z powątpiewaniem.<br />
<br />
Czy dało się żyć w konflikcie z samym sobą? Jak można było z taką pewnością przyczynić się do zabicia człowieka, być pewnym sprawiedliwości losu, a jednocześnie opłakiwać jego śmierć? Opłakiwać? Z powątpiewaniem we własną poczytalność otarł łzę spływającą mu po policzku. I podniósł pióro jeszcze raz. <br />
<br />
<div class="koperta">
<div style="text-align: right;" class="mycode_align">Kocham Cię,</div>
<div class="koperta-podpis">Seisyll</div></div>
<br />
A później zostawił tusz do wyschnięcia i posłał smoczognika do Doliny.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">Pierwsze ataki Śmierciożerców<br />
Grudzień 1970</div>
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Powiedz coś.</span><br />
<br />
Przez moment odpowiadała mu wyłącznie cisza, dopiero po dłuższej chwili do jego uszu dotarł cichy pomruk, w którym usilnie próbował doszukać się głosu własnego brata, ale nie potrafił, chociaż to częściowo on stworzył tę pieruńską konstrukcję zasłaniającą teraz twarz Lazarusa. Projekt nowej maski mającej ukrywać ich oblicza przed oczyma wścibskich stawał się coraz doskonalszy. Seisyll chciałby powiedzieć, że była to jego zasługa, ale miał zbyt dużo oleju w głowie i wiedział dobrze, że podpisać się mógł głównie pod jej estetyką. Mimo wszystko, nawet kiedy odpowiadał głównie za detale… miał z tego prawie tak dużą satysfakcję, jak z innych elementów stroju Śmierciożerców, którego projekt stworzyli w Kromlechu kilkanaście tygodni temu.<br />
<br />
Był w tym jakiś absurd, wiedział o tym. Planowali właśnie zamach na jednej z głównych ulic Londynu, a on poprawiał Lazaruosowi kołnierz… kostiumu? Czarodziejska szata, do której stworzył skórzane elementy miała stać się jednym z jego najbardziej rozpoznawalnych dzieł. Był to twór zbiorowy, ale jakże ważny – bo przecież te maski i szaty miały stać się <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">symbolem</span>. Wszyscy mieli kojarzyć ten krój, te maski, te żelazne okucia. Oto twór mający jednocześnie chronić ciała przed zaklęciami Brygadzistów, jak i być czymś niezwykle estetycznym. Modowy statement zamachowców – tak, absurd. A jednocześnie Seisyll wiedział, że to było istotne i nadawało całości charakteru, którego absencji mogły powstydzić się inne zgrupowania.<br />
<br />
– <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Długo jeszcze mam czekać?</span> – Lazarus wydawał się rozzłoszczony, ale metalowa siatka przy ustach, zaklęta przez Ulricha wciąż skutecznie modulowała jego głos na tyle, aby przypadkowa osoba nie zdołała rozpoznać w nim szefa Departamentu.<br />
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nie</span> – powiedział, ale niezbyt spieszył się w oplataniu go pasem zaciskającym się wokół wyrzeźbionej talii. – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Zaraz możemy wychodzić. A jak wrócimy, chcę żebyś przymierzył nową marynarkę. Uszyłem ci też spodnie, bo Yaxleyowie przywieźli mi naprawdę dobre skóry.</span><br />
<br />
Nie widział twarzy brata, ale wiedział dobrze, że Lazarus uśmiechnął się. Nie był to uśmiech pozytywny, nie były to też zachwyt ani wdzięczność – Lazarus uśmiechał się w określony sposób, kiedy docierało do niego, że jego młodszy brat wahał się lub bał. Seisyll nie miał mu zbyt dużo do powiedzenia w odpowiedzi na nagłą ciszę i własne domysły, więc poprawił tę smutną, opadającą mu na oczy grzywkę, odchrząknął i zapiął klamrę, po czym odwrócił się w celu założenia na twarz własnej maski. Jeszcze się do niej nie przyzwyczaił.<br />
<br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align">––</div>
<br />
– <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Poczekaj z tyłu, może załatwię to sam.</span><br />
<br />
Nie podobał mu się ten modulator. A może nie podobał mu się ton brata. Mimo tego zatrzymał się, uważnie lustrując spojrzeniem szyld miejsca docelowego.<br />
<br />
Dobroczynność. Troska. Co za zabawne słowa. Tak dużej liczbie ludzi wydawało się, że rozumieją w pełni ich znaczenie, ponieważ kiedyś przeczytali słownikową definicję i zatrzymali na niej sposób, w jaki o nich myśleli. Państwo Bower, których Lazarus miał właśnie zabić, zapewne zostaliby umieszczeni obok tejże słownikowej definicji, bo od lat troszczyli się o mniej majętnych, zagubionych, zaszczutych. Ciężko było doliczyć się, ilu mugolaków uratowali przed ruiną z czysto altruistycznych pobudek, stawiając opór narracji mającej ostatecznie zgnieść zwolenników Nobby’ego Leacha. Ale co jeśli dobroczynnością stawało się usuwanie szkodników? Co jeśli aktem łaski stawało się wysłanie na miejsce braci Rowle, bo nie znęcali się nad innymi i załatwiali sprawy po cichu. Co jeśli… troską była decyzja starszego brata o dokonaniu morderstwa samodzielnie, bo chwilę temu, w kryjówce przy Charing Cross, w przerażonych oczach dostrzegł małego chłopca, któremu chciał oszczędzić cierpienia? Wyręczanie się w morderstwach, a… przecież to i tak Seisyll będzie musiał ich oskórować. Zabawne słowa, zdecydowanie – a przynajmniej stawały się nimi, kiedy obracały się w głowie szaleńców, którzy postanowili stać się wrogami systemu i wszystkiego, co nie chciało płynąć zgodnie z ich wolą.<br />
<br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align">––</div>
<br />
Powróciwszy do Llanberis, Seisyll nie oglądał się za siebie. Musiał to z siebie zmyć. Musiał wyszorować skórę, żeby ściągnąć z siebie pamięć o krzyku i rozpaczy. Musiał przestać pachnieć ludzką krwią, musiał… stać się na powrót sobą. Bo nie był wtedy sobą, tak? Seisyll Rowle był człowiekiem tak intensywnym jak dźwięk bębnów w ciemną noc sabatu Samhain, a nie… kimś tak prostacko okrutnym…<br />
<br />
Chciał myśleć o eutierii. O widok siostry obmywanej nurtem rzeki. O swoich dzieciach. O przyszłości i przeszłości. O wszystkim, tylko nie o tym, na czym skupiały się teraz jego kosmate myśli.<br />
<br />
Znów pisał. Wydawało mu się, że tyle mu pozostało z człowieczeństwa.<br />
<br />
<div class="koperta">Helloise,<br />
<br />
Dziękuję, że spędziłaś ze mną tych kilka dni. Mam wrażenie, że nie muszę tego pisać, bo i tak to rozumiesz, ale może pewne słowa przelane na papier zasmakują inaczej? Spróbuję więc.<br />
<br />
Lubię patrzeć na Ciebie, kiedy siedzisz w moim ogrodzie. Jest coś uspokajającego w sposobie, w jaki się poruszasz i patrzysz na drzewa, które okalają mój dom i Gwaith y Ddraig. Kiedy byłem młodszy koszmarnie przerażała mnie myśl, że mogłyby pojmać Cię tutejsze Afronwyry, ale wczoraj, kiedy już sobie pojechałaś, spojrzałem w wir wodny kotłujący się za mostem i dotarło do mnie, że przestałem czuć ten lęk. Przestałem wierzyć w to, że cokolwiek mogłoby zmusić Cię do działania wbrew Twojej woli. Może nasza dorosłość miała przynieść właśnie to – zrozumienie, że to Ty jesteś jak woda, jak strumień. To ty byś je zwiodła, a nie one Ciebie.<br />
<br />
Lubię myśleć, że jesteśmy pod tym kątem do siebie podobni. Uczyniliśmy się królami naszych włości i zarządzamy nimi wedle swojej modły. Nigdy mi to dotychczas nie przeszkadzało. To, że byliśmy razem, a jednocześnie osobno. Wspólnie, ale zajmując się własnymi sprawami. Wydarzyło się jednak kilka rzeczy, a może po prostu zrobiłem się stary – w każdym razie coraz częściej dociera do mnie, że potrzebuję widzieć Cię częściej.<br />
<br />
Nie chcę wyrywać Cię z Kniei, więc będę przyjeżdżał.</div>
<br />
Odłożył pióro na bok, zanosząc się przedziwnym, niezrozumiałym dla siebie szlochem. Po powrocie do domu próbował domyć ręce, ale nie potrafił wyszorować zalegającej na nich krwi. Ona się musiała weżreć w linie papilarne, pod paznokcie. Wszechświat robił mu na złość, karał go w jakiś sposób za to co uczynił – a może to Matka spoglądała na jego działania z powątpiewaniem.<br />
<br />
Czy dało się żyć w konflikcie z samym sobą? Jak można było z taką pewnością przyczynić się do zabicia człowieka, być pewnym sprawiedliwości losu, a jednocześnie opłakiwać jego śmierć? Opłakiwać? Z powątpiewaniem we własną poczytalność otarł łzę spływającą mu po policzku. I podniósł pióro jeszcze raz. <br />
<br />
<div class="koperta">
<div style="text-align: right;" class="mycode_align">Kocham Cię,</div>
<div class="koperta-podpis">Seisyll</div></div>
<br />
A później zostawił tusz do wyschnięcia i posłał smoczognika do Doliny.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[1789, wiosna Paryż] Vampire: The Requiem | Lucy & Gustave]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5892</link>
			<pubDate>Wed, 25 Mar 2026 15:38:18 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=547">Lucy Rosewood</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5892</guid>
			<description><![CDATA[Paryż był irytujący. Niby uroczy i oferujący wiele możliwości, a jednak na pewno paskudny i wredny, niczym ciastko z kwaśniałym kremem. Po wydarzeniach sprzed miesiąca w rezydencji hrabiego i tym gdy inne wampiry, którym o tym powiedziała zajęły się jego sprawą, Lucy i tak postanowiła pozostać w Paryżu pod opieką tutejszych krwiopijców. I chociaż wampirzyca usilnie przekonywała siebie, że nigdy w życiu nie spojrzy już miło na cokolwiek związanego z Francją, to z każdym kolejnym dniem, Paryż intrygował ją coraz bardziej.<br />
<br />
Na razie i tak jednak spędzała swój czas siedząc w swoim małym mieszkanku, czytając książki i okazjonalnie rozmawiając z Camille, zbyt sympatyczną wampirzycą, która pomogła jej znaleźć schronienie i  niestety czasami do niej zaglądała, aby namówić ją na zwiedzanie miasta. A Lucy, niestety, coraz bardziej o tym myślała.<br />
Potem jednak młodsza wampirzyca powiedziała swojej <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">koleżance</span>, że chyba rzeczywiście nieco pozwiedza, a ona zamiast po prostu przyjąć tę informację i dać jej spokój oznajmiła, że poprosi innego członka wampirzej społeczności, aby ją nieco oprowadził. I była przy tym zbyt miła,  aby jej odmówić! Wampiry naprawdę były najgorsze.<br />
<br />
No ale już nie chciała wymyślać, więc się zgodziła. I teraz czekała w swoim niewielkim mieszkanku, aż ten cały wampir, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Gustave</span>, zapuka po nią i razem pójdą na wieczorne zwiedzanie, po którym miala nadzieję, że jednak uzna Paryż za wysoce przereklamowany, zbyt francuski i ogólnie na pewno nie czarujący.<br />
<br />
Wreszcie ktoś zapukał do drzwi, a Lucy odrzuciła czytaną książkę i podeszła otworzyć gościowi.<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Rozumiem, że to ty jesteś moim dzisiejszym przewodnikiem?</span> – spytała po francusku, nieco przechylając głowę. Stojący przed nią wampir mógł zobaczyć na oko dwudziestopięcio letnią dziewczynę, ubraną dość modny, chociaż nie aż tak bogaty, strój do wyjścia. Za nią, znajdował się mały salonik, który, chociaż dość prosty i zawalony książkami i różnymi notatkami, pokazywał, że jego mieszkanka, doskonale wiedziała, jak za sprawą kilku dobrze dobranych dodatków, stworzyć sympatyczne wnętrze.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Paryż był irytujący. Niby uroczy i oferujący wiele możliwości, a jednak na pewno paskudny i wredny, niczym ciastko z kwaśniałym kremem. Po wydarzeniach sprzed miesiąca w rezydencji hrabiego i tym gdy inne wampiry, którym o tym powiedziała zajęły się jego sprawą, Lucy i tak postanowiła pozostać w Paryżu pod opieką tutejszych krwiopijców. I chociaż wampirzyca usilnie przekonywała siebie, że nigdy w życiu nie spojrzy już miło na cokolwiek związanego z Francją, to z każdym kolejnym dniem, Paryż intrygował ją coraz bardziej.<br />
<br />
Na razie i tak jednak spędzała swój czas siedząc w swoim małym mieszkanku, czytając książki i okazjonalnie rozmawiając z Camille, zbyt sympatyczną wampirzycą, która pomogła jej znaleźć schronienie i  niestety czasami do niej zaglądała, aby namówić ją na zwiedzanie miasta. A Lucy, niestety, coraz bardziej o tym myślała.<br />
Potem jednak młodsza wampirzyca powiedziała swojej <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">koleżance</span>, że chyba rzeczywiście nieco pozwiedza, a ona zamiast po prostu przyjąć tę informację i dać jej spokój oznajmiła, że poprosi innego członka wampirzej społeczności, aby ją nieco oprowadził. I była przy tym zbyt miła,  aby jej odmówić! Wampiry naprawdę były najgorsze.<br />
<br />
No ale już nie chciała wymyślać, więc się zgodziła. I teraz czekała w swoim niewielkim mieszkanku, aż ten cały wampir, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Gustave</span>, zapuka po nią i razem pójdą na wieczorne zwiedzanie, po którym miala nadzieję, że jednak uzna Paryż za wysoce przereklamowany, zbyt francuski i ogólnie na pewno nie czarujący.<br />
<br />
Wreszcie ktoś zapukał do drzwi, a Lucy odrzuciła czytaną książkę i podeszła otworzyć gościowi.<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Rozumiem, że to ty jesteś moim dzisiejszym przewodnikiem?</span> – spytała po francusku, nieco przechylając głowę. Stojący przed nią wampir mógł zobaczyć na oko dwudziestopięcio letnią dziewczynę, ubraną dość modny, chociaż nie aż tak bogaty, strój do wyjścia. Za nią, znajdował się mały salonik, który, chociaż dość prosty i zawalony książkami i różnymi notatkami, pokazywał, że jego mieszkanka, doskonale wiedziała, jak za sprawą kilku dobrze dobranych dodatków, stworzyć sympatyczne wnętrze.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[1969] Marsz Praw Charłaków (Kate Barclay, Astoria Avery)]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5890</link>
			<pubDate>Tue, 24 Mar 2026 23:55:03 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=602">Astoria Avery</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5890</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">1969 - Marsz Praw Charłaków</div>
Dzień ciągnął się za nią niemiłosiernie, a dziś miała ochotę jedynie zapaść się w wygodnym łóżku pod kocem. Godziny spędzone nad pergaminami, zestawieniami, listami nazwisk i dat - wszystko to zlało się w jedną, jednostajną całość, pozbawioną barw, których tak bardzo potrzebowała, by funkcjonować. Litery tańczyły jej jeszcze przed oczami, a pulsujący ból głowy narastał z każdą kolejną minutą, jakby ktoś uparcie przypominał jej o granicach własnego ciała.<br />
Wyszła z galerii po czasie, jakby nadgodziny były nieodłączoną częścią jej pracy. Szła szybkim krokiem, niemal zamaszystym, pozwalając, by materiał eleganckiej szaty poruszał się wokół jej nóg z każdym zdecydowanym ruchem. Nie oglądała się za siebie, nie zwalniała, jakby sam rytm marszu miał ją uwolnić od ciężaru dnia. <br />
I wtedy natknęła się na nich. Tłum rozlał się na ulicy jak niechciana plama, zatrzymując wszystko, co próbowało iść naprzód. Transparenty, podniesione głosy, chaotyczny ruch. Zatrzymała się gwałtownie, odruchowo prostując plecy, jakby samą postawą mogła oddzielić się od tego, co widziała przed sobą.<br />
Marsz. Oczywiście, że marsz.<br />
Przez moment stała nieruchomo, obserwując ich z chłodnym dystansem, który był jej naturalnym odruchem wobec rzeczy, które uznawała za nieistotne. Charłaki. Słowo przemknęło przez jej myśli bez emocji, bez współczucia, bez zainteresowania. Byli częścią świata, w którym żyła, ale nie należeli do niego naprawdę - przynajmniej nie w sposób, który miał dla niej znaczenie. Nie czuła gniewu. Nie czuła też żadnej szczególnej pogardy. Była to raczej obojętność, czysta i uporządkowana, niemal wygodna. Ich problemy nie były jej problemami. Ich walka nie była jej walką. To, co działo się teraz na ulicy, było jedynie zakłóceniem, niepotrzebnym hałasem w dniu, który i tak był już zbyt ciężki. Westchnęła cicho, unosząc dłoń do skroni i na moment przymykając oczy. Ból głowy pulsował mocniej, jakby reagował na krzyk i zamieszanie, które odbijały się echem uliczek. Nie miała cierpliwości do tego chaosu. Do ludzi, którzy podnosili głos, wierząc, że w ten sposób zmienią świat.<br />
Rozejrzała się krótko, szukając przejścia, możliwości ominięcia tłumu, jakby był jedynie przeszkodą na drodze, niczym więcej. Zbyt była zmęczona, zbyt zdeterminowana, by dotrzeć do domu, by pozwolić, aby przypadkowy tłum dyktował jej kierunek. Zmierzyła przestrzeń przed sobą krótkim, chłodnym spojrzeniem i ruszyła. Początkowo szło jej zaskakująco łatwo.  Przeciskała się między ludźmi z wprawą, ze spojrzeniem utkwionym przed siebie. Nie patrzyła nikomu w oczy. Nie chciała wchodzić w interakcje. Chciała jedynie przejść. Ale tłum nie był statyczny, a fala charłaków i ich przyjaciół poruszyła się nagle. Zanim zdążyła zareagować, została porwana wraz z nimi. Ktoś ją potrącił, czyjeś ramię uderzyło o jej bark, czyjaś dłoń zahaczyła o jej ramię, popychając ją dalej, głębiej w tłum, którego wcale nie chciała być częścią. Jej krok stracił rytm, oddech spłycił się od nagłego napięcia. Dookoła narastał hałas - krzyki, urwane zdania, podniesione głosy, które zlewały się w jeden, chaotyczny szum. Gdzieś obok ktoś się kłócił, ktoś inny próbował się wyrwać, jeszcze ktoś podnosił głos, jakby to miało cokolwiek zmienić. Próbowała odzyskać kontrolę. Cofnąć się, wyrwać z tego wiru, znaleźć stabilny punkt, na którym mogłaby się oprzeć. Ale nie zdążyła. Kolejne pchnięcie przyszło nagle, mocniejsze, bardziej zdecydowane. Jej stopa zahaczyła o coś twardego i zanim zdążyłaby zareagować, upadła na kolana. Dłonie instynktownie powędrowały w dół, by zamortyzować upadek, ale nie były w stanie zatrzymać ciężaru.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">1969 - Marsz Praw Charłaków</div>
Dzień ciągnął się za nią niemiłosiernie, a dziś miała ochotę jedynie zapaść się w wygodnym łóżku pod kocem. Godziny spędzone nad pergaminami, zestawieniami, listami nazwisk i dat - wszystko to zlało się w jedną, jednostajną całość, pozbawioną barw, których tak bardzo potrzebowała, by funkcjonować. Litery tańczyły jej jeszcze przed oczami, a pulsujący ból głowy narastał z każdą kolejną minutą, jakby ktoś uparcie przypominał jej o granicach własnego ciała.<br />
Wyszła z galerii po czasie, jakby nadgodziny były nieodłączoną częścią jej pracy. Szła szybkim krokiem, niemal zamaszystym, pozwalając, by materiał eleganckiej szaty poruszał się wokół jej nóg z każdym zdecydowanym ruchem. Nie oglądała się za siebie, nie zwalniała, jakby sam rytm marszu miał ją uwolnić od ciężaru dnia. <br />
I wtedy natknęła się na nich. Tłum rozlał się na ulicy jak niechciana plama, zatrzymując wszystko, co próbowało iść naprzód. Transparenty, podniesione głosy, chaotyczny ruch. Zatrzymała się gwałtownie, odruchowo prostując plecy, jakby samą postawą mogła oddzielić się od tego, co widziała przed sobą.<br />
Marsz. Oczywiście, że marsz.<br />
Przez moment stała nieruchomo, obserwując ich z chłodnym dystansem, który był jej naturalnym odruchem wobec rzeczy, które uznawała za nieistotne. Charłaki. Słowo przemknęło przez jej myśli bez emocji, bez współczucia, bez zainteresowania. Byli częścią świata, w którym żyła, ale nie należeli do niego naprawdę - przynajmniej nie w sposób, który miał dla niej znaczenie. Nie czuła gniewu. Nie czuła też żadnej szczególnej pogardy. Była to raczej obojętność, czysta i uporządkowana, niemal wygodna. Ich problemy nie były jej problemami. Ich walka nie była jej walką. To, co działo się teraz na ulicy, było jedynie zakłóceniem, niepotrzebnym hałasem w dniu, który i tak był już zbyt ciężki. Westchnęła cicho, unosząc dłoń do skroni i na moment przymykając oczy. Ból głowy pulsował mocniej, jakby reagował na krzyk i zamieszanie, które odbijały się echem uliczek. Nie miała cierpliwości do tego chaosu. Do ludzi, którzy podnosili głos, wierząc, że w ten sposób zmienią świat.<br />
Rozejrzała się krótko, szukając przejścia, możliwości ominięcia tłumu, jakby był jedynie przeszkodą na drodze, niczym więcej. Zbyt była zmęczona, zbyt zdeterminowana, by dotrzeć do domu, by pozwolić, aby przypadkowy tłum dyktował jej kierunek. Zmierzyła przestrzeń przed sobą krótkim, chłodnym spojrzeniem i ruszyła. Początkowo szło jej zaskakująco łatwo.  Przeciskała się między ludźmi z wprawą, ze spojrzeniem utkwionym przed siebie. Nie patrzyła nikomu w oczy. Nie chciała wchodzić w interakcje. Chciała jedynie przejść. Ale tłum nie był statyczny, a fala charłaków i ich przyjaciół poruszyła się nagle. Zanim zdążyła zareagować, została porwana wraz z nimi. Ktoś ją potrącił, czyjeś ramię uderzyło o jej bark, czyjaś dłoń zahaczyła o jej ramię, popychając ją dalej, głębiej w tłum, którego wcale nie chciała być częścią. Jej krok stracił rytm, oddech spłycił się od nagłego napięcia. Dookoła narastał hałas - krzyki, urwane zdania, podniesione głosy, które zlewały się w jeden, chaotyczny szum. Gdzieś obok ktoś się kłócił, ktoś inny próbował się wyrwać, jeszcze ktoś podnosił głos, jakby to miało cokolwiek zmienić. Próbowała odzyskać kontrolę. Cofnąć się, wyrwać z tego wiru, znaleźć stabilny punkt, na którym mogłaby się oprzeć. Ale nie zdążyła. Kolejne pchnięcie przyszło nagle, mocniejsze, bardziej zdecydowane. Jej stopa zahaczyła o coś twardego i zanim zdążyłaby zareagować, upadła na kolana. Dłonie instynktownie powędrowały w dół, by zamortyzować upadek, ale nie były w stanie zatrzymać ciężaru.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[czerwiec 1965] Kingdom of Heaven]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5884</link>
			<pubDate>Sun, 22 Mar 2026 19:52:14 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=442">Lorien Mulciber</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5884</guid>
			<description><![CDATA[<div class="ramka">Czerwiec 1965 - Jordania, a konkretnie ruiny zamku Al-Karak, gdzie Lorien przebywała przez krótki okres w '65r. </div>
<br />
<div class="koperta">
Cuore mio, anima mia,<br />
Powiedz mi czyżeś wyczytał nasz początek i koniec pośród herbacianych fusów z tej paskudnej herby, którą pojono nas podczas zajęć wróżbiarstwa? Czy widzisz odbicie ptasiego oka w tafli zwierciadła? Czy słyszysz jego pieśń pośród halucynogennych oparów, którymi karmiły się podobne tobie w Delfach? Zawróć. Zawróć. Nim klify odetną ci dalszą drogę. <br />
Tutejsze piaski zwodzą wzrok zbłąkanych podróżnych. Ponoć znają twoje pragnienia i potrafią przybierać głos tych, którzy ci najmilsi. To kłamstwo. Nie słyszę twojego wołania pośród ich burz. <br />
Byłam dziś pośród ludzi. Tubylcy handlują tu przyprawami i jedwabiem. Parzą okropnie słodką miętową herbatę. Chyba zaczęła mi smakować, bo nie ma w niej fusów. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Sayyidatu aṭ-ṭuyūr.</span> Mówią, po czym wskazują zalęknieni na ruiny, które dziś są mą ostoją i pewnie staną się wkrótce grobem. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Shayṭānah </span>dodają. Nie wiem co znaczą ich słowa, po angielsku tu się nie mówi, a włoski pozwala jedynie na wymianę pomniejszych uprzejmości i załatwianie prostych spraw czysto biznesowych. Czuję w nich jednak zwykły, ludzki lęk - to dobrze, wiesz jak bardzo nienawidzę nieproszonych gości. <br />
<br />
Czas wlecze się wzdłuż tych zniszczonych murów, wsiąka w najdrobniejsze szczeliny. Nadal zaskakuje mnie, że setki lat dzielą nas od tych, którzy wznieśli ten zamek i od tych, którzy w jego obronie polegli. Dziś część z nich wciąż snuje się korytarzami. Nie wchodzimy sobie w paradę. Dni mijają mi wolniej niż w Londynie - ale może właśnie w tym szaleństwie jest jakaś metoda? Gdy każda minuta zdaje się godziną, a godzina wiekiem, jak mogłabym płakać nad piaskiem przesypującym się w klepsydrze. Przyjedź, spójrz! Za wyłomami w ścianach rozciąga się widok na całą pustynię. A dalej za nią - morze, w którym ponoć nie da się utonąć.<br />
<br />
Spodobałaby ci się komnata, którą zajmuję. Uśmiałbyś się, bo brak w niej wszelkich zbytków. W sumie wszystkiego w niej brak. Ale jej ściany zdobią nieruchome freski złączonych w tańcu ludzi - tych żywych i martwych. Dawni kochankowie trzymający się kościotrupów, spleceni w wirze wieczności. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Vita brevis, amor longus, libertas aeterna.</span> Jeden z mężczyzn spoglądający ze ściany jest do ciebie całkiem podobny. Myślisz, że artysta był prorokiem, który przewidział, że kiedyś się tu pojawię i miło będzie mi spojrzeć na Ciebie? Lubię tak myśleć. <br />
Za dnia ciężko w ogóle wyjść na zewnątrz. Słońce pali niemiłosiernie. Towarzystwa dotrzymuje mi tutejsze ptactwo. Wolę je od pokrzykujących mugoli.  <br />
Nie mogę Cię dosięgnąć. To boli, że jesteś gdzieś tam, tak daleko ode mnie. I wiem, że pewnie się gniewasz, że Ci nie powiedziałam kiedy i dokąd odejdę. Ale czy można zaskoczyć czymkolwiek proroka? Może, nim ten list zdąży przekroczyć Europę, staniesz z samego rana na progu moich ruin, narzekając na piasek w butach, a mi pozostanie złość, że zmarnowałam na ciebie całkiem niezgorszy pergamin! Tęsknię za Tobą, a ten na fresku jednak nie jest wcale do Ciebie podobny.<br />
<br />
Czuję, że powoli popadam w obłęd. <br />
Potrzebuję Cię. Tu. Teraz. W tym momencie. <br />
Pomóż mi.<br />
<br />
<div style="text-align: right;" class="mycode_align">- Lorien</div></div>
<br />
Odłożyła czarno-kobaltowe pióro na bok.<br />
Nie zauważyła, kiedy nad dawną fortecą krzyżowców zaczął powoli zapadać zmierzch. Czuła na plecach ciepłe promienie zachodzącego słońca, ale wciąż jeszcze wpatrywała się w milczeniu w błyszczące, mokre litery. Pergamin wchłaniał tusz powoli. Roztarła go, brudząc palce. Roztrzęsione słowa starły się w jedną niewyraźną plamę. Tak. Tak było lepiej. Paul, niecierpliwie oczekujący na swoją pierwszą poważną misję, przeskakiwał z nóżki na nóżkę. Był przecież gotowy. Mógł zanieść list gdzie tylko pani sobie zamarzy! Lorien ucałowała czubek ptasiej głowy, z czułością gładząc czarne pióra podopiecznego. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Nie. Jeszcze nie czas na żadną wiadomość.</span><br />
Bezceremonialnie wrzuciła zgnieciony pergamin w rozpalone na posadzce ognisko, patrząc na płonie wraz z resztą listów.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div class="ramka">Czerwiec 1965 - Jordania, a konkretnie ruiny zamku Al-Karak, gdzie Lorien przebywała przez krótki okres w '65r. </div>
<br />
<div class="koperta">
Cuore mio, anima mia,<br />
Powiedz mi czyżeś wyczytał nasz początek i koniec pośród herbacianych fusów z tej paskudnej herby, którą pojono nas podczas zajęć wróżbiarstwa? Czy widzisz odbicie ptasiego oka w tafli zwierciadła? Czy słyszysz jego pieśń pośród halucynogennych oparów, którymi karmiły się podobne tobie w Delfach? Zawróć. Zawróć. Nim klify odetną ci dalszą drogę. <br />
Tutejsze piaski zwodzą wzrok zbłąkanych podróżnych. Ponoć znają twoje pragnienia i potrafią przybierać głos tych, którzy ci najmilsi. To kłamstwo. Nie słyszę twojego wołania pośród ich burz. <br />
Byłam dziś pośród ludzi. Tubylcy handlują tu przyprawami i jedwabiem. Parzą okropnie słodką miętową herbatę. Chyba zaczęła mi smakować, bo nie ma w niej fusów. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Sayyidatu aṭ-ṭuyūr.</span> Mówią, po czym wskazują zalęknieni na ruiny, które dziś są mą ostoją i pewnie staną się wkrótce grobem. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Shayṭānah </span>dodają. Nie wiem co znaczą ich słowa, po angielsku tu się nie mówi, a włoski pozwala jedynie na wymianę pomniejszych uprzejmości i załatwianie prostych spraw czysto biznesowych. Czuję w nich jednak zwykły, ludzki lęk - to dobrze, wiesz jak bardzo nienawidzę nieproszonych gości. <br />
<br />
Czas wlecze się wzdłuż tych zniszczonych murów, wsiąka w najdrobniejsze szczeliny. Nadal zaskakuje mnie, że setki lat dzielą nas od tych, którzy wznieśli ten zamek i od tych, którzy w jego obronie polegli. Dziś część z nich wciąż snuje się korytarzami. Nie wchodzimy sobie w paradę. Dni mijają mi wolniej niż w Londynie - ale może właśnie w tym szaleństwie jest jakaś metoda? Gdy każda minuta zdaje się godziną, a godzina wiekiem, jak mogłabym płakać nad piaskiem przesypującym się w klepsydrze. Przyjedź, spójrz! Za wyłomami w ścianach rozciąga się widok na całą pustynię. A dalej za nią - morze, w którym ponoć nie da się utonąć.<br />
<br />
Spodobałaby ci się komnata, którą zajmuję. Uśmiałbyś się, bo brak w niej wszelkich zbytków. W sumie wszystkiego w niej brak. Ale jej ściany zdobią nieruchome freski złączonych w tańcu ludzi - tych żywych i martwych. Dawni kochankowie trzymający się kościotrupów, spleceni w wirze wieczności. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Vita brevis, amor longus, libertas aeterna.</span> Jeden z mężczyzn spoglądający ze ściany jest do ciebie całkiem podobny. Myślisz, że artysta był prorokiem, który przewidział, że kiedyś się tu pojawię i miło będzie mi spojrzeć na Ciebie? Lubię tak myśleć. <br />
Za dnia ciężko w ogóle wyjść na zewnątrz. Słońce pali niemiłosiernie. Towarzystwa dotrzymuje mi tutejsze ptactwo. Wolę je od pokrzykujących mugoli.  <br />
Nie mogę Cię dosięgnąć. To boli, że jesteś gdzieś tam, tak daleko ode mnie. I wiem, że pewnie się gniewasz, że Ci nie powiedziałam kiedy i dokąd odejdę. Ale czy można zaskoczyć czymkolwiek proroka? Może, nim ten list zdąży przekroczyć Europę, staniesz z samego rana na progu moich ruin, narzekając na piasek w butach, a mi pozostanie złość, że zmarnowałam na ciebie całkiem niezgorszy pergamin! Tęsknię za Tobą, a ten na fresku jednak nie jest wcale do Ciebie podobny.<br />
<br />
Czuję, że powoli popadam w obłęd. <br />
Potrzebuję Cię. Tu. Teraz. W tym momencie. <br />
Pomóż mi.<br />
<br />
<div style="text-align: right;" class="mycode_align">- Lorien</div></div>
<br />
Odłożyła czarno-kobaltowe pióro na bok.<br />
Nie zauważyła, kiedy nad dawną fortecą krzyżowców zaczął powoli zapadać zmierzch. Czuła na plecach ciepłe promienie zachodzącego słońca, ale wciąż jeszcze wpatrywała się w milczeniu w błyszczące, mokre litery. Pergamin wchłaniał tusz powoli. Roztarła go, brudząc palce. Roztrzęsione słowa starły się w jedną niewyraźną plamę. Tak. Tak było lepiej. Paul, niecierpliwie oczekujący na swoją pierwszą poważną misję, przeskakiwał z nóżki na nóżkę. Był przecież gotowy. Mógł zanieść list gdzie tylko pani sobie zamarzy! Lorien ucałowała czubek ptasiej głowy, z czułością gładząc czarne pióra podopiecznego. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Nie. Jeszcze nie czas na żadną wiadomość.</span><br />
Bezceremonialnie wrzuciła zgnieciony pergamin w rozpalone na posadzce ognisko, patrząc na płonie wraz z resztą listów.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[czerwiec 1972, posiadłość Mulciberów w Szkocji] миллион алых роз]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5877</link>
			<pubDate>Thu, 19 Mar 2026 07:22:51 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=442">Lorien Mulciber</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5877</guid>
			<description><![CDATA[- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Pani powinna wyjść na spacer.</span>- Zaskrzeczała nerwowo Selar, trzymając w drżących dłoniach czajnik z gorącą, czarną herbatą i porcelanową filiżankę. Bała się, bo przecież ostatnim razem Pani wszystko potrzaskała parząc biedną Selar. A potem nakazała sobie przygotować nową herbatę i zrobiła dokładnie to samo! <br />
Bała się Pani, gdy Pani godzinami siedziała w milczeniu w ciemnej bibliotece, nie zgadzając się nawet na uchylenie ciężkich zasłon i wpuszczenie trochę powietrza. Nigdy nie było wiadomo czy Pani akurat czuje się dobrze, czy gdy się odwróci to spojrzy na Selar z tą straszną nienawiścią. I niby Pan mówił, że Selar nie ma się czego bać, ale jak się nie bać jak Pani zabraniała biednej Selar mówić o tych wszystkich strasznych rzeczach, które ona jej mówiła. A potem się śmiała, tak strasznie się śmiała, jakby to wszystko to był tylko przerażający żart. A przecież, nie był, prawda? Nie mógł być, skoro Pani…<br />
<br />
Lorien odwróciła się powoli w stronę skrzatki, a ta zamarła bez ruchu. Jedynie taca zaczęła dygotać jeszcze bardziej jakby chuderlawe stworzenie nie było w stanie utrzymać jej w powietrzu. Żałosne. Wszystko to co ją otaczało było zwyczajnie w świecie żałosne. Nie potrafiła powiedzieć czy tęskni. A jeśli tęskniła - to za czym. Obracała w dłoniach różdżkę. Przerzucała ją między swoimi palcami, czuła przepływającą przez leszczynowe drewno magię. Mogłaby ją skrzywdzić. Znała przecież zaklęcie. Czy wtedy wróciłoby zrozumienie? Czy wróciłaby wola walki o to co lubili nazywać życiem? Czy wijąca się w konwulsjach skrzatka była tym czego łaknęło jej serce i dusza? Przechyliła głowę. Chyba nie. Nie była tego warta.<br />
Zamiast tego skierowała różdżkę w stronę gramofonu ustawionego na stoliku. Igła zgrzytnęła, przywołana do życia, płyta zaczęła powoli się kręcić, a muzyka płynąć pośród zakurzonych ksiąg starej biblioteki.<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Миллион, миллион, миллион алых роз…</span><br />
<br />
Lorien westchnęła cicho, przymykając oczy. <br />
Marudzenie starej skrzatki rozmyło się w powietrzu, gdy pozwoliła sobie na mentalną ucieczkę. We wspomnieniach zawsze wędrowała po ośnieżonych wzgórzach West Yorkshire. Czasami był z nią Alexander, czasem podążała znaną ścieżką sama w towarzystwie Kopernika. Śnieg spadał ciężkimi płatami na jej ciemne loki, moczył miękki błękitny kubraczek i wysokie botki. Ale szła dalej przed siebie - zwykle docierała na cmentarz. Pod swój własny pomnik. <br />
Nie rozumiała tego, a spoglądająca z piedestału kamienna podobizna zdawała się niezrozumienie odwzajemniać. Nie wyryto inicjałów, żadnego epitafium, nawet dat. Pewnie planowali zrobić to później, gdy wreszcie będzie przydatny. Ale w postumencie umieszczono żelazne drzwiczki. Zwykle kucała przy nich i pokazywała zainteresowanemu psu. “Widzisz? Tu mnie złożą, gdy się przemienię i… gdy w końcu umrę.”  Powtarzanie tego przynosiło dziwny spokój. <br />
Potem podnosiła się i przyglądała przez chwilę samej rzeźbie. Ciężko było odmówić kamieniarzowi kunsztu, ale… czy to wciąż była ona? Lata mijały, a kamień zatrzymał się w czasie. Tu wciąż miała szesnaście lat. Może tak powinno być? Może taką chcieli ją pamiętać?<br />
Dookoła posadzono krzewy czerwonych róż, które zimą obumierały i straszyły gąszczem gałęzi i kolców. Pośród nich na wiosnę uwiją sobie gniazda wróble i mazurki. Umoszczą się w nich kosy, albo nawet pokrzewki. Podobała jej się ta wizja.<br />
- <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Zawsze przychodzisz i odchodzisz, co?</span>- Odezwał się znajomy głos. Uśmiechnęła się ciepło, odwracając do skrytego za mgłą wspomnienia. <br />
<br />
Z marzeń sennych wybudziło ją ciche stukanie w okno. Otworzyła oczy. <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Кто влюблен, кто влюблен, кто влюблен и всерьез</span><br />
Piosenka zapętlała się od tak dawna, że Lorien straciła poczucie czasu. Ale przynajmniej Selar sobie już poszła zostawiając zimną herbatę i filiżankę na stoliku przy fotelu Pani. Zignorowała napój. Nie chciała ryzykować. Znowu to stukanie. Zaklęciem uchyliła okno, wpuszczając do środka ciepły wieczorny wiatr i Paula, do którego nóżki przewiązano list. <br />
Znała tą elegancką wstążkę; czerwony tusz; pieczęć. Niegdyś ją to cieszyło - teraz, nie czuła absolutnie nic, gdy wzięła pergamin do rąk.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Czego ty ode mnie chcesz Donaldzie Mulciber?</span> - Spytała milczącego kawałka papieru, po czym… wrzuciła go do rozpalonego kominka. Przytuliła do siebie stęsknionego po dalekiej podróży kruka, obserwując jak woskowa pieczęć i zapisane równym pismem karty płoną. <br />
Może rzeczywiście powinna wybrać się na spacer? Gwiazdy musiały wyglądać niezwykle pięknie nad szkockimi klifami.<br />
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">Koniec sesji</div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Pani powinna wyjść na spacer.</span>- Zaskrzeczała nerwowo Selar, trzymając w drżących dłoniach czajnik z gorącą, czarną herbatą i porcelanową filiżankę. Bała się, bo przecież ostatnim razem Pani wszystko potrzaskała parząc biedną Selar. A potem nakazała sobie przygotować nową herbatę i zrobiła dokładnie to samo! <br />
Bała się Pani, gdy Pani godzinami siedziała w milczeniu w ciemnej bibliotece, nie zgadzając się nawet na uchylenie ciężkich zasłon i wpuszczenie trochę powietrza. Nigdy nie było wiadomo czy Pani akurat czuje się dobrze, czy gdy się odwróci to spojrzy na Selar z tą straszną nienawiścią. I niby Pan mówił, że Selar nie ma się czego bać, ale jak się nie bać jak Pani zabraniała biednej Selar mówić o tych wszystkich strasznych rzeczach, które ona jej mówiła. A potem się śmiała, tak strasznie się śmiała, jakby to wszystko to był tylko przerażający żart. A przecież, nie był, prawda? Nie mógł być, skoro Pani…<br />
<br />
Lorien odwróciła się powoli w stronę skrzatki, a ta zamarła bez ruchu. Jedynie taca zaczęła dygotać jeszcze bardziej jakby chuderlawe stworzenie nie było w stanie utrzymać jej w powietrzu. Żałosne. Wszystko to co ją otaczało było zwyczajnie w świecie żałosne. Nie potrafiła powiedzieć czy tęskni. A jeśli tęskniła - to za czym. Obracała w dłoniach różdżkę. Przerzucała ją między swoimi palcami, czuła przepływającą przez leszczynowe drewno magię. Mogłaby ją skrzywdzić. Znała przecież zaklęcie. Czy wtedy wróciłoby zrozumienie? Czy wróciłaby wola walki o to co lubili nazywać życiem? Czy wijąca się w konwulsjach skrzatka była tym czego łaknęło jej serce i dusza? Przechyliła głowę. Chyba nie. Nie była tego warta.<br />
Zamiast tego skierowała różdżkę w stronę gramofonu ustawionego na stoliku. Igła zgrzytnęła, przywołana do życia, płyta zaczęła powoli się kręcić, a muzyka płynąć pośród zakurzonych ksiąg starej biblioteki.<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Миллион, миллион, миллион алых роз…</span><br />
<br />
Lorien westchnęła cicho, przymykając oczy. <br />
Marudzenie starej skrzatki rozmyło się w powietrzu, gdy pozwoliła sobie na mentalną ucieczkę. We wspomnieniach zawsze wędrowała po ośnieżonych wzgórzach West Yorkshire. Czasami był z nią Alexander, czasem podążała znaną ścieżką sama w towarzystwie Kopernika. Śnieg spadał ciężkimi płatami na jej ciemne loki, moczył miękki błękitny kubraczek i wysokie botki. Ale szła dalej przed siebie - zwykle docierała na cmentarz. Pod swój własny pomnik. <br />
Nie rozumiała tego, a spoglądająca z piedestału kamienna podobizna zdawała się niezrozumienie odwzajemniać. Nie wyryto inicjałów, żadnego epitafium, nawet dat. Pewnie planowali zrobić to później, gdy wreszcie będzie przydatny. Ale w postumencie umieszczono żelazne drzwiczki. Zwykle kucała przy nich i pokazywała zainteresowanemu psu. “Widzisz? Tu mnie złożą, gdy się przemienię i… gdy w końcu umrę.”  Powtarzanie tego przynosiło dziwny spokój. <br />
Potem podnosiła się i przyglądała przez chwilę samej rzeźbie. Ciężko było odmówić kamieniarzowi kunsztu, ale… czy to wciąż była ona? Lata mijały, a kamień zatrzymał się w czasie. Tu wciąż miała szesnaście lat. Może tak powinno być? Może taką chcieli ją pamiętać?<br />
Dookoła posadzono krzewy czerwonych róż, które zimą obumierały i straszyły gąszczem gałęzi i kolców. Pośród nich na wiosnę uwiją sobie gniazda wróble i mazurki. Umoszczą się w nich kosy, albo nawet pokrzewki. Podobała jej się ta wizja.<br />
- <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Zawsze przychodzisz i odchodzisz, co?</span>- Odezwał się znajomy głos. Uśmiechnęła się ciepło, odwracając do skrytego za mgłą wspomnienia. <br />
<br />
Z marzeń sennych wybudziło ją ciche stukanie w okno. Otworzyła oczy. <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Кто влюблен, кто влюблен, кто влюблен и всерьез</span><br />
Piosenka zapętlała się od tak dawna, że Lorien straciła poczucie czasu. Ale przynajmniej Selar sobie już poszła zostawiając zimną herbatę i filiżankę na stoliku przy fotelu Pani. Zignorowała napój. Nie chciała ryzykować. Znowu to stukanie. Zaklęciem uchyliła okno, wpuszczając do środka ciepły wieczorny wiatr i Paula, do którego nóżki przewiązano list. <br />
Znała tą elegancką wstążkę; czerwony tusz; pieczęć. Niegdyś ją to cieszyło - teraz, nie czuła absolutnie nic, gdy wzięła pergamin do rąk.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Czego ty ode mnie chcesz Donaldzie Mulciber?</span> - Spytała milczącego kawałka papieru, po czym… wrzuciła go do rozpalonego kominka. Przytuliła do siebie stęsknionego po dalekiej podróży kruka, obserwując jak woskowa pieczęć i zapisane równym pismem karty płoną. <br />
Może rzeczywiście powinna wybrać się na spacer? Gwiazdy musiały wyglądać niezwykle pięknie nad szkockimi klifami.<br />
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">Koniec sesji</div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[grudzień 1970] Nastał czas ciemności (Lana Dolohov, Astoria Avery)]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5873</link>
			<pubDate>Wed, 18 Mar 2026 23:47:29 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=602">Astoria Avery</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5873</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b"> grudzień 1970, Londyn<br />
<a href="https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=261&amp;pid=791#pid791" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">nastał czas ciemności</a> </div>
<br />
Grudzień miał w sobie coś ciężkiego, jakby powietrze stało się gęstsze od niewypowiedzianych myśli i oczekiwań, które narastały wraz ze zbliżającym się Yule. Londyn żył teraz w zupełnie innym rytmie niż przez resztę roku - jakby ktoś narzucił mu nową, bardziej widowiskową narrację, w której wszystko musiało być jaśniejsze, bogatsze, bardziej przekonujące. Ulice rozświetlały się długimi pasmami zaczarowanych świateł, zawieszonych nad głowami przechodniów niczym świetliste konstelacje. W witrynach sklepowych pojawiały się starannie skomponowane sceny: sztuczny śnieg osiadający na miniaturowych dachach, figurki poruszające się w zapętlonych, niemal hipnotycznych choreografiach, manekiny ubrane w ciężkie, eleganckie tkaniny, które miały sugerować zarówno luksus, jak i ciepło. Atmosfera świąt była dla niej nie do zniesienia. Dawniej ten czas miał w sobie niepowtarzalny urok, ale po śmierci Juliana wszystko się zmieniło. Teraz każde święto to jedynie przypomnienie, że już nigdy nie spędzą ich wspólnie, że ich rodzina już zawsze będzie rozbita. Niemnie uśmiechała się, uczestniczyła w tym, co należało, potrafiła odnaleźć się w każdej sytuacji, ale było w tym coś mechanicznego, jak dobrze wyuczona rola.<br />
Kurs, który właśnie ukończyła, pozostawił po sobie coś więcej niż tylko uporządkowaną wiedzę. Był jak filtr, przez który zaczęła patrzeć na świat jeszcze uważniej, jeszcze bardziej analitycznie. Każda ekspozycja, każdy detal, każda decyzja artystyczna przestawały być przypadkowe. Widziała struktury tam, gdzie inni widzieli jedynie estetykę. Ulice tętniły życiem. Sklepy przyciągały światłem i kolorami, a wystawy były niemal przesadnie dopracowane - jakby każdy detal miał udowodnić, że magia świąt istnieje naprawdę. Astoria zatrzymywała się przy niektórych z nich, przyglądając się uważnie kompozycjom, analizując układ, proporcje, sposób, w jaki prowadziły wzrok. Przynajmniej dopóki nie dostrzegła zbliżającej się postaci.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Jak dobrze cię widzieć! -</span> objęła Lanę krótko, ale wystarczająco mocno, by w tym geście zawrzeć coś więcej niż zwykłą uprzejmość. Było w tym uścisku echo dawnych lat - korytarzy Hogwartu, rozmów urywanych dzwonkiem na kolejne zajęcia. Świata, który wydawał się jednocześnie tak bliski i tak odległy, jakby należał do kogoś, kim już nie była. Kiedy się odsunęła, jej uśmiech pozostał. Przez moment przyglądała się Lanie uważnie, jakby chciała uchwycić wszystkie zmiany, które zaszły od czasu ich ostatniego spotkania. Nie widziały się od tak dawna, a przecież tyle się po drodze wydarzyło. Część informacji można wysłać listem, ale zwykła rozmowa twarzą w twarz potrafi przekazać więcej niż puste słowa na pergaminie. Zakupy były jedynie wygodnym pretekstem, czymś, co pozwalało nadać temu spotkaniu pozory celu.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Jak twoje podróże? Gdzie ostatnio byłaś? -</span> zapytała z zaciekawieniem. Wiedziała, że Lana niedawno wróciła na święta, a nie miała wcześniej okazji, by poznać więcej szczegółów.<br />
Szła obok dziewczyny, mijając kolejne witryny, które przyciągały spojrzenia przechodniów, ale jej własne oczy zatrzymywały się na nich tylko na krótkie momenty. Bardziej skupiona była na koleżance, za którą się szczerze stęskniła. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Brakuje ci jeszcze jakichś prezentów? -</span> ostatnie pytanie było czysto strategiczne, żeby ustalić plan działania, jakie sklepy po drodze odwiedzą. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Może jakiś grzaniec na dobry początek? </span>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b"> grudzień 1970, Londyn<br />
<a href="https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=261&amp;pid=791#pid791" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">nastał czas ciemności</a> </div>
<br />
Grudzień miał w sobie coś ciężkiego, jakby powietrze stało się gęstsze od niewypowiedzianych myśli i oczekiwań, które narastały wraz ze zbliżającym się Yule. Londyn żył teraz w zupełnie innym rytmie niż przez resztę roku - jakby ktoś narzucił mu nową, bardziej widowiskową narrację, w której wszystko musiało być jaśniejsze, bogatsze, bardziej przekonujące. Ulice rozświetlały się długimi pasmami zaczarowanych świateł, zawieszonych nad głowami przechodniów niczym świetliste konstelacje. W witrynach sklepowych pojawiały się starannie skomponowane sceny: sztuczny śnieg osiadający na miniaturowych dachach, figurki poruszające się w zapętlonych, niemal hipnotycznych choreografiach, manekiny ubrane w ciężkie, eleganckie tkaniny, które miały sugerować zarówno luksus, jak i ciepło. Atmosfera świąt była dla niej nie do zniesienia. Dawniej ten czas miał w sobie niepowtarzalny urok, ale po śmierci Juliana wszystko się zmieniło. Teraz każde święto to jedynie przypomnienie, że już nigdy nie spędzą ich wspólnie, że ich rodzina już zawsze będzie rozbita. Niemnie uśmiechała się, uczestniczyła w tym, co należało, potrafiła odnaleźć się w każdej sytuacji, ale było w tym coś mechanicznego, jak dobrze wyuczona rola.<br />
Kurs, który właśnie ukończyła, pozostawił po sobie coś więcej niż tylko uporządkowaną wiedzę. Był jak filtr, przez który zaczęła patrzeć na świat jeszcze uważniej, jeszcze bardziej analitycznie. Każda ekspozycja, każdy detal, każda decyzja artystyczna przestawały być przypadkowe. Widziała struktury tam, gdzie inni widzieli jedynie estetykę. Ulice tętniły życiem. Sklepy przyciągały światłem i kolorami, a wystawy były niemal przesadnie dopracowane - jakby każdy detal miał udowodnić, że magia świąt istnieje naprawdę. Astoria zatrzymywała się przy niektórych z nich, przyglądając się uważnie kompozycjom, analizując układ, proporcje, sposób, w jaki prowadziły wzrok. Przynajmniej dopóki nie dostrzegła zbliżającej się postaci.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Jak dobrze cię widzieć! -</span> objęła Lanę krótko, ale wystarczająco mocno, by w tym geście zawrzeć coś więcej niż zwykłą uprzejmość. Było w tym uścisku echo dawnych lat - korytarzy Hogwartu, rozmów urywanych dzwonkiem na kolejne zajęcia. Świata, który wydawał się jednocześnie tak bliski i tak odległy, jakby należał do kogoś, kim już nie była. Kiedy się odsunęła, jej uśmiech pozostał. Przez moment przyglądała się Lanie uważnie, jakby chciała uchwycić wszystkie zmiany, które zaszły od czasu ich ostatniego spotkania. Nie widziały się od tak dawna, a przecież tyle się po drodze wydarzyło. Część informacji można wysłać listem, ale zwykła rozmowa twarzą w twarz potrafi przekazać więcej niż puste słowa na pergaminie. Zakupy były jedynie wygodnym pretekstem, czymś, co pozwalało nadać temu spotkaniu pozory celu.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Jak twoje podróże? Gdzie ostatnio byłaś? -</span> zapytała z zaciekawieniem. Wiedziała, że Lana niedawno wróciła na święta, a nie miała wcześniej okazji, by poznać więcej szczegółów.<br />
Szła obok dziewczyny, mijając kolejne witryny, które przyciągały spojrzenia przechodniów, ale jej własne oczy zatrzymywały się na nich tylko na krótkie momenty. Bardziej skupiona była na koleżance, za którą się szczerze stęskniła. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Brakuje ci jeszcze jakichś prezentów? -</span> ostatnie pytanie było czysto strategiczne, żeby ustalić plan działania, jakie sklepy po drodze odwiedzą. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Może jakiś grzaniec na dobry początek? </span>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[czerwiec 1965] Pies i ptak nad Al-Karak]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5869</link>
			<pubDate>Wed, 18 Mar 2026 10:24:59 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=442">Lorien Mulciber</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5869</guid>
			<description><![CDATA[Leżała na wciąż nagrzanym pustynnym słońcem piasku, obserwując rozgwieżdżone niebo. Nigdzie nie widziała tak pięknych gwiazd jak tutaj. A może widziała? Może zwyczajnie w świecie się nimi nie interesowała, bo na każde wspomnienie Alexandra o czymkolwiek związanym z astronomią, przewracała jedynie oczami z obawą, że zarazi ją byciem okropnym nerdem?<br />
Uniosła dłoń, palcem wskazującym płynąc po ciemnej tafli najeżonej brokatem kosmicznego odpadu. Nie znała ich nazw. Ale ta wyglądała jej na psa. Tak, to mógł być <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">pies</span>. ᚼᚢᚾᛏᚱ. Jej własny pies. Niczyj inny. I tylko ona wiedziała, że zawsze tam czeka na nieboskłonie, ukryty pod inną, nieznaczącą nic nazwą. To było nawet zabawne. Inni wierzyli, że można uwiecznić wielkich bohaterów czy mitologicznych herosów pod daną gwiazdą, po czym pojawiała się mała panna Crouch i mówiła “nie, to jest pies”. <br />
Słowo przeciw słowu, zupełnie jak podczas kiepskiej rozprawy sądowej, gdzie brakowało ludziom dowodów i argumentów, więc jedyne co pozostało to krzyki.<br />
Ale nie chciała, żeby pies był samotny. Przesunęła wzrok na inną, nieco mniejszą gwiazdę chyba z tego samego układu. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Ptak</span>. ᚠᚢᚴᛚ. Zawsze blisko siebie.<br />
<br />
Przymknęła oczy, ciesząc się ciepłem piasku. I ten niedługo się wychłodzi, bo nadciągający z północnego-zachodu wiatr niósł ze sobą chłód znad Morza Martwego. Tak przynajmniej dzisiaj zasłyszała od posługującego się łamanym włoskim handlarza, którego spotkała na zewnątrz. Zabawne było to morze, nie dało rady w nim ponoć utonąć. Nawet mugole zdawali się w to wierzyć. Nie planowała tego sprawdzać. Handlarz poczęstował ją słodką miętową herbatą, dał trochę chleba i zniknął jak gdyby nigdy go tu nie było. Jakby sam był fatamorganą podobną tutejszym oazom.<br />
Nie chciała na razie ruszać się z Al-Karak. <br />
Prastare ruiny zamku krzyżowców stały się jej tymczasową ostoją - nikt o zdrowych zmysłach się tu nie zapuszczał. Niemagiczni twierdzili, że “tu straszy”. Może tak było, spotkała przecież na swojej drodze parę udręczonych duchów, tych którzy oddali swoje życie za ideę. Tą samą, za którą później ich postawiono przed sądem i spalono na stosach. Nie współczuła im. Chyba nie potrafiła już nikomu współczuć.<br />
Nie dbała o to, że ciekawski turysta może tu zajrzeć. Wiedziała, że nie uwierzy w to co widzą jego oczy, więc po co miała się martwić. Tylko obłąkani mogliby pewnie opowiadać o obleczonej w biel jedwabiu, tiulu i żałobnego całunu czarnowłosej kobiecie, która co noc leżała na dziedzińcu wewnętrznym oglądając gwiazdy. Dookoła niej leżały rozsypane pióra, a szaty i ciało skąpane miała w ciemnej, zastygłej krwi. Opowiadaliby, że na nich spojrzała, gdy tylko pojawili się w przestrzeni kamiennych wrót, a jej oczy lśniły w świetle lampionów jak dwa szlachetne kamienie. Może nawet pokwapiliby się powiedzieć, że gdy się odezwała jej głos podobny był do ptasiego trelu. Powiedziała przecież: Se vuoi trovarmi, vai verso sud, dove gli uomini parlano italiano, e continua il tuo cammino finché non sentirai parlare un’altra lingua., a słowa jej były słodkie jak język, który je stworzył.<br />
<br />
Oderwała wzrok od nieboskłonu słysząc ciche popiskiwanie. Paul. Maleńkie pisklę, które utraciwszy matkę, upodobało ją sobie na opiekunkę. Wciąż jeszcze miał ten dziecięcy puch i bunt w oczyskach. Sądząc po ilości piasku między piórami, musiał się w nim wyturlać wcześniej i teraz szalenie tego żałować. Uśmiechnęła się ciepło. Wyciągnęła w jego stronę rękę, zachęcając, żeby się na nią wspiął. Usadziła go sobie na klatce piersiowej.<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Spójrz to ja.</span>- Powiedziała miękko, szeptem, pokazując na upatrzoną wcześniej gwiazdę. Potem pokazała na drugą, zaraz obok, znacznie mniejszą.- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">A to ty.</span><br />
Paul fuknął oburzony, nieszczególnie jakimiś głupimi gwiazdami zainteresowany. Przecież był cały brudny z piasku i nieszczęśliwy! <br />
Czarownica zaśmiała się jednym zaklęciem oczyszczając podopiecznego. <br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Niedługo będziesz duży i silny i będziesz zanosił listy pośród tych gwiazd. Powinieneś się uczyć.</span> <br />
Paul spojrzał na nią jakby oszalała. <br />
Może rzeczywiście tak było - może udzielało jej się szaleństwo stąpające pośród tutejszych komnat i pomników krzyżowców wzniesionych z piaskowca? Zaśmiała się do swoich myśli. To nie byłby taki zły koniec - zniknąć i nawiedzać po wsze czasy zimne mury starej twierdzy. Co prawda zawsze wydawało jej się, że będzie to Azkaban, ale z braku laku i Al-Karak się nadawało. <br />
Przymknęła oczy, próbując zapaść w sen nim piasek wychłodzi się na dobre.<br />
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">Koniec sesji</div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Leżała na wciąż nagrzanym pustynnym słońcem piasku, obserwując rozgwieżdżone niebo. Nigdzie nie widziała tak pięknych gwiazd jak tutaj. A może widziała? Może zwyczajnie w świecie się nimi nie interesowała, bo na każde wspomnienie Alexandra o czymkolwiek związanym z astronomią, przewracała jedynie oczami z obawą, że zarazi ją byciem okropnym nerdem?<br />
Uniosła dłoń, palcem wskazującym płynąc po ciemnej tafli najeżonej brokatem kosmicznego odpadu. Nie znała ich nazw. Ale ta wyglądała jej na psa. Tak, to mógł być <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">pies</span>. ᚼᚢᚾᛏᚱ. Jej własny pies. Niczyj inny. I tylko ona wiedziała, że zawsze tam czeka na nieboskłonie, ukryty pod inną, nieznaczącą nic nazwą. To było nawet zabawne. Inni wierzyli, że można uwiecznić wielkich bohaterów czy mitologicznych herosów pod daną gwiazdą, po czym pojawiała się mała panna Crouch i mówiła “nie, to jest pies”. <br />
Słowo przeciw słowu, zupełnie jak podczas kiepskiej rozprawy sądowej, gdzie brakowało ludziom dowodów i argumentów, więc jedyne co pozostało to krzyki.<br />
Ale nie chciała, żeby pies był samotny. Przesunęła wzrok na inną, nieco mniejszą gwiazdę chyba z tego samego układu. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Ptak</span>. ᚠᚢᚴᛚ. Zawsze blisko siebie.<br />
<br />
Przymknęła oczy, ciesząc się ciepłem piasku. I ten niedługo się wychłodzi, bo nadciągający z północnego-zachodu wiatr niósł ze sobą chłód znad Morza Martwego. Tak przynajmniej dzisiaj zasłyszała od posługującego się łamanym włoskim handlarza, którego spotkała na zewnątrz. Zabawne było to morze, nie dało rady w nim ponoć utonąć. Nawet mugole zdawali się w to wierzyć. Nie planowała tego sprawdzać. Handlarz poczęstował ją słodką miętową herbatą, dał trochę chleba i zniknął jak gdyby nigdy go tu nie było. Jakby sam był fatamorganą podobną tutejszym oazom.<br />
Nie chciała na razie ruszać się z Al-Karak. <br />
Prastare ruiny zamku krzyżowców stały się jej tymczasową ostoją - nikt o zdrowych zmysłach się tu nie zapuszczał. Niemagiczni twierdzili, że “tu straszy”. Może tak było, spotkała przecież na swojej drodze parę udręczonych duchów, tych którzy oddali swoje życie za ideę. Tą samą, za którą później ich postawiono przed sądem i spalono na stosach. Nie współczuła im. Chyba nie potrafiła już nikomu współczuć.<br />
Nie dbała o to, że ciekawski turysta może tu zajrzeć. Wiedziała, że nie uwierzy w to co widzą jego oczy, więc po co miała się martwić. Tylko obłąkani mogliby pewnie opowiadać o obleczonej w biel jedwabiu, tiulu i żałobnego całunu czarnowłosej kobiecie, która co noc leżała na dziedzińcu wewnętrznym oglądając gwiazdy. Dookoła niej leżały rozsypane pióra, a szaty i ciało skąpane miała w ciemnej, zastygłej krwi. Opowiadaliby, że na nich spojrzała, gdy tylko pojawili się w przestrzeni kamiennych wrót, a jej oczy lśniły w świetle lampionów jak dwa szlachetne kamienie. Może nawet pokwapiliby się powiedzieć, że gdy się odezwała jej głos podobny był do ptasiego trelu. Powiedziała przecież: Se vuoi trovarmi, vai verso sud, dove gli uomini parlano italiano, e continua il tuo cammino finché non sentirai parlare un’altra lingua., a słowa jej były słodkie jak język, który je stworzył.<br />
<br />
Oderwała wzrok od nieboskłonu słysząc ciche popiskiwanie. Paul. Maleńkie pisklę, które utraciwszy matkę, upodobało ją sobie na opiekunkę. Wciąż jeszcze miał ten dziecięcy puch i bunt w oczyskach. Sądząc po ilości piasku między piórami, musiał się w nim wyturlać wcześniej i teraz szalenie tego żałować. Uśmiechnęła się ciepło. Wyciągnęła w jego stronę rękę, zachęcając, żeby się na nią wspiął. Usadziła go sobie na klatce piersiowej.<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Spójrz to ja.</span>- Powiedziała miękko, szeptem, pokazując na upatrzoną wcześniej gwiazdę. Potem pokazała na drugą, zaraz obok, znacznie mniejszą.- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">A to ty.</span><br />
Paul fuknął oburzony, nieszczególnie jakimiś głupimi gwiazdami zainteresowany. Przecież był cały brudny z piasku i nieszczęśliwy! <br />
Czarownica zaśmiała się jednym zaklęciem oczyszczając podopiecznego. <br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Niedługo będziesz duży i silny i będziesz zanosił listy pośród tych gwiazd. Powinieneś się uczyć.</span> <br />
Paul spojrzał na nią jakby oszalała. <br />
Może rzeczywiście tak było - może udzielało jej się szaleństwo stąpające pośród tutejszych komnat i pomników krzyżowców wzniesionych z piaskowca? Zaśmiała się do swoich myśli. To nie byłby taki zły koniec - zniknąć i nawiedzać po wsze czasy zimne mury starej twierdzy. Co prawda zawsze wydawało jej się, że będzie to Azkaban, ale z braku laku i Al-Karak się nadawało. <br />
Przymknęła oczy, próbując zapaść w sen nim piasek wychłodzi się na dobre.<br />
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">Koniec sesji</div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[9/1957] size of a kneazle | Aloysius, Nora]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5854</link>
			<pubDate>Mon, 16 Mar 2026 02:08:30 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=544">Benjy Fenwick</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5854</guid>
			<description><![CDATA[[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=XOaYUjq.jpeg[/inny avek]<br />
Słońce wisiało nisko nad zamglonymi błoniami, rozlewając po nich ciepłe światło, które bardziej pasowało do wakacji niż do powrotu w mury Hogwartu. Nawet wiatr był jeszcze całkiem znośny, jak na początek jesieni, chłodny i świeży, ciągnący znad jeziora, ale przyjemnie trzeźwiący. Szedłem przez trawnik w stronę zamku, niespecjalnie zastanawiając się nad drogą, tylko podążając przed siebie długim, pewnym krokiem, z miotłą na jednym ramieniu, drugą rękę wciskając w kieszeń szaty i patrząc w przód z tą specyficzną obojętnością człowieka na ostatnim roku, który widział już wszystko i niewiele było w stanie zrobić na nim wrażenie. Wciąż miałem na sobie czerwoną koszulkę treningową, przyklejoną do pleców, a włosy lepiły mi się do skroni od potu, więc przez znaczną część spaceru prowadziłem w głowie szybkie kalkulacje, czy zdążę jeszcze umyć się przed śniadaniem, czy może jednak powinienem od razu skierować się do Wielkiej Sali, najpierw uzupełniając zapasy kalorii. <br />
Trawa była jeszcze wilgotna od porannej rosy, podeszwy skórzanych butów przy każdym kroku zostawiały w niej wyraźny ślad, gdy stawiałem je ciężko, bez specjalnego zamiaru omijania czegokolwiek, co pojawiłoby się na mojej drodze - nie złośliwie, po prostu z przyzwyczajenia - przy moim stylu bycia większość przeszkód i tak usuwała się sama, a poza tym błonia o tej porze były zazwyczaj prawie puste... <br />
Doszedłem do wniosku, że chyba daruję sobie wdrapywanie się na wieżę w ramach zbędnej dawki ambicji na początek dnia - człowiek spędzał godzinę kilkanaście metrów nad ziemią, pędząc za kaflem jakby od tego zależało jego nazwisko, reputacja i przyszłość całego rodu, a potem nagle kazano mu znowu zapierdalać dół-góra-dół, jak wszystkim innym, bo szatnie przy stadionie przechodziły remont, niesprawiedliwe - wybierając żarcie i biorąc prysznic trochę później. Nie zafrasowałem się tym na zbyt długo, praktycznie bezmyślnie przechodząc do analizowania w głowie ostatniego manewru przy obręczy - tego momentu, kiedy minąłem bramkarza tak czysto, że aż się zaśmiałem, wywijając korkociąg w powietrzu - szliśmy dziś ostro. Kapitan najwyraźniej postanowił przypomnieć nam, że to ostatni rok dla połowy składu, w tym niego samego, i że nie ma miejsca na miękką grę. Nie miałem z tym problemu, lubiłem tempo, lubiłem moment, w którym ciało przestaje narzekać, a zaczyna po prostu robić to, czego się od niego wymaga, po sześćdziesięciu minutach w powietrzu czułem się jak ktoś, kto już wygrał dzień, zanim reszta szkoły zdążyła wstać z łóżek i… Wtedy prawie na coś nadepnąłem.<br />
Zatrzymałem się gwałtownie, o włos od czegoś drobnego, absurdalnie małego w porównaniu z rzucanym przeze mnie cieniem, moja noga praktycznie sama zawisła kilka cali nad ziemią, stopa skorygowała trajektorię uderzenia butem o podłoże, jeszcze zanim spojrzenie opadło mi w dół z tą powolną, niechętną manierą, z jaką człowiek zwykle sprawdzał, w co właściwie prawie wdepnął. <br />
Kiedy człowiek spędzał ostatni rok w tej budzie i wiedział, że połowa młodszych patrzy na niego jak na pomnik z brązu, a druga połowa jak na problem wychowawczy, należało przynajmniej dbać o formę i reputację. Przy wzroście, który osiągnąłem, zwykle i tak widziałem więcej niż reszta ludzi, więc przyzwyczaiłem się chodzić trochę tak, jakby świat miał obowiązek robić mi miejsce i świat zazwyczaj to respektował. No… Do teraz, najwidoczniej.<br />
Małe, zagubione punkty w czarnych szatach, które próbowały udawać, że wiedzą, dokąd idą - zawsze było ich pełno - wrzesień wydawał im się początkiem nowego życia, dla mnie był raczej ostatnią prostą czegoś, co znałem aż za dobrze, chyba żadne z nas nie rozpatrywało tego jednak jako czyjś potencjalny brutalny koniec. A tu, przy samej ziemi, stała istota tak tycia, że mogłem przysiąc, iż gdybym nie zahamował w ostatniej chwili, historia Hogwartu zapamiętałaby mnie jako człowieka, który rozdeptał ucznia na ścieżce prowadzącej do zamku i poszedł dalej, nawet tego nie zauważając.<br />
-<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> Merlinie, kurwa.</span> - Przetarłem dłonią kark, czując jak zimne powietrze wrześniowego poranka wreszcie zaczyna chłodzić rozgrzaną skórę. Mgła nad błoniami dopiero się podnosiła, słońce było niskie i ostre, a z daleka słychać było krakanie jakiegoś wkurzonego kruka. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Skąd wy się bierzecie o tej porze?</span> - To było pytanie retoryczne, wcale nie musiała otwierać swoich drobniutkich ustek, aby odpowiedzieć coś, co pewnie nawet nie miało dotrzeć do moich uszu. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Wiesz, że Hogwart ma krużganki?</span> - Powiedziałem, przesuwając miotłę z jednego ramienia na drugie. -<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> To takie długie korytarze na zewnątrz zamku. Zazwyczaj służą do tego, żeby mali ludzie nie zostali stratowani przez zawodników drużyny Quidditcha o siódmej rano.</span> - Oparłem koniec miotły o ziemię i spojrzałem jeszcze raz w dół. Stanąłem nad nią jak cholerny dąb nad grzybem, prawie dwa metry wzrostu robiły swoje, była tak drobna, że przez ułamek sekundy naprawdę pomyślałem, że to jakaś zagubiona torba albo sterta szalików zostawiona na ścieżce przez jednego z wiecznie zaspanych puchonów, dopóki się nie poruszyła… Bo się poruszyła, prawda? Może to ja miałem halucynacje z niedosypiania i zmęczenia?]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=XOaYUjq.jpeg[/inny avek]<br />
Słońce wisiało nisko nad zamglonymi błoniami, rozlewając po nich ciepłe światło, które bardziej pasowało do wakacji niż do powrotu w mury Hogwartu. Nawet wiatr był jeszcze całkiem znośny, jak na początek jesieni, chłodny i świeży, ciągnący znad jeziora, ale przyjemnie trzeźwiący. Szedłem przez trawnik w stronę zamku, niespecjalnie zastanawiając się nad drogą, tylko podążając przed siebie długim, pewnym krokiem, z miotłą na jednym ramieniu, drugą rękę wciskając w kieszeń szaty i patrząc w przód z tą specyficzną obojętnością człowieka na ostatnim roku, który widział już wszystko i niewiele było w stanie zrobić na nim wrażenie. Wciąż miałem na sobie czerwoną koszulkę treningową, przyklejoną do pleców, a włosy lepiły mi się do skroni od potu, więc przez znaczną część spaceru prowadziłem w głowie szybkie kalkulacje, czy zdążę jeszcze umyć się przed śniadaniem, czy może jednak powinienem od razu skierować się do Wielkiej Sali, najpierw uzupełniając zapasy kalorii. <br />
Trawa była jeszcze wilgotna od porannej rosy, podeszwy skórzanych butów przy każdym kroku zostawiały w niej wyraźny ślad, gdy stawiałem je ciężko, bez specjalnego zamiaru omijania czegokolwiek, co pojawiłoby się na mojej drodze - nie złośliwie, po prostu z przyzwyczajenia - przy moim stylu bycia większość przeszkód i tak usuwała się sama, a poza tym błonia o tej porze były zazwyczaj prawie puste... <br />
Doszedłem do wniosku, że chyba daruję sobie wdrapywanie się na wieżę w ramach zbędnej dawki ambicji na początek dnia - człowiek spędzał godzinę kilkanaście metrów nad ziemią, pędząc za kaflem jakby od tego zależało jego nazwisko, reputacja i przyszłość całego rodu, a potem nagle kazano mu znowu zapierdalać dół-góra-dół, jak wszystkim innym, bo szatnie przy stadionie przechodziły remont, niesprawiedliwe - wybierając żarcie i biorąc prysznic trochę później. Nie zafrasowałem się tym na zbyt długo, praktycznie bezmyślnie przechodząc do analizowania w głowie ostatniego manewru przy obręczy - tego momentu, kiedy minąłem bramkarza tak czysto, że aż się zaśmiałem, wywijając korkociąg w powietrzu - szliśmy dziś ostro. Kapitan najwyraźniej postanowił przypomnieć nam, że to ostatni rok dla połowy składu, w tym niego samego, i że nie ma miejsca na miękką grę. Nie miałem z tym problemu, lubiłem tempo, lubiłem moment, w którym ciało przestaje narzekać, a zaczyna po prostu robić to, czego się od niego wymaga, po sześćdziesięciu minutach w powietrzu czułem się jak ktoś, kto już wygrał dzień, zanim reszta szkoły zdążyła wstać z łóżek i… Wtedy prawie na coś nadepnąłem.<br />
Zatrzymałem się gwałtownie, o włos od czegoś drobnego, absurdalnie małego w porównaniu z rzucanym przeze mnie cieniem, moja noga praktycznie sama zawisła kilka cali nad ziemią, stopa skorygowała trajektorię uderzenia butem o podłoże, jeszcze zanim spojrzenie opadło mi w dół z tą powolną, niechętną manierą, z jaką człowiek zwykle sprawdzał, w co właściwie prawie wdepnął. <br />
Kiedy człowiek spędzał ostatni rok w tej budzie i wiedział, że połowa młodszych patrzy na niego jak na pomnik z brązu, a druga połowa jak na problem wychowawczy, należało przynajmniej dbać o formę i reputację. Przy wzroście, który osiągnąłem, zwykle i tak widziałem więcej niż reszta ludzi, więc przyzwyczaiłem się chodzić trochę tak, jakby świat miał obowiązek robić mi miejsce i świat zazwyczaj to respektował. No… Do teraz, najwidoczniej.<br />
Małe, zagubione punkty w czarnych szatach, które próbowały udawać, że wiedzą, dokąd idą - zawsze było ich pełno - wrzesień wydawał im się początkiem nowego życia, dla mnie był raczej ostatnią prostą czegoś, co znałem aż za dobrze, chyba żadne z nas nie rozpatrywało tego jednak jako czyjś potencjalny brutalny koniec. A tu, przy samej ziemi, stała istota tak tycia, że mogłem przysiąc, iż gdybym nie zahamował w ostatniej chwili, historia Hogwartu zapamiętałaby mnie jako człowieka, który rozdeptał ucznia na ścieżce prowadzącej do zamku i poszedł dalej, nawet tego nie zauważając.<br />
-<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> Merlinie, kurwa.</span> - Przetarłem dłonią kark, czując jak zimne powietrze wrześniowego poranka wreszcie zaczyna chłodzić rozgrzaną skórę. Mgła nad błoniami dopiero się podnosiła, słońce było niskie i ostre, a z daleka słychać było krakanie jakiegoś wkurzonego kruka. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Skąd wy się bierzecie o tej porze?</span> - To było pytanie retoryczne, wcale nie musiała otwierać swoich drobniutkich ustek, aby odpowiedzieć coś, co pewnie nawet nie miało dotrzeć do moich uszu. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Wiesz, że Hogwart ma krużganki?</span> - Powiedziałem, przesuwając miotłę z jednego ramienia na drugie. -<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> To takie długie korytarze na zewnątrz zamku. Zazwyczaj służą do tego, żeby mali ludzie nie zostali stratowani przez zawodników drużyny Quidditcha o siódmej rano.</span> - Oparłem koniec miotły o ziemię i spojrzałem jeszcze raz w dół. Stanąłem nad nią jak cholerny dąb nad grzybem, prawie dwa metry wzrostu robiły swoje, była tak drobna, że przez ułamek sekundy naprawdę pomyślałem, że to jakaś zagubiona torba albo sterta szalików zostawiona na ścieżce przez jednego z wiecznie zaspanych puchonów, dopóki się nie poruszyła… Bo się poruszyła, prawda? Może to ja miałem halucynacje z niedosypiania i zmęczenia?]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[jesień, 1970 r.] Kiedy Księżyc widział, jak Morze oddaje jedną ze swoich córek]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5853</link>
			<pubDate>Sun, 15 Mar 2026 18:05:14 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=562">Brynja Nordgesim</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5853</guid>
			<description><![CDATA[[inny avek]https://i.ibb.co/5g4jP6XY/1bd0d5c9d4404032b5723350772cccda.jpg[/inny avek]<img src="https://i.ibb.co/5h4kPZxC/5-BFCB48-A-E962-442-B-A575-7-E8395-B87-C41.png" loading="lazy"  alt="[Obrazek: 5-BFCB48-A-E962-442-B-A575-7-E8395-B87-C41.png]" class="mycode_img" /><br />
<br />
Szarawo-biały łepek niewielkiej portowej foki wynurzył się z ciemnej wody. Krople morza spływały po jej wąsach i gładkim futrze, gdy zwierzę uniosło głowę, wpatrując się w ląd. Plaża u wybrzeży Anglesey była pusta. Prąd muskał jej ciałko, który mówił instynktowi, aby zawrócić — głębie były dużo bezpieczniejsze, a sama woda, choć lodowata o tej porze, otulała jak ją własna focza skóra. <br />
<br />
Kiedy była dzieckiem, Anna Mulciber mówiła jej, że morze prędzej, czy później zawsze upomni się o swoje. Brynja, która opuściła Skandynawię dwa lata temu, czasami wracała myślami do pozostawionej daleko matki. Zastanawiała się czasem, czy pewnego dnia ten głos nie odezwie się także na wyspach brytyjskich? Czy któregoś poranka nie obudzi się nagle z nieodpartą potrzebą ruszenia na północ — ku wodzie tak ciemnej, że przypominała noc? Na razie jednak nic takiego nie czuła, a jej jedynym problemem było wydostanie małego, okrągłego foczego ciała na ląd i dotarcie do miejsca, gdzie zostawiła ubrania oraz torbę ukrytą między kamieniami. <br />
<br />
Ciało stworzone do wody niechętnie poddawało się grawitacji lądu, kiedy przesuwała się po piasku powoli. Mokre futro zbierało ziarenka, a kamyki chrzęściły pod jej ciężarem. Dotarła do kamienistej części plaży, gdzie głazy nagrzewały się powoli w bladym świetle dnia. Zatrzymała się tam na chwilę z pyskiem uniesionym ku niebu. <br />
<br />
Może mogłaby jeszcze chwilę tu zostać. Poleżeć na wilgotnych kamieniach, pozwolić, aby zimne powietrze wysuszyło futro. Zima nadchodziła powoli.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[[inny avek]https://i.ibb.co/5g4jP6XY/1bd0d5c9d4404032b5723350772cccda.jpg[/inny avek]<img src="https://i.ibb.co/5h4kPZxC/5-BFCB48-A-E962-442-B-A575-7-E8395-B87-C41.png" loading="lazy"  alt="[Obrazek: 5-BFCB48-A-E962-442-B-A575-7-E8395-B87-C41.png]" class="mycode_img" /><br />
<br />
Szarawo-biały łepek niewielkiej portowej foki wynurzył się z ciemnej wody. Krople morza spływały po jej wąsach i gładkim futrze, gdy zwierzę uniosło głowę, wpatrując się w ląd. Plaża u wybrzeży Anglesey była pusta. Prąd muskał jej ciałko, który mówił instynktowi, aby zawrócić — głębie były dużo bezpieczniejsze, a sama woda, choć lodowata o tej porze, otulała jak ją własna focza skóra. <br />
<br />
Kiedy była dzieckiem, Anna Mulciber mówiła jej, że morze prędzej, czy później zawsze upomni się o swoje. Brynja, która opuściła Skandynawię dwa lata temu, czasami wracała myślami do pozostawionej daleko matki. Zastanawiała się czasem, czy pewnego dnia ten głos nie odezwie się także na wyspach brytyjskich? Czy któregoś poranka nie obudzi się nagle z nieodpartą potrzebą ruszenia na północ — ku wodzie tak ciemnej, że przypominała noc? Na razie jednak nic takiego nie czuła, a jej jedynym problemem było wydostanie małego, okrągłego foczego ciała na ląd i dotarcie do miejsca, gdzie zostawiła ubrania oraz torbę ukrytą między kamieniami. <br />
<br />
Ciało stworzone do wody niechętnie poddawało się grawitacji lądu, kiedy przesuwała się po piasku powoli. Mokre futro zbierało ziarenka, a kamyki chrzęściły pod jej ciężarem. Dotarła do kamienistej części plaży, gdzie głazy nagrzewały się powoli w bladym świetle dnia. Zatrzymała się tam na chwilę z pyskiem uniesionym ku niebu. <br />
<br />
Może mogłaby jeszcze chwilę tu zostać. Poleżeć na wilgotnych kamieniach, pozwolić, aby zimne powietrze wysuszyło futro. Zima nadchodziła powoli.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[Kwiecień, 1966] Nie, Hanni, NIE MOŻESZ ugryźć Marty!]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5787</link>
			<pubDate>Sat, 28 Feb 2026 19:56:59 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=468">Jessie Kelly</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5787</guid>
			<description><![CDATA[Jessie i Hannibal przy jednym siedzieli stoliku. Jessie na krześle i Hannibal na krześle. Między nimi, na stoliku, porozkładane książki, pergaminy i wszystko inne, co potrzebne było do wykonania przydzielonego im zadania.<br />
<br />
Esej.<br />
<br />
Esej z Historii Magii.<br />
<br />
Zazwyczaj, kiedy te trzy słowa pojawiały się w jakiejś rozmowie, którą Jessie słyszał, dyskusja zmieniała się w sesję żalenia się na nudnego profesora, który podobno nawet nie zauważył, kiedy sam zmarł, na bezużyteczność tych zajęć, które pewnie przydadzą się tylko tym osobom, które planują w przyszłości samemu zostać nauczycielem Historii Magii, oraz na powtarzający się w kółko temat buntu goblinów. Nikogo nie obchodziła liczba guzików na uniformach poległych - nieważne, czy były to gobliny, czy czarodzieje. Profesor najwidoczniej uważał tę informację za niezwykle interesującą i potrzebną młodszym pokoleniom, bo podobno powtarzał tę liczbę na każdych zajęciach, nieważne, ile razy już to powtarzał temu samemu rocznikowi.<br />
<br />
Jessie i Hannie nie byli jeszcze na to skazani. To dopiero na następnym roku. Teraz przerabiali Palenie Czarownic i może napisanie eseju na temat Wendeliny Dziwożonej nie było zadaniem prawie niemożliwym do wykonania, ale Jessie z prawie nieprzytomną miną patrzył na materiały, które wokół siebie zebrali, by napisać esej. Nie miał problemu z pisaniem - po prostu mu się nie chciało. Co prawda mieli jeszcze trochę czasu na oddanie pracy, ale wiadomym było, jak kończyło się takie zwlekanie, a Jessie wolał nie ryzykować, że w którymś momencie musiałby poprosić Ritę o pomoc.<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">-Wspominałem kiedykolwiek, jak bardzo nie lubię pisać esei z Historii Magii? </span>- jęknął, wyciągając ręce na blat i zaciskając oczy i usta, przeciągając się, aż coś mu strzeliło w ramieniu.<br />
<br />
Był kwiecień, było ładnie i mogli ten czas wykorzystać produktywniej na błoniach, ale siedzieli w bibliotece. Z jakiegoś powodu Jessie nie mógł sobie przypomnieć, czy to on zaproponował Hanniemu odwiedzenie biblioteki, czy był na odwrót.<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">-Jak ci idzie?</span> - spytał, zaglądając do pracy Hannibala. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">-Myślisz, że psorek się zorientuje, jak napiszemy, że czarownicą, którą palili w średniowieczu, była Marta? Nie ma to sensu, ale mam trochę dość czytania o Wendelinie. Wszyscy pewnie i tak napiszą to samo.</span><br />
<br />
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=WUtxSZ7.png[/inny avek]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Jessie i Hannibal przy jednym siedzieli stoliku. Jessie na krześle i Hannibal na krześle. Między nimi, na stoliku, porozkładane książki, pergaminy i wszystko inne, co potrzebne było do wykonania przydzielonego im zadania.<br />
<br />
Esej.<br />
<br />
Esej z Historii Magii.<br />
<br />
Zazwyczaj, kiedy te trzy słowa pojawiały się w jakiejś rozmowie, którą Jessie słyszał, dyskusja zmieniała się w sesję żalenia się na nudnego profesora, który podobno nawet nie zauważył, kiedy sam zmarł, na bezużyteczność tych zajęć, które pewnie przydadzą się tylko tym osobom, które planują w przyszłości samemu zostać nauczycielem Historii Magii, oraz na powtarzający się w kółko temat buntu goblinów. Nikogo nie obchodziła liczba guzików na uniformach poległych - nieważne, czy były to gobliny, czy czarodzieje. Profesor najwidoczniej uważał tę informację za niezwykle interesującą i potrzebną młodszym pokoleniom, bo podobno powtarzał tę liczbę na każdych zajęciach, nieważne, ile razy już to powtarzał temu samemu rocznikowi.<br />
<br />
Jessie i Hannie nie byli jeszcze na to skazani. To dopiero na następnym roku. Teraz przerabiali Palenie Czarownic i może napisanie eseju na temat Wendeliny Dziwożonej nie było zadaniem prawie niemożliwym do wykonania, ale Jessie z prawie nieprzytomną miną patrzył na materiały, które wokół siebie zebrali, by napisać esej. Nie miał problemu z pisaniem - po prostu mu się nie chciało. Co prawda mieli jeszcze trochę czasu na oddanie pracy, ale wiadomym było, jak kończyło się takie zwlekanie, a Jessie wolał nie ryzykować, że w którymś momencie musiałby poprosić Ritę o pomoc.<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">-Wspominałem kiedykolwiek, jak bardzo nie lubię pisać esei z Historii Magii? </span>- jęknął, wyciągając ręce na blat i zaciskając oczy i usta, przeciągając się, aż coś mu strzeliło w ramieniu.<br />
<br />
Był kwiecień, było ładnie i mogli ten czas wykorzystać produktywniej na błoniach, ale siedzieli w bibliotece. Z jakiegoś powodu Jessie nie mógł sobie przypomnieć, czy to on zaproponował Hanniemu odwiedzenie biblioteki, czy był na odwrót.<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">-Jak ci idzie?</span> - spytał, zaglądając do pracy Hannibala. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">-Myślisz, że psorek się zorientuje, jak napiszemy, że czarownicą, którą palili w średniowieczu, była Marta? Nie ma to sensu, ale mam trochę dość czytania o Wendelinie. Wszyscy pewnie i tak napiszą to samo.</span><br />
<br />
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=WUtxSZ7.png[/inny avek]]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[01.07.1967, Mauzoleum Fawleyów] Any relic of the dead is precious]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5771</link>
			<pubDate>Sat, 21 Feb 2026 14:31:14 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=316">Lorraine Malfoy</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5771</guid>
			<description><![CDATA[Jednorożec był zachwycający.<br />
<br />
Był też martwy, ale przez to jeszcze bardziej zachwycający. <br />
<br />
Usta Lorraine drżały, gdy wpatrywała się w zastygłe w ostatnim swym wierzgnięciu zwierzę. Zamknięte w kryształowej gablocie niby w szklanej trumnie, szczątki jednorożca utrwalone zostały za pomocą magii, zanim zajął honorowe miejsce pośród eksponatów rodziny Fawley. Niewiele było na świecie podobnych mu istot. Niewiele, których mogło równać się z nim w swej piękności. Ale znów, tak wiele było istnień równie delikatnych, równie kruchych. Takich, których eteryczne piękno wabiło ku sobie przemoc. W swej cichej niewinności, jednorożec zdawał się uosabiać je wszystkie. Przemocą było zamknięcie go w szklanej gablocie. Przemocą było uczynienie jego piękna trwałym. Stał bowiem wsparty na tylnych kopytach, z pięknym swym cielskiem w powietrzu. Pysk jego był zadarty, nie toczył jednak piany w panice. Gotów był do rżenia, jak gdyby w ostatnich swych chwilach szlachetne stworzenie chciało zaśmiać się śmierci w twarz. Srebrzysta grzywa spływała kaskadą wzdłuż smukłej szyi odchylonej wdzięcznie, odrzucona w gwałtownym wierzgnięciu. Zarysowane pod skórą mięśnie były napięte w ostatnim paroksyzmie rozpaczy, jak gdyby wciąż rwały się do życia. Ale wszystko to było tylko iluzją. Oczy jednorożec miał przecież spokojne, jak gdyby w ostatnich chwilach pogodził się ze swym odejściem. Lorraine widziała zbyt wiele martwych oczu, żeby nie znać różnicy. Wiedziała, kiedy śmierć łypie z czułą pobłażliwością z dna pustych oczodołów. Wiedziała, kiedy się uśmiecha. Praca w <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Necronomiconie</span> nie znieczuliła jej na cierpienie, wręcz przeciwnie: wyostrzyła jej zdolność rozpoznawania fałszu, iluzji życia, które trwało tylko dlatego, że ktoś zadał sobie trud, by je odpowiednio upozować. <br />
<br />
Pozowane piękno, pomyślała, zakonserwowane wspomnienie życia.  Martwe, lecz niepochowane. <br />
<br />
Nie spodobała jej się ta myśl. <br />
<br />
Dawno nie odwiedzała Mauzoleum Fawleyów, choć wiele czasu spędzała tutaj, będąc dzieckiem. Zbiory tutejszej kolekcji zawsze były okazałe, ale na przestrzeni ostatnich lat uległy powiększeniu. Podziemne krypty mieściły w sobie wiele tajemnic. Othello, z którym również znała się od czasów dzieciństwa, wdzięcznym okazał się jednak przewodnikiem po wypełnionych truchłem korytarzach. Nie wiedzieć kiedy, Lorraine zaplotła rękę wokół dżentelmeńsko podsuniętego jej ramienia, uśmiechając się delikatnie. Nie wiedzieć też kiedy, zaczęli schodzić niżej i niżej. W przyjemnym oddaleniu od reszty odwiedzających – choć tych w Mauzoleum nigdy nie było przecież wiele – rozmowa stała się swobodniejszą. Gorące ich oddechy przeistaczały się w kłęby pary w zimnym, nieco zatęchłym powietrzu Mauzoleum, gdy śmiali się cicho, klucząc między zamkniętymi w gablotach eksponatami. Odkąd Lorraine zaczęła pracę w zakładzie pogrzebowym na Nokturnie, wreszcie mogła w pełni docenić kunszt, z jakim zostały utrwalone. Z namaszczeniem przypatrywała się niewidocznym niemal szwom pokrywającym skórę, ostrożnie wypreparowanym ścięgnom, naturalnym niemal rysom twarzy, które wcześniej zniekształciło postępujące stężenie pośmiertne. Gdy jednak dotarli do jednorożca, jednego z najnowszych nabytków, zbladła, szybko przysiadłszy na niewielkiej ławeczce ustawionej przed gablotą.<br />
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Myślałam, że jednorożce przychodzą tylko do ludzi o czystym sercu. Kładą łby na dziewiczych łonach pięknych dam, a dosiąść pozwalają się tylko cnotliwym rycerzom, których uczciwości nie można poddać w wątpliwość.</span> – Do tej pory siedziała sztywno wyprostowana, milcząca, wpatrując się niezdrowo błyszczącymi oczami w martwego jednorożca. Nieoczekiwanie przemówiła jednak, zwróciwszy swą wymizerowaną twarz w stronę Othella. – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">"Jesteśżeś więc uczciwy?"</span> – zacytowała gładko, pozwalając, aby cytat z <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Hamleta</span> spłynął z jej języka w słodyczy niewinnego żartu. Przechyliła delikatnie głowę, przyglądając się mężczyźnie, w którego stronę wyciągnęła wyczekująco dłoń. Zupełnie jakby zapraszała go do tego, żeby wraz z nią przysiadł na ławce pod gablotą. A może i do tego, żeby tę dłoń ucałował. – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">"Jestżeś piękny?"</span> – pociągnęła przewrotnie, racząc go słowami sztuki, która nie nosiła jego imienia. Nie, szekspirowskiego <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Othella</span> zostawiać należało na specjalne okazje. Zapadły policzek Lorraine drgnął, jak gdyby powstrzymywała cisnący się na usta uśmiech. W nikłym świetle Mauzoleum widać było na nim jednak ślad po spływających chwilę wcześniej łzach.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Jednorożec był zachwycający.<br />
<br />
Był też martwy, ale przez to jeszcze bardziej zachwycający. <br />
<br />
Usta Lorraine drżały, gdy wpatrywała się w zastygłe w ostatnim swym wierzgnięciu zwierzę. Zamknięte w kryształowej gablocie niby w szklanej trumnie, szczątki jednorożca utrwalone zostały za pomocą magii, zanim zajął honorowe miejsce pośród eksponatów rodziny Fawley. Niewiele było na świecie podobnych mu istot. Niewiele, których mogło równać się z nim w swej piękności. Ale znów, tak wiele było istnień równie delikatnych, równie kruchych. Takich, których eteryczne piękno wabiło ku sobie przemoc. W swej cichej niewinności, jednorożec zdawał się uosabiać je wszystkie. Przemocą było zamknięcie go w szklanej gablocie. Przemocą było uczynienie jego piękna trwałym. Stał bowiem wsparty na tylnych kopytach, z pięknym swym cielskiem w powietrzu. Pysk jego był zadarty, nie toczył jednak piany w panice. Gotów był do rżenia, jak gdyby w ostatnich swych chwilach szlachetne stworzenie chciało zaśmiać się śmierci w twarz. Srebrzysta grzywa spływała kaskadą wzdłuż smukłej szyi odchylonej wdzięcznie, odrzucona w gwałtownym wierzgnięciu. Zarysowane pod skórą mięśnie były napięte w ostatnim paroksyzmie rozpaczy, jak gdyby wciąż rwały się do życia. Ale wszystko to było tylko iluzją. Oczy jednorożec miał przecież spokojne, jak gdyby w ostatnich chwilach pogodził się ze swym odejściem. Lorraine widziała zbyt wiele martwych oczu, żeby nie znać różnicy. Wiedziała, kiedy śmierć łypie z czułą pobłażliwością z dna pustych oczodołów. Wiedziała, kiedy się uśmiecha. Praca w <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Necronomiconie</span> nie znieczuliła jej na cierpienie, wręcz przeciwnie: wyostrzyła jej zdolność rozpoznawania fałszu, iluzji życia, które trwało tylko dlatego, że ktoś zadał sobie trud, by je odpowiednio upozować. <br />
<br />
Pozowane piękno, pomyślała, zakonserwowane wspomnienie życia.  Martwe, lecz niepochowane. <br />
<br />
Nie spodobała jej się ta myśl. <br />
<br />
Dawno nie odwiedzała Mauzoleum Fawleyów, choć wiele czasu spędzała tutaj, będąc dzieckiem. Zbiory tutejszej kolekcji zawsze były okazałe, ale na przestrzeni ostatnich lat uległy powiększeniu. Podziemne krypty mieściły w sobie wiele tajemnic. Othello, z którym również znała się od czasów dzieciństwa, wdzięcznym okazał się jednak przewodnikiem po wypełnionych truchłem korytarzach. Nie wiedzieć kiedy, Lorraine zaplotła rękę wokół dżentelmeńsko podsuniętego jej ramienia, uśmiechając się delikatnie. Nie wiedzieć też kiedy, zaczęli schodzić niżej i niżej. W przyjemnym oddaleniu od reszty odwiedzających – choć tych w Mauzoleum nigdy nie było przecież wiele – rozmowa stała się swobodniejszą. Gorące ich oddechy przeistaczały się w kłęby pary w zimnym, nieco zatęchłym powietrzu Mauzoleum, gdy śmiali się cicho, klucząc między zamkniętymi w gablotach eksponatami. Odkąd Lorraine zaczęła pracę w zakładzie pogrzebowym na Nokturnie, wreszcie mogła w pełni docenić kunszt, z jakim zostały utrwalone. Z namaszczeniem przypatrywała się niewidocznym niemal szwom pokrywającym skórę, ostrożnie wypreparowanym ścięgnom, naturalnym niemal rysom twarzy, które wcześniej zniekształciło postępujące stężenie pośmiertne. Gdy jednak dotarli do jednorożca, jednego z najnowszych nabytków, zbladła, szybko przysiadłszy na niewielkiej ławeczce ustawionej przed gablotą.<br />
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Myślałam, że jednorożce przychodzą tylko do ludzi o czystym sercu. Kładą łby na dziewiczych łonach pięknych dam, a dosiąść pozwalają się tylko cnotliwym rycerzom, których uczciwości nie można poddać w wątpliwość.</span> – Do tej pory siedziała sztywno wyprostowana, milcząca, wpatrując się niezdrowo błyszczącymi oczami w martwego jednorożca. Nieoczekiwanie przemówiła jednak, zwróciwszy swą wymizerowaną twarz w stronę Othella. – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">"Jesteśżeś więc uczciwy?"</span> – zacytowała gładko, pozwalając, aby cytat z <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Hamleta</span> spłynął z jej języka w słodyczy niewinnego żartu. Przechyliła delikatnie głowę, przyglądając się mężczyźnie, w którego stronę wyciągnęła wyczekująco dłoń. Zupełnie jakby zapraszała go do tego, żeby wraz z nią przysiadł na ławce pod gablotą. A może i do tego, żeby tę dłoń ucałował. – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">"Jestżeś piękny?"</span> – pociągnęła przewrotnie, racząc go słowami sztuki, która nie nosiła jego imienia. Nie, szekspirowskiego <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Othella</span> zostawiać należało na specjalne okazje. Zapadły policzek Lorraine drgnął, jak gdyby powstrzymywała cisnący się na usta uśmiech. W nikłym świetle Mauzoleum widać było na nim jednak ślad po spływających chwilę wcześniej łzach.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[marzec 1972] Namaluj mnie jak jedną ze swoich wampirzych dziewczyn]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5751</link>
			<pubDate>Tue, 17 Feb 2026 19:43:45 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=38">Atreus Bulstrode</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5751</guid>
			<description><![CDATA[<div class="poszukiwania"><div class="poszukiwania2">
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><a href="https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=748&amp;pid=86430#pid86430" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">Portrety trumienne</a></div></div></div>
<br />
Nokturn jaki był, każdy widział. W sumie to bardziej czuł, jak się wydawało Atreusowi, bo charakterystyczny zapach wydawał się wypełzać z zaułków i ostrzegać o obecności ulicy czarnoksiężników, już kilkadziesiąt metrów w przód. Dało się też zauważyć pewien spadek jakości lokali, które mijali, w miarę jak powoli kończyła się Horyzontalna, trochę jakby i właściciele sklepików powoli porzucali nadzieję co do porządniejszej klienteli. Nie wątpił, że większość z nich pewnie nawet cieszyła się z bliskości Nokturna, korzystając ze swoistej szarej strefy ile wlezie.<br />
Było już późno, niebo ciemniało, a pogoda była typowa; wilgotno, mało przytulnie, a słońce chowało się cały dzień za szarymi, nijakimi chmurami. Cóż, przynajmniej nie cięło mrozem, jak to czasem zdarzało się w marcu. Wyszli więc z Victorią z małej kawiarenki, która oferowała kawę na wynos - rzecz może i zaczerpniętą z mugolskiej kultury, ale czasem zwyczajnie ratującą życie, szczególnie kiedy było się w ruchu, a wcześniejsze długie godziny spędzone nad raportami przeorały już człowiekowi mózg. Była całkiem okej, a przede wszystkim wystarczająca by obudzić zastany umysł.<br />
- <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Nie no, ludzie, ktokolwiek? </span>- dobiegło ich z boku, od strony niewielkiego baru, pod którą kłębiła się grupka osób. - <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Wiecie jak to jest? Ja już nawet nie wiem jak wyglądam! Mark nawet ostatnio zaczął myśleć, że wcale nie jest szatynem tylko rudy. RUDY LUDZIE? Czy wy to rozumiecie??</span> <br />
Bulstrode wcale nie uważał, ze bycie rudym było takie złe. Na przykład rude dziewczyny były całkiem fajne i wpadały w oko. No dobrze, faceci nie prezentowali się aż tak dobrze, jak się nad tym odrobinę dłużej zastanowił, ale niektórzy Weasleye nawet byli w porządku...<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Sprawdzimy o co chodzi? </span>- zagadał do Victorii, ale nie czekając na odpowiedź i tak skręcił nieco w bok, prowadząc ich w stronę tłumiku.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div class="poszukiwania"><div class="poszukiwania2">
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><a href="https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=748&amp;pid=86430#pid86430" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">Portrety trumienne</a></div></div></div>
<br />
Nokturn jaki był, każdy widział. W sumie to bardziej czuł, jak się wydawało Atreusowi, bo charakterystyczny zapach wydawał się wypełzać z zaułków i ostrzegać o obecności ulicy czarnoksiężników, już kilkadziesiąt metrów w przód. Dało się też zauważyć pewien spadek jakości lokali, które mijali, w miarę jak powoli kończyła się Horyzontalna, trochę jakby i właściciele sklepików powoli porzucali nadzieję co do porządniejszej klienteli. Nie wątpił, że większość z nich pewnie nawet cieszyła się z bliskości Nokturna, korzystając ze swoistej szarej strefy ile wlezie.<br />
Było już późno, niebo ciemniało, a pogoda była typowa; wilgotno, mało przytulnie, a słońce chowało się cały dzień za szarymi, nijakimi chmurami. Cóż, przynajmniej nie cięło mrozem, jak to czasem zdarzało się w marcu. Wyszli więc z Victorią z małej kawiarenki, która oferowała kawę na wynos - rzecz może i zaczerpniętą z mugolskiej kultury, ale czasem zwyczajnie ratującą życie, szczególnie kiedy było się w ruchu, a wcześniejsze długie godziny spędzone nad raportami przeorały już człowiekowi mózg. Była całkiem okej, a przede wszystkim wystarczająca by obudzić zastany umysł.<br />
- <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Nie no, ludzie, ktokolwiek? </span>- dobiegło ich z boku, od strony niewielkiego baru, pod którą kłębiła się grupka osób. - <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Wiecie jak to jest? Ja już nawet nie wiem jak wyglądam! Mark nawet ostatnio zaczął myśleć, że wcale nie jest szatynem tylko rudy. RUDY LUDZIE? Czy wy to rozumiecie??</span> <br />
Bulstrode wcale nie uważał, ze bycie rudym było takie złe. Na przykład rude dziewczyny były całkiem fajne i wpadały w oko. No dobrze, faceci nie prezentowali się aż tak dobrze, jak się nad tym odrobinę dłużej zastanowił, ale niektórzy Weasleye nawet byli w porządku...<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Sprawdzimy o co chodzi? </span>- zagadał do Victorii, ale nie czekając na odpowiedź i tak skręcił nieco w bok, prowadząc ich w stronę tłumiku.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[12.1957] Everyone’s a little helpless around midnight.]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5739</link>
			<pubDate>Sun, 15 Feb 2026 22:43:25 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=453">Prudence Fenwick</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5739</guid>
			<description><![CDATA[[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=8YW9J5r.jpeg[/inny avek]<br />
<p>Był to bardzo zaskakujący wieczór. Nie spodziewała się tego, że będzie się tak dobrze bawić podczas Yule, jeśli zostanie w szkole. Zakładała, że będą to najgorsze święta w jej życiu, jednak było wręcz przeciwnie. Ten wieczór wydawał się być miłą odmianą, nowym początkiem? Póki co trudno jej było stwierdzić czym, jednak mógł trwać nieskończenie. Czuła lekkość, która nie pojawiała się dawno, nie w jego towarzystwie, a jednak jakoś udało im się dzisiaj do siebie dotrzeć, najwyraźniej magia świąt potrafiła zdziałać cuda. Wierzyła, naprawdę w tej chwili wierzyła, że może być tylko lepiej.</p>
<p>Świat nieco wirował jej przed oczami, ale to też ułatwiało wiarę w to, że ten dzień, wieczór mógł zmienić wiele. Naprawdę wydawało jej się, że podejmuje słuszne decyzje, że w końcu jakoś uda im się dojść do porozumienia, właściwie już mieli to za sobą, a to był dopiero początek. Nie byli wobec siebie chłodni, wręcz przeciwnie, tak szybko udało im się zmienić podejście, że wydawało jej się to być naprawdę logiczne. Lgnęli do siebie, przestali jeżyć się na swój widok, dopuścili się do siebie jak dawniej i było to najbardziej słuszną decyzją, jaką mogli podjąć. Nie sądziła, że coś może to zmienić. Naprawdę wierzyła w to, że ten wieczór mógł być czymś, co mogło warunkować wszystko. Pijana Prudence spoglądała na rzeczywistość z ogromnym optymizmem i nadzieją.</p>
<p>Tęskniła za nim przez lata, tęskniła za Wish'em, który był jej najbliższym przyjacielem, któremu mogła powiedzieć o wszystkim, który przeżywał z nią wszystkie jej życiowe tragedie, ale i sukcesy. Zdawała sobie sprawę z tego, że nie był jej zupełnie obojętny, nawet kiedy ją od siebie odsunął, kiedy wpadali na siebie tylko po to, by mówić sobie o tym, jak się nienawidzą. Nie mogła nic zrobić z tym uczuciem, które w niej kiełkowało, próbowała udawać, że nie istnieje, jednak mogła oszukać wszystkich wokół, ale nie samą siebie, wiedziała, jak to wygląda, nie sądziła jednak, że i on może chcieć się do niej zbliżyć.</p>
<p>Ten czas, który dzisiaj spędzili razem zmienił jej sposób myślenia. Nie zachowywałby się w ten sposób, gdyby również nie pragnął zobaczyć jak to jest, sprawdzić jak smakują jej usta, poczuć ciepło jej ciała. To było miłą odmianą, naprawdę w tym momencie nie sądziła, że cofną się do tego, jak wyglądała ich relacja przez ostatnie lata. Łatwo było im się do siebie znowu zbliżyć, zbyt łatwo, to mówiło samo za siebie.</p>
<p>Spędzili na zewnątrz trochę czasu, było to całkiem magicznym doświadczeniem, Hogwart z tej perspektywy wyglądał pięknie, śnieg nie przestawał prószyć, przez co zamek wydawał się wyglądać zupełnie inaczej. Miała wrażenie, że znajduje się gdzieś między jawą, a snem, ale był to raczej jeden z tych snów, których miała nigdy nie zapomnieć. Wish pociągnął ją ze sobą do wieży, zauważył, że robiło jej się chłodno, dbał o nią, zawsze tak robił, dostrzegał te drobne szczegóły, które świadczyły o jej dyskomforcie. Ledwie znowu znaleźli się w wieży, ledwie zamknęły się za nimi drzwi, a odwrócił ją do siebie i pocałował, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie, jakby nie mogło być inaczej. Nie chciała opuszczać tego miejsca, podobała jej się ta nowa rzeczywistość, w której się znaleźli, podobało jej się to do czego doprowadzili. Nie spodziewała się, że jeśli się do siebie zbliżą, to będzie dla niej, aż tak właściwe. Zupełnie nie negowała podejmowanych przez siebie decyzji, co było pewnie zasługą wypitego alkoholu, ale nie tylko, przecież zastanawiała się nad tym, jakby to było znaleźć się tak blisko niego, poznać smak jego ust, już wiedziała i nie zamierzała tego zapomnieć.</p>
<p>Kiedy przyciągnął ją do siebie, oparła swoje dłonie na jego klatce piersiowej, dobrze było czuć pod opuszkami palców ciepło jego ciała, zapominała o chłodzie, który jeszcze przed chwilą przeszywał jej ciało, przy nim łatwo było zapomnieć o wszystkim, zawsze miał ten dar, tyle, że nigdy jeszcze nie korzystali z niego w ten sposób. To okazało się być zupełnie nowym, aczkolwiek bardzo przyjemnym doświadczeniem, miała nadzieję, że będą to powtarzać, w tej chwili właściwie nie widziała innej możliwości, nie kiedy już wiedziała, jak to jest.</p>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=8YW9J5r.jpeg[/inny avek]<br />
<p>Był to bardzo zaskakujący wieczór. Nie spodziewała się tego, że będzie się tak dobrze bawić podczas Yule, jeśli zostanie w szkole. Zakładała, że będą to najgorsze święta w jej życiu, jednak było wręcz przeciwnie. Ten wieczór wydawał się być miłą odmianą, nowym początkiem? Póki co trudno jej było stwierdzić czym, jednak mógł trwać nieskończenie. Czuła lekkość, która nie pojawiała się dawno, nie w jego towarzystwie, a jednak jakoś udało im się dzisiaj do siebie dotrzeć, najwyraźniej magia świąt potrafiła zdziałać cuda. Wierzyła, naprawdę w tej chwili wierzyła, że może być tylko lepiej.</p>
<p>Świat nieco wirował jej przed oczami, ale to też ułatwiało wiarę w to, że ten dzień, wieczór mógł zmienić wiele. Naprawdę wydawało jej się, że podejmuje słuszne decyzje, że w końcu jakoś uda im się dojść do porozumienia, właściwie już mieli to za sobą, a to był dopiero początek. Nie byli wobec siebie chłodni, wręcz przeciwnie, tak szybko udało im się zmienić podejście, że wydawało jej się to być naprawdę logiczne. Lgnęli do siebie, przestali jeżyć się na swój widok, dopuścili się do siebie jak dawniej i było to najbardziej słuszną decyzją, jaką mogli podjąć. Nie sądziła, że coś może to zmienić. Naprawdę wierzyła w to, że ten wieczór mógł być czymś, co mogło warunkować wszystko. Pijana Prudence spoglądała na rzeczywistość z ogromnym optymizmem i nadzieją.</p>
<p>Tęskniła za nim przez lata, tęskniła za Wish'em, który był jej najbliższym przyjacielem, któremu mogła powiedzieć o wszystkim, który przeżywał z nią wszystkie jej życiowe tragedie, ale i sukcesy. Zdawała sobie sprawę z tego, że nie był jej zupełnie obojętny, nawet kiedy ją od siebie odsunął, kiedy wpadali na siebie tylko po to, by mówić sobie o tym, jak się nienawidzą. Nie mogła nic zrobić z tym uczuciem, które w niej kiełkowało, próbowała udawać, że nie istnieje, jednak mogła oszukać wszystkich wokół, ale nie samą siebie, wiedziała, jak to wygląda, nie sądziła jednak, że i on może chcieć się do niej zbliżyć.</p>
<p>Ten czas, który dzisiaj spędzili razem zmienił jej sposób myślenia. Nie zachowywałby się w ten sposób, gdyby również nie pragnął zobaczyć jak to jest, sprawdzić jak smakują jej usta, poczuć ciepło jej ciała. To było miłą odmianą, naprawdę w tym momencie nie sądziła, że cofną się do tego, jak wyglądała ich relacja przez ostatnie lata. Łatwo było im się do siebie znowu zbliżyć, zbyt łatwo, to mówiło samo za siebie.</p>
<p>Spędzili na zewnątrz trochę czasu, było to całkiem magicznym doświadczeniem, Hogwart z tej perspektywy wyglądał pięknie, śnieg nie przestawał prószyć, przez co zamek wydawał się wyglądać zupełnie inaczej. Miała wrażenie, że znajduje się gdzieś między jawą, a snem, ale był to raczej jeden z tych snów, których miała nigdy nie zapomnieć. Wish pociągnął ją ze sobą do wieży, zauważył, że robiło jej się chłodno, dbał o nią, zawsze tak robił, dostrzegał te drobne szczegóły, które świadczyły o jej dyskomforcie. Ledwie znowu znaleźli się w wieży, ledwie zamknęły się za nimi drzwi, a odwrócił ją do siebie i pocałował, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie, jakby nie mogło być inaczej. Nie chciała opuszczać tego miejsca, podobała jej się ta nowa rzeczywistość, w której się znaleźli, podobało jej się to do czego doprowadzili. Nie spodziewała się, że jeśli się do siebie zbliżą, to będzie dla niej, aż tak właściwe. Zupełnie nie negowała podejmowanych przez siebie decyzji, co było pewnie zasługą wypitego alkoholu, ale nie tylko, przecież zastanawiała się nad tym, jakby to było znaleźć się tak blisko niego, poznać smak jego ust, już wiedziała i nie zamierzała tego zapomnieć.</p>
<p>Kiedy przyciągnął ją do siebie, oparła swoje dłonie na jego klatce piersiowej, dobrze było czuć pod opuszkami palców ciepło jego ciała, zapominała o chłodzie, który jeszcze przed chwilą przeszywał jej ciało, przy nim łatwo było zapomnieć o wszystkim, zawsze miał ten dar, tyle, że nigdy jeszcze nie korzystali z niego w ten sposób. To okazało się być zupełnie nowym, aczkolwiek bardzo przyjemnym doświadczeniem, miała nadzieję, że będą to powtarzać, w tej chwili właściwie nie widziała innej możliwości, nie kiedy już wiedziała, jak to jest.</p>]]></content:encoded>
		</item>
	</channel>
</rss>