<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0" xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">
	<channel>
		<title><![CDATA[Secrets of London - Knieja Godryka]]></title>
		<link>https://secretsoflondon.pl/</link>
		<description><![CDATA[Secrets of London - https://secretsoflondon.pl]]></description>
		<pubDate>Sat, 18 Apr 2026 00:51:50 +0000</pubDate>
		<generator>MyBB</generator>
		<item>
			<title><![CDATA[8 października 1972, knieja godryka]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5900</link>
			<pubDate>Sat, 28 Mar 2026 16:11:17 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=1">Eutierria</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5900</guid>
			<description><![CDATA[[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=5juRsvF.png[/inny avek] <div id="dataa" class="mycode_b">8 października 1972, spotykacie się na skraju Kniei</div>
<br />
Miesięcznica największego zamachu w historii tej wojny, a może i historii brytyjskich czarodziejów – nie na wyliczaniu kto i kiedy zabił więcej skupiały się myśli ludzi spoglądających w kierunku Kniei Godryka, lecz na tym, że to tam wszystko się zaczęło.<br />
<br />
Dzisiaj mieliście zobaczyć na własne oczy w jaki sposób miejsce będące dumą Doliny zmieniło się od wiosny.<br />
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Państwo z Ministerstwa, tak?</span> – Głos drobnej kobiety nadciągającej z głębi lasu był niepewny, ale za wielkimi, grubymi jak denka od słoika szkłami okularów krył się ktoś, kogo dobrze znaliście. Fryderyka Shacklebolt, również jak wy Niewymowna skąpana w blasku jasnowidztwa, ale jednocześnie... oh tak, jak na kogoś kto powinien dostrzegać więcej niż inni, pozostawała niebywale ślepa na to, co miała przed sobą. – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Taaaak</span> – powiedziała, kiedy znalazła się bardzo blisko – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">dobre miałam przeczucie, że to wy...</span> – I w istocie nie było tu miejsca na pomyłkę, bo współpracowaliście już na tyle długo, aby ktoś taki jak Frydzia zapamiętał nie tylko waszą aparycję, dokonania i temperament, ale i dług karmiczny waszych dziadków. Była kobietą aż nazbyt szczerą, dobitnie kwitowała każdą głupotę parsknięciem, a idiotyczne pytania – wzruszeniem ramion. Na oko po czterdziestce, ale należała do kobiet bardzo urodziwych, na których wiek nie odcisnął aż tak dużego piętna. – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Słuchajcie panowie, wybrano mnie, żebym was przeprowadziła ścieżką przez las i poinformowała, że rzucono na nią zaklęcia, które nie umożliwiają zbyt dużego skupienia się na otoczeniu. Projekt biura Aurorów, żeebyy... wędrujący nie zbaczali z obranej ścieżki.</span> – Nie wyjaśniła jednak dlaczego.<br />
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Jesteście gotowi?</span><br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Czy macie dla mnie jakieś rewelacje</span> – zdawała się mówić jej twarz. Koraliki przy jej spódnicy zabrzęczały na wietrze, a ona zmarszczyła brwi, wpatrując się w was na przemian.<br />
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Jak nie to chodźcie. Jak tak to też chodźcie, opowiecie mi po drodze. Lepiej nie stać na skraju zbyt długo.</span><br />
<br />
<div class="mg">Opiszcie mi w poście wejściowym: czy postacie mają przy sobie coś specyficznego, czy jakoś dziwnie wyglądają, jaki mają generalny vibe (będę na was reagowała różnymi postaciami trzymając się tego co same tutaj określicie). Idąc ścieżką na Polanę nie możecie utrzymać wzroku na drzewach. Frydzia idzie przodem, więc możecie patrzeć się na nią lub natrętnie próbować złamać siłę tegoż zaklęcia patrząc na roślinność. Możecie napisać tutaj dwie tury postów (jeśli chcecie) i najpierw się ze sobą przywitać.<br />
<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=393" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Morpheus Longbottom</a><a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=349" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Alexander Mulciber</a></div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=5juRsvF.png[/inny avek] <div id="dataa" class="mycode_b">8 października 1972, spotykacie się na skraju Kniei</div>
<br />
Miesięcznica największego zamachu w historii tej wojny, a może i historii brytyjskich czarodziejów – nie na wyliczaniu kto i kiedy zabił więcej skupiały się myśli ludzi spoglądających w kierunku Kniei Godryka, lecz na tym, że to tam wszystko się zaczęło.<br />
<br />
Dzisiaj mieliście zobaczyć na własne oczy w jaki sposób miejsce będące dumą Doliny zmieniło się od wiosny.<br />
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Państwo z Ministerstwa, tak?</span> – Głos drobnej kobiety nadciągającej z głębi lasu był niepewny, ale za wielkimi, grubymi jak denka od słoika szkłami okularów krył się ktoś, kogo dobrze znaliście. Fryderyka Shacklebolt, również jak wy Niewymowna skąpana w blasku jasnowidztwa, ale jednocześnie... oh tak, jak na kogoś kto powinien dostrzegać więcej niż inni, pozostawała niebywale ślepa na to, co miała przed sobą. – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Taaaak</span> – powiedziała, kiedy znalazła się bardzo blisko – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">dobre miałam przeczucie, że to wy...</span> – I w istocie nie było tu miejsca na pomyłkę, bo współpracowaliście już na tyle długo, aby ktoś taki jak Frydzia zapamiętał nie tylko waszą aparycję, dokonania i temperament, ale i dług karmiczny waszych dziadków. Była kobietą aż nazbyt szczerą, dobitnie kwitowała każdą głupotę parsknięciem, a idiotyczne pytania – wzruszeniem ramion. Na oko po czterdziestce, ale należała do kobiet bardzo urodziwych, na których wiek nie odcisnął aż tak dużego piętna. – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Słuchajcie panowie, wybrano mnie, żebym was przeprowadziła ścieżką przez las i poinformowała, że rzucono na nią zaklęcia, które nie umożliwiają zbyt dużego skupienia się na otoczeniu. Projekt biura Aurorów, żeebyy... wędrujący nie zbaczali z obranej ścieżki.</span> – Nie wyjaśniła jednak dlaczego.<br />
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Jesteście gotowi?</span><br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Czy macie dla mnie jakieś rewelacje</span> – zdawała się mówić jej twarz. Koraliki przy jej spódnicy zabrzęczały na wietrze, a ona zmarszczyła brwi, wpatrując się w was na przemian.<br />
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Jak nie to chodźcie. Jak tak to też chodźcie, opowiecie mi po drodze. Lepiej nie stać na skraju zbyt długo.</span><br />
<br />
<div class="mg">Opiszcie mi w poście wejściowym: czy postacie mają przy sobie coś specyficznego, czy jakoś dziwnie wyglądają, jaki mają generalny vibe (będę na was reagowała różnymi postaciami trzymając się tego co same tutaj określicie). Idąc ścieżką na Polanę nie możecie utrzymać wzroku na drzewach. Frydzia idzie przodem, więc możecie patrzeć się na nią lub natrętnie próbować złamać siłę tegoż zaklęcia patrząc na roślinność. Możecie napisać tutaj dwie tury postów (jeśli chcecie) i najpierw się ze sobą przywitać.<br />
<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=393" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Morpheus Longbottom</a><a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=349" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Alexander Mulciber</a></div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[28/09/1972] the descent of the faithful || sebastian & mistrz gry]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5772</link>
			<pubDate>Sat, 21 Feb 2026 18:53:56 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=206">Sebastian Macmillan</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5772</guid>
			<description><![CDATA[<h1>—28/09/1972—<br />
<span style="font-size: 10pt;" class="mycode_size">Polana Ognisk, Knieja Godryka</span><br />
<span style="font-size: 8pt;" class="mycode_size">Sebastian Macmillan &amp; Mistrz Gry</span></h1><br />
<br />
<div class="divek">Po opuszczeniu Błędnego Rycerza, który dowiózł go aż na same obrzeża Doliny Godryka, Sebastian kontynuował dalszą drogę w stronę lokalnych lasów na piechotę. Akurat dzisiaj cieszył się, że nigdy nie opanował sztuki teleportacji. Dłuższa pozwoliła mu przygotować się psychicznie do tego, co miało nastąpić. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Nie żebym nie spędził nad tym całego poranka</span>, pomyślał, schodząc z wiejskiej drogi na mniej uczęszczaną ścieżkę.<br />
<br />
Od wspólnego śniadania w refektarzu aż do południa nikt w kowenie go nie widział, bo siedział samotnie w jednej z salek medytacyjnych w głównej siedzibie kowenu. Wznosił modły skierowane do Matki, pozwalał litaniom błagalnym tańczyć na jego języku, a nawet modlił się własnymi, nieco ułomnymi słowami. Nie dbał o to, która z form wielbienia przypadała obecnie Pani Księżyca do gustu; potrzebował jej wsparcia. Od kilku dni nie mógł wyzbyć się wrażenia, że kolejna wyprawa do Kniei Godryka okaże się bardzo ważną i trudną próbą. Bał się tego, co może z niej wyniknąć.<br />
<br />
Mimo to musiał się w nią zaangażować. Nie mógł siedzieć z założonymi rękami i po prostu czekać na rozwój wydarzeń. I tak targały nim już wyrzuty sumienia wywołane problemami Zimnych. Sierpniowa rozmowa z Brenną pozwoliła mu poukładać sobie parę rzeczy w głowie, ale dalej brakowało mu wiele informacji. Liczył, że kowenowe archiwa odkryją przed nim wszystkie potrzebne odpowiedzi. Och, jakże się mylił. Zbiory kapłańskie okazały się nadzwyczaj obszerne, więc nie natrafił jeszcze na ostateczny przełom w tej sprawie. Nie mógł więc teraz zbyć ostrzeżeń Caroline Aberoth, skoro sama z nimi do niego przyszła.<br />
<br />
Sam fakt, że postanowiła złamać zasady Departamentu Tajemnic, świadczył o tym, jak poważna była sytuacja. Zbuntowana Niewymowna. O ile można było tak ją określić. A może raczej była ''pozbawiona złudzeń'' <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Tak, to dużo bardziej do niej pasuje</span>, stwierdził Macmillan, pocierając dłonią okładkę swego ulubionego modlitewnika. Wziął go ze sobą raczej z przyzwyczajenia niż z myślą o skorzystaniu z niego w roli narzędzia. Wątpił, aby przyszło mu dziś dokonywać egzorcyzmów; problemy Kniei kręciły się wokół krainy duchów, ale to nie znaczyło, że duchy miały stanowić trzon tych kłopotów. Samo Limbo to była zupełnie inna para kaloszy. Na szczęście taka, z którą miał już do czynienia przez dziedzictwo Trelawneyów.<br />
<br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align">~~*~~</div>
<br />
Jeśli Niewymowni nanieśli na okolice Kniei i Polany Ognisk jakiekolwiek zaklęcia informujące o nadejściu obcych, to zapewne na tym etapie wychwyciły już one Sebastiana w okolicy. Mężczyzna nie miał też za bardzo powodu, aby się chować. W końcu Caroline miała wprowadzić go tutaj jako członka grupy badawczej. Kogo konkretnie tym razem najęło do tego Ministerstwo Magii? Nie miał bladego pojęcia. Podejrzewał, że nie będzie to nikt mu znany; pewnie jakieś szychy z Departamentu Tajemnic. Może ściągnięci z innych komórek organizacyjnych, żeby wesprzeć działania grupy przydzielonej do Polany Ognisk?<br />
<br />
Pokręcił powoli głową, zatrzymując się, aby poprawić poły ciemnego płaszcza i pasek torby zwisającej mu na ramieniu. Czy spojrzenie świeżym okiem na miejsce ataku na sabat mogło przynieść jakiekolwiek rezultaty po całym czasie? Ponoć nowa para oczu potrafiła przynieść ze sobą nową perspektywę, ale czy przy tak szeroko zakrojonych działaniach, w które wprowadzono co najmniej trzy departamenty, naprawdę miało to jakiś sens?<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Gdyby tylko...</span>, zaczął, jednak zanim na dobre zdołał uformować ten strumień myśli, między drzewami mignęła mu damska sylwetka. Cofnął się o pół kroku, jednak po chwili zdał sobie sprawę, że miał do czynienia ze swoim ''kontaktem'', czyli panną Aberoth. Wyprostowana, odziana w szaty służbowe i z różdżką w ręku. Sebastian mimowolnie zerknął przez ramię; czy reszta zaproszonych była już na miejscu? Przybył jako pierwszy? A może każdy ekspert miał mieć okazję do zbadania terenu samodzielnie?<br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Witam, panią</span> — odezwał się, gdy kobieta znalazła się wystarczająco blisko. Skinął jej powoli głową na powitanie. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Oby Pani Księżyca pobłogosławiła z góry nasze dzisiejsze działania, a jej łaska przyniosła nam same sukcesy.</span><br />
<br />
 <a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=1" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Eutierria</a> </div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<h1>—28/09/1972—<br />
<span style="font-size: 10pt;" class="mycode_size">Polana Ognisk, Knieja Godryka</span><br />
<span style="font-size: 8pt;" class="mycode_size">Sebastian Macmillan &amp; Mistrz Gry</span></h1><br />
<br />
<div class="divek">Po opuszczeniu Błędnego Rycerza, który dowiózł go aż na same obrzeża Doliny Godryka, Sebastian kontynuował dalszą drogę w stronę lokalnych lasów na piechotę. Akurat dzisiaj cieszył się, że nigdy nie opanował sztuki teleportacji. Dłuższa pozwoliła mu przygotować się psychicznie do tego, co miało nastąpić. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Nie żebym nie spędził nad tym całego poranka</span>, pomyślał, schodząc z wiejskiej drogi na mniej uczęszczaną ścieżkę.<br />
<br />
Od wspólnego śniadania w refektarzu aż do południa nikt w kowenie go nie widział, bo siedział samotnie w jednej z salek medytacyjnych w głównej siedzibie kowenu. Wznosił modły skierowane do Matki, pozwalał litaniom błagalnym tańczyć na jego języku, a nawet modlił się własnymi, nieco ułomnymi słowami. Nie dbał o to, która z form wielbienia przypadała obecnie Pani Księżyca do gustu; potrzebował jej wsparcia. Od kilku dni nie mógł wyzbyć się wrażenia, że kolejna wyprawa do Kniei Godryka okaże się bardzo ważną i trudną próbą. Bał się tego, co może z niej wyniknąć.<br />
<br />
Mimo to musiał się w nią zaangażować. Nie mógł siedzieć z założonymi rękami i po prostu czekać na rozwój wydarzeń. I tak targały nim już wyrzuty sumienia wywołane problemami Zimnych. Sierpniowa rozmowa z Brenną pozwoliła mu poukładać sobie parę rzeczy w głowie, ale dalej brakowało mu wiele informacji. Liczył, że kowenowe archiwa odkryją przed nim wszystkie potrzebne odpowiedzi. Och, jakże się mylił. Zbiory kapłańskie okazały się nadzwyczaj obszerne, więc nie natrafił jeszcze na ostateczny przełom w tej sprawie. Nie mógł więc teraz zbyć ostrzeżeń Caroline Aberoth, skoro sama z nimi do niego przyszła.<br />
<br />
Sam fakt, że postanowiła złamać zasady Departamentu Tajemnic, świadczył o tym, jak poważna była sytuacja. Zbuntowana Niewymowna. O ile można było tak ją określić. A może raczej była ''pozbawiona złudzeń'' <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Tak, to dużo bardziej do niej pasuje</span>, stwierdził Macmillan, pocierając dłonią okładkę swego ulubionego modlitewnika. Wziął go ze sobą raczej z przyzwyczajenia niż z myślą o skorzystaniu z niego w roli narzędzia. Wątpił, aby przyszło mu dziś dokonywać egzorcyzmów; problemy Kniei kręciły się wokół krainy duchów, ale to nie znaczyło, że duchy miały stanowić trzon tych kłopotów. Samo Limbo to była zupełnie inna para kaloszy. Na szczęście taka, z którą miał już do czynienia przez dziedzictwo Trelawneyów.<br />
<br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align">~~*~~</div>
<br />
Jeśli Niewymowni nanieśli na okolice Kniei i Polany Ognisk jakiekolwiek zaklęcia informujące o nadejściu obcych, to zapewne na tym etapie wychwyciły już one Sebastiana w okolicy. Mężczyzna nie miał też za bardzo powodu, aby się chować. W końcu Caroline miała wprowadzić go tutaj jako członka grupy badawczej. Kogo konkretnie tym razem najęło do tego Ministerstwo Magii? Nie miał bladego pojęcia. Podejrzewał, że nie będzie to nikt mu znany; pewnie jakieś szychy z Departamentu Tajemnic. Może ściągnięci z innych komórek organizacyjnych, żeby wesprzeć działania grupy przydzielonej do Polany Ognisk?<br />
<br />
Pokręcił powoli głową, zatrzymując się, aby poprawić poły ciemnego płaszcza i pasek torby zwisającej mu na ramieniu. Czy spojrzenie świeżym okiem na miejsce ataku na sabat mogło przynieść jakiekolwiek rezultaty po całym czasie? Ponoć nowa para oczu potrafiła przynieść ze sobą nową perspektywę, ale czy przy tak szeroko zakrojonych działaniach, w które wprowadzono co najmniej trzy departamenty, naprawdę miało to jakiś sens?<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Gdyby tylko...</span>, zaczął, jednak zanim na dobre zdołał uformować ten strumień myśli, między drzewami mignęła mu damska sylwetka. Cofnął się o pół kroku, jednak po chwili zdał sobie sprawę, że miał do czynienia ze swoim ''kontaktem'', czyli panną Aberoth. Wyprostowana, odziana w szaty służbowe i z różdżką w ręku. Sebastian mimowolnie zerknął przez ramię; czy reszta zaproszonych była już na miejscu? Przybył jako pierwszy? A może każdy ekspert miał mieć okazję do zbadania terenu samodzielnie?<br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Witam, panią</span> — odezwał się, gdy kobieta znalazła się wystarczająco blisko. Skinął jej powoli głową na powitanie. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Oby Pani Księżyca pobłogosławiła z góry nasze dzisiejsze działania, a jej łaska przyniosła nam same sukcesy.</span><br />
<br />
 <a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=1" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Eutierria</a> </div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[14.09] O czym milczy twoja knieja?]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4998</link>
			<pubDate>Tue, 22 Jul 2025 20:34:13 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=222">Louvain Lestrange</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4998</guid>
			<description><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Helloise Rowle - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Piszę, więc jestem</span></div></div>
<br />
<p>Uwierzcie. Nie tak lekko było być ciężkim skurwysynem. Ledwo wskoczył na staż, pozdrawiając środkowym palcem departament transportu, minął tydzień aż tu nagle wskoczyły nieplanowane nadgodziny rebelii. Z pracy do roboty, a na wolne weekendy nie zapowiadało się w najbliższej przyszłości. Świetny czas sobie wybrał na zajęcie asystenta sędziny, w miesiąc największego ataku terrorystycznego w historii kraju. Widywał już wielkie stosy dokumentów biurowych i poukładane w piramidy piętra pergaminów, ale czegoś takiego nawet się nie spodziewał. Wiedział, że przy Lorien czeka go skondensowana dawka papierkologii, ale to co się teraz wyprawiało przechodziło jego najśmielsze symulacje. Zgadywał, że dla wdówki to seria niekończących się spazmów nocnych na pojedynczą myśl o kolejnych i kolejnych procesach. Biorąc pod uwagę jej fetyszyzacje prawem i słowem pisanym we wszystkich kodeksach tego systemu, wcale nie byłoby to wielkim nadużyciem, myśleć w ten sposób. Pomimo syzyfowych prób wkradnięcia się na backstage społeczności przestrzegania prawa czarodziejów i przeniknięcia administrację Wizengamotu, wciąż miał śmierciożercze obowiązki. Wolne chwile, które tylko zdążył doganiać poświęcał na realizację tej samej mrocznej agendy co zwykle. Gdyby tylko potrafił i wiedziałby co to, powiedziałby że teraz wie co czują wszystkie biedne, pierdolone peony tego świata. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Praca, praca.</span> Chociaż narzekać nie musiał, bo uwielbiał te robotę, to ponarzekać w myślach sobie lubił, bo wciąż był z niego kapryśny skurwysynek. I byłoby wszystko dobrze, gdyby nie ten pieprzony duszący kaszel. Najpierw myślał, że to zaostrzenie objawów Mojry. Sporo schudł w ostatnich paru tygodniach, nie najlepiej się też czuł. Doczytał się jednak, że to coś bardziej skomplikowanego i więcej Londyńczyków skarży się na coś takiego. Z jednej strony trochę się uspokoił, z drugiej chyba jednak nie bardzo. No bo co było gorsze? Jedno bardziej poważniejsze męczące gówno, czy dwa nowe, tylko mniejsze?</p>
<p>To co potrzebował, nie było tak łatwo dostać nawet za cenę wielu galeonów. Nawet jeśli wiedział, gdzie po coś takiego mógł się udać, to nadal zostawiało zbyt wiele domysłów, oraz świadków. Środek wybuchowy na bazie rogu Buchorożca to nie byle przelewki. Ktokolwiek kto był w stanie coś takiego wykonać dla niego, będzie wiedział, że jest w jego posiadaniu, a to już był bardzo niewygodny fakt. Na Nokturnie nic nie wydarzało się w próżni, wszystko było ze sobą połączone. Jednak ku zaskoczeniu Louvaina, rozwiązanie pojawiło się bardzo spontanicznie. Kobieta ukryta za drewnianą maską, ta która przyniosła koszyk pomocnych dla nich eliksirów, która łatała pokiereszowanych, zagubionych chłopców. Nie zadawał pytań, nie mówiła zbyt wiele, właściwie niewiele było z niej człowieka. To bardzo dobra wróżba. Ludzka ciekawość była obarczona zbyt wielkim ryzykiem, by nie trzymać jej w mocnych ryzach.</p>
<p>Dolinę Godryka najchętniej przeniósłby gdzieś w cholerę. Dalej, niż Limbo, dalej niż najdalej się dało. Brudne miejsce, pełne brudnych zwyczajów, gdzie czarodzieje mieszali się z mugolakami w bezeceńskich praktykach. Dobrze, że nie musiał szukać jej w samym miasteczku, bo pewnie ostatecznie by odpuścił. Czy dziwiło go, że ponoć miała mieszkać gdzieś z dala od ludzi, na krańcu Knieji, skąd pewnie nie widać było świateł żadnych domostw? Nie. Już nie. Mając za sobą doświadczenia z leśną babą, Szeptuchą, w pełni pasowało to do obrazu outsiderki, który sobą w ten krótki występ w Ataraxii nakreśliła. Brał nawet na warsztat to, że mogła być nawet podobnie oszalała z dzikości, jak matrona z Lasu Wisielców.</p>
<p><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Lecz wiadomo, że szpecąc przystojność przestworza, wylazł z rowu Louvain, jak półbabek z łoża.</span></p>
<p>Na poszukiwania gospodyni kniei wybrał się lotem na miotle, bo tak było prościej szukać jej chatki. Dodatkowo może inhalacja chłodniejszym, wrześniowym powietrzem pomoże mu na płuca. Odziany w przerzuconą niedbale przez grzbiet skórzaną kurtę, bo dość już miał ukrywania każdego centymetra swojej Zimnej skóry przed niepożądanym dotykiem. Przelatywał wolnym tempem, niewiele ponad kilka metrów wyżej od czubka najwyższych drzew, szukając choć drobnej wskazówki na ślady obecności leśnej samotniczki. A może właściwie tylko spacerował po niebie, czekając aż sama pozwoli mu się znaleźć?</p>
<br />
[inny avek]https://i.imgur.com/I3KcmeW.jpeg[/inny avek]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Helloise Rowle - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Piszę, więc jestem</span></div></div>
<br />
<p>Uwierzcie. Nie tak lekko było być ciężkim skurwysynem. Ledwo wskoczył na staż, pozdrawiając środkowym palcem departament transportu, minął tydzień aż tu nagle wskoczyły nieplanowane nadgodziny rebelii. Z pracy do roboty, a na wolne weekendy nie zapowiadało się w najbliższej przyszłości. Świetny czas sobie wybrał na zajęcie asystenta sędziny, w miesiąc największego ataku terrorystycznego w historii kraju. Widywał już wielkie stosy dokumentów biurowych i poukładane w piramidy piętra pergaminów, ale czegoś takiego nawet się nie spodziewał. Wiedział, że przy Lorien czeka go skondensowana dawka papierkologii, ale to co się teraz wyprawiało przechodziło jego najśmielsze symulacje. Zgadywał, że dla wdówki to seria niekończących się spazmów nocnych na pojedynczą myśl o kolejnych i kolejnych procesach. Biorąc pod uwagę jej fetyszyzacje prawem i słowem pisanym we wszystkich kodeksach tego systemu, wcale nie byłoby to wielkim nadużyciem, myśleć w ten sposób. Pomimo syzyfowych prób wkradnięcia się na backstage społeczności przestrzegania prawa czarodziejów i przeniknięcia administrację Wizengamotu, wciąż miał śmierciożercze obowiązki. Wolne chwile, które tylko zdążył doganiać poświęcał na realizację tej samej mrocznej agendy co zwykle. Gdyby tylko potrafił i wiedziałby co to, powiedziałby że teraz wie co czują wszystkie biedne, pierdolone peony tego świata. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Praca, praca.</span> Chociaż narzekać nie musiał, bo uwielbiał te robotę, to ponarzekać w myślach sobie lubił, bo wciąż był z niego kapryśny skurwysynek. I byłoby wszystko dobrze, gdyby nie ten pieprzony duszący kaszel. Najpierw myślał, że to zaostrzenie objawów Mojry. Sporo schudł w ostatnich paru tygodniach, nie najlepiej się też czuł. Doczytał się jednak, że to coś bardziej skomplikowanego i więcej Londyńczyków skarży się na coś takiego. Z jednej strony trochę się uspokoił, z drugiej chyba jednak nie bardzo. No bo co było gorsze? Jedno bardziej poważniejsze męczące gówno, czy dwa nowe, tylko mniejsze?</p>
<p>To co potrzebował, nie było tak łatwo dostać nawet za cenę wielu galeonów. Nawet jeśli wiedział, gdzie po coś takiego mógł się udać, to nadal zostawiało zbyt wiele domysłów, oraz świadków. Środek wybuchowy na bazie rogu Buchorożca to nie byle przelewki. Ktokolwiek kto był w stanie coś takiego wykonać dla niego, będzie wiedział, że jest w jego posiadaniu, a to już był bardzo niewygodny fakt. Na Nokturnie nic nie wydarzało się w próżni, wszystko było ze sobą połączone. Jednak ku zaskoczeniu Louvaina, rozwiązanie pojawiło się bardzo spontanicznie. Kobieta ukryta za drewnianą maską, ta która przyniosła koszyk pomocnych dla nich eliksirów, która łatała pokiereszowanych, zagubionych chłopców. Nie zadawał pytań, nie mówiła zbyt wiele, właściwie niewiele było z niej człowieka. To bardzo dobra wróżba. Ludzka ciekawość była obarczona zbyt wielkim ryzykiem, by nie trzymać jej w mocnych ryzach.</p>
<p>Dolinę Godryka najchętniej przeniósłby gdzieś w cholerę. Dalej, niż Limbo, dalej niż najdalej się dało. Brudne miejsce, pełne brudnych zwyczajów, gdzie czarodzieje mieszali się z mugolakami w bezeceńskich praktykach. Dobrze, że nie musiał szukać jej w samym miasteczku, bo pewnie ostatecznie by odpuścił. Czy dziwiło go, że ponoć miała mieszkać gdzieś z dala od ludzi, na krańcu Knieji, skąd pewnie nie widać było świateł żadnych domostw? Nie. Już nie. Mając za sobą doświadczenia z leśną babą, Szeptuchą, w pełni pasowało to do obrazu outsiderki, który sobą w ten krótki występ w Ataraxii nakreśliła. Brał nawet na warsztat to, że mogła być nawet podobnie oszalała z dzikości, jak matrona z Lasu Wisielców.</p>
<p><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Lecz wiadomo, że szpecąc przystojność przestworza, wylazł z rowu Louvain, jak półbabek z łoża.</span></p>
<p>Na poszukiwania gospodyni kniei wybrał się lotem na miotle, bo tak było prościej szukać jej chatki. Dodatkowo może inhalacja chłodniejszym, wrześniowym powietrzem pomoże mu na płuca. Odziany w przerzuconą niedbale przez grzbiet skórzaną kurtę, bo dość już miał ukrywania każdego centymetra swojej Zimnej skóry przed niepożądanym dotykiem. Przelatywał wolnym tempem, niewiele ponad kilka metrów wyżej od czubka najwyższych drzew, szukając choć drobnej wskazówki na ślady obecności leśnej samotniczki. A może właściwie tylko spacerował po niebie, czekając aż sama pozwoli mu się znaleźć?</p>
<br />
[inny avek]https://i.imgur.com/I3KcmeW.jpeg[/inny avek]]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[Jesień 72, 09.09 Roselyn & Samuel] Gone with the wind]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4942</link>
			<pubDate>Mon, 30 Jun 2025 12:17:58 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=412">Samuel McGonagall</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4942</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">09.09 <br />
<br />
ranek, dość zaawansowany w swoim stadium<br />
<br />
Wrzosowiska</div>
<br />
Gdyby został zapytany o swoje ulubione miejsce na świecie, z pewnością nie wymieniłby tego punktu. Spomiędzy kwiatów wzrastały kamienne ruinki, ciche wspomnienia minionego czasu, kiedy ludzie próbowali bardziej zaprzyjaźnić się z Knieją, być bliżej niej. Dawne czasy dawnej wioski, która przeniosła się nieco dalej, w sąsiedzkim szacunku spoglądając na wiekowe drzewa otaczające tę przestrzeń wydartą dzikiej naturalnej magii dla nich - dla ludzi.<br />
<br />
Czy jednak wciąż uważał się za część "ich"? Rozdarcie światów, widma, straszliwe bestie pożerające dusze drzew... To było przerażające, to było odpychające, lecz miłość winna działać tak, że nie stawia warunków. Samuel wciąż nie rozumiał jak to jest między ludźmi. Mógł jednak przyjąć miłość do lasu, do dziczy, do Kniei, jako powrót do domu, uczucie jasne i czytelne w swoim wyrazie. Niezachwiane. <br />
<br />
Gdyby został zapytany o swoje ulubione miejsce na świecie, nie wymieniłby tego punktu, ale teraz siedział w nim od jakiegoś czasu obracając w palcach okrągłą błyskotkę zwieńczoną kilkoma kamieniami, które miały kiedyś - zgodnie ze słowami jubilera - zmienić swój kolor. Londyn spłonął. Ludzie wystąpili przeciwko ludziom, podpalając i karząc za coś, czego McGonagall nie był w stanie do końca zrozumieć. Jego dusza znajdowała się na pograniczu, między człowieczeństwem a dziczą, tak jak teraz siedział właśnie tu, na pograniczu cywilizacji i nękanej czarną magią dziczy. <br />
<br />
Gdyby został zapytany...<br />
<br />
... ale pytać mógł go tylko wiatr dudniący między nadkruszonymi zębem czasu kamiennymi ścianami. Wciąż był brudny od sadzy i pyłu, wciąż czuł posmak spalenizny. Za jego plecami, tam - w Dolinie Godryka też spłonęły domy. Spłonął jego warsztat. Spłonęły marzenia. Przyszłość. Zasłonił powiekami umęczone, przekrwione błękitne oczy, czując jak wiatr dął i zabierał z niego popiół. Mógłby zmienić się w krogulca, i wzlecieć wysoko w niebo aż zabraknie tchu. Mógłby zmienić się w niedźwiedzia i powrócić do Kniei, na dobre i na złe, niepomny na ostrzeżenia i to czego doświadczył sam. Mimo wszystko pozostał w ludzkiej formie, czując, że jest ona w tym wszystkim najbardziej odpowiednia. <br />
<br />
Czekał, jakby byli umówieni, choć w ogóle nie rozmawiali z sobą, nie mógł być pewien, że nic się jej nie stało, na rozum. Na czucie, miał w pamięci jak rozrywało mu klatkę wspomnienie tamtej nocy, przekonanie, że grozi jej coś straszniejszego niż śmierć. Od wczoraj zmieniło się wiele, ale ten dojmujący strach nie powrócił, dlatego siedział i czekał. Choćby sam miał obrosnąć korą i zmienić się w drzewo. Cóż... Trochę przecież tak już się działo.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">09.09 <br />
<br />
ranek, dość zaawansowany w swoim stadium<br />
<br />
Wrzosowiska</div>
<br />
Gdyby został zapytany o swoje ulubione miejsce na świecie, z pewnością nie wymieniłby tego punktu. Spomiędzy kwiatów wzrastały kamienne ruinki, ciche wspomnienia minionego czasu, kiedy ludzie próbowali bardziej zaprzyjaźnić się z Knieją, być bliżej niej. Dawne czasy dawnej wioski, która przeniosła się nieco dalej, w sąsiedzkim szacunku spoglądając na wiekowe drzewa otaczające tę przestrzeń wydartą dzikiej naturalnej magii dla nich - dla ludzi.<br />
<br />
Czy jednak wciąż uważał się za część "ich"? Rozdarcie światów, widma, straszliwe bestie pożerające dusze drzew... To było przerażające, to było odpychające, lecz miłość winna działać tak, że nie stawia warunków. Samuel wciąż nie rozumiał jak to jest między ludźmi. Mógł jednak przyjąć miłość do lasu, do dziczy, do Kniei, jako powrót do domu, uczucie jasne i czytelne w swoim wyrazie. Niezachwiane. <br />
<br />
Gdyby został zapytany o swoje ulubione miejsce na świecie, nie wymieniłby tego punktu, ale teraz siedział w nim od jakiegoś czasu obracając w palcach okrągłą błyskotkę zwieńczoną kilkoma kamieniami, które miały kiedyś - zgodnie ze słowami jubilera - zmienić swój kolor. Londyn spłonął. Ludzie wystąpili przeciwko ludziom, podpalając i karząc za coś, czego McGonagall nie był w stanie do końca zrozumieć. Jego dusza znajdowała się na pograniczu, między człowieczeństwem a dziczą, tak jak teraz siedział właśnie tu, na pograniczu cywilizacji i nękanej czarną magią dziczy. <br />
<br />
Gdyby został zapytany...<br />
<br />
... ale pytać mógł go tylko wiatr dudniący między nadkruszonymi zębem czasu kamiennymi ścianami. Wciąż był brudny od sadzy i pyłu, wciąż czuł posmak spalenizny. Za jego plecami, tam - w Dolinie Godryka też spłonęły domy. Spłonął jego warsztat. Spłonęły marzenia. Przyszłość. Zasłonił powiekami umęczone, przekrwione błękitne oczy, czując jak wiatr dął i zabierał z niego popiół. Mógłby zmienić się w krogulca, i wzlecieć wysoko w niebo aż zabraknie tchu. Mógłby zmienić się w niedźwiedzia i powrócić do Kniei, na dobre i na złe, niepomny na ostrzeżenia i to czego doświadczył sam. Mimo wszystko pozostał w ludzkiej formie, czując, że jest ona w tym wszystkim najbardziej odpowiednia. <br />
<br />
Czekał, jakby byli umówieni, choć w ogóle nie rozmawiali z sobą, nie mógł być pewien, że nic się jej nie stało, na rozum. Na czucie, miał w pamięci jak rozrywało mu klatkę wspomnienie tamtej nocy, przekonanie, że grozi jej coś straszniejszego niż śmierć. Od wczoraj zmieniło się wiele, ale ten dojmujący strach nie powrócił, dlatego siedział i czekał. Choćby sam miał obrosnąć korą i zmienić się w drzewo. Cóż... Trochę przecież tak już się działo.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[lato 1972 // mortilentia devoratrix]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4049</link>
			<pubDate>Sun, 13 Oct 2024 11:38:06 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=1">Eutierria</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4049</guid>
			<description><![CDATA[[inny avek]https://i.imgur.com/2vpzrZj.png[/inny avek]<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Pożeracze śmierci. Przesiąknięte energią zgnilizny. Od Devorare, czyli Pochłaniać.</span><br />
<br />
Dolohov znowu was zostawił. Sam uparł się na załatwieniu wejścia na Polanę, a później musiał koniecznie wybrać się na spotkanie, o którym niewiele mówił. Zamiast odpowiedzi na zadane wam pytania otrzymaliście więc dokument ze stemplem uprawniający was do przekroczenia granicy wyznaczonej przez pstrokatą taśmę i ruszyliście do Doliny jako przedstawiciele Praw Czasu, mający wspomóc wytypowanych przez Ministerstwo naukowców w badaniach nad Anomalią. Nad Anomalią, na temat której (jak się okazało) nie mieliście nic do powiedzenia.<br />
<br />
Polana Ognisk zawsze przypominała wir. Wszystko tutaj rosło w kształcie wiru - konary zawsze wydawały się pochylać w jedną stronę, inna roślinność też. Usypane na wypalonej ziemi kamienie tworzyły kręgi. Wszystko zdawało się próbować wpaść do środka wielkiego leja znajdującego się w miejscu, w którym kapłani rozpalali rytualne ogniska, ale... ziemia tutaj przecież była płaska. I dzisiaj przekonaliście się, że zamiast ognisk na środku Polany znajduje się drzewo. Drzewo wyjątkowo nietypowe, bo rosnące do góry nogami. Najwyraźniej niewygodna pozycja w ogóle mu nie przeszkadzała, bo od Beltane minęło już trochę czasu, a ono nie zrzuciło żadnych liści i zdaniem naukowców stale rosło, zapuszczało korzenie. Tylko w czym? W niebie?<br />
<br />
Szereg różnych namiotów, stoliczków. Teren rozświetlały liczne lampki, a pomiędzy nimi, pochyleni nad dziwacznymi przyrządami i mapami pracowali naukowcy, którzy (z waszej niezbyt wnikliwej oceny) poruszali się po temacie po omacku, krążyli wokół tematów, o których nikt nie miał pojęcia i próbowali wymyślić cokolwiek, co mogliby wpisać w raporcie i co mogłoby przynieść westchnienie ulgi, albo przynajmniej ciche, niewyraźne <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">aha!</span>, bo jego siła gubiła się gdzieś pomiędzy świadomością o tym, dlaczego teren musiał być pilnie strzeżony i co było powodem śladów zaschniętej krwi na niektórych dębach.<br />
<br />
<div class="mgzadanietytul">zadanie od mistrza gry</div><div class="mgzadanie">Rozegrajcie jedną turę rozmowy pomiędzy sobą, następnie podejdźcie do kolejnego ze stanowisk, przy którym pracuje pomarszczony dziadek chcący z wami porozmawiać. Peregrinus rzuca wtedy kością <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">!Peregrinus</span>, natomiast Scylla - <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">!Scylla</span>. Scenariusz jest dedykowany <a href="http://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=172" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Peregrinus Trelawney</a>, <a href="http://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=490" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Scylla Greyback</a>. Mistrz gry nie kontynuuje rozgrywki.</div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[[inny avek]https://i.imgur.com/2vpzrZj.png[/inny avek]<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Pożeracze śmierci. Przesiąknięte energią zgnilizny. Od Devorare, czyli Pochłaniać.</span><br />
<br />
Dolohov znowu was zostawił. Sam uparł się na załatwieniu wejścia na Polanę, a później musiał koniecznie wybrać się na spotkanie, o którym niewiele mówił. Zamiast odpowiedzi na zadane wam pytania otrzymaliście więc dokument ze stemplem uprawniający was do przekroczenia granicy wyznaczonej przez pstrokatą taśmę i ruszyliście do Doliny jako przedstawiciele Praw Czasu, mający wspomóc wytypowanych przez Ministerstwo naukowców w badaniach nad Anomalią. Nad Anomalią, na temat której (jak się okazało) nie mieliście nic do powiedzenia.<br />
<br />
Polana Ognisk zawsze przypominała wir. Wszystko tutaj rosło w kształcie wiru - konary zawsze wydawały się pochylać w jedną stronę, inna roślinność też. Usypane na wypalonej ziemi kamienie tworzyły kręgi. Wszystko zdawało się próbować wpaść do środka wielkiego leja znajdującego się w miejscu, w którym kapłani rozpalali rytualne ogniska, ale... ziemia tutaj przecież była płaska. I dzisiaj przekonaliście się, że zamiast ognisk na środku Polany znajduje się drzewo. Drzewo wyjątkowo nietypowe, bo rosnące do góry nogami. Najwyraźniej niewygodna pozycja w ogóle mu nie przeszkadzała, bo od Beltane minęło już trochę czasu, a ono nie zrzuciło żadnych liści i zdaniem naukowców stale rosło, zapuszczało korzenie. Tylko w czym? W niebie?<br />
<br />
Szereg różnych namiotów, stoliczków. Teren rozświetlały liczne lampki, a pomiędzy nimi, pochyleni nad dziwacznymi przyrządami i mapami pracowali naukowcy, którzy (z waszej niezbyt wnikliwej oceny) poruszali się po temacie po omacku, krążyli wokół tematów, o których nikt nie miał pojęcia i próbowali wymyślić cokolwiek, co mogliby wpisać w raporcie i co mogłoby przynieść westchnienie ulgi, albo przynajmniej ciche, niewyraźne <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">aha!</span>, bo jego siła gubiła się gdzieś pomiędzy świadomością o tym, dlaczego teren musiał być pilnie strzeżony i co było powodem śladów zaschniętej krwi na niektórych dębach.<br />
<br />
<div class="mgzadanietytul">zadanie od mistrza gry</div><div class="mgzadanie">Rozegrajcie jedną turę rozmowy pomiędzy sobą, następnie podejdźcie do kolejnego ze stanowisk, przy którym pracuje pomarszczony dziadek chcący z wami porozmawiać. Peregrinus rzuca wtedy kością <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">!Peregrinus</span>, natomiast Scylla - <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">!Scylla</span>. Scenariusz jest dedykowany <a href="http://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=172" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Peregrinus Trelawney</a>, <a href="http://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=490" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Scylla Greyback</a>. Mistrz gry nie kontynuuje rozgrywki.</div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[lato 1972 // zew]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4048</link>
			<pubDate>Sun, 13 Oct 2024 10:30:09 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=1">Eutierria</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4048</guid>
			<description><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Faye Travers - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Piszę, więc jestem</span><br />
Rozliczono - Geraldine Yaxley - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic IV</span></div></div>
<br />
[inny avek]https://i.imgur.com/2vpzrZj.png[/inny avek]<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Chociaż dużo osób przeżywało kryzys wiary, Matka wciąż zdawała się dawać znaki, że czuwa. Tylko czy wy ufaliście jeszcze jej osądom?</span><br />
<br />
To był wieczór, wiele dni przed lub wiele dni po pełni księżyca. Dzień, w którym ty, Faye nie mogłaś spodziewać się tego, że do przemiany wezwie cię zew księżyca. Jego tarcza była widoczna na niebie mimo wczesnej pory. Niby nie w pełni, lecz wystarczająco jasny, by jego srebrzyste światło przelewało się przez gęstwiny Kniei i otulało blaskiem odbitych promieni słonecznych wszystko wokół. Wiesz, niektórych rzeczy nie da się łatwo wytłumaczyć, na przykład tego, dlaczego tak wyraźnie czułaś, że Matka cię wzywała. Wraz z tym blaskiem oblewał cię niepokój - twoje serce biło szybciej, a w żyłach pulsowała przedziwna energia, której ostatecznie nie mogłaś się oprzeć. To to samo uczucie, które nawiedza cię każdego miesiąca, to zmuszające cię do chowania się głęboko w szkockich górach i...<br />
<br />
Być może chciałaś krzyknąć „uciekajcie” do ludzi stojących wokół - grupy mugolskich sąsiadów, którzy w przerażeniu obserwowali, jak rośniesz w oczach, a twoje ubranie pęka. Stałaś w otoczeniu strzępów odzienia, wpatrując się w ich przerażone twarze i dotarło do ciebie, że nie czujesz wewnętrznej potrzeby ataku. Zachowałaś świadomość, przynajmniej tyle świadomości, aby nie rozszarpać tych ludzi w szale, a zamiast tego oczarowana czymkolwiek tam dostrzegłaś, wejść do dziczy, w głębię zakazanego lasu, gdzie najpewniej znajdowali się strażnicy Ministerstwa.<br />
<br />
Świadkami tego zdarzenia była dwójka mężczyzn - detektyw Thomas Hardwick i zupełnie przypadkowy mieszkaniec - Nicholas. Obserwowaliście w głębokiej niepewności, jak ciało dziewczyny zaczyna drżeć, jak jej oczy przybierają zwierzęcy blask, aż wreszcie ryczy i znika pomiędzy dębami. I przechodzi wam przez głowę taka myśl, że jest w niebezpieczeństwie, o wiele większym niż ci mugole uciekający teraz w popłochu - bo przecież przebiegając tam zerwała żółtą taśmę z napisem <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">zakaz wstępu do lasu</span>.<br />
<br />
<div class="mgzadanietytul">zadanie od mistrza gry</div><div class="mgzadanie">Jeżeli postanowicie podążać za Faye w waszych zwierzęcych postaciach, po minimum jednej turze wędrówki po lesie wykonajcie rzut kością <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">!Krąg</span>. Faye nie zaatakuje was w formie animaga, ale może stać się agresywna, kiedy śledzą ją ludzie. Nie może to być pierwsza tura w tej rozgrywce. Jeżeli za nią nie idziecie (decydujecie się na inne rozwiązanie sytuacji) interweniuje Eutierria. Scenariusz jest dedykowany <a href="http://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=493" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Faye Travers</a>, <a href="http://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=40" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Thomas Hardwick</a> i <a href="http://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=427" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Nikolai Petrov</a>. Mistrz gry nie kontynuuje rozgrywki.<br />
<br />
W scenariuszu można założyć, że mugolom będącym świadkami przemiany stacjonujący w Dolinie Amnezjator skutecznie usunął pamięć. Faye powinna zostać uznana przez Ministerstwo za kolejną ofiarę anomalii.</div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Faye Travers - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Piszę, więc jestem</span><br />
Rozliczono - Geraldine Yaxley - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic IV</span></div></div>
<br />
[inny avek]https://i.imgur.com/2vpzrZj.png[/inny avek]<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Chociaż dużo osób przeżywało kryzys wiary, Matka wciąż zdawała się dawać znaki, że czuwa. Tylko czy wy ufaliście jeszcze jej osądom?</span><br />
<br />
To był wieczór, wiele dni przed lub wiele dni po pełni księżyca. Dzień, w którym ty, Faye nie mogłaś spodziewać się tego, że do przemiany wezwie cię zew księżyca. Jego tarcza była widoczna na niebie mimo wczesnej pory. Niby nie w pełni, lecz wystarczająco jasny, by jego srebrzyste światło przelewało się przez gęstwiny Kniei i otulało blaskiem odbitych promieni słonecznych wszystko wokół. Wiesz, niektórych rzeczy nie da się łatwo wytłumaczyć, na przykład tego, dlaczego tak wyraźnie czułaś, że Matka cię wzywała. Wraz z tym blaskiem oblewał cię niepokój - twoje serce biło szybciej, a w żyłach pulsowała przedziwna energia, której ostatecznie nie mogłaś się oprzeć. To to samo uczucie, które nawiedza cię każdego miesiąca, to zmuszające cię do chowania się głęboko w szkockich górach i...<br />
<br />
Być może chciałaś krzyknąć „uciekajcie” do ludzi stojących wokół - grupy mugolskich sąsiadów, którzy w przerażeniu obserwowali, jak rośniesz w oczach, a twoje ubranie pęka. Stałaś w otoczeniu strzępów odzienia, wpatrując się w ich przerażone twarze i dotarło do ciebie, że nie czujesz wewnętrznej potrzeby ataku. Zachowałaś świadomość, przynajmniej tyle świadomości, aby nie rozszarpać tych ludzi w szale, a zamiast tego oczarowana czymkolwiek tam dostrzegłaś, wejść do dziczy, w głębię zakazanego lasu, gdzie najpewniej znajdowali się strażnicy Ministerstwa.<br />
<br />
Świadkami tego zdarzenia była dwójka mężczyzn - detektyw Thomas Hardwick i zupełnie przypadkowy mieszkaniec - Nicholas. Obserwowaliście w głębokiej niepewności, jak ciało dziewczyny zaczyna drżeć, jak jej oczy przybierają zwierzęcy blask, aż wreszcie ryczy i znika pomiędzy dębami. I przechodzi wam przez głowę taka myśl, że jest w niebezpieczeństwie, o wiele większym niż ci mugole uciekający teraz w popłochu - bo przecież przebiegając tam zerwała żółtą taśmę z napisem <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">zakaz wstępu do lasu</span>.<br />
<br />
<div class="mgzadanietytul">zadanie od mistrza gry</div><div class="mgzadanie">Jeżeli postanowicie podążać za Faye w waszych zwierzęcych postaciach, po minimum jednej turze wędrówki po lesie wykonajcie rzut kością <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">!Krąg</span>. Faye nie zaatakuje was w formie animaga, ale może stać się agresywna, kiedy śledzą ją ludzie. Nie może to być pierwsza tura w tej rozgrywce. Jeżeli za nią nie idziecie (decydujecie się na inne rozwiązanie sytuacji) interweniuje Eutierria. Scenariusz jest dedykowany <a href="http://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=493" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Faye Travers</a>, <a href="http://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=40" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Thomas Hardwick</a> i <a href="http://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=427" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Nikolai Petrov</a>. Mistrz gry nie kontynuuje rozgrywki.<br />
<br />
W scenariuszu można założyć, że mugolom będącym świadkami przemiany stacjonujący w Dolinie Amnezjator skutecznie usunął pamięć. Faye powinna zostać uznana przez Ministerstwo za kolejną ofiarę anomalii.</div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[lato 1972 // zamknij oczy i powtórz: to nie dzieje się naprawdę]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4046</link>
			<pubDate>Sat, 12 Oct 2024 20:09:05 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=1">Eutierria</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4046</guid>
			<description><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">
Rozliczono - Erik Longbottom - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic III</span></div></div>
[inny avek]https://i.imgur.com/2vpzrZj.png[/inny avek]<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Każdy człowiek w ciągu życia popełnia wiele pomyłek. To ludzkie i nieuniknione. Chodzi jednak o to, by nigdy nie popełnić błędu, który przywiedzie Cię do zguby.</span><br />
<br />
Pomyłki to rzecz ludzka. Każdy ma prawo do pomyłek, chyba że ta pomyłka sprowadzi na ciebie nieszczęście... Ty miałeś wrażenie, że to już się zadziało. Seria niefortunnych zdarzeń, maleńkich potknięć na drodze do celu, które sprawiły że szybowałeś z prędkością światła ku swojej zgubie. Nie mogłeś spać, nie mogłeś jeść. Nie mogłeś się skupić, wszystko leciało ci z rąk. Niedobór snu potrafił płatać naprawdę brzydkie żarty z rzeczywistości i wpływać na percepcję i otaczającą rzeczywistość. Inni to zauważyli, ale przecież to było normalne, prawda? Każdy ma swoje demony, które nie pozwalają spać po nocy. A niedobór snu odbija się na funkcjonowaniu. To było normalne... <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Prawda?</span> Śmiertelnie się pomyliłeś. On żył. Przecież to było oczywiste - jak mogłeś dopuścić do tego, by czekał na ciebie tam, wśród gęstego lasu? Sam? Jakim bratem byłeś, skoro do tego dopuściłeś? Poczułeś ból, gdy wpadłeś na stoliczek, który stał przy drzwiach twojego pokoju. Ten ból wydawało się że cię otrzeźwił, ale przejmujące, ścinające krew w żyłach uczucie nie przeminęło. On cię wzywał - czułeś to. Ta braterska więź, ona była nie do pomylenia z niczym innym. Ruszyłeś w półśnie, w piżamie, w stronę zewu.<br />
<br />
Powiedziałeś im wszystkim, że twój brat nie żyje, ale kłamałeś im tego dnia w żywe oczy. Musiałeś go przecież ukrywać - nikt nie mógł znać prawdy, bo nikt by tej prawdy nie zrozumiał. Poczułeś jak ręce Dory i Erika, którzy się obudzili, chwytają twoją piżamę, ale odtrąciłeś je zdecydowanie. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">On żył</span>, to była jedyna myśl, która pchała cię naprzód. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">On żył i był sam</span>. Nie mogłeś go zostawić. Parłeś więc do przodu, nie bacząc na nic i nikogo, w stronę Kniei. <br />
<br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align">~ ✶ ~</div>
<br />
Menodoro, Eriku, jak moglibyście nie zauważyć, że z Charlesem dzieje się coś nie tak? Być może dlatego tej nocy nie mogliście zasnąć i usłyszeliście, jak chłopak wpada na jeden z mebli, półprzytomnie idąc w kierunku Kniei. Wiedzieliście, że nie powinniście się tam zapuszczać, ale on tak pewny siebie mamrotał, że jego brat potrzebuje pomocy, że... Znajdowaliście się coraz bliżej skraju las. A on? A on szedł w zaparte, próbując uniknąć rzucanych w niego zaklęć.<br />
<br />
<div class="mgzadanietytul">zadanie od mistrza gry</div><div class="mgzadanie">Wszelkie próby zatrzymania Juliena są nieskuteczne - przekonanie o tym, że jego brat żyje jest zbyt silne. Jeżeli decydujecie się za nim iść i wejść do Kniei Godryka, rzućcie kością <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">!Zamknij oczy</span> po minimum 2 turach przedzierania się przez las. Możecie również spróbować zatrzymać Juliena siłą, ale jeżeli nie uda wam się to w dwie tury (jedna próba zaklęcia na post - przy czym Julien ma obowiązek się bronić i odpowiada na każdą waszą akcję), Julien wchodzi do lasu sam, a w wątku zainterweniuje Eutierria. Scenariusz jest dedykowany <a href="http://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=116" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Julien Fitzpatrick</a>, <a href="http://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=26" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Erik Longbottom</a>, <a href="http://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=87" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Dora Crawford</a>. Mistrz gry nie kontynuuje rozgrywki.</div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">
Rozliczono - Erik Longbottom - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic III</span></div></div>
[inny avek]https://i.imgur.com/2vpzrZj.png[/inny avek]<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Każdy człowiek w ciągu życia popełnia wiele pomyłek. To ludzkie i nieuniknione. Chodzi jednak o to, by nigdy nie popełnić błędu, który przywiedzie Cię do zguby.</span><br />
<br />
Pomyłki to rzecz ludzka. Każdy ma prawo do pomyłek, chyba że ta pomyłka sprowadzi na ciebie nieszczęście... Ty miałeś wrażenie, że to już się zadziało. Seria niefortunnych zdarzeń, maleńkich potknięć na drodze do celu, które sprawiły że szybowałeś z prędkością światła ku swojej zgubie. Nie mogłeś spać, nie mogłeś jeść. Nie mogłeś się skupić, wszystko leciało ci z rąk. Niedobór snu potrafił płatać naprawdę brzydkie żarty z rzeczywistości i wpływać na percepcję i otaczającą rzeczywistość. Inni to zauważyli, ale przecież to było normalne, prawda? Każdy ma swoje demony, które nie pozwalają spać po nocy. A niedobór snu odbija się na funkcjonowaniu. To było normalne... <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Prawda?</span> Śmiertelnie się pomyliłeś. On żył. Przecież to było oczywiste - jak mogłeś dopuścić do tego, by czekał na ciebie tam, wśród gęstego lasu? Sam? Jakim bratem byłeś, skoro do tego dopuściłeś? Poczułeś ból, gdy wpadłeś na stoliczek, który stał przy drzwiach twojego pokoju. Ten ból wydawało się że cię otrzeźwił, ale przejmujące, ścinające krew w żyłach uczucie nie przeminęło. On cię wzywał - czułeś to. Ta braterska więź, ona była nie do pomylenia z niczym innym. Ruszyłeś w półśnie, w piżamie, w stronę zewu.<br />
<br />
Powiedziałeś im wszystkim, że twój brat nie żyje, ale kłamałeś im tego dnia w żywe oczy. Musiałeś go przecież ukrywać - nikt nie mógł znać prawdy, bo nikt by tej prawdy nie zrozumiał. Poczułeś jak ręce Dory i Erika, którzy się obudzili, chwytają twoją piżamę, ale odtrąciłeś je zdecydowanie. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">On żył</span>, to była jedyna myśl, która pchała cię naprzód. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">On żył i był sam</span>. Nie mogłeś go zostawić. Parłeś więc do przodu, nie bacząc na nic i nikogo, w stronę Kniei. <br />
<br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align">~ ✶ ~</div>
<br />
Menodoro, Eriku, jak moglibyście nie zauważyć, że z Charlesem dzieje się coś nie tak? Być może dlatego tej nocy nie mogliście zasnąć i usłyszeliście, jak chłopak wpada na jeden z mebli, półprzytomnie idąc w kierunku Kniei. Wiedzieliście, że nie powinniście się tam zapuszczać, ale on tak pewny siebie mamrotał, że jego brat potrzebuje pomocy, że... Znajdowaliście się coraz bliżej skraju las. A on? A on szedł w zaparte, próbując uniknąć rzucanych w niego zaklęć.<br />
<br />
<div class="mgzadanietytul">zadanie od mistrza gry</div><div class="mgzadanie">Wszelkie próby zatrzymania Juliena są nieskuteczne - przekonanie o tym, że jego brat żyje jest zbyt silne. Jeżeli decydujecie się za nim iść i wejść do Kniei Godryka, rzućcie kością <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">!Zamknij oczy</span> po minimum 2 turach przedzierania się przez las. Możecie również spróbować zatrzymać Juliena siłą, ale jeżeli nie uda wam się to w dwie tury (jedna próba zaklęcia na post - przy czym Julien ma obowiązek się bronić i odpowiada na każdą waszą akcję), Julien wchodzi do lasu sam, a w wątku zainterweniuje Eutierria. Scenariusz jest dedykowany <a href="http://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=116" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Julien Fitzpatrick</a>, <a href="http://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=26" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Erik Longbottom</a>, <a href="http://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=87" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Dora Crawford</a>. Mistrz gry nie kontynuuje rozgrywki.</div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[lato 1972 // kołysanka dębów]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4023</link>
			<pubDate>Mon, 07 Oct 2024 01:52:35 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=1">Eutierria</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4023</guid>
			<description><![CDATA[[inny avek]https://i.imgur.com/2vpzrZj.png[/inny avek]<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Kiedy umiera Greengrass, Knieja Godryka zyskuje jedno, nowe drzewo - wasi przodkowie stają się na zawsze częścią wielkiego, gęstego lasu i otoczeni ciężką ciszą czuwają nad wami.</span><br />
<br />
Od kilku dni czuliście w sercach dziwny, nieopisany ciężar, jakby las - wasz las, las waszych przodków spoczywających pod dębami i w nich - nagle przestał być bezpiecznym schronieniem. Złowieszcze, mroczne cienie tułające się po gęstwinie i wrzosowiskach chciały czegoś od Greengrassów, lecz czego - o tym mieliście się dopiero przekonać. Coraz częściej śniliście koszmary o coraz mniej spokojnym wietrze - o szeptach przekazywanych od dębu do dębu, by dotarły do was wreszcie. Przedziwne, zniekształcone, jakby wypowiedziane w obcym języku, ale wciąż zrozumiałe - to była znana wam melodia kołysanki śpiewanej wieczorami przez matki waszego rodu. Drzewa w przerażeniu usypiały się do snu, drżąc w grozie - coś się do nich zbliżało i nie chciało odejść. Tej nocy wydawało wam się, że musi to być sen proroczy. Głosy lasu, wcześniej zaledwie ledwo słyszalne, nasiliły się. Głębokie, metaliczne brzmienia, jakby coś przesuwało się między drzewami, niosąc ze sobą chłód i ciemność. Coś, co było starsze niż sam las, coś, co nie powinno nigdy się przebudzić.<br />
<br />
Dęby, które latami otaczały was opieką, dziś potrzebowały waszej pomocy. Wy, brat i siostra, mieliście zaraz stanąć na skraju dąbrowy, starając się nie dać przytłoczyć przerażającym pomrukom docierającym do was spomiędzy pni. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Wasi przodkowie was wzywali.</span> Pomruki te nie zwiastowały jednak nadejścia leśnych upiorów, co od razu wyczuła Roslyn. Tej nocy spać nie mógł również Samuel, dręczony poczuciem, jakoby jego bratnia dusza znajdowała się w wielkim niebezpieczeństwie i... tak też właśnie było. Znajdowaliście się przecież w trójkę na zapomnianej ścieżce, gdzie marna była szansa na spotkanie strażników z Ministerstwa. Ale czy na pewno chcieliście to zrobić?<br />
<br />
<div class="mgzadanietytul">zadanie od mistrza gry</div><div class="mgzadanie">Jeżeli napiszecie przynajmniej trzy tury przedzierania się przez gęstwinę w kierunku dębów, możecie rzucić kością <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">!Kołysanka</span>. Możecie również zrezygnować z wchodzenia do lasu. Scenariusz jest dedykowany <a href="http://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=421" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Roselyn Greengrass</a> <a href="http://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=463" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Ambroise Greengrass</a> i <a href="http://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=412" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Samuel McGonagall</a>. Mistrz gry nie kontynuuje rozgrywki.</div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[[inny avek]https://i.imgur.com/2vpzrZj.png[/inny avek]<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Kiedy umiera Greengrass, Knieja Godryka zyskuje jedno, nowe drzewo - wasi przodkowie stają się na zawsze częścią wielkiego, gęstego lasu i otoczeni ciężką ciszą czuwają nad wami.</span><br />
<br />
Od kilku dni czuliście w sercach dziwny, nieopisany ciężar, jakby las - wasz las, las waszych przodków spoczywających pod dębami i w nich - nagle przestał być bezpiecznym schronieniem. Złowieszcze, mroczne cienie tułające się po gęstwinie i wrzosowiskach chciały czegoś od Greengrassów, lecz czego - o tym mieliście się dopiero przekonać. Coraz częściej śniliście koszmary o coraz mniej spokojnym wietrze - o szeptach przekazywanych od dębu do dębu, by dotarły do was wreszcie. Przedziwne, zniekształcone, jakby wypowiedziane w obcym języku, ale wciąż zrozumiałe - to była znana wam melodia kołysanki śpiewanej wieczorami przez matki waszego rodu. Drzewa w przerażeniu usypiały się do snu, drżąc w grozie - coś się do nich zbliżało i nie chciało odejść. Tej nocy wydawało wam się, że musi to być sen proroczy. Głosy lasu, wcześniej zaledwie ledwo słyszalne, nasiliły się. Głębokie, metaliczne brzmienia, jakby coś przesuwało się między drzewami, niosąc ze sobą chłód i ciemność. Coś, co było starsze niż sam las, coś, co nie powinno nigdy się przebudzić.<br />
<br />
Dęby, które latami otaczały was opieką, dziś potrzebowały waszej pomocy. Wy, brat i siostra, mieliście zaraz stanąć na skraju dąbrowy, starając się nie dać przytłoczyć przerażającym pomrukom docierającym do was spomiędzy pni. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Wasi przodkowie was wzywali.</span> Pomruki te nie zwiastowały jednak nadejścia leśnych upiorów, co od razu wyczuła Roslyn. Tej nocy spać nie mógł również Samuel, dręczony poczuciem, jakoby jego bratnia dusza znajdowała się w wielkim niebezpieczeństwie i... tak też właśnie było. Znajdowaliście się przecież w trójkę na zapomnianej ścieżce, gdzie marna była szansa na spotkanie strażników z Ministerstwa. Ale czy na pewno chcieliście to zrobić?<br />
<br />
<div class="mgzadanietytul">zadanie od mistrza gry</div><div class="mgzadanie">Jeżeli napiszecie przynajmniej trzy tury przedzierania się przez gęstwinę w kierunku dębów, możecie rzucić kością <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">!Kołysanka</span>. Możecie również zrezygnować z wchodzenia do lasu. Scenariusz jest dedykowany <a href="http://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=421" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Roselyn Greengrass</a> <a href="http://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=463" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Ambroise Greengrass</a> i <a href="http://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=412" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Samuel McGonagall</a>. Mistrz gry nie kontynuuje rozgrywki.</div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[19.08 | Wrzosowska] Kto pierwszy, ten lepszy]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=3510</link>
			<pubDate>Sun, 30 Jun 2024 20:42:58 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=412">Samuel McGonagall</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=3510</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">19.08.1972<br />
<br />
Wrzosowiska</div>
<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">jeden dzień</span><br />
<br />
Poprosiła o jeden dzień tylko dla siebie, dostała obietnicę całego życia. To nie było trudne, gdy serce wyrwane ze swych korzeni, wyrwane z opuszczonej od miesięcy leśniczówki, rwało do jasnowłosej panny Figg, jak nigdy przedtem. Całe te niesnaski, które powitały go o poranku w Londynie odeszły dawno w niepamięć (a przecież to tak niedawno było!), bo oto rozpoczął się absolutnie nowy etap w życiu Samuela.<br />
<br />
Zaczął budować dom.<br />
<br />
Teraz powód aby posiadać warsztat w Dolinie, aby zarabiać pieniądze, aby się starać, cywilizować, aby być jednym z ludzi, normalnych, przyjętych do społeczności, stał się tak silny, że McGonagall sam się sobie dziwił jak wiele robił i jak mało spał. Fundamenty na murach Warowni wskazane przez Brennę okazały się w dobrym stanie, w miasteczku nastąpiło poruszenie w związku z faktem, że dobry duch który od trzech miesięcy reperował ludziom szafki za przysłowiowy słoik konfitur w końcu postanowił osiąść. Ludzie przychodzili i wspierali, czasem siłą mięśni, czasem jadłem dla pracowników, czasem sami coś podziałali, poczarowali, czy też odsłonili spalone słońcem przedramiona i pomogli wznieść ścianę. Był też oczywiście Nikolai, który współdzielił to szczęście pokrewieństwem nie tyle genów, a niedźwiedziej duszy, a Samuel odkrył że nie ma nic lepszego niż dzielić z kimś szczęście, bo ono wtedy się straszliwie szybko namnażało. <br />
<br />
Zaczął walczyć z klątwą.<br />
<br />
Choć może nie walczyć, ale podjął próbę zrozumienia jej. Pani Bulstrode powiedziała – kształtowanie. Więc kształtował. Rankami, zaraz o świcie, gdy oporządził Białkę i Miłkę, gdy skosił kolejne połacie zieleni, gdy zawalczył z kompostem, aby ten nikogo nie zjadł. Kształtował o zmierzchu, choćby to nawet było utkanie z magii zielonej kuli, zielonego serca, które chciał złożyć u stóp swojej ukochanej. Kształtował, bo w końcu zrozumiał, że ataki pnączy to nie jest sprawka Kniei, więc nie czuł tą działalnością, że sprzeniewierzałby się swojemu bóstwu. Oczywiście pozostała kwestia wielkiego dysonansu w głowie dotycząca spraw związanych z jego matką i tym co mu do tej głowy kładła, ale może to nie teraz, nie dziś, nie kiedy tyle rzeczy jest do zrobienia, a doba choć długa, była zdecydowanie krótka na wszystko co planował uczynić.<br />
<br />
W końcu przyszła sobota, dzień najświętszy, dzień spotkania z Norą i jej śliczną córeczką. Wszystko miał zaplanowane. Jadło od Lizzy, kompot w słoiku i ciasteczka, które sam <span style="text-decoration: line-through;" class="mycode_s">spalił</span> upiekł. Miał kanapki, miał mięsiwo od Malwy i ser, miał w końcu śmieszne serweteczki i zaklęty dzban z ciepłą herbatą. Poprosił tez Nikolaia, bo planował <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">niespodziankę</span>, ale też dlatego, że chciał przedstawić Norze swojego przyjaciela, chciał by tak jak on stawał się częścią jej życia, tak ona zasmakowała jego. Inaczej niż kiedyś, gdy oboje trzymali swój związek w tajemnicy. Inaczej, znaczyło bowiem lepiej.<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– To tu!</span> – pokazał po długim spacerze od Warowni na skraj Doliny Godryka połacie fioletu pośród których rosły zęby dawnych domostw pierwszych osadników. Gdzieś w oddali cierpiąca Knieja mogła patrzeć na nich w chwili radości, Sam gdyby mógł zabrałby je na pierwszej randce do lasu, ale nie teraz, nie gdy las ten był przeklęty. Wrzosowiska jednak były najbliżej, szara strefa, bezpieczna, choć pachnąca wiekowym igliwiem, pełna zielonego poszumu i magii tchnącej spomiędzy drzew. <br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Teraz najważniejsze pytanie... Chcecie najpierw jeść... czy się ścigać?</span> – nic nie mówił wcześniej o niespodziance, ale cała twarz kraśniała mu z ekscytacji. Był ogolony, włosy miał przycięte niemalże jak na potancówce, na której głupia piosenka popchnęła ich ku sobie i o to różnymi dziwacznymi drogami dotarli w to miejsce. Westchnął i spojrzał na ludzi, którzy pół roku temu nie istnieli w jego przestrzeni wcale, a teraz proszę... Czy mógł ich nazwać swoją rodziną, czy byłoby to jeszcze zbyt szybko?]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">19.08.1972<br />
<br />
Wrzosowiska</div>
<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">jeden dzień</span><br />
<br />
Poprosiła o jeden dzień tylko dla siebie, dostała obietnicę całego życia. To nie było trudne, gdy serce wyrwane ze swych korzeni, wyrwane z opuszczonej od miesięcy leśniczówki, rwało do jasnowłosej panny Figg, jak nigdy przedtem. Całe te niesnaski, które powitały go o poranku w Londynie odeszły dawno w niepamięć (a przecież to tak niedawno było!), bo oto rozpoczął się absolutnie nowy etap w życiu Samuela.<br />
<br />
Zaczął budować dom.<br />
<br />
Teraz powód aby posiadać warsztat w Dolinie, aby zarabiać pieniądze, aby się starać, cywilizować, aby być jednym z ludzi, normalnych, przyjętych do społeczności, stał się tak silny, że McGonagall sam się sobie dziwił jak wiele robił i jak mało spał. Fundamenty na murach Warowni wskazane przez Brennę okazały się w dobrym stanie, w miasteczku nastąpiło poruszenie w związku z faktem, że dobry duch który od trzech miesięcy reperował ludziom szafki za przysłowiowy słoik konfitur w końcu postanowił osiąść. Ludzie przychodzili i wspierali, czasem siłą mięśni, czasem jadłem dla pracowników, czasem sami coś podziałali, poczarowali, czy też odsłonili spalone słońcem przedramiona i pomogli wznieść ścianę. Był też oczywiście Nikolai, który współdzielił to szczęście pokrewieństwem nie tyle genów, a niedźwiedziej duszy, a Samuel odkrył że nie ma nic lepszego niż dzielić z kimś szczęście, bo ono wtedy się straszliwie szybko namnażało. <br />
<br />
Zaczął walczyć z klątwą.<br />
<br />
Choć może nie walczyć, ale podjął próbę zrozumienia jej. Pani Bulstrode powiedziała – kształtowanie. Więc kształtował. Rankami, zaraz o świcie, gdy oporządził Białkę i Miłkę, gdy skosił kolejne połacie zieleni, gdy zawalczył z kompostem, aby ten nikogo nie zjadł. Kształtował o zmierzchu, choćby to nawet było utkanie z magii zielonej kuli, zielonego serca, które chciał złożyć u stóp swojej ukochanej. Kształtował, bo w końcu zrozumiał, że ataki pnączy to nie jest sprawka Kniei, więc nie czuł tą działalnością, że sprzeniewierzałby się swojemu bóstwu. Oczywiście pozostała kwestia wielkiego dysonansu w głowie dotycząca spraw związanych z jego matką i tym co mu do tej głowy kładła, ale może to nie teraz, nie dziś, nie kiedy tyle rzeczy jest do zrobienia, a doba choć długa, była zdecydowanie krótka na wszystko co planował uczynić.<br />
<br />
W końcu przyszła sobota, dzień najświętszy, dzień spotkania z Norą i jej śliczną córeczką. Wszystko miał zaplanowane. Jadło od Lizzy, kompot w słoiku i ciasteczka, które sam <span style="text-decoration: line-through;" class="mycode_s">spalił</span> upiekł. Miał kanapki, miał mięsiwo od Malwy i ser, miał w końcu śmieszne serweteczki i zaklęty dzban z ciepłą herbatą. Poprosił tez Nikolaia, bo planował <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">niespodziankę</span>, ale też dlatego, że chciał przedstawić Norze swojego przyjaciela, chciał by tak jak on stawał się częścią jej życia, tak ona zasmakowała jego. Inaczej niż kiedyś, gdy oboje trzymali swój związek w tajemnicy. Inaczej, znaczyło bowiem lepiej.<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– To tu!</span> – pokazał po długim spacerze od Warowni na skraj Doliny Godryka połacie fioletu pośród których rosły zęby dawnych domostw pierwszych osadników. Gdzieś w oddali cierpiąca Knieja mogła patrzeć na nich w chwili radości, Sam gdyby mógł zabrałby je na pierwszej randce do lasu, ale nie teraz, nie gdy las ten był przeklęty. Wrzosowiska jednak były najbliżej, szara strefa, bezpieczna, choć pachnąca wiekowym igliwiem, pełna zielonego poszumu i magii tchnącej spomiędzy drzew. <br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Teraz najważniejsze pytanie... Chcecie najpierw jeść... czy się ścigać?</span> – nic nie mówił wcześniej o niespodziance, ale cała twarz kraśniała mu z ekscytacji. Był ogolony, włosy miał przycięte niemalże jak na potancówce, na której głupia piosenka popchnęła ich ku sobie i o to różnymi dziwacznymi drogami dotarli w to miejsce. Westchnął i spojrzał na ludzi, którzy pół roku temu nie istnieli w jego przestrzeni wcale, a teraz proszę... Czy mógł ich nazwać swoją rodziną, czy byłoby to jeszcze zbyt szybko?]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[06.08 | Jezioro] Millie & Nikolai]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=3386</link>
			<pubDate>Thu, 06 Jun 2024 08:30:36 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=418">Millie Moody</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=3386</guid>
			<description><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Millie Moody - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic</span></div></div>
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">06.08<br />
<br />
Jezioro</div>
<br />
Wesele zniszczyło ją psychicznie.<br />
<br />
To znaczy nie zniszczyło, bo Mildred Moddy była jebanym karaluchem i nic nie było w stanie jej zniszczyć psychicznie, nic bardziej niż ona sama. Liczne konfrontacje z przeszłością i teraźniejszością, ale przede wszystkim maska, jaką nałożyła na twarz wraz z magicznym makijażem i suknią, która sprawiała, że czuła się naga, choć wcale nie, bo przecież materiał ciasno zakrywał jej ciało i duszę... Ogólnie miała przejebane, no najprościej było określić to w taki sposób. Następnego dnia miała ze swoimi przyjaciółmi świętować urodziny, a takie daty niestety też zachęcały do niewygodnych przemyśleń. Kim była do kurwy nędzy? O co jej chodziło? Czy widziadła kiedyś się skończą? Dlaczego nie mogła być normalna? Czy chciałaby być normalna?<br />
<br />
O poranku woda w jeziorze była akceptowalna, więc zasuwała w te i we wte, przecinając taflę prostym cięciem. Plask plask plask, szybki kraul rozruszał jej zmartwiałe witki. Pobyt w lecznicy dusz (trzy pierdolone miesiące! No dobrze, dwa, bo pierwszy to była śpiączka i kolejne to <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">ponoć</span> niezbędna rekonwalescencja) wyniszczył jej ciało, czuła się taka słaba. Po przepłynięciu kilkudziesięciu metrów już dostawała zadyszki. Chwile nie patrzeć! A może to wiek? <br />
<br />
Plusk plusk plusk tym razem żabka. Było nieco lepiej, wolniej, miarowiej, kurwa nudniej. Jak pływała żabką to wtedy miała wrażenie, że wszystkie jej wątpliwości i obawy oblepiają ją nie gorzej niż żabi skrzek, czy też ten paskudny śluz, którym były pokryte. Yayks! <br />
<br />
W końcu wypełzła na plażę, drobna, wychudzona, o bladej, lekko różowiącej się od chłodu i wysiłku skórze. Czarne włosy przylepione były do ciała i twarzy, sięgały jej niemal pasa. Wyglądała jak upiór, topielica, która postanowiła wyjść na żer za dnia. Chwyciła za ręcznik i zaczęła powoli wycierać skórę zastanawiając się czy Bertie znowu zrobi śniadanie na słodko. Oby nie...<br />
<br />
Millie przyzwyczajona była, że o tej porze nad jeziorem nawet w miejscu wyznaczonym do pływania nikogo nie zastanie. Jakże się myliła...]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Millie Moody - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic</span></div></div>
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">06.08<br />
<br />
Jezioro</div>
<br />
Wesele zniszczyło ją psychicznie.<br />
<br />
To znaczy nie zniszczyło, bo Mildred Moddy była jebanym karaluchem i nic nie było w stanie jej zniszczyć psychicznie, nic bardziej niż ona sama. Liczne konfrontacje z przeszłością i teraźniejszością, ale przede wszystkim maska, jaką nałożyła na twarz wraz z magicznym makijażem i suknią, która sprawiała, że czuła się naga, choć wcale nie, bo przecież materiał ciasno zakrywał jej ciało i duszę... Ogólnie miała przejebane, no najprościej było określić to w taki sposób. Następnego dnia miała ze swoimi przyjaciółmi świętować urodziny, a takie daty niestety też zachęcały do niewygodnych przemyśleń. Kim była do kurwy nędzy? O co jej chodziło? Czy widziadła kiedyś się skończą? Dlaczego nie mogła być normalna? Czy chciałaby być normalna?<br />
<br />
O poranku woda w jeziorze była akceptowalna, więc zasuwała w te i we wte, przecinając taflę prostym cięciem. Plask plask plask, szybki kraul rozruszał jej zmartwiałe witki. Pobyt w lecznicy dusz (trzy pierdolone miesiące! No dobrze, dwa, bo pierwszy to była śpiączka i kolejne to <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">ponoć</span> niezbędna rekonwalescencja) wyniszczył jej ciało, czuła się taka słaba. Po przepłynięciu kilkudziesięciu metrów już dostawała zadyszki. Chwile nie patrzeć! A może to wiek? <br />
<br />
Plusk plusk plusk tym razem żabka. Było nieco lepiej, wolniej, miarowiej, kurwa nudniej. Jak pływała żabką to wtedy miała wrażenie, że wszystkie jej wątpliwości i obawy oblepiają ją nie gorzej niż żabi skrzek, czy też ten paskudny śluz, którym były pokryte. Yayks! <br />
<br />
W końcu wypełzła na plażę, drobna, wychudzona, o bladej, lekko różowiącej się od chłodu i wysiłku skórze. Czarne włosy przylepione były do ciała i twarzy, sięgały jej niemal pasa. Wyglądała jak upiór, topielica, która postanowiła wyjść na żer za dnia. Chwyciła za ręcznik i zaczęła powoli wycierać skórę zastanawiając się czy Bertie znowu zrobi śniadanie na słodko. Oby nie...<br />
<br />
Millie przyzwyczajona była, że o tej porze nad jeziorem nawet w miejscu wyznaczonym do pływania nikogo nie zastanie. Jakże się myliła...]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[15.07 popołudnie | Wrzosowisko] Gdzie dwóch się bije tam niedźwiedź korzysta.]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=3122</link>
			<pubDate>Mon, 15 Apr 2024 22:42:51 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=412">Samuel McGonagall</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=3122</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">15.07.1972 popołudnie<br />
<br />
Knieja Godryka, Wrzosowisko </div>
<br />
Minął prawie miesiąc od feralnego wydarzenia, które miało miejsce na Wrzosowisku. Ot przestraszył jednego maga tak, że ten zemdlał biedaczek prawie na śmierć, ale jednak nie umarł, więc nie było aż takiego nad tym płakania. <br />
<br />
Samuel w normalnych warunkach potrafił całe dnie spędzać w niedźwiedziej formie. W normalnych - czyli takich domowych, gdy domem jest leśniczówka po środku dziewiczej puszczy, leśniczówka nad którą rośnie wielki rozłożysty dąb w którego gałęziach skrywają się świergotniki, która ma sporą stodółkę na wszystkie znalezione pośród leśnego runa zranione zwierzęta, leśniczówkę, która jest domem dla niego i dwóch wspaniałych kóz Białki i Miłki oraz jednej nie tak wspaniałej kury Corgi. Tak, cały czas w swojej głowie używał czasu teraźniejszego, bowiem nie uważał się za uchodźcę, tylko za "chwilowego gościa", który za chwilę za moment mały powróci. Może po zimie. Może wtedy.<br />
<br />
Nie zmieniało to postaci rzeczy, że czasem po prostu <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">musiał</span>rozchodzić nerwy. Wściekły klient, znów jakieś niezrozumiałe wyrzuty, mowa ciała i ukryte znaczenia słów, których po prostu nie rozumiał, czasem napytało mu to biedy. Wtedy najlepiej było iść na wrzosowiska, z daleka od zabudowań, a blisko linii lasu i być sobą. Być wielką bestią, mogącą złamać kark delikwentowi jednym kłapnięciem. Być niedźwiedziem, który nie musiał zmagać się z dokumentacją, nie musiał wiedzieć co to znaczy "wystawić rachunek" i dlaczego Lizzy nakłania go żeby pracował za galeony a nie kiełbasy i butelki bimbru. <br />
<br />
Bycie niedźwiedziem było piękne. Największe zmartwienie? Drapanie po plecach. Najlepsze rozwiązanie? Tarcie plecami o korę drzewa. <br />
Problem rozwiązany, życie było takie piękne, kiedy pomimo grubego futra rozchodziła się fala przyjemności. <br />
<br />
I właśnie sobie stał koło takiego drzewa, niepomny na fakt, że było to <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">to samo drzewo</span> gdzie jakiś czas temu skryła się przed oczyma ludzi spłoszona hipogryfka. Stał rozciągnięty na te trzy i pół metra i kręcił ochoczo biodrami, wydobywając z siebie pomruk pełen niedźwiedziej przyjemności. <br />
<br />
Na prawdę nie był w stanie zrozumieć tych wszystkich magów, którzy nie byli animagami. Nie było nic lepszego po ciężkim dniu...<br />
<br />
[inny avek]https://i.imgur.com/O2Tk1ij.png[/inny avek]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">15.07.1972 popołudnie<br />
<br />
Knieja Godryka, Wrzosowisko </div>
<br />
Minął prawie miesiąc od feralnego wydarzenia, które miało miejsce na Wrzosowisku. Ot przestraszył jednego maga tak, że ten zemdlał biedaczek prawie na śmierć, ale jednak nie umarł, więc nie było aż takiego nad tym płakania. <br />
<br />
Samuel w normalnych warunkach potrafił całe dnie spędzać w niedźwiedziej formie. W normalnych - czyli takich domowych, gdy domem jest leśniczówka po środku dziewiczej puszczy, leśniczówka nad którą rośnie wielki rozłożysty dąb w którego gałęziach skrywają się świergotniki, która ma sporą stodółkę na wszystkie znalezione pośród leśnego runa zranione zwierzęta, leśniczówkę, która jest domem dla niego i dwóch wspaniałych kóz Białki i Miłki oraz jednej nie tak wspaniałej kury Corgi. Tak, cały czas w swojej głowie używał czasu teraźniejszego, bowiem nie uważał się za uchodźcę, tylko za "chwilowego gościa", który za chwilę za moment mały powróci. Może po zimie. Może wtedy.<br />
<br />
Nie zmieniało to postaci rzeczy, że czasem po prostu <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">musiał</span>rozchodzić nerwy. Wściekły klient, znów jakieś niezrozumiałe wyrzuty, mowa ciała i ukryte znaczenia słów, których po prostu nie rozumiał, czasem napytało mu to biedy. Wtedy najlepiej było iść na wrzosowiska, z daleka od zabudowań, a blisko linii lasu i być sobą. Być wielką bestią, mogącą złamać kark delikwentowi jednym kłapnięciem. Być niedźwiedziem, który nie musiał zmagać się z dokumentacją, nie musiał wiedzieć co to znaczy "wystawić rachunek" i dlaczego Lizzy nakłania go żeby pracował za galeony a nie kiełbasy i butelki bimbru. <br />
<br />
Bycie niedźwiedziem było piękne. Największe zmartwienie? Drapanie po plecach. Najlepsze rozwiązanie? Tarcie plecami o korę drzewa. <br />
Problem rozwiązany, życie było takie piękne, kiedy pomimo grubego futra rozchodziła się fala przyjemności. <br />
<br />
I właśnie sobie stał koło takiego drzewa, niepomny na fakt, że było to <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">to samo drzewo</span> gdzie jakiś czas temu skryła się przed oczyma ludzi spłoszona hipogryfka. Stał rozciągnięty na te trzy i pół metra i kręcił ochoczo biodrami, wydobywając z siebie pomruk pełen niedźwiedziej przyjemności. <br />
<br />
Na prawdę nie był w stanie zrozumieć tych wszystkich magów, którzy nie byli animagami. Nie było nic lepszego po ciężkim dniu...<br />
<br />
[inny avek]https://i.imgur.com/O2Tk1ij.png[/inny avek]]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[22.06.1972] "Bar u Lizzie" Gentlemeni piją dopiero po dwunastej - Sam i Isaac]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=2999</link>
			<pubDate>Wed, 27 Mar 2024 13:03:56 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=424">Isaac Bagshot</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=2999</guid>
			<description><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono osiągnięcie - Isaac Bagshot - <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Piszę więc jestem</span><br />
Rozliczono - Samuel McGonagall - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Piszę, więc jestem</span></div></div>
<br />
<br />
<br />
Isaac dzisiejszego poranka wysłał sowę do Ministerstwa, że niestety nie stawi się w pracy z powodu rozstroju żołądka. Było to oczywiście wierutne kłamstwo, jednak wiedział, że Anthony by mu to wybaczył. Przez prawie całą noc przekopywał się przez stare wydania Proroka Codziennego. Miał świetnie wyćwiczoną pamięć, więc złapał się na tym, że zapamiętał daty publikacji wszystkich ważnych dla siebie artykułów. Nie chciał zaprzątać sobie tym jednak głowy, więc skorzystał ze swojej myślodsiewni, żeby pozbyć się chwilowo niepotrzebnych informacji. Był to naprawde wspaniały wynalazek, który przy pracy historyka lub pisarza, sprawdzał się doskonale. Każdy z rodziny Baghsotów dostawał swoją własną myślodsiewnia tuż po narodzinach. W końcu to oni ją wymyślili, a tradycje i przekazywanie dziedzictwa w tej rodzinie były bardzo ważne. Isaac zaczął jednak używać swojej dopiero kiedy opuścił Anglię. <br />
Kilka dni temu wysłał list do swojej ciotki - Batildy Bagshot, mieszkającej w Dolinie Godryka. Ta jednak nie odpisała na jego wiadomość, więc zaczął się trochę martwić. Postanowił więc zrobić sobie krótką drzemkę i odwiedzić ja osobiście. <br />
<br />
Stojąc przed domem ciotki, pocałował klamkę i przeczytał wiadomość którą przyczepiła do drzwi od swojego domu.<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">“Wyjechałam, nie szukajcie mnie. Batilda.”</span><br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><br />
-No tak, typowe…</span> - Mruknął sam do siebie. Odpalił papierosa i uznał, że skoro już tu jest, to warto się trochę przespacerować. Poprawił marynarkę oraz kapelusz który miał na głowie, po czym ruszył przed siebie. Szedł dość długo, kontemplując ciszę oraz “zachwycając się” naturą która była w tych okolicach wyjątkowo… zachwycająca? Tak naprawdę, to miał nadzieję, że nie zaatakuje go żaden pająk. Nienawidził pająków. Był pewien, że jeśli jego boogin miałby się w coś zamienić, to na pewno byłby to ogromny, włochaty pająk!<br />
Idąc więc pustą drogą i paląc papierosa za papierosem (spacer dla zdrowotności), natrafił na bar “U Lizzy”. No cóż. Teraz wypadałoby się nawodnić dla zdrowotności, prawda? Może ognista whisky? Albo piwem? Chyba lepiej ognistą. Po piwie czuł się jakiś taki ciężki. <br />
Wszedł więc do środka i zdjął kapelusz. Rozejrzał się w poszukiwaniu baru i wyciągnął z kieszeni zegarek. Sprawdzając godzinę ruszył przed siebie i przez przypadek na kogoś wpadł. <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">-O, przepraszam…</span> - Powiedział od razu a kapelusz wypadł mu z ręki.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono osiągnięcie - Isaac Bagshot - <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Piszę więc jestem</span><br />
Rozliczono - Samuel McGonagall - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Piszę, więc jestem</span></div></div>
<br />
<br />
<br />
Isaac dzisiejszego poranka wysłał sowę do Ministerstwa, że niestety nie stawi się w pracy z powodu rozstroju żołądka. Było to oczywiście wierutne kłamstwo, jednak wiedział, że Anthony by mu to wybaczył. Przez prawie całą noc przekopywał się przez stare wydania Proroka Codziennego. Miał świetnie wyćwiczoną pamięć, więc złapał się na tym, że zapamiętał daty publikacji wszystkich ważnych dla siebie artykułów. Nie chciał zaprzątać sobie tym jednak głowy, więc skorzystał ze swojej myślodsiewni, żeby pozbyć się chwilowo niepotrzebnych informacji. Był to naprawde wspaniały wynalazek, który przy pracy historyka lub pisarza, sprawdzał się doskonale. Każdy z rodziny Baghsotów dostawał swoją własną myślodsiewnia tuż po narodzinach. W końcu to oni ją wymyślili, a tradycje i przekazywanie dziedzictwa w tej rodzinie były bardzo ważne. Isaac zaczął jednak używać swojej dopiero kiedy opuścił Anglię. <br />
Kilka dni temu wysłał list do swojej ciotki - Batildy Bagshot, mieszkającej w Dolinie Godryka. Ta jednak nie odpisała na jego wiadomość, więc zaczął się trochę martwić. Postanowił więc zrobić sobie krótką drzemkę i odwiedzić ja osobiście. <br />
<br />
Stojąc przed domem ciotki, pocałował klamkę i przeczytał wiadomość którą przyczepiła do drzwi od swojego domu.<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">“Wyjechałam, nie szukajcie mnie. Batilda.”</span><br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><br />
-No tak, typowe…</span> - Mruknął sam do siebie. Odpalił papierosa i uznał, że skoro już tu jest, to warto się trochę przespacerować. Poprawił marynarkę oraz kapelusz który miał na głowie, po czym ruszył przed siebie. Szedł dość długo, kontemplując ciszę oraz “zachwycając się” naturą która była w tych okolicach wyjątkowo… zachwycająca? Tak naprawdę, to miał nadzieję, że nie zaatakuje go żaden pająk. Nienawidził pająków. Był pewien, że jeśli jego boogin miałby się w coś zamienić, to na pewno byłby to ogromny, włochaty pająk!<br />
Idąc więc pustą drogą i paląc papierosa za papierosem (spacer dla zdrowotności), natrafił na bar “U Lizzy”. No cóż. Teraz wypadałoby się nawodnić dla zdrowotności, prawda? Może ognista whisky? Albo piwem? Chyba lepiej ognistą. Po piwie czuł się jakiś taki ciężki. <br />
Wszedł więc do środka i zdjął kapelusz. Rozejrzał się w poszukiwaniu baru i wyciągnął z kieszeni zegarek. Sprawdzając godzinę ruszył przed siebie i przez przypadek na kogoś wpadł. <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">-O, przepraszam…</span> - Powiedział od razu a kapelusz wypadł mu z ręki.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[13.08.1972r.] Ursus arctos & Equus caballus]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=2863</link>
			<pubDate>Thu, 07 Mar 2024 21:49:19 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=404">Neil Enfer</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=2863</guid>
			<description><![CDATA[Neil realizuje tutaj prompt letni: <a href="http://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=1588&amp;pid=15339#pid15339" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">Burzowe chmury</a><br />
<br />
Przyglądał się niebu rozpalonemu na wszystkie odcienie pomarańczu przez zachodzące słońce. Gwiazdy przebijały się przez kolory połyskującym srebrem, a pierwsza kwadra była coraz bardziej widoczna. Opuścił wzrok patrząc na wrzosowisko jakie miał przed sobą, a które z każdą chwilą coraz bardziej ginęło w mroku, jakiego nie mógł sobie rozświetlić <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">lumos</span> przez brak różdżki. Powinien sobie najpierw ją kupić, a później wałęsać się samotnie po nieznanej okolicy, ale chyba nie miał ws obie aż tyle instynktów przetrwania. Teraz ani czary, ani animagia go nie uratują, jedyne do czego mógłby się odwołać to wilkołactwo, ale na nie przyjdzie już niedługo czas, ma jeszcze tydzień nacieszyć się wolnością, choć już czasami miał wrażenie, jak coś go swędzi pod skórą.<br />
Postawił pierwszy krok, wychodząc na polanę. Rozpuszczone włosy opadały na ramiona. Ostatnio nieźle urosły, widać nowe szampony działały jak powinny, z czego był niezwykle zadowolony, zwłaszcza, że były jego własnej roboty, bo po incydencie z wyrośnięciem mu kaktusa wolał nie ryzykować więcej z kupnymi środkami higieny. W plecaku brzdękały cicho słoiki i butelki z wódką, nieco opróżnione, czy to teraz dla odwagi, czy w domu, to nie miało znaczenia, rośliny i tak do niego mówiły. Nawoływały, przyciągały do siebie, przestając dopiero gdy ułożył na nich dłonie, zbadał w palcach twarde owoce dzikiej żurawiny, jeszcze nieco za młode, by je jeść, ale idealne, by nadać alkoholowi interesujący smak.<br />
Uklęknął na ziemi, zdjął plecak i po chwili po przetarciu owocków bluzką wrzucał świeżo zerwane, czerwone kulki do butelki z przezroczystym, pachnącym szalenie specyficznie płynem. Czerwień grała z refleksami szkła i przebijającą się za nim zielenią, szczęśliwie nie zostawiając ani kropli na białek koszuli wilkołaka, który zakręcił butelkę i schował do plecaka. Klęcząc wziął głęboki wdech, napawając się świeżością, wyłapując zmianę w powietrzu. Coś się zbliżało. Gorąc przeplatał się z chłodem, bezchmurne niebo powoli zaczynało naciągać na siebie ciężką, szarą płachtę, ale póki co żadne krople nie padały na ziemię. Chciał deszczu, chciał by go obmył z wszystkich myśli jakie miał, z każdej wątpliwości, a nadziei tak bezsensownych, że zaczynał wątpić w swój intelekt i lata doświadczeń. To nigdy się nie kończyło dobrze, a jednak dalej go to tego ciągnęło. Wmawiał sobie, że to koniec, że to ostatni raz, a jednak serce dalej chciało swego. Dlatego tu był. Co jakiś czas wracał, licząc, że coś się zmieni, ale nic się nigdy nie zmieniało...]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Neil realizuje tutaj prompt letni: <a href="http://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=1588&amp;pid=15339#pid15339" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">Burzowe chmury</a><br />
<br />
Przyglądał się niebu rozpalonemu na wszystkie odcienie pomarańczu przez zachodzące słońce. Gwiazdy przebijały się przez kolory połyskującym srebrem, a pierwsza kwadra była coraz bardziej widoczna. Opuścił wzrok patrząc na wrzosowisko jakie miał przed sobą, a które z każdą chwilą coraz bardziej ginęło w mroku, jakiego nie mógł sobie rozświetlić <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">lumos</span> przez brak różdżki. Powinien sobie najpierw ją kupić, a później wałęsać się samotnie po nieznanej okolicy, ale chyba nie miał ws obie aż tyle instynktów przetrwania. Teraz ani czary, ani animagia go nie uratują, jedyne do czego mógłby się odwołać to wilkołactwo, ale na nie przyjdzie już niedługo czas, ma jeszcze tydzień nacieszyć się wolnością, choć już czasami miał wrażenie, jak coś go swędzi pod skórą.<br />
Postawił pierwszy krok, wychodząc na polanę. Rozpuszczone włosy opadały na ramiona. Ostatnio nieźle urosły, widać nowe szampony działały jak powinny, z czego był niezwykle zadowolony, zwłaszcza, że były jego własnej roboty, bo po incydencie z wyrośnięciem mu kaktusa wolał nie ryzykować więcej z kupnymi środkami higieny. W plecaku brzdękały cicho słoiki i butelki z wódką, nieco opróżnione, czy to teraz dla odwagi, czy w domu, to nie miało znaczenia, rośliny i tak do niego mówiły. Nawoływały, przyciągały do siebie, przestając dopiero gdy ułożył na nich dłonie, zbadał w palcach twarde owoce dzikiej żurawiny, jeszcze nieco za młode, by je jeść, ale idealne, by nadać alkoholowi interesujący smak.<br />
Uklęknął na ziemi, zdjął plecak i po chwili po przetarciu owocków bluzką wrzucał świeżo zerwane, czerwone kulki do butelki z przezroczystym, pachnącym szalenie specyficznie płynem. Czerwień grała z refleksami szkła i przebijającą się za nim zielenią, szczęśliwie nie zostawiając ani kropli na białek koszuli wilkołaka, który zakręcił butelkę i schował do plecaka. Klęcząc wziął głęboki wdech, napawając się świeżością, wyłapując zmianę w powietrzu. Coś się zbliżało. Gorąc przeplatał się z chłodem, bezchmurne niebo powoli zaczynało naciągać na siebie ciężką, szarą płachtę, ale póki co żadne krople nie padały na ziemię. Chciał deszczu, chciał by go obmył z wszystkich myśli jakie miał, z każdej wątpliwości, a nadziei tak bezsensownych, że zaczynał wątpić w swój intelekt i lata doświadczeń. To nigdy się nie kończyło dobrze, a jednak dalej go to tego ciągnęło. Wmawiał sobie, że to koniec, że to ostatni raz, a jednak serce dalej chciało swego. Dlatego tu był. Co jakiś czas wracał, licząc, że coś się zmieni, ale nic się nigdy nie zmieniało...]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[4.08.72] Jezioro | Aren't you tired trying to fill that void?]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=2852</link>
			<pubDate>Tue, 05 Mar 2024 18:33:42 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=412">Samuel McGonagall</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=2852</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">4.08.1972<br />
<br />
Dolina Godryka<br />
<br />
<img src="https://i.imgur.com/LvRLp2J.png" loading="lazy"  alt="[Obrazek: LvRLp2J.png]" class="mycode_img" /><br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Sto­ję so­bie nad je­zio­rem,<br />
W pier­si rzew­ne tłu­mię żale<br />
I ka­my­czek po ka­mycz­ku<br />
Rzu­cam z wol­na hen na fale.</span><br />
</div>
<br />
W środku wszyscy doskonale się bawili, z zewnątrz nie wyglądało to tak zjawiskowo. <br />
<br />
I nie chodziło o to, że się źle bawił. W sumie... nie bawił się wcale. Dla Samuela zabawa miała zdecydowanie odmienną definicję, aniżeli przebywanie pośród ludzi w głośnym i zupełnie obcym (choć bezsprzecznie udającym swojskie) środowisku. Muzyka bardzo szybko stała się uciążliwa, zbyt głośna. Ciało z ulgą przyjęło chłód sierpniowej nocy, pozwalając winu i efektom magicznych drinków do końca ulecieć w niebo. <br />
<br />
Znalazł sobie drzewo, takie prawdziwe, z widokiem na wyjście i czekał.<br />
<br />
Taniec wyprowadził go z równowagi, trzeba było to przyznać autorowi i słowom, że trafiał w samo sedno. Wszystkie jego problemy, TE problemy, były wczoraj odległe, Nora była zakopana wraz z całym gąszczem uczuć gdzieś głęboko, w piwnicy jego podświadomości. To był zamknięty rozdział, który czasem dawał o sobie znać, a teraz... teraz gdy od maja przebywał niemal bez przerwy w Dolinie Godryka... teraz ten rozdział coraz dobitniej stawał się jego teraźniejszością, a każda chwila, każde uderzenie serca przybliżało go do tego momentu...<br />
<br />
... do konfrontacji.<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i"><br />
Nie było o czym rozmawiać.</span> <br />
<br />
Wmawiał to sobie tyle lat, ba! nawet o tym nie myślał, nie miał sobie czego wmawiać. Powiedzieli sobie wszystko, wtedy, na peronie gdy pojawił się bez walizki i oznajmił jej, że zostaje. Że to koniec.<br />
<br />
Możliwe, że tylko śmierć obwieściłaby koniec ostateczny, a oboje żyli, oboje trwali, oboje wzrastali z wielką raną zadaną sobie na wzajem niemalże dekadę temu.<br />
<br />
Oddychał spokojnie, ubrany w koszulę i garnitur Morpheusa Longbottoma, stojąc pod zabawą zorganizowaną w pełni przez Brennę Longbottom, bojąc się, że zaraz zobaczy ich razem: Erika również Longbottoma i Norę, że znowu poczuje coś, czego smaku nie znał i nie rozumiał. Przed czym chciał uciec, a co pokazywało mu, że wrażliwe serce wciąż bije, że chciałoby wiele, o wiele więcej niż miało w tej chwili.<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Trzeba to sobie w końcu wyjaśnić.</span><br />
<br />
Tak mówił sobie, tak powtarzał, ukoronowany posrebrzanym diademem, czekając w chłodzie sierpniowej nocy. Prawie już trzeźwy, niepewny nadchodzących godzin. <br />
<br />
[inny avek]https://i.imgur.com/JAUSJWT.png[/inny avek]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">4.08.1972<br />
<br />
Dolina Godryka<br />
<br />
<img src="https://i.imgur.com/LvRLp2J.png" loading="lazy"  alt="[Obrazek: LvRLp2J.png]" class="mycode_img" /><br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Sto­ję so­bie nad je­zio­rem,<br />
W pier­si rzew­ne tłu­mię żale<br />
I ka­my­czek po ka­mycz­ku<br />
Rzu­cam z wol­na hen na fale.</span><br />
</div>
<br />
W środku wszyscy doskonale się bawili, z zewnątrz nie wyglądało to tak zjawiskowo. <br />
<br />
I nie chodziło o to, że się źle bawił. W sumie... nie bawił się wcale. Dla Samuela zabawa miała zdecydowanie odmienną definicję, aniżeli przebywanie pośród ludzi w głośnym i zupełnie obcym (choć bezsprzecznie udającym swojskie) środowisku. Muzyka bardzo szybko stała się uciążliwa, zbyt głośna. Ciało z ulgą przyjęło chłód sierpniowej nocy, pozwalając winu i efektom magicznych drinków do końca ulecieć w niebo. <br />
<br />
Znalazł sobie drzewo, takie prawdziwe, z widokiem na wyjście i czekał.<br />
<br />
Taniec wyprowadził go z równowagi, trzeba było to przyznać autorowi i słowom, że trafiał w samo sedno. Wszystkie jego problemy, TE problemy, były wczoraj odległe, Nora była zakopana wraz z całym gąszczem uczuć gdzieś głęboko, w piwnicy jego podświadomości. To był zamknięty rozdział, który czasem dawał o sobie znać, a teraz... teraz gdy od maja przebywał niemal bez przerwy w Dolinie Godryka... teraz ten rozdział coraz dobitniej stawał się jego teraźniejszością, a każda chwila, każde uderzenie serca przybliżało go do tego momentu...<br />
<br />
... do konfrontacji.<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i"><br />
Nie było o czym rozmawiać.</span> <br />
<br />
Wmawiał to sobie tyle lat, ba! nawet o tym nie myślał, nie miał sobie czego wmawiać. Powiedzieli sobie wszystko, wtedy, na peronie gdy pojawił się bez walizki i oznajmił jej, że zostaje. Że to koniec.<br />
<br />
Możliwe, że tylko śmierć obwieściłaby koniec ostateczny, a oboje żyli, oboje trwali, oboje wzrastali z wielką raną zadaną sobie na wzajem niemalże dekadę temu.<br />
<br />
Oddychał spokojnie, ubrany w koszulę i garnitur Morpheusa Longbottoma, stojąc pod zabawą zorganizowaną w pełni przez Brennę Longbottom, bojąc się, że zaraz zobaczy ich razem: Erika również Longbottoma i Norę, że znowu poczuje coś, czego smaku nie znał i nie rozumiał. Przed czym chciał uciec, a co pokazywało mu, że wrażliwe serce wciąż bije, że chciałoby wiele, o wiele więcej niż miało w tej chwili.<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Trzeba to sobie w końcu wyjaśnić.</span><br />
<br />
Tak mówił sobie, tak powtarzał, ukoronowany posrebrzanym diademem, czekając w chłodzie sierpniowej nocy. Prawie już trzeźwy, niepewny nadchodzących godzin. <br />
<br />
[inny avek]https://i.imgur.com/JAUSJWT.png[/inny avek]]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[05.07.72|Jeziro]Nie ma ryby bez ości, ni człowieka bez złości]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=2765</link>
			<pubDate>Thu, 22 Feb 2024 08:20:41 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=412">Samuel McGonagall</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=2765</guid>
			<description><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;"> Rozliczono - Erik Longbottom - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">W poszukiwaniu straconego czasu II</span></div></div>
<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Erik Longbottom - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic II</span></div></div>
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">05.07.1972<br />
<br />
Droga wyjazdowa z Doliny Godryka<br />
na rozstaju dróg</div>
<br />
Najprawdopodobniej, gdyby cały dzień spędził na bumelowaniu, to nie byłby dobry dzień. Ale o poranku pracował w ogrodach u Philipa Notta, szarpiąc się z kilkoma zaniedbaniami sezonowymi, które powinno się ogarnąć kilka miesięcy temu, jednak... no właśnie, nie narzekał. Był pozytywnie zmęczony, palce bolały go od żegnanej, niechcianej roślinności, skóra znów nabrała twardości od sekatora. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Kluczem jest precyzja</span>, tłumaczył, dlaczego nie używał do tego magii. A przecież nie była to dobra praca, gdy wysługiwało się mocą. Nie uziemiało to uczuć, nie dawało takiego poczucia satysfakcji. Nie dało się też ukryć, że jeśli chodzi o przenoszenie swoich narzędzi, Sam nie miał najmniejszych skrupułów i codziennie transmutował dostosowując do swoich potrzeb.<br />
<br />
Dalej mu jednak było do zwierzęcia bombardą od Kniei oderwanego. Puszczał mimo uszu straszliwe plotki, gniewając się tylko na to, że jacyś czarodzieje uniemożliwiają mu spokojne życie, tam gdzie lubił. Wspólną pracą mieszkańców Doliny znaleziono i opatrzono rannych, uprzątnięto szkody, przynajmniej te bliżej ludzkich zabudowań. Pozostawało czekać...<br />
<br />
<br />
...ale nie dziś. Sam obiecał sobie, że dzisiaj nie będzie tęsknił, nie będzie wypatrywał chwili, w której Erik powie mu, że czas działać, że czas obu dopełnić danego słowa. Nie. Dzisiaj Sam zaplanował sobie skorzystać z zaproszenia. Bardzo dziwnego zaproszenia. Ostatnim razem na rybach był z ojcem. Ostatni dzień, cały dzień z drugą i tą samą osobą spędził ojcem, gdy ten nie mógł już wstać z łóżka. Pozornie smutne skojarzenie sprawiało jednak, że mężczyzna nie mógł się doczekać. <br />
<br />
Na miejsce przyleciał szybciej, nie mieli w sumie ustalonej godziny, nie pomyślał, żeby dopytać, i tak żył raczej w zgodzie ze swoim biologicznym zegarem, aniżeli reżimem budzika (nie żeby potrzebował jakiegokolwiek mechanizmu, żeby wstawać z Corgim, jego uroczą, bojową kurą). Dlatego przewietrzył lotki, skorzystał z tego, że może zapomnieć o wszystkim i wszystkich i zwyczajnie szybować po bezkresie. Brzuch miał pełen, instynkt więc nie zmotywował go do wypełnienia twarzy dowolną przekąską do znalezienia między polami. Może to i dobrze, potem jeszcze by odbijało mu się myszą podczas rozmowy...<br />
<br />
W końcu czujne, paciorkowate oko dostrzegło wysoką sylwetkę, krogulec więc zanurkował, ale nie dosłownie w inicjatora dzisiejszych rozrywek, a kilka metrów dalej, pośród wysoko prężących się kłosów żyta. Dziwnie było rozłożyć się na plecach krogulcowi i udawać zdechłego ptaka, ale transmutowanie w leżącego człowieka było dobrym zagraniem, by nie zdradzić się z drugą formą animagii. <br />
<br />
Zadarł głowę gwałtownie, jak świstak, chociaż zamiast czujności zastraszonego gryzonia, rozsadzała go energia i podekscytowanie całą sytuacją. <span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">Podwinął rękawy kraciastej koszuli</span> i po chwili zorientował się, że może warto byłoby strzepnąć pył zaschniętej ziemi pola z włosów.<span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u"> Poprawił płócienną torbę przewieszoną przez ramię</span> i podszedł do Erika uśmiechając się, tym uśmiechem zarezerwowanym dla zwierząt.<br />
<br />
[inny avek]https://64.media.tumblr.com/eb8d4f84b6d3614bde6c9a7b38b7e664/17780e576ba2ae93-be/s400x600/8744bbf9db2b70d26e9d4abfc9642f54b19b8d5c.gifv[/inny avek]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;"> Rozliczono - Erik Longbottom - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">W poszukiwaniu straconego czasu II</span></div></div>
<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Erik Longbottom - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic II</span></div></div>
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">05.07.1972<br />
<br />
Droga wyjazdowa z Doliny Godryka<br />
na rozstaju dróg</div>
<br />
Najprawdopodobniej, gdyby cały dzień spędził na bumelowaniu, to nie byłby dobry dzień. Ale o poranku pracował w ogrodach u Philipa Notta, szarpiąc się z kilkoma zaniedbaniami sezonowymi, które powinno się ogarnąć kilka miesięcy temu, jednak... no właśnie, nie narzekał. Był pozytywnie zmęczony, palce bolały go od żegnanej, niechcianej roślinności, skóra znów nabrała twardości od sekatora. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Kluczem jest precyzja</span>, tłumaczył, dlaczego nie używał do tego magii. A przecież nie była to dobra praca, gdy wysługiwało się mocą. Nie uziemiało to uczuć, nie dawało takiego poczucia satysfakcji. Nie dało się też ukryć, że jeśli chodzi o przenoszenie swoich narzędzi, Sam nie miał najmniejszych skrupułów i codziennie transmutował dostosowując do swoich potrzeb.<br />
<br />
Dalej mu jednak było do zwierzęcia bombardą od Kniei oderwanego. Puszczał mimo uszu straszliwe plotki, gniewając się tylko na to, że jacyś czarodzieje uniemożliwiają mu spokojne życie, tam gdzie lubił. Wspólną pracą mieszkańców Doliny znaleziono i opatrzono rannych, uprzątnięto szkody, przynajmniej te bliżej ludzkich zabudowań. Pozostawało czekać...<br />
<br />
<br />
...ale nie dziś. Sam obiecał sobie, że dzisiaj nie będzie tęsknił, nie będzie wypatrywał chwili, w której Erik powie mu, że czas działać, że czas obu dopełnić danego słowa. Nie. Dzisiaj Sam zaplanował sobie skorzystać z zaproszenia. Bardzo dziwnego zaproszenia. Ostatnim razem na rybach był z ojcem. Ostatni dzień, cały dzień z drugą i tą samą osobą spędził ojcem, gdy ten nie mógł już wstać z łóżka. Pozornie smutne skojarzenie sprawiało jednak, że mężczyzna nie mógł się doczekać. <br />
<br />
Na miejsce przyleciał szybciej, nie mieli w sumie ustalonej godziny, nie pomyślał, żeby dopytać, i tak żył raczej w zgodzie ze swoim biologicznym zegarem, aniżeli reżimem budzika (nie żeby potrzebował jakiegokolwiek mechanizmu, żeby wstawać z Corgim, jego uroczą, bojową kurą). Dlatego przewietrzył lotki, skorzystał z tego, że może zapomnieć o wszystkim i wszystkich i zwyczajnie szybować po bezkresie. Brzuch miał pełen, instynkt więc nie zmotywował go do wypełnienia twarzy dowolną przekąską do znalezienia między polami. Może to i dobrze, potem jeszcze by odbijało mu się myszą podczas rozmowy...<br />
<br />
W końcu czujne, paciorkowate oko dostrzegło wysoką sylwetkę, krogulec więc zanurkował, ale nie dosłownie w inicjatora dzisiejszych rozrywek, a kilka metrów dalej, pośród wysoko prężących się kłosów żyta. Dziwnie było rozłożyć się na plecach krogulcowi i udawać zdechłego ptaka, ale transmutowanie w leżącego człowieka było dobrym zagraniem, by nie zdradzić się z drugą formą animagii. <br />
<br />
Zadarł głowę gwałtownie, jak świstak, chociaż zamiast czujności zastraszonego gryzonia, rozsadzała go energia i podekscytowanie całą sytuacją. <span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">Podwinął rękawy kraciastej koszuli</span> i po chwili zorientował się, że może warto byłoby strzepnąć pył zaschniętej ziemi pola z włosów.<span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u"> Poprawił płócienną torbę przewieszoną przez ramię</span> i podszedł do Erika uśmiechając się, tym uśmiechem zarezerwowanym dla zwierząt.<br />
<br />
[inny avek]https://64.media.tumblr.com/eb8d4f84b6d3614bde6c9a7b38b7e664/17780e576ba2ae93-be/s400x600/8744bbf9db2b70d26e9d4abfc9642f54b19b8d5c.gifv[/inny avek]]]></content:encoded>
		</item>
	</channel>
</rss>