<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0" xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">
	<channel>
		<title><![CDATA[Secrets of London - Las Wisielców]]></title>
		<link>https://secretsoflondon.pl/</link>
		<description><![CDATA[Secrets of London - https://secretsoflondon.pl]]></description>
		<pubDate>Sat, 18 Apr 2026 01:19:30 +0000</pubDate>
		<generator>MyBB</generator>
		<item>
			<title><![CDATA[[13/10/72] The forest keeps what the forest is given | Benjy, Geraldine]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5596</link>
			<pubDate>Sat, 10 Jan 2026 14:06:27 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=544">Benjy Fenwick</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5596</guid>
			<description><![CDATA[Podniosłem się z ziemi szybciej, niż powinienem - nie dlatego, że było mi łatwo, tylko dlatego, że adrenalina buzująca w moich żyłach po bliskim zetknięciu z kostuchą miała własne, bardzo konkretne zdanie na temat tego, co jest możliwe - robiła swoje, trzymała mnie w pionie, mimo że ciało już zaczynało wysyłać sygnały ostrzegawcze, że coś jest nie tak. Geraldine pomogła mi wstać, jej dłoń była pewna, mocna, a ja złapałem ją, jakby była poręczą na schodach, które właśnie zaczęły się chwiać. Świat przez moment falował, ale udało mi się utrzymać równowagę, stabilizując ciało i stając ciężko na nogach. <br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Ty…</span> - Zacząłem, zanim w ogóle złapałem pełny oddech. Pierwszą rzeczą, o której pomyślałem, nie była moja krew, nie było nią pieczenie w boku, ani to nieprzyjemne uczucie pod skórą. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Wsystko w posządku?</span> - Zapytałem, nim zdążyłem pomyśleć o czymkolwiek innym. Dopiero wtedy spojrzałem na nią uważniej - szczególnie na jej bok, tam, gdzie wcześniej widziałem ruch pazurów, błysk i to krótkie, nienaturalne skręcenie ciała, które zawsze oznaczało, że coś poszło nie tak. To był krótki moment, sekunda, ale zapisał mi się w głowie wyraźniej niż większość ciosów wymierzonych we mnie. Światło było marne, księżyc zawieszony niżej niż wcześniej, jak symbol upływającego czasu, przesłonięty gałęziami, ale wystarczające, by zobaczyć ciemniejszą plamę na materiale, która raczej nie była wilkołaczą posoką.<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Daj zobaczyś.</span> - Mruknąłem, przysuwając się bliżej, chociaż nogi miałem jak z waty. Zignorowałem to, że sam czułem się jak po przejechaniu przez rozpędzony wóz, oddychając trochę zbyt szybko, bo serce waliło mi jak oszalałe, a ręce miałem całe we krwi. Nie analizowałem, czyja to krew, jeszcze nie, olałem pieczenie w boku, ignorowałem lepkość pod koszulą, ignorowałem fakt, że każdy głębszy oddech był jak przeciąganie nożem po żebrach - bywało gorzej, naprawdę bywało. Pochyliłem się ku Gerdzie, ostrożnie, nie jak wojownik, tylko jak ktoś, kto starał się ocenić sytuację, nawet jeśli sam wyglądał znacznie gorzej, obryzgany flakami zabitej bestii, brudny od ziemi i błota. <br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nie wygląda śmieltelnie.</span> - Stwierdziłem, bardziej dla siebie niż dla niej, kiwając głową, trochę uspokojony. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Boli?</span> - Głupie pytanie, ale czasem takie właśnie trzeba zadać.<br />
Nie czekałem długo, wiedziałem, że nie mieliśmy luksusu stania w miejscu. <br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Musimy ogalnąś telen.</span> - Powiedziałem, prostując się. Adrenalina zaczynała opadać, a wtedy wszystko zaczynało się upominać o uwagę. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Zanim coś jeszcze wpadnie na genialny pomysł, szeby splawdziś, co tu się wydaszyło.</span> <br />
Rozejrzałem się dookoła, starając się zauważyć jak najwięcej szczegółów, polana wyglądała jak po przejściu huraganu - poorana ziemia, połamane gałęzie, ślady walki, których nie dało się pomylić z niczym innym. Ciało wilkołaka leżało ciężko, bezwładnie, jak worek mięsa, a jego głowa spoczywała w nienaturalnym pochyleniu, kawałek dalej, z otwartym pyskiem, jakby nadal chciał coś powiedzieć - nie patrzyłem na nią długo, nie dlatego, że się jej brzydziłem, ale dlatego, że nie było takiej potrzeby. Bestia zdecydowanie nie żyła, nie miała się zregenerować z takich obrażeń, nie było na to nawet cienia szansy.<br />
Zaczęliśmy obchód, każdy po swojej stronie, utrzymując całkiem sprawne tempo, chociaż w swoim odczuciu szedłem wolniej, niżbym chciał - czułem to chybotanie, subtelne przesunięcie środka ciężkości, które mówiło mi bardzo wyraźnie, że coś we mnie nie działało tak, jak powinno, ale działało wystarczająco. Krążyłem dalej, mimo że świat zaczynał mi lekko falować przed oczami - przymrużałem je, skupiałem się, co jakiś czas potrząsając głową albo lekko parskając, ale nie zamierzając się nad sobą użalać. W końcu trafiliśmy na grotę, spotykając się mniej więcej w połowie, nie była daleko, ledwie kilkanaście metrów w głąb lasu, między skałami, porośnięta mchem i krzakami, które wyglądały, jakby ktoś celowo pozwolił im się rozrosnąć - naturalna zasłona - idealne miejsce, żeby się zaszyć.<br />
Zapach uderzył mnie pierwszy - krew, wilgoć, stęchlizna, coś słodko-kwaśnego, co nie miało prawa tak pachnieć, nie mając nic wspólnego z naturą. Światło mojej różdżki omiatało wnętrze groty, szybko ukazując to, co było… Makabryczne. Fragmenty ubrań, stare przedmioty, biżuteria, której nikt już nie szukał, wszystko ułożone bez ładu, jakby było tylko kolejnymi gratami, nie pozostałościami po życiu stanowczo zbyt wielu osób. Rozejrzałem się uważniej, wtedy, gdy poczułem to znajome ukłucie pod skórą, a włoski na karku stanęły mi dęba - to była magia ochronna, zdecydowanie, łamiąca się tarcza, która znikała, bo jej twórca już nie żył - nie była silna, ale obecna, teraz mieliśmy już do czynienia z echem, powidokem czegoś, co kiedyś tu było i zostawiło po sobie ślad.<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Mamy tu coś jeszcze.</span> - Mruknąłem, dopiero teraz dostrzegając drugą komorę groty, ukrytą pod pajęczynami. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Stale zabezpieczenia. Laczej plymitywne, ale… Ktoś się postalał.</span> <br />
Kucnąłem, chociaż kolana zaprotestowały, wchodząc głębiej, do drugiej części legowiska - tej, która wcześniej musiała być chroniona. Pierwsze, co zobaczyłem, to kości - nie wszystkie ludzkie, część była zwierzęca, część nie - zostały zawieszone na sznurkach, ułożone w stosy, niektóre wyrzeźbione, inne po prostu porzucone. Przesunąłem palcami wzdłuż wyżłobionych linii na jednej z nich - to nie były runy per se, raczej coś pomiędzy instynktem a bardzo pierwotną magią, jakby ktoś, kto nie do końca wiedział, co robi, próbował stworzyć coś, co ochroni jego norkę. Podniosłem się, gdy skończyłem, i prawie się zachwiałem.<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Hej.</span> - Mruknąłem do siebie, łapiąc równowagę o ścianę, po czym zerkając przez ramię, na Geraldine, która sprawdzała coś w innej części jaskini. W tej części groty było jeszcze więcej fragmentów ubrań, strzępów materiałów, ułożonych w prowizoryczne posłanie, jakieś metalowe przedmioty, które kiedyś musiały mieć znaczenie dla kogoś, kto już ich nie potrzebował - trofea, ale nie tylko.<br />
Dalej, w głębi, stały skrzynki, pootwierane, a obok tego… Normalne rzeczy - opakowania po jedzeniu, resztki chleba, butelki, puszki. Ślady po tym, że ktoś żył tu jak człowiek, albo raczej jak coś, co próbowało być człowiekiem, kiedy nie było bestią. Nie wiedziałem, czy to było bardziej przerażające, czy bardziej smutne. Najważniejsze, że nie było tu chyba niczego, co miałoby jakąś wartość - mogliśmy więc opuścić to miejsce, wychodząc na zewnątrz i skupiając się na spaleniu truchła bez głowy, podlewając ogień znalezionym alkoholem, któremu zdecydowanie nie ufałem w żadnym innym zakresie, chociaż wszystko we mnie chciało się czegoś napić, jak zawsze po trudnej walce. Wciąż ignorowałem to, że ręka mi drży, koszula zaczyna mi się lepić do skóry w miejscu, gdzie nie powinna, a świat od czasu do czasu robi się podejrzanie ciemniejszy przy krawędziach.<br />
Bywało gorzej, ale bywało też lepiej.<br />
Zrobiłem kilka kroków, potem kolejnych, czując, jak kolana zaczynają mi mięknąć, zatrzymałem się więc przy drzewie, oparłem się o pień, niby od niechcenia, jakbym po prostu odpoczywał - nie zamierzałem się przyznać, że robi mi się słabo, sprawdziłem jeszcze jeden obszar, potem drugi. Instynkt mnie prowadził, a ja mu ufałem bardziej niż własnemu ciału. W końcu wróciłem bliżej środka polany, mając ze sobą chyba wszystko, co wypadło mi podczas walki. <br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Kończmy to i wlacajmy.</span> - Stwierdziłem do towarzyszki, przyglądając się martwemu cielsku bestii. Było już późno, a ja nie chciałem spędzać tu ani jednej nadprogramowej chwili, ona raczej też nie, powoli zbliżała się godzina, w której niebo miało zacząć jaśnieć, a dym mógłby zwrócić uwagę niepowołanych osób, nawet w takim miejscu jak Las Wisielców, więc lepiej było mieć to z głowy, wracając do domu.<br />
[inny avek]https://64.media.tumblr.com/93a5aa8d29a9056730a89ad2e76ae675/6b34cafeceb95a16-4d/s500x750/ebcc75ac263843c713f7522c7d2c159d1410cf1d.pnj[/inny avek]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Podniosłem się z ziemi szybciej, niż powinienem - nie dlatego, że było mi łatwo, tylko dlatego, że adrenalina buzująca w moich żyłach po bliskim zetknięciu z kostuchą miała własne, bardzo konkretne zdanie na temat tego, co jest możliwe - robiła swoje, trzymała mnie w pionie, mimo że ciało już zaczynało wysyłać sygnały ostrzegawcze, że coś jest nie tak. Geraldine pomogła mi wstać, jej dłoń była pewna, mocna, a ja złapałem ją, jakby była poręczą na schodach, które właśnie zaczęły się chwiać. Świat przez moment falował, ale udało mi się utrzymać równowagę, stabilizując ciało i stając ciężko na nogach. <br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Ty…</span> - Zacząłem, zanim w ogóle złapałem pełny oddech. Pierwszą rzeczą, o której pomyślałem, nie była moja krew, nie było nią pieczenie w boku, ani to nieprzyjemne uczucie pod skórą. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Wsystko w posządku?</span> - Zapytałem, nim zdążyłem pomyśleć o czymkolwiek innym. Dopiero wtedy spojrzałem na nią uważniej - szczególnie na jej bok, tam, gdzie wcześniej widziałem ruch pazurów, błysk i to krótkie, nienaturalne skręcenie ciała, które zawsze oznaczało, że coś poszło nie tak. To był krótki moment, sekunda, ale zapisał mi się w głowie wyraźniej niż większość ciosów wymierzonych we mnie. Światło było marne, księżyc zawieszony niżej niż wcześniej, jak symbol upływającego czasu, przesłonięty gałęziami, ale wystarczające, by zobaczyć ciemniejszą plamę na materiale, która raczej nie była wilkołaczą posoką.<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Daj zobaczyś.</span> - Mruknąłem, przysuwając się bliżej, chociaż nogi miałem jak z waty. Zignorowałem to, że sam czułem się jak po przejechaniu przez rozpędzony wóz, oddychając trochę zbyt szybko, bo serce waliło mi jak oszalałe, a ręce miałem całe we krwi. Nie analizowałem, czyja to krew, jeszcze nie, olałem pieczenie w boku, ignorowałem lepkość pod koszulą, ignorowałem fakt, że każdy głębszy oddech był jak przeciąganie nożem po żebrach - bywało gorzej, naprawdę bywało. Pochyliłem się ku Gerdzie, ostrożnie, nie jak wojownik, tylko jak ktoś, kto starał się ocenić sytuację, nawet jeśli sam wyglądał znacznie gorzej, obryzgany flakami zabitej bestii, brudny od ziemi i błota. <br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nie wygląda śmieltelnie.</span> - Stwierdziłem, bardziej dla siebie niż dla niej, kiwając głową, trochę uspokojony. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Boli?</span> - Głupie pytanie, ale czasem takie właśnie trzeba zadać.<br />
Nie czekałem długo, wiedziałem, że nie mieliśmy luksusu stania w miejscu. <br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Musimy ogalnąś telen.</span> - Powiedziałem, prostując się. Adrenalina zaczynała opadać, a wtedy wszystko zaczynało się upominać o uwagę. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Zanim coś jeszcze wpadnie na genialny pomysł, szeby splawdziś, co tu się wydaszyło.</span> <br />
Rozejrzałem się dookoła, starając się zauważyć jak najwięcej szczegółów, polana wyglądała jak po przejściu huraganu - poorana ziemia, połamane gałęzie, ślady walki, których nie dało się pomylić z niczym innym. Ciało wilkołaka leżało ciężko, bezwładnie, jak worek mięsa, a jego głowa spoczywała w nienaturalnym pochyleniu, kawałek dalej, z otwartym pyskiem, jakby nadal chciał coś powiedzieć - nie patrzyłem na nią długo, nie dlatego, że się jej brzydziłem, ale dlatego, że nie było takiej potrzeby. Bestia zdecydowanie nie żyła, nie miała się zregenerować z takich obrażeń, nie było na to nawet cienia szansy.<br />
Zaczęliśmy obchód, każdy po swojej stronie, utrzymując całkiem sprawne tempo, chociaż w swoim odczuciu szedłem wolniej, niżbym chciał - czułem to chybotanie, subtelne przesunięcie środka ciężkości, które mówiło mi bardzo wyraźnie, że coś we mnie nie działało tak, jak powinno, ale działało wystarczająco. Krążyłem dalej, mimo że świat zaczynał mi lekko falować przed oczami - przymrużałem je, skupiałem się, co jakiś czas potrząsając głową albo lekko parskając, ale nie zamierzając się nad sobą użalać. W końcu trafiliśmy na grotę, spotykając się mniej więcej w połowie, nie była daleko, ledwie kilkanaście metrów w głąb lasu, między skałami, porośnięta mchem i krzakami, które wyglądały, jakby ktoś celowo pozwolił im się rozrosnąć - naturalna zasłona - idealne miejsce, żeby się zaszyć.<br />
Zapach uderzył mnie pierwszy - krew, wilgoć, stęchlizna, coś słodko-kwaśnego, co nie miało prawa tak pachnieć, nie mając nic wspólnego z naturą. Światło mojej różdżki omiatało wnętrze groty, szybko ukazując to, co było… Makabryczne. Fragmenty ubrań, stare przedmioty, biżuteria, której nikt już nie szukał, wszystko ułożone bez ładu, jakby było tylko kolejnymi gratami, nie pozostałościami po życiu stanowczo zbyt wielu osób. Rozejrzałem się uważniej, wtedy, gdy poczułem to znajome ukłucie pod skórą, a włoski na karku stanęły mi dęba - to była magia ochronna, zdecydowanie, łamiąca się tarcza, która znikała, bo jej twórca już nie żył - nie była silna, ale obecna, teraz mieliśmy już do czynienia z echem, powidokem czegoś, co kiedyś tu było i zostawiło po sobie ślad.<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Mamy tu coś jeszcze.</span> - Mruknąłem, dopiero teraz dostrzegając drugą komorę groty, ukrytą pod pajęczynami. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Stale zabezpieczenia. Laczej plymitywne, ale… Ktoś się postalał.</span> <br />
Kucnąłem, chociaż kolana zaprotestowały, wchodząc głębiej, do drugiej części legowiska - tej, która wcześniej musiała być chroniona. Pierwsze, co zobaczyłem, to kości - nie wszystkie ludzkie, część była zwierzęca, część nie - zostały zawieszone na sznurkach, ułożone w stosy, niektóre wyrzeźbione, inne po prostu porzucone. Przesunąłem palcami wzdłuż wyżłobionych linii na jednej z nich - to nie były runy per se, raczej coś pomiędzy instynktem a bardzo pierwotną magią, jakby ktoś, kto nie do końca wiedział, co robi, próbował stworzyć coś, co ochroni jego norkę. Podniosłem się, gdy skończyłem, i prawie się zachwiałem.<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Hej.</span> - Mruknąłem do siebie, łapiąc równowagę o ścianę, po czym zerkając przez ramię, na Geraldine, która sprawdzała coś w innej części jaskini. W tej części groty było jeszcze więcej fragmentów ubrań, strzępów materiałów, ułożonych w prowizoryczne posłanie, jakieś metalowe przedmioty, które kiedyś musiały mieć znaczenie dla kogoś, kto już ich nie potrzebował - trofea, ale nie tylko.<br />
Dalej, w głębi, stały skrzynki, pootwierane, a obok tego… Normalne rzeczy - opakowania po jedzeniu, resztki chleba, butelki, puszki. Ślady po tym, że ktoś żył tu jak człowiek, albo raczej jak coś, co próbowało być człowiekiem, kiedy nie było bestią. Nie wiedziałem, czy to było bardziej przerażające, czy bardziej smutne. Najważniejsze, że nie było tu chyba niczego, co miałoby jakąś wartość - mogliśmy więc opuścić to miejsce, wychodząc na zewnątrz i skupiając się na spaleniu truchła bez głowy, podlewając ogień znalezionym alkoholem, któremu zdecydowanie nie ufałem w żadnym innym zakresie, chociaż wszystko we mnie chciało się czegoś napić, jak zawsze po trudnej walce. Wciąż ignorowałem to, że ręka mi drży, koszula zaczyna mi się lepić do skóry w miejscu, gdzie nie powinna, a świat od czasu do czasu robi się podejrzanie ciemniejszy przy krawędziach.<br />
Bywało gorzej, ale bywało też lepiej.<br />
Zrobiłem kilka kroków, potem kolejnych, czując, jak kolana zaczynają mi mięknąć, zatrzymałem się więc przy drzewie, oparłem się o pień, niby od niechcenia, jakbym po prostu odpoczywał - nie zamierzałem się przyznać, że robi mi się słabo, sprawdziłem jeszcze jeden obszar, potem drugi. Instynkt mnie prowadził, a ja mu ufałem bardziej niż własnemu ciału. W końcu wróciłem bliżej środka polany, mając ze sobą chyba wszystko, co wypadło mi podczas walki. <br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Kończmy to i wlacajmy.</span> - Stwierdziłem do towarzyszki, przyglądając się martwemu cielsku bestii. Było już późno, a ja nie chciałem spędzać tu ani jednej nadprogramowej chwili, ona raczej też nie, powoli zbliżała się godzina, w której niebo miało zacząć jaśnieć, a dym mógłby zwrócić uwagę niepowołanych osób, nawet w takim miejscu jak Las Wisielców, więc lepiej było mieć to z głowy, wracając do domu.<br />
[inny avek]https://64.media.tumblr.com/93a5aa8d29a9056730a89ad2e76ae675/6b34cafeceb95a16-4d/s500x750/ebcc75ac263843c713f7522c7d2c159d1410cf1d.pnj[/inny avek]]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[13/10/72] The wind is howling, and the leaves are falling | Benjy, Geraldine]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5546</link>
			<pubDate>Thu, 25 Dec 2025 02:33:31 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=544">Benjy Fenwick</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5546</guid>
			<description><![CDATA[Szliśmy długo, za długo, a jednak wrażenie postępu było wyłącznie uprzejmą sugestią. Milczeliśmy, bo nie było sensu gadać, lepiej było skupić się na otoczeniu, dźwiękach natury, które wcale nie były zupełnie naturalne - czasem miałem wrażenie, że słyszę własny dawno zaczerpnięty oddech, swoje odległe chrząknięcie, pociągnięcie zimnym nosem, pomruk sprzed kilku minut, gdzieś z boku, jak echo, które nie powinno istnieć. Liczyłem kroki, orientowałem się po nachyleniu terenu, zapachu wilgoci, po tym, jak wiatr omiatał moją skórę - wszystko mówiło, że idziemy naprzód, wszystko oprócz lasu, on najwyraźniej miał inne zdanie.<br />
Znałem takie miejsca, takie, które nie blokowały przejścia wprost, tylko pozwalały iść… I iść… I iść, aż w końcu orientowałeś się, że widziałeś już to drzewo albo coś bardzo do niego podobnego. Najpierw ginęły drobne punkty odniesienia, potem kierunek, na końcu poczucie czasu, kroki składały się w sensowną całość tylko przez chwilę, później zaczynały się powtarzać - ten sam wygięty wiąz, ten sam omszony głaz z pęknięciem przypominającym błyskawicę, nieustanny zapach wilgoci i starej kory wdzierający się w nozdrza. <br />
Ciemność gęstniała, chociaż noc wcale nie robiła się głębsza, księżyc gdzieś zniknął, jakby ktoś go zgasił albo po prostu zasłonił ręką, dźwięki były przytłumione, martwe, nawet wyjątkowo ciche, umiejętnie stawiane kroki Geraldine brzmiały tak, jakby nie do końca należały do tego miejsca. Wiedziałem, że krążyliśmy, chociaż nie potrafiłem wskazać momentu, w którym las zamknął pętlę, robiąc to, co potrafił najlepiej - rozciągając drogę, zaginając ją, podmieniając ślady, kradnąc orientację, po cichu, bez szarpania, bez dramatów. Miał ten brzydki zwyczaj gubienia nawet tych, którzy wiedzieli, jak się nie gubić, to była jego sztuka - sprawić, byś zaczął wątpić nie w kierunek, tylko w samego siebie. Odnosiłem wrażenie, że chodziliśmy tak już godzinami, chociaż rozum podpowiadał mi, że to niemożliwe. Czas w Lesie Wisielców był umowny, zawsze należało go traktować wyłącznie orientacyjnie, tym bardziej, że w niektórych jego częściach mechanizmy zegarków przestawały działać, igły kompasów ulegały rozmagnesowaniu, a zaklęcia zachowywały się nieprzewidywalnie. <br />
Nie kręciliśmy się w kółko, nie w idealnym okręgu, raczej w spiralach, które udawały drogę naprzód. Ścieżka raz wydawała się znajoma, raz znikała pod stopami, a potem wracała pod innym kątem, z inną obietnicą kierunku. Oboje teoretycznie znaliśmy się na pracy w terenie, nawet niekoniecznie znanym, na szukaniu śladów i tropieniu, wiedziałem, że każdy stawiany przez nas krok był poprawny, każdy wybór logiczny, ale nigdzie nie docieraliśmy - to było najbardziej irytujące. Czułem to w kolanach, w ciężarze sprzętu, w drobnym napięciu karku, to było uczucie chodzenia w miejscu, mimo że mięśnie pracowały, oddech przyspieszał, a ścieżka faktycznie zostawała za nami. Wilgoć wisiała nisko, powietrze było ciężkie, lepko osiadało na skórze.<br />
Zatrzymałem się dopiero wtedy, gdy coś się zmieniło - nie w ziemi, nie w drzewach, tylko w przestrzeni przed nami. Pojawiła się szczelina między krzewami, niewielka, ale wyraźna, miejsce, gdzie gałęzie rozsunęły się na tyle, by noc straciła odrobinę swojej władzy. Nie ruszyłem od razu szybkim krokiem, powstrzymywany świadomością, iż prześwity w takich miejscach bywały obietnicą albo kłamstwem, czasem jednym i drugim naraz, zamiast tego powoli podszedłem do granicy czegoś, co chyba było rzeczywistą polaną. Podniosłem wzrok, niebo w tamtym miejscu było czystsze, ciemniejsze, prawdziwsze, migoczące punkciki wisiały nieruchomo na firmamencie, obojętne na to, co działo się na dole - to był całkiem dobrze zwiastujący widok, bo gwiazdy miały to do siebie, że zawsze były tam, gdzie były, niezależnie od tego, ile razy ktoś próbował przekonać cię, że idziesz w dobrą stronę.<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Tam.</span> - Powiedziałem cicho, wskazując kierunek. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Widzisz?</span> <br />
Jeden z jasnych punktów na nieboskłonie był wyraźnie jaśniejszy od pozostałych, dominował pozostałe bez wysiłku. Nie znałem się na astronomii, nigdy mnie to specjalnie nie pociągało, ale to jedno było dla mnie oczywiste - tę gwiazdę znałem, każdy ją znał, jeżeli tylko miał okazję spędzić dostatecznie dużo czasu w naturze, w miejscach poza miejską łuną, nawet jeśli nie potrafiłby jej nazwać. Sirius - kojarzyłem go dobrze, nie przez romantyzm, tylko przez praktykę, ustawiłem się więc tak, by mieć go dokładnie w polu widzenia, zapamiętałem kąt, relację do drzew, do prześwitu. Otoczenie mogło nas kręcić, zawracać, podsuwać te same ścieżki w innym przebraniu, ale niebo było ponad tym, a największa z gwiazd patrzyła na nas z miejsca, którego nawet Las Wisielców nie mógł dosięgnąć.<br />
Kierunek, porządek, coś stałego, jeśli nawet to miejsce lubiło gubić ludzi, niebo nadal trzymało się swoich zasad, a to znaczyło, że mogliśmy odzyskać orientację. <br />
[inny avek]https://64.media.tumblr.com/93a5aa8d29a9056730a89ad2e76ae675/6b34cafeceb95a16-4d/s500x750/ebcc75ac263843c713f7522c7d2c159d1410cf1d.pnj[/inny avek]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Szliśmy długo, za długo, a jednak wrażenie postępu było wyłącznie uprzejmą sugestią. Milczeliśmy, bo nie było sensu gadać, lepiej było skupić się na otoczeniu, dźwiękach natury, które wcale nie były zupełnie naturalne - czasem miałem wrażenie, że słyszę własny dawno zaczerpnięty oddech, swoje odległe chrząknięcie, pociągnięcie zimnym nosem, pomruk sprzed kilku minut, gdzieś z boku, jak echo, które nie powinno istnieć. Liczyłem kroki, orientowałem się po nachyleniu terenu, zapachu wilgoci, po tym, jak wiatr omiatał moją skórę - wszystko mówiło, że idziemy naprzód, wszystko oprócz lasu, on najwyraźniej miał inne zdanie.<br />
Znałem takie miejsca, takie, które nie blokowały przejścia wprost, tylko pozwalały iść… I iść… I iść, aż w końcu orientowałeś się, że widziałeś już to drzewo albo coś bardzo do niego podobnego. Najpierw ginęły drobne punkty odniesienia, potem kierunek, na końcu poczucie czasu, kroki składały się w sensowną całość tylko przez chwilę, później zaczynały się powtarzać - ten sam wygięty wiąz, ten sam omszony głaz z pęknięciem przypominającym błyskawicę, nieustanny zapach wilgoci i starej kory wdzierający się w nozdrza. <br />
Ciemność gęstniała, chociaż noc wcale nie robiła się głębsza, księżyc gdzieś zniknął, jakby ktoś go zgasił albo po prostu zasłonił ręką, dźwięki były przytłumione, martwe, nawet wyjątkowo ciche, umiejętnie stawiane kroki Geraldine brzmiały tak, jakby nie do końca należały do tego miejsca. Wiedziałem, że krążyliśmy, chociaż nie potrafiłem wskazać momentu, w którym las zamknął pętlę, robiąc to, co potrafił najlepiej - rozciągając drogę, zaginając ją, podmieniając ślady, kradnąc orientację, po cichu, bez szarpania, bez dramatów. Miał ten brzydki zwyczaj gubienia nawet tych, którzy wiedzieli, jak się nie gubić, to była jego sztuka - sprawić, byś zaczął wątpić nie w kierunek, tylko w samego siebie. Odnosiłem wrażenie, że chodziliśmy tak już godzinami, chociaż rozum podpowiadał mi, że to niemożliwe. Czas w Lesie Wisielców był umowny, zawsze należało go traktować wyłącznie orientacyjnie, tym bardziej, że w niektórych jego częściach mechanizmy zegarków przestawały działać, igły kompasów ulegały rozmagnesowaniu, a zaklęcia zachowywały się nieprzewidywalnie. <br />
Nie kręciliśmy się w kółko, nie w idealnym okręgu, raczej w spiralach, które udawały drogę naprzód. Ścieżka raz wydawała się znajoma, raz znikała pod stopami, a potem wracała pod innym kątem, z inną obietnicą kierunku. Oboje teoretycznie znaliśmy się na pracy w terenie, nawet niekoniecznie znanym, na szukaniu śladów i tropieniu, wiedziałem, że każdy stawiany przez nas krok był poprawny, każdy wybór logiczny, ale nigdzie nie docieraliśmy - to było najbardziej irytujące. Czułem to w kolanach, w ciężarze sprzętu, w drobnym napięciu karku, to było uczucie chodzenia w miejscu, mimo że mięśnie pracowały, oddech przyspieszał, a ścieżka faktycznie zostawała za nami. Wilgoć wisiała nisko, powietrze było ciężkie, lepko osiadało na skórze.<br />
Zatrzymałem się dopiero wtedy, gdy coś się zmieniło - nie w ziemi, nie w drzewach, tylko w przestrzeni przed nami. Pojawiła się szczelina między krzewami, niewielka, ale wyraźna, miejsce, gdzie gałęzie rozsunęły się na tyle, by noc straciła odrobinę swojej władzy. Nie ruszyłem od razu szybkim krokiem, powstrzymywany świadomością, iż prześwity w takich miejscach bywały obietnicą albo kłamstwem, czasem jednym i drugim naraz, zamiast tego powoli podszedłem do granicy czegoś, co chyba było rzeczywistą polaną. Podniosłem wzrok, niebo w tamtym miejscu było czystsze, ciemniejsze, prawdziwsze, migoczące punkciki wisiały nieruchomo na firmamencie, obojętne na to, co działo się na dole - to był całkiem dobrze zwiastujący widok, bo gwiazdy miały to do siebie, że zawsze były tam, gdzie były, niezależnie od tego, ile razy ktoś próbował przekonać cię, że idziesz w dobrą stronę.<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Tam.</span> - Powiedziałem cicho, wskazując kierunek. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Widzisz?</span> <br />
Jeden z jasnych punktów na nieboskłonie był wyraźnie jaśniejszy od pozostałych, dominował pozostałe bez wysiłku. Nie znałem się na astronomii, nigdy mnie to specjalnie nie pociągało, ale to jedno było dla mnie oczywiste - tę gwiazdę znałem, każdy ją znał, jeżeli tylko miał okazję spędzić dostatecznie dużo czasu w naturze, w miejscach poza miejską łuną, nawet jeśli nie potrafiłby jej nazwać. Sirius - kojarzyłem go dobrze, nie przez romantyzm, tylko przez praktykę, ustawiłem się więc tak, by mieć go dokładnie w polu widzenia, zapamiętałem kąt, relację do drzew, do prześwitu. Otoczenie mogło nas kręcić, zawracać, podsuwać te same ścieżki w innym przebraniu, ale niebo było ponad tym, a największa z gwiazd patrzyła na nas z miejsca, którego nawet Las Wisielców nie mógł dosięgnąć.<br />
Kierunek, porządek, coś stałego, jeśli nawet to miejsce lubiło gubić ludzi, niebo nadal trzymało się swoich zasad, a to znaczyło, że mogliśmy odzyskać orientację. <br />
[inny avek]https://64.media.tumblr.com/93a5aa8d29a9056730a89ad2e76ae675/6b34cafeceb95a16-4d/s500x750/ebcc75ac263843c713f7522c7d2c159d1410cf1d.pnj[/inny avek]]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[13.10.72] Where the roots grow deep and the dark runs round | Benjy, Geraldine]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5534</link>
			<pubDate>Mon, 22 Dec 2025 00:40:50 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=544">Benjy Fenwick</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5534</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">noc/wczesny ranek 13.10.1972, Zagajnik zaklętych drzew</div>
Było już bardzo późno albo wręcz przeciwnie -  bardzo wcześnie, zapowiedź nowego dnia wisiała już w powietrzu, jak tani żart, którego nikt nie chciał dopowiedzieć do końca. Jedyny piątek trzynastego w 1972 roku, okolice Little Hangleton, Las Wisielców… Księżyc wisiał wysoko i bezwstydnie jasno, wiatr szarpał pokrzywione, bezlistne gałęzie tak, jakby chciał wyrwać drzewa z korzeniami. Zimno wchodziło pod płaszcz bez zaproszenia, a noc pachniała wilgocią, leśną biomasą w stanie wczesnego rozkładu, żywicą i czymś metalicznym, nie do końca naturalnym, co zawsze kojarzyło mi się z kłopotami. Gdyby coś miało pójść źle, to statystycznie byłby to ten moment, szczególnie że był to pierwszy tak przejmująco chłodny dzień tej jesieni, gdzieś w okolicach „demonicznej” trzeciej, może nawet trzydzieści trzy w nocy. Nie dało się ukryć, że wyglądało to tak, jakby ktoś specjalnie rozłożył wszystkie rekwizyty na jednym stole i czekał, aż zapalimy światło - ta myśl bawiła mnie bardziej, niż powinna. Czułem to pod skórą, ale nie pozwalałem, żeby mi popsuło nastrój. <br />
Wiatr huczał nad nami, ale przy ziemi było inaczej, ciszej, gęściej, nie tylko ze względu na stare drzewa, które w tej części lasu rosły bardzo blisko siebie, splatając się ze sobą, pokrzywione w ten nienaturalnie naturalny sposób. Księżycowe światło przecinało przestrzeń na ostre kawałki, łamało się na pniach w taki sposób, jak potrafiło to robić tylko tutaj, nigdzie indziej, drżące cienie wyglądały jak wiszące sylwetki, nagie gałęzie ocierały się o siebie, jęcząc i trzeszcząc niczym stare kości, co w tym miejscu było raczej mało zabawne, ale nie zamierzałem oddawać im tej satysfakcji, nawet nie próbowałem tego komentować. <br />
Szliśmy z Geraldine ramię w ramię, chociaż nie dotykaliśmy się wcale. Ona skupiona, precyzyjna, z tym swoim spokojem, który wyglądał jak cienka tafla lodu, a ja… Ja byłem sobą, zbyt sobą, jak na takie miejsce i taką datę. Tym, który nie do końca traktował przesądy serio, który potrafił rzucić krzywym żartem nawet w miejscu, gdzie kiedyś naprawdę kogoś powieszono. Zresztą już dawno, niemal na samym początku, mruknąłem coś pod nosem, półżartem, półzaklęciem przeciwko pechowi, bardziej dla własnej rozrywki niż z realnej potrzeby. Pomyślałem, że jeśli coś wyskoczy z krzaków, to statystycznie rzecz biorąc, właśnie dziś. Pomyślałem też, że jeśli już ginąć, to przynajmniej w estetycznym świetle księżyca. Las Wisielców miał renomę do utrzymania.<br />
W środku jednak wszystko było we mnie całkiem zachowawcze, czujne, gotowe do ruchu - słuchałem wiatru, liczyłem oddechy, wyczuwałem nierówności terenu bardziej ciałem niż wzrokiem. Moje stopy same znajdowały miękką ziemię, omijały suche gałęzie, jakby ciało wiedziało, kiedy zwolnić, kiedy zatrzymać się w pół ruchu, nawet nie musiałem się nad tym zastanawiać, to przychodziło mi naturalnie. Natura nie reagowała jeszcze na naszą obecność nie tak, jakby nas nie zauważała, ale jakby uznała, że nie byliśmy warci podnoszenia alarmu przez liczne ptaki, głównie kruki i sroki, siedzące gdzieś wysoko, których oczy bezustannie nas obserwowały. <br />
Czułem ciężar broni, znajomy i uspokajający, oraz ten drugi ciężar, niewidzialny, odpowiedzialność za to, że nie byliśmy tu na spacerze z dreszczykiem. Moja różdżka była tam, gdzie powinna, nóż też, jak i parę innych drobiazgów, o których nie rozmawiało się głośno, bo miały zwyczaj działać tylko wtedy, gdy się ich nie reklamuje. Świadomość konieczności wykonania bardzo określonego wisiała w powietrzu między nami, jak mgła, która pełzła między pniami. Las Wisielców nie wybaczał nieuwagi, a zlecenia w takich miejscach miały tendencję do komplikowania się w najmniej odpowiednich momentach. Księżyc przesunął się za chmurą, światło przygasło, a ja poczułem znajome mrowienie pod skórą. <br />
[inny avek]https://64.media.tumblr.com/93a5aa8d29a9056730a89ad2e76ae675/6b34cafeceb95a16-4d/s500x750/ebcc75ac263843c713f7522c7d2c159d1410cf1d.pnj[/inny avek]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">noc/wczesny ranek 13.10.1972, Zagajnik zaklętych drzew</div>
Było już bardzo późno albo wręcz przeciwnie -  bardzo wcześnie, zapowiedź nowego dnia wisiała już w powietrzu, jak tani żart, którego nikt nie chciał dopowiedzieć do końca. Jedyny piątek trzynastego w 1972 roku, okolice Little Hangleton, Las Wisielców… Księżyc wisiał wysoko i bezwstydnie jasno, wiatr szarpał pokrzywione, bezlistne gałęzie tak, jakby chciał wyrwać drzewa z korzeniami. Zimno wchodziło pod płaszcz bez zaproszenia, a noc pachniała wilgocią, leśną biomasą w stanie wczesnego rozkładu, żywicą i czymś metalicznym, nie do końca naturalnym, co zawsze kojarzyło mi się z kłopotami. Gdyby coś miało pójść źle, to statystycznie byłby to ten moment, szczególnie że był to pierwszy tak przejmująco chłodny dzień tej jesieni, gdzieś w okolicach „demonicznej” trzeciej, może nawet trzydzieści trzy w nocy. Nie dało się ukryć, że wyglądało to tak, jakby ktoś specjalnie rozłożył wszystkie rekwizyty na jednym stole i czekał, aż zapalimy światło - ta myśl bawiła mnie bardziej, niż powinna. Czułem to pod skórą, ale nie pozwalałem, żeby mi popsuło nastrój. <br />
Wiatr huczał nad nami, ale przy ziemi było inaczej, ciszej, gęściej, nie tylko ze względu na stare drzewa, które w tej części lasu rosły bardzo blisko siebie, splatając się ze sobą, pokrzywione w ten nienaturalnie naturalny sposób. Księżycowe światło przecinało przestrzeń na ostre kawałki, łamało się na pniach w taki sposób, jak potrafiło to robić tylko tutaj, nigdzie indziej, drżące cienie wyglądały jak wiszące sylwetki, nagie gałęzie ocierały się o siebie, jęcząc i trzeszcząc niczym stare kości, co w tym miejscu było raczej mało zabawne, ale nie zamierzałem oddawać im tej satysfakcji, nawet nie próbowałem tego komentować. <br />
Szliśmy z Geraldine ramię w ramię, chociaż nie dotykaliśmy się wcale. Ona skupiona, precyzyjna, z tym swoim spokojem, który wyglądał jak cienka tafla lodu, a ja… Ja byłem sobą, zbyt sobą, jak na takie miejsce i taką datę. Tym, który nie do końca traktował przesądy serio, który potrafił rzucić krzywym żartem nawet w miejscu, gdzie kiedyś naprawdę kogoś powieszono. Zresztą już dawno, niemal na samym początku, mruknąłem coś pod nosem, półżartem, półzaklęciem przeciwko pechowi, bardziej dla własnej rozrywki niż z realnej potrzeby. Pomyślałem, że jeśli coś wyskoczy z krzaków, to statystycznie rzecz biorąc, właśnie dziś. Pomyślałem też, że jeśli już ginąć, to przynajmniej w estetycznym świetle księżyca. Las Wisielców miał renomę do utrzymania.<br />
W środku jednak wszystko było we mnie całkiem zachowawcze, czujne, gotowe do ruchu - słuchałem wiatru, liczyłem oddechy, wyczuwałem nierówności terenu bardziej ciałem niż wzrokiem. Moje stopy same znajdowały miękką ziemię, omijały suche gałęzie, jakby ciało wiedziało, kiedy zwolnić, kiedy zatrzymać się w pół ruchu, nawet nie musiałem się nad tym zastanawiać, to przychodziło mi naturalnie. Natura nie reagowała jeszcze na naszą obecność nie tak, jakby nas nie zauważała, ale jakby uznała, że nie byliśmy warci podnoszenia alarmu przez liczne ptaki, głównie kruki i sroki, siedzące gdzieś wysoko, których oczy bezustannie nas obserwowały. <br />
Czułem ciężar broni, znajomy i uspokajający, oraz ten drugi ciężar, niewidzialny, odpowiedzialność za to, że nie byliśmy tu na spacerze z dreszczykiem. Moja różdżka była tam, gdzie powinna, nóż też, jak i parę innych drobiazgów, o których nie rozmawiało się głośno, bo miały zwyczaj działać tylko wtedy, gdy się ich nie reklamuje. Świadomość konieczności wykonania bardzo określonego wisiała w powietrzu między nami, jak mgła, która pełzła między pniami. Las Wisielców nie wybaczał nieuwagi, a zlecenia w takich miejscach miały tendencję do komplikowania się w najmniej odpowiednich momentach. Księżyc przesunął się za chmurą, światło przygasło, a ja poczułem znajome mrowienie pod skórą. <br />
[inny avek]https://64.media.tumblr.com/93a5aa8d29a9056730a89ad2e76ae675/6b34cafeceb95a16-4d/s500x750/ebcc75ac263843c713f7522c7d2c159d1410cf1d.pnj[/inny avek]]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[16.09.1972] You love the way I linger]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4975</link>
			<pubDate>Tue, 15 Jul 2025 21:08:51 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=38">Atreus Bulstrode</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4975</guid>
			<description><![CDATA[To była bardzo szybka myśl, której złapał się całkiem chętnie i to wcale już nie dlatego, że w głowie brzmiało mu mętne 'bo ty mnie nigdzie nie zabierasz'. Znaczy, było to jakimś katalizatorem, ale gdyby faktycznie ktokolwiek by mu robił takie wyrzuty - a nie robił - to na pewno nie wybierałby na miejsce przeznaczenia Las Wisielców. Miejsce miało swój urok, ale odwrotnie proporcjonalny do tego, gdzie zabierało się dziewczyny na randki. Chociaż w sumie, po zastanowieniu, tak - Atreus byłby skłonny nieironicznie zabrać tutaj jakąś swoją wybrankę, ale po czystej złośliwości i gdyby zaraz po tym miało nastąpić pożegnanie na zawsze. Brenna nie zaliczała się do wszystkich tych rzeczy, bo biorąc pod uwagę jej tendencje do wpadania w dziury, szukania kłopotów i też iloraz tego, jak często kłopoty znajdywało ją same, to faktycznie mógł to być całkiem przyjemny spacer. Kolejną rzeczą, która Bulstrode'a jakoś do tego pomysłu zachęciła, to nagła świadomość że chyba nigdy nie dane mu było faktycznie przejść się po tej okolicy. Przemknięcie bokiem, gdzie do swoich spraw? Jasne, ale nie było mowy o zagłębieniu się między drzewa Zagajnika, które podobno bywały upiorne. Wisielca na Wierzbie też niestety nigdy nie widział, ale była to też sprawa do nadrobienia. <br />
<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Wiesz, w sumie to mam coś dla ciebie </span>- mruknął, grzebiąc w kieszeni przez moment. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nie było kiedy ci dać. Jak wróciłem, to nie wpadliśmy na siebie w Ministerstwie, a potem... wiesz jak było potem</span> - podniósł dłoń z czymś co wyglądało na broszkę, a może i nawet przypinkę, bo brakowało jej nieco ozdobności, by umieścić w parze z jakimś imprezowym strojem. Był to pozłacany skarabeusz, który na dobrą sprawę wyglądał jak najprostsza możliwa rzecz pod słońcem. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Typ na straganie powiedział, że ma w sobie zaklęte właściwości podobne do Felix Felicis i daje nieco szczęścia. Pomyślałem, że ci się przyda, bo lubisz wpadać w dziury, prawda? </span>- uśmiechnął się cwaniacko, podtykając w jej stronę upominek.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[To była bardzo szybka myśl, której złapał się całkiem chętnie i to wcale już nie dlatego, że w głowie brzmiało mu mętne 'bo ty mnie nigdzie nie zabierasz'. Znaczy, było to jakimś katalizatorem, ale gdyby faktycznie ktokolwiek by mu robił takie wyrzuty - a nie robił - to na pewno nie wybierałby na miejsce przeznaczenia Las Wisielców. Miejsce miało swój urok, ale odwrotnie proporcjonalny do tego, gdzie zabierało się dziewczyny na randki. Chociaż w sumie, po zastanowieniu, tak - Atreus byłby skłonny nieironicznie zabrać tutaj jakąś swoją wybrankę, ale po czystej złośliwości i gdyby zaraz po tym miało nastąpić pożegnanie na zawsze. Brenna nie zaliczała się do wszystkich tych rzeczy, bo biorąc pod uwagę jej tendencje do wpadania w dziury, szukania kłopotów i też iloraz tego, jak często kłopoty znajdywało ją same, to faktycznie mógł to być całkiem przyjemny spacer. Kolejną rzeczą, która Bulstrode'a jakoś do tego pomysłu zachęciła, to nagła świadomość że chyba nigdy nie dane mu było faktycznie przejść się po tej okolicy. Przemknięcie bokiem, gdzie do swoich spraw? Jasne, ale nie było mowy o zagłębieniu się między drzewa Zagajnika, które podobno bywały upiorne. Wisielca na Wierzbie też niestety nigdy nie widział, ale była to też sprawa do nadrobienia. <br />
<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Wiesz, w sumie to mam coś dla ciebie </span>- mruknął, grzebiąc w kieszeni przez moment. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nie było kiedy ci dać. Jak wróciłem, to nie wpadliśmy na siebie w Ministerstwie, a potem... wiesz jak było potem</span> - podniósł dłoń z czymś co wyglądało na broszkę, a może i nawet przypinkę, bo brakowało jej nieco ozdobności, by umieścić w parze z jakimś imprezowym strojem. Był to pozłacany skarabeusz, który na dobrą sprawę wyglądał jak najprostsza możliwa rzecz pod słońcem. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Typ na straganie powiedział, że ma w sobie zaklęte właściwości podobne do Felix Felicis i daje nieco szczęścia. Pomyślałem, że ci się przyda, bo lubisz wpadać w dziury, prawda? </span>- uśmiechnął się cwaniacko, podtykając w jej stronę upominek.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[07.09.1972, Kamienie Greybacków] Syn Księżyca]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4567</link>
			<pubDate>Sun, 09 Mar 2025 15:47:24 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=349">Alexander Mulciber</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4567</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">Las w Little Hangleton, Kamienie Greybacków</div>
<br />
Alexander Mulciber dokonał szybkiej kalkulacji azymutu Mizar i Megrez, biorąc przy tym poprawkę na odchylenie standardowe w miarach opisujących lokalizację gwiazd najjaśniejszego z asteryzmów nieba północnego. Zakłócenia pomieniowania reliktowego wprowadzało niepokojące rozbieżności w obliczeniach: drobne fluktuacje atmosferyczne i aberracja świetlne mogły znacząco zaburzyć wyznaczoną dlań trajektorię, chociaż współrzędne ekliptyczne sugerowały precyzyjny punkt odniesienia. Alexander spędził jednak setki godzin nad mapami nieba: wodził palcem po kartach efemeryd, śledził ruchy ciał niebieskich, opisywał dysregulacje orbit planetarnych, korygując drobne przesunięcia wynikające z nieregularności ruchu libracyjnego i refrakcji astrolabium. Astronomia była nauką wymagającą dokładności, ignorancją było więc uznać błąd paralaksy geocentrycznej za pomijalny, zwłaszcza, że gdy doprecyzował wszystkie dotychczasowe kalkulacje metodą triangulacyjną, był w stanie ustalić współrzędne docelowe z dokładnością co do ułamka sekundy łuku.<br />
<br />
Korzystając ze starannie wyliczonego efektu zaskoczenia, Mulciber teleportował się prosto na Greybacka, licząc, że zwali go z nóg samym tylko impetem... I kto teraz klęka, Greyback, pomyślał mściwie, chwytając wilkołaka za fraki.<br />
<br />
Gwiazdy świeciły jasno na niebie, wiatr targał skrzypiącymi konarami martwych drzew, a zaklęte głazy milczały wyniośle, zamykając w kamiennym kręgu swych ramion tarzających się po ziemi mężczyzn, którzy szarpali się ze sobą, wymieniając ciosy. <br />
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">No dalej, zawyj teraz do księżyca, zamiast pierdolić głupoty o cygańskich piosenkach</span> – warknął wrogo Alexander, unosząc pięść.<br />
<br />
<div class="divek">Korzystam z przewagi <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Astronomia</span>, żeby na podstawie gwiezdnych wyliczeń teleportować się z impetem na Greybacka, i zwalić go tym z nóg. Wykonuję rzut na aktywność fizyczną, próbując uderzyć go z pięści twarz.<br />
[roll=Z]</div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">Las w Little Hangleton, Kamienie Greybacków</div>
<br />
Alexander Mulciber dokonał szybkiej kalkulacji azymutu Mizar i Megrez, biorąc przy tym poprawkę na odchylenie standardowe w miarach opisujących lokalizację gwiazd najjaśniejszego z asteryzmów nieba północnego. Zakłócenia pomieniowania reliktowego wprowadzało niepokojące rozbieżności w obliczeniach: drobne fluktuacje atmosferyczne i aberracja świetlne mogły znacząco zaburzyć wyznaczoną dlań trajektorię, chociaż współrzędne ekliptyczne sugerowały precyzyjny punkt odniesienia. Alexander spędził jednak setki godzin nad mapami nieba: wodził palcem po kartach efemeryd, śledził ruchy ciał niebieskich, opisywał dysregulacje orbit planetarnych, korygując drobne przesunięcia wynikające z nieregularności ruchu libracyjnego i refrakcji astrolabium. Astronomia była nauką wymagającą dokładności, ignorancją było więc uznać błąd paralaksy geocentrycznej za pomijalny, zwłaszcza, że gdy doprecyzował wszystkie dotychczasowe kalkulacje metodą triangulacyjną, był w stanie ustalić współrzędne docelowe z dokładnością co do ułamka sekundy łuku.<br />
<br />
Korzystając ze starannie wyliczonego efektu zaskoczenia, Mulciber teleportował się prosto na Greybacka, licząc, że zwali go z nóg samym tylko impetem... I kto teraz klęka, Greyback, pomyślał mściwie, chwytając wilkołaka za fraki.<br />
<br />
Gwiazdy świeciły jasno na niebie, wiatr targał skrzypiącymi konarami martwych drzew, a zaklęte głazy milczały wyniośle, zamykając w kamiennym kręgu swych ramion tarzających się po ziemi mężczyzn, którzy szarpali się ze sobą, wymieniając ciosy. <br />
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">No dalej, zawyj teraz do księżyca, zamiast pierdolić głupoty o cygańskich piosenkach</span> – warknął wrogo Alexander, unosząc pięść.<br />
<br />
<div class="divek">Korzystam z przewagi <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Astronomia</span>, żeby na podstawie gwiezdnych wyliczeń teleportować się z impetem na Greybacka, i zwalić go tym z nóg. Wykonuję rzut na aktywność fizyczną, próbując uderzyć go z pięści twarz.<br />
[roll=Z]</div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[03.09.1972, Wczesny Poranek] Dzik jest dziki, dzik jest...Alfred? || Alfred & Faye]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4443</link>
			<pubDate>Sun, 02 Feb 2025 02:07:06 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=535">Alfred Trelawney</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4443</guid>
			<description><![CDATA[Piekło, jakim był drugi września już na zawsze pozostanie w pamięci biednego egzorcysty. Tak dać się wyrolować jakiemuś przeklętemu skrzatowi, a potem jeszcze do końca dnia przeżywać takie horrory? Nic więc dziwnego, że Alfred w środku nocy sięgnął do butelki. I kolejnej. I kolejnej. No, może to trochę złe określenie, bo chlać to on chlał cały dzień, ale w nocy zdecydowanie przyspieszył! No i wypełniły go te kłujące myśli o tym, że gdyby nie to przeklęte zlecenie w Hangleton, to nie musiałby przyjmować żadnych przeklętych skrzatów i nie cierpiał by takich katuszy! Właśnie dlatego wsiadł w nocne połączenie z Londynu do małej miejscowości. Po co dokładnie? Cóż... Powiedzmy sobie tyle - noc z drugiego na trzeciego Alfred spędził chodząc po uliczkach Hangleton i wyklinając jedna po drugiej. Wyklinał też domy. I bezpańskie koty. I ptaki na drzewach. I zdziwionych lokalsów w oknach, obudzonych biadoleniem jakiegoś bezdomnego, pijanego dziwaka. I babunie, która rzuciła w nim kapciem (znowu), po czym kazała go jej przynieść (znowu!!!). W końcu jednak skończyły mu się budynki, więc przeszedł się dalej, wyklinać tym razem znajdujący się zaraz obok las. Każdemu drzewu miał coś do powiedzenia, każde mu w czymś zawiniło, każde jakoś źle wyglądało dla jego pijackiego wzroku... Nawet nie zauważył, kiedy znalazł się zbyt głęboko, żeby znaleźć drogę powrotną. Jako osoba dorosła, poważna i wykwalifikowana do życia w społeczeństwie postanowił zostawić te batalię bardziej odpowiedniej do tego osobie - Alfredowi, który się tu obudzi. Pozbierał więc byle jak jakieś gałązki, zrobił z nich "szałas", przeklął głośno, gdy szałas się rozsypał, oparł się plecami o najbliższy krzaczor i w sekundę zaczął chrapać.<br />
I tak oto pojawiamy się w tym lesie ponownie, parę dobrych godzin później, bo jak się okazuje krzaczory nie są na tyle wygodne, aby przespać w nich pół dnia. Alfred, dalej wstawiony ale już nie narżnięty w trzy dupy miał tylko jedno pytanie w głowie, patrząc na otaczające go, nieprzyjaźnie i nieznajomo wyglądające drzewa: <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Cholibka, gdzie ja żem kurwa polazł pić? -</span> Przejechał dłonią po swojej wymęczonej twarzy, zaraz potem zsuwając ją niżej. Przeklął pod nosem, nie czując pod swoimi palcami swej ukochanej kurtki. Przeklął raz jeszcze, gdy pojechał dłonią tym razem w drugim kierunku, na swoją głowę, i wyczuł tam ogromną, spiczastą czapeczkę. Spojrzał w dół aby przekląć po raz trzeci na widok spiczastych bucików. Zaraz potem jednak wzrok mu trochę złagodniał - z kieszeni obrzydliwych spodni, w które wcisnął go skrzat, wystawała butla wódeczki. Wyjął ją, z trwogą zauważając, że jest pełna tylko do połowy. Wziął szybki łyczek na odwagę i zaczął rozglądać się po okolicy... Ale nic mu to zbytnio nie dało. Nie miał najmniejszego pojęcia, gdzie się znajdował. Mógłby przysiąc, że dopiero co smacznie żłopał sobie wódeczkę na Nokturnie, więc co, na sto chochlików, robił w jakimś lesie? Może to znowu jakieś halucyny? Może się biedny przekręcił i to jakieś zaświaty? <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Cholibka, co ja bredzę, przeca jestem w sile wieku! Nikt od wódki jeszcze nie umarł! -</span> Uderzył dłonią w udo, powoli podnosząc się na obie nogi. Przez chwilę chciał oprzeć się o okoliczne drzewo, ale miał jakieś dziwnie złe przeczucia jak tak sobie na nie patrzył... <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Jest tu kto? Halo! -</span> Może mu się poszczęści i ktoś akurat zbiera grzyby? Albo zakopuje trupa ostatniej ofiary? To dwie najsensowniejsze opcje w tak ponurym miejscu... <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Mogę pomóc nosić grzyby! A i łopatą szybko robię! -</span> Wykrzyczał w leśną gąszcz, mając nadzieje, że jak już go ktoś usłyszy, to będzie pasował do tych dwóch grup. No bo egzorcysty to ludzie w lesie raczej nie potrzebują, nie?]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Piekło, jakim był drugi września już na zawsze pozostanie w pamięci biednego egzorcysty. Tak dać się wyrolować jakiemuś przeklętemu skrzatowi, a potem jeszcze do końca dnia przeżywać takie horrory? Nic więc dziwnego, że Alfred w środku nocy sięgnął do butelki. I kolejnej. I kolejnej. No, może to trochę złe określenie, bo chlać to on chlał cały dzień, ale w nocy zdecydowanie przyspieszył! No i wypełniły go te kłujące myśli o tym, że gdyby nie to przeklęte zlecenie w Hangleton, to nie musiałby przyjmować żadnych przeklętych skrzatów i nie cierpiał by takich katuszy! Właśnie dlatego wsiadł w nocne połączenie z Londynu do małej miejscowości. Po co dokładnie? Cóż... Powiedzmy sobie tyle - noc z drugiego na trzeciego Alfred spędził chodząc po uliczkach Hangleton i wyklinając jedna po drugiej. Wyklinał też domy. I bezpańskie koty. I ptaki na drzewach. I zdziwionych lokalsów w oknach, obudzonych biadoleniem jakiegoś bezdomnego, pijanego dziwaka. I babunie, która rzuciła w nim kapciem (znowu), po czym kazała go jej przynieść (znowu!!!). W końcu jednak skończyły mu się budynki, więc przeszedł się dalej, wyklinać tym razem znajdujący się zaraz obok las. Każdemu drzewu miał coś do powiedzenia, każde mu w czymś zawiniło, każde jakoś źle wyglądało dla jego pijackiego wzroku... Nawet nie zauważył, kiedy znalazł się zbyt głęboko, żeby znaleźć drogę powrotną. Jako osoba dorosła, poważna i wykwalifikowana do życia w społeczeństwie postanowił zostawić te batalię bardziej odpowiedniej do tego osobie - Alfredowi, który się tu obudzi. Pozbierał więc byle jak jakieś gałązki, zrobił z nich "szałas", przeklął głośno, gdy szałas się rozsypał, oparł się plecami o najbliższy krzaczor i w sekundę zaczął chrapać.<br />
I tak oto pojawiamy się w tym lesie ponownie, parę dobrych godzin później, bo jak się okazuje krzaczory nie są na tyle wygodne, aby przespać w nich pół dnia. Alfred, dalej wstawiony ale już nie narżnięty w trzy dupy miał tylko jedno pytanie w głowie, patrząc na otaczające go, nieprzyjaźnie i nieznajomo wyglądające drzewa: <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Cholibka, gdzie ja żem kurwa polazł pić? -</span> Przejechał dłonią po swojej wymęczonej twarzy, zaraz potem zsuwając ją niżej. Przeklął pod nosem, nie czując pod swoimi palcami swej ukochanej kurtki. Przeklął raz jeszcze, gdy pojechał dłonią tym razem w drugim kierunku, na swoją głowę, i wyczuł tam ogromną, spiczastą czapeczkę. Spojrzał w dół aby przekląć po raz trzeci na widok spiczastych bucików. Zaraz potem jednak wzrok mu trochę złagodniał - z kieszeni obrzydliwych spodni, w które wcisnął go skrzat, wystawała butla wódeczki. Wyjął ją, z trwogą zauważając, że jest pełna tylko do połowy. Wziął szybki łyczek na odwagę i zaczął rozglądać się po okolicy... Ale nic mu to zbytnio nie dało. Nie miał najmniejszego pojęcia, gdzie się znajdował. Mógłby przysiąc, że dopiero co smacznie żłopał sobie wódeczkę na Nokturnie, więc co, na sto chochlików, robił w jakimś lesie? Może to znowu jakieś halucyny? Może się biedny przekręcił i to jakieś zaświaty? <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Cholibka, co ja bredzę, przeca jestem w sile wieku! Nikt od wódki jeszcze nie umarł! -</span> Uderzył dłonią w udo, powoli podnosząc się na obie nogi. Przez chwilę chciał oprzeć się o okoliczne drzewo, ale miał jakieś dziwnie złe przeczucia jak tak sobie na nie patrzył... <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Jest tu kto? Halo! -</span> Może mu się poszczęści i ktoś akurat zbiera grzyby? Albo zakopuje trupa ostatniej ofiary? To dwie najsensowniejsze opcje w tak ponurym miejscu... <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Mogę pomóc nosić grzyby! A i łopatą szybko robię! -</span> Wykrzyczał w leśną gąszcz, mając nadzieje, że jak już go ktoś usłyszy, to będzie pasował do tych dwóch grup. No bo egzorcysty to ludzie w lesie raczej nie potrzebują, nie?]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[03.09.1972 - poranek] Le jardin des ombres || Ambroise & Geraldine]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4404</link>
			<pubDate>Mon, 20 Jan 2025 15:00:08 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=463">Ambroise Greengrass-Yaxley</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4404</guid>
			<description><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">
Rozliczono - Geraldine Yaxley - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic III</span><br />
Rozliczono - Ambroise Greengrass - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic II</span></div></div>
<br />
Las Wisielców miał tę zdolność, by wciągać ludzi w swoje mroczne odmęty, gdzie rozpacz i ból stawały się jedynymi towarzyszami. Wspomnienia, które zostawiali tu nieszczęśnicy gnani jakimś wewnętrznym zewem, nadal błądziły pomiędzy drzewami. Mimo że cielesne powłoki dawno pochłonął las, energie wciąż tu pozostały. Były niczym więcej jak krzykiem zagubionych dusz, które nigdy nie miały znaleźć spokoju. Odzywały się w krzyku wiatru. W płaczliwym szeleście liści. W szeptach długich tras kołyszących się w chłodnych podmuchach mijającego poranka. <br />
Było jeszcze wcześnie. Obudzili się niemal tuż po wschodzie słońca, więc mieli przed sobą jeszcze długie godziny nim słońce miało wspiąć się na centralny punkt nieboskłonu. Zresztą nie mogliby tego dostrzec. Nie tutaj. Gęste korony drzew, splątane w gąszcz liści i gałęzi, tworzyły nieprzeniknioną zasłonę, przez którą nie docierały nawet najcieńsze smugi światła. <br />
Poranek w Lesie Wisielców był nieprzyjemnie chłodny. Zimny i przeszywający, przenikliwy wiatr huczał między drzewami, niosąc ze sobą niepokojące szepty, które wydawały się być echem dawnych tragedii. W tym miejscu nie było słychać ani śpiewu ptaków, ani szumu strumyka, który wił się wąską wstęgą między zdradliwymi krzewami samotniczek.<br />
Jedynym <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">normalnym</span> dźwiękiem był szelest liści, lecz i on momentami brzmiał tak, jakby rośliny prowadziły między sobą rozmowy, których nikt nie mógł zrozumieć. Szepty te zawieszone były na granicy słyszalności. Tak ciche, że niemal wdzierające się w najgłębsze zakamarki podświadomości. Wywołujące wrażenie niefizycznego swędzenia w uszach, potrzebę drapania bębenków aż do krwi i jeszcze dłużej.<br />
Opowieści o najciemniejszych zakamarkach tego przeklętego miejsca dla wielu stanowiły wyraz wybujałej wyobraźni, ale dla tych, którzy zapuścili się wystarczająco daleko, stawały się przerażającą rzeczywistością, ostrzeżeniem przed tym, co mogło zdarzyć się w tym przeklętym miejscu.<br />
Szli powoli i ostrożnie, przesuwali się coraz głębiej w las. Gęsto rosnące drzewa rzucały gęsty cień, który sprawiał, że niebo zdawało się być tylko odległym wspomnieniem. Promienie słońca, które mogłyby rozjaśnić ten mroczny zakątek, nie miały szans przedostać się przez gęstwinę gałęzi. Jedynie ich zielone korony tworzyły złudne wrażenie, że w tym miejscu wciąż istnieje życie. Ciemnozielona trawa, która sięgała im po kolana, zdawała się być nieprzyjazna i zdradliwa, otulająca nogi niczym pęta albo cienkie węże. <br />
Powietrze, choć chłodne, nie było zwyczajnie rześkie. Na próżno byłoby szukać tutaj morskiej, lekko słonawej bryzy z wrzosowisk otaczających Whitby. Dookoła nich unosił się zapach wilgotnej ziemi, zmieszanej z nutą zgnilizny i rozkładu. Nawet sosnowe igły pachniały inaczej, bardziej intensywnie a zarazem zdecydowanie mniej aromatycznie. To nie był zapach świąt i choinki, to była ciężka, gryząca w nos nuta gęstej, ciemnobrązowej żywicy. <br />
Rouse był... ...inny. Bardziej spięty, gotowy do instynktownego odbicia jakiegokolwiek zagrożenia. W ciemnozielonym cienkim płaszczu z kapturem poruszającym się w podmuchach wiatru, niemalże zlewał się z otoczeniem. Miał ciemne, poważne oczy. Nie uśmiechał się, nie próbował prowadzić towarzyskiej rozmowy, nawet jeśli nie byli przecież w stanie wojny. Nie pokłócili się, ich śniadanie minęło we względnie dobrym nastroju. Może trochę melancholijnym, ale bez kolejnych zgrzytów. <br />
Nie o to chodziło. Ambroise po prostu nie czuł się <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">właściwie</span> z tym, co robił. Mimo to zamierzając dotrzymać obietnicy. Nie do końca zdawał sobie z tego sprawę, jednak zmiana w jego zachowaniu była dostrzegalna gołym okiem. Stał się chłodny i analityczny, znacznie bardziej zdystansowany, mniej przystępny. To nie była ta jego wersja, którą przynosił do domu. Ani nawet nie ta, którą zaprezentował Rinie parokrotnie podczas wspólnych zleceń. To było coś innego, bardziej zgorzkniałego, ale też zdecydowanego. <br />
Jeśli jeszcze chwilę wcześniej siedział z Geraldine przy stole w kuchni ich dawnego domu, próbując odzyskać choć trochę tamtego wrażenia lekkości. Starał się odzywać do niej w taki sposób, by w jego głosie wybrzmiewała miękkość, chęć spędzenia z nią tej odrobiny czasu, jaką sobie dawali. Być tak czułym jak tylko mógł bez dawania sobie i jej tych obietnic, których nie mogli wypełnić. <br />
Gdzieś pomiędzy tymi wszystkimi wypowiedzianymi słowami, obiekcjami, wątpliwościami i sprzeciwem, którego nie mógł już dłużej podtrzymać, stworzył wokół siebie niechętną skorupę. Nie był zadowolony z takiego obrotu spraw i nawet nie próbował udawać, że robi to wszystko z lekką ręką. <br />
Tak, zgodził się na to. Tak, nigdy nie uważał tego za tak złe i demoniczne jak próbowało im to wmawiać Ministerstwo czy jak piało niedoinformowane społeczeństwo. W istocie chodziło przecież o posługiwanie się energią. Neutralną siłą, która sama w sobie nie była nacechowana ani źle, ani dobrze. Wydźwięk nadawały jej intencje i cel, w jakim była wykorzystywana. <br />
Mimo to nigdy nie pomyślałby, że stanie tutaj z Geraldine, która jeszcze chwilę temu trzymała go pod rękę (tylko w celu teleportacji; gdy znaleźli się na skraju lasu, Ambroise niemal od razu opuścił ramię) a teraz podążała za nim w milczeniu. Nie chciał przyjmować tej roli. Nie zamierzał być jej nauczycielem. W jego oczach w dalszym ciągu nie powinna dotykać się większości z tych spraw.<br />
A jednak dał się przekonać. Przynajmniej częściowo, od razu zaznaczając, że to on podejmie ostateczną decyzję o zakresie, w którym będą się poruszać. Mogła się z nim nie zgadzać, mogła wyrażać równie silny wewnętrzny sprzeciw, co ten u niego, jednakże skoro ten jego w końcu nieco osłabł, Roise oczekiwał współpracy również ze strony Yaxleyówny. <br />
Jego spojrzenie błądziło po leśnym krajobrazie. Każdy ruch, który wykonywali wydawał się być obserwowany przez niewidzialne oczy. Nawet drzewa z ich poskręcanymi konarami i gniewnymi sękami, zdawały się być wrogie. Mimo to, było to najlepsze możliwe miejsce, jakie mogli sobie wybrać.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Tutaj -</span> oznajmił, odzywając się pierwszy raz od co najmniej dwudziestu minut wędrówki. <br />
Docierając na jedną z mniejszych polan otoczonych gęstymi, kolczastymi zaroślami, Ambroise zatrzymał się w miejscu. Przystanął bez słowa, przyglądając się drzewom, które wyciągały swoje gałęzie, jakby chciały ich pochwycić. W całkowitym lodowatozimnym skupieniu przesunął wzrokiem po otoczeniu, analizując dwa jedyne prześwity. Ten, przez który tu weszli i ten, który wyłaniał się po drugiej stronie prześwitu. <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Uważaj na samotniczki. Nie jest ich tu tak dużo jak w innych częściach lasu, szczególnie w zagajniku przed nim, ale nadal kwitną -</span> odezwał się, jednocześnie unosząc kurczowo trzymaną różdżkę, odchrząkując i jednym ruchem kształtując więcej kolczastych gałęzi w prześwicie za nimi. Moment później zrobił to samo z przestrzenią drugiego wejścia na polankę, teraz już osłaniając ich krzewami z każdej strony.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">
Rozliczono - Geraldine Yaxley - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic III</span><br />
Rozliczono - Ambroise Greengrass - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic II</span></div></div>
<br />
Las Wisielców miał tę zdolność, by wciągać ludzi w swoje mroczne odmęty, gdzie rozpacz i ból stawały się jedynymi towarzyszami. Wspomnienia, które zostawiali tu nieszczęśnicy gnani jakimś wewnętrznym zewem, nadal błądziły pomiędzy drzewami. Mimo że cielesne powłoki dawno pochłonął las, energie wciąż tu pozostały. Były niczym więcej jak krzykiem zagubionych dusz, które nigdy nie miały znaleźć spokoju. Odzywały się w krzyku wiatru. W płaczliwym szeleście liści. W szeptach długich tras kołyszących się w chłodnych podmuchach mijającego poranka. <br />
Było jeszcze wcześnie. Obudzili się niemal tuż po wschodzie słońca, więc mieli przed sobą jeszcze długie godziny nim słońce miało wspiąć się na centralny punkt nieboskłonu. Zresztą nie mogliby tego dostrzec. Nie tutaj. Gęste korony drzew, splątane w gąszcz liści i gałęzi, tworzyły nieprzeniknioną zasłonę, przez którą nie docierały nawet najcieńsze smugi światła. <br />
Poranek w Lesie Wisielców był nieprzyjemnie chłodny. Zimny i przeszywający, przenikliwy wiatr huczał między drzewami, niosąc ze sobą niepokojące szepty, które wydawały się być echem dawnych tragedii. W tym miejscu nie było słychać ani śpiewu ptaków, ani szumu strumyka, który wił się wąską wstęgą między zdradliwymi krzewami samotniczek.<br />
Jedynym <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">normalnym</span> dźwiękiem był szelest liści, lecz i on momentami brzmiał tak, jakby rośliny prowadziły między sobą rozmowy, których nikt nie mógł zrozumieć. Szepty te zawieszone były na granicy słyszalności. Tak ciche, że niemal wdzierające się w najgłębsze zakamarki podświadomości. Wywołujące wrażenie niefizycznego swędzenia w uszach, potrzebę drapania bębenków aż do krwi i jeszcze dłużej.<br />
Opowieści o najciemniejszych zakamarkach tego przeklętego miejsca dla wielu stanowiły wyraz wybujałej wyobraźni, ale dla tych, którzy zapuścili się wystarczająco daleko, stawały się przerażającą rzeczywistością, ostrzeżeniem przed tym, co mogło zdarzyć się w tym przeklętym miejscu.<br />
Szli powoli i ostrożnie, przesuwali się coraz głębiej w las. Gęsto rosnące drzewa rzucały gęsty cień, który sprawiał, że niebo zdawało się być tylko odległym wspomnieniem. Promienie słońca, które mogłyby rozjaśnić ten mroczny zakątek, nie miały szans przedostać się przez gęstwinę gałęzi. Jedynie ich zielone korony tworzyły złudne wrażenie, że w tym miejscu wciąż istnieje życie. Ciemnozielona trawa, która sięgała im po kolana, zdawała się być nieprzyjazna i zdradliwa, otulająca nogi niczym pęta albo cienkie węże. <br />
Powietrze, choć chłodne, nie było zwyczajnie rześkie. Na próżno byłoby szukać tutaj morskiej, lekko słonawej bryzy z wrzosowisk otaczających Whitby. Dookoła nich unosił się zapach wilgotnej ziemi, zmieszanej z nutą zgnilizny i rozkładu. Nawet sosnowe igły pachniały inaczej, bardziej intensywnie a zarazem zdecydowanie mniej aromatycznie. To nie był zapach świąt i choinki, to była ciężka, gryząca w nos nuta gęstej, ciemnobrązowej żywicy. <br />
Rouse był... ...inny. Bardziej spięty, gotowy do instynktownego odbicia jakiegokolwiek zagrożenia. W ciemnozielonym cienkim płaszczu z kapturem poruszającym się w podmuchach wiatru, niemalże zlewał się z otoczeniem. Miał ciemne, poważne oczy. Nie uśmiechał się, nie próbował prowadzić towarzyskiej rozmowy, nawet jeśli nie byli przecież w stanie wojny. Nie pokłócili się, ich śniadanie minęło we względnie dobrym nastroju. Może trochę melancholijnym, ale bez kolejnych zgrzytów. <br />
Nie o to chodziło. Ambroise po prostu nie czuł się <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">właściwie</span> z tym, co robił. Mimo to zamierzając dotrzymać obietnicy. Nie do końca zdawał sobie z tego sprawę, jednak zmiana w jego zachowaniu była dostrzegalna gołym okiem. Stał się chłodny i analityczny, znacznie bardziej zdystansowany, mniej przystępny. To nie była ta jego wersja, którą przynosił do domu. Ani nawet nie ta, którą zaprezentował Rinie parokrotnie podczas wspólnych zleceń. To było coś innego, bardziej zgorzkniałego, ale też zdecydowanego. <br />
Jeśli jeszcze chwilę wcześniej siedział z Geraldine przy stole w kuchni ich dawnego domu, próbując odzyskać choć trochę tamtego wrażenia lekkości. Starał się odzywać do niej w taki sposób, by w jego głosie wybrzmiewała miękkość, chęć spędzenia z nią tej odrobiny czasu, jaką sobie dawali. Być tak czułym jak tylko mógł bez dawania sobie i jej tych obietnic, których nie mogli wypełnić. <br />
Gdzieś pomiędzy tymi wszystkimi wypowiedzianymi słowami, obiekcjami, wątpliwościami i sprzeciwem, którego nie mógł już dłużej podtrzymać, stworzył wokół siebie niechętną skorupę. Nie był zadowolony z takiego obrotu spraw i nawet nie próbował udawać, że robi to wszystko z lekką ręką. <br />
Tak, zgodził się na to. Tak, nigdy nie uważał tego za tak złe i demoniczne jak próbowało im to wmawiać Ministerstwo czy jak piało niedoinformowane społeczeństwo. W istocie chodziło przecież o posługiwanie się energią. Neutralną siłą, która sama w sobie nie była nacechowana ani źle, ani dobrze. Wydźwięk nadawały jej intencje i cel, w jakim była wykorzystywana. <br />
Mimo to nigdy nie pomyślałby, że stanie tutaj z Geraldine, która jeszcze chwilę temu trzymała go pod rękę (tylko w celu teleportacji; gdy znaleźli się na skraju lasu, Ambroise niemal od razu opuścił ramię) a teraz podążała za nim w milczeniu. Nie chciał przyjmować tej roli. Nie zamierzał być jej nauczycielem. W jego oczach w dalszym ciągu nie powinna dotykać się większości z tych spraw.<br />
A jednak dał się przekonać. Przynajmniej częściowo, od razu zaznaczając, że to on podejmie ostateczną decyzję o zakresie, w którym będą się poruszać. Mogła się z nim nie zgadzać, mogła wyrażać równie silny wewnętrzny sprzeciw, co ten u niego, jednakże skoro ten jego w końcu nieco osłabł, Roise oczekiwał współpracy również ze strony Yaxleyówny. <br />
Jego spojrzenie błądziło po leśnym krajobrazie. Każdy ruch, który wykonywali wydawał się być obserwowany przez niewidzialne oczy. Nawet drzewa z ich poskręcanymi konarami i gniewnymi sękami, zdawały się być wrogie. Mimo to, było to najlepsze możliwe miejsce, jakie mogli sobie wybrać.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Tutaj -</span> oznajmił, odzywając się pierwszy raz od co najmniej dwudziestu minut wędrówki. <br />
Docierając na jedną z mniejszych polan otoczonych gęstymi, kolczastymi zaroślami, Ambroise zatrzymał się w miejscu. Przystanął bez słowa, przyglądając się drzewom, które wyciągały swoje gałęzie, jakby chciały ich pochwycić. W całkowitym lodowatozimnym skupieniu przesunął wzrokiem po otoczeniu, analizując dwa jedyne prześwity. Ten, przez który tu weszli i ten, który wyłaniał się po drugiej stronie prześwitu. <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Uważaj na samotniczki. Nie jest ich tu tak dużo jak w innych częściach lasu, szczególnie w zagajniku przed nim, ale nadal kwitną -</span> odezwał się, jednocześnie unosząc kurczowo trzymaną różdżkę, odchrząkując i jednym ruchem kształtując więcej kolczastych gałęzi w prześwicie za nimi. Moment później zrobił to samo z przestrzenią drugiego wejścia na polankę, teraz już osłaniając ich krzewami z każdej strony.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[5.09.1972] The end is where we begin | Maddox, Faye]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4310</link>
			<pubDate>Sun, 22 Dec 2024 23:13:49 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=493">Faye Travers</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4310</guid>
			<description><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Faye Travers - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Piszę, więc jestem</span></div></div>
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">5 września 1972<br />
Las Wisielców, polana</div>
<br />
<div class="ramka">
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><a href="https://www.youtube.com/watch?v=IPQ7mvL5_04" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">I'm an alien<br />
'Cause I'm not of this world<br />
I have a name<br />
But I've been changed,<br />
And now I can't stay the same</a></div></div>
<br />
Czemu wybrała akurat Las Wisielców? Miejsce, które było mroczne, owiane złą sławą i przemawiała przez nie rozpacz. Czy to dlatego, że sama miała iście wisielczy nastrój? A może dlatego, że wiedziała, że gdy powie mu, gdzie ma się stawić, zrobi to bez marudzenia? Czy Faye w ogóle byłaby tak wyrachowana, by posunąć się do takiej manipulacji? To były pytania, na które w tej chwili sama nie potrafiła znaleźć odpowiedzi. Wiedziała jednak, że nie chciała go okłamywać. Nie zamierzała również udawać się na Ścieżki, o których wiedziała tylko tyle, że to nie było miejsce dla niej. Raz trafiła na Nokturn i mimo iż wyszła stamtąd cało, to nie była skończoną kretynką i doskonale wiedziała, że to była tylko i wyłącznie zasługa szczęścia. Szczęścia, które nie miało prawa się powtórzyć. Wolała nie stawiać swojej stopy ponownie ani na Nokturnie, ani szukać Ścieżek, które były owiane jeszcze gorszą sławą niż Las Wisielców. Nie miała pojęcia jak się tam dostać i bardzo pragnęła, by tak pozostało. Wiedziała, że Maddox zawsze przyjdzie, gdy go o to poprosi, lecz również nie chciała wystawiać go na dyskomfort. Nie dla niego były wystawne, urocze kawiarnie na Pokątnej czy śliczne knajpki na Horyzontalnej.<br />
<br />
Z drugiej strony mugolskie dzielnice absolutnie nie wchodziły w grę. Chciała z nim porozmawiać w cztery oczy, a temat którego ta rozmowa miała dotyczyć, wcale nie był miły. I na pewno nie był przeznaczony dla mugolskich uszu. Dlatego też z żalem odpuściła uroczy lasek pełen spacerowiczów, którzy tak jak ona kochali jesień. Odpuściła też bardziej znane miejsca, wiedząc że ostatnio <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">coś za dużo osób tam spotyka przypadkiem</span>. Dolina Godryka nie wchodziła również w grę, bo... Zwyczajnie było jej wstyd i głupio. Doskonale wiedziała, że pracownicy Ministerstwa wymazali pamięć komu trzeba, zajęli się wszystkim, lecz przecież nie powodowało to faktu, że nadal czuła palący wstyd i niepokój, gdy tylko wracała do domu. Bała się, że piętro, które wynajęła, przestało być jej domem zanim tak naprawdę nim być zaczęło. Nie zdążyła się dobrze urządzić, a już czuła się tam nieswojo. Zwykle to był czas, gdy brała nogi za pas i zmieniała lokalizację. I nie chodziło o ulicę czy miasto - chodziło o kraj. Znała ten stan, znała te metaforyczne owsiki w dupie lecz do jasnej cholery, nie po to wydała większość oszczędności, by teraz po prostu znowu zniknąć i zaczynać od nowa.<br />
<br />
Niepokój, który odczuwała od 30 sierpnia, doskonale wkomponował się w nastrój lasu. Siedziała na kamieniu, na jego skraju, i obserwowała jaszczurkę, biegającą po gałęzi, spoczywającej na ziemi. Była jesień, chociaż jeszcze nie kalendarzowa, lecz szczególnie tutaj zmiana powietrza i pory roku była wyczuwalna. Chłodny wiatr szastał kasztanowymi włosami, częściowo uwięzionymi pod szalikiem w kratę, i próbował wedrzeć się pod gruby, szary płaszcz. Trochę na nią za duży, ale zdecydowanie wygodny, szczególnie na takie wypady. Traversówna podciągnęła nogi pod brodę tak, by móc na kolanach oprzeć podbródek i obserwować zmagania jaszczurki z liściem, który nie zdążył jeszcze oderwać się od gałęzi. Zdawało się, że zwierzę uważa liść za zagrożenie. Stroszyło się przed nim, prychało a nawet próbowało różnych podskoków, próbując przegonić natręta ze swej drogi. W uszach szumiała jej cisza i szum liści - przyjemne połączenie, które zwykle dawało jej myślom ukojenia. Teraz jednak powodowało niepokój. Widok brawurowej walki z jaszczurką jednak był na tyle pochłaniający, że odrywał odrobinę czarne rozmyślania od teraźniejszości.<br />
<br />
Nie wiedziała, kiedy Maddox przyjdzie, ale nie spieszyło jej się specjalnie. Wyciągnęła papierosa i spróbowała go zapalić, na moment odrywając wzrok od walki. Dwa już wypaliła, ale kulturalnie chowała niedopałki do kieszeni. Nie będzie tu przecież śmiecić. Szanowała naturę, bo czuła się jej częścią - nawet jeśli ta natura była tak nieprzyjazna, jak ta w Lesie Wisielców.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Faye Travers - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Piszę, więc jestem</span></div></div>
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">5 września 1972<br />
Las Wisielców, polana</div>
<br />
<div class="ramka">
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><a href="https://www.youtube.com/watch?v=IPQ7mvL5_04" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">I'm an alien<br />
'Cause I'm not of this world<br />
I have a name<br />
But I've been changed,<br />
And now I can't stay the same</a></div></div>
<br />
Czemu wybrała akurat Las Wisielców? Miejsce, które było mroczne, owiane złą sławą i przemawiała przez nie rozpacz. Czy to dlatego, że sama miała iście wisielczy nastrój? A może dlatego, że wiedziała, że gdy powie mu, gdzie ma się stawić, zrobi to bez marudzenia? Czy Faye w ogóle byłaby tak wyrachowana, by posunąć się do takiej manipulacji? To były pytania, na które w tej chwili sama nie potrafiła znaleźć odpowiedzi. Wiedziała jednak, że nie chciała go okłamywać. Nie zamierzała również udawać się na Ścieżki, o których wiedziała tylko tyle, że to nie było miejsce dla niej. Raz trafiła na Nokturn i mimo iż wyszła stamtąd cało, to nie była skończoną kretynką i doskonale wiedziała, że to była tylko i wyłącznie zasługa szczęścia. Szczęścia, które nie miało prawa się powtórzyć. Wolała nie stawiać swojej stopy ponownie ani na Nokturnie, ani szukać Ścieżek, które były owiane jeszcze gorszą sławą niż Las Wisielców. Nie miała pojęcia jak się tam dostać i bardzo pragnęła, by tak pozostało. Wiedziała, że Maddox zawsze przyjdzie, gdy go o to poprosi, lecz również nie chciała wystawiać go na dyskomfort. Nie dla niego były wystawne, urocze kawiarnie na Pokątnej czy śliczne knajpki na Horyzontalnej.<br />
<br />
Z drugiej strony mugolskie dzielnice absolutnie nie wchodziły w grę. Chciała z nim porozmawiać w cztery oczy, a temat którego ta rozmowa miała dotyczyć, wcale nie był miły. I na pewno nie był przeznaczony dla mugolskich uszu. Dlatego też z żalem odpuściła uroczy lasek pełen spacerowiczów, którzy tak jak ona kochali jesień. Odpuściła też bardziej znane miejsca, wiedząc że ostatnio <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">coś za dużo osób tam spotyka przypadkiem</span>. Dolina Godryka nie wchodziła również w grę, bo... Zwyczajnie było jej wstyd i głupio. Doskonale wiedziała, że pracownicy Ministerstwa wymazali pamięć komu trzeba, zajęli się wszystkim, lecz przecież nie powodowało to faktu, że nadal czuła palący wstyd i niepokój, gdy tylko wracała do domu. Bała się, że piętro, które wynajęła, przestało być jej domem zanim tak naprawdę nim być zaczęło. Nie zdążyła się dobrze urządzić, a już czuła się tam nieswojo. Zwykle to był czas, gdy brała nogi za pas i zmieniała lokalizację. I nie chodziło o ulicę czy miasto - chodziło o kraj. Znała ten stan, znała te metaforyczne owsiki w dupie lecz do jasnej cholery, nie po to wydała większość oszczędności, by teraz po prostu znowu zniknąć i zaczynać od nowa.<br />
<br />
Niepokój, który odczuwała od 30 sierpnia, doskonale wkomponował się w nastrój lasu. Siedziała na kamieniu, na jego skraju, i obserwowała jaszczurkę, biegającą po gałęzi, spoczywającej na ziemi. Była jesień, chociaż jeszcze nie kalendarzowa, lecz szczególnie tutaj zmiana powietrza i pory roku była wyczuwalna. Chłodny wiatr szastał kasztanowymi włosami, częściowo uwięzionymi pod szalikiem w kratę, i próbował wedrzeć się pod gruby, szary płaszcz. Trochę na nią za duży, ale zdecydowanie wygodny, szczególnie na takie wypady. Traversówna podciągnęła nogi pod brodę tak, by móc na kolanach oprzeć podbródek i obserwować zmagania jaszczurki z liściem, który nie zdążył jeszcze oderwać się od gałęzi. Zdawało się, że zwierzę uważa liść za zagrożenie. Stroszyło się przed nim, prychało a nawet próbowało różnych podskoków, próbując przegonić natręta ze swej drogi. W uszach szumiała jej cisza i szum liści - przyjemne połączenie, które zwykle dawało jej myślom ukojenia. Teraz jednak powodowało niepokój. Widok brawurowej walki z jaszczurką jednak był na tyle pochłaniający, że odrywał odrobinę czarne rozmyślania od teraźniejszości.<br />
<br />
Nie wiedziała, kiedy Maddox przyjdzie, ale nie spieszyło jej się specjalnie. Wyciągnęła papierosa i spróbowała go zapalić, na moment odrywając wzrok od walki. Dwa już wypaliła, ale kulturalnie chowała niedopałki do kieszeni. Nie będzie tu przecież śmiecić. Szanowała naturę, bo czuła się jej częścią - nawet jeśli ta natura była tak nieprzyjazna, jak ta w Lesie Wisielców.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[12.08.1972] The fate's already fucked me sideways]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4056</link>
			<pubDate>Mon, 14 Oct 2024 17:28:21 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=316">Lorraine Malfoy</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4056</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">Little Hangleton, Las Wisielców</div>
<br />
Cichy trzask teleportacji przypominający łamanie kości poniósł się echem wśród drzew, płosząc strzeżące leśnego grobowca ptaki, których śpiew przywodził na myśl żałobne <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">requiem</span>.<br />
<br />
Lorraine puściła ramię Peregrinusa, zachwiawszy się lekko, nim postąpiła krok do przodu: wciąż czuła na twarzy pęd powietrza, a w uszach słyszała szum – jak zawsze, gdy teleportowała się na większe odległości niż była do tego przyzwyczajona – las przywitał ją jednak grobowym milczeniem, które zdawało się koić podrażnione zmysły, otulone nabożną ciszą. Wylądowali pośród drzew, na skraju niewielkiego zagajnika, przechodzącego powoli w gęstniejące, leśne poszycie. Na rozstajach, krzyżowały się ścieżki wydeptane przez mieszkańców Little Hangleton, a w oddali wciąż majaczył cmentarz, ale to Las Wisielców stanowił prawdziwą granicę między światem żywych i martwych.<br />
<br />
Lorraine wsparła lekko dłoń o masyw wiekowej brzozy. Tęsknie powiodła palcami po chropowatym pniu, witając się z drzewem jak z dawno niewidzianym przyjacielem: gest, który równie dobrze mogła przejąć od Mirandy – macocha wywodziła się przecież z rodu Greengrassów – jak i od Maeve, zakochanej we wszystkim, co wyrastało z ziemi. Popękana kora odsłaniała wszechwiedzące ślepia drzewa, łuszcząc się jak skóra na poparzeńcu. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Kim jesteś</span>, pytało tysiąc oczu brzozy, nienawykłej do widoku obcych – nigdy nie byli na tyle odważni, by zapuścić się w leśne ostępy, których przejmującej martwoty strzegła – <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">co myślisz</span>, pytały oczy Malfoy, kiedy posłała Trelawney'owi przelotne spojrzenie ponad ramieniem. To był już jeden z ich prywatnych żartów: to, że zawsze spotykali się w miejscach, które innym ludziom kojarzyły się ze śmiercią i z przemijaniem. Zaczęło się od głuchej szpitalnej poczekalni, gdzie oboje czuwali, dręczeni snami o pogrążonych w agonii matkach – potem było przypadkowe spotkanie w zakurzonym archiwum obok publicznego cmentarza – nie wiedzieć kiedy, Peregrinus został zaproszony na herbatę do <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Necronomiconu</span>, stając się tam mile widzianym gościem. Dzisiaj również nawiedził jej progi, nie wydając się zbytnio zaskoczonym, gdy Lorraine zaproponowała, żeby wyrwali się z tchnącego zapachem kadzideł wnętrza zakładu pogrzebowego na mały spacer po lesie. Tak jakby o przyszłości mogli rozmawiać tylko otoczeni reliktami przeszłości. <br />
<br />
Las Wisielców należał do przeszłości. Wraz z rodziną przeprowadziła się do Little Hangleton niedługo po tym jak zlicytowano ich dom pod Londynem. Mieszkali nieopodal, na obrzeżach miasteczka: o ile było Lorraine wiadomo, ojciec wciąż nie pozbył się tej  rozwalającej się chatki, której tak nienawidził – <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">tylko nienawiść powstrzymuje ją przed zawaleniem</span>, powiedziała Baldwinowi, kiedy odważyła się tam z nim wejść, pierwszy raz od czasu śmierci Mirandy – ale tak jak Armand Malfoy nienawidził Little Hangleton, tak Lorraine nie potrafiła wyrzucić tego miejsca ze swojego serca, nie potrafiła o nim zapomnieć, choć czasem bardzo tego chciała. Poprawiła uchwyt na niewielkim wiklinowym koszyku, który przezornie zabrała ze sobą. Niegdyś przychodziła tutaj codziennie, w tym miejscu rosły bowiem zioła, których nie można było spotkać nigdzie indziej: na początku nie zapuszczała się daleko, ale dziecięca ciekawość okazała się silniejsza od strachu. Bardzo szybko zrozumiała, że nie ma powodu, by bać się umarłych. Zwłaszcza takich, którym nie towarzyszył odór rozkładu, tylko rozpaczy.<br />
<br />
Przenikliwe spojrzenie oczu wiły złagodniało, gdy skupiła wzrok na twarzy mężczyzny, w milczeniu oczekując na werdykt. Jeżeli Peregrinus Trelawney nawiedzał jej życie jak omen, Lorraine Malfoy nawiedziała jego jak duch. Oboje byli smutnymi ludźmi – jasnowidz o apokaliptycznym wejrzeniu i odziana w biel córka zjawy – oboje byli też samotni, i ze swoją samotnością pogodzeni: może dlatego nie szukali pomocy egzorcysty, pomyślała Lorraine, może dlatego godzili się z byciem nawiedzanym – odnajdywali w tym swego rodzaju urok, tak jak w dusznej aurze nawiedzonego lasu.<br />
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Miejsce, gdzie możesz być sam, ale nigdy nie będziesz prawdziwie samotny.</span> – <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Nie z tymi trupami dookoła</span>, pomyślała Lorraine, omiatając spojrzeniem obrzeże Lasu Wisielców, który otwierał się przed nimi jak wieko trumny, zapraszając w swe podwoje: ścieżkę wytyczały trupy. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Miejsce, gdzie można być wysłuchanym, a niekoniecznie usłyszanym</span>, dodała już w myślach. Nie musiała mieć trzeciego oka, by widzieć, że Peregrinus chce się z nią podzielić jakąś historią – <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">dobrą</span> historię – a dobre historie zasługiwały na bycie wysłuchanymi. Nawet jeżeli słuchaczami miały być kości, dawno już ogryzione z ochłapów życia szkielety kołyszące się smętnie na konarach drzew pozbawionych duszy. – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Czy mówię wystarczająco zagadkowo jak dla jasnowidza?</span> – rzuciła lekkim tonem, odwróciwszy się plecami do Peregrina, aby ukryć przekorny uśmiech, który rozświetlił na chwilę jej twarz.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">Little Hangleton, Las Wisielców</div>
<br />
Cichy trzask teleportacji przypominający łamanie kości poniósł się echem wśród drzew, płosząc strzeżące leśnego grobowca ptaki, których śpiew przywodził na myśl żałobne <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">requiem</span>.<br />
<br />
Lorraine puściła ramię Peregrinusa, zachwiawszy się lekko, nim postąpiła krok do przodu: wciąż czuła na twarzy pęd powietrza, a w uszach słyszała szum – jak zawsze, gdy teleportowała się na większe odległości niż była do tego przyzwyczajona – las przywitał ją jednak grobowym milczeniem, które zdawało się koić podrażnione zmysły, otulone nabożną ciszą. Wylądowali pośród drzew, na skraju niewielkiego zagajnika, przechodzącego powoli w gęstniejące, leśne poszycie. Na rozstajach, krzyżowały się ścieżki wydeptane przez mieszkańców Little Hangleton, a w oddali wciąż majaczył cmentarz, ale to Las Wisielców stanowił prawdziwą granicę między światem żywych i martwych.<br />
<br />
Lorraine wsparła lekko dłoń o masyw wiekowej brzozy. Tęsknie powiodła palcami po chropowatym pniu, witając się z drzewem jak z dawno niewidzianym przyjacielem: gest, który równie dobrze mogła przejąć od Mirandy – macocha wywodziła się przecież z rodu Greengrassów – jak i od Maeve, zakochanej we wszystkim, co wyrastało z ziemi. Popękana kora odsłaniała wszechwiedzące ślepia drzewa, łuszcząc się jak skóra na poparzeńcu. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Kim jesteś</span>, pytało tysiąc oczu brzozy, nienawykłej do widoku obcych – nigdy nie byli na tyle odważni, by zapuścić się w leśne ostępy, których przejmującej martwoty strzegła – <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">co myślisz</span>, pytały oczy Malfoy, kiedy posłała Trelawney'owi przelotne spojrzenie ponad ramieniem. To był już jeden z ich prywatnych żartów: to, że zawsze spotykali się w miejscach, które innym ludziom kojarzyły się ze śmiercią i z przemijaniem. Zaczęło się od głuchej szpitalnej poczekalni, gdzie oboje czuwali, dręczeni snami o pogrążonych w agonii matkach – potem było przypadkowe spotkanie w zakurzonym archiwum obok publicznego cmentarza – nie wiedzieć kiedy, Peregrinus został zaproszony na herbatę do <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Necronomiconu</span>, stając się tam mile widzianym gościem. Dzisiaj również nawiedził jej progi, nie wydając się zbytnio zaskoczonym, gdy Lorraine zaproponowała, żeby wyrwali się z tchnącego zapachem kadzideł wnętrza zakładu pogrzebowego na mały spacer po lesie. Tak jakby o przyszłości mogli rozmawiać tylko otoczeni reliktami przeszłości. <br />
<br />
Las Wisielców należał do przeszłości. Wraz z rodziną przeprowadziła się do Little Hangleton niedługo po tym jak zlicytowano ich dom pod Londynem. Mieszkali nieopodal, na obrzeżach miasteczka: o ile było Lorraine wiadomo, ojciec wciąż nie pozbył się tej  rozwalającej się chatki, której tak nienawidził – <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">tylko nienawiść powstrzymuje ją przed zawaleniem</span>, powiedziała Baldwinowi, kiedy odważyła się tam z nim wejść, pierwszy raz od czasu śmierci Mirandy – ale tak jak Armand Malfoy nienawidził Little Hangleton, tak Lorraine nie potrafiła wyrzucić tego miejsca ze swojego serca, nie potrafiła o nim zapomnieć, choć czasem bardzo tego chciała. Poprawiła uchwyt na niewielkim wiklinowym koszyku, który przezornie zabrała ze sobą. Niegdyś przychodziła tutaj codziennie, w tym miejscu rosły bowiem zioła, których nie można było spotkać nigdzie indziej: na początku nie zapuszczała się daleko, ale dziecięca ciekawość okazała się silniejsza od strachu. Bardzo szybko zrozumiała, że nie ma powodu, by bać się umarłych. Zwłaszcza takich, którym nie towarzyszył odór rozkładu, tylko rozpaczy.<br />
<br />
Przenikliwe spojrzenie oczu wiły złagodniało, gdy skupiła wzrok na twarzy mężczyzny, w milczeniu oczekując na werdykt. Jeżeli Peregrinus Trelawney nawiedzał jej życie jak omen, Lorraine Malfoy nawiedziała jego jak duch. Oboje byli smutnymi ludźmi – jasnowidz o apokaliptycznym wejrzeniu i odziana w biel córka zjawy – oboje byli też samotni, i ze swoją samotnością pogodzeni: może dlatego nie szukali pomocy egzorcysty, pomyślała Lorraine, może dlatego godzili się z byciem nawiedzanym – odnajdywali w tym swego rodzaju urok, tak jak w dusznej aurze nawiedzonego lasu.<br />
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Miejsce, gdzie możesz być sam, ale nigdy nie będziesz prawdziwie samotny.</span> – <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Nie z tymi trupami dookoła</span>, pomyślała Lorraine, omiatając spojrzeniem obrzeże Lasu Wisielców, który otwierał się przed nimi jak wieko trumny, zapraszając w swe podwoje: ścieżkę wytyczały trupy. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Miejsce, gdzie można być wysłuchanym, a niekoniecznie usłyszanym</span>, dodała już w myślach. Nie musiała mieć trzeciego oka, by widzieć, że Peregrinus chce się z nią podzielić jakąś historią – <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">dobrą</span> historię – a dobre historie zasługiwały na bycie wysłuchanymi. Nawet jeżeli słuchaczami miały być kości, dawno już ogryzione z ochłapów życia szkielety kołyszące się smętnie na konarach drzew pozbawionych duszy. – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Czy mówię wystarczająco zagadkowo jak dla jasnowidza?</span> – rzuciła lekkim tonem, odwróciwszy się plecami do Peregrina, aby ukryć przekorny uśmiech, który rozświetlił na chwilę jej twarz.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[15.08.72] Czy boisz się ciemności?]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=3914</link>
			<pubDate>Tue, 17 Sep 2024 20:19:20 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=201">Cathal Shafiq</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=3914</guid>
			<description><![CDATA[Ciemność w Little Hangleton zawsze zdawała się Cathalowi głębsza niż w jakimkolwiek innym zakątku Anglii. Nie chodziło o Londyn i jego światła, przytłumiające gwiazdy. Dotyczyło to każdego innego miejsca, także niby tak podobnej Doliny Godryka (podobnej, różnej, odbicia w krzywym zwierciadle…). Było w tym coś więcej – coś, co przywodziło mu na myśl najciemniejsze z egipskich grobowców, wypełnione magią, której wtedy nie uważano za ciemną, a która i tak zdawała się czarna i lepka na podobieństwo smoły.<br />
Lubił noce w Little Hangleton.<br />
Nienawidził nocy w Little Hangleton.<br />
Dusił się tego wieczora w domu Isabelli Gaunt, który – powoli – zaczynał w jego głowie stawać się domem Ulyssesa Rookwooda. (Powoli, bardzo powoli: znikały ślady obecności matki, gipsowe króliki, zasłonki w węże, paskudne obicia, ale Shafiq widział ją tam, słyszał jej głos, i zastanawiał się czasem, czy gdy pozbędą się już wszystkich pamiątek, starych mebli, kolorów, ten głos wreszcie zamilknie, jeden z wielu, odzywających się w jego głowie.) Wyszedł wprost w noc, z papierosem w jednym ręku, i smyczą w drugim, prowadząc na niej ogromnego psa, który trafił tutaj w wyniku splotu bardzo dziwnych i wciąż dla Cathala nie do końca zrozumiałych okoliczności. Wędrował w stronę lasu, nie przejmując się mrokiem, rozpraszanym tylko przez rozjarzony koniec papierosa: drogę znał w końcu na pamięć. <br />
Pamięć zdradziła go po raz kolejny.<br />
Nie dlatego, że źle zapamiętał drogę. Nie dlatego, że zbłądził ścieżkę. Zapadł się we wspomnieniach z Little Hangleton, z posiadłości Gauntów, z Lasu Wisielców, tak głęboko, że nie zauważył nawet momentu, w którym smycz wyślizgnęła się z ręki, a Cavall runął gdzieś w krzaki w pogoni za jakimś nocnym zwierzakiem. <br />
Cholernie, cholernie blisko Lasu Wisielców, w którym łatwo było natknąć się na duchy, żywe trupy, mordercze drzewa i zapewne wszystkie te rzeczy, o jakich mugole pisali w horrorach. Nie tak daleko od wierzby wisielców, pod którą regularnie działy się różne dziwne rzeczy. Wprawdzie nikt nie wspominał o tym, by coś tam zżerało psy, ale to mógłby być ten pierwszy raz. Shafiq zamarł dosłownie na ułamek sekundy, a potem papieros wypadł mu z dłoni prosto w błoto. Zaklął wściekły na siebie i na psa, i wpadł w rośliny w ślad za zwierzakiem, potężnie zbudowany, jasnowłosy mężczyzna, w bardzo nieporządnych i bardzo nieczarodziejskich ciuchach.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Ciemność w Little Hangleton zawsze zdawała się Cathalowi głębsza niż w jakimkolwiek innym zakątku Anglii. Nie chodziło o Londyn i jego światła, przytłumiające gwiazdy. Dotyczyło to każdego innego miejsca, także niby tak podobnej Doliny Godryka (podobnej, różnej, odbicia w krzywym zwierciadle…). Było w tym coś więcej – coś, co przywodziło mu na myśl najciemniejsze z egipskich grobowców, wypełnione magią, której wtedy nie uważano za ciemną, a która i tak zdawała się czarna i lepka na podobieństwo smoły.<br />
Lubił noce w Little Hangleton.<br />
Nienawidził nocy w Little Hangleton.<br />
Dusił się tego wieczora w domu Isabelli Gaunt, który – powoli – zaczynał w jego głowie stawać się domem Ulyssesa Rookwooda. (Powoli, bardzo powoli: znikały ślady obecności matki, gipsowe króliki, zasłonki w węże, paskudne obicia, ale Shafiq widział ją tam, słyszał jej głos, i zastanawiał się czasem, czy gdy pozbędą się już wszystkich pamiątek, starych mebli, kolorów, ten głos wreszcie zamilknie, jeden z wielu, odzywających się w jego głowie.) Wyszedł wprost w noc, z papierosem w jednym ręku, i smyczą w drugim, prowadząc na niej ogromnego psa, który trafił tutaj w wyniku splotu bardzo dziwnych i wciąż dla Cathala nie do końca zrozumiałych okoliczności. Wędrował w stronę lasu, nie przejmując się mrokiem, rozpraszanym tylko przez rozjarzony koniec papierosa: drogę znał w końcu na pamięć. <br />
Pamięć zdradziła go po raz kolejny.<br />
Nie dlatego, że źle zapamiętał drogę. Nie dlatego, że zbłądził ścieżkę. Zapadł się we wspomnieniach z Little Hangleton, z posiadłości Gauntów, z Lasu Wisielców, tak głęboko, że nie zauważył nawet momentu, w którym smycz wyślizgnęła się z ręki, a Cavall runął gdzieś w krzaki w pogoni za jakimś nocnym zwierzakiem. <br />
Cholernie, cholernie blisko Lasu Wisielców, w którym łatwo było natknąć się na duchy, żywe trupy, mordercze drzewa i zapewne wszystkie te rzeczy, o jakich mugole pisali w horrorach. Nie tak daleko od wierzby wisielców, pod którą regularnie działy się różne dziwne rzeczy. Wprawdzie nikt nie wspominał o tym, by coś tam zżerało psy, ale to mógłby być ten pierwszy raz. Shafiq zamarł dosłownie na ułamek sekundy, a potem papieros wypadł mu z dłoni prosto w błoto. Zaklął wściekły na siebie i na psa, i wpadł w rośliny w ślad za zwierzakiem, potężnie zbudowany, jasnowłosy mężczyzna, w bardzo nieporządnych i bardzo nieczarodziejskich ciuchach.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[13.081972] If we met at midnight in the hanging tree]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=3891</link>
			<pubDate>Sat, 14 Sep 2024 13:19:25 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=485">Scarlett Mulciber</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=3891</guid>
			<description><![CDATA[Blade światło księżyca, które nieporadnie starało się przedrzeć chociażby najdrobniejszy kosmyk światła, nie miało szans w starciu z gęstymi koronami drzew.<br />
Mrok, otulony głuchą, niepokojącą ciszą. Zewsząd ani jednej żywej istoty, a jedynie niemy krzyk dusz, objawiający się w szeleście liści, czy skrzypnięciach drzew.<br />
Piękno w czystej postaci.<br />
Mulciber zaciągnęła się ciężkim, wilgotnym powietrzem, stawiając kroki na obranej przez siebie ścieżce.<br />
Zauroczona krajobrazem śmierci i rozpaczy, wodziła spojrzeniem po cmentarzysku.<br />
Jej wzrok na moment zastygł na jednym punkcie, a w jasnych tęczówkach odbił się element, który z pewnością nie pasował do leśnego otoczenia. Wyciągnęła przed siebie rękę, opuszkiem palców prawej dłoni delikatnie dotykając czerwonej nici. Nitka swoją podróż rozpoczynała przy ów drzewie, będąc przywiązana do jednej z gałęzi, ciągnąc swój długi ogon w głąb lasu. Co znajdowało się na drugim końcu? Z pewnością śmierć. <br />
Pracując z umarłymi spotykała się z tego typu praktykami wśród dusz samobójców.<br />
Z każdą tego typu nitką wiązała się inna historia i bagaż emocji - niepewność swojej decyzji, nadzieja na odnalezieniu ciała i pochówek - wszystkie te historie łączyło jedno, a była to śmierć.<br />
Z jej przemyśleń wyrwał ją głośny, dobrze jej znany jazgot. Dźwięk odbił się echem od drzew, zaraz pozwalając się pochłonąć martwej ciszy.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">-Stolven -</span>mruknęła nijako oburzona, kierując spojrzenie na jastrzębia siedzącego na jej ramieniu.<br />
Wyciągnęła rękę, a ptak przeskoczył na skórzany przedramiennik <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">-Ha litt respekt </span>- mruknęła, unosząc drugą dłoń, aby pieszczotliwie podrapać szyje drapieżnika.<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">(tł.“Trochę szacunku”)</span><br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">-Śmierć lubi ciszę…-</span> dodała szeptem, ruszając w dalszą wędrówkę. Mijając pojedyncze porzucone  przedmioty, rozmarzyła się na temat tragicznych historii jakie dane byłoby jej poznać przy obrzędach. <br />
Martwi byli znacznie ciekawsi od żywych. <br />
Dojrzawszy świetną łunę, zmrużyła podejrzliwie ślepia. Pozbawiając siebie dostępu do światła, ruszyła żywo zaintrygowana za oddalonym blaskiem. <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Jak nawiedzonym trzeba być, aby w środku nocy zapuścić się do lasu wisielców? </span>- pomyślała.<br />
Odpowiedź na to pytanie była niezwykle nurtująca. Nie czuła strachu, mimo iż spodziewała się ujrzeć próbę ukrycia ciała, bądź samobójcę. <br />
Jakież było jej zdziwienie, gdy jej oczom zamiast rosłego mężczyzny, ukazała się drobna dziewczyna. <br />
Stojąc w mroku, przez dłuższą chwilę obserwowała damską sylwetkę. Nie przypominała samobójcy, ani mordercy - chociaż to drugie poddawała w słuszną wątpliwość. Te niewinne z pozoru istoty, zwykle były tymi najbardziej okrutnymi. Znała to z autopsji.<br />
Niemniej jednak nie sposób było ująć jej urody, która teraz, otoczona leśnym krajobrazem, dodawała jej surrealizmu. Jak gdyby brunetka była jedynie snem, zjawą, lub odrealnioną mistyczną istotą. Zupełnie nierealna w swoim uroku, całkiem nieprawdziwa.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">-Jeśli za chwilę miałabyś umrzeć i mogłabyś mieć tylko jedną osobę, która trzymałaby Cię za rękę -</span> zaczęła, wyłaniając się z mroku, tym samym przechodząc obok dziewczyny, aby zasiąść na pniu nieopodal <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Kto by to był.. i dlaczego?</span> -zapytała, przypatrują się dziewczynie. Nie była fanem banalnych powitań, niemniej jednak żywiła nadzieję, że jej rozmówczyni nie ucieknie.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Blade światło księżyca, które nieporadnie starało się przedrzeć chociażby najdrobniejszy kosmyk światła, nie miało szans w starciu z gęstymi koronami drzew.<br />
Mrok, otulony głuchą, niepokojącą ciszą. Zewsząd ani jednej żywej istoty, a jedynie niemy krzyk dusz, objawiający się w szeleście liści, czy skrzypnięciach drzew.<br />
Piękno w czystej postaci.<br />
Mulciber zaciągnęła się ciężkim, wilgotnym powietrzem, stawiając kroki na obranej przez siebie ścieżce.<br />
Zauroczona krajobrazem śmierci i rozpaczy, wodziła spojrzeniem po cmentarzysku.<br />
Jej wzrok na moment zastygł na jednym punkcie, a w jasnych tęczówkach odbił się element, który z pewnością nie pasował do leśnego otoczenia. Wyciągnęła przed siebie rękę, opuszkiem palców prawej dłoni delikatnie dotykając czerwonej nici. Nitka swoją podróż rozpoczynała przy ów drzewie, będąc przywiązana do jednej z gałęzi, ciągnąc swój długi ogon w głąb lasu. Co znajdowało się na drugim końcu? Z pewnością śmierć. <br />
Pracując z umarłymi spotykała się z tego typu praktykami wśród dusz samobójców.<br />
Z każdą tego typu nitką wiązała się inna historia i bagaż emocji - niepewność swojej decyzji, nadzieja na odnalezieniu ciała i pochówek - wszystkie te historie łączyło jedno, a była to śmierć.<br />
Z jej przemyśleń wyrwał ją głośny, dobrze jej znany jazgot. Dźwięk odbił się echem od drzew, zaraz pozwalając się pochłonąć martwej ciszy.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">-Stolven -</span>mruknęła nijako oburzona, kierując spojrzenie na jastrzębia siedzącego na jej ramieniu.<br />
Wyciągnęła rękę, a ptak przeskoczył na skórzany przedramiennik <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">-Ha litt respekt </span>- mruknęła, unosząc drugą dłoń, aby pieszczotliwie podrapać szyje drapieżnika.<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">(tł.“Trochę szacunku”)</span><br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">-Śmierć lubi ciszę…-</span> dodała szeptem, ruszając w dalszą wędrówkę. Mijając pojedyncze porzucone  przedmioty, rozmarzyła się na temat tragicznych historii jakie dane byłoby jej poznać przy obrzędach. <br />
Martwi byli znacznie ciekawsi od żywych. <br />
Dojrzawszy świetną łunę, zmrużyła podejrzliwie ślepia. Pozbawiając siebie dostępu do światła, ruszyła żywo zaintrygowana za oddalonym blaskiem. <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Jak nawiedzonym trzeba być, aby w środku nocy zapuścić się do lasu wisielców? </span>- pomyślała.<br />
Odpowiedź na to pytanie była niezwykle nurtująca. Nie czuła strachu, mimo iż spodziewała się ujrzeć próbę ukrycia ciała, bądź samobójcę. <br />
Jakież było jej zdziwienie, gdy jej oczom zamiast rosłego mężczyzny, ukazała się drobna dziewczyna. <br />
Stojąc w mroku, przez dłuższą chwilę obserwowała damską sylwetkę. Nie przypominała samobójcy, ani mordercy - chociaż to drugie poddawała w słuszną wątpliwość. Te niewinne z pozoru istoty, zwykle były tymi najbardziej okrutnymi. Znała to z autopsji.<br />
Niemniej jednak nie sposób było ująć jej urody, która teraz, otoczona leśnym krajobrazem, dodawała jej surrealizmu. Jak gdyby brunetka była jedynie snem, zjawą, lub odrealnioną mistyczną istotą. Zupełnie nierealna w swoim uroku, całkiem nieprawdziwa.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">-Jeśli za chwilę miałabyś umrzeć i mogłabyś mieć tylko jedną osobę, która trzymałaby Cię za rękę -</span> zaczęła, wyłaniając się z mroku, tym samym przechodząc obok dziewczyny, aby zasiąść na pniu nieopodal <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Kto by to był.. i dlaczego?</span> -zapytała, przypatrują się dziewczynie. Nie była fanem banalnych powitań, niemniej jednak żywiła nadzieję, że jej rozmówczyni nie ucieknie.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[14.07.1972] Szepczące drzewa | Florence & Geraldine]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=3180</link>
			<pubDate>Mon, 29 Apr 2024 22:06:52 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=29">Geraldine Greengrass-Yaxley</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=3180</guid>
			<description><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Florence Bulstrode - osiągnięcie Badacz Tajemnic</div></div>
<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Geraldine Yaxley - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic</span></div></div>
<br />
<h1>—14/07/1972—<br />
<span style="font-size: 10pt;" class="mycode_size">Little Hangleton, Zagajnik zaklętych drzew</span><br />
<span style="font-size: 8pt;" class="mycode_size">Florence Bulstrode &amp; Geraldine Yaxley</span></h1><br />
<br />
<p>Namówienie Florence Bulstrode na spacer po lesie mogło się równać z prawdziwym cudem. Geraldine miała tego świadomość, postanowiła jednak podjąć próbę, w końcu kto nie próbuje ten szampana nie pije. Po krótkich podchodach, serii listów, w których próbowała wzbudzić zaciekawienie uzdrowicielki miejscem, do którego chciała ją zabrać, jakoś udało jej się ją wyprosić o to, żeby poszła tam z nią. Wydawało jej się, że będzie do tego idealnym kompanem, bo Flo przecież zawodowo zajmowała się klątwami, miała doświadczenie, które mogło im się przydać podczas wizyty w lesie. Yaxley słyszała opowieści o tym miejscu, w końcu sama chciała sprawdzić, czy faktycznie jest takie straszne, jakim je ludzie malowali.</p>
<p>Widziała w swoim życiu wiele lasów, nie bała się ich wcale, były dla niej drugim domem, nie sądziła, że mogłoby być inaczej, dlatego też chciała faktycznie to sprawdzić, z czystej, ludzkiej ciekawości.</p>
<p>Pojawiła się o odpowiedniej porze na rozstaju dróg, przed wejściem do zagajnika. Nie wybrała dzisiaj miotły, skorzystała z teleportacji, jak cywilizowany człowiek. Miotła mogła być ciężarem podczas wędrówki. Wyglądała zwyczajnie. Włosy miała spięte w niezbyt elegancki kok, z którego uciekało kilka pasm falowanych włosów, z racji na pogodę ubrana była w lnianą koszulę, z długim rękawem, odpuściła sobie swój skórzany płaszcz, na nogach oczywiście spodnie, ciemne, najprawdopodobniej również ze skóry i te buty, których chyba nigdy nie ściągała, które prosiły się o to, żeby ktoś je porządnie wyszorował. Przy pasku od spodni miała srebrny sztylet, była to jedyna broń, jaką ze sobą zabrała dzisiaj do lasu, w końcu nie szła na polowanie (oczywiście poza różdżką).</p>
<p>Oparła się o drzewo, wsadziła sobie papierosa w usta i czekała, aż Florence do niej dołączy. Odpaliła go niezbyt pospiesznie, aż wreszcie zaciągnęła się dymem. Humor chyba miała nie najgorszy, bo uśmiechała się sama do siebie.</p>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Florence Bulstrode - osiągnięcie Badacz Tajemnic</div></div>
<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Geraldine Yaxley - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic</span></div></div>
<br />
<h1>—14/07/1972—<br />
<span style="font-size: 10pt;" class="mycode_size">Little Hangleton, Zagajnik zaklętych drzew</span><br />
<span style="font-size: 8pt;" class="mycode_size">Florence Bulstrode &amp; Geraldine Yaxley</span></h1><br />
<br />
<p>Namówienie Florence Bulstrode na spacer po lesie mogło się równać z prawdziwym cudem. Geraldine miała tego świadomość, postanowiła jednak podjąć próbę, w końcu kto nie próbuje ten szampana nie pije. Po krótkich podchodach, serii listów, w których próbowała wzbudzić zaciekawienie uzdrowicielki miejscem, do którego chciała ją zabrać, jakoś udało jej się ją wyprosić o to, żeby poszła tam z nią. Wydawało jej się, że będzie do tego idealnym kompanem, bo Flo przecież zawodowo zajmowała się klątwami, miała doświadczenie, które mogło im się przydać podczas wizyty w lesie. Yaxley słyszała opowieści o tym miejscu, w końcu sama chciała sprawdzić, czy faktycznie jest takie straszne, jakim je ludzie malowali.</p>
<p>Widziała w swoim życiu wiele lasów, nie bała się ich wcale, były dla niej drugim domem, nie sądziła, że mogłoby być inaczej, dlatego też chciała faktycznie to sprawdzić, z czystej, ludzkiej ciekawości.</p>
<p>Pojawiła się o odpowiedniej porze na rozstaju dróg, przed wejściem do zagajnika. Nie wybrała dzisiaj miotły, skorzystała z teleportacji, jak cywilizowany człowiek. Miotła mogła być ciężarem podczas wędrówki. Wyglądała zwyczajnie. Włosy miała spięte w niezbyt elegancki kok, z którego uciekało kilka pasm falowanych włosów, z racji na pogodę ubrana była w lnianą koszulę, z długim rękawem, odpuściła sobie swój skórzany płaszcz, na nogach oczywiście spodnie, ciemne, najprawdopodobniej również ze skóry i te buty, których chyba nigdy nie ściągała, które prosiły się o to, żeby ktoś je porządnie wyszorował. Przy pasku od spodni miała srebrny sztylet, była to jedyna broń, jaką ze sobą zabrała dzisiaj do lasu, w końcu nie szła na polowanie (oczywiście poza różdżką).</p>
<p>Oparła się o drzewo, wsadziła sobie papierosa w usta i czekała, aż Florence do niej dołączy. Odpaliła go niezbyt pospiesznie, aż wreszcie zaciągnęła się dymem. Humor chyba miała nie najgorszy, bo uśmiechała się sama do siebie.</p>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[23.06.1972, Las Wisielców] Zlecenie | Geraldine & Umbriel]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=3088</link>
			<pubDate>Mon, 08 Apr 2024 21:15:58 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=29">Geraldine Greengrass-Yaxley</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=3088</guid>
			<description><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Geraldine Yaxley - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic</span></div></div>
<br />
<p>Była bardzo prostym człowiekiem, znajdowała się robota do zrobienia, a ona zawsze w gotowości, z entuzjazmem chwytała się każdej. Szczególnie, że Louvain wspominał w korespondencji o buchorożcu, co nie należało do częstych zleceń. Oczywiście, że nie mogłaby mu odmówić swojego wsparcia. Musiała utrzymywać poprawne relacje z członkami innych rodzin czystokrwistych, nie odmawiała nikomu swojego wsparcia. Ba, wręcz cieszyła się, że wybierają <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">ją</span>, bo zdaniem Ger świadczyło to o tym, że mieli do niej zaufanie. Szczególnie, że Lestrange wspomniał o tym, że osoba, z którą miała się spotkać wolałaby uniknąć brygadzistów. Nie było to dla niej problematyczne, wcale, bo wiedziała, że ludzie są różni, gdyby miała kierować się jakimiś zupełnie niepotrzebnymi kryteriami straciłaby połowę swojej klienteli, nie oszukujmy się ci źli, o wątpliwej reputacji też potrzebowali pomocy osób takich, jak ona.</p>
<p>Nie miała pojęcia z kim przyjdzie się jej spotkać, co wcale jej nie martwiło, bo współpracowała naprawdę z różnymi osobami, ba była wręcz ciekawa, kogo zastanie na miejscu. Postanowiła się spotkać z tajemniczym jegomościem w Little  Hangleton, wydawało jej się to idealną lokalizacją, gdyż nie kręciło się tu wielu brygadzistów, można było znaleźć się z dala od wzroku ludzi, bo mało kto lubił zapuszczać się w te rejony, nie cieszyły się one szczególnie dobrą sławą, szczególnie Las Wisielców, który wybrała jako miejsce, w którym mieli się zobaczyć i obgadać sprawę. Wysłała informację o lokalizacji do Louvaina, tak samo jak godzinę spotkania, był pośrednikiem w tej sprawie.</p>
<p>Pojawiła się przy wejściu do lasu chwilę przed czasem, jak zawsze. Nie lubiła się spóźniać i wolała pojawiać się pierwsza, dawało jej to poczucie bezpieczeństwa, mogła bardzo szybko się stąd ulotnić, gdyby osoba, która pojawiła się na miejscu okazała się być kimś z kim wolała nie mieć do czynienia.</p>
<p>Panna Yaxley wyglądała, jakby przed chwilą wyszła z lasu. Na plecach miała narzuconą kuszę, ubrana była w swój zwyczajny strój, który wybierała, kiedy szła na polowanie. Skórzane spodnie, spięte paskiem, przy którym miała przymocowane kila sztyletów; ciężkie buty i lekką kurtkę z całą masą kieszeni, włosy spięła w wysoki kucyk. Oparła się o jedno z drzew i czekała na tajemniczego przybysza. Wsadziła sobie w usta papierosa, żeby się czymś zająć, odpaliła go oczywiście i zaciągnęła się dymem. Nie pozostawało jej nic innego, jak zaczekać.</p>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Geraldine Yaxley - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic</span></div></div>
<br />
<p>Była bardzo prostym człowiekiem, znajdowała się robota do zrobienia, a ona zawsze w gotowości, z entuzjazmem chwytała się każdej. Szczególnie, że Louvain wspominał w korespondencji o buchorożcu, co nie należało do częstych zleceń. Oczywiście, że nie mogłaby mu odmówić swojego wsparcia. Musiała utrzymywać poprawne relacje z członkami innych rodzin czystokrwistych, nie odmawiała nikomu swojego wsparcia. Ba, wręcz cieszyła się, że wybierają <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">ją</span>, bo zdaniem Ger świadczyło to o tym, że mieli do niej zaufanie. Szczególnie, że Lestrange wspomniał o tym, że osoba, z którą miała się spotkać wolałaby uniknąć brygadzistów. Nie było to dla niej problematyczne, wcale, bo wiedziała, że ludzie są różni, gdyby miała kierować się jakimiś zupełnie niepotrzebnymi kryteriami straciłaby połowę swojej klienteli, nie oszukujmy się ci źli, o wątpliwej reputacji też potrzebowali pomocy osób takich, jak ona.</p>
<p>Nie miała pojęcia z kim przyjdzie się jej spotkać, co wcale jej nie martwiło, bo współpracowała naprawdę z różnymi osobami, ba była wręcz ciekawa, kogo zastanie na miejscu. Postanowiła się spotkać z tajemniczym jegomościem w Little  Hangleton, wydawało jej się to idealną lokalizacją, gdyż nie kręciło się tu wielu brygadzistów, można było znaleźć się z dala od wzroku ludzi, bo mało kto lubił zapuszczać się w te rejony, nie cieszyły się one szczególnie dobrą sławą, szczególnie Las Wisielców, który wybrała jako miejsce, w którym mieli się zobaczyć i obgadać sprawę. Wysłała informację o lokalizacji do Louvaina, tak samo jak godzinę spotkania, był pośrednikiem w tej sprawie.</p>
<p>Pojawiła się przy wejściu do lasu chwilę przed czasem, jak zawsze. Nie lubiła się spóźniać i wolała pojawiać się pierwsza, dawało jej to poczucie bezpieczeństwa, mogła bardzo szybko się stąd ulotnić, gdyby osoba, która pojawiła się na miejscu okazała się być kimś z kim wolała nie mieć do czynienia.</p>
<p>Panna Yaxley wyglądała, jakby przed chwilą wyszła z lasu. Na plecach miała narzuconą kuszę, ubrana była w swój zwyczajny strój, który wybierała, kiedy szła na polowanie. Skórzane spodnie, spięte paskiem, przy którym miała przymocowane kila sztyletów; ciężkie buty i lekką kurtkę z całą masą kieszeni, włosy spięła w wysoki kucyk. Oparła się o jedno z drzew i czekała na tajemniczego przybysza. Wsadziła sobie w usta papierosa, żeby się czymś zająć, odpaliła go oczywiście i zaciągnęła się dymem. Nie pozostawało jej nic innego, jak zaczekać.</p>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[29.06.1972] A date with the Devil himself]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=2861</link>
			<pubDate>Thu, 07 Mar 2024 03:25:58 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=354">Ambrosia McKinnon</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=2861</guid>
			<description><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Louvain Lestrange - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Piszę, więc jestem</span></div></div>
<br />
Rosie poczuła się bardzo sprytnie, kiedy na ten jego obrzydliwy liścik odpisała <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Jeśli chcesz zaprosić mnie na randkę, wystarczy powiedzieć wprost.</span> Głupia odpowiedź, ale prawdę powiedziawszy, nie można było chyba spodziewać się po niej niczego innego, bo korespondencję zwykle traktowała dość frywolnie, jakby zapisane na papierze słowa nie do końca były dla niej zobowiązujące lub mogły ciągnąć za sobą faktycznie konsekwencje. Nie zmieniało to jednak faktu, że od tej jego <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">zabaweczki</span> złapały ją mdłości i przez dłuższą chwilę zastanawiała się, czy w ogóle więcej Louvaina w życiu było jej w ogóle potrzebne.<br />
<br />
Najwyraźniej odpowiedź okazała się twierdząca, bo koniec końców, stawiła się w Lesie Wisielców.<br />
<br />
Jak ona nie lubiła tego miejsca. Ponure, pełne trupów i skore do płatania figli. A nawet, jeśli te dwa pierwsze aspekty zdawały się nie do końca kategoryzować je na przegranej pozycji, to ostatnie w pewien sposób przeważało szalę nieodwołalnie, sprawiając że kiedy tylko pojawiała się w okolicy, bezwiednie przywoływała na usta wyraz zdegustowania. Ale nie chodziło tylko o sam las, a o całe Little Hangleton. W końcu ładnie mówiono o nim, że było ono objawem ludzkiego szaleństwa, czy jakoś tak, a od kiedy zobaczyła swój pierwszy obraz limbo, to była absolutnie zdania, że jeszcze więcej szaleństwa to jest jej absolutnie w życiu niepotrzebne. <br />
<br />
I też tym razem, kiedy tylko pewniej stanęła na nogach po teleportacji na skraju lasu, kąciki ust ściągnęły się nieco, wykrzywiając w mało zadowolonym wyrazie, jakby stojące naprzeciwko niej drzewa były wrogiem samym w sobie. Co prawda uważała, że było coś nawet ładnego i poetyckiego w tym, jak ponuro zwłoki dyndały na stryczkach, będąc wspomnieniem swoich dawnych zbrodni, ale nigdy nie było to uczucie na tyle silne, by zaczęła układać na ten temat wiersze. <br />
<br />
Grymas tylko pogłębił się, kiedy zielonkawe oczy wpiły się w sylwetkę, która zwiastowała, że Louvain niestety nie spóźni się tego dnia, albo w ogóle że go chuj strzeli i się nie pojawi (to była preferowana opcja). Wygładziła nerwowo sukienkę i aksamitny płaszcz (bo przecież oczywiście, że nie mógł sobie wybrać jakiegoś ciepłego miejsca na wycieczki), jeszcze na moment spoglądając na niebo, słabo jeszcze czerwieniejące się na zachodzie, a od wschodu zarzucające na świat ciemny całun przeszyty oczkami gwiazd i twarzą ubywającego księżyca, a potem ruszyła w jego stronę. <br />
<br />
W filiżance herbaty, którą wypiła dzisiaj, myśląc o wieczorowym spotkaniu, pokazał jej się most i nawet jeśli bardzo nie chciała, to mimowolnie nie była aż tak bardzo sceptycznie nastawiona do tej całej wycieczki. Niemniej jednak, będąc blisko Lestrange'a, otaksowała go zniechęconym spojrzeniem, a potem jeszcze potknęła się o jakiś wystający korzeń.<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nie mogły być jakieś Karaiby? Wiesz, jest tam całkiem ciepło, nie to co tutaj</span> - rzuciła, prostując się przed nim, wciąż mając palce zaciśnięte na różdżce, bo cóż Las Wisielców to był jednak Las Wisielców. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">I wiesz, jak już zapraszasz kobietę tête-à-tête to mógłbyś się postarać o jakieś świeczki czy coś.</span>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Louvain Lestrange - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Piszę, więc jestem</span></div></div>
<br />
Rosie poczuła się bardzo sprytnie, kiedy na ten jego obrzydliwy liścik odpisała <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Jeśli chcesz zaprosić mnie na randkę, wystarczy powiedzieć wprost.</span> Głupia odpowiedź, ale prawdę powiedziawszy, nie można było chyba spodziewać się po niej niczego innego, bo korespondencję zwykle traktowała dość frywolnie, jakby zapisane na papierze słowa nie do końca były dla niej zobowiązujące lub mogły ciągnąć za sobą faktycznie konsekwencje. Nie zmieniało to jednak faktu, że od tej jego <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">zabaweczki</span> złapały ją mdłości i przez dłuższą chwilę zastanawiała się, czy w ogóle więcej Louvaina w życiu było jej w ogóle potrzebne.<br />
<br />
Najwyraźniej odpowiedź okazała się twierdząca, bo koniec końców, stawiła się w Lesie Wisielców.<br />
<br />
Jak ona nie lubiła tego miejsca. Ponure, pełne trupów i skore do płatania figli. A nawet, jeśli te dwa pierwsze aspekty zdawały się nie do końca kategoryzować je na przegranej pozycji, to ostatnie w pewien sposób przeważało szalę nieodwołalnie, sprawiając że kiedy tylko pojawiała się w okolicy, bezwiednie przywoływała na usta wyraz zdegustowania. Ale nie chodziło tylko o sam las, a o całe Little Hangleton. W końcu ładnie mówiono o nim, że było ono objawem ludzkiego szaleństwa, czy jakoś tak, a od kiedy zobaczyła swój pierwszy obraz limbo, to była absolutnie zdania, że jeszcze więcej szaleństwa to jest jej absolutnie w życiu niepotrzebne. <br />
<br />
I też tym razem, kiedy tylko pewniej stanęła na nogach po teleportacji na skraju lasu, kąciki ust ściągnęły się nieco, wykrzywiając w mało zadowolonym wyrazie, jakby stojące naprzeciwko niej drzewa były wrogiem samym w sobie. Co prawda uważała, że było coś nawet ładnego i poetyckiego w tym, jak ponuro zwłoki dyndały na stryczkach, będąc wspomnieniem swoich dawnych zbrodni, ale nigdy nie było to uczucie na tyle silne, by zaczęła układać na ten temat wiersze. <br />
<br />
Grymas tylko pogłębił się, kiedy zielonkawe oczy wpiły się w sylwetkę, która zwiastowała, że Louvain niestety nie spóźni się tego dnia, albo w ogóle że go chuj strzeli i się nie pojawi (to była preferowana opcja). Wygładziła nerwowo sukienkę i aksamitny płaszcz (bo przecież oczywiście, że nie mógł sobie wybrać jakiegoś ciepłego miejsca na wycieczki), jeszcze na moment spoglądając na niebo, słabo jeszcze czerwieniejące się na zachodzie, a od wschodu zarzucające na świat ciemny całun przeszyty oczkami gwiazd i twarzą ubywającego księżyca, a potem ruszyła w jego stronę. <br />
<br />
W filiżance herbaty, którą wypiła dzisiaj, myśląc o wieczorowym spotkaniu, pokazał jej się most i nawet jeśli bardzo nie chciała, to mimowolnie nie była aż tak bardzo sceptycznie nastawiona do tej całej wycieczki. Niemniej jednak, będąc blisko Lestrange'a, otaksowała go zniechęconym spojrzeniem, a potem jeszcze potknęła się o jakiś wystający korzeń.<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nie mogły być jakieś Karaiby? Wiesz, jest tam całkiem ciepło, nie to co tutaj</span> - rzuciła, prostując się przed nim, wciąż mając palce zaciśnięte na różdżce, bo cóż Las Wisielców to był jednak Las Wisielców. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">I wiesz, jak już zapraszasz kobietę tête-à-tête to mógłbyś się postarać o jakieś świeczki czy coś.</span>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[18.07.1972] Z wizytą u Szeptuchy]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=2401</link>
			<pubDate>Mon, 15 Jan 2024 20:29:48 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=341">Leon Bletchley</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=2401</guid>
			<description><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Patrick Steward - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Bajarz IV</span></div></div>
<br />
<p>Leon postanowił spełnić prośbę Brenny i udać się do Little Hangleton celem porozmawiania z Szeptuchą. Zdecydował się na podróż magiczną koleją, stanowiącą dogodne połączenie między magicznym Londynem a posępnym Little Hangleton dla czarodziejów takich, jak on - niebędącymi za pan brat z magią. Podróż pociągiem była znacznie wygodniejsza, niż świstokliki czy teleportacja choć trwała znacznie dłużej. To akurat mu nie przeszkadzało - czasu miał w nadmiarze. Przez swój stan zdrowia nie mógł pozwolić sobie na jakikolwiek wysiłek fizyczny. Dodatkowym argumentem za skorzystaniem tego dnia z kolei było to, że przewoził ze sobą zamówiony dzień wcześniej w cukierni jabłecznik, który odebrał przed udaniem się na stację kolejową.</p>
<p>Po zakończeniu podróży wysiadł na wzniesionej na obrzeżach miasta stacji kolejowej. Jeśli chodzi o to miasto to sam pobyt nawet na obrzeżach Little Hangleton potrafił przyprawić go o nieprzyjemne dreszcze. Dotarcie tutaj nie oznaczało kresu jego wędrówki, ponieważ musiał jeszcze dotrzeć do samego Lasu Wisielców a stamtąd już do chaty w głębi lasu. Im bardziej zbliżał się do Lasu Wisielców, tym bardziej czuł się nieswojo. Pozostawało mu mieć nadzieję, że na drodze nie staną mu jacyś czarnoksiężnicy - jest miernym czarodziejem, którego samoobrona nie jest najmocniejszą stroną.</p>
<p>Dobył jednak różdżki po to aby rozświetlić sobie ciemności spowijające ten gęsty las po to aby poruszanie się po nim stało się dla niego nieco łatwiejsze i aby spróbować w nikłym świetle różdżki dostrzec zarówno ścieżkę i jak niepożądany ruch tak aby się schować. Tylko to to mu pozostało w razie niebezpieczeństwa. Ze strony samej Szeptuchy nic mu nie groziło, jednak tego nie mógł powiedzieć o innych mieszkańcach tego owianego złą sławą miasta.</p>
<p>Zmierzając do chaty Szeptuchy nie mógł postrzegać siebie jako nieproszonego gościa. Niełatwo było tam trafić. Wiedział, że jeśli będzie blisko swojego celu to będzie w stanie wyczuć emanującą z tego miejsca przedziwną energię. Wiedział jedynie, że zostanie przyjęty przez czarownicę i odpowiednio ugoszczony. Miał jedynie nadzieję, że będzie chciała porozmawiać z nim o Zimnych.</p>
<br />
Rzucam na kształtowanie - lumos<br />
[roll=O]<br />
<br />
Na percepcję - szukanie ścieżki albo jakiś zagrożeń<br />
[roll=Z]<br />
<br />
<a href="http://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=209" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Norvel Twonk</a>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Patrick Steward - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Bajarz IV</span></div></div>
<br />
<p>Leon postanowił spełnić prośbę Brenny i udać się do Little Hangleton celem porozmawiania z Szeptuchą. Zdecydował się na podróż magiczną koleją, stanowiącą dogodne połączenie między magicznym Londynem a posępnym Little Hangleton dla czarodziejów takich, jak on - niebędącymi za pan brat z magią. Podróż pociągiem była znacznie wygodniejsza, niż świstokliki czy teleportacja choć trwała znacznie dłużej. To akurat mu nie przeszkadzało - czasu miał w nadmiarze. Przez swój stan zdrowia nie mógł pozwolić sobie na jakikolwiek wysiłek fizyczny. Dodatkowym argumentem za skorzystaniem tego dnia z kolei było to, że przewoził ze sobą zamówiony dzień wcześniej w cukierni jabłecznik, który odebrał przed udaniem się na stację kolejową.</p>
<p>Po zakończeniu podróży wysiadł na wzniesionej na obrzeżach miasta stacji kolejowej. Jeśli chodzi o to miasto to sam pobyt nawet na obrzeżach Little Hangleton potrafił przyprawić go o nieprzyjemne dreszcze. Dotarcie tutaj nie oznaczało kresu jego wędrówki, ponieważ musiał jeszcze dotrzeć do samego Lasu Wisielców a stamtąd już do chaty w głębi lasu. Im bardziej zbliżał się do Lasu Wisielców, tym bardziej czuł się nieswojo. Pozostawało mu mieć nadzieję, że na drodze nie staną mu jacyś czarnoksiężnicy - jest miernym czarodziejem, którego samoobrona nie jest najmocniejszą stroną.</p>
<p>Dobył jednak różdżki po to aby rozświetlić sobie ciemności spowijające ten gęsty las po to aby poruszanie się po nim stało się dla niego nieco łatwiejsze i aby spróbować w nikłym świetle różdżki dostrzec zarówno ścieżkę i jak niepożądany ruch tak aby się schować. Tylko to to mu pozostało w razie niebezpieczeństwa. Ze strony samej Szeptuchy nic mu nie groziło, jednak tego nie mógł powiedzieć o innych mieszkańcach tego owianego złą sławą miasta.</p>
<p>Zmierzając do chaty Szeptuchy nie mógł postrzegać siebie jako nieproszonego gościa. Niełatwo było tam trafić. Wiedział, że jeśli będzie blisko swojego celu to będzie w stanie wyczuć emanującą z tego miejsca przedziwną energię. Wiedział jedynie, że zostanie przyjęty przez czarownicę i odpowiednio ugoszczony. Miał jedynie nadzieję, że będzie chciała porozmawiać z nim o Zimnych.</p>
<br />
Rzucam na kształtowanie - lumos<br />
[roll=O]<br />
<br />
Na percepcję - szukanie ścieżki albo jakiś zagrożeń<br />
[roll=Z]<br />
<br />
<a href="http://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=209" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Norvel Twonk</a>]]></content:encoded>
		</item>
	</channel>
</rss>