<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0" xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">
	<channel>
		<title><![CDATA[Secrets of London - Las Wisielców]]></title>
		<link>https://secretsoflondon.pl/</link>
		<description><![CDATA[Secrets of London - https://secretsoflondon.pl]]></description>
		<pubDate>Thu, 05 Nov 2026 16:02:54 +0000</pubDate>
		<generator>MyBB</generator>
		<item>
			<title><![CDATA[[16/09/1972] Flirting with disaster is still a form of romance | Benjy, Prue]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6403</link>
			<pubDate>Sat, 12 Sep 2026 22:04:08 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=544">Benjy Fenwick</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6403</guid>
			<description><![CDATA[Z teorią mogłem sobie poradzić, z pamięcią już niekoniecznie, zwłaszcza że Prue kazała mi znaleźć coś, co rzeczywiście potrafiło wyciągnąć ze mnie szczęście, a ja nie zamierzałem korzystać z pierwszego wspomnienia, które przyszło mi do głowy, bo połowa moich dobrych historii zaczynała się od słów „to mogło skończyć się znacznie gorzej”. Minęło kilka prób „na sucho”, zanim przestałem traktować całą sprawę jak kolejne zaklęcie, które można było rozłożyć na ruch nadgarstka, odpowiednią inkantację i siłę magicznego impulsu. <br />
Zamknąłem oczy i nie wróciłem myślami do domu, dzieciństwa ani ludzi, których zostawiłem za sobą, wybrałem coś z samotnych podróży, jedną z tych chwil, dla których warto było znosić tygodnie brudu, niewygodnych łóżek i przeklętych artefaktów próbujących odgryźć mi kutasa - przypomniałem sobie pewien wieczór gdzieś daleko od Anglii - pamiętałem ciepło obcego kraju, kurz na drodze, smak jedzenia, którego nazwy nie potrafiłem wymówić, i ten jeden wieczór, kiedy po kilku tygodniach włóczenia się bez konkretnego celu siedziałem na dachu jakiegoś starego budynku i patrzyłem na światła miasta odbijające się w wodzie, słysząc śmiech ludzi przy stolikach na dole, i miałem poczucie, że przez kilka godzin nic ode mnie nie chciano, niczego nie musiałem naprawiać i nikt nie próbował mnie zabić. Byłem wtedy naprawdę szczęśliwy, zwyczajnie, bez powodu, przynajmniej tak mi się teraz wydawało, ale czy to miało wystarczyć? <br />
Uniósłem różdżkę i wziąłem głębszy oddech, wypowiadając formułę. <br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">nekromancja ◉○○○○ - patronus</span><br />
 [roll=O] <br />
<br />
<br />
!Strach przed imieniem]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Z teorią mogłem sobie poradzić, z pamięcią już niekoniecznie, zwłaszcza że Prue kazała mi znaleźć coś, co rzeczywiście potrafiło wyciągnąć ze mnie szczęście, a ja nie zamierzałem korzystać z pierwszego wspomnienia, które przyszło mi do głowy, bo połowa moich dobrych historii zaczynała się od słów „to mogło skończyć się znacznie gorzej”. Minęło kilka prób „na sucho”, zanim przestałem traktować całą sprawę jak kolejne zaklęcie, które można było rozłożyć na ruch nadgarstka, odpowiednią inkantację i siłę magicznego impulsu. <br />
Zamknąłem oczy i nie wróciłem myślami do domu, dzieciństwa ani ludzi, których zostawiłem za sobą, wybrałem coś z samotnych podróży, jedną z tych chwil, dla których warto było znosić tygodnie brudu, niewygodnych łóżek i przeklętych artefaktów próbujących odgryźć mi kutasa - przypomniałem sobie pewien wieczór gdzieś daleko od Anglii - pamiętałem ciepło obcego kraju, kurz na drodze, smak jedzenia, którego nazwy nie potrafiłem wymówić, i ten jeden wieczór, kiedy po kilku tygodniach włóczenia się bez konkretnego celu siedziałem na dachu jakiegoś starego budynku i patrzyłem na światła miasta odbijające się w wodzie, słysząc śmiech ludzi przy stolikach na dole, i miałem poczucie, że przez kilka godzin nic ode mnie nie chciano, niczego nie musiałem naprawiać i nikt nie próbował mnie zabić. Byłem wtedy naprawdę szczęśliwy, zwyczajnie, bez powodu, przynajmniej tak mi się teraz wydawało, ale czy to miało wystarczyć? <br />
Uniósłem różdżkę i wziąłem głębszy oddech, wypowiadając formułę. <br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">nekromancja ◉○○○○ - patronus</span><br />
 [roll=O] <br />
<br />
<br />
!Strach przed imieniem]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[16/09/1972] It's always darkest before the dawn | Benjy, Prue]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6380</link>
			<pubDate>Thu, 10 Sep 2026 21:06:43 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=544">Benjy Fenwick</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6380</guid>
			<description><![CDATA[Odetchnąłem głęboko, kiedy wreszcie poczułem pod podeszwami wilgotną, twardą ściółkę lasu, rześkie powietrze momentalnie uderzyło mnie w twarz, wdzierając mi się do płuc, jednak przez pierwsze kilka sekund i tak stałem nieruchomo, próbując odzyskać orientację, ponieważ w moim odczuciu przeniknięcie przez przestrzeń zawsze miało w sobie coś nieprzyjemnego, nawet jeśli robiło się to regularnie i teoretycznie powinno było się już przywyknąć do uczucia, że ktoś wywrócił ci żołądek na drugą stronę. Poranek dopiero próbował się rozpocząć, lecz słońce najwyraźniej nie zamierzało brać w nim czynnego udziału, nieboskłon zasnuwały bowiem nisko wiszące chmury, barwiąc ledwo widoczne przez korony niebo na kolor brudnego popiołu. Przed nami rozciągało się osławione przeklęte pustkowie pełne powyginanych drzew, które straciły już większość liści na nadchodzącą zimę - otoczenie było mokre, szare i paskudnie ciche, zasnute mgłą wiszącą nisko między drzewami, która oblepiała gałęzie i krzewy przyozdobione drobnymi kroplami chłodnej rosy. <br />
-<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> Tutaj?</span> - Mruknąłem, puściwszy jej dłoń, rozglądając się przez chwilę, chociaż to pytanie było raczej formalnością, ponieważ Prue zdążyła w tym czasie wykonać kilka kroków przed siebie, najwyraźniej doskonale wiedząc, dokąd zamierzała nas dziś zaprowadzić. Znałem ten krok… Ten konkretny, spokojny sposób poruszania się oznaczał, że miała plan, natomiast ja sam zostałem w nim uwzględniony mniej więcej na zasadzie narzędzia lub obiektu badawczego, który należało dostarczyć na miejsce - najwyraźniej tak jak nasza niegdysiejsza przyjaźń, chodzenie ze sobą polegało również na tym, że czasami robiło się to dosłownie, więc pewnego dnia budziłeś się o świcie z pełnym przekonaniem, że niewiele może cię zadziwić w planach własnej kobiety, aby następnie praktycznie od razu wylądować razem w Lesie Wisielców pod Little Hangleton - ruszyłem więc tuż za nią, poprawiając kołnierz płaszcza i omijając wystające korzenie, które w tej mgle pojawiały się pod nogami bez żadnego ostrzeżenia. Ziemia uginała się pod moimi podeszwami, wilgotne liście przyklejały się do skóry traperów, gdzieś dalej kruk odezwał się pojedynczym, ochrypłym głosem, po czym znowu zamilkł. Nie wiedziałem jeszcze, dokąd mnie prowadziła, ale znałem swoją drugą połówkę wystarczająco dobrze, żeby podejrzewać, że odpowiedź na to pytanie prawdopodobnie miała nadejść całkiem szybko. <br />
<br />
!Strach przed imieniem]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Odetchnąłem głęboko, kiedy wreszcie poczułem pod podeszwami wilgotną, twardą ściółkę lasu, rześkie powietrze momentalnie uderzyło mnie w twarz, wdzierając mi się do płuc, jednak przez pierwsze kilka sekund i tak stałem nieruchomo, próbując odzyskać orientację, ponieważ w moim odczuciu przeniknięcie przez przestrzeń zawsze miało w sobie coś nieprzyjemnego, nawet jeśli robiło się to regularnie i teoretycznie powinno było się już przywyknąć do uczucia, że ktoś wywrócił ci żołądek na drugą stronę. Poranek dopiero próbował się rozpocząć, lecz słońce najwyraźniej nie zamierzało brać w nim czynnego udziału, nieboskłon zasnuwały bowiem nisko wiszące chmury, barwiąc ledwo widoczne przez korony niebo na kolor brudnego popiołu. Przed nami rozciągało się osławione przeklęte pustkowie pełne powyginanych drzew, które straciły już większość liści na nadchodzącą zimę - otoczenie było mokre, szare i paskudnie ciche, zasnute mgłą wiszącą nisko między drzewami, która oblepiała gałęzie i krzewy przyozdobione drobnymi kroplami chłodnej rosy. <br />
-<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> Tutaj?</span> - Mruknąłem, puściwszy jej dłoń, rozglądając się przez chwilę, chociaż to pytanie było raczej formalnością, ponieważ Prue zdążyła w tym czasie wykonać kilka kroków przed siebie, najwyraźniej doskonale wiedząc, dokąd zamierzała nas dziś zaprowadzić. Znałem ten krok… Ten konkretny, spokojny sposób poruszania się oznaczał, że miała plan, natomiast ja sam zostałem w nim uwzględniony mniej więcej na zasadzie narzędzia lub obiektu badawczego, który należało dostarczyć na miejsce - najwyraźniej tak jak nasza niegdysiejsza przyjaźń, chodzenie ze sobą polegało również na tym, że czasami robiło się to dosłownie, więc pewnego dnia budziłeś się o świcie z pełnym przekonaniem, że niewiele może cię zadziwić w planach własnej kobiety, aby następnie praktycznie od razu wylądować razem w Lesie Wisielców pod Little Hangleton - ruszyłem więc tuż za nią, poprawiając kołnierz płaszcza i omijając wystające korzenie, które w tej mgle pojawiały się pod nogami bez żadnego ostrzeżenia. Ziemia uginała się pod moimi podeszwami, wilgotne liście przyklejały się do skóry traperów, gdzieś dalej kruk odezwał się pojedynczym, ochrypłym głosem, po czym znowu zamilkł. Nie wiedziałem jeszcze, dokąd mnie prowadziła, ale znałem swoją drugą połówkę wystarczająco dobrze, żeby podejrzewać, że odpowiedź na to pytanie prawdopodobnie miała nadejść całkiem szybko. <br />
<br />
!Strach przed imieniem]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[26/10/72] Grab the wood, feelin’ good, grab the flask, fuck the task | B.F, H.W.]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6326</link>
			<pubDate>Tue, 01 Sep 2026 03:04:43 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=544">Benjy Fenwick</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6326</guid>
			<description><![CDATA[-<span style="font-style: italic;" class="mycode_i"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> Osy s Wimboulne to chuje, złodzieje,<br />
S kaszdego gola pół tlybun się śmieje.<br />
Sędzia ich klyje, dostał galeony,<br />
Niech będzie w dupę ten klub pieldolony.</span></span><br />
<br />
Mgła nadal snuła się nisko nad ziemią, wilgotne liście przyklejały się do podeszew, a pomiędzy wiekowymi pniami panował ten specyficzny rodzaj ciszy, który sprawiał, że człowiek mimowolnie zaczynał nasłuchiwać każdego trzasku gałązki, nawet jeśli chwilę wcześniej sam deptał po już niemal całkowicie suchych krzewach. Mieliśmy znaleźć chrust, co wbrew pozorom nie oznaczało zebrania pierwszych lepszych patyków leżących tuż pod naszymi nogami, ponieważ potrzebowaliśmy takich dostatecznie wyschniętych, żeby faktycznie nadawały się do rozpalenia ognia, ale jednocześnie nie tak spróchniałych, by rozsypywały się w dłoniach przy próbie ich podniesienia, bo wtedy równie dobrze moglibyśmy próbować rozpalić sabatowe ognisko za pomocą mokrej szmaty.<br />
<br />
-<span style="font-style: italic;" class="mycode_i"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> Almaty s Chudley, jebane śmiecie,<br />
Najchujowsi są na świecie.<br />
Pałkasz to ciota, szukający - flajel,<br />
Zamiast na miotłach, lecą na bajel.<br />
Miotła w dupie, znicza nie widzi,<br />
Własna matka się go wstydzi.</span></span><br />
<br />
W międzyczasie zdążyłem wypić już sporą część absyntu, co niewątpliwie poprawiało moje podejście do całej wyprawy, chociaż niekoniecznie sprzyjało zdolnościom oceny sytuacji. Szedłem przed siebie, zupełnie nie przejmując się tym, że w miejscu nazwanym dosłownie „Lasem Wisielców”, które zresztą aż nazbyt dobrze znałem od dziecka, bardziej odpowiednia byłaby ponura cisza, ostrożne, szeptane rozmowy oraz rozglądanie się za wszystkim, co mogło mieć zęby - ja natomiast najwyraźniej uznałem, że skoro jeszcze nie umarliśmy przy wyrzygiwaniu sobie żołądków, teraz już pustych i napełnianych wyłącznie procentami, można było potraktować naszą wycieczkę raczej… Krajoznawczo. <br />
<br />
-<span style="font-style: italic;" class="mycode_i"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> Meteolyty, kulwa mać,<br />
Umieją tylko w gacie slać.<br />
Zamiast po niebie śmigać na miotle,<br />
Mieszają gówno w swoim kotle.</span></span><br />
<br />
Nie miałem żadnego szczególnego powodu, żeby akurat teraz obrażać „Moose Jaw Meteorites”, a tym bardziej nie miałem pewności, czy ktokolwiek z tych zawodników kiedykolwiek zrobił mi coś osobiście, ale kibolskie przyśpiewki nigdy nie wymagały specjalnie rozbudowanej argumentacji - wystarczało, że drużyna istniała, znajdowała się w innym rejonie geograficznym, aby miało się ochotę ją znieważyć.<br />
<br />
-<span style="font-style: italic;" class="mycode_i"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> Jastszębie s Falmouth - chujowe pióla,<br />
Obrońca pedał, a pałkasz lula.<br />
Tlenel to ciota, szukacz to śmieć,<br />
Wszyscy ich w dupie musimy mieć.</span></span> <br />
<br />
Cóż, trochę się wstawiłem, a kiedy byłem w takim stanie, moja zdolność do zachowywania stosownego nastroju w stosownych miejscach spadała mniej więcej tak szybko, jak poziom alkoholu w butelce. Zatrzymałem się na chwilę, podpierając butem większą gałąź, po czym spróbowałem dobrać do melodii odpowiedni rytm wznowionego marszu, co wychodziło mi tym gorzej, im więcej wypijałem, chociaż nie w mojej własnej ocenie. W pewnym momencie znalazłem następny kawałek ładnego, suchego drewna, więc zgarnąłem go i ruszyłem dalej, nucąc już nieco mniej składnie, ale nie bez entuzjazmu. <br />
<br />
-<span style="font-style: italic;" class="mycode_i"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> Zielona zaraza, w głowach sterta siana,<br />
Harp–</span></span> <br />
<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Ekhm. Ten, no.</span> <br />
<br />
- <span style="font-style: italic;" class="mycode_i"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nana, nana, nana…</span></span><br />
<br />
Im dalej wchodziliśmy między drzewa, tym gęstsza stawała się mgła, światło coraz słabiej przebijało się przez gałęzie, wilgoć osiadała na moim ubraniu i włosach, ziemia wraz z rozkładającą się ściółką uginała się pod butami, a gdzieś wysoko nad nami coś zakrakało w sposób, który przypominał mi, że Las Wisielców jednak nie zmienił się nagle w przyjemny szlak spacerowy w parku tylko dlatego, że miałem butelkę absyntu i dobry humor. Spojrzałem w górę, próbując znaleźć źródło dźwięku, ale niczego nie zobaczyłem, wzruszyłem więc ramionami i pochyliłem się nad kolejnym kawałkiem drewna, zupełnie tak, jakbym nie zreflektował się w ostatniej chwili, co prawie opuściło moje usta. <br />
<br />
-<span style="font-style: italic;" class="mycode_i"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> Gdzie szeka Piddle w Dolset płynie,<br />
Tam Puddlemele s jebnięcia słynie.<br />
Glanatowe balwy, duma i siła,<br />
Szadna inna szmata by tu nie pszeszyła.<br />
Najstalsi w lidze, władcy latania,<br />
Zjednoczeni - nie do losjebania.</span></span><br />
<br />
W takich momentach człowiek naprawdę zaczynał doceniać prostotę życia - pozyskałem kolejny kawałek chrustu, tym razem idealny, suchy, twardy i pozbawiony śladów próchnicy, więc zadowolony dorzuciłem go do reszty - nie byłem jeszcze pijany w stopniu, który uniemożliwiałby mi chodzenie albo rozpoznawanie gałęzi, ale zdecydowanie przekroczyłem moment, w którym można było twierdzić, że alkohol nie miał żadnego wpływu na moje zachowanie.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[-<span style="font-style: italic;" class="mycode_i"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> Osy s Wimboulne to chuje, złodzieje,<br />
S kaszdego gola pół tlybun się śmieje.<br />
Sędzia ich klyje, dostał galeony,<br />
Niech będzie w dupę ten klub pieldolony.</span></span><br />
<br />
Mgła nadal snuła się nisko nad ziemią, wilgotne liście przyklejały się do podeszew, a pomiędzy wiekowymi pniami panował ten specyficzny rodzaj ciszy, który sprawiał, że człowiek mimowolnie zaczynał nasłuchiwać każdego trzasku gałązki, nawet jeśli chwilę wcześniej sam deptał po już niemal całkowicie suchych krzewach. Mieliśmy znaleźć chrust, co wbrew pozorom nie oznaczało zebrania pierwszych lepszych patyków leżących tuż pod naszymi nogami, ponieważ potrzebowaliśmy takich dostatecznie wyschniętych, żeby faktycznie nadawały się do rozpalenia ognia, ale jednocześnie nie tak spróchniałych, by rozsypywały się w dłoniach przy próbie ich podniesienia, bo wtedy równie dobrze moglibyśmy próbować rozpalić sabatowe ognisko za pomocą mokrej szmaty.<br />
<br />
-<span style="font-style: italic;" class="mycode_i"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> Almaty s Chudley, jebane śmiecie,<br />
Najchujowsi są na świecie.<br />
Pałkasz to ciota, szukający - flajel,<br />
Zamiast na miotłach, lecą na bajel.<br />
Miotła w dupie, znicza nie widzi,<br />
Własna matka się go wstydzi.</span></span><br />
<br />
W międzyczasie zdążyłem wypić już sporą część absyntu, co niewątpliwie poprawiało moje podejście do całej wyprawy, chociaż niekoniecznie sprzyjało zdolnościom oceny sytuacji. Szedłem przed siebie, zupełnie nie przejmując się tym, że w miejscu nazwanym dosłownie „Lasem Wisielców”, które zresztą aż nazbyt dobrze znałem od dziecka, bardziej odpowiednia byłaby ponura cisza, ostrożne, szeptane rozmowy oraz rozglądanie się za wszystkim, co mogło mieć zęby - ja natomiast najwyraźniej uznałem, że skoro jeszcze nie umarliśmy przy wyrzygiwaniu sobie żołądków, teraz już pustych i napełnianych wyłącznie procentami, można było potraktować naszą wycieczkę raczej… Krajoznawczo. <br />
<br />
-<span style="font-style: italic;" class="mycode_i"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> Meteolyty, kulwa mać,<br />
Umieją tylko w gacie slać.<br />
Zamiast po niebie śmigać na miotle,<br />
Mieszają gówno w swoim kotle.</span></span><br />
<br />
Nie miałem żadnego szczególnego powodu, żeby akurat teraz obrażać „Moose Jaw Meteorites”, a tym bardziej nie miałem pewności, czy ktokolwiek z tych zawodników kiedykolwiek zrobił mi coś osobiście, ale kibolskie przyśpiewki nigdy nie wymagały specjalnie rozbudowanej argumentacji - wystarczało, że drużyna istniała, znajdowała się w innym rejonie geograficznym, aby miało się ochotę ją znieważyć.<br />
<br />
-<span style="font-style: italic;" class="mycode_i"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> Jastszębie s Falmouth - chujowe pióla,<br />
Obrońca pedał, a pałkasz lula.<br />
Tlenel to ciota, szukacz to śmieć,<br />
Wszyscy ich w dupie musimy mieć.</span></span> <br />
<br />
Cóż, trochę się wstawiłem, a kiedy byłem w takim stanie, moja zdolność do zachowywania stosownego nastroju w stosownych miejscach spadała mniej więcej tak szybko, jak poziom alkoholu w butelce. Zatrzymałem się na chwilę, podpierając butem większą gałąź, po czym spróbowałem dobrać do melodii odpowiedni rytm wznowionego marszu, co wychodziło mi tym gorzej, im więcej wypijałem, chociaż nie w mojej własnej ocenie. W pewnym momencie znalazłem następny kawałek ładnego, suchego drewna, więc zgarnąłem go i ruszyłem dalej, nucąc już nieco mniej składnie, ale nie bez entuzjazmu. <br />
<br />
-<span style="font-style: italic;" class="mycode_i"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> Zielona zaraza, w głowach sterta siana,<br />
Harp–</span></span> <br />
<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Ekhm. Ten, no.</span> <br />
<br />
- <span style="font-style: italic;" class="mycode_i"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nana, nana, nana…</span></span><br />
<br />
Im dalej wchodziliśmy między drzewa, tym gęstsza stawała się mgła, światło coraz słabiej przebijało się przez gałęzie, wilgoć osiadała na moim ubraniu i włosach, ziemia wraz z rozkładającą się ściółką uginała się pod butami, a gdzieś wysoko nad nami coś zakrakało w sposób, który przypominał mi, że Las Wisielców jednak nie zmienił się nagle w przyjemny szlak spacerowy w parku tylko dlatego, że miałem butelkę absyntu i dobry humor. Spojrzałem w górę, próbując znaleźć źródło dźwięku, ale niczego nie zobaczyłem, wzruszyłem więc ramionami i pochyliłem się nad kolejnym kawałkiem drewna, zupełnie tak, jakbym nie zreflektował się w ostatniej chwili, co prawie opuściło moje usta. <br />
<br />
-<span style="font-style: italic;" class="mycode_i"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> Gdzie szeka Piddle w Dolset płynie,<br />
Tam Puddlemele s jebnięcia słynie.<br />
Glanatowe balwy, duma i siła,<br />
Szadna inna szmata by tu nie pszeszyła.<br />
Najstalsi w lidze, władcy latania,<br />
Zjednoczeni - nie do losjebania.</span></span><br />
<br />
W takich momentach człowiek naprawdę zaczynał doceniać prostotę życia - pozyskałem kolejny kawałek chrustu, tym razem idealny, suchy, twardy i pozbawiony śladów próchnicy, więc zadowolony dorzuciłem go do reszty - nie byłem jeszcze pijany w stopniu, który uniemożliwiałby mi chodzenie albo rozpoznawanie gałęzi, ale zdecydowanie przekroczyłem moment, w którym można było twierdzić, że alkohol nie miał żadnego wpływu na moje zachowanie.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[Jesień 72, 5.10 dom Szeptuchy | Peregrinus & Millie] Hanzel und Gretel]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6238</link>
			<pubDate>Thu, 30 Jul 2026 13:37:38 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=418">Millie Moody</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6238</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">5.10 okolice podwieczorku<br />
okolice domu Szeptuchy, a potem (jak raszpla pozwoli) wewnątrz wspomnianego domku</div>
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Dobra, ustalmy fakty. To był pojebany pomysł wysranego przez śpiączkę umysłu.</span> – Moody nienawidziła Little Hangleton, nienawidziła lasu i nienawidziła starej kurwy do której właśnie sobie wędrowali przez las. Z tego całego równania wybijała się mocno jej miłość do kuzyna, którego teraz mocno ściskała za rękę, korzystając z faktu, ze nikt nie patrzy. Oczywiście <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">nie bała się</span>, bo jej zepsute ciało nie wiedziało co to jest strach. Nie. Kłębił się w niej gniew przed tym co mogło się okazać wewnątrz czterech zapyziałych ścian i gdyby nie obecność Peregrinusa, pewnie zawróciłaby już pół godziny temu. BA! W ogóle by się tu nie teleportowała, kładąc uszy po sobie i ignorując obmyślany od miesiąca plan spotkania z Szeptuchą, starą zdziwaczałą wiedzmą, która krążyła satelitą wokół rodu Trelawney od zawsze.<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Wiesz, że cały czas nie mogę sobie przypomnieć?</span> – dodała przez zaciśnięte zęby, idąc ze swoim krewniakiem dalej przez las, licząc na to, że ich podwójna krew Trelawney'owska zagwarantuje im przejście do chatki. Albo, że jak sama będzie mieć za zębami tylko przekleństwa, to Peregrinus będzie mógł mówić w jej imieniu. Albo że powstrzyma ją, jak rzuci się z pięściami na złośliwą kurwę. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – Wtedy, jak mama umarła… była na pogrzebie i powiedziała mi coś… ale nie wiem, nie umiem sobie przypomnieć. Nawet w snach, widzę tylko ten jej głupi ryj</span> – urwała, rozglądając się złotymi ślepiami po drzewach, szukając oznak, że być może mają uszy. Te odstające… kawałki od nich, trochę wyglądały jak uszy. Albo jak języki. Pierdolony las. Nienawidziła lasów.<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Kiedyś chciałam tu przyjść i jej to wygarnąć, ale nigdy się nie zebrało… A Ty?</span> – zagadnęła w końcu, by jakoś skrócić sobie drogę. Nie puszczała jednak ręki bladolicego mężczyzny, jakby od tego połączenia zależało, czy w ogóle pozostanie na obranej ścieżce <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Byłeś tu kiedyś?</span> – przekrzywiła z zaciekawieniem głowę, rozluźniając nieco ściągnięte dotąd brwi. Las był ciemny i nieprzychylny, ale jej kuzyn, jej serdeczny przyjaciel zdawał się promykiem słońca, który przynosił jej więcej komfortu niż byłaby w stanie wypowiedzieć (inaczej niż słowami "bez Ciebie to chuj"). Ścieżki mogły się im plątać pod nogami, las gęstnieć absolutnie bez sensu (nie żeby w normalnym lesie potrafiła się odnaleźć), ale kiedy on był obok, wszystko było odrobinę lepsze. Mniej wkurwiające. Zacisnęła rękę w uścisku mocniej. Na wszelki wypadek, żeby upewnić się, jak bardzo rzeczywista jest jego obecność. Musiała poznać w końcu odpowiedź, ale jej ciekawość dotycząca własnej <span style="text-decoration: line-through;" class="mycode_s">popsutej</span> natury nie wystarczała, by zapędzić się w te tereny wcześniej. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Jego wsparcie</span> stanowiło katalizator. Niezbędny czynnik. <br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Pierdolę, muszę zapalić. Chcesz też? </span>– stanęła gwałtownie po środku punktu wyglądającego jak każdy inny w tym pierdolonym lesie, złapana nagłym wzruszeniem, którego nie chciała pokazywać Szeptusze. To miała być rozmowa biznesowa. "Jaki jest deal ze mną, co ja kurwa patrze w tym tęczu?" takie miały być pytania. Wizje… sny… o co kurwa chodziło. Zbyt wiele lat była pogodzona z tym, że nie ma trzeciego oka, to było tak bardzo bez sensu, że tu szli. To miało tak wiele sensu, że szli tu razem. Milles miała siebie serdecznie w dupie, ale Peregrinusowi zależało. Musiała tylko odrobinę, odrobineczkę podkraść mu to uczucie "zależenia". I może spalić filtr w fajce, którą właśnie odpaliła. To brzmiało jak świetny plan.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">5.10 okolice podwieczorku<br />
okolice domu Szeptuchy, a potem (jak raszpla pozwoli) wewnątrz wspomnianego domku</div>
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Dobra, ustalmy fakty. To był pojebany pomysł wysranego przez śpiączkę umysłu.</span> – Moody nienawidziła Little Hangleton, nienawidziła lasu i nienawidziła starej kurwy do której właśnie sobie wędrowali przez las. Z tego całego równania wybijała się mocno jej miłość do kuzyna, którego teraz mocno ściskała za rękę, korzystając z faktu, ze nikt nie patrzy. Oczywiście <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">nie bała się</span>, bo jej zepsute ciało nie wiedziało co to jest strach. Nie. Kłębił się w niej gniew przed tym co mogło się okazać wewnątrz czterech zapyziałych ścian i gdyby nie obecność Peregrinusa, pewnie zawróciłaby już pół godziny temu. BA! W ogóle by się tu nie teleportowała, kładąc uszy po sobie i ignorując obmyślany od miesiąca plan spotkania z Szeptuchą, starą zdziwaczałą wiedzmą, która krążyła satelitą wokół rodu Trelawney od zawsze.<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Wiesz, że cały czas nie mogę sobie przypomnieć?</span> – dodała przez zaciśnięte zęby, idąc ze swoim krewniakiem dalej przez las, licząc na to, że ich podwójna krew Trelawney'owska zagwarantuje im przejście do chatki. Albo, że jak sama będzie mieć za zębami tylko przekleństwa, to Peregrinus będzie mógł mówić w jej imieniu. Albo że powstrzyma ją, jak rzuci się z pięściami na złośliwą kurwę. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – Wtedy, jak mama umarła… była na pogrzebie i powiedziała mi coś… ale nie wiem, nie umiem sobie przypomnieć. Nawet w snach, widzę tylko ten jej głupi ryj</span> – urwała, rozglądając się złotymi ślepiami po drzewach, szukając oznak, że być może mają uszy. Te odstające… kawałki od nich, trochę wyglądały jak uszy. Albo jak języki. Pierdolony las. Nienawidziła lasów.<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Kiedyś chciałam tu przyjść i jej to wygarnąć, ale nigdy się nie zebrało… A Ty?</span> – zagadnęła w końcu, by jakoś skrócić sobie drogę. Nie puszczała jednak ręki bladolicego mężczyzny, jakby od tego połączenia zależało, czy w ogóle pozostanie na obranej ścieżce <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Byłeś tu kiedyś?</span> – przekrzywiła z zaciekawieniem głowę, rozluźniając nieco ściągnięte dotąd brwi. Las był ciemny i nieprzychylny, ale jej kuzyn, jej serdeczny przyjaciel zdawał się promykiem słońca, który przynosił jej więcej komfortu niż byłaby w stanie wypowiedzieć (inaczej niż słowami "bez Ciebie to chuj"). Ścieżki mogły się im plątać pod nogami, las gęstnieć absolutnie bez sensu (nie żeby w normalnym lesie potrafiła się odnaleźć), ale kiedy on był obok, wszystko było odrobinę lepsze. Mniej wkurwiające. Zacisnęła rękę w uścisku mocniej. Na wszelki wypadek, żeby upewnić się, jak bardzo rzeczywista jest jego obecność. Musiała poznać w końcu odpowiedź, ale jej ciekawość dotycząca własnej <span style="text-decoration: line-through;" class="mycode_s">popsutej</span> natury nie wystarczała, by zapędzić się w te tereny wcześniej. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Jego wsparcie</span> stanowiło katalizator. Niezbędny czynnik. <br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Pierdolę, muszę zapalić. Chcesz też? </span>– stanęła gwałtownie po środku punktu wyglądającego jak każdy inny w tym pierdolonym lesie, złapana nagłym wzruszeniem, którego nie chciała pokazywać Szeptusze. To miała być rozmowa biznesowa. "Jaki jest deal ze mną, co ja kurwa patrze w tym tęczu?" takie miały być pytania. Wizje… sny… o co kurwa chodziło. Zbyt wiele lat była pogodzona z tym, że nie ma trzeciego oka, to było tak bardzo bez sensu, że tu szli. To miało tak wiele sensu, że szli tu razem. Milles miała siebie serdecznie w dupie, ale Peregrinusowi zależało. Musiała tylko odrobinę, odrobineczkę podkraść mu to uczucie "zależenia". I może spalić filtr w fajce, którą właśnie odpaliła. To brzmiało jak świetny plan.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[13/10/72] The forest keeps what the forest is given | Benjy, Geraldine]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5596</link>
			<pubDate>Sat, 10 Jan 2026 14:06:27 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=544">Benjy Fenwick</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5596</guid>
			<description><![CDATA[<div class="mod"><span class="modtitle">adnotacja moderatora</span><div class="modopis">Rozliczono - Benjy Fenwick - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic II</span></div></div>
<br />
Podniosłem się z ziemi szybciej, niż powinienem - nie dlatego, że było mi łatwo, tylko dlatego, że adrenalina buzująca w moich żyłach po bliskim zetknięciu z kostuchą miała własne, bardzo konkretne zdanie na temat tego, co jest możliwe - robiła swoje, trzymała mnie w pionie, mimo że ciało już zaczynało wysyłać sygnały ostrzegawcze, że coś jest nie tak. Geraldine pomogła mi wstać, jej dłoń była pewna, mocna, a ja złapałem ją, jakby była poręczą na schodach, które właśnie zaczęły się chwiać. Świat przez moment falował, ale udało mi się utrzymać równowagę, stabilizując ciało i stając ciężko na nogach. <br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Ty…</span> - Zacząłem, zanim w ogóle złapałem pełny oddech. Pierwszą rzeczą, o której pomyślałem, nie była moja krew, nie było nią pieczenie w boku, ani to nieprzyjemne uczucie pod skórą. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Wsystko w posządku?</span> - Zapytałem, nim zdążyłem pomyśleć o czymkolwiek innym. Dopiero wtedy spojrzałem na nią uważniej - szczególnie na jej bok, tam, gdzie wcześniej widziałem ruch pazurów, błysk i to krótkie, nienaturalne skręcenie ciała, które zawsze oznaczało, że coś poszło nie tak. To był krótki moment, sekunda, ale zapisał mi się w głowie wyraźniej niż większość ciosów wymierzonych we mnie. Światło było marne, księżyc zawieszony niżej niż wcześniej, jak symbol upływającego czasu, przesłonięty gałęziami, ale wystarczające, by zobaczyć ciemniejszą plamę na materiale, która raczej nie była wilkołaczą posoką.<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Daj zobaczyś.</span> - Mruknąłem, przysuwając się bliżej, chociaż nogi miałem jak z waty. Zignorowałem to, że sam czułem się jak po przejechaniu przez rozpędzony wóz, oddychając trochę zbyt szybko, bo serce waliło mi jak oszalałe, a ręce miałem całe we krwi. Nie analizowałem, czyja to krew, jeszcze nie, olałem pieczenie w boku, ignorowałem lepkość pod koszulą, ignorowałem fakt, że każdy głębszy oddech był jak przeciąganie nożem po żebrach - bywało gorzej, naprawdę bywało. Pochyliłem się ku Gerdzie, ostrożnie, nie jak wojownik, tylko jak ktoś, kto starał się ocenić sytuację, nawet jeśli sam wyglądał znacznie gorzej, obryzgany flakami zabitej bestii, brudny od ziemi i błota. <br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nie wygląda śmieltelnie.</span> - Stwierdziłem, bardziej dla siebie niż dla niej, kiwając głową, trochę uspokojony. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Boli?</span> - Głupie pytanie, ale czasem takie właśnie trzeba zadać.<br />
Nie czekałem długo, wiedziałem, że nie mieliśmy luksusu stania w miejscu. <br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Musimy ogalnąś telen.</span> - Powiedziałem, prostując się. Adrenalina zaczynała opadać, a wtedy wszystko zaczynało się upominać o uwagę. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Zanim coś jeszcze wpadnie na genialny pomysł, szeby splawdziś, co tu się wydaszyło.</span> <br />
Rozejrzałem się dookoła, starając się zauważyć jak najwięcej szczegółów, polana wyglądała jak po przejściu huraganu - poorana ziemia, połamane gałęzie, ślady walki, których nie dało się pomylić z niczym innym. Ciało wilkołaka leżało ciężko, bezwładnie, jak worek mięsa, a jego głowa spoczywała w nienaturalnym pochyleniu, kawałek dalej, z otwartym pyskiem, jakby nadal chciał coś powiedzieć - nie patrzyłem na nią długo, nie dlatego, że się jej brzydziłem, ale dlatego, że nie było takiej potrzeby. Bestia zdecydowanie nie żyła, nie miała się zregenerować z takich obrażeń, nie było na to nawet cienia szansy.<br />
Zaczęliśmy obchód, każdy po swojej stronie, utrzymując całkiem sprawne tempo, chociaż w swoim odczuciu szedłem wolniej, niżbym chciał - czułem to chybotanie, subtelne przesunięcie środka ciężkości, które mówiło mi bardzo wyraźnie, że coś we mnie nie działało tak, jak powinno, ale działało wystarczająco. Krążyłem dalej, mimo że świat zaczynał mi lekko falować przed oczami - przymrużałem je, skupiałem się, co jakiś czas potrząsając głową albo lekko parskając, ale nie zamierzając się nad sobą użalać. W końcu trafiliśmy na grotę, spotykając się mniej więcej w połowie, nie była daleko, ledwie kilkanaście metrów w głąb lasu, między skałami, porośnięta mchem i krzakami, które wyglądały, jakby ktoś celowo pozwolił im się rozrosnąć - naturalna zasłona - idealne miejsce, żeby się zaszyć.<br />
Zapach uderzył mnie pierwszy - krew, wilgoć, stęchlizna, coś słodko-kwaśnego, co nie miało prawa tak pachnieć, nie mając nic wspólnego z naturą. Światło mojej różdżki omiatało wnętrze groty, szybko ukazując to, co było… Makabryczne. Fragmenty ubrań, stare przedmioty, biżuteria, której nikt już nie szukał, wszystko ułożone bez ładu, jakby było tylko kolejnymi gratami, nie pozostałościami po życiu stanowczo zbyt wielu osób. Rozejrzałem się uważniej, wtedy, gdy poczułem to znajome ukłucie pod skórą, a włoski na karku stanęły mi dęba - to była magia ochronna, zdecydowanie, łamiąca się tarcza, która znikała, bo jej twórca już nie żył - nie była silna, ale obecna, teraz mieliśmy już do czynienia z echem, powidokem czegoś, co kiedyś tu było i zostawiło po sobie ślad.<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Mamy tu coś jeszcze.</span> - Mruknąłem, dopiero teraz dostrzegając drugą komorę groty, ukrytą pod pajęczynami. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Stale zabezpieczenia. Laczej plymitywne, ale… Ktoś się postalał.</span> <br />
Kucnąłem, chociaż kolana zaprotestowały, wchodząc głębiej, do drugiej części legowiska - tej, która wcześniej musiała być chroniona. Pierwsze, co zobaczyłem, to kości - nie wszystkie ludzkie, część była zwierzęca, część nie - zostały zawieszone na sznurkach, ułożone w stosy, niektóre wyrzeźbione, inne po prostu porzucone. Przesunąłem palcami wzdłuż wyżłobionych linii na jednej z nich - to nie były runy per se, raczej coś pomiędzy instynktem a bardzo pierwotną magią, jakby ktoś, kto nie do końca wiedział, co robi, próbował stworzyć coś, co ochroni jego norkę. Podniosłem się, gdy skończyłem, i prawie się zachwiałem.<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Hej.</span> - Mruknąłem do siebie, łapiąc równowagę o ścianę, po czym zerkając przez ramię, na Geraldine, która sprawdzała coś w innej części jaskini. W tej części groty było jeszcze więcej fragmentów ubrań, strzępów materiałów, ułożonych w prowizoryczne posłanie, jakieś metalowe przedmioty, które kiedyś musiały mieć znaczenie dla kogoś, kto już ich nie potrzebował - trofea, ale nie tylko.<br />
Dalej, w głębi, stały skrzynki, pootwierane, a obok tego… Normalne rzeczy - opakowania po jedzeniu, resztki chleba, butelki, puszki. Ślady po tym, że ktoś żył tu jak człowiek, albo raczej jak coś, co próbowało być człowiekiem, kiedy nie było bestią. Nie wiedziałem, czy to było bardziej przerażające, czy bardziej smutne. Najważniejsze, że nie było tu chyba niczego, co miałoby jakąś wartość - mogliśmy więc opuścić to miejsce, wychodząc na zewnątrz i skupiając się na spaleniu truchła bez głowy, podlewając ogień znalezionym alkoholem, któremu zdecydowanie nie ufałem w żadnym innym zakresie, chociaż wszystko we mnie chciało się czegoś napić, jak zawsze po trudnej walce. Wciąż ignorowałem to, że ręka mi drży, koszula zaczyna mi się lepić do skóry w miejscu, gdzie nie powinna, a świat od czasu do czasu robi się podejrzanie ciemniejszy przy krawędziach.<br />
Bywało gorzej, ale bywało też lepiej.<br />
Zrobiłem kilka kroków, potem kolejnych, czując, jak kolana zaczynają mi mięknąć, zatrzymałem się więc przy drzewie, oparłem się o pień, niby od niechcenia, jakbym po prostu odpoczywał - nie zamierzałem się przyznać, że robi mi się słabo, sprawdziłem jeszcze jeden obszar, potem drugi. Instynkt mnie prowadził, a ja mu ufałem bardziej niż własnemu ciału. W końcu wróciłem bliżej środka polany, mając ze sobą chyba wszystko, co wypadło mi podczas walki. <br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Kończmy to i wlacajmy.</span> - Stwierdziłem do towarzyszki, przyglądając się martwemu cielsku bestii. Było już późno, a ja nie chciałem spędzać tu ani jednej nadprogramowej chwili, ona raczej też nie, powoli zbliżała się godzina, w której niebo miało zacząć jaśnieć, a dym mógłby zwrócić uwagę niepowołanych osób, nawet w takim miejscu jak Las Wisielców, więc lepiej było mieć to z głowy, wracając do domu.<br />
[inny avek]https://64.media.tumblr.com/93a5aa8d29a9056730a89ad2e76ae675/6b34cafeceb95a16-4d/s500x750/ebcc75ac263843c713f7522c7d2c159d1410cf1d.pnj[/inny avek]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div class="mod"><span class="modtitle">adnotacja moderatora</span><div class="modopis">Rozliczono - Benjy Fenwick - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic II</span></div></div>
<br />
Podniosłem się z ziemi szybciej, niż powinienem - nie dlatego, że było mi łatwo, tylko dlatego, że adrenalina buzująca w moich żyłach po bliskim zetknięciu z kostuchą miała własne, bardzo konkretne zdanie na temat tego, co jest możliwe - robiła swoje, trzymała mnie w pionie, mimo że ciało już zaczynało wysyłać sygnały ostrzegawcze, że coś jest nie tak. Geraldine pomogła mi wstać, jej dłoń była pewna, mocna, a ja złapałem ją, jakby była poręczą na schodach, które właśnie zaczęły się chwiać. Świat przez moment falował, ale udało mi się utrzymać równowagę, stabilizując ciało i stając ciężko na nogach. <br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Ty…</span> - Zacząłem, zanim w ogóle złapałem pełny oddech. Pierwszą rzeczą, o której pomyślałem, nie była moja krew, nie było nią pieczenie w boku, ani to nieprzyjemne uczucie pod skórą. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Wsystko w posządku?</span> - Zapytałem, nim zdążyłem pomyśleć o czymkolwiek innym. Dopiero wtedy spojrzałem na nią uważniej - szczególnie na jej bok, tam, gdzie wcześniej widziałem ruch pazurów, błysk i to krótkie, nienaturalne skręcenie ciała, które zawsze oznaczało, że coś poszło nie tak. To był krótki moment, sekunda, ale zapisał mi się w głowie wyraźniej niż większość ciosów wymierzonych we mnie. Światło było marne, księżyc zawieszony niżej niż wcześniej, jak symbol upływającego czasu, przesłonięty gałęziami, ale wystarczające, by zobaczyć ciemniejszą plamę na materiale, która raczej nie była wilkołaczą posoką.<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Daj zobaczyś.</span> - Mruknąłem, przysuwając się bliżej, chociaż nogi miałem jak z waty. Zignorowałem to, że sam czułem się jak po przejechaniu przez rozpędzony wóz, oddychając trochę zbyt szybko, bo serce waliło mi jak oszalałe, a ręce miałem całe we krwi. Nie analizowałem, czyja to krew, jeszcze nie, olałem pieczenie w boku, ignorowałem lepkość pod koszulą, ignorowałem fakt, że każdy głębszy oddech był jak przeciąganie nożem po żebrach - bywało gorzej, naprawdę bywało. Pochyliłem się ku Gerdzie, ostrożnie, nie jak wojownik, tylko jak ktoś, kto starał się ocenić sytuację, nawet jeśli sam wyglądał znacznie gorzej, obryzgany flakami zabitej bestii, brudny od ziemi i błota. <br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nie wygląda śmieltelnie.</span> - Stwierdziłem, bardziej dla siebie niż dla niej, kiwając głową, trochę uspokojony. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Boli?</span> - Głupie pytanie, ale czasem takie właśnie trzeba zadać.<br />
Nie czekałem długo, wiedziałem, że nie mieliśmy luksusu stania w miejscu. <br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Musimy ogalnąś telen.</span> - Powiedziałem, prostując się. Adrenalina zaczynała opadać, a wtedy wszystko zaczynało się upominać o uwagę. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Zanim coś jeszcze wpadnie na genialny pomysł, szeby splawdziś, co tu się wydaszyło.</span> <br />
Rozejrzałem się dookoła, starając się zauważyć jak najwięcej szczegółów, polana wyglądała jak po przejściu huraganu - poorana ziemia, połamane gałęzie, ślady walki, których nie dało się pomylić z niczym innym. Ciało wilkołaka leżało ciężko, bezwładnie, jak worek mięsa, a jego głowa spoczywała w nienaturalnym pochyleniu, kawałek dalej, z otwartym pyskiem, jakby nadal chciał coś powiedzieć - nie patrzyłem na nią długo, nie dlatego, że się jej brzydziłem, ale dlatego, że nie było takiej potrzeby. Bestia zdecydowanie nie żyła, nie miała się zregenerować z takich obrażeń, nie było na to nawet cienia szansy.<br />
Zaczęliśmy obchód, każdy po swojej stronie, utrzymując całkiem sprawne tempo, chociaż w swoim odczuciu szedłem wolniej, niżbym chciał - czułem to chybotanie, subtelne przesunięcie środka ciężkości, które mówiło mi bardzo wyraźnie, że coś we mnie nie działało tak, jak powinno, ale działało wystarczająco. Krążyłem dalej, mimo że świat zaczynał mi lekko falować przed oczami - przymrużałem je, skupiałem się, co jakiś czas potrząsając głową albo lekko parskając, ale nie zamierzając się nad sobą użalać. W końcu trafiliśmy na grotę, spotykając się mniej więcej w połowie, nie była daleko, ledwie kilkanaście metrów w głąb lasu, między skałami, porośnięta mchem i krzakami, które wyglądały, jakby ktoś celowo pozwolił im się rozrosnąć - naturalna zasłona - idealne miejsce, żeby się zaszyć.<br />
Zapach uderzył mnie pierwszy - krew, wilgoć, stęchlizna, coś słodko-kwaśnego, co nie miało prawa tak pachnieć, nie mając nic wspólnego z naturą. Światło mojej różdżki omiatało wnętrze groty, szybko ukazując to, co było… Makabryczne. Fragmenty ubrań, stare przedmioty, biżuteria, której nikt już nie szukał, wszystko ułożone bez ładu, jakby było tylko kolejnymi gratami, nie pozostałościami po życiu stanowczo zbyt wielu osób. Rozejrzałem się uważniej, wtedy, gdy poczułem to znajome ukłucie pod skórą, a włoski na karku stanęły mi dęba - to była magia ochronna, zdecydowanie, łamiąca się tarcza, która znikała, bo jej twórca już nie żył - nie była silna, ale obecna, teraz mieliśmy już do czynienia z echem, powidokem czegoś, co kiedyś tu było i zostawiło po sobie ślad.<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Mamy tu coś jeszcze.</span> - Mruknąłem, dopiero teraz dostrzegając drugą komorę groty, ukrytą pod pajęczynami. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Stale zabezpieczenia. Laczej plymitywne, ale… Ktoś się postalał.</span> <br />
Kucnąłem, chociaż kolana zaprotestowały, wchodząc głębiej, do drugiej części legowiska - tej, która wcześniej musiała być chroniona. Pierwsze, co zobaczyłem, to kości - nie wszystkie ludzkie, część była zwierzęca, część nie - zostały zawieszone na sznurkach, ułożone w stosy, niektóre wyrzeźbione, inne po prostu porzucone. Przesunąłem palcami wzdłuż wyżłobionych linii na jednej z nich - to nie były runy per se, raczej coś pomiędzy instynktem a bardzo pierwotną magią, jakby ktoś, kto nie do końca wiedział, co robi, próbował stworzyć coś, co ochroni jego norkę. Podniosłem się, gdy skończyłem, i prawie się zachwiałem.<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Hej.</span> - Mruknąłem do siebie, łapiąc równowagę o ścianę, po czym zerkając przez ramię, na Geraldine, która sprawdzała coś w innej części jaskini. W tej części groty było jeszcze więcej fragmentów ubrań, strzępów materiałów, ułożonych w prowizoryczne posłanie, jakieś metalowe przedmioty, które kiedyś musiały mieć znaczenie dla kogoś, kto już ich nie potrzebował - trofea, ale nie tylko.<br />
Dalej, w głębi, stały skrzynki, pootwierane, a obok tego… Normalne rzeczy - opakowania po jedzeniu, resztki chleba, butelki, puszki. Ślady po tym, że ktoś żył tu jak człowiek, albo raczej jak coś, co próbowało być człowiekiem, kiedy nie było bestią. Nie wiedziałem, czy to było bardziej przerażające, czy bardziej smutne. Najważniejsze, że nie było tu chyba niczego, co miałoby jakąś wartość - mogliśmy więc opuścić to miejsce, wychodząc na zewnątrz i skupiając się na spaleniu truchła bez głowy, podlewając ogień znalezionym alkoholem, któremu zdecydowanie nie ufałem w żadnym innym zakresie, chociaż wszystko we mnie chciało się czegoś napić, jak zawsze po trudnej walce. Wciąż ignorowałem to, że ręka mi drży, koszula zaczyna mi się lepić do skóry w miejscu, gdzie nie powinna, a świat od czasu do czasu robi się podejrzanie ciemniejszy przy krawędziach.<br />
Bywało gorzej, ale bywało też lepiej.<br />
Zrobiłem kilka kroków, potem kolejnych, czując, jak kolana zaczynają mi mięknąć, zatrzymałem się więc przy drzewie, oparłem się o pień, niby od niechcenia, jakbym po prostu odpoczywał - nie zamierzałem się przyznać, że robi mi się słabo, sprawdziłem jeszcze jeden obszar, potem drugi. Instynkt mnie prowadził, a ja mu ufałem bardziej niż własnemu ciału. W końcu wróciłem bliżej środka polany, mając ze sobą chyba wszystko, co wypadło mi podczas walki. <br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Kończmy to i wlacajmy.</span> - Stwierdziłem do towarzyszki, przyglądając się martwemu cielsku bestii. Było już późno, a ja nie chciałem spędzać tu ani jednej nadprogramowej chwili, ona raczej też nie, powoli zbliżała się godzina, w której niebo miało zacząć jaśnieć, a dym mógłby zwrócić uwagę niepowołanych osób, nawet w takim miejscu jak Las Wisielców, więc lepiej było mieć to z głowy, wracając do domu.<br />
[inny avek]https://64.media.tumblr.com/93a5aa8d29a9056730a89ad2e76ae675/6b34cafeceb95a16-4d/s500x750/ebcc75ac263843c713f7522c7d2c159d1410cf1d.pnj[/inny avek]]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[13/10/72] The wind is howling, and the leaves are falling | Benjy, Geraldine]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5546</link>
			<pubDate>Thu, 25 Dec 2025 02:33:31 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=544">Benjy Fenwick</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5546</guid>
			<description><![CDATA[Szliśmy długo, za długo, a jednak wrażenie postępu było wyłącznie uprzejmą sugestią. Milczeliśmy, bo nie było sensu gadać, lepiej było skupić się na otoczeniu, dźwiękach natury, które wcale nie były zupełnie naturalne - czasem miałem wrażenie, że słyszę własny dawno zaczerpnięty oddech, swoje odległe chrząknięcie, pociągnięcie zimnym nosem, pomruk sprzed kilku minut, gdzieś z boku, jak echo, które nie powinno istnieć. Liczyłem kroki, orientowałem się po nachyleniu terenu, zapachu wilgoci, po tym, jak wiatr omiatał moją skórę - wszystko mówiło, że idziemy naprzód, wszystko oprócz lasu, on najwyraźniej miał inne zdanie.<br />
Znałem takie miejsca, takie, które nie blokowały przejścia wprost, tylko pozwalały iść… I iść… I iść, aż w końcu orientowałeś się, że widziałeś już to drzewo albo coś bardzo do niego podobnego. Najpierw ginęły drobne punkty odniesienia, potem kierunek, na końcu poczucie czasu, kroki składały się w sensowną całość tylko przez chwilę, później zaczynały się powtarzać - ten sam wygięty wiąz, ten sam omszony głaz z pęknięciem przypominającym błyskawicę, nieustanny zapach wilgoci i starej kory wdzierający się w nozdrza. <br />
Ciemność gęstniała, chociaż noc wcale nie robiła się głębsza, księżyc gdzieś zniknął, jakby ktoś go zgasił albo po prostu zasłonił ręką, dźwięki były przytłumione, martwe, nawet wyjątkowo ciche, umiejętnie stawiane kroki Geraldine brzmiały tak, jakby nie do końca należały do tego miejsca. Wiedziałem, że krążyliśmy, chociaż nie potrafiłem wskazać momentu, w którym las zamknął pętlę, robiąc to, co potrafił najlepiej - rozciągając drogę, zaginając ją, podmieniając ślady, kradnąc orientację, po cichu, bez szarpania, bez dramatów. Miał ten brzydki zwyczaj gubienia nawet tych, którzy wiedzieli, jak się nie gubić, to była jego sztuka - sprawić, byś zaczął wątpić nie w kierunek, tylko w samego siebie. Odnosiłem wrażenie, że chodziliśmy tak już godzinami, chociaż rozum podpowiadał mi, że to niemożliwe. Czas w Lesie Wisielców był umowny, zawsze należało go traktować wyłącznie orientacyjnie, tym bardziej, że w niektórych jego częściach mechanizmy zegarków przestawały działać, igły kompasów ulegały rozmagnesowaniu, a zaklęcia zachowywały się nieprzewidywalnie. <br />
Nie kręciliśmy się w kółko, nie w idealnym okręgu, raczej w spiralach, które udawały drogę naprzód. Ścieżka raz wydawała się znajoma, raz znikała pod stopami, a potem wracała pod innym kątem, z inną obietnicą kierunku. Oboje teoretycznie znaliśmy się na pracy w terenie, nawet niekoniecznie znanym, na szukaniu śladów i tropieniu, wiedziałem, że każdy stawiany przez nas krok był poprawny, każdy wybór logiczny, ale nigdzie nie docieraliśmy - to było najbardziej irytujące. Czułem to w kolanach, w ciężarze sprzętu, w drobnym napięciu karku, to było uczucie chodzenia w miejscu, mimo że mięśnie pracowały, oddech przyspieszał, a ścieżka faktycznie zostawała za nami. Wilgoć wisiała nisko, powietrze było ciężkie, lepko osiadało na skórze.<br />
Zatrzymałem się dopiero wtedy, gdy coś się zmieniło - nie w ziemi, nie w drzewach, tylko w przestrzeni przed nami. Pojawiła się szczelina między krzewami, niewielka, ale wyraźna, miejsce, gdzie gałęzie rozsunęły się na tyle, by noc straciła odrobinę swojej władzy. Nie ruszyłem od razu szybkim krokiem, powstrzymywany świadomością, iż prześwity w takich miejscach bywały obietnicą albo kłamstwem, czasem jednym i drugim naraz, zamiast tego powoli podszedłem do granicy czegoś, co chyba było rzeczywistą polaną. Podniosłem wzrok, niebo w tamtym miejscu było czystsze, ciemniejsze, prawdziwsze, migoczące punkciki wisiały nieruchomo na firmamencie, obojętne na to, co działo się na dole - to był całkiem dobrze zwiastujący widok, bo gwiazdy miały to do siebie, że zawsze były tam, gdzie były, niezależnie od tego, ile razy ktoś próbował przekonać cię, że idziesz w dobrą stronę.<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Tam.</span> - Powiedziałem cicho, wskazując kierunek. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Widzisz?</span> <br />
Jeden z jasnych punktów na nieboskłonie był wyraźnie jaśniejszy od pozostałych, dominował pozostałe bez wysiłku. Nie znałem się na astronomii, nigdy mnie to specjalnie nie pociągało, ale to jedno było dla mnie oczywiste - tę gwiazdę znałem, każdy ją znał, jeżeli tylko miał okazję spędzić dostatecznie dużo czasu w naturze, w miejscach poza miejską łuną, nawet jeśli nie potrafiłby jej nazwać. Sirius - kojarzyłem go dobrze, nie przez romantyzm, tylko przez praktykę, ustawiłem się więc tak, by mieć go dokładnie w polu widzenia, zapamiętałem kąt, relację do drzew, do prześwitu. Otoczenie mogło nas kręcić, zawracać, podsuwać te same ścieżki w innym przebraniu, ale niebo było ponad tym, a największa z gwiazd patrzyła na nas z miejsca, którego nawet Las Wisielców nie mógł dosięgnąć.<br />
Kierunek, porządek, coś stałego, jeśli nawet to miejsce lubiło gubić ludzi, niebo nadal trzymało się swoich zasad, a to znaczyło, że mogliśmy odzyskać orientację. <br />
[inny avek]https://64.media.tumblr.com/93a5aa8d29a9056730a89ad2e76ae675/6b34cafeceb95a16-4d/s500x750/ebcc75ac263843c713f7522c7d2c159d1410cf1d.pnj[/inny avek]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Szliśmy długo, za długo, a jednak wrażenie postępu było wyłącznie uprzejmą sugestią. Milczeliśmy, bo nie było sensu gadać, lepiej było skupić się na otoczeniu, dźwiękach natury, które wcale nie były zupełnie naturalne - czasem miałem wrażenie, że słyszę własny dawno zaczerpnięty oddech, swoje odległe chrząknięcie, pociągnięcie zimnym nosem, pomruk sprzed kilku minut, gdzieś z boku, jak echo, które nie powinno istnieć. Liczyłem kroki, orientowałem się po nachyleniu terenu, zapachu wilgoci, po tym, jak wiatr omiatał moją skórę - wszystko mówiło, że idziemy naprzód, wszystko oprócz lasu, on najwyraźniej miał inne zdanie.<br />
Znałem takie miejsca, takie, które nie blokowały przejścia wprost, tylko pozwalały iść… I iść… I iść, aż w końcu orientowałeś się, że widziałeś już to drzewo albo coś bardzo do niego podobnego. Najpierw ginęły drobne punkty odniesienia, potem kierunek, na końcu poczucie czasu, kroki składały się w sensowną całość tylko przez chwilę, później zaczynały się powtarzać - ten sam wygięty wiąz, ten sam omszony głaz z pęknięciem przypominającym błyskawicę, nieustanny zapach wilgoci i starej kory wdzierający się w nozdrza. <br />
Ciemność gęstniała, chociaż noc wcale nie robiła się głębsza, księżyc gdzieś zniknął, jakby ktoś go zgasił albo po prostu zasłonił ręką, dźwięki były przytłumione, martwe, nawet wyjątkowo ciche, umiejętnie stawiane kroki Geraldine brzmiały tak, jakby nie do końca należały do tego miejsca. Wiedziałem, że krążyliśmy, chociaż nie potrafiłem wskazać momentu, w którym las zamknął pętlę, robiąc to, co potrafił najlepiej - rozciągając drogę, zaginając ją, podmieniając ślady, kradnąc orientację, po cichu, bez szarpania, bez dramatów. Miał ten brzydki zwyczaj gubienia nawet tych, którzy wiedzieli, jak się nie gubić, to była jego sztuka - sprawić, byś zaczął wątpić nie w kierunek, tylko w samego siebie. Odnosiłem wrażenie, że chodziliśmy tak już godzinami, chociaż rozum podpowiadał mi, że to niemożliwe. Czas w Lesie Wisielców był umowny, zawsze należało go traktować wyłącznie orientacyjnie, tym bardziej, że w niektórych jego częściach mechanizmy zegarków przestawały działać, igły kompasów ulegały rozmagnesowaniu, a zaklęcia zachowywały się nieprzewidywalnie. <br />
Nie kręciliśmy się w kółko, nie w idealnym okręgu, raczej w spiralach, które udawały drogę naprzód. Ścieżka raz wydawała się znajoma, raz znikała pod stopami, a potem wracała pod innym kątem, z inną obietnicą kierunku. Oboje teoretycznie znaliśmy się na pracy w terenie, nawet niekoniecznie znanym, na szukaniu śladów i tropieniu, wiedziałem, że każdy stawiany przez nas krok był poprawny, każdy wybór logiczny, ale nigdzie nie docieraliśmy - to było najbardziej irytujące. Czułem to w kolanach, w ciężarze sprzętu, w drobnym napięciu karku, to było uczucie chodzenia w miejscu, mimo że mięśnie pracowały, oddech przyspieszał, a ścieżka faktycznie zostawała za nami. Wilgoć wisiała nisko, powietrze było ciężkie, lepko osiadało na skórze.<br />
Zatrzymałem się dopiero wtedy, gdy coś się zmieniło - nie w ziemi, nie w drzewach, tylko w przestrzeni przed nami. Pojawiła się szczelina między krzewami, niewielka, ale wyraźna, miejsce, gdzie gałęzie rozsunęły się na tyle, by noc straciła odrobinę swojej władzy. Nie ruszyłem od razu szybkim krokiem, powstrzymywany świadomością, iż prześwity w takich miejscach bywały obietnicą albo kłamstwem, czasem jednym i drugim naraz, zamiast tego powoli podszedłem do granicy czegoś, co chyba było rzeczywistą polaną. Podniosłem wzrok, niebo w tamtym miejscu było czystsze, ciemniejsze, prawdziwsze, migoczące punkciki wisiały nieruchomo na firmamencie, obojętne na to, co działo się na dole - to był całkiem dobrze zwiastujący widok, bo gwiazdy miały to do siebie, że zawsze były tam, gdzie były, niezależnie od tego, ile razy ktoś próbował przekonać cię, że idziesz w dobrą stronę.<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Tam.</span> - Powiedziałem cicho, wskazując kierunek. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Widzisz?</span> <br />
Jeden z jasnych punktów na nieboskłonie był wyraźnie jaśniejszy od pozostałych, dominował pozostałe bez wysiłku. Nie znałem się na astronomii, nigdy mnie to specjalnie nie pociągało, ale to jedno było dla mnie oczywiste - tę gwiazdę znałem, każdy ją znał, jeżeli tylko miał okazję spędzić dostatecznie dużo czasu w naturze, w miejscach poza miejską łuną, nawet jeśli nie potrafiłby jej nazwać. Sirius - kojarzyłem go dobrze, nie przez romantyzm, tylko przez praktykę, ustawiłem się więc tak, by mieć go dokładnie w polu widzenia, zapamiętałem kąt, relację do drzew, do prześwitu. Otoczenie mogło nas kręcić, zawracać, podsuwać te same ścieżki w innym przebraniu, ale niebo było ponad tym, a największa z gwiazd patrzyła na nas z miejsca, którego nawet Las Wisielców nie mógł dosięgnąć.<br />
Kierunek, porządek, coś stałego, jeśli nawet to miejsce lubiło gubić ludzi, niebo nadal trzymało się swoich zasad, a to znaczyło, że mogliśmy odzyskać orientację. <br />
[inny avek]https://64.media.tumblr.com/93a5aa8d29a9056730a89ad2e76ae675/6b34cafeceb95a16-4d/s500x750/ebcc75ac263843c713f7522c7d2c159d1410cf1d.pnj[/inny avek]]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[13.10.72] Where the roots grow deep and the dark runs round | Benjy, Geraldine]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5534</link>
			<pubDate>Mon, 22 Dec 2025 00:40:50 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=544">Benjy Fenwick</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5534</guid>
			<description><![CDATA[<div class="mod"><span class="modtitle">adnotacja moderatora</span><div class="modopis">Rozliczono - Benjy Fenwick - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic II</span></div></div>
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">noc/wczesny ranek 13.10.1972, Zagajnik zaklętych drzew</div>
Było już bardzo późno albo wręcz przeciwnie -  bardzo wcześnie, zapowiedź nowego dnia wisiała już w powietrzu, jak tani żart, którego nikt nie chciał dopowiedzieć do końca. Jedyny piątek trzynastego w 1972 roku, okolice Little Hangleton, Las Wisielców… Księżyc wisiał wysoko i bezwstydnie jasno, wiatr szarpał pokrzywione, bezlistne gałęzie tak, jakby chciał wyrwać drzewa z korzeniami. Zimno wchodziło pod płaszcz bez zaproszenia, a noc pachniała wilgocią, leśną biomasą w stanie wczesnego rozkładu, żywicą i czymś metalicznym, nie do końca naturalnym, co zawsze kojarzyło mi się z kłopotami. Gdyby coś miało pójść źle, to statystycznie byłby to ten moment, szczególnie że był to pierwszy tak przejmująco chłodny dzień tej jesieni, gdzieś w okolicach „demonicznej” trzeciej, może nawet trzydzieści trzy w nocy. Nie dało się ukryć, że wyglądało to tak, jakby ktoś specjalnie rozłożył wszystkie rekwizyty na jednym stole i czekał, aż zapalimy światło - ta myśl bawiła mnie bardziej, niż powinna. Czułem to pod skórą, ale nie pozwalałem, żeby mi popsuło nastrój. <br />
Wiatr huczał nad nami, ale przy ziemi było inaczej, ciszej, gęściej, nie tylko ze względu na stare drzewa, które w tej części lasu rosły bardzo blisko siebie, splatając się ze sobą, pokrzywione w ten nienaturalnie naturalny sposób. Księżycowe światło przecinało przestrzeń na ostre kawałki, łamało się na pniach w taki sposób, jak potrafiło to robić tylko tutaj, nigdzie indziej, drżące cienie wyglądały jak wiszące sylwetki, nagie gałęzie ocierały się o siebie, jęcząc i trzeszcząc niczym stare kości, co w tym miejscu było raczej mało zabawne, ale nie zamierzałem oddawać im tej satysfakcji, nawet nie próbowałem tego komentować. <br />
Szliśmy z Geraldine ramię w ramię, chociaż nie dotykaliśmy się wcale. Ona skupiona, precyzyjna, z tym swoim spokojem, który wyglądał jak cienka tafla lodu, a ja… Ja byłem sobą, zbyt sobą, jak na takie miejsce i taką datę. Tym, który nie do końca traktował przesądy serio, który potrafił rzucić krzywym żartem nawet w miejscu, gdzie kiedyś naprawdę kogoś powieszono. Zresztą już dawno, niemal na samym początku, mruknąłem coś pod nosem, półżartem, półzaklęciem przeciwko pechowi, bardziej dla własnej rozrywki niż z realnej potrzeby. Pomyślałem, że jeśli coś wyskoczy z krzaków, to statystycznie rzecz biorąc, właśnie dziś. Pomyślałem też, że jeśli już ginąć, to przynajmniej w estetycznym świetle księżyca. Las Wisielców miał renomę do utrzymania.<br />
W środku jednak wszystko było we mnie całkiem zachowawcze, czujne, gotowe do ruchu - słuchałem wiatru, liczyłem oddechy, wyczuwałem nierówności terenu bardziej ciałem niż wzrokiem. Moje stopy same znajdowały miękką ziemię, omijały suche gałęzie, jakby ciało wiedziało, kiedy zwolnić, kiedy zatrzymać się w pół ruchu, nawet nie musiałem się nad tym zastanawiać, to przychodziło mi naturalnie. Natura nie reagowała jeszcze na naszą obecność nie tak, jakby nas nie zauważała, ale jakby uznała, że nie byliśmy warci podnoszenia alarmu przez liczne ptaki, głównie kruki i sroki, siedzące gdzieś wysoko, których oczy bezustannie nas obserwowały. <br />
Czułem ciężar broni, znajomy i uspokajający, oraz ten drugi ciężar, niewidzialny, odpowiedzialność za to, że nie byliśmy tu na spacerze z dreszczykiem. Moja różdżka była tam, gdzie powinna, nóż też, jak i parę innych drobiazgów, o których nie rozmawiało się głośno, bo miały zwyczaj działać tylko wtedy, gdy się ich nie reklamuje. Świadomość konieczności wykonania bardzo określonego wisiała w powietrzu między nami, jak mgła, która pełzła między pniami. Las Wisielców nie wybaczał nieuwagi, a zlecenia w takich miejscach miały tendencję do komplikowania się w najmniej odpowiednich momentach. Księżyc przesunął się za chmurą, światło przygasło, a ja poczułem znajome mrowienie pod skórą. <br />
[inny avek]https://64.media.tumblr.com/93a5aa8d29a9056730a89ad2e76ae675/6b34cafeceb95a16-4d/s500x750/ebcc75ac263843c713f7522c7d2c159d1410cf1d.pnj[/inny avek]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div class="mod"><span class="modtitle">adnotacja moderatora</span><div class="modopis">Rozliczono - Benjy Fenwick - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic II</span></div></div>
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">noc/wczesny ranek 13.10.1972, Zagajnik zaklętych drzew</div>
Było już bardzo późno albo wręcz przeciwnie -  bardzo wcześnie, zapowiedź nowego dnia wisiała już w powietrzu, jak tani żart, którego nikt nie chciał dopowiedzieć do końca. Jedyny piątek trzynastego w 1972 roku, okolice Little Hangleton, Las Wisielców… Księżyc wisiał wysoko i bezwstydnie jasno, wiatr szarpał pokrzywione, bezlistne gałęzie tak, jakby chciał wyrwać drzewa z korzeniami. Zimno wchodziło pod płaszcz bez zaproszenia, a noc pachniała wilgocią, leśną biomasą w stanie wczesnego rozkładu, żywicą i czymś metalicznym, nie do końca naturalnym, co zawsze kojarzyło mi się z kłopotami. Gdyby coś miało pójść źle, to statystycznie byłby to ten moment, szczególnie że był to pierwszy tak przejmująco chłodny dzień tej jesieni, gdzieś w okolicach „demonicznej” trzeciej, może nawet trzydzieści trzy w nocy. Nie dało się ukryć, że wyglądało to tak, jakby ktoś specjalnie rozłożył wszystkie rekwizyty na jednym stole i czekał, aż zapalimy światło - ta myśl bawiła mnie bardziej, niż powinna. Czułem to pod skórą, ale nie pozwalałem, żeby mi popsuło nastrój. <br />
Wiatr huczał nad nami, ale przy ziemi było inaczej, ciszej, gęściej, nie tylko ze względu na stare drzewa, które w tej części lasu rosły bardzo blisko siebie, splatając się ze sobą, pokrzywione w ten nienaturalnie naturalny sposób. Księżycowe światło przecinało przestrzeń na ostre kawałki, łamało się na pniach w taki sposób, jak potrafiło to robić tylko tutaj, nigdzie indziej, drżące cienie wyglądały jak wiszące sylwetki, nagie gałęzie ocierały się o siebie, jęcząc i trzeszcząc niczym stare kości, co w tym miejscu było raczej mało zabawne, ale nie zamierzałem oddawać im tej satysfakcji, nawet nie próbowałem tego komentować. <br />
Szliśmy z Geraldine ramię w ramię, chociaż nie dotykaliśmy się wcale. Ona skupiona, precyzyjna, z tym swoim spokojem, który wyglądał jak cienka tafla lodu, a ja… Ja byłem sobą, zbyt sobą, jak na takie miejsce i taką datę. Tym, który nie do końca traktował przesądy serio, który potrafił rzucić krzywym żartem nawet w miejscu, gdzie kiedyś naprawdę kogoś powieszono. Zresztą już dawno, niemal na samym początku, mruknąłem coś pod nosem, półżartem, półzaklęciem przeciwko pechowi, bardziej dla własnej rozrywki niż z realnej potrzeby. Pomyślałem, że jeśli coś wyskoczy z krzaków, to statystycznie rzecz biorąc, właśnie dziś. Pomyślałem też, że jeśli już ginąć, to przynajmniej w estetycznym świetle księżyca. Las Wisielców miał renomę do utrzymania.<br />
W środku jednak wszystko było we mnie całkiem zachowawcze, czujne, gotowe do ruchu - słuchałem wiatru, liczyłem oddechy, wyczuwałem nierówności terenu bardziej ciałem niż wzrokiem. Moje stopy same znajdowały miękką ziemię, omijały suche gałęzie, jakby ciało wiedziało, kiedy zwolnić, kiedy zatrzymać się w pół ruchu, nawet nie musiałem się nad tym zastanawiać, to przychodziło mi naturalnie. Natura nie reagowała jeszcze na naszą obecność nie tak, jakby nas nie zauważała, ale jakby uznała, że nie byliśmy warci podnoszenia alarmu przez liczne ptaki, głównie kruki i sroki, siedzące gdzieś wysoko, których oczy bezustannie nas obserwowały. <br />
Czułem ciężar broni, znajomy i uspokajający, oraz ten drugi ciężar, niewidzialny, odpowiedzialność za to, że nie byliśmy tu na spacerze z dreszczykiem. Moja różdżka była tam, gdzie powinna, nóż też, jak i parę innych drobiazgów, o których nie rozmawiało się głośno, bo miały zwyczaj działać tylko wtedy, gdy się ich nie reklamuje. Świadomość konieczności wykonania bardzo określonego wisiała w powietrzu między nami, jak mgła, która pełzła między pniami. Las Wisielców nie wybaczał nieuwagi, a zlecenia w takich miejscach miały tendencję do komplikowania się w najmniej odpowiednich momentach. Księżyc przesunął się za chmurą, światło przygasło, a ja poczułem znajome mrowienie pod skórą. <br />
[inny avek]https://64.media.tumblr.com/93a5aa8d29a9056730a89ad2e76ae675/6b34cafeceb95a16-4d/s500x750/ebcc75ac263843c713f7522c7d2c159d1410cf1d.pnj[/inny avek]]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[16.09.1972] You love the way I linger]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4975</link>
			<pubDate>Tue, 15 Jul 2025 21:08:51 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=38">Atreus Bulstrode</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4975</guid>
			<description><![CDATA[<div class="mod"><span class="modtitle">adnotacja moderatora</span><div class="modopis">Rozliczono — Atreus Bulstrode — osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic II</span></div></div>
To była bardzo szybka myśl, której złapał się całkiem chętnie i to wcale już nie dlatego, że w głowie brzmiało mu mętne 'bo ty mnie nigdzie nie zabierasz'. Znaczy, było to jakimś katalizatorem, ale gdyby faktycznie ktokolwiek by mu robił takie wyrzuty - a nie robił - to na pewno nie wybierałby na miejsce przeznaczenia Las Wisielców. Miejsce miało swój urok, ale odwrotnie proporcjonalny do tego, gdzie zabierało się dziewczyny na randki. Chociaż w sumie, po zastanowieniu, tak - Atreus byłby skłonny nieironicznie zabrać tutaj jakąś swoją wybrankę, ale po czystej złośliwości i gdyby zaraz po tym miało nastąpić pożegnanie na zawsze. Brenna nie zaliczała się do wszystkich tych rzeczy, bo biorąc pod uwagę jej tendencje do wpadania w dziury, szukania kłopotów i też iloraz tego, jak często kłopoty znajdywało ją same, to faktycznie mógł to być całkiem przyjemny spacer. Kolejną rzeczą, która Bulstrode'a jakoś do tego pomysłu zachęciła, to nagła świadomość że chyba nigdy nie dane mu było faktycznie przejść się po tej okolicy. Przemknięcie bokiem, gdzie do swoich spraw? Jasne, ale nie było mowy o zagłębieniu się między drzewa Zagajnika, które podobno bywały upiorne. Wisielca na Wierzbie też niestety nigdy nie widział, ale była to też sprawa do nadrobienia. <br />
<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Wiesz, w sumie to mam coś dla ciebie </span>- mruknął, grzebiąc w kieszeni przez moment. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nie było kiedy ci dać. Jak wróciłem, to nie wpadliśmy na siebie w Ministerstwie, a potem… wiesz jak było potem</span> - podniósł dłoń z czymś co wyglądało na broszkę, a może i nawet przypinkę, bo brakowało jej nieco ozdobności, by umieścić w parze z jakimś imprezowym strojem. Był to pozłacany skarabeusz, który na dobrą sprawę wyglądał jak najprostsza możliwa rzecz pod słońcem. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Typ na straganie powiedział, że ma w sobie zaklęte właściwości podobne do Felix Felicis i daje nieco szczęścia. Pomyślałem, że ci się przyda, bo lubisz wpadać w dziury, prawda? </span>- uśmiechnął się cwaniacko, podtykając w jej stronę upominek.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div class="mod"><span class="modtitle">adnotacja moderatora</span><div class="modopis">Rozliczono — Atreus Bulstrode — osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic II</span></div></div>
To była bardzo szybka myśl, której złapał się całkiem chętnie i to wcale już nie dlatego, że w głowie brzmiało mu mętne 'bo ty mnie nigdzie nie zabierasz'. Znaczy, było to jakimś katalizatorem, ale gdyby faktycznie ktokolwiek by mu robił takie wyrzuty - a nie robił - to na pewno nie wybierałby na miejsce przeznaczenia Las Wisielców. Miejsce miało swój urok, ale odwrotnie proporcjonalny do tego, gdzie zabierało się dziewczyny na randki. Chociaż w sumie, po zastanowieniu, tak - Atreus byłby skłonny nieironicznie zabrać tutaj jakąś swoją wybrankę, ale po czystej złośliwości i gdyby zaraz po tym miało nastąpić pożegnanie na zawsze. Brenna nie zaliczała się do wszystkich tych rzeczy, bo biorąc pod uwagę jej tendencje do wpadania w dziury, szukania kłopotów i też iloraz tego, jak często kłopoty znajdywało ją same, to faktycznie mógł to być całkiem przyjemny spacer. Kolejną rzeczą, która Bulstrode'a jakoś do tego pomysłu zachęciła, to nagła świadomość że chyba nigdy nie dane mu było faktycznie przejść się po tej okolicy. Przemknięcie bokiem, gdzie do swoich spraw? Jasne, ale nie było mowy o zagłębieniu się między drzewa Zagajnika, które podobno bywały upiorne. Wisielca na Wierzbie też niestety nigdy nie widział, ale była to też sprawa do nadrobienia. <br />
<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Wiesz, w sumie to mam coś dla ciebie </span>- mruknął, grzebiąc w kieszeni przez moment. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nie było kiedy ci dać. Jak wróciłem, to nie wpadliśmy na siebie w Ministerstwie, a potem… wiesz jak było potem</span> - podniósł dłoń z czymś co wyglądało na broszkę, a może i nawet przypinkę, bo brakowało jej nieco ozdobności, by umieścić w parze z jakimś imprezowym strojem. Był to pozłacany skarabeusz, który na dobrą sprawę wyglądał jak najprostsza możliwa rzecz pod słońcem. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Typ na straganie powiedział, że ma w sobie zaklęte właściwości podobne do Felix Felicis i daje nieco szczęścia. Pomyślałem, że ci się przyda, bo lubisz wpadać w dziury, prawda? </span>- uśmiechnął się cwaniacko, podtykając w jej stronę upominek.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[07.09.1972, Kamienie Greybacków] Syn Księżyca]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4567</link>
			<pubDate>Sun, 09 Mar 2025 15:47:24 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=349">Alexander Mulciber</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4567</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">Las w Little Hangleton, Kamienie Greybacków</div>
<br />
Alexander Mulciber dokonał szybkiej kalkulacji azymutu Mizar i Megrez, biorąc przy tym poprawkę na odchylenie standardowe w miarach opisujących lokalizację gwiazd najjaśniejszego z asteryzmów nieba północnego. Zakłócenia pomieniowania reliktowego wprowadzało niepokojące rozbieżności w obliczeniach: drobne fluktuacje atmosferyczne i aberracja świetlne mogły znacząco zaburzyć wyznaczoną dlań trajektorię, chociaż współrzędne ekliptyczne sugerowały precyzyjny punkt odniesienia. Alexander spędził jednak setki godzin nad mapami nieba: wodził palcem po kartach efemeryd, śledził ruchy ciał niebieskich, opisywał dysregulacje orbit planetarnych, korygując drobne przesunięcia wynikające z nieregularności ruchu libracyjnego i refrakcji astrolabium. Astronomia była nauką wymagającą dokładności, ignorancją było więc uznać błąd paralaksy geocentrycznej za pomijalny, zwłaszcza, że gdy doprecyzował wszystkie dotychczasowe kalkulacje metodą triangulacyjną, był w stanie ustalić współrzędne docelowe z dokładnością co do ułamka sekundy łuku.<br />
<br />
Korzystając ze starannie wyliczonego efektu zaskoczenia, Mulciber teleportował się prosto na Greybacka, licząc, że zwali go z nóg samym tylko impetem... I kto teraz klęka, Greyback, pomyślał mściwie, chwytając wilkołaka za fraki.<br />
<br />
Gwiazdy świeciły jasno na niebie, wiatr targał skrzypiącymi konarami martwych drzew, a zaklęte głazy milczały wyniośle, zamykając w kamiennym kręgu swych ramion tarzających się po ziemi mężczyzn, którzy szarpali się ze sobą, wymieniając ciosy. <br />
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">No dalej, zawyj teraz do księżyca, zamiast pierdolić głupoty o cygańskich piosenkach</span> – warknął wrogo Alexander, unosząc pięść.<br />
<br />
<div class="divek">Korzystam z przewagi <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Astronomia</span>, żeby na podstawie gwiezdnych wyliczeń teleportować się z impetem na Greybacka, i zwalić go tym z nóg. Wykonuję rzut na aktywność fizyczną, próbując uderzyć go z pięści twarz.<br />
[roll=Z]</div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">Las w Little Hangleton, Kamienie Greybacków</div>
<br />
Alexander Mulciber dokonał szybkiej kalkulacji azymutu Mizar i Megrez, biorąc przy tym poprawkę na odchylenie standardowe w miarach opisujących lokalizację gwiazd najjaśniejszego z asteryzmów nieba północnego. Zakłócenia pomieniowania reliktowego wprowadzało niepokojące rozbieżności w obliczeniach: drobne fluktuacje atmosferyczne i aberracja świetlne mogły znacząco zaburzyć wyznaczoną dlań trajektorię, chociaż współrzędne ekliptyczne sugerowały precyzyjny punkt odniesienia. Alexander spędził jednak setki godzin nad mapami nieba: wodził palcem po kartach efemeryd, śledził ruchy ciał niebieskich, opisywał dysregulacje orbit planetarnych, korygując drobne przesunięcia wynikające z nieregularności ruchu libracyjnego i refrakcji astrolabium. Astronomia była nauką wymagającą dokładności, ignorancją było więc uznać błąd paralaksy geocentrycznej za pomijalny, zwłaszcza, że gdy doprecyzował wszystkie dotychczasowe kalkulacje metodą triangulacyjną, był w stanie ustalić współrzędne docelowe z dokładnością co do ułamka sekundy łuku.<br />
<br />
Korzystając ze starannie wyliczonego efektu zaskoczenia, Mulciber teleportował się prosto na Greybacka, licząc, że zwali go z nóg samym tylko impetem... I kto teraz klęka, Greyback, pomyślał mściwie, chwytając wilkołaka za fraki.<br />
<br />
Gwiazdy świeciły jasno na niebie, wiatr targał skrzypiącymi konarami martwych drzew, a zaklęte głazy milczały wyniośle, zamykając w kamiennym kręgu swych ramion tarzających się po ziemi mężczyzn, którzy szarpali się ze sobą, wymieniając ciosy. <br />
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">No dalej, zawyj teraz do księżyca, zamiast pierdolić głupoty o cygańskich piosenkach</span> – warknął wrogo Alexander, unosząc pięść.<br />
<br />
<div class="divek">Korzystam z przewagi <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Astronomia</span>, żeby na podstawie gwiezdnych wyliczeń teleportować się z impetem na Greybacka, i zwalić go tym z nóg. Wykonuję rzut na aktywność fizyczną, próbując uderzyć go z pięści twarz.<br />
[roll=Z]</div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[03.09.1972, Wczesny Poranek] Dzik jest dziki, dzik jest...Alfred? || Alfred & Faye]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4443</link>
			<pubDate>Sun, 02 Feb 2025 02:07:06 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=535">Alfred Trelawney</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4443</guid>
			<description><![CDATA[Piekło, jakim był drugi września już na zawsze pozostanie w pamięci biednego egzorcysty. Tak dać się wyrolować jakiemuś przeklętemu skrzatowi, a potem jeszcze do końca dnia przeżywać takie horrory? Nic więc dziwnego, że Alfred w środku nocy sięgnął do butelki. I kolejnej. I kolejnej. No, może to trochę złe określenie, bo chlać to on chlał cały dzień, ale w nocy zdecydowanie przyspieszył! No i wypełniły go te kłujące myśli o tym, że gdyby nie to przeklęte zlecenie w Hangleton, to nie musiałby przyjmować żadnych przeklętych skrzatów i nie cierpiał by takich katuszy! Właśnie dlatego wsiadł w nocne połączenie z Londynu do małej miejscowości. Po co dokładnie? Cóż... Powiedzmy sobie tyle - noc z drugiego na trzeciego Alfred spędził chodząc po uliczkach Hangleton i wyklinając jedna po drugiej. Wyklinał też domy. I bezpańskie koty. I ptaki na drzewach. I zdziwionych lokalsów w oknach, obudzonych biadoleniem jakiegoś bezdomnego, pijanego dziwaka. I babunie, która rzuciła w nim kapciem (znowu), po czym kazała go jej przynieść (znowu!!!). W końcu jednak skończyły mu się budynki, więc przeszedł się dalej, wyklinać tym razem znajdujący się zaraz obok las. Każdemu drzewu miał coś do powiedzenia, każde mu w czymś zawiniło, każde jakoś źle wyglądało dla jego pijackiego wzroku... Nawet nie zauważył, kiedy znalazł się zbyt głęboko, żeby znaleźć drogę powrotną. Jako osoba dorosła, poważna i wykwalifikowana do życia w społeczeństwie postanowił zostawić te batalię bardziej odpowiedniej do tego osobie - Alfredowi, który się tu obudzi. Pozbierał więc byle jak jakieś gałązki, zrobił z nich "szałas", przeklął głośno, gdy szałas się rozsypał, oparł się plecami o najbliższy krzaczor i w sekundę zaczął chrapać.<br />
I tak oto pojawiamy się w tym lesie ponownie, parę dobrych godzin później, bo jak się okazuje krzaczory nie są na tyle wygodne, aby przespać w nich pół dnia. Alfred, dalej wstawiony ale już nie narżnięty w trzy dupy miał tylko jedno pytanie w głowie, patrząc na otaczające go, nieprzyjaźnie i nieznajomo wyglądające drzewa: <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Cholibka, gdzie ja żem kurwa polazł pić? -</span> Przejechał dłonią po swojej wymęczonej twarzy, zaraz potem zsuwając ją niżej. Przeklął pod nosem, nie czując pod swoimi palcami swej ukochanej kurtki. Przeklął raz jeszcze, gdy pojechał dłonią tym razem w drugim kierunku, na swoją głowę, i wyczuł tam ogromną, spiczastą czapeczkę. Spojrzał w dół aby przekląć po raz trzeci na widok spiczastych bucików. Zaraz potem jednak wzrok mu trochę złagodniał - z kieszeni obrzydliwych spodni, w które wcisnął go skrzat, wystawała butla wódeczki. Wyjął ją, z trwogą zauważając, że jest pełna tylko do połowy. Wziął szybki łyczek na odwagę i zaczął rozglądać się po okolicy... Ale nic mu to zbytnio nie dało. Nie miał najmniejszego pojęcia, gdzie się znajdował. Mógłby przysiąc, że dopiero co smacznie żłopał sobie wódeczkę na Nokturnie, więc co, na sto chochlików, robił w jakimś lesie? Może to znowu jakieś halucyny? Może się biedny przekręcił i to jakieś zaświaty? <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Cholibka, co ja bredzę, przeca jestem w sile wieku! Nikt od wódki jeszcze nie umarł! -</span> Uderzył dłonią w udo, powoli podnosząc się na obie nogi. Przez chwilę chciał oprzeć się o okoliczne drzewo, ale miał jakieś dziwnie złe przeczucia jak tak sobie na nie patrzył... <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Jest tu kto? Halo! -</span> Może mu się poszczęści i ktoś akurat zbiera grzyby? Albo zakopuje trupa ostatniej ofiary? To dwie najsensowniejsze opcje w tak ponurym miejscu... <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Mogę pomóc nosić grzyby! A i łopatą szybko robię! -</span> Wykrzyczał w leśną gąszcz, mając nadzieje, że jak już go ktoś usłyszy, to będzie pasował do tych dwóch grup. No bo egzorcysty to ludzie w lesie raczej nie potrzebują, nie?]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Piekło, jakim był drugi września już na zawsze pozostanie w pamięci biednego egzorcysty. Tak dać się wyrolować jakiemuś przeklętemu skrzatowi, a potem jeszcze do końca dnia przeżywać takie horrory? Nic więc dziwnego, że Alfred w środku nocy sięgnął do butelki. I kolejnej. I kolejnej. No, może to trochę złe określenie, bo chlać to on chlał cały dzień, ale w nocy zdecydowanie przyspieszył! No i wypełniły go te kłujące myśli o tym, że gdyby nie to przeklęte zlecenie w Hangleton, to nie musiałby przyjmować żadnych przeklętych skrzatów i nie cierpiał by takich katuszy! Właśnie dlatego wsiadł w nocne połączenie z Londynu do małej miejscowości. Po co dokładnie? Cóż... Powiedzmy sobie tyle - noc z drugiego na trzeciego Alfred spędził chodząc po uliczkach Hangleton i wyklinając jedna po drugiej. Wyklinał też domy. I bezpańskie koty. I ptaki na drzewach. I zdziwionych lokalsów w oknach, obudzonych biadoleniem jakiegoś bezdomnego, pijanego dziwaka. I babunie, która rzuciła w nim kapciem (znowu), po czym kazała go jej przynieść (znowu!!!). W końcu jednak skończyły mu się budynki, więc przeszedł się dalej, wyklinać tym razem znajdujący się zaraz obok las. Każdemu drzewu miał coś do powiedzenia, każde mu w czymś zawiniło, każde jakoś źle wyglądało dla jego pijackiego wzroku... Nawet nie zauważył, kiedy znalazł się zbyt głęboko, żeby znaleźć drogę powrotną. Jako osoba dorosła, poważna i wykwalifikowana do życia w społeczeństwie postanowił zostawić te batalię bardziej odpowiedniej do tego osobie - Alfredowi, który się tu obudzi. Pozbierał więc byle jak jakieś gałązki, zrobił z nich "szałas", przeklął głośno, gdy szałas się rozsypał, oparł się plecami o najbliższy krzaczor i w sekundę zaczął chrapać.<br />
I tak oto pojawiamy się w tym lesie ponownie, parę dobrych godzin później, bo jak się okazuje krzaczory nie są na tyle wygodne, aby przespać w nich pół dnia. Alfred, dalej wstawiony ale już nie narżnięty w trzy dupy miał tylko jedno pytanie w głowie, patrząc na otaczające go, nieprzyjaźnie i nieznajomo wyglądające drzewa: <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Cholibka, gdzie ja żem kurwa polazł pić? -</span> Przejechał dłonią po swojej wymęczonej twarzy, zaraz potem zsuwając ją niżej. Przeklął pod nosem, nie czując pod swoimi palcami swej ukochanej kurtki. Przeklął raz jeszcze, gdy pojechał dłonią tym razem w drugim kierunku, na swoją głowę, i wyczuł tam ogromną, spiczastą czapeczkę. Spojrzał w dół aby przekląć po raz trzeci na widok spiczastych bucików. Zaraz potem jednak wzrok mu trochę złagodniał - z kieszeni obrzydliwych spodni, w które wcisnął go skrzat, wystawała butla wódeczki. Wyjął ją, z trwogą zauważając, że jest pełna tylko do połowy. Wziął szybki łyczek na odwagę i zaczął rozglądać się po okolicy... Ale nic mu to zbytnio nie dało. Nie miał najmniejszego pojęcia, gdzie się znajdował. Mógłby przysiąc, że dopiero co smacznie żłopał sobie wódeczkę na Nokturnie, więc co, na sto chochlików, robił w jakimś lesie? Może to znowu jakieś halucyny? Może się biedny przekręcił i to jakieś zaświaty? <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Cholibka, co ja bredzę, przeca jestem w sile wieku! Nikt od wódki jeszcze nie umarł! -</span> Uderzył dłonią w udo, powoli podnosząc się na obie nogi. Przez chwilę chciał oprzeć się o okoliczne drzewo, ale miał jakieś dziwnie złe przeczucia jak tak sobie na nie patrzył... <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Jest tu kto? Halo! -</span> Może mu się poszczęści i ktoś akurat zbiera grzyby? Albo zakopuje trupa ostatniej ofiary? To dwie najsensowniejsze opcje w tak ponurym miejscu... <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Mogę pomóc nosić grzyby! A i łopatą szybko robię! -</span> Wykrzyczał w leśną gąszcz, mając nadzieje, że jak już go ktoś usłyszy, to będzie pasował do tych dwóch grup. No bo egzorcysty to ludzie w lesie raczej nie potrzebują, nie?]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[03.09.1972 - poranek] Le jardin des ombres || Ambroise & Geraldine]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4404</link>
			<pubDate>Mon, 20 Jan 2025 15:00:08 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=463">Ambroise Greengrass-Yaxley</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4404</guid>
			<description><![CDATA[<div class="mod"><span class="modtitle">adnotacja moderatora</span><div class="modopis">
Rozliczono - Geraldine Yaxley - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic III</span><br />
Rozliczono - Ambroise Greengrass - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic II</span></div></div>
<br />
Las Wisielców miał tę zdolność, by wciągać ludzi w swoje mroczne odmęty, gdzie rozpacz i ból stawały się jedynymi towarzyszami. Wspomnienia, które zostawiali tu nieszczęśnicy gnani jakimś wewnętrznym zewem, nadal błądziły pomiędzy drzewami. Mimo że cielesne powłoki dawno pochłonął las, energie wciąż tu pozostały. Były niczym więcej jak krzykiem zagubionych dusz, które nigdy nie miały znaleźć spokoju. Odzywały się w krzyku wiatru. W płaczliwym szeleście liści. W szeptach długich tras kołyszących się w chłodnych podmuchach mijającego poranka. <br />
Było jeszcze wcześnie. Obudzili się niemal tuż po wschodzie słońca, więc mieli przed sobą jeszcze długie godziny nim słońce miało wspiąć się na centralny punkt nieboskłonu. Zresztą nie mogliby tego dostrzec. Nie tutaj. Gęste korony drzew, splątane w gąszcz liści i gałęzi, tworzyły nieprzeniknioną zasłonę, przez którą nie docierały nawet najcieńsze smugi światła. <br />
Poranek w Lesie Wisielców był nieprzyjemnie chłodny. Zimny i przeszywający, przenikliwy wiatr huczał między drzewami, niosąc ze sobą niepokojące szepty, które wydawały się być echem dawnych tragedii. W tym miejscu nie było słychać ani śpiewu ptaków, ani szumu strumyka, który wił się wąską wstęgą między zdradliwymi krzewami samotniczek.<br />
Jedynym <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">normalnym</span> dźwiękiem był szelest liści, lecz i on momentami brzmiał tak, jakby rośliny prowadziły między sobą rozmowy, których nikt nie mógł zrozumieć. Szepty te zawieszone były na granicy słyszalności. Tak ciche, że niemal wdzierające się w najgłębsze zakamarki podświadomości. Wywołujące wrażenie niefizycznego swędzenia w uszach, potrzebę drapania bębenków aż do krwi i jeszcze dłużej.<br />
Opowieści o najciemniejszych zakamarkach tego przeklętego miejsca dla wielu stanowiły wyraz wybujałej wyobraźni, ale dla tych, którzy zapuścili się wystarczająco daleko, stawały się przerażającą rzeczywistością, ostrzeżeniem przed tym, co mogło zdarzyć się w tym przeklętym miejscu.<br />
Szli powoli i ostrożnie, przesuwali się coraz głębiej w las. Gęsto rosnące drzewa rzucały gęsty cień, który sprawiał, że niebo zdawało się być tylko odległym wspomnieniem. Promienie słońca, które mogłyby rozjaśnić ten mroczny zakątek, nie miały szans przedostać się przez gęstwinę gałęzi. Jedynie ich zielone korony tworzyły złudne wrażenie, że w tym miejscu wciąż istnieje życie. Ciemnozielona trawa, która sięgała im po kolana, zdawała się być nieprzyjazna i zdradliwa, otulająca nogi niczym pęta albo cienkie węże. <br />
Powietrze, choć chłodne, nie było zwyczajnie rześkie. Na próżno byłoby szukać tutaj morskiej, lekko słonawej bryzy z wrzosowisk otaczających Whitby. Dookoła nich unosił się zapach wilgotnej ziemi, zmieszanej z nutą zgnilizny i rozkładu. Nawet sosnowe igły pachniały inaczej, bardziej intensywnie a zarazem zdecydowanie mniej aromatycznie. To nie był zapach świąt i choinki, to była ciężka, gryząca w nos nuta gęstej, ciemnobrązowej żywicy. <br />
Rouse był... ...inny. Bardziej spięty, gotowy do instynktownego odbicia jakiegokolwiek zagrożenia. W ciemnozielonym cienkim płaszczu z kapturem poruszającym się w podmuchach wiatru, niemalże zlewał się z otoczeniem. Miał ciemne, poważne oczy. Nie uśmiechał się, nie próbował prowadzić towarzyskiej rozmowy, nawet jeśli nie byli przecież w stanie wojny. Nie pokłócili się, ich śniadanie minęło we względnie dobrym nastroju. Może trochę melancholijnym, ale bez kolejnych zgrzytów. <br />
Nie o to chodziło. Ambroise po prostu nie czuł się <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">właściwie</span> z tym, co robił. Mimo to zamierzając dotrzymać obietnicy. Nie do końca zdawał sobie z tego sprawę, jednak zmiana w jego zachowaniu była dostrzegalna gołym okiem. Stał się chłodny i analityczny, znacznie bardziej zdystansowany, mniej przystępny. To nie była ta jego wersja, którą przynosił do domu. Ani nawet nie ta, którą zaprezentował Rinie parokrotnie podczas wspólnych zleceń. To było coś innego, bardziej zgorzkniałego, ale też zdecydowanego. <br />
Jeśli jeszcze chwilę wcześniej siedział z Geraldine przy stole w kuchni ich dawnego domu, próbując odzyskać choć trochę tamtego wrażenia lekkości. Starał się odzywać do niej w taki sposób, by w jego głosie wybrzmiewała miękkość, chęć spędzenia z nią tej odrobiny czasu, jaką sobie dawali. Być tak czułym jak tylko mógł bez dawania sobie i jej tych obietnic, których nie mogli wypełnić. <br />
Gdzieś pomiędzy tymi wszystkimi wypowiedzianymi słowami, obiekcjami, wątpliwościami i sprzeciwem, którego nie mógł już dłużej podtrzymać, stworzył wokół siebie niechętną skorupę. Nie był zadowolony z takiego obrotu spraw i nawet nie próbował udawać, że robi to wszystko z lekką ręką. <br />
Tak, zgodził się na to. Tak, nigdy nie uważał tego za tak złe i demoniczne jak próbowało im to wmawiać Ministerstwo czy jak piało niedoinformowane społeczeństwo. W istocie chodziło przecież o posługiwanie się energią. Neutralną siłą, która sama w sobie nie była nacechowana ani źle, ani dobrze. Wydźwięk nadawały jej intencje i cel, w jakim była wykorzystywana. <br />
Mimo to nigdy nie pomyślałby, że stanie tutaj z Geraldine, która jeszcze chwilę temu trzymała go pod rękę (tylko w celu teleportacji; gdy znaleźli się na skraju lasu, Ambroise niemal od razu opuścił ramię) a teraz podążała za nim w milczeniu. Nie chciał przyjmować tej roli. Nie zamierzał być jej nauczycielem. W jego oczach w dalszym ciągu nie powinna dotykać się większości z tych spraw.<br />
A jednak dał się przekonać. Przynajmniej częściowo, od razu zaznaczając, że to on podejmie ostateczną decyzję o zakresie, w którym będą się poruszać. Mogła się z nim nie zgadzać, mogła wyrażać równie silny wewnętrzny sprzeciw, co ten u niego, jednakże skoro ten jego w końcu nieco osłabł, Roise oczekiwał współpracy również ze strony Yaxleyówny. <br />
Jego spojrzenie błądziło po leśnym krajobrazie. Każdy ruch, który wykonywali wydawał się być obserwowany przez niewidzialne oczy. Nawet drzewa z ich poskręcanymi konarami i gniewnymi sękami, zdawały się być wrogie. Mimo to, było to najlepsze możliwe miejsce, jakie mogli sobie wybrać.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Tutaj -</span> oznajmił, odzywając się pierwszy raz od co najmniej dwudziestu minut wędrówki. <br />
Docierając na jedną z mniejszych polan otoczonych gęstymi, kolczastymi zaroślami, Ambroise zatrzymał się w miejscu. Przystanął bez słowa, przyglądając się drzewom, które wyciągały swoje gałęzie, jakby chciały ich pochwycić. W całkowitym lodowatozimnym skupieniu przesunął wzrokiem po otoczeniu, analizując dwa jedyne prześwity. Ten, przez który tu weszli i ten, który wyłaniał się po drugiej stronie prześwitu. <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Uważaj na samotniczki. Nie jest ich tu tak dużo jak w innych częściach lasu, szczególnie w zagajniku przed nim, ale nadal kwitną -</span> odezwał się, jednocześnie unosząc kurczowo trzymaną różdżkę, odchrząkując i jednym ruchem kształtując więcej kolczastych gałęzi w prześwicie za nimi. Moment później zrobił to samo z przestrzenią drugiego wejścia na polankę, teraz już osłaniając ich krzewami z każdej strony.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div class="mod"><span class="modtitle">adnotacja moderatora</span><div class="modopis">
Rozliczono - Geraldine Yaxley - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic III</span><br />
Rozliczono - Ambroise Greengrass - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic II</span></div></div>
<br />
Las Wisielców miał tę zdolność, by wciągać ludzi w swoje mroczne odmęty, gdzie rozpacz i ból stawały się jedynymi towarzyszami. Wspomnienia, które zostawiali tu nieszczęśnicy gnani jakimś wewnętrznym zewem, nadal błądziły pomiędzy drzewami. Mimo że cielesne powłoki dawno pochłonął las, energie wciąż tu pozostały. Były niczym więcej jak krzykiem zagubionych dusz, które nigdy nie miały znaleźć spokoju. Odzywały się w krzyku wiatru. W płaczliwym szeleście liści. W szeptach długich tras kołyszących się w chłodnych podmuchach mijającego poranka. <br />
Było jeszcze wcześnie. Obudzili się niemal tuż po wschodzie słońca, więc mieli przed sobą jeszcze długie godziny nim słońce miało wspiąć się na centralny punkt nieboskłonu. Zresztą nie mogliby tego dostrzec. Nie tutaj. Gęste korony drzew, splątane w gąszcz liści i gałęzi, tworzyły nieprzeniknioną zasłonę, przez którą nie docierały nawet najcieńsze smugi światła. <br />
Poranek w Lesie Wisielców był nieprzyjemnie chłodny. Zimny i przeszywający, przenikliwy wiatr huczał między drzewami, niosąc ze sobą niepokojące szepty, które wydawały się być echem dawnych tragedii. W tym miejscu nie było słychać ani śpiewu ptaków, ani szumu strumyka, który wił się wąską wstęgą między zdradliwymi krzewami samotniczek.<br />
Jedynym <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">normalnym</span> dźwiękiem był szelest liści, lecz i on momentami brzmiał tak, jakby rośliny prowadziły między sobą rozmowy, których nikt nie mógł zrozumieć. Szepty te zawieszone były na granicy słyszalności. Tak ciche, że niemal wdzierające się w najgłębsze zakamarki podświadomości. Wywołujące wrażenie niefizycznego swędzenia w uszach, potrzebę drapania bębenków aż do krwi i jeszcze dłużej.<br />
Opowieści o najciemniejszych zakamarkach tego przeklętego miejsca dla wielu stanowiły wyraz wybujałej wyobraźni, ale dla tych, którzy zapuścili się wystarczająco daleko, stawały się przerażającą rzeczywistością, ostrzeżeniem przed tym, co mogło zdarzyć się w tym przeklętym miejscu.<br />
Szli powoli i ostrożnie, przesuwali się coraz głębiej w las. Gęsto rosnące drzewa rzucały gęsty cień, który sprawiał, że niebo zdawało się być tylko odległym wspomnieniem. Promienie słońca, które mogłyby rozjaśnić ten mroczny zakątek, nie miały szans przedostać się przez gęstwinę gałęzi. Jedynie ich zielone korony tworzyły złudne wrażenie, że w tym miejscu wciąż istnieje życie. Ciemnozielona trawa, która sięgała im po kolana, zdawała się być nieprzyjazna i zdradliwa, otulająca nogi niczym pęta albo cienkie węże. <br />
Powietrze, choć chłodne, nie było zwyczajnie rześkie. Na próżno byłoby szukać tutaj morskiej, lekko słonawej bryzy z wrzosowisk otaczających Whitby. Dookoła nich unosił się zapach wilgotnej ziemi, zmieszanej z nutą zgnilizny i rozkładu. Nawet sosnowe igły pachniały inaczej, bardziej intensywnie a zarazem zdecydowanie mniej aromatycznie. To nie był zapach świąt i choinki, to była ciężka, gryząca w nos nuta gęstej, ciemnobrązowej żywicy. <br />
Rouse był... ...inny. Bardziej spięty, gotowy do instynktownego odbicia jakiegokolwiek zagrożenia. W ciemnozielonym cienkim płaszczu z kapturem poruszającym się w podmuchach wiatru, niemalże zlewał się z otoczeniem. Miał ciemne, poważne oczy. Nie uśmiechał się, nie próbował prowadzić towarzyskiej rozmowy, nawet jeśli nie byli przecież w stanie wojny. Nie pokłócili się, ich śniadanie minęło we względnie dobrym nastroju. Może trochę melancholijnym, ale bez kolejnych zgrzytów. <br />
Nie o to chodziło. Ambroise po prostu nie czuł się <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">właściwie</span> z tym, co robił. Mimo to zamierzając dotrzymać obietnicy. Nie do końca zdawał sobie z tego sprawę, jednak zmiana w jego zachowaniu była dostrzegalna gołym okiem. Stał się chłodny i analityczny, znacznie bardziej zdystansowany, mniej przystępny. To nie była ta jego wersja, którą przynosił do domu. Ani nawet nie ta, którą zaprezentował Rinie parokrotnie podczas wspólnych zleceń. To było coś innego, bardziej zgorzkniałego, ale też zdecydowanego. <br />
Jeśli jeszcze chwilę wcześniej siedział z Geraldine przy stole w kuchni ich dawnego domu, próbując odzyskać choć trochę tamtego wrażenia lekkości. Starał się odzywać do niej w taki sposób, by w jego głosie wybrzmiewała miękkość, chęć spędzenia z nią tej odrobiny czasu, jaką sobie dawali. Być tak czułym jak tylko mógł bez dawania sobie i jej tych obietnic, których nie mogli wypełnić. <br />
Gdzieś pomiędzy tymi wszystkimi wypowiedzianymi słowami, obiekcjami, wątpliwościami i sprzeciwem, którego nie mógł już dłużej podtrzymać, stworzył wokół siebie niechętną skorupę. Nie był zadowolony z takiego obrotu spraw i nawet nie próbował udawać, że robi to wszystko z lekką ręką. <br />
Tak, zgodził się na to. Tak, nigdy nie uważał tego za tak złe i demoniczne jak próbowało im to wmawiać Ministerstwo czy jak piało niedoinformowane społeczeństwo. W istocie chodziło przecież o posługiwanie się energią. Neutralną siłą, która sama w sobie nie była nacechowana ani źle, ani dobrze. Wydźwięk nadawały jej intencje i cel, w jakim była wykorzystywana. <br />
Mimo to nigdy nie pomyślałby, że stanie tutaj z Geraldine, która jeszcze chwilę temu trzymała go pod rękę (tylko w celu teleportacji; gdy znaleźli się na skraju lasu, Ambroise niemal od razu opuścił ramię) a teraz podążała za nim w milczeniu. Nie chciał przyjmować tej roli. Nie zamierzał być jej nauczycielem. W jego oczach w dalszym ciągu nie powinna dotykać się większości z tych spraw.<br />
A jednak dał się przekonać. Przynajmniej częściowo, od razu zaznaczając, że to on podejmie ostateczną decyzję o zakresie, w którym będą się poruszać. Mogła się z nim nie zgadzać, mogła wyrażać równie silny wewnętrzny sprzeciw, co ten u niego, jednakże skoro ten jego w końcu nieco osłabł, Roise oczekiwał współpracy również ze strony Yaxleyówny. <br />
Jego spojrzenie błądziło po leśnym krajobrazie. Każdy ruch, który wykonywali wydawał się być obserwowany przez niewidzialne oczy. Nawet drzewa z ich poskręcanymi konarami i gniewnymi sękami, zdawały się być wrogie. Mimo to, było to najlepsze możliwe miejsce, jakie mogli sobie wybrać.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Tutaj -</span> oznajmił, odzywając się pierwszy raz od co najmniej dwudziestu minut wędrówki. <br />
Docierając na jedną z mniejszych polan otoczonych gęstymi, kolczastymi zaroślami, Ambroise zatrzymał się w miejscu. Przystanął bez słowa, przyglądając się drzewom, które wyciągały swoje gałęzie, jakby chciały ich pochwycić. W całkowitym lodowatozimnym skupieniu przesunął wzrokiem po otoczeniu, analizując dwa jedyne prześwity. Ten, przez który tu weszli i ten, który wyłaniał się po drugiej stronie prześwitu. <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Uważaj na samotniczki. Nie jest ich tu tak dużo jak w innych częściach lasu, szczególnie w zagajniku przed nim, ale nadal kwitną -</span> odezwał się, jednocześnie unosząc kurczowo trzymaną różdżkę, odchrząkując i jednym ruchem kształtując więcej kolczastych gałęzi w prześwicie za nimi. Moment później zrobił to samo z przestrzenią drugiego wejścia na polankę, teraz już osłaniając ich krzewami z każdej strony.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[5.09.1972] The end is where we begin | Maddox, Faye]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4310</link>
			<pubDate>Sun, 22 Dec 2024 23:13:49 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=493">Faye Travers</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4310</guid>
			<description><![CDATA[<div class="mod"><span class="modtitle">adnotacja moderatora</span><div class="modopis">Rozliczono - Faye Travers - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Piszę, więc jestem</span></div></div>
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">5 września 1972<br />
Las Wisielców, polana</div>
<br />
<div class="ramka">
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><a href="https://www.youtube.com/watch?v=IPQ7mvL5_04" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">I'm an alien<br />
'Cause I'm not of this world<br />
I have a name<br />
But I've been changed,<br />
And now I can't stay the same</a></div></div>
<br />
Czemu wybrała akurat Las Wisielców? Miejsce, które było mroczne, owiane złą sławą i przemawiała przez nie rozpacz. Czy to dlatego, że sama miała iście wisielczy nastrój? A może dlatego, że wiedziała, że gdy powie mu, gdzie ma się stawić, zrobi to bez marudzenia? Czy Faye w ogóle byłaby tak wyrachowana, by posunąć się do takiej manipulacji? To były pytania, na które w tej chwili sama nie potrafiła znaleźć odpowiedzi. Wiedziała jednak, że nie chciała go okłamywać. Nie zamierzała również udawać się na Ścieżki, o których wiedziała tylko tyle, że to nie było miejsce dla niej. Raz trafiła na Nokturn i mimo iż wyszła stamtąd cało, to nie była skończoną kretynką i doskonale wiedziała, że to była tylko i wyłącznie zasługa szczęścia. Szczęścia, które nie miało prawa się powtórzyć. Wolała nie stawiać swojej stopy ponownie ani na Nokturnie, ani szukać Ścieżek, które były owiane jeszcze gorszą sławą niż Las Wisielców. Nie miała pojęcia jak się tam dostać i bardzo pragnęła, by tak pozostało. Wiedziała, że Maddox zawsze przyjdzie, gdy go o to poprosi, lecz również nie chciała wystawiać go na dyskomfort. Nie dla niego były wystawne, urocze kawiarnie na Pokątnej czy śliczne knajpki na Horyzontalnej.<br />
<br />
Z drugiej strony mugolskie dzielnice absolutnie nie wchodziły w grę. Chciała z nim porozmawiać w cztery oczy, a temat którego ta rozmowa miała dotyczyć, wcale nie był miły. I na pewno nie był przeznaczony dla mugolskich uszu. Dlatego też z żalem odpuściła uroczy lasek pełen spacerowiczów, którzy tak jak ona kochali jesień. Odpuściła też bardziej znane miejsca, wiedząc że ostatnio <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">coś za dużo osób tam spotyka przypadkiem</span>. Dolina Godryka nie wchodziła również w grę, bo... Zwyczajnie było jej wstyd i głupio. Doskonale wiedziała, że pracownicy Ministerstwa wymazali pamięć komu trzeba, zajęli się wszystkim, lecz przecież nie powodowało to faktu, że nadal czuła palący wstyd i niepokój, gdy tylko wracała do domu. Bała się, że piętro, które wynajęła, przestało być jej domem zanim tak naprawdę nim być zaczęło. Nie zdążyła się dobrze urządzić, a już czuła się tam nieswojo. Zwykle to był czas, gdy brała nogi za pas i zmieniała lokalizację. I nie chodziło o ulicę czy miasto - chodziło o kraj. Znała ten stan, znała te metaforyczne owsiki w dupie lecz do jasnej cholery, nie po to wydała większość oszczędności, by teraz po prostu znowu zniknąć i zaczynać od nowa.<br />
<br />
Niepokój, który odczuwała od 30 sierpnia, doskonale wkomponował się w nastrój lasu. Siedziała na kamieniu, na jego skraju, i obserwowała jaszczurkę, biegającą po gałęzi, spoczywającej na ziemi. Była jesień, chociaż jeszcze nie kalendarzowa, lecz szczególnie tutaj zmiana powietrza i pory roku była wyczuwalna. Chłodny wiatr szastał kasztanowymi włosami, częściowo uwięzionymi pod szalikiem w kratę, i próbował wedrzeć się pod gruby, szary płaszcz. Trochę na nią za duży, ale zdecydowanie wygodny, szczególnie na takie wypady. Traversówna podciągnęła nogi pod brodę tak, by móc na kolanach oprzeć podbródek i obserwować zmagania jaszczurki z liściem, który nie zdążył jeszcze oderwać się od gałęzi. Zdawało się, że zwierzę uważa liść za zagrożenie. Stroszyło się przed nim, prychało a nawet próbowało różnych podskoków, próbując przegonić natręta ze swej drogi. W uszach szumiała jej cisza i szum liści - przyjemne połączenie, które zwykle dawało jej myślom ukojenia. Teraz jednak powodowało niepokój. Widok brawurowej walki z jaszczurką jednak był na tyle pochłaniający, że odrywał odrobinę czarne rozmyślania od teraźniejszości.<br />
<br />
Nie wiedziała, kiedy Maddox przyjdzie, ale nie spieszyło jej się specjalnie. Wyciągnęła papierosa i spróbowała go zapalić, na moment odrywając wzrok od walki. Dwa już wypaliła, ale kulturalnie chowała niedopałki do kieszeni. Nie będzie tu przecież śmiecić. Szanowała naturę, bo czuła się jej częścią - nawet jeśli ta natura była tak nieprzyjazna, jak ta w Lesie Wisielców.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div class="mod"><span class="modtitle">adnotacja moderatora</span><div class="modopis">Rozliczono - Faye Travers - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Piszę, więc jestem</span></div></div>
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">5 września 1972<br />
Las Wisielców, polana</div>
<br />
<div class="ramka">
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><a href="https://www.youtube.com/watch?v=IPQ7mvL5_04" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">I'm an alien<br />
'Cause I'm not of this world<br />
I have a name<br />
But I've been changed,<br />
And now I can't stay the same</a></div></div>
<br />
Czemu wybrała akurat Las Wisielców? Miejsce, które było mroczne, owiane złą sławą i przemawiała przez nie rozpacz. Czy to dlatego, że sama miała iście wisielczy nastrój? A może dlatego, że wiedziała, że gdy powie mu, gdzie ma się stawić, zrobi to bez marudzenia? Czy Faye w ogóle byłaby tak wyrachowana, by posunąć się do takiej manipulacji? To były pytania, na które w tej chwili sama nie potrafiła znaleźć odpowiedzi. Wiedziała jednak, że nie chciała go okłamywać. Nie zamierzała również udawać się na Ścieżki, o których wiedziała tylko tyle, że to nie było miejsce dla niej. Raz trafiła na Nokturn i mimo iż wyszła stamtąd cało, to nie była skończoną kretynką i doskonale wiedziała, że to była tylko i wyłącznie zasługa szczęścia. Szczęścia, które nie miało prawa się powtórzyć. Wolała nie stawiać swojej stopy ponownie ani na Nokturnie, ani szukać Ścieżek, które były owiane jeszcze gorszą sławą niż Las Wisielców. Nie miała pojęcia jak się tam dostać i bardzo pragnęła, by tak pozostało. Wiedziała, że Maddox zawsze przyjdzie, gdy go o to poprosi, lecz również nie chciała wystawiać go na dyskomfort. Nie dla niego były wystawne, urocze kawiarnie na Pokątnej czy śliczne knajpki na Horyzontalnej.<br />
<br />
Z drugiej strony mugolskie dzielnice absolutnie nie wchodziły w grę. Chciała z nim porozmawiać w cztery oczy, a temat którego ta rozmowa miała dotyczyć, wcale nie był miły. I na pewno nie był przeznaczony dla mugolskich uszu. Dlatego też z żalem odpuściła uroczy lasek pełen spacerowiczów, którzy tak jak ona kochali jesień. Odpuściła też bardziej znane miejsca, wiedząc że ostatnio <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">coś za dużo osób tam spotyka przypadkiem</span>. Dolina Godryka nie wchodziła również w grę, bo... Zwyczajnie było jej wstyd i głupio. Doskonale wiedziała, że pracownicy Ministerstwa wymazali pamięć komu trzeba, zajęli się wszystkim, lecz przecież nie powodowało to faktu, że nadal czuła palący wstyd i niepokój, gdy tylko wracała do domu. Bała się, że piętro, które wynajęła, przestało być jej domem zanim tak naprawdę nim być zaczęło. Nie zdążyła się dobrze urządzić, a już czuła się tam nieswojo. Zwykle to był czas, gdy brała nogi za pas i zmieniała lokalizację. I nie chodziło o ulicę czy miasto - chodziło o kraj. Znała ten stan, znała te metaforyczne owsiki w dupie lecz do jasnej cholery, nie po to wydała większość oszczędności, by teraz po prostu znowu zniknąć i zaczynać od nowa.<br />
<br />
Niepokój, który odczuwała od 30 sierpnia, doskonale wkomponował się w nastrój lasu. Siedziała na kamieniu, na jego skraju, i obserwowała jaszczurkę, biegającą po gałęzi, spoczywającej na ziemi. Była jesień, chociaż jeszcze nie kalendarzowa, lecz szczególnie tutaj zmiana powietrza i pory roku była wyczuwalna. Chłodny wiatr szastał kasztanowymi włosami, częściowo uwięzionymi pod szalikiem w kratę, i próbował wedrzeć się pod gruby, szary płaszcz. Trochę na nią za duży, ale zdecydowanie wygodny, szczególnie na takie wypady. Traversówna podciągnęła nogi pod brodę tak, by móc na kolanach oprzeć podbródek i obserwować zmagania jaszczurki z liściem, który nie zdążył jeszcze oderwać się od gałęzi. Zdawało się, że zwierzę uważa liść za zagrożenie. Stroszyło się przed nim, prychało a nawet próbowało różnych podskoków, próbując przegonić natręta ze swej drogi. W uszach szumiała jej cisza i szum liści - przyjemne połączenie, które zwykle dawało jej myślom ukojenia. Teraz jednak powodowało niepokój. Widok brawurowej walki z jaszczurką jednak był na tyle pochłaniający, że odrywał odrobinę czarne rozmyślania od teraźniejszości.<br />
<br />
Nie wiedziała, kiedy Maddox przyjdzie, ale nie spieszyło jej się specjalnie. Wyciągnęła papierosa i spróbowała go zapalić, na moment odrywając wzrok od walki. Dwa już wypaliła, ale kulturalnie chowała niedopałki do kieszeni. Nie będzie tu przecież śmiecić. Szanowała naturę, bo czuła się jej częścią - nawet jeśli ta natura była tak nieprzyjazna, jak ta w Lesie Wisielców.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[12.08.1972] The fate's already fucked me sideways]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4056</link>
			<pubDate>Mon, 14 Oct 2024 17:28:21 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=316">Lorraine Malfoy</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4056</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">Little Hangleton, Las Wisielców</div>
<br />
Cichy trzask teleportacji przypominający łamanie kości poniósł się echem wśród drzew, płosząc strzeżące leśnego grobowca ptaki, których śpiew przywodził na myśl żałobne <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">requiem</span>.<br />
<br />
Lorraine puściła ramię Peregrinusa, zachwiawszy się lekko, nim postąpiła krok do przodu: wciąż czuła na twarzy pęd powietrza, a w uszach słyszała szum – jak zawsze, gdy teleportowała się na większe odległości niż była do tego przyzwyczajona – las przywitał ją jednak grobowym milczeniem, które zdawało się koić podrażnione zmysły, otulone nabożną ciszą. Wylądowali pośród drzew, na skraju niewielkiego zagajnika, przechodzącego powoli w gęstniejące, leśne poszycie. Na rozstajach, krzyżowały się ścieżki wydeptane przez mieszkańców Little Hangleton, a w oddali wciąż majaczył cmentarz, ale to Las Wisielców stanowił prawdziwą granicę między światem żywych i martwych.<br />
<br />
Lorraine wsparła lekko dłoń o masyw wiekowej brzozy. Tęsknie powiodła palcami po chropowatym pniu, witając się z drzewem jak z dawno niewidzianym przyjacielem: gest, który równie dobrze mogła przejąć od Mirandy – macocha wywodziła się przecież z rodu Greengrassów – jak i od Maeve, zakochanej we wszystkim, co wyrastało z ziemi. Popękana kora odsłaniała wszechwiedzące ślepia drzewa, łuszcząc się jak skóra na poparzeńcu. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Kim jesteś</span>, pytało tysiąc oczu brzozy, nienawykłej do widoku obcych – nigdy nie byli na tyle odważni, by zapuścić się w leśne ostępy, których przejmującej martwoty strzegła – <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">co myślisz</span>, pytały oczy Malfoy, kiedy posłała Trelawney'owi przelotne spojrzenie ponad ramieniem. To był już jeden z ich prywatnych żartów: to, że zawsze spotykali się w miejscach, które innym ludziom kojarzyły się ze śmiercią i z przemijaniem. Zaczęło się od głuchej szpitalnej poczekalni, gdzie oboje czuwali, dręczeni snami o pogrążonych w agonii matkach – potem było przypadkowe spotkanie w zakurzonym archiwum obok publicznego cmentarza – nie wiedzieć kiedy, Peregrinus został zaproszony na herbatę do <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Necronomiconu</span>, stając się tam mile widzianym gościem. Dzisiaj również nawiedził jej progi, nie wydając się zbytnio zaskoczonym, gdy Lorraine zaproponowała, żeby wyrwali się z tchnącego zapachem kadzideł wnętrza zakładu pogrzebowego na mały spacer po lesie. Tak jakby o przyszłości mogli rozmawiać tylko otoczeni reliktami przeszłości. <br />
<br />
Las Wisielców należał do przeszłości. Wraz z rodziną przeprowadziła się do Little Hangleton niedługo po tym jak zlicytowano ich dom pod Londynem. Mieszkali nieopodal, na obrzeżach miasteczka: o ile było Lorraine wiadomo, ojciec wciąż nie pozbył się tej  rozwalającej się chatki, której tak nienawidził – <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">tylko nienawiść powstrzymuje ją przed zawaleniem</span>, powiedziała Baldwinowi, kiedy odważyła się tam z nim wejść, pierwszy raz od czasu śmierci Mirandy – ale tak jak Armand Malfoy nienawidził Little Hangleton, tak Lorraine nie potrafiła wyrzucić tego miejsca ze swojego serca, nie potrafiła o nim zapomnieć, choć czasem bardzo tego chciała. Poprawiła uchwyt na niewielkim wiklinowym koszyku, który przezornie zabrała ze sobą. Niegdyś przychodziła tutaj codziennie, w tym miejscu rosły bowiem zioła, których nie można było spotkać nigdzie indziej: na początku nie zapuszczała się daleko, ale dziecięca ciekawość okazała się silniejsza od strachu. Bardzo szybko zrozumiała, że nie ma powodu, by bać się umarłych. Zwłaszcza takich, którym nie towarzyszył odór rozkładu, tylko rozpaczy.<br />
<br />
Przenikliwe spojrzenie oczu wiły złagodniało, gdy skupiła wzrok na twarzy mężczyzny, w milczeniu oczekując na werdykt. Jeżeli Peregrinus Trelawney nawiedzał jej życie jak omen, Lorraine Malfoy nawiedziała jego jak duch. Oboje byli smutnymi ludźmi – jasnowidz o apokaliptycznym wejrzeniu i odziana w biel córka zjawy – oboje byli też samotni, i ze swoją samotnością pogodzeni: może dlatego nie szukali pomocy egzorcysty, pomyślała Lorraine, może dlatego godzili się z byciem nawiedzanym – odnajdywali w tym swego rodzaju urok, tak jak w dusznej aurze nawiedzonego lasu.<br />
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Miejsce, gdzie możesz być sam, ale nigdy nie będziesz prawdziwie samotny.</span> – <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Nie z tymi trupami dookoła</span>, pomyślała Lorraine, omiatając spojrzeniem obrzeże Lasu Wisielców, który otwierał się przed nimi jak wieko trumny, zapraszając w swe podwoje: ścieżkę wytyczały trupy. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Miejsce, gdzie można być wysłuchanym, a niekoniecznie usłyszanym</span>, dodała już w myślach. Nie musiała mieć trzeciego oka, by widzieć, że Peregrinus chce się z nią podzielić jakąś historią – <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">dobrą</span> historię – a dobre historie zasługiwały na bycie wysłuchanymi. Nawet jeżeli słuchaczami miały być kości, dawno już ogryzione z ochłapów życia szkielety kołyszące się smętnie na konarach drzew pozbawionych duszy. – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Czy mówię wystarczająco zagadkowo jak dla jasnowidza?</span> – rzuciła lekkim tonem, odwróciwszy się plecami do Peregrina, aby ukryć przekorny uśmiech, który rozświetlił na chwilę jej twarz.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">Little Hangleton, Las Wisielców</div>
<br />
Cichy trzask teleportacji przypominający łamanie kości poniósł się echem wśród drzew, płosząc strzeżące leśnego grobowca ptaki, których śpiew przywodził na myśl żałobne <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">requiem</span>.<br />
<br />
Lorraine puściła ramię Peregrinusa, zachwiawszy się lekko, nim postąpiła krok do przodu: wciąż czuła na twarzy pęd powietrza, a w uszach słyszała szum – jak zawsze, gdy teleportowała się na większe odległości niż była do tego przyzwyczajona – las przywitał ją jednak grobowym milczeniem, które zdawało się koić podrażnione zmysły, otulone nabożną ciszą. Wylądowali pośród drzew, na skraju niewielkiego zagajnika, przechodzącego powoli w gęstniejące, leśne poszycie. Na rozstajach, krzyżowały się ścieżki wydeptane przez mieszkańców Little Hangleton, a w oddali wciąż majaczył cmentarz, ale to Las Wisielców stanowił prawdziwą granicę między światem żywych i martwych.<br />
<br />
Lorraine wsparła lekko dłoń o masyw wiekowej brzozy. Tęsknie powiodła palcami po chropowatym pniu, witając się z drzewem jak z dawno niewidzianym przyjacielem: gest, który równie dobrze mogła przejąć od Mirandy – macocha wywodziła się przecież z rodu Greengrassów – jak i od Maeve, zakochanej we wszystkim, co wyrastało z ziemi. Popękana kora odsłaniała wszechwiedzące ślepia drzewa, łuszcząc się jak skóra na poparzeńcu. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Kim jesteś</span>, pytało tysiąc oczu brzozy, nienawykłej do widoku obcych – nigdy nie byli na tyle odważni, by zapuścić się w leśne ostępy, których przejmującej martwoty strzegła – <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">co myślisz</span>, pytały oczy Malfoy, kiedy posłała Trelawney'owi przelotne spojrzenie ponad ramieniem. To był już jeden z ich prywatnych żartów: to, że zawsze spotykali się w miejscach, które innym ludziom kojarzyły się ze śmiercią i z przemijaniem. Zaczęło się od głuchej szpitalnej poczekalni, gdzie oboje czuwali, dręczeni snami o pogrążonych w agonii matkach – potem było przypadkowe spotkanie w zakurzonym archiwum obok publicznego cmentarza – nie wiedzieć kiedy, Peregrinus został zaproszony na herbatę do <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Necronomiconu</span>, stając się tam mile widzianym gościem. Dzisiaj również nawiedził jej progi, nie wydając się zbytnio zaskoczonym, gdy Lorraine zaproponowała, żeby wyrwali się z tchnącego zapachem kadzideł wnętrza zakładu pogrzebowego na mały spacer po lesie. Tak jakby o przyszłości mogli rozmawiać tylko otoczeni reliktami przeszłości. <br />
<br />
Las Wisielców należał do przeszłości. Wraz z rodziną przeprowadziła się do Little Hangleton niedługo po tym jak zlicytowano ich dom pod Londynem. Mieszkali nieopodal, na obrzeżach miasteczka: o ile było Lorraine wiadomo, ojciec wciąż nie pozbył się tej  rozwalającej się chatki, której tak nienawidził – <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">tylko nienawiść powstrzymuje ją przed zawaleniem</span>, powiedziała Baldwinowi, kiedy odważyła się tam z nim wejść, pierwszy raz od czasu śmierci Mirandy – ale tak jak Armand Malfoy nienawidził Little Hangleton, tak Lorraine nie potrafiła wyrzucić tego miejsca ze swojego serca, nie potrafiła o nim zapomnieć, choć czasem bardzo tego chciała. Poprawiła uchwyt na niewielkim wiklinowym koszyku, który przezornie zabrała ze sobą. Niegdyś przychodziła tutaj codziennie, w tym miejscu rosły bowiem zioła, których nie można było spotkać nigdzie indziej: na początku nie zapuszczała się daleko, ale dziecięca ciekawość okazała się silniejsza od strachu. Bardzo szybko zrozumiała, że nie ma powodu, by bać się umarłych. Zwłaszcza takich, którym nie towarzyszył odór rozkładu, tylko rozpaczy.<br />
<br />
Przenikliwe spojrzenie oczu wiły złagodniało, gdy skupiła wzrok na twarzy mężczyzny, w milczeniu oczekując na werdykt. Jeżeli Peregrinus Trelawney nawiedzał jej życie jak omen, Lorraine Malfoy nawiedziała jego jak duch. Oboje byli smutnymi ludźmi – jasnowidz o apokaliptycznym wejrzeniu i odziana w biel córka zjawy – oboje byli też samotni, i ze swoją samotnością pogodzeni: może dlatego nie szukali pomocy egzorcysty, pomyślała Lorraine, może dlatego godzili się z byciem nawiedzanym – odnajdywali w tym swego rodzaju urok, tak jak w dusznej aurze nawiedzonego lasu.<br />
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Miejsce, gdzie możesz być sam, ale nigdy nie będziesz prawdziwie samotny.</span> – <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Nie z tymi trupami dookoła</span>, pomyślała Lorraine, omiatając spojrzeniem obrzeże Lasu Wisielców, który otwierał się przed nimi jak wieko trumny, zapraszając w swe podwoje: ścieżkę wytyczały trupy. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Miejsce, gdzie można być wysłuchanym, a niekoniecznie usłyszanym</span>, dodała już w myślach. Nie musiała mieć trzeciego oka, by widzieć, że Peregrinus chce się z nią podzielić jakąś historią – <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">dobrą</span> historię – a dobre historie zasługiwały na bycie wysłuchanymi. Nawet jeżeli słuchaczami miały być kości, dawno już ogryzione z ochłapów życia szkielety kołyszące się smętnie na konarach drzew pozbawionych duszy. – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Czy mówię wystarczająco zagadkowo jak dla jasnowidza?</span> – rzuciła lekkim tonem, odwróciwszy się plecami do Peregrina, aby ukryć przekorny uśmiech, który rozświetlił na chwilę jej twarz.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[15.08.72] Czy boisz się ciemności?]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=3914</link>
			<pubDate>Tue, 17 Sep 2024 20:19:20 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=201">Cathal Shafiq</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=3914</guid>
			<description><![CDATA[Ciemność w Little Hangleton zawsze zdawała się Cathalowi głębsza niż w jakimkolwiek innym zakątku Anglii. Nie chodziło o Londyn i jego światła, przytłumiające gwiazdy. Dotyczyło to każdego innego miejsca, także niby tak podobnej Doliny Godryka (podobnej, różnej, odbicia w krzywym zwierciadle…). Było w tym coś więcej – coś, co przywodziło mu na myśl najciemniejsze z egipskich grobowców, wypełnione magią, której wtedy nie uważano za ciemną, a która i tak zdawała się czarna i lepka na podobieństwo smoły.<br />
Lubił noce w Little Hangleton.<br />
Nienawidził nocy w Little Hangleton.<br />
Dusił się tego wieczora w domu Isabelli Gaunt, który – powoli – zaczynał w jego głowie stawać się domem Ulyssesa Rookwooda. (Powoli, bardzo powoli: znikały ślady obecności matki, gipsowe króliki, zasłonki w węże, paskudne obicia, ale Shafiq widział ją tam, słyszał jej głos, i zastanawiał się czasem, czy gdy pozbędą się już wszystkich pamiątek, starych mebli, kolorów, ten głos wreszcie zamilknie, jeden z wielu, odzywających się w jego głowie.) Wyszedł wprost w noc, z papierosem w jednym ręku, i smyczą w drugim, prowadząc na niej ogromnego psa, który trafił tutaj w wyniku splotu bardzo dziwnych i wciąż dla Cathala nie do końca zrozumiałych okoliczności. Wędrował w stronę lasu, nie przejmując się mrokiem, rozpraszanym tylko przez rozjarzony koniec papierosa: drogę znał w końcu na pamięć. <br />
Pamięć zdradziła go po raz kolejny.<br />
Nie dlatego, że źle zapamiętał drogę. Nie dlatego, że zbłądził ścieżkę. Zapadł się we wspomnieniach z Little Hangleton, z posiadłości Gauntów, z Lasu Wisielców, tak głęboko, że nie zauważył nawet momentu, w którym smycz wyślizgnęła się z ręki, a Cavall runął gdzieś w krzaki w pogoni za jakimś nocnym zwierzakiem. <br />
Cholernie, cholernie blisko Lasu Wisielców, w którym łatwo było natknąć się na duchy, żywe trupy, mordercze drzewa i zapewne wszystkie te rzeczy, o jakich mugole pisali w horrorach. Nie tak daleko od wierzby wisielców, pod którą regularnie działy się różne dziwne rzeczy. Wprawdzie nikt nie wspominał o tym, by coś tam zżerało psy, ale to mógłby być ten pierwszy raz. Shafiq zamarł dosłownie na ułamek sekundy, a potem papieros wypadł mu z dłoni prosto w błoto. Zaklął wściekły na siebie i na psa, i wpadł w rośliny w ślad za zwierzakiem, potężnie zbudowany, jasnowłosy mężczyzna, w bardzo nieporządnych i bardzo nieczarodziejskich ciuchach.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Ciemność w Little Hangleton zawsze zdawała się Cathalowi głębsza niż w jakimkolwiek innym zakątku Anglii. Nie chodziło o Londyn i jego światła, przytłumiające gwiazdy. Dotyczyło to każdego innego miejsca, także niby tak podobnej Doliny Godryka (podobnej, różnej, odbicia w krzywym zwierciadle…). Było w tym coś więcej – coś, co przywodziło mu na myśl najciemniejsze z egipskich grobowców, wypełnione magią, której wtedy nie uważano za ciemną, a która i tak zdawała się czarna i lepka na podobieństwo smoły.<br />
Lubił noce w Little Hangleton.<br />
Nienawidził nocy w Little Hangleton.<br />
Dusił się tego wieczora w domu Isabelli Gaunt, który – powoli – zaczynał w jego głowie stawać się domem Ulyssesa Rookwooda. (Powoli, bardzo powoli: znikały ślady obecności matki, gipsowe króliki, zasłonki w węże, paskudne obicia, ale Shafiq widział ją tam, słyszał jej głos, i zastanawiał się czasem, czy gdy pozbędą się już wszystkich pamiątek, starych mebli, kolorów, ten głos wreszcie zamilknie, jeden z wielu, odzywających się w jego głowie.) Wyszedł wprost w noc, z papierosem w jednym ręku, i smyczą w drugim, prowadząc na niej ogromnego psa, który trafił tutaj w wyniku splotu bardzo dziwnych i wciąż dla Cathala nie do końca zrozumiałych okoliczności. Wędrował w stronę lasu, nie przejmując się mrokiem, rozpraszanym tylko przez rozjarzony koniec papierosa: drogę znał w końcu na pamięć. <br />
Pamięć zdradziła go po raz kolejny.<br />
Nie dlatego, że źle zapamiętał drogę. Nie dlatego, że zbłądził ścieżkę. Zapadł się we wspomnieniach z Little Hangleton, z posiadłości Gauntów, z Lasu Wisielców, tak głęboko, że nie zauważył nawet momentu, w którym smycz wyślizgnęła się z ręki, a Cavall runął gdzieś w krzaki w pogoni za jakimś nocnym zwierzakiem. <br />
Cholernie, cholernie blisko Lasu Wisielców, w którym łatwo było natknąć się na duchy, żywe trupy, mordercze drzewa i zapewne wszystkie te rzeczy, o jakich mugole pisali w horrorach. Nie tak daleko od wierzby wisielców, pod którą regularnie działy się różne dziwne rzeczy. Wprawdzie nikt nie wspominał o tym, by coś tam zżerało psy, ale to mógłby być ten pierwszy raz. Shafiq zamarł dosłownie na ułamek sekundy, a potem papieros wypadł mu z dłoni prosto w błoto. Zaklął wściekły na siebie i na psa, i wpadł w rośliny w ślad za zwierzakiem, potężnie zbudowany, jasnowłosy mężczyzna, w bardzo nieporządnych i bardzo nieczarodziejskich ciuchach.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[13.081972] If we met at midnight in the hanging tree]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=3891</link>
			<pubDate>Sat, 14 Sep 2024 13:19:25 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=485">Scarlett Mulciber</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=3891</guid>
			<description><![CDATA[Blade światło księżyca, które nieporadnie starało się przedrzeć chociażby najdrobniejszy kosmyk światła, nie miało szans w starciu z gęstymi koronami drzew.<br />
Mrok, otulony głuchą, niepokojącą ciszą. Zewsząd ani jednej żywej istoty, a jedynie niemy krzyk dusz, objawiający się w szeleście liści, czy skrzypnięciach drzew.<br />
Piękno w czystej postaci.<br />
Mulciber zaciągnęła się ciężkim, wilgotnym powietrzem, stawiając kroki na obranej przez siebie ścieżce.<br />
Zauroczona krajobrazem śmierci i rozpaczy, wodziła spojrzeniem po cmentarzysku.<br />
Jej wzrok na moment zastygł na jednym punkcie, a w jasnych tęczówkach odbił się element, który z pewnością nie pasował do leśnego otoczenia. Wyciągnęła przed siebie rękę, opuszkiem palców prawej dłoni delikatnie dotykając czerwonej nici. Nitka swoją podróż rozpoczynała przy ów drzewie, będąc przywiązana do jednej z gałęzi, ciągnąc swój długi ogon w głąb lasu. Co znajdowało się na drugim końcu? Z pewnością śmierć. <br />
Pracując z umarłymi spotykała się z tego typu praktykami wśród dusz samobójców.<br />
Z każdą tego typu nitką wiązała się inna historia i bagaż emocji - niepewność swojej decyzji, nadzieja na odnalezieniu ciała i pochówek - wszystkie te historie łączyło jedno, a była to śmierć.<br />
Z jej przemyśleń wyrwał ją głośny, dobrze jej znany jazgot. Dźwięk odbił się echem od drzew, zaraz pozwalając się pochłonąć martwej ciszy.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">-Stolven -</span>mruknęła nijako oburzona, kierując spojrzenie na jastrzębia siedzącego na jej ramieniu.<br />
Wyciągnęła rękę, a ptak przeskoczył na skórzany przedramiennik <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">-Ha litt respekt </span>- mruknęła, unosząc drugą dłoń, aby pieszczotliwie podrapać szyje drapieżnika.<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">(tł.“Trochę szacunku”)</span><br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">-Śmierć lubi ciszę…-</span> dodała szeptem, ruszając w dalszą wędrówkę. Mijając pojedyncze porzucone  przedmioty, rozmarzyła się na temat tragicznych historii jakie dane byłoby jej poznać przy obrzędach. <br />
Martwi byli znacznie ciekawsi od żywych. <br />
Dojrzawszy świetną łunę, zmrużyła podejrzliwie ślepia. Pozbawiając siebie dostępu do światła, ruszyła żywo zaintrygowana za oddalonym blaskiem. <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Jak nawiedzonym trzeba być, aby w środku nocy zapuścić się do lasu wisielców? </span>- pomyślała.<br />
Odpowiedź na to pytanie była niezwykle nurtująca. Nie czuła strachu, mimo iż spodziewała się ujrzeć próbę ukrycia ciała, bądź samobójcę. <br />
Jakież było jej zdziwienie, gdy jej oczom zamiast rosłego mężczyzny, ukazała się drobna dziewczyna. <br />
Stojąc w mroku, przez dłuższą chwilę obserwowała damską sylwetkę. Nie przypominała samobójcy, ani mordercy - chociaż to drugie poddawała w słuszną wątpliwość. Te niewinne z pozoru istoty, zwykle były tymi najbardziej okrutnymi. Znała to z autopsji.<br />
Niemniej jednak nie sposób było ująć jej urody, która teraz, otoczona leśnym krajobrazem, dodawała jej surrealizmu. Jak gdyby brunetka była jedynie snem, zjawą, lub odrealnioną mistyczną istotą. Zupełnie nierealna w swoim uroku, całkiem nieprawdziwa.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">-Jeśli za chwilę miałabyś umrzeć i mogłabyś mieć tylko jedną osobę, która trzymałaby Cię za rękę -</span> zaczęła, wyłaniając się z mroku, tym samym przechodząc obok dziewczyny, aby zasiąść na pniu nieopodal <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Kto by to był.. i dlaczego?</span> -zapytała, przypatrują się dziewczynie. Nie była fanem banalnych powitań, niemniej jednak żywiła nadzieję, że jej rozmówczyni nie ucieknie.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Blade światło księżyca, które nieporadnie starało się przedrzeć chociażby najdrobniejszy kosmyk światła, nie miało szans w starciu z gęstymi koronami drzew.<br />
Mrok, otulony głuchą, niepokojącą ciszą. Zewsząd ani jednej żywej istoty, a jedynie niemy krzyk dusz, objawiający się w szeleście liści, czy skrzypnięciach drzew.<br />
Piękno w czystej postaci.<br />
Mulciber zaciągnęła się ciężkim, wilgotnym powietrzem, stawiając kroki na obranej przez siebie ścieżce.<br />
Zauroczona krajobrazem śmierci i rozpaczy, wodziła spojrzeniem po cmentarzysku.<br />
Jej wzrok na moment zastygł na jednym punkcie, a w jasnych tęczówkach odbił się element, który z pewnością nie pasował do leśnego otoczenia. Wyciągnęła przed siebie rękę, opuszkiem palców prawej dłoni delikatnie dotykając czerwonej nici. Nitka swoją podróż rozpoczynała przy ów drzewie, będąc przywiązana do jednej z gałęzi, ciągnąc swój długi ogon w głąb lasu. Co znajdowało się na drugim końcu? Z pewnością śmierć. <br />
Pracując z umarłymi spotykała się z tego typu praktykami wśród dusz samobójców.<br />
Z każdą tego typu nitką wiązała się inna historia i bagaż emocji - niepewność swojej decyzji, nadzieja na odnalezieniu ciała i pochówek - wszystkie te historie łączyło jedno, a była to śmierć.<br />
Z jej przemyśleń wyrwał ją głośny, dobrze jej znany jazgot. Dźwięk odbił się echem od drzew, zaraz pozwalając się pochłonąć martwej ciszy.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">-Stolven -</span>mruknęła nijako oburzona, kierując spojrzenie na jastrzębia siedzącego na jej ramieniu.<br />
Wyciągnęła rękę, a ptak przeskoczył na skórzany przedramiennik <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">-Ha litt respekt </span>- mruknęła, unosząc drugą dłoń, aby pieszczotliwie podrapać szyje drapieżnika.<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">(tł.“Trochę szacunku”)</span><br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">-Śmierć lubi ciszę…-</span> dodała szeptem, ruszając w dalszą wędrówkę. Mijając pojedyncze porzucone  przedmioty, rozmarzyła się na temat tragicznych historii jakie dane byłoby jej poznać przy obrzędach. <br />
Martwi byli znacznie ciekawsi od żywych. <br />
Dojrzawszy świetną łunę, zmrużyła podejrzliwie ślepia. Pozbawiając siebie dostępu do światła, ruszyła żywo zaintrygowana za oddalonym blaskiem. <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Jak nawiedzonym trzeba być, aby w środku nocy zapuścić się do lasu wisielców? </span>- pomyślała.<br />
Odpowiedź na to pytanie była niezwykle nurtująca. Nie czuła strachu, mimo iż spodziewała się ujrzeć próbę ukrycia ciała, bądź samobójcę. <br />
Jakież było jej zdziwienie, gdy jej oczom zamiast rosłego mężczyzny, ukazała się drobna dziewczyna. <br />
Stojąc w mroku, przez dłuższą chwilę obserwowała damską sylwetkę. Nie przypominała samobójcy, ani mordercy - chociaż to drugie poddawała w słuszną wątpliwość. Te niewinne z pozoru istoty, zwykle były tymi najbardziej okrutnymi. Znała to z autopsji.<br />
Niemniej jednak nie sposób było ująć jej urody, która teraz, otoczona leśnym krajobrazem, dodawała jej surrealizmu. Jak gdyby brunetka była jedynie snem, zjawą, lub odrealnioną mistyczną istotą. Zupełnie nierealna w swoim uroku, całkiem nieprawdziwa.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">-Jeśli za chwilę miałabyś umrzeć i mogłabyś mieć tylko jedną osobę, która trzymałaby Cię za rękę -</span> zaczęła, wyłaniając się z mroku, tym samym przechodząc obok dziewczyny, aby zasiąść na pniu nieopodal <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Kto by to był.. i dlaczego?</span> -zapytała, przypatrują się dziewczynie. Nie była fanem banalnych powitań, niemniej jednak żywiła nadzieję, że jej rozmówczyni nie ucieknie.]]></content:encoded>
		</item>
	</channel>
</rss>