<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0" xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">
	<channel>
		<title><![CDATA[Secrets of London - Dziurawy Kocioł]]></title>
		<link>https://secretsoflondon.pl/</link>
		<description><![CDATA[Secrets of London - https://secretsoflondon.pl]]></description>
		<pubDate>Fri, 17 Apr 2026 14:56:00 +0000</pubDate>
		<generator>MyBB</generator>
		<item>
			<title><![CDATA[[24.09.1972] Gargulki is love, gargulki is life]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5814</link>
			<pubDate>Thu, 12 Mar 2026 20:43:41 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=349">Alexander Mulciber</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5814</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">Dziurawy Kocioł, turniej gargulkowy</div>
<br />
Co innego było grać na podłodze jej sypialni, w zaciszu starej drewnianej chatki położonej na obrzeżach lasu, pomyślał Alex, objąwszy Navi ramieniem, aby przecisnąć się przez zgromadzony przy wejściu tłum, a co innego w głośnym wnętrzu <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Dziurawego Kotła</span> w samym sercu Londynu. Panujący tutaj harmider go przytłaczał. Widok tak wielu ludzi w jednym miejscu go przytłaczał. Prawdę mówiąc, wszystko go przytłaczało. Odkąd wyprowadził się z Londynu, trudno było mu znieść hałas metropolii, do którego wcześniej był nawykły. Może dlatego milczał, oparty swobodnie o krzesło, na którym przysiadła Navi, aby wypełnić ich formularz zgłoszeniowy na turniej. Zerknął ponad jej ramieniem, choć nie po to, żeby zgłębić treść zgłoszenia czy regulamin turnieju, ale po to, żeby skontrolować jej reakcję. <br />
<br />
Lubił twarz Navi. Była niesłychanie ekspresyjna. Niesłychanie żywa. Być może bogowie dali jej tak piękną twarz, bo wiedzieli, że wykorzysta każdy, najdrobniejszy choćby mięsień, żeby się uśmiechnąć. Lubił to, jak wiele można wyczytać z jej uśmiechu. Podsunął wierzchem dłoni ciemne okulary, które zaczęły zsuwać mu się lekko z grzbietu nosa. Alexander miewał niegdyś problemy z pogodzeniem sprzeczności jakie drzemały w ludziach. Zawsze był dobrym obserwatorem, zbyt uparcie doszukiwał się jednak logiki we wszystkim, co go otaczało. Bywało, że intencje różniły się od uczuć, a uczucia od myśli tak jak dzień różnił się od nocy. Wszystko to było takie pokrętne, takie nieintuicyjne. Skryty za czarnymi szkłami okularów przeciwsłonecznych, przyglądał się teraz promiennemu uśmiechowi Navi, próbując dociec, czy jest podekscytowana, onieśmielona czy... Uśmiecha się <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">tak po prostu</span>, bo Navi nie potrzebowała powodu, żeby się uśmiechać. <br />
<br />
Zastanawiał się, czy bardzo obrazi się na niego, jeżeli zasugeruje jej, żeby trochę pooszukiwać. Tak przynajmniej mieliby jakieś szanse na wygraną. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">A może na nagrodę pocieszenia?</span> Co innego było przecież grać tutaj, a co innego na drewnianej podłodze chatki Navi, gdzie dokarmiane przez nią koty bezczelnie ganiały za toczącymi się gargulkami, kompletnie zmieniając wynik rozgrywki. Alexander rozejrzał się po sali, szukając odpowiadających ich poziomem przeciwników. A gdyby tak zagrać z parą staruszków w kącie? Dziadek miał okulary grube jak goblińskie szkło powiększające, więc Alex łatwo mógłby mu nakłamać, że niedowidzi. Nachylił się w stronę Navi, zasłoniwszy usta, jak gdyby nie chciał, aby ktokolwiek podsłuchał... Choć przy panującym w <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Dziurawym Kotle</span> rozgardiaszu było to wątpliwym. <br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">"A co jeśli przegramy?"</span> było pytaniem, którego obawiał się zadać przez cały ten czas. Było jak dziura po wybitym zębie, po której wciąż mimowolnie przejeżdżał językiem, nie potrafiąc pogodzić się z poczuciem braku. Co innego było przecież śmiać się z Lorien, gdy przegrywali pieniądze w kasynach, obstawiając wręcz na przekór sobie, a co innego patrzeć jak uśmiech Navi gaśnie. Zwłaszcza, że chyba jej na tym zależało. Nawet po drodze do Londynu próbował więc po cichu spleść zaklęcie, które pomogłoby na jego drżące dłonie, przez większość czasu schowane w kieszeniach. Wyglądało to tak, jak gdyby bawił się bezmyślnie różdżką. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Wyszło tak, jak gdyby właśnie to robił.</span> <br />
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Czy jak prze...<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">puszczę</span> wszystkie rzuty, mogę się znowu utopić w twoim jeziorku?</span> – mruknął Alex, gdy razem z Navi zmierzali w stronę przydzielonego im stolika. Chociaż wydawał się żartować, jego głos jak zawsze brzmiał monotonnie.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">Dziurawy Kocioł, turniej gargulkowy</div>
<br />
Co innego było grać na podłodze jej sypialni, w zaciszu starej drewnianej chatki położonej na obrzeżach lasu, pomyślał Alex, objąwszy Navi ramieniem, aby przecisnąć się przez zgromadzony przy wejściu tłum, a co innego w głośnym wnętrzu <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Dziurawego Kotła</span> w samym sercu Londynu. Panujący tutaj harmider go przytłaczał. Widok tak wielu ludzi w jednym miejscu go przytłaczał. Prawdę mówiąc, wszystko go przytłaczało. Odkąd wyprowadził się z Londynu, trudno było mu znieść hałas metropolii, do którego wcześniej był nawykły. Może dlatego milczał, oparty swobodnie o krzesło, na którym przysiadła Navi, aby wypełnić ich formularz zgłoszeniowy na turniej. Zerknął ponad jej ramieniem, choć nie po to, żeby zgłębić treść zgłoszenia czy regulamin turnieju, ale po to, żeby skontrolować jej reakcję. <br />
<br />
Lubił twarz Navi. Była niesłychanie ekspresyjna. Niesłychanie żywa. Być może bogowie dali jej tak piękną twarz, bo wiedzieli, że wykorzysta każdy, najdrobniejszy choćby mięsień, żeby się uśmiechnąć. Lubił to, jak wiele można wyczytać z jej uśmiechu. Podsunął wierzchem dłoni ciemne okulary, które zaczęły zsuwać mu się lekko z grzbietu nosa. Alexander miewał niegdyś problemy z pogodzeniem sprzeczności jakie drzemały w ludziach. Zawsze był dobrym obserwatorem, zbyt uparcie doszukiwał się jednak logiki we wszystkim, co go otaczało. Bywało, że intencje różniły się od uczuć, a uczucia od myśli tak jak dzień różnił się od nocy. Wszystko to było takie pokrętne, takie nieintuicyjne. Skryty za czarnymi szkłami okularów przeciwsłonecznych, przyglądał się teraz promiennemu uśmiechowi Navi, próbując dociec, czy jest podekscytowana, onieśmielona czy... Uśmiecha się <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">tak po prostu</span>, bo Navi nie potrzebowała powodu, żeby się uśmiechać. <br />
<br />
Zastanawiał się, czy bardzo obrazi się na niego, jeżeli zasugeruje jej, żeby trochę pooszukiwać. Tak przynajmniej mieliby jakieś szanse na wygraną. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">A może na nagrodę pocieszenia?</span> Co innego było przecież grać tutaj, a co innego na drewnianej podłodze chatki Navi, gdzie dokarmiane przez nią koty bezczelnie ganiały za toczącymi się gargulkami, kompletnie zmieniając wynik rozgrywki. Alexander rozejrzał się po sali, szukając odpowiadających ich poziomem przeciwników. A gdyby tak zagrać z parą staruszków w kącie? Dziadek miał okulary grube jak goblińskie szkło powiększające, więc Alex łatwo mógłby mu nakłamać, że niedowidzi. Nachylił się w stronę Navi, zasłoniwszy usta, jak gdyby nie chciał, aby ktokolwiek podsłuchał... Choć przy panującym w <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Dziurawym Kotle</span> rozgardiaszu było to wątpliwym. <br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">"A co jeśli przegramy?"</span> było pytaniem, którego obawiał się zadać przez cały ten czas. Było jak dziura po wybitym zębie, po której wciąż mimowolnie przejeżdżał językiem, nie potrafiąc pogodzić się z poczuciem braku. Co innego było przecież śmiać się z Lorien, gdy przegrywali pieniądze w kasynach, obstawiając wręcz na przekór sobie, a co innego patrzeć jak uśmiech Navi gaśnie. Zwłaszcza, że chyba jej na tym zależało. Nawet po drodze do Londynu próbował więc po cichu spleść zaklęcie, które pomogłoby na jego drżące dłonie, przez większość czasu schowane w kieszeniach. Wyglądało to tak, jak gdyby bawił się bezmyślnie różdżką. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Wyszło tak, jak gdyby właśnie to robił.</span> <br />
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Czy jak prze...<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">puszczę</span> wszystkie rzuty, mogę się znowu utopić w twoim jeziorku?</span> – mruknął Alex, gdy razem z Navi zmierzali w stronę przydzielonego im stolika. Chociaż wydawał się żartować, jego głos jak zawsze brzmiał monotonnie.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[Jesień 72, 11.10 Dziurawy Kocioł | Ceolsige & Urd] Płonie kamieniczka płonie]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5721</link>
			<pubDate>Sat, 14 Feb 2026 19:33:27 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=598">Urd Nordgesim</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5721</guid>
			<description><![CDATA[<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><img src="https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=ojFHV0R.png" loading="lazy"  width="200" height="300" alt="[Obrazek: imgproxy.php?id=ojFHV0R.png]" class="mycode_img" /></div>
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">z całą moją miłością</span></div>
<br />
Bal okazał się niewypałem. Wczorajsze przypadkowe spotkanie w Dziurawym Kotle z kolei tylko zaostrzyło apetyt na... pieczyste. <br />
<br />
Zwykle kiedy się spotykały, okoliczności i buzująca w żyłach krew prowadziła w jednym nieuchronnym kierunku w którym obie panie znajdowały przestrzenie na bardzo dużą swobodę w wyrażeniu swoich potrzeb. A może w ich realizacji?<br />
<br />
Teraz było jakoś inaczej. Jakoś dziwniej. Jakoś... z większym napięciem.<br />
<br />
Może po prostu się zestarzały - nawet jeśli obie w świecie czarodziejów uchodziły wciąż za młódki - to jednak z czasem człowiek doceniał bardziej te swoiste podchody. <br />
<br />
Stało to w pewnej sprzeczności z pragnieniami Urd, które zwykle nie znosiły odroczenia. Nie sposób jednak było nie zauważyć, że wczorajszy wieczór nie skończył się u Ceo na pięterku. <br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">A szkoda!</span><br />
<br />
Do Dziurawego Kotła dotarła w sumie po garść plotek, możliwe zlecenia i porcję ulubionej obecnie herbaty. Tymczasem wzrok padł na miejsce, które zajmowały wczoraj, obecnie puste, podobnie jak puste było miejsce w serduszku Nordgesim. I jakoś tak się składało, że ta pustka miała kształt zarozumiałej, wygadanej blondynki i nie! Nie chodzi o odbicie w lustrze. <br />
<br />
Potrzebowała tylko jakiegoś pomysłu... iskry natchnienia...<br />
<br />
!BINGO C1]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><img src="https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=ojFHV0R.png" loading="lazy"  width="200" height="300" alt="[Obrazek: imgproxy.php?id=ojFHV0R.png]" class="mycode_img" /></div>
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">z całą moją miłością</span></div>
<br />
Bal okazał się niewypałem. Wczorajsze przypadkowe spotkanie w Dziurawym Kotle z kolei tylko zaostrzyło apetyt na... pieczyste. <br />
<br />
Zwykle kiedy się spotykały, okoliczności i buzująca w żyłach krew prowadziła w jednym nieuchronnym kierunku w którym obie panie znajdowały przestrzenie na bardzo dużą swobodę w wyrażeniu swoich potrzeb. A może w ich realizacji?<br />
<br />
Teraz było jakoś inaczej. Jakoś dziwniej. Jakoś... z większym napięciem.<br />
<br />
Może po prostu się zestarzały - nawet jeśli obie w świecie czarodziejów uchodziły wciąż za młódki - to jednak z czasem człowiek doceniał bardziej te swoiste podchody. <br />
<br />
Stało to w pewnej sprzeczności z pragnieniami Urd, które zwykle nie znosiły odroczenia. Nie sposób jednak było nie zauważyć, że wczorajszy wieczór nie skończył się u Ceo na pięterku. <br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">A szkoda!</span><br />
<br />
Do Dziurawego Kotła dotarła w sumie po garść plotek, możliwe zlecenia i porcję ulubionej obecnie herbaty. Tymczasem wzrok padł na miejsce, które zajmowały wczoraj, obecnie puste, podobnie jak puste było miejsce w serduszku Nordgesim. I jakoś tak się składało, że ta pustka miała kształt zarozumiałej, wygadanej blondynki i nie! Nie chodzi o odbicie w lustrze. <br />
<br />
Potrzebowała tylko jakiegoś pomysłu... iskry natchnienia...<br />
<br />
!BINGO C1]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[19.10.72] Grzane wino]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5615</link>
			<pubDate>Fri, 16 Jan 2026 01:19:40 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=584">Larisa Gregorovitch</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5615</guid>
			<description><![CDATA[Klient odszedł, rozpływając się w powietrzu tak samo szybko, jak wcześniej się pojawił, pozostawiając Larisę podczas wrzawy która panowała w Dziurawym Kotle. Gdyby nie umówione spotkanie, w ogóle by się pewnie tu nie znalazła, nie mając żadnego sensownego powodu ani by tu jeść, pić, ani tym bardziej korzystać z dostępnych pokoi. Niestety, Carkitt Market miało swoje ograniczenia i po pewnej godzinie nie dało się zaprosić nikogo do znajomego wnętrza różdżkarskiej pracowni. Dlatego siedziała, słuchała i sączyła wino, które rozgadany człowiek postanowił zamówić. <br />
Było... mierne. Nie była pewna czy chodziło o fakt, że receptura wciąż była dopracowywana, czy może to że była to masowa produkcja. Wiedziała jednak jedno - nikt o zdrowych zmysłach i z odpowiednią zawartością mieszka, nie powinien nigdy kalać swojego podniebienia czymś podobnym. Na pewno nie ona, przyzwyczajona wychowaniem do pewnego poziomu, nawet jeśli nigdy nie był on przesadnie wybujały, bo przecież Gauntowie powoli obumierali. <br />
Póki jednak rozmawiali, ona sączyła, odpowiadając cierpliwie na zadawane jej pytania i rozwiewając wszelkie ewentualne wątpliwości, aż wreszcie spotkanie dobiegło końca, a wraz z nim wmuszanie w siebie cierpkiego wina, w które ktoś wrzucił zbyt dużo przypraw i za mało podgrzał. Zostawiła ponad połowę, ulatniając się zaledwie parę minut po tym, jak jej rozmówca sam opuścił Dziurawy Kocioł.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Klient odszedł, rozpływając się w powietrzu tak samo szybko, jak wcześniej się pojawił, pozostawiając Larisę podczas wrzawy która panowała w Dziurawym Kotle. Gdyby nie umówione spotkanie, w ogóle by się pewnie tu nie znalazła, nie mając żadnego sensownego powodu ani by tu jeść, pić, ani tym bardziej korzystać z dostępnych pokoi. Niestety, Carkitt Market miało swoje ograniczenia i po pewnej godzinie nie dało się zaprosić nikogo do znajomego wnętrza różdżkarskiej pracowni. Dlatego siedziała, słuchała i sączyła wino, które rozgadany człowiek postanowił zamówić. <br />
Było... mierne. Nie była pewna czy chodziło o fakt, że receptura wciąż była dopracowywana, czy może to że była to masowa produkcja. Wiedziała jednak jedno - nikt o zdrowych zmysłach i z odpowiednią zawartością mieszka, nie powinien nigdy kalać swojego podniebienia czymś podobnym. Na pewno nie ona, przyzwyczajona wychowaniem do pewnego poziomu, nawet jeśli nigdy nie był on przesadnie wybujały, bo przecież Gauntowie powoli obumierali. <br />
Póki jednak rozmawiali, ona sączyła, odpowiadając cierpliwie na zadawane jej pytania i rozwiewając wszelkie ewentualne wątpliwości, aż wreszcie spotkanie dobiegło końca, a wraz z nim wmuszanie w siebie cierpkiego wina, w które ktoś wrzucił zbyt dużo przypraw i za mało podgrzał. Zostawiła ponad połowę, ulatniając się zaledwie parę minut po tym, jak jej rozmówca sam opuścił Dziurawy Kocioł.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[5.10.72] Szybki grzaniec i do domu]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5614</link>
			<pubDate>Fri, 16 Jan 2026 01:12:04 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=605">Zachary Burke</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5614</guid>
			<description><![CDATA[Ostatnio doszły go słuchy, że oto Dziurawy Kocioł wprowadził nową, sezonową, super ważną ofertę, z której absolutnie należało skorzystać!! Tak przynajmniej dało się usłyszeć od pewnie jakichś naganiaczy, których opłacił właściciel knajpy, no i też wyczytać na ulotkach przyczepionych do szyb lokalu. Oto bowiem Dziurawy Kocioł otwierał się na nowe doznania i postanowił, że zacznie długie przygotowania do sezonu zimowego, w który najwyraźniej planował wejść pełną parą w towarzystwie specjalnie opracowanej receptury grzańca.<br />
Zacharego nie trzeba więc było namawiać dwa razy, chociaż po prawdzie to sam siebie musiał namawiać, żeby wreszcie było mu do pubu po drodze. Minął tydzień, może dwa, od kiedy pierwszy raz usłyszał o tym nowiutkim, fantastycznym napoju, ale wreszcie pojawił się na miejscu.<br />
Za każdym razem fascynowało go jak bardzo Dziurawy Kocioł się nie zmieniał. Od kiedy tylko pamiętał, wszystkie deski skrzypiały tak samo, było dokładnie tak samo brudno, kelnerka była równie niemrawa i zniechęcona do pracy, a powietrze miało niemal swój własny smak. Co prawda nie tak podły jak na Nokturnie, ale dało się wyczuć te charakterystyczne nuty. Teraz przykryte były intensywnym cynamonem i goździkami. <br />
Podszedł do baru i zamówił, obdarzając Agathę krótkim, grzecznościowym uśmiechem, bo nie ważne ile razy robił do niej podejście, była tak samo sceptycznie nastawiona. Tak samo za czasów szkolnych, jak i teraz. Kiedy więc podała mu kubek, kiwnął jej głową, jako że na zdrowie i upił parę łyków. <br />
Mogło być - średnie, intensywne w smaku, ale też nie takie że jego kubki smakowe właśnie namawiały żołądek do szybkiego rzyga. Sączył więc winiacza powoli, siedząc na wysokim stołku przy barze i trochę tę Agatę próbował zagadywać, chociaż była to wyraźnie jednostronna rozmowa. Wreszcie dopił, podziękował i poszedł, nie zamierzając nikomu polecać jak na razie testowanej receptury.<br />
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">Koniec sesji</div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Ostatnio doszły go słuchy, że oto Dziurawy Kocioł wprowadził nową, sezonową, super ważną ofertę, z której absolutnie należało skorzystać!! Tak przynajmniej dało się usłyszeć od pewnie jakichś naganiaczy, których opłacił właściciel knajpy, no i też wyczytać na ulotkach przyczepionych do szyb lokalu. Oto bowiem Dziurawy Kocioł otwierał się na nowe doznania i postanowił, że zacznie długie przygotowania do sezonu zimowego, w który najwyraźniej planował wejść pełną parą w towarzystwie specjalnie opracowanej receptury grzańca.<br />
Zacharego nie trzeba więc było namawiać dwa razy, chociaż po prawdzie to sam siebie musiał namawiać, żeby wreszcie było mu do pubu po drodze. Minął tydzień, może dwa, od kiedy pierwszy raz usłyszał o tym nowiutkim, fantastycznym napoju, ale wreszcie pojawił się na miejscu.<br />
Za każdym razem fascynowało go jak bardzo Dziurawy Kocioł się nie zmieniał. Od kiedy tylko pamiętał, wszystkie deski skrzypiały tak samo, było dokładnie tak samo brudno, kelnerka była równie niemrawa i zniechęcona do pracy, a powietrze miało niemal swój własny smak. Co prawda nie tak podły jak na Nokturnie, ale dało się wyczuć te charakterystyczne nuty. Teraz przykryte były intensywnym cynamonem i goździkami. <br />
Podszedł do baru i zamówił, obdarzając Agathę krótkim, grzecznościowym uśmiechem, bo nie ważne ile razy robił do niej podejście, była tak samo sceptycznie nastawiona. Tak samo za czasów szkolnych, jak i teraz. Kiedy więc podała mu kubek, kiwnął jej głową, jako że na zdrowie i upił parę łyków. <br />
Mogło być - średnie, intensywne w smaku, ale też nie takie że jego kubki smakowe właśnie namawiały żołądek do szybkiego rzyga. Sączył więc winiacza powoli, siedząc na wysokim stołku przy barze i trochę tę Agatę próbował zagadywać, chociaż była to wyraźnie jednostronna rozmowa. Wreszcie dopił, podziękował i poszedł, nie zamierzając nikomu polecać jak na razie testowanej receptury.<br />
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">Koniec sesji</div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[2.10.1972] Czy jeszcze kiedyś będzie jak dawniej? | Olivia, Tristan]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5511</link>
			<pubDate>Wed, 17 Dec 2025 15:49:03 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=342">Olivia Quirke</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5511</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">2 października 1972</div>
<br />
Nie bardzo miała ochotę wychodzić gdziekolwiek, ale wiedziała doskonale, że razem z Tristanem nie mają wyjścia. Nie mogli się wiecznie chować, mieli swoje życie i swoje zadania, swoje zobowiązania. A skoro zaczynali wracać do względnej normalności... To mogli też <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">spróbować</span> wyjść do ludzi. Wiedziała, że Tristanowi nie przyjdzie to łatwo, jej również - ale musieli spróbować.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Tylko na chwilę</span> - powiedziała cicho, zaciskając palce na przedramieniu mężczyzny. Uśmiechnęła się nerwowo, bo i dla niej nie było to takie proste. Upewniała się co i rusz, że jej rodzicom nic nie groziło, ale jednocześnie czuła, że dziczeje bez ludzi. Nie chciała cofać tego progresu, którego dokonała przez minione lato. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- To też dobra okazja do tego, żeby się rozejrzeć i ocenić skalę zniszczeń.</span><br />
Od przyjaciół wiedziała, że Pokątna powoli była odbudowywana, sklepy na nowo się otwierały, a ludzie próbowali żyć tak, jak kiedyś. Było to jednak niemożliwe - dużo osób, szczególnie pochodzenia mugolskiego, wciąż oglądało się za siebie. Może było za wcześnie na takie wyjścia? Ale jednocześnie Quirke chciała po prostu usłyszeć głos innych ludzi, zobaczyć obce twarze, oby uśmiechnięte. Posłuchać, o czym rozmawiają inni. A nie siedzieć tylko w 4 ścianach jednego z mieszkań Moodych.<br />
<br />
Jednocześnie nie chciała zostawiać Tristana samego. Wierzyła, że był najbezpieczniejszy u jej boku. Dlatego wyciągnęła go z mieszkania i zaprosiła do Kotła. Słyszała, że mają na spróbowanie nowego grzańca. Uznała, że to chyba najlepszy moment i powód, żeby wyjść z Tristanem do ludzi.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">2 października 1972</div>
<br />
Nie bardzo miała ochotę wychodzić gdziekolwiek, ale wiedziała doskonale, że razem z Tristanem nie mają wyjścia. Nie mogli się wiecznie chować, mieli swoje życie i swoje zadania, swoje zobowiązania. A skoro zaczynali wracać do względnej normalności... To mogli też <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">spróbować</span> wyjść do ludzi. Wiedziała, że Tristanowi nie przyjdzie to łatwo, jej również - ale musieli spróbować.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Tylko na chwilę</span> - powiedziała cicho, zaciskając palce na przedramieniu mężczyzny. Uśmiechnęła się nerwowo, bo i dla niej nie było to takie proste. Upewniała się co i rusz, że jej rodzicom nic nie groziło, ale jednocześnie czuła, że dziczeje bez ludzi. Nie chciała cofać tego progresu, którego dokonała przez minione lato. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- To też dobra okazja do tego, żeby się rozejrzeć i ocenić skalę zniszczeń.</span><br />
Od przyjaciół wiedziała, że Pokątna powoli była odbudowywana, sklepy na nowo się otwierały, a ludzie próbowali żyć tak, jak kiedyś. Było to jednak niemożliwe - dużo osób, szczególnie pochodzenia mugolskiego, wciąż oglądało się za siebie. Może było za wcześnie na takie wyjścia? Ale jednocześnie Quirke chciała po prostu usłyszeć głos innych ludzi, zobaczyć obce twarze, oby uśmiechnięte. Posłuchać, o czym rozmawiają inni. A nie siedzieć tylko w 4 ścianach jednego z mieszkań Moodych.<br />
<br />
Jednocześnie nie chciała zostawiać Tristana samego. Wierzyła, że był najbezpieczniejszy u jej boku. Dlatego wyciągnęła go z mieszkania i zaprosiła do Kotła. Słyszała, że mają na spróbowanie nowego grzańca. Uznała, że to chyba najlepszy moment i powód, żeby wyjść z Tristanem do ludzi.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[11.10.1972] Grzaniec i fajka]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5505</link>
			<pubDate>Wed, 17 Dec 2025 08:52:55 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=603">Charlotte Mulciber</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5505</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">11 października 1972</div>
<br />
Charlotte miotała się. Miała przed sobą kilka decyzji do podjęcia, lecz nie potrafiła jeszcze stwierdzić, która z nich będzie najlepsza. Spalona Noc wyryła w niej piętno, którego nie będzie tak łatwo zmazać. Na dodatek kolacja na Mabon poszła kompletnie nie tak, jak powinna, przez co zaczęła kwestionować swoje własne wybory. No i ten pieprzony bal u Lestrange'ów...<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Dzień, bo dobry to raczej nie bardzo</span> - otworzyła drzwi i przywitała się od wejścia, ukazując wszem i wobec, że jej nastrój był - delikatnie mówiąc - do dupy. Nikt nie zwrócił na nią uwagi, co przyjęła z mieszaniną ulgi i irytacji (nigdy nie mogła się zdecydować, czy chciała być głośna i zauważalna, czy też nie), a potem podeszła do lady. Sięgnęła po papierosy, ale jej wzrok padł na karteczkę, zachwalającą nowego grzańca. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- O, macie coś nowego?</span><br />
Zapytała, wyciągając szyję w stronę kociołka z pachnącą alkoholową miksturą.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- A może ten dzień będzie jednak dobry? Pachnie zajebiście, mogę spróbować?</span> - kobieta za barem, czarnowłosa i piękna, bez słowa nalała grzańca do kubeczka.<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- To nowość, testujemy różne przepisy na Yule</span> - wyjaśniła, podsuwając kubek w kierunku Charlotte.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Jak smakuje tak, jak pachnie, to chyba nie musicie już próbować nowych przepisów</span> - odpowiedziała jej, na razie wstrzymując się z odpalaniem peta. Sięgnęła po kubek i upiła ostrożny łyk grzańca. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Ej, to jest naprawdę dobre!</span>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">11 października 1972</div>
<br />
Charlotte miotała się. Miała przed sobą kilka decyzji do podjęcia, lecz nie potrafiła jeszcze stwierdzić, która z nich będzie najlepsza. Spalona Noc wyryła w niej piętno, którego nie będzie tak łatwo zmazać. Na dodatek kolacja na Mabon poszła kompletnie nie tak, jak powinna, przez co zaczęła kwestionować swoje własne wybory. No i ten pieprzony bal u Lestrange'ów...<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Dzień, bo dobry to raczej nie bardzo</span> - otworzyła drzwi i przywitała się od wejścia, ukazując wszem i wobec, że jej nastrój był - delikatnie mówiąc - do dupy. Nikt nie zwrócił na nią uwagi, co przyjęła z mieszaniną ulgi i irytacji (nigdy nie mogła się zdecydować, czy chciała być głośna i zauważalna, czy też nie), a potem podeszła do lady. Sięgnęła po papierosy, ale jej wzrok padł na karteczkę, zachwalającą nowego grzańca. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- O, macie coś nowego?</span><br />
Zapytała, wyciągając szyję w stronę kociołka z pachnącą alkoholową miksturą.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- A może ten dzień będzie jednak dobry? Pachnie zajebiście, mogę spróbować?</span> - kobieta za barem, czarnowłosa i piękna, bez słowa nalała grzańca do kubeczka.<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- To nowość, testujemy różne przepisy na Yule</span> - wyjaśniła, podsuwając kubek w kierunku Charlotte.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Jak smakuje tak, jak pachnie, to chyba nie musicie już próbować nowych przepisów</span> - odpowiedziała jej, na razie wstrzymując się z odpalaniem peta. Sięgnęła po kubek i upiła ostrożny łyk grzańca. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Ej, to jest naprawdę dobre!</span>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[1.10.1972] Grzane wino]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5504</link>
			<pubDate>Wed, 17 Dec 2025 08:33:53 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=493">Faye Travers</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5504</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">1 października 1972</div>
<br />
Faye otrzymała wczoraj zaproszenie na bal maskowy. Wyrzuciła je niemal od razu, ani myśląc pojawiać się na tej farsie - być może gdyby nie wydarzenia z 8 września, to rozważyłaby udział, ale w takich okolicznościach nie było o tym mowy. Nie wiedziała co ze sobą zrobić po powrocie do Londynu, więc standardowo udała się do Dziurawego Kotła. Jak nie wiadomo było co zrobić, to można było się napić.<br />
<br />
Już od wejścia uderzył ją korzenny zapach, zmieszany z alkoholem. Zmarszczyła nos, bo nie spodziewała się takiej kakofonii zapachów o tej porze roku. Wiedziona zapachowym tropem, podeszła do baru. Kobieta, która stała za ladą, spojrzała na nią z uśmiechem.<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- Dzień dobry. Na co ma pani ochotę? Piwo, wino? A może nasz nowy grzaniec?</span> - zapytała, wskazując brodą na tabliczkę. Faye zerknęła na eleganckie, równe litery. Nowa receptura, miły zapach...<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Może być ten grzaniec. Zimno się zrobiło, będzie akurat</span> - powiedziała, ściągając szalik. Pogoda ich nie rozpieszczała, ale to nic. Traversówna lubiła jesień, a pogoda zaczynała być iście jesienna. Jeszcze chwila i zaczną z drzew spadać liście. <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- Tak, jesień się zbliża</span> - potwierdziła kobieta, nalewając grzańca do małego kubka. Podała go Faye, a ta niemal od razu upiła potężny łyk. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- I jak?</span><br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Dobry. Korzenny taki</span> - powiedziała, chociaż oczy zaszły jej łzami. Za gorący, nie powinna była tak o go pić na hejnał.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">1 października 1972</div>
<br />
Faye otrzymała wczoraj zaproszenie na bal maskowy. Wyrzuciła je niemal od razu, ani myśląc pojawiać się na tej farsie - być może gdyby nie wydarzenia z 8 września, to rozważyłaby udział, ale w takich okolicznościach nie było o tym mowy. Nie wiedziała co ze sobą zrobić po powrocie do Londynu, więc standardowo udała się do Dziurawego Kotła. Jak nie wiadomo było co zrobić, to można było się napić.<br />
<br />
Już od wejścia uderzył ją korzenny zapach, zmieszany z alkoholem. Zmarszczyła nos, bo nie spodziewała się takiej kakofonii zapachów o tej porze roku. Wiedziona zapachowym tropem, podeszła do baru. Kobieta, która stała za ladą, spojrzała na nią z uśmiechem.<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- Dzień dobry. Na co ma pani ochotę? Piwo, wino? A może nasz nowy grzaniec?</span> - zapytała, wskazując brodą na tabliczkę. Faye zerknęła na eleganckie, równe litery. Nowa receptura, miły zapach...<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Może być ten grzaniec. Zimno się zrobiło, będzie akurat</span> - powiedziała, ściągając szalik. Pogoda ich nie rozpieszczała, ale to nic. Traversówna lubiła jesień, a pogoda zaczynała być iście jesienna. Jeszcze chwila i zaczną z drzew spadać liście. <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- Tak, jesień się zbliża</span> - potwierdziła kobieta, nalewając grzańca do małego kubka. Podała go Faye, a ta niemal od razu upiła potężny łyk. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- I jak?</span><br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Dobry. Korzenny taki</span> - powiedziała, chociaż oczy zaszły jej łzami. Za gorący, nie powinna była tak o go pić na hejnał.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[05.10.1972] Mulled wine to go (Astoria Avery, Rodolphus Lestrange)]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5496</link>
			<pubDate>Mon, 15 Dec 2025 23:46:37 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=602">Astoria Avery</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5496</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">05.10.1972<br />
Dziurawy Kocioł</div>
<br />
Dziurawy Kocioł przywitał ją znajomym półmrokiem, zapachem starego drewna, dymu i rozlanych eliksirów, które wsiąkły w ściany tak dawno temu, że stały się częścią samego miejsca. Było tu gwarno - szmer rozmów, brzęk kufli, kroki przesuwające się po nierównej podłodze. Astoria zarejestrowała to wszystko jednym spojrzeniem, po czym wybrała stolik na uboczu, z którego miała dobry widok na wejście. Usiadła prosto, z wyprostowanymi plecami, jakby nawet krzesło było elementem oficjalnego spotkania. Położyła torbę obok siebie, dłonie oparła lekko na kolanach. Spojrzała na zegarek. Artysta, z którym się umówiła w sprawach służbowych oczywiście się spóźniał. Przez ułamek sekundy poczuła znajome napięcie w karku, to ciche ukłucie irytacji, które jednak natychmiast stłumiła. Zbyt wiele lat spędziła, pracując z malarzami, rzeźbiarzami i innymi twórcami, by pozwalać sobie na złudzenia. Artyści, szczególnie ci dobrzy, rzadko bywali punktualni. Ich myśli biegły innymi torami, ich poczucie czasu było rozciągliwe, kapryśne, podporządkowane natchnieniu, nie zegarowi. Była do tego przyzwyczajona. Nie znaczyło to jednak, że to akceptowała. Gdy artysta w końcu się pojawił, Astoria przyjęła to z tą samą powściągliwością, z jaką przyjmowała wszystko, co wymagało profesjonalnego dystansu. Nie pozwoliła, by irytacja wypłynęła na powierzchnię. Spóźnienie zostało odnotowane i odłożone do rozliczenia w chłodnej ocenie współpracy, nie w emocjach. W jej dłoniach pojawił się notes; pergamin zapełniał się drobnym, równym pismem, w którym nie było miejsca na chaos. Spisywała jego pomysły na wystawy, notowała skojarzenia, tytuły robocze, koncepcje ekspozycji. Przedstawiając ofertę, była rzeczowa i precyzyjna. Mówiła o widowni, o renomie galerii, o tym, jak jego prace mogłyby zostać osadzone w kontekście, który nie spłaszczy ich znaczenia, lecz wydobędzie to, co w nich najmocniejsze. Astoria wiedziała, że artyści nie lubią poczucia kontroli, dlatego oferowała im ramy, a nie klatkę. <br />
Gdy spotkanie dobiegło końca, zamknęła notes i pozwoliła rozmowie naturalnie wybrzmieć. Odprowadziła go wzrokiem, gdy odchodził w stronę wyjścia i sama zaczęła pakować notatki do aktówki. Kątem oka dostrzegła ruch - kelner zatrzymał się obok jej stolika. <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Pani wygląda na kogoś, kto ma dobry gust. Może spróbuje Pani naszego nowego grzańca? Nowa receptura </span>- zaproponował kelner. Uniosła na moment wzrok znad torby i pozwoliła, by propozycja wybrzmiała w jej myślach. Pierwszym odruchem była odmowa. A jednak zawahała się. To było jej ostatnie spotkanie tego dnia. Nie miała więcej zobowiązań i teoretycznie mogła sobie pozwolić na chwilę odpoczynku. Pomyślała, że jeden grzaniec nie zburzy świata, który tak starannie utrzymywała w ryzach. Skinęła głową. <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- A mogę na wynos? </span>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">05.10.1972<br />
Dziurawy Kocioł</div>
<br />
Dziurawy Kocioł przywitał ją znajomym półmrokiem, zapachem starego drewna, dymu i rozlanych eliksirów, które wsiąkły w ściany tak dawno temu, że stały się częścią samego miejsca. Było tu gwarno - szmer rozmów, brzęk kufli, kroki przesuwające się po nierównej podłodze. Astoria zarejestrowała to wszystko jednym spojrzeniem, po czym wybrała stolik na uboczu, z którego miała dobry widok na wejście. Usiadła prosto, z wyprostowanymi plecami, jakby nawet krzesło było elementem oficjalnego spotkania. Położyła torbę obok siebie, dłonie oparła lekko na kolanach. Spojrzała na zegarek. Artysta, z którym się umówiła w sprawach służbowych oczywiście się spóźniał. Przez ułamek sekundy poczuła znajome napięcie w karku, to ciche ukłucie irytacji, które jednak natychmiast stłumiła. Zbyt wiele lat spędziła, pracując z malarzami, rzeźbiarzami i innymi twórcami, by pozwalać sobie na złudzenia. Artyści, szczególnie ci dobrzy, rzadko bywali punktualni. Ich myśli biegły innymi torami, ich poczucie czasu było rozciągliwe, kapryśne, podporządkowane natchnieniu, nie zegarowi. Była do tego przyzwyczajona. Nie znaczyło to jednak, że to akceptowała. Gdy artysta w końcu się pojawił, Astoria przyjęła to z tą samą powściągliwością, z jaką przyjmowała wszystko, co wymagało profesjonalnego dystansu. Nie pozwoliła, by irytacja wypłynęła na powierzchnię. Spóźnienie zostało odnotowane i odłożone do rozliczenia w chłodnej ocenie współpracy, nie w emocjach. W jej dłoniach pojawił się notes; pergamin zapełniał się drobnym, równym pismem, w którym nie było miejsca na chaos. Spisywała jego pomysły na wystawy, notowała skojarzenia, tytuły robocze, koncepcje ekspozycji. Przedstawiając ofertę, była rzeczowa i precyzyjna. Mówiła o widowni, o renomie galerii, o tym, jak jego prace mogłyby zostać osadzone w kontekście, który nie spłaszczy ich znaczenia, lecz wydobędzie to, co w nich najmocniejsze. Astoria wiedziała, że artyści nie lubią poczucia kontroli, dlatego oferowała im ramy, a nie klatkę. <br />
Gdy spotkanie dobiegło końca, zamknęła notes i pozwoliła rozmowie naturalnie wybrzmieć. Odprowadziła go wzrokiem, gdy odchodził w stronę wyjścia i sama zaczęła pakować notatki do aktówki. Kątem oka dostrzegła ruch - kelner zatrzymał się obok jej stolika. <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Pani wygląda na kogoś, kto ma dobry gust. Może spróbuje Pani naszego nowego grzańca? Nowa receptura </span>- zaproponował kelner. Uniosła na moment wzrok znad torby i pozwoliła, by propozycja wybrzmiała w jej myślach. Pierwszym odruchem była odmowa. A jednak zawahała się. To było jej ostatnie spotkanie tego dnia. Nie miała więcej zobowiązań i teoretycznie mogła sobie pozwolić na chwilę odpoczynku. Pomyślała, że jeden grzaniec nie zburzy świata, który tak starannie utrzymywała w ryzach. Skinęła głową. <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- A mogę na wynos? </span>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[Jesień, 16 IX 1972] Heurystyka || Peregrinus & Morpheus]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5483</link>
			<pubDate>Sun, 14 Dec 2025 17:29:50 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=393">Morpheus Longbottom</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5483</guid>
			<description><![CDATA[<p> Morpheus czuł się upokorzony faktem, że musiał podróżować z kolegą, żeby dostać się na ulicę Pokątną. Tego dnia jego magia nie chciała z nim współpracować, nie było pakunków sunących za nim za pomocą zaklęcia ani dzbanka z kawą nalewającego mu napitku do filiżanki na biurku w Departamencie Tajemnic. Tak zmanipulował drugiego Niewymownego, że ten nawet nie zauważył, że wyświadcza mu przysługę i Morpheus rzeczywiście ma jakiś problem.</p>
<p>Gorzej, że nie chciał przyznać się, że mieszka kątem u Anthony'ego, bo Warownia jest w gruzach, a jego dworek, zamiast wyglądać lepiej, wygląda gorzej. Musiał więc coś wymyślić, aby nie iść z kolegą dalej. Jego wybawieniem okazał się sam Kocioł.</p>
<p>— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Ciekawy sposób na podniesienie morali</span> — Longbottom wskazał na informację o testowaniu nowego przepisu na grzańca. Na szczęście, jego trzecie oko nie dawało mu spokoju, nigdy, więc zgodnie z tym, co mu podpowiadało, drugi Niewymowny wykrzywił usta i pokręciło głową.</p>
<p>— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Mam paskudne uczulenie na cynamon. Bezpiecznego wieczoru!</span> — pożegnał się i przeszedł na zaplecze, gdzie znajdowało się tajne przejście na Pokątną. Morpheus za to stanął w kolejce, zastanawiając się, jak bardzo będzie tego żałować i co go pokusiło, aby zatrzymać się przy kontuarze i rzeczywiście zamówić tego grzańca. To było jak pociągnięcie sznurka, a on nie ignorował, gdy jego wola odpowiadała na energię świata. </p>
<p>Niewymowny nie wyglądał jak zwykle. Jego loki były w nieładzie, jakby uderzył go piorun i na nowo odział go kir, czerń żałobna, jedyna, którą miał w szafie u Shafiqa. Jedyna, która wydawała mu się tutaj odpowiednia. Cały Londyn był w żałobie. Cała magiczna Anglia.</p>
<p>A on pił grzaniec.</p>
<p> Zrobiło mu się niedobrze, gdy poczuł w dłoni ciepło kubka i jak niewidomy, usiadł przy losowym stoliku, najbliżej, aby jego nogi nie poddały się. Od razu siadł na lewej ręce, tej wolnej, aby powstrzymać to, jak bardzo się trzęsła. Ktoś go minął, zapytał jak się czuje jego ojciec, co było bardziej pytaniem o to, czy ktoś z rodziny umarł. Morpheus słabo się uśmiechnął i powiedział, że poza stratami materialnymi, wszystko jest w porządku.</p>
<p><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Co za brednie. Co za brednie. Co za brednie. </span></p>
<p>Jego broda nadal śmierdziała spalizną. Na twarzy miał galaktykę przypalonej skóry, a twarz zmęczoną. Głos nadal mu się łamał, gdy mówił dłużej, zdarty od dymu i przekrzykiwania ognia. Wcześniej kwestia przejścia na stronę Lorda Voldemorta była bardziej kwestią osobistego honoru, później vendetty ze względu na Derwina. Teraz była gniewem boskim, który płonął, jak ciała, jak zwierzęta, jak dobytki podczas Spalonej Nocy. Nie da się zwalczać ognia ogniem, ale tym właśnie był Morpheus. Czystym ogniem.</p>
<p>A kiedy wszystko płonie, nie da się powiedzieć, który zapłonął od zła, a który od Świętej sprawiedliwości. </p>
<p> Napił się grzańca, licząc na kolejną epifanię. Był nawet niezły, na tyle, aby Morpheus zastanawiał się, czy w ramach swojej filantropii, Kocioł został wyposażony w wino z zapasów Antoniusza. Nie było to niemożliwe.</p>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p> Morpheus czuł się upokorzony faktem, że musiał podróżować z kolegą, żeby dostać się na ulicę Pokątną. Tego dnia jego magia nie chciała z nim współpracować, nie było pakunków sunących za nim za pomocą zaklęcia ani dzbanka z kawą nalewającego mu napitku do filiżanki na biurku w Departamencie Tajemnic. Tak zmanipulował drugiego Niewymownego, że ten nawet nie zauważył, że wyświadcza mu przysługę i Morpheus rzeczywiście ma jakiś problem.</p>
<p>Gorzej, że nie chciał przyznać się, że mieszka kątem u Anthony'ego, bo Warownia jest w gruzach, a jego dworek, zamiast wyglądać lepiej, wygląda gorzej. Musiał więc coś wymyślić, aby nie iść z kolegą dalej. Jego wybawieniem okazał się sam Kocioł.</p>
<p>— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Ciekawy sposób na podniesienie morali</span> — Longbottom wskazał na informację o testowaniu nowego przepisu na grzańca. Na szczęście, jego trzecie oko nie dawało mu spokoju, nigdy, więc zgodnie z tym, co mu podpowiadało, drugi Niewymowny wykrzywił usta i pokręciło głową.</p>
<p>— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Mam paskudne uczulenie na cynamon. Bezpiecznego wieczoru!</span> — pożegnał się i przeszedł na zaplecze, gdzie znajdowało się tajne przejście na Pokątną. Morpheus za to stanął w kolejce, zastanawiając się, jak bardzo będzie tego żałować i co go pokusiło, aby zatrzymać się przy kontuarze i rzeczywiście zamówić tego grzańca. To było jak pociągnięcie sznurka, a on nie ignorował, gdy jego wola odpowiadała na energię świata. </p>
<p>Niewymowny nie wyglądał jak zwykle. Jego loki były w nieładzie, jakby uderzył go piorun i na nowo odział go kir, czerń żałobna, jedyna, którą miał w szafie u Shafiqa. Jedyna, która wydawała mu się tutaj odpowiednia. Cały Londyn był w żałobie. Cała magiczna Anglia.</p>
<p>A on pił grzaniec.</p>
<p> Zrobiło mu się niedobrze, gdy poczuł w dłoni ciepło kubka i jak niewidomy, usiadł przy losowym stoliku, najbliżej, aby jego nogi nie poddały się. Od razu siadł na lewej ręce, tej wolnej, aby powstrzymać to, jak bardzo się trzęsła. Ktoś go minął, zapytał jak się czuje jego ojciec, co było bardziej pytaniem o to, czy ktoś z rodziny umarł. Morpheus słabo się uśmiechnął i powiedział, że poza stratami materialnymi, wszystko jest w porządku.</p>
<p><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Co za brednie. Co za brednie. Co za brednie. </span></p>
<p>Jego broda nadal śmierdziała spalizną. Na twarzy miał galaktykę przypalonej skóry, a twarz zmęczoną. Głos nadal mu się łamał, gdy mówił dłużej, zdarty od dymu i przekrzykiwania ognia. Wcześniej kwestia przejścia na stronę Lorda Voldemorta była bardziej kwestią osobistego honoru, później vendetty ze względu na Derwina. Teraz była gniewem boskim, który płonął, jak ciała, jak zwierzęta, jak dobytki podczas Spalonej Nocy. Nie da się zwalczać ognia ogniem, ale tym właśnie był Morpheus. Czystym ogniem.</p>
<p>A kiedy wszystko płonie, nie da się powiedzieć, który zapłonął od zła, a który od Świętej sprawiedliwości. </p>
<p> Napił się grzańca, licząc na kolejną epifanię. Był nawet niezły, na tyle, aby Morpheus zastanawiał się, czy w ramach swojej filantropii, Kocioł został wyposażony w wino z zapasów Antoniusza. Nie było to niemożliwe.</p>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[15.10.1972, Dziurawy Kocioł] Zapachniało powiewem jesieni]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5481</link>
			<pubDate>Sat, 13 Dec 2025 21:56:50 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=316">Lorraine Malfoy</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5481</guid>
			<description><![CDATA[Spotkanie z nowym klientem miało się przesunąć, tak przynajmniej zakomunikował jej jeden z pająków, który już czekał na nią w <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Dziurawym Kotle</span>. Lorraine nie ryzykowała swoim bezpieczeństwem. Nawet, gdy spotykała się w miejscach publicznych, dbała o to, żeby czuwało nad nią kilka par znajomych oczu. Nie przejęła się jednak zbytnio nieoczekiwaną zmianą planów. W tej samej chwili zauważyła bowiem, że na skromnym podeście, który robił za scenę podczas okazjonalnie organizowanych w <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Dziurawym Kotle</span> występów artystycznych, rozkładają swoje instrumenty znajomi muzycy. <br />
<br />
"Zaprosili mnie, żebyśmy zagrali wspólnie kilka kameralnych koncertów, nie spodziewałam się, że nawiążemy współpracę na dłużej", wyjaśniła dawno niewidziana koleżanka, po tym jak już wyściskały się z Lorraine. Półwila przywitała się też z resztą muzyków. Oparta o pianino, przyglądała się, jak dostrajają się przed występem, rzucając zaklęcia nagłaśniające na instrumenty. Patrząc, jak koleżanka skupia się na poprawnym spleceniu czaru, nachyliła się nad klawiaturą pianina, aby pomóc jej dostroić je do swoich potrzeb. Jak gdyby od niechcenia wygrała jedną ręką motyw powtarzający się w refrenie ludowej przyśpiewki, która miała się znaleźć w dzisiejszym repertuarze. Zawsze lubiła jej słodkie i sentymentalne brzmienie, zachwycające były też słowa, proste, ale poruszające do głębi. Może dlatego natychmiast niemal poderwała głowę, gdy usłyszała, jak ktoś cicho mruczy pod nosem słowa przyśpiewki. Wytrenowanym uchem od razu szło poznać talent. Zaczęła szukać wzrokiem tego, kto zanucił piosenkę... Jeżeli słuch jej nie zawodził, głos niósł się od strony baru. Lorraine pożegnała się z muzykami, życząc im udanego występu, po czym udała się na poszukiwanie nieznajomej, w której drzemał ogromny talent. Nietrudno było ją znaleźć, bo chociaż szybko przestała nucić, w jej stronę zdążyło się już odwrócić kilka ciekawskich głów. Nie siedziała zresztą daleko. Lorraine przeszła między stolikami, kierując się w stronę baru, pozdrawiając skinieniem głowy tych, których znała... A znała tutaj wielu. Zatrzymała się nawet na krótką pogawędkę z lekko podchmieloną panią Fawkes, ale spojrzeniem wciąż uciekała w stronę baru, gdzie siedziała tajemnicza nieznajoma.<br />
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nie słyszałam jeszcze takiego głosu. Gdybyś zaśpiewała, to byłoby tak, jak gdyby śpiewała sama bogini</span> – rzuciła lekko Lorraine, przysiadając się do blondynki. Na jej ustach zajaśniał delikatny uśmiech. Przez chwilę po prostu przypatrywała się nieznajomej. Choć nie przestawała przesuwać czujnym spojrzeniem po jej twarzy, począwszy od zgrabnie wykrojonych ust aż po lśniące wesoło oczy, na których zatrzymała się wreszcie na dłużej jej uwaga, czuć było, że jest zwyczajnie ciekawa tego, kim jest siedząca obok kobieta. Lorraine miała dobrą pamięć do twarzy, a nie przypominała sobie, żeby wcześniej ją tutaj widziała. <br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Gdzie się tak długo chowałaś? Wiesz, jak bardzo brakuje nam naturalnych altów w kowenowym chórze?</span> – spytała z żartobliwą przyganą, rozpinając misternie zdobione, acz nieco już wytarte używaniem guziczki jasnego płaszcza, który odziedziczyła po starszej kuzynce. Chociaż miał ładną podbitkę, którą było widać, gdy poprawiła jego poły, usadowiwszy się na barowym stołku tak elegancko, jak to tylko było możliwe, płaszcz wydawał się zbyt zimny jak na tę pogodę. Może dlatego Lorraine nie zzuła go z siebie, a jedynie rozsupłała szal, który potem posłała zaklęciem w stronę stojącego w kącie wieszaka. Mimo że spędziła już w ciepłym wnętrzu baru trochę czasu, wciąż czuła się niedogrzana po tym jak przespacerowała się Pokątną w swym podszytym wiatrem płaszczu. <br />
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Panie Finn, podałby nam pan, proszę, tego nowego grzańca? Dla mnie, i dla...?</span> – Lorraine poruszyła znacząco brwiami, prowokując nieznajomą, żeby zdradziła swoją tożsamość. – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Ja stawiam</span> – dodała już ciszej, uśmiechając się szelmowsko. <br />
<br />
Zdołała pociągnąć jedynie malutki łyczek grzańca pachnącego goździkami, cynamonem i przyprawami korzennymi, wciąż bowiem znad kamionkowej szklanicy ulatywała para, a gorący napój parzył lekko spierzchnięte zimnem usta. Już poczuła jednak, jak ciepło rozlewa się powoli w jej ciele.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Spotkanie z nowym klientem miało się przesunąć, tak przynajmniej zakomunikował jej jeden z pająków, który już czekał na nią w <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Dziurawym Kotle</span>. Lorraine nie ryzykowała swoim bezpieczeństwem. Nawet, gdy spotykała się w miejscach publicznych, dbała o to, żeby czuwało nad nią kilka par znajomych oczu. Nie przejęła się jednak zbytnio nieoczekiwaną zmianą planów. W tej samej chwili zauważyła bowiem, że na skromnym podeście, który robił za scenę podczas okazjonalnie organizowanych w <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Dziurawym Kotle</span> występów artystycznych, rozkładają swoje instrumenty znajomi muzycy. <br />
<br />
"Zaprosili mnie, żebyśmy zagrali wspólnie kilka kameralnych koncertów, nie spodziewałam się, że nawiążemy współpracę na dłużej", wyjaśniła dawno niewidziana koleżanka, po tym jak już wyściskały się z Lorraine. Półwila przywitała się też z resztą muzyków. Oparta o pianino, przyglądała się, jak dostrajają się przed występem, rzucając zaklęcia nagłaśniające na instrumenty. Patrząc, jak koleżanka skupia się na poprawnym spleceniu czaru, nachyliła się nad klawiaturą pianina, aby pomóc jej dostroić je do swoich potrzeb. Jak gdyby od niechcenia wygrała jedną ręką motyw powtarzający się w refrenie ludowej przyśpiewki, która miała się znaleźć w dzisiejszym repertuarze. Zawsze lubiła jej słodkie i sentymentalne brzmienie, zachwycające były też słowa, proste, ale poruszające do głębi. Może dlatego natychmiast niemal poderwała głowę, gdy usłyszała, jak ktoś cicho mruczy pod nosem słowa przyśpiewki. Wytrenowanym uchem od razu szło poznać talent. Zaczęła szukać wzrokiem tego, kto zanucił piosenkę... Jeżeli słuch jej nie zawodził, głos niósł się od strony baru. Lorraine pożegnała się z muzykami, życząc im udanego występu, po czym udała się na poszukiwanie nieznajomej, w której drzemał ogromny talent. Nietrudno było ją znaleźć, bo chociaż szybko przestała nucić, w jej stronę zdążyło się już odwrócić kilka ciekawskich głów. Nie siedziała zresztą daleko. Lorraine przeszła między stolikami, kierując się w stronę baru, pozdrawiając skinieniem głowy tych, których znała... A znała tutaj wielu. Zatrzymała się nawet na krótką pogawędkę z lekko podchmieloną panią Fawkes, ale spojrzeniem wciąż uciekała w stronę baru, gdzie siedziała tajemnicza nieznajoma.<br />
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nie słyszałam jeszcze takiego głosu. Gdybyś zaśpiewała, to byłoby tak, jak gdyby śpiewała sama bogini</span> – rzuciła lekko Lorraine, przysiadając się do blondynki. Na jej ustach zajaśniał delikatny uśmiech. Przez chwilę po prostu przypatrywała się nieznajomej. Choć nie przestawała przesuwać czujnym spojrzeniem po jej twarzy, począwszy od zgrabnie wykrojonych ust aż po lśniące wesoło oczy, na których zatrzymała się wreszcie na dłużej jej uwaga, czuć było, że jest zwyczajnie ciekawa tego, kim jest siedząca obok kobieta. Lorraine miała dobrą pamięć do twarzy, a nie przypominała sobie, żeby wcześniej ją tutaj widziała. <br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Gdzie się tak długo chowałaś? Wiesz, jak bardzo brakuje nam naturalnych altów w kowenowym chórze?</span> – spytała z żartobliwą przyganą, rozpinając misternie zdobione, acz nieco już wytarte używaniem guziczki jasnego płaszcza, który odziedziczyła po starszej kuzynce. Chociaż miał ładną podbitkę, którą było widać, gdy poprawiła jego poły, usadowiwszy się na barowym stołku tak elegancko, jak to tylko było możliwe, płaszcz wydawał się zbyt zimny jak na tę pogodę. Może dlatego Lorraine nie zzuła go z siebie, a jedynie rozsupłała szal, który potem posłała zaklęciem w stronę stojącego w kącie wieszaka. Mimo że spędziła już w ciepłym wnętrzu baru trochę czasu, wciąż czuła się niedogrzana po tym jak przespacerowała się Pokątną w swym podszytym wiatrem płaszczu. <br />
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Panie Finn, podałby nam pan, proszę, tego nowego grzańca? Dla mnie, i dla...?</span> – Lorraine poruszyła znacząco brwiami, prowokując nieznajomą, żeby zdradziła swoją tożsamość. – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Ja stawiam</span> – dodała już ciszej, uśmiechając się szelmowsko. <br />
<br />
Zdołała pociągnąć jedynie malutki łyczek grzańca pachnącego goździkami, cynamonem i przyprawami korzennymi, wciąż bowiem znad kamionkowej szklanicy ulatywała para, a gorący napój parzył lekko spierzchnięte zimnem usta. Już poczuła jednak, jak ciepło rozlewa się powoli w jej ciele.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[12.10.1972] This meeting could have been an owl | Benjy, Geraldine]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5478</link>
			<pubDate>Sat, 13 Dec 2025 01:44:11 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=544">Benjy Fenwick</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5478</guid>
			<description><![CDATA[Pojawiłem się w Dziurawym Kotle wcześniej, niż było to konieczne. Wczesny październikowy wieczór wlepił się w Londyn mglistym chłodem i wilgocią - taką, która wchodziła pod płaszcz bez pytania o pozwolenie. Drzwi lokalu zamknęły się za mną z tym samym znajomym jękiem zawiasów, a ja od razu wiedziałem, gdzie jestem, metaforycznie, ponieważ powietrze miało ciężar bardzo konkretnego wspomnienia - grzaniec winny - ten sam zapach przypraw, cynamon, goździki, pomarańcze nuta czegoś słodkiego, co zawsze udawało niewinność, chociaż wszyscy wiedzieli, że to kłamstwo. Poprzednim razem spiłem się nim bardziej, niż to było wskazane - i o ile w tamtym momencie czułem się świetnie, miałem bardzo dobry humor i spędziłem naprawdę dobry wieczór, o tyle rano czułem się już nie jak król, a jak ślepy nietoperz obudzony w bardzo słoneczny dzień. Tym razem nie miałem zamiaru się na to nabierać, przynajmniej nie od razu - już miałem darować sobie zamawianie czegokolwiek, kiedy zauważyłem kredową tabliczkę za barem - polecali nową wersję grzanego wina, jak poprzednio, na które zamierzałem machnąć na niego ręką, ale wtedy dostrzegłem dopisek - wersja bezalkoholowa i  wariant na białym winie. Uśmiechnąłem się pod nosem, krótko, bez radości, raczej z uznaniem dla czyjejś przezorności. <br />
Zmieniłem zdanie szybciej, niż zdążyłem się za to skarcić. Zamówiłem grzane białe wino dla siebie i bezalkoholowy grzaniec dla Geraldine, aby zachować pozory towarzyskiego spotkania. Wiedziałem, że grzeją tu tak, jakby chcieli napojami wypalać klątwy, więc nawet jeśli miała się chwilę spóźnić - a było jeszcze przed czasem - grzańce nie zdążą wystygnąć. To była ta drobna logistyka, o której się nie mówiło, ale która robiła różnicę, kiedy noc zapowiadała się długa. <br />
Zawiesiłem płaszcz na oparciu krzesła i rozejrzałem się po lokalu - niewiele się zmieniło od mojej ostatniej wizyty dosłownie dwa dni temu, chociaż zapowiadano tu jesienne przemeblowanie z uwagi na coraz większe obłożenie, tymczasem powitały mnie te same krzywe stoły, to samo światło, które nigdy nie było do końca jasne, nawet przy świecach. Ludzie siedzieli bliżej siebie niż zwykle, jakby chłód z zewnątrz próbował wedrzeć się do środka i trzeba było go odeprzeć ciepłem cudzych ramion i kufli, ale stolików wcale nie było więcej - cudem udało mi się znaleźć jeden wolny, na szczęście w samym kącie sali - niestety głównej, bo do bocznych nie wepchnąłbym się, choćbym chciał, nawet bokiem. Usiadłem plecami do ściany, zawsze tak siadałem - widzieć wszystko, nie być widzianym - stary nawyk, nie widziałem powodu, żeby się go pozbywać. <br />
Czekałem spokojnie, dokładnie tam, gdzie planowałem, zacisnąłem palce na ciepłym kubku, czując, jak szkło oddawało żar. Upiłem odrobinę zawartości wysokiego kufla i uniosłem wzrok, gotów w jednej chwili odłożyć myśli i przejść do rzeczy. Byłem punktualny, tym razem nawet nadmiernie, to akurat potrafiłem, gdy byłem w formie. Gerda miała dołączyć za chwilę, a ja wiedziałem tylko tyle, że nocne zlecenie zacznie się od rozmowy, nie od ruchu - ktoś, gdzieś, jakieś ustalenia - tyle wystarczyło, skoro miałem być jej partnerem w pracy, a ona nie napisała nic więcej, nie czułem potrzeby dopytywania. Zaufanie bywało czasem jedyną walutą, która nie traciła wartości po zmroku.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Pojawiłem się w Dziurawym Kotle wcześniej, niż było to konieczne. Wczesny październikowy wieczór wlepił się w Londyn mglistym chłodem i wilgocią - taką, która wchodziła pod płaszcz bez pytania o pozwolenie. Drzwi lokalu zamknęły się za mną z tym samym znajomym jękiem zawiasów, a ja od razu wiedziałem, gdzie jestem, metaforycznie, ponieważ powietrze miało ciężar bardzo konkretnego wspomnienia - grzaniec winny - ten sam zapach przypraw, cynamon, goździki, pomarańcze nuta czegoś słodkiego, co zawsze udawało niewinność, chociaż wszyscy wiedzieli, że to kłamstwo. Poprzednim razem spiłem się nim bardziej, niż to było wskazane - i o ile w tamtym momencie czułem się świetnie, miałem bardzo dobry humor i spędziłem naprawdę dobry wieczór, o tyle rano czułem się już nie jak król, a jak ślepy nietoperz obudzony w bardzo słoneczny dzień. Tym razem nie miałem zamiaru się na to nabierać, przynajmniej nie od razu - już miałem darować sobie zamawianie czegokolwiek, kiedy zauważyłem kredową tabliczkę za barem - polecali nową wersję grzanego wina, jak poprzednio, na które zamierzałem machnąć na niego ręką, ale wtedy dostrzegłem dopisek - wersja bezalkoholowa i  wariant na białym winie. Uśmiechnąłem się pod nosem, krótko, bez radości, raczej z uznaniem dla czyjejś przezorności. <br />
Zmieniłem zdanie szybciej, niż zdążyłem się za to skarcić. Zamówiłem grzane białe wino dla siebie i bezalkoholowy grzaniec dla Geraldine, aby zachować pozory towarzyskiego spotkania. Wiedziałem, że grzeją tu tak, jakby chcieli napojami wypalać klątwy, więc nawet jeśli miała się chwilę spóźnić - a było jeszcze przed czasem - grzańce nie zdążą wystygnąć. To była ta drobna logistyka, o której się nie mówiło, ale która robiła różnicę, kiedy noc zapowiadała się długa. <br />
Zawiesiłem płaszcz na oparciu krzesła i rozejrzałem się po lokalu - niewiele się zmieniło od mojej ostatniej wizyty dosłownie dwa dni temu, chociaż zapowiadano tu jesienne przemeblowanie z uwagi na coraz większe obłożenie, tymczasem powitały mnie te same krzywe stoły, to samo światło, które nigdy nie było do końca jasne, nawet przy świecach. Ludzie siedzieli bliżej siebie niż zwykle, jakby chłód z zewnątrz próbował wedrzeć się do środka i trzeba było go odeprzeć ciepłem cudzych ramion i kufli, ale stolików wcale nie było więcej - cudem udało mi się znaleźć jeden wolny, na szczęście w samym kącie sali - niestety głównej, bo do bocznych nie wepchnąłbym się, choćbym chciał, nawet bokiem. Usiadłem plecami do ściany, zawsze tak siadałem - widzieć wszystko, nie być widzianym - stary nawyk, nie widziałem powodu, żeby się go pozbywać. <br />
Czekałem spokojnie, dokładnie tam, gdzie planowałem, zacisnąłem palce na ciepłym kubku, czując, jak szkło oddawało żar. Upiłem odrobinę zawartości wysokiego kufla i uniosłem wzrok, gotów w jednej chwili odłożyć myśli i przejść do rzeczy. Byłem punktualny, tym razem nawet nadmiernie, to akurat potrafiłem, gdy byłem w formie. Gerda miała dołączyć za chwilę, a ja wiedziałem tylko tyle, że nocne zlecenie zacznie się od rozmowy, nie od ruchu - ktoś, gdzieś, jakieś ustalenia - tyle wystarczyło, skoro miałem być jej partnerem w pracy, a ona nie napisała nic więcej, nie czułem potrzeby dopytywania. Zaufanie bywało czasem jedyną walutą, która nie traciła wartości po zmroku.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[11.10.1972] it smells like Yule | Prue, Benjy]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5468</link>
			<pubDate>Fri, 12 Dec 2025 22:33:25 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=453">Prudence Fenwick</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5468</guid>
			<description><![CDATA[<p>Zbliżał się wieczór, latarnie już oświetlały okolicę z racji na to, że dosyć wcześnie robiło się ciemno. Październik na dobre rozgościł się w Londynie, przyniósł ze sobą chłodne powietrze i krótkie dni. Nie, żeby to jej przeszkadzało. Prudence lubiła otaczać się ciemnością, była ich sprzymierzeńcem, jakby nie patrzeć łatwo wtedy mogli przemykać uliczkami stolicy, nikt nie zwracał na nich uwagi, nie rzucali się w oczy.</p>
<p>Wsunęła rękę pod ramię męża, męża, nadal nie do końca przywykła do tego, żeby go nazywać w ten sposób, było to nowe, pewnie w końcu się przyzwyczai, jednak nie zakładała tego, że uda im się kiedykolwiek dojść do tego momentu w życiu. Chciała tego okropnie, ale nie sądziła, że w ogóle jest to możliwe. Benjy jednak szedł tuż obok niej, czuła pod ręką ciepło jego ciała, naprawdę był tutaj z nią i miało być tak już zawsze. Na zawsze jednak miało sens w ich przypadku.</p>
<p>Mimowolnie się uśmiechała, naprawdę była szczęśliwa, tak jak nigdy wcześniej, jakże mogłoby być inaczej skoro poślubiła człowieka, który od zawsze był jej bliski, którego kochała od lat, mimo, że przez tyle czasu nie był obecny w jej życiu. Wystarczyło jednak, że wrócił, pojawił się obok, a wszystko się w niej obudziło, znowu czuła się wyjątkowa, zawsze na nią patrzył inaczej niż inni. Wybrał ją, postanowił zostać w miejscu, które zdecydowanie nie było jego miejscem na ziemi, wziął z nią ślub i już zawsze miał być gdzieś obok.</p>
<p>Spojrzała na twarz Benjy’ego kątem oka, lubiła na niego patrzeć, trudno jej było odwrócić wzrok, kiedy znajdował się tuż obok niej, musiała się jednak skupić na tym, by potknąć się o nierówną kostkę brukową, czy krawężnik, chociaż tak właściwie to nie musiała, bo przecież był tuż obok, gdyby się potknęła to na pewno by ją złapał, jak kiedyś. Zaśmiała się cicho sama do siebie na tę myśl.</p>
<p>Przechodzili koło Dziurawego Kotła, z wnętrza baru uderzył w nich zapach cynamonu, pomarańczy, goździków. Wina, grzanego wina. To zdecydowanie było ono. Spowodowało to, że Prue zatrzymała się na moment, uniosła głowę, spojrzała na swojego męża, wpatrywała się w niego dłuższą chwilę.</p>
<p><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – Czy miałbyś coś przeciwko temu, żebyśmy weszli tutaj na chwilę, ten zapach spowodował, że mam chęć sprawdzić tegorocznego grzańca, jestem ciekawa, czy jest lepszy od tego z poprzedniego roku.</span> – Nie sądziła, że Benjy jej odmówi, zrobiła te swoje słodkie oczka niczym sarenka, co zdarzało się naprawdę rzadko, właściwie to tylko wtedy gdy jej na czymś bardzo mocno zależało, a ten intensywny zapach spowodował, że nie mogła się powstrzymać przed wejściem do środka. Oczywiście, że zapytała go o zdanie, chyba jej nie odmówi, tym bardziej, że się nigdzie nie spieszyli, prawda?</p>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Zbliżał się wieczór, latarnie już oświetlały okolicę z racji na to, że dosyć wcześnie robiło się ciemno. Październik na dobre rozgościł się w Londynie, przyniósł ze sobą chłodne powietrze i krótkie dni. Nie, żeby to jej przeszkadzało. Prudence lubiła otaczać się ciemnością, była ich sprzymierzeńcem, jakby nie patrzeć łatwo wtedy mogli przemykać uliczkami stolicy, nikt nie zwracał na nich uwagi, nie rzucali się w oczy.</p>
<p>Wsunęła rękę pod ramię męża, męża, nadal nie do końca przywykła do tego, żeby go nazywać w ten sposób, było to nowe, pewnie w końcu się przyzwyczai, jednak nie zakładała tego, że uda im się kiedykolwiek dojść do tego momentu w życiu. Chciała tego okropnie, ale nie sądziła, że w ogóle jest to możliwe. Benjy jednak szedł tuż obok niej, czuła pod ręką ciepło jego ciała, naprawdę był tutaj z nią i miało być tak już zawsze. Na zawsze jednak miało sens w ich przypadku.</p>
<p>Mimowolnie się uśmiechała, naprawdę była szczęśliwa, tak jak nigdy wcześniej, jakże mogłoby być inaczej skoro poślubiła człowieka, który od zawsze był jej bliski, którego kochała od lat, mimo, że przez tyle czasu nie był obecny w jej życiu. Wystarczyło jednak, że wrócił, pojawił się obok, a wszystko się w niej obudziło, znowu czuła się wyjątkowa, zawsze na nią patrzył inaczej niż inni. Wybrał ją, postanowił zostać w miejscu, które zdecydowanie nie było jego miejscem na ziemi, wziął z nią ślub i już zawsze miał być gdzieś obok.</p>
<p>Spojrzała na twarz Benjy’ego kątem oka, lubiła na niego patrzeć, trudno jej było odwrócić wzrok, kiedy znajdował się tuż obok niej, musiała się jednak skupić na tym, by potknąć się o nierówną kostkę brukową, czy krawężnik, chociaż tak właściwie to nie musiała, bo przecież był tuż obok, gdyby się potknęła to na pewno by ją złapał, jak kiedyś. Zaśmiała się cicho sama do siebie na tę myśl.</p>
<p>Przechodzili koło Dziurawego Kotła, z wnętrza baru uderzył w nich zapach cynamonu, pomarańczy, goździków. Wina, grzanego wina. To zdecydowanie było ono. Spowodowało to, że Prue zatrzymała się na moment, uniosła głowę, spojrzała na swojego męża, wpatrywała się w niego dłuższą chwilę.</p>
<p><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – Czy miałbyś coś przeciwko temu, żebyśmy weszli tutaj na chwilę, ten zapach spowodował, że mam chęć sprawdzić tegorocznego grzańca, jestem ciekawa, czy jest lepszy od tego z poprzedniego roku.</span> – Nie sądziła, że Benjy jej odmówi, zrobiła te swoje słodkie oczka niczym sarenka, co zdarzało się naprawdę rzadko, właściwie to tylko wtedy gdy jej na czymś bardzo mocno zależało, a ten intensywny zapach spowodował, że nie mogła się powstrzymać przed wejściem do środka. Oczywiście, że zapytała go o zdanie, chyba jej nie odmówi, tym bardziej, że się nigdzie nie spieszyli, prawda?</p>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[18.10.72]  Jonathan & Mona & Robert]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5476</link>
			<pubDate>Fri, 12 Dec 2025 18:22:43 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=448">Jonathan Selwyn</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5476</guid>
			<description><![CDATA[– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">W każdym razie naprawdę nie wiem, czy ponownie zdecydować się na złote dekoracje w domu, czy może jednak zaryzykować ze srebrnymi. Tylko, że srebrne dekoracje nie raz oziębiają całe pomieszczenie, nie sądzicie? Są lepsze na jakieś przyjęcie, a nie do domu. Na przykład cały czas strasznie żałuję, że mój ślub z Lottie nie miał miejsca w zimie i nie mogliśmy zrobić takiego tematu przewodniego, jak Lodowa Kraina</span> – mówił Jonathan, gdy wraz z Moną i Robertem udali się pewnego dnia po pracy do Dziurawego Kotła, aby napić się korzennego grzańca, którego receptura była podobno cały czas ulepszana, a pracownicy z chęcią przygarnęliby pomocne uwagi. Podszedł do lady i zamówił napoje dla ich trójki, po czym przez chwilę wpatrywał się w podany im napitek, a do jego głowy zakradła się głupia myśl, że Anthony zapewne doceniłby wesele w  srebrnych kolorach.<br />
Szybko przeniósł spojrzenie na kuzynów i z uśmiechem uniósł naczynie do góry.<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">No to co moi drodzy? Za to aby kwestie kolorów ornamentów i ogólnej świątecznej estetyki były jedynym problemem tegorocznych Yule</span> – <span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">wzniósł toast, a następnie wziął spory łyk grzańca i zmarszczył brwi.</span> Był... Dobry. Korzenny, jak powinien. Robert i Mona mogli przez chwilę obserwować jak wyraz twarzy <span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">Jonathana co chwila zmienia się, gdy Selwyn próbował zrozumieć swoje własne odczucia wobec tego trunku, aż w końcu po prostu upij jeszcze trochę grzańca.</span> – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Jest w porządku, chociaż dodałbym więcej cynamonu, bo mam wrażenie, że mimo wszystko smakuje odrobinę jak nie w pełni wykorzystane możliwości.</span>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">W każdym razie naprawdę nie wiem, czy ponownie zdecydować się na złote dekoracje w domu, czy może jednak zaryzykować ze srebrnymi. Tylko, że srebrne dekoracje nie raz oziębiają całe pomieszczenie, nie sądzicie? Są lepsze na jakieś przyjęcie, a nie do domu. Na przykład cały czas strasznie żałuję, że mój ślub z Lottie nie miał miejsca w zimie i nie mogliśmy zrobić takiego tematu przewodniego, jak Lodowa Kraina</span> – mówił Jonathan, gdy wraz z Moną i Robertem udali się pewnego dnia po pracy do Dziurawego Kotła, aby napić się korzennego grzańca, którego receptura była podobno cały czas ulepszana, a pracownicy z chęcią przygarnęliby pomocne uwagi. Podszedł do lady i zamówił napoje dla ich trójki, po czym przez chwilę wpatrywał się w podany im napitek, a do jego głowy zakradła się głupia myśl, że Anthony zapewne doceniłby wesele w  srebrnych kolorach.<br />
Szybko przeniósł spojrzenie na kuzynów i z uśmiechem uniósł naczynie do góry.<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">No to co moi drodzy? Za to aby kwestie kolorów ornamentów i ogólnej świątecznej estetyki były jedynym problemem tegorocznych Yule</span> – <span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">wzniósł toast, a następnie wziął spory łyk grzańca i zmarszczył brwi.</span> Był... Dobry. Korzenny, jak powinien. Robert i Mona mogli przez chwilę obserwować jak wyraz twarzy <span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">Jonathana co chwila zmienia się, gdy Selwyn próbował zrozumieć swoje własne odczucia wobec tego trunku, aż w końcu po prostu upij jeszcze trochę grzańca.</span> – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Jest w porządku, chociaż dodałbym więcej cynamonu, bo mam wrażenie, że mimo wszystko smakuje odrobinę jak nie w pełni wykorzystane możliwości.</span>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[22.09.72] Zapach cynamonu]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5474</link>
			<pubDate>Fri, 12 Dec 2025 18:10:35 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=201">Cathal Shafiq</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5474</guid>
			<description><![CDATA[Cathal teleportował ich w pobliżu Dziurawego Kotła na Pokątnej – kolejna nieprzyjemna dla McGonagall podróż, chociaż tyle dobrego dla niej, że stąd już mieli zabrać się za pomocą sieci Fiuu. Odczekał aż doszła do siebie, grzecznie przypatrując się w mur, dzielący Pokątną od najsłynniejszego bodaj w Londynie magicznego pubu, a potem wszedł do środka.<br />
W Mabon spodziewałby się normalnie tłumów, ale być może ludzie spędzali ten dzień w domach z rodzinami, a może spodziewali się jakiegoś końca świata przy okazji sabatu, bo bez większego trudu znaleźli wolny stolik. Wnętrze, ku pewnemu zaskoczeniu Shafiqa, wypełniał zapach korzennych przypraw oraz grzanego wina – kojarzył Dziurawy Kocioł raczej z nieco innymi woniami. Przede wszystkim rozlanego tu i ówdzie piwa.<br />
Być może chwytali się wszystkich sposobów, aby przyciągnąć z powrotem klientów, ostatnio mało chętnych do wychodzenia z domu i to między innymi stąd testy grzańca, tak dobrze sprawdzającego się w chłodne jesienne wieczory i mroźne, zimowe noce? Ale Shafiq nie zamierzał narzekać: lubił wszystko, co nowe. A w Egipcie co jak co, ale grzaniec nie należał do najpopularniejszych napitków, nie pił więc go… zamarł na moment, gdy powróciło do niego wspomnienie grzańca, które zafundowano mu, gdy rok temu przyjechał do Anglii dosłownie na trzy grudniowe dni, by załatwić trochę formalności w pobliżu Yule. A potem umysł podsunął usłużnie wspomnienie kolorowej choinki na Pokątnej.<br />
Ciekawe czy w tym roku też znajdą dość odwagi, aby ją wystawić – i czy śmierciożercy postanowią się jej pozbyć.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – Jakieś specjalne życzenia?</span> – spytał, zanim podszedł do kontuaru, aby poprosić o kufel grzanego wina dla siebie, a dla niej to, czego sobie zażyczyła. Wrócił do stolika po chwili, bardzo ostrożnie siadając na krześle, jakby się bał, że to się pod nim zawali, a potem upił niewielki łyk. Sparzył mu wargi i język, i dopiero po paru sekundach poczuł smak. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – Przesadzili z cynamonem</span> – ocenił.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Cathal teleportował ich w pobliżu Dziurawego Kotła na Pokątnej – kolejna nieprzyjemna dla McGonagall podróż, chociaż tyle dobrego dla niej, że stąd już mieli zabrać się za pomocą sieci Fiuu. Odczekał aż doszła do siebie, grzecznie przypatrując się w mur, dzielący Pokątną od najsłynniejszego bodaj w Londynie magicznego pubu, a potem wszedł do środka.<br />
W Mabon spodziewałby się normalnie tłumów, ale być może ludzie spędzali ten dzień w domach z rodzinami, a może spodziewali się jakiegoś końca świata przy okazji sabatu, bo bez większego trudu znaleźli wolny stolik. Wnętrze, ku pewnemu zaskoczeniu Shafiqa, wypełniał zapach korzennych przypraw oraz grzanego wina – kojarzył Dziurawy Kocioł raczej z nieco innymi woniami. Przede wszystkim rozlanego tu i ówdzie piwa.<br />
Być może chwytali się wszystkich sposobów, aby przyciągnąć z powrotem klientów, ostatnio mało chętnych do wychodzenia z domu i to między innymi stąd testy grzańca, tak dobrze sprawdzającego się w chłodne jesienne wieczory i mroźne, zimowe noce? Ale Shafiq nie zamierzał narzekać: lubił wszystko, co nowe. A w Egipcie co jak co, ale grzaniec nie należał do najpopularniejszych napitków, nie pił więc go… zamarł na moment, gdy powróciło do niego wspomnienie grzańca, które zafundowano mu, gdy rok temu przyjechał do Anglii dosłownie na trzy grudniowe dni, by załatwić trochę formalności w pobliżu Yule. A potem umysł podsunął usłużnie wspomnienie kolorowej choinki na Pokątnej.<br />
Ciekawe czy w tym roku też znajdą dość odwagi, aby ją wystawić – i czy śmierciożercy postanowią się jej pozbyć.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – Jakieś specjalne życzenia?</span> – spytał, zanim podszedł do kontuaru, aby poprosić o kufel grzanego wina dla siebie, a dla niej to, czego sobie zażyczyła. Wrócił do stolika po chwili, bardzo ostrożnie siadając na krześle, jakby się bał, że to się pod nim zawali, a potem upił niewielki łyk. Sparzył mu wargi i język, i dopiero po paru sekundach poczuł smak. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – Przesadzili z cynamonem</span> – ocenił.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[11.10.1972] Red, red wine]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5472</link>
			<pubDate>Fri, 12 Dec 2025 13:38:34 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=413">Hannibal Selwyn</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5472</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b"> 11.10.1972, wieczór<br />
Dziurawy Kocioł</div>
<br />
Trzeci weekend grania Ekstazy Merlina zapowiadał się znacznie spokojniej, niż pierwszy - premierowy i okraszony niespodziewanymi turbulencjami emocjonalnymi - i drugi - kiedy Hannibal musiał pogodzić występy w piątek i niedzielę z udziałem w balu maskowym. Na tyle spokojniej, że aktor z radością powitał propozycję przyjaciół, żeby dołączyć do nich w Dziurawym Kotle. Podobno serwowali tam jakieś nowe drinki. <br />
<br />
Zszedł ze sceny około dziewiątej wieczorem, brudny od sztucznej krwi, spocony i zmęczony, ale za to nagrodzony owacjami i z poczuciem dobrze wykonanego artystycznego obowiązku. Doprowadził się to jako tako akceptowalnego w towarzystwie stanu, przebrał w czyste i wygodne ubranie i już niecałe trzy kwadranse później wmaszerował do zalanego ciepłym blaskiem i wypełnionego gwarem wnętrza pubu. Rozejrzał się w poszukiwaniu znajomych twarzy, a dostrzegłszy je, przecisnął się w tamtą stronę między stolikami.<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Ufff -</span> opadł z sapnięciem na wolne krzesło <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Jak tam? Co dzisiaj pijemy?</span><br />
Nawiązał kontakt wzrokowy z kelnerką, zrobił minę człowieka, który napotkał oazę na pustyni. Podziałało. <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- Polecam nasz zestaw degustacyjny grzańców, to eksperymentalne receptury, potem możecie państwo wypełnić ankietę i zagłosować na najlepszą, która w grudniu wejdzie do stałej oferty -</span></span> wyrecytowała dziewczyna. Selwyn uśmiechnął się do niej słodko.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Poproszę. I co pani poleca do jedzenia? </span><br />
Obiad był dawno i lekki, a on miał za sobą ponad dwie godziny grania i tańczenia, i jego żołądek upominał się o swoje prawa już podczas ostatniego aktu. Drobne przekąski, które ktoś zawsze przynosił za kulisy, mogły tylko tymczasowo uciszyć głód, teraz potrzebował czegoś konkretniejszego. <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Ryba z frytkami, brzmi doskonale -</span> zgodził się, nie przejmując zbytnio tym, że danie całkiem nie pasowało do grzanego wina. Odprowadził kelnerkę wzrokiem, a gdy zniknęła za drzwiami do kuchni, oznajmił:<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Sorry, ale będę jadł, zawsze po Ekstazie umieram z głodu!</span><br />
<br />
<span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">Dziewczyną wróciła podejrzanie szybko z tacą pełną parujących kubeczków, z których trzy znalazły się  przed Hannibalem. Uniósł pierwszy z nich w toaście i upił solidny łyk. Trunek był słodki - zbyt słodki, ale Selwyn nie zamierzał narzekać. Mruknął tylko coś nieartykułowanego.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Dobry, ale mógłby być bardziej doprawiony -</span> zawyrokował w końcu.</span>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b"> 11.10.1972, wieczór<br />
Dziurawy Kocioł</div>
<br />
Trzeci weekend grania Ekstazy Merlina zapowiadał się znacznie spokojniej, niż pierwszy - premierowy i okraszony niespodziewanymi turbulencjami emocjonalnymi - i drugi - kiedy Hannibal musiał pogodzić występy w piątek i niedzielę z udziałem w balu maskowym. Na tyle spokojniej, że aktor z radością powitał propozycję przyjaciół, żeby dołączyć do nich w Dziurawym Kotle. Podobno serwowali tam jakieś nowe drinki. <br />
<br />
Zszedł ze sceny około dziewiątej wieczorem, brudny od sztucznej krwi, spocony i zmęczony, ale za to nagrodzony owacjami i z poczuciem dobrze wykonanego artystycznego obowiązku. Doprowadził się to jako tako akceptowalnego w towarzystwie stanu, przebrał w czyste i wygodne ubranie i już niecałe trzy kwadranse później wmaszerował do zalanego ciepłym blaskiem i wypełnionego gwarem wnętrza pubu. Rozejrzał się w poszukiwaniu znajomych twarzy, a dostrzegłszy je, przecisnął się w tamtą stronę między stolikami.<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Ufff -</span> opadł z sapnięciem na wolne krzesło <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Jak tam? Co dzisiaj pijemy?</span><br />
Nawiązał kontakt wzrokowy z kelnerką, zrobił minę człowieka, który napotkał oazę na pustyni. Podziałało. <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- Polecam nasz zestaw degustacyjny grzańców, to eksperymentalne receptury, potem możecie państwo wypełnić ankietę i zagłosować na najlepszą, która w grudniu wejdzie do stałej oferty -</span></span> wyrecytowała dziewczyna. Selwyn uśmiechnął się do niej słodko.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Poproszę. I co pani poleca do jedzenia? </span><br />
Obiad był dawno i lekki, a on miał za sobą ponad dwie godziny grania i tańczenia, i jego żołądek upominał się o swoje prawa już podczas ostatniego aktu. Drobne przekąski, które ktoś zawsze przynosił za kulisy, mogły tylko tymczasowo uciszyć głód, teraz potrzebował czegoś konkretniejszego. <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Ryba z frytkami, brzmi doskonale -</span> zgodził się, nie przejmując zbytnio tym, że danie całkiem nie pasowało do grzanego wina. Odprowadził kelnerkę wzrokiem, a gdy zniknęła za drzwiami do kuchni, oznajmił:<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Sorry, ale będę jadł, zawsze po Ekstazie umieram z głodu!</span><br />
<br />
<span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">Dziewczyną wróciła podejrzanie szybko z tacą pełną parujących kubeczków, z których trzy znalazły się  przed Hannibalem. Uniósł pierwszy z nich w toaście i upił solidny łyk. Trunek był słodki - zbyt słodki, ale Selwyn nie zamierzał narzekać. Mruknął tylko coś nieartykułowanego.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Dobry, ale mógłby być bardziej doprawiony -</span> zawyrokował w końcu.</span>]]></content:encoded>
		</item>
	</channel>
</rss>