<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0" xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">
	<channel>
		<title><![CDATA[Secrets of London - Fontanna Szczęśliwego Losu]]></title>
		<link>https://secretsoflondon.pl/</link>
		<description><![CDATA[Secrets of London - https://secretsoflondon.pl]]></description>
		<pubDate>Sat, 18 Apr 2026 04:28:47 +0000</pubDate>
		<generator>MyBB</generator>
		<item>
			<title><![CDATA[[08.9.72, Spalona Noc] Just keep your eyes open | Morpheus & Jonathan]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4699</link>
			<pubDate>Mon, 07 Apr 2025 21:38:36 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=448">Jonathan Selwyn</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4699</guid>
			<description><![CDATA[Sytuacja, jak się w sumie można było spodziewać, z każdą kolejną chwilą robiła się coraz bardziej dramatyczna, nawet jeśli Jonathan mógł mieć pewność, że przynajmniej część osób z jego rodziny będzie bezpieczna.  O ile nie postanowią zrobić niczego głupiego.<br />
<br />
Oczywiście, że nie zamierzał wracać do Ministerstwa Magii, aby tam wszystko bezpiecznie przeczekać. Musiał pomóc Zakonowi, nie ważne czy pewnym czarodziejom się to podobało, czy też nie. Zwłaszcza teraz, gdy był na zewnątrz i widział co się działo na własne oczy, a to było...<br />
Zazwyczaj potrafił znaleźć słowa na każdą okazję.<br />
Tutaj jednak… Tutaj widząc ogień i czując wszędzie oplatający cały Londyn dym, po prostu zaniemówił i to bynajmniej nie z zachwytu. <br />
<br />
Nie zamierzał jednak stać i "podziwiać widoków”. Miał rzeczy do załatwienia. Po pierwsze musiał dowiedzieć się więcej o tej całej sprawie, a po drugie musiał zlokalizować Morpheusa. I właśnie kiedy szedł w stronę Fontanny Szczęścia, by spróbować zdobyć więcej jakichkolwiek informacji minął go całkiem żywo wyglądający Morpheus krzycząc, że zaraz go dogoni.<br />
<br />
Dobrze. Czyli przynajmniej wiedział już, że się nie mylił i Longbottomowie rzeczywiście nie umierali tak szybko.<br />
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Na bogów, Morphy! Co ci się stało? Wyglądasz jak naburmuszony orzeł, który poszedł na szalenie nieudaną randkę z feniksem</span> – wykrzyknął widząc przy fontannie… Morpheusa.  Z tym, że ten Morpheus różnił się od Morpheusa sprzed kilku chwil zdecydowanie większym stopniem bycia atakowanym przez życie. Ale żył!<br />
<br />
Jonathan szybko pokonał dzielący ich dystans i objął przyjaciela.<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Cieszę się, że żyjesz. Martwiliśmy się. Co się stało? Co <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">ci</span> się stało. Widziałeś się z kimś? Jak reszta rodziny?  Rita, Jessie i Benji są bezpieczni. Lottie poszła szukać Jessiego, ale znalazłem go z Ritą pierwsi, a ten twój przyjaciel Tony poszedł szukać Theo. Ma eliksir ogniodporny.</span>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Sytuacja, jak się w sumie można było spodziewać, z każdą kolejną chwilą robiła się coraz bardziej dramatyczna, nawet jeśli Jonathan mógł mieć pewność, że przynajmniej część osób z jego rodziny będzie bezpieczna.  O ile nie postanowią zrobić niczego głupiego.<br />
<br />
Oczywiście, że nie zamierzał wracać do Ministerstwa Magii, aby tam wszystko bezpiecznie przeczekać. Musiał pomóc Zakonowi, nie ważne czy pewnym czarodziejom się to podobało, czy też nie. Zwłaszcza teraz, gdy był na zewnątrz i widział co się działo na własne oczy, a to było...<br />
Zazwyczaj potrafił znaleźć słowa na każdą okazję.<br />
Tutaj jednak… Tutaj widząc ogień i czując wszędzie oplatający cały Londyn dym, po prostu zaniemówił i to bynajmniej nie z zachwytu. <br />
<br />
Nie zamierzał jednak stać i "podziwiać widoków”. Miał rzeczy do załatwienia. Po pierwsze musiał dowiedzieć się więcej o tej całej sprawie, a po drugie musiał zlokalizować Morpheusa. I właśnie kiedy szedł w stronę Fontanny Szczęścia, by spróbować zdobyć więcej jakichkolwiek informacji minął go całkiem żywo wyglądający Morpheus krzycząc, że zaraz go dogoni.<br />
<br />
Dobrze. Czyli przynajmniej wiedział już, że się nie mylił i Longbottomowie rzeczywiście nie umierali tak szybko.<br />
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Na bogów, Morphy! Co ci się stało? Wyglądasz jak naburmuszony orzeł, który poszedł na szalenie nieudaną randkę z feniksem</span> – wykrzyknął widząc przy fontannie… Morpheusa.  Z tym, że ten Morpheus różnił się od Morpheusa sprzed kilku chwil zdecydowanie większym stopniem bycia atakowanym przez życie. Ale żył!<br />
<br />
Jonathan szybko pokonał dzielący ich dystans i objął przyjaciela.<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Cieszę się, że żyjesz. Martwiliśmy się. Co się stało? Co <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">ci</span> się stało. Widziałeś się z kimś? Jak reszta rodziny?  Rita, Jessie i Benji są bezpieczni. Lottie poszła szukać Jessiego, ale znalazłem go z Ritą pierwsi, a ten twój przyjaciel Tony poszedł szukać Theo. Ma eliksir ogniodporny.</span>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[01/09/1972] Byle do jedenastej || elias & romulus]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4623</link>
			<pubDate>Sat, 22 Mar 2025 22:25:38 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=549">Elias Bletchley</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4623</guid>
			<description><![CDATA[<div style="overflow-x: auto;"><table><tr><td>
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><span style="font-size: 15pt;" class="mycode_size">—01/09/1972—</span><br />
<span style="font-size: 10pt;" class="mycode_size">Fontanna Szczęśliwego Losu, Aleja Horyzontalna</span><br />
<span style="font-size: 8pt;" class="mycode_size">Elias Bletchley &amp; Romulus Potter</span></div>
</td></tr></table></div>
<br />
<div style="overflow-x: auto;"><table><tr><td>Gdyby społeczeństwo doceniało prawdziwe cierpienie i determinacje innych ludzi, to Elias na koniec tego dnia powinien zostać orderem najwyższej odwagi. Albo nieskończenie wielkiej mądrości i cierpliwości. I to wszystko za to, że udało mu się przebić przez ten <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">ludzki ocean</span>, jaki buszował po całej Pokątnej i Horyzontalnej zaledwie parę godzin przed odjazdem pociągu do Hogwartu. Pierwszy września, psia mać. Chociaż sytuacja w ''Fontannie'' wydawała się wcale nie być o wiele lepsza, Bletchley postanowił jednak wejść do środka, gdy dostrzegł przy kontuarze znajomą sylwetkę.<br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nawet nie zdajesz sobie sprawy z tego, jak bardzo <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">cieszę się</span> z tego, że dzisiaj nie pracuje. Przecież to jakieś czyste szaleństwo z tym pierwszym września. Fatalny dzień</span> — oświadczył bez zbędnych powitań, zajmując wolne miejsce przy barowej ladzie tuż obok Romulusa; jedno z niewielu jakie ostały się w Fontannie. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Tej szarańczy nie da się po prostu zignorować. Ich wszędzie jest pełno.</span><br />
<br />
Usadowił się wygodniej na stołku, przylegając plecami do krawędzi baru i rozglądając się z niezadowoleniem po zatłoczonym barze. Chociaż dostrzegał parę znajomych twarzy, tak przeważającą część dzisiejszej klienteli stanowili rodzice i cała armia młodych czarodziejów i czarownic, którzy w niedalekim czasie mieli zostać wepchnięci do pociągu Hogwarts Express, aby udać się na kolejny rok nauki w najwybitniejszej akademii magii w kraju. Bo jedynej.<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Skoro tutaj jest taki cyrk, to wolę nie wiedzieć, co się dzieje w Dziurawym Kotle</span>, pomyślał, wzdrygając się na samą myśl o tym ścisku. Już tutaj był hałas! Głośne rozmowy, irytujące wysokie chichoty nastolatek pochylonych nad najnowszym numerem <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Czarownicy</span>, szorstkie odgłosy ropuch, miauczenie kotów i pohukiwanie sów. To jakby wziąć przedszkole rodziny Pettigrew i zmieszać je z lokalnym sklepem zoologicznym.<br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Chociaż czy ich w ogóle można nazywać jeszcze dziećmi? Niektóre są takie wyrośnięte, że wszędzie by im sprzedali ognistą</span> — sarknął naburmuszony, taksując nieprzyjaznym wzrokiem stoliki rozsiane po głównej sali ''Fontanny''. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Z każdym dniem coraz bardziej doceniam swoją pracę ze szkłem. Mniejsze ryzyko, że mnie wsadzą do aresztu, jak sprzedam coś nieodpowiedniego nieletnim.</span><br />
<br />
Z tego, co się orientował, Brygada Uderzeniowa jeszcze nie wsadzała do pierdla za sprzedaż szklanych rzeźb, fikuśnych lusterek i witrażowych ozdóbek. Nie ryzykował utraty licencji czy niepochlebnego artykułu w Proroku Codziennym. Najgorsze co mogłoby go spotkać to przykre plotki, które pewnie i tak szybko by utonęły w morzu innych doniesień. Kto by się przejmował zakładem szklarskim, kiedy terroryści buszowali po kraju, a kapłanki kowenu próbowały składać siebie nawzajem w ofierze?<br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">A co ty właściwie tutaj robisz o tej porze?</span> — zagaił, zapierając się łokciem o ladę i wykrzywiając się w stronę przyjaciela w pozie, za którą bletchleyowe plecy zapewne nigdy mu nie podziękują. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Myślałem, że tylko ja jestem na tyle głu… Że tylko ja mógłbym wpaść na to, żeby wyjść na miasto w tych ''okolicznościach''.</span><br />
<br />
Jeśli miał nadzieję załatwić cokolwiek na mieście, to należałoby poczekać jeszcze przynajmniej ze dwie godziny, zanim to bydło usunie się z magicznego Londynu. Albo przynajmniej przestanie okupować kluczowe lokale w dzielnicy. O której odjeżdżał pociąg? Przed jedenastą? Chwilę po?</td></tr></table></div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div style="overflow-x: auto;"><table><tr><td>
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><span style="font-size: 15pt;" class="mycode_size">—01/09/1972—</span><br />
<span style="font-size: 10pt;" class="mycode_size">Fontanna Szczęśliwego Losu, Aleja Horyzontalna</span><br />
<span style="font-size: 8pt;" class="mycode_size">Elias Bletchley &amp; Romulus Potter</span></div>
</td></tr></table></div>
<br />
<div style="overflow-x: auto;"><table><tr><td>Gdyby społeczeństwo doceniało prawdziwe cierpienie i determinacje innych ludzi, to Elias na koniec tego dnia powinien zostać orderem najwyższej odwagi. Albo nieskończenie wielkiej mądrości i cierpliwości. I to wszystko za to, że udało mu się przebić przez ten <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">ludzki ocean</span>, jaki buszował po całej Pokątnej i Horyzontalnej zaledwie parę godzin przed odjazdem pociągu do Hogwartu. Pierwszy września, psia mać. Chociaż sytuacja w ''Fontannie'' wydawała się wcale nie być o wiele lepsza, Bletchley postanowił jednak wejść do środka, gdy dostrzegł przy kontuarze znajomą sylwetkę.<br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nawet nie zdajesz sobie sprawy z tego, jak bardzo <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">cieszę się</span> z tego, że dzisiaj nie pracuje. Przecież to jakieś czyste szaleństwo z tym pierwszym września. Fatalny dzień</span> — oświadczył bez zbędnych powitań, zajmując wolne miejsce przy barowej ladzie tuż obok Romulusa; jedno z niewielu jakie ostały się w Fontannie. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Tej szarańczy nie da się po prostu zignorować. Ich wszędzie jest pełno.</span><br />
<br />
Usadowił się wygodniej na stołku, przylegając plecami do krawędzi baru i rozglądając się z niezadowoleniem po zatłoczonym barze. Chociaż dostrzegał parę znajomych twarzy, tak przeważającą część dzisiejszej klienteli stanowili rodzice i cała armia młodych czarodziejów i czarownic, którzy w niedalekim czasie mieli zostać wepchnięci do pociągu Hogwarts Express, aby udać się na kolejny rok nauki w najwybitniejszej akademii magii w kraju. Bo jedynej.<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Skoro tutaj jest taki cyrk, to wolę nie wiedzieć, co się dzieje w Dziurawym Kotle</span>, pomyślał, wzdrygając się na samą myśl o tym ścisku. Już tutaj był hałas! Głośne rozmowy, irytujące wysokie chichoty nastolatek pochylonych nad najnowszym numerem <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Czarownicy</span>, szorstkie odgłosy ropuch, miauczenie kotów i pohukiwanie sów. To jakby wziąć przedszkole rodziny Pettigrew i zmieszać je z lokalnym sklepem zoologicznym.<br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Chociaż czy ich w ogóle można nazywać jeszcze dziećmi? Niektóre są takie wyrośnięte, że wszędzie by im sprzedali ognistą</span> — sarknął naburmuszony, taksując nieprzyjaznym wzrokiem stoliki rozsiane po głównej sali ''Fontanny''. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Z każdym dniem coraz bardziej doceniam swoją pracę ze szkłem. Mniejsze ryzyko, że mnie wsadzą do aresztu, jak sprzedam coś nieodpowiedniego nieletnim.</span><br />
<br />
Z tego, co się orientował, Brygada Uderzeniowa jeszcze nie wsadzała do pierdla za sprzedaż szklanych rzeźb, fikuśnych lusterek i witrażowych ozdóbek. Nie ryzykował utraty licencji czy niepochlebnego artykułu w Proroku Codziennym. Najgorsze co mogłoby go spotkać to przykre plotki, które pewnie i tak szybko by utonęły w morzu innych doniesień. Kto by się przejmował zakładem szklarskim, kiedy terroryści buszowali po kraju, a kapłanki kowenu próbowały składać siebie nawzajem w ofierze?<br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">A co ty właściwie tutaj robisz o tej porze?</span> — zagaił, zapierając się łokciem o ladę i wykrzywiając się w stronę przyjaciela w pozie, za którą bletchleyowe plecy zapewne nigdy mu nie podziękują. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Myślałem, że tylko ja jestem na tyle głu… Że tylko ja mógłbym wpaść na to, żeby wyjść na miasto w tych ''okolicznościach''.</span><br />
<br />
Jeśli miał nadzieję załatwić cokolwiek na mieście, to należałoby poczekać jeszcze przynajmniej ze dwie godziny, zanim to bydło usunie się z magicznego Londynu. Albo przynajmniej przestanie okupować kluczowe lokale w dzielnicy. O której odjeżdżał pociąg? Przed jedenastą? Chwilę po?</td></tr></table></div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[6.09.1972, noc] Blow | Rodolphus, Cain]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4402</link>
			<pubDate>Mon, 20 Jan 2025 13:27:34 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=369">Rodolphus Lestrange</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4402</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">6 września 1972<br />
Prawie noc</div>
<br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><div class="ramka"><a href="https://www.youtube.com/watch?v=tGfYcCTTY64" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">Baby, I'm about to blow<br />
Ticking like a time bomb<br />
Ready to explode, hit you with my best shot</a></div></div>
<br />
To już drugi raz w przeciągu niecałego miesiąca, gdy Rodolphus odwiedził Fontannę Szczęśliwego Losu. Przez myśl zdążyło mu przemknąć, że powinien wybrać znacznie lepsze i bardziej reprezentatywne miejsce, żeby jego wybujałe ego oraz arystokratyczne dupsko zaznało w końcu spokoju. Nie lubił takich miejsc: był głośne, zatłoczone i śmierdziało w nich papierosami oraz alkoholem, zarówno tym dopiero co w siebie wlewanym, jak i tym już przetrawionym. Z drugiej jednak strony Fontanna była idealnym miejscem spotkań dla ludzi w jego wieku. Rozmowa dwóch mężczyzn w knajpie takiej jak ta nie wzbudzi u nikogo podejrzeń. Pozory był cholernie ważne i kto jak kto, ale on doskonale to wiedział.<br />
<br />
Nazwisko, które mu dostarczono, z pozoru nie zrobiło na nim wrażenia. Jego <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">kontakt</span> zobaczył tylko lekkie skinięcie głową i ruch mięśni ręki, która darła kartkę na pół, gdy Lestrange zapamiętał datę i miejsce spotkania z Cainem. Wewnątrz jednak coś w nim nieprzyjemnie drgnęło. Nie można było powiedzieć, że z Fawleyami miał dużo wspólnego, ale to Cassandra Fawley zmusiła go do wypicia dziwnej mikstury, a potem śmierci we własnej głowie tylko po to, by udowodnić, że był gotowy poświęcić życie dla Voldemorta. Nikt o tym nie wiedział poza nią, nim samym i Nicholasem, który był wtedy razem z nim. Travers znał granicę i najwyraźniej nie chciał jej przekraczać, bo gdy Rodolphus się ocknął, drugi śmierciożerca wciąż był nieprzytomny. Fawley powiedziała mu wtedy coś, co nie chciało wyjść mu z głowy. Teraz jednak był ciekaw, czy każdy z jej rodziny był tak samo popierdolony. Można było więc śmiało powiedzieć, że spotkania tego wyczekiwał. Nie tylko dlatego, że potrzebował podwójnego upewnienia się, że Leon nie puści pary z ust - ale również dlatego, że był zwyczajnie ciekaw, kim jest Cain Fawley. Gdyby nosił inne nazwisko, zapewne brew by mu nie drgnęła: po Nokturnie kręciło się pełno męt, część z nich miał okazję poznać osobiście. Którym rodzajem męty społecznej był Fawley?<br />
<br />
Umówiono ich przy stoliku, który został ulokowany nieco na tyłach baru. Było tu odrobinę ciszej, niż w samym centrum i przy barze, ale nie na tyle, by można było swobodnie rozmawiać bez przekrzykiwania się. Nikt normalny nie rozmawiałby w takich warunkach o tym, o czym oni zamierzali - ale przecież o to chodziło, czyż nie? Niech to wygląda na zwykłe spotkanie przy piwie. Bo na stoliku postawiono dwa wysokie pokale, wypełnione alkoholem. Rodolphus swojego nie tknął i nie zamierzał. Po pierwsze: nie pijał alkoholu, a po drugie: jak już mu się zdarzyło umoczyć w czymś usta, to było to wino lub whisky, a nie coś tak podłego, jak piwo. Najwyżej Cain dostanie dwa napoje. Wpatrywał się w ciecz, zastanawiając się, czy nie są zatrute. Kto normalny stawia napoje przed przybyciem drugiej osoby? Szczupła, blada dłoń powędrowała do czarnych jak smoła włosów. Odruchowo przeczesał je palcami, posyłając stalowoszare spojrzenie w kierunku drzwi. Nie mógł narzekać na spóźnienie towarzysza, bowiem sam przyszedł tu kilka minut za wcześnie. Zawsze był przed czasem na takich spotkaniach i nie miało nic wspólnego z tym, że akurat był tuż obok kilka chwil wcześniej. Rodolphus poprawił zegarek na lewym nadgarstku. Pod srebrną bransoletą zegarka wyzierała czarna bransoletka z obsydianem, którą zaraz zakrył rękawem śnieżnobiałej koszuli. Czy miał marynarkę? Owszem. Krawat? Nie, to sobie podarował, tak samo jak zapinanie guzika pod szyją. Czy jego ubiór przyciągał wzrok w barach? Tak. Czy ubierał się tak absolutnie zawsze? Również tak. Gdyby ktoś zobaczył, że założył co innego: to dopiero byłoby podejrzane i wzbudziłoby zainteresowanie. Chcąc nie chcąc: musiał ubierać się właśnie tak. Ale to dobrze - odpadały codzienne, poranne dylematy z tytułu <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">co na siebie włożyć</span>.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">6 września 1972<br />
Prawie noc</div>
<br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><div class="ramka"><a href="https://www.youtube.com/watch?v=tGfYcCTTY64" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">Baby, I'm about to blow<br />
Ticking like a time bomb<br />
Ready to explode, hit you with my best shot</a></div></div>
<br />
To już drugi raz w przeciągu niecałego miesiąca, gdy Rodolphus odwiedził Fontannę Szczęśliwego Losu. Przez myśl zdążyło mu przemknąć, że powinien wybrać znacznie lepsze i bardziej reprezentatywne miejsce, żeby jego wybujałe ego oraz arystokratyczne dupsko zaznało w końcu spokoju. Nie lubił takich miejsc: był głośne, zatłoczone i śmierdziało w nich papierosami oraz alkoholem, zarówno tym dopiero co w siebie wlewanym, jak i tym już przetrawionym. Z drugiej jednak strony Fontanna była idealnym miejscem spotkań dla ludzi w jego wieku. Rozmowa dwóch mężczyzn w knajpie takiej jak ta nie wzbudzi u nikogo podejrzeń. Pozory był cholernie ważne i kto jak kto, ale on doskonale to wiedział.<br />
<br />
Nazwisko, które mu dostarczono, z pozoru nie zrobiło na nim wrażenia. Jego <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">kontakt</span> zobaczył tylko lekkie skinięcie głową i ruch mięśni ręki, która darła kartkę na pół, gdy Lestrange zapamiętał datę i miejsce spotkania z Cainem. Wewnątrz jednak coś w nim nieprzyjemnie drgnęło. Nie można było powiedzieć, że z Fawleyami miał dużo wspólnego, ale to Cassandra Fawley zmusiła go do wypicia dziwnej mikstury, a potem śmierci we własnej głowie tylko po to, by udowodnić, że był gotowy poświęcić życie dla Voldemorta. Nikt o tym nie wiedział poza nią, nim samym i Nicholasem, który był wtedy razem z nim. Travers znał granicę i najwyraźniej nie chciał jej przekraczać, bo gdy Rodolphus się ocknął, drugi śmierciożerca wciąż był nieprzytomny. Fawley powiedziała mu wtedy coś, co nie chciało wyjść mu z głowy. Teraz jednak był ciekaw, czy każdy z jej rodziny był tak samo popierdolony. Można było więc śmiało powiedzieć, że spotkania tego wyczekiwał. Nie tylko dlatego, że potrzebował podwójnego upewnienia się, że Leon nie puści pary z ust - ale również dlatego, że był zwyczajnie ciekaw, kim jest Cain Fawley. Gdyby nosił inne nazwisko, zapewne brew by mu nie drgnęła: po Nokturnie kręciło się pełno męt, część z nich miał okazję poznać osobiście. Którym rodzajem męty społecznej był Fawley?<br />
<br />
Umówiono ich przy stoliku, który został ulokowany nieco na tyłach baru. Było tu odrobinę ciszej, niż w samym centrum i przy barze, ale nie na tyle, by można było swobodnie rozmawiać bez przekrzykiwania się. Nikt normalny nie rozmawiałby w takich warunkach o tym, o czym oni zamierzali - ale przecież o to chodziło, czyż nie? Niech to wygląda na zwykłe spotkanie przy piwie. Bo na stoliku postawiono dwa wysokie pokale, wypełnione alkoholem. Rodolphus swojego nie tknął i nie zamierzał. Po pierwsze: nie pijał alkoholu, a po drugie: jak już mu się zdarzyło umoczyć w czymś usta, to było to wino lub whisky, a nie coś tak podłego, jak piwo. Najwyżej Cain dostanie dwa napoje. Wpatrywał się w ciecz, zastanawiając się, czy nie są zatrute. Kto normalny stawia napoje przed przybyciem drugiej osoby? Szczupła, blada dłoń powędrowała do czarnych jak smoła włosów. Odruchowo przeczesał je palcami, posyłając stalowoszare spojrzenie w kierunku drzwi. Nie mógł narzekać na spóźnienie towarzysza, bowiem sam przyszedł tu kilka minut za wcześnie. Zawsze był przed czasem na takich spotkaniach i nie miało nic wspólnego z tym, że akurat był tuż obok kilka chwil wcześniej. Rodolphus poprawił zegarek na lewym nadgarstku. Pod srebrną bransoletą zegarka wyzierała czarna bransoletka z obsydianem, którą zaraz zakrył rękawem śnieżnobiałej koszuli. Czy miał marynarkę? Owszem. Krawat? Nie, to sobie podarował, tak samo jak zapinanie guzika pod szyją. Czy jego ubiór przyciągał wzrok w barach? Tak. Czy ubierał się tak absolutnie zawsze? Również tak. Gdyby ktoś zobaczył, że założył co innego: to dopiero byłoby podejrzane i wzbudziłoby zainteresowanie. Chcąc nie chcąc: musiał ubierać się właśnie tak. Ale to dobrze - odpadały codzienne, poranne dylematy z tytułu <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">co na siebie włożyć</span>.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[24/07/1972] Poważna umowa z poważną kobietą || erik & stella]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=3910</link>
			<pubDate>Tue, 17 Sep 2024 01:26:13 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=26">Erik Longbottom</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=3910</guid>
			<description><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">
Rozliczono - Erik Longbottom - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic III</span></div></div>
<h1>—24/07/1972—<br />
<span style="font-size: 10pt;" class="mycode_size">Fontanna Szczęśliwego Losu, Aleja Horyzontalna</span><br />
<span style="font-size: 8pt;" class="mycode_size">Erik Longbottom &amp; Stella Avery</span></h1><br />
<br />
<div class="divek"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">To niemalże przerażające, jak szybko mija ostatnio czas</span>, pomyślał przelotnie, pociągając długi łyk słodzonej herbaty z filiżanki. Musiał przyznać, że obecna sytuacja nieco go dobijała, gdy miał okazję zatrzymać się w biegu i zastanowić się nad tym, co właściwie ostatnio działo się w jego życiu. Teoretycznie istniało wiele podmiotów, którym mógł przypisać winę za ten stan rzeczy. Ministerstwo Magii. Zakon Feniksa. Srebrne Różdżki. Rodzina. Przyjaciele. Mugolski listonosz, który wygrażał mu się, kiedy wyprowadzał psiaki z Warowni na poranny spacer, a te zdecydowały się z nim nieco nazbyt czule przywitać.<br />
<br />
A jednak na samym szczycie tej listy widniał nikt inny, jak... Philip Nott. Longbottom westchnął cicho. Nie powinien żałować tego, że zgodził się pomóc koledze z londyńskiego klubu pojedynków. A jednak nie mógł wyzbyć się przeświadczenia, że angażowanie się w spór celebryty z Lestrangem nie było najlepszym ruchem z jego strony. Wprawdzie dzięki temu miał okazję realizować misję pod tytułem ''odwracanie uwagi od reszty rodziny'', jednak regularne spotkania z Nottem i ćwiczenie na wypadek, gdyby ten wypadł z gry, nieco nadwyrężyło jego kalendarz. I nerwy. I czas, który wolałby przeznaczyć na sen.<br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Och, proszę wybaczyć. Znowu się zamyśliłem</span> — odezwał się nagle, czerwieniąc się na policzkach. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Ostatnio mam... intensywny okres. W pracy. I po pracy.</span><br />
<br />
Może i był zalatany i miał milion spraw na głowie, ale o jednej kwestii dalej pamiętał całkiem dobrze. Bywały takie dni, kiedy wypadało patrzeć w przyszłość. Nawet jeśli ta przyszłość oznaczała tegoroczną jesień będącą poniekąd dla Erika synonimem jego urodzin. Na tym etapie nie chciał jeszcze angażować Brenny w przygotowania... Poza tym, podczas stypy po Simone Malfoy poniekąd nawiązał do swoich planów. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">A teraz mam ten plan przed sobą</span>, skomentował w myślach, uśmiechając się skromnie do Stelli Avery, którą udało mu się tego dnia zaprosić na małe spotkania. Oderwał wzrok od widoku rozpościerającego się za oknem przy jednym ze stolików w <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Fontannie Szczęśliwego Losu</span> i przekierował go na swoją rozmówczynię. <br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Rozmawialiśmy o... Pani... Twoich oczekiwaniach co do zaplecza i organizacji występu, prawda?</span> — kontynuował z niepewną miną, nawiązując do urwanej chwilę wcześniej dyskusji.<br />
<br />
Cóż mógł poradzić na to, że twórczość panny Avery przypadła mu do gustu? Wprawdzie jej umiejętności wili, mogły narobić im nieco kłopotów, jeśli za bardzo się rozkręci, ale przecież... Nie każdy jej występ tak się kończył, prawda? Gdyby było inaczej Prorok Codzienny i inne gazety byłyby pełne artykułów o tym, jaką to skandalistką nie jest dziewczyna. Poza tym zawsze mogli zainwestować w jakiegoś ochroniarza. Albo dwóch. Albo trzech. A może Avery miała jakąś swoją sprawdzoną ekipę?<br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Domyślam się, że najbliższe miesiące mogą być nieco intensywne na rynku</span> — skomentował łagodnie licząc, że kobieta zdradzi mu coś na temat swoich planów na najbliższy sezon. Kto wie, może okaże się, że jej kalendarz był równie pełny co służbowy terminarz Brenny i cały plan legnie w gruzach?</div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">
Rozliczono - Erik Longbottom - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic III</span></div></div>
<h1>—24/07/1972—<br />
<span style="font-size: 10pt;" class="mycode_size">Fontanna Szczęśliwego Losu, Aleja Horyzontalna</span><br />
<span style="font-size: 8pt;" class="mycode_size">Erik Longbottom &amp; Stella Avery</span></h1><br />
<br />
<div class="divek"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">To niemalże przerażające, jak szybko mija ostatnio czas</span>, pomyślał przelotnie, pociągając długi łyk słodzonej herbaty z filiżanki. Musiał przyznać, że obecna sytuacja nieco go dobijała, gdy miał okazję zatrzymać się w biegu i zastanowić się nad tym, co właściwie ostatnio działo się w jego życiu. Teoretycznie istniało wiele podmiotów, którym mógł przypisać winę za ten stan rzeczy. Ministerstwo Magii. Zakon Feniksa. Srebrne Różdżki. Rodzina. Przyjaciele. Mugolski listonosz, który wygrażał mu się, kiedy wyprowadzał psiaki z Warowni na poranny spacer, a te zdecydowały się z nim nieco nazbyt czule przywitać.<br />
<br />
A jednak na samym szczycie tej listy widniał nikt inny, jak... Philip Nott. Longbottom westchnął cicho. Nie powinien żałować tego, że zgodził się pomóc koledze z londyńskiego klubu pojedynków. A jednak nie mógł wyzbyć się przeświadczenia, że angażowanie się w spór celebryty z Lestrangem nie było najlepszym ruchem z jego strony. Wprawdzie dzięki temu miał okazję realizować misję pod tytułem ''odwracanie uwagi od reszty rodziny'', jednak regularne spotkania z Nottem i ćwiczenie na wypadek, gdyby ten wypadł z gry, nieco nadwyrężyło jego kalendarz. I nerwy. I czas, który wolałby przeznaczyć na sen.<br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Och, proszę wybaczyć. Znowu się zamyśliłem</span> — odezwał się nagle, czerwieniąc się na policzkach. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Ostatnio mam... intensywny okres. W pracy. I po pracy.</span><br />
<br />
Może i był zalatany i miał milion spraw na głowie, ale o jednej kwestii dalej pamiętał całkiem dobrze. Bywały takie dni, kiedy wypadało patrzeć w przyszłość. Nawet jeśli ta przyszłość oznaczała tegoroczną jesień będącą poniekąd dla Erika synonimem jego urodzin. Na tym etapie nie chciał jeszcze angażować Brenny w przygotowania... Poza tym, podczas stypy po Simone Malfoy poniekąd nawiązał do swoich planów. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">A teraz mam ten plan przed sobą</span>, skomentował w myślach, uśmiechając się skromnie do Stelli Avery, którą udało mu się tego dnia zaprosić na małe spotkania. Oderwał wzrok od widoku rozpościerającego się za oknem przy jednym ze stolików w <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Fontannie Szczęśliwego Losu</span> i przekierował go na swoją rozmówczynię. <br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Rozmawialiśmy o... Pani... Twoich oczekiwaniach co do zaplecza i organizacji występu, prawda?</span> — kontynuował z niepewną miną, nawiązując do urwanej chwilę wcześniej dyskusji.<br />
<br />
Cóż mógł poradzić na to, że twórczość panny Avery przypadła mu do gustu? Wprawdzie jej umiejętności wili, mogły narobić im nieco kłopotów, jeśli za bardzo się rozkręci, ale przecież... Nie każdy jej występ tak się kończył, prawda? Gdyby było inaczej Prorok Codzienny i inne gazety byłyby pełne artykułów o tym, jaką to skandalistką nie jest dziewczyna. Poza tym zawsze mogli zainwestować w jakiegoś ochroniarza. Albo dwóch. Albo trzech. A może Avery miała jakąś swoją sprawdzoną ekipę?<br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Domyślam się, że najbliższe miesiące mogą być nieco intensywne na rynku</span> — skomentował łagodnie licząc, że kobieta zdradzi mu coś na temat swoich planów na najbliższy sezon. Kto wie, może okaże się, że jej kalendarz był równie pełny co służbowy terminarz Brenny i cały plan legnie w gruzach?</div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[13.08.1972] The day that we dreamed we could be free | Sophie & Leon]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=3285</link>
			<pubDate>Sun, 19 May 2024 00:34:47 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=341">Leon Bletchley</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=3285</guid>
			<description><![CDATA[<p>Przeznaczony przez niego czas na pobyt w Ośrodku Wypoczynkowym Windermere w ogólnym rozrachunku pozostawiał wiele do życzenia i już nawet nie chodzi o to, jak ten ośrodek na niego wpłynął w relacjach z nowopoznaną Sophie - potraktował ją naprawdę okropnie. Nie zachowywał się tak na co dzień. Dziewczyna na takie traktowanie nie zasłużyła. Parę dni później wcale nie było lepiej. Było o wiele gorzej. Wraz ze swoimi kuzynkami i kilkoma innymi czarodziejami starał się odkryć tajemnicę Ośrodka, doświadczając również podczas tego dochodzenia przerażających wizji. To zdecydowanie nie były wymarzone wczasy. Z ulgą opuścił teren Ośrodka i powrócił do swojego mieszkania na Alei Horyzontalnej.</p>
<p>Po kolejnym dniu pracy postanowił się wybrać się do Fontanny Szczęśliwego Losu - zdecydował się zająć jeden z stolików i zamówił kieliszek wina z czarnego bzu. Tego wieczoru w pubie nie brakowało ludzi, jednak to mu nie przeszkadzało. Na blacie zajmowanego przez niego stolika spoczywała również książka oraz nierozłożona talia kart tarota.</p>
<p>Trzymając w dłoni kieliszek przelotnie rozejrzał się po zatłoczonym wnętrzu pubu. Pośród hałaśliwego tłumu dostrzegł przeciskającą się przez tłum Sophie, którą rozpoznał po płomiennorudych włosach i piegach. Niewiele brakowało, aby zakrztusił się upitym z kieliszka winem. Odstawiwszy go na stolik, powoli podniósł się z krzesła i podążył w stronę dziewczyny.</p>
<p>— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Cześć, Sophie. Możemy porozmawiać?</span> — Zagadnął poważnie po tym jak odetchnął głęboko. Poczuwał się do tego, aby spróbować naprawić wyrządzone tej dziewczynie krzywdy. O ile w ogóle będzie chciała go wysłuchać. Nie miała takiego obowiązku, nie musiała tego chcieć i pod tym względem to się jej nie dziwiłby.</p>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Przeznaczony przez niego czas na pobyt w Ośrodku Wypoczynkowym Windermere w ogólnym rozrachunku pozostawiał wiele do życzenia i już nawet nie chodzi o to, jak ten ośrodek na niego wpłynął w relacjach z nowopoznaną Sophie - potraktował ją naprawdę okropnie. Nie zachowywał się tak na co dzień. Dziewczyna na takie traktowanie nie zasłużyła. Parę dni później wcale nie było lepiej. Było o wiele gorzej. Wraz ze swoimi kuzynkami i kilkoma innymi czarodziejami starał się odkryć tajemnicę Ośrodka, doświadczając również podczas tego dochodzenia przerażających wizji. To zdecydowanie nie były wymarzone wczasy. Z ulgą opuścił teren Ośrodka i powrócił do swojego mieszkania na Alei Horyzontalnej.</p>
<p>Po kolejnym dniu pracy postanowił się wybrać się do Fontanny Szczęśliwego Losu - zdecydował się zająć jeden z stolików i zamówił kieliszek wina z czarnego bzu. Tego wieczoru w pubie nie brakowało ludzi, jednak to mu nie przeszkadzało. Na blacie zajmowanego przez niego stolika spoczywała również książka oraz nierozłożona talia kart tarota.</p>
<p>Trzymając w dłoni kieliszek przelotnie rozejrzał się po zatłoczonym wnętrzu pubu. Pośród hałaśliwego tłumu dostrzegł przeciskającą się przez tłum Sophie, którą rozpoznał po płomiennorudych włosach i piegach. Niewiele brakowało, aby zakrztusił się upitym z kieliszka winem. Odstawiwszy go na stolik, powoli podniósł się z krzesła i podążył w stronę dziewczyny.</p>
<p>— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Cześć, Sophie. Możemy porozmawiać?</span> — Zagadnął poważnie po tym jak odetchnął głęboko. Poczuwał się do tego, aby spróbować naprawić wyrządzone tej dziewczynie krzywdy. O ile w ogóle będzie chciała go wysłuchać. Nie miała takiego obowiązku, nie musiała tego chcieć i pod tym względem to się jej nie dziwiłby.</p>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[02.04.1972] Sto lat, sto lat... | Cynthia & Victoria]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=1384</link>
			<pubDate>Mon, 08 May 2023 22:13:33 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=177">Victoria Lestrange</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=1384</guid>
			<description><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Victoria Lestrange (Otwarty na nowe doznania).</div></div>
<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Victoria Lestrange - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic I</span></div></div>
<br />
<h1>Najlepszy prezent, jaki możemy podarować komuś na urodziny, to czas<br />
<span style="font-size: small;" class="mycode_size">2 kwietnia 1972<br />
– Cynthia &amp; Victoria –</span></h1><br />
<br />
<p>To nie był najlepszy dzień w karierze Victorii Lestrange. Prawdę mówiąc – był jednym z gorszych. Była wykończona – i trudną nocą, i jeszcze trudniejszym porankiem, a nader wszystko w ogóle całym dniem. Nie powstrzymało jej to jednak od tego, by w pierwszej kolejności wysłać sowę do Cynthi, bo ciągle z tyłu głowy miała datę jaką dzisiaj mieli. I wciąż myślała o tym, że pomimo tak kiepskiego dnia, chciałaby sprawić swojej przyjaciółce choć odrobinę przyjemności. Więc gdy przyszła wiadomość zwrotna nawet się uśmiechnęła, a następnie bardzo szybko doprowadziła się do jakiegoś… sensownego stanu. </p>
<p>Czerwona sukienka, rajstopy, szpilki, szminka na ustach – i tak właśnie stawiła się w umówionym miejscu. Z Cynthią wychodziły na miasto tyle razy, że nie było sensu dogadywać szczegółów, bo sprawa była prosta: miały swoją ulubioną knajpkę, a ta, która przychodziła pierwsza, zajmowała stolik, prosta sprawa. Victoria miała jednak nadzieję, że uda jej się być przed Flintówną, skoro mówiła, że musi dokończyć swoją… randkę z trupem. </p>
<p>Cóż za zabawne połączenie słów. Aż Victorii się coś przewróciło w żołądku, a mina skwasiła na tyle, że pewnie jakiś mugol z przeszłości uznałby to za jakieś wiedźmie czary po których kiśnie całe mleko we wsi. </p>
<p>Coś jej się jednak w tym dniu udało i rzeczywiście była pierwsza. Rozsiadła się wygodnie jednak pachnęła ręką na kelnera mówiąc, że czeka na swoją przyjaciółkę która ma urodziny i czy z tej okazji nie mogliby dla nich przygotować czegoś ekstra, kiedy śliczna blondyneczka już się zjawi. Cóż… Były stałymi klientkami. A później Victoria przymknęła oczy i czekała, korzystają z tej krótkiej chwili by choć trochę odpocząć. Szkoda tylko, że jej myśli nie chciały dać jej spokoju i pewnie jedna z nich odbijała się w jej twarzy jakimś zmarszczeniem czoła bądź innym subtelnym grymasem. </p>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Victoria Lestrange (Otwarty na nowe doznania).</div></div>
<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Victoria Lestrange - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic I</span></div></div>
<br />
<h1>Najlepszy prezent, jaki możemy podarować komuś na urodziny, to czas<br />
<span style="font-size: small;" class="mycode_size">2 kwietnia 1972<br />
– Cynthia &amp; Victoria –</span></h1><br />
<br />
<p>To nie był najlepszy dzień w karierze Victorii Lestrange. Prawdę mówiąc – był jednym z gorszych. Była wykończona – i trudną nocą, i jeszcze trudniejszym porankiem, a nader wszystko w ogóle całym dniem. Nie powstrzymało jej to jednak od tego, by w pierwszej kolejności wysłać sowę do Cynthi, bo ciągle z tyłu głowy miała datę jaką dzisiaj mieli. I wciąż myślała o tym, że pomimo tak kiepskiego dnia, chciałaby sprawić swojej przyjaciółce choć odrobinę przyjemności. Więc gdy przyszła wiadomość zwrotna nawet się uśmiechnęła, a następnie bardzo szybko doprowadziła się do jakiegoś… sensownego stanu. </p>
<p>Czerwona sukienka, rajstopy, szpilki, szminka na ustach – i tak właśnie stawiła się w umówionym miejscu. Z Cynthią wychodziły na miasto tyle razy, że nie było sensu dogadywać szczegółów, bo sprawa była prosta: miały swoją ulubioną knajpkę, a ta, która przychodziła pierwsza, zajmowała stolik, prosta sprawa. Victoria miała jednak nadzieję, że uda jej się być przed Flintówną, skoro mówiła, że musi dokończyć swoją… randkę z trupem. </p>
<p>Cóż za zabawne połączenie słów. Aż Victorii się coś przewróciło w żołądku, a mina skwasiła na tyle, że pewnie jakiś mugol z przeszłości uznałby to za jakieś wiedźmie czary po których kiśnie całe mleko we wsi. </p>
<p>Coś jej się jednak w tym dniu udało i rzeczywiście była pierwsza. Rozsiadła się wygodnie jednak pachnęła ręką na kelnera mówiąc, że czeka na swoją przyjaciółkę która ma urodziny i czy z tej okazji nie mogliby dla nich przygotować czegoś ekstra, kiedy śliczna blondyneczka już się zjawi. Cóż… Były stałymi klientkami. A później Victoria przymknęła oczy i czekała, korzystają z tej krótkiej chwili by choć trochę odpocząć. Szkoda tylko, że jej myśli nie chciały dać jej spokoju i pewnie jedna z nich odbijała się w jej twarzy jakimś zmarszczeniem czoła bądź innym subtelnym grymasem. </p>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[2 kwietnia] Pożar na zgliszczach | Perseus & Vespera]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=1001</link>
			<pubDate>Wed, 22 Feb 2023 11:47:16 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=44">Perseus Black</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=1001</guid>
			<description><![CDATA[<div class="poszukiwania"><div class="poszukiwania2"><h2> <span style="font-size: 11pt;" class="mycode_size">2 kwietnia 1972 roku</span> </h2></div></div>
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Cały tragizm tej sytuacji polega na niezrozumieniu</span> — mówił do barmana, niepewny tego, czy mężczyzna w ogóle go słucha. Nie miał jednak do kogo się zwrócić; Elliott, jego najlepszy przyjaciel i dawna miłość, jasno dał mu do zrozumienia, że nie będzie obierał żadnej ze stron. Nie śmiał nawet go o to prosić, nawet jeśli w tamtym momencie potrzebował tego najbardziej - wysłuchania i wstawiennictwa, pokiwania głową, przyznania mu, że postąpił słusznie. Był jeszcze William, ale on myślał głową, nie sercem. Intelektualnie, a nie sensualnie. Uporządkowanie, a nie, tak jak on - chaotycznie. Być może znalazłby jakieś wyjście z tej sytuacji, ale nie chciał bardziej mieszać go w sprawę. Mógłby też położyć po sobie uszy i pójść do matki, którą jeszcze kilka godzin temu przeklinał. Nie miał jednak ochoty na jej triumfalne "a nie mówiłam? Ta dziewczyna nie jest dla ciebie, Perseusie!", zupełnie tak, jakby to wcale nie ona jeszcze rok temu naciskała na niego, aby się jej oświadczył. Nie wiedząc zatem dokąd powinien się udać, skierował swe kroki w stronę Fontanny Losu. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">...ale ja nie mam już sił, żeby próbować rozumieć. Czy jestem potworem, bo chciałem tylko odpocząć?</span><br />
Barman pokręcił przecząco głową, wycierając szklanki, które następnie odkładał do góry dnem w niewidocznym dla Blacka miejscem za ladą. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Czyli jednak słuchał</span>, pomyślał ukontentowany. Wyjął z kieszeni płaszcza złote monety, które zadzwoniły na blacie i zamówił kolejną dolewkę smoczej łuski. Ociekający wodą kufel był przyjemnie chłodny w dotyku, podobnie jak rozkoszna była gorycz piwa wlewanego do gardła. Odstawił opróżnione w jednej czwartej naczynie z gwałtownością, która sprawiła, że jego zawartość niebezpiecznie się zakołysała, a następnie starł resztę piany z ust wierzchem dłoni. Alkohol zaczynał już działać, czyniąc głowę Perseusa przyjemnie lekką. Nagle wszystko wydało się takie odległe i małostkowe.<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Ale dobrze się stało!</span> — oświadczył z wesołością — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nigdy nie chciałem się żenić. Nigdy nie chciałem żenić się <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">z nią</span></span> — zreflektował się, ściągając z serdecznego palca obrączkę. Och jakże pusta wydawała się jego dłoń bez złotego krążka! — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Mam nadzieję, że ojcowie przystaną na moją propozycję rozwodu i nie zmuszą nas do ponownego życia pod jednym dachem. Ona zachowywała się wobec mnie jak zimna... zimna...</span> — chciał dodać <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">dziwka</span>, lecz w porę ugryzł się w język. Nawet złość (której uparcie starał się nie okazywać) nie usprawiedliwiłaby rzucaniem epitetami bez pokrycia. Gdzieś za jego plecami zadzwonił zawieszony u drzwi dzwonek, zwiastując przybycie nowego klienta, lub opuszczenie lokalu przez starego - pora była bowiem całkiem późna. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nie... Nie powinienem tak mówić. Mieliśmy inne potrzeby i priorytety. Tak po prostu. Czasem ludzie do siebie nie pasują, zwłaszcza, jeśli rodzice aranżują małżeństwo. </span><br />
Obrączka wysunęła się spomiędzy niezdarnych palców i potoczyła się po blacie, zatrzymując się tuż przed kobietą opierającą się o bar. To jej nadejście musiał obwieścić dzwoneczek; inaczej zwróciłby uwagę na obecność damy. <br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Dobry wieczór, madame Rookwood</span> — zwrócił się do niej z łagodnym uśmiechem.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div class="poszukiwania"><div class="poszukiwania2"><h2> <span style="font-size: 11pt;" class="mycode_size">2 kwietnia 1972 roku</span> </h2></div></div>
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Cały tragizm tej sytuacji polega na niezrozumieniu</span> — mówił do barmana, niepewny tego, czy mężczyzna w ogóle go słucha. Nie miał jednak do kogo się zwrócić; Elliott, jego najlepszy przyjaciel i dawna miłość, jasno dał mu do zrozumienia, że nie będzie obierał żadnej ze stron. Nie śmiał nawet go o to prosić, nawet jeśli w tamtym momencie potrzebował tego najbardziej - wysłuchania i wstawiennictwa, pokiwania głową, przyznania mu, że postąpił słusznie. Był jeszcze William, ale on myślał głową, nie sercem. Intelektualnie, a nie sensualnie. Uporządkowanie, a nie, tak jak on - chaotycznie. Być może znalazłby jakieś wyjście z tej sytuacji, ale nie chciał bardziej mieszać go w sprawę. Mógłby też położyć po sobie uszy i pójść do matki, którą jeszcze kilka godzin temu przeklinał. Nie miał jednak ochoty na jej triumfalne "a nie mówiłam? Ta dziewczyna nie jest dla ciebie, Perseusie!", zupełnie tak, jakby to wcale nie ona jeszcze rok temu naciskała na niego, aby się jej oświadczył. Nie wiedząc zatem dokąd powinien się udać, skierował swe kroki w stronę Fontanny Losu. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">...ale ja nie mam już sił, żeby próbować rozumieć. Czy jestem potworem, bo chciałem tylko odpocząć?</span><br />
Barman pokręcił przecząco głową, wycierając szklanki, które następnie odkładał do góry dnem w niewidocznym dla Blacka miejscem za ladą. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Czyli jednak słuchał</span>, pomyślał ukontentowany. Wyjął z kieszeni płaszcza złote monety, które zadzwoniły na blacie i zamówił kolejną dolewkę smoczej łuski. Ociekający wodą kufel był przyjemnie chłodny w dotyku, podobnie jak rozkoszna była gorycz piwa wlewanego do gardła. Odstawił opróżnione w jednej czwartej naczynie z gwałtownością, która sprawiła, że jego zawartość niebezpiecznie się zakołysała, a następnie starł resztę piany z ust wierzchem dłoni. Alkohol zaczynał już działać, czyniąc głowę Perseusa przyjemnie lekką. Nagle wszystko wydało się takie odległe i małostkowe.<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Ale dobrze się stało!</span> — oświadczył z wesołością — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nigdy nie chciałem się żenić. Nigdy nie chciałem żenić się <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">z nią</span></span> — zreflektował się, ściągając z serdecznego palca obrączkę. Och jakże pusta wydawała się jego dłoń bez złotego krążka! — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Mam nadzieję, że ojcowie przystaną na moją propozycję rozwodu i nie zmuszą nas do ponownego życia pod jednym dachem. Ona zachowywała się wobec mnie jak zimna... zimna...</span> — chciał dodać <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">dziwka</span>, lecz w porę ugryzł się w język. Nawet złość (której uparcie starał się nie okazywać) nie usprawiedliwiłaby rzucaniem epitetami bez pokrycia. Gdzieś za jego plecami zadzwonił zawieszony u drzwi dzwonek, zwiastując przybycie nowego klienta, lub opuszczenie lokalu przez starego - pora była bowiem całkiem późna. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nie... Nie powinienem tak mówić. Mieliśmy inne potrzeby i priorytety. Tak po prostu. Czasem ludzie do siebie nie pasują, zwłaszcza, jeśli rodzice aranżują małżeństwo. </span><br />
Obrączka wysunęła się spomiędzy niezdarnych palców i potoczyła się po blacie, zatrzymując się tuż przed kobietą opierającą się o bar. To jej nadejście musiał obwieścić dzwoneczek; inaczej zwróciłby uwagę na obecność damy. <br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Dobry wieczór, madame Rookwood</span> — zwrócił się do niej z łagodnym uśmiechem.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[28.04.72, zmierzch] Co leży na szali]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=994</link>
			<pubDate>Mon, 20 Feb 2023 23:41:32 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=24">Brenna Longbottom</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=994</guid>
			<description><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Brenna Longbottom - osiągnięcie Badacz Tajemnic</div></div>
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Deja vu.</span><br />
Brenna ponownie siedziała o zmierzchu przy jednym ze stolików w Fontannie Szczęśliwego Losu. Znów w jej kuflu znajdowało się piwo bezalkoholowe, znów z lokalu wylewała się skoczna, irlandzka muzyka, znów czekała na Norę. Znów przy jednym z sąsiednich stolików siedziała gromada rudzielców – tym razem Brenna była pewna, że pochodzili z Irlandii, bo choć nie rozumiała melodyjnego języka, w którym mówili, nauczyła się rozpoznawać jego brzmienie. Znowu chciała prosić przyjaciółkę o przysługę i znowu było jej z tego powodu równie głupio, co ostatnio, bo odciągała Figg od lokalu, który dopiero zdobywał renomę i od córki, która musiała przyzwyczaić się do życia w Londynie.<br />
Może nawet głupiej niż wtedy. <br />
Bo tym razem nie miała zamiaru prosić o jakiś leczący eliksir czy coś tak prostego, jak mikstura na bezsenność.<br />
Po prawdzie na bezsenność zresztą nie mogła narzekać. Gdy już szła do łóżka, po to, by wstać jakieś pięć godzin później, zasypiała błyskawicznie. Zmęczenie powoli zaczynało ją oplatać. Łączyło się z poczuciem zagrożenia, ze świadomością nadciągającej ciemności i chwytało Brennę w coraz ciaśniejszy kokon, który wciąż jeszcze dawała radę ignorować, ale który pewnego dnia mógł pozbawić ją powietrza. Tego wieczora, nim Nora pojawiła się w pubie, pozwoliła sobie jednak położyć głowę na blacie. Nie zasnęła – nie mogłaby sobie na to pozwolić w miejscu pełnym ludzi, poza tym wokół rozbrzmiewały rozmowy i śmiechy – ale obserwowała świat spod na wpółprzymkniętych powiek, pozwalając, by myśli płynęły leniwie, nie galopowały jak zwykle, planując na pięć kroków do przodu i przewidując wszystkie możliwe i niemożliwe sytuacje.<br />
Myślała o dniu tuż po tym, jak ukończyła Hogwart, gdy też siedziała w tym pubie, otoczona przez znajomych. Kiedy zdawało się jej, że cały świat stoi otworem, kiedy mogła pozwolić sobie na to, aby w kuflu znajdowało się prawdziwe, irlandzkie piwo, kiedy nie musiała się zastanawiać, czy w śmiechu któregoś ze znajomych, siedzących z nią przy stoliku, nie kryje się fałsz.<br />
Podniosła głowę akurat w momencie, w którym Nora zbliżyła się do stolika i obdarzyła ją swoim zwykłym uśmiechem.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Cześć, Nora</span> – przywitała się. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Mam do ciebie prośbę. Z gatunku rzeczy, o które nie powinno się prosić przyjaciół, ale i tak to zrobię. </span>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Brenna Longbottom - osiągnięcie Badacz Tajemnic</div></div>
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Deja vu.</span><br />
Brenna ponownie siedziała o zmierzchu przy jednym ze stolików w Fontannie Szczęśliwego Losu. Znów w jej kuflu znajdowało się piwo bezalkoholowe, znów z lokalu wylewała się skoczna, irlandzka muzyka, znów czekała na Norę. Znów przy jednym z sąsiednich stolików siedziała gromada rudzielców – tym razem Brenna była pewna, że pochodzili z Irlandii, bo choć nie rozumiała melodyjnego języka, w którym mówili, nauczyła się rozpoznawać jego brzmienie. Znowu chciała prosić przyjaciółkę o przysługę i znowu było jej z tego powodu równie głupio, co ostatnio, bo odciągała Figg od lokalu, który dopiero zdobywał renomę i od córki, która musiała przyzwyczaić się do życia w Londynie.<br />
Może nawet głupiej niż wtedy. <br />
Bo tym razem nie miała zamiaru prosić o jakiś leczący eliksir czy coś tak prostego, jak mikstura na bezsenność.<br />
Po prawdzie na bezsenność zresztą nie mogła narzekać. Gdy już szła do łóżka, po to, by wstać jakieś pięć godzin później, zasypiała błyskawicznie. Zmęczenie powoli zaczynało ją oplatać. Łączyło się z poczuciem zagrożenia, ze świadomością nadciągającej ciemności i chwytało Brennę w coraz ciaśniejszy kokon, który wciąż jeszcze dawała radę ignorować, ale który pewnego dnia mógł pozbawić ją powietrza. Tego wieczora, nim Nora pojawiła się w pubie, pozwoliła sobie jednak położyć głowę na blacie. Nie zasnęła – nie mogłaby sobie na to pozwolić w miejscu pełnym ludzi, poza tym wokół rozbrzmiewały rozmowy i śmiechy – ale obserwowała świat spod na wpółprzymkniętych powiek, pozwalając, by myśli płynęły leniwie, nie galopowały jak zwykle, planując na pięć kroków do przodu i przewidując wszystkie możliwe i niemożliwe sytuacje.<br />
Myślała o dniu tuż po tym, jak ukończyła Hogwart, gdy też siedziała w tym pubie, otoczona przez znajomych. Kiedy zdawało się jej, że cały świat stoi otworem, kiedy mogła pozwolić sobie na to, aby w kuflu znajdowało się prawdziwe, irlandzkie piwo, kiedy nie musiała się zastanawiać, czy w śmiechu któregoś ze znajomych, siedzących z nią przy stoliku, nie kryje się fałsz.<br />
Podniosła głowę akurat w momencie, w którym Nora zbliżyła się do stolika i obdarzyła ją swoim zwykłym uśmiechem.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Cześć, Nora</span> – przywitała się. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Mam do ciebie prośbę. Z gatunku rzeczy, o które nie powinno się prosić przyjaciół, ale i tak to zrobię. </span>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[16.03.72, Mackenzie i Wilhelm]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=935</link>
			<pubDate>Wed, 08 Feb 2023 21:20:53 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=170">Mackenzie Greengrass</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=935</guid>
			<description><![CDATA[Fontanna Szczęśliwego Losu niemal zawsze była zadymiona i zatłoczona – zwłaszcza wieczorami takimi jak ten, gdy chłodny wiatr i niebo zasnute chmurami zniechęcały do zajmowania miejsc przy stolikach na zewnątrz. Mackenzie miała względne szczęście: przyszła w odpowiednim momencie, by usiąść przy stoliku, zanim dwa sąsiednie, ostatnie już wolne, zostały zajęte przez hałaśliwe, rudowłose towarzystwo.<br />
Zastanawiała się, czy to Irlandczycy, których do Fontanny ściągnął irlandzki klimat, wprowadzony przez właścicieli, czy może Weasleyowie organizowali sobie zjazd rodzinny. Próbowała przez chwilę policzyć wszystkich rudowłosych w pubie, ale zdawali się dwoić i troić w oczach – albo w przedziwny sposób to ich ubywało, to przybywało, albo byli tak ruchliwi i tak do siebie podobni, że czyniło to przeliczenie niemożliwym. Przynajmniej póki by ich nie potraktowano pertificusem.<br />
Z pewną fascynacją obserwowała, jak dwóch z nich usiłuje odtańczyć jakiś irlandzki taniec na stole. Problem polegał na tym, że nie umieli tańczyć, stolik nie był wielki, a najwyraźniej już na miejsce dotarli podchmieleni, i czekała tylko na to nie, czy z blatu spadną, a raczej – kiedy i w którą stronę.<br />
Ponieważ jednym z potencjalnych miejsc był jej stolik, na wszelki wypadek kufel ze swoim piwem wzięła do ręki. Mackenzie piła bardzo, bardzo rzadko, nawet nie z niechęci do alkoholu, a ze względu na bardzo rygorystyczne wymagania diety sportowca, ale wygrana w pierwszym meczu sezonu oraz prywatne świętowanie były całkiem niezłą okazję, aby pozwolić sobie na ten jeden kufel w kwartale.<br />
Nie bawiła się w metamorfomagię, zachowując swój zwykły, jasny warkocz i piegowatą, bladą twarz. Nie tutaj. Za blisko własnego mieszkania, zresztą akurat to, że ktoś doczepi się tutaj, aby jej powiedzieć, że beznadziejnie zagrała w swoim meczu albo spytać, czy nie dałaby adresu sowy do kapitana, były nikłe. Za ciemno, za dużo ludzi, łatwo było zginąć wśród morza rudych głów. Na razie przynajmniej jedyne, czego od niej chciano, to krzesło, zgarnięte do sąsiedniego stolika – bo siedziała sama, a miejsc w środku brakowało.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Fontanna Szczęśliwego Losu niemal zawsze była zadymiona i zatłoczona – zwłaszcza wieczorami takimi jak ten, gdy chłodny wiatr i niebo zasnute chmurami zniechęcały do zajmowania miejsc przy stolikach na zewnątrz. Mackenzie miała względne szczęście: przyszła w odpowiednim momencie, by usiąść przy stoliku, zanim dwa sąsiednie, ostatnie już wolne, zostały zajęte przez hałaśliwe, rudowłose towarzystwo.<br />
Zastanawiała się, czy to Irlandczycy, których do Fontanny ściągnął irlandzki klimat, wprowadzony przez właścicieli, czy może Weasleyowie organizowali sobie zjazd rodzinny. Próbowała przez chwilę policzyć wszystkich rudowłosych w pubie, ale zdawali się dwoić i troić w oczach – albo w przedziwny sposób to ich ubywało, to przybywało, albo byli tak ruchliwi i tak do siebie podobni, że czyniło to przeliczenie niemożliwym. Przynajmniej póki by ich nie potraktowano pertificusem.<br />
Z pewną fascynacją obserwowała, jak dwóch z nich usiłuje odtańczyć jakiś irlandzki taniec na stole. Problem polegał na tym, że nie umieli tańczyć, stolik nie był wielki, a najwyraźniej już na miejsce dotarli podchmieleni, i czekała tylko na to nie, czy z blatu spadną, a raczej – kiedy i w którą stronę.<br />
Ponieważ jednym z potencjalnych miejsc był jej stolik, na wszelki wypadek kufel ze swoim piwem wzięła do ręki. Mackenzie piła bardzo, bardzo rzadko, nawet nie z niechęci do alkoholu, a ze względu na bardzo rygorystyczne wymagania diety sportowca, ale wygrana w pierwszym meczu sezonu oraz prywatne świętowanie były całkiem niezłą okazję, aby pozwolić sobie na ten jeden kufel w kwartale.<br />
Nie bawiła się w metamorfomagię, zachowując swój zwykły, jasny warkocz i piegowatą, bladą twarz. Nie tutaj. Za blisko własnego mieszkania, zresztą akurat to, że ktoś doczepi się tutaj, aby jej powiedzieć, że beznadziejnie zagrała w swoim meczu albo spytać, czy nie dałaby adresu sowy do kapitana, były nikłe. Za ciemno, za dużo ludzi, łatwo było zginąć wśród morza rudych głów. Na razie przynajmniej jedyne, czego od niej chciano, to krzesło, zgarnięte do sąsiedniego stolika – bo siedziała sama, a miejsc w środku brakowało.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[27.04.72, wieczór, Fontanna Szczęśliwego Losu] Zanim zapłonie ogień - Brenna i Nora]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=814</link>
			<pubDate>Tue, 17 Jan 2023 22:00:23 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=24">Brenna Longbottom</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=814</guid>
			<description><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Brenna Longbottom - osiągnięcie Badacz Tajemnic<br />
Rozliczono - Nora Figg - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic I</span></div></div>
<br />
Czasem o samotność najłatwiej było w tłumie.<br />
W pubie panował tłok, a i większość stolików na zewnątrz została zajęta. Po okolicy niosły się śmiechy i gwar rozmów, z których część toczono nie po angielsku, a po irlandzku, a na ulicę z wnętrza wylewała się irlandzka, skoczna melodia. Zmierzch niósł ze sobą ciemność i chłód, nie przeszkadzało to jednak nikomu z gości: wręcz przeciwnie, dopiero teraz zabawa naprawdę się zaczynała. Brenna przysiadła przy ostatnim ze stolików ustawionych na chodniku i palcami uderzała o blat do taktu. W zamyśleniu obserwowała gromadę rudzielców, którzy rozsiedli się przy sąsiednim stole, raz za razem wznosząc toasty irlandzkim piwem: tacy szczęśliwi, tak dobrze się bawiący, tacy pełni życia.<br />
Nikt nie zwracał na nią uwagi.<br />
I dobrze.<br />
Uniosła do ust swój własny kufel, zawierający piwo bezalkoholowe - właścicielka spojrzała na nią jak na wariatkę, kiedy złożyła takie zamówienie, niemalże herezja w Fontannie Szczęśliwego Losu. Brennę przez ułamek sekundy kusiło faktycznie, by sięgnąć po coś mocniejszego, w dużej ilości, pierwszy raz od... jak długo? Trzech lat? Czterech? Upić się i przestać myśleć. Nie myśleć o Beltaine, o tym, kto z Zakonu będzie tam działał, kto z przyjaciół pójdzie się pobawić, jak wielu niewinnych ludzi może zginąć, których członków rodziny więcej nie zobaczy. Ale to nic by nie dało. Te myśli przecież wrócą, uderzą ze zdwojoną siłą. A ona nie mogła pozwolić sobie na rozproszenie, na stratę czujności.<br />
Nie wspominając o tym, że wtedy za łatwo przychodziło jej zanurzanie się w snach pełnych wspomnień martwych ludzi. Strzępów, które nie pozostawiały po sobie niczego dobrego.<br />
Poza tym, choć wybrała to miejsce właśnie po to, by choć przez moment poobserwować ludzi spokojnych, szczęśliwych, nacieszyć się tym widokiem, to przecież przyszła tu niejako służbowo. Prosząc Norę, by wpadła na chwilę, kiedy ktoś ją zmieni, do pubu przy sąsiedniej ulicy, uprzedziła, że może mieć do niej prośbę. <br />
Nie chciała omawiać tego w klubokawiarni. Tam zbyt wielu bywalców ją znało. A Brenna tego wieczora, jak rzadko kiedy, pragnęła anonimowości. To w jej poszukiwaniu przyszła na miejsce niemal godzinę przed umówioną porą spotkania. Na Pokątnej nie miałaby na nią szans. Zapadająca ciemność, rozświetlana tylko przez lampy i świece była tu jej sprzymierzeńcem. Podobnie jak nijaki strój, nie rzucający się w oczy, ot szara marynarka narzucona na koszulę – o innym kroju niż ten, który nosili zwykle Brygadziści. <br />
Kiedy dojrzała blond głowę, uniosła rękę, sygnalizując, gdzie usiadła. Choć głowę miała pełną czarnych myśli, posłała jej zwykły, pogodny uśmiech. To już był odruch, poza tym przecież nie mogła pokazać po sobie, jak bardzo bała się nadchodzącego sabatu.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Cześć, Nora. Mam prośbę. Niestety na szybko.</span><br />
Miała trochę wyrzutów sumienia, z tego tytułu, ale Nora ponoć powiększyła zespół kawiarni, Brenna miała więc nadzieję, że zdoła wygospodarować trochę czasu.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Brenna Longbottom - osiągnięcie Badacz Tajemnic<br />
Rozliczono - Nora Figg - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic I</span></div></div>
<br />
Czasem o samotność najłatwiej było w tłumie.<br />
W pubie panował tłok, a i większość stolików na zewnątrz została zajęta. Po okolicy niosły się śmiechy i gwar rozmów, z których część toczono nie po angielsku, a po irlandzku, a na ulicę z wnętrza wylewała się irlandzka, skoczna melodia. Zmierzch niósł ze sobą ciemność i chłód, nie przeszkadzało to jednak nikomu z gości: wręcz przeciwnie, dopiero teraz zabawa naprawdę się zaczynała. Brenna przysiadła przy ostatnim ze stolików ustawionych na chodniku i palcami uderzała o blat do taktu. W zamyśleniu obserwowała gromadę rudzielców, którzy rozsiedli się przy sąsiednim stole, raz za razem wznosząc toasty irlandzkim piwem: tacy szczęśliwi, tak dobrze się bawiący, tacy pełni życia.<br />
Nikt nie zwracał na nią uwagi.<br />
I dobrze.<br />
Uniosła do ust swój własny kufel, zawierający piwo bezalkoholowe - właścicielka spojrzała na nią jak na wariatkę, kiedy złożyła takie zamówienie, niemalże herezja w Fontannie Szczęśliwego Losu. Brennę przez ułamek sekundy kusiło faktycznie, by sięgnąć po coś mocniejszego, w dużej ilości, pierwszy raz od... jak długo? Trzech lat? Czterech? Upić się i przestać myśleć. Nie myśleć o Beltaine, o tym, kto z Zakonu będzie tam działał, kto z przyjaciół pójdzie się pobawić, jak wielu niewinnych ludzi może zginąć, których członków rodziny więcej nie zobaczy. Ale to nic by nie dało. Te myśli przecież wrócą, uderzą ze zdwojoną siłą. A ona nie mogła pozwolić sobie na rozproszenie, na stratę czujności.<br />
Nie wspominając o tym, że wtedy za łatwo przychodziło jej zanurzanie się w snach pełnych wspomnień martwych ludzi. Strzępów, które nie pozostawiały po sobie niczego dobrego.<br />
Poza tym, choć wybrała to miejsce właśnie po to, by choć przez moment poobserwować ludzi spokojnych, szczęśliwych, nacieszyć się tym widokiem, to przecież przyszła tu niejako służbowo. Prosząc Norę, by wpadła na chwilę, kiedy ktoś ją zmieni, do pubu przy sąsiedniej ulicy, uprzedziła, że może mieć do niej prośbę. <br />
Nie chciała omawiać tego w klubokawiarni. Tam zbyt wielu bywalców ją znało. A Brenna tego wieczora, jak rzadko kiedy, pragnęła anonimowości. To w jej poszukiwaniu przyszła na miejsce niemal godzinę przed umówioną porą spotkania. Na Pokątnej nie miałaby na nią szans. Zapadająca ciemność, rozświetlana tylko przez lampy i świece była tu jej sprzymierzeńcem. Podobnie jak nijaki strój, nie rzucający się w oczy, ot szara marynarka narzucona na koszulę – o innym kroju niż ten, który nosili zwykle Brygadziści. <br />
Kiedy dojrzała blond głowę, uniosła rękę, sygnalizując, gdzie usiadła. Choć głowę miała pełną czarnych myśli, posłała jej zwykły, pogodny uśmiech. To już był odruch, poza tym przecież nie mogła pokazać po sobie, jak bardzo bała się nadchodzącego sabatu.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Cześć, Nora. Mam prośbę. Niestety na szybko.</span><br />
Miała trochę wyrzutów sumienia, z tego tytułu, ale Nora ponoć powiększyła zespół kawiarni, Brenna miała więc nadzieję, że zdoła wygospodarować trochę czasu.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[25.03 | Daisy & Faye]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=570</link>
			<pubDate>Sat, 26 Nov 2022 23:55:37 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=128">Bard Beedle</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=570</guid>
			<description><![CDATA[<h1>25.03.1972<br />
Daisy &amp; Faye</h1><br />
Tak jak zazwyczaj przekomarzała się z Atreusem, tak gdy dostała od niego prośbę o spotkanie z dziennikarką wcale nie widziała w tym nic niezwykłego. Niezależnie od tego, czy kobieta chciała ją opisać w historii, która swoją drogą mogła dać ładną reklamę na temat najbliższego występu i bardzo chętnie zaprosiłaby ją do udziału, chętnie później dopytując nieco bardziej na temat tego, jak podobało się zjechanie Faye na scenicznym księżycu jednocześnie śpiewając. <br />
Przygotowała się do tego występu najlepiej, jak mogła, ubierając swoją ulubioną ciemnoniebieską suknię z przezroczystymi rękawami z tiulu, dodając do tego delikatne kolczyki i naszyjnik, tak aby później dobrać do tego odpowiednią parę ślicznych butów. I nawet mimo tego udało jej się przyjść o czasie, a jednak, gdy tylko wyszła na zewnątrz, nie dało się przejść przez ulicę bez próśb o podpisanie czegoś, dania autografu, krótkiej piosenki…przepraszała fanów, że nie jest w stanie poświęcić im czasu, ale była umówiona – a mimo streszczania się, jak tylko mogła, zjawiła się do kawiarni z lekkim opóźnieniem, zdając sobie z tego sprawę gdy tylko usłyszała zegary wybijające godzinę gdy bardzo dobrze wiedziała, że nie jest wcale blisko restauracji w której miała się spotkać ze swoim tajemniczym gościem. <br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Naprawdę, niezmiennie mi przykro za to spóźnienie.</span> - Chociaż Daisy nie mogła czekać dłużej niż dziesięć minut, Faye od razu pluła sobie w brodę że pozwoliła sobie na takie spóźnienie. A mimo to, w momencie, gdy niemal od razu po wejściu do pomieszczenia przywitały ją pomruki, rozmowy czy chichoty, wiedziała bardzo dobrze, że nawet tutaj nie będą miały w pełni spokoju. Cóż, jeżeli nie przeszkadzało to jej rozmówczyni, to tym bardziej jej samej nie przeszkadzało. <br />
Spróbowała zająć miejsce, ale po dość nieudolnym złapaniu się stołu skończyła niemal przewracają się na pannę Lockhart, posyłając jej nerwowy uśmiech i niemal marząc o tym, aby jednak od czasu do czasu wypadało jej trzasnąć sobie w głowę i nie zwrócić na siebie tym samym uwagi, ale sława zawsze miała jakieś drugie dno. <br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Proszę mi wybaczyć, pamiętam, że byłam w tym miejscu ale jak zawsze, gdy jestem w biegu, zazwyczaj bardziej potykam się o własne nogi.</span> – Jak to ślepy w biegu. – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Dziękuję za przyjście. Nie wiem, czy Atreus ustawiał coś więcej odnośnie tego spotkania? Powiedział, że chce się pani spotkać i że jest pani z zawodu dziennikarką, ale nie chcę zalać pani rozmową, więc może ma pani jakiś motyw aby zacząć? Jak w ogóle się do pani zwracać? Proszę mi mówić Faye.</span> – Jak na niezalewanie jej rozmową wcale nie szło jej dobrze, dlatego miała nadzieję, że jej rozmówczyni nadąża za tym, co mówiła.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<h1>25.03.1972<br />
Daisy &amp; Faye</h1><br />
Tak jak zazwyczaj przekomarzała się z Atreusem, tak gdy dostała od niego prośbę o spotkanie z dziennikarką wcale nie widziała w tym nic niezwykłego. Niezależnie od tego, czy kobieta chciała ją opisać w historii, która swoją drogą mogła dać ładną reklamę na temat najbliższego występu i bardzo chętnie zaprosiłaby ją do udziału, chętnie później dopytując nieco bardziej na temat tego, jak podobało się zjechanie Faye na scenicznym księżycu jednocześnie śpiewając. <br />
Przygotowała się do tego występu najlepiej, jak mogła, ubierając swoją ulubioną ciemnoniebieską suknię z przezroczystymi rękawami z tiulu, dodając do tego delikatne kolczyki i naszyjnik, tak aby później dobrać do tego odpowiednią parę ślicznych butów. I nawet mimo tego udało jej się przyjść o czasie, a jednak, gdy tylko wyszła na zewnątrz, nie dało się przejść przez ulicę bez próśb o podpisanie czegoś, dania autografu, krótkiej piosenki…przepraszała fanów, że nie jest w stanie poświęcić im czasu, ale była umówiona – a mimo streszczania się, jak tylko mogła, zjawiła się do kawiarni z lekkim opóźnieniem, zdając sobie z tego sprawę gdy tylko usłyszała zegary wybijające godzinę gdy bardzo dobrze wiedziała, że nie jest wcale blisko restauracji w której miała się spotkać ze swoim tajemniczym gościem. <br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Naprawdę, niezmiennie mi przykro za to spóźnienie.</span> - Chociaż Daisy nie mogła czekać dłużej niż dziesięć minut, Faye od razu pluła sobie w brodę że pozwoliła sobie na takie spóźnienie. A mimo to, w momencie, gdy niemal od razu po wejściu do pomieszczenia przywitały ją pomruki, rozmowy czy chichoty, wiedziała bardzo dobrze, że nawet tutaj nie będą miały w pełni spokoju. Cóż, jeżeli nie przeszkadzało to jej rozmówczyni, to tym bardziej jej samej nie przeszkadzało. <br />
Spróbowała zająć miejsce, ale po dość nieudolnym złapaniu się stołu skończyła niemal przewracają się na pannę Lockhart, posyłając jej nerwowy uśmiech i niemal marząc o tym, aby jednak od czasu do czasu wypadało jej trzasnąć sobie w głowę i nie zwrócić na siebie tym samym uwagi, ale sława zawsze miała jakieś drugie dno. <br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Proszę mi wybaczyć, pamiętam, że byłam w tym miejscu ale jak zawsze, gdy jestem w biegu, zazwyczaj bardziej potykam się o własne nogi.</span> – Jak to ślepy w biegu. – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Dziękuję za przyjście. Nie wiem, czy Atreus ustawiał coś więcej odnośnie tego spotkania? Powiedział, że chce się pani spotkać i że jest pani z zawodu dziennikarką, ale nie chcę zalać pani rozmową, więc może ma pani jakiś motyw aby zacząć? Jak w ogóle się do pani zwracać? Proszę mi mówić Faye.</span> – Jak na niezalewanie jej rozmową wcale nie szło jej dobrze, dlatego miała nadzieję, że jej rozmówczyni nadąża za tym, co mówiła.]]></content:encoded>
		</item>
	</channel>
</rss>