<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0" xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">
	<channel>
		<title><![CDATA[Secrets of London - Carkitt Market]]></title>
		<link>https://secretsoflondon.pl/</link>
		<description><![CDATA[Secrets of London - https://secretsoflondon.pl]]></description>
		<pubDate>Fri, 06 Nov 2026 02:28:37 +0000</pubDate>
		<generator>MyBB</generator>
		<item>
			<title><![CDATA[[22/10/72] Przyjmę do pracy]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6521</link>
			<pubDate>Wed, 14 Oct 2026 15:51:07 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=654">Bran Krwiopijca</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6521</guid>
			<description><![CDATA[Byliście tutaj kilka dni wcześniej i mogliście już wtedy obejrzeć knajpę przez szyby. Poszukiwania zaprowadziły was pod drzwi niewielkiej włoskiej restauracyjki, choć <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">restauracja</span> było szczodrym określeniem na tę klitkę. Wciśnięta między inne lokale na Carkitt, wyraźnie nie należała do miejsc, gdzie się przychodzi długo biesiadować, a raczej zjada i wychodzi bądź zabiera coś ze sobą na wynos. Szyld był zaprojektowany nudno i sztampowo: żółtym elementem logo była ilustracja pizzy, przecinała ją pomarańczowa wstęga, na której wypisano nazwę przybytku: <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Mariano</span>. Na drzwiach knajpy wisiało odręcznie wypisane na kartce ogłoszenie: <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">PRZYJMĘ DO PRACY</span>.<br />
<br />
Mimo że na zewnątrz pogoda iście październikowa, wnętrze tego lokalu było cieplutkie, a nawet można by się pokusić o określenie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">parne</span>. Ściany wewnątrz Mariano pomalowano na wściekle pomarańczowy kolor, lecz w zestawieniu ze słabym oświetleniem sali nie był on aż tak rażący. Wyposażenie przedstawiało się skromnie: doliczyliście się pięciu stolików, z czego tylko dwa były w dniu waszej wizyty zajęte. Przy jednym siedział starszy czarodziej; przy drugim ojciec z kilkuletnią córeczką, która paluszkami wygrzebywała akurat ze swojej pizzy salami. Byli to zwykli, prości ludzie. Nikt, kto by wzbudzał podejrzenia. <br />
<br />
Za barem stał śniady, puszysty mężczyzna w fartuchu. Długa, czarna broda utrudniała odgadnięcie jego wieku na podstawie samego rzutu oka. Mógł mieć lat trzydzieści, mógł mieć pięćdziesiąt. Nie wyglądał groźnie, podle ani czarnoksięsko. Patrzyło mu z oczu raczej poczciwie. Na ścianie za nim zawieszona była pełna oferta przybytku: głównie pizza i makarony. Jeśli spojrzeć na talerze gości i wciągnąć nosem zapachy z kuchni, jedzenie serwowano tu tłuściutkie. Nie żałowali sera.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Byliście tutaj kilka dni wcześniej i mogliście już wtedy obejrzeć knajpę przez szyby. Poszukiwania zaprowadziły was pod drzwi niewielkiej włoskiej restauracyjki, choć <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">restauracja</span> było szczodrym określeniem na tę klitkę. Wciśnięta między inne lokale na Carkitt, wyraźnie nie należała do miejsc, gdzie się przychodzi długo biesiadować, a raczej zjada i wychodzi bądź zabiera coś ze sobą na wynos. Szyld był zaprojektowany nudno i sztampowo: żółtym elementem logo była ilustracja pizzy, przecinała ją pomarańczowa wstęga, na której wypisano nazwę przybytku: <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Mariano</span>. Na drzwiach knajpy wisiało odręcznie wypisane na kartce ogłoszenie: <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">PRZYJMĘ DO PRACY</span>.<br />
<br />
Mimo że na zewnątrz pogoda iście październikowa, wnętrze tego lokalu było cieplutkie, a nawet można by się pokusić o określenie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">parne</span>. Ściany wewnątrz Mariano pomalowano na wściekle pomarańczowy kolor, lecz w zestawieniu ze słabym oświetleniem sali nie był on aż tak rażący. Wyposażenie przedstawiało się skromnie: doliczyliście się pięciu stolików, z czego tylko dwa były w dniu waszej wizyty zajęte. Przy jednym siedział starszy czarodziej; przy drugim ojciec z kilkuletnią córeczką, która paluszkami wygrzebywała akurat ze swojej pizzy salami. Byli to zwykli, prości ludzie. Nikt, kto by wzbudzał podejrzenia. <br />
<br />
Za barem stał śniady, puszysty mężczyzna w fartuchu. Długa, czarna broda utrudniała odgadnięcie jego wieku na podstawie samego rzutu oka. Mógł mieć lat trzydzieści, mógł mieć pięćdziesiąt. Nie wyglądał groźnie, podle ani czarnoksięsko. Patrzyło mu z oczu raczej poczciwie. Na ścianie za nim zawieszona była pełna oferta przybytku: głównie pizza i makarony. Jeśli spojrzeć na talerze gości i wciągnąć nosem zapachy z kuchni, jedzenie serwowano tu tłuściutkie. Nie żałowali sera.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[Jesień 1972] Jesienny warsztat Gregorovitchów]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6090</link>
			<pubDate>Sun, 31 May 2026 21:31:49 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=584">Larisa Gregorovitch</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6090</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">26.10.1972</div>
<br />
List od Geraldine może i przyszedł stosunkowo późno, biorąc pod uwagę zbliżający się Sabat, ale nie było to nic czego nie dało się zrobić w takim czasie. Larisa siadła więc do pracy, rozpakowując podesłane przez łowczynię materiały i mierząc je dokładnie, zanim przystąpiła do obróbki części z nich. Zrobiła wykroje, według wymiarów które zostały jej dostarczone, a potem zabrała się do łączenia skór w jedną, koherentną całość, która z czasem miała przybrać postać szaty (a przynajmniej Gregorovitch miała szczerą nadzieję, że tak będzie).<br />
<br />
<span style="font-size: small;" class="mycode_size"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">//</span> <span style="color: #6d6d6d;" class="mycode_color">szata stagnacji dla Geraldine; kaletnictwo II, rzemiosło ◉◉◉○○</span></span><br />
[roll=Z]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">26.10.1972</div>
<br />
List od Geraldine może i przyszedł stosunkowo późno, biorąc pod uwagę zbliżający się Sabat, ale nie było to nic czego nie dało się zrobić w takim czasie. Larisa siadła więc do pracy, rozpakowując podesłane przez łowczynię materiały i mierząc je dokładnie, zanim przystąpiła do obróbki części z nich. Zrobiła wykroje, według wymiarów które zostały jej dostarczone, a potem zabrała się do łączenia skór w jedną, koherentną całość, która z czasem miała przybrać postać szaty (a przynajmniej Gregorovitch miała szczerą nadzieję, że tak będzie).<br />
<br />
<span style="font-size: small;" class="mycode_size"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">//</span> <span style="color: #6d6d6d;" class="mycode_color">szata stagnacji dla Geraldine; kaletnictwo II, rzemiosło ◉◉◉○○</span></span><br />
[roll=Z]]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[24.10.72] What else can our hands do with the blood?]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6014</link>
			<pubDate>Sat, 09 May 2026 12:36:19 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=222">Louvain Lestrange</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6014</guid>
			<description><![CDATA[<p> Ciężka kotara ozdobiona haftami owoców głogu poruszyła się powoli, zdradzając przybycie nowego interesanta jeszcze zanim Louvain przekroczył próg sklepu Gregorovitchów. Materiał zazseleścił głucho a wraz z nim do środka wślizgnął się niemalże ostatni chłód październikowego popołudnia i coś jeszcze. Napięcie czarodzieja, który od pewnego czasu coraz częściej myślał o własnym bezpieczeństwie. Spalona noc pozostawiła po sobie więcej niż widok płonącego Londynu; pozostawiła świadomość, że nieoczekiwane może przyjść zawsze, w każdej chwili. A jednak nie sam ogień był tym, co najmocniej utkwiło mu pod powiekami. Myślami wciąż wracał do Kniei i do widma, które napotkał pośród zieleni drzew, do obecności nieludzkiej, która spojrzała w niego z niepokojącą łatwością, jakby jego wnętrze było jedynie uchylonymi drzwiami. Od tamtej chwili niepokoiło go coś znacznie bardziej wstydliwego niż lęk przed śmiercią: świadomość własnego Zimna. Tego pustego miejsca głęboko pod żebrami, które widmo się zdawało się dostrzec bez najmniejszego trudu. Po raz pierwszy od dawna Louvain poczuł, że istnieją siły zdolne nie tylko odebrać życie, ale również obnażyć to, czego sam wolał w sobie nie nazywać. Dlatego coraz wyraźniej odczuwał potrzebę “dozbrojenia się”. Otoczenia mocą i przedmiotami, które pozwoliłyby mu odzyskać poczucie kontroli nad sytuacją i nad samym sobą, zanim chaos ponownie zapłonie wokół niego. Ubrany był nienagannie; ciemny, doskonale skrojony płaszcz opinał szczupłą sylwetkę z surową elegancją, podkreślając każdą linię jego postawy. Materiał nie nosił ani jednej przypadkowej fałdy, srebrne spinki przy mankietach połyskiwały dyskretnie przy każdym ruchu dłoni, a wysokie skórzane rękawiczki sprawiały wrażenie równie kosztownych, co praktycznych. </p>
<p>Wnętrze sklepu przypominało bardziej sanktuarium niż zwykły punkt sprzedaży. Lampady podwieszone pod sufitem rzucały nikły, złotawy blask na drewno i złocone ramy portretów pzredstawiających, cholera właściwie wie kogo. Gdyby miał zgadywać były to wizerunki przodków kogoś z rodzinnych stron Mykewa. Twarze na obrazach spoglądały ostro, niemal oskarżycielsko, jak gwardia pilnująca dostępu do czegoś więcej niż tylko rzemiosła. Louvain znał plotki krążące wokół nazwiska Gregorovitch, dla których właśnie tutaj przyszedł. Jednocześnie nie należał do tych naiwnych, którzy wierzyli, że wszystko, co najcenniejsze, wystawia się otwarcie na ladzie. Zatrzymał ciekawe spojrzenie dopiero wtedy, gdy zorientował się, że za ladą nie zastał Mykewa, lecz najwyraźniej jego żonę. I choć w jego spojrzeniu zawsze czaiło się coś trudnego do uchwycenia, chłód albo przesadna uważność, tym razem nie pozwolił sobie na najmniejsze uchybienie etykiecie. Pochylił głowę z należytą godnością, wykonując ukłon płynny i wyćwiczony, należny zamężnej damie czystej krwi. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Madam Gregorovitch.</span> - odezwał się niczym grzeczny chłopiec, terrorysta. Gest nie był przesadzony ani teatralny, przeciwnie, miał w sobie tę szczególną powściągliwość ludzi wychowanych w rodach, gdzie dobre maniery nie były uprzejmością, lecz obowiązkiem. Louvain nie należał do mężczyzn noszących kapelusze, nie potrzebował ich, by wyglądać na człowieka świadomego swojej pozycji. Nie miał więc czego zdjąć z głowy przed Gregorovitchową, ale żeby uniknąć przesadnego sans-gêne, ściągnął prawą rękawiczkę. Powoli, z elegancją wynikającą bardziej z przyzwyczajenia niż ostentacji. Gdyby Larisa zdecydowała się podać mu dłoń, ucałowałby ją zgodnie z wszelkimi zasadami starego wychowania: krótko, z odpowiednim dystansem i szacunkiem, bez poufałości, która mogłaby urągać pozycji zarówno jej, jak i jej męża. Louvain doskonale rozumiał wagę takich gestów. Zwłaszcza w domach, gdzie nazwisko i reputacja były równie istotne jak magia. Wyprostował się dopiero po chwili, utrzymując spojrzenie spokojne i opanowane. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Moja godność, Lestrange Louvain, syn Anthony’ego Lestrange’a.</span> Nazwisko wypowiedział z naturalną pewnością człowieka przyzwyczajonego do istoty własnego rodu, ale bez tej przesadnej pychy, którą często nosili młodzi przedstawiciele starych rodzin. W jego tonie pobrzmiewał raczej zimny profesjonalizm i dobrze wyuczona etykieta. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Potrzebuję kunsztu kaletniczego</span> - oznajmił spokojnie, pozwalając spojrzeniu raz jeszcze przesunąć się po półmroku sklepu. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- I chciałbym zapytać, czy przyjmują państwo specjalne zamówienia… z nieco mniej typowych materiałów?</span> W jego postawie nie było protekcjonalności, którą nierzadko nosili przedstawiciele starych rodów wobec rzemieślników, nawet tych wybitnych. Przeciwnie. Odnosił się do nazwiska Gregorovitch z ostrożnym szacunkiem i świadomością, że pewne formy sztuki magicznej stoją znacznie bliżej sacrum niż zwykłego fachu.</p>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p> Ciężka kotara ozdobiona haftami owoców głogu poruszyła się powoli, zdradzając przybycie nowego interesanta jeszcze zanim Louvain przekroczył próg sklepu Gregorovitchów. Materiał zazseleścił głucho a wraz z nim do środka wślizgnął się niemalże ostatni chłód październikowego popołudnia i coś jeszcze. Napięcie czarodzieja, który od pewnego czasu coraz częściej myślał o własnym bezpieczeństwie. Spalona noc pozostawiła po sobie więcej niż widok płonącego Londynu; pozostawiła świadomość, że nieoczekiwane może przyjść zawsze, w każdej chwili. A jednak nie sam ogień był tym, co najmocniej utkwiło mu pod powiekami. Myślami wciąż wracał do Kniei i do widma, które napotkał pośród zieleni drzew, do obecności nieludzkiej, która spojrzała w niego z niepokojącą łatwością, jakby jego wnętrze było jedynie uchylonymi drzwiami. Od tamtej chwili niepokoiło go coś znacznie bardziej wstydliwego niż lęk przed śmiercią: świadomość własnego Zimna. Tego pustego miejsca głęboko pod żebrami, które widmo się zdawało się dostrzec bez najmniejszego trudu. Po raz pierwszy od dawna Louvain poczuł, że istnieją siły zdolne nie tylko odebrać życie, ale również obnażyć to, czego sam wolał w sobie nie nazywać. Dlatego coraz wyraźniej odczuwał potrzebę “dozbrojenia się”. Otoczenia mocą i przedmiotami, które pozwoliłyby mu odzyskać poczucie kontroli nad sytuacją i nad samym sobą, zanim chaos ponownie zapłonie wokół niego. Ubrany był nienagannie; ciemny, doskonale skrojony płaszcz opinał szczupłą sylwetkę z surową elegancją, podkreślając każdą linię jego postawy. Materiał nie nosił ani jednej przypadkowej fałdy, srebrne spinki przy mankietach połyskiwały dyskretnie przy każdym ruchu dłoni, a wysokie skórzane rękawiczki sprawiały wrażenie równie kosztownych, co praktycznych. </p>
<p>Wnętrze sklepu przypominało bardziej sanktuarium niż zwykły punkt sprzedaży. Lampady podwieszone pod sufitem rzucały nikły, złotawy blask na drewno i złocone ramy portretów pzredstawiających, cholera właściwie wie kogo. Gdyby miał zgadywać były to wizerunki przodków kogoś z rodzinnych stron Mykewa. Twarze na obrazach spoglądały ostro, niemal oskarżycielsko, jak gwardia pilnująca dostępu do czegoś więcej niż tylko rzemiosła. Louvain znał plotki krążące wokół nazwiska Gregorovitch, dla których właśnie tutaj przyszedł. Jednocześnie nie należał do tych naiwnych, którzy wierzyli, że wszystko, co najcenniejsze, wystawia się otwarcie na ladzie. Zatrzymał ciekawe spojrzenie dopiero wtedy, gdy zorientował się, że za ladą nie zastał Mykewa, lecz najwyraźniej jego żonę. I choć w jego spojrzeniu zawsze czaiło się coś trudnego do uchwycenia, chłód albo przesadna uważność, tym razem nie pozwolił sobie na najmniejsze uchybienie etykiecie. Pochylił głowę z należytą godnością, wykonując ukłon płynny i wyćwiczony, należny zamężnej damie czystej krwi. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Madam Gregorovitch.</span> - odezwał się niczym grzeczny chłopiec, terrorysta. Gest nie był przesadzony ani teatralny, przeciwnie, miał w sobie tę szczególną powściągliwość ludzi wychowanych w rodach, gdzie dobre maniery nie były uprzejmością, lecz obowiązkiem. Louvain nie należał do mężczyzn noszących kapelusze, nie potrzebował ich, by wyglądać na człowieka świadomego swojej pozycji. Nie miał więc czego zdjąć z głowy przed Gregorovitchową, ale żeby uniknąć przesadnego sans-gêne, ściągnął prawą rękawiczkę. Powoli, z elegancją wynikającą bardziej z przyzwyczajenia niż ostentacji. Gdyby Larisa zdecydowała się podać mu dłoń, ucałowałby ją zgodnie z wszelkimi zasadami starego wychowania: krótko, z odpowiednim dystansem i szacunkiem, bez poufałości, która mogłaby urągać pozycji zarówno jej, jak i jej męża. Louvain doskonale rozumiał wagę takich gestów. Zwłaszcza w domach, gdzie nazwisko i reputacja były równie istotne jak magia. Wyprostował się dopiero po chwili, utrzymując spojrzenie spokojne i opanowane. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Moja godność, Lestrange Louvain, syn Anthony’ego Lestrange’a.</span> Nazwisko wypowiedział z naturalną pewnością człowieka przyzwyczajonego do istoty własnego rodu, ale bez tej przesadnej pychy, którą często nosili młodzi przedstawiciele starych rodzin. W jego tonie pobrzmiewał raczej zimny profesjonalizm i dobrze wyuczona etykieta. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Potrzebuję kunsztu kaletniczego</span> - oznajmił spokojnie, pozwalając spojrzeniu raz jeszcze przesunąć się po półmroku sklepu. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- I chciałbym zapytać, czy przyjmują państwo specjalne zamówienia… z nieco mniej typowych materiałów?</span> W jego postawie nie było protekcjonalności, którą nierzadko nosili przedstawiciele starych rodów wobec rzemieślników, nawet tych wybitnych. Przeciwnie. Odnosił się do nazwiska Gregorovitch z ostrożnym szacunkiem i świadomością, że pewne formy sztuki magicznej stoją znacznie bliżej sacrum niż zwykłego fachu.</p>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[24.09.1972] Tell me every terrible thing you ever did, and let me love you anyway.]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5718</link>
			<pubDate>Sat, 14 Feb 2026 14:50:40 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=584">Larisa Gregorovitch</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5718</guid>
			<description><![CDATA[<p>Światło dnia powoli ciemniało, zwiastując powoli czas kiedy sklepikarze na Carkitt Market musieli zamknąć drzwi swoich lokali i przekręcić wiszące na nich tabliczki, informując że oto nadeszła godzina zamknięcia. Ale mimo tego odwiedzający centrum handlowe wciąż krążyli taką samą gęstą masą, jakby czekając do ostatniej minuty, by opuścić zadaszone wnętrze i rozejść się wreszcie do swoich domów. W końcu jednak padły ostatnie słowa pożegnania, deski skrzypnęły, a dzwoneczek umieszczony nad drzwiami wejściowymi zadźwięczał dając znać, że ostatni klient na dzisiaj odebrał zamówioną wcześniej różdżkę, pozostawiając lokal we względnej ciszy.</p>
<p>Larisa nie podniosła nawet spojrzenia, skryta w swoim kącie między regałami, powoli i z rozmysłem wsuwając podłużne pudełeczka na swoje miejsca. W każdym znajdowała się różdżka, każda kolejna która wyszła spod ich rąk, ich małe dzieło mające świadczyć o kunszcie i rzemiośle, którym się parali. Każda z własnych charakterem i wciąż bezpańska, ale kobieta wierzyła że prędzej czy później trafią w odpowiednie ręce zdolnych czarodziei - takich, którzy tylko potwierdzą że tworzone przez nich przedmioty były najwyższej jakości. </p>
<p>Runa, która została im pozostawiona podczas Spalonej Nocy, wciąż okazjonalnie żarzyła się na ścianach, przyprawiając ją o ból głowy i momentami irytację. Nie podobała jej się. Była niewłaściwa i szkodliwa, spędzając z powiek resztki snu, kiedy te tylko się tam osadzały. Nie ważne czego do tej pory próbowali, znak pozostawał niewzruszony, jakby szydząc z nich wszystkich, ale chyba powinna czuć się usatysfakcjonowana, że nie prześladowała ich w domu mieszczącym się w Little Hangleton. Tam nie zniosłaby tego tym bardziej.</p>
<p>- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Wszystko jest na swoim miejscu </span>- rozdzieliła delikatnymi słowami panującą w lokalu ciszę, zatrzymując się parę kroków od sylwetki męża i lustrując go sennym, trochę niemrawym spojrzeniem.</p>
<br />
!BINGO E1]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Światło dnia powoli ciemniało, zwiastując powoli czas kiedy sklepikarze na Carkitt Market musieli zamknąć drzwi swoich lokali i przekręcić wiszące na nich tabliczki, informując że oto nadeszła godzina zamknięcia. Ale mimo tego odwiedzający centrum handlowe wciąż krążyli taką samą gęstą masą, jakby czekając do ostatniej minuty, by opuścić zadaszone wnętrze i rozejść się wreszcie do swoich domów. W końcu jednak padły ostatnie słowa pożegnania, deski skrzypnęły, a dzwoneczek umieszczony nad drzwiami wejściowymi zadźwięczał dając znać, że ostatni klient na dzisiaj odebrał zamówioną wcześniej różdżkę, pozostawiając lokal we względnej ciszy.</p>
<p>Larisa nie podniosła nawet spojrzenia, skryta w swoim kącie między regałami, powoli i z rozmysłem wsuwając podłużne pudełeczka na swoje miejsca. W każdym znajdowała się różdżka, każda kolejna która wyszła spod ich rąk, ich małe dzieło mające świadczyć o kunszcie i rzemiośle, którym się parali. Każda z własnych charakterem i wciąż bezpańska, ale kobieta wierzyła że prędzej czy później trafią w odpowiednie ręce zdolnych czarodziei - takich, którzy tylko potwierdzą że tworzone przez nich przedmioty były najwyższej jakości. </p>
<p>Runa, która została im pozostawiona podczas Spalonej Nocy, wciąż okazjonalnie żarzyła się na ścianach, przyprawiając ją o ból głowy i momentami irytację. Nie podobała jej się. Była niewłaściwa i szkodliwa, spędzając z powiek resztki snu, kiedy te tylko się tam osadzały. Nie ważne czego do tej pory próbowali, znak pozostawał niewzruszony, jakby szydząc z nich wszystkich, ale chyba powinna czuć się usatysfakcjonowana, że nie prześladowała ich w domu mieszczącym się w Little Hangleton. Tam nie zniosłaby tego tym bardziej.</p>
<p>- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Wszystko jest na swoim miejscu </span>- rozdzieliła delikatnymi słowami panującą w lokalu ciszę, zatrzymując się parę kroków od sylwetki męża i lustrując go sennym, trochę niemrawym spojrzeniem.</p>
<br />
!BINGO E1]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[10.09.72] She give me life, twice]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5248</link>
			<pubDate>Sat, 18 Oct 2025 00:42:45 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=574">Savaš Gregorovitch</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5248</guid>
			<description><![CDATA[<h1> Różdżki Gregorovitcha</h1><br />
<br />
<p> Pamiętał moment swojej śmierci. Nie pamiętał, żeby kiedykolwiek przestał istnieć. Może to tylko przerwa między oddechami z której nigdy go nie wypuściła? No właśnie. Czy to była jej decyzja, czy kogoś innego. Była wściekła, w to mógł uwierzyć. Nie pochwalała takich czynów, wręcz zakazywała. Wiedział to zanim do tego doszło, wiedział że nie wolno mu było. Jednak był już dorosły, mógł sam za siebie odpowiadać. W razie konieczności odejść, skazany na banicję i porzucenie nazwiska. Bardziej niż rodziny, brakowałoby mu sklepu, warsztatu i pracy. To nie tak że tego chciał. To nie byłaby jego decyzja. Nie zrezygnował z rodziny. To matka rezygnowała z niego takim jakim był. Nigdy nie było to jego celem, aby postępować wbrew jej zakazom. Ale czy można było mu się dziwić skoro po raz pierwszy odnalazł ciepło, którego w domu nigdy nie poznał? Ktoś kto chciał go takim jakbym był, a nie kazał wciskać się w strój uszyty z czarciej fantazji. Wielokrotnie był karany, wiele razy bolało. Do tego zdążył przywyknąć. Jednak nigdy nie sądził, że jest zdolna do tego. Może dlatego, że to nie ona. </p>
<p><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – To on kazał Ci to zrobić? </span>Zapytał, niemalże szeptem. Zerkał tylko ukradkiem, nie mając odwagi podnieść na nią wzroku kiedy mówił do niej o nim. Nie lubił o nim rozmawiać, bał się jej, kiedy o nim wspominano. Wtedy była zdolna do wielu rzeczy, które przypisywał tylko najbardziej dzikiej bestii z magicznych odludziu Jednak niepokorna ciekawość nie pozwała mu przemilczeć tego co się stało. Przez całe swoje życie, jak i to kolejne, był przekonany, że głos mieszkający w jej głowie był tam tylko po to żeby krzywdzić go. Krzywdzić innych, kiedy nie postępowali według jej i jego woli. Nigdy go nie usłyszał, chociaż dobrze widział na dnie jej oczu. Nie był krzykiem, ani ciszą. Może brakiem ciszy. Ona to wosk, on to ogień. Dźwięk to jedynie rozgrzane krople parafiny, które wypalały go na nowo do formy której od niego pożądała. Zawsze tak było, do teraz. Tym razem uratował ich, jej rękoma. Nie wiedział tego, nie miał całkowitej pewności. Jednak ruda madonna nie miała prawa znać tych symboli. Symboli których nie widział nikt poza nią. </p>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<h1> Różdżki Gregorovitcha</h1><br />
<br />
<p> Pamiętał moment swojej śmierci. Nie pamiętał, żeby kiedykolwiek przestał istnieć. Może to tylko przerwa między oddechami z której nigdy go nie wypuściła? No właśnie. Czy to była jej decyzja, czy kogoś innego. Była wściekła, w to mógł uwierzyć. Nie pochwalała takich czynów, wręcz zakazywała. Wiedział to zanim do tego doszło, wiedział że nie wolno mu było. Jednak był już dorosły, mógł sam za siebie odpowiadać. W razie konieczności odejść, skazany na banicję i porzucenie nazwiska. Bardziej niż rodziny, brakowałoby mu sklepu, warsztatu i pracy. To nie tak że tego chciał. To nie byłaby jego decyzja. Nie zrezygnował z rodziny. To matka rezygnowała z niego takim jakim był. Nigdy nie było to jego celem, aby postępować wbrew jej zakazom. Ale czy można było mu się dziwić skoro po raz pierwszy odnalazł ciepło, którego w domu nigdy nie poznał? Ktoś kto chciał go takim jakbym był, a nie kazał wciskać się w strój uszyty z czarciej fantazji. Wielokrotnie był karany, wiele razy bolało. Do tego zdążył przywyknąć. Jednak nigdy nie sądził, że jest zdolna do tego. Może dlatego, że to nie ona. </p>
<p><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – To on kazał Ci to zrobić? </span>Zapytał, niemalże szeptem. Zerkał tylko ukradkiem, nie mając odwagi podnieść na nią wzroku kiedy mówił do niej o nim. Nie lubił o nim rozmawiać, bał się jej, kiedy o nim wspominano. Wtedy była zdolna do wielu rzeczy, które przypisywał tylko najbardziej dzikiej bestii z magicznych odludziu Jednak niepokorna ciekawość nie pozwała mu przemilczeć tego co się stało. Przez całe swoje życie, jak i to kolejne, był przekonany, że głos mieszkający w jej głowie był tam tylko po to żeby krzywdzić go. Krzywdzić innych, kiedy nie postępowali według jej i jego woli. Nigdy go nie usłyszał, chociaż dobrze widział na dnie jej oczu. Nie był krzykiem, ani ciszą. Może brakiem ciszy. Ona to wosk, on to ogień. Dźwięk to jedynie rozgrzane krople parafiny, które wypalały go na nowo do formy której od niego pożądała. Zawsze tak było, do teraz. Tym razem uratował ich, jej rękoma. Nie wiedział tego, nie miał całkowitej pewności. Jednak ruda madonna nie miała prawa znać tych symboli. Symboli których nie widział nikt poza nią. </p>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[08.09.1972] Sincerely, me]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4676</link>
			<pubDate>Mon, 31 Mar 2025 20:32:22 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=332">Leviathan Rowle</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4676</guid>
			<description><![CDATA[<div class="mod"><span class="modtitle">adnotacja moderatora</span><div class="modopis">Rozliczono - Leviathan Rowle - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Piszę, więc jestem</span></div></div>
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">Sowi urząd pocztowy, Carkitt Market</div>
<br />
Po walkach z sowami zmierzającymi do Ministerstwa, a także działaniami mającymi na celu ograniczenie dostępności do niego, naturalnym wręcz wydawało się by obrać sobie za cel Sowi Urząd Pocztowy. Z jakiegoś powodu, zastraszająca ilość czarodziejów myślała chyba, że w takich warunkach spanikowane, niepewnie latające ptaki zdziałają cokolwiek. Cóż, próbowały, to należało im oddać, jednak gęsty dym i ciężki popiół utrudniały im pracę. Nie zmieniało to jednak faktu, że ktoś wciąż próbował rozsyłać pocztę. Że komunikacja wciąż krążyła, nie tyle faktycznie szkodząc przepływem informacji jako takich, co działając wręcz pokrzepiająco. Bo jakże łatwo było poczuć odrobinę otuchy, kiedy dookoła wszystko płonęło, a w rękach właśnie ściskało się wymęczony podróżą list, niosący ze sobą dobre informacje?<br />
<br />
Tego typu sytuacje należało zdusić jak najszybciej i u źródła. Poczta stała otworem - dosłownie - z rozdziawionymi na oścież drzwiami, umożliwiającymi łatwe wejście do środka. Chyba nawet były uszkodzone i ciężko byłoby je zamknąć, a Rowle był w stanie założyć się, że ktoś w panice zajął się zawiasami, tak by jak najszybciej móc dostać się do środka. Dookoła śmierdziało duszącym dymem, ktoś krzyczał, ale sytuacja wewnątrz wydawała się w miarę opanowana. Na pewno radzili sobie lepiej jak reszta ulicy, gdzie ogień szalał, trawiąc kolejne budynki. Najwyraźniej służby zadbały, by punkty komunikacji trzymały się jako tako, o czym dodatkowo świadczył trzepot skrzydeł w powietrzu i stresowe pohukiwanie sów śmigających nad głowami. Wewnątrz i na zewnątrz. <br />
<br />
Leviathan nie zatrzymał się ani na chwilę, zmierzając w kierunku wejścia. Tu nie potrzeba było przesadnej finezji i prób dokładnego celowania w śmigające po niebie ptaki, bo przestrzeń była zamknięta, stanowiąc wspaniały wręcz plac zabaw do wzniecania paniki i siania chaosu. Wycelował więc różdżką w pierwszą rzecz, która znalazła się w zasięgu wzroku - okienko pocztowe, za którym w panice krzątała się pracownica poczty, obrzucona stosem paczek które próbowała gdzieś przemieścić - a następnie spróbował związać zaklęcie, by posłać w tamtą stronę pocisk ognia.<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">kształtowanie na pocisk ognia</span><br />
[roll=Z]<br />
[inny avek]https://i.imgur.com/7rh4tox.png[/inny avek]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div class="mod"><span class="modtitle">adnotacja moderatora</span><div class="modopis">Rozliczono - Leviathan Rowle - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Piszę, więc jestem</span></div></div>
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">Sowi urząd pocztowy, Carkitt Market</div>
<br />
Po walkach z sowami zmierzającymi do Ministerstwa, a także działaniami mającymi na celu ograniczenie dostępności do niego, naturalnym wręcz wydawało się by obrać sobie za cel Sowi Urząd Pocztowy. Z jakiegoś powodu, zastraszająca ilość czarodziejów myślała chyba, że w takich warunkach spanikowane, niepewnie latające ptaki zdziałają cokolwiek. Cóż, próbowały, to należało im oddać, jednak gęsty dym i ciężki popiół utrudniały im pracę. Nie zmieniało to jednak faktu, że ktoś wciąż próbował rozsyłać pocztę. Że komunikacja wciąż krążyła, nie tyle faktycznie szkodząc przepływem informacji jako takich, co działając wręcz pokrzepiająco. Bo jakże łatwo było poczuć odrobinę otuchy, kiedy dookoła wszystko płonęło, a w rękach właśnie ściskało się wymęczony podróżą list, niosący ze sobą dobre informacje?<br />
<br />
Tego typu sytuacje należało zdusić jak najszybciej i u źródła. Poczta stała otworem - dosłownie - z rozdziawionymi na oścież drzwiami, umożliwiającymi łatwe wejście do środka. Chyba nawet były uszkodzone i ciężko byłoby je zamknąć, a Rowle był w stanie założyć się, że ktoś w panice zajął się zawiasami, tak by jak najszybciej móc dostać się do środka. Dookoła śmierdziało duszącym dymem, ktoś krzyczał, ale sytuacja wewnątrz wydawała się w miarę opanowana. Na pewno radzili sobie lepiej jak reszta ulicy, gdzie ogień szalał, trawiąc kolejne budynki. Najwyraźniej służby zadbały, by punkty komunikacji trzymały się jako tako, o czym dodatkowo świadczył trzepot skrzydeł w powietrzu i stresowe pohukiwanie sów śmigających nad głowami. Wewnątrz i na zewnątrz. <br />
<br />
Leviathan nie zatrzymał się ani na chwilę, zmierzając w kierunku wejścia. Tu nie potrzeba było przesadnej finezji i prób dokładnego celowania w śmigające po niebie ptaki, bo przestrzeń była zamknięta, stanowiąc wspaniały wręcz plac zabaw do wzniecania paniki i siania chaosu. Wycelował więc różdżką w pierwszą rzecz, która znalazła się w zasięgu wzroku - okienko pocztowe, za którym w panice krzątała się pracownica poczty, obrzucona stosem paczek które próbowała gdzieś przemieścić - a następnie spróbował związać zaklęcie, by posłać w tamtą stronę pocisk ognia.<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">kształtowanie na pocisk ognia</span><br />
[roll=Z]<br />
[inny avek]https://i.imgur.com/7rh4tox.png[/inny avek]]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[25.08.1972] He is more myself than I am (derogatory) | William i Alexander]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4044</link>
			<pubDate>Sat, 12 Oct 2024 17:27:06 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=349">Alexander Mulciber</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4044</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b"><div style="text-align: center;" class="mycode_align">Stolik w ogródku niewielkiej kawiarni przy Carkitt Market<br />
SUMA PRZYPADKÓW: <a href="http://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=748&amp;pid=53359#pid53359" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">Poltergeist II</a></div></div>
<br />
Nie wiedział, dlaczego w ogóle zgodził się na to spotkanie, a jednak siedział teraz w cieniu kawiarnianej markizy, rozparty wygodnie na plecionym krześle, popatrując na mijających lokal ludzi: szkła ciemnych okularów skrywały oczy jasnowidza, który niespiesznie ćmił papierosa, myślami będąc hen daleko – w przeszłości.<br />
<br />
Czarne Wesele zbierało swoje żniwo. Odkąd w <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Czarownicy</span>, psia jej mać, ukazał się nieszczęsny artykuł opatrzony zdjęciem, na którym uchwycono go w otoczeniu róż u boku Eden – "państwo Lestrange", głosił podpis pod fotografią, zdobiącą plotkarski wysryw na temat małżeństwa Malfoyówny z Williamem Lestrange'm – Alexander unikał publicznych pokazówek, licząc naiwnie, że jeżeli przestanie bywać w towarzystwie, ludzie nie skojarzą, że ktoś popełnił drukarskiego chochlika. Miał aż nadto plotek na temat swojego stanu matrymonialnego – zepchnął teraz te myśli na bok, były zbyt bolesne, by teraz się nad nimi rozwodził – gdyby jeszcze zaczęto łączyć go romantycznie z Eden, chyba zamknąłby się w Departamencie Tajemnic i nigdy już stamtąd nie wyszedł. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">"Kolejny zaginiony niewymowny"</span>, trąbiłby za kilka miesięcy Prorok Codzienny, ale Mulciber wolał być uznany za zmarłego, niż odebrać kolejny list od Longbottoma, który w tonie dobrodusznej kpiny wypytywał o jego życie uczuciowe. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Windermere wszystko skomplikowało.</span> Zamrugał gwałtownie pod szkłami okularów przeciwsłonecznych, próbując pozbyć się z obrzeży spojrzenia barwnej feerii leniwie rozciągających się wszędzie dookoła nici powiązań, które splatały mijających się ludzi w ściegu tkanym na krośnie przeznaczenia. Odkąd wrócił z Windermere, często łapał się na tym, że nieświadomie używa rodzinnego daru – że szuka nici wzrokiem, chwytając się symboliki kolorów jak wygłodniały pies chwyta rzuconą mu kość – nie żałował, że świat nie jest czarno-biały, ale często pragnął, by był choć trochę prostszy.<br />
<br />
Odkąd wrócił z Windermere, obsesyjnie podglądał bowiem także i własne nici. Nie lubił konfrontować się z tym, co czuł, bo te uczucia nigdy nie były proste. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Nie muszą być proste</span>, pomyślał, dziękując skinieniem głowy kelnerowi, który podszedł do stolika, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">wystarczy, że są</span>.<br />
<br />
Dawno nie był tak pewny siebie, przekonany co do słuszności swojego postępowania – do tego, co musi zrobić, aby naprawić przynajmniej część popełnionych w przeszłości błędów. Dawno nie był też tak niezdecydowany, wahając się bezustannie, kiedy powziąć pierwszy krok na nowej ścieżce, którą wytyczył mu los. <br />
<br />
Czekał na znak. <br />
<br />
Może dlaczego nie zniszczył listu od męża Eden. W pierwszym odruchu chciał bowiem wrzucić opatrzony pieczęcią Lestrange'ów list do ognia, nie czytając go wcale: niechęć Alexandra wobec każdego, kto nosił z przyrodzenia nazwisko Lestrange – poza jednym tylko wyjątkiem, który pracował razem z nim w Departamencie Tajemnic – w przeciągu ostatniego miesiąca zmieniła się w czystą nienawiść. Nie chodziło o Lorettę – to, z jakiej rodziny się wywodziła nigdy go nie interesowało, przynajmniej dopóki jej zasrany braciszek nie zdecydował się zwrócić jego uwagi – chodziło o coś więcej, o to, co zaszło na Czarnym Weselu, o to, co zaszło <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">później</span> – i <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">wcześniej</span>, jeszcze we Francji. Nie zrozumiał absolutnie niczego z lakonicznych listów, które wymienili przed spotkaniem, odpisując Lestrange'owi w podobnej, oficjalnej manierze pozbawionej jakiejkolwiek treści. Nie mógł powiedzieć, że zna Williama Lestrange, chociaż nie był to pierwszy raz, kiedy ich ze sobą pomylono: nie pamiętał, żeby zamienił z nim więcej niż jedno słowo, poza krótkim "gratulacje" po jego ślubie z Eden, nawet w Hogwarcie mijali się tylko, choć zdarzało im się zająć w bibliotece ten sam stolik, odrabiając pracę domową. Nie wątpił, że William chce poruszyć temat jego znajomości z Eden, ale w przeciwieństwie do swojego młodszego brata, nie próbował wyzywać Alexandra na pojedynek – ani też po prostu, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">wyzywać</span> – jeżeli więc sądził, że Mulciber jest kochankiem jego żony... Zachowywał godne podziwu opanowanie. <br />
<br />
Nie wiedział, dlaczego w ogóle zgodził się na to spotkanie. Najchętniej zniszczyłby każdego Lestrange, który wpadłby mu w łapy – rzucił Williamowi w twarz, że owszem, ma romans z Eden, więcej: przyjaciółka poślubiła go tylko dlatego, że można ich pomylić jeśli odpowiednio zmruży się oczy. Najchętniej patrzyłby mu prosto w twarz, patrzyłby jak coś w Williamie umiera, kiedy informowałby uprzejmie, że jego żona puszcza się też na boku z Alastorem Moodym, a czy można upaść niżej...? <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Można</span>, pomyślał z rozbawieniem Alex, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">można przecież być mężem Loretty Lestrange</span>. <br />
<br />
Nie wiedział, dlaczego w ogóle zgodził się na to spotkanie, ale siedział teraz naprzeciwko Williama Lestrange, który pojawił się przy stoliku w tym samym momencie, w którym kelner postawił przed Alexandrem fikuśną filiżankę z parującą jeszcze, czarną kawą.<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">rzut na percepcję (IV) – odczytanie intencji Williama</span><br />
[roll=PO]<br />
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Chciałeś porozmawiać.</span> – Nie patrzył na Williama. Skupił swoją uwagę na kawie, na pływających w niej fusach, jego oczy wciąż skryte za ciemnymi okularami. Zamieszał delikatnie łyżeczką, wprawiając w ruch unoszące się na powierzchni drobinki zmielonej kawy.<br />
<br />
[inny avek]https://64.media.tumblr.com/d84062f77cef6415eb2f2f511d8f3890/6dcfb8342171a075-06/s2048x3072/659d993d24d0729c35ca592068dde604b1246b10.jpg[/inny avek]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b"><div style="text-align: center;" class="mycode_align">Stolik w ogródku niewielkiej kawiarni przy Carkitt Market<br />
SUMA PRZYPADKÓW: <a href="http://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=748&amp;pid=53359#pid53359" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">Poltergeist II</a></div></div>
<br />
Nie wiedział, dlaczego w ogóle zgodził się na to spotkanie, a jednak siedział teraz w cieniu kawiarnianej markizy, rozparty wygodnie na plecionym krześle, popatrując na mijających lokal ludzi: szkła ciemnych okularów skrywały oczy jasnowidza, który niespiesznie ćmił papierosa, myślami będąc hen daleko – w przeszłości.<br />
<br />
Czarne Wesele zbierało swoje żniwo. Odkąd w <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Czarownicy</span>, psia jej mać, ukazał się nieszczęsny artykuł opatrzony zdjęciem, na którym uchwycono go w otoczeniu róż u boku Eden – "państwo Lestrange", głosił podpis pod fotografią, zdobiącą plotkarski wysryw na temat małżeństwa Malfoyówny z Williamem Lestrange'm – Alexander unikał publicznych pokazówek, licząc naiwnie, że jeżeli przestanie bywać w towarzystwie, ludzie nie skojarzą, że ktoś popełnił drukarskiego chochlika. Miał aż nadto plotek na temat swojego stanu matrymonialnego – zepchnął teraz te myśli na bok, były zbyt bolesne, by teraz się nad nimi rozwodził – gdyby jeszcze zaczęto łączyć go romantycznie z Eden, chyba zamknąłby się w Departamencie Tajemnic i nigdy już stamtąd nie wyszedł. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">"Kolejny zaginiony niewymowny"</span>, trąbiłby za kilka miesięcy Prorok Codzienny, ale Mulciber wolał być uznany za zmarłego, niż odebrać kolejny list od Longbottoma, który w tonie dobrodusznej kpiny wypytywał o jego życie uczuciowe. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Windermere wszystko skomplikowało.</span> Zamrugał gwałtownie pod szkłami okularów przeciwsłonecznych, próbując pozbyć się z obrzeży spojrzenia barwnej feerii leniwie rozciągających się wszędzie dookoła nici powiązań, które splatały mijających się ludzi w ściegu tkanym na krośnie przeznaczenia. Odkąd wrócił z Windermere, często łapał się na tym, że nieświadomie używa rodzinnego daru – że szuka nici wzrokiem, chwytając się symboliki kolorów jak wygłodniały pies chwyta rzuconą mu kość – nie żałował, że świat nie jest czarno-biały, ale często pragnął, by był choć trochę prostszy.<br />
<br />
Odkąd wrócił z Windermere, obsesyjnie podglądał bowiem także i własne nici. Nie lubił konfrontować się z tym, co czuł, bo te uczucia nigdy nie były proste. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Nie muszą być proste</span>, pomyślał, dziękując skinieniem głowy kelnerowi, który podszedł do stolika, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">wystarczy, że są</span>.<br />
<br />
Dawno nie był tak pewny siebie, przekonany co do słuszności swojego postępowania – do tego, co musi zrobić, aby naprawić przynajmniej część popełnionych w przeszłości błędów. Dawno nie był też tak niezdecydowany, wahając się bezustannie, kiedy powziąć pierwszy krok na nowej ścieżce, którą wytyczył mu los. <br />
<br />
Czekał na znak. <br />
<br />
Może dlaczego nie zniszczył listu od męża Eden. W pierwszym odruchu chciał bowiem wrzucić opatrzony pieczęcią Lestrange'ów list do ognia, nie czytając go wcale: niechęć Alexandra wobec każdego, kto nosił z przyrodzenia nazwisko Lestrange – poza jednym tylko wyjątkiem, który pracował razem z nim w Departamencie Tajemnic – w przeciągu ostatniego miesiąca zmieniła się w czystą nienawiść. Nie chodziło o Lorettę – to, z jakiej rodziny się wywodziła nigdy go nie interesowało, przynajmniej dopóki jej zasrany braciszek nie zdecydował się zwrócić jego uwagi – chodziło o coś więcej, o to, co zaszło na Czarnym Weselu, o to, co zaszło <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">później</span> – i <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">wcześniej</span>, jeszcze we Francji. Nie zrozumiał absolutnie niczego z lakonicznych listów, które wymienili przed spotkaniem, odpisując Lestrange'owi w podobnej, oficjalnej manierze pozbawionej jakiejkolwiek treści. Nie mógł powiedzieć, że zna Williama Lestrange, chociaż nie był to pierwszy raz, kiedy ich ze sobą pomylono: nie pamiętał, żeby zamienił z nim więcej niż jedno słowo, poza krótkim "gratulacje" po jego ślubie z Eden, nawet w Hogwarcie mijali się tylko, choć zdarzało im się zająć w bibliotece ten sam stolik, odrabiając pracę domową. Nie wątpił, że William chce poruszyć temat jego znajomości z Eden, ale w przeciwieństwie do swojego młodszego brata, nie próbował wyzywać Alexandra na pojedynek – ani też po prostu, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">wyzywać</span> – jeżeli więc sądził, że Mulciber jest kochankiem jego żony... Zachowywał godne podziwu opanowanie. <br />
<br />
Nie wiedział, dlaczego w ogóle zgodził się na to spotkanie. Najchętniej zniszczyłby każdego Lestrange, który wpadłby mu w łapy – rzucił Williamowi w twarz, że owszem, ma romans z Eden, więcej: przyjaciółka poślubiła go tylko dlatego, że można ich pomylić jeśli odpowiednio zmruży się oczy. Najchętniej patrzyłby mu prosto w twarz, patrzyłby jak coś w Williamie umiera, kiedy informowałby uprzejmie, że jego żona puszcza się też na boku z Alastorem Moodym, a czy można upaść niżej...? <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Można</span>, pomyślał z rozbawieniem Alex, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">można przecież być mężem Loretty Lestrange</span>. <br />
<br />
Nie wiedział, dlaczego w ogóle zgodził się na to spotkanie, ale siedział teraz naprzeciwko Williama Lestrange, który pojawił się przy stoliku w tym samym momencie, w którym kelner postawił przed Alexandrem fikuśną filiżankę z parującą jeszcze, czarną kawą.<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">rzut na percepcję (IV) – odczytanie intencji Williama</span><br />
[roll=PO]<br />
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Chciałeś porozmawiać.</span> – Nie patrzył na Williama. Skupił swoją uwagę na kawie, na pływających w niej fusach, jego oczy wciąż skryte za ciemnymi okularami. Zamieszał delikatnie łyżeczką, wprawiając w ruch unoszące się na powierzchni drobinki zmielonej kawy.<br />
<br />
[inny avek]https://64.media.tumblr.com/d84062f77cef6415eb2f2f511d8f3890/6dcfb8342171a075-06/s2048x3072/659d993d24d0729c35ca592068dde604b1246b10.jpg[/inny avek]]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[12.07.1972] Geraldine i Calas, Aleja Horyzontalna]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=3981</link>
			<pubDate>Sun, 29 Sep 2024 17:41:32 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=509">Calas Flitwick</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=3981</guid>
			<description><![CDATA[<div class="mod"><span class="modtitle">adnotacja moderatora</span><div class="modopis">Rozliczono - Geraldine Yaxley - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic II</span> </div></div>
<br />
<div class="opis"><p>Tego dnia ruch w jego kuźni był mniejszy niż zwykle, nie żeby kiedykolwiek tłumy waliły drzwiami i oknami, jednak zazwyczaj co jakiś czas przychodził do pracowni czarodziej lub dwóch. Kierowani ciekawością, lub potrzebą zakupu jakiegoś ekstrawaganckiego prezentu. Sporadycznie zdarzał się klient, który potrzebował konkretnej broni czy pancerza. Nic dziwnego, mało kto na strzelaninę przychodzi z nożem. Większość sprzedawców byłaby raczej niezadowolona z małego obrotu. Flitwick jednak miał w tej kwestii jedną przewagę, on sam był nie tylko handlarzem ale i wytwórcą. Taki czas spędzał po prostu przy kowadle, na parterze budynku i obserwował kątem oka dzwonek na suficie, który obwieszczał przybycie klienta. </p>
<p>Dzisiaj zajmował się stosunkowo prostym zamówieniem jakim był niewielki sztylet. Zakończył już ostrze i zajmował się pokrywaniem ostrza niewielkimi runicznymi znakami. Prawdopodobnie nigdy nie miały zostać wykorzystane zgodnie z zastosowaniem, ale jak mówi stare przysłowie, klient miał zawsze rację. Skoro złoto płynęło to Calas nie zamierzał się kłócić. O ile czarodzieje bywali ortodoksyjni w kwestiach ubioru i niektórych zachowań, to proszenie losu o klientele zakutą w zbroję i gotową do walki ze smokami było graniczące z urojeniami. </p>
<p>Spokojna praca dłutem została przerwana przez dzwonek. Stękając raczej dla zasady niż z rzeczywistego bólu pleców, podniósł się z krzesła i skierował w stronę schodów by przywitać gościa. Kilka kroków po żelaznych stopniach i kowal wyłonił się zza lady wycierając z rąk resztki smarów. </p>
<p>- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Witam, w czym mogę pomóc?</span> - Zapytał jeszcze nie w pełni wyłoniwszy się zza lady. Następnie spojrzał w kierunku drzwi widząc potencjalną klientkę. Przechylił lekko głowę jakby szukając czegoś w odmętach swojej pamięci. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nie znamy się przypadkiem? </span>- Dodał po chwili ze zmieszanym uśmiechem.<br />
</p></div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div class="mod"><span class="modtitle">adnotacja moderatora</span><div class="modopis">Rozliczono - Geraldine Yaxley - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic II</span> </div></div>
<br />
<div class="opis"><p>Tego dnia ruch w jego kuźni był mniejszy niż zwykle, nie żeby kiedykolwiek tłumy waliły drzwiami i oknami, jednak zazwyczaj co jakiś czas przychodził do pracowni czarodziej lub dwóch. Kierowani ciekawością, lub potrzebą zakupu jakiegoś ekstrawaganckiego prezentu. Sporadycznie zdarzał się klient, który potrzebował konkretnej broni czy pancerza. Nic dziwnego, mało kto na strzelaninę przychodzi z nożem. Większość sprzedawców byłaby raczej niezadowolona z małego obrotu. Flitwick jednak miał w tej kwestii jedną przewagę, on sam był nie tylko handlarzem ale i wytwórcą. Taki czas spędzał po prostu przy kowadle, na parterze budynku i obserwował kątem oka dzwonek na suficie, który obwieszczał przybycie klienta. </p>
<p>Dzisiaj zajmował się stosunkowo prostym zamówieniem jakim był niewielki sztylet. Zakończył już ostrze i zajmował się pokrywaniem ostrza niewielkimi runicznymi znakami. Prawdopodobnie nigdy nie miały zostać wykorzystane zgodnie z zastosowaniem, ale jak mówi stare przysłowie, klient miał zawsze rację. Skoro złoto płynęło to Calas nie zamierzał się kłócić. O ile czarodzieje bywali ortodoksyjni w kwestiach ubioru i niektórych zachowań, to proszenie losu o klientele zakutą w zbroję i gotową do walki ze smokami było graniczące z urojeniami. </p>
<p>Spokojna praca dłutem została przerwana przez dzwonek. Stękając raczej dla zasady niż z rzeczywistego bólu pleców, podniósł się z krzesła i skierował w stronę schodów by przywitać gościa. Kilka kroków po żelaznych stopniach i kowal wyłonił się zza lady wycierając z rąk resztki smarów. </p>
<p>- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Witam, w czym mogę pomóc?</span> - Zapytał jeszcze nie w pełni wyłoniwszy się zza lady. Następnie spojrzał w kierunku drzwi widząc potencjalną klientkę. Przechylił lekko głowę jakby szukając czegoś w odmętach swojej pamięci. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nie znamy się przypadkiem? </span>- Dodał po chwili ze zmieszanym uśmiechem.<br />
</p></div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[20.06.1972] Sunset at the cemetery || Ambroise & Geraldine]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=3906</link>
			<pubDate>Mon, 16 Sep 2024 13:47:14 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=463">Ambroise Greengrass-Yaxley</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=3906</guid>
			<description><![CDATA[<div class="mod"><span class="modtitle">adnotacja moderatora</span><div class="modopis">Rozliczono - Geraldine Yaxley - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic II</span> <br />
Rozliczono - Ambroise Greengrass - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic I</span></div></div>
<br />
Czerwiec był dla niego miesiącem niepokojów i spełniających się najczarniejszych scenariuszy. W chwilach, w których było ciszej i spokojniej Ambroise wewnętrznie czuł, że szykuje się na kolejną burzę. Tak, bywały momenty, które przerywały atmosferę pełną nieokreślonego rodzaju napięcia. Od początku miesiąca wydarzyło się wiele pomyślnych rzeczy, ale bilans wciąż był ujemny. Nic nie mógł poradzić, że czekał na kolejną falę.<br />
Jednakże w żadnym razie nie spodziewałby się kierunku, z którego nadeszła. Załatwiając interesy w Londynie, planował spędzić jak najmniej czasu w każdym miejscu i wrócić do Doliny Godryka. Potrzebował kupić tylko kilka dodatkowych rzeczy do upraw roślin, co w pierwszej kolejności w ogóle oderwało go od pracy w domu. <br />
Kiedy ktoś postukał go palcem w okolice obojczyka, Greengrass nie spodziewał się stanąć oko w oko z przysadzistym starszym panem. Dobrym znajomym z innych czasów, kiedy częściej odwiedzał Carkitt Market. W pierwszej chwili spodziewał się, że Ronald (bo tak było ludzkiemu odpowiednikowi Oompy-Loompy na imię) znowu potrzebował jego pomocy. Pomógł mu kiedyś w przeszłości, więc teraz także szykował się na podobną prośbę, ale nie...<br />
...tym razem Ronald miał dla niego coś innego. Wieści, które sprawiły, że dziesięć minut później Greengrass zamknął za sobą drzwi do jednego z barów, rozejrzał się po małym pomieszczeniu i od razu skierował kroki w konkretną stronę. Do jednego ze stolików niemal stykających się z barem. Łatwego do pomylenia z tymże blatem barowym, jeśli chodziło o ilość butelek i szklanek.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Rina -</span> odezwał się cicho, biorąc głęboki wdech i bez dalszego słowa przysuwając sobie stołek. <br />
Tak, zdawał sobie sprawę z tego, że ktoś przy innym stoliku obdarzył go gniewnym spojrzeniem i niemal otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale Ambroise zmierzył tę osobę poważnym spojrzeniem i pokręcił głową. Dziewczyna ze stolika obok odpuściła, choć wyraźnie nadal była zła o to, że nie spytał o pozwolenie. No cóż. Miała obok siedem innych stołków a przy tym Geraldine brakowało jakiegokolwiek wolnego. To oznaczało, że nieznajoma (albo ktoś od niej, choć siedziała sama) musiała przyciągnąć co najmniej trzy stołki od Yaxley. Coś wątpił, że zapytała zanim to zrobiła. On odzyskiwał to, co powinno być jego w pierwszej kolejności. Poza tym nadal miała dwa ekstra stołki. <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Ronald się o ciebie zaniepokoił -</span> wyjaśnił, kiwając głową w kierunku zaplecza niedużego baru. <br />
Jakby na życzenie, w uchylonych drzwiach Ambroise napotkał spojrzenie wąsatego, korpulentnego starszego pana, który zaopatrzał lokal w alkohol. To właśnie ten przesympatyczny jegomość zaczepił go chwilę wcześniej podczas załatwiania sprawunków na Carkitt Market. Ewidentnie nie wiedział, że od dawna nie łączyło go nic z Geraldine Yaxley, lecz dobrze pamiętał okoliczności, w jakich się we trójkę poznali. Sądził, że kieruje swoje dyskretne, troskliwe wątpliwości w dobrą stronę i do odpowiedniego człowieka a Greengrass nie potrafił mu powiedzieć, że jest inaczej. <br />
W gruncie rzeczy obaj chcieli dla kobiety dobrze. Na swój własny i specyficzny sposób. Choć nie był odpowiednią osobą, Ambroise obiecał sobie stać się nią na tak długo jak to było konieczne. W gruncie rzeczy, przecież nie było między nimi gniewu czy nienawiści, otwartego żalu czy rozgoryczenia. Jedynie coś na kształt smutku z powodu niedotrzymanych obietnic i niespełnionych, niebyłych planów. <br />
Nigdy nie upewnił się czy mu wybaczyła, ale nie potrzebował tego teraz, żeby upewnić się, czemu tkwiła w tym miejscu i wzbudzała cichy niepokój dostawców alkoholu. Chciał wiedzieć, czego lub kogo potrzebowała, żeby poczuć się lepiej i wrócić do domu.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div class="mod"><span class="modtitle">adnotacja moderatora</span><div class="modopis">Rozliczono - Geraldine Yaxley - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic II</span> <br />
Rozliczono - Ambroise Greengrass - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic I</span></div></div>
<br />
Czerwiec był dla niego miesiącem niepokojów i spełniających się najczarniejszych scenariuszy. W chwilach, w których było ciszej i spokojniej Ambroise wewnętrznie czuł, że szykuje się na kolejną burzę. Tak, bywały momenty, które przerywały atmosferę pełną nieokreślonego rodzaju napięcia. Od początku miesiąca wydarzyło się wiele pomyślnych rzeczy, ale bilans wciąż był ujemny. Nic nie mógł poradzić, że czekał na kolejną falę.<br />
Jednakże w żadnym razie nie spodziewałby się kierunku, z którego nadeszła. Załatwiając interesy w Londynie, planował spędzić jak najmniej czasu w każdym miejscu i wrócić do Doliny Godryka. Potrzebował kupić tylko kilka dodatkowych rzeczy do upraw roślin, co w pierwszej kolejności w ogóle oderwało go od pracy w domu. <br />
Kiedy ktoś postukał go palcem w okolice obojczyka, Greengrass nie spodziewał się stanąć oko w oko z przysadzistym starszym panem. Dobrym znajomym z innych czasów, kiedy częściej odwiedzał Carkitt Market. W pierwszej chwili spodziewał się, że Ronald (bo tak było ludzkiemu odpowiednikowi Oompy-Loompy na imię) znowu potrzebował jego pomocy. Pomógł mu kiedyś w przeszłości, więc teraz także szykował się na podobną prośbę, ale nie...<br />
...tym razem Ronald miał dla niego coś innego. Wieści, które sprawiły, że dziesięć minut później Greengrass zamknął za sobą drzwi do jednego z barów, rozejrzał się po małym pomieszczeniu i od razu skierował kroki w konkretną stronę. Do jednego ze stolików niemal stykających się z barem. Łatwego do pomylenia z tymże blatem barowym, jeśli chodziło o ilość butelek i szklanek.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Rina -</span> odezwał się cicho, biorąc głęboki wdech i bez dalszego słowa przysuwając sobie stołek. <br />
Tak, zdawał sobie sprawę z tego, że ktoś przy innym stoliku obdarzył go gniewnym spojrzeniem i niemal otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale Ambroise zmierzył tę osobę poważnym spojrzeniem i pokręcił głową. Dziewczyna ze stolika obok odpuściła, choć wyraźnie nadal była zła o to, że nie spytał o pozwolenie. No cóż. Miała obok siedem innych stołków a przy tym Geraldine brakowało jakiegokolwiek wolnego. To oznaczało, że nieznajoma (albo ktoś od niej, choć siedziała sama) musiała przyciągnąć co najmniej trzy stołki od Yaxley. Coś wątpił, że zapytała zanim to zrobiła. On odzyskiwał to, co powinno być jego w pierwszej kolejności. Poza tym nadal miała dwa ekstra stołki. <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Ronald się o ciebie zaniepokoił -</span> wyjaśnił, kiwając głową w kierunku zaplecza niedużego baru. <br />
Jakby na życzenie, w uchylonych drzwiach Ambroise napotkał spojrzenie wąsatego, korpulentnego starszego pana, który zaopatrzał lokal w alkohol. To właśnie ten przesympatyczny jegomość zaczepił go chwilę wcześniej podczas załatwiania sprawunków na Carkitt Market. Ewidentnie nie wiedział, że od dawna nie łączyło go nic z Geraldine Yaxley, lecz dobrze pamiętał okoliczności, w jakich się we trójkę poznali. Sądził, że kieruje swoje dyskretne, troskliwe wątpliwości w dobrą stronę i do odpowiedniego człowieka a Greengrass nie potrafił mu powiedzieć, że jest inaczej. <br />
W gruncie rzeczy obaj chcieli dla kobiety dobrze. Na swój własny i specyficzny sposób. Choć nie był odpowiednią osobą, Ambroise obiecał sobie stać się nią na tak długo jak to było konieczne. W gruncie rzeczy, przecież nie było między nimi gniewu czy nienawiści, otwartego żalu czy rozgoryczenia. Jedynie coś na kształt smutku z powodu niedotrzymanych obietnic i niespełnionych, niebyłych planów. <br />
Nigdy nie upewnił się czy mu wybaczyła, ale nie potrzebował tego teraz, żeby upewnić się, czemu tkwiła w tym miejscu i wzbudzała cichy niepokój dostawców alkoholu. Chciał wiedzieć, czego lub kogo potrzebowała, żeby poczuć się lepiej i wrócić do domu.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Carkitt Market]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=3678</link>
			<pubDate>Sat, 27 Jul 2024 22:33:10 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=210">Strażnik Tajemnic</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=3678</guid>
			<description><![CDATA[<div class="locka"><h4>Carkitt Market</h4><br />
Nieduża uliczka, z której można dostać się zarówno z alei Horyzontalnej jak i ulicy Śmiertelnego Nokturnu, przerobiona na pierwsze w magicznym Londynie, mające już sto lat, zadaszone centrum handlowe. Z wewnątrz może przypominać przestronną, starodawną stację kolejową, pełną wysokich kolumn i łukowatych, całkowicie przeszklonych sklepień podtrzymanych metalową konstrukcją pomalowaną zieloną i czerwoną farbą. Wewnątrz znajduje się mnóstwo niedużych lokali i sklepików wszelkiej maści, jak Zegarmistrzowie Cogg i Bell, Kowal Bowman E. Wright (imienia słynnego wytwórcy złotego znicza), sklep ze starociami oraz nieduże puby, czy stosika z napojami i przekąskami.</div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div class="locka"><h4>Carkitt Market</h4><br />
Nieduża uliczka, z której można dostać się zarówno z alei Horyzontalnej jak i ulicy Śmiertelnego Nokturnu, przerobiona na pierwsze w magicznym Londynie, mające już sto lat, zadaszone centrum handlowe. Z wewnątrz może przypominać przestronną, starodawną stację kolejową, pełną wysokich kolumn i łukowatych, całkowicie przeszklonych sklepień podtrzymanych metalową konstrukcją pomalowaną zieloną i czerwoną farbą. Wewnątrz znajduje się mnóstwo niedużych lokali i sklepików wszelkiej maści, jak Zegarmistrzowie Cogg i Bell, Kowal Bowman E. Wright (imienia słynnego wytwórcy złotego znicza), sklep ze starociami oraz nieduże puby, czy stosika z napojami i przekąskami.</div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[10 lipca 1972] Podejście zakończone niepowodzeniem]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=3329</link>
			<pubDate>Sat, 25 May 2024 22:52:20 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=456">Urlett Reykjavík</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=3329</guid>
			<description><![CDATA[<p>Połyskująca szata w kolorze gołębiego błękitu przepływała alejki Carkitt Market wraz z każdym krokiem czarownicy. Mijane sklepy nie stanowiły dla niej atrakcji. Żaden z nich nie oferował tego, dla czego przybyła tutaj z odległej wyspy. Ale znajdował się tu skrawek terenu, na którym mogła rozwiesić swoje sieci.</p>
<p>Każde centrum handlowe posiada strefy odpoczynku. Ławki i krzesła, oferujące ukojenie zabieganym nogom. Oraz lokale gastronomiczne, wyciskające z klientów kolejne pieniądze. Właśnie tam się udała Urlett. Do stanowiska herbacianego, bo "herbaciarnia" to za duże słowo na stoisko obsługujące zaledwie trzy metalowe stoliki. Jej pokłady cierpliwości i zasobność portfela pozwoliłyby na przesiedzenie tutaj cały dzień w oczekiwaniu na potencjalną ofiarę. Ale miała szczęście.</p>
<p>Wszystkie stoliki były zajęte. Matka z dwójką dzieci. Plotkujące zawzięcie nastolatki. I samotny mężczyzna. Urlett zamówiła herbatę jaśminową.</p>
<p>— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Bardzo mi przykro, ale mamy tylko trzy stoliki...</span></p>
<p>Ekspedientka posłała przepraszający uśmiech.</p>
<p>— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Mam w zamiarze dosiąść się do tamtego pana</span> — wyjaśniła, wskazując palcem na Sebastiana Traversa.</p>
<p>Otrzymała więc swoją herbatę i żwawym krokiem ruszyła zająć miejsce. Zrobiła to bez uprzedzenia, bez pytania o pozwolenie. Odsunęła krzesło, postawiła spodek z filiżanką na stoliku, usiadła. Mężczyzna mógł dostrzec jej wielkie oczy przeszywające go na wylot oraz podejrzany uśmiech.</p>
<p>— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Dzień dobry. Nazywam się Urlett Reykjavik z rodu Nordgersim.</span></p>
<p>Jej perfekcyjny angielski przeciekał obco brzmiącym akcentem. Machnęła ręką nad filiżanką, a unosząca się nad nią para zniknęła. Czarownica upiła niespiesznie łyk herbaty.</p>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Połyskująca szata w kolorze gołębiego błękitu przepływała alejki Carkitt Market wraz z każdym krokiem czarownicy. Mijane sklepy nie stanowiły dla niej atrakcji. Żaden z nich nie oferował tego, dla czego przybyła tutaj z odległej wyspy. Ale znajdował się tu skrawek terenu, na którym mogła rozwiesić swoje sieci.</p>
<p>Każde centrum handlowe posiada strefy odpoczynku. Ławki i krzesła, oferujące ukojenie zabieganym nogom. Oraz lokale gastronomiczne, wyciskające z klientów kolejne pieniądze. Właśnie tam się udała Urlett. Do stanowiska herbacianego, bo "herbaciarnia" to za duże słowo na stoisko obsługujące zaledwie trzy metalowe stoliki. Jej pokłady cierpliwości i zasobność portfela pozwoliłyby na przesiedzenie tutaj cały dzień w oczekiwaniu na potencjalną ofiarę. Ale miała szczęście.</p>
<p>Wszystkie stoliki były zajęte. Matka z dwójką dzieci. Plotkujące zawzięcie nastolatki. I samotny mężczyzna. Urlett zamówiła herbatę jaśminową.</p>
<p>— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Bardzo mi przykro, ale mamy tylko trzy stoliki...</span></p>
<p>Ekspedientka posłała przepraszający uśmiech.</p>
<p>— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Mam w zamiarze dosiąść się do tamtego pana</span> — wyjaśniła, wskazując palcem na Sebastiana Traversa.</p>
<p>Otrzymała więc swoją herbatę i żwawym krokiem ruszyła zająć miejsce. Zrobiła to bez uprzedzenia, bez pytania o pozwolenie. Odsunęła krzesło, postawiła spodek z filiżanką na stoliku, usiadła. Mężczyzna mógł dostrzec jej wielkie oczy przeszywające go na wylot oraz podejrzany uśmiech.</p>
<p>— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Dzień dobry. Nazywam się Urlett Reykjavik z rodu Nordgersim.</span></p>
<p>Jej perfekcyjny angielski przeciekał obco brzmiącym akcentem. Machnęła ręką nad filiżanką, a unosząca się nad nią para zniknęła. Czarownica upiła niespiesznie łyk herbaty.</p>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[16.04.1972, Aleja Horyzontalna] Każdego zlecenia?]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=1172</link>
			<pubDate>Thu, 23 Mar 2023 18:41:23 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=57">Florence Bulstrode</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=1172</guid>
			<description><![CDATA[<div class="mod"><span class="modtitle">adnotacja moderatora</span><div class="modopis">Rozliczono - Florence Bulstrode - osiągnięcie Badacz Tajemnic</div></div>
Carkitt Market nie było miejscem, w którym Florence Bulstrode bywałaby często. Prawdę mówiąc, nie bywała w nim niemal wcale, zakupów zazwyczaj dokonując na Pokątnej. Centrum handlowe było jak na jej gust nieco zbyt hałaśliwe, zatłoczone oraz za mało uporządkowane. Biur detektywistycznych też zwykle nie odwiedzała, ale miała niejasne przeczucia, że to, do którego weszła, na tle innych może wypadać raczej blado.<br />
Spojrzenie jasnych oczu Florence przesunęło się najpierw po meblach, potem po ścianach, a wreszcie po podłodze. Te pierwsze wyglądały na tanie, te drugie gwałtownie domagały się odnowienia, a ta trzecią ktoś naprawdę powinien potraktować lakierem. Bystry wzrok Bulstrode wychwytywał każde uchybienie, każdą zbędną popielniczkę, każdą rysę i osąd, jaki wydała w głowie, nie był pozytywny.<br />
Nijak nie uwidoczniło się to jednak na jej twarzy, doskonale nieruchomej. <br />
Florence niezbyt pasowała do tego wnętrza. Jej ubiór raczej nie wskazywał na kogoś, kto śpi na pieniądzach, ale każdy element garderoby - od butów, przez pończochy, spódnicę i koszulę aż po płaszcz i torebkę - był starannie dobrany do innych. Na ubraniach nie znalazł się żaden pyłek, ba, nawet żadne zagniecenie, jakby ich właścicielka traktowała swój strój zaklęciami w tym celu (co po prawdzie faktycznie robiła). Z ciasnego warkocza nie ośmielił się uciec ani jeden kosmyk.<br />
A jednak przyszła tutaj. Pewne rzeczy ostatnimi czasy ją niepokoiły, a gdyby poszła z nimi do Biura Bonesów, jutro zapewne wiedzieliby o tym wszyscy w Departamencie Przestrzegania Prawa. Wtedy z kolei dowiedzieliby się jej bracia, a Florence miała pewne obawy, czy jeśli pójdzie z tą sprawą na przykład do Atreusa, to za tydzień młody Bulstrode nie wyleci z pracy za nadużywanie uprawnień i czyjeś pobicie.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Pan Mulloy?</span> - spytała neutralnym tonem. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Florence Bulstrode. Podobno podejmuje się pan każdej sprawy. Szukam kogoś, kto znajdzie dla mnie adresatów pewnych wiadomości.</span><br />
Po takim wstępie, po prostu czekała na reakcję. Starała sama siebie przekonać, że brak dbałości o otoczenie, niekoniecznie świadczy o niekompetencji, ale nerwica natręctw sprawiała, że Florence rozważała, czy jednak nie zrobić "w tył zwrot".]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div class="mod"><span class="modtitle">adnotacja moderatora</span><div class="modopis">Rozliczono - Florence Bulstrode - osiągnięcie Badacz Tajemnic</div></div>
Carkitt Market nie było miejscem, w którym Florence Bulstrode bywałaby często. Prawdę mówiąc, nie bywała w nim niemal wcale, zakupów zazwyczaj dokonując na Pokątnej. Centrum handlowe było jak na jej gust nieco zbyt hałaśliwe, zatłoczone oraz za mało uporządkowane. Biur detektywistycznych też zwykle nie odwiedzała, ale miała niejasne przeczucia, że to, do którego weszła, na tle innych może wypadać raczej blado.<br />
Spojrzenie jasnych oczu Florence przesunęło się najpierw po meblach, potem po ścianach, a wreszcie po podłodze. Te pierwsze wyglądały na tanie, te drugie gwałtownie domagały się odnowienia, a ta trzecią ktoś naprawdę powinien potraktować lakierem. Bystry wzrok Bulstrode wychwytywał każde uchybienie, każdą zbędną popielniczkę, każdą rysę i osąd, jaki wydała w głowie, nie był pozytywny.<br />
Nijak nie uwidoczniło się to jednak na jej twarzy, doskonale nieruchomej. <br />
Florence niezbyt pasowała do tego wnętrza. Jej ubiór raczej nie wskazywał na kogoś, kto śpi na pieniądzach, ale każdy element garderoby - od butów, przez pończochy, spódnicę i koszulę aż po płaszcz i torebkę - był starannie dobrany do innych. Na ubraniach nie znalazł się żaden pyłek, ba, nawet żadne zagniecenie, jakby ich właścicielka traktowała swój strój zaklęciami w tym celu (co po prawdzie faktycznie robiła). Z ciasnego warkocza nie ośmielił się uciec ani jeden kosmyk.<br />
A jednak przyszła tutaj. Pewne rzeczy ostatnimi czasy ją niepokoiły, a gdyby poszła z nimi do Biura Bonesów, jutro zapewne wiedzieliby o tym wszyscy w Departamencie Przestrzegania Prawa. Wtedy z kolei dowiedzieliby się jej bracia, a Florence miała pewne obawy, czy jeśli pójdzie z tą sprawą na przykład do Atreusa, to za tydzień młody Bulstrode nie wyleci z pracy za nadużywanie uprawnień i czyjeś pobicie.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Pan Mulloy?</span> - spytała neutralnym tonem. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Florence Bulstrode. Podobno podejmuje się pan każdej sprawy. Szukam kogoś, kto znajdzie dla mnie adresatów pewnych wiadomości.</span><br />
Po takim wstępie, po prostu czekała na reakcję. Starała sama siebie przekonać, że brak dbałości o otoczenie, niekoniecznie świadczy o niekompetencji, ale nerwica natręctw sprawiała, że Florence rozważała, czy jednak nie zrobić "w tył zwrot".]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[23 marca 1972] Theon i Séraphine, Carkitt Market]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=266</link>
			<pubDate>Sun, 23 Oct 2022 17:35:49 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=20">Theon Travers</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=266</guid>
			<description><![CDATA[<h1>23 marca 1972<br />
<span style="font-size: small;" class="mycode_size">Carkitt Market, przed sklepem Leroux</span></h1><br />
<div class="divek"><p>Stojąc zaledwie kilka metrów od wejścia do Carkitt Market, tego znajdującego się od strony alei Horyzontalnej, nie byłem w stanie przestać myśleć o tym, co przyciągnęło mnie do centrum handlowego. Cała ta sytuacja wydawała się taka... abstrakcyjna. Ostatnim czego mogłem spodziewać się po moim ojcu, była chęć nawiązania bliższych relacji z rodziną, z którą... cóż, nie łączyło nas zbyt wiele. Czułem się trochę tak, jakbym znalazł się nagle w alternatywnym świecie. Takim, w którym wszystko stanęło na głowie. Gdyby za tym wszystkim stała babka, Delilah, byłoby to zrozumiałe... ale w tym przypadku? Nie wiedziałem co mam o tym wszystkim myśleć.</p>
Nie mniejszym problemem było to, w jaki sposób powinienem sobie z tym poradzić. <br />
<p>Trzymając w ręku zapalniczkę, całkiem zgrabną benzynówkę - dla większości czarodziejów był to zapewne jeden z tych przedmiotów, którego nie byliby w stanie nazwać, ani nawet określić do czego służył - odpaliłem papierosa. Kolejna rzecz, która nie cieszyła się szczególnie dużą popularnością, mi natomiast pomagała od czasu do czasu oczyścić głowę. Zdawała się ponadto działać uspokajająco. Teraz również miałem nadzieje na to, że przez tych kilka chwil, potrzebnych do tego, żeby papierosa wypalić, uda mi się poukładać wszystko w głowie. Zwłaszcza, że nie do końca wiedziałem w jakim celu tu przyszedłem i co w związku z tym zamierzałem zrobić. Rzecz jasna poza tym, że wszystko związane było z Séraphine Anne Leroux. To właśnie ona była problemem, który musiałem rozwiązać. </p>
<p>Nie miałem na to szczególnie dużej ilości czasu, ale odkąd dowiedziałem się o planach ojca, udało mi się zebrać pewne informacje o Séraphine, jak i rodzinie, z której ta się wywodziła. Pomogły w tym odpowiednie znajomości, ale i sama rozpoznawalność rodziny, z którą ojciec zamierzał się związać. Leroux nie byli anonimowi, co znacząco ułatwiało sprawę. Tak samo też niewyróżniającym się nie był prowadzony przez nich sklep, który znajdywał się w Carkitt Market, i który to był celem mojej dzisiejszej wycieczki. </p>
<p>Ignorując niechętne spojrzenie, jakie w moim kierunku posłała jakaś starsza kobieta, nadepnąłem butem na rzuconego wcześniej na ziemię papierosa, tym sposobem go gasząc. Następnie, wraz z innymi ludźmi znajdującymi się przed centrum handlowym, ruszyłem wreszcie w kierunku wejścia. Pozostawało jedynie odnaleźć właściwy sklep, co nie powinno być zadaniem szczególnie trudnym. I takim też rzecz jasna się nie okazało. </p>
<p>Zaledwie kilka chwil później znalazłem się przed wejściem do Leroux i bez zbędnego ociągania się, zamierzałem wejść do środka. </p></div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<h1>23 marca 1972<br />
<span style="font-size: small;" class="mycode_size">Carkitt Market, przed sklepem Leroux</span></h1><br />
<div class="divek"><p>Stojąc zaledwie kilka metrów od wejścia do Carkitt Market, tego znajdującego się od strony alei Horyzontalnej, nie byłem w stanie przestać myśleć o tym, co przyciągnęło mnie do centrum handlowego. Cała ta sytuacja wydawała się taka... abstrakcyjna. Ostatnim czego mogłem spodziewać się po moim ojcu, była chęć nawiązania bliższych relacji z rodziną, z którą... cóż, nie łączyło nas zbyt wiele. Czułem się trochę tak, jakbym znalazł się nagle w alternatywnym świecie. Takim, w którym wszystko stanęło na głowie. Gdyby za tym wszystkim stała babka, Delilah, byłoby to zrozumiałe... ale w tym przypadku? Nie wiedziałem co mam o tym wszystkim myśleć.</p>
Nie mniejszym problemem było to, w jaki sposób powinienem sobie z tym poradzić. <br />
<p>Trzymając w ręku zapalniczkę, całkiem zgrabną benzynówkę - dla większości czarodziejów był to zapewne jeden z tych przedmiotów, którego nie byliby w stanie nazwać, ani nawet określić do czego służył - odpaliłem papierosa. Kolejna rzecz, która nie cieszyła się szczególnie dużą popularnością, mi natomiast pomagała od czasu do czasu oczyścić głowę. Zdawała się ponadto działać uspokajająco. Teraz również miałem nadzieje na to, że przez tych kilka chwil, potrzebnych do tego, żeby papierosa wypalić, uda mi się poukładać wszystko w głowie. Zwłaszcza, że nie do końca wiedziałem w jakim celu tu przyszedłem i co w związku z tym zamierzałem zrobić. Rzecz jasna poza tym, że wszystko związane było z Séraphine Anne Leroux. To właśnie ona była problemem, który musiałem rozwiązać. </p>
<p>Nie miałem na to szczególnie dużej ilości czasu, ale odkąd dowiedziałem się o planach ojca, udało mi się zebrać pewne informacje o Séraphine, jak i rodzinie, z której ta się wywodziła. Pomogły w tym odpowiednie znajomości, ale i sama rozpoznawalność rodziny, z którą ojciec zamierzał się związać. Leroux nie byli anonimowi, co znacząco ułatwiało sprawę. Tak samo też niewyróżniającym się nie był prowadzony przez nich sklep, który znajdywał się w Carkitt Market, i który to był celem mojej dzisiejszej wycieczki. </p>
<p>Ignorując niechętne spojrzenie, jakie w moim kierunku posłała jakaś starsza kobieta, nadepnąłem butem na rzuconego wcześniej na ziemię papierosa, tym sposobem go gasząc. Następnie, wraz z innymi ludźmi znajdującymi się przed centrum handlowym, ruszyłem wreszcie w kierunku wejścia. Pozostawało jedynie odnaleźć właściwy sklep, co nie powinno być zadaniem szczególnie trudnym. I takim też rzecz jasna się nie okazało. </p>
<p>Zaledwie kilka chwil później znalazłem się przed wejściem do Leroux i bez zbędnego ociągania się, zamierzałem wejść do środka. </p></div>]]></content:encoded>
		</item>
	</channel>
</rss>