<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0" xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">
	<channel>
		<title><![CDATA[Secrets of London - Podziemne Ścieżki]]></title>
		<link>https://secretsoflondon.pl/</link>
		<description><![CDATA[Secrets of London - https://secretsoflondon.pl]]></description>
		<pubDate>Thu, 05 Nov 2026 14:01:10 +0000</pubDate>
		<generator>MyBB</generator>
		<item>
			<title><![CDATA[[24.10.72 późny wieczór] Eurydyka \ wątek warsztatowy]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6299</link>
			<pubDate>Sun, 23 Aug 2026 16:49:05 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=478">Baldwin Malfoy</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6299</guid>
			<description><![CDATA[Czas zwalniał. Przyspieszał. Wskazówki blokowały się między jedenastą, a trzecią. Noc. Południe. Poranki. Nie, nie poranki. Nie pamiętał poranków.<br />
Musiało minąć kilka godzin. Chyba. Czas stawał się problemem, gdy schodził do Eurydyki. Podziemne Ścieżki tępiły niektóre ze zmysłów. Wyostrzały inne. <br />
Akurat zwijał bibułkę od papierosa. Powinien wziąć się do pracy. Jak to przed każdym świętem- zapierdalało się. Czy to malowanie ofiary na sabat, czy to coś do samego kowenu dla Arcykapłanów. Czy domowe rzeczy - taki na przykład <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">lampion do Necronomiconu.</span></span><br />
<br />
Na razie jednak wpatrywał się w zaklętą brygadzistkę na jednej z kamiennych ścian. To też miał liście do ogarnięcia. <br />
Jakiś czas temu Lorraine stwierdziła, że jej się fresk nie podoba. Odparł, że zamaluje, choć jak na jego to powinni mu jeszcze podziękować. Z pewnością ta typiara z imprezy Muzy wcale nie była tak obdarzona przez Boginię jak to osobiście przedstawił. No i taśmy namalował zajebiste, ale kto by to docenił? No nikt. Oczywiście! Taki to już los nieszczęsnych artystów.<br />
Dodał coś o cholernej Jessice Abbott. Chyba, żeby jebać głupie babsko i całą Muzę.<br />
Lorraine rzuciła mu znaczące spojrzenie. “Jebać, że jebać” doprecyzował wznosząc ręce w obronnym geście. “Nie jebać, że jebać”.<br />
Niezgorsze to było dzieło, ale nie zamierzał się kłócić z lepszą połówką duszy o taką pierdołę. Zresztą kiedyś wisiał tam jeszcze laur, który dostał na tej całej imprezie. Lauru nie było, bo go Orfeusz wrzucił pewnego dnia do ognia. <br />
<br />
Machnął różdżką, posyłając w stronę wdzięcznej damy na ścianie pierwszą rzecz jaką miał pod ręką - puszkę różowej farby.<br />
Puszka roztrzaskała się o ścianę z hukiem, który mógłby obudzić trupa. Ale trup, nie, przepraszam, trupiątko, wcale nie spało, a kiwało się z Rozalindą do ciężkiej muzyki, choć z pewnością było już dawno po dobranocce. <br />
Odpalił papierosa. Wszystko dookoła było w różu. Posadzka. Obrazy, które miały nieszczęście znaleźć się w zasięgu rozbryzgu. Sufit. Paru śpiących pijaczków. On sam. Najważniejsze, że po brygadzistce pozostała już tylko niezdatna do rozpoznania pastelowa plama. <br />
Maznął kilka razy dużym pędzlem, posyłając w niepamięć ostałe fragmenty fresku. Żółć i czerń taśm zmieszały się z różem. Zupełnie jakby na ścianę zrzygał się jednorożec. Bardzo pasowało to do estetyki Eurydyki.<br />
<br />
Wepchnął pędzel do wiadra z wodą, puszkę kopnął gdzieś w stos innych plastycznych śmieci. W sumie nie po to dzisiaj zszedł na dół. <br />
Ale wpierw musiał dorwać swoją pomocnicę.<br />
-<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> Hej piękna. Często tu tak tańcujesz?</span>- Złapał ghoulkę pod ramiona, zaraz podnosząc bezgłośnie roześmiane dziecko na wysokość oczu. Frida machała radośnie nogami w powietrzu, potrząsając rozczochraną od tańca czupryną do muzyki. Wyciągnęła rączki, żądając od ojca przytulenia. Żądanie natychmiast zostało spełnione, choć nie kwapił się wypuścić z ust papierosa. Odsunął głowę na tyle, żeby włosy Fridy nie przeszły dymem, gdy wtuliła twarzyczkę w jego ramię. No tak. Bycie gwiazdą estrady i najlepszą tancerką w całych podziemiach było szalenie wyczerpujące.<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Pomożesz mi wyciąć lampion? Z dyni?</span>- Zapytał miękko, kierując się prosto w stronę jednego z rozklekotanych stolików. Już wcześniej ktoś mu przytargał solidną dyńkę. Dziewczynka nie wyglądała na przekonaną. Wcale nie chciała pracować. Ale chciała pomóc tacie, nawet jeśli to całe drążenie lampionu wcale nie wydawało jej się zabawne.<br />
Lampiony przecież robiło się z papieru i puszczało w powietrze, a nie z dyni. Ten tata czasem naprawdę miał dziwne pomysły. Ale mama już obiecała, że jeśli Frida będzie bardzo grzeczna i będzie pomagać to będzie mogła iść z Fredem i innymi chłopakami zbierać cukierki. Przynajmniej do państwa Manouelów. Więc Frida była bardzo bardzo grzeczna, kiedy tylko dawała radę. <br />
<br />
Przysiadł przy stoliku, sadzając sobie dziewczynkę na kolanach.<br />
-<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> To jak? Może wytniemy jakąś straszną minę?</span> - Zapytał Baldwin.<br />
Skrzywiła się. Nie chciała żadnych potworów. Potwory były straszne i wcale niefajne. I jeden na pewno spał pod jej łóżkiem. Wiedziała, że tak było, chociaż mama mówiła, że wcale tam nie ma potwora. Ale ona wiedziała.<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Okej. Nie straszna mina. To może uśmiechnięta mina?</span><br />
Ghoulka wydęła usteczka jakby to był najgłupszy pomysł na świecie. Czasem była zbyt podobna do Lorraine w tych swoich foszkach. Strząsnął popiół do popielniczki. <br />
-<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> No to <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">co </span>sobie księżniczka życzy? </span><br />
Rzuciła mu pełne niedowierzania spojrzenie. Typowy tata, w ogóle nie ogarniał! Dokładnie tak jak czasem nie-mama Scarlett mówiła. Chłopy to się nigdy nie potrafiły niczego domyśleć! Chociaż to chodziło o jakieś chłopy, a nie o tatę… więc ona już nie do końca wiedziała czy to taka prawda. <br />
Frida wskazała palcem na Lucyfera próbującego właśnie podkraść kawałek mięsa z talerza jednego ze szczurów Fontaine, który zapatrzył się na Sabrinę. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Kotek</span>. Mogło być gorzej. Mogła na przykład chcieć smoka. Albo żabę.<br />
No to będzie kotek. <br />
<br />
Baldwin wziął się za wycinanie oczu, wąsów i uszu, trzymając różdżkę poza zasięgiem ciekawskich paluszków córki. Jeszcze tego brakowało, żeby jej przypadkiem któryś odciął. <br />
Jak trzeba będzie to się co nieco domaluje…<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">rzut z rzemiosła ◉◉◉○○ na cięcie dyni</span><br />
[roll=Z]<br />
<br />
Lampion… no nie wyszedł.<br />
I wcale nie zamierzał oskarżać o to Fridę, która nagle odkryła, że jednak zabawa w warzywnych wnętrznościach jest bardzo dobrym pomysł, a potem stwierdziła, że w sumie to sama kotka pomaluje, bo tata to wcale nie potrafi.<br />
Miał oto dziecko całe w czarno-białej farbie, z dyniowymi nitkami we włosach.<br />
Westchnął ciężko. No trudno. Najwyżej się coś zamówi przed samym sabatem, jeszcze mieli kupę czasu. Ta dyniowa abstrakcja mogła sobie zostać i straszyć w Eurydyce. <br />
Teleportował się do domu, modląc się, że zdoła wsadzić artystkę do wanny zanim Lorraine go zabije. <br />
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">Koniec sesji</div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Czas zwalniał. Przyspieszał. Wskazówki blokowały się między jedenastą, a trzecią. Noc. Południe. Poranki. Nie, nie poranki. Nie pamiętał poranków.<br />
Musiało minąć kilka godzin. Chyba. Czas stawał się problemem, gdy schodził do Eurydyki. Podziemne Ścieżki tępiły niektóre ze zmysłów. Wyostrzały inne. <br />
Akurat zwijał bibułkę od papierosa. Powinien wziąć się do pracy. Jak to przed każdym świętem- zapierdalało się. Czy to malowanie ofiary na sabat, czy to coś do samego kowenu dla Arcykapłanów. Czy domowe rzeczy - taki na przykład <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">lampion do Necronomiconu.</span></span><br />
<br />
Na razie jednak wpatrywał się w zaklętą brygadzistkę na jednej z kamiennych ścian. To też miał liście do ogarnięcia. <br />
Jakiś czas temu Lorraine stwierdziła, że jej się fresk nie podoba. Odparł, że zamaluje, choć jak na jego to powinni mu jeszcze podziękować. Z pewnością ta typiara z imprezy Muzy wcale nie była tak obdarzona przez Boginię jak to osobiście przedstawił. No i taśmy namalował zajebiste, ale kto by to docenił? No nikt. Oczywiście! Taki to już los nieszczęsnych artystów.<br />
Dodał coś o cholernej Jessice Abbott. Chyba, żeby jebać głupie babsko i całą Muzę.<br />
Lorraine rzuciła mu znaczące spojrzenie. “Jebać, że jebać” doprecyzował wznosząc ręce w obronnym geście. “Nie jebać, że jebać”.<br />
Niezgorsze to było dzieło, ale nie zamierzał się kłócić z lepszą połówką duszy o taką pierdołę. Zresztą kiedyś wisiał tam jeszcze laur, który dostał na tej całej imprezie. Lauru nie było, bo go Orfeusz wrzucił pewnego dnia do ognia. <br />
<br />
Machnął różdżką, posyłając w stronę wdzięcznej damy na ścianie pierwszą rzecz jaką miał pod ręką - puszkę różowej farby.<br />
Puszka roztrzaskała się o ścianę z hukiem, który mógłby obudzić trupa. Ale trup, nie, przepraszam, trupiątko, wcale nie spało, a kiwało się z Rozalindą do ciężkiej muzyki, choć z pewnością było już dawno po dobranocce. <br />
Odpalił papierosa. Wszystko dookoła było w różu. Posadzka. Obrazy, które miały nieszczęście znaleźć się w zasięgu rozbryzgu. Sufit. Paru śpiących pijaczków. On sam. Najważniejsze, że po brygadzistce pozostała już tylko niezdatna do rozpoznania pastelowa plama. <br />
Maznął kilka razy dużym pędzlem, posyłając w niepamięć ostałe fragmenty fresku. Żółć i czerń taśm zmieszały się z różem. Zupełnie jakby na ścianę zrzygał się jednorożec. Bardzo pasowało to do estetyki Eurydyki.<br />
<br />
Wepchnął pędzel do wiadra z wodą, puszkę kopnął gdzieś w stos innych plastycznych śmieci. W sumie nie po to dzisiaj zszedł na dół. <br />
Ale wpierw musiał dorwać swoją pomocnicę.<br />
-<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> Hej piękna. Często tu tak tańcujesz?</span>- Złapał ghoulkę pod ramiona, zaraz podnosząc bezgłośnie roześmiane dziecko na wysokość oczu. Frida machała radośnie nogami w powietrzu, potrząsając rozczochraną od tańca czupryną do muzyki. Wyciągnęła rączki, żądając od ojca przytulenia. Żądanie natychmiast zostało spełnione, choć nie kwapił się wypuścić z ust papierosa. Odsunął głowę na tyle, żeby włosy Fridy nie przeszły dymem, gdy wtuliła twarzyczkę w jego ramię. No tak. Bycie gwiazdą estrady i najlepszą tancerką w całych podziemiach było szalenie wyczerpujące.<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Pomożesz mi wyciąć lampion? Z dyni?</span>- Zapytał miękko, kierując się prosto w stronę jednego z rozklekotanych stolików. Już wcześniej ktoś mu przytargał solidną dyńkę. Dziewczynka nie wyglądała na przekonaną. Wcale nie chciała pracować. Ale chciała pomóc tacie, nawet jeśli to całe drążenie lampionu wcale nie wydawało jej się zabawne.<br />
Lampiony przecież robiło się z papieru i puszczało w powietrze, a nie z dyni. Ten tata czasem naprawdę miał dziwne pomysły. Ale mama już obiecała, że jeśli Frida będzie bardzo grzeczna i będzie pomagać to będzie mogła iść z Fredem i innymi chłopakami zbierać cukierki. Przynajmniej do państwa Manouelów. Więc Frida była bardzo bardzo grzeczna, kiedy tylko dawała radę. <br />
<br />
Przysiadł przy stoliku, sadzając sobie dziewczynkę na kolanach.<br />
-<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> To jak? Może wytniemy jakąś straszną minę?</span> - Zapytał Baldwin.<br />
Skrzywiła się. Nie chciała żadnych potworów. Potwory były straszne i wcale niefajne. I jeden na pewno spał pod jej łóżkiem. Wiedziała, że tak było, chociaż mama mówiła, że wcale tam nie ma potwora. Ale ona wiedziała.<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Okej. Nie straszna mina. To może uśmiechnięta mina?</span><br />
Ghoulka wydęła usteczka jakby to był najgłupszy pomysł na świecie. Czasem była zbyt podobna do Lorraine w tych swoich foszkach. Strząsnął popiół do popielniczki. <br />
-<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> No to <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">co </span>sobie księżniczka życzy? </span><br />
Rzuciła mu pełne niedowierzania spojrzenie. Typowy tata, w ogóle nie ogarniał! Dokładnie tak jak czasem nie-mama Scarlett mówiła. Chłopy to się nigdy nie potrafiły niczego domyśleć! Chociaż to chodziło o jakieś chłopy, a nie o tatę… więc ona już nie do końca wiedziała czy to taka prawda. <br />
Frida wskazała palcem na Lucyfera próbującego właśnie podkraść kawałek mięsa z talerza jednego ze szczurów Fontaine, który zapatrzył się na Sabrinę. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Kotek</span>. Mogło być gorzej. Mogła na przykład chcieć smoka. Albo żabę.<br />
No to będzie kotek. <br />
<br />
Baldwin wziął się za wycinanie oczu, wąsów i uszu, trzymając różdżkę poza zasięgiem ciekawskich paluszków córki. Jeszcze tego brakowało, żeby jej przypadkiem któryś odciął. <br />
Jak trzeba będzie to się co nieco domaluje…<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">rzut z rzemiosła ◉◉◉○○ na cięcie dyni</span><br />
[roll=Z]<br />
<br />
Lampion… no nie wyszedł.<br />
I wcale nie zamierzał oskarżać o to Fridę, która nagle odkryła, że jednak zabawa w warzywnych wnętrznościach jest bardzo dobrym pomysł, a potem stwierdziła, że w sumie to sama kotka pomaluje, bo tata to wcale nie potrafi.<br />
Miał oto dziecko całe w czarno-białej farbie, z dyniowymi nitkami we włosach.<br />
Westchnął ciężko. No trudno. Najwyżej się coś zamówi przed samym sabatem, jeszcze mieli kupę czasu. Ta dyniowa abstrakcja mogła sobie zostać i straszyć w Eurydyce. <br />
Teleportował się do domu, modląc się, że zdoła wsadzić artystkę do wanny zanim Lorraine go zabije. <br />
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">Koniec sesji</div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[22.09.1972] Ojcze mój, odkąd umarłeś, znasz obojętność umarłych]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6250</link>
			<pubDate>Sat, 08 Aug 2026 13:03:52 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=316">Lorraine Malfoy</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6250</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">
<div style="text-align: center;" class="mycode_align">Podziemne Ścieżki, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Eurydyka</span><br />
<span style="font-size: 9pt;" class="mycode_size"><a href="https://youtu.be/QkF3oxziUI4?is=FrnsEe1_QVZqCtFY" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">Led Zeppelin — Stairway to Heaven</a></span></div></div>
<br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><img src="https://64.media.tumblr.com/52985a55ad216819c40089d3630664eb/a715469956b1d972-16/s2048x3072/4f8ffcfc449a35290156762c530a2e688fe5049e.png" loading="lazy"  alt="[Obrazek: 4f8ffcfc449a35290156762c530a2e688fe5049e.png]" class="mycode_img" /></div>
<br />
Nie spodziewała się, że kiedykolwiek zacznie myśleć o Podziemnych Ścieżkach jako o domu. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Dom.</span> Nigdy nie nazwała tak <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Malfoy Manor</span>, które odwiedziła dzisiaj na krótko, aby spotkać się z resztą rodziny: domem była zawsze rezydencja pod Londynem, którą rodzice zmuszeni byli sprzedać, gdy była dzieckiem zaledwie. Domem jej stała się wówczas biedna chata w Little Hangleton. Nauczyła się nazywać to miejsce domem, tak jak wiele innych miejsc, w których przyszło jej potem mieszkać. Czasem żałowała, że nie wróciła tam po śmierci matki: ściany drążyły jednak wspomnienia zbyt bolesne, ażeby zdołała wytrwać tam samotnie. Wspomnienia pleniły się między rozeschłymi deskami podłogi, pochłaniając domostwo niby pleśń. Przetrwała tylko pamięć o przemocy, przypominającej o sobie popękanymi ościeżynami, potłuczonymi oknami. Po śmierci Mirandy przestrzenią owładnęła roślinność, przesłaniając jej ślady pędami wijącego się bluszczu, pędami dzikiego wina. Ślady przemocy. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Ślady Mirandy.</span> <br />
"Nie boisz się, że Miranda będzie zła, jeżeli nie wrócimy do domu?", spytała niepewnie Lorraine, dawno, dawno temu, postępując tym samym korytarzem, którym postępowała teraz. "Nie musimy tam w ogóle wracać", odpowiedział ojciec, w przeciwieństwie do niej starannie unikając słowa "dom". Jakaś kość chrupnęła wówczas pod jego stopami. Takim oto kobiercem wysłane były korytarze Podziemnych Ścieżek — trupem i stęchliną. <br />
"Możemy zostać tutaj", stwierdził, odwróciwszy się, żeby odszukać wzrokiem córkę. "Chciałabyś, Lorraine?". Nie zauważył, że została w tyle. A przecież ledwie chwilę wcześniej wyprzedzała go o kilka, a może nawet i kilkanaście kroków, jak gdyby chciała popisać się przed ojcem, że zna drogę na pamięć. Teraz stała jednak przed wejściem do jednego ze starszych korytarzy. Tych, do których wiedziała, że nie należy zapuszczać się samej. Sięgały zbyt głęboko, przestrzegł ją kiedyś Armand, choć sam w otwartą gardziel bogów podziemi patrzył z chorobliwym błyskiem na dnie oczu. Nikt nigdy nie wyszedł stamtąd żywy, przypomniała sobie Lorraine, wpatrując się w ziejącą czeluść podziemnego przejścia.<br />
<br />
Z zamyślenia wyrwał ją dopiero głos ojca, niosący się echem wśród korytarzy.<br />
<br />
"Możemy tutaj zostać", powtarzał. <br />
<br />
Lorraine odwróciła się plecami do spowitego w ciemnościach tunelu. <br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">"Chciałabyś, Lorraine?".</span><br />
<br />
Ile mogła mieć wtedy lat? Była dzieckiem zaledwie, a jednak musiała myśleć jak dorosła. Stawiała przed ojcem kolejne pytania, niedopasowane rozmiarem do jej ust — tak samo jak sukienka, z której zaczynała już wyrastać, niedopasowaną była do jej ciała. Sukienka była na nią za mała, odsłaniała bowiem wychudłe nogi usiane siniakami, a pytania były za duże, zbyt poważne, gdy wypowiadało się je piskliwym, dziecięcym głosem. "A co będziemy jedli?", spytała wtedy, zmieszana. "Gdzie będziemy spali?". Czasem ojciec wynajmował jej pokój, a sam szedł gdzieś, nie wiadomo gdzie: wracał dopiero nad ranem, żeby pisać, zasypiał z nosem na biurku. Lorraine nie lubiła, gdy zostawiał ją samą. Gdy przestała się już bać Nokturnu, zaczęła się bowiem nudzić, a jak już miała się nudzić… Wolała, żeby zabrał ją na te nocne wyprawy ze sobą. Zdarzyło jej się zdrzemnąć na zestawionych z sobą krzesłach w spelunie, gdzie pił, ukołysana w kącie wrzaskami podobnych mu pijaków, wyśpiewujących stare szanty. Nakrywała się wtedy jego kurtką, bo brzydziła się dotknąć zatęchłego koca, który leżał na kanapie w rogu. "Skąd weźmiemy ubrania, gdy te się zabrudzą albo zniszczą?", spytała cicho. W palcach gnieść zaczęła rąbek starej sukienczyny. Gdy wróci do domu, będzie musiała ją uprać, ubrudziła się bowiem, schodząc wraz z ojcem w głąb Ścieżek. Cała czuła się brudna, najchętniej zanurzyłaby się w balii z wodą, żeby zmyć z siebie kurz podziemi. Czy pod ziemią w ogóle znaleźć można było wodę? Może jakie podziemne jezioro, którego mogłaby zostać panią, jak w baśniach… Nagle jęła się zastanawiać, czy jego topiel nie przypominałaby jednego ze smrodliwych kanałów nad Nokturnem, gdzie spływały nieczystości.<br />
Zamiast Panią Jeziora byłaby wówczas Panią Rynsztoków.<br />
"A co będzie, jeżeli któreś z nas zachoruje?". Czy to było w ogóle zdrowe, przebywać cały czas pod ziemią? Lorraine walczyła, żeby w ogóle dobyć z siebie głos, który uderzał powoli w coraz to wyższe tony. Leki były drogie, tak samo jak wizyty u magomedyków, Miranda zawsze to powtarzała, bo była chora, bardzo chora, choć jej choroba zabijała powoli, postępując na przestrzeni lat. Koniec zdawał się Lorraine zbyt odległym, aby był prawdziwym. A jednak… "Co będzie jeśli ty zachorujesz, tato?", spytała. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Zostawi ją.</span> Zostawi ją wtedy samą, i nie będzie miała nikogo na świecie. Wolałaby już umrzeć! <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Umrzeć!</span> <br />
Ojciec czule przyciągnął ją wtedy do siebie.<br />
"Dziecko moje", wyszeptał, "czy ty zawsze musisz być mi przeciwną?".<br />
W oczach Lorraine zakręciły się wówczas łzy. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Nie</span>, pokręciła gwałtownie głową, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">oczywiście, że nie</span>. Nigdy nie chciała mu się sprzeciwiać. Chciała być dobrą córką, a dobra córka winna być posłuszną ojcu… Ślepo posłuszną, ale nie ślepą. Chociaż patrzyła na świat oczami otrzymanymi w schedzie od ojca, zdawała się widzieć rzeczy, których Armand nie dostrzegał. Może po prostu nie chciał dostrzec, pomyślała, wtuliwszy się do niego desperacko. Nawet przed nim samym szukała przecież schronienia w jego ramionach. Mogła mówić jak dorosła, ale wciąż była tylko przerażonym dzieckiem. Ojciec nie odpowiedział na żadne z jej pytań, ale też nie odepchnął jej od siebie. Nie patrzył na nią ze złością, z jaką umiał patrzeć na innych: wiedziała przecież, jakie były jego oczy, gdy był zagniewanym. Wystarczyło, żeby spojrzała w lustro. Uspokoiła się, gdy się odezwał. Choć ojciec przemawiał łagodnie, bardziej niż jego gniewu obawiała się rozczarowania. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Nie chciała przecież zawieść taty.</span> Już po chwili nonszalancko zasiadała na ławie tuż obok niego, wymachując nogami jak gdyby nigdy nic: przestała, gdy tylko przypomniała sobie, że Miranda powiedziała, że damy nie machają nogami, bo to nieuprzejme. Zacisnęła więc drżące usta na kosmyku włosów, udając, że bawi się nimi, znudzona. Znudzenie było bezpieczną imitacją dumy, a duma była zbroją damy, podobnie jak uprzejmość. A gdy nawet nudą się znudziła, pogrążyła się w lekturze książki, którą jedna z artystek krążących wokół Armanda dała jej do przeczytania, choć jej wzrok co rusz uciekał znad pomiętych kartek.  <br />
Ojciec podchwycił jej spojrzenie.<br />
"Nie podoba ci się?", spytał. <br />
"Nie", rzuciła niemal bez zastanowienia Lorraine, zaciskając mimowolnie zęby, gdy zgromadzeni przy stole artyści zaczęli zanosić się śmiechem. Zrobiło jej się słabo. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Nie wiedziała, czy śmieją się z niej, czy z nią.</span> Spotniałe dłonie zacisnęły się nerwowo na książce, którą odłożyła na stół, choć chciała cisnąć nią w twarz jej autorce. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">To przez nią przecież to wszystko</span>, pomyślała gniewnie, nie patrząc nawet na młodziutką pisarkę, która zarumieniła się żywo, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">przez nią!</span> Spojrzenie Lorraine mimowolnie uciekło w stronę ojca. Ten uśmiechnął się lekko.<br />
"Napisz coś, co spodoba się mojej córce", padło żądanie. <br />
Potem pół artystycznej bohemy pisało dla niej baśnie, bo Armand uparł się, że będzie czytał rękopisy tylko tych pisarzy, którzy przypadli do gustu Lorraine. <br />
Najpierw musieli zadowolić córkę, żeby zyskać przychylność ojca. Cały dwór poetów piszących dla małej królewny. Królewny, bo jej ojciec wydał jej się w tamtej chwili królem, choć nie nosił korony. Nawet gdyby miał koronę, dawno by już ją sprzedał. Przynajmniej tyle mógł więc dać Lorraine. Namiastkę zachcianek właściwych wszystkim wysoko urodzonym, rozkapryszonym pannicom. Inni ojcowie dawali swoim córkom zabawki, łakocie i piękne ubrania. Lorraine dostawała od swojego bajki. Całe bajkowe królestwo utkane ze słów w miejsce odpowiedzi, które obnażyłyby upokarzającą prawdę — król był żebrakiem.<br />
<br />
<br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">xxx</span></div>
<br />
<br />
Opustoszałą niszę grobową przeznaczył sobie na kryjówkę. Miał ich kilka na przestrzeni lat, ale wszystkie wyglądały w gruncie rzeczy tak samo. Zbutwiałe książki ułożone w stosy. Barłóg z koców, gdzie sypiał. Niewielka balia z wodą. Oparte na kamieniach deski, służące mu za biurko. <br />
Nie zastała go w środku. <br />
Dłonią przesunęła po kamiennej ścianie, zatrzymując się, aby złapać oddech. Znała dobrze pokrywające ją żłobienia, znaczenie znaków, jakie zostawiali po sobie mieszkańcy ciągnących się pod Londynem korytarzy. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Alfabet żebraków</span>, słyszała, jak mówili na to na powierzchni patrolujący ulice Nokturnu brygadziści. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Alfabet bezdomnych.</span> Do których należała Lorraine? Biegła była przecież w jego odczycie. W powietrzu wyczuwała słabą woń perfum Fontaine. Wyryty w ścianie znak wiernych jej Szczurów. W podziemnym alfabecie, jakim się posługiwali, oznaczał sojusznika. Nie, więcej: <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">przyjaciela</span>. Słowo to brzmiało jednak zbyt niedorzecznie w przestrzeni Ścieżek. Wypowiadano je z czymś na kształt rozbawienia, protekcjonalności niemal… A jednak Orfeusz był nietykalnym. Nauczył swoją córkę czytać znaki w języku podziemi. Nauczył ją pisać. Sama wycinała je na ścianach, kiedy nadarzała się ku temu potrzeba, uczestnicząc w kreacji świata, który powołał je do życia. Jeden z symboli wymyśliła przecież samodzielnie, różdżką odwzorowując w kamieniu stary symbol Pani Jeziora. Odnalazła go dawno temu na marginesach starego, ilustrowanego wydania <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Cyklu Wulgaty</span>, czytanego z wypiekami na policzkach. Uczyniła go swoim. Podpatrzyła bowiem, jak starsze dziewczęta uczęszczające na lekcje run wykorzystują podobne, aby stworzyć własne amulety. Lorraine nie znała protektywnych własności run, ale też chciała mieć swój amulet. Dziecięcą była potrzeba skrytości. Posiadania znaku przynależności, tajemnicy, ukrytej w symbolu. Baldwin powiedział kiedyś, że to symbol Królowej Maja. Oto kwietne girlandy, tłumaczyła mu bowiem w sekrecie, palcem kreśląc kolejne figury na mokrym piasku, oto maikowa wiecha. Brakuje tylko majowego pala, stwierdził wesoło, przekreśliwszy bazgroły siostry stryjecznej przez środek, prostą linią: tak oto jej wianek znalazł się na szczycie jego pala. Zaśmiała się wtedy głośno. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">To nie pal</span>, powiedziała łagodnie, obracając w dłoniach jedną z urwanych pośród błoni stokrotek, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">lecz miecz</span>. Pani Jeziora darowała bowiem miecz Lancelotowi, którego bardzo miłowała. Arondight, w niczym nieustępujący Excaliburowi, który przypominać miał jej wychowankowi o jego królewskim pochodzeniu. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Lancelot du Lac.</span> Lancelot z Jeziora, mruczała sama do siebie, plotąc wianek, podczas gdy Baldwin poszedł kąpać się w jeziorze wraz z kolegami. Spodobało się jej jednak i jego skojarzenie. Od tamtego czasu właśnie w taki sposób wyrysowywała swój symbol. W taki sam sposób rysował go Armand, przyjąwszy go za swoje godło.<br />
Przez chwilę obawiała się, że zmienił zabezpieczenia swej kryjówki, ale zamykał ją przecież po to tylko, żeby do środka nie dostały się zwierzęta. Nikt o zdrowych zmysłach nie próbowałby przecież obrabować Orfeusza. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">"Z czego niby?"</span>, zaśmiał się kiedyś. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">"Z pcheł?".</span><br />
Ojciec nie miał niemal nic na własność. Nazywał to wolnością. Nie posiadać niczego, aby nie stać się posiadanym, powtarzał z mocą. Nie przywiązywać się do miejsca, nie nakładać na siebie więzów przynależności.<br />
Kiedyś, kiedy była dzieckiem jeszcze, sądziła, że to całkiem zmyślne — przynajmniej przez te kilka sekund, które zajęło jej przejście przez krótką na kilka stóp kryptę tanecznym krokiem. Zakręcenie się w miejscu z rozłożonymi szeroko rękoma, dokładnie tak, jak czyniły kapłanki Macmillanów, chcąc przywołać słoneczną pogodę. Lorraine była ciekawa, czy będzie w stanie rozświetlić w ten sposób pogrążone w ciemności korytarze. Gdyby rozbłysły jego promieniami, myślała, ojciec nie musiałby marnować wzroku. Widziała jak mrużył oczy, pisząc w świetle świec. Przez chwilę była więc wirem jasnych włosów i jasnego śmiechu, wzbijającym kurz podziemia fałdami jasnej sukienczyny. Oto stała się jasność. "Ale przecież masz mnie", zaśmiała się, przerywając ojcowski wywód. "A ja mam ciebie". W piersi poczuła nagły ucisk, gdy wypowiedziała te słowa na głos. Po ostatnim piruecie, na dziecięcej twarzy odmalowała się niepewność. "Jesteś moim tatą. Ja nie jestem twoja?", spytała cienkim głosem.<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Oczywiście, że była.</span> Upewnił ją o tym natychmiast niemal, a potem zaczął znowu mówić. Mówił wiele dużych słów, które może i zrozumiałaby, gdyby nie kręciło jej się już w głowie od tańczenia. Sztywno przysiadła na posłaniu, a może ojciec ją tam usadził. Humor zdążył się jej jednak zważyć, więc nie patrzyła na niego nawet, tylko bawiła się rodowym pierścionkiem na swoim palcu. Mówił coś o tym, że świat opiera się na zawłaszczaniu. O tym, że człowiek niewoli drugiego człowieka, odbierając mu jego wolność. O tym, że sprawia aby zależał… A może należał? Pogubiła się już. "Jesteś <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">moim</span> tatą", podkreśliła, nadąsana, kiedy skończył mówić. Mogła się dąsać, ale pilnowała się, żeby nie dać mu powodu do gniewu. "A ja jestem <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">twoją</span> córką", dodała pewnie.<br />
Jego oczy były łagodne. Może wcześniej po prostu gniewał się o to, że mu przerwała. Nic nie powiedział, gdy wyryła w kamiennej ścianie swój symbol stępiałym scyzorykiem. W następnej kryjówce sam wyrysował go na ścianie. I w następnej. I w następnej. <br />
Lorraine oderwała dłoń od ściany.<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">"Wciąż jesteś na mnie zły?"</span>, spytała po dziecięcemu w posłanym latem liście. <br />
Mógł być zły, ale nigdy na tyle, żeby zetrzeć Lorraine ze swojej ściany.<br />
<br />
Odstawiła wiklinowy koszyk z jedzeniem na ziemię. Potrzebowała odsapnąć przed zejściem do <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Eurydyki</span>.<br />
<br />
Zasiadła za ojcowskim biurkiem, z szelestem sukien przestąpiwszy ponad pogniecionymi papierami, na których widniały niedokończone próbki czegoś, co wyglądało jak powieść. Poświęciła dłuższą chwilę na przeczytanie wszystkich. Kolejno rozprostowywała je na kolanach, aby ostatecznie złożyć uporządkowane kartki w schludny stosik. Znała, jak zwykł pracować ojciec. Wszystko, co nie zostało napisane w zrywie natchnienia, uznawane było za niewystarczające. Słowa musiały splatać się ze sobą w ten szczególny sposób, który sprawiał, że w piersi brakowało tchu, a dopiero kolejny akapit pozwalał zaczerpnąć powietrza na nowo. Lorraine przebiegła wzrokiem po ostatnich słowach skreślonych ręką ojca. Atrament był jeszcze mokry, zdała sobie sprawę. Przez chwilę po prostu patrzyła na smużyste wersety, które tańczyły przed jej oczami jak miraże. Proza ojca była duszną, przytłaczającą wręcz — desperacko pragnęła bowiem, aby nadać jej oddech. Nie wiedzieć kiedy Lorraine rozchyliła lekko drżące wargi…<br />
Po to tylko, aby gwałtownie odsunąć od siebie zapisaną kartkę. <br />
Pozwoliła, aby ciężkie westchnienie wyrwało się z jej piersi. Pisarstwo było dla Armanda tym, czym dla Lorraine była legilimencja. Z trudem oderwała wzrok od leżącego przed nią poematu, utkwiwszy spojrzenie w ścianie krypty. Zdobiły ją odłamki luster, które ktoś musiał powciskać między szczeliny w kamieniu, w złączenia w tynku. Przedziwna był to mozaika. Nie dało się w niej przejrzeć w całości. W jednym z lustrzanych okruchów mignęło jednak odbicie niebieskich oczu. Lorraine dopiero po dłuższej chwili odwróciła wzrok. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Zamrugała.</span> Podobną instalację znaleźć można było na ścianie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Eurydyki</span>. Szczątki jednego ze zdobiących ją zwierciadeł wciąż jeszcze tkwiły w szufladzie jej biurka w <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Necronomiconie</span>, zawinięte w czarny welur. Nie chciała o tym jednak myśleć. Zajęła się przeglądaniem ojcowskich papierów, pośród których znalazła przepisany ręką Armanda scenariusz. Skrypt z poprawkami dla Baldwina. W jaki sposób mógłby wypowiedzieć swoje kwestie, stojąc na scenie. Jaki gest wykonać, na które słowa położyć nacisk, aby przykuć uwagę wszystkich. Westchnęła mimowolnie. Jak wiele treści było zawartych między wierszami! Czasem było to jedno słowo, wewnętrzny żart, czasem ściana tekstu, reinterpretująca sens wystawianej sztuki. Armand nie zostawiał wyłącznie komentarzy w didaskaliach. Nie ograniczał się do kreślenia po marginesach, nie — Armand pisał swemu synowi całe monologi. Sceny, których nie było w oryginalnym skrypcie, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">bo autor sztuki był dyletantem, nie doceniającym potencjału własnego scenariusza</span>, słyszała niemal wściekłe sarkanie ojca, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">a już na pewno nie doceniającym potencjału aktora</span>. Tymczasem Armand zostawiał mu nawet przestrzeń na improwizację. Łaskawca, pomyślała ironicznie Lorraine, czule odwracała jednak kolejne kartki skryptu. Wiele czułości było bowiem w tych rękopisach. Nie dziwiła się, że Baldwin wciąż wracał do teatru. Sama też wracałaby na jego miejscu. Nawet jeżeli ojciec jak zawsze wydawał się zbytnio zapatrzony w swój akt twórczy, żeby zrozumieć, jak trudnym było dla syna to wszystko. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Tata…</span> Armand umiał porywać za sobą innych. Sprawić, aby podporządkowywali się jego woli, pożądali aprobaty. Nawet Lorraine była przecież zakładniczką jego miłości. <br />
Wstając od biurka, schowała poemat do kieszeni skrytej w fałdach sukni. Zadedykowany był dla niej, należał zatem do niej, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">do niej</span>, nawet jeżeli był nieskończonym. Nie obchodziło jej, że był nieskończonym.<br />
<br />
Odwróciła się gwałtownie, słysząc odgłos kroków.<br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">Orfeusz kazał przekazać, że…</span></span> — wydyszał ulicznik — jeden z wielu małych obdartusów, który służył Madame Fontaine na posyłki. Dziecko zaledwie, oceniła Lorraine, ale dzieci tutaj zdawały się dorastać szybciej. Zwłaszcza sieroty, takie jak obdarty wyrostek, który stanął przed nią, przestępując z nogi na nogę.<br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Już idę</span> — przerwała Szczurowi Lorraine. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Możesz przekazać to mojemu ojcu, jeżeli się niecierpliwi.</span> — <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Orfeusz.</span> Zawsze wewnętrznie krzywiła się słysząc to miano. Nie myślała o nim w ten sposób. W jej głowie Armand Malfoy nie był mitem, potępionym poetą z podziemnych korytarzy. Był jej ojcem, do którego po tych wszystkich latach wciąż zwracała się, tak po prostu, "tato". <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Co oni wszyscy mogli o nim wiedzieć?</span>, pomyślała, ostatni raz powiódłszy palcami po stosie papierzysk zgromadzonych na biurku. Po wyrytych w blacie symbolach. Po plamach krwi wsiąkłej w drewno.<br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">Powiedział, że nabije mnie na rożen i zje, jak nie zniknę mu z oczu</span></span> — odpowiedział ponuro chłopiec, łypiąc na nią lekko spode łba. Nieufnie zerknął zrazu w stronę biurka. Widać było, że nie czuł się tutaj zbyt komfortowo, zgrywał jednak odważnego. Może dlatego twarz Lorraine pozostała nieprzeniknioną. <br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Żartował</span> — odpowiedziała pogodnie.<br />
<br />
A potem wyciągnęła w stronę ulicznika bułkę z dżemem, jedną z tych, którą zapakowała do kosza z jedzeniem.<br />
<br />
Malec burknął coś pod nosem, a jednak nie ruszył się z miejsca. Dzieci Podziemi miały swoją dumę. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Miały też spryt.</span><br />
<br />
Lorraine pokiwała powoli głową, markując zamyślenie.<br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Możesz wziąć też drugą. Dla siostry.</span><br />
<br />
Po chwili wahania bułka została wyrwana jej z ręki i łapczywie pożarta. Drugą ulicznik dostał na drogę.<br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">Dostanę jeszcze?</span></span> — spytał bezczelnie.<br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Jak pomożesz kapłanowi z rogu zmyć bohomazy, które zakląłeś mu na płocie, to pomyślę, czy zasłużyłeś na więcej</span> — odpowiedziała ostro Lorraine. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Pomódl się przynajmniej do Matki</span> — przykazała na odchodnym. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Święto dzisiaj.</span><br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">Matka nie da mi bułki</span></span> — burknął dzieciak.<br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Ja dam, jak będziesz się zachowywał. Zmykaj, zanim się rozmyślę.</span><br />
<br />
Już go nie było.<br />
<br />
Zeszła do galerii brata nieniepokojna już przez nikogo. Nie zauważyła, że palce zaciśnięte na rączce wiklinowego koszyka poplamione były teraz atramentem.<br />
<br />
<br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">xxx</span></div>
<br />
<br />
Gdy weszła do <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Eurydyki</span>, Armand majstrował przy szafie grającej, która uparcie wypluwała z siebie kolejne piosenki The Beatles. Ojciec nienawidził Beatlesów, a nienawiści tej bardzo szybko dał upust, waląc w maszynę pięścią. Nikt nie potrafił dociec, jak prosto przerzucać między kolejnymi płytami; automat wypluwał z siebie bowiem utwory bez żadnego ładu i składu. Czasem oznaczało to cały dzień w akompaniamencie muzyki country, czasem z głośników płynęły dźwięki nowoorleańskiego jazzu… Co jakiś czas Malouelowi udawało się naprawić zaklęty mechanizm, ale nigdy na długo; zbuntowana maszyna odmawiała łatwego poddania się ludzkiej woli.<br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">Nie zmieści się nam wszystko na jednym stoliku</span></span> — rzucił przez ramię ojciec, spozierając na Lorraine jak gdyby kątem oka, zajęty gmeraniem przy szafie grającej. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">Trzeba dostawić jeszcze.</span></span><br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Ogolił się</span>, zdała sobie sprawę. Gdy się golił, wyglądał młodziej. Bardziej przypominał jej ojca, którego znała przed laty. Kochała go prostszym rodzajem miłości zanim zszedł w ostępy podziemnych korytarzy. Wrócił stamtąd, skąd nikt nie wraca, ale wrócił odmieniony. Być może nie miłość się zmieniła, tylko oni: Lorraine skinęła ojcu głową, niepomna na to, że nie mógł tego zobaczyć; wciąż walczył bowiem z pokrętłami, nie przestając mruczeć cicho pod nosem. Odwróciła się, żeby dokończyć rozpakowywanie kosza z jedzeniem. Wystarczyło machnięcie różdżką, żeby podsunąć dodatkowy stół… Szkoda tylko, że się chwiał. Podobnie jak i cała reszta stołów, jakie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Eurydyka</span> miała na stanie. Nawet pod ten najbardziej stabilny — ten, przy którym zwykł pisać ojciec — należało podkładać przypórki. Lorraine rozejrzała się po barze, w poszukiwaniu czegoś, co można byłoby podłożyć pod kulawą nogę od stołu, aby talerze z jadłem nie pospadały z chybotliwego blatu. Wzrok jej padł na leżący na jednej z ław stos obdartych książek ojca. Na grubą <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Biblię</span>, będącą tego stosu zwieńczeniem.<br />
<br />
<span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">Podparła świętą księgą chybotliwy stół, na którym zaczęła rozkładać przygotowane na Mabon potrawy. Kilka małych, pieczonych dyń, przepołowionych i wypełnionych aromatycznym farszem. Garneczek z parującym gulaszem z duszonych warzyw, dyni, ziemniaków, pietruszki i pasternaku, z dodatkiem żurawiny. Chrupiące paszteciki z grzybami zebranymi na Ścieżkach. Drożdżowe bułeczki z lokalnej piekarni. Domowej roboty sok z malin, otrzymany w darze od sąsiadki.</span><br />
<br />
Skończyła już przystrajać stół, ale z głośników wciąż jeszcze płynęły dźwięki przebojów Beatlesów.<br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Daj już spokój, tato</span> — odezwała się pojednawczo Lorraine. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Ta szafa grająca jest niemożliwa do opanowania.</span><br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">Nie będziemy jedli, słuchając tego jazgotu</span></span> — stwierdził ostro Armand. Na końcu języka miał kąśliwy komentarz o brzmiącym jak torsje akcencie klasy robotniczej Liverpoolu. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">Kazałem ostatnio wyrzucić wszystkie ich płyty. Nie rozumiem, jakim cudem to ustrojstwo—</span></span> <br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Malouel odkrył ostatnio dodatkowy podajnik w mechanizmie. Może jeszcze jakieś ukryły się w jej wnętrzu? Na szczęście, nie wydadzą już więcej… <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Och!</span></span> — zdziwiła się Lorraine, słysząc trzask zmienianej płyty. Z głośników popłynęły piskliwe dźwięki gitary o charakterystycznym, mocno zniekształconym brzmieniu. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Możesz zostawić Hendrixa.</span> <br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">Przecież go nie lubisz</span></span> — stwierdził ojciec, nie przestając majstrować przy maszynie. <br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nigdy nie powiedziałam, że go nie lubię.</span> — Lorraine wzruszyła lekko ramionami. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Po prostu nie rozumiem zachwytów nad podpalaniem gitary na scenie ku uciesze gawiedzi.</span><br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">To była nieodzowna część performansu. Ofiara artysty, składana na ołtarzu własnej wielkości. Płonie instrument, medium, przez które powołał do istnienia muzykę. Jego ręce tchnęły w niego życie. Jego ręce życie odebrały… Talent artysty pozostaje natomiast nienaruszonym. Niewielu zdaje sobie powagę z podniosłości aktu tworzenia. Ta płonąca gitara jest w swojej prostocie najdoskonalszą z metafor, nie pozostawi bowiem obojętnym nawet największego z dyletantów.</span></span> <br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Chopin nie potrzebował nigdy palić fortepianu, żeby udowodnić swą wielkość</span> — wymruczała przekornie Lorraine, tylko dlatego, że wiedziała, że sprawi tym ojcu przyjemność.<br />
<br />
Rzeczywiście, Armand nie ukrywał uśmiechu, która przebrzmiał w jego głosie, gdy zaczął nagle przekomarzać się z córką.<br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">Coś czuję, że lubiłabyś Chopina nawet gdyby oddał płomieniom swojego ostatniego Pleyela.</span></span> <br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Pleyela!</span> — zaprotestowała natychmiast Lorraine, udając święcie oburzoną. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Przecież Chopin wolałby spłonąć razem z nim!</span><br />
<br />
Zbyt długo zajęłoby tłumaczenie, dlaczego Pleyel stał się tematem żartów tych dwojga. Wystarczyło jednak kilka słów, aby ulotniło się gdzieś wiszące między nimi napięcie.<br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">Dlaczego mówisz, że Beatlesi nie wydadzą więcej płyt?</span></span> — zainteresował się Armand, wciąż majstrujący przy szafie grającej. <br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Wydaje mi się, że wszyscy zajęci są teraz robieniem kariery solowej. Przynajmniej Harrison wciąż jest na fali swojego nowego krążka, ale—</span><br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">Beatlesi się rozpadli?</span></span> <br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Niemal dwa lata temu?</span><br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">Nie wspominałaś o tym.</span></span><br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Myślałam, że wiesz.</span><br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">Skąd niby miałem wiedzieć?</span></span> — Armand wzruszył ramionami. <br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">W całej Anglii o tym huczało</span> — stwierdziła Lorraine. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nawet w magicznych gazetach o tym pisali.</span><br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">Gazety…</span></span> — Armand włożył w to słowo odpowiednią dozę pogardy, nie szanował bowiem prasy, podporządkowującej pisarski kunszt pod dokładność przekazu. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">Gazety nie są warte czytania, chyba, że nudzisz się w ustępie. Chociaż bawi, że mogłem podetrzeć sobie tyłek mordą Lennona, i nawet o tym nie wiedziałem.</span></span> <br />
<br />
Kąciki ust Lorraine zadrgały w rozbawieniu. <br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Za następne dwa lata odkryjesz, że mugole zamknęli się w metalowej puszce i polecieli na księżyc.</span><br />
<br />
Armand zmarszczył brwi.<br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">Mugole… <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Co zrobili?</span></span></span><br />
<br />
Cały czas trwał bowiem w przekonaniu, że lądowanie na Księżycu było tylko jedną z wielu teorii spiskowych Baldwina. <br />
<br />
Westchnienie Lorraine zagłuszyły pierwsze akordy utworu Led Zeppelin, który popłynął z głośników. <br />
<br />
Ojciec uwielbiał Led Zeppelin.<br />
<br />
<br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">xxx</span></div>
<br />
<br />
Gdy spojrzał na Biblię podłożoną pod stołową nogę uniósł tylko brwi.<br />
<br />
Lorraine zacisnęła poplamione atramentem dłonie na oparciu krzesła, utkwiwszy wzrok w ojcu. Przez chwilę w napięciu czekała, aż się odezwie.<br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nie lubię tej książki.</span> — Usprawiedliwiła się jak dziecko przyłapane na psocie, choć dobrze wiedziała, że sam używa jej w tym samym celu. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Widziała przecież ślady na okładce.</span> Nie chciała jednak ani chwili dłużej trwać w pełnej napięcia ciszy, którą naznaczona była od wiosny ich relacja. <br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">Oczywiście, że nie lubisz</span></span> — odrzekł chłodno Armand. Jego spojrzenie błądziło dłuższą chwilę po twarzy córki, ale teraz patrzył jej prosto w oczy. Oczy, będące lustrzanym odbiciem jego własnych. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">Każą w niej przecież słuchać się ojca.</span></span><br />
<br />
Odpowiedziała mu czymś pomiędzy śmiechem a szlochem. Zastygła w półkroku, niezdecydowana, czy podejść bliżej, czy zachować dystans. Było coś żałosnego w tym jak się miotała. W tym jak stała, wykręcając drżące palce. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Dlaczego</span>, pomyślał z irytacją, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">dlaczego wiecznie mi się sprzeciwiasz, dziecko?</span> Kiedyś bez zawahania zarzuciłaby mu przecież ręce na szyję. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Mógłby…</span> Nie, zdecydował natychmiast. Armand nie poruszył się. Po prostu patrzył obojętnie na Lorraine, choć obojętnym był tylko z pozoru. <br />
<br />
Jego palce również poplamione były atramentem. Armand nosił na sobie swoją własną poezję: skóra jego poznaczona była fragmentami utworów, które napisał. Skóra jego poznaczona była słowami, a każde poruszenie mięśni, które pokrywała, przypominało o zaklętej w nich magii. Magia mieszała się w jego krwiobiegu z poezją, pulsowała w piersi. Gdyby otworzył sobie żyły, niechybnie wypłynąłby z nich inkaust. Oto był boski <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">ichor</span>, przyczyna jego nieśmiertelności. Ogromną potęgę oddziaływania miały dzieła, którymi je wysycił, bo nie rozlewał swojej krwi marnotrawnie. Teraz jednak siedziała przed nim istota, która z niej powstała. Jego dziecko, jego dzieło. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Jego, jego, jego.</span> Jego córka była istotą pod pewnymi względami bardzo kruchą. Nie przez wzgląd na słabość ciała czy charakteru: kruchość była naturalną właściwością istot ukształtowanych tak misternie jak ona. Armand zawsze uważał, że Lorraine prędzej się skruszy, niż złamie. Zbyt skomplikowanymi wydawały się innym jej uczucia. Zbyt wiele sprzeczności próbowała zmieścić w sobie jego córeczka. Zawsze go tym rozczulała. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Wrażliwością.</span> Chciała być rozumiana, ale to wymagało czytania między wierszami. A ludzie nie lubili takich opowieści, zbyt łatwo szło bowiem zgubić wątek. Woleli proste przyśpiewki, powtarzalność motywów; woleli morały, które wpojone były w powszechną świadomość. Zadowolić gawiedź — jakże niewdzięcznym było zadanie, jakiego się podjęła! Bo przecież Lorraine wciąż próbowała trafić w cudze gusta, zamiast zdystansować się w swej wyższości. <br />
Jego dziewczynka zawsze zdawała się walczyć z tym, co przychodziło jej najbardziej naturalnie.  <br />
Gdyby zabronił jej odchodzić, wiedział, że usłuchałaby. Łatwo było zakazać, a jednak nie do takiego postępowania przywykł. Autorytaryzm nie zapewniał absolutnego podporządkowania. W naturze człowieka leżało buntować się przeciwko strukturom, jakie go ciemiężyły, tak przeciwko władzy boskiej, jak i władzy ojcowskiej. Wolna wola była najokrutniejszym z boskiego arsenału narzędzi tortur. Najbardziej niebezpiecznym darem, jaki mógł darować swemu dziecku ojciec. <br />
Jakże łatwym byłoby zmusić ją do posłuszeństwa nakazem. <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Jakże nudnym.</span><br />
Nauka działała najlepiej, gdy na własnej skórze odczuło się jej konsekwencje. Zamiast zakazywać, ostrzegał więc, że nic dobrego nie czeka jej, jeżeli zacznie angażować się zanadto w sprawy żywych. Ostrzegał ją, być może chcąc zwyczajnie oszczędzić jej rozczarowania. Oszczędzić bólu. A przynajmniej tak lubił myśleć. Lubił myśleć, że jest to przejaw łaskawości, nie zaś głębokiej zawiści o to, że kto inny mógłby zająć jego miejsce w centrum życia dziecka, które traktował jako przedłużenie siebie. Było w tym coś na kształt narcyzmu, owszem. Było w tym też wiele z niedorzeczności artysty, który chciał podpisać swoje dzieło, jak gdyby nie wystarczyło, że styl jego mówił sam za siebie, podobnie jak i kunszt wykonania: to ja cię stworzyłem, powtarzał, to ja cię wychowałem. Tak oto bóg stawał się artystą. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Tak oto stawał się ojcem.</span> A ojciec nie wychował swej córki na kogoś, kto miałby po prostu słuchać, lecz na kogoś, kto potrafi odczytywać świat tak jak on sam go odczytywał. <br />
Może dlatego tak bardzo chciał, żeby sama do niego przyszła.<br />
Bunt nie był defektem, lecz dowodem życia. Tak samo opór nie był porażką artysty, lecz formą nobilitacji jego artystycznej tożsamości — najwyższą z pochwał wobec jego kunsztu. Dzieci jego musiały zatem mówić własnym głosem, żyć własnym życiem, nieważne, jak bardzo go to frustrowało. Tak jak bogowie żywili się modlitwami swych wyznawców, tak Armand żywił się uznaniem. Tak w naturze bogów, jak i w naturze Armanda leżała zazdrość, bo potrzebowali przecież kogoś, kto w nich wierzył, kogoś, kto gotów był przywoływać ich imiona w akcie adoracji, wywyższając ponad innych. Zawsze uważał, że wiara była rzeczą przedziwną. Nie można było do niej przymusić, choć wielu próbowało: do wiary przyjść należało dobrowolnie.<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Lorraine przyszła.</span><br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Już jest dobrze</span> — stwierdziła w końcu, a może spytała, lekko przytłumionym głosem — głowę trzymała bowiem wciśniętą w ojcowską pierś. Pachniał jak zawsze, najtańszym tytoniem, którym wypychał papierosowe bibułki, ale wolała to niż wspomnienie czasów, gdy nieustannie waliło od niego wódą. Nie pił już jednak tyle co kiedyś. Widać to było po jego twarzy. Uspokoił się bardzo po śmierci Mirandy. Wciąż był starym pijakiem, widziała przecież niedopraną plamę po winie na rękawie koszuli. Wolała jednak myśleć, że była krew trupa, z którego zdarł odzienie. <br />
<br />
Armand po prostu czekał, głaszcząc ją po włosach. Nie mógł jej nie objąć, gdy wreszcie zbliżyła się, żeby się do niego przytulić. Z niewzruszonym spokojem trzymał córkę w ramionach, czekając, aż wygładzi urywany wzruszeniem oddech, aż odstąpi od niego, żeby zasiąść za stołem. Znał, jak postępować ze swymi dziećmi. Z synem było inaczej: Baldwina zawsze należało przyciągnąć. Baldwin był bardziej niepewny, bardziej głodny jego akceptacji; bardziej skłonny przyjąć bliskość, gdy ta wychodziła z inicjatywy Armanda. Potrzebował zaproszenia, którego nigdy nie potrzebowała Lorraine: jej rytuałem inicjacji było wychowanie, jakie dał jej Armand, wychowanie, pozwalające na przyjęcie ojcowskiej miłości za pewnik. Z jego córką było więc na odwrót. Należało otworzyć ramiona i czekać, aż przyjdzie sama. Przymuszona, wybuchłaby gniewem, stawiając opór. Odrzucona, zwyczajnie zamknęłaby się w sobie. <br />
<br />
Pocałował ją w głowę, gdy wreszcie się poruszyła. <br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">Jest dobrze</span></span> — powtórzył jak zaklęcie. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">A teraz siadaj, dziecko. Jedzenie całkiem nam zaraz wystygnie.</span></span><br />
<br />
Niewzruszony był jego ton, w którym kpina mieszała się z ulgą: Armand Malfoy uczuł bowiem ulgę. <br />
<br />
<br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">xxx</span></div>
<br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">Mięso</span></span> — oznajmił, a potem zrobił miejsce na stole dla butelki wina z czarnego bzu. Dla bochna chleba, którą przynieśli mu rano z piekarni, owiniętego w brudną serwetę. <br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Oczywiście</span>, pomyślała Lorraine. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Chleb i wino.</span> <br />
<br />
I stos martwych szczurów, które obdarł ze skóry i piekł nad ogniem, nabitych na rożen. <br />
<br />
Milczała dłuższą chwilę, przyglądając się, jak ojciec wykłada pieczyste na wyszczerbiony talerz. <br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Orfeusz zamienił się na instrumenta ze szczurołapem z Hameln?</span> — zapytała słabo, choć nie bez humoru, czającego się w drżących kącikach ust.<br />
<br />
W odpowiedzi zacytował jej chryplawie stary wiersz Browninga.<br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">Raz jeszcze w ulic ciżbę wszedł, do ust przyłożył fletnię…</span></span> — Głos Armanda cicho poniósł się po wnętrzu <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Eurydyki</span>. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">Z domu dzieci wybiegły. Chłopiąt i dziewcząt hufce, rozgwar szerząc, główka przy główce blond się kędzierząc.</span></span> — Zręcznie dzielił nożem mięso. Dziwna elegancja była w jego ruchach, w sposobie, w jaki kroił pieczeń. Nie trzymał noża w taki sam sposób, jak czynili to bandyci. Zdradzały go manieryzmy, z którymi nie musiał kryć się przy córce. Przy niej był przecież ojcem, nie bandziorem, który chwytał za rękojeść w groźbie niewymagającej słów. Jego głos ranił jednak głębiej niż stal. Wszystko to przypominało Lorraine o tym, że jej ojciec wybrał biedę z przekory.  Nie było przekory w Baldwinie, gdy odmawiał powrotu do domu. Wybrał, zawsze mówił, że wybrał Nokturn. Lorraine też tak sobie mówiła. Bo przecież nie uciekli, żadne z nich nie uciekło… <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">A jednak nie przeżyliby powrotu do domu.</span> Może dlatego przywołany przez ojca wiersz napełnił ją czymś na kształt smutku.<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">Oczkami lśniąc i śmiechem brzęcząc — jak roje pszczele…</span></span> — ciągnął dalej Armand, nie przerywając deklamacji nawet wtedy, gdy pod naciskiem jego dłoni zachrupały drobne kosteczki, składające się na szczurze szkieleciki — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">…za muzyką szły cudną, z muzykantem na czele.</span></span><br />
<br />
W tle wciąż grało Led Zeppelin.<br />
<br />
Lorraine wdzięcznie skinęła głową, po czym zaczęła powolutku skubać mięso, które trafiło na jej talerz. Było zaskakująco delikatne. Włókniste, ale miękkie, łatwo odchodziło od kości. Miało dziwny posmak, nieco ziemisty, ale nie przejmował jej obrzydzeniem. Zawahała się na chwilę zanim przełknęła tkwiący w gardle kęs. <br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nie jest takie znowu złe</span> — stwierdziła, podsuwając na chwilę talerz w stronę ojca, który kończył właśnie ściągać pieczone nad ogniem szczury z rusztu. <br />
<br />
Sięgnął, żeby spróbować. <br />
<br />
Wciąż smakowało lepiej niż wypieki Sabriny.<br />
<br />
<br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">xxx</span></div>
<br />
<br />
Gdy szafa grająca umilkła, Lorraine wstała od stołu, aby przygrać coś ojcu na rozstrojonym pianinie, stojącym w kącie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Eurydyki</span>. <br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">Napisałaś mi marsz pogrzebowy?</span></span><br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Podoba ci się?</span> — odpowiedziała pytaniem na pytanie.<br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">Jest smutny</span></span> — stwierdził Armand, oparłszy się swym ciężarem o nastawę pianina. W zamyśleniu bawił się rodowym sygnetem, poruszając w powietrzu palcami, jak gdyby przesuwał nimi po strunach niewidzialnej liry: manieryzm, który dzielił z córką, oczekującą na werdykt. —  <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">Ja nie jestem smutny.</span></span><br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Nie jesteś?</span>, chciała zapytać. <br />
<br />
Zamiast tego wygrała na nowo zakończenie w nieco cieplejszej, durowej tonacji, pozostawiając ostatni akord otwartym, jak gdyby wznosiła głos w pytaniu.<br />
<br />
Armand w odpowiedzi zasiadł obok, podwinąwszy rękawy poszarzałej koszuli, która musiała być niegdyś biała. <br />
Powtórzył ostatni z wybrzmiałych dźwięków. <br />
Wiedział, że sprawi tym córce przyjemność. Lorraine niczego tak nie kochała jak grania na cztery ręce. Zawsze lubiła popisywać się przed nim, gdy grała, czy to zaskakując nowymi pomysłami na improwizację, czy porównując progresję akordów w piosenkach, które obojgu przypadły do gustu. Sam nigdy nie był przesadnie uzdolniony muzycznie, ale dzięki edukacji, jaką odebrał w młodości, potrafił zagrać kilka prostych utworów.<br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Byłam smutna, gdy go pisałam.</span> — Lorraine przebiegła palcami po klawiszach, przywołując motyw muzyczny z <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Eleanor Rigby</span> Beatlesów, czym zarobiła od ojca pełne niedowierzania spojrzenie spode łba. Uśmiechnęła się lekko pod nosem, zanim zaintonowała co innego. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">To było wtedy, gdy wysłałeś mi prezent.</span> — Martwą synogarlicę z oliwną gałązką wciśniętą do gardła. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Byłam smutna, bo przypomniałeś mi tym prezentem o tym, jak bawiłeś się ze mną w dzieciństwie.</span><br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">Prezent. Przestroga.</span></span> — Armand patrzył jak palce córki przebiegają po klawiaturze. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">Pamiątka.</span></span><br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">A pamiętasz, jak kazałeś mi samej wymyślać zakończenia bajek, które opowiadałeś mi na dobranoc? "Dokończ za mnie, Lorraine", mówiłeś. Było to całkiem sprytnym, bo zawsze zasypiałam, zanim dotrwałam do końca… Ale na pewno pamiętasz piosenki, które pisałeś dla mnie, żebym mogła skomponować muzykę do słów. Piosenki o driadach błąkających się po lesie. O wilach w górskich potokach, o wróżkach wijących gniazda w koronach drzew. O nimfach, o strzygach. "Teraz twoja kolej" mówiłeś. Dopełniłam więc twojego dzieła, tato. Dokończyłam, co zacząłeś. Wypchałam ptaka.</span><br />
<br />
Armand uśmiechnął się.<br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">A myślałem, że napisałaś piosenkę</span></span> — droczył się z córką. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">To ma być prezent czy przestroga? A może przytyk dla starego ojca, że nie kupił ci żadnego prezentu na święta?</span></span><br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">O to nie musisz się już martwić</span> — odpowiedziała z przewrotnym uśmiechem, wyciągnąwszy rękę, aby zamknąć rozłożoną na podstawce partyturę.<br />
Pod partyturą znajdowała się bowiem książka, stara, acz w doskonałym stanie: kopia <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Hamleta</span> należąca niegdyś do jej ojca. Dawno temu ukryła ją w bibliotece <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Malfoy Manor</span>, nie chcąc, aby zniszczała, podczas gdy sama tułała się po Nokturnie, pomieszkując w zatęchłych pokojach na wynajem, gdzie pełno było grzyba i wilgoci. Dzisiaj odebrała jednak spadek po ojcu. Choć pozostawiła w rodowej bibliotece całą resztę dzieł Szekspira, należących do kolekcji Armanda, wzięła dla siebie cieniutką książeczkę z ulubionym dramatem. Oczywiście, gościła na rodzinnych obchodach Mabon, organizowanych w <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Malfoy Manor</span>, wymówiła się jednak naprędce z wspólnej wieczerzy, tłumacząc swoją niedyspozycję stanem zdrowia. Czasu wystarczyło akurat, żeby odwiedzić po kryjomu rodową bibliotekę.<br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">A więc byłaś <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">tam</span> zanim przyszłaś <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">tutaj</span></span></span> — zauważył zdawkowym tonem ojciec.<br />
<br />
Nagle wszystko w niej zamarło.<br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Byłam tam tylko chwilę.</span> <br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">Warto było?</span></span><br />
<br />
Powróciło wspomnienie wiosennej kłótni. <br />
W gruncie rzeczy zawsze kłócili się o to samo. Ostatnim razem pokłócili się o to jedno słowo, które teraz przywołał. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Wartość.</span><br />
Lorraine często zastanawiała się, jak długo uda jej się utrzymać życie, jakie wiodła. Niezależność miała swoją cenę, wbrew temu, co uważał Armand. Zależało jej na protekcji rodziny, ale coraz trudniej było wyjaśnić, dlaczego żyje w taki, a nie inny sposób. Przyszła więc podzielić się z nim swoimi wątpliwościami. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Przecież był jej ojcem.</span> Przecież powinien zrozumieć. Tak jak on kiedyś, miała teraz na wychowaniu małą dziewczynkę. Nie chciała, żeby Frida patrzyła jak gorzknieje, żeby czuła, jak jej ręce zaczynają twardnieć. Czy było coś złego w przyznaniu, że urodziła się do bycia czyjąś żoną? Nie miała żadnych realnych umiejętności. Jeszcze chwila, i nie będzie miała już żadnych perspektyw. Być może powinna poprosić rodzinę o pomoc. Było to mniej bolesne niż patrzenie jak brat pogrąża się w swych obsesjach, tak jak jej ojciec. Jak sama staje się swoją matką dla dziecka, które przecież z całego serca kochała — jak staje się Mirandą. Z pewnością znalazłaby sposób, żeby być obok, bliżej nawet: życie kobiety nie było klatką, zwłaszcza, gdy umiało się zręcznie balansować pomiędzy obowiązkiem a pragnieniem. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Mogłaby wtedy mieć wszystko</span>, przekonywała się, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">oni mogliby mieć wszystko</span>.<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Nie tak cię wychowałem</span>, usłyszała wówczas od ojca.<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Nie wychowałeś mnie, żebym była nikim</span>, rozpłakała się. Wierzyła, że łzy ukoją ojcowską zapalczywość. Rzadko był wobec niej okrutnym, a jednak okrutnymi były jego słowa.<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Lepiej być nikim tutaj, niż kimś tam</span>, warknął ostro. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Lepiej być sobie tylko panem żyjącym w nędzy, niż służyć pośród cudzych zbytków.</span><br />
Nie dał nabrać się na łzy.<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Gdybyś zostawił mi posag, wtedy byłabym panią. Wtedy miałabym jakąś wartość w świecie, w którym zostawiłeś mnie samą.</span><br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Wartość! Jakąż przedstawiasz dla nich wartość!</span> Armand walnął pięścią w stół. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Pozwalasz, żeby wyceniali cię jak mięso. Moja córka rżnięta na kawałki, które można sprzedać. Najpierw chciałaś oddać rękę! Rękę można oddać, ale duszę? A oddawaj duszę! Niech rozkroją ją, niech wypatroszą, podzielą na sztuki…</span> Nie słuchała go. Pozwoliła mu wznosić się pośród spływających posoką metafor. A więc po to obrócił wniwecz rodzinny majątek: po to, aby ocalić jej duszę! Oto był jej pan i zbawiciel z kolejną pierdoloną przypowieścią, która miała oszukać żołądek.<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Jakie mięso</span>, ryknęła przez łzy. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Jakie mięso? Kiedy ty ostatnio jadłeś mięso?</span> Nawet na to nie miał pieniędzy, pomyślała, zrywając się na nogi. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Nie ma pieniędzy! Nie ma mięsa! W gardle staje mi to mięso. W gardle stają mi kości! Nie ma mięsa, tylko kości!</span> Stała przed nim, drżący stosik kości powleczonych skórą. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Nie jem, tato, nie rozumiesz? Ja nie jem, oni jedzą ze mnie!</span><br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Nie głodują</span>, grzmiał Armand. Zgrzytnął zębami, bo cóż innego mógł zrobić. Gdyby córką potrząsnął, pogruchotałby jej kości.<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">A ty rzuciłeś mnie im na pożarcie</span>, szlochała. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Ty to zrobiłeś! Ty!</span><br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Nie głodują, bo ich karmisz. Gorzką bądź, niechaj spluną! A jeżeli chcesz być słodką, niech będzie to chociaż słodycz zepsucia.</span><br />
Ale ona już była w histerii.<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Ty mi to zrobiłeś</span>, mamrotała. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Ty mnie zepsułeś.</span> Chciała, żeby policzył jej żebra. Chciała żeby nie odwracał wzroku od jej wychudłej twarzy. Chciała, żeby poczuł obrzydzenie na jej widok. Niszczyła siebie, a on na to pozwalał. Co za różnica, na jaki sposób to robiła? Czym poniżenie w domowym zaciszu różniło się od tego, które musiała znosić publicznie? <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Chcesz, żebym zgniła tu razem z tobą</span>, mamrotała, snując się nieprzytomnie po pokoju. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Mogłam mieć życie. To jest według ciebie życie? Ty nie żyjesz. Ty nie żyjesz! Czy i ja powinnam umrzeć?</span> Prawdopodobnie byłoby w tym więcej godności niż w byciu jebaną żebraczą księżniczką Nokturnu.<br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">Zjadłaś coś chociaż?</span></span> — dopytywał miękko Armand. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">Czy wypuścili cię głodną?</span></span><br />
<br />
Usta Lorraine zadrżały. <br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Przestań. Przestań, tato.</span><br />
<br />
Nigdy nie wypominał jej tego, że się głodziła. Teraz jednak pokręcił powoli głową, niewzruszony podniesionym protestem. <br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">Ja tylko próbuję zrozumieć</span></span> — ciągnął bezlitośnie. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">Jak to jest, że wiecznie szukasz uznania tych, którymi pogardzasz. Wiem, że pogardzasz, bo inaczej nie byłabyś moją córką. Odwiedziłaś dzisiaj mój grób, córeczko, wtedy gdy byłaś w <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Malfoy Manor</span>? Zostawiłaś mi przywiędłą wiązankę? Wiem, że tak. Obawiam się, że w oczach reszty Malfoyów wystawiasz się na kpiny tym, że wciąż się do mnie przyznajesz. Tak jak wystawiasz się na kpinę w moich oczach tym, że wciąż chcesz przynależeć do świata, jaki reprezentują. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Jak wiele razy ktoś obiecał ci świat na własność, Lorraine?</span> Jak wiele razy dotrzymał słowa?</span></span> — Zaśmiał się lekko, radośnie niemal, nie było w nim jednak wesołości. Armand Malfoy najbardziej przerażającym bywał wtedy, gdy się śmiał. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">Wychowałem cię w pogardzie do świata, na bogów! Wychowałem cię, żebyś była wolna, a nie gięła kark za obietnicę przynależności. Ojcowskie nauki traktujesz ze wzgardą, ale u ojca szukasz pocieszenia, gdy spotyka cię odrzucenie ze strony tamtych. A jednak wystarczy, aby na powrót wyciągnęli rękę w twoją stronę. Wystarczy, żeby rzucili ochłap uczucia, a ty jesteś już gotowa wrócić</span></span> — warknął. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">Co tym razem było ochłapem?</span></span> <br />
Nie odpowiedziała. <br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">Myślisz, że wciąż mi zależy? Myślisz, że to wszystko wciąż jeszcze coś dla mnie znaczy? Ta książka. Ten dom. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Ta rodzina.</span></span></span><br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Ty</span>, usłyszała Lorraine. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Ty.</span><br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">W tym jednym masz słuszność, córeczko. Nie wychowałem cię, żebyś była nikim.</span></span> — Ojciec wyciągnął rękę po stojący na nastawie pianina puchar z winem, aby przepłukać usta, jak gdyby nie mógł znieść smaku tego słowa na języku. Otarł ręką usta, a potem nachylił się bliżej. Jakże obojętnie brzmiał jego głos. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Jakże odlegle.</span> — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">A jednak nie wychowałem cię, żebyś była kurwą. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">A tym właśnie jesteś</span></span></span> — wycedził powoli, ujmując delikatnie jej brodę, tak, aby nie mogła odwrócić głowy, choć wiedział, że nie będzie z nim walczyć. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">Kurwą.</span></span><br />
Czule pogłaskał Lorraine po policzku, nie pozwalając, aby twarz przysłoniły jej włosy. Było coś nieskończenie pieszczotliwego w jego geście.<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">Łamiesz mi tym serce, córeczko</span></span> — wyszeptał. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">Naprawdę łamiesz mi serce.</span></span><br />
<br />
A potem wstał, aby napełnić winem kielich opróżniony jednym haustem. <br />
<br />
Lorraine podniosła się niemal w tym samym momencie, zatrzymała się jednak w pół kroku, jak zaklęta, gdy ojciec odwrócił się do niej plecami. <br />
<br />
Głos jej był łagodnym, gdy wreszcie zdecydowała się odezwać.<br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Gdybym była kurwą</span> — szepnęła, uśmiechnąwszy się smutno do ojca, choć nie mógł jej uśmiechu zobaczyć — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">mieszkalibyśmy w pałacu ze złota.</span> — Wiedziała, że ją słyszy. Widziała to po jego postawie, w tym, jak nie próbował ukryć napięcia w twarzy, w nagłej zamaszystości gestów. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Jedlibyśmy ze srebrnych talerzy, pili z pucharów wysadzanych szlachetnymi kamieniami…</span> — Armand zrzucił puchar z winem ze stołu gwałtownym machnięciem ręki. Butelka poleciała tuż za nim. Odgłos tłukącego się szkła wypełnił przestrzeń. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Odgłos ojcowskiego gniewu.</span> Lorraine wstrzymała oddech, gdy się odwrócił. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">…A ty <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">nienawidziłbyś</span> każdej chwili</span> — dokończyła łamiącym się głosem. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Chciałbyś tak żyć, tato?</span><br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">A ty, Lorraine?</span></span> — Armand wpatrywał się w nią w napięciu. Nie mógł zadać okrutniejszego pytania. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">Chciałabyś?</span></span><br />
<br />
Jak być dzieckiem człowieka, który nauczył cię, że wolność jest ważniejsza niż bezpieczeństwo, ale nigdy nie umiał zapewnić ci żadnego z nich? Przez chwilę Lorraine po prostu patrzyła, jak wino rozlewa się po podłodze.<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">"Chciałabyś, Lorraine?"</span><br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nie</span> — odpowiedziała w końcu. Z trudem dobyła z siebie głos, bliska była bowiem płaczu. Usta drżały jej, jak wtedy, gdy była jeszcze dzieckiem. A jednak odważyła się mówić, nawet jeżeli jąkała się niemal, próbując zdusić w sobie żałosne spazmy. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nie, nie chciałabym. Nie chcę.</span> — Głos jej był wysadzany łzami, gdy wyciągnęła rękę w stronę ojca, zmuszając go niemal, żeby na powrót usiadł obok niej, żeby podążył w stronę starej, zapadłej kanapy w kącie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Eurydyki</span>. Zmuszając, żeby zacisnął palce na starej książce, zamiast rzucić ją na ziemię. Sama gotowa byłaby paść na ziemię, prosić na kolanach, byleby nie był na nią znowu zły. Nie chciała, żeby się złościł. Nie chciała go znowu rozczarować — <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">proszę, nie bądź na mnie zły</span>, miała ochotę się rozpłakać, rozczarowując go jeszcze bardziej, bo co innego jej już pozostało, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">nie zniosę tego dłużej</span> — Lorraine chciała tylko, żeby… — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nie zrozumiałeś</span> — wyszeptała. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Książka nie jest dla ciebie.</span> — Wstyd. Gniew. Oskarżenie. Desperacja. Smutek. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Błaganie.</span> — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Książka jest prezentem dla mnie. Ja chcę tylko, żebyś mi czytał…</span> <span style="font-style: italic;" class="mycode_i"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Czytaj</span></span> — poprosiła, a może zażądała. Nie było dla niej różnicy. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Czytaj mi.</span> — powtórzyła. Podwinęła nogi, zwijając się w kłębek tuż obok. Oparła głowę o ojcowskie ramię, podsunąwszy się bliżej, tak jak robiła w dzieciństwie. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Chcę tylko, żebyś mi czytał.</span><br />
<br />
Objęła go.<br />
<br />
Armand tymczasem w milczeniu przewertował książkę. Oto była jego osobista kopia <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Hamleta</span>. Na okładce wciąż widniały jego inicjały. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Własność A. Malfoya</span>, wykaligrafowano niegdyś powyżej strony tytułowej. Ostrożnie, z nabożną wręcz czcią, tak jak winno się obchodzić z dziełem tego formatu. Nawet obwoluta zachowała się w stanie niemalże nienaruszonym. Dlaczego więc miał wrażenie, że coś jest nie tak? Lorraine wyrwała ostatnią stronę, zdał sobie sprawę, gdy palce napotkały pustkę. Wyrwała ją, aby opowieść nigdy się nie kończyła. Ostatnim, co wybrzmiewało po hamletowym "reszta jest milczeniem", był urywany oddech konającego. Trwożne "o, o, o!", dopisane ręką Armanda, który nigdy nie rozumiał, dlaczego współcześni wydawcy omijali ten fragment, obecny przecież w oryginalnym folio. Żadne słowa nie były w stanie lepiej oddać grozy, jaka towarzyszyła umierającemu. Grozy niemożliwej do wyartykułowania inaczej niż jękiem.<br />
<br />
Być może istniały na tym świecie rzeczy, których nawet poeci nie potrafili ubrać w słowa.<br />
<br />
Armand bez słowa otoczył córkę ramieniem. A potem zaczął czytać. <br />
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">Koniec sesji</div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">
<div style="text-align: center;" class="mycode_align">Podziemne Ścieżki, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Eurydyka</span><br />
<span style="font-size: 9pt;" class="mycode_size"><a href="https://youtu.be/QkF3oxziUI4?is=FrnsEe1_QVZqCtFY" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">Led Zeppelin — Stairway to Heaven</a></span></div></div>
<br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><img src="https://64.media.tumblr.com/52985a55ad216819c40089d3630664eb/a715469956b1d972-16/s2048x3072/4f8ffcfc449a35290156762c530a2e688fe5049e.png" loading="lazy"  alt="[Obrazek: 4f8ffcfc449a35290156762c530a2e688fe5049e.png]" class="mycode_img" /></div>
<br />
Nie spodziewała się, że kiedykolwiek zacznie myśleć o Podziemnych Ścieżkach jako o domu. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Dom.</span> Nigdy nie nazwała tak <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Malfoy Manor</span>, które odwiedziła dzisiaj na krótko, aby spotkać się z resztą rodziny: domem była zawsze rezydencja pod Londynem, którą rodzice zmuszeni byli sprzedać, gdy była dzieckiem zaledwie. Domem jej stała się wówczas biedna chata w Little Hangleton. Nauczyła się nazywać to miejsce domem, tak jak wiele innych miejsc, w których przyszło jej potem mieszkać. Czasem żałowała, że nie wróciła tam po śmierci matki: ściany drążyły jednak wspomnienia zbyt bolesne, ażeby zdołała wytrwać tam samotnie. Wspomnienia pleniły się między rozeschłymi deskami podłogi, pochłaniając domostwo niby pleśń. Przetrwała tylko pamięć o przemocy, przypominającej o sobie popękanymi ościeżynami, potłuczonymi oknami. Po śmierci Mirandy przestrzenią owładnęła roślinność, przesłaniając jej ślady pędami wijącego się bluszczu, pędami dzikiego wina. Ślady przemocy. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Ślady Mirandy.</span> <br />
"Nie boisz się, że Miranda będzie zła, jeżeli nie wrócimy do domu?", spytała niepewnie Lorraine, dawno, dawno temu, postępując tym samym korytarzem, którym postępowała teraz. "Nie musimy tam w ogóle wracać", odpowiedział ojciec, w przeciwieństwie do niej starannie unikając słowa "dom". Jakaś kość chrupnęła wówczas pod jego stopami. Takim oto kobiercem wysłane były korytarze Podziemnych Ścieżek — trupem i stęchliną. <br />
"Możemy zostać tutaj", stwierdził, odwróciwszy się, żeby odszukać wzrokiem córkę. "Chciałabyś, Lorraine?". Nie zauważył, że została w tyle. A przecież ledwie chwilę wcześniej wyprzedzała go o kilka, a może nawet i kilkanaście kroków, jak gdyby chciała popisać się przed ojcem, że zna drogę na pamięć. Teraz stała jednak przed wejściem do jednego ze starszych korytarzy. Tych, do których wiedziała, że nie należy zapuszczać się samej. Sięgały zbyt głęboko, przestrzegł ją kiedyś Armand, choć sam w otwartą gardziel bogów podziemi patrzył z chorobliwym błyskiem na dnie oczu. Nikt nigdy nie wyszedł stamtąd żywy, przypomniała sobie Lorraine, wpatrując się w ziejącą czeluść podziemnego przejścia.<br />
<br />
Z zamyślenia wyrwał ją dopiero głos ojca, niosący się echem wśród korytarzy.<br />
<br />
"Możemy tutaj zostać", powtarzał. <br />
<br />
Lorraine odwróciła się plecami do spowitego w ciemnościach tunelu. <br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">"Chciałabyś, Lorraine?".</span><br />
<br />
Ile mogła mieć wtedy lat? Była dzieckiem zaledwie, a jednak musiała myśleć jak dorosła. Stawiała przed ojcem kolejne pytania, niedopasowane rozmiarem do jej ust — tak samo jak sukienka, z której zaczynała już wyrastać, niedopasowaną była do jej ciała. Sukienka była na nią za mała, odsłaniała bowiem wychudłe nogi usiane siniakami, a pytania były za duże, zbyt poważne, gdy wypowiadało się je piskliwym, dziecięcym głosem. "A co będziemy jedli?", spytała wtedy, zmieszana. "Gdzie będziemy spali?". Czasem ojciec wynajmował jej pokój, a sam szedł gdzieś, nie wiadomo gdzie: wracał dopiero nad ranem, żeby pisać, zasypiał z nosem na biurku. Lorraine nie lubiła, gdy zostawiał ją samą. Gdy przestała się już bać Nokturnu, zaczęła się bowiem nudzić, a jak już miała się nudzić… Wolała, żeby zabrał ją na te nocne wyprawy ze sobą. Zdarzyło jej się zdrzemnąć na zestawionych z sobą krzesłach w spelunie, gdzie pił, ukołysana w kącie wrzaskami podobnych mu pijaków, wyśpiewujących stare szanty. Nakrywała się wtedy jego kurtką, bo brzydziła się dotknąć zatęchłego koca, który leżał na kanapie w rogu. "Skąd weźmiemy ubrania, gdy te się zabrudzą albo zniszczą?", spytała cicho. W palcach gnieść zaczęła rąbek starej sukienczyny. Gdy wróci do domu, będzie musiała ją uprać, ubrudziła się bowiem, schodząc wraz z ojcem w głąb Ścieżek. Cała czuła się brudna, najchętniej zanurzyłaby się w balii z wodą, żeby zmyć z siebie kurz podziemi. Czy pod ziemią w ogóle znaleźć można było wodę? Może jakie podziemne jezioro, którego mogłaby zostać panią, jak w baśniach… Nagle jęła się zastanawiać, czy jego topiel nie przypominałaby jednego ze smrodliwych kanałów nad Nokturnem, gdzie spływały nieczystości.<br />
Zamiast Panią Jeziora byłaby wówczas Panią Rynsztoków.<br />
"A co będzie, jeżeli któreś z nas zachoruje?". Czy to było w ogóle zdrowe, przebywać cały czas pod ziemią? Lorraine walczyła, żeby w ogóle dobyć z siebie głos, który uderzał powoli w coraz to wyższe tony. Leki były drogie, tak samo jak wizyty u magomedyków, Miranda zawsze to powtarzała, bo była chora, bardzo chora, choć jej choroba zabijała powoli, postępując na przestrzeni lat. Koniec zdawał się Lorraine zbyt odległym, aby był prawdziwym. A jednak… "Co będzie jeśli ty zachorujesz, tato?", spytała. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Zostawi ją.</span> Zostawi ją wtedy samą, i nie będzie miała nikogo na świecie. Wolałaby już umrzeć! <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Umrzeć!</span> <br />
Ojciec czule przyciągnął ją wtedy do siebie.<br />
"Dziecko moje", wyszeptał, "czy ty zawsze musisz być mi przeciwną?".<br />
W oczach Lorraine zakręciły się wówczas łzy. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Nie</span>, pokręciła gwałtownie głową, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">oczywiście, że nie</span>. Nigdy nie chciała mu się sprzeciwiać. Chciała być dobrą córką, a dobra córka winna być posłuszną ojcu… Ślepo posłuszną, ale nie ślepą. Chociaż patrzyła na świat oczami otrzymanymi w schedzie od ojca, zdawała się widzieć rzeczy, których Armand nie dostrzegał. Może po prostu nie chciał dostrzec, pomyślała, wtuliwszy się do niego desperacko. Nawet przed nim samym szukała przecież schronienia w jego ramionach. Mogła mówić jak dorosła, ale wciąż była tylko przerażonym dzieckiem. Ojciec nie odpowiedział na żadne z jej pytań, ale też nie odepchnął jej od siebie. Nie patrzył na nią ze złością, z jaką umiał patrzeć na innych: wiedziała przecież, jakie były jego oczy, gdy był zagniewanym. Wystarczyło, żeby spojrzała w lustro. Uspokoiła się, gdy się odezwał. Choć ojciec przemawiał łagodnie, bardziej niż jego gniewu obawiała się rozczarowania. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Nie chciała przecież zawieść taty.</span> Już po chwili nonszalancko zasiadała na ławie tuż obok niego, wymachując nogami jak gdyby nigdy nic: przestała, gdy tylko przypomniała sobie, że Miranda powiedziała, że damy nie machają nogami, bo to nieuprzejme. Zacisnęła więc drżące usta na kosmyku włosów, udając, że bawi się nimi, znudzona. Znudzenie było bezpieczną imitacją dumy, a duma była zbroją damy, podobnie jak uprzejmość. A gdy nawet nudą się znudziła, pogrążyła się w lekturze książki, którą jedna z artystek krążących wokół Armanda dała jej do przeczytania, choć jej wzrok co rusz uciekał znad pomiętych kartek.  <br />
Ojciec podchwycił jej spojrzenie.<br />
"Nie podoba ci się?", spytał. <br />
"Nie", rzuciła niemal bez zastanowienia Lorraine, zaciskając mimowolnie zęby, gdy zgromadzeni przy stole artyści zaczęli zanosić się śmiechem. Zrobiło jej się słabo. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Nie wiedziała, czy śmieją się z niej, czy z nią.</span> Spotniałe dłonie zacisnęły się nerwowo na książce, którą odłożyła na stół, choć chciała cisnąć nią w twarz jej autorce. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">To przez nią przecież to wszystko</span>, pomyślała gniewnie, nie patrząc nawet na młodziutką pisarkę, która zarumieniła się żywo, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">przez nią!</span> Spojrzenie Lorraine mimowolnie uciekło w stronę ojca. Ten uśmiechnął się lekko.<br />
"Napisz coś, co spodoba się mojej córce", padło żądanie. <br />
Potem pół artystycznej bohemy pisało dla niej baśnie, bo Armand uparł się, że będzie czytał rękopisy tylko tych pisarzy, którzy przypadli do gustu Lorraine. <br />
Najpierw musieli zadowolić córkę, żeby zyskać przychylność ojca. Cały dwór poetów piszących dla małej królewny. Królewny, bo jej ojciec wydał jej się w tamtej chwili królem, choć nie nosił korony. Nawet gdyby miał koronę, dawno by już ją sprzedał. Przynajmniej tyle mógł więc dać Lorraine. Namiastkę zachcianek właściwych wszystkim wysoko urodzonym, rozkapryszonym pannicom. Inni ojcowie dawali swoim córkom zabawki, łakocie i piękne ubrania. Lorraine dostawała od swojego bajki. Całe bajkowe królestwo utkane ze słów w miejsce odpowiedzi, które obnażyłyby upokarzającą prawdę — król był żebrakiem.<br />
<br />
<br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">xxx</span></div>
<br />
<br />
Opustoszałą niszę grobową przeznaczył sobie na kryjówkę. Miał ich kilka na przestrzeni lat, ale wszystkie wyglądały w gruncie rzeczy tak samo. Zbutwiałe książki ułożone w stosy. Barłóg z koców, gdzie sypiał. Niewielka balia z wodą. Oparte na kamieniach deski, służące mu za biurko. <br />
Nie zastała go w środku. <br />
Dłonią przesunęła po kamiennej ścianie, zatrzymując się, aby złapać oddech. Znała dobrze pokrywające ją żłobienia, znaczenie znaków, jakie zostawiali po sobie mieszkańcy ciągnących się pod Londynem korytarzy. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Alfabet żebraków</span>, słyszała, jak mówili na to na powierzchni patrolujący ulice Nokturnu brygadziści. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Alfabet bezdomnych.</span> Do których należała Lorraine? Biegła była przecież w jego odczycie. W powietrzu wyczuwała słabą woń perfum Fontaine. Wyryty w ścianie znak wiernych jej Szczurów. W podziemnym alfabecie, jakim się posługiwali, oznaczał sojusznika. Nie, więcej: <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">przyjaciela</span>. Słowo to brzmiało jednak zbyt niedorzecznie w przestrzeni Ścieżek. Wypowiadano je z czymś na kształt rozbawienia, protekcjonalności niemal… A jednak Orfeusz był nietykalnym. Nauczył swoją córkę czytać znaki w języku podziemi. Nauczył ją pisać. Sama wycinała je na ścianach, kiedy nadarzała się ku temu potrzeba, uczestnicząc w kreacji świata, który powołał je do życia. Jeden z symboli wymyśliła przecież samodzielnie, różdżką odwzorowując w kamieniu stary symbol Pani Jeziora. Odnalazła go dawno temu na marginesach starego, ilustrowanego wydania <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Cyklu Wulgaty</span>, czytanego z wypiekami na policzkach. Uczyniła go swoim. Podpatrzyła bowiem, jak starsze dziewczęta uczęszczające na lekcje run wykorzystują podobne, aby stworzyć własne amulety. Lorraine nie znała protektywnych własności run, ale też chciała mieć swój amulet. Dziecięcą była potrzeba skrytości. Posiadania znaku przynależności, tajemnicy, ukrytej w symbolu. Baldwin powiedział kiedyś, że to symbol Królowej Maja. Oto kwietne girlandy, tłumaczyła mu bowiem w sekrecie, palcem kreśląc kolejne figury na mokrym piasku, oto maikowa wiecha. Brakuje tylko majowego pala, stwierdził wesoło, przekreśliwszy bazgroły siostry stryjecznej przez środek, prostą linią: tak oto jej wianek znalazł się na szczycie jego pala. Zaśmiała się wtedy głośno. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">To nie pal</span>, powiedziała łagodnie, obracając w dłoniach jedną z urwanych pośród błoni stokrotek, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">lecz miecz</span>. Pani Jeziora darowała bowiem miecz Lancelotowi, którego bardzo miłowała. Arondight, w niczym nieustępujący Excaliburowi, który przypominać miał jej wychowankowi o jego królewskim pochodzeniu. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Lancelot du Lac.</span> Lancelot z Jeziora, mruczała sama do siebie, plotąc wianek, podczas gdy Baldwin poszedł kąpać się w jeziorze wraz z kolegami. Spodobało się jej jednak i jego skojarzenie. Od tamtego czasu właśnie w taki sposób wyrysowywała swój symbol. W taki sam sposób rysował go Armand, przyjąwszy go za swoje godło.<br />
Przez chwilę obawiała się, że zmienił zabezpieczenia swej kryjówki, ale zamykał ją przecież po to tylko, żeby do środka nie dostały się zwierzęta. Nikt o zdrowych zmysłach nie próbowałby przecież obrabować Orfeusza. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">"Z czego niby?"</span>, zaśmiał się kiedyś. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">"Z pcheł?".</span><br />
Ojciec nie miał niemal nic na własność. Nazywał to wolnością. Nie posiadać niczego, aby nie stać się posiadanym, powtarzał z mocą. Nie przywiązywać się do miejsca, nie nakładać na siebie więzów przynależności.<br />
Kiedyś, kiedy była dzieckiem jeszcze, sądziła, że to całkiem zmyślne — przynajmniej przez te kilka sekund, które zajęło jej przejście przez krótką na kilka stóp kryptę tanecznym krokiem. Zakręcenie się w miejscu z rozłożonymi szeroko rękoma, dokładnie tak, jak czyniły kapłanki Macmillanów, chcąc przywołać słoneczną pogodę. Lorraine była ciekawa, czy będzie w stanie rozświetlić w ten sposób pogrążone w ciemności korytarze. Gdyby rozbłysły jego promieniami, myślała, ojciec nie musiałby marnować wzroku. Widziała jak mrużył oczy, pisząc w świetle świec. Przez chwilę była więc wirem jasnych włosów i jasnego śmiechu, wzbijającym kurz podziemia fałdami jasnej sukienczyny. Oto stała się jasność. "Ale przecież masz mnie", zaśmiała się, przerywając ojcowski wywód. "A ja mam ciebie". W piersi poczuła nagły ucisk, gdy wypowiedziała te słowa na głos. Po ostatnim piruecie, na dziecięcej twarzy odmalowała się niepewność. "Jesteś moim tatą. Ja nie jestem twoja?", spytała cienkim głosem.<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Oczywiście, że była.</span> Upewnił ją o tym natychmiast niemal, a potem zaczął znowu mówić. Mówił wiele dużych słów, które może i zrozumiałaby, gdyby nie kręciło jej się już w głowie od tańczenia. Sztywno przysiadła na posłaniu, a może ojciec ją tam usadził. Humor zdążył się jej jednak zważyć, więc nie patrzyła na niego nawet, tylko bawiła się rodowym pierścionkiem na swoim palcu. Mówił coś o tym, że świat opiera się na zawłaszczaniu. O tym, że człowiek niewoli drugiego człowieka, odbierając mu jego wolność. O tym, że sprawia aby zależał… A może należał? Pogubiła się już. "Jesteś <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">moim</span> tatą", podkreśliła, nadąsana, kiedy skończył mówić. Mogła się dąsać, ale pilnowała się, żeby nie dać mu powodu do gniewu. "A ja jestem <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">twoją</span> córką", dodała pewnie.<br />
Jego oczy były łagodne. Może wcześniej po prostu gniewał się o to, że mu przerwała. Nic nie powiedział, gdy wyryła w kamiennej ścianie swój symbol stępiałym scyzorykiem. W następnej kryjówce sam wyrysował go na ścianie. I w następnej. I w następnej. <br />
Lorraine oderwała dłoń od ściany.<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">"Wciąż jesteś na mnie zły?"</span>, spytała po dziecięcemu w posłanym latem liście. <br />
Mógł być zły, ale nigdy na tyle, żeby zetrzeć Lorraine ze swojej ściany.<br />
<br />
Odstawiła wiklinowy koszyk z jedzeniem na ziemię. Potrzebowała odsapnąć przed zejściem do <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Eurydyki</span>.<br />
<br />
Zasiadła za ojcowskim biurkiem, z szelestem sukien przestąpiwszy ponad pogniecionymi papierami, na których widniały niedokończone próbki czegoś, co wyglądało jak powieść. Poświęciła dłuższą chwilę na przeczytanie wszystkich. Kolejno rozprostowywała je na kolanach, aby ostatecznie złożyć uporządkowane kartki w schludny stosik. Znała, jak zwykł pracować ojciec. Wszystko, co nie zostało napisane w zrywie natchnienia, uznawane było za niewystarczające. Słowa musiały splatać się ze sobą w ten szczególny sposób, który sprawiał, że w piersi brakowało tchu, a dopiero kolejny akapit pozwalał zaczerpnąć powietrza na nowo. Lorraine przebiegła wzrokiem po ostatnich słowach skreślonych ręką ojca. Atrament był jeszcze mokry, zdała sobie sprawę. Przez chwilę po prostu patrzyła na smużyste wersety, które tańczyły przed jej oczami jak miraże. Proza ojca była duszną, przytłaczającą wręcz — desperacko pragnęła bowiem, aby nadać jej oddech. Nie wiedzieć kiedy Lorraine rozchyliła lekko drżące wargi…<br />
Po to tylko, aby gwałtownie odsunąć od siebie zapisaną kartkę. <br />
Pozwoliła, aby ciężkie westchnienie wyrwało się z jej piersi. Pisarstwo było dla Armanda tym, czym dla Lorraine była legilimencja. Z trudem oderwała wzrok od leżącego przed nią poematu, utkwiwszy spojrzenie w ścianie krypty. Zdobiły ją odłamki luster, które ktoś musiał powciskać między szczeliny w kamieniu, w złączenia w tynku. Przedziwna był to mozaika. Nie dało się w niej przejrzeć w całości. W jednym z lustrzanych okruchów mignęło jednak odbicie niebieskich oczu. Lorraine dopiero po dłuższej chwili odwróciła wzrok. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Zamrugała.</span> Podobną instalację znaleźć można było na ścianie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Eurydyki</span>. Szczątki jednego ze zdobiących ją zwierciadeł wciąż jeszcze tkwiły w szufladzie jej biurka w <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Necronomiconie</span>, zawinięte w czarny welur. Nie chciała o tym jednak myśleć. Zajęła się przeglądaniem ojcowskich papierów, pośród których znalazła przepisany ręką Armanda scenariusz. Skrypt z poprawkami dla Baldwina. W jaki sposób mógłby wypowiedzieć swoje kwestie, stojąc na scenie. Jaki gest wykonać, na które słowa położyć nacisk, aby przykuć uwagę wszystkich. Westchnęła mimowolnie. Jak wiele treści było zawartych między wierszami! Czasem było to jedno słowo, wewnętrzny żart, czasem ściana tekstu, reinterpretująca sens wystawianej sztuki. Armand nie zostawiał wyłącznie komentarzy w didaskaliach. Nie ograniczał się do kreślenia po marginesach, nie — Armand pisał swemu synowi całe monologi. Sceny, których nie było w oryginalnym skrypcie, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">bo autor sztuki był dyletantem, nie doceniającym potencjału własnego scenariusza</span>, słyszała niemal wściekłe sarkanie ojca, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">a już na pewno nie doceniającym potencjału aktora</span>. Tymczasem Armand zostawiał mu nawet przestrzeń na improwizację. Łaskawca, pomyślała ironicznie Lorraine, czule odwracała jednak kolejne kartki skryptu. Wiele czułości było bowiem w tych rękopisach. Nie dziwiła się, że Baldwin wciąż wracał do teatru. Sama też wracałaby na jego miejscu. Nawet jeżeli ojciec jak zawsze wydawał się zbytnio zapatrzony w swój akt twórczy, żeby zrozumieć, jak trudnym było dla syna to wszystko. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Tata…</span> Armand umiał porywać za sobą innych. Sprawić, aby podporządkowywali się jego woli, pożądali aprobaty. Nawet Lorraine była przecież zakładniczką jego miłości. <br />
Wstając od biurka, schowała poemat do kieszeni skrytej w fałdach sukni. Zadedykowany był dla niej, należał zatem do niej, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">do niej</span>, nawet jeżeli był nieskończonym. Nie obchodziło jej, że był nieskończonym.<br />
<br />
Odwróciła się gwałtownie, słysząc odgłos kroków.<br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">Orfeusz kazał przekazać, że…</span></span> — wydyszał ulicznik — jeden z wielu małych obdartusów, który służył Madame Fontaine na posyłki. Dziecko zaledwie, oceniła Lorraine, ale dzieci tutaj zdawały się dorastać szybciej. Zwłaszcza sieroty, takie jak obdarty wyrostek, który stanął przed nią, przestępując z nogi na nogę.<br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Już idę</span> — przerwała Szczurowi Lorraine. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Możesz przekazać to mojemu ojcu, jeżeli się niecierpliwi.</span> — <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Orfeusz.</span> Zawsze wewnętrznie krzywiła się słysząc to miano. Nie myślała o nim w ten sposób. W jej głowie Armand Malfoy nie był mitem, potępionym poetą z podziemnych korytarzy. Był jej ojcem, do którego po tych wszystkich latach wciąż zwracała się, tak po prostu, "tato". <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Co oni wszyscy mogli o nim wiedzieć?</span>, pomyślała, ostatni raz powiódłszy palcami po stosie papierzysk zgromadzonych na biurku. Po wyrytych w blacie symbolach. Po plamach krwi wsiąkłej w drewno.<br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">Powiedział, że nabije mnie na rożen i zje, jak nie zniknę mu z oczu</span></span> — odpowiedział ponuro chłopiec, łypiąc na nią lekko spode łba. Nieufnie zerknął zrazu w stronę biurka. Widać było, że nie czuł się tutaj zbyt komfortowo, zgrywał jednak odważnego. Może dlatego twarz Lorraine pozostała nieprzeniknioną. <br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Żartował</span> — odpowiedziała pogodnie.<br />
<br />
A potem wyciągnęła w stronę ulicznika bułkę z dżemem, jedną z tych, którą zapakowała do kosza z jedzeniem.<br />
<br />
Malec burknął coś pod nosem, a jednak nie ruszył się z miejsca. Dzieci Podziemi miały swoją dumę. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Miały też spryt.</span><br />
<br />
Lorraine pokiwała powoli głową, markując zamyślenie.<br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Możesz wziąć też drugą. Dla siostry.</span><br />
<br />
Po chwili wahania bułka została wyrwana jej z ręki i łapczywie pożarta. Drugą ulicznik dostał na drogę.<br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">Dostanę jeszcze?</span></span> — spytał bezczelnie.<br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Jak pomożesz kapłanowi z rogu zmyć bohomazy, które zakląłeś mu na płocie, to pomyślę, czy zasłużyłeś na więcej</span> — odpowiedziała ostro Lorraine. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Pomódl się przynajmniej do Matki</span> — przykazała na odchodnym. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Święto dzisiaj.</span><br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">Matka nie da mi bułki</span></span> — burknął dzieciak.<br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Ja dam, jak będziesz się zachowywał. Zmykaj, zanim się rozmyślę.</span><br />
<br />
Już go nie było.<br />
<br />
Zeszła do galerii brata nieniepokojna już przez nikogo. Nie zauważyła, że palce zaciśnięte na rączce wiklinowego koszyka poplamione były teraz atramentem.<br />
<br />
<br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">xxx</span></div>
<br />
<br />
Gdy weszła do <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Eurydyki</span>, Armand majstrował przy szafie grającej, która uparcie wypluwała z siebie kolejne piosenki The Beatles. Ojciec nienawidził Beatlesów, a nienawiści tej bardzo szybko dał upust, waląc w maszynę pięścią. Nikt nie potrafił dociec, jak prosto przerzucać między kolejnymi płytami; automat wypluwał z siebie bowiem utwory bez żadnego ładu i składu. Czasem oznaczało to cały dzień w akompaniamencie muzyki country, czasem z głośników płynęły dźwięki nowoorleańskiego jazzu… Co jakiś czas Malouelowi udawało się naprawić zaklęty mechanizm, ale nigdy na długo; zbuntowana maszyna odmawiała łatwego poddania się ludzkiej woli.<br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">Nie zmieści się nam wszystko na jednym stoliku</span></span> — rzucił przez ramię ojciec, spozierając na Lorraine jak gdyby kątem oka, zajęty gmeraniem przy szafie grającej. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">Trzeba dostawić jeszcze.</span></span><br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Ogolił się</span>, zdała sobie sprawę. Gdy się golił, wyglądał młodziej. Bardziej przypominał jej ojca, którego znała przed laty. Kochała go prostszym rodzajem miłości zanim zszedł w ostępy podziemnych korytarzy. Wrócił stamtąd, skąd nikt nie wraca, ale wrócił odmieniony. Być może nie miłość się zmieniła, tylko oni: Lorraine skinęła ojcu głową, niepomna na to, że nie mógł tego zobaczyć; wciąż walczył bowiem z pokrętłami, nie przestając mruczeć cicho pod nosem. Odwróciła się, żeby dokończyć rozpakowywanie kosza z jedzeniem. Wystarczyło machnięcie różdżką, żeby podsunąć dodatkowy stół… Szkoda tylko, że się chwiał. Podobnie jak i cała reszta stołów, jakie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Eurydyka</span> miała na stanie. Nawet pod ten najbardziej stabilny — ten, przy którym zwykł pisać ojciec — należało podkładać przypórki. Lorraine rozejrzała się po barze, w poszukiwaniu czegoś, co można byłoby podłożyć pod kulawą nogę od stołu, aby talerze z jadłem nie pospadały z chybotliwego blatu. Wzrok jej padł na leżący na jednej z ław stos obdartych książek ojca. Na grubą <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Biblię</span>, będącą tego stosu zwieńczeniem.<br />
<br />
<span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">Podparła świętą księgą chybotliwy stół, na którym zaczęła rozkładać przygotowane na Mabon potrawy. Kilka małych, pieczonych dyń, przepołowionych i wypełnionych aromatycznym farszem. Garneczek z parującym gulaszem z duszonych warzyw, dyni, ziemniaków, pietruszki i pasternaku, z dodatkiem żurawiny. Chrupiące paszteciki z grzybami zebranymi na Ścieżkach. Drożdżowe bułeczki z lokalnej piekarni. Domowej roboty sok z malin, otrzymany w darze od sąsiadki.</span><br />
<br />
Skończyła już przystrajać stół, ale z głośników wciąż jeszcze płynęły dźwięki przebojów Beatlesów.<br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Daj już spokój, tato</span> — odezwała się pojednawczo Lorraine. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Ta szafa grająca jest niemożliwa do opanowania.</span><br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">Nie będziemy jedli, słuchając tego jazgotu</span></span> — stwierdził ostro Armand. Na końcu języka miał kąśliwy komentarz o brzmiącym jak torsje akcencie klasy robotniczej Liverpoolu. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">Kazałem ostatnio wyrzucić wszystkie ich płyty. Nie rozumiem, jakim cudem to ustrojstwo—</span></span> <br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Malouel odkrył ostatnio dodatkowy podajnik w mechanizmie. Może jeszcze jakieś ukryły się w jej wnętrzu? Na szczęście, nie wydadzą już więcej… <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Och!</span></span> — zdziwiła się Lorraine, słysząc trzask zmienianej płyty. Z głośników popłynęły piskliwe dźwięki gitary o charakterystycznym, mocno zniekształconym brzmieniu. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Możesz zostawić Hendrixa.</span> <br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">Przecież go nie lubisz</span></span> — stwierdził ojciec, nie przestając majstrować przy maszynie. <br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nigdy nie powiedziałam, że go nie lubię.</span> — Lorraine wzruszyła lekko ramionami. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Po prostu nie rozumiem zachwytów nad podpalaniem gitary na scenie ku uciesze gawiedzi.</span><br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">To była nieodzowna część performansu. Ofiara artysty, składana na ołtarzu własnej wielkości. Płonie instrument, medium, przez które powołał do istnienia muzykę. Jego ręce tchnęły w niego życie. Jego ręce życie odebrały… Talent artysty pozostaje natomiast nienaruszonym. Niewielu zdaje sobie powagę z podniosłości aktu tworzenia. Ta płonąca gitara jest w swojej prostocie najdoskonalszą z metafor, nie pozostawi bowiem obojętnym nawet największego z dyletantów.</span></span> <br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Chopin nie potrzebował nigdy palić fortepianu, żeby udowodnić swą wielkość</span> — wymruczała przekornie Lorraine, tylko dlatego, że wiedziała, że sprawi tym ojcu przyjemność.<br />
<br />
Rzeczywiście, Armand nie ukrywał uśmiechu, która przebrzmiał w jego głosie, gdy zaczął nagle przekomarzać się z córką.<br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">Coś czuję, że lubiłabyś Chopina nawet gdyby oddał płomieniom swojego ostatniego Pleyela.</span></span> <br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Pleyela!</span> — zaprotestowała natychmiast Lorraine, udając święcie oburzoną. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Przecież Chopin wolałby spłonąć razem z nim!</span><br />
<br />
Zbyt długo zajęłoby tłumaczenie, dlaczego Pleyel stał się tematem żartów tych dwojga. Wystarczyło jednak kilka słów, aby ulotniło się gdzieś wiszące między nimi napięcie.<br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">Dlaczego mówisz, że Beatlesi nie wydadzą więcej płyt?</span></span> — zainteresował się Armand, wciąż majstrujący przy szafie grającej. <br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Wydaje mi się, że wszyscy zajęci są teraz robieniem kariery solowej. Przynajmniej Harrison wciąż jest na fali swojego nowego krążka, ale—</span><br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">Beatlesi się rozpadli?</span></span> <br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Niemal dwa lata temu?</span><br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">Nie wspominałaś o tym.</span></span><br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Myślałam, że wiesz.</span><br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">Skąd niby miałem wiedzieć?</span></span> — Armand wzruszył ramionami. <br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">W całej Anglii o tym huczało</span> — stwierdziła Lorraine. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nawet w magicznych gazetach o tym pisali.</span><br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">Gazety…</span></span> — Armand włożył w to słowo odpowiednią dozę pogardy, nie szanował bowiem prasy, podporządkowującej pisarski kunszt pod dokładność przekazu. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">Gazety nie są warte czytania, chyba, że nudzisz się w ustępie. Chociaż bawi, że mogłem podetrzeć sobie tyłek mordą Lennona, i nawet o tym nie wiedziałem.</span></span> <br />
<br />
Kąciki ust Lorraine zadrgały w rozbawieniu. <br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Za następne dwa lata odkryjesz, że mugole zamknęli się w metalowej puszce i polecieli na księżyc.</span><br />
<br />
Armand zmarszczył brwi.<br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">Mugole… <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Co zrobili?</span></span></span><br />
<br />
Cały czas trwał bowiem w przekonaniu, że lądowanie na Księżycu było tylko jedną z wielu teorii spiskowych Baldwina. <br />
<br />
Westchnienie Lorraine zagłuszyły pierwsze akordy utworu Led Zeppelin, który popłynął z głośników. <br />
<br />
Ojciec uwielbiał Led Zeppelin.<br />
<br />
<br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">xxx</span></div>
<br />
<br />
Gdy spojrzał na Biblię podłożoną pod stołową nogę uniósł tylko brwi.<br />
<br />
Lorraine zacisnęła poplamione atramentem dłonie na oparciu krzesła, utkwiwszy wzrok w ojcu. Przez chwilę w napięciu czekała, aż się odezwie.<br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nie lubię tej książki.</span> — Usprawiedliwiła się jak dziecko przyłapane na psocie, choć dobrze wiedziała, że sam używa jej w tym samym celu. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Widziała przecież ślady na okładce.</span> Nie chciała jednak ani chwili dłużej trwać w pełnej napięcia ciszy, którą naznaczona była od wiosny ich relacja. <br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">Oczywiście, że nie lubisz</span></span> — odrzekł chłodno Armand. Jego spojrzenie błądziło dłuższą chwilę po twarzy córki, ale teraz patrzył jej prosto w oczy. Oczy, będące lustrzanym odbiciem jego własnych. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">Każą w niej przecież słuchać się ojca.</span></span><br />
<br />
Odpowiedziała mu czymś pomiędzy śmiechem a szlochem. Zastygła w półkroku, niezdecydowana, czy podejść bliżej, czy zachować dystans. Było coś żałosnego w tym jak się miotała. W tym jak stała, wykręcając drżące palce. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Dlaczego</span>, pomyślał z irytacją, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">dlaczego wiecznie mi się sprzeciwiasz, dziecko?</span> Kiedyś bez zawahania zarzuciłaby mu przecież ręce na szyję. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Mógłby…</span> Nie, zdecydował natychmiast. Armand nie poruszył się. Po prostu patrzył obojętnie na Lorraine, choć obojętnym był tylko z pozoru. <br />
<br />
Jego palce również poplamione były atramentem. Armand nosił na sobie swoją własną poezję: skóra jego poznaczona była fragmentami utworów, które napisał. Skóra jego poznaczona była słowami, a każde poruszenie mięśni, które pokrywała, przypominało o zaklętej w nich magii. Magia mieszała się w jego krwiobiegu z poezją, pulsowała w piersi. Gdyby otworzył sobie żyły, niechybnie wypłynąłby z nich inkaust. Oto był boski <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">ichor</span>, przyczyna jego nieśmiertelności. Ogromną potęgę oddziaływania miały dzieła, którymi je wysycił, bo nie rozlewał swojej krwi marnotrawnie. Teraz jednak siedziała przed nim istota, która z niej powstała. Jego dziecko, jego dzieło. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Jego, jego, jego.</span> Jego córka była istotą pod pewnymi względami bardzo kruchą. Nie przez wzgląd na słabość ciała czy charakteru: kruchość była naturalną właściwością istot ukształtowanych tak misternie jak ona. Armand zawsze uważał, że Lorraine prędzej się skruszy, niż złamie. Zbyt skomplikowanymi wydawały się innym jej uczucia. Zbyt wiele sprzeczności próbowała zmieścić w sobie jego córeczka. Zawsze go tym rozczulała. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Wrażliwością.</span> Chciała być rozumiana, ale to wymagało czytania między wierszami. A ludzie nie lubili takich opowieści, zbyt łatwo szło bowiem zgubić wątek. Woleli proste przyśpiewki, powtarzalność motywów; woleli morały, które wpojone były w powszechną świadomość. Zadowolić gawiedź — jakże niewdzięcznym było zadanie, jakiego się podjęła! Bo przecież Lorraine wciąż próbowała trafić w cudze gusta, zamiast zdystansować się w swej wyższości. <br />
Jego dziewczynka zawsze zdawała się walczyć z tym, co przychodziło jej najbardziej naturalnie.  <br />
Gdyby zabronił jej odchodzić, wiedział, że usłuchałaby. Łatwo było zakazać, a jednak nie do takiego postępowania przywykł. Autorytaryzm nie zapewniał absolutnego podporządkowania. W naturze człowieka leżało buntować się przeciwko strukturom, jakie go ciemiężyły, tak przeciwko władzy boskiej, jak i władzy ojcowskiej. Wolna wola była najokrutniejszym z boskiego arsenału narzędzi tortur. Najbardziej niebezpiecznym darem, jaki mógł darować swemu dziecku ojciec. <br />
Jakże łatwym byłoby zmusić ją do posłuszeństwa nakazem. <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Jakże nudnym.</span><br />
Nauka działała najlepiej, gdy na własnej skórze odczuło się jej konsekwencje. Zamiast zakazywać, ostrzegał więc, że nic dobrego nie czeka jej, jeżeli zacznie angażować się zanadto w sprawy żywych. Ostrzegał ją, być może chcąc zwyczajnie oszczędzić jej rozczarowania. Oszczędzić bólu. A przynajmniej tak lubił myśleć. Lubił myśleć, że jest to przejaw łaskawości, nie zaś głębokiej zawiści o to, że kto inny mógłby zająć jego miejsce w centrum życia dziecka, które traktował jako przedłużenie siebie. Było w tym coś na kształt narcyzmu, owszem. Było w tym też wiele z niedorzeczności artysty, który chciał podpisać swoje dzieło, jak gdyby nie wystarczyło, że styl jego mówił sam za siebie, podobnie jak i kunszt wykonania: to ja cię stworzyłem, powtarzał, to ja cię wychowałem. Tak oto bóg stawał się artystą. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Tak oto stawał się ojcem.</span> A ojciec nie wychował swej córki na kogoś, kto miałby po prostu słuchać, lecz na kogoś, kto potrafi odczytywać świat tak jak on sam go odczytywał. <br />
Może dlatego tak bardzo chciał, żeby sama do niego przyszła.<br />
Bunt nie był defektem, lecz dowodem życia. Tak samo opór nie był porażką artysty, lecz formą nobilitacji jego artystycznej tożsamości — najwyższą z pochwał wobec jego kunsztu. Dzieci jego musiały zatem mówić własnym głosem, żyć własnym życiem, nieważne, jak bardzo go to frustrowało. Tak jak bogowie żywili się modlitwami swych wyznawców, tak Armand żywił się uznaniem. Tak w naturze bogów, jak i w naturze Armanda leżała zazdrość, bo potrzebowali przecież kogoś, kto w nich wierzył, kogoś, kto gotów był przywoływać ich imiona w akcie adoracji, wywyższając ponad innych. Zawsze uważał, że wiara była rzeczą przedziwną. Nie można było do niej przymusić, choć wielu próbowało: do wiary przyjść należało dobrowolnie.<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Lorraine przyszła.</span><br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Już jest dobrze</span> — stwierdziła w końcu, a może spytała, lekko przytłumionym głosem — głowę trzymała bowiem wciśniętą w ojcowską pierś. Pachniał jak zawsze, najtańszym tytoniem, którym wypychał papierosowe bibułki, ale wolała to niż wspomnienie czasów, gdy nieustannie waliło od niego wódą. Nie pił już jednak tyle co kiedyś. Widać to było po jego twarzy. Uspokoił się bardzo po śmierci Mirandy. Wciąż był starym pijakiem, widziała przecież niedopraną plamę po winie na rękawie koszuli. Wolała jednak myśleć, że była krew trupa, z którego zdarł odzienie. <br />
<br />
Armand po prostu czekał, głaszcząc ją po włosach. Nie mógł jej nie objąć, gdy wreszcie zbliżyła się, żeby się do niego przytulić. Z niewzruszonym spokojem trzymał córkę w ramionach, czekając, aż wygładzi urywany wzruszeniem oddech, aż odstąpi od niego, żeby zasiąść za stołem. Znał, jak postępować ze swymi dziećmi. Z synem było inaczej: Baldwina zawsze należało przyciągnąć. Baldwin był bardziej niepewny, bardziej głodny jego akceptacji; bardziej skłonny przyjąć bliskość, gdy ta wychodziła z inicjatywy Armanda. Potrzebował zaproszenia, którego nigdy nie potrzebowała Lorraine: jej rytuałem inicjacji było wychowanie, jakie dał jej Armand, wychowanie, pozwalające na przyjęcie ojcowskiej miłości za pewnik. Z jego córką było więc na odwrót. Należało otworzyć ramiona i czekać, aż przyjdzie sama. Przymuszona, wybuchłaby gniewem, stawiając opór. Odrzucona, zwyczajnie zamknęłaby się w sobie. <br />
<br />
Pocałował ją w głowę, gdy wreszcie się poruszyła. <br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">Jest dobrze</span></span> — powtórzył jak zaklęcie. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">A teraz siadaj, dziecko. Jedzenie całkiem nam zaraz wystygnie.</span></span><br />
<br />
Niewzruszony był jego ton, w którym kpina mieszała się z ulgą: Armand Malfoy uczuł bowiem ulgę. <br />
<br />
<br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">xxx</span></div>
<br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">Mięso</span></span> — oznajmił, a potem zrobił miejsce na stole dla butelki wina z czarnego bzu. Dla bochna chleba, którą przynieśli mu rano z piekarni, owiniętego w brudną serwetę. <br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Oczywiście</span>, pomyślała Lorraine. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Chleb i wino.</span> <br />
<br />
I stos martwych szczurów, które obdarł ze skóry i piekł nad ogniem, nabitych na rożen. <br />
<br />
Milczała dłuższą chwilę, przyglądając się, jak ojciec wykłada pieczyste na wyszczerbiony talerz. <br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Orfeusz zamienił się na instrumenta ze szczurołapem z Hameln?</span> — zapytała słabo, choć nie bez humoru, czającego się w drżących kącikach ust.<br />
<br />
W odpowiedzi zacytował jej chryplawie stary wiersz Browninga.<br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">Raz jeszcze w ulic ciżbę wszedł, do ust przyłożył fletnię…</span></span> — Głos Armanda cicho poniósł się po wnętrzu <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Eurydyki</span>. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">Z domu dzieci wybiegły. Chłopiąt i dziewcząt hufce, rozgwar szerząc, główka przy główce blond się kędzierząc.</span></span> — Zręcznie dzielił nożem mięso. Dziwna elegancja była w jego ruchach, w sposobie, w jaki kroił pieczeń. Nie trzymał noża w taki sam sposób, jak czynili to bandyci. Zdradzały go manieryzmy, z którymi nie musiał kryć się przy córce. Przy niej był przecież ojcem, nie bandziorem, który chwytał za rękojeść w groźbie niewymagającej słów. Jego głos ranił jednak głębiej niż stal. Wszystko to przypominało Lorraine o tym, że jej ojciec wybrał biedę z przekory.  Nie było przekory w Baldwinie, gdy odmawiał powrotu do domu. Wybrał, zawsze mówił, że wybrał Nokturn. Lorraine też tak sobie mówiła. Bo przecież nie uciekli, żadne z nich nie uciekło… <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">A jednak nie przeżyliby powrotu do domu.</span> Może dlatego przywołany przez ojca wiersz napełnił ją czymś na kształt smutku.<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">Oczkami lśniąc i śmiechem brzęcząc — jak roje pszczele…</span></span> — ciągnął dalej Armand, nie przerywając deklamacji nawet wtedy, gdy pod naciskiem jego dłoni zachrupały drobne kosteczki, składające się na szczurze szkieleciki — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">…za muzyką szły cudną, z muzykantem na czele.</span></span><br />
<br />
W tle wciąż grało Led Zeppelin.<br />
<br />
Lorraine wdzięcznie skinęła głową, po czym zaczęła powolutku skubać mięso, które trafiło na jej talerz. Było zaskakująco delikatne. Włókniste, ale miękkie, łatwo odchodziło od kości. Miało dziwny posmak, nieco ziemisty, ale nie przejmował jej obrzydzeniem. Zawahała się na chwilę zanim przełknęła tkwiący w gardle kęs. <br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nie jest takie znowu złe</span> — stwierdziła, podsuwając na chwilę talerz w stronę ojca, który kończył właśnie ściągać pieczone nad ogniem szczury z rusztu. <br />
<br />
Sięgnął, żeby spróbować. <br />
<br />
Wciąż smakowało lepiej niż wypieki Sabriny.<br />
<br />
<br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">xxx</span></div>
<br />
<br />
Gdy szafa grająca umilkła, Lorraine wstała od stołu, aby przygrać coś ojcu na rozstrojonym pianinie, stojącym w kącie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Eurydyki</span>. <br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">Napisałaś mi marsz pogrzebowy?</span></span><br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Podoba ci się?</span> — odpowiedziała pytaniem na pytanie.<br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">Jest smutny</span></span> — stwierdził Armand, oparłszy się swym ciężarem o nastawę pianina. W zamyśleniu bawił się rodowym sygnetem, poruszając w powietrzu palcami, jak gdyby przesuwał nimi po strunach niewidzialnej liry: manieryzm, który dzielił z córką, oczekującą na werdykt. —  <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">Ja nie jestem smutny.</span></span><br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Nie jesteś?</span>, chciała zapytać. <br />
<br />
Zamiast tego wygrała na nowo zakończenie w nieco cieplejszej, durowej tonacji, pozostawiając ostatni akord otwartym, jak gdyby wznosiła głos w pytaniu.<br />
<br />
Armand w odpowiedzi zasiadł obok, podwinąwszy rękawy poszarzałej koszuli, która musiała być niegdyś biała. <br />
Powtórzył ostatni z wybrzmiałych dźwięków. <br />
Wiedział, że sprawi tym córce przyjemność. Lorraine niczego tak nie kochała jak grania na cztery ręce. Zawsze lubiła popisywać się przed nim, gdy grała, czy to zaskakując nowymi pomysłami na improwizację, czy porównując progresję akordów w piosenkach, które obojgu przypadły do gustu. Sam nigdy nie był przesadnie uzdolniony muzycznie, ale dzięki edukacji, jaką odebrał w młodości, potrafił zagrać kilka prostych utworów.<br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Byłam smutna, gdy go pisałam.</span> — Lorraine przebiegła palcami po klawiszach, przywołując motyw muzyczny z <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Eleanor Rigby</span> Beatlesów, czym zarobiła od ojca pełne niedowierzania spojrzenie spode łba. Uśmiechnęła się lekko pod nosem, zanim zaintonowała co innego. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">To było wtedy, gdy wysłałeś mi prezent.</span> — Martwą synogarlicę z oliwną gałązką wciśniętą do gardła. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Byłam smutna, bo przypomniałeś mi tym prezentem o tym, jak bawiłeś się ze mną w dzieciństwie.</span><br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">Prezent. Przestroga.</span></span> — Armand patrzył jak palce córki przebiegają po klawiaturze. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">Pamiątka.</span></span><br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">A pamiętasz, jak kazałeś mi samej wymyślać zakończenia bajek, które opowiadałeś mi na dobranoc? "Dokończ za mnie, Lorraine", mówiłeś. Było to całkiem sprytnym, bo zawsze zasypiałam, zanim dotrwałam do końca… Ale na pewno pamiętasz piosenki, które pisałeś dla mnie, żebym mogła skomponować muzykę do słów. Piosenki o driadach błąkających się po lesie. O wilach w górskich potokach, o wróżkach wijących gniazda w koronach drzew. O nimfach, o strzygach. "Teraz twoja kolej" mówiłeś. Dopełniłam więc twojego dzieła, tato. Dokończyłam, co zacząłeś. Wypchałam ptaka.</span><br />
<br />
Armand uśmiechnął się.<br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">A myślałem, że napisałaś piosenkę</span></span> — droczył się z córką. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">To ma być prezent czy przestroga? A może przytyk dla starego ojca, że nie kupił ci żadnego prezentu na święta?</span></span><br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">O to nie musisz się już martwić</span> — odpowiedziała z przewrotnym uśmiechem, wyciągnąwszy rękę, aby zamknąć rozłożoną na podstawce partyturę.<br />
Pod partyturą znajdowała się bowiem książka, stara, acz w doskonałym stanie: kopia <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Hamleta</span> należąca niegdyś do jej ojca. Dawno temu ukryła ją w bibliotece <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Malfoy Manor</span>, nie chcąc, aby zniszczała, podczas gdy sama tułała się po Nokturnie, pomieszkując w zatęchłych pokojach na wynajem, gdzie pełno było grzyba i wilgoci. Dzisiaj odebrała jednak spadek po ojcu. Choć pozostawiła w rodowej bibliotece całą resztę dzieł Szekspira, należących do kolekcji Armanda, wzięła dla siebie cieniutką książeczkę z ulubionym dramatem. Oczywiście, gościła na rodzinnych obchodach Mabon, organizowanych w <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Malfoy Manor</span>, wymówiła się jednak naprędce z wspólnej wieczerzy, tłumacząc swoją niedyspozycję stanem zdrowia. Czasu wystarczyło akurat, żeby odwiedzić po kryjomu rodową bibliotekę.<br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">A więc byłaś <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">tam</span> zanim przyszłaś <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">tutaj</span></span></span> — zauważył zdawkowym tonem ojciec.<br />
<br />
Nagle wszystko w niej zamarło.<br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Byłam tam tylko chwilę.</span> <br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">Warto było?</span></span><br />
<br />
Powróciło wspomnienie wiosennej kłótni. <br />
W gruncie rzeczy zawsze kłócili się o to samo. Ostatnim razem pokłócili się o to jedno słowo, które teraz przywołał. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Wartość.</span><br />
Lorraine często zastanawiała się, jak długo uda jej się utrzymać życie, jakie wiodła. Niezależność miała swoją cenę, wbrew temu, co uważał Armand. Zależało jej na protekcji rodziny, ale coraz trudniej było wyjaśnić, dlaczego żyje w taki, a nie inny sposób. Przyszła więc podzielić się z nim swoimi wątpliwościami. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Przecież był jej ojcem.</span> Przecież powinien zrozumieć. Tak jak on kiedyś, miała teraz na wychowaniu małą dziewczynkę. Nie chciała, żeby Frida patrzyła jak gorzknieje, żeby czuła, jak jej ręce zaczynają twardnieć. Czy było coś złego w przyznaniu, że urodziła się do bycia czyjąś żoną? Nie miała żadnych realnych umiejętności. Jeszcze chwila, i nie będzie miała już żadnych perspektyw. Być może powinna poprosić rodzinę o pomoc. Było to mniej bolesne niż patrzenie jak brat pogrąża się w swych obsesjach, tak jak jej ojciec. Jak sama staje się swoją matką dla dziecka, które przecież z całego serca kochała — jak staje się Mirandą. Z pewnością znalazłaby sposób, żeby być obok, bliżej nawet: życie kobiety nie było klatką, zwłaszcza, gdy umiało się zręcznie balansować pomiędzy obowiązkiem a pragnieniem. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Mogłaby wtedy mieć wszystko</span>, przekonywała się, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">oni mogliby mieć wszystko</span>.<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Nie tak cię wychowałem</span>, usłyszała wówczas od ojca.<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Nie wychowałeś mnie, żebym była nikim</span>, rozpłakała się. Wierzyła, że łzy ukoją ojcowską zapalczywość. Rzadko był wobec niej okrutnym, a jednak okrutnymi były jego słowa.<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Lepiej być nikim tutaj, niż kimś tam</span>, warknął ostro. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Lepiej być sobie tylko panem żyjącym w nędzy, niż służyć pośród cudzych zbytków.</span><br />
Nie dał nabrać się na łzy.<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Gdybyś zostawił mi posag, wtedy byłabym panią. Wtedy miałabym jakąś wartość w świecie, w którym zostawiłeś mnie samą.</span><br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Wartość! Jakąż przedstawiasz dla nich wartość!</span> Armand walnął pięścią w stół. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Pozwalasz, żeby wyceniali cię jak mięso. Moja córka rżnięta na kawałki, które można sprzedać. Najpierw chciałaś oddać rękę! Rękę można oddać, ale duszę? A oddawaj duszę! Niech rozkroją ją, niech wypatroszą, podzielą na sztuki…</span> Nie słuchała go. Pozwoliła mu wznosić się pośród spływających posoką metafor. A więc po to obrócił wniwecz rodzinny majątek: po to, aby ocalić jej duszę! Oto był jej pan i zbawiciel z kolejną pierdoloną przypowieścią, która miała oszukać żołądek.<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Jakie mięso</span>, ryknęła przez łzy. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Jakie mięso? Kiedy ty ostatnio jadłeś mięso?</span> Nawet na to nie miał pieniędzy, pomyślała, zrywając się na nogi. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Nie ma pieniędzy! Nie ma mięsa! W gardle staje mi to mięso. W gardle stają mi kości! Nie ma mięsa, tylko kości!</span> Stała przed nim, drżący stosik kości powleczonych skórą. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Nie jem, tato, nie rozumiesz? Ja nie jem, oni jedzą ze mnie!</span><br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Nie głodują</span>, grzmiał Armand. Zgrzytnął zębami, bo cóż innego mógł zrobić. Gdyby córką potrząsnął, pogruchotałby jej kości.<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">A ty rzuciłeś mnie im na pożarcie</span>, szlochała. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Ty to zrobiłeś! Ty!</span><br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Nie głodują, bo ich karmisz. Gorzką bądź, niechaj spluną! A jeżeli chcesz być słodką, niech będzie to chociaż słodycz zepsucia.</span><br />
Ale ona już była w histerii.<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Ty mi to zrobiłeś</span>, mamrotała. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Ty mnie zepsułeś.</span> Chciała, żeby policzył jej żebra. Chciała żeby nie odwracał wzroku od jej wychudłej twarzy. Chciała, żeby poczuł obrzydzenie na jej widok. Niszczyła siebie, a on na to pozwalał. Co za różnica, na jaki sposób to robiła? Czym poniżenie w domowym zaciszu różniło się od tego, które musiała znosić publicznie? <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Chcesz, żebym zgniła tu razem z tobą</span>, mamrotała, snując się nieprzytomnie po pokoju. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Mogłam mieć życie. To jest według ciebie życie? Ty nie żyjesz. Ty nie żyjesz! Czy i ja powinnam umrzeć?</span> Prawdopodobnie byłoby w tym więcej godności niż w byciu jebaną żebraczą księżniczką Nokturnu.<br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">Zjadłaś coś chociaż?</span></span> — dopytywał miękko Armand. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">Czy wypuścili cię głodną?</span></span><br />
<br />
Usta Lorraine zadrżały. <br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Przestań. Przestań, tato.</span><br />
<br />
Nigdy nie wypominał jej tego, że się głodziła. Teraz jednak pokręcił powoli głową, niewzruszony podniesionym protestem. <br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">Ja tylko próbuję zrozumieć</span></span> — ciągnął bezlitośnie. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">Jak to jest, że wiecznie szukasz uznania tych, którymi pogardzasz. Wiem, że pogardzasz, bo inaczej nie byłabyś moją córką. Odwiedziłaś dzisiaj mój grób, córeczko, wtedy gdy byłaś w <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Malfoy Manor</span>? Zostawiłaś mi przywiędłą wiązankę? Wiem, że tak. Obawiam się, że w oczach reszty Malfoyów wystawiasz się na kpiny tym, że wciąż się do mnie przyznajesz. Tak jak wystawiasz się na kpinę w moich oczach tym, że wciąż chcesz przynależeć do świata, jaki reprezentują. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Jak wiele razy ktoś obiecał ci świat na własność, Lorraine?</span> Jak wiele razy dotrzymał słowa?</span></span> — Zaśmiał się lekko, radośnie niemal, nie było w nim jednak wesołości. Armand Malfoy najbardziej przerażającym bywał wtedy, gdy się śmiał. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">Wychowałem cię w pogardzie do świata, na bogów! Wychowałem cię, żebyś była wolna, a nie gięła kark za obietnicę przynależności. Ojcowskie nauki traktujesz ze wzgardą, ale u ojca szukasz pocieszenia, gdy spotyka cię odrzucenie ze strony tamtych. A jednak wystarczy, aby na powrót wyciągnęli rękę w twoją stronę. Wystarczy, żeby rzucili ochłap uczucia, a ty jesteś już gotowa wrócić</span></span> — warknął. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">Co tym razem było ochłapem?</span></span> <br />
Nie odpowiedziała. <br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">Myślisz, że wciąż mi zależy? Myślisz, że to wszystko wciąż jeszcze coś dla mnie znaczy? Ta książka. Ten dom. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Ta rodzina.</span></span></span><br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Ty</span>, usłyszała Lorraine. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Ty.</span><br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">W tym jednym masz słuszność, córeczko. Nie wychowałem cię, żebyś była nikim.</span></span> — Ojciec wyciągnął rękę po stojący na nastawie pianina puchar z winem, aby przepłukać usta, jak gdyby nie mógł znieść smaku tego słowa na języku. Otarł ręką usta, a potem nachylił się bliżej. Jakże obojętnie brzmiał jego głos. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Jakże odlegle.</span> — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">A jednak nie wychowałem cię, żebyś była kurwą. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">A tym właśnie jesteś</span></span></span> — wycedził powoli, ujmując delikatnie jej brodę, tak, aby nie mogła odwrócić głowy, choć wiedział, że nie będzie z nim walczyć. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">Kurwą.</span></span><br />
Czule pogłaskał Lorraine po policzku, nie pozwalając, aby twarz przysłoniły jej włosy. Było coś nieskończenie pieszczotliwego w jego geście.<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">Łamiesz mi tym serce, córeczko</span></span> — wyszeptał. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">Naprawdę łamiesz mi serce.</span></span><br />
<br />
A potem wstał, aby napełnić winem kielich opróżniony jednym haustem. <br />
<br />
Lorraine podniosła się niemal w tym samym momencie, zatrzymała się jednak w pół kroku, jak zaklęta, gdy ojciec odwrócił się do niej plecami. <br />
<br />
Głos jej był łagodnym, gdy wreszcie zdecydowała się odezwać.<br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Gdybym była kurwą</span> — szepnęła, uśmiechnąwszy się smutno do ojca, choć nie mógł jej uśmiechu zobaczyć — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">mieszkalibyśmy w pałacu ze złota.</span> — Wiedziała, że ją słyszy. Widziała to po jego postawie, w tym, jak nie próbował ukryć napięcia w twarzy, w nagłej zamaszystości gestów. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Jedlibyśmy ze srebrnych talerzy, pili z pucharów wysadzanych szlachetnymi kamieniami…</span> — Armand zrzucił puchar z winem ze stołu gwałtownym machnięciem ręki. Butelka poleciała tuż za nim. Odgłos tłukącego się szkła wypełnił przestrzeń. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Odgłos ojcowskiego gniewu.</span> Lorraine wstrzymała oddech, gdy się odwrócił. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">…A ty <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">nienawidziłbyś</span> każdej chwili</span> — dokończyła łamiącym się głosem. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Chciałbyś tak żyć, tato?</span><br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">A ty, Lorraine?</span></span> — Armand wpatrywał się w nią w napięciu. Nie mógł zadać okrutniejszego pytania. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #8a8886;" class="mycode_color">Chciałabyś?</span></span><br />
<br />
Jak być dzieckiem człowieka, który nauczył cię, że wolność jest ważniejsza niż bezpieczeństwo, ale nigdy nie umiał zapewnić ci żadnego z nich? Przez chwilę Lorraine po prostu patrzyła, jak wino rozlewa się po podłodze.<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">"Chciałabyś, Lorraine?"</span><br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nie</span> — odpowiedziała w końcu. Z trudem dobyła z siebie głos, bliska była bowiem płaczu. Usta drżały jej, jak wtedy, gdy była jeszcze dzieckiem. A jednak odważyła się mówić, nawet jeżeli jąkała się niemal, próbując zdusić w sobie żałosne spazmy. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nie, nie chciałabym. Nie chcę.</span> — Głos jej był wysadzany łzami, gdy wyciągnęła rękę w stronę ojca, zmuszając go niemal, żeby na powrót usiadł obok niej, żeby podążył w stronę starej, zapadłej kanapy w kącie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Eurydyki</span>. Zmuszając, żeby zacisnął palce na starej książce, zamiast rzucić ją na ziemię. Sama gotowa byłaby paść na ziemię, prosić na kolanach, byleby nie był na nią znowu zły. Nie chciała, żeby się złościł. Nie chciała go znowu rozczarować — <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">proszę, nie bądź na mnie zły</span>, miała ochotę się rozpłakać, rozczarowując go jeszcze bardziej, bo co innego jej już pozostało, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">nie zniosę tego dłużej</span> — Lorraine chciała tylko, żeby… — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nie zrozumiałeś</span> — wyszeptała. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Książka nie jest dla ciebie.</span> — Wstyd. Gniew. Oskarżenie. Desperacja. Smutek. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Błaganie.</span> — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Książka jest prezentem dla mnie. Ja chcę tylko, żebyś mi czytał…</span> <span style="font-style: italic;" class="mycode_i"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Czytaj</span></span> — poprosiła, a może zażądała. Nie było dla niej różnicy. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Czytaj mi.</span> — powtórzyła. Podwinęła nogi, zwijając się w kłębek tuż obok. Oparła głowę o ojcowskie ramię, podsunąwszy się bliżej, tak jak robiła w dzieciństwie. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Chcę tylko, żebyś mi czytał.</span><br />
<br />
Objęła go.<br />
<br />
Armand tymczasem w milczeniu przewertował książkę. Oto była jego osobista kopia <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Hamleta</span>. Na okładce wciąż widniały jego inicjały. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Własność A. Malfoya</span>, wykaligrafowano niegdyś powyżej strony tytułowej. Ostrożnie, z nabożną wręcz czcią, tak jak winno się obchodzić z dziełem tego formatu. Nawet obwoluta zachowała się w stanie niemalże nienaruszonym. Dlaczego więc miał wrażenie, że coś jest nie tak? Lorraine wyrwała ostatnią stronę, zdał sobie sprawę, gdy palce napotkały pustkę. Wyrwała ją, aby opowieść nigdy się nie kończyła. Ostatnim, co wybrzmiewało po hamletowym "reszta jest milczeniem", był urywany oddech konającego. Trwożne "o, o, o!", dopisane ręką Armanda, który nigdy nie rozumiał, dlaczego współcześni wydawcy omijali ten fragment, obecny przecież w oryginalnym folio. Żadne słowa nie były w stanie lepiej oddać grozy, jaka towarzyszyła umierającemu. Grozy niemożliwej do wyartykułowania inaczej niż jękiem.<br />
<br />
Być może istniały na tym świecie rzeczy, których nawet poeci nie potrafili ubrać w słowa.<br />
<br />
Armand bez słowa otoczył córkę ramieniem. A potem zaczął czytać. <br />
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">Koniec sesji</div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[24/25.10.1972] Błogosławieni niech będą naiwni, osamotnieni w swojej naiwności]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6075</link>
			<pubDate>Sat, 30 May 2026 17:15:11 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=316">Lorraine Malfoy</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6075</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">Podziemne Ścieżki, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Eurydyka</span><br />
<span style="font-size: 9pt;" class="mycode_size"><a href="https://youtu.be/BgQg3J7xU1k?is=2lRQ2owXuu6o0Afy" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">The Doors – Roadhouse Blues</a></span></div>
<br />
Ostatnio częściej schodziła pod ziemię sama. <br />
<br />
Nie bała się. Czego miałaby się bać? Nie było tutaj nikogo, kto mógłby jej zagrozić. Nie zapuszczała się głębiej, więc nie obawiała się zagubienia w plątaninie korytarzy. Znajomymi były ścieżki, którymi kroczyła, a kroki swe skierowała tam, gdzie wiedziała, że znajdzie Baldwina. Tam najczęściej zaszywał się, gdy nie wracał na noc do domu. W swojej świątyni. Tej podupadłej, pomazanej neonową farbą, tchnącej zapachem opium i taniej wódki. Baldwin znajdował się w jej centrum. Oto był kapłan, noszący w sobie pamięć o religii praojców. Ostatni z wyznawców, pijanych mroczną, pierwotną boskością, której dotykał gołymi rękami. W otchłaniach Podziemnych Ścieżek wciąż żyli starzy bogowie. Jakie grzechy topił dzisiaj na dnie butelki ich kapłan? Przeciw którym z bogów współczesności bluzgał? Utkwiła wzrok w zgarbionych plecach brata, nie mogąc pozbyć się wrażenia, że wśród ruin wyglądał najpiękniej. Nie przywitała się, ale też nie musiała. Nie mieli przecież w zwyczaju żegnać się ze sobą. <br />
<br />
W kieszeni sukni wciąż miała <a href="https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=2000&amp;pid=90854#pid90854" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">list od niego</a>. Kopertę, którą zastała na swym biurku, rozpieczętowaną niecierpliwie, drżącymi rękoma. Nieomal rozerwała papier. Przebiegła wzrokiem wzdłuż linijek skreślonym rozchwianym pismem Baldwina… A potem przycisnęła kartki listu do piersi, czując, jak w jej ciele rozchodzi się ulga. Jak rumieniec rozchodzi się na całą jej twarz. Lorraine pokręciła głową z niedowierzaniem.<br />
Nie zamierzała udawać się na żadną Polanę Ognisk. Najbardziej w świecie bała się jednak tego, że Baldwin mógłby nagle powziąć takie postanowienie. Lęk był równie bezbrzeżny, co irracjonalny, a jednak był. Wiara była w niej tak silną, bo wielkiej siły wymagało pokonanie wątpliwości, jakie ów lęk rodził. Zdusiła w sobie wątpliwości. Nie poruszyła tego tematu z Baldwinem. Nie uniosła się gniewem, nie zakazywała, ani nie błagała, aby został, choć byłaby przecież na to wszystko gotowa. Oto przyszła jednak próba jej wiary. Jakże łatwym byłoby wymusić na nim posłuszeństwo. Postawić przed nim ultimatum. A jednak wierzyła, że Baldwin wybierze dobrze. <br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Wybrał.</span><br />
<br />
Lorraine dawno nie gościła na Polanie Ognisk. Dopustem bożym zachorowała na tegoroczne Beltane, obchody święta wypadały bowiem na krótko po tym, jak pokłóciła się z ojcem. Nie jadła wówczas kilka dni. Nie był to jednak żaden post pokutny, a jej własna fanaberia. Jak mogła jeść, gdy gardło miała wciąż ściśnięte własnym uporem? Zgryzota zdawała się wyżerać ją od środka w obliczu konfliktu z ojcem, któremu nigdy wcześniej się nie postawiła. W święto ledwie dała radę zwlec się z łóżka. Włosy wciąż miała wilgotne, gdy wreszcie zeszła na dół, mamrocząc pod nosem litanie. Wieści o tragedii doszły wraz z pocztą. Wtedy, gdy siedziała z Baldwinem przy kuchennym stole, patrząc jak Frida maluje kredkami. Sowy z listami od informatorów nadlatywały sukcesywnie. <br />
<br />
Potem udali się do sąsiadów, aby wysłuchać w radiu pierwszych, szczątkowych relacji z miejsca zamachu. <br />
<br />
To był pierwszy raz, kiedy znaleźli się tak blisko otwartego konfliktu. Tak blisko wojny. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Wojna.</span> Jakże strasznym było to słowo. Wojna, wojna, wojna, powtarzał wciąż w liście Baldwin, a Lorraine mimowolnie podążyła myślami w stronę wspomnień o Beltane. Wtedy wojna nie zdołała ich dotknąć, trwać mogli więc przy przeświadczeniu o swej nietykalności. Doświadczenie Spalonej Nocy odarło oboje ze złudzeń, jeżeli wciąż jakieś jeszcze mieli. Złudzenia nie żyły przecież na Nokturnie zbyt długo. Zdychały na ulicy, wycieńczone żebraniem o strawę, wycieńczone głodem. Gdy samemu nie miało się co włożyć do garnka, jak można było jeszcze karmić złudzenia? Złudzenia miały zapach popiołu wygarnianego z dna krematoryjnego pieca. Popiołu, którym w Spaloną Noc krztusili się mieszkańcy Londynu i okolic. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Czy nie wystarczyło wam</span>, zastanawiała się Lorraine, obracając w dłoniach karteczkę, którą podrzucono jej w trakcie ostatniej mszy, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">czy nie wycierpieliście wystarczająco?</span> Ktoś wrzucił zarzewie wojny prosto do kieszeni jej płaszcza. Przez chwilę zastanawiała się, czy nie polizać papierka. Czy nie położyć go sobie na języku, poczekać, aż się rozpuści. Czy by smakował? Juchą, która znowu przelana zostanie na polanie? Rozkładającym się mięsem, ciałem zwierzęcia, które zerwało się, ruszone desperacją? <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Nie</span>, zdecydowała Lorraine, zgniatając karteczkę w dłoni, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">smakowałby tak po prostu popiołem.</span><br />
<br />
W <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Eurydyce</span> nigdy nie było cicho. Stojąca w rogu szafa grająca wypluła właśnie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Roadhouse Blues</span> Doorsów. Psychodeliczny dźwięk klawiszy mieszał się z rozdzierającym duszę, przepitym wokalem Jima Morrisona. Sabrina pokazała jej jego twarz na mugolskich plakatach. Było coś marzycielskiego w tej piosence. Urocza przewrotność marzeń importowanych zza wielkiej wody, wyśpiewywanych zdartym barytonem. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">The future's uncertain, and the end is always near</span>, śpiewali Doorsi, a Lorraine miała ochotę im zawtórować. Nie zamierzała udawać się na żadną Polanę Ognisk. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Nie zamierzała brać udziału w żadnej wojnie.</span> Miałaby zostawić w domu dziecko, położyć własne życie na szali? Opuścić Baldwina? Maeve? Scarlett? Po cóż miałaby bić się o dostęp do poświęconych gruntów, kiedy na Ścieżkach stąpać mogła po kościach umarłych świętych. Po cóż miałaby udawać się na krucjatę, aby odbić dom bogini, skoro zaprosić mogła ją do wnętrza własnego domostwa? <br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Napisali, że odzyskamy, co nasze, ale co jest nasze</span>, pisał w swym religijnym uniesieniu Baldwin, kaznodzieja, wygłaszający swe kazanie. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Co jest nasze?</span>, pytał, zapamiętały w swym szale. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Nic nie jest!</span><br />
<br />
A jednak istniało coś, co było, pomyślała z rozczuleniem Lorraine, wyciągając rękę, aby przeczesać włosy brata, siedzącego przy jednym ze stołów. Podeszła do niego od tyłu. Nie wątpiła, że usłyszał jej kroki, gdy zbliżyła się wystarczająco, a jednak nie odwrócił się. Nie pozwoliła mu na to. Pochyliła się nad Baldwinem. Wsparła rękoma o rozklekotane krzesło, po to tylko, żeby zaraz zapleść się wokół jego szyi w delikatnym uścisku. Złożyć głowę na jego ramieniu.<br />
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nie idź. Zostań. Przyjdź.</span> – Obracała jego słowa na języku jak poezję. Wyliczała je po kolei, jak gdyby wyliczała wezwania litanii. Prośby, a może rozkazy. Nie widzieli chyba różnicy między jednym a drugim. – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">To które w końcu?</span> – wyszeptała, wtuliwszy się w niego policzkiem. – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">W jakiej kolejności?</span> <br />
<br />
Całej reszty listu brata nie wydawała się kwestionować.<br />
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">Koniec sesji</div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">Podziemne Ścieżki, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Eurydyka</span><br />
<span style="font-size: 9pt;" class="mycode_size"><a href="https://youtu.be/BgQg3J7xU1k?is=2lRQ2owXuu6o0Afy" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">The Doors – Roadhouse Blues</a></span></div>
<br />
Ostatnio częściej schodziła pod ziemię sama. <br />
<br />
Nie bała się. Czego miałaby się bać? Nie było tutaj nikogo, kto mógłby jej zagrozić. Nie zapuszczała się głębiej, więc nie obawiała się zagubienia w plątaninie korytarzy. Znajomymi były ścieżki, którymi kroczyła, a kroki swe skierowała tam, gdzie wiedziała, że znajdzie Baldwina. Tam najczęściej zaszywał się, gdy nie wracał na noc do domu. W swojej świątyni. Tej podupadłej, pomazanej neonową farbą, tchnącej zapachem opium i taniej wódki. Baldwin znajdował się w jej centrum. Oto był kapłan, noszący w sobie pamięć o religii praojców. Ostatni z wyznawców, pijanych mroczną, pierwotną boskością, której dotykał gołymi rękami. W otchłaniach Podziemnych Ścieżek wciąż żyli starzy bogowie. Jakie grzechy topił dzisiaj na dnie butelki ich kapłan? Przeciw którym z bogów współczesności bluzgał? Utkwiła wzrok w zgarbionych plecach brata, nie mogąc pozbyć się wrażenia, że wśród ruin wyglądał najpiękniej. Nie przywitała się, ale też nie musiała. Nie mieli przecież w zwyczaju żegnać się ze sobą. <br />
<br />
W kieszeni sukni wciąż miała <a href="https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=2000&amp;pid=90854#pid90854" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">list od niego</a>. Kopertę, którą zastała na swym biurku, rozpieczętowaną niecierpliwie, drżącymi rękoma. Nieomal rozerwała papier. Przebiegła wzrokiem wzdłuż linijek skreślonym rozchwianym pismem Baldwina… A potem przycisnęła kartki listu do piersi, czując, jak w jej ciele rozchodzi się ulga. Jak rumieniec rozchodzi się na całą jej twarz. Lorraine pokręciła głową z niedowierzaniem.<br />
Nie zamierzała udawać się na żadną Polanę Ognisk. Najbardziej w świecie bała się jednak tego, że Baldwin mógłby nagle powziąć takie postanowienie. Lęk był równie bezbrzeżny, co irracjonalny, a jednak był. Wiara była w niej tak silną, bo wielkiej siły wymagało pokonanie wątpliwości, jakie ów lęk rodził. Zdusiła w sobie wątpliwości. Nie poruszyła tego tematu z Baldwinem. Nie uniosła się gniewem, nie zakazywała, ani nie błagała, aby został, choć byłaby przecież na to wszystko gotowa. Oto przyszła jednak próba jej wiary. Jakże łatwym byłoby wymusić na nim posłuszeństwo. Postawić przed nim ultimatum. A jednak wierzyła, że Baldwin wybierze dobrze. <br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Wybrał.</span><br />
<br />
Lorraine dawno nie gościła na Polanie Ognisk. Dopustem bożym zachorowała na tegoroczne Beltane, obchody święta wypadały bowiem na krótko po tym, jak pokłóciła się z ojcem. Nie jadła wówczas kilka dni. Nie był to jednak żaden post pokutny, a jej własna fanaberia. Jak mogła jeść, gdy gardło miała wciąż ściśnięte własnym uporem? Zgryzota zdawała się wyżerać ją od środka w obliczu konfliktu z ojcem, któremu nigdy wcześniej się nie postawiła. W święto ledwie dała radę zwlec się z łóżka. Włosy wciąż miała wilgotne, gdy wreszcie zeszła na dół, mamrocząc pod nosem litanie. Wieści o tragedii doszły wraz z pocztą. Wtedy, gdy siedziała z Baldwinem przy kuchennym stole, patrząc jak Frida maluje kredkami. Sowy z listami od informatorów nadlatywały sukcesywnie. <br />
<br />
Potem udali się do sąsiadów, aby wysłuchać w radiu pierwszych, szczątkowych relacji z miejsca zamachu. <br />
<br />
To był pierwszy raz, kiedy znaleźli się tak blisko otwartego konfliktu. Tak blisko wojny. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Wojna.</span> Jakże strasznym było to słowo. Wojna, wojna, wojna, powtarzał wciąż w liście Baldwin, a Lorraine mimowolnie podążyła myślami w stronę wspomnień o Beltane. Wtedy wojna nie zdołała ich dotknąć, trwać mogli więc przy przeświadczeniu o swej nietykalności. Doświadczenie Spalonej Nocy odarło oboje ze złudzeń, jeżeli wciąż jakieś jeszcze mieli. Złudzenia nie żyły przecież na Nokturnie zbyt długo. Zdychały na ulicy, wycieńczone żebraniem o strawę, wycieńczone głodem. Gdy samemu nie miało się co włożyć do garnka, jak można było jeszcze karmić złudzenia? Złudzenia miały zapach popiołu wygarnianego z dna krematoryjnego pieca. Popiołu, którym w Spaloną Noc krztusili się mieszkańcy Londynu i okolic. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Czy nie wystarczyło wam</span>, zastanawiała się Lorraine, obracając w dłoniach karteczkę, którą podrzucono jej w trakcie ostatniej mszy, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">czy nie wycierpieliście wystarczająco?</span> Ktoś wrzucił zarzewie wojny prosto do kieszeni jej płaszcza. Przez chwilę zastanawiała się, czy nie polizać papierka. Czy nie położyć go sobie na języku, poczekać, aż się rozpuści. Czy by smakował? Juchą, która znowu przelana zostanie na polanie? Rozkładającym się mięsem, ciałem zwierzęcia, które zerwało się, ruszone desperacją? <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Nie</span>, zdecydowała Lorraine, zgniatając karteczkę w dłoni, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">smakowałby tak po prostu popiołem.</span><br />
<br />
W <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Eurydyce</span> nigdy nie było cicho. Stojąca w rogu szafa grająca wypluła właśnie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Roadhouse Blues</span> Doorsów. Psychodeliczny dźwięk klawiszy mieszał się z rozdzierającym duszę, przepitym wokalem Jima Morrisona. Sabrina pokazała jej jego twarz na mugolskich plakatach. Było coś marzycielskiego w tej piosence. Urocza przewrotność marzeń importowanych zza wielkiej wody, wyśpiewywanych zdartym barytonem. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">The future's uncertain, and the end is always near</span>, śpiewali Doorsi, a Lorraine miała ochotę im zawtórować. Nie zamierzała udawać się na żadną Polanę Ognisk. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Nie zamierzała brać udziału w żadnej wojnie.</span> Miałaby zostawić w domu dziecko, położyć własne życie na szali? Opuścić Baldwina? Maeve? Scarlett? Po cóż miałaby bić się o dostęp do poświęconych gruntów, kiedy na Ścieżkach stąpać mogła po kościach umarłych świętych. Po cóż miałaby udawać się na krucjatę, aby odbić dom bogini, skoro zaprosić mogła ją do wnętrza własnego domostwa? <br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Napisali, że odzyskamy, co nasze, ale co jest nasze</span>, pisał w swym religijnym uniesieniu Baldwin, kaznodzieja, wygłaszający swe kazanie. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Co jest nasze?</span>, pytał, zapamiętały w swym szale. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Nic nie jest!</span><br />
<br />
A jednak istniało coś, co było, pomyślała z rozczuleniem Lorraine, wyciągając rękę, aby przeczesać włosy brata, siedzącego przy jednym ze stołów. Podeszła do niego od tyłu. Nie wątpiła, że usłyszał jej kroki, gdy zbliżyła się wystarczająco, a jednak nie odwrócił się. Nie pozwoliła mu na to. Pochyliła się nad Baldwinem. Wsparła rękoma o rozklekotane krzesło, po to tylko, żeby zaraz zapleść się wokół jego szyi w delikatnym uścisku. Złożyć głowę na jego ramieniu.<br />
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nie idź. Zostań. Przyjdź.</span> – Obracała jego słowa na języku jak poezję. Wyliczała je po kolei, jak gdyby wyliczała wezwania litanii. Prośby, a może rozkazy. Nie widzieli chyba różnicy między jednym a drugim. – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">To które w końcu?</span> – wyszeptała, wtuliwszy się w niego policzkiem. – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">W jakiej kolejności?</span> <br />
<br />
Całej reszty listu brata nie wydawała się kwestionować.<br />
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">Koniec sesji</div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[20.09.1972] Bober, kurwa | Aidan, Stanley]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5406</link>
			<pubDate>Tue, 02 Dec 2025 20:16:17 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=409">Aidan Parkinson</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5406</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">20 września 1972<br />
Noc</div>
<br />
<a href="https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=2642&amp;pid=80717#pid80717" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">Sowa z instrukcją</a> jak dostać się do Głębiny dotarła do Aidana wieczorem. I pewnie olałby sprawę i przylazł do Stanleya następnego dnia, ale nie mógł się powstrzymać przed tym, by chwycić za swoją skórzaną kurtkę i nie ruszyć od razu. Pod pachą miał pudełko po butach, brudne i dziwnie pachnące. Mieszanina zapachów przyprawiała o mdłości, ale nie miał przy sobie nic lepszego, niż to w czym znalazł... A co znalazł? To niespodzianka.<br />
<br />
Aidan wyruszył z mieszkania, które wynajął (bo jego wciąż było pojebane, więc na razie wolał się tam nie zapuszczać) na Horyzontalnej, a potem ruszył w kierunku Nokturnu. Paskudne uliczki znał prawie że na wylot, a niektórzy z bywalców tej części Magicznego Londynu znali Aidana. Niektórzy jako brygadzistę, który za garść informacji mógł przymknąć oko na niektóre sprawy. Niektórzy jako tego, którego się nie wkurwiało, bo jego lont był krótszy niż lont mugolskiej bomby, która nie tak dawno rozpierdoliła jakiś most czy tam stację kolejową. W każdym razie nikomu dzisiaj nie przyszło do głowy, żeby zaczepiać Parkinsona - być może to jego urok, a być może pudełko po butach, od zapachu którego chciało się rzygać. Jebało tak, jakby jednorożec wytarzał się w śmieciach. Dwie wonie mieszały się ze sobą, a do tego dochodził zapach petów, którymi "pachniał" Aidan. Mieszkanka absolutnie obrzydliwa. No i ten miesiany-miesiany z dzisiejszych frytek w bułce też był wyczuwalny.<br />
<br />
Na Nokturnie czekał na niego Francis, który zaprowadził Aidana do Głębiny. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Fajnie się urządził, jebany</span> - miał typa, który sprowadzał mu kumpli na chatę. Ciekawe czy panienki także mu załatwiał? Ale nie chciał pytać, bo na niektóre pytania lepiej było nie poznawać odpowiedzi. Już wystarczająco siły używał do tego, by nie marszczyć nosa. W końcu jednak skapitulował i wsadził sobie do dziurek chusteczkę. Gdy więc Francis wprowadził go do Głębiny i "zaprosił do gabinetu" (czy ogórkowy biznes przynosił tyle kasy? Musiał rozważyć rzucenie pracy i dołączenie do Borgina, bo kurwa, też tak chciał), to nie tylko wyglądał, ale i mówił jak przygłup.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Stachu, kurwa, nie uwierzysz</span> - mówił przez nos, oczywiście, bo ten wciąż miał zatkany papierową chusteczką. Bez ceregieli położył pudełko po butach na biurku Stanleya. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Wróciłem z tej randki, na którą mnie wysłała stara, nie? I coś piszczało w śmietniku.</span><br />
Ani be, ani me, ani dzień dobry czy pocałuj mnie w dupę. Po prostu położył w miarę delikatnie to pudełko na blacie, szczerząc się jak szczerbaty na suchary. Frytbuła wprawiła go w doskonały nastrój.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">20 września 1972<br />
Noc</div>
<br />
<a href="https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=2642&amp;pid=80717#pid80717" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">Sowa z instrukcją</a> jak dostać się do Głębiny dotarła do Aidana wieczorem. I pewnie olałby sprawę i przylazł do Stanleya następnego dnia, ale nie mógł się powstrzymać przed tym, by chwycić za swoją skórzaną kurtkę i nie ruszyć od razu. Pod pachą miał pudełko po butach, brudne i dziwnie pachnące. Mieszanina zapachów przyprawiała o mdłości, ale nie miał przy sobie nic lepszego, niż to w czym znalazł... A co znalazł? To niespodzianka.<br />
<br />
Aidan wyruszył z mieszkania, które wynajął (bo jego wciąż było pojebane, więc na razie wolał się tam nie zapuszczać) na Horyzontalnej, a potem ruszył w kierunku Nokturnu. Paskudne uliczki znał prawie że na wylot, a niektórzy z bywalców tej części Magicznego Londynu znali Aidana. Niektórzy jako brygadzistę, który za garść informacji mógł przymknąć oko na niektóre sprawy. Niektórzy jako tego, którego się nie wkurwiało, bo jego lont był krótszy niż lont mugolskiej bomby, która nie tak dawno rozpierdoliła jakiś most czy tam stację kolejową. W każdym razie nikomu dzisiaj nie przyszło do głowy, żeby zaczepiać Parkinsona - być może to jego urok, a być może pudełko po butach, od zapachu którego chciało się rzygać. Jebało tak, jakby jednorożec wytarzał się w śmieciach. Dwie wonie mieszały się ze sobą, a do tego dochodził zapach petów, którymi "pachniał" Aidan. Mieszkanka absolutnie obrzydliwa. No i ten miesiany-miesiany z dzisiejszych frytek w bułce też był wyczuwalny.<br />
<br />
Na Nokturnie czekał na niego Francis, który zaprowadził Aidana do Głębiny. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Fajnie się urządził, jebany</span> - miał typa, który sprowadzał mu kumpli na chatę. Ciekawe czy panienki także mu załatwiał? Ale nie chciał pytać, bo na niektóre pytania lepiej było nie poznawać odpowiedzi. Już wystarczająco siły używał do tego, by nie marszczyć nosa. W końcu jednak skapitulował i wsadził sobie do dziurek chusteczkę. Gdy więc Francis wprowadził go do Głębiny i "zaprosił do gabinetu" (czy ogórkowy biznes przynosił tyle kasy? Musiał rozważyć rzucenie pracy i dołączenie do Borgina, bo kurwa, też tak chciał), to nie tylko wyglądał, ale i mówił jak przygłup.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Stachu, kurwa, nie uwierzysz</span> - mówił przez nos, oczywiście, bo ten wciąż miał zatkany papierową chusteczką. Bez ceregieli położył pudełko po butach na biurku Stanleya. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Wróciłem z tej randki, na którą mnie wysłała stara, nie? I coś piszczało w śmietniku.</span><br />
Ani be, ani me, ani dzień dobry czy pocałuj mnie w dupę. Po prostu położył w miarę delikatnie to pudełko na blacie, szczerząc się jak szczerbaty na suchary. Frytbuła wprawiła go w doskonały nastrój.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[14 IX 1972, Głębina] Na tej ziemii, pod tym niebiem | Stanley & Charlotte]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5227</link>
			<pubDate>Sun, 12 Oct 2025 20:13:51 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=216">Stanley Andrew Borgin</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5227</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b"><span style="font-size: medium;" class="mycode_size">14 września 1972, Głębina</span><br />
<span style="font-size: small;" class="mycode_size">Stanley Andrew Borgin &amp; Charlotte Mulciber</span></div>
<br />
<p>Od wielkiej pożogi w Londynie minęło kilka dni. Stanley po za krótkimi wypadami na powierchnię ziemi i do Little Hangleton, siedział w swojej twierdzy. Co tam mógł robić? Rozwiązywać krzyżówki, robić wyklejanki, a przede wszystkim knuć. Planować kolejne poczynania na wielkiej planszy. No i oczywiście mógł się też nudzić - tak jak tego wieczora.</p>
<p>Co innego mu pozostało, niż pwyzywać Alexandra w listach? Nie, to już było. Może powinien pójść z Atreusem na piwo? Nie bardzo mógł, bo Bulstrode zapewne zakułby go w kajdanki. Poezja z Lorraine? Nie, była pewnie zajęta pomaganiem niewinnym duszyczkom, które cierpiały katusze. To może Antek? On też nie, bo miał narzeczoną i był teraz wielce zapracowanym człowikiem. Sauriel? Nie, bo się zaszył gdzieś na Nokturnie i nie dawał znaku życia. Mewka zresztą to samo. Kto mu pozostał jeszcze? Rodolphus? Mocna średniawka, bo chłopak miał srogo pod sufitem. Aidanek? No tu trochę problem, bo z tego co kojarzył, jego funfel teraz zajmował się zakładaniem rodziny lub przynajmniej próbami.</p>
<p>Sytuacja była ciężka. Kto mu pozostał? No nikt. Musiał siedzieć samemu i denerwować Francisa...</p>
<p>Ale nie! Był jeszcze ktoś. Była Helena. Charlena? No ta, no... Blondynka Mulciberówna, która mima bycia pyskatą, okazała się być srogo - ale pozytywnie - pierdolnięta. Mimo wstepnej agresji czy niechęci, była w porządku. Potrafiła przyświrować kiedy wymagała tego sytuacja.</p>
<p>Nestor ich wielkiego i kłótliwego rodu, Alexander mówił przecież aby sprawdził co u niej, a że było po wielkich pożarach - wypadało się upewnić, że gówniara dalej żyje. Byłaby wielka szkoda jakby jakaś blondynka musiała odejść z tego świata.</p>
<p>Nie czekając na specjalne zaproszenie, postanowił wysłał jej krótki liścik z adresem, wszak może nie miała co robić tego wieczora, a tak to mogliby chociaż coś pokminić. Może wymyśliliby nową laurkę dla Alexandra, co by docenić jego starania? To był jakiś pomysł.</p>
<p>Borgin siedział i rozwiązywał krzyżówkę, a Francis był poinformowany, aby wpuścić na zapleczę blondynkę, która miała kurwiki w oczach i chęć rozróby na twarzy. Czy był to idealny opis Charlotty? Nie ale Stanley wierzył, że poczciwy Czech da sobie radę.</p>
<p>Lokal jaki był, taki był i wszyscy o tym wiedzieli. Siedziało paru typków, którzy grali w karty czy popijali tanie trunki. Jeden z nich nawet postawił na specjał zakładu - knedliczki.</p>
<p>Nikt nie wiedział, że za chwilę miało się coś wydarzyć.</p>
<br />
!Przestępstwa]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b"><span style="font-size: medium;" class="mycode_size">14 września 1972, Głębina</span><br />
<span style="font-size: small;" class="mycode_size">Stanley Andrew Borgin &amp; Charlotte Mulciber</span></div>
<br />
<p>Od wielkiej pożogi w Londynie minęło kilka dni. Stanley po za krótkimi wypadami na powierchnię ziemi i do Little Hangleton, siedział w swojej twierdzy. Co tam mógł robić? Rozwiązywać krzyżówki, robić wyklejanki, a przede wszystkim knuć. Planować kolejne poczynania na wielkiej planszy. No i oczywiście mógł się też nudzić - tak jak tego wieczora.</p>
<p>Co innego mu pozostało, niż pwyzywać Alexandra w listach? Nie, to już było. Może powinien pójść z Atreusem na piwo? Nie bardzo mógł, bo Bulstrode zapewne zakułby go w kajdanki. Poezja z Lorraine? Nie, była pewnie zajęta pomaganiem niewinnym duszyczkom, które cierpiały katusze. To może Antek? On też nie, bo miał narzeczoną i był teraz wielce zapracowanym człowikiem. Sauriel? Nie, bo się zaszył gdzieś na Nokturnie i nie dawał znaku życia. Mewka zresztą to samo. Kto mu pozostał jeszcze? Rodolphus? Mocna średniawka, bo chłopak miał srogo pod sufitem. Aidanek? No tu trochę problem, bo z tego co kojarzył, jego funfel teraz zajmował się zakładaniem rodziny lub przynajmniej próbami.</p>
<p>Sytuacja była ciężka. Kto mu pozostał? No nikt. Musiał siedzieć samemu i denerwować Francisa...</p>
<p>Ale nie! Był jeszcze ktoś. Była Helena. Charlena? No ta, no... Blondynka Mulciberówna, która mima bycia pyskatą, okazała się być srogo - ale pozytywnie - pierdolnięta. Mimo wstepnej agresji czy niechęci, była w porządku. Potrafiła przyświrować kiedy wymagała tego sytuacja.</p>
<p>Nestor ich wielkiego i kłótliwego rodu, Alexander mówił przecież aby sprawdził co u niej, a że było po wielkich pożarach - wypadało się upewnić, że gówniara dalej żyje. Byłaby wielka szkoda jakby jakaś blondynka musiała odejść z tego świata.</p>
<p>Nie czekając na specjalne zaproszenie, postanowił wysłał jej krótki liścik z adresem, wszak może nie miała co robić tego wieczora, a tak to mogliby chociaż coś pokminić. Może wymyśliliby nową laurkę dla Alexandra, co by docenić jego starania? To był jakiś pomysł.</p>
<p>Borgin siedział i rozwiązywał krzyżówkę, a Francis był poinformowany, aby wpuścić na zapleczę blondynkę, która miała kurwiki w oczach i chęć rozróby na twarzy. Czy był to idealny opis Charlotty? Nie ale Stanley wierzył, że poczciwy Czech da sobie radę.</p>
<p>Lokal jaki był, taki był i wszyscy o tym wiedzieli. Siedziało paru typków, którzy grali w karty czy popijali tanie trunki. Jeden z nich nawet postawił na specjał zakładu - knedliczki.</p>
<p>Nikt nie wiedział, że za chwilę miało się coś wydarzyć.</p>
<br />
!Przestępstwa]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[12.09.1972] Another Life | Rodolphus, Stanley]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4947</link>
			<pubDate>Tue, 01 Jul 2025 12:51:46 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=369">Rodolphus Lestrange</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4947</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">12 września 1972<br />
Głębina</div>
<br />
Cichy trzask, zwiastujący przybycie tutaj kogoś przy pomocy teleportacji, rozległ się w pomieszczeniu, w którym ostatnio Stanley przyjmował Rodolphusa. Było to ile, kilka miesięcy temu? Wtedy, gdy przed Lammas Lestrange pomagał Borginowi zmienić rysy twarzy tak, by ten mógł szwendać się po terenie, niebędącym Ścieżkami czy Nokturnem, bez ryzyka, że któryś z Brygadzistów czy Aurorów go rozpozna i postanowi zwinąć z powrotem do Ministerstwa. Wtedy wszystko poszło gładko, tak samo jak przywrócenie normalnej twarzy Stanleya, gdy było już po wszystkim. Czy Borgin popełnił błąd, pokazując Rodolphusowi, gdzie się ukrywa?<br />
<br />
Raczej nie. Lestrange być może i nie był wylewny, jeżeli chodzi o rozmowy, lecz do tej pory trzymał gębę na kłódkę. Działali we wspólnej wierze w lepsze jutro, dodatkowo mieli inne powiązania, które wychodziły to tu, to tam, przypadkowo lub też nie. Nie miał interesu w tym, by pozbywać się Stanleya i spruć się do Victorii, która przecież była częścią systemu i na pewno by zareagowała. Chociaż... Gdy o tym pomyśleć, to jego kuzynka byłaby ostatnią osobą, która by sprzedała Borgina. Mogła uważać, że stoi po właściwej stronie, po stronie prawa, ale miała tę ogromną zaletę, że gdy opuszczała Ministerstwo, to zostawiała ministerialne sprawy za zamkniętymi drzwiami. Była przeciwieństwem Brenny, która nie potrafiła nigdy odpuścić i zawsze musiała wpakować się w sytuacje, które wymagałyby krzyczenia, że jest brygadzistką i proszę się odsunąć, bo zaraz będzie musiała kogoś zaaresztować.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Jak się czujesz?</span> - gdy pojawił się przed biurkiem Stanleya, nie silił się na żadne <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">dzień dobry</span> czy inne powitania. Wcześniej Borgin wysprzęglił się do Richarda, nazywając go wujkiem, a Lestrange nie był głupi i szybko połączył kropki. Było w tej sytuacji wiele niewiadomych, ale wszystko wskazywało na to, że nieżyjący już Robert był jego ojcem. A przecież pod koniec sierpnia Mulciber postanowił opuścić ten świat, więc <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">wypadałoby</span> zadbać o ten kontakt, który im zostawił. W kieszeni spodni spoczywała talia kart tarota, którą znalazł przypadkiem na ulicach Little Hangleton i niewiele myśląc postanowił ją zgarnąć. Karty jak karty, sam w nie nie grywał, a o tarocie wiedział tyle, co nic, ale uznał że spotkanie z Borginem może przebiec w nieco luźniejsze atmosferze. Teraz, gdy popiół opadł na ulice Londynu, trzeba było upewnić się, że ci, z którymi współpracował, nadal mieli po kolei w głowie.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">12 września 1972<br />
Głębina</div>
<br />
Cichy trzask, zwiastujący przybycie tutaj kogoś przy pomocy teleportacji, rozległ się w pomieszczeniu, w którym ostatnio Stanley przyjmował Rodolphusa. Było to ile, kilka miesięcy temu? Wtedy, gdy przed Lammas Lestrange pomagał Borginowi zmienić rysy twarzy tak, by ten mógł szwendać się po terenie, niebędącym Ścieżkami czy Nokturnem, bez ryzyka, że któryś z Brygadzistów czy Aurorów go rozpozna i postanowi zwinąć z powrotem do Ministerstwa. Wtedy wszystko poszło gładko, tak samo jak przywrócenie normalnej twarzy Stanleya, gdy było już po wszystkim. Czy Borgin popełnił błąd, pokazując Rodolphusowi, gdzie się ukrywa?<br />
<br />
Raczej nie. Lestrange być może i nie był wylewny, jeżeli chodzi o rozmowy, lecz do tej pory trzymał gębę na kłódkę. Działali we wspólnej wierze w lepsze jutro, dodatkowo mieli inne powiązania, które wychodziły to tu, to tam, przypadkowo lub też nie. Nie miał interesu w tym, by pozbywać się Stanleya i spruć się do Victorii, która przecież była częścią systemu i na pewno by zareagowała. Chociaż... Gdy o tym pomyśleć, to jego kuzynka byłaby ostatnią osobą, która by sprzedała Borgina. Mogła uważać, że stoi po właściwej stronie, po stronie prawa, ale miała tę ogromną zaletę, że gdy opuszczała Ministerstwo, to zostawiała ministerialne sprawy za zamkniętymi drzwiami. Była przeciwieństwem Brenny, która nie potrafiła nigdy odpuścić i zawsze musiała wpakować się w sytuacje, które wymagałyby krzyczenia, że jest brygadzistką i proszę się odsunąć, bo zaraz będzie musiała kogoś zaaresztować.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Jak się czujesz?</span> - gdy pojawił się przed biurkiem Stanleya, nie silił się na żadne <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">dzień dobry</span> czy inne powitania. Wcześniej Borgin wysprzęglił się do Richarda, nazywając go wujkiem, a Lestrange nie był głupi i szybko połączył kropki. Było w tej sytuacji wiele niewiadomych, ale wszystko wskazywało na to, że nieżyjący już Robert był jego ojcem. A przecież pod koniec sierpnia Mulciber postanowił opuścić ten świat, więc <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">wypadałoby</span> zadbać o ten kontakt, który im zostawił. W kieszeni spodni spoczywała talia kart tarota, którą znalazł przypadkiem na ulicach Little Hangleton i niewiele myśląc postanowił ją zgarnąć. Karty jak karty, sam w nie nie grywał, a o tarocie wiedział tyle, co nic, ale uznał że spotkanie z Borginem może przebiec w nieco luźniejsze atmosferze. Teraz, gdy popiół opadł na ulice Londynu, trzeba było upewnić się, że ci, z którymi współpracował, nadal mieli po kolei w głowie.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[4.09.1972] You say that you love me | Oliver, Ambrosia]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4815</link>
			<pubDate>Mon, 19 May 2025 12:11:10 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=564">Oliver McKinnon</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4815</guid>
			<description><![CDATA[<div class="mod"><span class="modtitle">adnotacja moderatora</span><div class="modopis">Rozliczono - Ambrosia McKinnon - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Piszę, więc jestem</span></div></div>
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">4 września 1972, poranek<br />
Kościany Zamtuz</div>
<br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><div class="ramka">You say that you love me<br />
Then why do you hate me<br />
I'm calling you crazy<br />
For calling me baby<br />
But you want to blame me<br />
For everything lately<br />
You're trying to change me<br />
'Cause your heart is breaking</div></div>
<br />
Spokój i porządek - tak można było określić poranek w Kościanym Zamtuzie. Takie z reguły były poranki: wszystkie kurwy powoli układały się do snu, podobnie jak ich klienci. I chociaż mówiło się, że trupy nie potrzebowały snu, to jednak odpoczynek, obmycie nieumarłych ciał oraz po prostu odetchnięcie było potrzebne każdej myślącej istocie. Mogli nie spać, ale potrzebowali odpoczynku - a klienci....<br />
<br />
Ach, klientela Zamtuzu - to był osobny wątek, nad którym Oliver nie planował teraz rozmyślać. Serce ułożone z kości, które wisiało nad drzwiami wejściowymi, zagrzechotało, gdy poruszył je powiew wiatru. McKinnon nawet nie uniósł głowy, zwilżył tylko językiem palec wskazujący i kciuk, by łatwiej było mu przewrócić stronę książki. Nienawidził się uczyć, nienawidził czytać, uważał że to nie było mu do niczego potrzebne, ale matka się uparła. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Skoro chcesz tu cokolwiek osiągnąć, musisz poznać nasze dziedzictwo, Oliver</span>. <br />
<br />
Srictwo.<br />
<br />
McKinnon westchnął - przekartkował już prawie 20 stron od wieczora, a nadal nic nie chciało mu wejść do głowy. I to nie tylko dlatego, że był po prostu nieuważny: przeszkadzali mu, czytanie w pracy nie było łatwym zadaniem szczególnie gdy co chwilę musiał się odrywać od tego "pasjonującego" zajęcia. Teraz niby miał trochę spokoju, ale w zasadzie to oczy zaczynały mu się kleić i tylko czekał, aż przyjdzie jego zmienniczka. Zaczynało mu burczeć w brzuchu, ale jak zwykle nie wziął ze sobą niczego do jedzenia. Teraz to marzył o jakiejś kanapce, może ciepłej herbacie, i miękkiej poduszce, która czekała na niego w mieszkaniu.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Blablabla</span> - mruknął do siebie, marszcząc brwi. Cośtam wampiry, cośtam martwi... Podejrzewał, że matka mściła się na nim w ten sposób tylko po to, by pokazać dziadkowi, że naprawdę jej zależy. Bo chyba nie kazała mu się uczyć z troski, nie?]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div class="mod"><span class="modtitle">adnotacja moderatora</span><div class="modopis">Rozliczono - Ambrosia McKinnon - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Piszę, więc jestem</span></div></div>
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">4 września 1972, poranek<br />
Kościany Zamtuz</div>
<br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><div class="ramka">You say that you love me<br />
Then why do you hate me<br />
I'm calling you crazy<br />
For calling me baby<br />
But you want to blame me<br />
For everything lately<br />
You're trying to change me<br />
'Cause your heart is breaking</div></div>
<br />
Spokój i porządek - tak można było określić poranek w Kościanym Zamtuzie. Takie z reguły były poranki: wszystkie kurwy powoli układały się do snu, podobnie jak ich klienci. I chociaż mówiło się, że trupy nie potrzebowały snu, to jednak odpoczynek, obmycie nieumarłych ciał oraz po prostu odetchnięcie było potrzebne każdej myślącej istocie. Mogli nie spać, ale potrzebowali odpoczynku - a klienci....<br />
<br />
Ach, klientela Zamtuzu - to był osobny wątek, nad którym Oliver nie planował teraz rozmyślać. Serce ułożone z kości, które wisiało nad drzwiami wejściowymi, zagrzechotało, gdy poruszył je powiew wiatru. McKinnon nawet nie uniósł głowy, zwilżył tylko językiem palec wskazujący i kciuk, by łatwiej było mu przewrócić stronę książki. Nienawidził się uczyć, nienawidził czytać, uważał że to nie było mu do niczego potrzebne, ale matka się uparła. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Skoro chcesz tu cokolwiek osiągnąć, musisz poznać nasze dziedzictwo, Oliver</span>. <br />
<br />
Srictwo.<br />
<br />
McKinnon westchnął - przekartkował już prawie 20 stron od wieczora, a nadal nic nie chciało mu wejść do głowy. I to nie tylko dlatego, że był po prostu nieuważny: przeszkadzali mu, czytanie w pracy nie było łatwym zadaniem szczególnie gdy co chwilę musiał się odrywać od tego "pasjonującego" zajęcia. Teraz niby miał trochę spokoju, ale w zasadzie to oczy zaczynały mu się kleić i tylko czekał, aż przyjdzie jego zmienniczka. Zaczynało mu burczeć w brzuchu, ale jak zwykle nie wziął ze sobą niczego do jedzenia. Teraz to marzył o jakiejś kanapce, może ciepłej herbacie, i miękkiej poduszce, która czekała na niego w mieszkaniu.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Blablabla</span> - mruknął do siebie, marszcząc brwi. Cośtam wampiry, cośtam martwi... Podejrzewał, że matka mściła się na nim w ten sposób tylko po to, by pokazać dziadkowi, że naprawdę jej zależy. Bo chyba nie kazała mu się uczyć z troski, nie?]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[08.09.1972] Falling Into the Ring of Fire (and Other Bad Ideas) | B.M & S.M.]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4572</link>
			<pubDate>Mon, 10 Mar 2025 09:09:57 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=478">Baldwin Malfoy</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4572</guid>
			<description><![CDATA[<div class="mod"><span class="modtitle">adnotacja moderatora</span><div class="modopis">Piszę, więc jestem, Baldwin Malfoy</div></div>
<br />
<div class="ooc"><div class="ooc-wrapper"><center><span class="ooc-toggle">Odkryj wiadomość pozafabularną</span></center><div class="ooc-content"><span style="font-size: small;" class="mycode_size">// Wykorzystuję Znajomość Półświatka (III), żeby mieć pod opieką Scarlett Mulciber na Podziemnych Ścieżkach<br />
// Zaczynamy tak na 5 minut przed wielkimi pożarami - preludium z zadaniem dotyczącym “Tego, co działo się w chwili, kiedy z nieba zaczął sypać się popiół.”</span></div></div></div>
<br />
Eurydyka miała to do siebie, że żyła w dziwnych godzinach. Późno w nocy, wczesnym rankiem, popołudniami. Czas tu nie miał znaczenia. Dni zlewały się w tygodnie. Tygodnie w miesiące. Świt, południe, północ. Galeria trwała w niezmiennym narkotycznym śnie szaleńca. Zawsze pogrążona w półmroku oświetlana jedynie kolorowymi naściennymi grzybkami, których było tu całkiem sporo (szczególnie tych w fioletowo-różowo-niebieskich odcieniach); pełna unoszącego się papierosowego smogu; cuchnąca tanim winem, farbami i opium. Szemrane towarzystwo popijające mało wyszukane trunki właśnie szykowało się do zorganizowania kolejnej krwawej walki szczurów. Gdyby Baldwin śledził te dziwaczne zawody odkryłby, że na prowadzeniu jest aktualnie dwukrotny zwycięzca Big D. ale jak burza idzie też dużo mniejszy i bardziej zwinny Rattata Joe.<br />
Jednym słowem - Eurydyka była idealnym substytutem przedszkola. Zwłaszcza dla takie przedszkolaka jak jego mała Frida. <br />
<br />
- <span style="font-style: italic;" class="mycode_i"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">The taste of love is sweet, when hearts like ours meet.</span></span>- Zanucił do spółki z Cash’em trzymając dziewczynkę za obie rączki, gdy ta bujała się w jedną i drugą stronę w tak muzyki. Uznał, że później się zastanowi, gdzie zgubiła buta, bo aktualnie na jej nóżkach tkwił tylko jeden trzewiczek. Przynajmniej już-nie-tak-białe skarpetki miała obie. Zresztą wziął ją ubraną z Necronomiconu całkiem przyzwoicie w starej, błękitnej sukieneczce od Lorraine. Złoty wieniec, który dostał na Muzie (z reguły przybity do ściany nad freskową panną z BUMu, leniwie kręcącą się w swoich żótych taśmach) tkwił w jasnych włosach Fridy. <br />
<br />
Cholera wie skąd w ich szafie grającej znalazła się ta płyta, ale skoro Młoda zdecydowała, że 8. września miał się stać wieczorem, w którym w Eurydyce rozbrzmi “30 największych przebojów country” Baldwin nie miał serca jej odmawiać. Pierwszy i jedyny pijaczyna, który próbował muzykę przełączyć właśnie leżał spetryfikowany zaklęciem na zapleczu. Więcej odważnych się nie znalazło, a na każdą werbalną skargę Malfoy wskazywał na schody i z szerokim uśmiechem “zapraszał wypierdalać jak się nie podoba”. Zresztą nie potrzeba było wiele, bo z jakiegoś powodu podpite towarzystwo szybko podłapało klimat.<br />
W końcu wziął ghoulkę na ręce i podszedł do baru, za którym jak zwykle wdzięczyła barmanka tego przybytku.<br />
- <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Chciałoby się ją schrupać.</span>- Stwierdziła Sabrina, przesuwając w jego stronę nieszczególnie czystą szklankę z ognistą whiskey. W odpowiedzi skinął głową w stronę siedzącej przy zawalonym kartkami, pergaminami i kredkami stoliku Scarlett, a wampirzyca niechętnie nalała alkoholu do drugiego naczynia. Skubnęła ostrymi pazurami Fridę za uszko, na co dziewczynka wtuliła się w opiekuna nieco mocniej.<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Słuchaj Brina, sprawę mam.</span>- Mruknął, biorąc do ręki jedną szklankę, a drugą wręczając Fridzie. -<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> Nie pij tego</span>.- Powiedział nieco ostrzej, nim dziewczynka zdążyła wsadzić nos w alkohol.- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Damy to Scarlettce.</span> <br />
Ghoulka pokiwała poważnie głową, przytulając do siebie szkło mocniej, wyraźnie przejęta swoją misją. Odwrócił z powrotem głowę w stronę wampirzycy.- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Daj mi znać jeśli Ojciec się pojawi, okej? </span><br />
Blondynka wzruszyła lekko ramionami, mrucząc pod nosem “pewnie”, choć jej mina zdradzała, że planuje o prośbie zapomnieć za dwie-trzy minuty. Ale to mu musiało wystarczyć na razie. <br />
<br />
Wrócił do stolika. <br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Spójrz Scar, złapałem <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">najładniejszą </span>kelnerkę w całym lokalu.</span>- Oświadczył, odstawiając swoją szklankę na jeden z kilku rysunków czegoś co chyba było mutacją psidwaka, akromantuli i centaura. Wolał nie ryzykować pytaniem czyje jest to arcydzieło. Pochylił się, żeby przyklejona do niego jak mały miś koala dziewczynka mogła wręczyć Mulciberównie szklankę.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div class="mod"><span class="modtitle">adnotacja moderatora</span><div class="modopis">Piszę, więc jestem, Baldwin Malfoy</div></div>
<br />
<div class="ooc"><div class="ooc-wrapper"><center><span class="ooc-toggle">Odkryj wiadomość pozafabularną</span></center><div class="ooc-content"><span style="font-size: small;" class="mycode_size">// Wykorzystuję Znajomość Półświatka (III), żeby mieć pod opieką Scarlett Mulciber na Podziemnych Ścieżkach<br />
// Zaczynamy tak na 5 minut przed wielkimi pożarami - preludium z zadaniem dotyczącym “Tego, co działo się w chwili, kiedy z nieba zaczął sypać się popiół.”</span></div></div></div>
<br />
Eurydyka miała to do siebie, że żyła w dziwnych godzinach. Późno w nocy, wczesnym rankiem, popołudniami. Czas tu nie miał znaczenia. Dni zlewały się w tygodnie. Tygodnie w miesiące. Świt, południe, północ. Galeria trwała w niezmiennym narkotycznym śnie szaleńca. Zawsze pogrążona w półmroku oświetlana jedynie kolorowymi naściennymi grzybkami, których było tu całkiem sporo (szczególnie tych w fioletowo-różowo-niebieskich odcieniach); pełna unoszącego się papierosowego smogu; cuchnąca tanim winem, farbami i opium. Szemrane towarzystwo popijające mało wyszukane trunki właśnie szykowało się do zorganizowania kolejnej krwawej walki szczurów. Gdyby Baldwin śledził te dziwaczne zawody odkryłby, że na prowadzeniu jest aktualnie dwukrotny zwycięzca Big D. ale jak burza idzie też dużo mniejszy i bardziej zwinny Rattata Joe.<br />
Jednym słowem - Eurydyka była idealnym substytutem przedszkola. Zwłaszcza dla takie przedszkolaka jak jego mała Frida. <br />
<br />
- <span style="font-style: italic;" class="mycode_i"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">The taste of love is sweet, when hearts like ours meet.</span></span>- Zanucił do spółki z Cash’em trzymając dziewczynkę za obie rączki, gdy ta bujała się w jedną i drugą stronę w tak muzyki. Uznał, że później się zastanowi, gdzie zgubiła buta, bo aktualnie na jej nóżkach tkwił tylko jeden trzewiczek. Przynajmniej już-nie-tak-białe skarpetki miała obie. Zresztą wziął ją ubraną z Necronomiconu całkiem przyzwoicie w starej, błękitnej sukieneczce od Lorraine. Złoty wieniec, który dostał na Muzie (z reguły przybity do ściany nad freskową panną z BUMu, leniwie kręcącą się w swoich żótych taśmach) tkwił w jasnych włosach Fridy. <br />
<br />
Cholera wie skąd w ich szafie grającej znalazła się ta płyta, ale skoro Młoda zdecydowała, że 8. września miał się stać wieczorem, w którym w Eurydyce rozbrzmi “30 największych przebojów country” Baldwin nie miał serca jej odmawiać. Pierwszy i jedyny pijaczyna, który próbował muzykę przełączyć właśnie leżał spetryfikowany zaklęciem na zapleczu. Więcej odważnych się nie znalazło, a na każdą werbalną skargę Malfoy wskazywał na schody i z szerokim uśmiechem “zapraszał wypierdalać jak się nie podoba”. Zresztą nie potrzeba było wiele, bo z jakiegoś powodu podpite towarzystwo szybko podłapało klimat.<br />
W końcu wziął ghoulkę na ręce i podszedł do baru, za którym jak zwykle wdzięczyła barmanka tego przybytku.<br />
- <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Chciałoby się ją schrupać.</span>- Stwierdziła Sabrina, przesuwając w jego stronę nieszczególnie czystą szklankę z ognistą whiskey. W odpowiedzi skinął głową w stronę siedzącej przy zawalonym kartkami, pergaminami i kredkami stoliku Scarlett, a wampirzyca niechętnie nalała alkoholu do drugiego naczynia. Skubnęła ostrymi pazurami Fridę za uszko, na co dziewczynka wtuliła się w opiekuna nieco mocniej.<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Słuchaj Brina, sprawę mam.</span>- Mruknął, biorąc do ręki jedną szklankę, a drugą wręczając Fridzie. -<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> Nie pij tego</span>.- Powiedział nieco ostrzej, nim dziewczynka zdążyła wsadzić nos w alkohol.- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Damy to Scarlettce.</span> <br />
Ghoulka pokiwała poważnie głową, przytulając do siebie szkło mocniej, wyraźnie przejęta swoją misją. Odwrócił z powrotem głowę w stronę wampirzycy.- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Daj mi znać jeśli Ojciec się pojawi, okej? </span><br />
Blondynka wzruszyła lekko ramionami, mrucząc pod nosem “pewnie”, choć jej mina zdradzała, że planuje o prośbie zapomnieć za dwie-trzy minuty. Ale to mu musiało wystarczyć na razie. <br />
<br />
Wrócił do stolika. <br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Spójrz Scar, złapałem <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">najładniejszą </span>kelnerkę w całym lokalu.</span>- Oświadczył, odstawiając swoją szklankę na jeden z kilku rysunków czegoś co chyba było mutacją psidwaka, akromantuli i centaura. Wolał nie ryzykować pytaniem czyje jest to arcydzieło. Pochylił się, żeby przyklejona do niego jak mały miś koala dziewczynka mogła wręczyć Mulciberównie szklankę.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[31/08/72] When you stare into the abyss]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4547</link>
			<pubDate>Mon, 03 Mar 2025 19:32:07 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=538">Emrys Borgin</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4547</guid>
			<description><![CDATA[Wyobrażał sobie, że przez dziewięćdziesiąt lat, które spędził, ukrywając się w mroku, jego oczy powinny były przyzwyczaić się do ciemności – podziemne ścieżki wciąż przypominały tymczasem wnętrze trumny, ciasne i nieprzeniknione, całkowicie pozbawione światła. Czasem zastanawiał się, czy tak właśnie czuł się Fergus, kiedy pogrzebał go pod ziemią i w miarę jak jego oczy przyzwyczajały się do ciemności, wyobrażał sobie, że oczy jego ojca – zawsze surowe i nieruchome jak na rodzinnych portretach – również musiały ulec zmianie, stały się szerokie i lśniące jak u wszystkich drapieżnych stworzeń, które polowały w ciemności. Myśl ta zawsze była powściągliwa i krótka, znikała, kiedy mrok zaczynał się przerzedzać, opadając na podłogę jak kurz, ale pozostawiała po sobie gorzki posmak, jaki mógłby pozostać na języku po rozgryzieniu pieprzu lub po rozległej próchnicy – w ten sposób, jak sądził, smakował strach. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Być może</span>, przekonywał się w myślach, kiedy budził się w czołem mokrym od potu i bolesnym skurczem w miejscu, gdzie powinno znajdować się bijące serce, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">powinienem był go zabić</span> – śmierć, która kiedyś wydawała mu się najgorszym, na co można było skazać drugiego człowieka, teraz przypominała jednak miłosierdzie, którego nie chciał ofiarować swojemu ojcu. Fergus zasługiwał na to, aby żyć w ten sam sposób, w jaki on nie zasługiwał na to, aby umrzeć – głód, który pojawił się wraz z nieustającym pragnieniem krwi, był bolesny i bardziej dotkliwy, a on lubił wyobrażać sobie, jak jego ojciec, pogrzebany, lecz nieumarły, odchodzi od zmysłów, a jego świadomość i zdrowy rozsądek gniją i schodzą z niego w ten sam sposób, w jaki powinna rozkładać się skóra, powoli odsłaniając mięśnie i lśniące kości.  <br />
Ciemność, która panowała w miejskich katakumbach, zaczynała tracić głębię, z uległą niechęcią odsłaniając ostre krawędzie kamienia, z którego zbudowane zostały korytarze i kontury leżących na ziemi szczątków, chrzęszczących pod butami jak żwir. Zapach, wypełniający ciasny zaułek podziemnych ścieżek, rozpoznał już wcześniej, lecz dopiero teraz, ze znudzoną satysfakcją, mógł wskazać jego źródło – nikt, poza szczurami Madame Fontaine, nie pojawiał się w tym miejscu z własnej woli. Uśmiechnął się pod nosem z mdłym rozbawieniem, wyobrażając sobie gniewną, surową twarz Frances, która wciąż, pomimo otaczającej kobietę aury, wydawała mu się śmieszna – pamiętał ją wprawdzie zaledwie jako dziewczynę, zuchwałą, lecz osamotnioną w świecie, który nigdy nie leżał w jej rękach dość wygodnie, aby mogła nazwać go swoją własnością. Powiedział, że nie będzie wchodził jej w drogę, lecz przypomniał sobie również, z ponurym rozdrażnieniem, że ona złożyła mu tę samą obietnicę – szczur stał tymczasem oparty o ścianę katakumb, jego twarz zaczerwieniona od płaczu, dłonie zaczerwienione od krwi. Zgubił się, a on go odnalazł – wkroczył w ciemność, a ciemność pochłaniała wszystko, czego zdołała dotknąć.<br />
Okazał się młodym mężczyzną, ledwie dorosłym, łatwym do zabicia – wydał z siebie zdławiony krzyk, kiedy zacisnął mu dłonie na ramionach i pchnął do tyłu tak mocno, że uderzył plecami o kamienną ścianę i prawie nie próbował się wyrwać, gdy pochylił się nad jego twarzą i zanurzył zęby w miękkiej szyi, gdzie spod bladej skóry prześwitywała gruba, błękitna tętnica. Z ustami przyciśniętymi do jego ciała, poczuł charakterystyczny, intensywny zapach potu i męskich perfum – mężczyzna pachniał lasem oraz czymś ciężkim i gęstym, co przypominało dym, a on wyczuł oczekiwany płomień pożądania, lecz był to ogień kontrolowany, zimny. Ciało stało się bezwładne i sztywne, więc objął je ramieniem, aby pozostało w pozycji stojącej, ale krew płynęła coraz wolniej i zaczynała krzepnąć mu na podniebieniu – długo słyszał jedynie spowalniający szum cudzego tętna, po katakumbach wszystkie dźwięki niosły się jednak złowrogim echem i kiedy wzdłuż ścian przesunął się odgłos cudzych kroków, szczur drgnął, a krew z jego szyi spłynęła mu nieposłuszną, czerwoną strugą wzdłuż brody, wsiąkając w miękki, bawełniany materiał kołnierza. Syknął cicho, odsuwając się od mężczyzny, który, dłużej niepodtrzymywany przy ścianie, osunął się na ziemię – przetarł usta wierzchem dłoni, choć czerwień zdążyła pobrudzić mu koszulę, i odwrócił głowę, wpatrując się w ciemność, która stopniowo – ze złośliwą powolnością – zaczynała nabierać kształtów.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Wyobrażał sobie, że przez dziewięćdziesiąt lat, które spędził, ukrywając się w mroku, jego oczy powinny były przyzwyczaić się do ciemności – podziemne ścieżki wciąż przypominały tymczasem wnętrze trumny, ciasne i nieprzeniknione, całkowicie pozbawione światła. Czasem zastanawiał się, czy tak właśnie czuł się Fergus, kiedy pogrzebał go pod ziemią i w miarę jak jego oczy przyzwyczajały się do ciemności, wyobrażał sobie, że oczy jego ojca – zawsze surowe i nieruchome jak na rodzinnych portretach – również musiały ulec zmianie, stały się szerokie i lśniące jak u wszystkich drapieżnych stworzeń, które polowały w ciemności. Myśl ta zawsze była powściągliwa i krótka, znikała, kiedy mrok zaczynał się przerzedzać, opadając na podłogę jak kurz, ale pozostawiała po sobie gorzki posmak, jaki mógłby pozostać na języku po rozgryzieniu pieprzu lub po rozległej próchnicy – w ten sposób, jak sądził, smakował strach. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Być może</span>, przekonywał się w myślach, kiedy budził się w czołem mokrym od potu i bolesnym skurczem w miejscu, gdzie powinno znajdować się bijące serce, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">powinienem był go zabić</span> – śmierć, która kiedyś wydawała mu się najgorszym, na co można było skazać drugiego człowieka, teraz przypominała jednak miłosierdzie, którego nie chciał ofiarować swojemu ojcu. Fergus zasługiwał na to, aby żyć w ten sam sposób, w jaki on nie zasługiwał na to, aby umrzeć – głód, który pojawił się wraz z nieustającym pragnieniem krwi, był bolesny i bardziej dotkliwy, a on lubił wyobrażać sobie, jak jego ojciec, pogrzebany, lecz nieumarły, odchodzi od zmysłów, a jego świadomość i zdrowy rozsądek gniją i schodzą z niego w ten sam sposób, w jaki powinna rozkładać się skóra, powoli odsłaniając mięśnie i lśniące kości.  <br />
Ciemność, która panowała w miejskich katakumbach, zaczynała tracić głębię, z uległą niechęcią odsłaniając ostre krawędzie kamienia, z którego zbudowane zostały korytarze i kontury leżących na ziemi szczątków, chrzęszczących pod butami jak żwir. Zapach, wypełniający ciasny zaułek podziemnych ścieżek, rozpoznał już wcześniej, lecz dopiero teraz, ze znudzoną satysfakcją, mógł wskazać jego źródło – nikt, poza szczurami Madame Fontaine, nie pojawiał się w tym miejscu z własnej woli. Uśmiechnął się pod nosem z mdłym rozbawieniem, wyobrażając sobie gniewną, surową twarz Frances, która wciąż, pomimo otaczającej kobietę aury, wydawała mu się śmieszna – pamiętał ją wprawdzie zaledwie jako dziewczynę, zuchwałą, lecz osamotnioną w świecie, który nigdy nie leżał w jej rękach dość wygodnie, aby mogła nazwać go swoją własnością. Powiedział, że nie będzie wchodził jej w drogę, lecz przypomniał sobie również, z ponurym rozdrażnieniem, że ona złożyła mu tę samą obietnicę – szczur stał tymczasem oparty o ścianę katakumb, jego twarz zaczerwieniona od płaczu, dłonie zaczerwienione od krwi. Zgubił się, a on go odnalazł – wkroczył w ciemność, a ciemność pochłaniała wszystko, czego zdołała dotknąć.<br />
Okazał się młodym mężczyzną, ledwie dorosłym, łatwym do zabicia – wydał z siebie zdławiony krzyk, kiedy zacisnął mu dłonie na ramionach i pchnął do tyłu tak mocno, że uderzył plecami o kamienną ścianę i prawie nie próbował się wyrwać, gdy pochylił się nad jego twarzą i zanurzył zęby w miękkiej szyi, gdzie spod bladej skóry prześwitywała gruba, błękitna tętnica. Z ustami przyciśniętymi do jego ciała, poczuł charakterystyczny, intensywny zapach potu i męskich perfum – mężczyzna pachniał lasem oraz czymś ciężkim i gęstym, co przypominało dym, a on wyczuł oczekiwany płomień pożądania, lecz był to ogień kontrolowany, zimny. Ciało stało się bezwładne i sztywne, więc objął je ramieniem, aby pozostało w pozycji stojącej, ale krew płynęła coraz wolniej i zaczynała krzepnąć mu na podniebieniu – długo słyszał jedynie spowalniający szum cudzego tętna, po katakumbach wszystkie dźwięki niosły się jednak złowrogim echem i kiedy wzdłuż ścian przesunął się odgłos cudzych kroków, szczur drgnął, a krew z jego szyi spłynęła mu nieposłuszną, czerwoną strugą wzdłuż brody, wsiąkając w miękki, bawełniany materiał kołnierza. Syknął cicho, odsuwając się od mężczyzny, który, dłużej niepodtrzymywany przy ścianie, osunął się na ziemię – przetarł usta wierzchem dłoni, choć czerwień zdążyła pobrudzić mu koszulę, i odwrócił głowę, wpatrując się w ciemność, która stopniowo – ze złośliwą powolnością – zaczynała nabierać kształtów.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[04.09.1972] Kochając, zstąpił do krwi dawniejszej, gdzie gniazduje groza praojców]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4513</link>
			<pubDate>Wed, 26 Feb 2025 12:50:07 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=128">Bard Beedle</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4513</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">Podziemne Ścieżki, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Eurydyka</span></div>
<br />
Słowa pokrywały ciało Armanda Malfoya. Niektóre niemal nieczytelne, zdążyły się rozmazać, zanim przeniósł je na papier, inne zaś trwalsze od tatuaży: już nie smugi, już nie strzępki wersów, lecz całe poematy, wyryte tak w jego istnieniu, jak w jego pamięci. Słowa pokrywały jego przedramiona, biegnąc wzdłuż żył, w których zamiast krwi płynął inkaust. Słowa pokrywały grzbiety jego dłoni, wylewały się spomiędzy porów skóry, zaklęte pod opuszkami poplamionych atramentem palców. <br />
Słowa płynęły muzyką, gdy pióro tańczyło po pergaminie. Orfeusz wypruwał duszę z poznaczonej bliznami piersi, aby wlać ją w słowa pieśni, która nie potrzebowała liry, aby wybrzmieć echem pośród podziemnych korytarzy. <br />
<br />
Chociaż zza pleców dobiegał go gwar głosów <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Eurydyki</span>, nie oglądał się za siebie. Pozwalał, aby głosy snuły się wokół niego jak umarli po łanach łąk asfodelowych, niektóre cichsze od szeptu, niektóre głośniejsze od gardłowych pokrzykiwań oszalałych menad, dzikich i przepysznych, pijanych poezją i złocistym <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">kirros</span>. Nie oglądał się za siebie, bo trwał nachylony nad swym niedokończonym dziełem, złożywszy głowę na dłoni wspartej o surowy blat rozchybotanego stołu... Nie stołu, lecz ołtarza, bo jego ręce składały się do pisania jak do modlitwy. <br />
<br />
<span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">Pisał.</span> Pisał, a przerwach między wersetami, kiedy pióro nie skrobało szaleńczo o papier, słychać było tylko drżenie świec, i wosk spływający leniwie po złoconych brzegach misy, która stała na zawalonym papierami stole, pośród na wpół zapisanych zwojów pergaminu i książek w rozpadających się okładkach. Złoto, osmalone sadzą, odbijało mdłe światło, zmatowiałe od dymu niezliczonych papierosów, gaszonych w jej wnętrzu. Wciąż lśniły w niej szmaragdy, misternie osadzone na zdobionych brzegach misy, ich blask przyćmiony warstwami popiołu.<br />
<br />
Ktoś ofiarował mu ją w geście błagania. Ktoś pragnął kupić sobie jego słowa, jego przychylność, jego talent. Nie zaszczycił go spojrzeniem. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">"Co to jest"</span>, spytał tylko, znudzony, nie podnosząc głowy z kolan swojej muzy, która bawiła się jego włosami, podczas gdy on czytał wciąż na nowo to, co wyszło spod jego ręki zeszłej nocy, zawsze niezadowolony, zawsze goniący za nieuchwytnym ideałem. Nie spojrzał nawet na nieznajomego, słuchając, jak potyka się o słowa, jak prosi o miłosny wiersz, mający kupić mu cudze uczucie, które było widać warte tego, aby przehandlować za nie wysadzany klejnotami, drogocenny półmisek z rodzinnego skarbca. <br />
<br />
Uśmiech zabłąkał się na ustach Armanda, kładąc się cieniem po jego przystojnej twarzy: nierozumiały rys okrucieństwa, który nie szpecił, lecz uwydatniał jej surowe piękno. Nigdy nie był piękniejszy niż wtedy, kiedy przywdziewał pogardę. Chciwie wpił oczy w złoto. Zanim się odezwał, pozwolił jednak wybrzmieć swej pogardzie. Przynosisz mi złoto, misę, w której tafli mogę przeglądać się jak w lustrze, wydawało się kpić bezwzględne spojrzenie Armanda Malfoya, a twoje uczucie nie jest więcej warte niż miedź brzęcząca. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">"Wygląda jak fikuśna popielniczka"</span>, stwierdził obojętnie. Pozwolił wybrzmieć ciszy, która zaległa w pokoju, zanim wyciągnął pożądliwie rękę, przyjmując podarek. Przez chwilę ważył misę w dłoniach, rozważając, czy nie cisnąć nią o ziemię, by patrzeć, jak rozbija się na kawałki: kazałby je zbierać mężczyźnie klęczącemu u jego stóp, dopóki jego dłonie nie spłynęłyby krwią, choć nawet gdyby obmyła je krew, nie byłby godny dotykać ciała tej, której uczucie chciał kupić wysadzanym klejnotami półmiskiem. Nie ufał ludziom z czystymi dłońmi, bo ci zawsze mieli brudne sumienia. <br />
<br />
Ale Armand Malfoy zawsze miał słabość do szmaragdów. <br />
<br />
Traktowanie godne króla, pomyślał, patrząc z pobłażliwym rozbawieniem na dar, którym chciano zyskać jego przychylność. Ile mógł być wart? To nie miało znaczenia. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">To nigdy nie miało znaczenia.</span> Nic nie było więcej warte od złotoblond kruszca jego włosów.<br />
<br />
<span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">Zgasił papierosa, przyciskając wciąż jeszcze żarzący się niedopałek do zmatowiałych ścianek naczynia, jeszcze kilka dni temu lśniących polerskim połyskiem, a teraz osmalonych sadzą, z lubością przypatrując się łuszczącej się pod wpływem gorąca emalii.</span><br />
<br />
Godność króla żebraków wymagała, aby jadał na złotym talerzu, nawet kiedy nie miał co włożyć do gęby. Nie był królem, choć nosił swoje splugawione nazwisko niczym koronę. Nie był królem, choć miał swój orszak, który razem z nim śmiał się i płakał. Nie, Armand Malfoy był kimś więcej niż królem. Całe światy rodziły się i ginęły na skinięcie jego pióra. Wszystko, co istniało, było zależne od jego tchnienia, od słów, jakie wybrał, aby to opisać, przyoblekając kość w ciało, przemieniając złoto w proch. Wszystko, co istniało, istniało tylko dlatego, bo taka była jego wola. Złota misa była trybularzem, w którym składał ofiarę całopalną dla jedynego boga, jakiego znał.<br />
<br />
Dla samego siebie.<br />
<br />
Nagły powiew powietrza popieścił płomień na wpół stopnionej świecy, rozświetlającej skryte w półmroku stanowisko pracy poety – jak ołtarz, do którego przychodzi się składać modły, ołtarz boga, na którym wzniesiono bałwochwalczego cielca odlanego ze złota i spiżu – płomień zadrżał, lecz nie zgasł, znał bowiem brutalne pieszczoty podziemnych przeciągów: Orfeusz nachylił się nad knotem, aby odpalić kolejnego papierosa. Rozbłysk żaru wydobył z ciemności znajomą twarz. Twarz Baldwina Malfoya.<br />
<br />
Poplamione atramentem palce Orfeusza igrały niespokojnie w powietrzu, jak gdyby przebiegały po strunach niewidzialnej liry. Coś zawsze grało w jego wnętrzu, coś, do czego dostępu nie miał nikt inny, poza nim samym. Ale Baldwin dobrze znał te erratyczne manieryzmy. Znał znaczenie gestów, tak podobnych do gestów Lorraine. Znał melodie, które odtwarzały ich palce, tylko po to, aby w końcu oprzeć się na lekko rozchylonych wargach – przesunąć się po nich w zamyśleniu, w geście mogącym zakrawać o lubieżność – znał je, bo był częścią tych melodii. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Baldwin znał Orfeusza.</span> Wiedział, jak wygląda, kiedy składa w głowie słowa, komponując, wiedział, kiedy myśli o nowym dziele. Wiedział, że Orfeusz kocha piękno, prawdziwe piękno, i że dostrzega je we wszystkim, na co spojrzy.<br />
<br />
<span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">Teraz patrzył prosto na Baldwina. Tylko na niego.</span><br />
<br />
Ledwie dostrzegalne drgnięcie brwi świadczyło o tym, że musiał zobaczyć w jego twarzy coś, co mu się nie spodobało. Coś, co nie mogło ukryć się przed wszechwiedzącymi oczami boga podziemi. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Bo Orfeusz znał Baldwina.</span> Znał go lepiej niż on sam znał siebie. <br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Dlaczego się chowasz</span>, mówił wzrok Orfeusza, karcący łagodnie chłopca, którego traktował jak swojego, bo czy nie wzrósł chowany na jego słowie jak na mleku lwów? <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Nie chowaj się przede mną.</span><br />
<br />
Ojciec niemo przywołał do siebie syna. <br />
<br />
<br />
[inny avek]https://64.media.tumblr.com/1557ec70769b3d8fed936713ecb22173/c41c8da2872b8439-ef/s1280x1920/31cb4c6d6e47419446fb31f9154381ee407fdc87.jpg[/inny avek]<br />
<div class="ooc"><div class="ooc-wrapper"><center><span class="ooc-toggle">Odkryj wiadomość pozafabularną</span></center><div class="ooc-content">bard by Lorraine Malfoy</div></div></div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">Podziemne Ścieżki, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Eurydyka</span></div>
<br />
Słowa pokrywały ciało Armanda Malfoya. Niektóre niemal nieczytelne, zdążyły się rozmazać, zanim przeniósł je na papier, inne zaś trwalsze od tatuaży: już nie smugi, już nie strzępki wersów, lecz całe poematy, wyryte tak w jego istnieniu, jak w jego pamięci. Słowa pokrywały jego przedramiona, biegnąc wzdłuż żył, w których zamiast krwi płynął inkaust. Słowa pokrywały grzbiety jego dłoni, wylewały się spomiędzy porów skóry, zaklęte pod opuszkami poplamionych atramentem palców. <br />
Słowa płynęły muzyką, gdy pióro tańczyło po pergaminie. Orfeusz wypruwał duszę z poznaczonej bliznami piersi, aby wlać ją w słowa pieśni, która nie potrzebowała liry, aby wybrzmieć echem pośród podziemnych korytarzy. <br />
<br />
Chociaż zza pleców dobiegał go gwar głosów <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Eurydyki</span>, nie oglądał się za siebie. Pozwalał, aby głosy snuły się wokół niego jak umarli po łanach łąk asfodelowych, niektóre cichsze od szeptu, niektóre głośniejsze od gardłowych pokrzykiwań oszalałych menad, dzikich i przepysznych, pijanych poezją i złocistym <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">kirros</span>. Nie oglądał się za siebie, bo trwał nachylony nad swym niedokończonym dziełem, złożywszy głowę na dłoni wspartej o surowy blat rozchybotanego stołu... Nie stołu, lecz ołtarza, bo jego ręce składały się do pisania jak do modlitwy. <br />
<br />
<span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">Pisał.</span> Pisał, a przerwach między wersetami, kiedy pióro nie skrobało szaleńczo o papier, słychać było tylko drżenie świec, i wosk spływający leniwie po złoconych brzegach misy, która stała na zawalonym papierami stole, pośród na wpół zapisanych zwojów pergaminu i książek w rozpadających się okładkach. Złoto, osmalone sadzą, odbijało mdłe światło, zmatowiałe od dymu niezliczonych papierosów, gaszonych w jej wnętrzu. Wciąż lśniły w niej szmaragdy, misternie osadzone na zdobionych brzegach misy, ich blask przyćmiony warstwami popiołu.<br />
<br />
Ktoś ofiarował mu ją w geście błagania. Ktoś pragnął kupić sobie jego słowa, jego przychylność, jego talent. Nie zaszczycił go spojrzeniem. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">"Co to jest"</span>, spytał tylko, znudzony, nie podnosząc głowy z kolan swojej muzy, która bawiła się jego włosami, podczas gdy on czytał wciąż na nowo to, co wyszło spod jego ręki zeszłej nocy, zawsze niezadowolony, zawsze goniący za nieuchwytnym ideałem. Nie spojrzał nawet na nieznajomego, słuchając, jak potyka się o słowa, jak prosi o miłosny wiersz, mający kupić mu cudze uczucie, które było widać warte tego, aby przehandlować za nie wysadzany klejnotami, drogocenny półmisek z rodzinnego skarbca. <br />
<br />
Uśmiech zabłąkał się na ustach Armanda, kładąc się cieniem po jego przystojnej twarzy: nierozumiały rys okrucieństwa, który nie szpecił, lecz uwydatniał jej surowe piękno. Nigdy nie był piękniejszy niż wtedy, kiedy przywdziewał pogardę. Chciwie wpił oczy w złoto. Zanim się odezwał, pozwolił jednak wybrzmieć swej pogardzie. Przynosisz mi złoto, misę, w której tafli mogę przeglądać się jak w lustrze, wydawało się kpić bezwzględne spojrzenie Armanda Malfoya, a twoje uczucie nie jest więcej warte niż miedź brzęcząca. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">"Wygląda jak fikuśna popielniczka"</span>, stwierdził obojętnie. Pozwolił wybrzmieć ciszy, która zaległa w pokoju, zanim wyciągnął pożądliwie rękę, przyjmując podarek. Przez chwilę ważył misę w dłoniach, rozważając, czy nie cisnąć nią o ziemię, by patrzeć, jak rozbija się na kawałki: kazałby je zbierać mężczyźnie klęczącemu u jego stóp, dopóki jego dłonie nie spłynęłyby krwią, choć nawet gdyby obmyła je krew, nie byłby godny dotykać ciała tej, której uczucie chciał kupić wysadzanym klejnotami półmiskiem. Nie ufał ludziom z czystymi dłońmi, bo ci zawsze mieli brudne sumienia. <br />
<br />
Ale Armand Malfoy zawsze miał słabość do szmaragdów. <br />
<br />
Traktowanie godne króla, pomyślał, patrząc z pobłażliwym rozbawieniem na dar, którym chciano zyskać jego przychylność. Ile mógł być wart? To nie miało znaczenia. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">To nigdy nie miało znaczenia.</span> Nic nie było więcej warte od złotoblond kruszca jego włosów.<br />
<br />
<span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">Zgasił papierosa, przyciskając wciąż jeszcze żarzący się niedopałek do zmatowiałych ścianek naczynia, jeszcze kilka dni temu lśniących polerskim połyskiem, a teraz osmalonych sadzą, z lubością przypatrując się łuszczącej się pod wpływem gorąca emalii.</span><br />
<br />
Godność króla żebraków wymagała, aby jadał na złotym talerzu, nawet kiedy nie miał co włożyć do gęby. Nie był królem, choć nosił swoje splugawione nazwisko niczym koronę. Nie był królem, choć miał swój orszak, który razem z nim śmiał się i płakał. Nie, Armand Malfoy był kimś więcej niż królem. Całe światy rodziły się i ginęły na skinięcie jego pióra. Wszystko, co istniało, było zależne od jego tchnienia, od słów, jakie wybrał, aby to opisać, przyoblekając kość w ciało, przemieniając złoto w proch. Wszystko, co istniało, istniało tylko dlatego, bo taka była jego wola. Złota misa była trybularzem, w którym składał ofiarę całopalną dla jedynego boga, jakiego znał.<br />
<br />
Dla samego siebie.<br />
<br />
Nagły powiew powietrza popieścił płomień na wpół stopnionej świecy, rozświetlającej skryte w półmroku stanowisko pracy poety – jak ołtarz, do którego przychodzi się składać modły, ołtarz boga, na którym wzniesiono bałwochwalczego cielca odlanego ze złota i spiżu – płomień zadrżał, lecz nie zgasł, znał bowiem brutalne pieszczoty podziemnych przeciągów: Orfeusz nachylił się nad knotem, aby odpalić kolejnego papierosa. Rozbłysk żaru wydobył z ciemności znajomą twarz. Twarz Baldwina Malfoya.<br />
<br />
Poplamione atramentem palce Orfeusza igrały niespokojnie w powietrzu, jak gdyby przebiegały po strunach niewidzialnej liry. Coś zawsze grało w jego wnętrzu, coś, do czego dostępu nie miał nikt inny, poza nim samym. Ale Baldwin dobrze znał te erratyczne manieryzmy. Znał znaczenie gestów, tak podobnych do gestów Lorraine. Znał melodie, które odtwarzały ich palce, tylko po to, aby w końcu oprzeć się na lekko rozchylonych wargach – przesunąć się po nich w zamyśleniu, w geście mogącym zakrawać o lubieżność – znał je, bo był częścią tych melodii. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Baldwin znał Orfeusza.</span> Wiedział, jak wygląda, kiedy składa w głowie słowa, komponując, wiedział, kiedy myśli o nowym dziele. Wiedział, że Orfeusz kocha piękno, prawdziwe piękno, i że dostrzega je we wszystkim, na co spojrzy.<br />
<br />
<span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">Teraz patrzył prosto na Baldwina. Tylko na niego.</span><br />
<br />
Ledwie dostrzegalne drgnięcie brwi świadczyło o tym, że musiał zobaczyć w jego twarzy coś, co mu się nie spodobało. Coś, co nie mogło ukryć się przed wszechwiedzącymi oczami boga podziemi. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Bo Orfeusz znał Baldwina.</span> Znał go lepiej niż on sam znał siebie. <br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Dlaczego się chowasz</span>, mówił wzrok Orfeusza, karcący łagodnie chłopca, którego traktował jak swojego, bo czy nie wzrósł chowany na jego słowie jak na mleku lwów? <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Nie chowaj się przede mną.</span><br />
<br />
Ojciec niemo przywołał do siebie syna. <br />
<br />
<br />
[inny avek]https://64.media.tumblr.com/1557ec70769b3d8fed936713ecb22173/c41c8da2872b8439-ef/s1280x1920/31cb4c6d6e47419446fb31f9154381ee407fdc87.jpg[/inny avek]<br />
<div class="ooc"><div class="ooc-wrapper"><center><span class="ooc-toggle">Odkryj wiadomość pozafabularną</span></center><div class="ooc-content">bard by Lorraine Malfoy</div></div></div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[31 VIII 1972, Głębina] Coś się kończy, coś zaczyna... | Stanley & Richard]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4492</link>
			<pubDate>Mon, 17 Feb 2025 20:39:10 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=216">Stanley Andrew Borgin</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4492</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b"><span style="font-size: medium;" class="mycode_size">31 sierpnia 1972 roku, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Głębina</span></span><br />
<span style="font-size: small;" class="mycode_size">Stanley Andrew Borgin &amp; Richard Mulciber</span></div>
<br />
<p>Minęło kilka dni od tej feralnej w skutkach wiadomości. Rodzina Mulciber w większej lub mniejszej intensywności, dalej przeżywała stratę, która wzięła ich z zaskoczenia. Nikt się raczej nie spodziewał, że Robert Mulciber odejdzie akurat 26 sierpnia - dzień całkiem pogodny i ciepły, a jednak pochmurny i zimny.</p>
<p>Ze względu na panującą sytuację polityczną w Londynie i całej Wielkiej Brytanii, Stanley był zmuszony pozostać w swojej kryjówce. Nie mógł wziąć udziału w pogrzebie własnego ojca. Mógł, ale musiałby zażywać jakieś mikstury czy inne specyfiki, a nie miał na to najmniejszej ochoty.</p>
<p>Pozostawało mu wierzyć, że zarówno Richard, jak i reszta rodziny, staną na wysokości zadania. Liczył, że chociaż ostatnia droga Roberta będzie wyglądała należycie. Chciał wierzyć, że nikt nie będzie przeszkadzał w tym wydarzeniu, a i one obejdzie się bez większych problemów.</p>
<br />
<p>
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">~*~*~</span></div>
<br />
[a]Głębina żyła swoim życiem, które toczyło się równie powoli, co ostatnie perypetie Borgina. Nie działo się nic specjalnego - dzień jak każdy inny.</p>
<p>W środku było kilku klientów, a Francis kończył wydawać jakiś zamówiony posiłek. Wystrój był bez zmian, a więc górował motyw morski, a wszechobecny był zapach morskiej wody, który mieszał się z solą. Dało się dostrzec kilka zapalonych świeczek, których wosk skapywał niedbale na stoliki czy beczki. W wielkim uproszczeniu - panował tutaj swego rodzaju półmrok.</p>
<p>Było jednak na tyle dużo światła, aby barman mógł rozpoznać Richarda. Kiwnął mu głową na przywitanie, a następnie wskazał otwartą dłonią ręki na przejście w kierunku zaplecza. Zupełnie jakby chciał mu przekazać, że <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">do Stanleya? To tędy</span>.</p>
<p>Widział już tego mężczyznę, więc spodziewał się powodu jego wizyty - musiał coś chcieć od Borgina, który urzędował w pierwszym pokoju na prawo od przejścia.</p>
<p>Tak też było i tym razem. W jego gabinecie panowała niemal trupia cisza, a sam właściciel siedział zatopiony w swoim fotelu, wpatrując się w ścianę przed sobą. Dało się dostrzec, że miętolił w dłoniach jakąś pozłacaną monetę. Twarz miał zamyśloną - jakby ciałem był na Podziemnych Ścieżkach, a myślami gdzieś indziej. Daleko. Tam, gdzie nie było nikogo innego i nikt nie miał prawa mu przeszkadzać.</p>
<p>Samo pomieszczenie było posprzątane. Na biurku nie piętrzyły się dokumenty, które miały w zwyczaju to robić. Nie dało się też wyczuć dymu papierosowego, który był nieodłącznym elementem biura, jak i samego Borgina.</p>
<p>Stanley nie zwrócił uwagi na istotę, która pojawiła się w drzwiach. Gdyby miał akurat wejść jakiś płatny zabójca, miałby bardzo prostą okazję, aby się go pozbyć. Na całe szczęście był to tylko i może aż Richard, który raczej nie był zainteresowany ewentualną śmiercią swojego bratanka.</p>
<p>Kilka dobrych chwil, a może nawet minut minęło zanim osierocony mężczyzna powrócił do "żywych". Mulciber mógł się równie dobrze rozsiąść w tym czasie i po prostu czekać, aż zyska zainteresowanie swojego przyszłego rozmówcy.</p>
<p> - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Richard?</span> - zapytał trochę zdziwiony, ale i zaskoczonym głosem. Nie to, żeby spodziewał się Roberta - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Czemu zawdzięczam tę wizytę?</span> - dodał, niemalże Ministerialnym tonem. Trochę jakby powtarzał nauczoną przed laty formułkę - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Eee... Jeżeli chodzi o tego całego Bagshota... To przepraszam. Jeszcze nie udało mi się za dużo dowiedzieć</span> - przeniósł wzrok w kierunku swojego wuja, tłumacząc się z tego, że jeszcze nie wykonał tego, co zostało mu powierzone w dobrej wierze.</p>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b"><span style="font-size: medium;" class="mycode_size">31 sierpnia 1972 roku, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Głębina</span></span><br />
<span style="font-size: small;" class="mycode_size">Stanley Andrew Borgin &amp; Richard Mulciber</span></div>
<br />
<p>Minęło kilka dni od tej feralnej w skutkach wiadomości. Rodzina Mulciber w większej lub mniejszej intensywności, dalej przeżywała stratę, która wzięła ich z zaskoczenia. Nikt się raczej nie spodziewał, że Robert Mulciber odejdzie akurat 26 sierpnia - dzień całkiem pogodny i ciepły, a jednak pochmurny i zimny.</p>
<p>Ze względu na panującą sytuację polityczną w Londynie i całej Wielkiej Brytanii, Stanley był zmuszony pozostać w swojej kryjówce. Nie mógł wziąć udziału w pogrzebie własnego ojca. Mógł, ale musiałby zażywać jakieś mikstury czy inne specyfiki, a nie miał na to najmniejszej ochoty.</p>
<p>Pozostawało mu wierzyć, że zarówno Richard, jak i reszta rodziny, staną na wysokości zadania. Liczył, że chociaż ostatnia droga Roberta będzie wyglądała należycie. Chciał wierzyć, że nikt nie będzie przeszkadzał w tym wydarzeniu, a i one obejdzie się bez większych problemów.</p>
<br />
<p>
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">~*~*~</span></div>
<br />
[a]Głębina żyła swoim życiem, które toczyło się równie powoli, co ostatnie perypetie Borgina. Nie działo się nic specjalnego - dzień jak każdy inny.</p>
<p>W środku było kilku klientów, a Francis kończył wydawać jakiś zamówiony posiłek. Wystrój był bez zmian, a więc górował motyw morski, a wszechobecny był zapach morskiej wody, który mieszał się z solą. Dało się dostrzec kilka zapalonych świeczek, których wosk skapywał niedbale na stoliki czy beczki. W wielkim uproszczeniu - panował tutaj swego rodzaju półmrok.</p>
<p>Było jednak na tyle dużo światła, aby barman mógł rozpoznać Richarda. Kiwnął mu głową na przywitanie, a następnie wskazał otwartą dłonią ręki na przejście w kierunku zaplecza. Zupełnie jakby chciał mu przekazać, że <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">do Stanleya? To tędy</span>.</p>
<p>Widział już tego mężczyznę, więc spodziewał się powodu jego wizyty - musiał coś chcieć od Borgina, który urzędował w pierwszym pokoju na prawo od przejścia.</p>
<p>Tak też było i tym razem. W jego gabinecie panowała niemal trupia cisza, a sam właściciel siedział zatopiony w swoim fotelu, wpatrując się w ścianę przed sobą. Dało się dostrzec, że miętolił w dłoniach jakąś pozłacaną monetę. Twarz miał zamyśloną - jakby ciałem był na Podziemnych Ścieżkach, a myślami gdzieś indziej. Daleko. Tam, gdzie nie było nikogo innego i nikt nie miał prawa mu przeszkadzać.</p>
<p>Samo pomieszczenie było posprzątane. Na biurku nie piętrzyły się dokumenty, które miały w zwyczaju to robić. Nie dało się też wyczuć dymu papierosowego, który był nieodłącznym elementem biura, jak i samego Borgina.</p>
<p>Stanley nie zwrócił uwagi na istotę, która pojawiła się w drzwiach. Gdyby miał akurat wejść jakiś płatny zabójca, miałby bardzo prostą okazję, aby się go pozbyć. Na całe szczęście był to tylko i może aż Richard, który raczej nie był zainteresowany ewentualną śmiercią swojego bratanka.</p>
<p>Kilka dobrych chwil, a może nawet minut minęło zanim osierocony mężczyzna powrócił do "żywych". Mulciber mógł się równie dobrze rozsiąść w tym czasie i po prostu czekać, aż zyska zainteresowanie swojego przyszłego rozmówcy.</p>
<p> - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Richard?</span> - zapytał trochę zdziwiony, ale i zaskoczonym głosem. Nie to, żeby spodziewał się Roberta - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Czemu zawdzięczam tę wizytę?</span> - dodał, niemalże Ministerialnym tonem. Trochę jakby powtarzał nauczoną przed laty formułkę - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Eee... Jeżeli chodzi o tego całego Bagshota... To przepraszam. Jeszcze nie udało mi się za dużo dowiedzieć</span> - przeniósł wzrok w kierunku swojego wuja, tłumacząc się z tego, że jeszcze nie wykonał tego, co zostało mu powierzone w dobrej wierze.</p>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[04/09/72] (Threateningly) I promise to find you in every lifetime]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4411</link>
			<pubDate>Thu, 23 Jan 2025 18:10:53 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=155">Cain Fawley</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4411</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">4 września 1972<br />
<span style="font-size: small;" class="mycode_size">Palarnia Changów, późny wieczór<br />
Maeve Chang &amp; Cain Fawley</span></div>
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Zamknij się.</span><br />
<br />
Nie potrafił przypomnieć sobie momentu, w którym opuszczał swój dom  — nie pamiętał skrzypienia schodów ni trzaskania drzwi, nie pamiętał nawet czy niebo już wtedy było ciemne i grafitowe, czy nadal barwą przypominało rozcięte gardło. Potrafił przypomnieć sobie jedynie smak ginu na języku i głos Gabriella — dziwnie żywy i bliski głos ducha, jego znajomą barwę powykręcaną w kakofonię jęków i gróźb, która sprawiała, że ściany jego sypialni drżały jak podczas burzy. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Zamknij się</span> powtarzał mu, najpierw szeptem, z czasem krzycząc tak, jakby pragnął przekrzyczeć ducha. Uderzał pięściami w drzwi, ale Gabriell nie przestawał. Kiedy już zaczynał, nigdy nie przestawał. Po śmierci stał się mściwy i wredny, pozbawiony tamtego dobrego serca, które za życia rosło ciężko w jego piersi. Zniknęło, choć Cain nie pamiętał by on lub jego brat kiedykolwiek mu je wycinali — nie był w zasadzie pewny, czy to cokolwiek by zmieniło. Duch na strychu był grzechem Abla, dowodem jego głupoty i jego słabości, a jednak Cain czuł jak wina jego bliźniaka, skłębiona we wszystkich tych narządach, które dzielili, ciąży między jego żebrami. Brzydka, bo niewłaściwa, wstydliwa jak wszystko, co czyniło z niego człowieka.<br />
<br />
Nie pamiętał więc, kiedy wybiegł z domu i kiedy dotarł na Podziemne Ścieżki. Czas mijał gdzieś obok niego, zahaczając jedynie czasem o rękaw jego prochowca, zbyt szybko i zbyt wolno jednocześnie jak dziecięcy koszmar, w którym nie sposób jest uciec przed potworem, nieważne czy biegniesz, czy się czołgasz. Nie lubił tego uczucia. Nie lubił też huczenia w uszach i tego, że nocne powietrze powoli sprawiało, że trzeźwiał, szczególnie natomiast nie znosił tego, jak bardzo pragnął już wyzbyć się swojej samotności. Jak bardzo chciał w istocie usłyszeć w końcu pokręcone wersje swojego imienia, kilka przekleństw rzuconych w eter jak oddechy, bezczelny sposób, w jaki Meave istniała wśród wszystkich tych śmieci i tajemnic. Czuł się głupio za każdym razem, gdy kogoś <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">potrzebował </span>— miał wtedy wrażenie, że pozwala Ablowi pożerać od środka ich wspólne ciało, trawić je tak długo aż została z niego tylko miazga idiotycznych sentymentów. A jednak schodząc w ciemność głębokich ścieżek, nadal podpity i nadal blady ze zmęczenia, wiedział doskonale, kogo chce zobaczyć i w którą stronę powinien iść. <br />
<br />
Podziemne Ścieżki zawsze cuchnęły czarną magią i śmiercią. Ciężki smród, miedziany, podobny do sposobu, w jaki smakowało na języku mokre złoto. W tym wszystkim herbaciarnia Changów przypominała flakon perfum, barwione na zielono szkło wypełnione mgłą opium, jaśminu i cudzych oddechów Dziewczyna za ladą miała ciemne włosy i profil Maeve, nie była jednak nią, miała zbyt łagodne oczy i niczym w niego nie rzucała.<br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Twoja siostra</span> — odezwał się, wspierając się na blacie, przez chwilę przyglądając się tyłowi dziewczęcej głowy, gdy ta ustawiała na półkach słoiki i puszki pełne suszonych liści. Wszystkie Changówny były ładne, choć dla niego nietykalne pod groźną sylwetką ich matki. No i siostry. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Maeve…</span> — dodał, pochylając się niżej nad ladą, szukając przy tym równowagi w chmurach rozmów i narkotycznego dymu. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Powiedz, że coś dla niej mam. I tym razem to nie jest żaden narząd, przysięgam.</span> — Odruchowo sprawdził kieszenie płaszcza, jak gdyby szukał w nich palców lub małżowin. —<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> Dodaj, że umieram.</span><br />
<br />
Nie był pewien, czy usłyszała jego ostatnie słowa, nie wiedział nawet, czy odpowiedziała, bo od duchoty i półmroku kręciło mu się w głowie i coraz trudniej było mu stać prosto. Szmer rozmów wokół kojarzył mu się z insektami, dziwnie cichy i szeleszczący na tle krzyków ducha nadal dudniących w jego skroniach. Zapach opium był jednak przyjemnie słodki, niemal kojący. Znajomy.<br />
<br />
[roll=Z]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">4 września 1972<br />
<span style="font-size: small;" class="mycode_size">Palarnia Changów, późny wieczór<br />
Maeve Chang &amp; Cain Fawley</span></div>
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Zamknij się.</span><br />
<br />
Nie potrafił przypomnieć sobie momentu, w którym opuszczał swój dom  — nie pamiętał skrzypienia schodów ni trzaskania drzwi, nie pamiętał nawet czy niebo już wtedy było ciemne i grafitowe, czy nadal barwą przypominało rozcięte gardło. Potrafił przypomnieć sobie jedynie smak ginu na języku i głos Gabriella — dziwnie żywy i bliski głos ducha, jego znajomą barwę powykręcaną w kakofonię jęków i gróźb, która sprawiała, że ściany jego sypialni drżały jak podczas burzy. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Zamknij się</span> powtarzał mu, najpierw szeptem, z czasem krzycząc tak, jakby pragnął przekrzyczeć ducha. Uderzał pięściami w drzwi, ale Gabriell nie przestawał. Kiedy już zaczynał, nigdy nie przestawał. Po śmierci stał się mściwy i wredny, pozbawiony tamtego dobrego serca, które za życia rosło ciężko w jego piersi. Zniknęło, choć Cain nie pamiętał by on lub jego brat kiedykolwiek mu je wycinali — nie był w zasadzie pewny, czy to cokolwiek by zmieniło. Duch na strychu był grzechem Abla, dowodem jego głupoty i jego słabości, a jednak Cain czuł jak wina jego bliźniaka, skłębiona we wszystkich tych narządach, które dzielili, ciąży między jego żebrami. Brzydka, bo niewłaściwa, wstydliwa jak wszystko, co czyniło z niego człowieka.<br />
<br />
Nie pamiętał więc, kiedy wybiegł z domu i kiedy dotarł na Podziemne Ścieżki. Czas mijał gdzieś obok niego, zahaczając jedynie czasem o rękaw jego prochowca, zbyt szybko i zbyt wolno jednocześnie jak dziecięcy koszmar, w którym nie sposób jest uciec przed potworem, nieważne czy biegniesz, czy się czołgasz. Nie lubił tego uczucia. Nie lubił też huczenia w uszach i tego, że nocne powietrze powoli sprawiało, że trzeźwiał, szczególnie natomiast nie znosił tego, jak bardzo pragnął już wyzbyć się swojej samotności. Jak bardzo chciał w istocie usłyszeć w końcu pokręcone wersje swojego imienia, kilka przekleństw rzuconych w eter jak oddechy, bezczelny sposób, w jaki Meave istniała wśród wszystkich tych śmieci i tajemnic. Czuł się głupio za każdym razem, gdy kogoś <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">potrzebował </span>— miał wtedy wrażenie, że pozwala Ablowi pożerać od środka ich wspólne ciało, trawić je tak długo aż została z niego tylko miazga idiotycznych sentymentów. A jednak schodząc w ciemność głębokich ścieżek, nadal podpity i nadal blady ze zmęczenia, wiedział doskonale, kogo chce zobaczyć i w którą stronę powinien iść. <br />
<br />
Podziemne Ścieżki zawsze cuchnęły czarną magią i śmiercią. Ciężki smród, miedziany, podobny do sposobu, w jaki smakowało na języku mokre złoto. W tym wszystkim herbaciarnia Changów przypominała flakon perfum, barwione na zielono szkło wypełnione mgłą opium, jaśminu i cudzych oddechów Dziewczyna za ladą miała ciemne włosy i profil Maeve, nie była jednak nią, miała zbyt łagodne oczy i niczym w niego nie rzucała.<br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Twoja siostra</span> — odezwał się, wspierając się na blacie, przez chwilę przyglądając się tyłowi dziewczęcej głowy, gdy ta ustawiała na półkach słoiki i puszki pełne suszonych liści. Wszystkie Changówny były ładne, choć dla niego nietykalne pod groźną sylwetką ich matki. No i siostry. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Maeve…</span> — dodał, pochylając się niżej nad ladą, szukając przy tym równowagi w chmurach rozmów i narkotycznego dymu. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Powiedz, że coś dla niej mam. I tym razem to nie jest żaden narząd, przysięgam.</span> — Odruchowo sprawdził kieszenie płaszcza, jak gdyby szukał w nich palców lub małżowin. —<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> Dodaj, że umieram.</span><br />
<br />
Nie był pewien, czy usłyszała jego ostatnie słowa, nie wiedział nawet, czy odpowiedziała, bo od duchoty i półmroku kręciło mu się w głowie i coraz trudniej było mu stać prosto. Szmer rozmów wokół kojarzył mu się z insektami, dziwnie cichy i szeleszczący na tle krzyków ducha nadal dudniących w jego skroniach. Zapach opium był jednak przyjemnie słodki, niemal kojący. Znajomy.<br />
<br />
[roll=Z]]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[Noc z 4 na 5 września 1972, Głębina] Non omnis moriar]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4363</link>
			<pubDate>Sun, 12 Jan 2025 23:41:41 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=216">Stanley Andrew Borgin</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4363</guid>
			<description><![CDATA[[inny avek]https://i.pinimg.com/736x/f3/a9/80/f3a9805bfae07d8c1d71c8ba735773e9.jpg[/inny avek]<br />
<div id="dataa" class="mycode_b"><span style="font-size: medium;" class="mycode_size">Noc z 4 na 5 września 1972, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Głębina</span></span></div>
<br />
<p>Ogień w kominku skwierczał dźwięcznie, będąc jedynym źródłem odgłosów w tym pomieszczeniu. Stanley siedział gdzieś po środku sali przy jednym ze stolików. Lokal, który przeważnie tętnił życiem czy posiadał chociaż garstkę klientów, był aktualnie pusty - został zamknięty przed czasem na prośbę samego właściciela. Wszyscy goście musieli opuścić ten przybytek. To samo tyczyło się Francisa, który po ogarnięciu swoich sprawunków, został zwolniony do domu około północy.</p>
<p>Nikt nie był w stanie przerwać tej ciszy i wejść do sali głównej, ponieważ drzwi zostały zamknięte na cztery spusty. Wszystko po to, aby nikt nie miał możliwości do wtargnięcia do środka. Dzisiaj nie byli mile widziani.</p>
<p>W Głębinie został sam Stanley i jego myśli.</p>
<p>Koniec sierpnia było niczym zderzenie z rzeczywistością. Było czymś wręcz niespotykanym. Nic więc dziwnego, że Borgin nie zdążył się pożegnać ani z jednym, ani z drugim. Dwie śmierci w przeciągu trzech dni to było zbyt dużo - nawet jak na niego samego.</p>
<p>Bukiet dali spoczywał gdzieś na boku stolika. Robiła to też szklanka z alkoholem, która nie miał posłużyć jako napitek dla Stanley. Nie obyło się również bez kałamarza i kilku czy kilkunastu pergaminów, które miały być świadkiem ostatnich listów. Listów, które Borgin pisał w zasadzie dla samego siebie, aby móc poczuć się chociaż odrobinę lepiej. Może liczył na jakieś rozliczenie w głębi duszy?</p>
<p>Były brygadzista odpalił sobie jeszcze papierosa, którym następnie się zaciągnął. Był gotów. Chwycił pióro i mógł rozpocząć to, co chodziło za nim od kilku dni.</p>
<p>Tylko jak powinien to zacząć? Od kogo też powinien zacząć? <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Wiem...</span> Pokiwał głową, pisząc pierwsze słowa.</p>
<br />
<div class="koperta">Najdroższa Stello,<br />
<br />
Z bólem serca i rozpaczą przyjąłem wieść o Twoim odejściu z tego świata. Zdaje sobie sprawę, że jesteś teraz w lepszym miejscu wraz ze swoją siostrą, chociaż możemy się z tym nie zgodzić, jest to jak najbardziej sprawiedliwe i słuszne. Twoje codziennie cierpienia jakie znosiłaś od wielu miesięcy, w końcu przyniosły ukojenie Twojej duszy. Nigdy do końca nie byłem w stanie zrozumieć Twojej straty, ponieważ nie byłem w takiej sytuacji - nie miałem rodzeństwa jak dobrze wiesz, a przynajmniej nie takiego, które miałbym potwierdzone na papierze wraz z odpowiednimi dokumentami. Nie zmieniało to jednak faktu, że próbowałem i starałem się Ciebie wspierać w tym wszystkim, pilnując, aby nic Ci się nie stało. Jak widać na próżno i bez efektów, skoro jestem zmuszony pisać ten list, który nigdy do Ciebie nie dotrze.<br />
<br />
Wiele słów ciśnie mi się usta, a zwłaszcza jedno - przepraszam. Za bardzo wiele rzeczy, a przede wszystkim za to, że byłem z Tobą nie szczery i chowałem przed Tobą prawdę na którą zasługiwałaś. O ile z początku rzeczywiście był ten skłonny do pomocy i uczynny brygadzista, niedoszły Auror, tak z biegiem czasu to wszystko było zatracone i stawało się teatrzykiem, który miał mnie kryć i tworzyć złudną iluzję, że wszystko było dalej w porządku.<br />
Niestety od dawna nie było. Mogłabyś się teraz trudzić i zastanawiać, kiedy to się stało i przede wszystkim czym było to spowodowane. Jako, że jestem Ci to dłużny, śpieszę z odpowiedzią.<br />
<br />
Październik 1970, śmierć Anne. Dalej pamiętam jak zjawiłaś się tego feralnego dnia i niestety musiałaś zobaczyć ten przykry widok wraku człowieka jakim wtedy byłem. Nie ukrywam - myślałem, że to koniec i chciałem tylko umrzeć. Nie widziałem dalszego celu egzystencji w tym świecie, a Ty mimo wszystko wyciągnęłaś do mnie pomocną dłoń i kazałaś mi stanąć na nogi. Tak, kazałaś, bo po długim czasie sama przyznałaś, że skorzystałaś wtedy ze swojej wiłej mocy, którą ukrywałaś przede mną w swoich obawach. Nie będę owijał w bawełnę - pomogło mi to ponownie stanąć na nogi i nabrać wiatru w żagle. Szkoda, że negatywnego, ponieważ zboczyłem wtedy ze ścieżki dobra, obierając drogę ku samozagładzie. Nie była to jednak Twoja wina w żadnym razie, wszak chciałaś tylko mojego dobra, a to ja nie potrafiłem sobie z tym poradzić. Nie poprosiłem też o pomoc, bo tak już niestety mam, że wszystko próbuje dźwigać na własnych barkach. To był element zwrotny w tym wszystkim - postanowiłem zostać jednym z nich. Śmierciożerców. Popleczników Czarnego Pana. Liczyłem, że wypełni to pustkę i smutek jaki pojawił się po stracie ukochanej matki. Myliłem się.<br />
<br />
Skłamałbym jednak, gdybym nie wspomniał teraz o jednym fakcie dotyczącym śmierci Anne. To wszystko moja wina. Zginęła z mojej winy i mojej chorej fascynacji związanej z czarną magią i szeroko pojętą nekromancją. Jedna pomyłka, a namieszała tyle w życiu i co gorsza, pozbawiła życia Merlinowi ducha winną kobietę, bo nie ukrywajmy - niczym sobie nie zasłużyła na taki los. Nie zrobiła nic złego w życiu, aby miała zginąć w ten sposób.<br />
To jednak był dopiero początek. Nie minął miesiąc, a nastała druga tragedia, która zmieniła Ciebie na zawsze. Nie było już tej samej Stelli, która dała mi drugą czy nawet trzecią szansę i tej, która w zdenerwowaniu na mnie, ustalała szczegóły obrazu na urodziny mojej rodzicielki. Wtedy była Stella, która nie rozumiała niesprawiedliwości losu. Która pytała o jedno - "dlaczego akurat mnie spotkał ten los"? Widziałem w Twoich oczach wiele bólu i cierpienia, ale nie mogłem zrobić zbyt wiele, bo po prostu nie potrafiłem, a co gorsza - sam już zatraciłem się w sobie, coraz bardziej obcując z czarną magią.<br />
<br />
Nie minęło może z pół roku, a dorobiłem się znaku na lewej ręce, który noszę po dziś dzień. Nie był to też jakiś pamiątkowy tatuaż, który miałby odnosić się do jakiegoś sukcesu z Hogwartu czy Ministerstwa, chociaż tych nie było zbyt wiele. Był, a w zasadzie jest to znak symbolizujący jedno - przynależność do zwolenników nowego ładu vel Śmierciożerców. <br />
Łatwo było ukrywać to wszystko, ponieważ nie interesowałaś się polityką, a w dodatku chowałaś się przed światem w swojej bezpiecznej przystani - w swoim własnym mieszkaniu. Oddawałaś się tam sztuce i topiłaś smutki po stracie siostry, a ja po prostu kontynuowałem swoją grę do tego stopnia, że gdy to piszę, mam na swoim sumieniu kilka mniej lub bardziej niewinnych osób.<br />
<br />
Przechodząc sprawnie do roku 72 i feralnego w skutkach Beltane na przełomie kwietnia i maja. Tego dnia byłem tam i walczyłem, ale nie z tymi "złymi", a ramię w ramię z Śmierciożercami, bo byłem jednym z nich. Nie byłem żadnych bohaterem, tak jak mogłaś to sobie wyobrażać. Mój list w tamtym czasie, który pisałem do Ciebie w emocjach, spowodowany był obawą, że mogło Ci się coś stać tego popołudnia. Co gorsza, z mojej winy, a nigdy bym sobie tego nie wybaczył. Wiem, że nie jest to żadnym usprawiedliwieniem ale Twoja odpowiedź przyniosła mi wiele ulgi w tamtej chwili. Jedna, prosta informacja, że jesteś bezpieczna i że nie spadł Ci włos z głowy - była to wiedza czysto zbawienna. Dawno puściłem w niepamięć naszą kłótnię, która mieliśmy w chwilę po tych tragicznych wydarzeniach z Doliny. Chociaż Ty potrafiłaś zebrać się na odwagę, aby mi wszystko powiedzieć. Ja niestety nie.<br />
<br />
To jednak nie koniec moich grzechów o których nie wiedziałaś i mogłaś sobie nie zdawać nawet sprawy. W przededniu Beltane, zaniosłem mały prezent przełożonej Aurorów. Nie była to żadna biżuteria, ani pamiątkowe zdjęcie. Była to głowa jej ukochanego, która została ucięta przez innych popleczników, a ja zostałem oddelegowany do dostarczenia jej do samej Harper Moody. Jak się później okazało, nie obyło się bez problemów, które skończyły się dla mnie przesłuchaniem i moją ucieczką z Ministerstwa. Końcówka czerwca to ostatni raz kiedy moja noga stanęła w Ministerstwie i kiedy po raz ostatni odbyłem służbę jako brygadzista w Departamencie Przestrzegania Praw Czarodziejów. Od tej pory byłem, a w zasadzie dalej jestem poszukiwany listem gończym przez swoich byłych kolegów i koleżanki z pracy.<br />
<br />
Z początkiem lipca przeniosłem swoją działalność na Nokturn, a dokładniej to na Podziemnie Ścieżki, które stały się moim nowym domem. Może to wiele wyjaśniać dlaczego to zawsze przychodziłem w odwiedziny do Ciebie ja, a nie vice versa. Jako osoba non grata w społeczeństwie, mogło być bardzo trudno się ze mną pojawić w jakimś miejscu publicznym i bardzo dobrze o tym wiedziałem, więc starałem się tego unikać jak ognia.<br />
<br />
Nie udało się jednak tego osiągnąć, ponieważ Atreus, mój serdeczny przyjaciel, przekazał mi długopis, który gdzieś w połowie lipca przeniósł mnie na jakieś randkowe widowisko na ulicy Pokątnej. Odpowiedziałem tam na kilka pytań, sam kilka zadałem kiedy okazało się, że jestem jednym z wybierających. Kiedy jednak moja przykrywka w postaci maski upadła, musiałem się ratować, uciekając z Sophie, która okazała się być moją siostrą jako córka Roberta. Wiem, że może być to trochę zawiłe ale sam nie potrafiłem się w tym połapać z początku.<br />
<br />
Jak sama widzisz, a raczej widziałabyś czy słyszałabyś gdybym Ci o tym powiedział, moja lista grzechów jest całkiem pokaźna, a nie wspomniałem o wszystkich, ponieważ musiałbym pisać ten list z dobry tydzień. Nie zmienia to jednak niczego, ani mnie nie usprawiedliwia w żaden sposób. Zawiniłem na wszelkich możliwych płaszczyznach, powodując wiele złego, a wszystko wskazuje, że popełnię jeszcze więcej, ponieważ z bycia Smierciożercą można się tylko wypisać poprzez dwie rzeczy. Przez śmierć albo Azkaban, chociaż to drugie nie jest pewne, wszak może komuś udać się uciec.<br />
<br />
Stello Avery, największa miłośniczko czekolady jaką znał cały świat, przepraszam Cię za wszystko. Za to, że nie potrafiłem być lepszy kiedy na to zasługiwałaś i za to, że zatajałem przed Tobą prawdę od dobrych kilkunastu miesięcy. Nie będę się tłumaczył, że robiłem to dla Twojego dobra, bo żadne Twoje dobro z tego nie wynikło. <br />
Dziękuję Ci też za to, że byłaś i pozwoliłaś mi zrozumieć wiele rzeczy, których do tej pory nie rozumiałem i za wiele się nie zmieniło, chociaż mogłem w końcu spróbować to odmienić. Naprawdę, zawdzięczam Ci bardzo wiele, a moje słowa nie będą w stanie tego opisać nigdy. Sprowadzę więc to do dwóch słów - dziękuję i przepraszam.<br />
<br />
Wiedząc jak bardzo kochałaś dalie, chciałbym Ci złożyć ich mały bukiet wraz z tym listem, który kończę właśnie pisać. Przyjmij je proszę ode mnie, bo chciałbym wierzyć, że kiedyś mi to wszystko wybaczysz, chociaż raczej nie będę dane nam się już nigdy zobaczyć, ponieważ moje miejsce jest gdzieś w odmętach ludzkiej nicości na którą zasługuje.<br />
<br />
<br />
<br />
<div class="koperta-podpis">Stanley</div></div>
<br />
<p>Po kilku próbach, setkach skreśleń i przepisań, udało się złożyć list, który jakkolwiek odpowiadałby Stanleyowi. Może nie był perfekcyjny i idealny ale jego autor też taki nie był. Pisał to co czuł. To, co powinien był powiedzieć przed laty. Teraz? Nie miało to już większego znaczenia. Nic to nie zmieniało.</p>
<p>Nie miał nawet pojęcia ile czasu mu zeszło i ile papierosów wypalił. Popielniczka była niemalże pełna, a przed nim był jeszcze jeden list. Ten był chyba gorszy, bo Borgin nawet nie wiedział jakby mógł go rozpocząć. Od jakich słów miałby zacząć? Z której formułki miał skorzystać?</p>
<br />
<div class="koperta">
Robercie,<br />
<br />
Nie będę ukrywał, że ciężko mi zwrócić się do Ciebie w jakikolwiek inny sposób, niż po imieniu. To też nie tak, że nie próbowałem tego robić, ponieważ Richard mi świadkiem - tak właśnie było. Nie ma to już jednak żadnego większego znaczenia w zaistniałej sytuacji. Jest dużo więcej osób, które miały większe prawa do tego, aby właśnie móc zwracać się do Ciebie w inny sposób, niż ten po imieniu. Zwracać się inaczej, niż ten "biznesowy" sposób, bo czy nie tak właśnie było?<br />
<br />
Czy nie taka była nasza relacja? Czy nie potrzebowałeś mnie tylko wtedy kiedy trzeba było coś zrobić? A najlepiej to czyimiś rękoma? Moimi? Tak, aby wszystkie ślady prowadziły jak najdalej od Ciebie? Mógłbyś się bronić, że to nie tak, ale ja wiem swoje. Czar prysł. Wielka wizja relacji ojciec-syn została rozproszona i przepadła wraz z upływem czasu. Wiele czynników się na to złożyło. Jeden był w tym wszystkim dominujący - definicja słowa "ojciec", a raczej jej brak, ponieważ mój słownik nie znał takiej frazy. Nie wiedział jak powinien go interpretować czy rozumieć. Może nie powinien wcale i to był właśnie problem?<br />
<br />
Pada tu wiele pytań na które nigdy nie poznamy odpowiedzi. Wydaje mi się, że to lepsze, bo mógłbym się tylko zawieść jeszcze mocniej... gdyby te miały się właśnie pojawić. Lepiej zostawić pewne sprawy jako niedopowiedzenia czy rzeczy niewyjaśnione - tak będzie najlepiej dla nas wszystkich.<br />
<br />
Tak naprawdę nie chodzi tutaj o mnie. To nie ja jestem głównym pokrzywdzonym w tym wszystkim. To nie mi należy współczuć. Czy kiedykolwiek zastanawiałeś się jak Twoje odejście może wpłynąć na inne osoby? Na Sophie? Richarda i jego dzieci? Nawet na Lorien? Na tych wszystkich ludzi, których łączyło coś z Tobą? Pewnie nie.<br />
<br />
Dla Ciebie mogą być to puste słowa bez pokrycia. W końcu nie ma Cię już między nami ale to właśnie Ci wszyscy ludzie, niegdyś Twoi bliscy, będą zmuszeni podnieść się po tym co miało miejsce 28 sierpnia 1972 roku. I już nawet puszczam w niepamięć, że były to moje urodziny. Pierwsze, w które moglibyśmy się spotkać, a zarazem ostatnie, bo kolejnej takiej szansy już nie będzie.<br />
<br />
Być może będzie dane nam się jeszcze kiedyś spotkać. Mam nadzieję, że Maeve nie nauczy mnie nienawiści w Twoją stronę do tego czasu, a wiedz, że jest do tego skłonna.<br />
<br />
Do naszego następnego spotkania, niech Ci ziemia lekką będzie.<br />
<br />
<div class="koperta-podpis">Stanley</div></div>
<br />
<p>Udało się. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Koniec</span></p>
<p>Stolik piętrzył się od zmarnowanych pergaminów, a ogień w kominku zdążył przygasnąć. Musiało minąć wiele czasu. Stanley spojrzał na zegarek i zrozumiał, że jest już prawie poranek - strasznie się zasiedział.</p>
<p>Wstał, aby rozruszać kości i dorzucić trochę do ognia, co by nie zgasł całkowicie.</p>
<p>Ogień rzucił się na świeże kawałki drewna, zajmując je niemal od razu. Borgin powrócił do stołu i złożył oba listy.</p>
<p>Przyglądał się temu niszczycielskiemu żywiołowi przez kilka chwil, wiedząc, że ten przyjmie zaraz jego podarki i nie będzie wybrzydzał. Stanley chciał się po napawać ich majestatyczną postawą i gracją z jaką przyszło im wić się w palenisku.</p>
<p>Nic nie mogło trwać wiecznie, więc nie mógł tego odwlekać w nieskończoność. Pierwsze do ognia poleciały kwiaty, które w mgnieniu oka zaczęły zanikać pod wpływem żaru. Nim zdążył się odwrócić po pierwszą z wiadomości, rośliny przestały istnieć. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Czas na list</span> Pokiwał głową, rzucając dłuższe pismo w kierunku płomieni. List do Stelli zniknął jeszcze szybciej.</p>
<p>Ciężko westchnął robiąc to samo z drugim listem. Ten również nie ostał się zbyt długo, stając się samym popiołem w kominku.</p>
<p><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Zdrowie Twoich bliskich</span> Borgin wzniósł toast, a następnie wylał zawartość szklanki do kominka. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Przyda im się teraz dużo zdrowia...</span> Życzył im jak najlepiej w tej chwili. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">To koniec pewnego rozdziału</span> Przyznał sam przed sobą, rozgrzebując żar na boki. Stanley musiał udać się na spoczynek, wszak padał już na twarz. Nie chciał przecież puścić całego lokalu z dymem.</p>
<p>W kilka minut sprzątnął całą salę główną, spoglądając nie raz w kierunku kominka. Nic się jednak nie wydarzyło, więc po prostu udał się na spoczynek.</p>
<p><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Non omnis moriar</span> - z tymi słowami w myślach udało mu się zasnąć. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Są teraz w lepszym miejscu</span> Był o tym święcie przekonany.</p>
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">Koniec sesji</div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[[inny avek]https://i.pinimg.com/736x/f3/a9/80/f3a9805bfae07d8c1d71c8ba735773e9.jpg[/inny avek]<br />
<div id="dataa" class="mycode_b"><span style="font-size: medium;" class="mycode_size">Noc z 4 na 5 września 1972, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Głębina</span></span></div>
<br />
<p>Ogień w kominku skwierczał dźwięcznie, będąc jedynym źródłem odgłosów w tym pomieszczeniu. Stanley siedział gdzieś po środku sali przy jednym ze stolików. Lokal, który przeważnie tętnił życiem czy posiadał chociaż garstkę klientów, był aktualnie pusty - został zamknięty przed czasem na prośbę samego właściciela. Wszyscy goście musieli opuścić ten przybytek. To samo tyczyło się Francisa, który po ogarnięciu swoich sprawunków, został zwolniony do domu około północy.</p>
<p>Nikt nie był w stanie przerwać tej ciszy i wejść do sali głównej, ponieważ drzwi zostały zamknięte na cztery spusty. Wszystko po to, aby nikt nie miał możliwości do wtargnięcia do środka. Dzisiaj nie byli mile widziani.</p>
<p>W Głębinie został sam Stanley i jego myśli.</p>
<p>Koniec sierpnia było niczym zderzenie z rzeczywistością. Było czymś wręcz niespotykanym. Nic więc dziwnego, że Borgin nie zdążył się pożegnać ani z jednym, ani z drugim. Dwie śmierci w przeciągu trzech dni to było zbyt dużo - nawet jak na niego samego.</p>
<p>Bukiet dali spoczywał gdzieś na boku stolika. Robiła to też szklanka z alkoholem, która nie miał posłużyć jako napitek dla Stanley. Nie obyło się również bez kałamarza i kilku czy kilkunastu pergaminów, które miały być świadkiem ostatnich listów. Listów, które Borgin pisał w zasadzie dla samego siebie, aby móc poczuć się chociaż odrobinę lepiej. Może liczył na jakieś rozliczenie w głębi duszy?</p>
<p>Były brygadzista odpalił sobie jeszcze papierosa, którym następnie się zaciągnął. Był gotów. Chwycił pióro i mógł rozpocząć to, co chodziło za nim od kilku dni.</p>
<p>Tylko jak powinien to zacząć? Od kogo też powinien zacząć? <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Wiem...</span> Pokiwał głową, pisząc pierwsze słowa.</p>
<br />
<div class="koperta">Najdroższa Stello,<br />
<br />
Z bólem serca i rozpaczą przyjąłem wieść o Twoim odejściu z tego świata. Zdaje sobie sprawę, że jesteś teraz w lepszym miejscu wraz ze swoją siostrą, chociaż możemy się z tym nie zgodzić, jest to jak najbardziej sprawiedliwe i słuszne. Twoje codziennie cierpienia jakie znosiłaś od wielu miesięcy, w końcu przyniosły ukojenie Twojej duszy. Nigdy do końca nie byłem w stanie zrozumieć Twojej straty, ponieważ nie byłem w takiej sytuacji - nie miałem rodzeństwa jak dobrze wiesz, a przynajmniej nie takiego, które miałbym potwierdzone na papierze wraz z odpowiednimi dokumentami. Nie zmieniało to jednak faktu, że próbowałem i starałem się Ciebie wspierać w tym wszystkim, pilnując, aby nic Ci się nie stało. Jak widać na próżno i bez efektów, skoro jestem zmuszony pisać ten list, który nigdy do Ciebie nie dotrze.<br />
<br />
Wiele słów ciśnie mi się usta, a zwłaszcza jedno - przepraszam. Za bardzo wiele rzeczy, a przede wszystkim za to, że byłem z Tobą nie szczery i chowałem przed Tobą prawdę na którą zasługiwałaś. O ile z początku rzeczywiście był ten skłonny do pomocy i uczynny brygadzista, niedoszły Auror, tak z biegiem czasu to wszystko było zatracone i stawało się teatrzykiem, który miał mnie kryć i tworzyć złudną iluzję, że wszystko było dalej w porządku.<br />
Niestety od dawna nie było. Mogłabyś się teraz trudzić i zastanawiać, kiedy to się stało i przede wszystkim czym było to spowodowane. Jako, że jestem Ci to dłużny, śpieszę z odpowiedzią.<br />
<br />
Październik 1970, śmierć Anne. Dalej pamiętam jak zjawiłaś się tego feralnego dnia i niestety musiałaś zobaczyć ten przykry widok wraku człowieka jakim wtedy byłem. Nie ukrywam - myślałem, że to koniec i chciałem tylko umrzeć. Nie widziałem dalszego celu egzystencji w tym świecie, a Ty mimo wszystko wyciągnęłaś do mnie pomocną dłoń i kazałaś mi stanąć na nogi. Tak, kazałaś, bo po długim czasie sama przyznałaś, że skorzystałaś wtedy ze swojej wiłej mocy, którą ukrywałaś przede mną w swoich obawach. Nie będę owijał w bawełnę - pomogło mi to ponownie stanąć na nogi i nabrać wiatru w żagle. Szkoda, że negatywnego, ponieważ zboczyłem wtedy ze ścieżki dobra, obierając drogę ku samozagładzie. Nie była to jednak Twoja wina w żadnym razie, wszak chciałaś tylko mojego dobra, a to ja nie potrafiłem sobie z tym poradzić. Nie poprosiłem też o pomoc, bo tak już niestety mam, że wszystko próbuje dźwigać na własnych barkach. To był element zwrotny w tym wszystkim - postanowiłem zostać jednym z nich. Śmierciożerców. Popleczników Czarnego Pana. Liczyłem, że wypełni to pustkę i smutek jaki pojawił się po stracie ukochanej matki. Myliłem się.<br />
<br />
Skłamałbym jednak, gdybym nie wspomniał teraz o jednym fakcie dotyczącym śmierci Anne. To wszystko moja wina. Zginęła z mojej winy i mojej chorej fascynacji związanej z czarną magią i szeroko pojętą nekromancją. Jedna pomyłka, a namieszała tyle w życiu i co gorsza, pozbawiła życia Merlinowi ducha winną kobietę, bo nie ukrywajmy - niczym sobie nie zasłużyła na taki los. Nie zrobiła nic złego w życiu, aby miała zginąć w ten sposób.<br />
To jednak był dopiero początek. Nie minął miesiąc, a nastała druga tragedia, która zmieniła Ciebie na zawsze. Nie było już tej samej Stelli, która dała mi drugą czy nawet trzecią szansę i tej, która w zdenerwowaniu na mnie, ustalała szczegóły obrazu na urodziny mojej rodzicielki. Wtedy była Stella, która nie rozumiała niesprawiedliwości losu. Która pytała o jedno - "dlaczego akurat mnie spotkał ten los"? Widziałem w Twoich oczach wiele bólu i cierpienia, ale nie mogłem zrobić zbyt wiele, bo po prostu nie potrafiłem, a co gorsza - sam już zatraciłem się w sobie, coraz bardziej obcując z czarną magią.<br />
<br />
Nie minęło może z pół roku, a dorobiłem się znaku na lewej ręce, który noszę po dziś dzień. Nie był to też jakiś pamiątkowy tatuaż, który miałby odnosić się do jakiegoś sukcesu z Hogwartu czy Ministerstwa, chociaż tych nie było zbyt wiele. Był, a w zasadzie jest to znak symbolizujący jedno - przynależność do zwolenników nowego ładu vel Śmierciożerców. <br />
Łatwo było ukrywać to wszystko, ponieważ nie interesowałaś się polityką, a w dodatku chowałaś się przed światem w swojej bezpiecznej przystani - w swoim własnym mieszkaniu. Oddawałaś się tam sztuce i topiłaś smutki po stracie siostry, a ja po prostu kontynuowałem swoją grę do tego stopnia, że gdy to piszę, mam na swoim sumieniu kilka mniej lub bardziej niewinnych osób.<br />
<br />
Przechodząc sprawnie do roku 72 i feralnego w skutkach Beltane na przełomie kwietnia i maja. Tego dnia byłem tam i walczyłem, ale nie z tymi "złymi", a ramię w ramię z Śmierciożercami, bo byłem jednym z nich. Nie byłem żadnych bohaterem, tak jak mogłaś to sobie wyobrażać. Mój list w tamtym czasie, który pisałem do Ciebie w emocjach, spowodowany był obawą, że mogło Ci się coś stać tego popołudnia. Co gorsza, z mojej winy, a nigdy bym sobie tego nie wybaczył. Wiem, że nie jest to żadnym usprawiedliwieniem ale Twoja odpowiedź przyniosła mi wiele ulgi w tamtej chwili. Jedna, prosta informacja, że jesteś bezpieczna i że nie spadł Ci włos z głowy - była to wiedza czysto zbawienna. Dawno puściłem w niepamięć naszą kłótnię, która mieliśmy w chwilę po tych tragicznych wydarzeniach z Doliny. Chociaż Ty potrafiłaś zebrać się na odwagę, aby mi wszystko powiedzieć. Ja niestety nie.<br />
<br />
To jednak nie koniec moich grzechów o których nie wiedziałaś i mogłaś sobie nie zdawać nawet sprawy. W przededniu Beltane, zaniosłem mały prezent przełożonej Aurorów. Nie była to żadna biżuteria, ani pamiątkowe zdjęcie. Była to głowa jej ukochanego, która została ucięta przez innych popleczników, a ja zostałem oddelegowany do dostarczenia jej do samej Harper Moody. Jak się później okazało, nie obyło się bez problemów, które skończyły się dla mnie przesłuchaniem i moją ucieczką z Ministerstwa. Końcówka czerwca to ostatni raz kiedy moja noga stanęła w Ministerstwie i kiedy po raz ostatni odbyłem służbę jako brygadzista w Departamencie Przestrzegania Praw Czarodziejów. Od tej pory byłem, a w zasadzie dalej jestem poszukiwany listem gończym przez swoich byłych kolegów i koleżanki z pracy.<br />
<br />
Z początkiem lipca przeniosłem swoją działalność na Nokturn, a dokładniej to na Podziemnie Ścieżki, które stały się moim nowym domem. Może to wiele wyjaśniać dlaczego to zawsze przychodziłem w odwiedziny do Ciebie ja, a nie vice versa. Jako osoba non grata w społeczeństwie, mogło być bardzo trudno się ze mną pojawić w jakimś miejscu publicznym i bardzo dobrze o tym wiedziałem, więc starałem się tego unikać jak ognia.<br />
<br />
Nie udało się jednak tego osiągnąć, ponieważ Atreus, mój serdeczny przyjaciel, przekazał mi długopis, który gdzieś w połowie lipca przeniósł mnie na jakieś randkowe widowisko na ulicy Pokątnej. Odpowiedziałem tam na kilka pytań, sam kilka zadałem kiedy okazało się, że jestem jednym z wybierających. Kiedy jednak moja przykrywka w postaci maski upadła, musiałem się ratować, uciekając z Sophie, która okazała się być moją siostrą jako córka Roberta. Wiem, że może być to trochę zawiłe ale sam nie potrafiłem się w tym połapać z początku.<br />
<br />
Jak sama widzisz, a raczej widziałabyś czy słyszałabyś gdybym Ci o tym powiedział, moja lista grzechów jest całkiem pokaźna, a nie wspomniałem o wszystkich, ponieważ musiałbym pisać ten list z dobry tydzień. Nie zmienia to jednak niczego, ani mnie nie usprawiedliwia w żaden sposób. Zawiniłem na wszelkich możliwych płaszczyznach, powodując wiele złego, a wszystko wskazuje, że popełnię jeszcze więcej, ponieważ z bycia Smierciożercą można się tylko wypisać poprzez dwie rzeczy. Przez śmierć albo Azkaban, chociaż to drugie nie jest pewne, wszak może komuś udać się uciec.<br />
<br />
Stello Avery, największa miłośniczko czekolady jaką znał cały świat, przepraszam Cię za wszystko. Za to, że nie potrafiłem być lepszy kiedy na to zasługiwałaś i za to, że zatajałem przed Tobą prawdę od dobrych kilkunastu miesięcy. Nie będę się tłumaczył, że robiłem to dla Twojego dobra, bo żadne Twoje dobro z tego nie wynikło. <br />
Dziękuję Ci też za to, że byłaś i pozwoliłaś mi zrozumieć wiele rzeczy, których do tej pory nie rozumiałem i za wiele się nie zmieniło, chociaż mogłem w końcu spróbować to odmienić. Naprawdę, zawdzięczam Ci bardzo wiele, a moje słowa nie będą w stanie tego opisać nigdy. Sprowadzę więc to do dwóch słów - dziękuję i przepraszam.<br />
<br />
Wiedząc jak bardzo kochałaś dalie, chciałbym Ci złożyć ich mały bukiet wraz z tym listem, który kończę właśnie pisać. Przyjmij je proszę ode mnie, bo chciałbym wierzyć, że kiedyś mi to wszystko wybaczysz, chociaż raczej nie będę dane nam się już nigdy zobaczyć, ponieważ moje miejsce jest gdzieś w odmętach ludzkiej nicości na którą zasługuje.<br />
<br />
<br />
<br />
<div class="koperta-podpis">Stanley</div></div>
<br />
<p>Po kilku próbach, setkach skreśleń i przepisań, udało się złożyć list, który jakkolwiek odpowiadałby Stanleyowi. Może nie był perfekcyjny i idealny ale jego autor też taki nie był. Pisał to co czuł. To, co powinien był powiedzieć przed laty. Teraz? Nie miało to już większego znaczenia. Nic to nie zmieniało.</p>
<p>Nie miał nawet pojęcia ile czasu mu zeszło i ile papierosów wypalił. Popielniczka była niemalże pełna, a przed nim był jeszcze jeden list. Ten był chyba gorszy, bo Borgin nawet nie wiedział jakby mógł go rozpocząć. Od jakich słów miałby zacząć? Z której formułki miał skorzystać?</p>
<br />
<div class="koperta">
Robercie,<br />
<br />
Nie będę ukrywał, że ciężko mi zwrócić się do Ciebie w jakikolwiek inny sposób, niż po imieniu. To też nie tak, że nie próbowałem tego robić, ponieważ Richard mi świadkiem - tak właśnie było. Nie ma to już jednak żadnego większego znaczenia w zaistniałej sytuacji. Jest dużo więcej osób, które miały większe prawa do tego, aby właśnie móc zwracać się do Ciebie w inny sposób, niż ten po imieniu. Zwracać się inaczej, niż ten "biznesowy" sposób, bo czy nie tak właśnie było?<br />
<br />
Czy nie taka była nasza relacja? Czy nie potrzebowałeś mnie tylko wtedy kiedy trzeba było coś zrobić? A najlepiej to czyimiś rękoma? Moimi? Tak, aby wszystkie ślady prowadziły jak najdalej od Ciebie? Mógłbyś się bronić, że to nie tak, ale ja wiem swoje. Czar prysł. Wielka wizja relacji ojciec-syn została rozproszona i przepadła wraz z upływem czasu. Wiele czynników się na to złożyło. Jeden był w tym wszystkim dominujący - definicja słowa "ojciec", a raczej jej brak, ponieważ mój słownik nie znał takiej frazy. Nie wiedział jak powinien go interpretować czy rozumieć. Może nie powinien wcale i to był właśnie problem?<br />
<br />
Pada tu wiele pytań na które nigdy nie poznamy odpowiedzi. Wydaje mi się, że to lepsze, bo mógłbym się tylko zawieść jeszcze mocniej... gdyby te miały się właśnie pojawić. Lepiej zostawić pewne sprawy jako niedopowiedzenia czy rzeczy niewyjaśnione - tak będzie najlepiej dla nas wszystkich.<br />
<br />
Tak naprawdę nie chodzi tutaj o mnie. To nie ja jestem głównym pokrzywdzonym w tym wszystkim. To nie mi należy współczuć. Czy kiedykolwiek zastanawiałeś się jak Twoje odejście może wpłynąć na inne osoby? Na Sophie? Richarda i jego dzieci? Nawet na Lorien? Na tych wszystkich ludzi, których łączyło coś z Tobą? Pewnie nie.<br />
<br />
Dla Ciebie mogą być to puste słowa bez pokrycia. W końcu nie ma Cię już między nami ale to właśnie Ci wszyscy ludzie, niegdyś Twoi bliscy, będą zmuszeni podnieść się po tym co miało miejsce 28 sierpnia 1972 roku. I już nawet puszczam w niepamięć, że były to moje urodziny. Pierwsze, w które moglibyśmy się spotkać, a zarazem ostatnie, bo kolejnej takiej szansy już nie będzie.<br />
<br />
Być może będzie dane nam się jeszcze kiedyś spotkać. Mam nadzieję, że Maeve nie nauczy mnie nienawiści w Twoją stronę do tego czasu, a wiedz, że jest do tego skłonna.<br />
<br />
Do naszego następnego spotkania, niech Ci ziemia lekką będzie.<br />
<br />
<div class="koperta-podpis">Stanley</div></div>
<br />
<p>Udało się. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Koniec</span></p>
<p>Stolik piętrzył się od zmarnowanych pergaminów, a ogień w kominku zdążył przygasnąć. Musiało minąć wiele czasu. Stanley spojrzał na zegarek i zrozumiał, że jest już prawie poranek - strasznie się zasiedział.</p>
<p>Wstał, aby rozruszać kości i dorzucić trochę do ognia, co by nie zgasł całkowicie.</p>
<p>Ogień rzucił się na świeże kawałki drewna, zajmując je niemal od razu. Borgin powrócił do stołu i złożył oba listy.</p>
<p>Przyglądał się temu niszczycielskiemu żywiołowi przez kilka chwil, wiedząc, że ten przyjmie zaraz jego podarki i nie będzie wybrzydzał. Stanley chciał się po napawać ich majestatyczną postawą i gracją z jaką przyszło im wić się w palenisku.</p>
<p>Nic nie mogło trwać wiecznie, więc nie mógł tego odwlekać w nieskończoność. Pierwsze do ognia poleciały kwiaty, które w mgnieniu oka zaczęły zanikać pod wpływem żaru. Nim zdążył się odwrócić po pierwszą z wiadomości, rośliny przestały istnieć. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Czas na list</span> Pokiwał głową, rzucając dłuższe pismo w kierunku płomieni. List do Stelli zniknął jeszcze szybciej.</p>
<p>Ciężko westchnął robiąc to samo z drugim listem. Ten również nie ostał się zbyt długo, stając się samym popiołem w kominku.</p>
<p><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Zdrowie Twoich bliskich</span> Borgin wzniósł toast, a następnie wylał zawartość szklanki do kominka. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Przyda im się teraz dużo zdrowia...</span> Życzył im jak najlepiej w tej chwili. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">To koniec pewnego rozdziału</span> Przyznał sam przed sobą, rozgrzebując żar na boki. Stanley musiał udać się na spoczynek, wszak padał już na twarz. Nie chciał przecież puścić całego lokalu z dymem.</p>
<p>W kilka minut sprzątnął całą salę główną, spoglądając nie raz w kierunku kominka. Nic się jednak nie wydarzyło, więc po prostu udał się na spoczynek.</p>
<p><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Non omnis moriar</span> - z tymi słowami w myślach udało mu się zasnąć. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Są teraz w lepszym miejscu</span> Był o tym święcie przekonany.</p>
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">Koniec sesji</div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[06.09.72] Mew, I threw up :'C  | Baldwin & Maeve]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4338</link>
			<pubDate>Thu, 02 Jan 2025 20:38:25 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=478">Baldwin Malfoy</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4338</guid>
			<description><![CDATA[<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><div id="dataa" class="mycode_b">Ulica Śmiertelnego Nokturnu, Palarnia Changów</div></div>
Planował teleportować się prościutko do Eurydyki. <br />
Decyzja podjęta w ułamku sekundy, gdy zrozumiał, że nie może wrócić do swojego mieszkania. Nie, kiedy była w nim Scarlett. Mulciberówna ze swoimi pięknymi oczami, ponętnym ciałem i ewidentnie niezdiagnozowaną dwubiegunówką. Chciał jej. Każda komórka w ciele próbowała go zmusić do powrotu na Horyzontalną. Ozdobieniu jej ciała fioletem i czerwienią. Opakowania wspomnień westchnień, łez i krzyków w fiolkę wspomnień owiniętą w złotą tasiemką, wysłana pierwszą lepszą sową do Charles'a Roberta. Znajome mrowienie w palcach podpowiedziało, że nie powinien. Jeszcze nie teraz. Nie kiedy emocje były tak silne, że mogły przejąć kontrolę. Scarlett stanowiła słodki substytut tego czego potrzebowało jego ciało i dusza. Tak długo jak jego oblubienica pozostawała poza zasięgiem, dziewczyna mu wystarczała. Nie chciał jej niszczyć. Nikt nie lubi bawić się popsutymi lalkami. <br />
Nie mógł wrócić do domu, bo wizja spotkania z Lorraine w tym stanie przerażała go chyba bardziej. Kusiła. Nie po tym co się stało, a każdy krok po Necronomiconie przypominał mu o grzechu i cierpieniu, które jej sprawił. Które nadal chciał jej sprawiać, żeby jego Dellilah nareszcie zrozumiała, że niektóre sny przynależały się tylko umarłym.    <br />
Eurydyka była bezpieczną opcją. Dla niego. Dla tego zjeba, który miał szczęście że urodził się pół-Malfoyem. Dla wszystkich członków nokturnowej rodziny. Było wystarczająco późno, chociaż jeszcze przed północą, żeby znaleźć w galerii jakąś pierwszą lepszą najebaną idiotkę. Dziewczyneczkę jak ich wiele. Taką, której nie będzie mu żal zaciągnąć w ciemność Katakumb i zostawić na pożarcie szczurom.<br />
<br />
Może za bardzo w prawo, trochę zbyt mocno w lewo, tequila, która spływała mu po włosach i twarzy zapewniła słaby poślizg, a do tego źle przyjął azymut kąta teleportacji względem ułożenia znajdującego się akurat w retro…preparacji? …degreadacji? …jakiejś-tam-acji Merkurego. Cokolwiek to było… Coś poszło nie tak. Wyjątkowo nie tak. Po tym jak z trzaskiem deportował się z mieszkania Charliego pozostawiając kałużę alkoholu, z jeszcze większym pojawił się… w Palarni Changów. Znajomy zapach opium uderzył go w tej samej sekundzie, mieszając z ostrością tequili i wiszącego w powietrzu zaduchu czarnej magii. Prawie się porzygał od tej niespodziewanej mieszanki. Zachwiał się, wpadał na jakiegoś typa, wytrącając mu z łapy fajkę do opium.<br />
- Anioł jakowy? - Wybełkotał ledwo kontaktujący z rzeczywistością gość. Baldwin przez moment rozważał wbicie mu różdżki w nos i sprawdzenie jak zadziała chłoszczyść, ale zacisnął tylko mocniej zęby. <br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Tak. A teraz wypierdalaj.</span>- Warknął spychając go z drewnianego krzesełka, z niemą satysfakcją obserwując jak ćpun pada na podłogę niczym kilkudziesięciokilogramowy wór ryżu. Baldwin przysiadł na cudownie zwolnionym miejscu. Nie zauważył nawet kiedy Rozalinda umknęła mu z przemoczonej kieszeni, znikając bogowie jedni wiedzą gdzie, załatwiać jakieś swoje szczurze sprawy pewnie. <br />
Przeczesał palcami mokre i brudne włosy, odgarniając je z twarzy. Chyba nawet nie miał ochoty patrzeć na siebie w lustro. Wystarczyło, że przesunął dłonią pod okiem, żeby tępy ból wrócił. Docisnął nieco mocniej. Kurwa. Pewnie miał limo. Zajebiście. Po co on się przejmował co powie Lorraine, skoro w teatrze go zabiją.<br />
Pierdolony Mulciber. <br />
<br />
Spróbował upić trochę herbaty z filiżanki pozostawionej na stoliku, żeby zadusić cierpki smak żółci w ustach, ale wypluł ją z powrotem do naczynka, gdy tylko smak bagna (czy tam porządnie zaparzonych liści) połaskotał go w podniebienie. <br />
Ja pierdolę, oni to za karę muszą żłopać czy co? <br />
Nie chciał tu siedzieć zbyt długo, bo wkurzenie Madeline Chang samym faktem że oddycha i w dodatku obcieka tequilą na jej drewnianą posadzkę leżało gdzieś na samym dole przyjebanych pomysłów Malfoy’a. To że tej strasznej baby akurat nie było w zasięgu wzroku nie znaczyło, że nie czaiła się gdzieś w ciemnościach. Przymknął na moment podbite oko i znów upił herbaty. Nadal paskudna. Znów wypluł ją do filiżanki.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><div id="dataa" class="mycode_b">Ulica Śmiertelnego Nokturnu, Palarnia Changów</div></div>
Planował teleportować się prościutko do Eurydyki. <br />
Decyzja podjęta w ułamku sekundy, gdy zrozumiał, że nie może wrócić do swojego mieszkania. Nie, kiedy była w nim Scarlett. Mulciberówna ze swoimi pięknymi oczami, ponętnym ciałem i ewidentnie niezdiagnozowaną dwubiegunówką. Chciał jej. Każda komórka w ciele próbowała go zmusić do powrotu na Horyzontalną. Ozdobieniu jej ciała fioletem i czerwienią. Opakowania wspomnień westchnień, łez i krzyków w fiolkę wspomnień owiniętą w złotą tasiemką, wysłana pierwszą lepszą sową do Charles'a Roberta. Znajome mrowienie w palcach podpowiedziało, że nie powinien. Jeszcze nie teraz. Nie kiedy emocje były tak silne, że mogły przejąć kontrolę. Scarlett stanowiła słodki substytut tego czego potrzebowało jego ciało i dusza. Tak długo jak jego oblubienica pozostawała poza zasięgiem, dziewczyna mu wystarczała. Nie chciał jej niszczyć. Nikt nie lubi bawić się popsutymi lalkami. <br />
Nie mógł wrócić do domu, bo wizja spotkania z Lorraine w tym stanie przerażała go chyba bardziej. Kusiła. Nie po tym co się stało, a każdy krok po Necronomiconie przypominał mu o grzechu i cierpieniu, które jej sprawił. Które nadal chciał jej sprawiać, żeby jego Dellilah nareszcie zrozumiała, że niektóre sny przynależały się tylko umarłym.    <br />
Eurydyka była bezpieczną opcją. Dla niego. Dla tego zjeba, który miał szczęście że urodził się pół-Malfoyem. Dla wszystkich członków nokturnowej rodziny. Było wystarczająco późno, chociaż jeszcze przed północą, żeby znaleźć w galerii jakąś pierwszą lepszą najebaną idiotkę. Dziewczyneczkę jak ich wiele. Taką, której nie będzie mu żal zaciągnąć w ciemność Katakumb i zostawić na pożarcie szczurom.<br />
<br />
Może za bardzo w prawo, trochę zbyt mocno w lewo, tequila, która spływała mu po włosach i twarzy zapewniła słaby poślizg, a do tego źle przyjął azymut kąta teleportacji względem ułożenia znajdującego się akurat w retro…preparacji? …degreadacji? …jakiejś-tam-acji Merkurego. Cokolwiek to było… Coś poszło nie tak. Wyjątkowo nie tak. Po tym jak z trzaskiem deportował się z mieszkania Charliego pozostawiając kałużę alkoholu, z jeszcze większym pojawił się… w Palarni Changów. Znajomy zapach opium uderzył go w tej samej sekundzie, mieszając z ostrością tequili i wiszącego w powietrzu zaduchu czarnej magii. Prawie się porzygał od tej niespodziewanej mieszanki. Zachwiał się, wpadał na jakiegoś typa, wytrącając mu z łapy fajkę do opium.<br />
- Anioł jakowy? - Wybełkotał ledwo kontaktujący z rzeczywistością gość. Baldwin przez moment rozważał wbicie mu różdżki w nos i sprawdzenie jak zadziała chłoszczyść, ale zacisnął tylko mocniej zęby. <br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Tak. A teraz wypierdalaj.</span>- Warknął spychając go z drewnianego krzesełka, z niemą satysfakcją obserwując jak ćpun pada na podłogę niczym kilkudziesięciokilogramowy wór ryżu. Baldwin przysiadł na cudownie zwolnionym miejscu. Nie zauważył nawet kiedy Rozalinda umknęła mu z przemoczonej kieszeni, znikając bogowie jedni wiedzą gdzie, załatwiać jakieś swoje szczurze sprawy pewnie. <br />
Przeczesał palcami mokre i brudne włosy, odgarniając je z twarzy. Chyba nawet nie miał ochoty patrzeć na siebie w lustro. Wystarczyło, że przesunął dłonią pod okiem, żeby tępy ból wrócił. Docisnął nieco mocniej. Kurwa. Pewnie miał limo. Zajebiście. Po co on się przejmował co powie Lorraine, skoro w teatrze go zabiją.<br />
Pierdolony Mulciber. <br />
<br />
Spróbował upić trochę herbaty z filiżanki pozostawionej na stoliku, żeby zadusić cierpki smak żółci w ustach, ale wypluł ją z powrotem do naczynka, gdy tylko smak bagna (czy tam porządnie zaparzonych liści) połaskotał go w podniebienie. <br />
Ja pierdolę, oni to za karę muszą żłopać czy co? <br />
Nie chciał tu siedzieć zbyt długo, bo wkurzenie Madeline Chang samym faktem że oddycha i w dodatku obcieka tequilą na jej drewnianą posadzkę leżało gdzieś na samym dole przyjebanych pomysłów Malfoy’a. To że tej strasznej baby akurat nie było w zasięgu wzroku nie znaczyło, że nie czaiła się gdzieś w ciemnościach. Przymknął na moment podbite oko i znów upił herbaty. Nadal paskudna. Znów wypluł ją do filiżanki.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[28.08.1972] Nothing left but one another]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4307</link>
			<pubDate>Fri, 20 Dec 2024 00:38:57 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=43">Maeve Chang</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4307</guid>
			<description><![CDATA[<div class="poszukiwania"><div class="poszukiwania2"><h1>28 sierpnia 1972</h1><br />
<h2> Maeve Chang &amp; Stanley Andrew Borgin<br />
<br />
Palarnia Changów, pokój Mewy, wieczór </h2></div></div>
<br />
Wstydziła się własnego cienia. <br />
<br />
Tak nie zrozumieć powagi sytuacji mogła tylko ona; normalnie przecież rozumieli się bez słów, znali się jak łyse konie, a jakimś cudem nie wyczytała z tego pierwszego listu, że Stanley nie żartuje. Kiedy przeczytała wiadomość po raz drugi, już świadoma swojego sakramenckiego faux-pas, treść wydawała się kurewsko oczywista. Nie mogła tego nawet zwalić na karb bycia zwyczajnie nabzdryngoloną, bo choćby chciała, nie mogła się upić. W sumie nie było co gdybać - nigdy wcześniej tak bardzo nie chciała znieczulić się alkoholem jak teraz.<br />
<br />
Pluła sobie więc w brodę, że po pierwsze zachowała się jak zjeb na dzień dobry, a po drugie zaprosiła go do siebie, kiedy była ostatnią osobą, która powinna wspierać kogoś w żałobie. Wszak Mewa nie umiała żadnej żałoby uszanować, prędzej czy później będzie próbować obrócić to w jakiś żałosny żart, co będzie zdecydowanie daremne, bo Borgin definitywnie nie miał ochoty na śmiech. <br />
A po trzecie, to było jej zajebiście przykro. Nawet nie dlatego, że umarł mu ten ojciec, bo wcale tego zgreda nie żałowała, nawet jeśli istniały przesłanki, dzięki którym powinna ze Stanleyem żal za zmarłym dzielić. Było jej smutno, bo nie dość, że wszedł mu do życia z butami tylko po to, żeby umrzeć, to jeszcze bezczelnie zrobił to w jego urodziny. <br />
<br />
I jak mu miała dać teraz ten prezent? Co miała powiedzieć? <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Hej, wszystkiego najlepszego z okazji śmierci twojego ojca?</span><br />
<br />
Wpuściła go do swojego pokoju, a raczej nieokiełznanej dżungli, z której tylko nieśmiało wychylało się z oddali niepościelone łóżko, a także kawałek zdrapanego parkietu, na którym rozwalone były trzy doniczki i ziemia. Tak rzuciła o tych paprotkach, bo akurat sowa przyniosła te marne wieści jak je przesadzała, więc zostawiła wszystko jak stało. Nie marnowała czasu na sprzątanie, wolała ostrzec rodzinę, że sprawa jest poważna i mają się do jej pokoju za żadne skarby nie wpierdalać. <br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Siadaj, gdzie chcesz i na czym chcesz</span> - powiedziała, po czym migiem zdjęła ubrania, definitywnie nie swoje, i pelargonię zawalające pobliski fotel. Starła z podłokietnika kurz i ziemię, uśmiechnęła się głupio, choć przepraszająco. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Dać ci coś do picia? Gdzieś mam chińskie wino ze śliwek, smakuje jak kompot, ale kopie jak samogon. Znaczy, tak mówią klienci, ja się chuja znam</span> - zaproponowała, a potem zaczęła przeglądać zakamarki za butelką, którą kilka dni temu napoczęła z Lorraine, a potem w ferworze ich zwyczajowych przygód, wcisnęła w jakiś kąt, byle nie zawadzało. Widać było, że się trochę kręci po pokoju bez sensu, jak smród po gaciach, ale wyraźnie dlatego, że nie wiedziała, co innego powiedzieć, żeby się jeszcze bardziej nie zbłaźnić. <br />
Lub żeby Stanleya nie zranić.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div class="poszukiwania"><div class="poszukiwania2"><h1>28 sierpnia 1972</h1><br />
<h2> Maeve Chang &amp; Stanley Andrew Borgin<br />
<br />
Palarnia Changów, pokój Mewy, wieczór </h2></div></div>
<br />
Wstydziła się własnego cienia. <br />
<br />
Tak nie zrozumieć powagi sytuacji mogła tylko ona; normalnie przecież rozumieli się bez słów, znali się jak łyse konie, a jakimś cudem nie wyczytała z tego pierwszego listu, że Stanley nie żartuje. Kiedy przeczytała wiadomość po raz drugi, już świadoma swojego sakramenckiego faux-pas, treść wydawała się kurewsko oczywista. Nie mogła tego nawet zwalić na karb bycia zwyczajnie nabzdryngoloną, bo choćby chciała, nie mogła się upić. W sumie nie było co gdybać - nigdy wcześniej tak bardzo nie chciała znieczulić się alkoholem jak teraz.<br />
<br />
Pluła sobie więc w brodę, że po pierwsze zachowała się jak zjeb na dzień dobry, a po drugie zaprosiła go do siebie, kiedy była ostatnią osobą, która powinna wspierać kogoś w żałobie. Wszak Mewa nie umiała żadnej żałoby uszanować, prędzej czy później będzie próbować obrócić to w jakiś żałosny żart, co będzie zdecydowanie daremne, bo Borgin definitywnie nie miał ochoty na śmiech. <br />
A po trzecie, to było jej zajebiście przykro. Nawet nie dlatego, że umarł mu ten ojciec, bo wcale tego zgreda nie żałowała, nawet jeśli istniały przesłanki, dzięki którym powinna ze Stanleyem żal za zmarłym dzielić. Było jej smutno, bo nie dość, że wszedł mu do życia z butami tylko po to, żeby umrzeć, to jeszcze bezczelnie zrobił to w jego urodziny. <br />
<br />
I jak mu miała dać teraz ten prezent? Co miała powiedzieć? <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Hej, wszystkiego najlepszego z okazji śmierci twojego ojca?</span><br />
<br />
Wpuściła go do swojego pokoju, a raczej nieokiełznanej dżungli, z której tylko nieśmiało wychylało się z oddali niepościelone łóżko, a także kawałek zdrapanego parkietu, na którym rozwalone były trzy doniczki i ziemia. Tak rzuciła o tych paprotkach, bo akurat sowa przyniosła te marne wieści jak je przesadzała, więc zostawiła wszystko jak stało. Nie marnowała czasu na sprzątanie, wolała ostrzec rodzinę, że sprawa jest poważna i mają się do jej pokoju za żadne skarby nie wpierdalać. <br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Siadaj, gdzie chcesz i na czym chcesz</span> - powiedziała, po czym migiem zdjęła ubrania, definitywnie nie swoje, i pelargonię zawalające pobliski fotel. Starła z podłokietnika kurz i ziemię, uśmiechnęła się głupio, choć przepraszająco. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Dać ci coś do picia? Gdzieś mam chińskie wino ze śliwek, smakuje jak kompot, ale kopie jak samogon. Znaczy, tak mówią klienci, ja się chuja znam</span> - zaproponowała, a potem zaczęła przeglądać zakamarki za butelką, którą kilka dni temu napoczęła z Lorraine, a potem w ferworze ich zwyczajowych przygód, wcisnęła w jakiś kąt, byle nie zawadzało. Widać było, że się trochę kręci po pokoju bez sensu, jak smród po gaciach, ale wyraźnie dlatego, że nie wiedziała, co innego powiedzieć, żeby się jeszcze bardziej nie zbłaźnić. <br />
Lub żeby Stanleya nie zranić.]]></content:encoded>
		</item>
	</channel>
</rss>