<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0" xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">
	<channel>
		<title><![CDATA[Secrets of London - Podziemne Ścieżki]]></title>
		<link>https://secretsoflondon.pl/</link>
		<description><![CDATA[Secrets of London - https://secretsoflondon.pl]]></description>
		<pubDate>Fri, 17 Apr 2026 19:32:00 +0000</pubDate>
		<generator>MyBB</generator>
		<item>
			<title><![CDATA[[20.09.1972] Bober, kurwa | Aidan, Stanley]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5406</link>
			<pubDate>Tue, 02 Dec 2025 20:16:17 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=409">Aidan Parkinson</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5406</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">20 września 1972<br />
Noc</div>
<br />
<a href="https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=2642&amp;pid=80717#pid80717" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">Sowa z instrukcją</a> jak dostać się do Głębiny dotarła do Aidana wieczorem. I pewnie olałby sprawę i przylazł do Stanleya następnego dnia, ale nie mógł się powstrzymać przed tym, by chwycić za swoją skórzaną kurtkę i nie ruszyć od razu. Pod pachą miał pudełko po butach, brudne i dziwnie pachnące. Mieszanina zapachów przyprawiała o mdłości, ale nie miał przy sobie nic lepszego, niż to w czym znalazł... A co znalazł? To niespodzianka.<br />
<br />
Aidan wyruszył z mieszkania, które wynajął (bo jego wciąż było pojebane, więc na razie wolał się tam nie zapuszczać) na Horyzontalnej, a potem ruszył w kierunku Nokturnu. Paskudne uliczki znał prawie że na wylot, a niektórzy z bywalców tej części Magicznego Londynu znali Aidana. Niektórzy jako brygadzistę, który za garść informacji mógł przymknąć oko na niektóre sprawy. Niektórzy jako tego, którego się nie wkurwiało, bo jego lont był krótszy niż lont mugolskiej bomby, która nie tak dawno rozpierdoliła jakiś most czy tam stację kolejową. W każdym razie nikomu dzisiaj nie przyszło do głowy, żeby zaczepiać Parkinsona - być może to jego urok, a być może pudełko po butach, od zapachu którego chciało się rzygać. Jebało tak, jakby jednorożec wytarzał się w śmieciach. Dwie wonie mieszały się ze sobą, a do tego dochodził zapach petów, którymi "pachniał" Aidan. Mieszkanka absolutnie obrzydliwa. No i ten miesiany-miesiany z dzisiejszych frytek w bułce też był wyczuwalny.<br />
<br />
Na Nokturnie czekał na niego Francis, który zaprowadził Aidana do Głębiny. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Fajnie się urządził, jebany</span> - miał typa, który sprowadzał mu kumpli na chatę. Ciekawe czy panienki także mu załatwiał? Ale nie chciał pytać, bo na niektóre pytania lepiej było nie poznawać odpowiedzi. Już wystarczająco siły używał do tego, by nie marszczyć nosa. W końcu jednak skapitulował i wsadził sobie do dziurek chusteczkę. Gdy więc Francis wprowadził go do Głębiny i "zaprosił do gabinetu" (czy ogórkowy biznes przynosił tyle kasy? Musiał rozważyć rzucenie pracy i dołączenie do Borgina, bo kurwa, też tak chciał), to nie tylko wyglądał, ale i mówił jak przygłup.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Stachu, kurwa, nie uwierzysz</span> - mówił przez nos, oczywiście, bo ten wciąż miał zatkany papierową chusteczką. Bez ceregieli położył pudełko po butach na biurku Stanleya. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Wróciłem z tej randki, na którą mnie wysłała stara, nie? I coś piszczało w śmietniku.</span><br />
Ani be, ani me, ani dzień dobry czy pocałuj mnie w dupę. Po prostu położył w miarę delikatnie to pudełko na blacie, szczerząc się jak szczerbaty na suchary. Frytbuła wprawiła go w doskonały nastrój.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">20 września 1972<br />
Noc</div>
<br />
<a href="https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=2642&amp;pid=80717#pid80717" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">Sowa z instrukcją</a> jak dostać się do Głębiny dotarła do Aidana wieczorem. I pewnie olałby sprawę i przylazł do Stanleya następnego dnia, ale nie mógł się powstrzymać przed tym, by chwycić za swoją skórzaną kurtkę i nie ruszyć od razu. Pod pachą miał pudełko po butach, brudne i dziwnie pachnące. Mieszanina zapachów przyprawiała o mdłości, ale nie miał przy sobie nic lepszego, niż to w czym znalazł... A co znalazł? To niespodzianka.<br />
<br />
Aidan wyruszył z mieszkania, które wynajął (bo jego wciąż było pojebane, więc na razie wolał się tam nie zapuszczać) na Horyzontalnej, a potem ruszył w kierunku Nokturnu. Paskudne uliczki znał prawie że na wylot, a niektórzy z bywalców tej części Magicznego Londynu znali Aidana. Niektórzy jako brygadzistę, który za garść informacji mógł przymknąć oko na niektóre sprawy. Niektórzy jako tego, którego się nie wkurwiało, bo jego lont był krótszy niż lont mugolskiej bomby, która nie tak dawno rozpierdoliła jakiś most czy tam stację kolejową. W każdym razie nikomu dzisiaj nie przyszło do głowy, żeby zaczepiać Parkinsona - być może to jego urok, a być może pudełko po butach, od zapachu którego chciało się rzygać. Jebało tak, jakby jednorożec wytarzał się w śmieciach. Dwie wonie mieszały się ze sobą, a do tego dochodził zapach petów, którymi "pachniał" Aidan. Mieszkanka absolutnie obrzydliwa. No i ten miesiany-miesiany z dzisiejszych frytek w bułce też był wyczuwalny.<br />
<br />
Na Nokturnie czekał na niego Francis, który zaprowadził Aidana do Głębiny. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Fajnie się urządził, jebany</span> - miał typa, który sprowadzał mu kumpli na chatę. Ciekawe czy panienki także mu załatwiał? Ale nie chciał pytać, bo na niektóre pytania lepiej było nie poznawać odpowiedzi. Już wystarczająco siły używał do tego, by nie marszczyć nosa. W końcu jednak skapitulował i wsadził sobie do dziurek chusteczkę. Gdy więc Francis wprowadził go do Głębiny i "zaprosił do gabinetu" (czy ogórkowy biznes przynosił tyle kasy? Musiał rozważyć rzucenie pracy i dołączenie do Borgina, bo kurwa, też tak chciał), to nie tylko wyglądał, ale i mówił jak przygłup.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Stachu, kurwa, nie uwierzysz</span> - mówił przez nos, oczywiście, bo ten wciąż miał zatkany papierową chusteczką. Bez ceregieli położył pudełko po butach na biurku Stanleya. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Wróciłem z tej randki, na którą mnie wysłała stara, nie? I coś piszczało w śmietniku.</span><br />
Ani be, ani me, ani dzień dobry czy pocałuj mnie w dupę. Po prostu położył w miarę delikatnie to pudełko na blacie, szczerząc się jak szczerbaty na suchary. Frytbuła wprawiła go w doskonały nastrój.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[14 IX 1972, Głębina] Na tej ziemii, pod tym niebiem | Stanley & Charlotte]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5227</link>
			<pubDate>Sun, 12 Oct 2025 20:13:51 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=216">Stanley Andrew Borgin</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5227</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b"><span style="font-size: medium;" class="mycode_size">14 września 1972, Głębina</span><br />
<span style="font-size: small;" class="mycode_size">Stanley Andrew Borgin &amp; Charlotte Mulciber</span></div>
<br />
<p>Od wielkiej pożogi w Londynie minęło kilka dni. Stanley po za krótkimi wypadami na powierchnię ziemi i do Little Hangleton, siedział w swojej twierdzy. Co tam mógł robić? Rozwiązywać krzyżówki, robić wyklejanki, a przede wszystkim knuć. Planować kolejne poczynania na wielkiej planszy. No i oczywiście mógł się też nudzić - tak jak tego wieczora.</p>
<p>Co innego mu pozostało, niż pwyzywać Alexandra w listach? Nie, to już było. Może powinien pójść z Atreusem na piwo? Nie bardzo mógł, bo Bulstrode zapewne zakułby go w kajdanki. Poezja z Lorraine? Nie, była pewnie zajęta pomaganiem niewinnym duszyczkom, które cierpiały katusze. To może Antek? On też nie, bo miał narzeczoną i był teraz wielce zapracowanym człowikiem. Sauriel? Nie, bo się zaszył gdzieś na Nokturnie i nie dawał znaku życia. Mewka zresztą to samo. Kto mu pozostał jeszcze? Rodolphus? Mocna średniawka, bo chłopak miał srogo pod sufitem. Aidanek? No tu trochę problem, bo z tego co kojarzył, jego funfel teraz zajmował się zakładaniem rodziny lub przynajmniej próbami.</p>
<p>Sytuacja była ciężka. Kto mu pozostał? No nikt. Musiał siedzieć samemu i denerwować Francisa...</p>
<p>Ale nie! Był jeszcze ktoś. Była Helena. Charlena? No ta, no... Blondynka Mulciberówna, która mima bycia pyskatą, okazała się być srogo - ale pozytywnie - pierdolnięta. Mimo wstepnej agresji czy niechęci, była w porządku. Potrafiła przyświrować kiedy wymagała tego sytuacja.</p>
<p>Nestor ich wielkiego i kłótliwego rodu, Alexander mówił przecież aby sprawdził co u niej, a że było po wielkich pożarach - wypadało się upewnić, że gówniara dalej żyje. Byłaby wielka szkoda jakby jakaś blondynka musiała odejść z tego świata.</p>
<p>Nie czekając na specjalne zaproszenie, postanowił wysłał jej krótki liścik z adresem, wszak może nie miała co robić tego wieczora, a tak to mogliby chociaż coś pokminić. Może wymyśliliby nową laurkę dla Alexandra, co by docenić jego starania? To był jakiś pomysł.</p>
<p>Borgin siedział i rozwiązywał krzyżówkę, a Francis był poinformowany, aby wpuścić na zapleczę blondynkę, która miała kurwiki w oczach i chęć rozróby na twarzy. Czy był to idealny opis Charlotty? Nie ale Stanley wierzył, że poczciwy Czech da sobie radę.</p>
<p>Lokal jaki był, taki był i wszyscy o tym wiedzieli. Siedziało paru typków, którzy grali w karty czy popijali tanie trunki. Jeden z nich nawet postawił na specjał zakładu - knedliczki.</p>
<p>Nikt nie wiedział, że za chwilę miało się coś wydarzyć.</p>
<br />
!Przestępstwa]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b"><span style="font-size: medium;" class="mycode_size">14 września 1972, Głębina</span><br />
<span style="font-size: small;" class="mycode_size">Stanley Andrew Borgin &amp; Charlotte Mulciber</span></div>
<br />
<p>Od wielkiej pożogi w Londynie minęło kilka dni. Stanley po za krótkimi wypadami na powierchnię ziemi i do Little Hangleton, siedział w swojej twierdzy. Co tam mógł robić? Rozwiązywać krzyżówki, robić wyklejanki, a przede wszystkim knuć. Planować kolejne poczynania na wielkiej planszy. No i oczywiście mógł się też nudzić - tak jak tego wieczora.</p>
<p>Co innego mu pozostało, niż pwyzywać Alexandra w listach? Nie, to już było. Może powinien pójść z Atreusem na piwo? Nie bardzo mógł, bo Bulstrode zapewne zakułby go w kajdanki. Poezja z Lorraine? Nie, była pewnie zajęta pomaganiem niewinnym duszyczkom, które cierpiały katusze. To może Antek? On też nie, bo miał narzeczoną i był teraz wielce zapracowanym człowikiem. Sauriel? Nie, bo się zaszył gdzieś na Nokturnie i nie dawał znaku życia. Mewka zresztą to samo. Kto mu pozostał jeszcze? Rodolphus? Mocna średniawka, bo chłopak miał srogo pod sufitem. Aidanek? No tu trochę problem, bo z tego co kojarzył, jego funfel teraz zajmował się zakładaniem rodziny lub przynajmniej próbami.</p>
<p>Sytuacja była ciężka. Kto mu pozostał? No nikt. Musiał siedzieć samemu i denerwować Francisa...</p>
<p>Ale nie! Był jeszcze ktoś. Była Helena. Charlena? No ta, no... Blondynka Mulciberówna, która mima bycia pyskatą, okazała się być srogo - ale pozytywnie - pierdolnięta. Mimo wstepnej agresji czy niechęci, była w porządku. Potrafiła przyświrować kiedy wymagała tego sytuacja.</p>
<p>Nestor ich wielkiego i kłótliwego rodu, Alexander mówił przecież aby sprawdził co u niej, a że było po wielkich pożarach - wypadało się upewnić, że gówniara dalej żyje. Byłaby wielka szkoda jakby jakaś blondynka musiała odejść z tego świata.</p>
<p>Nie czekając na specjalne zaproszenie, postanowił wysłał jej krótki liścik z adresem, wszak może nie miała co robić tego wieczora, a tak to mogliby chociaż coś pokminić. Może wymyśliliby nową laurkę dla Alexandra, co by docenić jego starania? To był jakiś pomysł.</p>
<p>Borgin siedział i rozwiązywał krzyżówkę, a Francis był poinformowany, aby wpuścić na zapleczę blondynkę, która miała kurwiki w oczach i chęć rozróby na twarzy. Czy był to idealny opis Charlotty? Nie ale Stanley wierzył, że poczciwy Czech da sobie radę.</p>
<p>Lokal jaki był, taki był i wszyscy o tym wiedzieli. Siedziało paru typków, którzy grali w karty czy popijali tanie trunki. Jeden z nich nawet postawił na specjał zakładu - knedliczki.</p>
<p>Nikt nie wiedział, że za chwilę miało się coś wydarzyć.</p>
<br />
!Przestępstwa]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[12.09.1972] Another Life | Rodolphus, Stanley]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4947</link>
			<pubDate>Tue, 01 Jul 2025 12:51:46 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=369">Rodolphus Lestrange</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4947</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">12 września 1972<br />
Głębina</div>
<br />
Cichy trzask, zwiastujący przybycie tutaj kogoś przy pomocy teleportacji, rozległ się w pomieszczeniu, w którym ostatnio Stanley przyjmował Rodolphusa. Było to ile, kilka miesięcy temu? Wtedy, gdy przed Lammas Lestrange pomagał Borginowi zmienić rysy twarzy tak, by ten mógł szwendać się po terenie, niebędącym Ścieżkami czy Nokturnem, bez ryzyka, że któryś z Brygadzistów czy Aurorów go rozpozna i postanowi zwinąć z powrotem do Ministerstwa. Wtedy wszystko poszło gładko, tak samo jak przywrócenie normalnej twarzy Stanleya, gdy było już po wszystkim. Czy Borgin popełnił błąd, pokazując Rodolphusowi, gdzie się ukrywa?<br />
<br />
Raczej nie. Lestrange być może i nie był wylewny, jeżeli chodzi o rozmowy, lecz do tej pory trzymał gębę na kłódkę. Działali we wspólnej wierze w lepsze jutro, dodatkowo mieli inne powiązania, które wychodziły to tu, to tam, przypadkowo lub też nie. Nie miał interesu w tym, by pozbywać się Stanleya i spruć się do Victorii, która przecież była częścią systemu i na pewno by zareagowała. Chociaż... Gdy o tym pomyśleć, to jego kuzynka byłaby ostatnią osobą, która by sprzedała Borgina. Mogła uważać, że stoi po właściwej stronie, po stronie prawa, ale miała tę ogromną zaletę, że gdy opuszczała Ministerstwo, to zostawiała ministerialne sprawy za zamkniętymi drzwiami. Była przeciwieństwem Brenny, która nie potrafiła nigdy odpuścić i zawsze musiała wpakować się w sytuacje, które wymagałyby krzyczenia, że jest brygadzistką i proszę się odsunąć, bo zaraz będzie musiała kogoś zaaresztować.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Jak się czujesz?</span> - gdy pojawił się przed biurkiem Stanleya, nie silił się na żadne <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">dzień dobry</span> czy inne powitania. Wcześniej Borgin wysprzęglił się do Richarda, nazywając go wujkiem, a Lestrange nie był głupi i szybko połączył kropki. Było w tej sytuacji wiele niewiadomych, ale wszystko wskazywało na to, że nieżyjący już Robert był jego ojcem. A przecież pod koniec sierpnia Mulciber postanowił opuścić ten świat, więc <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">wypadałoby</span> zadbać o ten kontakt, który im zostawił. W kieszeni spodni spoczywała talia kart tarota, którą znalazł przypadkiem na ulicach Little Hangleton i niewiele myśląc postanowił ją zgarnąć. Karty jak karty, sam w nie nie grywał, a o tarocie wiedział tyle, co nic, ale uznał że spotkanie z Borginem może przebiec w nieco luźniejsze atmosferze. Teraz, gdy popiół opadł na ulice Londynu, trzeba było upewnić się, że ci, z którymi współpracował, nadal mieli po kolei w głowie.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">12 września 1972<br />
Głębina</div>
<br />
Cichy trzask, zwiastujący przybycie tutaj kogoś przy pomocy teleportacji, rozległ się w pomieszczeniu, w którym ostatnio Stanley przyjmował Rodolphusa. Było to ile, kilka miesięcy temu? Wtedy, gdy przed Lammas Lestrange pomagał Borginowi zmienić rysy twarzy tak, by ten mógł szwendać się po terenie, niebędącym Ścieżkami czy Nokturnem, bez ryzyka, że któryś z Brygadzistów czy Aurorów go rozpozna i postanowi zwinąć z powrotem do Ministerstwa. Wtedy wszystko poszło gładko, tak samo jak przywrócenie normalnej twarzy Stanleya, gdy było już po wszystkim. Czy Borgin popełnił błąd, pokazując Rodolphusowi, gdzie się ukrywa?<br />
<br />
Raczej nie. Lestrange być może i nie był wylewny, jeżeli chodzi o rozmowy, lecz do tej pory trzymał gębę na kłódkę. Działali we wspólnej wierze w lepsze jutro, dodatkowo mieli inne powiązania, które wychodziły to tu, to tam, przypadkowo lub też nie. Nie miał interesu w tym, by pozbywać się Stanleya i spruć się do Victorii, która przecież była częścią systemu i na pewno by zareagowała. Chociaż... Gdy o tym pomyśleć, to jego kuzynka byłaby ostatnią osobą, która by sprzedała Borgina. Mogła uważać, że stoi po właściwej stronie, po stronie prawa, ale miała tę ogromną zaletę, że gdy opuszczała Ministerstwo, to zostawiała ministerialne sprawy za zamkniętymi drzwiami. Była przeciwieństwem Brenny, która nie potrafiła nigdy odpuścić i zawsze musiała wpakować się w sytuacje, które wymagałyby krzyczenia, że jest brygadzistką i proszę się odsunąć, bo zaraz będzie musiała kogoś zaaresztować.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Jak się czujesz?</span> - gdy pojawił się przed biurkiem Stanleya, nie silił się na żadne <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">dzień dobry</span> czy inne powitania. Wcześniej Borgin wysprzęglił się do Richarda, nazywając go wujkiem, a Lestrange nie był głupi i szybko połączył kropki. Było w tej sytuacji wiele niewiadomych, ale wszystko wskazywało na to, że nieżyjący już Robert był jego ojcem. A przecież pod koniec sierpnia Mulciber postanowił opuścić ten świat, więc <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">wypadałoby</span> zadbać o ten kontakt, który im zostawił. W kieszeni spodni spoczywała talia kart tarota, którą znalazł przypadkiem na ulicach Little Hangleton i niewiele myśląc postanowił ją zgarnąć. Karty jak karty, sam w nie nie grywał, a o tarocie wiedział tyle, co nic, ale uznał że spotkanie z Borginem może przebiec w nieco luźniejsze atmosferze. Teraz, gdy popiół opadł na ulice Londynu, trzeba było upewnić się, że ci, z którymi współpracował, nadal mieli po kolei w głowie.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[4.09.1972] You say that you love me | Oliver, Ambrosia]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4815</link>
			<pubDate>Mon, 19 May 2025 12:11:10 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=564">Oliver McKinnon</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4815</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">4 września 1972, poranek<br />
Kościany Zamtuz</div>
<br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><div class="ramka">You say that you love me<br />
Then why do you hate me<br />
I'm calling you crazy<br />
For calling me baby<br />
But you want to blame me<br />
For everything lately<br />
You're trying to change me<br />
'Cause your heart is breaking</div></div>
<br />
Spokój i porządek - tak można było określić poranek w Kościanym Zamtuzie. Takie z reguły były poranki: wszystkie kurwy powoli układały się do snu, podobnie jak ich klienci. I chociaż mówiło się, że trupy nie potrzebowały snu, to jednak odpoczynek, obmycie nieumarłych ciał oraz po prostu odetchnięcie było potrzebne każdej myślącej istocie. Mogli nie spać, ale potrzebowali odpoczynku - a klienci....<br />
<br />
Ach, klientela Zamtuzu - to był osobny wątek, nad którym Oliver nie planował teraz rozmyślać. Serce ułożone z kości, które wisiało nad drzwiami wejściowymi, zagrzechotało, gdy poruszył je powiew wiatru. McKinnon nawet nie uniósł głowy, zwilżył tylko językiem palec wskazujący i kciuk, by łatwiej było mu przewrócić stronę książki. Nienawidził się uczyć, nienawidził czytać, uważał że to nie było mu do niczego potrzebne, ale matka się uparła. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Skoro chcesz tu cokolwiek osiągnąć, musisz poznać nasze dziedzictwo, Oliver</span>. <br />
<br />
Srictwo.<br />
<br />
McKinnon westchnął - przekartkował już prawie 20 stron od wieczora, a nadal nic nie chciało mu wejść do głowy. I to nie tylko dlatego, że był po prostu nieuważny: przeszkadzali mu, czytanie w pracy nie było łatwym zadaniem szczególnie gdy co chwilę musiał się odrywać od tego "pasjonującego" zajęcia. Teraz niby miał trochę spokoju, ale w zasadzie to oczy zaczynały mu się kleić i tylko czekał, aż przyjdzie jego zmienniczka. Zaczynało mu burczeć w brzuchu, ale jak zwykle nie wziął ze sobą niczego do jedzenia. Teraz to marzył o jakiejś kanapce, może ciepłej herbacie, i miękkiej poduszce, która czekała na niego w mieszkaniu.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Blablabla</span> - mruknął do siebie, marszcząc brwi. Cośtam wampiry, cośtam martwi... Podejrzewał, że matka mściła się na nim w ten sposób tylko po to, by pokazać dziadkowi, że naprawdę jej zależy. Bo chyba nie kazała mu się uczyć z troski, nie?]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">4 września 1972, poranek<br />
Kościany Zamtuz</div>
<br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><div class="ramka">You say that you love me<br />
Then why do you hate me<br />
I'm calling you crazy<br />
For calling me baby<br />
But you want to blame me<br />
For everything lately<br />
You're trying to change me<br />
'Cause your heart is breaking</div></div>
<br />
Spokój i porządek - tak można było określić poranek w Kościanym Zamtuzie. Takie z reguły były poranki: wszystkie kurwy powoli układały się do snu, podobnie jak ich klienci. I chociaż mówiło się, że trupy nie potrzebowały snu, to jednak odpoczynek, obmycie nieumarłych ciał oraz po prostu odetchnięcie było potrzebne każdej myślącej istocie. Mogli nie spać, ale potrzebowali odpoczynku - a klienci....<br />
<br />
Ach, klientela Zamtuzu - to był osobny wątek, nad którym Oliver nie planował teraz rozmyślać. Serce ułożone z kości, które wisiało nad drzwiami wejściowymi, zagrzechotało, gdy poruszył je powiew wiatru. McKinnon nawet nie uniósł głowy, zwilżył tylko językiem palec wskazujący i kciuk, by łatwiej było mu przewrócić stronę książki. Nienawidził się uczyć, nienawidził czytać, uważał że to nie było mu do niczego potrzebne, ale matka się uparła. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Skoro chcesz tu cokolwiek osiągnąć, musisz poznać nasze dziedzictwo, Oliver</span>. <br />
<br />
Srictwo.<br />
<br />
McKinnon westchnął - przekartkował już prawie 20 stron od wieczora, a nadal nic nie chciało mu wejść do głowy. I to nie tylko dlatego, że był po prostu nieuważny: przeszkadzali mu, czytanie w pracy nie było łatwym zadaniem szczególnie gdy co chwilę musiał się odrywać od tego "pasjonującego" zajęcia. Teraz niby miał trochę spokoju, ale w zasadzie to oczy zaczynały mu się kleić i tylko czekał, aż przyjdzie jego zmienniczka. Zaczynało mu burczeć w brzuchu, ale jak zwykle nie wziął ze sobą niczego do jedzenia. Teraz to marzył o jakiejś kanapce, może ciepłej herbacie, i miękkiej poduszce, która czekała na niego w mieszkaniu.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Blablabla</span> - mruknął do siebie, marszcząc brwi. Cośtam wampiry, cośtam martwi... Podejrzewał, że matka mściła się na nim w ten sposób tylko po to, by pokazać dziadkowi, że naprawdę jej zależy. Bo chyba nie kazała mu się uczyć z troski, nie?]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[08.09.1972] Falling Into the Ring of Fire (and Other Bad Ideas) | B.M & S.M.]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4572</link>
			<pubDate>Mon, 10 Mar 2025 09:09:57 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=478">Baldwin Malfoy</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4572</guid>
			<description><![CDATA[<div class="ooc"><div class="ooc-wrapper"><center><span class="ooc-toggle">Odkryj wiadomość pozafabularną</span></center><div class="ooc-content"><span style="font-size: small;" class="mycode_size">// Wykorzystuję Znajomość Półświatka (III), żeby mieć pod opieką Scarlett Mulciber na Podziemnych Ścieżkach<br />
// Zaczynamy tak na 5 minut przed wielkimi pożarami - preludium z zadaniem dotyczącym “Tego, co działo się w chwili, kiedy z nieba zaczął sypać się popiół.”</span></div></div></div>
<br />
Eurydyka miała to do siebie, że żyła w dziwnych godzinach. Późno w nocy, wczesnym rankiem, popołudniami. Czas tu nie miał znaczenia. Dni zlewały się w tygodnie. Tygodnie w miesiące. Świt, południe, północ. Galeria trwała w niezmiennym narkotycznym śnie szaleńca. Zawsze pogrążona w półmroku oświetlana jedynie kolorowymi naściennymi grzybkami, których było tu całkiem sporo (szczególnie tych w fioletowo-różowo-niebieskich odcieniach); pełna unoszącego się papierosowego smogu; cuchnąca tanim winem, farbami i opium. Szemrane towarzystwo popijające mało wyszukane trunki właśnie szykowało się do zorganizowania kolejnej krwawej walki szczurów. Gdyby Baldwin śledził te dziwaczne zawody odkryłby, że na prowadzeniu jest aktualnie dwukrotny zwycięzca Big D. ale jak burza idzie też dużo mniejszy i bardziej zwinny Rattata Joe.<br />
Jednym słowem - Eurydyka była idealnym substytutem przedszkola. Zwłaszcza dla takie przedszkolaka jak jego mała Frida. <br />
<br />
- <span style="font-style: italic;" class="mycode_i"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">The taste of love is sweet, when hearts like ours meet.</span></span>- Zanucił do spółki z Cash’em trzymając dziewczynkę za obie rączki, gdy ta bujała się w jedną i drugą stronę w tak muzyki. Uznał, że później się zastanowi, gdzie zgubiła buta, bo aktualnie na jej nóżkach tkwił tylko jeden trzewiczek. Przynajmniej już-nie-tak-białe skarpetki miała obie. Zresztą wziął ją ubraną z Necronomiconu całkiem przyzwoicie w starej, błękitnej sukieneczce od Lorraine. Złoty wieniec, który dostał na Muzie (z reguły przybity do ściany nad freskową panną z BUMu, leniwie kręcącą się w swoich żótych taśmach) tkwił w jasnych włosach Fridy. <br />
<br />
Cholera wie skąd w ich szafie grającej znalazła się ta płyta, ale skoro Młoda zdecydowała, że 8. września miał się stać wieczorem, w którym w Eurydyce rozbrzmi “30 największych przebojów country” Baldwin nie miał serca jej odmawiać. Pierwszy i jedyny pijaczyna, który próbował muzykę przełączyć właśnie leżał spetryfikowany zaklęciem na zapleczu. Więcej odważnych się nie znalazło, a na każdą werbalną skargę Malfoy wskazywał na schody i z szerokim uśmiechem “zapraszał wypierdalać jak się nie podoba”. Zresztą nie potrzeba było wiele, bo z jakiegoś powodu podpite towarzystwo szybko podłapało klimat.<br />
W końcu wziął ghoulkę na ręce i podszedł do baru, za którym jak zwykle wdzięczyła barmanka tego przybytku.<br />
- <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Chciałoby się ją schrupać.</span>- Stwierdziła Sabrina, przesuwając w jego stronę nieszczególnie czystą szklankę z ognistą whiskey. W odpowiedzi skinął głową w stronę siedzącej przy zawalonym kartkami, pergaminami i kredkami stoliku Scarlett, a wampirzyca niechętnie nalała alkoholu do drugiego naczynia. Skubnęła ostrymi pazurami Fridę za uszko, na co dziewczynka wtuliła się w opiekuna nieco mocniej.<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Słuchaj Brina, sprawę mam.</span>- Mruknął, biorąc do ręki jedną szklankę, a drugą wręczając Fridzie. -<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> Nie pij tego</span>.- Powiedział nieco ostrzej, nim dziewczynka zdążyła wsadzić nos w alkohol.- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Damy to Scarlettce.</span> <br />
Ghoulka pokiwała poważnie głową, przytulając do siebie szkło mocniej, wyraźnie przejęta swoją misją. Odwrócił z powrotem głowę w stronę wampirzycy.- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Daj mi znać jeśli Ojciec się pojawi, okej? </span><br />
Blondynka wzruszyła lekko ramionami, mrucząc pod nosem “pewnie”, choć jej mina zdradzała, że planuje o prośbie zapomnieć za dwie-trzy minuty. Ale to mu musiało wystarczyć na razie. <br />
<br />
Wrócił do stolika. <br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Spójrz Scar, złapałem <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">najładniejszą </span>kelnerkę w całym lokalu.</span>- Oświadczył, odstawiając swoją szklankę na jeden z kilku rysunków czegoś co chyba było mutacją psidwaka, akromantuli i centaura. Wolał nie ryzykować pytaniem czyje jest to arcydzieło. Pochylił się, żeby przyklejona do niego jak mały miś koala dziewczynka mogła wręczyć Mulciberównie szklankę.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div class="ooc"><div class="ooc-wrapper"><center><span class="ooc-toggle">Odkryj wiadomość pozafabularną</span></center><div class="ooc-content"><span style="font-size: small;" class="mycode_size">// Wykorzystuję Znajomość Półświatka (III), żeby mieć pod opieką Scarlett Mulciber na Podziemnych Ścieżkach<br />
// Zaczynamy tak na 5 minut przed wielkimi pożarami - preludium z zadaniem dotyczącym “Tego, co działo się w chwili, kiedy z nieba zaczął sypać się popiół.”</span></div></div></div>
<br />
Eurydyka miała to do siebie, że żyła w dziwnych godzinach. Późno w nocy, wczesnym rankiem, popołudniami. Czas tu nie miał znaczenia. Dni zlewały się w tygodnie. Tygodnie w miesiące. Świt, południe, północ. Galeria trwała w niezmiennym narkotycznym śnie szaleńca. Zawsze pogrążona w półmroku oświetlana jedynie kolorowymi naściennymi grzybkami, których było tu całkiem sporo (szczególnie tych w fioletowo-różowo-niebieskich odcieniach); pełna unoszącego się papierosowego smogu; cuchnąca tanim winem, farbami i opium. Szemrane towarzystwo popijające mało wyszukane trunki właśnie szykowało się do zorganizowania kolejnej krwawej walki szczurów. Gdyby Baldwin śledził te dziwaczne zawody odkryłby, że na prowadzeniu jest aktualnie dwukrotny zwycięzca Big D. ale jak burza idzie też dużo mniejszy i bardziej zwinny Rattata Joe.<br />
Jednym słowem - Eurydyka była idealnym substytutem przedszkola. Zwłaszcza dla takie przedszkolaka jak jego mała Frida. <br />
<br />
- <span style="font-style: italic;" class="mycode_i"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">The taste of love is sweet, when hearts like ours meet.</span></span>- Zanucił do spółki z Cash’em trzymając dziewczynkę za obie rączki, gdy ta bujała się w jedną i drugą stronę w tak muzyki. Uznał, że później się zastanowi, gdzie zgubiła buta, bo aktualnie na jej nóżkach tkwił tylko jeden trzewiczek. Przynajmniej już-nie-tak-białe skarpetki miała obie. Zresztą wziął ją ubraną z Necronomiconu całkiem przyzwoicie w starej, błękitnej sukieneczce od Lorraine. Złoty wieniec, który dostał na Muzie (z reguły przybity do ściany nad freskową panną z BUMu, leniwie kręcącą się w swoich żótych taśmach) tkwił w jasnych włosach Fridy. <br />
<br />
Cholera wie skąd w ich szafie grającej znalazła się ta płyta, ale skoro Młoda zdecydowała, że 8. września miał się stać wieczorem, w którym w Eurydyce rozbrzmi “30 największych przebojów country” Baldwin nie miał serca jej odmawiać. Pierwszy i jedyny pijaczyna, który próbował muzykę przełączyć właśnie leżał spetryfikowany zaklęciem na zapleczu. Więcej odważnych się nie znalazło, a na każdą werbalną skargę Malfoy wskazywał na schody i z szerokim uśmiechem “zapraszał wypierdalać jak się nie podoba”. Zresztą nie potrzeba było wiele, bo z jakiegoś powodu podpite towarzystwo szybko podłapało klimat.<br />
W końcu wziął ghoulkę na ręce i podszedł do baru, za którym jak zwykle wdzięczyła barmanka tego przybytku.<br />
- <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Chciałoby się ją schrupać.</span>- Stwierdziła Sabrina, przesuwając w jego stronę nieszczególnie czystą szklankę z ognistą whiskey. W odpowiedzi skinął głową w stronę siedzącej przy zawalonym kartkami, pergaminami i kredkami stoliku Scarlett, a wampirzyca niechętnie nalała alkoholu do drugiego naczynia. Skubnęła ostrymi pazurami Fridę za uszko, na co dziewczynka wtuliła się w opiekuna nieco mocniej.<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Słuchaj Brina, sprawę mam.</span>- Mruknął, biorąc do ręki jedną szklankę, a drugą wręczając Fridzie. -<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> Nie pij tego</span>.- Powiedział nieco ostrzej, nim dziewczynka zdążyła wsadzić nos w alkohol.- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Damy to Scarlettce.</span> <br />
Ghoulka pokiwała poważnie głową, przytulając do siebie szkło mocniej, wyraźnie przejęta swoją misją. Odwrócił z powrotem głowę w stronę wampirzycy.- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Daj mi znać jeśli Ojciec się pojawi, okej? </span><br />
Blondynka wzruszyła lekko ramionami, mrucząc pod nosem “pewnie”, choć jej mina zdradzała, że planuje o prośbie zapomnieć za dwie-trzy minuty. Ale to mu musiało wystarczyć na razie. <br />
<br />
Wrócił do stolika. <br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Spójrz Scar, złapałem <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">najładniejszą </span>kelnerkę w całym lokalu.</span>- Oświadczył, odstawiając swoją szklankę na jeden z kilku rysunków czegoś co chyba było mutacją psidwaka, akromantuli i centaura. Wolał nie ryzykować pytaniem czyje jest to arcydzieło. Pochylił się, żeby przyklejona do niego jak mały miś koala dziewczynka mogła wręczyć Mulciberównie szklankę.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[31/08/72] When you stare into the abyss]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4547</link>
			<pubDate>Mon, 03 Mar 2025 19:32:07 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=538">Emrys Borgin</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4547</guid>
			<description><![CDATA[Wyobrażał sobie, że przez dziewięćdziesiąt lat, które spędził, ukrywając się w mroku, jego oczy powinny były przyzwyczaić się do ciemności – podziemne ścieżki wciąż przypominały tymczasem wnętrze trumny, ciasne i nieprzeniknione, całkowicie pozbawione światła. Czasem zastanawiał się, czy tak właśnie czuł się Fergus, kiedy pogrzebał go pod ziemią i w miarę jak jego oczy przyzwyczajały się do ciemności, wyobrażał sobie, że oczy jego ojca – zawsze surowe i nieruchome jak na rodzinnych portretach – również musiały ulec zmianie, stały się szerokie i lśniące jak u wszystkich drapieżnych stworzeń, które polowały w ciemności. Myśl ta zawsze była powściągliwa i krótka, znikała, kiedy mrok zaczynał się przerzedzać, opadając na podłogę jak kurz, ale pozostawiała po sobie gorzki posmak, jaki mógłby pozostać na języku po rozgryzieniu pieprzu lub po rozległej próchnicy – w ten sposób, jak sądził, smakował strach. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Być może</span>, przekonywał się w myślach, kiedy budził się w czołem mokrym od potu i bolesnym skurczem w miejscu, gdzie powinno znajdować się bijące serce, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">powinienem był go zabić</span> – śmierć, która kiedyś wydawała mu się najgorszym, na co można było skazać drugiego człowieka, teraz przypominała jednak miłosierdzie, którego nie chciał ofiarować swojemu ojcu. Fergus zasługiwał na to, aby żyć w ten sam sposób, w jaki on nie zasługiwał na to, aby umrzeć – głód, który pojawił się wraz z nieustającym pragnieniem krwi, był bolesny i bardziej dotkliwy, a on lubił wyobrażać sobie, jak jego ojciec, pogrzebany, lecz nieumarły, odchodzi od zmysłów, a jego świadomość i zdrowy rozsądek gniją i schodzą z niego w ten sam sposób, w jaki powinna rozkładać się skóra, powoli odsłaniając mięśnie i lśniące kości.  <br />
Ciemność, która panowała w miejskich katakumbach, zaczynała tracić głębię, z uległą niechęcią odsłaniając ostre krawędzie kamienia, z którego zbudowane zostały korytarze i kontury leżących na ziemi szczątków, chrzęszczących pod butami jak żwir. Zapach, wypełniający ciasny zaułek podziemnych ścieżek, rozpoznał już wcześniej, lecz dopiero teraz, ze znudzoną satysfakcją, mógł wskazać jego źródło – nikt, poza szczurami Madame Fontaine, nie pojawiał się w tym miejscu z własnej woli. Uśmiechnął się pod nosem z mdłym rozbawieniem, wyobrażając sobie gniewną, surową twarz Frances, która wciąż, pomimo otaczającej kobietę aury, wydawała mu się śmieszna – pamiętał ją wprawdzie zaledwie jako dziewczynę, zuchwałą, lecz osamotnioną w świecie, który nigdy nie leżał w jej rękach dość wygodnie, aby mogła nazwać go swoją własnością. Powiedział, że nie będzie wchodził jej w drogę, lecz przypomniał sobie również, z ponurym rozdrażnieniem, że ona złożyła mu tę samą obietnicę – szczur stał tymczasem oparty o ścianę katakumb, jego twarz zaczerwieniona od płaczu, dłonie zaczerwienione od krwi. Zgubił się, a on go odnalazł – wkroczył w ciemność, a ciemność pochłaniała wszystko, czego zdołała dotknąć.<br />
Okazał się młodym mężczyzną, ledwie dorosłym, łatwym do zabicia – wydał z siebie zdławiony krzyk, kiedy zacisnął mu dłonie na ramionach i pchnął do tyłu tak mocno, że uderzył plecami o kamienną ścianę i prawie nie próbował się wyrwać, gdy pochylił się nad jego twarzą i zanurzył zęby w miękkiej szyi, gdzie spod bladej skóry prześwitywała gruba, błękitna tętnica. Z ustami przyciśniętymi do jego ciała, poczuł charakterystyczny, intensywny zapach potu i męskich perfum – mężczyzna pachniał lasem oraz czymś ciężkim i gęstym, co przypominało dym, a on wyczuł oczekiwany płomień pożądania, lecz był to ogień kontrolowany, zimny. Ciało stało się bezwładne i sztywne, więc objął je ramieniem, aby pozostało w pozycji stojącej, ale krew płynęła coraz wolniej i zaczynała krzepnąć mu na podniebieniu – długo słyszał jedynie spowalniający szum cudzego tętna, po katakumbach wszystkie dźwięki niosły się jednak złowrogim echem i kiedy wzdłuż ścian przesunął się odgłos cudzych kroków, szczur drgnął, a krew z jego szyi spłynęła mu nieposłuszną, czerwoną strugą wzdłuż brody, wsiąkając w miękki, bawełniany materiał kołnierza. Syknął cicho, odsuwając się od mężczyzny, który, dłużej niepodtrzymywany przy ścianie, osunął się na ziemię – przetarł usta wierzchem dłoni, choć czerwień zdążyła pobrudzić mu koszulę, i odwrócił głowę, wpatrując się w ciemność, która stopniowo – ze złośliwą powolnością – zaczynała nabierać kształtów.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Wyobrażał sobie, że przez dziewięćdziesiąt lat, które spędził, ukrywając się w mroku, jego oczy powinny były przyzwyczaić się do ciemności – podziemne ścieżki wciąż przypominały tymczasem wnętrze trumny, ciasne i nieprzeniknione, całkowicie pozbawione światła. Czasem zastanawiał się, czy tak właśnie czuł się Fergus, kiedy pogrzebał go pod ziemią i w miarę jak jego oczy przyzwyczajały się do ciemności, wyobrażał sobie, że oczy jego ojca – zawsze surowe i nieruchome jak na rodzinnych portretach – również musiały ulec zmianie, stały się szerokie i lśniące jak u wszystkich drapieżnych stworzeń, które polowały w ciemności. Myśl ta zawsze była powściągliwa i krótka, znikała, kiedy mrok zaczynał się przerzedzać, opadając na podłogę jak kurz, ale pozostawiała po sobie gorzki posmak, jaki mógłby pozostać na języku po rozgryzieniu pieprzu lub po rozległej próchnicy – w ten sposób, jak sądził, smakował strach. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Być może</span>, przekonywał się w myślach, kiedy budził się w czołem mokrym od potu i bolesnym skurczem w miejscu, gdzie powinno znajdować się bijące serce, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">powinienem był go zabić</span> – śmierć, która kiedyś wydawała mu się najgorszym, na co można było skazać drugiego człowieka, teraz przypominała jednak miłosierdzie, którego nie chciał ofiarować swojemu ojcu. Fergus zasługiwał na to, aby żyć w ten sam sposób, w jaki on nie zasługiwał na to, aby umrzeć – głód, który pojawił się wraz z nieustającym pragnieniem krwi, był bolesny i bardziej dotkliwy, a on lubił wyobrażać sobie, jak jego ojciec, pogrzebany, lecz nieumarły, odchodzi od zmysłów, a jego świadomość i zdrowy rozsądek gniją i schodzą z niego w ten sam sposób, w jaki powinna rozkładać się skóra, powoli odsłaniając mięśnie i lśniące kości.  <br />
Ciemność, która panowała w miejskich katakumbach, zaczynała tracić głębię, z uległą niechęcią odsłaniając ostre krawędzie kamienia, z którego zbudowane zostały korytarze i kontury leżących na ziemi szczątków, chrzęszczących pod butami jak żwir. Zapach, wypełniający ciasny zaułek podziemnych ścieżek, rozpoznał już wcześniej, lecz dopiero teraz, ze znudzoną satysfakcją, mógł wskazać jego źródło – nikt, poza szczurami Madame Fontaine, nie pojawiał się w tym miejscu z własnej woli. Uśmiechnął się pod nosem z mdłym rozbawieniem, wyobrażając sobie gniewną, surową twarz Frances, która wciąż, pomimo otaczającej kobietę aury, wydawała mu się śmieszna – pamiętał ją wprawdzie zaledwie jako dziewczynę, zuchwałą, lecz osamotnioną w świecie, który nigdy nie leżał w jej rękach dość wygodnie, aby mogła nazwać go swoją własnością. Powiedział, że nie będzie wchodził jej w drogę, lecz przypomniał sobie również, z ponurym rozdrażnieniem, że ona złożyła mu tę samą obietnicę – szczur stał tymczasem oparty o ścianę katakumb, jego twarz zaczerwieniona od płaczu, dłonie zaczerwienione od krwi. Zgubił się, a on go odnalazł – wkroczył w ciemność, a ciemność pochłaniała wszystko, czego zdołała dotknąć.<br />
Okazał się młodym mężczyzną, ledwie dorosłym, łatwym do zabicia – wydał z siebie zdławiony krzyk, kiedy zacisnął mu dłonie na ramionach i pchnął do tyłu tak mocno, że uderzył plecami o kamienną ścianę i prawie nie próbował się wyrwać, gdy pochylił się nad jego twarzą i zanurzył zęby w miękkiej szyi, gdzie spod bladej skóry prześwitywała gruba, błękitna tętnica. Z ustami przyciśniętymi do jego ciała, poczuł charakterystyczny, intensywny zapach potu i męskich perfum – mężczyzna pachniał lasem oraz czymś ciężkim i gęstym, co przypominało dym, a on wyczuł oczekiwany płomień pożądania, lecz był to ogień kontrolowany, zimny. Ciało stało się bezwładne i sztywne, więc objął je ramieniem, aby pozostało w pozycji stojącej, ale krew płynęła coraz wolniej i zaczynała krzepnąć mu na podniebieniu – długo słyszał jedynie spowalniający szum cudzego tętna, po katakumbach wszystkie dźwięki niosły się jednak złowrogim echem i kiedy wzdłuż ścian przesunął się odgłos cudzych kroków, szczur drgnął, a krew z jego szyi spłynęła mu nieposłuszną, czerwoną strugą wzdłuż brody, wsiąkając w miękki, bawełniany materiał kołnierza. Syknął cicho, odsuwając się od mężczyzny, który, dłużej niepodtrzymywany przy ścianie, osunął się na ziemię – przetarł usta wierzchem dłoni, choć czerwień zdążyła pobrudzić mu koszulę, i odwrócił głowę, wpatrując się w ciemność, która stopniowo – ze złośliwą powolnością – zaczynała nabierać kształtów.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[04.09.1972] Kochając, zstąpił do krwi dawniejszej, gdzie gniazduje groza praojców]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4513</link>
			<pubDate>Wed, 26 Feb 2025 12:50:07 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=128">Bard Beedle</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4513</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">Podziemne Ścieżki, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Eurydyka</span></div>
<br />
Słowa pokrywały ciało Armanda Malfoya. Niektóre niemal nieczytelne, zdążyły się rozmazać, zanim przeniósł je na papier, inne zaś trwalsze od tatuaży: już nie smugi, już nie strzępki wersów, lecz całe poematy, wyryte tak w jego istnieniu, jak w jego pamięci. Słowa pokrywały jego przedramiona, biegnąc wzdłuż żył, w których zamiast krwi płynął inkaust. Słowa pokrywały grzbiety jego dłoni, wylewały się spomiędzy porów skóry, zaklęte pod opuszkami poplamionych atramentem palców. <br />
Słowa płynęły muzyką, gdy pióro tańczyło po pergaminie. Orfeusz wypruwał duszę z poznaczonej bliznami piersi, aby wlać ją w słowa pieśni, która nie potrzebowała liry, aby wybrzmieć echem pośród podziemnych korytarzy. <br />
<br />
Chociaż zza pleców dobiegał go gwar głosów <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Eurydyki</span>, nie oglądał się za siebie. Pozwalał, aby głosy snuły się wokół niego jak umarli po łanach łąk asfodelowych, niektóre cichsze od szeptu, niektóre głośniejsze od gardłowych pokrzykiwań oszalałych menad, dzikich i przepysznych, pijanych poezją i złocistym <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">kirros</span>. Nie oglądał się za siebie, bo trwał nachylony nad swym niedokończonym dziełem, złożywszy głowę na dłoni wspartej o surowy blat rozchybotanego stołu... Nie stołu, lecz ołtarza, bo jego ręce składały się do pisania jak do modlitwy. <br />
<br />
<span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">Pisał.</span> Pisał, a przerwach między wersetami, kiedy pióro nie skrobało szaleńczo o papier, słychać było tylko drżenie świec, i wosk spływający leniwie po złoconych brzegach misy, która stała na zawalonym papierami stole, pośród na wpół zapisanych zwojów pergaminu i książek w rozpadających się okładkach. Złoto, osmalone sadzą, odbijało mdłe światło, zmatowiałe od dymu niezliczonych papierosów, gaszonych w jej wnętrzu. Wciąż lśniły w niej szmaragdy, misternie osadzone na zdobionych brzegach misy, ich blask przyćmiony warstwami popiołu.<br />
<br />
Ktoś ofiarował mu ją w geście błagania. Ktoś pragnął kupić sobie jego słowa, jego przychylność, jego talent. Nie zaszczycił go spojrzeniem. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">"Co to jest"</span>, spytał tylko, znudzony, nie podnosząc głowy z kolan swojej muzy, która bawiła się jego włosami, podczas gdy on czytał wciąż na nowo to, co wyszło spod jego ręki zeszłej nocy, zawsze niezadowolony, zawsze goniący za nieuchwytnym ideałem. Nie spojrzał nawet na nieznajomego, słuchając, jak potyka się o słowa, jak prosi o miłosny wiersz, mający kupić mu cudze uczucie, które było widać warte tego, aby przehandlować za nie wysadzany klejnotami, drogocenny półmisek z rodzinnego skarbca. <br />
<br />
Uśmiech zabłąkał się na ustach Armanda, kładąc się cieniem po jego przystojnej twarzy: nierozumiały rys okrucieństwa, który nie szpecił, lecz uwydatniał jej surowe piękno. Nigdy nie był piękniejszy niż wtedy, kiedy przywdziewał pogardę. Chciwie wpił oczy w złoto. Zanim się odezwał, pozwolił jednak wybrzmieć swej pogardzie. Przynosisz mi złoto, misę, w której tafli mogę przeglądać się jak w lustrze, wydawało się kpić bezwzględne spojrzenie Armanda Malfoya, a twoje uczucie nie jest więcej warte niż miedź brzęcząca. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">"Wygląda jak fikuśna popielniczka"</span>, stwierdził obojętnie. Pozwolił wybrzmieć ciszy, która zaległa w pokoju, zanim wyciągnął pożądliwie rękę, przyjmując podarek. Przez chwilę ważył misę w dłoniach, rozważając, czy nie cisnąć nią o ziemię, by patrzeć, jak rozbija się na kawałki: kazałby je zbierać mężczyźnie klęczącemu u jego stóp, dopóki jego dłonie nie spłynęłyby krwią, choć nawet gdyby obmyła je krew, nie byłby godny dotykać ciała tej, której uczucie chciał kupić wysadzanym klejnotami półmiskiem. Nie ufał ludziom z czystymi dłońmi, bo ci zawsze mieli brudne sumienia. <br />
<br />
Ale Armand Malfoy zawsze miał słabość do szmaragdów. <br />
<br />
Traktowanie godne króla, pomyślał, patrząc z pobłażliwym rozbawieniem na dar, którym chciano zyskać jego przychylność. Ile mógł być wart? To nie miało znaczenia. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">To nigdy nie miało znaczenia.</span> Nic nie było więcej warte od złotoblond kruszca jego włosów.<br />
<br />
<span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">Zgasił papierosa, przyciskając wciąż jeszcze żarzący się niedopałek do zmatowiałych ścianek naczynia, jeszcze kilka dni temu lśniących polerskim połyskiem, a teraz osmalonych sadzą, z lubością przypatrując się łuszczącej się pod wpływem gorąca emalii.</span><br />
<br />
Godność króla żebraków wymagała, aby jadał na złotym talerzu, nawet kiedy nie miał co włożyć do gęby. Nie był królem, choć nosił swoje splugawione nazwisko niczym koronę. Nie był królem, choć miał swój orszak, który razem z nim śmiał się i płakał. Nie, Armand Malfoy był kimś więcej niż królem. Całe światy rodziły się i ginęły na skinięcie jego pióra. Wszystko, co istniało, było zależne od jego tchnienia, od słów, jakie wybrał, aby to opisać, przyoblekając kość w ciało, przemieniając złoto w proch. Wszystko, co istniało, istniało tylko dlatego, bo taka była jego wola. Złota misa była trybularzem, w którym składał ofiarę całopalną dla jedynego boga, jakiego znał.<br />
<br />
Dla samego siebie.<br />
<br />
Nagły powiew powietrza popieścił płomień na wpół stopnionej świecy, rozświetlającej skryte w półmroku stanowisko pracy poety – jak ołtarz, do którego przychodzi się składać modły, ołtarz boga, na którym wzniesiono bałwochwalczego cielca odlanego ze złota i spiżu – płomień zadrżał, lecz nie zgasł, znał bowiem brutalne pieszczoty podziemnych przeciągów: Orfeusz nachylił się nad knotem, aby odpalić kolejnego papierosa. Rozbłysk żaru wydobył z ciemności znajomą twarz. Twarz Baldwina Malfoya.<br />
<br />
Poplamione atramentem palce Orfeusza igrały niespokojnie w powietrzu, jak gdyby przebiegały po strunach niewidzialnej liry. Coś zawsze grało w jego wnętrzu, coś, do czego dostępu nie miał nikt inny, poza nim samym. Ale Baldwin dobrze znał te erratyczne manieryzmy. Znał znaczenie gestów, tak podobnych do gestów Lorraine. Znał melodie, które odtwarzały ich palce, tylko po to, aby w końcu oprzeć się na lekko rozchylonych wargach – przesunąć się po nich w zamyśleniu, w geście mogącym zakrawać o lubieżność – znał je, bo był częścią tych melodii. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Baldwin znał Orfeusza.</span> Wiedział, jak wygląda, kiedy składa w głowie słowa, komponując, wiedział, kiedy myśli o nowym dziele. Wiedział, że Orfeusz kocha piękno, prawdziwe piękno, i że dostrzega je we wszystkim, na co spojrzy.<br />
<br />
<span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">Teraz patrzył prosto na Baldwina. Tylko na niego.</span><br />
<br />
Ledwie dostrzegalne drgnięcie brwi świadczyło o tym, że musiał zobaczyć w jego twarzy coś, co mu się nie spodobało. Coś, co nie mogło ukryć się przed wszechwiedzącymi oczami boga podziemi. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Bo Orfeusz znał Baldwina.</span> Znał go lepiej niż on sam znał siebie. <br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Dlaczego się chowasz</span>, mówił wzrok Orfeusza, karcący łagodnie chłopca, którego traktował jak swojego, bo czy nie wzrósł chowany na jego słowie jak na mleku lwów? <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Nie chowaj się przede mną.</span><br />
<br />
Ojciec niemo przywołał do siebie syna. <br />
<br />
<br />
[inny avek]https://64.media.tumblr.com/1557ec70769b3d8fed936713ecb22173/c41c8da2872b8439-ef/s1280x1920/31cb4c6d6e47419446fb31f9154381ee407fdc87.jpg[/inny avek]<br />
<div class="ooc"><div class="ooc-wrapper"><center><span class="ooc-toggle">Odkryj wiadomość pozafabularną</span></center><div class="ooc-content">bard by Lorraine Malfoy</div></div></div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">Podziemne Ścieżki, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Eurydyka</span></div>
<br />
Słowa pokrywały ciało Armanda Malfoya. Niektóre niemal nieczytelne, zdążyły się rozmazać, zanim przeniósł je na papier, inne zaś trwalsze od tatuaży: już nie smugi, już nie strzępki wersów, lecz całe poematy, wyryte tak w jego istnieniu, jak w jego pamięci. Słowa pokrywały jego przedramiona, biegnąc wzdłuż żył, w których zamiast krwi płynął inkaust. Słowa pokrywały grzbiety jego dłoni, wylewały się spomiędzy porów skóry, zaklęte pod opuszkami poplamionych atramentem palców. <br />
Słowa płynęły muzyką, gdy pióro tańczyło po pergaminie. Orfeusz wypruwał duszę z poznaczonej bliznami piersi, aby wlać ją w słowa pieśni, która nie potrzebowała liry, aby wybrzmieć echem pośród podziemnych korytarzy. <br />
<br />
Chociaż zza pleców dobiegał go gwar głosów <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Eurydyki</span>, nie oglądał się za siebie. Pozwalał, aby głosy snuły się wokół niego jak umarli po łanach łąk asfodelowych, niektóre cichsze od szeptu, niektóre głośniejsze od gardłowych pokrzykiwań oszalałych menad, dzikich i przepysznych, pijanych poezją i złocistym <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">kirros</span>. Nie oglądał się za siebie, bo trwał nachylony nad swym niedokończonym dziełem, złożywszy głowę na dłoni wspartej o surowy blat rozchybotanego stołu... Nie stołu, lecz ołtarza, bo jego ręce składały się do pisania jak do modlitwy. <br />
<br />
<span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">Pisał.</span> Pisał, a przerwach między wersetami, kiedy pióro nie skrobało szaleńczo o papier, słychać było tylko drżenie świec, i wosk spływający leniwie po złoconych brzegach misy, która stała na zawalonym papierami stole, pośród na wpół zapisanych zwojów pergaminu i książek w rozpadających się okładkach. Złoto, osmalone sadzą, odbijało mdłe światło, zmatowiałe od dymu niezliczonych papierosów, gaszonych w jej wnętrzu. Wciąż lśniły w niej szmaragdy, misternie osadzone na zdobionych brzegach misy, ich blask przyćmiony warstwami popiołu.<br />
<br />
Ktoś ofiarował mu ją w geście błagania. Ktoś pragnął kupić sobie jego słowa, jego przychylność, jego talent. Nie zaszczycił go spojrzeniem. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">"Co to jest"</span>, spytał tylko, znudzony, nie podnosząc głowy z kolan swojej muzy, która bawiła się jego włosami, podczas gdy on czytał wciąż na nowo to, co wyszło spod jego ręki zeszłej nocy, zawsze niezadowolony, zawsze goniący za nieuchwytnym ideałem. Nie spojrzał nawet na nieznajomego, słuchając, jak potyka się o słowa, jak prosi o miłosny wiersz, mający kupić mu cudze uczucie, które było widać warte tego, aby przehandlować za nie wysadzany klejnotami, drogocenny półmisek z rodzinnego skarbca. <br />
<br />
Uśmiech zabłąkał się na ustach Armanda, kładąc się cieniem po jego przystojnej twarzy: nierozumiały rys okrucieństwa, który nie szpecił, lecz uwydatniał jej surowe piękno. Nigdy nie był piękniejszy niż wtedy, kiedy przywdziewał pogardę. Chciwie wpił oczy w złoto. Zanim się odezwał, pozwolił jednak wybrzmieć swej pogardzie. Przynosisz mi złoto, misę, w której tafli mogę przeglądać się jak w lustrze, wydawało się kpić bezwzględne spojrzenie Armanda Malfoya, a twoje uczucie nie jest więcej warte niż miedź brzęcząca. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">"Wygląda jak fikuśna popielniczka"</span>, stwierdził obojętnie. Pozwolił wybrzmieć ciszy, która zaległa w pokoju, zanim wyciągnął pożądliwie rękę, przyjmując podarek. Przez chwilę ważył misę w dłoniach, rozważając, czy nie cisnąć nią o ziemię, by patrzeć, jak rozbija się na kawałki: kazałby je zbierać mężczyźnie klęczącemu u jego stóp, dopóki jego dłonie nie spłynęłyby krwią, choć nawet gdyby obmyła je krew, nie byłby godny dotykać ciała tej, której uczucie chciał kupić wysadzanym klejnotami półmiskiem. Nie ufał ludziom z czystymi dłońmi, bo ci zawsze mieli brudne sumienia. <br />
<br />
Ale Armand Malfoy zawsze miał słabość do szmaragdów. <br />
<br />
Traktowanie godne króla, pomyślał, patrząc z pobłażliwym rozbawieniem na dar, którym chciano zyskać jego przychylność. Ile mógł być wart? To nie miało znaczenia. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">To nigdy nie miało znaczenia.</span> Nic nie było więcej warte od złotoblond kruszca jego włosów.<br />
<br />
<span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">Zgasił papierosa, przyciskając wciąż jeszcze żarzący się niedopałek do zmatowiałych ścianek naczynia, jeszcze kilka dni temu lśniących polerskim połyskiem, a teraz osmalonych sadzą, z lubością przypatrując się łuszczącej się pod wpływem gorąca emalii.</span><br />
<br />
Godność króla żebraków wymagała, aby jadał na złotym talerzu, nawet kiedy nie miał co włożyć do gęby. Nie był królem, choć nosił swoje splugawione nazwisko niczym koronę. Nie był królem, choć miał swój orszak, który razem z nim śmiał się i płakał. Nie, Armand Malfoy był kimś więcej niż królem. Całe światy rodziły się i ginęły na skinięcie jego pióra. Wszystko, co istniało, było zależne od jego tchnienia, od słów, jakie wybrał, aby to opisać, przyoblekając kość w ciało, przemieniając złoto w proch. Wszystko, co istniało, istniało tylko dlatego, bo taka była jego wola. Złota misa była trybularzem, w którym składał ofiarę całopalną dla jedynego boga, jakiego znał.<br />
<br />
Dla samego siebie.<br />
<br />
Nagły powiew powietrza popieścił płomień na wpół stopnionej świecy, rozświetlającej skryte w półmroku stanowisko pracy poety – jak ołtarz, do którego przychodzi się składać modły, ołtarz boga, na którym wzniesiono bałwochwalczego cielca odlanego ze złota i spiżu – płomień zadrżał, lecz nie zgasł, znał bowiem brutalne pieszczoty podziemnych przeciągów: Orfeusz nachylił się nad knotem, aby odpalić kolejnego papierosa. Rozbłysk żaru wydobył z ciemności znajomą twarz. Twarz Baldwina Malfoya.<br />
<br />
Poplamione atramentem palce Orfeusza igrały niespokojnie w powietrzu, jak gdyby przebiegały po strunach niewidzialnej liry. Coś zawsze grało w jego wnętrzu, coś, do czego dostępu nie miał nikt inny, poza nim samym. Ale Baldwin dobrze znał te erratyczne manieryzmy. Znał znaczenie gestów, tak podobnych do gestów Lorraine. Znał melodie, które odtwarzały ich palce, tylko po to, aby w końcu oprzeć się na lekko rozchylonych wargach – przesunąć się po nich w zamyśleniu, w geście mogącym zakrawać o lubieżność – znał je, bo był częścią tych melodii. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Baldwin znał Orfeusza.</span> Wiedział, jak wygląda, kiedy składa w głowie słowa, komponując, wiedział, kiedy myśli o nowym dziele. Wiedział, że Orfeusz kocha piękno, prawdziwe piękno, i że dostrzega je we wszystkim, na co spojrzy.<br />
<br />
<span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">Teraz patrzył prosto na Baldwina. Tylko na niego.</span><br />
<br />
Ledwie dostrzegalne drgnięcie brwi świadczyło o tym, że musiał zobaczyć w jego twarzy coś, co mu się nie spodobało. Coś, co nie mogło ukryć się przed wszechwiedzącymi oczami boga podziemi. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Bo Orfeusz znał Baldwina.</span> Znał go lepiej niż on sam znał siebie. <br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Dlaczego się chowasz</span>, mówił wzrok Orfeusza, karcący łagodnie chłopca, którego traktował jak swojego, bo czy nie wzrósł chowany na jego słowie jak na mleku lwów? <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Nie chowaj się przede mną.</span><br />
<br />
Ojciec niemo przywołał do siebie syna. <br />
<br />
<br />
[inny avek]https://64.media.tumblr.com/1557ec70769b3d8fed936713ecb22173/c41c8da2872b8439-ef/s1280x1920/31cb4c6d6e47419446fb31f9154381ee407fdc87.jpg[/inny avek]<br />
<div class="ooc"><div class="ooc-wrapper"><center><span class="ooc-toggle">Odkryj wiadomość pozafabularną</span></center><div class="ooc-content">bard by Lorraine Malfoy</div></div></div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[31 VIII 1972, Głębina] Coś się kończy, coś zaczyna... | Stanley & Richard]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4492</link>
			<pubDate>Mon, 17 Feb 2025 20:39:10 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=216">Stanley Andrew Borgin</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4492</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b"><span style="font-size: medium;" class="mycode_size">31 sierpnia 1972 roku, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Głębina</span></span><br />
<span style="font-size: small;" class="mycode_size">Stanley Andrew Borgin &amp; Richard Mulciber</span></div>
<br />
<p>Minęło kilka dni od tej feralnej w skutkach wiadomości. Rodzina Mulciber w większej lub mniejszej intensywności, dalej przeżywała stratę, która wzięła ich z zaskoczenia. Nikt się raczej nie spodziewał, że Robert Mulciber odejdzie akurat 26 sierpnia - dzień całkiem pogodny i ciepły, a jednak pochmurny i zimny.</p>
<p>Ze względu na panującą sytuację polityczną w Londynie i całej Wielkiej Brytanii, Stanley był zmuszony pozostać w swojej kryjówce. Nie mógł wziąć udziału w pogrzebie własnego ojca. Mógł, ale musiałby zażywać jakieś mikstury czy inne specyfiki, a nie miał na to najmniejszej ochoty.</p>
<p>Pozostawało mu wierzyć, że zarówno Richard, jak i reszta rodziny, staną na wysokości zadania. Liczył, że chociaż ostatnia droga Roberta będzie wyglądała należycie. Chciał wierzyć, że nikt nie będzie przeszkadzał w tym wydarzeniu, a i one obejdzie się bez większych problemów.</p>
<br />
<p>
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">~*~*~</span></div>
<br />
[a]Głębina żyła swoim życiem, które toczyło się równie powoli, co ostatnie perypetie Borgina. Nie działo się nic specjalnego - dzień jak każdy inny.</p>
<p>W środku było kilku klientów, a Francis kończył wydawać jakiś zamówiony posiłek. Wystrój był bez zmian, a więc górował motyw morski, a wszechobecny był zapach morskiej wody, który mieszał się z solą. Dało się dostrzec kilka zapalonych świeczek, których wosk skapywał niedbale na stoliki czy beczki. W wielkim uproszczeniu - panował tutaj swego rodzaju półmrok.</p>
<p>Było jednak na tyle dużo światła, aby barman mógł rozpoznać Richarda. Kiwnął mu głową na przywitanie, a następnie wskazał otwartą dłonią ręki na przejście w kierunku zaplecza. Zupełnie jakby chciał mu przekazać, że <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">do Stanleya? To tędy</span>.</p>
<p>Widział już tego mężczyznę, więc spodziewał się powodu jego wizyty - musiał coś chcieć od Borgina, który urzędował w pierwszym pokoju na prawo od przejścia.</p>
<p>Tak też było i tym razem. W jego gabinecie panowała niemal trupia cisza, a sam właściciel siedział zatopiony w swoim fotelu, wpatrując się w ścianę przed sobą. Dało się dostrzec, że miętolił w dłoniach jakąś pozłacaną monetę. Twarz miał zamyśloną - jakby ciałem był na Podziemnych Ścieżkach, a myślami gdzieś indziej. Daleko. Tam, gdzie nie było nikogo innego i nikt nie miał prawa mu przeszkadzać.</p>
<p>Samo pomieszczenie było posprzątane. Na biurku nie piętrzyły się dokumenty, które miały w zwyczaju to robić. Nie dało się też wyczuć dymu papierosowego, który był nieodłącznym elementem biura, jak i samego Borgina.</p>
<p>Stanley nie zwrócił uwagi na istotę, która pojawiła się w drzwiach. Gdyby miał akurat wejść jakiś płatny zabójca, miałby bardzo prostą okazję, aby się go pozbyć. Na całe szczęście był to tylko i może aż Richard, który raczej nie był zainteresowany ewentualną śmiercią swojego bratanka.</p>
<p>Kilka dobrych chwil, a może nawet minut minęło zanim osierocony mężczyzna powrócił do "żywych". Mulciber mógł się równie dobrze rozsiąść w tym czasie i po prostu czekać, aż zyska zainteresowanie swojego przyszłego rozmówcy.</p>
<p> - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Richard?</span> - zapytał trochę zdziwiony, ale i zaskoczonym głosem. Nie to, żeby spodziewał się Roberta - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Czemu zawdzięczam tę wizytę?</span> - dodał, niemalże Ministerialnym tonem. Trochę jakby powtarzał nauczoną przed laty formułkę - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Eee... Jeżeli chodzi o tego całego Bagshota... To przepraszam. Jeszcze nie udało mi się za dużo dowiedzieć</span> - przeniósł wzrok w kierunku swojego wuja, tłumacząc się z tego, że jeszcze nie wykonał tego, co zostało mu powierzone w dobrej wierze.</p>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b"><span style="font-size: medium;" class="mycode_size">31 sierpnia 1972 roku, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Głębina</span></span><br />
<span style="font-size: small;" class="mycode_size">Stanley Andrew Borgin &amp; Richard Mulciber</span></div>
<br />
<p>Minęło kilka dni od tej feralnej w skutkach wiadomości. Rodzina Mulciber w większej lub mniejszej intensywności, dalej przeżywała stratę, która wzięła ich z zaskoczenia. Nikt się raczej nie spodziewał, że Robert Mulciber odejdzie akurat 26 sierpnia - dzień całkiem pogodny i ciepły, a jednak pochmurny i zimny.</p>
<p>Ze względu na panującą sytuację polityczną w Londynie i całej Wielkiej Brytanii, Stanley był zmuszony pozostać w swojej kryjówce. Nie mógł wziąć udziału w pogrzebie własnego ojca. Mógł, ale musiałby zażywać jakieś mikstury czy inne specyfiki, a nie miał na to najmniejszej ochoty.</p>
<p>Pozostawało mu wierzyć, że zarówno Richard, jak i reszta rodziny, staną na wysokości zadania. Liczył, że chociaż ostatnia droga Roberta będzie wyglądała należycie. Chciał wierzyć, że nikt nie będzie przeszkadzał w tym wydarzeniu, a i one obejdzie się bez większych problemów.</p>
<br />
<p>
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">~*~*~</span></div>
<br />
[a]Głębina żyła swoim życiem, które toczyło się równie powoli, co ostatnie perypetie Borgina. Nie działo się nic specjalnego - dzień jak każdy inny.</p>
<p>W środku było kilku klientów, a Francis kończył wydawać jakiś zamówiony posiłek. Wystrój był bez zmian, a więc górował motyw morski, a wszechobecny był zapach morskiej wody, który mieszał się z solą. Dało się dostrzec kilka zapalonych świeczek, których wosk skapywał niedbale na stoliki czy beczki. W wielkim uproszczeniu - panował tutaj swego rodzaju półmrok.</p>
<p>Było jednak na tyle dużo światła, aby barman mógł rozpoznać Richarda. Kiwnął mu głową na przywitanie, a następnie wskazał otwartą dłonią ręki na przejście w kierunku zaplecza. Zupełnie jakby chciał mu przekazać, że <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">do Stanleya? To tędy</span>.</p>
<p>Widział już tego mężczyznę, więc spodziewał się powodu jego wizyty - musiał coś chcieć od Borgina, który urzędował w pierwszym pokoju na prawo od przejścia.</p>
<p>Tak też było i tym razem. W jego gabinecie panowała niemal trupia cisza, a sam właściciel siedział zatopiony w swoim fotelu, wpatrując się w ścianę przed sobą. Dało się dostrzec, że miętolił w dłoniach jakąś pozłacaną monetę. Twarz miał zamyśloną - jakby ciałem był na Podziemnych Ścieżkach, a myślami gdzieś indziej. Daleko. Tam, gdzie nie było nikogo innego i nikt nie miał prawa mu przeszkadzać.</p>
<p>Samo pomieszczenie było posprzątane. Na biurku nie piętrzyły się dokumenty, które miały w zwyczaju to robić. Nie dało się też wyczuć dymu papierosowego, który był nieodłącznym elementem biura, jak i samego Borgina.</p>
<p>Stanley nie zwrócił uwagi na istotę, która pojawiła się w drzwiach. Gdyby miał akurat wejść jakiś płatny zabójca, miałby bardzo prostą okazję, aby się go pozbyć. Na całe szczęście był to tylko i może aż Richard, który raczej nie był zainteresowany ewentualną śmiercią swojego bratanka.</p>
<p>Kilka dobrych chwil, a może nawet minut minęło zanim osierocony mężczyzna powrócił do "żywych". Mulciber mógł się równie dobrze rozsiąść w tym czasie i po prostu czekać, aż zyska zainteresowanie swojego przyszłego rozmówcy.</p>
<p> - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Richard?</span> - zapytał trochę zdziwiony, ale i zaskoczonym głosem. Nie to, żeby spodziewał się Roberta - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Czemu zawdzięczam tę wizytę?</span> - dodał, niemalże Ministerialnym tonem. Trochę jakby powtarzał nauczoną przed laty formułkę - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Eee... Jeżeli chodzi o tego całego Bagshota... To przepraszam. Jeszcze nie udało mi się za dużo dowiedzieć</span> - przeniósł wzrok w kierunku swojego wuja, tłumacząc się z tego, że jeszcze nie wykonał tego, co zostało mu powierzone w dobrej wierze.</p>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[04/09/72] (Threateningly) I promise to find you in every lifetime]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4411</link>
			<pubDate>Thu, 23 Jan 2025 18:10:53 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=155">Cain Fawley</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4411</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">4 września 1972<br />
<span style="font-size: small;" class="mycode_size">Palarnia Changów, późny wieczór<br />
Maeve Chang &amp; Cain Fawley</span></div>
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Zamknij się.</span><br />
<br />
Nie potrafił przypomnieć sobie momentu, w którym opuszczał swój dom  — nie pamiętał skrzypienia schodów ni trzaskania drzwi, nie pamiętał nawet czy niebo już wtedy było ciemne i grafitowe, czy nadal barwą przypominało rozcięte gardło. Potrafił przypomnieć sobie jedynie smak ginu na języku i głos Gabriella — dziwnie żywy i bliski głos ducha, jego znajomą barwę powykręcaną w kakofonię jęków i gróźb, która sprawiała, że ściany jego sypialni drżały jak podczas burzy. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Zamknij się</span> powtarzał mu, najpierw szeptem, z czasem krzycząc tak, jakby pragnął przekrzyczeć ducha. Uderzał pięściami w drzwi, ale Gabriell nie przestawał. Kiedy już zaczynał, nigdy nie przestawał. Po śmierci stał się mściwy i wredny, pozbawiony tamtego dobrego serca, które za życia rosło ciężko w jego piersi. Zniknęło, choć Cain nie pamiętał by on lub jego brat kiedykolwiek mu je wycinali — nie był w zasadzie pewny, czy to cokolwiek by zmieniło. Duch na strychu był grzechem Abla, dowodem jego głupoty i jego słabości, a jednak Cain czuł jak wina jego bliźniaka, skłębiona we wszystkich tych narządach, które dzielili, ciąży między jego żebrami. Brzydka, bo niewłaściwa, wstydliwa jak wszystko, co czyniło z niego człowieka.<br />
<br />
Nie pamiętał więc, kiedy wybiegł z domu i kiedy dotarł na Podziemne Ścieżki. Czas mijał gdzieś obok niego, zahaczając jedynie czasem o rękaw jego prochowca, zbyt szybko i zbyt wolno jednocześnie jak dziecięcy koszmar, w którym nie sposób jest uciec przed potworem, nieważne czy biegniesz, czy się czołgasz. Nie lubił tego uczucia. Nie lubił też huczenia w uszach i tego, że nocne powietrze powoli sprawiało, że trzeźwiał, szczególnie natomiast nie znosił tego, jak bardzo pragnął już wyzbyć się swojej samotności. Jak bardzo chciał w istocie usłyszeć w końcu pokręcone wersje swojego imienia, kilka przekleństw rzuconych w eter jak oddechy, bezczelny sposób, w jaki Meave istniała wśród wszystkich tych śmieci i tajemnic. Czuł się głupio za każdym razem, gdy kogoś <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">potrzebował </span>— miał wtedy wrażenie, że pozwala Ablowi pożerać od środka ich wspólne ciało, trawić je tak długo aż została z niego tylko miazga idiotycznych sentymentów. A jednak schodząc w ciemność głębokich ścieżek, nadal podpity i nadal blady ze zmęczenia, wiedział doskonale, kogo chce zobaczyć i w którą stronę powinien iść. <br />
<br />
Podziemne Ścieżki zawsze cuchnęły czarną magią i śmiercią. Ciężki smród, miedziany, podobny do sposobu, w jaki smakowało na języku mokre złoto. W tym wszystkim herbaciarnia Changów przypominała flakon perfum, barwione na zielono szkło wypełnione mgłą opium, jaśminu i cudzych oddechów Dziewczyna za ladą miała ciemne włosy i profil Maeve, nie była jednak nią, miała zbyt łagodne oczy i niczym w niego nie rzucała.<br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Twoja siostra</span> — odezwał się, wspierając się na blacie, przez chwilę przyglądając się tyłowi dziewczęcej głowy, gdy ta ustawiała na półkach słoiki i puszki pełne suszonych liści. Wszystkie Changówny były ładne, choć dla niego nietykalne pod groźną sylwetką ich matki. No i siostry. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Maeve…</span> — dodał, pochylając się niżej nad ladą, szukając przy tym równowagi w chmurach rozmów i narkotycznego dymu. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Powiedz, że coś dla niej mam. I tym razem to nie jest żaden narząd, przysięgam.</span> — Odruchowo sprawdził kieszenie płaszcza, jak gdyby szukał w nich palców lub małżowin. —<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> Dodaj, że umieram.</span><br />
<br />
Nie był pewien, czy usłyszała jego ostatnie słowa, nie wiedział nawet, czy odpowiedziała, bo od duchoty i półmroku kręciło mu się w głowie i coraz trudniej było mu stać prosto. Szmer rozmów wokół kojarzył mu się z insektami, dziwnie cichy i szeleszczący na tle krzyków ducha nadal dudniących w jego skroniach. Zapach opium był jednak przyjemnie słodki, niemal kojący. Znajomy.<br />
<br />
[roll=Z]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">4 września 1972<br />
<span style="font-size: small;" class="mycode_size">Palarnia Changów, późny wieczór<br />
Maeve Chang &amp; Cain Fawley</span></div>
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Zamknij się.</span><br />
<br />
Nie potrafił przypomnieć sobie momentu, w którym opuszczał swój dom  — nie pamiętał skrzypienia schodów ni trzaskania drzwi, nie pamiętał nawet czy niebo już wtedy było ciemne i grafitowe, czy nadal barwą przypominało rozcięte gardło. Potrafił przypomnieć sobie jedynie smak ginu na języku i głos Gabriella — dziwnie żywy i bliski głos ducha, jego znajomą barwę powykręcaną w kakofonię jęków i gróźb, która sprawiała, że ściany jego sypialni drżały jak podczas burzy. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Zamknij się</span> powtarzał mu, najpierw szeptem, z czasem krzycząc tak, jakby pragnął przekrzyczeć ducha. Uderzał pięściami w drzwi, ale Gabriell nie przestawał. Kiedy już zaczynał, nigdy nie przestawał. Po śmierci stał się mściwy i wredny, pozbawiony tamtego dobrego serca, które za życia rosło ciężko w jego piersi. Zniknęło, choć Cain nie pamiętał by on lub jego brat kiedykolwiek mu je wycinali — nie był w zasadzie pewny, czy to cokolwiek by zmieniło. Duch na strychu był grzechem Abla, dowodem jego głupoty i jego słabości, a jednak Cain czuł jak wina jego bliźniaka, skłębiona we wszystkich tych narządach, które dzielili, ciąży między jego żebrami. Brzydka, bo niewłaściwa, wstydliwa jak wszystko, co czyniło z niego człowieka.<br />
<br />
Nie pamiętał więc, kiedy wybiegł z domu i kiedy dotarł na Podziemne Ścieżki. Czas mijał gdzieś obok niego, zahaczając jedynie czasem o rękaw jego prochowca, zbyt szybko i zbyt wolno jednocześnie jak dziecięcy koszmar, w którym nie sposób jest uciec przed potworem, nieważne czy biegniesz, czy się czołgasz. Nie lubił tego uczucia. Nie lubił też huczenia w uszach i tego, że nocne powietrze powoli sprawiało, że trzeźwiał, szczególnie natomiast nie znosił tego, jak bardzo pragnął już wyzbyć się swojej samotności. Jak bardzo chciał w istocie usłyszeć w końcu pokręcone wersje swojego imienia, kilka przekleństw rzuconych w eter jak oddechy, bezczelny sposób, w jaki Meave istniała wśród wszystkich tych śmieci i tajemnic. Czuł się głupio za każdym razem, gdy kogoś <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">potrzebował </span>— miał wtedy wrażenie, że pozwala Ablowi pożerać od środka ich wspólne ciało, trawić je tak długo aż została z niego tylko miazga idiotycznych sentymentów. A jednak schodząc w ciemność głębokich ścieżek, nadal podpity i nadal blady ze zmęczenia, wiedział doskonale, kogo chce zobaczyć i w którą stronę powinien iść. <br />
<br />
Podziemne Ścieżki zawsze cuchnęły czarną magią i śmiercią. Ciężki smród, miedziany, podobny do sposobu, w jaki smakowało na języku mokre złoto. W tym wszystkim herbaciarnia Changów przypominała flakon perfum, barwione na zielono szkło wypełnione mgłą opium, jaśminu i cudzych oddechów Dziewczyna za ladą miała ciemne włosy i profil Maeve, nie była jednak nią, miała zbyt łagodne oczy i niczym w niego nie rzucała.<br />
<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Twoja siostra</span> — odezwał się, wspierając się na blacie, przez chwilę przyglądając się tyłowi dziewczęcej głowy, gdy ta ustawiała na półkach słoiki i puszki pełne suszonych liści. Wszystkie Changówny były ładne, choć dla niego nietykalne pod groźną sylwetką ich matki. No i siostry. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Maeve…</span> — dodał, pochylając się niżej nad ladą, szukając przy tym równowagi w chmurach rozmów i narkotycznego dymu. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Powiedz, że coś dla niej mam. I tym razem to nie jest żaden narząd, przysięgam.</span> — Odruchowo sprawdził kieszenie płaszcza, jak gdyby szukał w nich palców lub małżowin. —<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> Dodaj, że umieram.</span><br />
<br />
Nie był pewien, czy usłyszała jego ostatnie słowa, nie wiedział nawet, czy odpowiedziała, bo od duchoty i półmroku kręciło mu się w głowie i coraz trudniej było mu stać prosto. Szmer rozmów wokół kojarzył mu się z insektami, dziwnie cichy i szeleszczący na tle krzyków ducha nadal dudniących w jego skroniach. Zapach opium był jednak przyjemnie słodki, niemal kojący. Znajomy.<br />
<br />
[roll=Z]]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[Noc z 4 na 5 września 1972, Głębina] Non omnis moriar]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4363</link>
			<pubDate>Sun, 12 Jan 2025 23:41:41 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=216">Stanley Andrew Borgin</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4363</guid>
			<description><![CDATA[[inny avek]https://i.pinimg.com/736x/f3/a9/80/f3a9805bfae07d8c1d71c8ba735773e9.jpg[/inny avek]<br />
<div id="dataa" class="mycode_b"><span style="font-size: medium;" class="mycode_size">Noc z 4 na 5 września 1972, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Głębina</span></span></div>
<br />
<p>Ogień w kominku skwierczał dźwięcznie, będąc jedynym źródłem odgłosów w tym pomieszczeniu. Stanley siedział gdzieś po środku sali przy jednym ze stolików. Lokal, który przeważnie tętnił życiem czy posiadał chociaż garstkę klientów, był aktualnie pusty - został zamknięty przed czasem na prośbę samego właściciela. Wszyscy goście musieli opuścić ten przybytek. To samo tyczyło się Francisa, który po ogarnięciu swoich sprawunków, został zwolniony do domu około północy.</p>
<p>Nikt nie był w stanie przerwać tej ciszy i wejść do sali głównej, ponieważ drzwi zostały zamknięte na cztery spusty. Wszystko po to, aby nikt nie miał możliwości do wtargnięcia do środka. Dzisiaj nie byli mile widziani.</p>
<p>W Głębinie został sam Stanley i jego myśli.</p>
<p>Koniec sierpnia było niczym zderzenie z rzeczywistością. Było czymś wręcz niespotykanym. Nic więc dziwnego, że Borgin nie zdążył się pożegnać ani z jednym, ani z drugim. Dwie śmierci w przeciągu trzech dni to było zbyt dużo - nawet jak na niego samego.</p>
<p>Bukiet dali spoczywał gdzieś na boku stolika. Robiła to też szklanka z alkoholem, która nie miał posłużyć jako napitek dla Stanley. Nie obyło się również bez kałamarza i kilku czy kilkunastu pergaminów, które miały być świadkiem ostatnich listów. Listów, które Borgin pisał w zasadzie dla samego siebie, aby móc poczuć się chociaż odrobinę lepiej. Może liczył na jakieś rozliczenie w głębi duszy?</p>
<p>Były brygadzista odpalił sobie jeszcze papierosa, którym następnie się zaciągnął. Był gotów. Chwycił pióro i mógł rozpocząć to, co chodziło za nim od kilku dni.</p>
<p>Tylko jak powinien to zacząć? Od kogo też powinien zacząć? <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Wiem...</span> Pokiwał głową, pisząc pierwsze słowa.</p>
<br />
<div class="koperta">Najdroższa Stello,<br />
<br />
Z bólem serca i rozpaczą przyjąłem wieść o Twoim odejściu z tego świata. Zdaje sobie sprawę, że jesteś teraz w lepszym miejscu wraz ze swoją siostrą, chociaż możemy się z tym nie zgodzić, jest to jak najbardziej sprawiedliwe i słuszne. Twoje codziennie cierpienia jakie znosiłaś od wielu miesięcy, w końcu przyniosły ukojenie Twojej duszy. Nigdy do końca nie byłem w stanie zrozumieć Twojej straty, ponieważ nie byłem w takiej sytuacji - nie miałem rodzeństwa jak dobrze wiesz, a przynajmniej nie takiego, które miałbym potwierdzone na papierze wraz z odpowiednimi dokumentami. Nie zmieniało to jednak faktu, że próbowałem i starałem się Ciebie wspierać w tym wszystkim, pilnując, aby nic Ci się nie stało. Jak widać na próżno i bez efektów, skoro jestem zmuszony pisać ten list, który nigdy do Ciebie nie dotrze.<br />
<br />
Wiele słów ciśnie mi się usta, a zwłaszcza jedno - przepraszam. Za bardzo wiele rzeczy, a przede wszystkim za to, że byłem z Tobą nie szczery i chowałem przed Tobą prawdę na którą zasługiwałaś. O ile z początku rzeczywiście był ten skłonny do pomocy i uczynny brygadzista, niedoszły Auror, tak z biegiem czasu to wszystko było zatracone i stawało się teatrzykiem, który miał mnie kryć i tworzyć złudną iluzję, że wszystko było dalej w porządku.<br />
Niestety od dawna nie było. Mogłabyś się teraz trudzić i zastanawiać, kiedy to się stało i przede wszystkim czym było to spowodowane. Jako, że jestem Ci to dłużny, śpieszę z odpowiedzią.<br />
<br />
Październik 1970, śmierć Anne. Dalej pamiętam jak zjawiłaś się tego feralnego dnia i niestety musiałaś zobaczyć ten przykry widok wraku człowieka jakim wtedy byłem. Nie ukrywam - myślałem, że to koniec i chciałem tylko umrzeć. Nie widziałem dalszego celu egzystencji w tym świecie, a Ty mimo wszystko wyciągnęłaś do mnie pomocną dłoń i kazałaś mi stanąć na nogi. Tak, kazałaś, bo po długim czasie sama przyznałaś, że skorzystałaś wtedy ze swojej wiłej mocy, którą ukrywałaś przede mną w swoich obawach. Nie będę owijał w bawełnę - pomogło mi to ponownie stanąć na nogi i nabrać wiatru w żagle. Szkoda, że negatywnego, ponieważ zboczyłem wtedy ze ścieżki dobra, obierając drogę ku samozagładzie. Nie była to jednak Twoja wina w żadnym razie, wszak chciałaś tylko mojego dobra, a to ja nie potrafiłem sobie z tym poradzić. Nie poprosiłem też o pomoc, bo tak już niestety mam, że wszystko próbuje dźwigać na własnych barkach. To był element zwrotny w tym wszystkim - postanowiłem zostać jednym z nich. Śmierciożerców. Popleczników Czarnego Pana. Liczyłem, że wypełni to pustkę i smutek jaki pojawił się po stracie ukochanej matki. Myliłem się.<br />
<br />
Skłamałbym jednak, gdybym nie wspomniał teraz o jednym fakcie dotyczącym śmierci Anne. To wszystko moja wina. Zginęła z mojej winy i mojej chorej fascynacji związanej z czarną magią i szeroko pojętą nekromancją. Jedna pomyłka, a namieszała tyle w życiu i co gorsza, pozbawiła życia Merlinowi ducha winną kobietę, bo nie ukrywajmy - niczym sobie nie zasłużyła na taki los. Nie zrobiła nic złego w życiu, aby miała zginąć w ten sposób.<br />
To jednak był dopiero początek. Nie minął miesiąc, a nastała druga tragedia, która zmieniła Ciebie na zawsze. Nie było już tej samej Stelli, która dała mi drugą czy nawet trzecią szansę i tej, która w zdenerwowaniu na mnie, ustalała szczegóły obrazu na urodziny mojej rodzicielki. Wtedy była Stella, która nie rozumiała niesprawiedliwości losu. Która pytała o jedno - "dlaczego akurat mnie spotkał ten los"? Widziałem w Twoich oczach wiele bólu i cierpienia, ale nie mogłem zrobić zbyt wiele, bo po prostu nie potrafiłem, a co gorsza - sam już zatraciłem się w sobie, coraz bardziej obcując z czarną magią.<br />
<br />
Nie minęło może z pół roku, a dorobiłem się znaku na lewej ręce, który noszę po dziś dzień. Nie był to też jakiś pamiątkowy tatuaż, który miałby odnosić się do jakiegoś sukcesu z Hogwartu czy Ministerstwa, chociaż tych nie było zbyt wiele. Był, a w zasadzie jest to znak symbolizujący jedno - przynależność do zwolenników nowego ładu vel Śmierciożerców. <br />
Łatwo było ukrywać to wszystko, ponieważ nie interesowałaś się polityką, a w dodatku chowałaś się przed światem w swojej bezpiecznej przystani - w swoim własnym mieszkaniu. Oddawałaś się tam sztuce i topiłaś smutki po stracie siostry, a ja po prostu kontynuowałem swoją grę do tego stopnia, że gdy to piszę, mam na swoim sumieniu kilka mniej lub bardziej niewinnych osób.<br />
<br />
Przechodząc sprawnie do roku 72 i feralnego w skutkach Beltane na przełomie kwietnia i maja. Tego dnia byłem tam i walczyłem, ale nie z tymi "złymi", a ramię w ramię z Śmierciożercami, bo byłem jednym z nich. Nie byłem żadnych bohaterem, tak jak mogłaś to sobie wyobrażać. Mój list w tamtym czasie, który pisałem do Ciebie w emocjach, spowodowany był obawą, że mogło Ci się coś stać tego popołudnia. Co gorsza, z mojej winy, a nigdy bym sobie tego nie wybaczył. Wiem, że nie jest to żadnym usprawiedliwieniem ale Twoja odpowiedź przyniosła mi wiele ulgi w tamtej chwili. Jedna, prosta informacja, że jesteś bezpieczna i że nie spadł Ci włos z głowy - była to wiedza czysto zbawienna. Dawno puściłem w niepamięć naszą kłótnię, która mieliśmy w chwilę po tych tragicznych wydarzeniach z Doliny. Chociaż Ty potrafiłaś zebrać się na odwagę, aby mi wszystko powiedzieć. Ja niestety nie.<br />
<br />
To jednak nie koniec moich grzechów o których nie wiedziałaś i mogłaś sobie nie zdawać nawet sprawy. W przededniu Beltane, zaniosłem mały prezent przełożonej Aurorów. Nie była to żadna biżuteria, ani pamiątkowe zdjęcie. Była to głowa jej ukochanego, która została ucięta przez innych popleczników, a ja zostałem oddelegowany do dostarczenia jej do samej Harper Moody. Jak się później okazało, nie obyło się bez problemów, które skończyły się dla mnie przesłuchaniem i moją ucieczką z Ministerstwa. Końcówka czerwca to ostatni raz kiedy moja noga stanęła w Ministerstwie i kiedy po raz ostatni odbyłem służbę jako brygadzista w Departamencie Przestrzegania Praw Czarodziejów. Od tej pory byłem, a w zasadzie dalej jestem poszukiwany listem gończym przez swoich byłych kolegów i koleżanki z pracy.<br />
<br />
Z początkiem lipca przeniosłem swoją działalność na Nokturn, a dokładniej to na Podziemnie Ścieżki, które stały się moim nowym domem. Może to wiele wyjaśniać dlaczego to zawsze przychodziłem w odwiedziny do Ciebie ja, a nie vice versa. Jako osoba non grata w społeczeństwie, mogło być bardzo trudno się ze mną pojawić w jakimś miejscu publicznym i bardzo dobrze o tym wiedziałem, więc starałem się tego unikać jak ognia.<br />
<br />
Nie udało się jednak tego osiągnąć, ponieważ Atreus, mój serdeczny przyjaciel, przekazał mi długopis, który gdzieś w połowie lipca przeniósł mnie na jakieś randkowe widowisko na ulicy Pokątnej. Odpowiedziałem tam na kilka pytań, sam kilka zadałem kiedy okazało się, że jestem jednym z wybierających. Kiedy jednak moja przykrywka w postaci maski upadła, musiałem się ratować, uciekając z Sophie, która okazała się być moją siostrą jako córka Roberta. Wiem, że może być to trochę zawiłe ale sam nie potrafiłem się w tym połapać z początku.<br />
<br />
Jak sama widzisz, a raczej widziałabyś czy słyszałabyś gdybym Ci o tym powiedział, moja lista grzechów jest całkiem pokaźna, a nie wspomniałem o wszystkich, ponieważ musiałbym pisać ten list z dobry tydzień. Nie zmienia to jednak niczego, ani mnie nie usprawiedliwia w żaden sposób. Zawiniłem na wszelkich możliwych płaszczyznach, powodując wiele złego, a wszystko wskazuje, że popełnię jeszcze więcej, ponieważ z bycia Smierciożercą można się tylko wypisać poprzez dwie rzeczy. Przez śmierć albo Azkaban, chociaż to drugie nie jest pewne, wszak może komuś udać się uciec.<br />
<br />
Stello Avery, największa miłośniczko czekolady jaką znał cały świat, przepraszam Cię za wszystko. Za to, że nie potrafiłem być lepszy kiedy na to zasługiwałaś i za to, że zatajałem przed Tobą prawdę od dobrych kilkunastu miesięcy. Nie będę się tłumaczył, że robiłem to dla Twojego dobra, bo żadne Twoje dobro z tego nie wynikło. <br />
Dziękuję Ci też za to, że byłaś i pozwoliłaś mi zrozumieć wiele rzeczy, których do tej pory nie rozumiałem i za wiele się nie zmieniło, chociaż mogłem w końcu spróbować to odmienić. Naprawdę, zawdzięczam Ci bardzo wiele, a moje słowa nie będą w stanie tego opisać nigdy. Sprowadzę więc to do dwóch słów - dziękuję i przepraszam.<br />
<br />
Wiedząc jak bardzo kochałaś dalie, chciałbym Ci złożyć ich mały bukiet wraz z tym listem, który kończę właśnie pisać. Przyjmij je proszę ode mnie, bo chciałbym wierzyć, że kiedyś mi to wszystko wybaczysz, chociaż raczej nie będę dane nam się już nigdy zobaczyć, ponieważ moje miejsce jest gdzieś w odmętach ludzkiej nicości na którą zasługuje.<br />
<br />
<br />
<br />
<div class="koperta-podpis">Stanley</div></div>
<br />
<p>Po kilku próbach, setkach skreśleń i przepisań, udało się złożyć list, który jakkolwiek odpowiadałby Stanleyowi. Może nie był perfekcyjny i idealny ale jego autor też taki nie był. Pisał to co czuł. To, co powinien był powiedzieć przed laty. Teraz? Nie miało to już większego znaczenia. Nic to nie zmieniało.</p>
<p>Nie miał nawet pojęcia ile czasu mu zeszło i ile papierosów wypalił. Popielniczka była niemalże pełna, a przed nim był jeszcze jeden list. Ten był chyba gorszy, bo Borgin nawet nie wiedział jakby mógł go rozpocząć. Od jakich słów miałby zacząć? Z której formułki miał skorzystać?</p>
<br />
<div class="koperta">
Robercie,<br />
<br />
Nie będę ukrywał, że ciężko mi zwrócić się do Ciebie w jakikolwiek inny sposób, niż po imieniu. To też nie tak, że nie próbowałem tego robić, ponieważ Richard mi świadkiem - tak właśnie było. Nie ma to już jednak żadnego większego znaczenia w zaistniałej sytuacji. Jest dużo więcej osób, które miały większe prawa do tego, aby właśnie móc zwracać się do Ciebie w inny sposób, niż ten po imieniu. Zwracać się inaczej, niż ten "biznesowy" sposób, bo czy nie tak właśnie było?<br />
<br />
Czy nie taka była nasza relacja? Czy nie potrzebowałeś mnie tylko wtedy kiedy trzeba było coś zrobić? A najlepiej to czyimiś rękoma? Moimi? Tak, aby wszystkie ślady prowadziły jak najdalej od Ciebie? Mógłbyś się bronić, że to nie tak, ale ja wiem swoje. Czar prysł. Wielka wizja relacji ojciec-syn została rozproszona i przepadła wraz z upływem czasu. Wiele czynników się na to złożyło. Jeden był w tym wszystkim dominujący - definicja słowa "ojciec", a raczej jej brak, ponieważ mój słownik nie znał takiej frazy. Nie wiedział jak powinien go interpretować czy rozumieć. Może nie powinien wcale i to był właśnie problem?<br />
<br />
Pada tu wiele pytań na które nigdy nie poznamy odpowiedzi. Wydaje mi się, że to lepsze, bo mógłbym się tylko zawieść jeszcze mocniej... gdyby te miały się właśnie pojawić. Lepiej zostawić pewne sprawy jako niedopowiedzenia czy rzeczy niewyjaśnione - tak będzie najlepiej dla nas wszystkich.<br />
<br />
Tak naprawdę nie chodzi tutaj o mnie. To nie ja jestem głównym pokrzywdzonym w tym wszystkim. To nie mi należy współczuć. Czy kiedykolwiek zastanawiałeś się jak Twoje odejście może wpłynąć na inne osoby? Na Sophie? Richarda i jego dzieci? Nawet na Lorien? Na tych wszystkich ludzi, których łączyło coś z Tobą? Pewnie nie.<br />
<br />
Dla Ciebie mogą być to puste słowa bez pokrycia. W końcu nie ma Cię już między nami ale to właśnie Ci wszyscy ludzie, niegdyś Twoi bliscy, będą zmuszeni podnieść się po tym co miało miejsce 28 sierpnia 1972 roku. I już nawet puszczam w niepamięć, że były to moje urodziny. Pierwsze, w które moglibyśmy się spotkać, a zarazem ostatnie, bo kolejnej takiej szansy już nie będzie.<br />
<br />
Być może będzie dane nam się jeszcze kiedyś spotkać. Mam nadzieję, że Maeve nie nauczy mnie nienawiści w Twoją stronę do tego czasu, a wiedz, że jest do tego skłonna.<br />
<br />
Do naszego następnego spotkania, niech Ci ziemia lekką będzie.<br />
<br />
<div class="koperta-podpis">Stanley</div></div>
<br />
<p>Udało się. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Koniec</span></p>
<p>Stolik piętrzył się od zmarnowanych pergaminów, a ogień w kominku zdążył przygasnąć. Musiało minąć wiele czasu. Stanley spojrzał na zegarek i zrozumiał, że jest już prawie poranek - strasznie się zasiedział.</p>
<p>Wstał, aby rozruszać kości i dorzucić trochę do ognia, co by nie zgasł całkowicie.</p>
<p>Ogień rzucił się na świeże kawałki drewna, zajmując je niemal od razu. Borgin powrócił do stołu i złożył oba listy.</p>
<p>Przyglądał się temu niszczycielskiemu żywiołowi przez kilka chwil, wiedząc, że ten przyjmie zaraz jego podarki i nie będzie wybrzydzał. Stanley chciał się po napawać ich majestatyczną postawą i gracją z jaką przyszło im wić się w palenisku.</p>
<p>Nic nie mogło trwać wiecznie, więc nie mógł tego odwlekać w nieskończoność. Pierwsze do ognia poleciały kwiaty, które w mgnieniu oka zaczęły zanikać pod wpływem żaru. Nim zdążył się odwrócić po pierwszą z wiadomości, rośliny przestały istnieć. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Czas na list</span> Pokiwał głową, rzucając dłuższe pismo w kierunku płomieni. List do Stelli zniknął jeszcze szybciej.</p>
<p>Ciężko westchnął robiąc to samo z drugim listem. Ten również nie ostał się zbyt długo, stając się samym popiołem w kominku.</p>
<p><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Zdrowie Twoich bliskich</span> Borgin wzniósł toast, a następnie wylał zawartość szklanki do kominka. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Przyda im się teraz dużo zdrowia...</span> Życzył im jak najlepiej w tej chwili. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">To koniec pewnego rozdziału</span> Przyznał sam przed sobą, rozgrzebując żar na boki. Stanley musiał udać się na spoczynek, wszak padał już na twarz. Nie chciał przecież puścić całego lokalu z dymem.</p>
<p>W kilka minut sprzątnął całą salę główną, spoglądając nie raz w kierunku kominka. Nic się jednak nie wydarzyło, więc po prostu udał się na spoczynek.</p>
<p><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Non omnis moriar</span> - z tymi słowami w myślach udało mu się zasnąć. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Są teraz w lepszym miejscu</span> Był o tym święcie przekonany.</p>
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">Koniec sesji</div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[[inny avek]https://i.pinimg.com/736x/f3/a9/80/f3a9805bfae07d8c1d71c8ba735773e9.jpg[/inny avek]<br />
<div id="dataa" class="mycode_b"><span style="font-size: medium;" class="mycode_size">Noc z 4 na 5 września 1972, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Głębina</span></span></div>
<br />
<p>Ogień w kominku skwierczał dźwięcznie, będąc jedynym źródłem odgłosów w tym pomieszczeniu. Stanley siedział gdzieś po środku sali przy jednym ze stolików. Lokal, który przeważnie tętnił życiem czy posiadał chociaż garstkę klientów, był aktualnie pusty - został zamknięty przed czasem na prośbę samego właściciela. Wszyscy goście musieli opuścić ten przybytek. To samo tyczyło się Francisa, który po ogarnięciu swoich sprawunków, został zwolniony do domu około północy.</p>
<p>Nikt nie był w stanie przerwać tej ciszy i wejść do sali głównej, ponieważ drzwi zostały zamknięte na cztery spusty. Wszystko po to, aby nikt nie miał możliwości do wtargnięcia do środka. Dzisiaj nie byli mile widziani.</p>
<p>W Głębinie został sam Stanley i jego myśli.</p>
<p>Koniec sierpnia było niczym zderzenie z rzeczywistością. Było czymś wręcz niespotykanym. Nic więc dziwnego, że Borgin nie zdążył się pożegnać ani z jednym, ani z drugim. Dwie śmierci w przeciągu trzech dni to było zbyt dużo - nawet jak na niego samego.</p>
<p>Bukiet dali spoczywał gdzieś na boku stolika. Robiła to też szklanka z alkoholem, która nie miał posłużyć jako napitek dla Stanley. Nie obyło się również bez kałamarza i kilku czy kilkunastu pergaminów, które miały być świadkiem ostatnich listów. Listów, które Borgin pisał w zasadzie dla samego siebie, aby móc poczuć się chociaż odrobinę lepiej. Może liczył na jakieś rozliczenie w głębi duszy?</p>
<p>Były brygadzista odpalił sobie jeszcze papierosa, którym następnie się zaciągnął. Był gotów. Chwycił pióro i mógł rozpocząć to, co chodziło za nim od kilku dni.</p>
<p>Tylko jak powinien to zacząć? Od kogo też powinien zacząć? <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Wiem...</span> Pokiwał głową, pisząc pierwsze słowa.</p>
<br />
<div class="koperta">Najdroższa Stello,<br />
<br />
Z bólem serca i rozpaczą przyjąłem wieść o Twoim odejściu z tego świata. Zdaje sobie sprawę, że jesteś teraz w lepszym miejscu wraz ze swoją siostrą, chociaż możemy się z tym nie zgodzić, jest to jak najbardziej sprawiedliwe i słuszne. Twoje codziennie cierpienia jakie znosiłaś od wielu miesięcy, w końcu przyniosły ukojenie Twojej duszy. Nigdy do końca nie byłem w stanie zrozumieć Twojej straty, ponieważ nie byłem w takiej sytuacji - nie miałem rodzeństwa jak dobrze wiesz, a przynajmniej nie takiego, które miałbym potwierdzone na papierze wraz z odpowiednimi dokumentami. Nie zmieniało to jednak faktu, że próbowałem i starałem się Ciebie wspierać w tym wszystkim, pilnując, aby nic Ci się nie stało. Jak widać na próżno i bez efektów, skoro jestem zmuszony pisać ten list, który nigdy do Ciebie nie dotrze.<br />
<br />
Wiele słów ciśnie mi się usta, a zwłaszcza jedno - przepraszam. Za bardzo wiele rzeczy, a przede wszystkim za to, że byłem z Tobą nie szczery i chowałem przed Tobą prawdę na którą zasługiwałaś. O ile z początku rzeczywiście był ten skłonny do pomocy i uczynny brygadzista, niedoszły Auror, tak z biegiem czasu to wszystko było zatracone i stawało się teatrzykiem, który miał mnie kryć i tworzyć złudną iluzję, że wszystko było dalej w porządku.<br />
Niestety od dawna nie było. Mogłabyś się teraz trudzić i zastanawiać, kiedy to się stało i przede wszystkim czym było to spowodowane. Jako, że jestem Ci to dłużny, śpieszę z odpowiedzią.<br />
<br />
Październik 1970, śmierć Anne. Dalej pamiętam jak zjawiłaś się tego feralnego dnia i niestety musiałaś zobaczyć ten przykry widok wraku człowieka jakim wtedy byłem. Nie ukrywam - myślałem, że to koniec i chciałem tylko umrzeć. Nie widziałem dalszego celu egzystencji w tym świecie, a Ty mimo wszystko wyciągnęłaś do mnie pomocną dłoń i kazałaś mi stanąć na nogi. Tak, kazałaś, bo po długim czasie sama przyznałaś, że skorzystałaś wtedy ze swojej wiłej mocy, którą ukrywałaś przede mną w swoich obawach. Nie będę owijał w bawełnę - pomogło mi to ponownie stanąć na nogi i nabrać wiatru w żagle. Szkoda, że negatywnego, ponieważ zboczyłem wtedy ze ścieżki dobra, obierając drogę ku samozagładzie. Nie była to jednak Twoja wina w żadnym razie, wszak chciałaś tylko mojego dobra, a to ja nie potrafiłem sobie z tym poradzić. Nie poprosiłem też o pomoc, bo tak już niestety mam, że wszystko próbuje dźwigać na własnych barkach. To był element zwrotny w tym wszystkim - postanowiłem zostać jednym z nich. Śmierciożerców. Popleczników Czarnego Pana. Liczyłem, że wypełni to pustkę i smutek jaki pojawił się po stracie ukochanej matki. Myliłem się.<br />
<br />
Skłamałbym jednak, gdybym nie wspomniał teraz o jednym fakcie dotyczącym śmierci Anne. To wszystko moja wina. Zginęła z mojej winy i mojej chorej fascynacji związanej z czarną magią i szeroko pojętą nekromancją. Jedna pomyłka, a namieszała tyle w życiu i co gorsza, pozbawiła życia Merlinowi ducha winną kobietę, bo nie ukrywajmy - niczym sobie nie zasłużyła na taki los. Nie zrobiła nic złego w życiu, aby miała zginąć w ten sposób.<br />
To jednak był dopiero początek. Nie minął miesiąc, a nastała druga tragedia, która zmieniła Ciebie na zawsze. Nie było już tej samej Stelli, która dała mi drugą czy nawet trzecią szansę i tej, która w zdenerwowaniu na mnie, ustalała szczegóły obrazu na urodziny mojej rodzicielki. Wtedy była Stella, która nie rozumiała niesprawiedliwości losu. Która pytała o jedno - "dlaczego akurat mnie spotkał ten los"? Widziałem w Twoich oczach wiele bólu i cierpienia, ale nie mogłem zrobić zbyt wiele, bo po prostu nie potrafiłem, a co gorsza - sam już zatraciłem się w sobie, coraz bardziej obcując z czarną magią.<br />
<br />
Nie minęło może z pół roku, a dorobiłem się znaku na lewej ręce, który noszę po dziś dzień. Nie był to też jakiś pamiątkowy tatuaż, który miałby odnosić się do jakiegoś sukcesu z Hogwartu czy Ministerstwa, chociaż tych nie było zbyt wiele. Był, a w zasadzie jest to znak symbolizujący jedno - przynależność do zwolenników nowego ładu vel Śmierciożerców. <br />
Łatwo było ukrywać to wszystko, ponieważ nie interesowałaś się polityką, a w dodatku chowałaś się przed światem w swojej bezpiecznej przystani - w swoim własnym mieszkaniu. Oddawałaś się tam sztuce i topiłaś smutki po stracie siostry, a ja po prostu kontynuowałem swoją grę do tego stopnia, że gdy to piszę, mam na swoim sumieniu kilka mniej lub bardziej niewinnych osób.<br />
<br />
Przechodząc sprawnie do roku 72 i feralnego w skutkach Beltane na przełomie kwietnia i maja. Tego dnia byłem tam i walczyłem, ale nie z tymi "złymi", a ramię w ramię z Śmierciożercami, bo byłem jednym z nich. Nie byłem żadnych bohaterem, tak jak mogłaś to sobie wyobrażać. Mój list w tamtym czasie, który pisałem do Ciebie w emocjach, spowodowany był obawą, że mogło Ci się coś stać tego popołudnia. Co gorsza, z mojej winy, a nigdy bym sobie tego nie wybaczył. Wiem, że nie jest to żadnym usprawiedliwieniem ale Twoja odpowiedź przyniosła mi wiele ulgi w tamtej chwili. Jedna, prosta informacja, że jesteś bezpieczna i że nie spadł Ci włos z głowy - była to wiedza czysto zbawienna. Dawno puściłem w niepamięć naszą kłótnię, która mieliśmy w chwilę po tych tragicznych wydarzeniach z Doliny. Chociaż Ty potrafiłaś zebrać się na odwagę, aby mi wszystko powiedzieć. Ja niestety nie.<br />
<br />
To jednak nie koniec moich grzechów o których nie wiedziałaś i mogłaś sobie nie zdawać nawet sprawy. W przededniu Beltane, zaniosłem mały prezent przełożonej Aurorów. Nie była to żadna biżuteria, ani pamiątkowe zdjęcie. Była to głowa jej ukochanego, która została ucięta przez innych popleczników, a ja zostałem oddelegowany do dostarczenia jej do samej Harper Moody. Jak się później okazało, nie obyło się bez problemów, które skończyły się dla mnie przesłuchaniem i moją ucieczką z Ministerstwa. Końcówka czerwca to ostatni raz kiedy moja noga stanęła w Ministerstwie i kiedy po raz ostatni odbyłem służbę jako brygadzista w Departamencie Przestrzegania Praw Czarodziejów. Od tej pory byłem, a w zasadzie dalej jestem poszukiwany listem gończym przez swoich byłych kolegów i koleżanki z pracy.<br />
<br />
Z początkiem lipca przeniosłem swoją działalność na Nokturn, a dokładniej to na Podziemnie Ścieżki, które stały się moim nowym domem. Może to wiele wyjaśniać dlaczego to zawsze przychodziłem w odwiedziny do Ciebie ja, a nie vice versa. Jako osoba non grata w społeczeństwie, mogło być bardzo trudno się ze mną pojawić w jakimś miejscu publicznym i bardzo dobrze o tym wiedziałem, więc starałem się tego unikać jak ognia.<br />
<br />
Nie udało się jednak tego osiągnąć, ponieważ Atreus, mój serdeczny przyjaciel, przekazał mi długopis, który gdzieś w połowie lipca przeniósł mnie na jakieś randkowe widowisko na ulicy Pokątnej. Odpowiedziałem tam na kilka pytań, sam kilka zadałem kiedy okazało się, że jestem jednym z wybierających. Kiedy jednak moja przykrywka w postaci maski upadła, musiałem się ratować, uciekając z Sophie, która okazała się być moją siostrą jako córka Roberta. Wiem, że może być to trochę zawiłe ale sam nie potrafiłem się w tym połapać z początku.<br />
<br />
Jak sama widzisz, a raczej widziałabyś czy słyszałabyś gdybym Ci o tym powiedział, moja lista grzechów jest całkiem pokaźna, a nie wspomniałem o wszystkich, ponieważ musiałbym pisać ten list z dobry tydzień. Nie zmienia to jednak niczego, ani mnie nie usprawiedliwia w żaden sposób. Zawiniłem na wszelkich możliwych płaszczyznach, powodując wiele złego, a wszystko wskazuje, że popełnię jeszcze więcej, ponieważ z bycia Smierciożercą można się tylko wypisać poprzez dwie rzeczy. Przez śmierć albo Azkaban, chociaż to drugie nie jest pewne, wszak może komuś udać się uciec.<br />
<br />
Stello Avery, największa miłośniczko czekolady jaką znał cały świat, przepraszam Cię za wszystko. Za to, że nie potrafiłem być lepszy kiedy na to zasługiwałaś i za to, że zatajałem przed Tobą prawdę od dobrych kilkunastu miesięcy. Nie będę się tłumaczył, że robiłem to dla Twojego dobra, bo żadne Twoje dobro z tego nie wynikło. <br />
Dziękuję Ci też za to, że byłaś i pozwoliłaś mi zrozumieć wiele rzeczy, których do tej pory nie rozumiałem i za wiele się nie zmieniło, chociaż mogłem w końcu spróbować to odmienić. Naprawdę, zawdzięczam Ci bardzo wiele, a moje słowa nie będą w stanie tego opisać nigdy. Sprowadzę więc to do dwóch słów - dziękuję i przepraszam.<br />
<br />
Wiedząc jak bardzo kochałaś dalie, chciałbym Ci złożyć ich mały bukiet wraz z tym listem, który kończę właśnie pisać. Przyjmij je proszę ode mnie, bo chciałbym wierzyć, że kiedyś mi to wszystko wybaczysz, chociaż raczej nie będę dane nam się już nigdy zobaczyć, ponieważ moje miejsce jest gdzieś w odmętach ludzkiej nicości na którą zasługuje.<br />
<br />
<br />
<br />
<div class="koperta-podpis">Stanley</div></div>
<br />
<p>Po kilku próbach, setkach skreśleń i przepisań, udało się złożyć list, który jakkolwiek odpowiadałby Stanleyowi. Może nie był perfekcyjny i idealny ale jego autor też taki nie był. Pisał to co czuł. To, co powinien był powiedzieć przed laty. Teraz? Nie miało to już większego znaczenia. Nic to nie zmieniało.</p>
<p>Nie miał nawet pojęcia ile czasu mu zeszło i ile papierosów wypalił. Popielniczka była niemalże pełna, a przed nim był jeszcze jeden list. Ten był chyba gorszy, bo Borgin nawet nie wiedział jakby mógł go rozpocząć. Od jakich słów miałby zacząć? Z której formułki miał skorzystać?</p>
<br />
<div class="koperta">
Robercie,<br />
<br />
Nie będę ukrywał, że ciężko mi zwrócić się do Ciebie w jakikolwiek inny sposób, niż po imieniu. To też nie tak, że nie próbowałem tego robić, ponieważ Richard mi świadkiem - tak właśnie było. Nie ma to już jednak żadnego większego znaczenia w zaistniałej sytuacji. Jest dużo więcej osób, które miały większe prawa do tego, aby właśnie móc zwracać się do Ciebie w inny sposób, niż ten po imieniu. Zwracać się inaczej, niż ten "biznesowy" sposób, bo czy nie tak właśnie było?<br />
<br />
Czy nie taka była nasza relacja? Czy nie potrzebowałeś mnie tylko wtedy kiedy trzeba było coś zrobić? A najlepiej to czyimiś rękoma? Moimi? Tak, aby wszystkie ślady prowadziły jak najdalej od Ciebie? Mógłbyś się bronić, że to nie tak, ale ja wiem swoje. Czar prysł. Wielka wizja relacji ojciec-syn została rozproszona i przepadła wraz z upływem czasu. Wiele czynników się na to złożyło. Jeden był w tym wszystkim dominujący - definicja słowa "ojciec", a raczej jej brak, ponieważ mój słownik nie znał takiej frazy. Nie wiedział jak powinien go interpretować czy rozumieć. Może nie powinien wcale i to był właśnie problem?<br />
<br />
Pada tu wiele pytań na które nigdy nie poznamy odpowiedzi. Wydaje mi się, że to lepsze, bo mógłbym się tylko zawieść jeszcze mocniej... gdyby te miały się właśnie pojawić. Lepiej zostawić pewne sprawy jako niedopowiedzenia czy rzeczy niewyjaśnione - tak będzie najlepiej dla nas wszystkich.<br />
<br />
Tak naprawdę nie chodzi tutaj o mnie. To nie ja jestem głównym pokrzywdzonym w tym wszystkim. To nie mi należy współczuć. Czy kiedykolwiek zastanawiałeś się jak Twoje odejście może wpłynąć na inne osoby? Na Sophie? Richarda i jego dzieci? Nawet na Lorien? Na tych wszystkich ludzi, których łączyło coś z Tobą? Pewnie nie.<br />
<br />
Dla Ciebie mogą być to puste słowa bez pokrycia. W końcu nie ma Cię już między nami ale to właśnie Ci wszyscy ludzie, niegdyś Twoi bliscy, będą zmuszeni podnieść się po tym co miało miejsce 28 sierpnia 1972 roku. I już nawet puszczam w niepamięć, że były to moje urodziny. Pierwsze, w które moglibyśmy się spotkać, a zarazem ostatnie, bo kolejnej takiej szansy już nie będzie.<br />
<br />
Być może będzie dane nam się jeszcze kiedyś spotkać. Mam nadzieję, że Maeve nie nauczy mnie nienawiści w Twoją stronę do tego czasu, a wiedz, że jest do tego skłonna.<br />
<br />
Do naszego następnego spotkania, niech Ci ziemia lekką będzie.<br />
<br />
<div class="koperta-podpis">Stanley</div></div>
<br />
<p>Udało się. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Koniec</span></p>
<p>Stolik piętrzył się od zmarnowanych pergaminów, a ogień w kominku zdążył przygasnąć. Musiało minąć wiele czasu. Stanley spojrzał na zegarek i zrozumiał, że jest już prawie poranek - strasznie się zasiedział.</p>
<p>Wstał, aby rozruszać kości i dorzucić trochę do ognia, co by nie zgasł całkowicie.</p>
<p>Ogień rzucił się na świeże kawałki drewna, zajmując je niemal od razu. Borgin powrócił do stołu i złożył oba listy.</p>
<p>Przyglądał się temu niszczycielskiemu żywiołowi przez kilka chwil, wiedząc, że ten przyjmie zaraz jego podarki i nie będzie wybrzydzał. Stanley chciał się po napawać ich majestatyczną postawą i gracją z jaką przyszło im wić się w palenisku.</p>
<p>Nic nie mogło trwać wiecznie, więc nie mógł tego odwlekać w nieskończoność. Pierwsze do ognia poleciały kwiaty, które w mgnieniu oka zaczęły zanikać pod wpływem żaru. Nim zdążył się odwrócić po pierwszą z wiadomości, rośliny przestały istnieć. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Czas na list</span> Pokiwał głową, rzucając dłuższe pismo w kierunku płomieni. List do Stelli zniknął jeszcze szybciej.</p>
<p>Ciężko westchnął robiąc to samo z drugim listem. Ten również nie ostał się zbyt długo, stając się samym popiołem w kominku.</p>
<p><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Zdrowie Twoich bliskich</span> Borgin wzniósł toast, a następnie wylał zawartość szklanki do kominka. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Przyda im się teraz dużo zdrowia...</span> Życzył im jak najlepiej w tej chwili. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">To koniec pewnego rozdziału</span> Przyznał sam przed sobą, rozgrzebując żar na boki. Stanley musiał udać się na spoczynek, wszak padał już na twarz. Nie chciał przecież puścić całego lokalu z dymem.</p>
<p>W kilka minut sprzątnął całą salę główną, spoglądając nie raz w kierunku kominka. Nic się jednak nie wydarzyło, więc po prostu udał się na spoczynek.</p>
<p><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Non omnis moriar</span> - z tymi słowami w myślach udało mu się zasnąć. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Są teraz w lepszym miejscu</span> Był o tym święcie przekonany.</p>
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">Koniec sesji</div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[06.09.72] Mew, I threw up :'C  | Baldwin & Maeve]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4338</link>
			<pubDate>Thu, 02 Jan 2025 20:38:25 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=478">Baldwin Malfoy</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4338</guid>
			<description><![CDATA[<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><div id="dataa" class="mycode_b">Ulica Śmiertelnego Nokturnu, Palarnia Changów</div></div>
Planował teleportować się prościutko do Eurydyki. <br />
Decyzja podjęta w ułamku sekundy, gdy zrozumiał, że nie może wrócić do swojego mieszkania. Nie, kiedy była w nim Scarlett. Mulciberówna ze swoimi pięknymi oczami, ponętnym ciałem i ewidentnie niezdiagnozowaną dwubiegunówką. Chciał jej. Każda komórka w ciele próbowała go zmusić do powrotu na Horyzontalną. Ozdobieniu jej ciała fioletem i czerwienią. Opakowania wspomnień westchnień, łez i krzyków w fiolkę wspomnień owiniętą w złotą tasiemką, wysłana pierwszą lepszą sową do Charles'a Roberta. Znajome mrowienie w palcach podpowiedziało, że nie powinien. Jeszcze nie teraz. Nie kiedy emocje były tak silne, że mogły przejąć kontrolę. Scarlett stanowiła słodki substytut tego czego potrzebowało jego ciało i dusza. Tak długo jak jego oblubienica pozostawała poza zasięgiem, dziewczyna mu wystarczała. Nie chciał jej niszczyć. Nikt nie lubi bawić się popsutymi lalkami. <br />
Nie mógł wrócić do domu, bo wizja spotkania z Lorraine w tym stanie przerażała go chyba bardziej. Kusiła. Nie po tym co się stało, a każdy krok po Necronomiconie przypominał mu o grzechu i cierpieniu, które jej sprawił. Które nadal chciał jej sprawiać, żeby jego Dellilah nareszcie zrozumiała, że niektóre sny przynależały się tylko umarłym.    <br />
Eurydyka była bezpieczną opcją. Dla niego. Dla tego zjeba, który miał szczęście że urodził się pół-Malfoyem. Dla wszystkich członków nokturnowej rodziny. Było wystarczająco późno, chociaż jeszcze przed północą, żeby znaleźć w galerii jakąś pierwszą lepszą najebaną idiotkę. Dziewczyneczkę jak ich wiele. Taką, której nie będzie mu żal zaciągnąć w ciemność Katakumb i zostawić na pożarcie szczurom.<br />
<br />
Może za bardzo w prawo, trochę zbyt mocno w lewo, tequila, która spływała mu po włosach i twarzy zapewniła słaby poślizg, a do tego źle przyjął azymut kąta teleportacji względem ułożenia znajdującego się akurat w retro…preparacji? …degreadacji? …jakiejś-tam-acji Merkurego. Cokolwiek to było… Coś poszło nie tak. Wyjątkowo nie tak. Po tym jak z trzaskiem deportował się z mieszkania Charliego pozostawiając kałużę alkoholu, z jeszcze większym pojawił się… w Palarni Changów. Znajomy zapach opium uderzył go w tej samej sekundzie, mieszając z ostrością tequili i wiszącego w powietrzu zaduchu czarnej magii. Prawie się porzygał od tej niespodziewanej mieszanki. Zachwiał się, wpadał na jakiegoś typa, wytrącając mu z łapy fajkę do opium.<br />
- Anioł jakowy? - Wybełkotał ledwo kontaktujący z rzeczywistością gość. Baldwin przez moment rozważał wbicie mu różdżki w nos i sprawdzenie jak zadziała chłoszczyść, ale zacisnął tylko mocniej zęby. <br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Tak. A teraz wypierdalaj.</span>- Warknął spychając go z drewnianego krzesełka, z niemą satysfakcją obserwując jak ćpun pada na podłogę niczym kilkudziesięciokilogramowy wór ryżu. Baldwin przysiadł na cudownie zwolnionym miejscu. Nie zauważył nawet kiedy Rozalinda umknęła mu z przemoczonej kieszeni, znikając bogowie jedni wiedzą gdzie, załatwiać jakieś swoje szczurze sprawy pewnie. <br />
Przeczesał palcami mokre i brudne włosy, odgarniając je z twarzy. Chyba nawet nie miał ochoty patrzeć na siebie w lustro. Wystarczyło, że przesunął dłonią pod okiem, żeby tępy ból wrócił. Docisnął nieco mocniej. Kurwa. Pewnie miał limo. Zajebiście. Po co on się przejmował co powie Lorraine, skoro w teatrze go zabiją.<br />
Pierdolony Mulciber. <br />
<br />
Spróbował upić trochę herbaty z filiżanki pozostawionej na stoliku, żeby zadusić cierpki smak żółci w ustach, ale wypluł ją z powrotem do naczynka, gdy tylko smak bagna (czy tam porządnie zaparzonych liści) połaskotał go w podniebienie. <br />
Ja pierdolę, oni to za karę muszą żłopać czy co? <br />
Nie chciał tu siedzieć zbyt długo, bo wkurzenie Madeline Chang samym faktem że oddycha i w dodatku obcieka tequilą na jej drewnianą posadzkę leżało gdzieś na samym dole przyjebanych pomysłów Malfoy’a. To że tej strasznej baby akurat nie było w zasięgu wzroku nie znaczyło, że nie czaiła się gdzieś w ciemnościach. Przymknął na moment podbite oko i znów upił herbaty. Nadal paskudna. Znów wypluł ją do filiżanki.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><div id="dataa" class="mycode_b">Ulica Śmiertelnego Nokturnu, Palarnia Changów</div></div>
Planował teleportować się prościutko do Eurydyki. <br />
Decyzja podjęta w ułamku sekundy, gdy zrozumiał, że nie może wrócić do swojego mieszkania. Nie, kiedy była w nim Scarlett. Mulciberówna ze swoimi pięknymi oczami, ponętnym ciałem i ewidentnie niezdiagnozowaną dwubiegunówką. Chciał jej. Każda komórka w ciele próbowała go zmusić do powrotu na Horyzontalną. Ozdobieniu jej ciała fioletem i czerwienią. Opakowania wspomnień westchnień, łez i krzyków w fiolkę wspomnień owiniętą w złotą tasiemką, wysłana pierwszą lepszą sową do Charles'a Roberta. Znajome mrowienie w palcach podpowiedziało, że nie powinien. Jeszcze nie teraz. Nie kiedy emocje były tak silne, że mogły przejąć kontrolę. Scarlett stanowiła słodki substytut tego czego potrzebowało jego ciało i dusza. Tak długo jak jego oblubienica pozostawała poza zasięgiem, dziewczyna mu wystarczała. Nie chciał jej niszczyć. Nikt nie lubi bawić się popsutymi lalkami. <br />
Nie mógł wrócić do domu, bo wizja spotkania z Lorraine w tym stanie przerażała go chyba bardziej. Kusiła. Nie po tym co się stało, a każdy krok po Necronomiconie przypominał mu o grzechu i cierpieniu, które jej sprawił. Które nadal chciał jej sprawiać, żeby jego Dellilah nareszcie zrozumiała, że niektóre sny przynależały się tylko umarłym.    <br />
Eurydyka była bezpieczną opcją. Dla niego. Dla tego zjeba, który miał szczęście że urodził się pół-Malfoyem. Dla wszystkich członków nokturnowej rodziny. Było wystarczająco późno, chociaż jeszcze przed północą, żeby znaleźć w galerii jakąś pierwszą lepszą najebaną idiotkę. Dziewczyneczkę jak ich wiele. Taką, której nie będzie mu żal zaciągnąć w ciemność Katakumb i zostawić na pożarcie szczurom.<br />
<br />
Może za bardzo w prawo, trochę zbyt mocno w lewo, tequila, która spływała mu po włosach i twarzy zapewniła słaby poślizg, a do tego źle przyjął azymut kąta teleportacji względem ułożenia znajdującego się akurat w retro…preparacji? …degreadacji? …jakiejś-tam-acji Merkurego. Cokolwiek to było… Coś poszło nie tak. Wyjątkowo nie tak. Po tym jak z trzaskiem deportował się z mieszkania Charliego pozostawiając kałużę alkoholu, z jeszcze większym pojawił się… w Palarni Changów. Znajomy zapach opium uderzył go w tej samej sekundzie, mieszając z ostrością tequili i wiszącego w powietrzu zaduchu czarnej magii. Prawie się porzygał od tej niespodziewanej mieszanki. Zachwiał się, wpadał na jakiegoś typa, wytrącając mu z łapy fajkę do opium.<br />
- Anioł jakowy? - Wybełkotał ledwo kontaktujący z rzeczywistością gość. Baldwin przez moment rozważał wbicie mu różdżki w nos i sprawdzenie jak zadziała chłoszczyść, ale zacisnął tylko mocniej zęby. <br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Tak. A teraz wypierdalaj.</span>- Warknął spychając go z drewnianego krzesełka, z niemą satysfakcją obserwując jak ćpun pada na podłogę niczym kilkudziesięciokilogramowy wór ryżu. Baldwin przysiadł na cudownie zwolnionym miejscu. Nie zauważył nawet kiedy Rozalinda umknęła mu z przemoczonej kieszeni, znikając bogowie jedni wiedzą gdzie, załatwiać jakieś swoje szczurze sprawy pewnie. <br />
Przeczesał palcami mokre i brudne włosy, odgarniając je z twarzy. Chyba nawet nie miał ochoty patrzeć na siebie w lustro. Wystarczyło, że przesunął dłonią pod okiem, żeby tępy ból wrócił. Docisnął nieco mocniej. Kurwa. Pewnie miał limo. Zajebiście. Po co on się przejmował co powie Lorraine, skoro w teatrze go zabiją.<br />
Pierdolony Mulciber. <br />
<br />
Spróbował upić trochę herbaty z filiżanki pozostawionej na stoliku, żeby zadusić cierpki smak żółci w ustach, ale wypluł ją z powrotem do naczynka, gdy tylko smak bagna (czy tam porządnie zaparzonych liści) połaskotał go w podniebienie. <br />
Ja pierdolę, oni to za karę muszą żłopać czy co? <br />
Nie chciał tu siedzieć zbyt długo, bo wkurzenie Madeline Chang samym faktem że oddycha i w dodatku obcieka tequilą na jej drewnianą posadzkę leżało gdzieś na samym dole przyjebanych pomysłów Malfoy’a. To że tej strasznej baby akurat nie było w zasięgu wzroku nie znaczyło, że nie czaiła się gdzieś w ciemnościach. Przymknął na moment podbite oko i znów upił herbaty. Nadal paskudna. Znów wypluł ją do filiżanki.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[28.08.1972] Nothing left but one another]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4307</link>
			<pubDate>Fri, 20 Dec 2024 00:38:57 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=43">Maeve Chang</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4307</guid>
			<description><![CDATA[<div class="poszukiwania"><div class="poszukiwania2"><h1>28 sierpnia 1972</h1><br />
<h2> Maeve Chang &amp; Stanley Andrew Borgin<br />
<br />
Palarnia Changów, pokój Mewy, wieczór </h2></div></div>
<br />
Wstydziła się własnego cienia. <br />
<br />
Tak nie zrozumieć powagi sytuacji mogła tylko ona; normalnie przecież rozumieli się bez słów, znali się jak łyse konie, a jakimś cudem nie wyczytała z tego pierwszego listu, że Stanley nie żartuje. Kiedy przeczytała wiadomość po raz drugi, już świadoma swojego sakramenckiego faux-pas, treść wydawała się kurewsko oczywista. Nie mogła tego nawet zwalić na karb bycia zwyczajnie nabzdryngoloną, bo choćby chciała, nie mogła się upić. W sumie nie było co gdybać - nigdy wcześniej tak bardzo nie chciała znieczulić się alkoholem jak teraz.<br />
<br />
Pluła sobie więc w brodę, że po pierwsze zachowała się jak zjeb na dzień dobry, a po drugie zaprosiła go do siebie, kiedy była ostatnią osobą, która powinna wspierać kogoś w żałobie. Wszak Mewa nie umiała żadnej żałoby uszanować, prędzej czy później będzie próbować obrócić to w jakiś żałosny żart, co będzie zdecydowanie daremne, bo Borgin definitywnie nie miał ochoty na śmiech. <br />
A po trzecie, to było jej zajebiście przykro. Nawet nie dlatego, że umarł mu ten ojciec, bo wcale tego zgreda nie żałowała, nawet jeśli istniały przesłanki, dzięki którym powinna ze Stanleyem żal za zmarłym dzielić. Było jej smutno, bo nie dość, że wszedł mu do życia z butami tylko po to, żeby umrzeć, to jeszcze bezczelnie zrobił to w jego urodziny. <br />
<br />
I jak mu miała dać teraz ten prezent? Co miała powiedzieć? <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Hej, wszystkiego najlepszego z okazji śmierci twojego ojca?</span><br />
<br />
Wpuściła go do swojego pokoju, a raczej nieokiełznanej dżungli, z której tylko nieśmiało wychylało się z oddali niepościelone łóżko, a także kawałek zdrapanego parkietu, na którym rozwalone były trzy doniczki i ziemia. Tak rzuciła o tych paprotkach, bo akurat sowa przyniosła te marne wieści jak je przesadzała, więc zostawiła wszystko jak stało. Nie marnowała czasu na sprzątanie, wolała ostrzec rodzinę, że sprawa jest poważna i mają się do jej pokoju za żadne skarby nie wpierdalać. <br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Siadaj, gdzie chcesz i na czym chcesz</span> - powiedziała, po czym migiem zdjęła ubrania, definitywnie nie swoje, i pelargonię zawalające pobliski fotel. Starła z podłokietnika kurz i ziemię, uśmiechnęła się głupio, choć przepraszająco. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Dać ci coś do picia? Gdzieś mam chińskie wino ze śliwek, smakuje jak kompot, ale kopie jak samogon. Znaczy, tak mówią klienci, ja się chuja znam</span> - zaproponowała, a potem zaczęła przeglądać zakamarki za butelką, którą kilka dni temu napoczęła z Lorraine, a potem w ferworze ich zwyczajowych przygód, wcisnęła w jakiś kąt, byle nie zawadzało. Widać było, że się trochę kręci po pokoju bez sensu, jak smród po gaciach, ale wyraźnie dlatego, że nie wiedziała, co innego powiedzieć, żeby się jeszcze bardziej nie zbłaźnić. <br />
Lub żeby Stanleya nie zranić.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div class="poszukiwania"><div class="poszukiwania2"><h1>28 sierpnia 1972</h1><br />
<h2> Maeve Chang &amp; Stanley Andrew Borgin<br />
<br />
Palarnia Changów, pokój Mewy, wieczór </h2></div></div>
<br />
Wstydziła się własnego cienia. <br />
<br />
Tak nie zrozumieć powagi sytuacji mogła tylko ona; normalnie przecież rozumieli się bez słów, znali się jak łyse konie, a jakimś cudem nie wyczytała z tego pierwszego listu, że Stanley nie żartuje. Kiedy przeczytała wiadomość po raz drugi, już świadoma swojego sakramenckiego faux-pas, treść wydawała się kurewsko oczywista. Nie mogła tego nawet zwalić na karb bycia zwyczajnie nabzdryngoloną, bo choćby chciała, nie mogła się upić. W sumie nie było co gdybać - nigdy wcześniej tak bardzo nie chciała znieczulić się alkoholem jak teraz.<br />
<br />
Pluła sobie więc w brodę, że po pierwsze zachowała się jak zjeb na dzień dobry, a po drugie zaprosiła go do siebie, kiedy była ostatnią osobą, która powinna wspierać kogoś w żałobie. Wszak Mewa nie umiała żadnej żałoby uszanować, prędzej czy później będzie próbować obrócić to w jakiś żałosny żart, co będzie zdecydowanie daremne, bo Borgin definitywnie nie miał ochoty na śmiech. <br />
A po trzecie, to było jej zajebiście przykro. Nawet nie dlatego, że umarł mu ten ojciec, bo wcale tego zgreda nie żałowała, nawet jeśli istniały przesłanki, dzięki którym powinna ze Stanleyem żal za zmarłym dzielić. Było jej smutno, bo nie dość, że wszedł mu do życia z butami tylko po to, żeby umrzeć, to jeszcze bezczelnie zrobił to w jego urodziny. <br />
<br />
I jak mu miała dać teraz ten prezent? Co miała powiedzieć? <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Hej, wszystkiego najlepszego z okazji śmierci twojego ojca?</span><br />
<br />
Wpuściła go do swojego pokoju, a raczej nieokiełznanej dżungli, z której tylko nieśmiało wychylało się z oddali niepościelone łóżko, a także kawałek zdrapanego parkietu, na którym rozwalone były trzy doniczki i ziemia. Tak rzuciła o tych paprotkach, bo akurat sowa przyniosła te marne wieści jak je przesadzała, więc zostawiła wszystko jak stało. Nie marnowała czasu na sprzątanie, wolała ostrzec rodzinę, że sprawa jest poważna i mają się do jej pokoju za żadne skarby nie wpierdalać. <br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Siadaj, gdzie chcesz i na czym chcesz</span> - powiedziała, po czym migiem zdjęła ubrania, definitywnie nie swoje, i pelargonię zawalające pobliski fotel. Starła z podłokietnika kurz i ziemię, uśmiechnęła się głupio, choć przepraszająco. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Dać ci coś do picia? Gdzieś mam chińskie wino ze śliwek, smakuje jak kompot, ale kopie jak samogon. Znaczy, tak mówią klienci, ja się chuja znam</span> - zaproponowała, a potem zaczęła przeglądać zakamarki za butelką, którą kilka dni temu napoczęła z Lorraine, a potem w ferworze ich zwyczajowych przygód, wcisnęła w jakiś kąt, byle nie zawadzało. Widać było, że się trochę kręci po pokoju bez sensu, jak smród po gaciach, ale wyraźnie dlatego, że nie wiedziała, co innego powiedzieć, żeby się jeszcze bardziej nie zbłaźnić. <br />
Lub żeby Stanleya nie zranić.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[1.09.72] Hands up | Aidan, Umbriel]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4260</link>
			<pubDate>Thu, 05 Dec 2024 15:27:18 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=409">Aidan Parkinson</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4260</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">1 września 1972<br />
Podziemne Ścieżki</div>
<br />
Aidan bez problemu przeszedł przez Nokturn, nie niepokojony przez nikogo. To nie tak, że był tu jakąś ważną personą, bo wcale za takiego nie uchodził ani do tego nie aspirował - to życie chciało, by kilka losów splotło się w jeden wielki kłębek i by Parkinson poznał ludzi, którzy znali ludzi. Na samym Nokturnie stanowiło to ogromny atut - znajomości właśnie, a nie żadne pieniądze czy groźby i prośby. Nokturn, ach Nokturn, ty jebana kurwo: chciałoby się rzec na głos, gdy przemierzał brudne uliczki, podnosząc kołnierz znoszonej, skórzanej kurtki. Wciągał zapach brudu i przestępstwa jedną dziurką, a wydmuchiwał drugą, razem z dymem papierosowym. Pet w gębie Aidana powoli stawał się jego znakiem rozpoznawczym. W pracy robił coraz więcej przerw na papierosa, a w domu palił non stop. Jeśli tak dalej pójdzie: zbankrutuje. Ale miał wrażenie, że tylko to mu pomagało: tytoń i od biedy wóda, chociaż z tym ostatnim niedawno spasował. Nie tylko dlatego, że uwalniała w nim tłumione pokłady agresji, ale przede wszystkim dlatego, że miał dosyć tłumaczenia się w Ministerstwie, dlaczego znowu ma obitą mordę. Odkąd Penny zapadła się pod ziemię i dała mu jasno do zrozumienia, że nie chce mieć z nim nic wspólnego, było z nim jeszcze gorzej niż dotychczas. Regina miał w tym swój udział, więc Parkinson nawet nie miał zamiaru się do kuzyna odzywać. Obwiniał go o to, co się stało. Stanley zniknął, wszyscy w BUM go szukali, a ten jeszcze prosił go o jakieś kurwa listy obecności, których nie dał rady zdobyć. Brenna się nad nim znęcała, rzucając czary na jego biurko, a Victoria jej wtórowała. <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Jebane baby</span> - burknął, kopiąc po drodze jakiś mały kamyk. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Koniec z nimi, bo mnie wykończą.</span><br />
Nie był tu oficjalnie - nie miał munduru. Był ubrany po cywilnemu, bo dzisiaj zrobił sobie wolne, a co. Miał przecież do tego prawo, a ostatnio naprawdę było źle z jego psychiką. Nie wiedział, gdzie jego agresja może znaleźć ujście - miotał się, włóczył gdzie popadnie i... W sumie co. Jedno wielkie, śmierdzące smocze gówno: nie wiedział, co dalej ze sobą zrobić.<br />
<br />
Przeszedł przez kolejną uliczkę, dał nura pod jakimś przejściem, popchnął kogoś niechcący, ale na oburzone warknięcie nieznajomego tylko wcisnął mu paczkę fajek do łap. I tak zostały tylko dwa szlugi, a on miał w drugiej kieszeni kolejną, świeżą paczkę. W zasadzie to nie wiedział, gdzie idzie - ot, taki sobie spacer zrobił. Mrugnął raz czy drugi, gdy otoczenie się zmieniło, a on dostrzegł jakiś zapyziały, starszy budynek. Nie wahał się dłużej niż kilka sekund: jego destrukcyjne myśli i chęć wjebania komuś tak po prostu gnały go do przodu. A raczej w dół, bo schodził właśnie po schodach. Znalazł się w sieci dziwnych, podziemnych korytarzy, lecz nie było tu ciemno. Aidan zgasił peta o ziemię, przydeptując żar butem. No ciekawe, gdzie go poniosło, chociaż chyba znał odpowiedź. Chciał zawrócić, bo nie podobało mu się to miejsce, lecz dostrzegł w oddali ruch. I chyba znajomą sylwetkę. Czy to nie...? Nie, niemożliwe. Nie mógł być w Londynie, nie pod ich nosem. Pewnie się pomylił, to nie mógł być jeden z tych, których szukali od kilku miesięcy. Ale jeśli ktokolwiek dowie się, że tego nie sprawdził... Parkinson westchnął i, całkowicie wbrew sobie, zapuścił się głębiej w Ścieżki.<br />
<br />
!podziemneścieżki]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">1 września 1972<br />
Podziemne Ścieżki</div>
<br />
Aidan bez problemu przeszedł przez Nokturn, nie niepokojony przez nikogo. To nie tak, że był tu jakąś ważną personą, bo wcale za takiego nie uchodził ani do tego nie aspirował - to życie chciało, by kilka losów splotło się w jeden wielki kłębek i by Parkinson poznał ludzi, którzy znali ludzi. Na samym Nokturnie stanowiło to ogromny atut - znajomości właśnie, a nie żadne pieniądze czy groźby i prośby. Nokturn, ach Nokturn, ty jebana kurwo: chciałoby się rzec na głos, gdy przemierzał brudne uliczki, podnosząc kołnierz znoszonej, skórzanej kurtki. Wciągał zapach brudu i przestępstwa jedną dziurką, a wydmuchiwał drugą, razem z dymem papierosowym. Pet w gębie Aidana powoli stawał się jego znakiem rozpoznawczym. W pracy robił coraz więcej przerw na papierosa, a w domu palił non stop. Jeśli tak dalej pójdzie: zbankrutuje. Ale miał wrażenie, że tylko to mu pomagało: tytoń i od biedy wóda, chociaż z tym ostatnim niedawno spasował. Nie tylko dlatego, że uwalniała w nim tłumione pokłady agresji, ale przede wszystkim dlatego, że miał dosyć tłumaczenia się w Ministerstwie, dlaczego znowu ma obitą mordę. Odkąd Penny zapadła się pod ziemię i dała mu jasno do zrozumienia, że nie chce mieć z nim nic wspólnego, było z nim jeszcze gorzej niż dotychczas. Regina miał w tym swój udział, więc Parkinson nawet nie miał zamiaru się do kuzyna odzywać. Obwiniał go o to, co się stało. Stanley zniknął, wszyscy w BUM go szukali, a ten jeszcze prosił go o jakieś kurwa listy obecności, których nie dał rady zdobyć. Brenna się nad nim znęcała, rzucając czary na jego biurko, a Victoria jej wtórowała. <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Jebane baby</span> - burknął, kopiąc po drodze jakiś mały kamyk. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Koniec z nimi, bo mnie wykończą.</span><br />
Nie był tu oficjalnie - nie miał munduru. Był ubrany po cywilnemu, bo dzisiaj zrobił sobie wolne, a co. Miał przecież do tego prawo, a ostatnio naprawdę było źle z jego psychiką. Nie wiedział, gdzie jego agresja może znaleźć ujście - miotał się, włóczył gdzie popadnie i... W sumie co. Jedno wielkie, śmierdzące smocze gówno: nie wiedział, co dalej ze sobą zrobić.<br />
<br />
Przeszedł przez kolejną uliczkę, dał nura pod jakimś przejściem, popchnął kogoś niechcący, ale na oburzone warknięcie nieznajomego tylko wcisnął mu paczkę fajek do łap. I tak zostały tylko dwa szlugi, a on miał w drugiej kieszeni kolejną, świeżą paczkę. W zasadzie to nie wiedział, gdzie idzie - ot, taki sobie spacer zrobił. Mrugnął raz czy drugi, gdy otoczenie się zmieniło, a on dostrzegł jakiś zapyziały, starszy budynek. Nie wahał się dłużej niż kilka sekund: jego destrukcyjne myśli i chęć wjebania komuś tak po prostu gnały go do przodu. A raczej w dół, bo schodził właśnie po schodach. Znalazł się w sieci dziwnych, podziemnych korytarzy, lecz nie było tu ciemno. Aidan zgasił peta o ziemię, przydeptując żar butem. No ciekawe, gdzie go poniosło, chociaż chyba znał odpowiedź. Chciał zawrócić, bo nie podobało mu się to miejsce, lecz dostrzegł w oddali ruch. I chyba znajomą sylwetkę. Czy to nie...? Nie, niemożliwe. Nie mógł być w Londynie, nie pod ich nosem. Pewnie się pomylił, to nie mógł być jeden z tych, których szukali od kilku miesięcy. Ale jeśli ktokolwiek dowie się, że tego nie sprawdził... Parkinson westchnął i, całkowicie wbrew sobie, zapuścił się głębiej w Ścieżki.<br />
<br />
!podziemneścieżki]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[13.08.1972] Haunted by you in my dreams | Millie & Baldwin]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4238</link>
			<pubDate>Sat, 30 Nov 2024 06:28:16 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=478">Baldwin Malfoy</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4238</guid>
			<description><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Millie Moody - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic</span></div></div>
<br />
<div class="ooc"><div class="ooc-wrapper"><center><span class="ooc-toggle">Odkryj wiadomość pozafabularną</span></center><div class="ooc-content">W założeniu: zabrał Moody bezpośrednio do Eurydyki – używam mojej Znajomości Półświatka (III)</div></div></div>
<br />
Galeria Eurydyka jak zwykle skąpana była w uciążliwych dla nieprzyzwyczajonych oczu odcieniach fioletu, różu i błękitu, mających swoje źródło w dziesiątkach jak nie setkach porastających ściany fluorescencyjnych grzybów. W panującej, niezmąconej niczym innym ciemności – kolory zdawały się być jeszcze mocniejsze, jeszcze bardziej nasycone. W powietrzu unosił się typowy dla Podziemnych Ścieżek zapach stęchlizny, trupa i czarnej magii, wymieszany z opium i ostrym rozpuszczalnikiem. Tylko szaleniec stwierdziłby, że pachnie tu <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">domem</span>. <br />
Musiało być koło trzeciej w nocy, bo nawet szczury zaszyły się w kątach podziemnego klubu, śniąc swoje małe szczurze sny. Poza nimi i dwójką młodych ludzi nie było w Eurydyce żywego ducha – były te nieżywe. Pląsały w takt muzyki, unosząc się w powietrzu. Sunęły między krzesłami znikając w głębinach Katakumb. Powracały. Sabrina „nastoletnia wampirzyca” gdzieś wyszła dwie godziny temu, oświadczając, że nie będzie z geriatrią siedzieć. Czasem Baldwin zastanawiał się jak to jest być uwięzionym w ciele nocnej mary istotą z mózgiem czternastolatki. Wolał nie pytać, ot profilaktycznie jakby miała mu napluć do szklanki. <br />
Jak o samym Malfoy’u jednak mowa…<br />
<br />
-<span style="font-style: italic;" class="mycode_i"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> In restless dreams, I walked alone…</span></span>- nucił stary mugolski kawałek, który akurat speakerzy zdecydowali się puścić w nocnej audycji. Wbrew zwyczajom muzyka grała na tyle cicho, żeby dało się rozmawiać i nie umrzeć od przebodźcowania. Dookoła stały pootwierane puszki z kolorami, które w okropnym świetle klubu zdawały się być jednakowe. Ciężko powiedzieć czy sam Baldwin wiedział jakiego używa, choć nie wyglądał na szczególnie przejętego, więc może nie miało to żadnego znaczenia. Szczególnie, że jego najnowsze dzieło było głębokim ukłonem w stronę kubistycznej wystawy, którą ostatnio widzieli z Moody w jakimś podrzędnym muzeum.<br />
To nie była ich pierwsza tego typu nocka. Osuszali kieliszek za kieliszkiem, pokrywając ściany coraz nowymi obrazami. Niekontrolowany, artystyczny chaos. Hołd dla sztuki pierwotnej.<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">I turned my collar to the cold and damp<br />
When my eyes were stabbed by the flash of a neon light</span><br />
Zaśpiewał duet w radio i przez moment Malfoy uznał, że to doskonała piosenka dla nich. Dla tego miejsca. Ich własnego, odciętego od szarówki i monotonii tego co się działo wyżej. Otwarta butelka jakiegoś wina niezidentyfikowanego pochodzenia i nie pierwszej świeżości stała przed nimi otwarta i opróżniona z połowy trunku. W brudnawych szklankach ostała się nawet jakaś końcówka ciemnego napoju. Pierwszą kolejkę dzisiejszej nocy mieli już za sobą. <br />
<br />
Siedzieli z Moody pod ścianą. On dzierżył w dłoniach pędzel, ona – różdżkę. Obserwował ją co jakiś czas kątem oka, analizując uważnie każdą emocję na jej twarzy, każdy jeden grymas zmęczenia, czy znak, że coś ją rozproszyło. Nie bez powodu ćwiczyli tutaj. Chciała efektów – musiała potrafić odciąć się od męczących bodźców, przetrwać długotrwałe godziny treningów i malowania. Męczące, momentami balansujące na granicy czystego sadyzmu. Przerywane oddechy, gdy emocje mieszały się ze sobą, łzy schnące na policzkach od przejmującego smutku. Krwawiące wargi, które przygryzali, gdy ogarniała ich panika i strach. Jej słodki zapach na jego skórze, kiedy mózg rozpaczliwie próbował zrozumieć dlaczego chce to czarnowłose dziewczę, o oczach tak przebrzydle innych niż oczy Calanthe. <br />
Przeżyli już chyba każdą jedną emocję. Każdą jedną iluzję. Ale Sztuka wymagała poświęcenia. Ofiar.<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Mills. Nie starasz się.</span>- Wycharczał. Przepity, niski głos przebił się z łatwością przez dźwięki piosenki. Nie odłożył nawet na moment pędzla, skrupulatnie malując kolejne geometryczne kształty. Chirurgiczna precyzja w abstrakcyjnym piekle. Gdy jednak skończył odwrócił głowę w jej stronę.- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Skup się.</span>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Millie Moody - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic</span></div></div>
<br />
<div class="ooc"><div class="ooc-wrapper"><center><span class="ooc-toggle">Odkryj wiadomość pozafabularną</span></center><div class="ooc-content">W założeniu: zabrał Moody bezpośrednio do Eurydyki – używam mojej Znajomości Półświatka (III)</div></div></div>
<br />
Galeria Eurydyka jak zwykle skąpana była w uciążliwych dla nieprzyzwyczajonych oczu odcieniach fioletu, różu i błękitu, mających swoje źródło w dziesiątkach jak nie setkach porastających ściany fluorescencyjnych grzybów. W panującej, niezmąconej niczym innym ciemności – kolory zdawały się być jeszcze mocniejsze, jeszcze bardziej nasycone. W powietrzu unosił się typowy dla Podziemnych Ścieżek zapach stęchlizny, trupa i czarnej magii, wymieszany z opium i ostrym rozpuszczalnikiem. Tylko szaleniec stwierdziłby, że pachnie tu <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">domem</span>. <br />
Musiało być koło trzeciej w nocy, bo nawet szczury zaszyły się w kątach podziemnego klubu, śniąc swoje małe szczurze sny. Poza nimi i dwójką młodych ludzi nie było w Eurydyce żywego ducha – były te nieżywe. Pląsały w takt muzyki, unosząc się w powietrzu. Sunęły między krzesłami znikając w głębinach Katakumb. Powracały. Sabrina „nastoletnia wampirzyca” gdzieś wyszła dwie godziny temu, oświadczając, że nie będzie z geriatrią siedzieć. Czasem Baldwin zastanawiał się jak to jest być uwięzionym w ciele nocnej mary istotą z mózgiem czternastolatki. Wolał nie pytać, ot profilaktycznie jakby miała mu napluć do szklanki. <br />
Jak o samym Malfoy’u jednak mowa…<br />
<br />
-<span style="font-style: italic;" class="mycode_i"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> In restless dreams, I walked alone…</span></span>- nucił stary mugolski kawałek, który akurat speakerzy zdecydowali się puścić w nocnej audycji. Wbrew zwyczajom muzyka grała na tyle cicho, żeby dało się rozmawiać i nie umrzeć od przebodźcowania. Dookoła stały pootwierane puszki z kolorami, które w okropnym świetle klubu zdawały się być jednakowe. Ciężko powiedzieć czy sam Baldwin wiedział jakiego używa, choć nie wyglądał na szczególnie przejętego, więc może nie miało to żadnego znaczenia. Szczególnie, że jego najnowsze dzieło było głębokim ukłonem w stronę kubistycznej wystawy, którą ostatnio widzieli z Moody w jakimś podrzędnym muzeum.<br />
To nie była ich pierwsza tego typu nocka. Osuszali kieliszek za kieliszkiem, pokrywając ściany coraz nowymi obrazami. Niekontrolowany, artystyczny chaos. Hołd dla sztuki pierwotnej.<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">I turned my collar to the cold and damp<br />
When my eyes were stabbed by the flash of a neon light</span><br />
Zaśpiewał duet w radio i przez moment Malfoy uznał, że to doskonała piosenka dla nich. Dla tego miejsca. Ich własnego, odciętego od szarówki i monotonii tego co się działo wyżej. Otwarta butelka jakiegoś wina niezidentyfikowanego pochodzenia i nie pierwszej świeżości stała przed nimi otwarta i opróżniona z połowy trunku. W brudnawych szklankach ostała się nawet jakaś końcówka ciemnego napoju. Pierwszą kolejkę dzisiejszej nocy mieli już za sobą. <br />
<br />
Siedzieli z Moody pod ścianą. On dzierżył w dłoniach pędzel, ona – różdżkę. Obserwował ją co jakiś czas kątem oka, analizując uważnie każdą emocję na jej twarzy, każdy jeden grymas zmęczenia, czy znak, że coś ją rozproszyło. Nie bez powodu ćwiczyli tutaj. Chciała efektów – musiała potrafić odciąć się od męczących bodźców, przetrwać długotrwałe godziny treningów i malowania. Męczące, momentami balansujące na granicy czystego sadyzmu. Przerywane oddechy, gdy emocje mieszały się ze sobą, łzy schnące na policzkach od przejmującego smutku. Krwawiące wargi, które przygryzali, gdy ogarniała ich panika i strach. Jej słodki zapach na jego skórze, kiedy mózg rozpaczliwie próbował zrozumieć dlaczego chce to czarnowłose dziewczę, o oczach tak przebrzydle innych niż oczy Calanthe. <br />
Przeżyli już chyba każdą jedną emocję. Każdą jedną iluzję. Ale Sztuka wymagała poświęcenia. Ofiar.<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Mills. Nie starasz się.</span>- Wycharczał. Przepity, niski głos przebił się z łatwością przez dźwięki piosenki. Nie odłożył nawet na moment pędzla, skrupulatnie malując kolejne geometryczne kształty. Chirurgiczna precyzja w abstrakcyjnym piekle. Gdy jednak skończył odwrócił głowę w jej stronę.- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Skup się.</span>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[23.08.1972] Nosferatu begging for a 'sclusive invite || Ambroise & Astaroth]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4218</link>
			<pubDate>Sun, 24 Nov 2024 16:49:40 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=463">Ambroise Greengrass-Yaxley</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4218</guid>
			<description><![CDATA[Był późny wieczór. Jeden z tych, które powinny być ciepłe, bo lato jeszcze nie odeszło, ale porywy wiatru i gęsta mgła rozlewająca się nad Londynem sprawiały, że to mogłaby być jesień. Smętna i ponura. Warunki idealnie wpasowujące się w parszywy nastrój Greengrassa.<br />
Gdyby ktoś go raczył spytać: <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">ej, Roise, jak nisko da się upaść, żeby tąpnąć i przestać spadać?</span> kiedyś odpowiedziałby bez najmniejszego zastanowienia. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Na bruk, niżej się nie da -</span> brzmiałaby ta odpowiedź <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- kiedy osiągniesz poziom bruku, nie możesz już fizycznie dalej spadać. Za to we własnym umyśle? O mój drogi. Tu zabawa dopiero się rozpoczyna a każde kolejne próby podźwignięcia się wyłącznie rozkręcają spiralę.</span> <br />
W istocie nie chodziło o to jak nisko upadł, gdy stracił swój dom i mieszkanie, które również uważał za swoje, bo spędził tam niemal dekadę, naprawiał popsucia, kupował meble, układał swoje rzeczy. <br />
Fizycznie wylądował na bruku. W jednym płaszczu, koszuli, spodniach - po sztuce wszystkiego, co na siebie założył, gdy odchodził z teraźniejszości, porzucając zarówno przeszłość jak i przyszłość. Miał jedną skórzaną teczkę z Munga i torbę medyczną. Nic więcej. Nie był w stanie się zmusić, aby spakować swoje rzeczy. Został z niczym. <br />
Gdyby zaczął ukradkiem zbierać to, co do niego należy przed tą, która miała przestać do niego należeć, zbyt boleśnie uświadomiłby sobie wagę swojej decyzji. Wiedział, że zacząłby wątpić, żałować, poddałby się wątpliwościom. A nie robił tego wszystkiego, by je mieć. Wiedział, że musi odejść, więc odszedł.<br />
Wylądował na bruku z niczym. To, że miał gdzie wracać wcale go przed niczym nie uratowało. Tak. Miał pieniądze, więc mógł kupić nowy dom i nowe mieszkanie. Otaczali go znajomi i przyjaciele, więc nie musiałby spać na ławce w parku. Poza tym zawsze mógł kimać w zabiegówce w Mungu albo w wynajętym mieszkaniu, którego się nie pozbył, nadal za nie płacił, ale prędzej dałby sobie pociąć tętnicę niż by tam wrócił.<br />
Wybrał Dolinę Godryka. Powrócił na ojcowiznę. Kosztowało go to znacznie więcej niż jakiekolwiek galeony, bo godność i dumę, ale skoro już się ich pozbył to dalej nie mogło być gorzej, nie?<br />
Błąd. Mogło. Było. <br />
Może w przeciągu kilku chwil przestał być bezdomny, bo przyjęto go w rodowej posiadłości i nawet nie zadawano mu zbyt wiele niewygodnych pytań. Natomiast odtąd wkroczył na ścieżkę tego mentalnego upadku a tam pod brukiem był jeszcze piach, żwir, kamienie, korzenie, ludzkie szczątki i jakoś <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">kurwa</span> nie dane mu było wreszcie dojść do żarzącego się wnętrza Ziemi, lawy, magmy i tak dalej.<br />
Jebana grawitacja raz za razem go wybijała w górę. Unosił się, spadał, unosił się, spadał. Każde tąpnięcie miało być tym ostatnim, ale najwyraźniej i tu działała jakaś magiczna siła (kara? karma? pokuta?) albo po prostu to, że nie mając kręgosłupa moralnego wyginał się jak kot. <br />
Spadał na cztery łapy. Wylizywał rany. Nie miał dziewięciu żyć - bujda. Miał jedno, za to chujowe za dziewięć kolejnych. Wieczny zmierzch bez zachodów słońca, nocnych gwiazd i szansy na to, że słońce znowu nad nim zaświeci. <br />
Ambroise z miesiąca na miesiąc był o tym coraz bardziej przekonany. A skoro już jechał wagonikiem z Gringotta prosto w dół, bez trzymanki to równie dobrze mógł być w tym bardzo monotematyczny. <br />
Szczególnie, że lata temu nieświadomie ustalił, że motywem przewodnim będzie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">droga ku zagładzie.</span> <br />
Był w tym stanowczy. Nawet podświadomie dążył ku autodestrukcji a ten rok bardzo mu w tym pomagał. Zewsząd dostawał wiele wspierających kopnięć. Było Beltane, bunt żywiołów, widma. Knieja, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">ich</span> Knieja i ich dęby, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">ich</span> nieśmiertelni przodkowie wysysani aż nic z nich nie pozostawało, krzycząc w agonii w głowach żyjących krewniaków. W umyśle Ambroisa, który nie mógł nic zrobić. Kolejne uderzenia magicznej wojny i to, dlaczego znalazł się w środku nocy w śmierdzącej wąskiej uliczce między Pokątną a Śmiertelnym Nokturnem. <br />
Zamykał swoje sprawy przed tym ostatnim wyskokiem, z którego mógł nie wrócić, czasami nawet nie chciał. Rzecz jasna zaraz potem sam się opierdalał, bo nie był mięczakiem, samobójcą.<br />
Był masochistą, który do swojej usranej śmierci miał się męczyć ze sobą. Tej, do której miał być ze swoją kobietą, ale życie brutalnie odebrało mu te plany. To, że ta śmierć mogła nadejść prędzej niż później było faktem. To, że potencjalnie mogli spełnić tę część złożonej wzajemnie obietnicy i tam razem zginąć - ironią. <br />
Tego dnia odwiedził znajomego notariusza, żeby zamknąć sprawę współwłasności domu nad morzem. Piaskownica nie była jego od ponad roku, prawie półtora, ale teraz zrzekł się prawnie tego, co miało być jego, ich domem. Równie dobrze mógł iść za ciosem i załatwić drugą z ciążących mu spraw. <br />
Stał w cieniu z różdżką trzymaną w pogotowiu, opierając się o brudną ścianę. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że w ciemnozielonym, niemal czarnym stroju był praktycznie niewidoczny dla ludzi z Pokątnej. Ci z Nokturnu mieli więcej oczu, zwłaszcza z tyłu głowy. <br />
Materiał jego ubrań był matowy, co sprawiało, że Ambroise mógł się łatwo ukryć w cieniu drzew lub w gęstwinie krzaków. Jego cienki płaszcz miał wysoką stójkę, która teraz była postawiona, zasłaniając część twarzy Greengrassa. <br />
Resztę zamierzał załatwić cienkim szalikiem i kapturem na głowie. Teraz nie czuł potrzeby, żeby je nasuwać. Stał z odsłoniętą głową z jasnymi, prawie białymi od słońca falowanymi włosami związanymi w niski koński ogon. Starannie przystrzyżonym zarostem i oczami bacznie obserwującymi okolicę. Ich zielenią promieniującą chłodnym, przenikliwym blaskiem. Wysoki i umięśniony, wyglądał niczym duch z mrocznych rejonów świata. Tak właściwie to dokładnie o ten efekt mu chodziło. <br />
Tą noc zamierzał spędzić pod znakiem czegoś, co gdyby znał się na mugolskich bajkach, mógłby nazwać pokazywaniem Dorotce Krainy Oz. Tyle tylko, że mroczniejszej i bardziej spaczonej. Zamierzał zabrać Alicję w Krainę Koszmarów. O ile Alicja, będąca tak naprawdę dwumetrowym Astarothem zamierzała pojawić się tutaj w tym stuleciu. <br />
Yaxley jako wampir nie musiał patrzeć na czas.<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Przesrane</span> - odpowiedziałby Greengrass, gdyby ktoś go o to spytał w kontekście niskich upadków. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- Kiedy masz cały czas tego świata, możesz upaść naprawdę nisko.</span> <br />
W tym wypadku pod bruk, bo pod brukiem coś było. Na Ścieżki.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Był późny wieczór. Jeden z tych, które powinny być ciepłe, bo lato jeszcze nie odeszło, ale porywy wiatru i gęsta mgła rozlewająca się nad Londynem sprawiały, że to mogłaby być jesień. Smętna i ponura. Warunki idealnie wpasowujące się w parszywy nastrój Greengrassa.<br />
Gdyby ktoś go raczył spytać: <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">ej, Roise, jak nisko da się upaść, żeby tąpnąć i przestać spadać?</span> kiedyś odpowiedziałby bez najmniejszego zastanowienia. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Na bruk, niżej się nie da -</span> brzmiałaby ta odpowiedź <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- kiedy osiągniesz poziom bruku, nie możesz już fizycznie dalej spadać. Za to we własnym umyśle? O mój drogi. Tu zabawa dopiero się rozpoczyna a każde kolejne próby podźwignięcia się wyłącznie rozkręcają spiralę.</span> <br />
W istocie nie chodziło o to jak nisko upadł, gdy stracił swój dom i mieszkanie, które również uważał za swoje, bo spędził tam niemal dekadę, naprawiał popsucia, kupował meble, układał swoje rzeczy. <br />
Fizycznie wylądował na bruku. W jednym płaszczu, koszuli, spodniach - po sztuce wszystkiego, co na siebie założył, gdy odchodził z teraźniejszości, porzucając zarówno przeszłość jak i przyszłość. Miał jedną skórzaną teczkę z Munga i torbę medyczną. Nic więcej. Nie był w stanie się zmusić, aby spakować swoje rzeczy. Został z niczym. <br />
Gdyby zaczął ukradkiem zbierać to, co do niego należy przed tą, która miała przestać do niego należeć, zbyt boleśnie uświadomiłby sobie wagę swojej decyzji. Wiedział, że zacząłby wątpić, żałować, poddałby się wątpliwościom. A nie robił tego wszystkiego, by je mieć. Wiedział, że musi odejść, więc odszedł.<br />
Wylądował na bruku z niczym. To, że miał gdzie wracać wcale go przed niczym nie uratowało. Tak. Miał pieniądze, więc mógł kupić nowy dom i nowe mieszkanie. Otaczali go znajomi i przyjaciele, więc nie musiałby spać na ławce w parku. Poza tym zawsze mógł kimać w zabiegówce w Mungu albo w wynajętym mieszkaniu, którego się nie pozbył, nadal za nie płacił, ale prędzej dałby sobie pociąć tętnicę niż by tam wrócił.<br />
Wybrał Dolinę Godryka. Powrócił na ojcowiznę. Kosztowało go to znacznie więcej niż jakiekolwiek galeony, bo godność i dumę, ale skoro już się ich pozbył to dalej nie mogło być gorzej, nie?<br />
Błąd. Mogło. Było. <br />
Może w przeciągu kilku chwil przestał być bezdomny, bo przyjęto go w rodowej posiadłości i nawet nie zadawano mu zbyt wiele niewygodnych pytań. Natomiast odtąd wkroczył na ścieżkę tego mentalnego upadku a tam pod brukiem był jeszcze piach, żwir, kamienie, korzenie, ludzkie szczątki i jakoś <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">kurwa</span> nie dane mu było wreszcie dojść do żarzącego się wnętrza Ziemi, lawy, magmy i tak dalej.<br />
Jebana grawitacja raz za razem go wybijała w górę. Unosił się, spadał, unosił się, spadał. Każde tąpnięcie miało być tym ostatnim, ale najwyraźniej i tu działała jakaś magiczna siła (kara? karma? pokuta?) albo po prostu to, że nie mając kręgosłupa moralnego wyginał się jak kot. <br />
Spadał na cztery łapy. Wylizywał rany. Nie miał dziewięciu żyć - bujda. Miał jedno, za to chujowe za dziewięć kolejnych. Wieczny zmierzch bez zachodów słońca, nocnych gwiazd i szansy na to, że słońce znowu nad nim zaświeci. <br />
Ambroise z miesiąca na miesiąc był o tym coraz bardziej przekonany. A skoro już jechał wagonikiem z Gringotta prosto w dół, bez trzymanki to równie dobrze mógł być w tym bardzo monotematyczny. <br />
Szczególnie, że lata temu nieświadomie ustalił, że motywem przewodnim będzie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">droga ku zagładzie.</span> <br />
Był w tym stanowczy. Nawet podświadomie dążył ku autodestrukcji a ten rok bardzo mu w tym pomagał. Zewsząd dostawał wiele wspierających kopnięć. Było Beltane, bunt żywiołów, widma. Knieja, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">ich</span> Knieja i ich dęby, <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">ich</span> nieśmiertelni przodkowie wysysani aż nic z nich nie pozostawało, krzycząc w agonii w głowach żyjących krewniaków. W umyśle Ambroisa, który nie mógł nic zrobić. Kolejne uderzenia magicznej wojny i to, dlaczego znalazł się w środku nocy w śmierdzącej wąskiej uliczce między Pokątną a Śmiertelnym Nokturnem. <br />
Zamykał swoje sprawy przed tym ostatnim wyskokiem, z którego mógł nie wrócić, czasami nawet nie chciał. Rzecz jasna zaraz potem sam się opierdalał, bo nie był mięczakiem, samobójcą.<br />
Był masochistą, który do swojej usranej śmierci miał się męczyć ze sobą. Tej, do której miał być ze swoją kobietą, ale życie brutalnie odebrało mu te plany. To, że ta śmierć mogła nadejść prędzej niż później było faktem. To, że potencjalnie mogli spełnić tę część złożonej wzajemnie obietnicy i tam razem zginąć - ironią. <br />
Tego dnia odwiedził znajomego notariusza, żeby zamknąć sprawę współwłasności domu nad morzem. Piaskownica nie była jego od ponad roku, prawie półtora, ale teraz zrzekł się prawnie tego, co miało być jego, ich domem. Równie dobrze mógł iść za ciosem i załatwić drugą z ciążących mu spraw. <br />
Stał w cieniu z różdżką trzymaną w pogotowiu, opierając się o brudną ścianę. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że w ciemnozielonym, niemal czarnym stroju był praktycznie niewidoczny dla ludzi z Pokątnej. Ci z Nokturnu mieli więcej oczu, zwłaszcza z tyłu głowy. <br />
Materiał jego ubrań był matowy, co sprawiało, że Ambroise mógł się łatwo ukryć w cieniu drzew lub w gęstwinie krzaków. Jego cienki płaszcz miał wysoką stójkę, która teraz była postawiona, zasłaniając część twarzy Greengrassa. <br />
Resztę zamierzał załatwić cienkim szalikiem i kapturem na głowie. Teraz nie czuł potrzeby, żeby je nasuwać. Stał z odsłoniętą głową z jasnymi, prawie białymi od słońca falowanymi włosami związanymi w niski koński ogon. Starannie przystrzyżonym zarostem i oczami bacznie obserwującymi okolicę. Ich zielenią promieniującą chłodnym, przenikliwym blaskiem. Wysoki i umięśniony, wyglądał niczym duch z mrocznych rejonów świata. Tak właściwie to dokładnie o ten efekt mu chodziło. <br />
Tą noc zamierzał spędzić pod znakiem czegoś, co gdyby znał się na mugolskich bajkach, mógłby nazwać pokazywaniem Dorotce Krainy Oz. Tyle tylko, że mroczniejszej i bardziej spaczonej. Zamierzał zabrać Alicję w Krainę Koszmarów. O ile Alicja, będąca tak naprawdę dwumetrowym Astarothem zamierzała pojawić się tutaj w tym stuleciu. <br />
Yaxley jako wampir nie musiał patrzeć na czas.<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Przesrane</span> - odpowiedziałby Greengrass, gdyby ktoś go o to spytał w kontekście niskich upadków. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- Kiedy masz cały czas tego świata, możesz upaść naprawdę nisko.</span> <br />
W tym wypadku pod bruk, bo pod brukiem coś było. Na Ścieżki.]]></content:encoded>
		</item>
	</channel>
</rss>