<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0" xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">
	<channel>
		<title><![CDATA[Secrets of London - Chinatown]]></title>
		<link>https://secretsoflondon.pl/</link>
		<description><![CDATA[Secrets of London - https://secretsoflondon.pl]]></description>
		<pubDate>Sat, 18 Apr 2026 04:28:46 +0000</pubDate>
		<generator>MyBB</generator>
		<item>
			<title><![CDATA[[20.09.1972] Just a Dream | Faye, Maddox]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5410</link>
			<pubDate>Wed, 03 Dec 2025 14:31:44 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=493">Faye Travers</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5410</guid>
			<description><![CDATA[<div class="ooc"><div class="ooc-wrapper"><center><span class="ooc-toggle">Odkryj wiadomość pozafabularną</span></center><div class="ooc-content">Scenariusz <a href="https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=748&amp;pid=68624#pid68624" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">Sumy Przypadków</a></div></div></div>
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">20 września 1972<br />
Późny wieczór</div>
<br />
Sama nie wiedziała, dlaczego wybrała akurat Chinatown. Być może miała ochotę na coś nowego, a może po prostu lubiła klimat, który tu panował. Chinatown miało swój urok - krzykliwy, żółty, skośnooki. Kakofonia zapachów wdzierała się w nozdrza, drażniąc je mieszaniną egzotycznych przypraw, potraw smażonych na głębokim tłuszczu oraz ryżu. Nie były to jednak niemiłe zapachy. Wszystko tu pachniało czymś, czego kobiecie brakowało od dawna. Wolnością, swobodą, zabawą - odpoczynkiem od szarej codzienności, która spowiła Londyn jak mgła 8 września.<br />
<br />
Nie wiedziała, czy Maddox dostał jej wiadomość, ale szczerze liczyła na to, że tak. Dym już nie dusił ludzi w Londynie, a Podziemne Ścieżki powinny zostać już ogarnięte na tyle, że sowy nie powinny mieć problemu z poruszaniem się. A przynajmniej naprawdę na to liczyła. Ubrała się dzisiaj kompletnie zwyczajnie, tak jakby to miało być zwykłe spotkanie, ale prawda była taka, że dla niej spotkanie z Maddoxem nigdy nie było zwykłe. Nie kłamała, pisząc mu że tęskni. Widzieli się podczas ataków we wrześniu, ale prawda była taka, że krótka rozmowa i upewnienie się, że wszystko z nim było w porządku (na tyle, na ile mogło z nim być w porządku), nie było wystarczające. Zbliżała się pełnia, a ona miała niedługo wyjechać do Szkocji, do swoich rodziców. Poprosili, żeby zjawiła się na Mabon i została aż do pełni, na co przystała - niechętnie bo niechętnie, ale wiedziała że w innym wypadku jej nie odpuszczą. Obawiała się trochę, że Nicholas wysprzęgli się z faktu, że jej dom był teraz niebezpiecznym miejscem i rodzice będą drążyć, ale... Chyba tego nie zrobi. W końcu wymusił na niej zmianę miejsca zamieszkania, o czym chciała również porozmawiać z Greybackiem.<br />
<br />
Czekała więc, przeglądając ofertę jednego ze stoisk. Czerwone, papierowe lampiony odbijały światło w jej włosach, tworząc czerwono-rude refleksy. Faye nachylała się nad jakimiś ceramicznymi pierdółkami w kształcie kotków z uniesioną łapką. Niektóre machały nią w przód i w tył. Niby miało to przynosić szczęście - serio? Koty? Naturalnie nie przepadała za tymi zwierzętami, a one nie przepadały za nią. Nie pachniała człowiekiem i futrzaki to wyczuwały. A może wyczuwały, że ich po prostu nie lubi? Koty to była dziwna sprawa.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div class="ooc"><div class="ooc-wrapper"><center><span class="ooc-toggle">Odkryj wiadomość pozafabularną</span></center><div class="ooc-content">Scenariusz <a href="https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=748&amp;pid=68624#pid68624" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">Sumy Przypadków</a></div></div></div>
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">20 września 1972<br />
Późny wieczór</div>
<br />
Sama nie wiedziała, dlaczego wybrała akurat Chinatown. Być może miała ochotę na coś nowego, a może po prostu lubiła klimat, który tu panował. Chinatown miało swój urok - krzykliwy, żółty, skośnooki. Kakofonia zapachów wdzierała się w nozdrza, drażniąc je mieszaniną egzotycznych przypraw, potraw smażonych na głębokim tłuszczu oraz ryżu. Nie były to jednak niemiłe zapachy. Wszystko tu pachniało czymś, czego kobiecie brakowało od dawna. Wolnością, swobodą, zabawą - odpoczynkiem od szarej codzienności, która spowiła Londyn jak mgła 8 września.<br />
<br />
Nie wiedziała, czy Maddox dostał jej wiadomość, ale szczerze liczyła na to, że tak. Dym już nie dusił ludzi w Londynie, a Podziemne Ścieżki powinny zostać już ogarnięte na tyle, że sowy nie powinny mieć problemu z poruszaniem się. A przynajmniej naprawdę na to liczyła. Ubrała się dzisiaj kompletnie zwyczajnie, tak jakby to miało być zwykłe spotkanie, ale prawda była taka, że dla niej spotkanie z Maddoxem nigdy nie było zwykłe. Nie kłamała, pisząc mu że tęskni. Widzieli się podczas ataków we wrześniu, ale prawda była taka, że krótka rozmowa i upewnienie się, że wszystko z nim było w porządku (na tyle, na ile mogło z nim być w porządku), nie było wystarczające. Zbliżała się pełnia, a ona miała niedługo wyjechać do Szkocji, do swoich rodziców. Poprosili, żeby zjawiła się na Mabon i została aż do pełni, na co przystała - niechętnie bo niechętnie, ale wiedziała że w innym wypadku jej nie odpuszczą. Obawiała się trochę, że Nicholas wysprzęgli się z faktu, że jej dom był teraz niebezpiecznym miejscem i rodzice będą drążyć, ale... Chyba tego nie zrobi. W końcu wymusił na niej zmianę miejsca zamieszkania, o czym chciała również porozmawiać z Greybackiem.<br />
<br />
Czekała więc, przeglądając ofertę jednego ze stoisk. Czerwone, papierowe lampiony odbijały światło w jej włosach, tworząc czerwono-rude refleksy. Faye nachylała się nad jakimiś ceramicznymi pierdółkami w kształcie kotków z uniesioną łapką. Niektóre machały nią w przód i w tył. Niby miało to przynosić szczęście - serio? Koty? Naturalnie nie przepadała za tymi zwierzętami, a one nie przepadały za nią. Nie pachniała człowiekiem i futrzaki to wyczuwały. A może wyczuwały, że ich po prostu nie lubi? Koty to była dziwna sprawa.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[07.09.1972] Papier przyjmie wszystko, a skóra...?]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5276</link>
			<pubDate>Sun, 26 Oct 2025 22:04:36 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=177">Victoria Lestrange</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5276</guid>
			<description><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Victoria Lestrange - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Życie to przygody lub pustka</span></div></div><p>Wrzesień miał przynieść wytchnienie. Nie naprawdę, ale po tym, co działo się w ostatnich miesiącach, Victoria powtarzała sobie jak mantrę, że będziedobrze, będziedobrze, będziedobrzebędziedobrze. Czy było? Nie mogła tego powiedzieć, bo miesiąc rozpoczął się… spokojnie, owszem, ale to był tylko cichy wstęp, by następnie zasypać ich rzeczywistość kolejnymi dziwnymi zjawiskami. Tym razem były to rośliny w ogrodzie, którym od pokoleń opiekowała się jej rodzina i Victoria nie mogła oprzeć się wrażeniu, że los po prostu gra im wszystkim na nosie. Mówisz sobie: będzie lepiej, a wtedy on mówi „ha! Tak? To patrz!”, robi salto do tyłu i oddala się ze śmiechem, a następnego poranka budzi cię gruchanie dwóch sów, które bardzo potrzebują twojej uwagi. Natychmiast. Tak jak te cholerne kwiaty. </p>
<p>Nie opuszczały jej myśli. Wczorajszego dnia poświęciła im tyle czasu, ile mogła, a dzisiaj był kolejny dzień i choć już wiedziała jakieś rzeczy, to generowały one jeszcze więcej pytań i Lestrange już nie mogła się prawdę mówiąc doczekać, aż uda się do ogrodu znowu, może wieczorem… i zobaczy jak sytuacja ma się dzisiaj. Miała też różę w wybitnie starej donicy we własnym domu i na razie zostawiła ją w spokoju, obserwując jedynie z daleka, zapisując notatki w zeszycie. </p>
<p>Ale życie nie kręciło się wokół roślin (a szkoda) – i praca wzywała. Tym razem była to kontynuacja sprawy, którą z Brenną ciągnęły już trzeci miesiąc. Miały potencjalny trop na jednego z kłusowników z szajki, na którą wpadły całkowitym przypadkiem, a że mieli oni ewidentny kontakt z czarnoksiężnikami: to była i ona. I było też Chinatown. I mieszkanie, do którego właśnie zmierzały, a gdzie miały złożyć bardzo niezapowiedzianą wizytę…</p>
<p> <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Moja siostra wraca, wiesz? Z Francji –</span> rzuciła ni z tego ni z owego do Brenny, gdy szły chodnikiem wzdłuż ulicy. Lestrange próbowała się ubrać „po mugolsku”, żeby nie rzucać się w oczy swoim mundurem, ale chyba nie do końca jej się to udało i i tak przykuwała wzrok, tylko innego rodzaju. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Dwa lata jej nie było –</span> do Victorii dopiero teraz dotarło, jak dużo czasu minęło, gdy tak patrzyła przed siebie, mijając mugoli, którzy z jakiegoś powodu patrzyli w ich stronę. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Chyba dzisiaj powinna już być w domu –</span> albo wczoraj…? Nie. Powiadomiliby ją przecież… Więc musiało to być dzisiaj. Chyba że wczoraj wieczorem…</p>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Victoria Lestrange - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Życie to przygody lub pustka</span></div></div><p>Wrzesień miał przynieść wytchnienie. Nie naprawdę, ale po tym, co działo się w ostatnich miesiącach, Victoria powtarzała sobie jak mantrę, że będziedobrze, będziedobrze, będziedobrzebędziedobrze. Czy było? Nie mogła tego powiedzieć, bo miesiąc rozpoczął się… spokojnie, owszem, ale to był tylko cichy wstęp, by następnie zasypać ich rzeczywistość kolejnymi dziwnymi zjawiskami. Tym razem były to rośliny w ogrodzie, którym od pokoleń opiekowała się jej rodzina i Victoria nie mogła oprzeć się wrażeniu, że los po prostu gra im wszystkim na nosie. Mówisz sobie: będzie lepiej, a wtedy on mówi „ha! Tak? To patrz!”, robi salto do tyłu i oddala się ze śmiechem, a następnego poranka budzi cię gruchanie dwóch sów, które bardzo potrzebują twojej uwagi. Natychmiast. Tak jak te cholerne kwiaty. </p>
<p>Nie opuszczały jej myśli. Wczorajszego dnia poświęciła im tyle czasu, ile mogła, a dzisiaj był kolejny dzień i choć już wiedziała jakieś rzeczy, to generowały one jeszcze więcej pytań i Lestrange już nie mogła się prawdę mówiąc doczekać, aż uda się do ogrodu znowu, może wieczorem… i zobaczy jak sytuacja ma się dzisiaj. Miała też różę w wybitnie starej donicy we własnym domu i na razie zostawiła ją w spokoju, obserwując jedynie z daleka, zapisując notatki w zeszycie. </p>
<p>Ale życie nie kręciło się wokół roślin (a szkoda) – i praca wzywała. Tym razem była to kontynuacja sprawy, którą z Brenną ciągnęły już trzeci miesiąc. Miały potencjalny trop na jednego z kłusowników z szajki, na którą wpadły całkowitym przypadkiem, a że mieli oni ewidentny kontakt z czarnoksiężnikami: to była i ona. I było też Chinatown. I mieszkanie, do którego właśnie zmierzały, a gdzie miały złożyć bardzo niezapowiedzianą wizytę…</p>
<p> <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Moja siostra wraca, wiesz? Z Francji –</span> rzuciła ni z tego ni z owego do Brenny, gdy szły chodnikiem wzdłuż ulicy. Lestrange próbowała się ubrać „po mugolsku”, żeby nie rzucać się w oczy swoim mundurem, ale chyba nie do końca jej się to udało i i tak przykuwała wzrok, tylko innego rodzaju. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Dwa lata jej nie było –</span> do Victorii dopiero teraz dotarło, jak dużo czasu minęło, gdy tak patrzyła przed siebie, mijając mugoli, którzy z jakiegoś powodu patrzyli w ich stronę. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Chyba dzisiaj powinna już być w domu –</span> albo wczoraj…? Nie. Powiadomiliby ją przecież… Więc musiało to być dzisiaj. Chyba że wczoraj wieczorem…</p>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[02.09.1972] Tattooed in Reverse | Daphne & Victoria]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4511</link>
			<pubDate>Tue, 25 Feb 2025 22:24:17 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=177">Victoria Lestrange</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4511</guid>
			<description><![CDATA[<h1><span style="font-size: small;" class="mycode_size">2 września 1972, popołudnie<br />
– Daphne &amp; Victoria –</span></h1><br />
<p>Odkąd wyprowadziła się z domu pod koniec lipca, niemalże z hukiem (a na pewno z bombą dla rodziców, że najprawdopodobniej umrze do Samhain, o ile czegoś nie wymyśli, i że ma dosyć tego, w jaki sposób próbują układać jej życie i jaka wielka to jest katastrofa, i że tego już koniec), Daphne widziała raptem kilka razy i to tylko przelotnie. Na korytarzu w pracy, na chwilę w domu, gdy pojawiła się, odebrać kilka dni temu z domu najmłodszą z sióstr, Livię, zabierając ją na wielkie zakupy szkolne na Pokątną, a potem, gdy odbierała młodą, by odstawić ją na Hogwart Express… Victoria zdystansowała się, poniekąd celowo, bo miała serdecznie dość machinacji i macek rodziców, zwłaszcza matki, jej pomysłów i późniejszego niezadowolenia, gdy coś szło nie po jej myśli – w końcu wielka kłótnia 7 lipca, w dniu zerwania zaręczyn, była tą kroplą, która przelała szalę goryczy i sprawiła, że Victoria postanowiła zrobić wszystko, żeby stanąć na nogi na własnych warunkach; nikogo jakoś nie obchodziło, jak ona się z tym zerwaniem zaręczyn czuje, z tym, że poniekąd dostała kosza, a to, jak bardzo Rookwood złamał jej serce (choć nie tym, to też była tylko już taka kropka nad „i”), zostawiła dla siebie, prawie nikomu się do tego nie przyznając. W momencie, gdy wynosiła się z domu, była w dość opłakanym stanie psychicznym i potrzebowała tego dystansu jak <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">powietrza</span>. Z drugiej strony dystansowała się zupełnie przypadkowo, rzucana w wir zdarzeń – w pracy, gdzie nie było za dużo wytchnienia, zwłaszcza po niedawnej śmierci i pogrzebie jej partnera u aurorów, ciągłego poszukiwania informacji o tym, jak można wykorzystać jej Zimny stan, albo jak się go pozbyć, jeśli rzeczywiście jej zagrażał (bo informacje miała sprzeczne…), i eksperymentowaniem na eliksirach, jakoś tego czasu nie było wiele, więc… działo się to naturalnie. </p>
<p>Ale to nie znaczyło, że nie kochała swoich sióstr. Że za nimi nie tęskniła… Że się nie martwiła. Martwiła – bardzo, zwłaszcza wiedząc, co czaiło się w cieniach drzew Kniei Godryka. Naprawdę ulgą było to, że Olivia była już w Hogwarcie i (Victoria zerknęła na zegarek na nadgarstku) w tej chwili powinna kończyć swój pierwszy dzień drugiego roku nauki. Tęskniła za Primrose, której nie widziała od dawna, i która ominęła dużo z tego cyrku, który wydarzał się właśnie w Anglii, a o perypetiach życiowych i miłosnych najstarszej siostry mogła czytać tylko plotki… albo to, co ktoś przekazywał jej listownie. I była też Daphne, chyba najspokojniejsza z ich czwórki, najcichsza – chociaż Victoria nigdy nie nazwałaby jej szarą myszką. O nią też się martwiła, o to, jak silny wpływ będzie miała teraz matka, czy nie przekieruje swoich ambicji na siostry, skoro z najstarszą się nie udało (i miała na tyle siły, by się postawić, czym… chyba w jakiś sposób imponowała rodzicielce, nie umiała określić tego dziwnego błysku w jej oczach)? </p>
<p>Propozycja spotkania pojawiła się nagle… ale Victoria zrobiła absolutnie wszystko, by mieć na to czas. Być może spacer ulicami Londynu to było najlepsze miejsce, jakie mogły wymyślić – neutralne, z dala od wścibskich uszu. Tori, jak zawsze przed czasem, czekała na Wawrzynka, elegancko siedząc na jednej z ławek. I uśmiechnęła się, gdy tylko zobaczyła czarownicę, na którą czekała. Wstała od razu i odruchowo poprawiła materiał dłuższej sukienki, by lepiej się układał, chociaż nie robiło to absolutnie żadnej różnicy. </p>
<p> <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Daphne! –</span> nie mogła sobie odmówić, by przytulić siostrę… choćby tylko na chwilkę, bo zaraz chciała się odsunąć, kontakt z jej ciałem był dla większości ludzi bardzo nieprzyjemny: lodowata, niczym trup, a może nawet i bardziej, bo wręcz zionęła tym nienaturalnym zimnem. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Pięknie wyglądasz –</span> pochwaliła i odsunęła się, jakby chciała w ten sposób łatwiej dojrzeć całą sylwetkę siostry i pokiwała niespiesznie głową. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Jak dzień? –</span> to była sobota, więc Daphne pewnie spędziła ten czas w domu? A może nie? Może robiła jakieś nadgodziny w Ministerstwie…?</p>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<h1><span style="font-size: small;" class="mycode_size">2 września 1972, popołudnie<br />
– Daphne &amp; Victoria –</span></h1><br />
<p>Odkąd wyprowadziła się z domu pod koniec lipca, niemalże z hukiem (a na pewno z bombą dla rodziców, że najprawdopodobniej umrze do Samhain, o ile czegoś nie wymyśli, i że ma dosyć tego, w jaki sposób próbują układać jej życie i jaka wielka to jest katastrofa, i że tego już koniec), Daphne widziała raptem kilka razy i to tylko przelotnie. Na korytarzu w pracy, na chwilę w domu, gdy pojawiła się, odebrać kilka dni temu z domu najmłodszą z sióstr, Livię, zabierając ją na wielkie zakupy szkolne na Pokątną, a potem, gdy odbierała młodą, by odstawić ją na Hogwart Express… Victoria zdystansowała się, poniekąd celowo, bo miała serdecznie dość machinacji i macek rodziców, zwłaszcza matki, jej pomysłów i późniejszego niezadowolenia, gdy coś szło nie po jej myśli – w końcu wielka kłótnia 7 lipca, w dniu zerwania zaręczyn, była tą kroplą, która przelała szalę goryczy i sprawiła, że Victoria postanowiła zrobić wszystko, żeby stanąć na nogi na własnych warunkach; nikogo jakoś nie obchodziło, jak ona się z tym zerwaniem zaręczyn czuje, z tym, że poniekąd dostała kosza, a to, jak bardzo Rookwood złamał jej serce (choć nie tym, to też była tylko już taka kropka nad „i”), zostawiła dla siebie, prawie nikomu się do tego nie przyznając. W momencie, gdy wynosiła się z domu, była w dość opłakanym stanie psychicznym i potrzebowała tego dystansu jak <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">powietrza</span>. Z drugiej strony dystansowała się zupełnie przypadkowo, rzucana w wir zdarzeń – w pracy, gdzie nie było za dużo wytchnienia, zwłaszcza po niedawnej śmierci i pogrzebie jej partnera u aurorów, ciągłego poszukiwania informacji o tym, jak można wykorzystać jej Zimny stan, albo jak się go pozbyć, jeśli rzeczywiście jej zagrażał (bo informacje miała sprzeczne…), i eksperymentowaniem na eliksirach, jakoś tego czasu nie było wiele, więc… działo się to naturalnie. </p>
<p>Ale to nie znaczyło, że nie kochała swoich sióstr. Że za nimi nie tęskniła… Że się nie martwiła. Martwiła – bardzo, zwłaszcza wiedząc, co czaiło się w cieniach drzew Kniei Godryka. Naprawdę ulgą było to, że Olivia była już w Hogwarcie i (Victoria zerknęła na zegarek na nadgarstku) w tej chwili powinna kończyć swój pierwszy dzień drugiego roku nauki. Tęskniła za Primrose, której nie widziała od dawna, i która ominęła dużo z tego cyrku, który wydarzał się właśnie w Anglii, a o perypetiach życiowych i miłosnych najstarszej siostry mogła czytać tylko plotki… albo to, co ktoś przekazywał jej listownie. I była też Daphne, chyba najspokojniejsza z ich czwórki, najcichsza – chociaż Victoria nigdy nie nazwałaby jej szarą myszką. O nią też się martwiła, o to, jak silny wpływ będzie miała teraz matka, czy nie przekieruje swoich ambicji na siostry, skoro z najstarszą się nie udało (i miała na tyle siły, by się postawić, czym… chyba w jakiś sposób imponowała rodzicielce, nie umiała określić tego dziwnego błysku w jej oczach)? </p>
<p>Propozycja spotkania pojawiła się nagle… ale Victoria zrobiła absolutnie wszystko, by mieć na to czas. Być może spacer ulicami Londynu to było najlepsze miejsce, jakie mogły wymyślić – neutralne, z dala od wścibskich uszu. Tori, jak zawsze przed czasem, czekała na Wawrzynka, elegancko siedząc na jednej z ławek. I uśmiechnęła się, gdy tylko zobaczyła czarownicę, na którą czekała. Wstała od razu i odruchowo poprawiła materiał dłuższej sukienki, by lepiej się układał, chociaż nie robiło to absolutnie żadnej różnicy. </p>
<p> <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Daphne! –</span> nie mogła sobie odmówić, by przytulić siostrę… choćby tylko na chwilkę, bo zaraz chciała się odsunąć, kontakt z jej ciałem był dla większości ludzi bardzo nieprzyjemny: lodowata, niczym trup, a może nawet i bardziej, bo wręcz zionęła tym nienaturalnym zimnem. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Pięknie wyglądasz –</span> pochwaliła i odsunęła się, jakby chciała w ten sposób łatwiej dojrzeć całą sylwetkę siostry i pokiwała niespiesznie głową. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Jak dzień? –</span> to była sobota, więc Daphne pewnie spędziła ten czas w domu? A może nie? Może robiła jakieś nadgodziny w Ministerstwie…?</p>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[01.09.72, późne popołudnie] Jaki tatuaż wariacie | Theo & Hestia]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4303</link>
			<pubDate>Wed, 18 Dec 2024 15:40:05 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=525">Hestia Bletchley</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4303</guid>
			<description><![CDATA[Chinatown może i nie było miejscem, które Hestia odwiedzała szczególnie często, ale było zdecydowanie miejscem, które odwiedzać lubiła. Było przecież coś ekscytującego w przyglądaniu się temu barwnemu skrawku miasta (nie aby reszta Londynu, zwłaszcza ta magiczna ciekawa nie była), nawet jeśli z jakiegoś powodu, gdy szli przed siebie z zakrętu wyszła na nich grupa żałobników niosących trumnę w niewiadomym kierunku, co sprawiło, że Hestia niemal odruchowo, na chwilę zapomniała że była tutaj z Theo, i prawie podążyła za korowodem, zastanawiając się czy przypadkiem nie doszło tu do jakiejś dziwnej zbrodni. Po chwili zreflektowała się jednak, że ludzie umierają też tak po prostu a trumny  zwłaszcza te mugoli nie mogły magicznie zniknąć i pojawić się w miejscu docelowym. Nieco zakłopotana więc własną głupią reakcja odwróciła głowę z powrotem do Theo i posłała mu uśmiech, mając nadzieję, że nie spyta sie zaraz czemu nagle wpatrywała się w trumnę, jakby lada chwila miała ją aresztować.<br />
Umówili się się dzisiaj późnym popołudniem, już po pracy, z której wyszli razem na wyjście do jednej z najlepszych chińskich restauracji jeśli nie najlepszej w całym Londynie. Niewielki lokal, do którego właśnie zmierzali miał wszystko, co czyniło go dobrą restauracją w Chinatown. Świetnie wysmażony makaron, idealnie doprawione warzywa i  mięsa, a także nie do końca poprawnie przetłumaczone na angielski menu, co według wielu osób często odwiedzających ten kawałek miasta, było jednym z wyznaczników wysokiej jakości.<br />
Do restauracji mieli jeszcze jednak trochę, a jej robiło się nieco głupio na myśl o sytuację z trumną.<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">To jakie plany na wrzesień?</span> – spytała w końcu Theo, aby upewnić się, że temat na pewno zostanie zmieniony. – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Bo wiesz, myślałam, że…</span> – Urwała po raz kolejny, bo nagle coś przykuło jej uwagę - Niewielkie studio tatuażu, kuszące ją wystawionymi pracami pracującego tutaj tatuażysty. Oh jakie one były wszystkie ładne.<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nie chcesz może tam zerknąć? Tylko na chwilę.</span> – spytała. Nie, że interesowały ją tatuaże i że jakiś chciała… Za bardzo. Po prostu była ciekawa reszty prac, skoro te zdecydowanie przykuły jej uwagę.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Chinatown może i nie było miejscem, które Hestia odwiedzała szczególnie często, ale było zdecydowanie miejscem, które odwiedzać lubiła. Było przecież coś ekscytującego w przyglądaniu się temu barwnemu skrawku miasta (nie aby reszta Londynu, zwłaszcza ta magiczna ciekawa nie była), nawet jeśli z jakiegoś powodu, gdy szli przed siebie z zakrętu wyszła na nich grupa żałobników niosących trumnę w niewiadomym kierunku, co sprawiło, że Hestia niemal odruchowo, na chwilę zapomniała że była tutaj z Theo, i prawie podążyła za korowodem, zastanawiając się czy przypadkiem nie doszło tu do jakiejś dziwnej zbrodni. Po chwili zreflektowała się jednak, że ludzie umierają też tak po prostu a trumny  zwłaszcza te mugoli nie mogły magicznie zniknąć i pojawić się w miejscu docelowym. Nieco zakłopotana więc własną głupią reakcja odwróciła głowę z powrotem do Theo i posłała mu uśmiech, mając nadzieję, że nie spyta sie zaraz czemu nagle wpatrywała się w trumnę, jakby lada chwila miała ją aresztować.<br />
Umówili się się dzisiaj późnym popołudniem, już po pracy, z której wyszli razem na wyjście do jednej z najlepszych chińskich restauracji jeśli nie najlepszej w całym Londynie. Niewielki lokal, do którego właśnie zmierzali miał wszystko, co czyniło go dobrą restauracją w Chinatown. Świetnie wysmażony makaron, idealnie doprawione warzywa i  mięsa, a także nie do końca poprawnie przetłumaczone na angielski menu, co według wielu osób często odwiedzających ten kawałek miasta, było jednym z wyznaczników wysokiej jakości.<br />
Do restauracji mieli jeszcze jednak trochę, a jej robiło się nieco głupio na myśl o sytuację z trumną.<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">To jakie plany na wrzesień?</span> – spytała w końcu Theo, aby upewnić się, że temat na pewno zostanie zmieniony. – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Bo wiesz, myślałam, że…</span> – Urwała po raz kolejny, bo nagle coś przykuło jej uwagę - Niewielkie studio tatuażu, kuszące ją wystawionymi pracami pracującego tutaj tatuażysty. Oh jakie one były wszystkie ładne.<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nie chcesz może tam zerknąć? Tylko na chwilę.</span> – spytała. Nie, że interesowały ją tatuaże i że jakiś chciała… Za bardzo. Po prostu była ciekawa reszty prac, skoro te zdecydowanie przykuły jej uwagę.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[06.06.72, wieczór] Pewnego razu w Chinatown]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=3898</link>
			<pubDate>Sun, 15 Sep 2024 17:01:19 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=24">Brenna Longbottom</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=3898</guid>
			<description><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Brenna Longbottom - osiągnięcie Życie to przygody lub pustka</div></div>
<br />
Charakterystyczne bramy, mnóstwo lampionów, zapach kurczaka i makaronów z pobliskich restauracji, tłum ludzi – po równo turystów i miejscowych Azjatów – to wszystko było dla Brenny swego rodzaju znakiem rozpoznawczym Chinatown. Nie znała tej dzielnicy dobrze: zapuściła się tu raz czy dwa jako młoda dziewczyna z ciekawości, kiedyś mieli tu wyjątkowo paskudną sprawę, dotyczącą rodziny azjatyckich imigrantów, ale nie miała powodów bywać tutaj często. <br />
Chociaż gdy zajrzała przez szybę do jednej z restauracji, pomyślała, że może czasem warto.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Musimy później wziąć coś do jedzenia na wynos</span> – powiedziała, szarpiąc lekko Thomasa za ramię. Była rozproszona. Kolorowy tłum, nadmiar bodźców, zapachy i słowa w obcych językach, to wszystko nie ułatwiało skupienia, a przecież już myślała o wielu rzeczach na raz. O rejestrze zgonów, który dziś przeglądała pod kątem tajemniczych śmierci nocą, we własnych łóżkach, po tym jak napadnięto na Laurenta. O zachodzie słońca w ruinach w Dolinie Godryka, o wrzosowisku, i o tym, że wolałaby być tutaj z kimś innym, i o irytacji, jaka towarzyszyła tej myśli, bo przecież to pragnienie nie było wcale jej własne. Powinna woleć być tutaj z Thomasem. O zagadce zostawionej na miejscu zbrodni.<br />
O częściach do zegara, który Thomas miał zbudować, i które podobno mógł sprzedać pewien chiński imigrant, który w swoim sklepie w Chinatown miał różny asortyment dla mugoli, i dla czarodziejów.<br />
I o jednym z mieszkań w tutejszych budynkach, które zdawały się niewielkie i przepełnione, do którego powinna zajrzeć, i sprawdzić, dlaczego do cholery informator nie odpisywał na żadną wiadomość przez ostatni miesiąc.<br />
A teraz przez moment myślała o tym, że ma ochotę na makaron z kurczakiem i sprawdzenie, czy ten chiński albo wietnamski, co tu serwowali, będzie smakował inaczej niż ten, którzy przyrządzała sama.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Ciekawi mnie czasem, czy to wygląda w ten sposób, bo tęsknią za ojczyzną i chcą podkreślić swoją kulturę, czy to dla turystów</span> – dodała, rozglądając się po ulicy i zerkając na kartkę z adresem. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– W porządku, tam widzę chyba pralnię, za pralnią miało być studio tatuażu… strasznie tu ich dużo, myślisz, ze Azjaci lubią tatuaże? To coś kulturowego?</span> – rzuciła, zerkając na niego, bo Thomas podróżował trochę więcej niż ona. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– W każdym razie, przez to studio tatuażu da się przejść do tego sklepu z mechanizmami… Dlaczego nie może go prowadzić na Horyzontalnej, jak normalny… no jeden z nas… chociaż dobra, chyba wiem. Pewnie tam byłoby dużo drożej</span> – westchnęła, wsuwając karteczkę z powrotem do kieszeni.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Brenna Longbottom - osiągnięcie Życie to przygody lub pustka</div></div>
<br />
Charakterystyczne bramy, mnóstwo lampionów, zapach kurczaka i makaronów z pobliskich restauracji, tłum ludzi – po równo turystów i miejscowych Azjatów – to wszystko było dla Brenny swego rodzaju znakiem rozpoznawczym Chinatown. Nie znała tej dzielnicy dobrze: zapuściła się tu raz czy dwa jako młoda dziewczyna z ciekawości, kiedyś mieli tu wyjątkowo paskudną sprawę, dotyczącą rodziny azjatyckich imigrantów, ale nie miała powodów bywać tutaj często. <br />
Chociaż gdy zajrzała przez szybę do jednej z restauracji, pomyślała, że może czasem warto.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Musimy później wziąć coś do jedzenia na wynos</span> – powiedziała, szarpiąc lekko Thomasa za ramię. Była rozproszona. Kolorowy tłum, nadmiar bodźców, zapachy i słowa w obcych językach, to wszystko nie ułatwiało skupienia, a przecież już myślała o wielu rzeczach na raz. O rejestrze zgonów, który dziś przeglądała pod kątem tajemniczych śmierci nocą, we własnych łóżkach, po tym jak napadnięto na Laurenta. O zachodzie słońca w ruinach w Dolinie Godryka, o wrzosowisku, i o tym, że wolałaby być tutaj z kimś innym, i o irytacji, jaka towarzyszyła tej myśli, bo przecież to pragnienie nie było wcale jej własne. Powinna woleć być tutaj z Thomasem. O zagadce zostawionej na miejscu zbrodni.<br />
O częściach do zegara, który Thomas miał zbudować, i które podobno mógł sprzedać pewien chiński imigrant, który w swoim sklepie w Chinatown miał różny asortyment dla mugoli, i dla czarodziejów.<br />
I o jednym z mieszkań w tutejszych budynkach, które zdawały się niewielkie i przepełnione, do którego powinna zajrzeć, i sprawdzić, dlaczego do cholery informator nie odpisywał na żadną wiadomość przez ostatni miesiąc.<br />
A teraz przez moment myślała o tym, że ma ochotę na makaron z kurczakiem i sprawdzenie, czy ten chiński albo wietnamski, co tu serwowali, będzie smakował inaczej niż ten, którzy przyrządzała sama.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Ciekawi mnie czasem, czy to wygląda w ten sposób, bo tęsknią za ojczyzną i chcą podkreślić swoją kulturę, czy to dla turystów</span> – dodała, rozglądając się po ulicy i zerkając na kartkę z adresem. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– W porządku, tam widzę chyba pralnię, za pralnią miało być studio tatuażu… strasznie tu ich dużo, myślisz, ze Azjaci lubią tatuaże? To coś kulturowego?</span> – rzuciła, zerkając na niego, bo Thomas podróżował trochę więcej niż ona. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– W każdym razie, przez to studio tatuażu da się przejść do tego sklepu z mechanizmami… Dlaczego nie może go prowadzić na Horyzontalnej, jak normalny… no jeden z nas… chociaż dobra, chyba wiem. Pewnie tam byłoby dużo drożej</span> – westchnęła, wsuwając karteczkę z powrotem do kieszeni.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[28.07.1972] Skrzypce i atrament | Guinevere & Laurent]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=2835</link>
			<pubDate>Fri, 01 Mar 2024 19:17:54 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=300">Laurent Prewett</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=2835</guid>
			<description><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono w <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Piszę, więc jestem</span>, Guinevere McGonagall.</div></div>
<br />
<p>Obecność Guinevere należało wykorzystać. Groźba? Dziwactwo? Zwykłe tworzenie pretekstów! Mogło się wydawać dziwnym, że mimo tyloletniej styczności z Londynem Laurent wcale go nie znał. Poznał jego pojedyncze zakamarki - miał chociażby jedną kawiarenkę nad Tamizą, z której był wspaniały widok na ikoniczny most tego miasta i czasami zdarzało mu się tam zabłądzić, ale od dłuższego czasu bardzo rzadko. Tak jak w ogóle bardzo rzadko pojawiał się poza magicznymi dzielnicami. Miasta go nie ciągnęły, nie miały pociągu, który szarpałby go w potrzebie zagłębienia się w jego tajemnice. To, że takich nie było, nie znaczyło, że mogły się nie pojawić, albo nie było przypadków, gdzie rzeczywiście dał się zaciągnąć to tu, to tam... Laurent nie był nigdy blisko z mugolakami ani mugolami. Nie, jego kontakty zazwyczaj trzymały się w świecie czystej krwi, półkrwi ewentualnie, a i tak bliskie jego grono to byli raczej czystokrwiści. Nie dlatego, że tak sobie dobierał znajomości, selekcjonował ludzi, a tych o krwi brudnej wyrzucał. Miał nadzieję, że Guinevere mu uwierzyła, kiedy wtedy rozmawiali w jej kuchni i że nie musiał tego powtarzać, zapewniać ją w tym... nawet jeśli wykazywał pewne obawy przed światem mugoli i trochę podchodził do nich jak do dzikich zwierząt. To wynikało nie z tego, że patrzył na nie jako "istoty mniej ludzkie", tylko dlatego, że ze swoją technologią stanowili zbiór niewiadomych i niepewnych. Dlatego, że nie znał ich świata, że nadmiar samochodów, że ich styl bycia, ich krótkie życie, wrażliwość na choroby... wszystko to sprawiało, że wydawali się jak porcelana w obliczu czarodziei, którzy mogliby ich... rozplaszczyć jednym machnięciem różdżki. A jednak Voldemort tego nie robił. Czemu..? Skoro chciał stworzyć świat tylko dla czarodziei - co sprawiało, że zwlekał, skoro uważał ludzi za takie... robaki wręcz? O ile nie sprowadzał ich niżej. Umówienie się więc na to, żeby zwiedzić Chinatown, jedną z ładniejszych uliczek londyńskich (przynajmniej zdaniem Laurenta, bo zadbaną, bo kolorową, łączącą Anglię z orientem) wydawało się idealnym pomysłem. Pretekst nie do tego, żeby z samą Guinevere się spotkać (do tego też, nie tylko!), ale do tego, żeby samemu zobaczyć coś, co usłyszał, że ponoć było bardzo ładnym elementem ich starego, pięknego miasta. Pięknego... cóż, Laurent nidgy nie był fanem miast. Zabudowań. Bruku pod nogami i murów zatrzymujących wodę i parujących, nagrzewanych latem przez słońce.</p>
<p>Nawet nie wiedział, w co miał się ubrać. Nie chodziło o spotkanie z Ginny - po prostu jak powinien się ubrać tam, do wyjścia? Odwiedzał Bigsbyego czasami, ale on nie mieszkał w Londynie, poza nim, poza tym nie plątał się przez to po mieście wśród tłumów mugoli, więc... tak, może po prostu najlepiej będzie postawić na całkowitą prostotę, bo lepiej było się nijak nie wyróżniać z tłumu... cooo było kompletnie niemożliwe w przypadku, kiedy stanął w białej koszuli i beżowych, prasowanych w kant spodniach, z perłą w uchu, pierścionkiem jednym, drugim, szlachetnym kamieniem na złotym łańcuszku tuż przy Guinevere - Hibiskusa, który przyniósł ze sobą całe piękno Egiptu do tego smutnego, deszczowego kraju. Nie, nie mieli szans się nie wyróżniać, Laurent jednak tego zupełnie nie widział. Zobaczył to dopiero, kiedy już w niemagicznym Londynie się znaleźli, a on czuł się bardzo nieswojo z myślą, że nie będzie mógł sięgnąć po różdżkę, gdyby cokolwiek się wydarzyło. Nie to, że złego - wystarczył czysty przypadek tego, że z kałuży pryśnie na ciebie woda. Odruchem jest sięgnięcie po różdżkę, żeby się wyczyścić - i to było zgubne. Odruch. Przyciągali spojrzenia osób, kiedy szli ulicą i tak jak to nigdy nie sprawiało, żeby Laurent czuł się jakkolwiek źle, tak teraz mimo, że jego ego było łechtane, że gdyby miał pawi ogon to byłby on teraz w pełni rozwinięty, by zaprezentować każde piórko, żeby olśnić jeszcze bardziej, tak mimo to czuł się odrobinkę nie na miejscu. Odrobinkę. Ciekawość potrafiła jednak wygrać z każdym przeczuciem.</p>
<p>- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nie boisz się wędrować ze mną w takie nieznane tereny przy ostatnim pechu, jaki za mną kroczy?</span> - Zażartował z tego, nie był sam czarnowidzem, nie wierzył (nie chciał uwierzyć), że to naprawdę ciążyło nad nim jakieś FATUM. Odmawiał takiej wiary. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Mam nadzieję, że moja intuicja w terenie miejskim jest równie sprawna jak intuicja poruszenia się po leśnej dżungli, inaczej już pięć razy źle skręciliśmy.</span> - Uśmiechnął się. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Swoją drogą lubisz sztukę? Zwróciłaś uwagę na to muzeum sztuki, koło którego przechodziliśmy? Wyglądało przepięknie z zewnątrz, prawdziwy zabytek czasów...</span></p>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono w <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Piszę, więc jestem</span>, Guinevere McGonagall.</div></div>
<br />
<p>Obecność Guinevere należało wykorzystać. Groźba? Dziwactwo? Zwykłe tworzenie pretekstów! Mogło się wydawać dziwnym, że mimo tyloletniej styczności z Londynem Laurent wcale go nie znał. Poznał jego pojedyncze zakamarki - miał chociażby jedną kawiarenkę nad Tamizą, z której był wspaniały widok na ikoniczny most tego miasta i czasami zdarzało mu się tam zabłądzić, ale od dłuższego czasu bardzo rzadko. Tak jak w ogóle bardzo rzadko pojawiał się poza magicznymi dzielnicami. Miasta go nie ciągnęły, nie miały pociągu, który szarpałby go w potrzebie zagłębienia się w jego tajemnice. To, że takich nie było, nie znaczyło, że mogły się nie pojawić, albo nie było przypadków, gdzie rzeczywiście dał się zaciągnąć to tu, to tam... Laurent nie był nigdy blisko z mugolakami ani mugolami. Nie, jego kontakty zazwyczaj trzymały się w świecie czystej krwi, półkrwi ewentualnie, a i tak bliskie jego grono to byli raczej czystokrwiści. Nie dlatego, że tak sobie dobierał znajomości, selekcjonował ludzi, a tych o krwi brudnej wyrzucał. Miał nadzieję, że Guinevere mu uwierzyła, kiedy wtedy rozmawiali w jej kuchni i że nie musiał tego powtarzać, zapewniać ją w tym... nawet jeśli wykazywał pewne obawy przed światem mugoli i trochę podchodził do nich jak do dzikich zwierząt. To wynikało nie z tego, że patrzył na nie jako "istoty mniej ludzkie", tylko dlatego, że ze swoją technologią stanowili zbiór niewiadomych i niepewnych. Dlatego, że nie znał ich świata, że nadmiar samochodów, że ich styl bycia, ich krótkie życie, wrażliwość na choroby... wszystko to sprawiało, że wydawali się jak porcelana w obliczu czarodziei, którzy mogliby ich... rozplaszczyć jednym machnięciem różdżki. A jednak Voldemort tego nie robił. Czemu..? Skoro chciał stworzyć świat tylko dla czarodziei - co sprawiało, że zwlekał, skoro uważał ludzi za takie... robaki wręcz? O ile nie sprowadzał ich niżej. Umówienie się więc na to, żeby zwiedzić Chinatown, jedną z ładniejszych uliczek londyńskich (przynajmniej zdaniem Laurenta, bo zadbaną, bo kolorową, łączącą Anglię z orientem) wydawało się idealnym pomysłem. Pretekst nie do tego, żeby z samą Guinevere się spotkać (do tego też, nie tylko!), ale do tego, żeby samemu zobaczyć coś, co usłyszał, że ponoć było bardzo ładnym elementem ich starego, pięknego miasta. Pięknego... cóż, Laurent nidgy nie był fanem miast. Zabudowań. Bruku pod nogami i murów zatrzymujących wodę i parujących, nagrzewanych latem przez słońce.</p>
<p>Nawet nie wiedział, w co miał się ubrać. Nie chodziło o spotkanie z Ginny - po prostu jak powinien się ubrać tam, do wyjścia? Odwiedzał Bigsbyego czasami, ale on nie mieszkał w Londynie, poza nim, poza tym nie plątał się przez to po mieście wśród tłumów mugoli, więc... tak, może po prostu najlepiej będzie postawić na całkowitą prostotę, bo lepiej było się nijak nie wyróżniać z tłumu... cooo było kompletnie niemożliwe w przypadku, kiedy stanął w białej koszuli i beżowych, prasowanych w kant spodniach, z perłą w uchu, pierścionkiem jednym, drugim, szlachetnym kamieniem na złotym łańcuszku tuż przy Guinevere - Hibiskusa, który przyniósł ze sobą całe piękno Egiptu do tego smutnego, deszczowego kraju. Nie, nie mieli szans się nie wyróżniać, Laurent jednak tego zupełnie nie widział. Zobaczył to dopiero, kiedy już w niemagicznym Londynie się znaleźli, a on czuł się bardzo nieswojo z myślą, że nie będzie mógł sięgnąć po różdżkę, gdyby cokolwiek się wydarzyło. Nie to, że złego - wystarczył czysty przypadek tego, że z kałuży pryśnie na ciebie woda. Odruchem jest sięgnięcie po różdżkę, żeby się wyczyścić - i to było zgubne. Odruch. Przyciągali spojrzenia osób, kiedy szli ulicą i tak jak to nigdy nie sprawiało, żeby Laurent czuł się jakkolwiek źle, tak teraz mimo, że jego ego było łechtane, że gdyby miał pawi ogon to byłby on teraz w pełni rozwinięty, by zaprezentować każde piórko, żeby olśnić jeszcze bardziej, tak mimo to czuł się odrobinkę nie na miejscu. Odrobinkę. Ciekawość potrafiła jednak wygrać z każdym przeczuciem.</p>
<p>- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nie boisz się wędrować ze mną w takie nieznane tereny przy ostatnim pechu, jaki za mną kroczy?</span> - Zażartował z tego, nie był sam czarnowidzem, nie wierzył (nie chciał uwierzyć), że to naprawdę ciążyło nad nim jakieś FATUM. Odmawiał takiej wiary. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Mam nadzieję, że moja intuicja w terenie miejskim jest równie sprawna jak intuicja poruszenia się po leśnej dżungli, inaczej już pięć razy źle skręciliśmy.</span> - Uśmiechnął się. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Swoją drogą lubisz sztukę? Zwróciłaś uwagę na to muzeum sztuki, koło którego przechodziliśmy? Wyglądało przepięknie z zewnątrz, prawdziwy zabytek czasów...</span></p>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[20.07.] A NA CZOLE POPROSZĘ "JEBAĆ WIZENGAMOT" | Norka & Tommy]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=2797</link>
			<pubDate>Mon, 26 Feb 2024 11:18:28 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=56">Nora Figg</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=2797</guid>
			<description><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Thomas Figg - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Piszę, więc jestem</span><br />
Rozliczono - Nora Figg - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic I</span></div></div>
<br />
<p>Lato trwało w pełni. Pogoda dopisywała, żar lał się z nieba. Nie przeszkadzało to jednak w wybraniu się na niewielkie zakupy, chociaż przez chwilę mieli szansę nacieszyć się pięknymi warunkami atmosferycznymi, bo większość dnia spędzali w Klubokawiarnii. Właśnie z tego powodu postanowiła zabrać ze sobą brata (no i przynajmniej nie musiała się martwić o transport zakupów). Thomas posiadał wspaniałe umiejętności, których jej brakowało, a które były baaardzo przydatne podczas prowadzenia swojego własnego biznesu.</p>
<p>Znaleźli się w Chinatown przy pomocy teleportacji. Kiedy się aportowali Norka omal się nie wywaliła. Nadal nie do końca sobie radziła z tym sposobem transportu. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Nie wiem, jak ty to robisz, dla mnie to jest niczym czarna magia.</span> - Na szczęście nie dołączały do tego nigdy żadne rewolucje żołądkowe.</p>
<p><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> - Mam liste zakupów, chociaż nie omieszkam coś do niej dodać, może trafi się okazja na jakieś owoce, warto się zaopatrzyć w większą ilość, będzie można to przerobić i zostawić na zimę.</span> - Oczywiście, że myślała przyszłościowo, może i lato trwało, teraz wszystkie produkty były dostępne od ręki, ale niedługo skończy się dobrobyt, wtedy trzeba będzie kombinować.</p>
<p>Wzięła brata pod rękę, i ruszyli podbijać okoliczne stoiska. Norka wyglądała zwyczajnie, ubrana w krótką błękitną sukienke, w różowe drobne kwiatki, włosy miała rozwiane, trochę żałowała, że ich nie związała, bo naprawdę było gorąco. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Czy potrzebujesz czegoś konkretnego? Czy raczej będziesz mnie jedynie asekurował?</span> - Wypadało się dowiedzieć, czy brat może nie chciał również kupić czegoś dla siebie.</p>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Thomas Figg - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Piszę, więc jestem</span><br />
Rozliczono - Nora Figg - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic I</span></div></div>
<br />
<p>Lato trwało w pełni. Pogoda dopisywała, żar lał się z nieba. Nie przeszkadzało to jednak w wybraniu się na niewielkie zakupy, chociaż przez chwilę mieli szansę nacieszyć się pięknymi warunkami atmosferycznymi, bo większość dnia spędzali w Klubokawiarnii. Właśnie z tego powodu postanowiła zabrać ze sobą brata (no i przynajmniej nie musiała się martwić o transport zakupów). Thomas posiadał wspaniałe umiejętności, których jej brakowało, a które były baaardzo przydatne podczas prowadzenia swojego własnego biznesu.</p>
<p>Znaleźli się w Chinatown przy pomocy teleportacji. Kiedy się aportowali Norka omal się nie wywaliła. Nadal nie do końca sobie radziła z tym sposobem transportu. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Nie wiem, jak ty to robisz, dla mnie to jest niczym czarna magia.</span> - Na szczęście nie dołączały do tego nigdy żadne rewolucje żołądkowe.</p>
<p><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> - Mam liste zakupów, chociaż nie omieszkam coś do niej dodać, może trafi się okazja na jakieś owoce, warto się zaopatrzyć w większą ilość, będzie można to przerobić i zostawić na zimę.</span> - Oczywiście, że myślała przyszłościowo, może i lato trwało, teraz wszystkie produkty były dostępne od ręki, ale niedługo skończy się dobrobyt, wtedy trzeba będzie kombinować.</p>
<p>Wzięła brata pod rękę, i ruszyli podbijać okoliczne stoiska. Norka wyglądała zwyczajnie, ubrana w krótką błękitną sukienke, w różowe drobne kwiatki, włosy miała rozwiane, trochę żałowała, że ich nie związała, bo naprawdę było gorąco. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Czy potrzebujesz czegoś konkretnego? Czy raczej będziesz mnie jedynie asekurował?</span> - Wypadało się dowiedzieć, czy brat może nie chciał również kupić czegoś dla siebie.</p>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[14.07.72, Chinatown] Jebać kłusowników]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=2298</link>
			<pubDate>Tue, 21 Nov 2023 17:20:03 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=24">Brenna Longbottom</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=2298</guid>
			<description><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Brenna Longbottom - osiągnięcie Badacz Tajemnic III</div></div>
<br />
Brenna całkiem nieźle znała niemagiczny Londyn, ale w Chinatown nawet ona nie potrafiła się odnaleźć. Miała wrażenie, że poza granicą Soho, w pobliżu Gerrard Street trafia się do zupełnie innego świata - trochę tak, jak wchodząc do Dziurawego Kotła płynnie przechodziło się przez granicę między tym, co mugolskie, a tym, co absolutnie czarodziejskie.<br />
Feeria kolorów, napisy w alfabecie, którego nie potrafiłaby odczytać, obce zapachy z restauracji, w których serwowano jedzenie o tajemniczych nazwach, supermarkety wypełnione pamiątkami - w oczach Brenny nie raz dziwniejszymi niż to, co oferowano choćby u Zonka w Hogsmeade, europejscy turyści ginący niemalże w tłumie Azjatów - to wszystko teraz, gdy zbliżał się zmierzch, sprawiało, że czuła się wręcz odrobinę nierealnie.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Proszę ładnie, żadnego bicia i pogróżek od progu, bo przysięgam, że wtedy zamiast gadać z gościem, aresztuję ciebie</span> - uprzedziła Brenna, kiedy przystanęli wreszcie przed jedną z restauracji, z której ulatywał ku nim zapach ryżu, kurczaka i warzyw. Brenna, mimo całej swojej miłości do jedzenia, nie patrzyła jednak ku knajpie, a na drugą stronę ulicy: ku budynkowi, na którego parterze znajdowało się studio tatuażu, a na piętrach lokale mieszkalne.<br />
Tutaj miał mieszkać niejaki Kevin, czarodziej o mieszanym pochodzeniu, być - może - pośredniczący - w - transakcjach - dotyczących - magicznych - zwierząt. A przynajmniej tak wynikało z informacji wyciągniętych po pewnym przeszukaniu.<br />
I Brennie niezbyt zależało na tym, aby aresztować samego Kevina, za to bardzo chętnie dotarłaby dalej. Tyle że Brygada nie miała w gruncie rzeczy przeciwko niemu żadnych dowodów - to że jego adres mieli kłusownicy jeszcze o niczym nie świadczyło. A Kevin ewidentnie znał kogoś w Ministerstwie, i pewnie o takiej oficjalnej wizycie ktoś usłużnie by go uprzedził. <br />
Nie oznaczało to jednak, że nie mogła tutaj czystym przypadkiem wpaść i spróbować podpytać o to i owo, prawda? Zwłaszcza, że miała pewne podejrzenia, co do kontaktów tego człowieka ze szmalcownikami, którzy z kolei mogli mieć kontakty z tą... ciemną stroną.<br />
Wsunęła dłonie do kieszeni kurtki. Zwykłe, jeansowej, absolutnie mugolskiej. Całe jej ubranie było mugolskie, miała je też na sobie po raz pierwszy i niewykluczone, że ostatni, bo ot w pewnych sprawach lepiej było zachować ostrożność. Z tych samych powodów przed przyjściem tutaj umyła włosy cudowną płukanką Potterów, dzięki której jej włosy były teraz czarne i proste, a na twarz nałożyła równie cudowny, potterowski podkład, rozjaśniający cerę o dobre parę tonów. To nie tak, że nie przypominała samej siebie, bo przypominała. Ale ludzie rzadko intensywnie przypatrywali się twarzom, więc zawsze utrudniałoby to rozpoznanie po rysopisie.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Pamiętaj, że chcemy dostać ludzi, którzy te zwierzęta łapią, dobrze? A jeśli na przykład, nie wiem, przypadkiem wyrzucisz go z okna, to wiele się nie dowiemy. A w studiu na dole pracuje jego brat, charłak. Może masz ochotę wytatuować sobie "Jebać kłusowników" na czole?</span> - zażartowała, wskazując na wejście do studia tatuażu. Jeżeli zresztą chcieli dostać się na górę, i tak musieli tędy przejść.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Brenna Longbottom - osiągnięcie Badacz Tajemnic III</div></div>
<br />
Brenna całkiem nieźle znała niemagiczny Londyn, ale w Chinatown nawet ona nie potrafiła się odnaleźć. Miała wrażenie, że poza granicą Soho, w pobliżu Gerrard Street trafia się do zupełnie innego świata - trochę tak, jak wchodząc do Dziurawego Kotła płynnie przechodziło się przez granicę między tym, co mugolskie, a tym, co absolutnie czarodziejskie.<br />
Feeria kolorów, napisy w alfabecie, którego nie potrafiłaby odczytać, obce zapachy z restauracji, w których serwowano jedzenie o tajemniczych nazwach, supermarkety wypełnione pamiątkami - w oczach Brenny nie raz dziwniejszymi niż to, co oferowano choćby u Zonka w Hogsmeade, europejscy turyści ginący niemalże w tłumie Azjatów - to wszystko teraz, gdy zbliżał się zmierzch, sprawiało, że czuła się wręcz odrobinę nierealnie.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Proszę ładnie, żadnego bicia i pogróżek od progu, bo przysięgam, że wtedy zamiast gadać z gościem, aresztuję ciebie</span> - uprzedziła Brenna, kiedy przystanęli wreszcie przed jedną z restauracji, z której ulatywał ku nim zapach ryżu, kurczaka i warzyw. Brenna, mimo całej swojej miłości do jedzenia, nie patrzyła jednak ku knajpie, a na drugą stronę ulicy: ku budynkowi, na którego parterze znajdowało się studio tatuażu, a na piętrach lokale mieszkalne.<br />
Tutaj miał mieszkać niejaki Kevin, czarodziej o mieszanym pochodzeniu, być - może - pośredniczący - w - transakcjach - dotyczących - magicznych - zwierząt. A przynajmniej tak wynikało z informacji wyciągniętych po pewnym przeszukaniu.<br />
I Brennie niezbyt zależało na tym, aby aresztować samego Kevina, za to bardzo chętnie dotarłaby dalej. Tyle że Brygada nie miała w gruncie rzeczy przeciwko niemu żadnych dowodów - to że jego adres mieli kłusownicy jeszcze o niczym nie świadczyło. A Kevin ewidentnie znał kogoś w Ministerstwie, i pewnie o takiej oficjalnej wizycie ktoś usłużnie by go uprzedził. <br />
Nie oznaczało to jednak, że nie mogła tutaj czystym przypadkiem wpaść i spróbować podpytać o to i owo, prawda? Zwłaszcza, że miała pewne podejrzenia, co do kontaktów tego człowieka ze szmalcownikami, którzy z kolei mogli mieć kontakty z tą... ciemną stroną.<br />
Wsunęła dłonie do kieszeni kurtki. Zwykłe, jeansowej, absolutnie mugolskiej. Całe jej ubranie było mugolskie, miała je też na sobie po raz pierwszy i niewykluczone, że ostatni, bo ot w pewnych sprawach lepiej było zachować ostrożność. Z tych samych powodów przed przyjściem tutaj umyła włosy cudowną płukanką Potterów, dzięki której jej włosy były teraz czarne i proste, a na twarz nałożyła równie cudowny, potterowski podkład, rozjaśniający cerę o dobre parę tonów. To nie tak, że nie przypominała samej siebie, bo przypominała. Ale ludzie rzadko intensywnie przypatrywali się twarzom, więc zawsze utrudniałoby to rozpoznanie po rysopisie.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Pamiętaj, że chcemy dostać ludzi, którzy te zwierzęta łapią, dobrze? A jeśli na przykład, nie wiem, przypadkiem wyrzucisz go z okna, to wiele się nie dowiemy. A w studiu na dole pracuje jego brat, charłak. Może masz ochotę wytatuować sobie "Jebać kłusowników" na czole?</span> - zażartowała, wskazując na wejście do studia tatuażu. Jeżeli zresztą chcieli dostać się na górę, i tak musieli tędy przejść.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[20.05.1972] Sushi z kurczaka i zupa z psa feat. Uru & Seba]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=1979</link>
			<pubDate>Sat, 30 Sep 2023 23:53:06 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=21">Ururu Marquez</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=1979</guid>
			<description><![CDATA[<p>Odkrywanie Doliny Godryka było fascynujące, ale szybko się skończyło. To jednak malutka miejscowość, tym bardziej w porównaniu z Londynem. Marquez miał jeszcze miejsca, których nie odwiedził nigdy, nawet w poprzednim życiu.</p>
<p>Jednym z nich było China Town. Dlaczego się tam wcześniej nie pojawił? Zazwyczaj było tam niesamowicie tłoczno i jakoś tak obco. Co brzmi dziwnie w ustach pół Japończyka. Bo przecież z całego Londynu to właśnie tam mógł wtopić się w tłum. Cóż, mógłby. Gdyby nie cudaczne włosy, do której dołączył martwy odcień cery.</p>
<p>Ururu wybrał się tam okryty letnim płaszczem jednorzędowym — kolejnym odzieniem otrzymanym w "spadku" od ojca Heather. Zbyt duże odzienie sprawiało, że Ururu wyglądał jeszcze młodziej niż... wyglądał, bo i tak wyglądał znacznie młodziej niż wskazywała na to data urodzenia. Czarodziej okrył włosy mugolskim kapeluszem z rondem. Opadający z niego cień przysłaniał nieco dziwne spojrzenie miodowych oczu. I bardzo dobrze, bo w tłumie osób z ciemnymi tęczówkami, bardzo rzucałoby się to w oczy. Poza tym, było już po zmroku. Ururu obserwował tętniące życiem bary i stoiska z jedzeniem. Sam skusił się nawet na jakieś smażone mięso na patyku. Smakowało bardzo dobrze, ale nigdy czegoś takiego wcześniej nie spróbował. Niestety, gdy spytał sprzedawcę, co to było, ten tylko zaszczekał. Widocznie nie znał angielskiego i próbował się porozumieć psim. Cóż za dziwak.</p>
<p>Marquez przechodził obok parku. Było tam spokojniej, a także powietrze miało większą swobodę przepływu. Co kilkanaście metrów porozstawiane było więcej budek z jedzeniem, czy piciem. Ta część miasta zdecydowanie nie chodziła wcześnie spać.</p>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Odkrywanie Doliny Godryka było fascynujące, ale szybko się skończyło. To jednak malutka miejscowość, tym bardziej w porównaniu z Londynem. Marquez miał jeszcze miejsca, których nie odwiedził nigdy, nawet w poprzednim życiu.</p>
<p>Jednym z nich było China Town. Dlaczego się tam wcześniej nie pojawił? Zazwyczaj było tam niesamowicie tłoczno i jakoś tak obco. Co brzmi dziwnie w ustach pół Japończyka. Bo przecież z całego Londynu to właśnie tam mógł wtopić się w tłum. Cóż, mógłby. Gdyby nie cudaczne włosy, do której dołączył martwy odcień cery.</p>
<p>Ururu wybrał się tam okryty letnim płaszczem jednorzędowym — kolejnym odzieniem otrzymanym w "spadku" od ojca Heather. Zbyt duże odzienie sprawiało, że Ururu wyglądał jeszcze młodziej niż... wyglądał, bo i tak wyglądał znacznie młodziej niż wskazywała na to data urodzenia. Czarodziej okrył włosy mugolskim kapeluszem z rondem. Opadający z niego cień przysłaniał nieco dziwne spojrzenie miodowych oczu. I bardzo dobrze, bo w tłumie osób z ciemnymi tęczówkami, bardzo rzucałoby się to w oczy. Poza tym, było już po zmroku. Ururu obserwował tętniące życiem bary i stoiska z jedzeniem. Sam skusił się nawet na jakieś smażone mięso na patyku. Smakowało bardzo dobrze, ale nigdy czegoś takiego wcześniej nie spróbował. Niestety, gdy spytał sprzedawcę, co to było, ten tylko zaszczekał. Widocznie nie znał angielskiego i próbował się porozumieć psim. Cóż za dziwak.</p>
<p>Marquez przechodził obok parku. Było tam spokojniej, a także powietrze miało większą swobodę przepływu. Co kilkanaście metrów porozstawiane było więcej budek z jedzeniem, czy piciem. Ta część miasta zdecydowanie nie chodziła wcześnie spać.</p>]]></content:encoded>
		</item>
	</channel>
</rss>