<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0" xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">
	<channel>
		<title><![CDATA[Secrets of London - Hogsmeade i Hogwart]]></title>
		<link>https://secretsoflondon.pl/</link>
		<description><![CDATA[Secrets of London - https://secretsoflondon.pl]]></description>
		<pubDate>Sat, 18 Apr 2026 04:28:47 +0000</pubDate>
		<generator>MyBB</generator>
		<item>
			<title><![CDATA[[6.10.1972] Nić Ariadny]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5773</link>
			<pubDate>Sat, 21 Feb 2026 20:04:12 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=311">Guinevere McGonagall</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5773</guid>
			<description><![CDATA[<div style="text-align: right;" class="mycode_align"><span style="font-size: x-small;" class="mycode_size"><a href="https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=748&amp;pid=84232#pid84232" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">Żywopłot Blackthorna</a></span></div>
<br />
<p>Jesienna aura bardzo szybko opanowała Wyspy Brytyjskie i można było powiedzieć, że była w pełni, a co za tym szło – również i sezon na grzańce był już w mocy. I zgodnie z tym, jak Cathal „odgrażał się” jej w Mabon – czekało ich grzane wino w Hogsmeade, jako pierwszy przystanek podczas „niepowtarzalnej kulinarnej podróży” po alkoholowej Anglii. Ginny czuła jak to się może skończyć, przez lata alkoholu piła bardzo mało, w Egipcie nie było takiej kultury picia jak w Europie, była kompletnie niezaprawiona w boju i głowę miała słabą, jak zresztą Cathal już się przekonał, gdy w lipcu byli razem w klubie. </p>
<p>Lało niemal codziennie, liście pożółkły bardzo szybko, aż stały się brązowe – wszędzie były tylko ogromne kałuże, błoto i ogólnie dla kogoś takiego jak Nefret McGonagall była to pogoda z serii „nie do życia”. A jednak nawet ciągłe deszcze nie ostudziły jej egipskiego, gorącego temperamentu i niezmordowanej wręcz żywotności. Więc gdy wyszli przez publiczny kominek w Hogsmeade i mieli się kierować do knajpy… Guinevere odznaczyła się <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">niezwykłą</span> wręcz spostrzegawczością. </p>
<p> <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Nie pada! –</span> chyba trafili w okienko pomiędzy deszczem a deszczem, co – nie dało się nie zauważyć – ucieszyło ją bardzo. Bo to oznaczało, że może jest to okazja by wykorzystać sytuację i jednak się przejść. Te ostatnie razy gdy tu była… Wyglądało to tak, że mieli pójść na cmentarz, w czym przeszkodził im duch dziewczynki, później myszkowali po okolicznych terenach Hogsmeade badając Dwór Cape i później jakoś już tu nie wrócili. Była tu w lipcu… na dziwnej… hm, randce z Longbottomem, po której nie odzywali się do siebie z niewymownym aż nie wpadli na siebie w Londynie podczas Spalonej Nocy – w każdym razie kontaktu nie utrzymywali i Guinevere mogła tylko wzruszyć ramionami. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Przejdziemy się? Chciałam w końcu zobaczyć najbliższą okolicę Hogsmeade –</span> bo grzane wino mogło chwilę poczekać, zwłaszcza, że nie miała wątpliwości, że w końcu zacznie lać. </p>
<p>Bo w Anglii prędzej czy później lało. </p>
<p> <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Dziwne… Czy takie rośliny na jesień nie robią się w Anglii… mniej zielone? –</span> technicznie byli w Szkocji, a nie w Anglii, ale mniejsza o to. Guinevere mówiła rzecz jasna o dziwnym, ogromnym łuku z żywopłotu, żywo zielonego, stojącego pośrodku niczego, już za granicami wioski. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– To jakiś łuk triumfalny? –</span> zapytała, zakładając, że Cathal wie, co to za dziwaczna roślinna konstrukcja. Oglądając sobie to dziwne zjawisko uniosła głowę, próbując oszacować ile wysokości ma ten łuk, gdy tak pod nim przechodziła, a gdy to już nastąpiło, a w jej głowie pojawiło się „pięć metrów” i spojrzała w dół, stanęła jak osłupiała. Już nie byli pośrodku niczego, tylko otaczały ich z każdej strony… wysokie na kilka metrów ściany. Z żywopłotu. Ze ścieżkami w przód i w tył, tak jak stał łuk. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Aha? –</span> wymamrotała, osłupiała. </p>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div style="text-align: right;" class="mycode_align"><span style="font-size: x-small;" class="mycode_size"><a href="https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=748&amp;pid=84232#pid84232" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">Żywopłot Blackthorna</a></span></div>
<br />
<p>Jesienna aura bardzo szybko opanowała Wyspy Brytyjskie i można było powiedzieć, że była w pełni, a co za tym szło – również i sezon na grzańce był już w mocy. I zgodnie z tym, jak Cathal „odgrażał się” jej w Mabon – czekało ich grzane wino w Hogsmeade, jako pierwszy przystanek podczas „niepowtarzalnej kulinarnej podróży” po alkoholowej Anglii. Ginny czuła jak to się może skończyć, przez lata alkoholu piła bardzo mało, w Egipcie nie było takiej kultury picia jak w Europie, była kompletnie niezaprawiona w boju i głowę miała słabą, jak zresztą Cathal już się przekonał, gdy w lipcu byli razem w klubie. </p>
<p>Lało niemal codziennie, liście pożółkły bardzo szybko, aż stały się brązowe – wszędzie były tylko ogromne kałuże, błoto i ogólnie dla kogoś takiego jak Nefret McGonagall była to pogoda z serii „nie do życia”. A jednak nawet ciągłe deszcze nie ostudziły jej egipskiego, gorącego temperamentu i niezmordowanej wręcz żywotności. Więc gdy wyszli przez publiczny kominek w Hogsmeade i mieli się kierować do knajpy… Guinevere odznaczyła się <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">niezwykłą</span> wręcz spostrzegawczością. </p>
<p> <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Nie pada! –</span> chyba trafili w okienko pomiędzy deszczem a deszczem, co – nie dało się nie zauważyć – ucieszyło ją bardzo. Bo to oznaczało, że może jest to okazja by wykorzystać sytuację i jednak się przejść. Te ostatnie razy gdy tu była… Wyglądało to tak, że mieli pójść na cmentarz, w czym przeszkodził im duch dziewczynki, później myszkowali po okolicznych terenach Hogsmeade badając Dwór Cape i później jakoś już tu nie wrócili. Była tu w lipcu… na dziwnej… hm, randce z Longbottomem, po której nie odzywali się do siebie z niewymownym aż nie wpadli na siebie w Londynie podczas Spalonej Nocy – w każdym razie kontaktu nie utrzymywali i Guinevere mogła tylko wzruszyć ramionami. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Przejdziemy się? Chciałam w końcu zobaczyć najbliższą okolicę Hogsmeade –</span> bo grzane wino mogło chwilę poczekać, zwłaszcza, że nie miała wątpliwości, że w końcu zacznie lać. </p>
<p>Bo w Anglii prędzej czy później lało. </p>
<p> <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Dziwne… Czy takie rośliny na jesień nie robią się w Anglii… mniej zielone? –</span> technicznie byli w Szkocji, a nie w Anglii, ale mniejsza o to. Guinevere mówiła rzecz jasna o dziwnym, ogromnym łuku z żywopłotu, żywo zielonego, stojącego pośrodku niczego, już za granicami wioski. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– To jakiś łuk triumfalny? –</span> zapytała, zakładając, że Cathal wie, co to za dziwaczna roślinna konstrukcja. Oglądając sobie to dziwne zjawisko uniosła głowę, próbując oszacować ile wysokości ma ten łuk, gdy tak pod nim przechodziła, a gdy to już nastąpiło, a w jej głowie pojawiło się „pięć metrów” i spojrzała w dół, stanęła jak osłupiała. Już nie byli pośrodku niczego, tylko otaczały ich z każdej strony… wysokie na kilka metrów ściany. Z żywopłotu. Ze ścieżkami w przód i w tył, tak jak stał łuk. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Aha? –</span> wymamrotała, osłupiała. </p>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[12.09.72] Zielone i zieleńsze]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4915</link>
			<pubDate>Thu, 19 Jun 2025 20:57:15 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=24">Brenna Longbottom</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4915</guid>
			<description><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Brenna Longbottom - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic VII</span></div></div>
<br />
Muchomory i astry nie były jednym z najważniejszych sklepów ze składnikami na mapie magicznej Anglii, ale miały tę niewątpliwą zaletę, że nie spłonęły w pożarach, które ogarnęły Anglię. Ocalały zapasy, warsztat, pracownicy, teraz pewnie mający ręce pełne roboty bardziej niż kiedykolwiek. Asortyment był przetrzebiony, gdy dotarły na miejsce już dość późnym wieczorem – zwyczajnie wcześniej <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">nie było kiedy</span> – ale wciąż mogły uzupełnić braki.<br />
A zapasów teraz potrzebowali mnóstwo. Leków przede wszystkim, ale też eliksirów ochronnych, czy po tym, co stało się w Dolinie, wspomagających wzrost roślin, specyfików, które mogły przydać się podczas odbudowy, tych na sen i… lista była długa.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – Wszystko, co macie z tej listy? Poprosiłabym o spakowanie tak, żeby nie porozsypywało się w plecaku</span> – poprosiła Brenna, podsuwając rzeczoną listę sprzedawczyni, a potem przysłoniła nos, próbując stłumić kichnięcie. Gdy ekspedientka udała się na zaplecze, Brenna przez moment zezowała na Heather: było to dość komiczne, bo regularnie ukradkiem zerkała, czy Wood utyka, czy nie, a przy tym sama starała się pilnować, żeby przypadkiem nie utykać – pewnie przychodziłoby jej to bez trudu, gdyby po prostu nie fakt, że nie bardzo miała ochotę dziś siadać choć na chwilę. Kiedy człowiek siadał i odpoczywał, doganiały go myśli, którym wcale nie chciał poświęcać dużo uwagi. Na przykład o tym, że właściwie to tenże człowiek robił wciąż za mało. I że może powinna być gdzieś indziej.<br />
Ale potrzebowali składników, a po tym wszystkim powinna też wygospodarować parę minut, żeby pogadać z Heather.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – Te weselsze kwiaty chyba słabo im schodzą</span> – rzuciła do Heather cicho, a z jej ust wyrwało się westchnienie. W części sklepu, w której królowała kwiaciarnia, leżało kilka wieńców, czekających pewnie na odbiór, bez wątpienia pogrzebowych, bolesne przypomnienie, że nic nie było w Anglii w normie: nic szybko do niej nie wróci. Brenna przesunęła palcami po wstążce jednego z bukietów na sprzedaż, zaklętego pewnie, aby dłużej wytrzymał, chwilowo wetkniętego w kąt pomieszczenia.<br />
Pomyślała o kwiatach, które rosły do niedawna przed ich domem: miały dokładnie taki sam kolor, zanim spowiły je popioły.<br />
<br />
!Trauma Ognia]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Brenna Longbottom - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic VII</span></div></div>
<br />
Muchomory i astry nie były jednym z najważniejszych sklepów ze składnikami na mapie magicznej Anglii, ale miały tę niewątpliwą zaletę, że nie spłonęły w pożarach, które ogarnęły Anglię. Ocalały zapasy, warsztat, pracownicy, teraz pewnie mający ręce pełne roboty bardziej niż kiedykolwiek. Asortyment był przetrzebiony, gdy dotarły na miejsce już dość późnym wieczorem – zwyczajnie wcześniej <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">nie było kiedy</span> – ale wciąż mogły uzupełnić braki.<br />
A zapasów teraz potrzebowali mnóstwo. Leków przede wszystkim, ale też eliksirów ochronnych, czy po tym, co stało się w Dolinie, wspomagających wzrost roślin, specyfików, które mogły przydać się podczas odbudowy, tych na sen i… lista była długa.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – Wszystko, co macie z tej listy? Poprosiłabym o spakowanie tak, żeby nie porozsypywało się w plecaku</span> – poprosiła Brenna, podsuwając rzeczoną listę sprzedawczyni, a potem przysłoniła nos, próbując stłumić kichnięcie. Gdy ekspedientka udała się na zaplecze, Brenna przez moment zezowała na Heather: było to dość komiczne, bo regularnie ukradkiem zerkała, czy Wood utyka, czy nie, a przy tym sama starała się pilnować, żeby przypadkiem nie utykać – pewnie przychodziłoby jej to bez trudu, gdyby po prostu nie fakt, że nie bardzo miała ochotę dziś siadać choć na chwilę. Kiedy człowiek siadał i odpoczywał, doganiały go myśli, którym wcale nie chciał poświęcać dużo uwagi. Na przykład o tym, że właściwie to tenże człowiek robił wciąż za mało. I że może powinna być gdzieś indziej.<br />
Ale potrzebowali składników, a po tym wszystkim powinna też wygospodarować parę minut, żeby pogadać z Heather.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – Te weselsze kwiaty chyba słabo im schodzą</span> – rzuciła do Heather cicho, a z jej ust wyrwało się westchnienie. W części sklepu, w której królowała kwiaciarnia, leżało kilka wieńców, czekających pewnie na odbiór, bez wątpienia pogrzebowych, bolesne przypomnienie, że nic nie było w Anglii w normie: nic szybko do niej nie wróci. Brenna przesunęła palcami po wstążce jednego z bukietów na sprzedaż, zaklętego pewnie, aby dłużej wytrzymał, chwilowo wetkniętego w kąt pomieszczenia.<br />
Pomyślała o kwiatach, które rosły do niedawna przed ich domem: miały dokładnie taki sam kolor, zanim spowiły je popioły.<br />
<br />
!Trauma Ognia]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[4.09.1972 Darowanemu jednorożcowi nie zagląda się pod ogon]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4368</link>
			<pubDate>Sat, 11 Jan 2025 23:08:56 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=173">Regina Rowle</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4368</guid>
			<description><![CDATA[<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><div id="dataa" class="mycode_b">4 września, późne popołudnie, obrzeża Hogsmeade</div></div>
<br />
Był dopiero początek września, ale w wieczornym powietrzu dało się wyczuć rześkie powiewy, które zwiastowały rychłe nadejście jesiennej słoty, a potem nieuchronnie zimy. Drzewa z każdym silniejszym porywem wiatru traciły swoje złoto-czerwone korony i zmieniały się z królów lasu w żebraków o wychudłych i poskręcanych palcach. Wyciągały je ku górze, jakby błagając Matkę Naturę o jeszcze jeden grosz w postaci słonecznych promieni.<br />
<p>Matka musiała się nad nimi zlitować lub zmęczyły ją te ciche jęki i stęki konarów, bo spomiędzy chmur błysnęło światło. Złoto-pomarańczowa poświata rozlała się po czubkach drzew i dotarła do miasteczka przycupniętego na wzgórzu.</p>
<p>Nikła, bo nikła, oświetliła fronty przygarbionych chatek o spadzistych dachach. Pomknęła po niskich częściowo zbutwiałych płotkach i nadgryzionych zębem czasu murkach. Zalała pstrokate brukowane ulice niczym rzeka, z minuty na minutę coraz słabsza. Czarodzieje i czarownice w większości nie dostrzegali tego, śpiesząc się do sobie tylko znanych spraw. Część z nich wchodziła jeszcze do sklepów, część zmierzała do jednego z dwóch pubów. Byle tylko zdążyć przed zamknięciem lub przed zmierzchem. Byle tylko…<br />
</p>
<p>Hogsmeade powoli tonęło w mroku. Słońce znikało tak szybko, jak się pojawiło, a ołowiane chmury na horyzoncie zwiastowały deszcz. Nie pierwszy tego dnia, co dało się zauważyć po częstych i dużych kałużach na drodze lub w przydomowych ogródkach. I na pewno nie ostatni tej jesieni.</p>
<p>Niespotykanie wysoka postać przystanęła na północnym obrzeżu miasteczka, w cieniu jednego z domów. Rozejrzała się po okolicy, jakby upewniała się, że jest w miejscu, do którego chciała trafić. Ponieważ nie aportowała się, ani nie ruszyła w żadnym kierunku, to musiała być dokładnie w tym miejscu, w którym być chciała.</p>
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Niecałe dwa tygodnie temu</span></span><br />
<br />
<p><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">— Ha! Nic to, bierz pan nawet i pół uncji sproszkowanego rogu jednorożca. Mi się nie skończy, a jeżeli nawet, to zaraz mam dostawę od znajomego z Hogsmeade.</span></p>
<p>Walter “Żyłka” Strand miał niewielki sklepik w uliczce pomiędzy Nokturnem a Pokątną. Niepozorny, mały, z szyldem nad wejściem, z którego ledwie szło odczytać nazwę. Jak się ktoś nie znał, to przechodził obok i nawet głowy sobie tym miejscem nie zaprzątał. Zupełnie inaczej zachowywali się ci, którzy znali to miejsce.</p>
<p>Mianowicie Żyłka, facet po czterdziestce z brzuszkiem, zakolami i cwanackim błyskiem w oku, wychodził z założenia, że najlepsza wizytówka to ta szeptana. “A po kiego mam przyciągać uwagę tych, którzy nie chcą nic ciekawego kupić?” mawiał, przeczesując resztkę włosów na nieforemnej głowie.</p>
<p>Przez “ciekawe” rozumiał asortyment najróżniejszej maści i równie różnego ugruntowania w prawie. Kupował, sprzedawał, brał pod zastaw. Ogólnie, robił wszystko tak, żeby wyjść na plus i to najlepiej na taki ładny, okrągły i złoty jak galeon. Znajomi, bo przyjaciół Żyłka nie miał, powiedzieliby, że Walterowi nie chodzi tylko o zysk, ale o sam fakt obracania towarem.</p>
<p>Nie masz kociołka? Proszę bardzo, tutaj za pół darmo, co z tego, że dziurawe albo łudząco przypomina ten, który miałeś do niedawna. Nie masz bezoaru? Żaden problem, tutaj mam pełen słój. Co nie wygląda jak bezoar? Panie, toż to najczystszy kamie na rynku jest, u mnie najlepsze tylko!</p>
<p>Tak mniej więcej robił Żyłka interesy, a każdy był dla niego jak ten interes życia. Stąd sklep był znany, a przez miejsce przewalało się całkiem sporo ludzi i to z najróżniejszych grup społecznych.</p>
<p><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">— Dużo ma pan tego proszku z rogu jednorożca?</span></p>
<p>Regina podeszła do lady, kiedy poprzedni klient odszedł i spytała Żyłkę, niby ot tak, mimochodem. Cwaniackie szare oczka zlustrowały ja od góry do dołu. Baba wielka jak chłop, pomyślał sobie Żyłka, czarne włosy, krzywa morda, kurwa, chłop za babę przebrany czy jak?</p>
<p><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">—  Ano trochę. Dla jednego dużo, dla jednego mało, zależy ile trzeba. —</span>  bąknął, bo coś mu się w kobiecie nie podobało.</p>
<p><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">— Sporo mi tego potrzeba. —</span> odpowiedziała niezrażona, kiwając głową.</p>
<p><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">— Tera to mam z pół uncji jeszcze, we fiolkach oczywista sprawa. Jutro z rana mogę mieć drugie tyle. —</span>  sapnął, ruszając nozdrzami jak królik, co wyczuł soczystą marchewkę.</p>
<p><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">— Jutro już? Szybko. Zapasy pan ma czy dostawca taki? —</span>  nie zdołała ukryć zdziwienia w swoim głosie.</p>
<p><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">— Się ma kontakty, się gra, pani kochana. To jak, ile tego potrzeba? —</span> pociągnął nosem i głową wskazał za siebie, zapewne na zaplecze. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">—  Czy zamawiać na jutro i jutro pani wszystko zabiera?</span></p>
<p><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">— A można wiedzieć od kogo pan ten towar bierze? Jakaś hodowla czy pośrednik?</span></p>
<p>I masz ci babo placek, parsknął w myślach Żyłka, kontrola jakaś czy ki chuj? Zmierzył kobietę od stóp do głów i wyraźnie zniecierpliwiony odpowiedział:</p>
<p><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">— Od sprawdzonego i zaufanego czarodzieja, co lubi, jak rozmowa towaru dotyczy, a nie jego osoby. To ile pani tego chce?</span></p>
<p>Pięknie z nim pogadałaś Regina, detektyw pierwsza klasa, zganiła się w myślach. Potrząsnęła głową, odpowiadając na głos:</p>
<p>— Na razie nie potrzebuje, ale dobrze wiedzieć, że ma pan to na zapleczu.</p>
<p><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">— Ano mam, jak ja bym nie miał, to pewniak, że w Londynie nikt nie ma. Jak nie proszek to, co innego podać? —</span> krzywy uśmiech pojawił się na wąskich wargach Żyłki.</p>
<p><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">— Marynowane czułki szczuroszczeta, poproszę…</span></p>
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Teraźniejszość</span></span><br />
<br />
Bezsensowne zakupy u Żyłki odbijały się jej czkawką przez tydzień. Zresztą nie same zakupy, a to, jak nieporadnie go wypytała o to, kto jest jego dostawcą. Skąd ktoś miał tyle proszku z rogu jednorożca? Zbierał od małego albo kupował każdy gram, bo zbliżał się koniec świata? Przecież to nie towar pierwszej potrzeby, chyba że twoja “lepsza” połówka zatruwa każdy posiłek, więc zamiast porannej kawy pijesz antidotum na trucizny.<br />
<p>Z pomocą przyszedł znajomy ze sklepu “Kotły - wszystkie rozmiary”, który dorabiał, ważąc eliksiry. Poznali się kawałek czasu temu, kiedy Regina pomogła mu ze świeżo zakupionymi traszkami dwugłowymi. Od tamtego czasu utrzymywali kontakty i pomagali sobie nawzajem. Któregoś dnia wpadli na siebie w księgarni i podczas szybkiej wymiany zdań Aiden wspomniał, że słyszał o takim jednym, co ma w Hogsmeade całkiem niezłe zaplecze towarów odzwierzęcych. Spytany, czy od niego kupuje, znajomy zaprzeczył, mówiac coś w rodzaju: podobno nie wszystko ma z legalnego źródła, wolę od takich nie kupować, bo kota w worku możesz dostać.</p>
<p>Regina postanowiła odszukać tego kota w worku i przyjrzeć się mu bliżej, a najchętniej to rozejrzeć po jego worku, czyli domu. Szkopuł w tym, że nie wiedziała, gdzie ów czarodziej mieszka, więc miała zamiar popytać tu i tam.</p>
<p>Na pierwszy rzut poszedł sklep z eliksirami i kociołkami, ale czarownica, która obsługiwała, strasznie kręciła nosem na pytania i trzymała się odpowiedzi, że bierze od tego, u kogo jest najtaniej. “Różnych mam dostawców, ale na pewno już nigdy nie wezmę od tej dziwnej Peck!”. Zapytana czemu, w kilku dosadnych słowach wyjaśniła i wskazała, gdzie wspomniana czarownica może być. Niestety księżyc był poza zasięgiem Reginy, więc ta ruszyła dalej.</p>
<p>Następny był sklep “U Derwisa i Bagnesa”. Za ladą stał na oko piędziesięcioletni czarodziej z sumiastym wąsem i z beretem na głowie. Miał ciężki szkocki akcent i pykał fajkę. Na pytania odpowiadał krótko i zwięźle. Z początku nieufnie odniósł się do Reginy, ale ta zagadała go o memrotka siedzącego na regale za ladą. Rozmowa potoczyła się sama i wąsacz wyznał, że kojarzy takiego jednego, co handluje zwierzakami i materiałami z nich, Ethan albo Elijah, a mieszka na północnych obrzeżach miasta. “Przed domem ma taką ogromną dynię”.</p>
<p>Regina stała i przyglądała się domowi, zastanawiając, jak to załatwić. Ubrana w płaszcz z ciemnoszarej wełny do pół łydki. Postawiła kołnierz i oplotła twarz szalikiem tak, żeby było widać tylko nasadę nosa i oczy. Na głowie miała kapelusz <a href="https://imgur.com/a/CCLvpJx" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">typu pork pie</a> z nieco szerszym rondem, więc słabo było widać jej twarz.</p>
<p>W oknach na parterze światło zgasło. Sądziła, że zapali się jakieś na górze, bo może właśnie tam poszedł niejaki Ethan albo Elijah, ale tak się nie stało. Dom na pierwszy rzut oka wydawał się pusty, więc zacisnęła dłoń na różdżce w kieszeni, wahając się czy jeszcze chwilę nie poczekać.</p>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><div id="dataa" class="mycode_b">4 września, późne popołudnie, obrzeża Hogsmeade</div></div>
<br />
Był dopiero początek września, ale w wieczornym powietrzu dało się wyczuć rześkie powiewy, które zwiastowały rychłe nadejście jesiennej słoty, a potem nieuchronnie zimy. Drzewa z każdym silniejszym porywem wiatru traciły swoje złoto-czerwone korony i zmieniały się z królów lasu w żebraków o wychudłych i poskręcanych palcach. Wyciągały je ku górze, jakby błagając Matkę Naturę o jeszcze jeden grosz w postaci słonecznych promieni.<br />
<p>Matka musiała się nad nimi zlitować lub zmęczyły ją te ciche jęki i stęki konarów, bo spomiędzy chmur błysnęło światło. Złoto-pomarańczowa poświata rozlała się po czubkach drzew i dotarła do miasteczka przycupniętego na wzgórzu.</p>
<p>Nikła, bo nikła, oświetliła fronty przygarbionych chatek o spadzistych dachach. Pomknęła po niskich częściowo zbutwiałych płotkach i nadgryzionych zębem czasu murkach. Zalała pstrokate brukowane ulice niczym rzeka, z minuty na minutę coraz słabsza. Czarodzieje i czarownice w większości nie dostrzegali tego, śpiesząc się do sobie tylko znanych spraw. Część z nich wchodziła jeszcze do sklepów, część zmierzała do jednego z dwóch pubów. Byle tylko zdążyć przed zamknięciem lub przed zmierzchem. Byle tylko…<br />
</p>
<p>Hogsmeade powoli tonęło w mroku. Słońce znikało tak szybko, jak się pojawiło, a ołowiane chmury na horyzoncie zwiastowały deszcz. Nie pierwszy tego dnia, co dało się zauważyć po częstych i dużych kałużach na drodze lub w przydomowych ogródkach. I na pewno nie ostatni tej jesieni.</p>
<p>Niespotykanie wysoka postać przystanęła na północnym obrzeżu miasteczka, w cieniu jednego z domów. Rozejrzała się po okolicy, jakby upewniała się, że jest w miejscu, do którego chciała trafić. Ponieważ nie aportowała się, ani nie ruszyła w żadnym kierunku, to musiała być dokładnie w tym miejscu, w którym być chciała.</p>
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Niecałe dwa tygodnie temu</span></span><br />
<br />
<p><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">— Ha! Nic to, bierz pan nawet i pół uncji sproszkowanego rogu jednorożca. Mi się nie skończy, a jeżeli nawet, to zaraz mam dostawę od znajomego z Hogsmeade.</span></p>
<p>Walter “Żyłka” Strand miał niewielki sklepik w uliczce pomiędzy Nokturnem a Pokątną. Niepozorny, mały, z szyldem nad wejściem, z którego ledwie szło odczytać nazwę. Jak się ktoś nie znał, to przechodził obok i nawet głowy sobie tym miejscem nie zaprzątał. Zupełnie inaczej zachowywali się ci, którzy znali to miejsce.</p>
<p>Mianowicie Żyłka, facet po czterdziestce z brzuszkiem, zakolami i cwanackim błyskiem w oku, wychodził z założenia, że najlepsza wizytówka to ta szeptana. “A po kiego mam przyciągać uwagę tych, którzy nie chcą nic ciekawego kupić?” mawiał, przeczesując resztkę włosów na nieforemnej głowie.</p>
<p>Przez “ciekawe” rozumiał asortyment najróżniejszej maści i równie różnego ugruntowania w prawie. Kupował, sprzedawał, brał pod zastaw. Ogólnie, robił wszystko tak, żeby wyjść na plus i to najlepiej na taki ładny, okrągły i złoty jak galeon. Znajomi, bo przyjaciół Żyłka nie miał, powiedzieliby, że Walterowi nie chodzi tylko o zysk, ale o sam fakt obracania towarem.</p>
<p>Nie masz kociołka? Proszę bardzo, tutaj za pół darmo, co z tego, że dziurawe albo łudząco przypomina ten, który miałeś do niedawna. Nie masz bezoaru? Żaden problem, tutaj mam pełen słój. Co nie wygląda jak bezoar? Panie, toż to najczystszy kamie na rynku jest, u mnie najlepsze tylko!</p>
<p>Tak mniej więcej robił Żyłka interesy, a każdy był dla niego jak ten interes życia. Stąd sklep był znany, a przez miejsce przewalało się całkiem sporo ludzi i to z najróżniejszych grup społecznych.</p>
<p><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">— Dużo ma pan tego proszku z rogu jednorożca?</span></p>
<p>Regina podeszła do lady, kiedy poprzedni klient odszedł i spytała Żyłkę, niby ot tak, mimochodem. Cwaniackie szare oczka zlustrowały ja od góry do dołu. Baba wielka jak chłop, pomyślał sobie Żyłka, czarne włosy, krzywa morda, kurwa, chłop za babę przebrany czy jak?</p>
<p><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">—  Ano trochę. Dla jednego dużo, dla jednego mało, zależy ile trzeba. —</span>  bąknął, bo coś mu się w kobiecie nie podobało.</p>
<p><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">— Sporo mi tego potrzeba. —</span> odpowiedziała niezrażona, kiwając głową.</p>
<p><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">— Tera to mam z pół uncji jeszcze, we fiolkach oczywista sprawa. Jutro z rana mogę mieć drugie tyle. —</span>  sapnął, ruszając nozdrzami jak królik, co wyczuł soczystą marchewkę.</p>
<p><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">— Jutro już? Szybko. Zapasy pan ma czy dostawca taki? —</span>  nie zdołała ukryć zdziwienia w swoim głosie.</p>
<p><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">— Się ma kontakty, się gra, pani kochana. To jak, ile tego potrzeba? —</span> pociągnął nosem i głową wskazał za siebie, zapewne na zaplecze. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">—  Czy zamawiać na jutro i jutro pani wszystko zabiera?</span></p>
<p><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">— A można wiedzieć od kogo pan ten towar bierze? Jakaś hodowla czy pośrednik?</span></p>
<p>I masz ci babo placek, parsknął w myślach Żyłka, kontrola jakaś czy ki chuj? Zmierzył kobietę od stóp do głów i wyraźnie zniecierpliwiony odpowiedział:</p>
<p><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">— Od sprawdzonego i zaufanego czarodzieja, co lubi, jak rozmowa towaru dotyczy, a nie jego osoby. To ile pani tego chce?</span></p>
<p>Pięknie z nim pogadałaś Regina, detektyw pierwsza klasa, zganiła się w myślach. Potrząsnęła głową, odpowiadając na głos:</p>
<p>— Na razie nie potrzebuje, ale dobrze wiedzieć, że ma pan to na zapleczu.</p>
<p><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">— Ano mam, jak ja bym nie miał, to pewniak, że w Londynie nikt nie ma. Jak nie proszek to, co innego podać? —</span> krzywy uśmiech pojawił się na wąskich wargach Żyłki.</p>
<p><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">— Marynowane czułki szczuroszczeta, poproszę…</span></p>
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Teraźniejszość</span></span><br />
<br />
Bezsensowne zakupy u Żyłki odbijały się jej czkawką przez tydzień. Zresztą nie same zakupy, a to, jak nieporadnie go wypytała o to, kto jest jego dostawcą. Skąd ktoś miał tyle proszku z rogu jednorożca? Zbierał od małego albo kupował każdy gram, bo zbliżał się koniec świata? Przecież to nie towar pierwszej potrzeby, chyba że twoja “lepsza” połówka zatruwa każdy posiłek, więc zamiast porannej kawy pijesz antidotum na trucizny.<br />
<p>Z pomocą przyszedł znajomy ze sklepu “Kotły - wszystkie rozmiary”, który dorabiał, ważąc eliksiry. Poznali się kawałek czasu temu, kiedy Regina pomogła mu ze świeżo zakupionymi traszkami dwugłowymi. Od tamtego czasu utrzymywali kontakty i pomagali sobie nawzajem. Któregoś dnia wpadli na siebie w księgarni i podczas szybkiej wymiany zdań Aiden wspomniał, że słyszał o takim jednym, co ma w Hogsmeade całkiem niezłe zaplecze towarów odzwierzęcych. Spytany, czy od niego kupuje, znajomy zaprzeczył, mówiac coś w rodzaju: podobno nie wszystko ma z legalnego źródła, wolę od takich nie kupować, bo kota w worku możesz dostać.</p>
<p>Regina postanowiła odszukać tego kota w worku i przyjrzeć się mu bliżej, a najchętniej to rozejrzeć po jego worku, czyli domu. Szkopuł w tym, że nie wiedziała, gdzie ów czarodziej mieszka, więc miała zamiar popytać tu i tam.</p>
<p>Na pierwszy rzut poszedł sklep z eliksirami i kociołkami, ale czarownica, która obsługiwała, strasznie kręciła nosem na pytania i trzymała się odpowiedzi, że bierze od tego, u kogo jest najtaniej. “Różnych mam dostawców, ale na pewno już nigdy nie wezmę od tej dziwnej Peck!”. Zapytana czemu, w kilku dosadnych słowach wyjaśniła i wskazała, gdzie wspomniana czarownica może być. Niestety księżyc był poza zasięgiem Reginy, więc ta ruszyła dalej.</p>
<p>Następny był sklep “U Derwisa i Bagnesa”. Za ladą stał na oko piędziesięcioletni czarodziej z sumiastym wąsem i z beretem na głowie. Miał ciężki szkocki akcent i pykał fajkę. Na pytania odpowiadał krótko i zwięźle. Z początku nieufnie odniósł się do Reginy, ale ta zagadała go o memrotka siedzącego na regale za ladą. Rozmowa potoczyła się sama i wąsacz wyznał, że kojarzy takiego jednego, co handluje zwierzakami i materiałami z nich, Ethan albo Elijah, a mieszka na północnych obrzeżach miasta. “Przed domem ma taką ogromną dynię”.</p>
<p>Regina stała i przyglądała się domowi, zastanawiając, jak to załatwić. Ubrana w płaszcz z ciemnoszarej wełny do pół łydki. Postawiła kołnierz i oplotła twarz szalikiem tak, żeby było widać tylko nasadę nosa i oczy. Na głowie miała kapelusz <a href="https://imgur.com/a/CCLvpJx" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">typu pork pie</a> z nieco szerszym rondem, więc słabo było widać jej twarz.</p>
<p>W oknach na parterze światło zgasło. Sądziła, że zapali się jakieś na górze, bo może właśnie tam poszedł niejaki Ethan albo Elijah, ale tak się nie stało. Dom na pierwszy rzut oka wydawał się pusty, więc zacisnęła dłoń na różdżce w kieszeni, wahając się czy jeszcze chwilę nie poczekać.</p>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[4.09.1972, popołudnie] Drown me out | Tristan, Olivia]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4354</link>
			<pubDate>Sat, 04 Jan 2025 22:55:41 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=342">Olivia Quirke</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4354</guid>
			<description><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Olivia Quirke - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic</span></div></div>
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">4 września 1972<br />
Popołudnie</div>
<br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><div class="ramka">Another moment breaks, the shadow side of me<br />
It's like holding on until I fall apart<br />
They say to live with this song I have to sing<br />
It's the cross that hangs deep below my heart<br />
<br />
(...)<br />
<br />
And when I get the feeling, I let the damn walls break<br />
Let the damn walls break</div></div>
<br />
<br />
Olivia nie mogła się bardziej pomylić, niż w tej chwili. Do tej pory myślała, że nic dziwniejszego od tego, co działo się latem, jej nie spotka. A jednak - wrzesień przywiał nowe wiatry, a nowy prąd zepchnął Olivię tam, gdzie nie spodziewała się, że uda jej się kiedykolwiek dotrzeć. Jakby tego było mało, Quirke wdała się w bójkę nie dalej jak jedną noc temu, z której wyszła bez szwanku. Mimo zapewnień Brenny, wciąż nie czuła się dobrze z tym, co się stało. Nie wiedziała skąd w niej tyle agresji, szczególnie teraz. Bo przecież na obelgi na temat "czystej krwi" reagowała już wcześniej i za każdym razem było to tak samo gwałtowne i mocne, jak w nocy z 2 na 3 września. Lecz do tej pory nigdy nie musiała przy okazji sięgać po różdżkę. Jej zaklęcia były niezwykle mocne. Cholernie, cholernie mocne - chociaż nie była orłem z tych dziedzin. Zawsze była przeciętna, lecz teraz wyszły jej perfekcyjnie. Zaczynała się martwić, bo przecież do tej pory powtarzała sobie, że nie jest złym człowiekiem. Ale co jeśli... Jeśli to nie była prawda? Wtedy, gdy się broniła, czuła niesamowitą moc, którą dawał jej gniew. Bała się jej, ale jednocześnie ta moc była naprawdę kusząca. Czy tak właśnie czuli się czarnoksiężnicy?<br />
<br />
Czy ona miała zadatki na bycie złą?<br />
<br />
To były myśli, których nawet mały incydent dzisiejszego dnia z paczuszkami weselnymi nie był w stanie odgonić. Ale nie po to przecież przybyła do Hogsmeade. Przybyła, by zobaczyć się z Tristanem. Od nieszczęsnego Lammas nie mieli zbytnio okazji rozmawiać. Odnosiła wrażenie, że chłopak się na nią gniewa i nie do końca rozumiała, dlaczego. To znaczy owszem: trochę wiedziała, bo przecież zrobiła aferę i pobiła się z tą rudą prukwą, ale nie rozumiała, dlaczego Tristan był taki zły. Stanęła przecież w jego obronie, prawda? Domyślała się, że pewnie był tradycjonalistą, jeżeli chodziło o to, kto kogo ma bronić, ale... Nic nie mogła na to poradzić. Gdy padły te przeklęte słowa o upośledzeniu, po prostu ogarnęła ją furia.<br />
<br />
Gdy zatrzymała się przed warsztatem, w którym pracował Tristan, zawahała się. Może jednak była złym człowiekiem? Dobrzy ludzie nie rzucają się z pięściami na innych. Nie wchodziła na razie do środka: drżącymi dłońmi sięgnęła po papierosa. Miała rzucić, ale ciągle coś jej to uniemożliwiało. Teraz to był stres. Czy Ward w ogóle będzie chciał się z nią widzieć? Nie wysłała mu sowy, ale wiedziała, że zaraz powinien kończyć pracę. Może będzie zły i uzna, że mu się narzuca? Może powinna zawrócić? Cholera, nie wiedziała. I było jej z tym naprawdę bardzo, bardzo źle.<br />
<br />
<a href="http://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=365" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Tristan Ward</a>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Olivia Quirke - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic</span></div></div>
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">4 września 1972<br />
Popołudnie</div>
<br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><div class="ramka">Another moment breaks, the shadow side of me<br />
It's like holding on until I fall apart<br />
They say to live with this song I have to sing<br />
It's the cross that hangs deep below my heart<br />
<br />
(...)<br />
<br />
And when I get the feeling, I let the damn walls break<br />
Let the damn walls break</div></div>
<br />
<br />
Olivia nie mogła się bardziej pomylić, niż w tej chwili. Do tej pory myślała, że nic dziwniejszego od tego, co działo się latem, jej nie spotka. A jednak - wrzesień przywiał nowe wiatry, a nowy prąd zepchnął Olivię tam, gdzie nie spodziewała się, że uda jej się kiedykolwiek dotrzeć. Jakby tego było mało, Quirke wdała się w bójkę nie dalej jak jedną noc temu, z której wyszła bez szwanku. Mimo zapewnień Brenny, wciąż nie czuła się dobrze z tym, co się stało. Nie wiedziała skąd w niej tyle agresji, szczególnie teraz. Bo przecież na obelgi na temat "czystej krwi" reagowała już wcześniej i za każdym razem było to tak samo gwałtowne i mocne, jak w nocy z 2 na 3 września. Lecz do tej pory nigdy nie musiała przy okazji sięgać po różdżkę. Jej zaklęcia były niezwykle mocne. Cholernie, cholernie mocne - chociaż nie była orłem z tych dziedzin. Zawsze była przeciętna, lecz teraz wyszły jej perfekcyjnie. Zaczynała się martwić, bo przecież do tej pory powtarzała sobie, że nie jest złym człowiekiem. Ale co jeśli... Jeśli to nie była prawda? Wtedy, gdy się broniła, czuła niesamowitą moc, którą dawał jej gniew. Bała się jej, ale jednocześnie ta moc była naprawdę kusząca. Czy tak właśnie czuli się czarnoksiężnicy?<br />
<br />
Czy ona miała zadatki na bycie złą?<br />
<br />
To były myśli, których nawet mały incydent dzisiejszego dnia z paczuszkami weselnymi nie był w stanie odgonić. Ale nie po to przecież przybyła do Hogsmeade. Przybyła, by zobaczyć się z Tristanem. Od nieszczęsnego Lammas nie mieli zbytnio okazji rozmawiać. Odnosiła wrażenie, że chłopak się na nią gniewa i nie do końca rozumiała, dlaczego. To znaczy owszem: trochę wiedziała, bo przecież zrobiła aferę i pobiła się z tą rudą prukwą, ale nie rozumiała, dlaczego Tristan był taki zły. Stanęła przecież w jego obronie, prawda? Domyślała się, że pewnie był tradycjonalistą, jeżeli chodziło o to, kto kogo ma bronić, ale... Nic nie mogła na to poradzić. Gdy padły te przeklęte słowa o upośledzeniu, po prostu ogarnęła ją furia.<br />
<br />
Gdy zatrzymała się przed warsztatem, w którym pracował Tristan, zawahała się. Może jednak była złym człowiekiem? Dobrzy ludzie nie rzucają się z pięściami na innych. Nie wchodziła na razie do środka: drżącymi dłońmi sięgnęła po papierosa. Miała rzucić, ale ciągle coś jej to uniemożliwiało. Teraz to był stres. Czy Ward w ogóle będzie chciał się z nią widzieć? Nie wysłała mu sowy, ale wiedziała, że zaraz powinien kończyć pracę. Może będzie zły i uzna, że mu się narzuca? Może powinna zawrócić? Cholera, nie wiedziała. I było jej z tym naprawdę bardzo, bardzo źle.<br />
<br />
<a href="http://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=365" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Tristan Ward</a>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[04.09.1972] Prawy do lewego || Ambroise & Olivia]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4264</link>
			<pubDate>Fri, 06 Dec 2024 21:17:29 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=463">Ambroise Greengrass-Yaxley</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4264</guid>
			<description><![CDATA[Słońce wznosiło się wysoko na błękitnym niebie. Jego jasne promienie delikatnie oświetlały wszystko dookoła, tworząc ciepłą atmosferę końca lata. W powietrzu unosił się zapach świeżo skoszonej trawy i jaśminu, choć na próżno było szukać tu gdzieś jego krzewów. Obie wonie były częścią starannie przygotowanej oprawy wydarzenia mającego miejsce tego dnia na obrzeżach Hogsmeade. <br />
Po obu stronach niewielkiej, brukowanej uliczki stały kolorowe domy z ogrodami pełnymi kwitnących roślin. Na polach w oddali widocznych między budynkami można było dostrzec młode brzózki, których cienkie gałązki falowały w lekkich podmuchach wiatru. Wszędzie wokół, jak okiem sięgnąć, rozpościerały się zielone łąki zaś w tle majaczyły pagórki pokryte gęstymi lasami. <br />
Na niewielkim placu, na którym odbywała się druga część ceremonii, rozstawiono bielone drewniane krzesła starannie ustawione wokół okrągłych stolików przykrytych delikatnymi obrusami. Każde z nich było ozdobione delikatnymi pastelowymi wstążkami, które powiewały na wietrze. W centralnym punkcie  znajdował się łuk obsypany kwiatami w odcieniach bieli, błękitu i różu. Pod nim zaś główny stolik młodej pary, która obecnie kręciła się zapewne gdzieś pośród tłumu gości, który gęstniał z minuty na minutę. <br />
W miarę upływu czasu, na placu zaczynało się robić coraz głośniej. Z każdą chwilą przybywało ludzi ubranych w eleganckie stroje. Kobiety w zwiewnych sukienkach i mężczyźni w garniturach tworzyli barwny tłum, ich rozmowy wypełniały powietrze. Dzieci biegały wśród dorosłych, bawiąc się w chowanego i śmiejąc się głośno. Idealny wrześniowy dzień, zupełna idylla bez jakichkolwiek zmartwień. <br />
Muzyka grana na żywo przez lokalny zespół wypełniała przestrzeń, odbijając się echem od ścian budynków. Delikatne, subtelne dźwięki saksofonu tworzyły przyjemną melodię, która towarzyszyła gościom w ich rozmowach. Na stole z przekąskami, umieszczonym tuż obok miejsca ceremonii, stały miski pełne owoców, serów oraz słodkich wypieków. Kusiły swoim wyglądem, ich zapach niósł się w powietrzu, łącząc się z kwiatowymi nutami roślin i ciepłem podmuchów wiatru. <br />
W takim otoczeniu naprawdę dało się na dłuższą chwilę zapomnieć o ponurych wydarzeniach mających miejsce co rusz dookoła nich. To było coś zupełnie innego od tych wszystkich sztywnych przyjęć magicznej elity. Dużo luźniejszy, bardziej swobodny klimat sprzyjał zatrzymaniu się w miejscu i przyjrzeniu się sytuacji, która na pierwszy rzut oka wyglądała całkowicie idyllicznie. <br />
Tego dnia akurat zmierzał po odbiór książki w lokalu znajdującym się niedaleko placyku. Jednej z tych niby całkiem zwyczajnych, ale cholernie trudnych do zdobycia. Zamierzał jeszcze przy okazji wpaść do okolicznej apteki, żeby nie musieć już pojawiać się w Londynie tylko móc wrócić od razu do siebie, planując przeznaczyć następne godziny na sporządzaniu notatek i rozpisywaniu sobie planu na najbliższe dni. <br />
Potrzebował zebrać myśli, co ostatnio przychodziło mu raczej niełatwo. Może dlatego nie dostrzegł tego, co się świeciło? Nie miał nawet okazji zastanowić się nad tym jak bardzo musiał swoim wyglądem przypominać resztę gości, nosząc się raczej zwyczajnie dla siebie, ale stosunkowo elegancko. <br />
Najwyraźniej na tyle, że zrobienie pochopnego kroku w kierunku skrótu między budynkami posłużyło za sygnał dla młodej czarownicy na szpilkach ślizgających się i gibiących na kostce brukowej. Zjawiła się dosłownie znikąd. W jednej chwili jej nie było, w kolejnej w ręce Greengrassa została wciśnięta mała sterta ozdobnych pudełek z prezentami.<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- Cześć! Mam mały kryzys! Możesz mi pomóc? -</span> Ani sekundy nie czekała na odpowiedź, świergotała dalej. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- Weź to na ten duży stół po lewej, potem możesz zająć dowolny stolik. Dzięki, hej! -</span> I pomknęła, zostawiając go zbitego z tropu z prezentami, które zdecydowanie nie należały do jego znajomych. <br />
No, ale co miał z tym zrobić? Poniekąd i tak zmierzał w tamtym kierunku, więc westchnął ciężko, ruszając na ukos przez plac z zamiarem odłożenia pakunków na miejsce i może poczęstowania się ciastem, skoro już się w to zaangażował. Manewrował z paczuszkami, przez które niewiele widział, bo ich sterta była stanowczo zbyt wysoka. Nie wiedział jak utrzymała je tamta dziewczyna, on sam ledwo przez nie patrzył.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Słońce wznosiło się wysoko na błękitnym niebie. Jego jasne promienie delikatnie oświetlały wszystko dookoła, tworząc ciepłą atmosferę końca lata. W powietrzu unosił się zapach świeżo skoszonej trawy i jaśminu, choć na próżno było szukać tu gdzieś jego krzewów. Obie wonie były częścią starannie przygotowanej oprawy wydarzenia mającego miejsce tego dnia na obrzeżach Hogsmeade. <br />
Po obu stronach niewielkiej, brukowanej uliczki stały kolorowe domy z ogrodami pełnymi kwitnących roślin. Na polach w oddali widocznych między budynkami można było dostrzec młode brzózki, których cienkie gałązki falowały w lekkich podmuchach wiatru. Wszędzie wokół, jak okiem sięgnąć, rozpościerały się zielone łąki zaś w tle majaczyły pagórki pokryte gęstymi lasami. <br />
Na niewielkim placu, na którym odbywała się druga część ceremonii, rozstawiono bielone drewniane krzesła starannie ustawione wokół okrągłych stolików przykrytych delikatnymi obrusami. Każde z nich było ozdobione delikatnymi pastelowymi wstążkami, które powiewały na wietrze. W centralnym punkcie  znajdował się łuk obsypany kwiatami w odcieniach bieli, błękitu i różu. Pod nim zaś główny stolik młodej pary, która obecnie kręciła się zapewne gdzieś pośród tłumu gości, który gęstniał z minuty na minutę. <br />
W miarę upływu czasu, na placu zaczynało się robić coraz głośniej. Z każdą chwilą przybywało ludzi ubranych w eleganckie stroje. Kobiety w zwiewnych sukienkach i mężczyźni w garniturach tworzyli barwny tłum, ich rozmowy wypełniały powietrze. Dzieci biegały wśród dorosłych, bawiąc się w chowanego i śmiejąc się głośno. Idealny wrześniowy dzień, zupełna idylla bez jakichkolwiek zmartwień. <br />
Muzyka grana na żywo przez lokalny zespół wypełniała przestrzeń, odbijając się echem od ścian budynków. Delikatne, subtelne dźwięki saksofonu tworzyły przyjemną melodię, która towarzyszyła gościom w ich rozmowach. Na stole z przekąskami, umieszczonym tuż obok miejsca ceremonii, stały miski pełne owoców, serów oraz słodkich wypieków. Kusiły swoim wyglądem, ich zapach niósł się w powietrzu, łącząc się z kwiatowymi nutami roślin i ciepłem podmuchów wiatru. <br />
W takim otoczeniu naprawdę dało się na dłuższą chwilę zapomnieć o ponurych wydarzeniach mających miejsce co rusz dookoła nich. To było coś zupełnie innego od tych wszystkich sztywnych przyjęć magicznej elity. Dużo luźniejszy, bardziej swobodny klimat sprzyjał zatrzymaniu się w miejscu i przyjrzeniu się sytuacji, która na pierwszy rzut oka wyglądała całkowicie idyllicznie. <br />
Tego dnia akurat zmierzał po odbiór książki w lokalu znajdującym się niedaleko placyku. Jednej z tych niby całkiem zwyczajnych, ale cholernie trudnych do zdobycia. Zamierzał jeszcze przy okazji wpaść do okolicznej apteki, żeby nie musieć już pojawiać się w Londynie tylko móc wrócić od razu do siebie, planując przeznaczyć następne godziny na sporządzaniu notatek i rozpisywaniu sobie planu na najbliższe dni. <br />
Potrzebował zebrać myśli, co ostatnio przychodziło mu raczej niełatwo. Może dlatego nie dostrzegł tego, co się świeciło? Nie miał nawet okazji zastanowić się nad tym jak bardzo musiał swoim wyglądem przypominać resztę gości, nosząc się raczej zwyczajnie dla siebie, ale stosunkowo elegancko. <br />
Najwyraźniej na tyle, że zrobienie pochopnego kroku w kierunku skrótu między budynkami posłużyło za sygnał dla młodej czarownicy na szpilkach ślizgających się i gibiących na kostce brukowej. Zjawiła się dosłownie znikąd. W jednej chwili jej nie było, w kolejnej w ręce Greengrassa została wciśnięta mała sterta ozdobnych pudełek z prezentami.<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- Cześć! Mam mały kryzys! Możesz mi pomóc? -</span> Ani sekundy nie czekała na odpowiedź, świergotała dalej. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- Weź to na ten duży stół po lewej, potem możesz zająć dowolny stolik. Dzięki, hej! -</span> I pomknęła, zostawiając go zbitego z tropu z prezentami, które zdecydowanie nie należały do jego znajomych. <br />
No, ale co miał z tym zrobić? Poniekąd i tak zmierzał w tamtym kierunku, więc westchnął ciężko, ruszając na ukos przez plac z zamiarem odłożenia pakunków na miejsce i może poczęstowania się ciastem, skoro już się w to zaangażował. Manewrował z paczuszkami, przez które niewiele widział, bo ich sterta była stanowczo zbyt wysoka. Nie wiedział jak utrzymała je tamta dziewczyna, on sam ledwo przez nie patrzył.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[18.08.1972] Zagubiona dziewczynka]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4234</link>
			<pubDate>Fri, 29 Nov 2024 06:56:41 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=59">The Tempest</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4234</guid>
			<description><![CDATA[Był już wieczór. Ciepły, pozwalający cieszyć się trwającym latem, ale z lekkim powiewem chłodu, który orzeźwiał. Przychodzące i odchodzące deszcze robiły swoje, zmieniając pogodę jakby za pomocą rzutu kością. Raz było niewymownie parno, czasem dało się wyłapać w powietrzu zaledwie niewielki wzrost wilgotności, a innym razem wiatr szarpał się gałęziami, jakby walczył z nimi o życie. Dla niej aktualne zmiany zapowiadały tylko, jak bardzo deszczowa będzie jesień, jakby traktowała aktualny stan zaledwie jako rozgrzewkę. Delikatnie wygrywane preludium, w którym krople deszczu wygrywały znajome staccato. <br />
<br />
Podejrzewała, że tego wieczora znowu będzie padać - przynajmniej tutaj, w Hogsmead, którego uliczką szła niespiesznie, przyglądając się sklepowym witrynom. Podświetlone i kolorowe przyciągały spojrzenie, zachęcając do oglądania ich feerią kolorów i durnostojek. Nieprzebrane pokłady słodyczy, zabawek, a między nimi miotły, kociołki, zaklęte lustra, ubrania i antykwariaty. Z oddali dało się słyszeć szczebiot magicznych ptaków, które darły się w menażerii, ale miała wrażenie że był to urok tego miasteczka. Zapracowane i zabiegane, we właściwy dla sprzedawczyków sposób każdy w nim walczył o uwagę potencjalnego klienta.<br />
<br />
Cyrkowcy w gruncie rzeczy robili to samo. Rozwieszali może plakaty na ulicach miast, gdzie mieli się pojawić, ale drobne zapowiedzi też organizowali. Jim, który na rogu ulic bawił się ogniem, z wielkim napisem za plecami; Fantasmagoria zaprasza, który był może odrobinę koślawy, bo komuś omsknął się pędzel. Elaine, wyginająca się w stroju, prezentująca przyziemne akrobacje, który miały dać zaledwie przedsmak tego, co można było zobaczyć za połami namiotu, na wielkiej arenie. Niesamowity The Edge i jego urocza partnerka The Tempest zapraszają na opowieść o Pięknej i Bestii w nowym wydaniu!<br />
<br />
Pochyliła się nad witryną sklepu ze słodyczami, przez moment przyglądając kolorowym puzderkom, które tkwiły za szybą, szukając między nimi czegoś ciekawego. Zdążyła już zrobić zakupy z listy, którą dostała od Alexandra, uzupełniając tym samym najpotrzebniejsze rzeczy, z których każda kolejna nie stała nawet obok siebie w tym samym sklepie. Musiała więc zwiedzić ich kilka, ale teraz...? Teraz należała jej się za to jakaś nagroda, dlatego po chwili zawahania wślizgnęła się do sklepu i kupiła nieco magicznych fasolek wszystkich smaków. Był to wybór pełen niespodzianek i taki, który mógł zaskoczyć, ale cóż - kto nie ryzykował, ten nie wygrywał. Nawet jeśli wygraną miało się okazać wymiotowanie od wgryzienia się w fasolkę o smaku rzygowin. <br />
<br />
Ruszyła dalej ulicą, postanawiając sobie zrobić mały spacer, tym bardziej że robiło się coraz ciemniej, a wieczory zawsze były w jej mniemaniu bardziej urokliwe. Latarnie rozbłysły, oświetlając bruk i coraz mniej przemykających chodnikami sylwetek. Hogsmead robiło się spokojniejsze - przynajmniej tutaj, na odleglejszych alejkach, oddalonych od tętniącego życiem centrum, gdzie znajdowała się większość sklepów. <br />
<br />
Layla otworzyła opakowanie fasolek, przez moment patrząc się na drobne kształty skryte w pudełku, jakby zastanawiając się, która na początek wydawała się jej najbardziej bezpieczna. W końcu jednak wybrała jakąś jaśniejszą, chyba żółtą, chociaż to było ciężko stwierdzić bo było ciemnawo, a pomarańczowe światło latarni w niczym nie pomagało, zamiast tego odbarwiając wszystko, na co padał krąg rozlewanego przez nich światła.<br />
<br />
Cytrynowa.<br />
<br />
Uśmiechnęła się lekko pod nosem, może z odrobiną satysfakcji, bo to był dobry początek, a od tego już blisko do kolejnej właściwej decyzji. Może ta kryjąca się najbardziej w rogu też okaże się smaczna, a nie podstępnie obrzydliwa.<br />
- <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Przepraszam?</span><br />
Layla rozgryzła ciemną fasolkę i zakasłała, kiedy posmak pieprzu rozlał się po języku, kąsając kubki smakowe i gardło. Nie spodziewała się. Ani tej rewelacji, ani wysokiego głosu dziecka, które odezwało się do niej zza jej pleców. Była pewna, że była na tej uliczce zupełnie sama, a przynajmniej nikogo do tej pory nie udało jej się wychwycić wśród rosnących po obu stronach domków.<br />
- <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Przepraszam panią...</span> - usłyszała znowu, krzywiąc się do tego, nie mogąc pozbyć się nieprzyjemnego posmaku. Odwróciła się jednak wreszcie, nie chcąc całkowicie ignorować dziecka i zmierzyła je uważnym spojrzeniem. <br />
<br />
Była to dziewczynka, nie starsza niż dziesięć lat, ubrana w aksamitną sukienkę i z długimi, ciemnymi lokami opadającymi na ramiona. Jej oczy, wielkie i błyszczące, spoglądały na Laylę z niepokojem.<br />
- <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Przepraszam, czy może mi pani pomóc?</span> - zapytała dziewczynka, jej głos drżał lekko. - <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Zgubiłam się. Nie znam drogi do domu</span> - brzmiała niezwykle rezolutnie jak na nakreśloną sytuację. Starała się ewidentnie zapanować nad drżeniem głosu i może i dłoni, próbując to ukryć wygładzeniem sukienki. Bell przekrzywiła lekko głowę, przyjmując jednak bardzo szybko troskliwy wyraz twarzy, ale oczy zaczepiły się na ubraniu. Dziwnie przykurzonym. Może zgubienie się to było jedno wielkie niedopowiedzenie, bo dziecko wyglądało jakby było w drodze już trochę. Albo jakby ktoś zrzucił jej na sukienkę wiadro kurzu.<br />
<br />
-<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> Oczywiście, kochanie. Nie martw się, na pewno wspólnymi siłami dojdziemy do tego, gdzie mieszkasz </span>- uśmiechnęła się do dziewczynki życzliwie. Nie pierwsza i nie ostatnia sierota, którą spotkała na swojej drodze. Przez myśl przeszła jej też myśl, że nawet jeśli nie udałoby się im znaleźć domu, gdzie zguba mieszkała, to zawsze mogła ją zabrać do cyrku. Tam zawsze porzucone dzieci mogły liczyć na odrobinę życzliwości, obiad na stole i rodzinę na całe życie.<br />
<br />
Bell pochyliła się, kucając przed dziewczynką, żeby nie wisieć nad nią jak kat nad dobrą duszą. Niestety, nie była Nicholasem, ani nawet Nocturnem, żeby może wyłapać jakieś subtelne sygnały, które sprawiłyby że rozpoznałaby już teraz w dziewczynce ducha. I zamiast bardziej zastanowić się nad sytuacją, przechyliła w jej stronę pudełko z fasolkami.<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Jesteś głodna? Może nie są najbezpieczniejsze, ale na pewno smaczne... </span>- wzruszyła ramionami. Dziewczynka przez moment patrzyła w pudełeczko, aż wreszcie pokręciła głową. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Ciastka? Bułkę? Mam trochę rzeczy...</span> - i nawet przymknęła pudełko z fasolkami i zsunęła nieznacznie torbę z ramienia, żeby zacząć w niej grzebać w poszukiwaniu czegoś innego, co mogła podsunąć nieznajomej. Ale kiedy ta się znowu odezwała, zaraz przestała.<br />
- <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Nie, nie trzeba. Chciałabym tylko wrócić do domu...</span> - uśmiechnęła się nieśmiało, jakby zażenowana faktem, że musiała o tym przypomnieć.<br />
<br />
-<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> No tak...</span> - Layla chyba trochę już spisała całą tę sytuację na straty i dlatego odsunęła szukanie rodziny dziewczyny na dalszy plan. To chyba był ten instynkt Bellów, łowców sierot, wyćwiczony przez lata praktyk i zauważania łatwych celów, o który posądzali ich co bardziej nudni czarodzieje, którzy nie spędzili dnia w życiu na zabawie i widok cyrku przyprawiał ich o jakieś drgawki i utratę umiejętności normalnego myślenia. <br />
<br />
-<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> Zacznijmy od właściwego pytania. Jak masz na imię?</span> - wsunęła pudełeczko z fasolkami Bertiego Botta do torby i na nowo wciągnęła ją wygodnie na ramię, a kiedy spojrzała na dziecko, uśmiechnęła się zachęcająco.<br />
<br />
- <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Fiona, proszę pani. Fiona Cape.</span><br />
<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Fiona </span>- powtórzyła za nią, jakby doceniając brzmienie imienia. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Bardzo ładnie. Ja mam na imię Layla. Nie musisz mi też mówić pani, naprawdę... </span>- kolejny uśmiech, tak samo łagodny i chcący przekonać dziewczynkę, że teraz będzie już tylko lepiej i niemal droga prosta do domu. <br />
<br />
- <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Mama zawsze mi powtarzała, że trzeba szanować starszych...</span> - zaczęła Fiona, na co Bell mimowolnie wywróciła oczami.<br />
<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nie martw się tym. Jeśli dorosły mówi, żeby mówić do niego po imieniu, to nie trzeba się krępować. Słowo honoru</span> - podniosła nawet dłoń w geście przysięgania, mając nadzieję, że to dziewczynkę przekona. Nie przepadała za tym, kiedy dzieciaki mówiły do niej pani. Chyba wynikało to z faktu, że w cyrku byli przecież jedną wielką rodziną. Byli braćmi i siostrami, a ich różnica wieku niekiedy była niezwykle znacząca. Z czasem to wszystko się zacierało i konstrukty zewnętrznego świata jakby przestawały obowiązywać w cyrku i dla niej były już nową normą.<br />
<br />
- <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">No dobrze. Layla. Też bardzo ładnie.</span><br />
<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Dziękuję. A teraz powiedz mi, kochanie, gdzie mieszkasz?</span><br />
<br />
- <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">W Dworze Cape. To na południe od Hogwartu. Wiem, bo mama mi pokazywała, gdzie będę chodzić do szkoły, jak już dorosnę. To za rok i tak bardzo się cieszę. Ale jak nie wrócę do domu, to nie pójdę do szkoły i mama będzie bardzo smutna. Tata też będzie, bo jemu też strasznie zależy. Chciał, żebym poszła do... do... Ravclowu?</span><br />
<br />
Layla niestety nie znała się zbytnio na domach w Hogwarcie. Wiedziała, gdzie należał Castiel, no i do którego został dopisany Felix, kiedy jeszcze uczęszczał do szkoły. Ale ona nigdy nie miała bliższej styczności z edukacją, nie mówiąc już o systemie szkolnictwa. Dla niej te domy były tak samo istotne jak zeszłoroczny śnieg. Dlatego uśmiechnęła się tylko ślicznie, jakby Fiona powiedziała jej najwspanialszą rzecz pod słońce. <br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">To cudownie. Wyglądasz na bardzo zdolną i rezolutną dziewczynkę i jestem pewna, że trafisz dokładnie tam, gdzie mówi twój tata i on i mama będą z ciebie dumni. </span><br />
<br />
- <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Naprawdę?!</span> - zachwyciła się młoda Cape, a jej oczy na chwilę błysnęły wesoło, zanim odrobinę speszyła swoim własnym entuzjazmem. Była pocieszna. W tej swojej aksamitnej, zakurzonej sukieneczce, niby to wytwornym stroju i ze swoją dziecięcą powściągliwością. Layla mimowolnie zaczęła się zastanawiać, że jej rodzice musieli być chociaż odrobinę bogaci. Ubranie wydawało się przestarzałe, ale to chyba było coś właściwego dla czystokrwistych, bogatych rodów - że kurczowo trzymały się przeszłości, także jeśli chodziło modę. <br />
<br />
Bell wreszcie wyprostowała się, kiwając jeszcze przy tym głową, żeby zapewnić małą że mówiła jej najprawdziwszą prawdę, a potem rozejrzała się. W okolicy, dokładnie tak samo jak wcześniej, nie było absolutnie nikogo. Światła co prawda paliły się w domach, ale najlepszym rozwiązaniem wydawało jej się wrócić do centrum i tam zapytać o dokładne położenie dworu Cape. Może jakiegoś sklepikarza, a może i brygadzistów, jeśli tacy by się nawinęli pod rękę.<br />
<br />
Wyciągnęła dłoń w stronę Fiony, ale kiedy spojrzała na nią... dziewczynki nie było.<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Fiona?</span> - Layla rozejrzała się, marszcząc brwi skonfundowana, nie będąc pewna właściwie, jak tak szybko dziesięciolatka mogła zniknąć. Kichnęła i ją teleportowało? Takie rzeczy chyba nie zdarzały się dzieciakom, nawet jeśli wykazywały jakieś okropne pokłady magiczne i brak kontroli nad nimi. No i nie było kichnięcia, ale to też był najmniejszy jej problem w tym momencie. <br />
<br />
Bo odpowiedziała jej cisza. Głucha, przetykana tylko szumem liści z pobliskich drzew, którymi łagodnie poruszał nocny wiatr. Panna Cape pojawiła się dokładnie tak jak zniknęła - nagle i bez ostrzeżenia. Ale nawet jeśli oznaczało to koniec problemów na dzisiaj, Bell postanowiła i tak wrócić do głównych uliczek miasteczka. Do wciąż otwartych sklepów czy kawiarenek, bo ta przedziwna interakcja wyjątkowo ją gryzła.<br />
<br />
Pchnęła drzwi do pierwszego lepszego przybytku, którym okazała się niewielka, ale wciąż urokliwa kawiarnia. Parę stolików, gdzie klientów zajmujących miejsca można było policzyć na palcach jednej dłoni, a kobieta znajdująca się za ladą ewidentnie wykorzystywała powolny ruch i próbowała sprzątać, by odjąć sobie roboty po tym jak ostatni klient opuści jej lokal.<br />
<br />
Zapytała ją o dwór Cape, ale odpowiedzią było nieco zakłopotane spojrzenie i wzruszenie ramion. Dziewczyna za ladą nie była stąd, ale nigdy też nie słyszała o takim miejscu, sugerując by poszukała informacji gdzie indziej. Bell poszła więc na przeciwko, do starego sklepu z antykami, obiecując sobie że była to jej ostatnia próba zaznajomienia się z tematem - o jedna za dużo, bo skoro dziewczynka i tak zniknęła, to nie miała jej jak pomóc, prawda?<br />
<br />
Ale stary antykwariusz też nie powiedział jej wiele. Dwór Cape pozostawał wielką niewiadomą. Mężczyzna zasugerował tylko, że może to jakaś stara legenda, bo przecież tamte okolice usłane są równie starymi ruinami. Trudno. Legenda czy nie, musiała się skończyć w tym momencie, nie ważne jak piękna mogła być, bo Layla nie posiadała w sobie tyle zaangażowania i zaparcia, by gonić za baśniami. Podziękowała więc sklepikarzowi i wyszła, ruszając w dół ulicy.<br />
<br />
Doszło do niej w pewnym momencie, że teraz było jej odrobinę cieplej, niż kiedy stała i rozmawiała z dziewczynką. Była noc, więc chłód był oczekiwany, więc wcześniej nie zwróciła na to uwagi, ale był też środek sierpnia. Pogoda szalała, ale mimo wszystko ogólnie można było stwierdzić, że był to ciepły miesiąc. Promienie słoneczne regularnie ogrzewały ziemię, która nocami oddawała ciepło, pozwalając chodzić w zwiewnych ubraniach. Dlaczego więc wtedy było jej tak chłodno? I czemu Fiona była taka zakurzona?<br />
<br />
Layla nigdy specjalnie nie interesowała się duchami, ani życiem pozagrobowym. Cyrkowych wywoływaczy traktowała z grzecznym zainteresowaniem, bo od kiedy tylko dawno temu ktoś opowiedział jej o Jęczącej Marcie, zapałała do tych istot jakąś niesprecyzowaną, ostrożną niechęcią. Nie wyobrażała sobie jak można było posyłać dzieci do szkoły pełnej duchów, tak samo jak i nie była w stanie objąć rozumem, jak można było znosić te bardziej nieznośne, lewitujące jednostki. Dlatego spychała je na dalszy plan. Nie myślała o nich, Labirynt Strachów pomagając co najwyżej rozstawić i na tym wszystko się kończyło. <br />
<br />
Doszła do końca uliczki i wreszcie złapała się na tym, że chyba odrobinę zwlekała, jakby chciała żeby Fiona wyszła na nią zza rogu - pojawiła się tak samo niespodziewanie, jak wcześniej. Może wyjaśniłaby jej parę kwestii, okazałoby się że żartowała albo się pomyliła. Ale dziewczynki nie było w zasięgu wzroku, a sklepikowe witryny powoli gasły, zamykane dla klientów. Dlatego Layla wreszcie westchnęła nieco zrezygnowana i teleportowała się z cichym trzaskiem. <br />
<br />
Wróciła do domu. Do braci i sióstr, wpychając torbę z zakupami pierwszej lepszej osobie, która znalazła się w zasięgu jej wzroku. A potem ruszyła dalej między wozami, szukając Nicholasa, bo miała do niego bardzo, ale to bardzo ważne pytania. Na przykład, na ile prawdopodobne było, że Fiona Cape była tylko duchem, żeby nie powiedzieć wytworem jej wyobraźni. Albo czy to normalne dla nich było, że gubiły się nie wiadomo gdzie i szukały drogi do domu. Kiedy wreszcie go znalazła, przysiadła się do niego pośpiesznie, proponując kupione wcześniej fasolki dla zmylenia go, zanim zasypała go gradem pytań. <br />
<br />
I co najważniejsze - czy myśli, że gdyby znaleźli ten jej dworek, to znaleźliby tam coś miłego dla kieszeni.<br />
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">Koniec sesji</div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Był już wieczór. Ciepły, pozwalający cieszyć się trwającym latem, ale z lekkim powiewem chłodu, który orzeźwiał. Przychodzące i odchodzące deszcze robiły swoje, zmieniając pogodę jakby za pomocą rzutu kością. Raz było niewymownie parno, czasem dało się wyłapać w powietrzu zaledwie niewielki wzrost wilgotności, a innym razem wiatr szarpał się gałęziami, jakby walczył z nimi o życie. Dla niej aktualne zmiany zapowiadały tylko, jak bardzo deszczowa będzie jesień, jakby traktowała aktualny stan zaledwie jako rozgrzewkę. Delikatnie wygrywane preludium, w którym krople deszczu wygrywały znajome staccato. <br />
<br />
Podejrzewała, że tego wieczora znowu będzie padać - przynajmniej tutaj, w Hogsmead, którego uliczką szła niespiesznie, przyglądając się sklepowym witrynom. Podświetlone i kolorowe przyciągały spojrzenie, zachęcając do oglądania ich feerią kolorów i durnostojek. Nieprzebrane pokłady słodyczy, zabawek, a między nimi miotły, kociołki, zaklęte lustra, ubrania i antykwariaty. Z oddali dało się słyszeć szczebiot magicznych ptaków, które darły się w menażerii, ale miała wrażenie że był to urok tego miasteczka. Zapracowane i zabiegane, we właściwy dla sprzedawczyków sposób każdy w nim walczył o uwagę potencjalnego klienta.<br />
<br />
Cyrkowcy w gruncie rzeczy robili to samo. Rozwieszali może plakaty na ulicach miast, gdzie mieli się pojawić, ale drobne zapowiedzi też organizowali. Jim, który na rogu ulic bawił się ogniem, z wielkim napisem za plecami; Fantasmagoria zaprasza, który był może odrobinę koślawy, bo komuś omsknął się pędzel. Elaine, wyginająca się w stroju, prezentująca przyziemne akrobacje, który miały dać zaledwie przedsmak tego, co można było zobaczyć za połami namiotu, na wielkiej arenie. Niesamowity The Edge i jego urocza partnerka The Tempest zapraszają na opowieść o Pięknej i Bestii w nowym wydaniu!<br />
<br />
Pochyliła się nad witryną sklepu ze słodyczami, przez moment przyglądając kolorowym puzderkom, które tkwiły za szybą, szukając między nimi czegoś ciekawego. Zdążyła już zrobić zakupy z listy, którą dostała od Alexandra, uzupełniając tym samym najpotrzebniejsze rzeczy, z których każda kolejna nie stała nawet obok siebie w tym samym sklepie. Musiała więc zwiedzić ich kilka, ale teraz...? Teraz należała jej się za to jakaś nagroda, dlatego po chwili zawahania wślizgnęła się do sklepu i kupiła nieco magicznych fasolek wszystkich smaków. Był to wybór pełen niespodzianek i taki, który mógł zaskoczyć, ale cóż - kto nie ryzykował, ten nie wygrywał. Nawet jeśli wygraną miało się okazać wymiotowanie od wgryzienia się w fasolkę o smaku rzygowin. <br />
<br />
Ruszyła dalej ulicą, postanawiając sobie zrobić mały spacer, tym bardziej że robiło się coraz ciemniej, a wieczory zawsze były w jej mniemaniu bardziej urokliwe. Latarnie rozbłysły, oświetlając bruk i coraz mniej przemykających chodnikami sylwetek. Hogsmead robiło się spokojniejsze - przynajmniej tutaj, na odleglejszych alejkach, oddalonych od tętniącego życiem centrum, gdzie znajdowała się większość sklepów. <br />
<br />
Layla otworzyła opakowanie fasolek, przez moment patrząc się na drobne kształty skryte w pudełku, jakby zastanawiając się, która na początek wydawała się jej najbardziej bezpieczna. W końcu jednak wybrała jakąś jaśniejszą, chyba żółtą, chociaż to było ciężko stwierdzić bo było ciemnawo, a pomarańczowe światło latarni w niczym nie pomagało, zamiast tego odbarwiając wszystko, na co padał krąg rozlewanego przez nich światła.<br />
<br />
Cytrynowa.<br />
<br />
Uśmiechnęła się lekko pod nosem, może z odrobiną satysfakcji, bo to był dobry początek, a od tego już blisko do kolejnej właściwej decyzji. Może ta kryjąca się najbardziej w rogu też okaże się smaczna, a nie podstępnie obrzydliwa.<br />
- <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Przepraszam?</span><br />
Layla rozgryzła ciemną fasolkę i zakasłała, kiedy posmak pieprzu rozlał się po języku, kąsając kubki smakowe i gardło. Nie spodziewała się. Ani tej rewelacji, ani wysokiego głosu dziecka, które odezwało się do niej zza jej pleców. Była pewna, że była na tej uliczce zupełnie sama, a przynajmniej nikogo do tej pory nie udało jej się wychwycić wśród rosnących po obu stronach domków.<br />
- <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Przepraszam panią...</span> - usłyszała znowu, krzywiąc się do tego, nie mogąc pozbyć się nieprzyjemnego posmaku. Odwróciła się jednak wreszcie, nie chcąc całkowicie ignorować dziecka i zmierzyła je uważnym spojrzeniem. <br />
<br />
Była to dziewczynka, nie starsza niż dziesięć lat, ubrana w aksamitną sukienkę i z długimi, ciemnymi lokami opadającymi na ramiona. Jej oczy, wielkie i błyszczące, spoglądały na Laylę z niepokojem.<br />
- <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Przepraszam, czy może mi pani pomóc?</span> - zapytała dziewczynka, jej głos drżał lekko. - <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Zgubiłam się. Nie znam drogi do domu</span> - brzmiała niezwykle rezolutnie jak na nakreśloną sytuację. Starała się ewidentnie zapanować nad drżeniem głosu i może i dłoni, próbując to ukryć wygładzeniem sukienki. Bell przekrzywiła lekko głowę, przyjmując jednak bardzo szybko troskliwy wyraz twarzy, ale oczy zaczepiły się na ubraniu. Dziwnie przykurzonym. Może zgubienie się to było jedno wielkie niedopowiedzenie, bo dziecko wyglądało jakby było w drodze już trochę. Albo jakby ktoś zrzucił jej na sukienkę wiadro kurzu.<br />
<br />
-<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> Oczywiście, kochanie. Nie martw się, na pewno wspólnymi siłami dojdziemy do tego, gdzie mieszkasz </span>- uśmiechnęła się do dziewczynki życzliwie. Nie pierwsza i nie ostatnia sierota, którą spotkała na swojej drodze. Przez myśl przeszła jej też myśl, że nawet jeśli nie udałoby się im znaleźć domu, gdzie zguba mieszkała, to zawsze mogła ją zabrać do cyrku. Tam zawsze porzucone dzieci mogły liczyć na odrobinę życzliwości, obiad na stole i rodzinę na całe życie.<br />
<br />
Bell pochyliła się, kucając przed dziewczynką, żeby nie wisieć nad nią jak kat nad dobrą duszą. Niestety, nie była Nicholasem, ani nawet Nocturnem, żeby może wyłapać jakieś subtelne sygnały, które sprawiłyby że rozpoznałaby już teraz w dziewczynce ducha. I zamiast bardziej zastanowić się nad sytuacją, przechyliła w jej stronę pudełko z fasolkami.<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Jesteś głodna? Może nie są najbezpieczniejsze, ale na pewno smaczne... </span>- wzruszyła ramionami. Dziewczynka przez moment patrzyła w pudełeczko, aż wreszcie pokręciła głową. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Ciastka? Bułkę? Mam trochę rzeczy...</span> - i nawet przymknęła pudełko z fasolkami i zsunęła nieznacznie torbę z ramienia, żeby zacząć w niej grzebać w poszukiwaniu czegoś innego, co mogła podsunąć nieznajomej. Ale kiedy ta się znowu odezwała, zaraz przestała.<br />
- <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Nie, nie trzeba. Chciałabym tylko wrócić do domu...</span> - uśmiechnęła się nieśmiało, jakby zażenowana faktem, że musiała o tym przypomnieć.<br />
<br />
-<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> No tak...</span> - Layla chyba trochę już spisała całą tę sytuację na straty i dlatego odsunęła szukanie rodziny dziewczyny na dalszy plan. To chyba był ten instynkt Bellów, łowców sierot, wyćwiczony przez lata praktyk i zauważania łatwych celów, o który posądzali ich co bardziej nudni czarodzieje, którzy nie spędzili dnia w życiu na zabawie i widok cyrku przyprawiał ich o jakieś drgawki i utratę umiejętności normalnego myślenia. <br />
<br />
-<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> Zacznijmy od właściwego pytania. Jak masz na imię?</span> - wsunęła pudełeczko z fasolkami Bertiego Botta do torby i na nowo wciągnęła ją wygodnie na ramię, a kiedy spojrzała na dziecko, uśmiechnęła się zachęcająco.<br />
<br />
- <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Fiona, proszę pani. Fiona Cape.</span><br />
<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Fiona </span>- powtórzyła za nią, jakby doceniając brzmienie imienia. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Bardzo ładnie. Ja mam na imię Layla. Nie musisz mi też mówić pani, naprawdę... </span>- kolejny uśmiech, tak samo łagodny i chcący przekonać dziewczynkę, że teraz będzie już tylko lepiej i niemal droga prosta do domu. <br />
<br />
- <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Mama zawsze mi powtarzała, że trzeba szanować starszych...</span> - zaczęła Fiona, na co Bell mimowolnie wywróciła oczami.<br />
<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nie martw się tym. Jeśli dorosły mówi, żeby mówić do niego po imieniu, to nie trzeba się krępować. Słowo honoru</span> - podniosła nawet dłoń w geście przysięgania, mając nadzieję, że to dziewczynkę przekona. Nie przepadała za tym, kiedy dzieciaki mówiły do niej pani. Chyba wynikało to z faktu, że w cyrku byli przecież jedną wielką rodziną. Byli braćmi i siostrami, a ich różnica wieku niekiedy była niezwykle znacząca. Z czasem to wszystko się zacierało i konstrukty zewnętrznego świata jakby przestawały obowiązywać w cyrku i dla niej były już nową normą.<br />
<br />
- <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">No dobrze. Layla. Też bardzo ładnie.</span><br />
<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Dziękuję. A teraz powiedz mi, kochanie, gdzie mieszkasz?</span><br />
<br />
- <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">W Dworze Cape. To na południe od Hogwartu. Wiem, bo mama mi pokazywała, gdzie będę chodzić do szkoły, jak już dorosnę. To za rok i tak bardzo się cieszę. Ale jak nie wrócę do domu, to nie pójdę do szkoły i mama będzie bardzo smutna. Tata też będzie, bo jemu też strasznie zależy. Chciał, żebym poszła do... do... Ravclowu?</span><br />
<br />
Layla niestety nie znała się zbytnio na domach w Hogwarcie. Wiedziała, gdzie należał Castiel, no i do którego został dopisany Felix, kiedy jeszcze uczęszczał do szkoły. Ale ona nigdy nie miała bliższej styczności z edukacją, nie mówiąc już o systemie szkolnictwa. Dla niej te domy były tak samo istotne jak zeszłoroczny śnieg. Dlatego uśmiechnęła się tylko ślicznie, jakby Fiona powiedziała jej najwspanialszą rzecz pod słońce. <br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">To cudownie. Wyglądasz na bardzo zdolną i rezolutną dziewczynkę i jestem pewna, że trafisz dokładnie tam, gdzie mówi twój tata i on i mama będą z ciebie dumni. </span><br />
<br />
- <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Naprawdę?!</span> - zachwyciła się młoda Cape, a jej oczy na chwilę błysnęły wesoło, zanim odrobinę speszyła swoim własnym entuzjazmem. Była pocieszna. W tej swojej aksamitnej, zakurzonej sukieneczce, niby to wytwornym stroju i ze swoją dziecięcą powściągliwością. Layla mimowolnie zaczęła się zastanawiać, że jej rodzice musieli być chociaż odrobinę bogaci. Ubranie wydawało się przestarzałe, ale to chyba było coś właściwego dla czystokrwistych, bogatych rodów - że kurczowo trzymały się przeszłości, także jeśli chodziło modę. <br />
<br />
Bell wreszcie wyprostowała się, kiwając jeszcze przy tym głową, żeby zapewnić małą że mówiła jej najprawdziwszą prawdę, a potem rozejrzała się. W okolicy, dokładnie tak samo jak wcześniej, nie było absolutnie nikogo. Światła co prawda paliły się w domach, ale najlepszym rozwiązaniem wydawało jej się wrócić do centrum i tam zapytać o dokładne położenie dworu Cape. Może jakiegoś sklepikarza, a może i brygadzistów, jeśli tacy by się nawinęli pod rękę.<br />
<br />
Wyciągnęła dłoń w stronę Fiony, ale kiedy spojrzała na nią... dziewczynki nie było.<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Fiona?</span> - Layla rozejrzała się, marszcząc brwi skonfundowana, nie będąc pewna właściwie, jak tak szybko dziesięciolatka mogła zniknąć. Kichnęła i ją teleportowało? Takie rzeczy chyba nie zdarzały się dzieciakom, nawet jeśli wykazywały jakieś okropne pokłady magiczne i brak kontroli nad nimi. No i nie było kichnięcia, ale to też był najmniejszy jej problem w tym momencie. <br />
<br />
Bo odpowiedziała jej cisza. Głucha, przetykana tylko szumem liści z pobliskich drzew, którymi łagodnie poruszał nocny wiatr. Panna Cape pojawiła się dokładnie tak jak zniknęła - nagle i bez ostrzeżenia. Ale nawet jeśli oznaczało to koniec problemów na dzisiaj, Bell postanowiła i tak wrócić do głównych uliczek miasteczka. Do wciąż otwartych sklepów czy kawiarenek, bo ta przedziwna interakcja wyjątkowo ją gryzła.<br />
<br />
Pchnęła drzwi do pierwszego lepszego przybytku, którym okazała się niewielka, ale wciąż urokliwa kawiarnia. Parę stolików, gdzie klientów zajmujących miejsca można było policzyć na palcach jednej dłoni, a kobieta znajdująca się za ladą ewidentnie wykorzystywała powolny ruch i próbowała sprzątać, by odjąć sobie roboty po tym jak ostatni klient opuści jej lokal.<br />
<br />
Zapytała ją o dwór Cape, ale odpowiedzią było nieco zakłopotane spojrzenie i wzruszenie ramion. Dziewczyna za ladą nie była stąd, ale nigdy też nie słyszała o takim miejscu, sugerując by poszukała informacji gdzie indziej. Bell poszła więc na przeciwko, do starego sklepu z antykami, obiecując sobie że była to jej ostatnia próba zaznajomienia się z tematem - o jedna za dużo, bo skoro dziewczynka i tak zniknęła, to nie miała jej jak pomóc, prawda?<br />
<br />
Ale stary antykwariusz też nie powiedział jej wiele. Dwór Cape pozostawał wielką niewiadomą. Mężczyzna zasugerował tylko, że może to jakaś stara legenda, bo przecież tamte okolice usłane są równie starymi ruinami. Trudno. Legenda czy nie, musiała się skończyć w tym momencie, nie ważne jak piękna mogła być, bo Layla nie posiadała w sobie tyle zaangażowania i zaparcia, by gonić za baśniami. Podziękowała więc sklepikarzowi i wyszła, ruszając w dół ulicy.<br />
<br />
Doszło do niej w pewnym momencie, że teraz było jej odrobinę cieplej, niż kiedy stała i rozmawiała z dziewczynką. Była noc, więc chłód był oczekiwany, więc wcześniej nie zwróciła na to uwagi, ale był też środek sierpnia. Pogoda szalała, ale mimo wszystko ogólnie można było stwierdzić, że był to ciepły miesiąc. Promienie słoneczne regularnie ogrzewały ziemię, która nocami oddawała ciepło, pozwalając chodzić w zwiewnych ubraniach. Dlaczego więc wtedy było jej tak chłodno? I czemu Fiona była taka zakurzona?<br />
<br />
Layla nigdy specjalnie nie interesowała się duchami, ani życiem pozagrobowym. Cyrkowych wywoływaczy traktowała z grzecznym zainteresowaniem, bo od kiedy tylko dawno temu ktoś opowiedział jej o Jęczącej Marcie, zapałała do tych istot jakąś niesprecyzowaną, ostrożną niechęcią. Nie wyobrażała sobie jak można było posyłać dzieci do szkoły pełnej duchów, tak samo jak i nie była w stanie objąć rozumem, jak można było znosić te bardziej nieznośne, lewitujące jednostki. Dlatego spychała je na dalszy plan. Nie myślała o nich, Labirynt Strachów pomagając co najwyżej rozstawić i na tym wszystko się kończyło. <br />
<br />
Doszła do końca uliczki i wreszcie złapała się na tym, że chyba odrobinę zwlekała, jakby chciała żeby Fiona wyszła na nią zza rogu - pojawiła się tak samo niespodziewanie, jak wcześniej. Może wyjaśniłaby jej parę kwestii, okazałoby się że żartowała albo się pomyliła. Ale dziewczynki nie było w zasięgu wzroku, a sklepikowe witryny powoli gasły, zamykane dla klientów. Dlatego Layla wreszcie westchnęła nieco zrezygnowana i teleportowała się z cichym trzaskiem. <br />
<br />
Wróciła do domu. Do braci i sióstr, wpychając torbę z zakupami pierwszej lepszej osobie, która znalazła się w zasięgu jej wzroku. A potem ruszyła dalej między wozami, szukając Nicholasa, bo miała do niego bardzo, ale to bardzo ważne pytania. Na przykład, na ile prawdopodobne było, że Fiona Cape była tylko duchem, żeby nie powiedzieć wytworem jej wyobraźni. Albo czy to normalne dla nich było, że gubiły się nie wiadomo gdzie i szukały drogi do domu. Kiedy wreszcie go znalazła, przysiadła się do niego pośpiesznie, proponując kupione wcześniej fasolki dla zmylenia go, zanim zasypała go gradem pytań. <br />
<br />
I co najważniejsze - czy myśli, że gdyby znaleźli ten jej dworek, to znaleźliby tam coś miłego dla kieszeni.<br />
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">Koniec sesji</div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[27.08 Brenna & Atreus] Przerwany Sen]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4152</link>
			<pubDate>Fri, 08 Nov 2024 12:30:08 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=483">Dearg Dur</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4152</guid>
			<description><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Anthony Shafiq - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Bajarz I</span><br />
Rozliczono - Brenna Longbottom - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic VII</span></div></div>
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">27.08<br />
<br />
Śledztwo prowadzone po <a href="http://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=3992" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">koncercie zorganizowanym przez Towarzystwo MUZA</a></div>
<br />
<div class="divek">Wielki księżyc niespiesznie gasnący po niedawnej pełni, lśnił nad nimi jak latarnia, pysznie odbijając się w gładkiej tafli jeziora. Zimny wiatr ustał, dając pola dwójce funkcjonariuszy, którzy choć przybyli tu prywatnie, finalnie przejęli śledztwo nad zajściem, które przerwało plenerowy bankiet zorganizowany u schyłku lata.  <br />
<br />
Namiot artystów był zdewastowany - powywracane eleganckie stoliki, ziemia usłana ciasteczkami, rozsypanymi kwiatami, i przede wszystkim kartkami papieru, na których napastnik chlusnął pojedyncze słowo: SZLAMOJEBCA. Druga poła, od strony jeziora, była pozbawiona sznura, który wiązał wcześniej dwa materiały. Na ziemi leżała też rozkruszona figurka - drugi z kluczy, mający możliwość zdjąć barierę.<br />
<br />
Goście teleportowali się sami, lub zostali teleportowani. Podobnie na miejscu nie było już Avery - ofiary napaści, która przed przeniesieniem do Munga zdołała przybliżyć swoją wersję Brennie i Atreusowi, zwinąwszy swoje włosy niczym ciasną linę i skubiąc je nerwowo:<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Poszłam po swój notatnik i dokumenty, cioci zależało, żeby odnotować w księgach kto otrzymał laur, miała jakiś pomysł na przyszłą połowę roku, a ja... jeszcze nie do końca wszystkich kojarzę i działo się tak wiele i... Sprawdzałam czy mam wszystko, kiedy nagle zapadła ciemność. Kiedy się obudziłam chciało mi się wymiotować. Leżałam na ziemi i bardzo, bardzo bolała mnie głowa. Nie mogłam znaleźć swojej różdżki, ale w kieszeni sukni została mi figurka... ja wiem, że tyle osób mogło się przestraszyć, ale nie chciałam... nie wiedziałam co robić. Zgniotłam ją, licząc na to, że pan Longbottom zacznie mnie szukać i zabierze mnie do szpitala nim... nim ktoś zobaczy, ja... taki wstyd... ciocia nie będzie zadowolona... Przepraszam, że nie potrafię powiedzieć nic więcej.</span><br />
<br />
Kobieta została uderzona w głowę tępym narzędziem oraz okradziona z różdżki. Poza mętnymi zeznaniami, wskazała na swój notatnik leżący pod papierami, gdzie pośród wielu informacji i detali związanych z przyjęciem (budżet, usługodawcy, menu itp) znajdowała się również lista wszystkich obecnych pod kopułą osób.<br />
<br />
<div class="koperta">
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">goście<br />
</span>Eugenia Jenkins i August Yaxley<br />
Theseus Burke z żoną Deirdre i nastoletnim synem Fergusem<br />
Alexander Bletchley<br />
Fortinbras Malfoy z żoną Eleonorą<br />
<span style="text-decoration: line-through;" class="mycode_s">Anthony Shafiq i Melisandre Velaris</span><br />
Beatrice Crouch<br />
Esmeralda, Gytha i Magrat Parkinson<br />
hrabia Jean Baptiste de la Rochefoucauld Montbel i Camille Delacour<br />
Morpheus Longbottom<br />
Jonathan Selwyn i Jessie Kelly<br />
Severine Crouch<br />
Atreus Bulstrode i Brenna Longbottom<br />
Desmond Malfoy i Calanthe Malfoy<br />
Eden Lestrange<br />
Isaac Bagshot - artykuł do Proroka<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">artyści:<br />
</span>Rita Kelly<br />
Lorraine Malfoy<br />
Baldwin Malfoy<br />
Oleander Crouch<br />
Lorenzo Remington - stroje<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">6 funkcjonariuszy Brygady Uderzeniowej:</span><br />
Erik Longbottom (dowódca)<br />
Cedric Porter <br />
Alice Burke <br />
Fitzgerald Carrow <br />
Agatha Black<br />
Timothy Hollow<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">obsługa</span><br />
Cormac i Cillian Bumfuzzle</div></div></div>
<br />
<br />
<div class="spoiler_wrap"><div class="spoiler_header"><a href="javascript:void(0);" onclick="javascript:if(parentNode.parentNode.getElementsByTagName('div')[1].style.display=='block'){parentNode.parentNode.getElementsByTagName('div')[1].style.display='none';this.innerHTML='&lt;img title=&quot;[+]&quot; alt=&quot;[+]&quot; src=&quot;/images/collapse_collapsed.png&quot; class=&quot;expandspoiler&quot; /&gt;mapa';}else {parentNode.parentNode.getElementsByTagName('div')[1].style.display='block';this.innerHTML='&lt;img title=&quot;[-]&quot; alt=&quot;[-]&quot; src=&quot;/images/collapse.png&quot; class=&quot;expandspoiler&quot; /&gt;mapa';}"><img title="[+]" alt="[+]" src="/images/collapse_collapsed.png" class="expandspoiler" />mapa</a></div><div class="spoiler_body" style="display: none;">
<img src="https://i.imgur.com/bleUQod.png" loading="lazy"  alt="[Obrazek: bleUQod.png]" class="mycode_img" /></div></div><div class="spoiler_wrap"><div class="spoiler_header"><a href="javascript:void(0);" onclick="javascript:if(parentNode.parentNode.getElementsByTagName('div')[1].style.display=='block'){parentNode.parentNode.getElementsByTagName('div')[1].style.display='none';this.innerHTML='&lt;img title=&quot;[+]&quot; alt=&quot;[+]&quot; src=&quot;/images/collapse_collapsed.png&quot; class=&quot;expandspoiler&quot; /&gt;BUMowcy';}else {parentNode.parentNode.getElementsByTagName('div')[1].style.display='block';this.innerHTML='&lt;img title=&quot;[-]&quot; alt=&quot;[-]&quot; src=&quot;/images/collapse.png&quot; class=&quot;expandspoiler&quot; /&gt;BUMowcy';}"><img title="[+]" alt="[+]" src="/images/collapse_collapsed.png" class="expandspoiler" />BUMowcy</a></div><div class="spoiler_body" style="display: none;">Cedric Porter (spędzający cały czas poza zakresem Namiotu Bankietowego<br />
Alice Burke (bratanica Theseusa Burke)<br />
Fitzgerald Carrow (funkcjonariusz, który teleportował Ministrę i jej gości)<br />
Agatha Black (funkcjonariuszka, z która rozmawiał Yaxley)<br />
Timothy Hollow (funkcjonariusz, który w momencie opadnięcia bariery pilnował pleców Fortinbrasa)</div></div>
<div class="mg">Tura trwa do <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">11.11, godz. 23:59</span><br />
<br />
Zasady rozgrywki:<ul class="mycode_list"><li>Rozgrywka będzie odbywać się w trzydniowej turze. Kolejka obejmuje jeden post.<br />
</li>
<li>Każdy z uczestników będzie miał łącznie 3 kolejki na policyjną robotę i pozyskanie dodatkowych informacji - łącznie 6 Akcji.<br />
</li>
<li>Jeden post oznacza podjęcie jednej Akcji Śledczej w którą wlicza się tropienie, przeszukiwanie, przeglądanie papierów, przesłuchiwanie świadków itp. Akcje te mogą dotyczyć tylko jednej lokacji, maksymalnie 5 osób na raz. <br />
</li>
<li>Na jedną Akcję Śledczą przysługują dwa rzuty. Mistrz Gry będzie brał pod uwagę wyższy lub, w razie niesprzyjających okoliczności, niższy wynik. <br />
</li>
<li>Pod rzutami na końcu posta proszę kursywą o zapisanie 3 pytań (w hierarchii ważności), na które w zależności od wyniku Mistrz Gry udzieli fabularyzowanej odpowiedzi, zgodnej ze stanem faktycznym otoczenia, w przypadku przesłuchiwanych zgodnej z posiadaną przez nich wiedzą. Przy Słabym Sukcesie będzie to odpowiedź na dowolne pytanie wybrane przez Mistrza Gry, przy Sukcesie pierwsze dwa pytania, przy Krytycznym Sukcesie: wszystkie pytania plus dodatkowa wskazówka. Przy niepowodzeniu można wykorzystać kolejną Akcję na ponowne badanie, przy czym wszystkie rzuty będą traktowane, jako robione w niesprzyjających okolicznościach.  <br />
</li>
<li>Jeżeli obie osoby chcą podjąć tę samą Akcję Śledczą, jedna z nich nie wykonuje rzutu, a druga wykonuje trzy rzuty, zamiast dwóch. Warunki w takich okolicznościach zawsze są sprzyjające. Pod rzutami wciąż mogą znaleźć się tylko trzy pytania.<br />
</li>
<li>Umiejętności Aurowidzenia, Widmowidzenia, Animagii wymaga rzutów na przypisane Cechy. W przypadku Animagii na potrzeby tej sesji przyjmuje się, że przemiana dokonuje się bez zakłóceń, a wynik rzutu determinuje możliwości tropienia zwierzęcej formy. <br />
</li>
<li>Na prośbę graczy w dowolnym momencie rozgrywki Mistrz Gry może jednorazowo zarządzić kolejkę pozbawioną limitów postów, w trakcie której nie będą podejmowane Akcje Śledzenia, na fabularne przedyskutowanie dalszych kroków.<br />
</li>
<li>W toku rozgrywki mogą pojawić się dodatkowe mechaniki.<br />
</li>
</ul></div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Anthony Shafiq - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Bajarz I</span><br />
Rozliczono - Brenna Longbottom - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic VII</span></div></div>
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">27.08<br />
<br />
Śledztwo prowadzone po <a href="http://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=3992" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">koncercie zorganizowanym przez Towarzystwo MUZA</a></div>
<br />
<div class="divek">Wielki księżyc niespiesznie gasnący po niedawnej pełni, lśnił nad nimi jak latarnia, pysznie odbijając się w gładkiej tafli jeziora. Zimny wiatr ustał, dając pola dwójce funkcjonariuszy, którzy choć przybyli tu prywatnie, finalnie przejęli śledztwo nad zajściem, które przerwało plenerowy bankiet zorganizowany u schyłku lata.  <br />
<br />
Namiot artystów był zdewastowany - powywracane eleganckie stoliki, ziemia usłana ciasteczkami, rozsypanymi kwiatami, i przede wszystkim kartkami papieru, na których napastnik chlusnął pojedyncze słowo: SZLAMOJEBCA. Druga poła, od strony jeziora, była pozbawiona sznura, który wiązał wcześniej dwa materiały. Na ziemi leżała też rozkruszona figurka - drugi z kluczy, mający możliwość zdjąć barierę.<br />
<br />
Goście teleportowali się sami, lub zostali teleportowani. Podobnie na miejscu nie było już Avery - ofiary napaści, która przed przeniesieniem do Munga zdołała przybliżyć swoją wersję Brennie i Atreusowi, zwinąwszy swoje włosy niczym ciasną linę i skubiąc je nerwowo:<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Poszłam po swój notatnik i dokumenty, cioci zależało, żeby odnotować w księgach kto otrzymał laur, miała jakiś pomysł na przyszłą połowę roku, a ja... jeszcze nie do końca wszystkich kojarzę i działo się tak wiele i... Sprawdzałam czy mam wszystko, kiedy nagle zapadła ciemność. Kiedy się obudziłam chciało mi się wymiotować. Leżałam na ziemi i bardzo, bardzo bolała mnie głowa. Nie mogłam znaleźć swojej różdżki, ale w kieszeni sukni została mi figurka... ja wiem, że tyle osób mogło się przestraszyć, ale nie chciałam... nie wiedziałam co robić. Zgniotłam ją, licząc na to, że pan Longbottom zacznie mnie szukać i zabierze mnie do szpitala nim... nim ktoś zobaczy, ja... taki wstyd... ciocia nie będzie zadowolona... Przepraszam, że nie potrafię powiedzieć nic więcej.</span><br />
<br />
Kobieta została uderzona w głowę tępym narzędziem oraz okradziona z różdżki. Poza mętnymi zeznaniami, wskazała na swój notatnik leżący pod papierami, gdzie pośród wielu informacji i detali związanych z przyjęciem (budżet, usługodawcy, menu itp) znajdowała się również lista wszystkich obecnych pod kopułą osób.<br />
<br />
<div class="koperta">
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">goście<br />
</span>Eugenia Jenkins i August Yaxley<br />
Theseus Burke z żoną Deirdre i nastoletnim synem Fergusem<br />
Alexander Bletchley<br />
Fortinbras Malfoy z żoną Eleonorą<br />
<span style="text-decoration: line-through;" class="mycode_s">Anthony Shafiq i Melisandre Velaris</span><br />
Beatrice Crouch<br />
Esmeralda, Gytha i Magrat Parkinson<br />
hrabia Jean Baptiste de la Rochefoucauld Montbel i Camille Delacour<br />
Morpheus Longbottom<br />
Jonathan Selwyn i Jessie Kelly<br />
Severine Crouch<br />
Atreus Bulstrode i Brenna Longbottom<br />
Desmond Malfoy i Calanthe Malfoy<br />
Eden Lestrange<br />
Isaac Bagshot - artykuł do Proroka<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">artyści:<br />
</span>Rita Kelly<br />
Lorraine Malfoy<br />
Baldwin Malfoy<br />
Oleander Crouch<br />
Lorenzo Remington - stroje<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">6 funkcjonariuszy Brygady Uderzeniowej:</span><br />
Erik Longbottom (dowódca)<br />
Cedric Porter <br />
Alice Burke <br />
Fitzgerald Carrow <br />
Agatha Black<br />
Timothy Hollow<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">obsługa</span><br />
Cormac i Cillian Bumfuzzle</div></div></div>
<br />
<br />
<div class="spoiler_wrap"><div class="spoiler_header"><a href="javascript:void(0);" onclick="javascript:if(parentNode.parentNode.getElementsByTagName('div')[1].style.display=='block'){parentNode.parentNode.getElementsByTagName('div')[1].style.display='none';this.innerHTML='&lt;img title=&quot;[+]&quot; alt=&quot;[+]&quot; src=&quot;/images/collapse_collapsed.png&quot; class=&quot;expandspoiler&quot; /&gt;mapa';}else {parentNode.parentNode.getElementsByTagName('div')[1].style.display='block';this.innerHTML='&lt;img title=&quot;[-]&quot; alt=&quot;[-]&quot; src=&quot;/images/collapse.png&quot; class=&quot;expandspoiler&quot; /&gt;mapa';}"><img title="[+]" alt="[+]" src="/images/collapse_collapsed.png" class="expandspoiler" />mapa</a></div><div class="spoiler_body" style="display: none;">
<img src="https://i.imgur.com/bleUQod.png" loading="lazy"  alt="[Obrazek: bleUQod.png]" class="mycode_img" /></div></div><div class="spoiler_wrap"><div class="spoiler_header"><a href="javascript:void(0);" onclick="javascript:if(parentNode.parentNode.getElementsByTagName('div')[1].style.display=='block'){parentNode.parentNode.getElementsByTagName('div')[1].style.display='none';this.innerHTML='&lt;img title=&quot;[+]&quot; alt=&quot;[+]&quot; src=&quot;/images/collapse_collapsed.png&quot; class=&quot;expandspoiler&quot; /&gt;BUMowcy';}else {parentNode.parentNode.getElementsByTagName('div')[1].style.display='block';this.innerHTML='&lt;img title=&quot;[-]&quot; alt=&quot;[-]&quot; src=&quot;/images/collapse.png&quot; class=&quot;expandspoiler&quot; /&gt;BUMowcy';}"><img title="[+]" alt="[+]" src="/images/collapse_collapsed.png" class="expandspoiler" />BUMowcy</a></div><div class="spoiler_body" style="display: none;">Cedric Porter (spędzający cały czas poza zakresem Namiotu Bankietowego<br />
Alice Burke (bratanica Theseusa Burke)<br />
Fitzgerald Carrow (funkcjonariusz, który teleportował Ministrę i jej gości)<br />
Agatha Black (funkcjonariuszka, z która rozmawiał Yaxley)<br />
Timothy Hollow (funkcjonariusz, który w momencie opadnięcia bariery pilnował pleców Fortinbrasa)</div></div>
<div class="mg">Tura trwa do <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">11.11, godz. 23:59</span><br />
<br />
Zasady rozgrywki:<ul class="mycode_list"><li>Rozgrywka będzie odbywać się w trzydniowej turze. Kolejka obejmuje jeden post.<br />
</li>
<li>Każdy z uczestników będzie miał łącznie 3 kolejki na policyjną robotę i pozyskanie dodatkowych informacji - łącznie 6 Akcji.<br />
</li>
<li>Jeden post oznacza podjęcie jednej Akcji Śledczej w którą wlicza się tropienie, przeszukiwanie, przeglądanie papierów, przesłuchiwanie świadków itp. Akcje te mogą dotyczyć tylko jednej lokacji, maksymalnie 5 osób na raz. <br />
</li>
<li>Na jedną Akcję Śledczą przysługują dwa rzuty. Mistrz Gry będzie brał pod uwagę wyższy lub, w razie niesprzyjających okoliczności, niższy wynik. <br />
</li>
<li>Pod rzutami na końcu posta proszę kursywą o zapisanie 3 pytań (w hierarchii ważności), na które w zależności od wyniku Mistrz Gry udzieli fabularyzowanej odpowiedzi, zgodnej ze stanem faktycznym otoczenia, w przypadku przesłuchiwanych zgodnej z posiadaną przez nich wiedzą. Przy Słabym Sukcesie będzie to odpowiedź na dowolne pytanie wybrane przez Mistrza Gry, przy Sukcesie pierwsze dwa pytania, przy Krytycznym Sukcesie: wszystkie pytania plus dodatkowa wskazówka. Przy niepowodzeniu można wykorzystać kolejną Akcję na ponowne badanie, przy czym wszystkie rzuty będą traktowane, jako robione w niesprzyjających okolicznościach.  <br />
</li>
<li>Jeżeli obie osoby chcą podjąć tę samą Akcję Śledczą, jedna z nich nie wykonuje rzutu, a druga wykonuje trzy rzuty, zamiast dwóch. Warunki w takich okolicznościach zawsze są sprzyjające. Pod rzutami wciąż mogą znaleźć się tylko trzy pytania.<br />
</li>
<li>Umiejętności Aurowidzenia, Widmowidzenia, Animagii wymaga rzutów na przypisane Cechy. W przypadku Animagii na potrzeby tej sesji przyjmuje się, że przemiana dokonuje się bez zakłóceń, a wynik rzutu determinuje możliwości tropienia zwierzęcej formy. <br />
</li>
<li>Na prośbę graczy w dowolnym momencie rozgrywki Mistrz Gry może jednorazowo zarządzić kolejkę pozbawioną limitów postów, w trakcie której nie będą podejmowane Akcje Śledzenia, na fabularne przedyskutowanie dalszych kroków.<br />
</li>
<li>W toku rozgrywki mogą pojawić się dodatkowe mechaniki.<br />
</li>
</ul></div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Pozwól mi odejść, Cyprysiku [4.09.1972]]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4133</link>
			<pubDate>Sun, 03 Nov 2024 14:08:31 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=511">Daphne Lestrange</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4133</guid>
			<description><![CDATA[<p>To miał być spokojny dzień. Wyszła wcześniej z pracy, zatem powinna zdążyć ze wszystkimi zaplanowanymi rzeczami. Musiała koniecznie zahaczyć o sklep ze zwojami magicznymi, liczyła że dorwie dzisiaj coś interesującego. Dlatego właśnie skończyła nieco wcześniej, ale w Ministerstwie było bardzo spokojnie, więc nie było problemu z tym, że się urwała, tym bardziej że skończyła wszystko przed czasem. W duchu dziękowała za to, że jej matka tyle ją nauczyła, a dzięki temu mogła radzić sobie z prawdziwą magią dla czarodziejów jaką była matematyka. </p>
<p>Przebierała nogami na Hogsmeade, a jej wzrok przykuł przepiękny łuk z jakiejś rośliny całorocznej. Przystanęła, by przyjrzeć się dokładniej. Musiał to być cyprysik, ale nie była pewna który konkretnie. Niemniej przez swoją naturę nawet bez szczypty magii mógł być zielony nie ważne czy była to ciepła wiosna czy środek srogiej zimy. Doprawdy, roślina przyjemna dla oka. Daphne uśmiechnęła się do siebie, ale musiała wrócić do rzeczywistości, bo miała swoje plany i dość napięty harmonogram. Szkoda tylko, że kiedy miała iść dalej zamiast znanej sobie ulicy, dostrzegła wielki żywopłot. Rozejrzała się, a nuż ktoś robi jej nieśmiesznego psikusa, ale nikogo nie dostrzegła. Westchnęła w duchu, bo naprawdę nie miała ochoty bawić się w takie rzeczy.</p>
<p>Zaczęła iść przed siebie, ale żywopłot szybko okazał się istnym labiryntem. Na coś takiego tym bardziej nie miała czasu. Zirytowana, sięgnęła po różdżkę, może i cyprysik był odporny na zjawiska pogodowe, ale nie powinien być odporny na ogień!<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Incendio! - </span>Rzuciła zaklęcie, by podpalić labirynt... Ale nic się nie stało. Syknęła, przyglądając się na zadane obrażenia, tylko że takich nie było. Jak to roślina może być odporna na ogień?!</p>
<p>Zaczęła rozglądać się uważnie po labiryncie. Jeśli magia się go nie imała, a przynajmniej nie taka, to musiał być inny sposób, żeby się stąd wydostać. Może był jakiś wzór, by się stąd wydostać. Na pewno była jakaś opcja, należało ją tylko znaleźć!</p>
<br />
Rzut na paczu-paczu Percepcje<br />
[roll=Z]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>To miał być spokojny dzień. Wyszła wcześniej z pracy, zatem powinna zdążyć ze wszystkimi zaplanowanymi rzeczami. Musiała koniecznie zahaczyć o sklep ze zwojami magicznymi, liczyła że dorwie dzisiaj coś interesującego. Dlatego właśnie skończyła nieco wcześniej, ale w Ministerstwie było bardzo spokojnie, więc nie było problemu z tym, że się urwała, tym bardziej że skończyła wszystko przed czasem. W duchu dziękowała za to, że jej matka tyle ją nauczyła, a dzięki temu mogła radzić sobie z prawdziwą magią dla czarodziejów jaką była matematyka. </p>
<p>Przebierała nogami na Hogsmeade, a jej wzrok przykuł przepiękny łuk z jakiejś rośliny całorocznej. Przystanęła, by przyjrzeć się dokładniej. Musiał to być cyprysik, ale nie była pewna który konkretnie. Niemniej przez swoją naturę nawet bez szczypty magii mógł być zielony nie ważne czy była to ciepła wiosna czy środek srogiej zimy. Doprawdy, roślina przyjemna dla oka. Daphne uśmiechnęła się do siebie, ale musiała wrócić do rzeczywistości, bo miała swoje plany i dość napięty harmonogram. Szkoda tylko, że kiedy miała iść dalej zamiast znanej sobie ulicy, dostrzegła wielki żywopłot. Rozejrzała się, a nuż ktoś robi jej nieśmiesznego psikusa, ale nikogo nie dostrzegła. Westchnęła w duchu, bo naprawdę nie miała ochoty bawić się w takie rzeczy.</p>
<p>Zaczęła iść przed siebie, ale żywopłot szybko okazał się istnym labiryntem. Na coś takiego tym bardziej nie miała czasu. Zirytowana, sięgnęła po różdżkę, może i cyprysik był odporny na zjawiska pogodowe, ale nie powinien być odporny na ogień!<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Incendio! - </span>Rzuciła zaklęcie, by podpalić labirynt... Ale nic się nie stało. Syknęła, przyglądając się na zadane obrażenia, tylko że takich nie było. Jak to roślina może być odporna na ogień?!</p>
<p>Zaczęła rozglądać się uważnie po labiryncie. Jeśli magia się go nie imała, a przynajmniej nie taka, to musiał być inny sposób, żeby się stąd wydostać. Może był jakiś wzór, by się stąd wydostać. Na pewno była jakaś opcja, należało ją tylko znaleźć!</p>
<br />
Rzut na paczu-paczu Percepcje<br />
[roll=Z]]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[27.08.1972] Sen Nocy Letniej | A to pustkowie leśne nie jest puste]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4060</link>
			<pubDate>Tue, 15 Oct 2024 11:20:38 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=38">Atreus Bulstrode</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4060</guid>
			<description><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Brenna Longbottom - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic VI</span><br />
Rozliczono - Atreus Bulstrode - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic I</span></div></div>
<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Pójdziemy się przejść?</span> - rzucił wreszcie z szelmowskim uśmiechem, chwilę po tym jak dopił trzymany alkohol i odstawił kieliszek na bok. Przechylił się też w jej stronę lekko, w teatralnym geście podstawiając jej ramię i tym samym zachęcając do przechadzki, a kiedy faktycznie wplotła dłoń pod jego ramię, pociągnął ją w <span style="text-decoration: line-through;" class="mycode_s">krzaki</span> w stronę jeziora.<br />
<br />
Nawet jeśli ogólnie lubił tego typu imprezy, dzisiejszego wieczoru czegoś mu brakowało w obecnym towarzystwie. Jasne, był całkiem zadowolony z faktu, że Brenna zgodziła się dotrzymać mu towarzystwa mimo porannych ekscesów, jednak sztywność imprezy zwyczajnie nieco go męczyła. Brakowało mu na przykład takiego Louvaina, albo w ogóle kogokolwiek, z kim mógłby się chociaż przez moment dla sportu poobrażać i poprzepychać. <br />
<br />
Eden i Lorraine rozpłynęły się gdzieś tak szybko, jak tylko on i Brenna uciekli zająć się swoimi sprawami, tym samym zabierając ze sobą niepokoje starszej z blondynek. I nawet jeśli zdążyło już nieco minąć od tego dziwacznego przywitania z Longbottom i wpatrywania się w rozedrganą aurę Lestrange, Atreus nie mógł wyrzucić z głowy pytania, co tak właściwie doprowadziło ją do tego stanu.<br />
<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nie wiedziałem, że jesteś z Eden aż tak bliskimi przyjaciółkami</span> - rzucił niby to niezobowiązująco, kiedy doczłapali się na brzeg jeziora i ruszyli powoli wzdłuż niego. Ale może powinien spodziewać się po nich jakichś większych zażyłości, biorąc pod uwagę że przecież dwa dni temu widział blondynkę wśród gości zaproszonych na plażę. A z tego co zdążył zrozumieć - mieli być tam głównie przyjaciele Longbottomów. Ale chyba o wiele bardziej spodziewałby się na tej plaży zobaczyć własnego brata niż panią Lestrange, której w życiu nie posądzałby o bawienie się na plażach, bo zawsze zdawała się taką która o wiele lepiej czuła się na oficjalnych i pełnych przepychu czystokrwistych imprezach.<br />
<br />
Korzystając z okazji, że wreszcie byli daleko od bawiącego się pod namiotem bankietowym tłumu, sięgnął do kieszeni szaty i wyłuskał z niej papierosa, z wyraźnym zadowoleniem zapalając go i zaciągając się dymem. <br />
<br />
[inny avek]https://i.imgur.com/2rsydGI.png[/inny avek]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Brenna Longbottom - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic VI</span><br />
Rozliczono - Atreus Bulstrode - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic I</span></div></div>
<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Pójdziemy się przejść?</span> - rzucił wreszcie z szelmowskim uśmiechem, chwilę po tym jak dopił trzymany alkohol i odstawił kieliszek na bok. Przechylił się też w jej stronę lekko, w teatralnym geście podstawiając jej ramię i tym samym zachęcając do przechadzki, a kiedy faktycznie wplotła dłoń pod jego ramię, pociągnął ją w <span style="text-decoration: line-through;" class="mycode_s">krzaki</span> w stronę jeziora.<br />
<br />
Nawet jeśli ogólnie lubił tego typu imprezy, dzisiejszego wieczoru czegoś mu brakowało w obecnym towarzystwie. Jasne, był całkiem zadowolony z faktu, że Brenna zgodziła się dotrzymać mu towarzystwa mimo porannych ekscesów, jednak sztywność imprezy zwyczajnie nieco go męczyła. Brakowało mu na przykład takiego Louvaina, albo w ogóle kogokolwiek, z kim mógłby się chociaż przez moment dla sportu poobrażać i poprzepychać. <br />
<br />
Eden i Lorraine rozpłynęły się gdzieś tak szybko, jak tylko on i Brenna uciekli zająć się swoimi sprawami, tym samym zabierając ze sobą niepokoje starszej z blondynek. I nawet jeśli zdążyło już nieco minąć od tego dziwacznego przywitania z Longbottom i wpatrywania się w rozedrganą aurę Lestrange, Atreus nie mógł wyrzucić z głowy pytania, co tak właściwie doprowadziło ją do tego stanu.<br />
<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nie wiedziałem, że jesteś z Eden aż tak bliskimi przyjaciółkami</span> - rzucił niby to niezobowiązująco, kiedy doczłapali się na brzeg jeziora i ruszyli powoli wzdłuż niego. Ale może powinien spodziewać się po nich jakichś większych zażyłości, biorąc pod uwagę że przecież dwa dni temu widział blondynkę wśród gości zaproszonych na plażę. A z tego co zdążył zrozumieć - mieli być tam głównie przyjaciele Longbottomów. Ale chyba o wiele bardziej spodziewałby się na tej plaży zobaczyć własnego brata niż panią Lestrange, której w życiu nie posądzałby o bawienie się na plażach, bo zawsze zdawała się taką która o wiele lepiej czuła się na oficjalnych i pełnych przepychu czystokrwistych imprezach.<br />
<br />
Korzystając z okazji, że wreszcie byli daleko od bawiącego się pod namiotem bankietowym tłumu, sięgnął do kieszeni szaty i wyłuskał z niej papierosa, z wyraźnym zadowoleniem zapalając go i zaciągając się dymem. <br />
<br />
[inny avek]https://i.imgur.com/2rsydGI.png[/inny avek]]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[27/08/1972] Sen Nocy Letniej: tryptyk Baldwina]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4055</link>
			<pubDate>Mon, 14 Oct 2024 14:04:06 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=262">Desmond Malfoy</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4055</guid>
			<description><![CDATA[<span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">Startujemy z: <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Desmondem</span>, <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Calanthe</span>, <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Baldwinem</span> i <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Severine</span>.</span><br />
<br />
Z pewnym zaskoczeniem zauważył, że wino nie miało dla niego niemal żadnego smaku. W swoim oddechu wciąż czuł gorycz ginu, przysłaniającą subtelne nuty drogiego chardonnay. Może Oleander miał rację, może faktycznie nie powinien już dzisiaj pić. Nękające go dźwięki natrętnej melodii wygrywanej na magicznej harfie i chaotyczny szum rozmów prędko przypomniały mu jednak, że wypalenie kubków smakowych nie ujmowało alkoholowi jego największej zalety - znieczulania. Gdy stanęli już przed upiorną wystawą Baldwina, wypuścił nagle z uścisku dłoń Calanthe, starając się mentalnie odsunąć od całej sytuacji. Wszakże kuzyn zdążył już zobaczyć, jak łatwo było zabrać mu jego siostrę i mógł doświadczyć wystarczająco dużo zazdrości, żeby Desmond poczuł się usatysfakcjonowany. <br />
<br />
Przesunąwszy spojrzeniem po ciemnej kotarze tworzącej tło dla tryptyku, zmarszczył nos. Nie miał pojęcia, czym kuzyn musiał spryskać ten ciężki materiał, żeby przez tak długi czas był w stanie emanować na tyle intensywnym zapachem, który przywodził mu na myśl ususzone skrzydła nietoperza z przytłaczającym, dymnym akcentem czarnej magii. Znacznie dodawało to jednak do atmosfery opresywnej nocnej mary, której dezorientująca, niepokojąca natura pozwoliła mu poczuć wyczerpują permanentność obsesji wdziękiem niewiasty, której serce biło dla innego i której oczy odwracały wzrok za każdym razem, gdy spostrzegły zbyt szczery, zbyt wylewny wyraz upokarzająco głębokiej fascynacji. <br />
Doskonale znał te uczucia, chociaż z każdą sekundą coraz gorliwiej szukał w drgających liściach i wijących się gałęziach czegoś, co mogłoby mu pozwolić się zdystansować. Z jednej strony w poczuciu wspólnoty z Baldwinem kryła się pewna masochistyczna przyjemność, jednak z drugiej ciężko było mu znieść obrzydliwość perspektywy tego, że mógłby uznawać się za podobnego do niego w jakkolwiek znaczącym stopniu.<br />
<br />
Uśmiechnął się lekko, słysząc słowa ciągnącej się za nimi Severine.<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Oh właśnie. Baldwin.</span> — z oczami wciąż wbitymi w portret Calanthe, zwrócił się do kuzyna. Ton miał zbyt suchy, żeby dało się poznać po nim drwinę. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Czy jest on na sprzedaż.</span><br />
Wiedział doskonale, że nie był (przecież Baldwin nigdy nie rozstałby się z którymkolwiek portretem swojej jedynej miłości, tak samo jak on sam nie ośmieliłby się spieniężyć żadnej ze swoich wizji Mayi), ale chciał, żeby Baldwin musiał powiedzieć to na głos.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">Startujemy z: <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Desmondem</span>, <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Calanthe</span>, <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Baldwinem</span> i <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Severine</span>.</span><br />
<br />
Z pewnym zaskoczeniem zauważył, że wino nie miało dla niego niemal żadnego smaku. W swoim oddechu wciąż czuł gorycz ginu, przysłaniającą subtelne nuty drogiego chardonnay. Może Oleander miał rację, może faktycznie nie powinien już dzisiaj pić. Nękające go dźwięki natrętnej melodii wygrywanej na magicznej harfie i chaotyczny szum rozmów prędko przypomniały mu jednak, że wypalenie kubków smakowych nie ujmowało alkoholowi jego największej zalety - znieczulania. Gdy stanęli już przed upiorną wystawą Baldwina, wypuścił nagle z uścisku dłoń Calanthe, starając się mentalnie odsunąć od całej sytuacji. Wszakże kuzyn zdążył już zobaczyć, jak łatwo było zabrać mu jego siostrę i mógł doświadczyć wystarczająco dużo zazdrości, żeby Desmond poczuł się usatysfakcjonowany. <br />
<br />
Przesunąwszy spojrzeniem po ciemnej kotarze tworzącej tło dla tryptyku, zmarszczył nos. Nie miał pojęcia, czym kuzyn musiał spryskać ten ciężki materiał, żeby przez tak długi czas był w stanie emanować na tyle intensywnym zapachem, który przywodził mu na myśl ususzone skrzydła nietoperza z przytłaczającym, dymnym akcentem czarnej magii. Znacznie dodawało to jednak do atmosfery opresywnej nocnej mary, której dezorientująca, niepokojąca natura pozwoliła mu poczuć wyczerpują permanentność obsesji wdziękiem niewiasty, której serce biło dla innego i której oczy odwracały wzrok za każdym razem, gdy spostrzegły zbyt szczery, zbyt wylewny wyraz upokarzająco głębokiej fascynacji. <br />
Doskonale znał te uczucia, chociaż z każdą sekundą coraz gorliwiej szukał w drgających liściach i wijących się gałęziach czegoś, co mogłoby mu pozwolić się zdystansować. Z jednej strony w poczuciu wspólnoty z Baldwinem kryła się pewna masochistyczna przyjemność, jednak z drugiej ciężko było mu znieść obrzydliwość perspektywy tego, że mógłby uznawać się za podobnego do niego w jakkolwiek znaczącym stopniu.<br />
<br />
Uśmiechnął się lekko, słysząc słowa ciągnącej się za nimi Severine.<br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Oh właśnie. Baldwin.</span> — z oczami wciąż wbitymi w portret Calanthe, zwrócił się do kuzyna. Ton miał zbyt suchy, żeby dało się poznać po nim drwinę. — <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Czy jest on na sprzedaż.</span><br />
Wiedział doskonale, że nie był (przecież Baldwin nigdy nie rozstałby się z którymkolwiek portretem swojej jedynej miłości, tak samo jak on sam nie ośmieliłby się spieniężyć żadnej ze swoich wizji Mayi), ale chciał, żeby Baldwin musiał powiedzieć to na głos.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[27.08.1972, MUZA] Feel like I'm the worst, so I always act like I'm the best]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4042</link>
			<pubDate>Fri, 11 Oct 2024 23:21:32 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=316">Lorraine Malfoy</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4042</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">Sen Nocy Letniej, bankiet po koncercie Muzy, okolica Hogsmeade</div>
<br />
Rodzina była dla Lorraine wszystkim.<br />
<br />
Poczucie przynależności do rodu Malfoy zawsze stanowiło jeden z głównych aksjomatów jej tożsamości: rodzina była świętą ostoją w świecie naznaczonym zepsuciem, nieważne, że sami byli zepsuci do cna – przegnili jak trupy dostarczane czasem przez koronera do zarządzanego przez Lorraine zakładu pogrzebowego. Siostry Parkinson mogły kpić z zajęcia, jakim parała się wiła, ale Lorraine odnajdywała spokój, stojąc przed rodzinnym grobowcem. Jakaś kojąca nieuchronność tkwiła w imionach jej ojca i matki, wyrytych obok siebie w kamieniu – na wieki. Rodzina sugerowała jedność, wspólnotę – przeżartą nepotyzmem bestię z tysiącem głów, każda z nich plująca jadem. Słysząc szepty za swoimi plecami, powtarzała sobie jak mantrę to, co wtłaczano jej do głowy od najwcześniejszych lat dziecinnych: była Malfoy, więc nie mogła mieć knuta przy duszy, a wciąż była warta więcej od najbogatszego spośród obecnych tu ludzi – tylko dlatego, że była Malfoy. Nawet jej ojciec nigdy nie kwestionował tej zasady, wierny swemu nazwisku. Lorraine nie przejmowała się więc plotkami, kiedy jednak słyszała najdrobniejszą choćby sugestię dotyczącą potencjalnego wydziedziczenia, serce w niej zamierało – tak, jakby najważniejsza jej część miała za chwilę umrzeć. <br />
<br />
Dźwięki harfy nie grały jednak <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">requiem</span>, lecz miły uchu walc, a Lorraine i Eden spacerowały wolnym krokiem blisko wody, rozmawiając ściszonymi głosami. Kiedy wiła usłyszała pytanie kobiety, uśmiechnęła się leciutko. Początkowo powzięła jej słowa za żart, oscylującą na pograniczu humoru i pogardy kpinę, wycelowaną w młodszego kuzyna, który demonstrował dzisiaj na wszystkie możliwe sposoby, że brzydzi się przynależnością do arystokratycznej kasty: począwszy od doboru wykonywanego utworu – manifestu pogardy wobec potęgi burżuazyjnego dziedzictwa – skończywszy na wizerunkowej schiźmie z malfoyowskim blondem. Dopiero po chwili zrozumiała, że Eden mówi jak najbardziej poważnie.<br />
<br />
Uśmiech zamarł Lorraine na ustach. Kochała swoją rodzinę, ale nie miała złudzeń, że znaczy dla nich jeszcze mniej niż Baldwin. Odgarnęła wolną ręką włosy z twarzy, starając się zamaskować zakłopotanie.<br />
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">To przecież Baldwin? Baldwin</span> <span style="font-style: italic;" class="mycode_i"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Malfoy?</span></span> – podsunęła ostrożnie, badając reakcję Eden – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">To nasz kuzyn – właściwie, brat stryjeczny – syn... Nie pamiętam, którego to w kolejności starszeństwa brata twojego taty, za dużo ich dziadek Septimus miał.</span> – Pamiętała, ale nie chciała sprawić Eden przykrości, że <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">ona</span> nie pamięta. Podejrzewając, że wszystkie te imiona nie za wiele mówią kuzynce, pośpieszyła jednak z dalszymi wyjaśnieniami, gotowa wyprzedzić jej pytania. – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Jego ojciec to stryj Marcus, ten religioznawca, który zawsze zakłada najbardziej niedorzeczne szaty z dedykowanych kolekcji Rosierów na rodzinne spotkania z okazji Yule. Pamiętasz, jak pokłócił się z twoim tatą i stryjem Abraxasem o etykietę noszenia spinek do mankietów? Ostentacyjnie nie odzywali się do siebie przez rok, a my w ramach żartu podmieniłyśmy bileciki i usadziłyśmy ich obok siebie na bankiecie organizowanym przez ciocię Cornelię.</span> <br />
<br />
Zachichotała, wspominając zbolałą minę stryja Fortinbrasa.<br />
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Wybacz mi, że wtrąciłam się tak znienacka w waszą rozmowę</span> – usprawiedliwiła się nagle, nawiązując do niezbyt fortunnej interakcji z Brenną i Atreusem: do napięcia, które rosło między nimi, od momentu, gdy wymieniła uprzejmości z panną Longbottom, dopóki wszyscy się nie rozeszli się, każdy w swoją stronę – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">nie chciałam sprawić ci przykrości, po prostu...</span> – Ważyła przez chwilę słowa, nie chcąc powiedzieć nic niewłaściwego. – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Odstraszam dzisiaj ludzi.</span><br />
<br />
Wymuszony uśmiech wykrzywił wargi Lorraine, która u boku Eden pozwalała sobie na nieco więcej swobody niż w obecności reszty rodziny – a tym bardziej zgromadzonych na wydarzeniu gości. Prychnęła leciutko, ironicznie, dając do zrozumienia, że słyszy, jak niedorzeczne rzeczy padają z jej ust, ale nie potrafi się powstrzymać przed ich wypowiedzeniem.<br />
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nie powiem, to nader sprzyjająca okoliczność, jeżeli potrzebny ci ochroniarz u boku</span> – zażartowała szybko, starając się kpiną rozładować napięcie – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">a to zaszczyt służyć w orszaku szekspirowskiej królowej wróżek, piękna – nie wymarzyłabym sobie wspanialszego zajęcia – jestem taka szczęśliwa, że przyszłaś.</span> – Starała się wygładzić twarz, uśmiechnąć, szczerze, bo była szczera: pokazać, że jest wdzięczna, tak, nie potrafiła słowami opisać, jak <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">cholernie</span> jest wdzięczna za to, że jest obok, że trzyma ją teraz za rękę, że nie wstydzi się jej... Choć Lorraine wątpiła, by Eden wiedziała, jak wiele znaczy dla kuzynki jej uwaga. – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Przepraszam, to po prostu nie jest mój dzień.</span><br />
<br />
[inny avek]https://64.media.tumblr.com/1a9291304d425807247433bd2802352d/5dfc005f63cd8724-b9/s2048x3072/cb112e5bdaaf52f86db69ea0318792062132029e.jpg[/inny avek]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">Sen Nocy Letniej, bankiet po koncercie Muzy, okolica Hogsmeade</div>
<br />
Rodzina była dla Lorraine wszystkim.<br />
<br />
Poczucie przynależności do rodu Malfoy zawsze stanowiło jeden z głównych aksjomatów jej tożsamości: rodzina była świętą ostoją w świecie naznaczonym zepsuciem, nieważne, że sami byli zepsuci do cna – przegnili jak trupy dostarczane czasem przez koronera do zarządzanego przez Lorraine zakładu pogrzebowego. Siostry Parkinson mogły kpić z zajęcia, jakim parała się wiła, ale Lorraine odnajdywała spokój, stojąc przed rodzinnym grobowcem. Jakaś kojąca nieuchronność tkwiła w imionach jej ojca i matki, wyrytych obok siebie w kamieniu – na wieki. Rodzina sugerowała jedność, wspólnotę – przeżartą nepotyzmem bestię z tysiącem głów, każda z nich plująca jadem. Słysząc szepty za swoimi plecami, powtarzała sobie jak mantrę to, co wtłaczano jej do głowy od najwcześniejszych lat dziecinnych: była Malfoy, więc nie mogła mieć knuta przy duszy, a wciąż była warta więcej od najbogatszego spośród obecnych tu ludzi – tylko dlatego, że była Malfoy. Nawet jej ojciec nigdy nie kwestionował tej zasady, wierny swemu nazwisku. Lorraine nie przejmowała się więc plotkami, kiedy jednak słyszała najdrobniejszą choćby sugestię dotyczącą potencjalnego wydziedziczenia, serce w niej zamierało – tak, jakby najważniejsza jej część miała za chwilę umrzeć. <br />
<br />
Dźwięki harfy nie grały jednak <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">requiem</span>, lecz miły uchu walc, a Lorraine i Eden spacerowały wolnym krokiem blisko wody, rozmawiając ściszonymi głosami. Kiedy wiła usłyszała pytanie kobiety, uśmiechnęła się leciutko. Początkowo powzięła jej słowa za żart, oscylującą na pograniczu humoru i pogardy kpinę, wycelowaną w młodszego kuzyna, który demonstrował dzisiaj na wszystkie możliwe sposoby, że brzydzi się przynależnością do arystokratycznej kasty: począwszy od doboru wykonywanego utworu – manifestu pogardy wobec potęgi burżuazyjnego dziedzictwa – skończywszy na wizerunkowej schiźmie z malfoyowskim blondem. Dopiero po chwili zrozumiała, że Eden mówi jak najbardziej poważnie.<br />
<br />
Uśmiech zamarł Lorraine na ustach. Kochała swoją rodzinę, ale nie miała złudzeń, że znaczy dla nich jeszcze mniej niż Baldwin. Odgarnęła wolną ręką włosy z twarzy, starając się zamaskować zakłopotanie.<br />
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">To przecież Baldwin? Baldwin</span> <span style="font-style: italic;" class="mycode_i"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Malfoy?</span></span> – podsunęła ostrożnie, badając reakcję Eden – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">To nasz kuzyn – właściwie, brat stryjeczny – syn... Nie pamiętam, którego to w kolejności starszeństwa brata twojego taty, za dużo ich dziadek Septimus miał.</span> – Pamiętała, ale nie chciała sprawić Eden przykrości, że <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">ona</span> nie pamięta. Podejrzewając, że wszystkie te imiona nie za wiele mówią kuzynce, pośpieszyła jednak z dalszymi wyjaśnieniami, gotowa wyprzedzić jej pytania. – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Jego ojciec to stryj Marcus, ten religioznawca, który zawsze zakłada najbardziej niedorzeczne szaty z dedykowanych kolekcji Rosierów na rodzinne spotkania z okazji Yule. Pamiętasz, jak pokłócił się z twoim tatą i stryjem Abraxasem o etykietę noszenia spinek do mankietów? Ostentacyjnie nie odzywali się do siebie przez rok, a my w ramach żartu podmieniłyśmy bileciki i usadziłyśmy ich obok siebie na bankiecie organizowanym przez ciocię Cornelię.</span> <br />
<br />
Zachichotała, wspominając zbolałą minę stryja Fortinbrasa.<br />
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Wybacz mi, że wtrąciłam się tak znienacka w waszą rozmowę</span> – usprawiedliwiła się nagle, nawiązując do niezbyt fortunnej interakcji z Brenną i Atreusem: do napięcia, które rosło między nimi, od momentu, gdy wymieniła uprzejmości z panną Longbottom, dopóki wszyscy się nie rozeszli się, każdy w swoją stronę – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">nie chciałam sprawić ci przykrości, po prostu...</span> – Ważyła przez chwilę słowa, nie chcąc powiedzieć nic niewłaściwego. – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Odstraszam dzisiaj ludzi.</span><br />
<br />
Wymuszony uśmiech wykrzywił wargi Lorraine, która u boku Eden pozwalała sobie na nieco więcej swobody niż w obecności reszty rodziny – a tym bardziej zgromadzonych na wydarzeniu gości. Prychnęła leciutko, ironicznie, dając do zrozumienia, że słyszy, jak niedorzeczne rzeczy padają z jej ust, ale nie potrafi się powstrzymać przed ich wypowiedzeniem.<br />
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nie powiem, to nader sprzyjająca okoliczność, jeżeli potrzebny ci ochroniarz u boku</span> – zażartowała szybko, starając się kpiną rozładować napięcie – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">a to zaszczyt służyć w orszaku szekspirowskiej królowej wróżek, piękna – nie wymarzyłabym sobie wspanialszego zajęcia – jestem taka szczęśliwa, że przyszłaś.</span> – Starała się wygładzić twarz, uśmiechnąć, szczerze, bo była szczera: pokazać, że jest wdzięczna, tak, nie potrafiła słowami opisać, jak <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">cholernie</span> jest wdzięczna za to, że jest obok, że trzyma ją teraz za rękę, że nie wstydzi się jej... Choć Lorraine wątpiła, by Eden wiedziała, jak wiele znaczy dla kuzynki jej uwaga. – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Przepraszam, to po prostu nie jest mój dzień.</span><br />
<br />
[inny avek]https://64.media.tumblr.com/1a9291304d425807247433bd2802352d/5dfc005f63cd8724-b9/s2048x3072/cb112e5bdaaf52f86db69ea0318792062132029e.jpg[/inny avek]]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[27.08 – Sen Nocy Letniej [Towarzystwo MUZA]]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=3992</link>
			<pubDate>Mon, 30 Sep 2024 15:00:07 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=483">Dearg Dur</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=3992</guid>
			<description><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">
Rozliczono - Erik Longbottom - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic III</span></div></div>
<div class="divek"><div id="dataa" class="mycode_b">– 27/08/1972 –<br />
<br />
Obrzeża Hogsmeade, na brzegu jeziora</div>
<br />
Słońce już dawno skryło się za horyzontem, gdy strojni w elfie szaty goście dotarli do Galerii OdNowa. Sunęli po schodach rozmawiając ze sobą swobodnie, przyciszonymi głosami, zdradzającymi podekscytowanie nadchodzącym recitalem. Towarzystwo MUZA po wydarzeniach Beltane odwołała kilka swoich koncertów, szczęśliwie oszczędzając ostatni z plenerowych wydarzeń. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Sen Nocy Letniej</span> – miał być tematem przewodnim, który wysycić miał tak prezentowane dzieła, jak i oprawę wizualną całego spotkania. Mecenasi działający przy Towarzystwie otrzymali wraz z zaproszeniami dla siebie i jednej dodatkowej osoby złote wieńce i prośbę o odpowiednie ukształtowanie uszu tak, aby nikt nie miał wątpliwości o czyje względy zabiegać tej magicznej nocy. Sądząc po strojach, kwiatowych woniach unoszących się nad śmietanką towarzyską czarodziejskiej społeczności – wszyscy wzięli sobie to głęboko do serca. <br />
<br />
Świstokliki znajdujące się w sali Jadeitowego Lasu momentalnie przeniosły gości do specjalnie przygotowanego obszaru na obrzeżach Hogsmead. Na piaszczystej plaży ustawiono dwa rzędy krzeseł rozsuniętych w połowie oplecionych powojami kwitnącymi w intensywnym różu i błękicie. Wyróżniały się na ich tle dwa umieszczone w samym centrum, dodatkowo obite tkaniną i obwiązane złotymi wstęgami jak dla ślubnej pary. <br />
<br />
Zamiast sceny na wodzie unosiła się niewielka wysepka z ustawionym na soczystej zielonej trawie fortepianem, obok której rozkwitał gigantyczny fioletowy kwiat, będący tak na prawdę namiotem dla występujących, gdzie mogli oni przygotować się do występu i schronić między płatkami po jego zakończeniu. <span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">Przejście na wyspę i z wyspy wiązało się z umoczeniem stóp.</span><br />
<br />
Za słuchaczami umieszczony był drugi, rozległy otwarty namiot, będący jaśniejącym brokatem, błękitnym materiałem zaczepionym o cztery uformowane finezyjnie słupy. Pod jego osłoną przemykali ludzie odziani w złociste piórka, przypominający kolibry pośród przypominających kwiaty stołach. Bankiet sprowadzony został do szwedzkich stoliczków uginających się od ciasteczek, pralinek i kanapeczek przeróżnej maści, zachwycających kształtem, niekiedy również ruchem. Czy zachwycają również podniebienia - to czas pokaże, bowiem strawa dla ciała miała przyjść dopiero po koncercie. Również rośliny wkoło potraktowane zostały magią, barwione na niespotykane kolory, obsypane migotliwą mikką i zadziwiające dodatkowymi pokrętnie ukształtowanymi liśćmi. I tylko pilnujący przestrzeni funkcjonariusze Brygady Uderzeniowej byli szarzy, w swoich monochromatycznych mundurach widoczni z daleka, intruzi w świecie Dam i Panów, istot równie potężnych co groźnych. <br />
<br />
Wraz z pojawieniem się ostatniego gościa nad całą przestrzenią ze względów bezpieczeństwa <span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">rozpostarta została bariera uniemożliwiająca swobodną teleportację</span>. Dwadzieścia pięć osób, Mecenasi i ich osoby towarzyszące rozsiedli się wygodnie, omijając jednak dwa środkowe miejsca. Czasu było mało, a światła lampionów pozostawały przygaszone, dając swobodę poruszania się. Spośród gości można było rozpoznać szefów Departamentu Skarbu oraz Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów, lekki pomruk przeszedł również wraz z teleportowaniem się na miejsce górującego wzrostem nad innymi Fortinbrasa Malfoy'a z małżonką. Dopiero gdy wszyscy usiedli, wkroczyła również ona: zachwycająca królewską purpurą i bogato tkanym srebrzystą nicią kołnierzem Eugenia "Tytania" Jenkins, obok której kroczył sprężyście dwudziestoletni młokos, bynajmniej nie przebrany za Oberona, a przypominający raczej chłopca uprowadzonego przez elfią królową do świata rządzonego przez fae. Korona lśniła srebrzyście na wysoko utapirowanym koku Ministry, który drżał przy każdym skinieniu głową - odpowiedzi na powitania zebranych. W końcu i oni zajęli centralne miejsca, a lampiony zdobiące wyspy rozbłysły ciepłym, wielokolorowym światłem. <br />
<br />
<div class="obrazek" style="background-image:url('https://i.imgur.com/FpacNC6.jpeg');width:200px;height:110px;float:left;margin-left:2%;margin-right:2%;margin-left:0;"></div>W końcu rozmowy przycichły, a przed fortepianem pojawiła się drobna blondynka, o długich, pofalowanych włosach. Jej skroń również zdobił wieniec laurowy. W kilku słowach Raphaela Avery powitała gości, tłumacząc brak obecności swojej ciotki gwałtownym pogorszeniem zdrowia. Mówiła cicho i melodyjnie, ale każde jej słowo docierało do słuchacza bez większych zmartwień. <br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Porzućmy jednak troski, tak chciałaby moja ciocia. Porzućmy troski i oddajmy uszy muzyce, a oczy tańcowi i pokazom wodnych pląsów. Za chwile wystąpią znakomici pianiści: Rita Kelly, Lorraine Malfoy i Oleander Crouch, którym towarzyszyć będzie tancerka Lauretta Selwyn. Ale nim to nastąpi powitajmy gromkimi oklaskami pierwszego z wykonawców: recytatora Baldwina Malfoya!</span> – Wraz z oklaskami zeszła ze sceny, ukrywając się pod płatkami fioletowego namiotu przeznaczonego artystom, oddając przestrzeń każdemu z nich, według toczącego się programu artystycznego.</div>
<br />
<div class="ramka">Przed nami pierwsza tura, część koncertowa. Kolejno zaprezentują się wykonawcy, a po drugim podsumowaniu Mistrza Gry przyjdzie czas na refleksje z wydarzenia publiczności i obsługi.</div>
<br />
<div class="divek">
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><img src="https://i.imgur.com/bleUQod.png" loading="lazy"  alt="[Obrazek: bleUQod.png]" class="mycode_img" /></div></div>
<br />
<div class="spoiler_wrap"><div class="spoiler_header"><a href="javascript:void(0);" onclick="javascript:if(parentNode.parentNode.getElementsByTagName('div')[1].style.display=='block'){parentNode.parentNode.getElementsByTagName('div')[1].style.display='none';this.innerHTML='&lt;img title=&quot;[+]&quot; alt=&quot;[+]&quot; src=&quot;/images/collapse_collapsed.png&quot; class=&quot;expandspoiler&quot; /&gt;spis obecnych osob dla rozglądających się po otoczeniu';}else {parentNode.parentNode.getElementsByTagName('div')[1].style.display='block';this.innerHTML='&lt;img title=&quot;[-]&quot; alt=&quot;[-]&quot; src=&quot;/images/collapse.png&quot; class=&quot;expandspoiler&quot; /&gt;spis obecnych osob dla rozglądających się po otoczeniu';}"><img title="[+]" alt="[+]" src="/images/collapse_collapsed.png" class="expandspoiler" />spis obecnych osob dla rozglądających się po otoczeniu</a></div><div class="spoiler_body" style="display: none;">
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Publiczność: </span><br />
<a href="http://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=1613&amp;pid=15659#pid15659" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">Eugenia Jenkins</a> z młodym gniewnym<br />
Theseus Burke z żoną i nastoletnim synem<br />
<a href="http://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=1624&amp;pid=15679#pid15679" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">Alexander Bletchley</a><br />
Fortinbras Malfoy z żoną<br />
Beatrice Crouch<br />
Trzy wiedźmy Parkinson<br />
Nieznany mecenas i Camille Delacour<br />
Morpheus Longbottom<br />
Jonathan Selwyn i Jessie Kelly<br />
Severine Crouch<br />
Atreus Bulstrode i Brenna Longbottom<br />
Desmond Malfoy i Calanthe Malfoy<br />
Eden Lestrange<br />
Asmodeus Burke<br />
Enzo Remington (gość)<br />
Isaac Bagshot (gość)<br />
2 puste miejsca <br />
<br />
6 funkcjonariuszy Brygady Uderzeniowej w tym Erik Longbottom. Zespół wygląda na młody, w przedziale wiekowym 20-25. Jest wśród nich znany pracownikom OMSHMu Cedric Porter oraz bratanica Theseusa Burke: Alice Burke.<br />
<br />
Dwóch kelnerów w ptasich maskach.</div></div>
<br />
<div class="spoiler_wrap"><div class="spoiler_header"><a href="javascript:void(0);" onclick="javascript:if(parentNode.parentNode.getElementsByTagName('div')[1].style.display=='block'){parentNode.parentNode.getElementsByTagName('div')[1].style.display='none';this.innerHTML='&lt;img title=&quot;[+]&quot; alt=&quot;[+]&quot; src=&quot;/images/collapse_collapsed.png&quot; class=&quot;expandspoiler&quot; /&gt;stroje tancerki i obsługi, ogolny vibe dekoracji';}else {parentNode.parentNode.getElementsByTagName('div')[1].style.display='block';this.innerHTML='&lt;img title=&quot;[-]&quot; alt=&quot;[-]&quot; src=&quot;/images/collapse.png&quot; class=&quot;expandspoiler&quot; /&gt;stroje tancerki i obsługi, ogolny vibe dekoracji';}"><img title="[+]" alt="[+]" src="/images/collapse_collapsed.png" class="expandspoiler" />stroje tancerki i obsługi, ogolny vibe dekoracji</a></div><div class="spoiler_body" style="display: none;">
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><img src="https://i.imgur.com/tWVwZnw.png" loading="lazy"  alt="[Obrazek: tWVwZnw.png]" class="mycode_img" /></div></div></div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">
Rozliczono - Erik Longbottom - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic III</span></div></div>
<div class="divek"><div id="dataa" class="mycode_b">– 27/08/1972 –<br />
<br />
Obrzeża Hogsmeade, na brzegu jeziora</div>
<br />
Słońce już dawno skryło się za horyzontem, gdy strojni w elfie szaty goście dotarli do Galerii OdNowa. Sunęli po schodach rozmawiając ze sobą swobodnie, przyciszonymi głosami, zdradzającymi podekscytowanie nadchodzącym recitalem. Towarzystwo MUZA po wydarzeniach Beltane odwołała kilka swoich koncertów, szczęśliwie oszczędzając ostatni z plenerowych wydarzeń. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Sen Nocy Letniej</span> – miał być tematem przewodnim, który wysycić miał tak prezentowane dzieła, jak i oprawę wizualną całego spotkania. Mecenasi działający przy Towarzystwie otrzymali wraz z zaproszeniami dla siebie i jednej dodatkowej osoby złote wieńce i prośbę o odpowiednie ukształtowanie uszu tak, aby nikt nie miał wątpliwości o czyje względy zabiegać tej magicznej nocy. Sądząc po strojach, kwiatowych woniach unoszących się nad śmietanką towarzyską czarodziejskiej społeczności – wszyscy wzięli sobie to głęboko do serca. <br />
<br />
Świstokliki znajdujące się w sali Jadeitowego Lasu momentalnie przeniosły gości do specjalnie przygotowanego obszaru na obrzeżach Hogsmead. Na piaszczystej plaży ustawiono dwa rzędy krzeseł rozsuniętych w połowie oplecionych powojami kwitnącymi w intensywnym różu i błękicie. Wyróżniały się na ich tle dwa umieszczone w samym centrum, dodatkowo obite tkaniną i obwiązane złotymi wstęgami jak dla ślubnej pary. <br />
<br />
Zamiast sceny na wodzie unosiła się niewielka wysepka z ustawionym na soczystej zielonej trawie fortepianem, obok której rozkwitał gigantyczny fioletowy kwiat, będący tak na prawdę namiotem dla występujących, gdzie mogli oni przygotować się do występu i schronić między płatkami po jego zakończeniu. <span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">Przejście na wyspę i z wyspy wiązało się z umoczeniem stóp.</span><br />
<br />
Za słuchaczami umieszczony był drugi, rozległy otwarty namiot, będący jaśniejącym brokatem, błękitnym materiałem zaczepionym o cztery uformowane finezyjnie słupy. Pod jego osłoną przemykali ludzie odziani w złociste piórka, przypominający kolibry pośród przypominających kwiaty stołach. Bankiet sprowadzony został do szwedzkich stoliczków uginających się od ciasteczek, pralinek i kanapeczek przeróżnej maści, zachwycających kształtem, niekiedy również ruchem. Czy zachwycają również podniebienia - to czas pokaże, bowiem strawa dla ciała miała przyjść dopiero po koncercie. Również rośliny wkoło potraktowane zostały magią, barwione na niespotykane kolory, obsypane migotliwą mikką i zadziwiające dodatkowymi pokrętnie ukształtowanymi liśćmi. I tylko pilnujący przestrzeni funkcjonariusze Brygady Uderzeniowej byli szarzy, w swoich monochromatycznych mundurach widoczni z daleka, intruzi w świecie Dam i Panów, istot równie potężnych co groźnych. <br />
<br />
Wraz z pojawieniem się ostatniego gościa nad całą przestrzenią ze względów bezpieczeństwa <span style="text-decoration: underline;" class="mycode_u">rozpostarta została bariera uniemożliwiająca swobodną teleportację</span>. Dwadzieścia pięć osób, Mecenasi i ich osoby towarzyszące rozsiedli się wygodnie, omijając jednak dwa środkowe miejsca. Czasu było mało, a światła lampionów pozostawały przygaszone, dając swobodę poruszania się. Spośród gości można było rozpoznać szefów Departamentu Skarbu oraz Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów, lekki pomruk przeszedł również wraz z teleportowaniem się na miejsce górującego wzrostem nad innymi Fortinbrasa Malfoy'a z małżonką. Dopiero gdy wszyscy usiedli, wkroczyła również ona: zachwycająca królewską purpurą i bogato tkanym srebrzystą nicią kołnierzem Eugenia "Tytania" Jenkins, obok której kroczył sprężyście dwudziestoletni młokos, bynajmniej nie przebrany za Oberona, a przypominający raczej chłopca uprowadzonego przez elfią królową do świata rządzonego przez fae. Korona lśniła srebrzyście na wysoko utapirowanym koku Ministry, który drżał przy każdym skinieniu głową - odpowiedzi na powitania zebranych. W końcu i oni zajęli centralne miejsca, a lampiony zdobiące wyspy rozbłysły ciepłym, wielokolorowym światłem. <br />
<br />
<div class="obrazek" style="background-image:url('https://i.imgur.com/FpacNC6.jpeg');width:200px;height:110px;float:left;margin-left:2%;margin-right:2%;margin-left:0;"></div>W końcu rozmowy przycichły, a przed fortepianem pojawiła się drobna blondynka, o długich, pofalowanych włosach. Jej skroń również zdobił wieniec laurowy. W kilku słowach Raphaela Avery powitała gości, tłumacząc brak obecności swojej ciotki gwałtownym pogorszeniem zdrowia. Mówiła cicho i melodyjnie, ale każde jej słowo docierało do słuchacza bez większych zmartwień. <br />
<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Porzućmy jednak troski, tak chciałaby moja ciocia. Porzućmy troski i oddajmy uszy muzyce, a oczy tańcowi i pokazom wodnych pląsów. Za chwile wystąpią znakomici pianiści: Rita Kelly, Lorraine Malfoy i Oleander Crouch, którym towarzyszyć będzie tancerka Lauretta Selwyn. Ale nim to nastąpi powitajmy gromkimi oklaskami pierwszego z wykonawców: recytatora Baldwina Malfoya!</span> – Wraz z oklaskami zeszła ze sceny, ukrywając się pod płatkami fioletowego namiotu przeznaczonego artystom, oddając przestrzeń każdemu z nich, według toczącego się programu artystycznego.</div>
<br />
<div class="ramka">Przed nami pierwsza tura, część koncertowa. Kolejno zaprezentują się wykonawcy, a po drugim podsumowaniu Mistrza Gry przyjdzie czas na refleksje z wydarzenia publiczności i obsługi.</div>
<br />
<div class="divek">
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><img src="https://i.imgur.com/bleUQod.png" loading="lazy"  alt="[Obrazek: bleUQod.png]" class="mycode_img" /></div></div>
<br />
<div class="spoiler_wrap"><div class="spoiler_header"><a href="javascript:void(0);" onclick="javascript:if(parentNode.parentNode.getElementsByTagName('div')[1].style.display=='block'){parentNode.parentNode.getElementsByTagName('div')[1].style.display='none';this.innerHTML='&lt;img title=&quot;[+]&quot; alt=&quot;[+]&quot; src=&quot;/images/collapse_collapsed.png&quot; class=&quot;expandspoiler&quot; /&gt;spis obecnych osob dla rozglądających się po otoczeniu';}else {parentNode.parentNode.getElementsByTagName('div')[1].style.display='block';this.innerHTML='&lt;img title=&quot;[-]&quot; alt=&quot;[-]&quot; src=&quot;/images/collapse.png&quot; class=&quot;expandspoiler&quot; /&gt;spis obecnych osob dla rozglądających się po otoczeniu';}"><img title="[+]" alt="[+]" src="/images/collapse_collapsed.png" class="expandspoiler" />spis obecnych osob dla rozglądających się po otoczeniu</a></div><div class="spoiler_body" style="display: none;">
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Publiczność: </span><br />
<a href="http://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=1613&amp;pid=15659#pid15659" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">Eugenia Jenkins</a> z młodym gniewnym<br />
Theseus Burke z żoną i nastoletnim synem<br />
<a href="http://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=1624&amp;pid=15679#pid15679" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">Alexander Bletchley</a><br />
Fortinbras Malfoy z żoną<br />
Beatrice Crouch<br />
Trzy wiedźmy Parkinson<br />
Nieznany mecenas i Camille Delacour<br />
Morpheus Longbottom<br />
Jonathan Selwyn i Jessie Kelly<br />
Severine Crouch<br />
Atreus Bulstrode i Brenna Longbottom<br />
Desmond Malfoy i Calanthe Malfoy<br />
Eden Lestrange<br />
Asmodeus Burke<br />
Enzo Remington (gość)<br />
Isaac Bagshot (gość)<br />
2 puste miejsca <br />
<br />
6 funkcjonariuszy Brygady Uderzeniowej w tym Erik Longbottom. Zespół wygląda na młody, w przedziale wiekowym 20-25. Jest wśród nich znany pracownikom OMSHMu Cedric Porter oraz bratanica Theseusa Burke: Alice Burke.<br />
<br />
Dwóch kelnerów w ptasich maskach.</div></div>
<br />
<div class="spoiler_wrap"><div class="spoiler_header"><a href="javascript:void(0);" onclick="javascript:if(parentNode.parentNode.getElementsByTagName('div')[1].style.display=='block'){parentNode.parentNode.getElementsByTagName('div')[1].style.display='none';this.innerHTML='&lt;img title=&quot;[+]&quot; alt=&quot;[+]&quot; src=&quot;/images/collapse_collapsed.png&quot; class=&quot;expandspoiler&quot; /&gt;stroje tancerki i obsługi, ogolny vibe dekoracji';}else {parentNode.parentNode.getElementsByTagName('div')[1].style.display='block';this.innerHTML='&lt;img title=&quot;[-]&quot; alt=&quot;[-]&quot; src=&quot;/images/collapse.png&quot; class=&quot;expandspoiler&quot; /&gt;stroje tancerki i obsługi, ogolny vibe dekoracji';}"><img title="[+]" alt="[+]" src="/images/collapse_collapsed.png" class="expandspoiler" />stroje tancerki i obsługi, ogolny vibe dekoracji</a></div><div class="spoiler_body" style="display: none;">
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><img src="https://i.imgur.com/tWVwZnw.png" loading="lazy"  alt="[Obrazek: tWVwZnw.png]" class="mycode_img" /></div></div></div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[02.06.1972] Let me out]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=3792</link>
			<pubDate>Sat, 24 Aug 2024 09:04:03 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=377">Thomas Figg</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=3792</guid>
			<description><![CDATA[Czasami zdarzało mu się zapomnieć (lata podróży robiły swoje) jak bardzo zmienne jest lato w Anglii. Ledwie wczoraj lalo od rana do wieczora, gdy dzisiaj jak gdyby nigdy nic świeciło słońce. Ale korzystając już z tego że dzień był całkiem ładny i nie musiał kryć się pod parasolem postanowił odwiedzić nieco starych śmieci. Pomogł Norze załatwić wszelkie niezbędne rzeczy rano i w samo południe udał się na wyprawę do Hogsmeade.<br />
Nie był w tym miejscu już ładnych pare lat - zapomniał jak ta czarodziejska wioska potrafi być niezwykła. Zatrzymał się widząc pierwsze zabudowania i nikły uśmiech wkradł mu się na usta. Może nie odwiedzał zbyt często tego miejsca, to jednak jakiś sentyment do niego miał, w końcu wiele czasu spędzili tutaj jako dzieciaki podczas wycieczek z Hogwartu. Wbrew pozorom miał wiele wspomnień z tym miejscem, głownie tych przyjemnych, jak spędzał ze znajomymi ze szkoły czas tutaj, jak pokazywał pierwszy raz zabrał tu siostrę podczas jej trzeciego roku. Uśmiechnął się tknięty nostalgią. Zdecydował się, że najpierw uda się do Trzech Mioteł, żeby coś zjeść i napić się, poranne obowiązki jak i podróż do tej wioski sprawiły że był nad wyraz głodny. No nie nie mógł odpuścić sobie odwiedzenia Madame Rosmerty!<br />
<br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><span style="color: #444444;" class="mycode_color">***</span></div>
<br />
Po porządnym obiedzie i piwie kremowym (musiał dzisiaj jeszcze wrócić do Londynu, więc wolał nie pić nic co zawierało alkohol, jakoś nie widziało mu się składanie się po rozszczepieniu po teleportacji, a na tłuczenie się Błędnym Rycerzem był zbyt leniwy, taka podróż zajmowała zbyt długo skoro mógł się teleportować po drodze zahaczając o kilka innych miejsc. Udało mu się nawet zamienić kilka słów z właścicielką Trzech Mioteł wspominając dawne czasy, kiedy jeszcze jako uczeń zjawiał się w jej progach, a teraz? Zjawił się prawie dwukrotnie starszy niż kiedy ostanim razem. Nie dane jednak były im dłuższe wspominki, bowiem klientela domagała się uwagi i nie goła porzucać biznesu dla rozmowy z jednym ze starych klientów.<br />
Ale z pełnym brzuchem zdecydowanie lepiej się spacerowało - dobrze też mu to zrobi, bo tak by zapewne gdzieś by mu się oczy kleiły. A tak? Rozrusza nieco swoje kości. Skierował się na obrzeża Hogsmeade chcąc zaznać nieco spokoju. Na ulicach jak na złość kręciło się sporo ludzi, zupełnie jakby nic innego nie było do roboty tylko spacerowanie po miasteczku. Ziewnął zasłaniając dłonią usta i przeciągając się potem, doprawdy mógłby posądzać Rosmarte o dosypywanie czegoś na sen do posiłków, żeby napędzić wynajmowanie pokojów, ale wiedział, że senność zaraz minie - dlatego bardziej cicho zaśmiał się pod nosem na sam pomysł. Taki proceder miałby naprawdę krótkie nogi i potem by tylko ją wypędził z biznesu niż w nim pomógł.<br />
<br />
Odetchnął pełną piersią, chłonąc zapach lata, ciepłe suche powietrze uderzyło go w twarz z lekkim powiewem wiatru. Otworzył oczy choć nie pamiętał kiedy je otworzył i aż zamrugał. Czy przed chwilą też to widział? Zielony, wielki łuk zrobiony z żywopłotu mienił się w słońcu kilka metrów przed nim, wzruszył ramionami i wiedziony zaciekawieniem ruszył w jego stronę. Nie przekroczył go jednak bezmyślnie - lata pracy jako klątwo łamacz nauczyły go podejrzliwie podchodzić niemal do każdej sytuacji - dlatego też wcześniej zbadał czy nie znajdują się tu jakieś widoczne oznaki zabezpieczeń czy klątw. Po dogłębnej ocenie i przeszukiwaniu wejścia nie znalazł nic takowego, co świadczyłoby o tym, że jest to jaka pułapka a nieostrożnych wędrowców. Zresztą Hogsmeade nie był jakąś zapuszczoną mieściną na krańcu świata, nie było możliwe, żeby powstało tu coś niebezpiecznego, prawda? Tuż pod nosem Dumbledora. Dlatego też zamierzał zbadać to miejsce, sprawiało w nim dziwne przeczucie niepokoju, ale nie potrafił go nijak umiejscowić. Dobył różdżki, wolał być przygotowany, niż potem na szybko próbować wyszarpnąć ją, trzymanie jej na podorędziu było dość przydatne (tak go nauczyła praca, a nie pracował jako BUMowiec czy auror). Jednak pchanie się w nieznajome miejsce lepiej było być gotowym na wszystko.<br />
<br />
Westchnął raz jeszcze i wiedział, że już odwrotu nie ma, po prostu musiał poznać tajemnice tego miejsca. Wchodząc do środka zorientował się, że wkracza do labiryntu (ciężko to było przeoczyć skoro nagle wyrastał on wokół niego wysoki na kilka metrów), czyli zapewne coś w nim się kryje. Ciekaw był czy będzie miał do czynienia jedynie z krętymi korytarzami, czy natrafi też na przeszkody w postaci pułapek i magicznych stworzeń. Nie przepadał za labiryntami, ponieważ rzadko kiedy "broniły" dostępu do czegokolwiek wartościowego z punktu widzenia archeologicznego. Jednak zastosowanie pułapek w takich miejscach było ciekawe.<br />
<br />
Ruszył przed siebie chcąc mieć to za sobą jak najszybciej. Droga powrotna nie istniała, jako że za plecami pojawiła mu się ściana z takiego samego żywopłotu. Spróbował różnych zaklęć, jednak za każdym razem, nawet jeśli spalił żywopłot, to zaraz za zniszczoną ścianą była kolejna. Definitywnie musiał przeoczyć jakieś runy czy pieczęci znajdujące się przy tamtym łuku. Odetchnął głęboko poddając się w próbach przedarcia się siłą przez ściany labiryntu. Ostrożnie ruszył przed siebie, musiał dotrzeć do wyjścia, a może do środka labiryntu? Nie wiedział jak on działa, ale podejrzewał, że na jedne z dwóch sposobów, albo zniknie po osiągnięciu celu, albo musi znaleźć z niego wyjście. Teraz już na pewno musiał się dowiedzieć co to takiego było i dlaczego znajdowało się tuż na obrzeżach Hogsmeade - przecież tutaj w ciągu roku szkolnego wałęsali się uczniowie - skrzywił się, miał nadzieję, ze do tej pory nikt z uczniów Hodwartu nie trafił tutaj, z dwojga złego to wolałby, żeby był pierwszym, który wpadł w ten labirynt jak śliwka w kompot.<br />
<br />
Pierwsze skrzyżowanie dało mu do myślenia, mimo, że droga powrotna nie była możliwa do ustalenia, bo wręcz nie istniała ,to nadal musiał sobie zaznaczać miejsca skąd przyszedł∂ł, aby nie błądzić całkowicie po omacku ścieżkami tego labiryntu. Dlatego też postanowił pozostawiać po sobie narysowane magiczne ślady - dzięki temu będzie wiedział skąd przyszedł w razie jakby natrafił na ślepy uliczek i musiał wrócić do miejsca wyjścia, aby móc obrać nową drogę. Gdyby tego nie zrobił równie dobrze mógłby biegać bez celu wśród tego żywopłotu lub położyć się i czekać na śmierć.<br />
<br />
Nie miał pojęcia którą z dróg wybrać, czy iść w lewo czy w prawo - zasępił się przyglądając się to jednej to drugiej ścieżce. Ale nie było można tam nic dostrzec - wyglądała ona najzwyczajniej w świecie, tak jedna i druga. Dlatego zamknął oczy i zaczął węszyć, pewien mądry klątwołamacz przekazał mu jakże cenną wskazówkę, kiedy zaczynał w tej branży. "Kiedy nie wiesz gdzie iść, idź za nosem, tam gdzie mniej śmierdzi" - często się do niej stosował i nigdy źle na tym nie wyszedł. Po chwili stania w miejscu zadecydował - ścieżka wiodąca w prawo pachniała nieco lepiej - zostawił za sobą ślad, aby wiedział potem skąd przyszedł i ruszył w tamtym kierunku.<br />
<br />
Rzut na percepcję:<br />
[roll=N]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Czasami zdarzało mu się zapomnieć (lata podróży robiły swoje) jak bardzo zmienne jest lato w Anglii. Ledwie wczoraj lalo od rana do wieczora, gdy dzisiaj jak gdyby nigdy nic świeciło słońce. Ale korzystając już z tego że dzień był całkiem ładny i nie musiał kryć się pod parasolem postanowił odwiedzić nieco starych śmieci. Pomogł Norze załatwić wszelkie niezbędne rzeczy rano i w samo południe udał się na wyprawę do Hogsmeade.<br />
Nie był w tym miejscu już ładnych pare lat - zapomniał jak ta czarodziejska wioska potrafi być niezwykła. Zatrzymał się widząc pierwsze zabudowania i nikły uśmiech wkradł mu się na usta. Może nie odwiedzał zbyt często tego miejsca, to jednak jakiś sentyment do niego miał, w końcu wiele czasu spędzili tutaj jako dzieciaki podczas wycieczek z Hogwartu. Wbrew pozorom miał wiele wspomnień z tym miejscem, głownie tych przyjemnych, jak spędzał ze znajomymi ze szkoły czas tutaj, jak pokazywał pierwszy raz zabrał tu siostrę podczas jej trzeciego roku. Uśmiechnął się tknięty nostalgią. Zdecydował się, że najpierw uda się do Trzech Mioteł, żeby coś zjeść i napić się, poranne obowiązki jak i podróż do tej wioski sprawiły że był nad wyraz głodny. No nie nie mógł odpuścić sobie odwiedzenia Madame Rosmerty!<br />
<br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><span style="color: #444444;" class="mycode_color">***</span></div>
<br />
Po porządnym obiedzie i piwie kremowym (musiał dzisiaj jeszcze wrócić do Londynu, więc wolał nie pić nic co zawierało alkohol, jakoś nie widziało mu się składanie się po rozszczepieniu po teleportacji, a na tłuczenie się Błędnym Rycerzem był zbyt leniwy, taka podróż zajmowała zbyt długo skoro mógł się teleportować po drodze zahaczając o kilka innych miejsc. Udało mu się nawet zamienić kilka słów z właścicielką Trzech Mioteł wspominając dawne czasy, kiedy jeszcze jako uczeń zjawiał się w jej progach, a teraz? Zjawił się prawie dwukrotnie starszy niż kiedy ostanim razem. Nie dane jednak były im dłuższe wspominki, bowiem klientela domagała się uwagi i nie goła porzucać biznesu dla rozmowy z jednym ze starych klientów.<br />
Ale z pełnym brzuchem zdecydowanie lepiej się spacerowało - dobrze też mu to zrobi, bo tak by zapewne gdzieś by mu się oczy kleiły. A tak? Rozrusza nieco swoje kości. Skierował się na obrzeża Hogsmeade chcąc zaznać nieco spokoju. Na ulicach jak na złość kręciło się sporo ludzi, zupełnie jakby nic innego nie było do roboty tylko spacerowanie po miasteczku. Ziewnął zasłaniając dłonią usta i przeciągając się potem, doprawdy mógłby posądzać Rosmarte o dosypywanie czegoś na sen do posiłków, żeby napędzić wynajmowanie pokojów, ale wiedział, że senność zaraz minie - dlatego bardziej cicho zaśmiał się pod nosem na sam pomysł. Taki proceder miałby naprawdę krótkie nogi i potem by tylko ją wypędził z biznesu niż w nim pomógł.<br />
<br />
Odetchnął pełną piersią, chłonąc zapach lata, ciepłe suche powietrze uderzyło go w twarz z lekkim powiewem wiatru. Otworzył oczy choć nie pamiętał kiedy je otworzył i aż zamrugał. Czy przed chwilą też to widział? Zielony, wielki łuk zrobiony z żywopłotu mienił się w słońcu kilka metrów przed nim, wzruszył ramionami i wiedziony zaciekawieniem ruszył w jego stronę. Nie przekroczył go jednak bezmyślnie - lata pracy jako klątwo łamacz nauczyły go podejrzliwie podchodzić niemal do każdej sytuacji - dlatego też wcześniej zbadał czy nie znajdują się tu jakieś widoczne oznaki zabezpieczeń czy klątw. Po dogłębnej ocenie i przeszukiwaniu wejścia nie znalazł nic takowego, co świadczyłoby o tym, że jest to jaka pułapka a nieostrożnych wędrowców. Zresztą Hogsmeade nie był jakąś zapuszczoną mieściną na krańcu świata, nie było możliwe, żeby powstało tu coś niebezpiecznego, prawda? Tuż pod nosem Dumbledora. Dlatego też zamierzał zbadać to miejsce, sprawiało w nim dziwne przeczucie niepokoju, ale nie potrafił go nijak umiejscowić. Dobył różdżki, wolał być przygotowany, niż potem na szybko próbować wyszarpnąć ją, trzymanie jej na podorędziu było dość przydatne (tak go nauczyła praca, a nie pracował jako BUMowiec czy auror). Jednak pchanie się w nieznajome miejsce lepiej było być gotowym na wszystko.<br />
<br />
Westchnął raz jeszcze i wiedział, że już odwrotu nie ma, po prostu musiał poznać tajemnice tego miejsca. Wchodząc do środka zorientował się, że wkracza do labiryntu (ciężko to było przeoczyć skoro nagle wyrastał on wokół niego wysoki na kilka metrów), czyli zapewne coś w nim się kryje. Ciekaw był czy będzie miał do czynienia jedynie z krętymi korytarzami, czy natrafi też na przeszkody w postaci pułapek i magicznych stworzeń. Nie przepadał za labiryntami, ponieważ rzadko kiedy "broniły" dostępu do czegokolwiek wartościowego z punktu widzenia archeologicznego. Jednak zastosowanie pułapek w takich miejscach było ciekawe.<br />
<br />
Ruszył przed siebie chcąc mieć to za sobą jak najszybciej. Droga powrotna nie istniała, jako że za plecami pojawiła mu się ściana z takiego samego żywopłotu. Spróbował różnych zaklęć, jednak za każdym razem, nawet jeśli spalił żywopłot, to zaraz za zniszczoną ścianą była kolejna. Definitywnie musiał przeoczyć jakieś runy czy pieczęci znajdujące się przy tamtym łuku. Odetchnął głęboko poddając się w próbach przedarcia się siłą przez ściany labiryntu. Ostrożnie ruszył przed siebie, musiał dotrzeć do wyjścia, a może do środka labiryntu? Nie wiedział jak on działa, ale podejrzewał, że na jedne z dwóch sposobów, albo zniknie po osiągnięciu celu, albo musi znaleźć z niego wyjście. Teraz już na pewno musiał się dowiedzieć co to takiego było i dlaczego znajdowało się tuż na obrzeżach Hogsmeade - przecież tutaj w ciągu roku szkolnego wałęsali się uczniowie - skrzywił się, miał nadzieję, ze do tej pory nikt z uczniów Hodwartu nie trafił tutaj, z dwojga złego to wolałby, żeby był pierwszym, który wpadł w ten labirynt jak śliwka w kompot.<br />
<br />
Pierwsze skrzyżowanie dało mu do myślenia, mimo, że droga powrotna nie była możliwa do ustalenia, bo wręcz nie istniała ,to nadal musiał sobie zaznaczać miejsca skąd przyszedł∂ł, aby nie błądzić całkowicie po omacku ścieżkami tego labiryntu. Dlatego też postanowił pozostawiać po sobie narysowane magiczne ślady - dzięki temu będzie wiedział skąd przyszedł w razie jakby natrafił na ślepy uliczek i musiał wrócić do miejsca wyjścia, aby móc obrać nową drogę. Gdyby tego nie zrobił równie dobrze mógłby biegać bez celu wśród tego żywopłotu lub położyć się i czekać na śmierć.<br />
<br />
Nie miał pojęcia którą z dróg wybrać, czy iść w lewo czy w prawo - zasępił się przyglądając się to jednej to drugiej ścieżce. Ale nie było można tam nic dostrzec - wyglądała ona najzwyczajniej w świecie, tak jedna i druga. Dlatego zamknął oczy i zaczął węszyć, pewien mądry klątwołamacz przekazał mu jakże cenną wskazówkę, kiedy zaczynał w tej branży. "Kiedy nie wiesz gdzie iść, idź za nosem, tam gdzie mniej śmierdzi" - często się do niej stosował i nigdy źle na tym nie wyszedł. Po chwili stania w miejscu zadecydował - ścieżka wiodąca w prawo pachniała nieco lepiej - zostawił za sobą ślad, aby wiedział potem skąd przyszedł i ruszył w tamtym kierunku.<br />
<br />
Rzut na percepcję:<br />
[roll=N]]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Hogsmeade]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=3426</link>
			<pubDate>Sun, 16 Jun 2024 17:07:00 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=210">Strażnik Tajemnic</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=3426</guid>
			<description><![CDATA[<div class="locka"><h4>Hogsmeade</h4><br />
Hogsmeade to wioska położona w Szkocji, zaledwie pół godziny drogi od Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie. Została założona po 982 roku przez czarodzieja Hengista z Woodcroft po wypędzeniu z rodzinnego domu przez mugolskich prześladowców. To on postawił na granicy wsi drewnianą tablicę przedstawiającą jej nazwę oraz liczbę mieszkańców, która magicznie aktualizuje się w zależności od zgonów i urodzeń, do których dochodzi na jej terytorium.<br />
<br />
Wioska słynie z tego, że jest jedynym miejscem w Wielkiej Brytanii zamieszkanym wyłącznie przez czarodziejów. Częstymi gośćmi w okolicy są uczniowie lokalnej akademii magii, jednak odwiedzają ją przede wszystkim w weekendy, pod warunkiem uzyskania zgody swoich opiekunów prawnych. Osoby dorosłe zaś często odwiedzają Hogsmeade w poszukiwaniu miejsca na odpoczynek lub zakupy. Jest to również ważny przystanek na drodze śmiałków, którzy poszukują przygód na szkockich wyżynach. W Hogsmeade znajdują się liczne sklepy i lokale usługowe.<br />
<br />
Osada leży w malowniczej okolicy: w pobliżu znajdują się lasy, jeziora oraz góry, a sama wioska może poszczycić się charakterystyczną architekturą – kamienne domki o spadzistych dachach są regularnie dekorowane przez mieszkańców sezonowymi ozdobami pasującymi do panującej akurat pory roku i zbliżających się sabatów.</div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div class="locka"><h4>Hogsmeade</h4><br />
Hogsmeade to wioska położona w Szkocji, zaledwie pół godziny drogi od Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie. Została założona po 982 roku przez czarodzieja Hengista z Woodcroft po wypędzeniu z rodzinnego domu przez mugolskich prześladowców. To on postawił na granicy wsi drewnianą tablicę przedstawiającą jej nazwę oraz liczbę mieszkańców, która magicznie aktualizuje się w zależności od zgonów i urodzeń, do których dochodzi na jej terytorium.<br />
<br />
Wioska słynie z tego, że jest jedynym miejscem w Wielkiej Brytanii zamieszkanym wyłącznie przez czarodziejów. Częstymi gośćmi w okolicy są uczniowie lokalnej akademii magii, jednak odwiedzają ją przede wszystkim w weekendy, pod warunkiem uzyskania zgody swoich opiekunów prawnych. Osoby dorosłe zaś często odwiedzają Hogsmeade w poszukiwaniu miejsca na odpoczynek lub zakupy. Jest to również ważny przystanek na drodze śmiałków, którzy poszukują przygód na szkockich wyżynach. W Hogsmeade znajdują się liczne sklepy i lokale usługowe.<br />
<br />
Osada leży w malowniczej okolicy: w pobliżu znajdują się lasy, jeziora oraz góry, a sama wioska może poszczycić się charakterystyczną architekturą – kamienne domki o spadzistych dachach są regularnie dekorowane przez mieszkańców sezonowymi ozdobami pasującymi do panującej akurat pory roku i zbliżających się sabatów.</div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[10.06.72] Piosenka sprzed lat]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=3417</link>
			<pubDate>Sat, 15 Jun 2024 18:24:06 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=24">Brenna Longbottom</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=3417</guid>
			<description><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Brenna Longbottom - osiągnięcie Życie to przygody lub pustka</div></div>
<br />
<div class="ooc"><div class="ooc-wrapper"><center><span class="ooc-toggle">Odkryj wiadomość pozafabularną</span></center><div class="ooc-content">Magiczna pozytywka. Znalazłeś pozytywkę. Kiedy ją otworzyłeś, ty i każdy, kto ją usłyszał, przez chwilę sądził, że znowu jest nastolatkiem. Kolejnego ranka pozytywka znikła, a rzucony przez nią czar prysł.<br />
Plus symbol <a href="http://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=2077&amp;pid=37990#pid37990" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">Pudełka</a></div></div></div>
*<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- Och, widzę, że nasza zguba wreszcie się znalazła. Gdzieś ty była, młoda damo?</span><br />
Gdyby Elise Potter nie miała tego specjalnego wyrazu twarzy, świadczącego o tym, że jest bardzo, bardzo zirytowana, i nie przybrała tej specjalnej postawy, którą Brenna przywykła od dzieciństwa kojarzyć z „ojej, tym razem chyba trochę przesadziłam”, może odpowiedziałaby, że ani ona młoda, ani dama (przez większość czasu przynajmniej) i że właściwie to nie powinno nikogo dziwić, że znikła z domu na tak długo. Ale miała TĘ minę, a poza tym Brenna chcąc nie chcąc musiała przyznać, że w obliczu Beltane, śmierci Derwina, widm w Kniei i wszystkiego, co działo się ostatnio w kraju, mieli pełne prawo się zmartwić, że znikła sobie na tak długo bez jednego słowa.<br />
Zwłaszcza, że obiecała zabrać wszystkie psy na długi spacer. Miała nadzieję, że ktoś zrobił to za nią i biedne zwierzaki (które swoim zwyczajem opadły ją na progu, jak zresztą robiły z każdym domownikiem) miały szansę wczoraj pozwiedzać okolicę. Wprawdzie sad był duży, ale to nie to samo, co taka wyprawa nad rzekę.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– W Hogsmeade.</span><br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">– W Hogsmeade nie mają przypadkiem punktu sowiej poczty?</span> – spytała Elise słodkim głosem. Nie pytała, co córka tam robiła i dlaczego się nie pojawiła, bo i pani Potter dawno temu pogodziła się z tym, że ma dzieci (te prawdziwe i przyszywane) bardzo niezależne. I że czasem poza domem zatrzyma je praca, czasem spotkanie ze znajomymi, czasem jakaś randka, a czasem mordercze niebezpieczeństwo i chyba zwykle wolała nie wiedzieć. Ale jednak kiedy obiecały, że będą zaraz po pracy (co zwykle w przypadku Brenny oznaczało jakieś trzy godziny po zakończeniu zmiany, nadgodziny były już częścią jej jestestwa), trochę się martwiła, gdy nie docierały ani wieczorem, ani w nocy, i odnajdywały się dopiero rano, nie puszczając żadnej karteczki… <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">– Ani sieci Fiuu, żeby podrzucić informację?</span><br />
Brenna westchnęła i opadła na fotel. Była zmęczona, trochę zmarznięta i bardzo, bardzo skonfundowana. <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Bo to było tak. Wybrałam się do Hogsmeade, żeby poszukać idealnego prezentu dla wujka Morpheusa, a wiesz, że jak szuka się prezentu dla Morpheusa, to nie wolno wcześniej planować, co zamierza się kupić, więc to jest całe przedsięwzięcie, i weszłam do jednego sklepu z różnościami, i zauważyłam tam ładne pudełko…</span><br />
*<br />
Może gdyby Brenna wiedziała, że bardzo podobne pudełko zobaczył na dnie jej filiżanki Vakel Dołohow zaledwie kilka dni temu, byłaby ostrożniejsza.<br />
Ale na własne nieszczęście, ona w swojej filiżance widziała jedynie rozmiękłe fusy, a wieszcz spojrzał na dno filiżanki, gdy ona już wyszła (i nic by prawdopodobnie nie pomogło, jeżeli spojrzałby przy niej). Zresztą – może wywróżył właśnie ten moment, a może chodziło o inne pudełko i zgubę, która została w niej zamknięta, sztylet wypełniony ciemnością, który wciąż jednak leżał w przyszłości, i o którym Brenna póki co nic nie wiedziała. Dlatego Brenna Longbottom ściągnęła to pudełko z pozytywką z regału, obejrzała je i potem otworzyła.<br />
Muzykę usłyszały ona i sprzedawczyni.<br />
Pięć później sprzedawczyni zamknęła sklep. Nie za bardzo rozumiała, dlaczego Brenna chce jej za tę pozytywkę zapłacić i po prostu wystawiła ją za drzwi, informując, że ona to się bardzo spieszy, bo musi przygotować się do czerwcowych egzaminów w Hogwarcie. Brennę zdumiało to podwójnie, bo przecież sprzedawczyni wyglądała na dobre czterdzieści lat, a poza tym zupełnie nie kojarzyła jej ze szkoły, do której sama teraz chodziła…<br />
…bo tak. Weszła do sklepu doskonale wiedząc, że ma dwadzieścia siedem lat, pracuje w Brygadzie Uderzeniowej i ogólnie rzecz biorąc jest dorosłą osobą, nawet jeszcze odpowiedzialna bywała tylko od czasu do czasu, a dojrzała to jak się jej akurat zachciało, czyli praktycznie nigdy. Wyszła z niego święcie przekonana, że jest rok 1962, ona ma siedemnaście lat i większość wspomnień z ostatniej dekady spowiła gęsta mgła. Brenna nie pamiętała, że niedawno zmarł jej wuj, że trwa wojna, że podczas Beltane doszło do zachwiania równowagi pomiędzy światami. Za to inne wspomnienia nabrały wyraźności: Wieża Gryffindoru, lekcje w lochach ze Slughornem, sufit wielkiej Sali, rozmowa z McGongall na temat Nieodpowiednich Znajomości (Brenna nie miała zielonego pojęcia, że Minerwa mówi prawdopodobnie o Vincencie), wspólna nauka z Victorią i Cynthią, po południe na błoniach z Norą i Aveliną… Było tak, jakby wydarzyło się to wczoraj.<br />
Ba, wydawało się jej, że to faktycznie wydarzyło się zaledwie wczoraj, i nie zwracała zupełnie uwagi na to, że niektóre wspomnienia były jednak odrobinę zatarte, i że gdyby się bardzo, bardzo skupiła, pewnie przypomniałaby sobie takie rzeczy jak ostatni wieczór w Hogsmeade, czy pobudka w wieży astronomicznej. Bo nie próbowała się skupiać. Szła przez wioskę bardzo beztroska, pogwizdując nawet pod nosem, z magiczną pozytywką w rękach, która grała takie piękne melodie, i która będzie doskonałym prezentem dla Morpheusa.<br />
(Przez krótką chwilę gdzieś w jej głowie walczyły dwie wizje wujka, tego który miał lat trzydzieści dwa, i tego, który miał ich czterdzieści dwa, ale nie zmienił się przez tę dekadę dostatecznie mocno, aby Brenna zrozumiała, że coś jest nie tak.)<br />
Jeżeli coś ją dziwiło, to raczej to, że nigdzie w Hogsmeade nie natknęła się na innych, znajomych uczniów. Przecież skoro tutaj przyszła na zakupy, oznaczało to, że to musiał być „weekend hogsmeadowy”, wyczekiwany przez uczniów, wszędzie więc powinno się roić od czarnych, hogwarckich szat i znajomych twarzy. I bardzo chętnie zaczepiłaby kogoś, wybrała się na spacer, weszła do Zonka, pogadała albo zrobiła coś głupiego, ale nie znalazła nikogo z przyjaciół ze szkolnej ławy ani na ulicach, ani w Pod Trzema Miotłami, ani w herbaciarni, do której uczniowie lubili chodzić na randki, a Brenna głównie dlatego, że mieli tam dobrą herbatę.<br />
Przyszło jej do głowy, że może jednak wymknęła się z zamku, i, o bogowie, zupełnie o tym zapomniała. Nie była pewna, co napełniło ją większą zgrozą, wyobrażenie sobie miny Minerwy, gdy będzie za to Brennę ganić, czy to, że nie pamięta, dlaczego to zrobiła. (Chociaż chyba to drugie, bo jednak Brenna, nawet jeśli od V roku stała się dość grzeczną uczennicą, to jednak miała na koncie trochę wybryków, ot zwykle bardzo pilnowała, aby jej przypadkiem na nich nie przyłapać.) I w związku z tym ostatecznie skierowała się dobrze znaną sobie ścieżką, prowadzącą z czarodziejskiej wioski do Hogwartu. <br />
Dostrzegała na niej drobne zmiany, ale chyba tylko na podświadomym poziomie, i niepokoiła się coraz bardziej.<br />
A wreszcie czekała ją najmniej miła niespodzianka.<br />
Okazało się, że Brenna nie może wejść na teren szkoły.<br />
Nie było w tym nic zaskakującego. Hogwartu przecież chroniła magia, nie dało się tam wejść ot tak sobie, na życzenie, a chociaż pewnie Dumbledore wpuściłby ją, to nie miała powodów prosić o spotkanie, i nie zapowiedziała się. Ale Brenna wierzyła, że wciąż jest uczennicą, i wszystko składało się jej na to, że do licha, uciekła z terenów szkolnych, i najwyraźniej nie dało się na nie tak łatwo wrócić. Rozważała próbę przejścia przez Zakazany Las (teleportować się przecież nie dało, a nawet gdyby się dało, to brenna nie pamiętała, że w ogóle to potrafi), po jakiejś godzinie kręcenia się wokół zamku, zrezygnowała jednak z tego pomysłu.<br />
Prędzej czy później ktoś zauważy, że jej nie ma.<br />
Nie była pewna, czy wolałaby, aby nastąpiło to prędzej, bo wtedy mogłaby wrócić do szkoły, czy wolałaby, aby nastąpiło to jednak później, bo to odwlecze ewentualną karę.<br />
Tak czy inaczej, usiadła po prostu nad jeziorem, po którego drugiej stronie wznosiły się ciemne, hogwarckie wieże (ten widok napawał ją jakąś nostalgią i dziwnym żalem, ale nie miała pojęcia, skąd się te uczucia brały), otworzyła pozytywkę i położyła się na trawie. A że – chociaż o tym też nie pamiętała – w ostatnich tygodniach sypiała o wiele za mało, dość szybko Brennę przy dźwiękach wygrywanych przez pozytywkę zmorzył sen.<br />
*<br />
Obudziła się kilka godzin później, gdy stary zegarek, należący niegdyś do najmłodszego brata Godryka, wskazywał godzinę czwartą nad ranem. Świtało już, niebo na wschodzie przybrało jasną barwę, na trawie osiadła rosa. Brenna zmarzła, bo chociaż pogoda była dobra, to leżenie przez całą noc nad jeziorem nie należało do najlepszych pomysłów. Przez moment siedziała skonsternowana na brzegu, kompletnie nie pojmując, co się stało.<br />
Zwłaszcza że pudełeczko, które przyniosła z Hogsmeade, przepadło bez śladu.<br />
Teleportowała się najpierw z powrotem do wioski, ale o tej porze sklep z różnościami był zamknięty. Tak samo, jak wszystko inne. I chociaż bardzo chciała wyjaśnić ten dziwny fenomen, to marzyła też po prostu o herbacie, poza tym przypomniała sobie, że miała po pierwsze, wyprowadzić psy, po drugie, obiecała pomóc matce w jednej sprawie, po trzecie, dzisiaj przecież pracowała. Zła na samą siebie, na trzy „skoki” teleportacyjne aportowała się więc najpierw na skraj Szkocji, potem do Londynu, a wreszcie z powrotem do Doliny Godryka.<br />
Wspomnienie wczorajszego wieczora było trochę jak sen, a trochę niosło ze sobą ten sam żal, który odczuwała, patrząc na ciemne mury Hogwartu.<br />
Tęsknota za tym, co było i nigdy nie wróci.<br />
Tęsknota za tym, co przeminęło.<br />
I tęsknota za wszystkimi szansami, które nie zostały wykorzystane, za doświadczeniami, które przemknęły obok – bo młodość to nieograniczone możliwości, a później… <br />
Nieważne.<br />
*<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">– Och Brenna</span> – westchnęła Elisa, jakby naprawdę nie wiedziała, jak to skomentować. Mogła zarzucić Brennie kłamstwo, ale nawet jeżeli ta zmyślała, to co bo ty zmieniło.<br />
Pokręciła więc tylko głową z rezygnacją.<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">– Jeżeli znowu tak znikniesz, będę bardzo zła</span> – oświadczyła. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">– A teraz lepiej napij się herbaty i szykuj do pracy.</span><br />
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">Koniec sesji</div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Brenna Longbottom - osiągnięcie Życie to przygody lub pustka</div></div>
<br />
<div class="ooc"><div class="ooc-wrapper"><center><span class="ooc-toggle">Odkryj wiadomość pozafabularną</span></center><div class="ooc-content">Magiczna pozytywka. Znalazłeś pozytywkę. Kiedy ją otworzyłeś, ty i każdy, kto ją usłyszał, przez chwilę sądził, że znowu jest nastolatkiem. Kolejnego ranka pozytywka znikła, a rzucony przez nią czar prysł.<br />
Plus symbol <a href="http://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=2077&amp;pid=37990#pid37990" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">Pudełka</a></div></div></div>
*<br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">- Och, widzę, że nasza zguba wreszcie się znalazła. Gdzieś ty była, młoda damo?</span><br />
Gdyby Elise Potter nie miała tego specjalnego wyrazu twarzy, świadczącego o tym, że jest bardzo, bardzo zirytowana, i nie przybrała tej specjalnej postawy, którą Brenna przywykła od dzieciństwa kojarzyć z „ojej, tym razem chyba trochę przesadziłam”, może odpowiedziałaby, że ani ona młoda, ani dama (przez większość czasu przynajmniej) i że właściwie to nie powinno nikogo dziwić, że znikła z domu na tak długo. Ale miała TĘ minę, a poza tym Brenna chcąc nie chcąc musiała przyznać, że w obliczu Beltane, śmierci Derwina, widm w Kniei i wszystkiego, co działo się ostatnio w kraju, mieli pełne prawo się zmartwić, że znikła sobie na tak długo bez jednego słowa.<br />
Zwłaszcza, że obiecała zabrać wszystkie psy na długi spacer. Miała nadzieję, że ktoś zrobił to za nią i biedne zwierzaki (które swoim zwyczajem opadły ją na progu, jak zresztą robiły z każdym domownikiem) miały szansę wczoraj pozwiedzać okolicę. Wprawdzie sad był duży, ale to nie to samo, co taka wyprawa nad rzekę.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– W Hogsmeade.</span><br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">– W Hogsmeade nie mają przypadkiem punktu sowiej poczty?</span> – spytała Elise słodkim głosem. Nie pytała, co córka tam robiła i dlaczego się nie pojawiła, bo i pani Potter dawno temu pogodziła się z tym, że ma dzieci (te prawdziwe i przyszywane) bardzo niezależne. I że czasem poza domem zatrzyma je praca, czasem spotkanie ze znajomymi, czasem jakaś randka, a czasem mordercze niebezpieczeństwo i chyba zwykle wolała nie wiedzieć. Ale jednak kiedy obiecały, że będą zaraz po pracy (co zwykle w przypadku Brenny oznaczało jakieś trzy godziny po zakończeniu zmiany, nadgodziny były już częścią jej jestestwa), trochę się martwiła, gdy nie docierały ani wieczorem, ani w nocy, i odnajdywały się dopiero rano, nie puszczając żadnej karteczki… <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">– Ani sieci Fiuu, żeby podrzucić informację?</span><br />
Brenna westchnęła i opadła na fotel. Była zmęczona, trochę zmarznięta i bardzo, bardzo skonfundowana. <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Bo to było tak. Wybrałam się do Hogsmeade, żeby poszukać idealnego prezentu dla wujka Morpheusa, a wiesz, że jak szuka się prezentu dla Morpheusa, to nie wolno wcześniej planować, co zamierza się kupić, więc to jest całe przedsięwzięcie, i weszłam do jednego sklepu z różnościami, i zauważyłam tam ładne pudełko…</span><br />
*<br />
Może gdyby Brenna wiedziała, że bardzo podobne pudełko zobaczył na dnie jej filiżanki Vakel Dołohow zaledwie kilka dni temu, byłaby ostrożniejsza.<br />
Ale na własne nieszczęście, ona w swojej filiżance widziała jedynie rozmiękłe fusy, a wieszcz spojrzał na dno filiżanki, gdy ona już wyszła (i nic by prawdopodobnie nie pomogło, jeżeli spojrzałby przy niej). Zresztą – może wywróżył właśnie ten moment, a może chodziło o inne pudełko i zgubę, która została w niej zamknięta, sztylet wypełniony ciemnością, który wciąż jednak leżał w przyszłości, i o którym Brenna póki co nic nie wiedziała. Dlatego Brenna Longbottom ściągnęła to pudełko z pozytywką z regału, obejrzała je i potem otworzyła.<br />
Muzykę usłyszały ona i sprzedawczyni.<br />
Pięć później sprzedawczyni zamknęła sklep. Nie za bardzo rozumiała, dlaczego Brenna chce jej za tę pozytywkę zapłacić i po prostu wystawiła ją za drzwi, informując, że ona to się bardzo spieszy, bo musi przygotować się do czerwcowych egzaminów w Hogwarcie. Brennę zdumiało to podwójnie, bo przecież sprzedawczyni wyglądała na dobre czterdzieści lat, a poza tym zupełnie nie kojarzyła jej ze szkoły, do której sama teraz chodziła…<br />
…bo tak. Weszła do sklepu doskonale wiedząc, że ma dwadzieścia siedem lat, pracuje w Brygadzie Uderzeniowej i ogólnie rzecz biorąc jest dorosłą osobą, nawet jeszcze odpowiedzialna bywała tylko od czasu do czasu, a dojrzała to jak się jej akurat zachciało, czyli praktycznie nigdy. Wyszła z niego święcie przekonana, że jest rok 1962, ona ma siedemnaście lat i większość wspomnień z ostatniej dekady spowiła gęsta mgła. Brenna nie pamiętała, że niedawno zmarł jej wuj, że trwa wojna, że podczas Beltane doszło do zachwiania równowagi pomiędzy światami. Za to inne wspomnienia nabrały wyraźności: Wieża Gryffindoru, lekcje w lochach ze Slughornem, sufit wielkiej Sali, rozmowa z McGongall na temat Nieodpowiednich Znajomości (Brenna nie miała zielonego pojęcia, że Minerwa mówi prawdopodobnie o Vincencie), wspólna nauka z Victorią i Cynthią, po południe na błoniach z Norą i Aveliną… Było tak, jakby wydarzyło się to wczoraj.<br />
Ba, wydawało się jej, że to faktycznie wydarzyło się zaledwie wczoraj, i nie zwracała zupełnie uwagi na to, że niektóre wspomnienia były jednak odrobinę zatarte, i że gdyby się bardzo, bardzo skupiła, pewnie przypomniałaby sobie takie rzeczy jak ostatni wieczór w Hogsmeade, czy pobudka w wieży astronomicznej. Bo nie próbowała się skupiać. Szła przez wioskę bardzo beztroska, pogwizdując nawet pod nosem, z magiczną pozytywką w rękach, która grała takie piękne melodie, i która będzie doskonałym prezentem dla Morpheusa.<br />
(Przez krótką chwilę gdzieś w jej głowie walczyły dwie wizje wujka, tego który miał lat trzydzieści dwa, i tego, który miał ich czterdzieści dwa, ale nie zmienił się przez tę dekadę dostatecznie mocno, aby Brenna zrozumiała, że coś jest nie tak.)<br />
Jeżeli coś ją dziwiło, to raczej to, że nigdzie w Hogsmeade nie natknęła się na innych, znajomych uczniów. Przecież skoro tutaj przyszła na zakupy, oznaczało to, że to musiał być „weekend hogsmeadowy”, wyczekiwany przez uczniów, wszędzie więc powinno się roić od czarnych, hogwarckich szat i znajomych twarzy. I bardzo chętnie zaczepiłaby kogoś, wybrała się na spacer, weszła do Zonka, pogadała albo zrobiła coś głupiego, ale nie znalazła nikogo z przyjaciół ze szkolnej ławy ani na ulicach, ani w Pod Trzema Miotłami, ani w herbaciarni, do której uczniowie lubili chodzić na randki, a Brenna głównie dlatego, że mieli tam dobrą herbatę.<br />
Przyszło jej do głowy, że może jednak wymknęła się z zamku, i, o bogowie, zupełnie o tym zapomniała. Nie była pewna, co napełniło ją większą zgrozą, wyobrażenie sobie miny Minerwy, gdy będzie za to Brennę ganić, czy to, że nie pamięta, dlaczego to zrobiła. (Chociaż chyba to drugie, bo jednak Brenna, nawet jeśli od V roku stała się dość grzeczną uczennicą, to jednak miała na koncie trochę wybryków, ot zwykle bardzo pilnowała, aby jej przypadkiem na nich nie przyłapać.) I w związku z tym ostatecznie skierowała się dobrze znaną sobie ścieżką, prowadzącą z czarodziejskiej wioski do Hogwartu. <br />
Dostrzegała na niej drobne zmiany, ale chyba tylko na podświadomym poziomie, i niepokoiła się coraz bardziej.<br />
A wreszcie czekała ją najmniej miła niespodzianka.<br />
Okazało się, że Brenna nie może wejść na teren szkoły.<br />
Nie było w tym nic zaskakującego. Hogwartu przecież chroniła magia, nie dało się tam wejść ot tak sobie, na życzenie, a chociaż pewnie Dumbledore wpuściłby ją, to nie miała powodów prosić o spotkanie, i nie zapowiedziała się. Ale Brenna wierzyła, że wciąż jest uczennicą, i wszystko składało się jej na to, że do licha, uciekła z terenów szkolnych, i najwyraźniej nie dało się na nie tak łatwo wrócić. Rozważała próbę przejścia przez Zakazany Las (teleportować się przecież nie dało, a nawet gdyby się dało, to brenna nie pamiętała, że w ogóle to potrafi), po jakiejś godzinie kręcenia się wokół zamku, zrezygnowała jednak z tego pomysłu.<br />
Prędzej czy później ktoś zauważy, że jej nie ma.<br />
Nie była pewna, czy wolałaby, aby nastąpiło to prędzej, bo wtedy mogłaby wrócić do szkoły, czy wolałaby, aby nastąpiło to jednak później, bo to odwlecze ewentualną karę.<br />
Tak czy inaczej, usiadła po prostu nad jeziorem, po którego drugiej stronie wznosiły się ciemne, hogwarckie wieże (ten widok napawał ją jakąś nostalgią i dziwnym żalem, ale nie miała pojęcia, skąd się te uczucia brały), otworzyła pozytywkę i położyła się na trawie. A że – chociaż o tym też nie pamiętała – w ostatnich tygodniach sypiała o wiele za mało, dość szybko Brennę przy dźwiękach wygrywanych przez pozytywkę zmorzył sen.<br />
*<br />
Obudziła się kilka godzin później, gdy stary zegarek, należący niegdyś do najmłodszego brata Godryka, wskazywał godzinę czwartą nad ranem. Świtało już, niebo na wschodzie przybrało jasną barwę, na trawie osiadła rosa. Brenna zmarzła, bo chociaż pogoda była dobra, to leżenie przez całą noc nad jeziorem nie należało do najlepszych pomysłów. Przez moment siedziała skonsternowana na brzegu, kompletnie nie pojmując, co się stało.<br />
Zwłaszcza że pudełeczko, które przyniosła z Hogsmeade, przepadło bez śladu.<br />
Teleportowała się najpierw z powrotem do wioski, ale o tej porze sklep z różnościami był zamknięty. Tak samo, jak wszystko inne. I chociaż bardzo chciała wyjaśnić ten dziwny fenomen, to marzyła też po prostu o herbacie, poza tym przypomniała sobie, że miała po pierwsze, wyprowadzić psy, po drugie, obiecała pomóc matce w jednej sprawie, po trzecie, dzisiaj przecież pracowała. Zła na samą siebie, na trzy „skoki” teleportacyjne aportowała się więc najpierw na skraj Szkocji, potem do Londynu, a wreszcie z powrotem do Doliny Godryka.<br />
Wspomnienie wczorajszego wieczora było trochę jak sen, a trochę niosło ze sobą ten sam żal, który odczuwała, patrząc na ciemne mury Hogwartu.<br />
Tęsknota za tym, co było i nigdy nie wróci.<br />
Tęsknota za tym, co przeminęło.<br />
I tęsknota za wszystkimi szansami, które nie zostały wykorzystane, za doświadczeniami, które przemknęły obok – bo młodość to nieograniczone możliwości, a później… <br />
Nieważne.<br />
*<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">– Och Brenna</span> – westchnęła Elisa, jakby naprawdę nie wiedziała, jak to skomentować. Mogła zarzucić Brennie kłamstwo, ale nawet jeżeli ta zmyślała, to co bo ty zmieniło.<br />
Pokręciła więc tylko głową z rezygnacją.<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">– Jeżeli znowu tak znikniesz, będę bardzo zła</span> – oświadczyła. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">– A teraz lepiej napij się herbaty i szykuj do pracy.</span><br />
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">Koniec sesji</div>]]></content:encoded>
		</item>
	</channel>
</rss>