Był piękny dzień. Po smacznym śniadanku postanowiłam udać się na wycieczkę do Londynu. Dolina Godryka była cudownym miejscem. Jednak jej sielski charakter zbyt bardzo przypominał mi moją farmę. Szum miasta rozgoni wszelkie zbędne myśli i uczucia.
Moja garderoba wciąż świeciła pustkami. Naciągnęłam na siebie obszerny sweter, spódniczkę, pomarańczowe rajstopy i płaszcz. Wciąż było chłodno. Nie wyglądałam szałowo, ale na ubrania trzeba mieć pieniądze. Dlatego musiałam się postarać, aby na nadchodzącym festynie sprzedać jak najwięcej rysunków. Zgarnęłam zestaw do malowania i wbiłam się do kominka.
Miałam sporo ładnej jakości portretów superbohaterów. Jak każdy artysta zakopana byłam w szkicach i nieukończonych ilustracjach, ale od czasu do czasu udało mi się zrobić pełnowartościowy rysunek, zupełnie jak z okładki komiksu. To jednak może nie sprzedać się na czarodziejskim festynie, tak więc postanowiłam namalować kilka uroczych pejzażyków. Miałam już kilka z Doliny, ale dzisiaj czas na zmianę scenerii.
W dzielnicy magicznej Londynu był taki niewielki skwerek. Kapka zieleni z kamienicami w tle. Śliczny widoczek. Ustawiłam stelaż pożyczony od Ariela oraz kartkę. Zaczęłam od krótkiego szkicu tła dla zachowania proporcji, po czym przygotowałam akwarele. Będzie cudownie. Chciałam się skupić szczególnie na ślicznym krzewie, który wyglądał jakby miał niedługo zakwitnąć. Niestety kręcące się w okolicy wrony zasłaniały mi widok. Oczywiście, jeden lub dwa ptaki nie będą problemem. Ale cała chmara obściskująca krzaczek to zbyt wiele. Odłożyłam pędzel i ruszyłam w ich stronę, by je przegnać.
Tak, miałam na sobie przeciwsłoneczne okulary. Nie ruszałam się bez nich w przestrzeń publiczną. O tej porze większość osób pracowała, ale w Londynie ulice zawsze były pełne. Tak, okulary przeszkadzały w malowaniu. I poruszaniu się. I zaraz sobie o tym przypomnę.