Norka miała ostatnio na głowie bardzo wiele spraw. Dostała zlecenia od Brenny na eliksiry, zbliżało się Beltane, na którym miała mieć swoje stoisko, do tego standardowe obowiązki życia doczesnego... Wszystko zaczynało ją trochę przygniatać, aczkolwiek nie poddawała się. Miała jeszcze resztkę sił. Dlatego też postanowiła się wybrać na niewielkie zakupy do sklepu cukierniczego, gdzie mogła kupić trochę gotowców, które mogły ułatwić jej pracę. Na posterunku, w sensie w cukierni zostawiła Salema - który wyśmienicie sobie radził w roli sprzedawcy, wierzyła, że nie rozniesie dobytku jej życia w te kilka godzin jej nieobecności. Może złudna to była nadzieja, jednak ten kot, ten kot był wyjątkowy.
Udało jej się kupić wszystko, czego potrzebowała. Co było ogromnym sukcesem. Przemierzała kolejne alejki, aby wrócić do klubokawiarni. W pewnym momencie jednak czas się zatrzymał. Nie wiedziała, co się dzieje. Alejki zaczęły się nagle zmniejszać, czy była to magia? Co właściwie się działo? Nie miała pojęcia. Szła wolniej, próbowała się skupić, mruzyła oczy - jednak to nie pomagało. Jakby jej wzrok nie mógł złapać ostrości. Ludzie wokół gdzieś zniknęli, tylko gdzie, nie było to możliwe. Oparła się o najbliższą ścianę, próbowała zobaczyć gdzie jest, znała ten szyld, który znajdował się tuz obok, jednak nie potrafiła go odczytać, bo litery jej się rozmywały. Czuła się, jakby bardzo mocno się upiła, ale przecież nie spożywała dzisiaj żadnego alkoholu. Nie miała pojęcia, co się dzieje. Próbowała poruszać się przed siebie, nogi jednak były bardzo ciężkie. Szła strasznie powoli, zresztą nie miała pojęcia, gdzie ma iść. Znaczy wiedziała, że do cukierni, tyle, że zgubiła drogę. Jak mogła zgubić drogę do własnego domu? Była to zagadka, której pewnie nie rozwiąże.
Czuła, że jest w labiryncie, wchodziła w kolejne alejki, jednak żadna nie wyglądała znajomo. Odbijała się od ścian, próbując złapać równowagę, znaleźć wyjście z tego miejsca, chciała być już znaleźć się w domu. Jednak nie było to wcale takie proste. W pewnym momencie ją odcięło. Zatraciła się zupełnie.
Ocknęła się w ciemnym zaułku. Nie miała pojęcia, co właściwie wydarzyło się chwilę wcześniej. Przetarła oczy, zastanawiając się, czy nie był to sen, niestety nie był. Leżała w środku dnia w jednym z zaułków przy ulicu Pokątnej. Tak blisko swojego miejsca zamieszkania. Co jeśli ktoś ją widział, w takim stanie? Tylko właśnie w jakim stanie. ostatnie, co pamietała to to, jak podpierała się ściany i próbowała się odnaleźć. Nie widziała ludzi, ale czy oni widzieli ją? Nie miała pojęcia, liczyła na to, że udało jej się ominać wszystkie znajome twarze. Podniosła się do pozycji siedzące, bo nadal świat jej trochę wirował przed oczami. Siedziała na krawężniku i próbowała dojść do siebie.