• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[1 czerwca 1972, dom Laurenta] Nie ma przypadków w krainie duchów

[1 czerwca 1972, dom Laurenta] Nie ma przypadków w krainie duchów
królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#1
25.08.2023, 22:51  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.12.2025, 22:49 przez Baba Jaga.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Laurent Prewett - osiągnięcie Piszę, więc jestem, Victoria Lestrange (Otwarty na nowe doznania).
Rozliczono - Victoria Lestrange - osiągnięcie Życie to przygody lub pustka

Po Laurencie Prewettcie można było spodziewać się wielu różnych rzeczy, ale swoim ostatnim listem przeszedł samego siebie. Sesja spirytystyczna. Na wielką Matkę, co on najlepszego wymyślił? Szukał jakiegoś spirytysty dla niej? Czy może… Nie, nie sądziła, by kogoś szukał nie poinformowawszy ją o tym wcześniej, więc jej zdziwienie było tym większe. Znała Laurenta z różnych stron i jakże… dogłębnie, ale nie spodziewała się po nim, że być może w jakiś sposób potrafi się… kontaktować z duszami, które tkwiły w Limbo.

Lestrange nie była ostatnio w najlepszej kondycji… w żadnej mierze. Ani fizycznie ani, tym bardziej, psychicznie. Rany, jakie otrzymała po spotkaniu z zabójcą we śnie, goiły się bardzo dobrze – najpewniej dzięki magii. Właściwie to już się zagoiły, teraz pozostała tylko walka o to, by i blizny zniknęły. Co było o tyle problematyczne, że Victoria po prostu zapominała się, żeby zakładać długi rękaw i zasłaniać ślad na lewym przedramieniu. Tego na wierzchu dłoni i tak trudno było zakryć, choć teraz była to już tylko cienka, nieco srebrzysta linia, którą łatwiej było zobaczyć dopiero pod światło. Najgorzej miała się rana na jej szyi, choć siniaki w większości już ładnie zeszły. Dzisiaj miała na szyi naszyjnik, by choć trochę to on skupiał uwagę, a nie to, jak wyglądała. Zastanawiała się… co tam u niego. Jej życie wywróciło się o sto osiemdziesiąt stopni, niemalże dosłownie i teraz większą część swojego czasu poświęcała na to, by złapać te części jej świata, które wysypywały się z wywalonego do góry nogami pudełeczka. Nie miała więc go aż tyle, by być w stanie na bieżąco kontrolować, co dzieje się u bliskich jej osób. Jak Laurent. On zdecydowanie był bliski. I miała szczerą nadzieje, że chociaż w jego życiu było teraz stabilnie i dobrze.

Była u Laurenta tyle razy… Znała jego dom bardzo dobrze. Jak się doń dostać, gdzie przyjść, zwyczaje Prewetta. Nigdy nie sądziła, że ten człowiek stanie się dla niej taki ważny. Że nie będzie tylko odskocznią od rzeczywistości, ale ich relacja zawiąże się na poziomie przyjaźni. Że będzie o nim myślała tak ciepło. Nie, nigdy by nie pomyślała, że kiedykolwiek będzie ich łączyć cokolwiek ponad „znamy się ze szkoły” – życie lubiło zaskakiwać. I Victoria nie żałowała ani sekundy tego, jak wyglądało pomiędzy nimi ostatnie półtorej roku. Co robili i jak. A teraz przyjmowała z ulgą, że choć pewien aspekt się zakończył, to drugi wcale przy tym nie ucierpiał, nie zniknął. Wręcz miała wrażenie, że przez to, co ich łączyło, łatwiej było o to, by się zwierzyć – przynajmniej jej. I na przykład dlatego bez kręcenia powiedziała mu co się z nią dzieje po wycieczce do Limbo. Jak bardzo wszystko jej się miesza. Że musiała zacząć pisać pamiętnik, by móc odróżnić swoje życie od tego… drugiego, które wcale nie było jej. Ale Victoria była taką osobą, która nie chciała tylko brać, chciała też dawać. Dlatego miała nadzieję, że Laurent wie, że może się do niej zwrócić… w każdej sprawie. Że na ile będzie mogła, to mu po prostu pomoże, bez wydawania na jego osobę osądów.

Zjawiła się u niego tak samo, jak każdego innego razu i stanęła pod drzwiami domu, na terenie rezerwatu, cichym pukaniem obwieszczając swoją obecność. Było tuż po zachodzie słońca, więc kolory jeszcze zdobiły niebo, ale już niedługo. Jeszcze kilkanaście minut, i będzie zupełnie ciemno.

Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#2
25.08.2023, 23:35  ✶  

To było wręcz zaskakujące, jak wiele dobrych i życzliwych ludzi było pomóc Laurentowi Prewettowi. Choć może to wcale zaskakiwać nie powinno? Właściciel New Forest nie był w końcu osobą złą. Wręcz przeciwnie - był naprawdę dobry, może wręcz rzeczywiście jak anioł, którego przypominał. Lubił dzielić się z ludźmi uśmiechem, lubił, kiedy inni się uśmiechali. Starał się go więc wywoływać, słuchać, pocieszać i przytulać. Sprawiało mu ogromną radość okazywane mu zainteresowanie i uwaga, jaką dostawał. Oraz, koniec końców, sam fakt, że ktoś naprawdę czuł, że może się w jego obecności odprężyć, rozluźnić i poczuć bezpiecznie. Tak samo, jak on przy niektórych bezpiecznie czuł. Wydawało się więc całkiem naturalnym, że kiedy jesteś dobrym człowiekiem, żyjesz dobrze i okazujesz dobroć ludziom to karma do ciebie wróci. I tylko jedno i to samo w kółko nie pasowało - że Laurent nie był szczęśliwy.

Pieniądze między osobami takimi jak on i Victoria nigdy nie były problemem. Blondyn chciał wierzyć, że jest inaczej, niż to, jak mawiają - że najlepiej mieć znajomych w swoich kręgach, ale to nie była prawda. Niestety taka była właśnie prawda. Każdy, kto nie dzielił twojego statusu majątkowego był potencjalnie narażony na zepsucie tym, że będzie chciał od ciebie więcej. Jak wiele już związków widział rozpadających się przez majątek, nawet przy najszczerszych uczuciach. Wystarczyło, że ktoś, komu taki związek się nie podobał włożył kij w mrowisko. Podszepnął jednemu i drugiemu. Za wiele takich historii dzieliło ludzi i potrafiło potem prowadzić do tragedii. Nie istniał ten problem między nim i Victorią, dlatego mimo tego, że Laurent był trochę jak smok pilnujący złota i nie do końca lubił go przetracać, nie zastanowił się nawet przez minutę, żeby zamówić od Chang świece na rytuał. Mógł użyć tych, które miał w domu, naprawdę głęboko schowanych, ale chciał mieć pewność, że wszystko pójdzie dobrze. Bo prawdę mówiąc - był przerażony. Wywoływanie duchów i obcowanie z nimi bywało nieprzyjemne, czasem nieprzewidywalne. Wywoływanie ducha, który był połączony z Victorią, Zimną? Jak połączony, skoro to nie było nawiedzenie? To znaczy - chyba? Wywoływanie ducha, który był może jakoś związany teraz z tą tragedią, może wypaczony, może... przeklęty przez Voldemorta? Laurenta myśli galopowały łatwo do przodu, a cykorem był całkiem niezłym. I przy tym, co podziało się na Beltane, był w stanie uwierzyć prawie we wszystko, spodziewać się niespodziewanego. Jednak... to była Victoria. Złota kobieta, która pomagała wielu osobom i która zdecydowanie nie zasługiwała na to, co się wydarzyło. Gdyby nie ona, Atreus i inni aurorzy i brygadziści... jakby wtedy Beltane wyglądało?

Umówił się z nią wieczorem z prostego powodu - wtedy był tutaj spokój. Nikt na pewno nie będzie przeszkadzać, tylko oni. Będzie mógł się w pełni skupić na samym seansie i nie da rozproszyć innymi... pierdołami. Albo i poważnymi sprawami. W dzień New Forest ciągle tętniło życiem. Oczywiście mógł chociażby pójść do Victorii, ale zdecydowanie wolał to zrobić we własnym zaciszu, bez świadków, bez wścibskich oczu. Dlatego drzwi Laurenta otworzyły się, kiedy Victoria zapukała w zasadzie od razu. Pokazał się w nich Laurent w tych swoich okularach, przez moment jakby wyrwany ze swojej pracy, ale zaraz uśmiechnął się do kobiety i wyciągnął do nij ramiona. Nie był ubrany w koszulę, ale nawet jego casual był po prostu elegancki. Sweterek barwy mleka z kawą, dość luźny i proste, ciemniejsze spodnie w podobnej kolorystyce.

- Dobry wieczór, Victorio. - Dla kogo miły, dla tego miły. Wyciągnął do niej ręce, by krótko ją uścisnąć, zapraszając do środka. Zamknął za nią drzwi. Duma stał grzecznie i czekał, aż Victoria zdejmie buty, aż Laurent pomoże jej zdjąć płaszczyk, czy też jeśli cokolwiek miała na sobie. Wielki, czarny jarczuk wepchnął swoją mordę w bok Victorii, machając wesoło ogonem, podkładając się do głaskania. I też witając się tym sposobem, rzecz jasna. - Wszystko już jest gotowe... prawie gotowe... - Doprecyzował. - Herbaty?



○ • ○
his voice could calm the oceans.
królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#3
26.08.2023, 11:20  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.08.2023, 11:20 przez Victoria Lestrange.)  

Ale w tej beczce miodu była też łyżka dziegciu, prawda? Oprócz ludzi ciepłych, dobrych i mu życzliwych, byli też tacy, którzy wcale nie życzyli mu dobrze. Gdyby Victoria miała oceniać, to pewnie tych drugich było gdzieś w jego życiu znacznie więcej, bo niemożliwym było utrzymywać przyjacielskie i dobre relacje ze wszystkimi w swoim otoczeniu, a Victoria nie była naiwną damulką, by w taką ściemę uwierzyć. To, ze ten człowiek, był nieszczęśliwy, było prawdziwie smutne. Ale… kto to mówił. Czy ona mogła o swoim życiu powiedzieć, ze jest szczęśliwe? Czy sama była szczęśliwa? No… No nie. A ostatni miesiąc… W ostatnim miesiącu wydarzyło się w jej życiu tyle, co przez ostatnie dwa lata. Przez ostatni miesiąc, cholerne 31 dni, wydarzyło się tyle i w taki sposób, że nawet nie próbowała udawać, że jest dobrze i że jest ukontentowana. Nie było i nie była. Dobrzy ludzie wcale nie musieli być szczęśliwi.

Dla ludzi takich jak oni, obrzydliwie wręcz bogatych, wychowanych w wyższych sferach i luksusach, pieniądze potrafiły nie grać żadnej roli. Victoria na nie nie patrzyła, nie liczyła wydawanych galeonów na kolację w jakiejś drogiej restauracji, nie patrzyła ile kosztuje jakaś rzecz, którą chciała komuś wręczyć w upominku. Przy tym ile pieniędzy na koncie miała, to musiałaby wydać naprawdę na coś… dziwacznego i wyjątkowo drogiego, by tę sumę w ogóle odczuła. A jednak sama nie była rozrzutna. Nie wydawała na byle co i byle jak, liczyła ile jej ubyło, ile przybyło – była po prostu dokładna we wszystkim, co robiła. Ale gdyby coś się działo Laurentowi – to nie wahałaby się i na niego wydać pieniędzy. Rzeczywiście, pomiędzy nimi ten problem nie istniał, bo nikt tu od nikogo nie był zależny, nikt tutaj nikomu nie płacił. Ich relacja od pieniędzy leżała bardzo daleko.

Dla niej to nawet lepiej, że nie robili tego u niej. Nie miała ochoty spowiadać się z tego, co siedzi w jej głowie rodzicom, po tym jak mało ich przejął jej stan i los (zwłaszcza jej matkę, bo ojciec to co innego… miał po prostu na głowie tyle pracy, że wcale mu nie chciała dokładać jeszcze sobą), i po tym, co wydarzyło się kilka dni temu – z jej snem… No wolała niczego takiego nie robić w swoim pokoju rodzinnego domu. A Londyn… Bała się, że szum Londynu może w tym wypadku bardzo Laurentowi przeszkadzać. I go rozpraszać w ten niepożądany sposób. Całkiem dobrze więc, że chciał się spotkać u niego, w New Forest.

Wyglądało to trochę tak, jakby czekał na nią niemal na paluszkach. I choć wyglądała na zmęczoną, to na jego widok uśmiechnęła się, jak zawsze zresztą. Naprawdę dobrze go było widzieć, w tych czasach był pewnego rodzaju jasnym światełkiem.

- Cześć – przywitała się z nim znacznie mniej formalnie. Sama miała na sobie sukienkę, ona je po prostu kochała, do kolan, o krótkim rękawie. Płaszcza nawet nie wzięła ze sobą, ani niczego wierzchniego. Nie miało to już zwyczajnie sensu, skoro i tak nie czuła nic ponad zimno, którego nijak nie dało się ogrzać. Przez moment się zawahała, kiedy wyciągnął do niej ręce, ale to był tylko krótki moment. Nie wynikał bynajmniej z natury ich (przeszłej) relacji, a po prostu z tego… co jej się przytrafiło. Wiedziała, jak odczuwają jej dotyk inni ludzie, rozumiała, ze to nic przyjemnego, dotykać kogoś, kto jest zimny jak trup. I było to dla niej bolesne, bo kto chciałby słyszeć „nie dotykaj mnie, to nieprzyjemne”? Przecież sama sobie tego nie zrobiła, ani nie wybrała. Nie chciała też sprawić dyskomfortu Laurentowi. Ostatecznie jednak i ona go uściskała, starając się, by jej ciało dotknęło jego ubrania, a nieodsłoniętej skóry. Bała się też jak na jej dotyk zareaguje Duma, który ewidentnie domagał się pieszczot. Dała mu się najpierw powąchać, by mieli tu pewność, że to ona, a nie żaden podmieniec i dopiero wtedy dotknęła jarczuka. Ależ by był problem gdyby się na nią rzucił, bo jej nie rozpoznał. - Herbaty – przyznała, odpowiadając na prośbę. - Mam pierścionek, który należał do babci, nosiła go zawsze. Wystarczy? – dostała go na pamiątkę po jej śmierci i nigdy go nie zakładała. Jakoś… zupełnie jej nie pasował do stylu.

Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#4
26.08.2023, 12:09  ✶  

To była beczka miodu tylko wtedy, kiedy pozwalałeś sobie samemu tak o niej myśleć. W gruncie rzeczy to była jednak beczka pełna pokrzyw, gdzie dolano łyżkę miodu. Wszystko zależało jednak od tego, jak na beczkę spoglądałeś. Z oddali beczka była całkowicie mała i niegroźna. Jeśli się nad nią nachylisz to pokrzywy mogły poparzyć ci twarz. A gdy wsadzisz tam rękę to ból będzie niesamowity. Łyżeczka miodu zaś nie robiła wielkiego wrażenia, dopóki nie zbliżyłeś jej do oka, albo nie wsadziłeś do buzi. Och, jak wtedy mocno potrafiła to życie osłodzić, jak je umilić, przynieść ulgę spierzchniętym ustom..! Pokrzywa jednak była może tutaj złym porównaniem. W końcu była lecznicza, nawet jeśli działała w pierwszej chwili bardzo nieprzyjemnie, kiedy pchało się do niej ręce, albo smyrnęła twoje ciało. Miód, koniec końców, mógł też zostać przedawkowany i ta chciana słodycz mogła się zamienić w mdłe przesłodzenie i skrzywienie. Aczkolwiek miód rzeczywiście był tym, z czym Lukrecja kojarzył swoich najbliższych.

Zimno Victorii było straszne. Straszne. Rozumiał biologię ludzkiego ciała na tyle, na ile została ona poznana współcześnie, ale to, co stało się z tą grupką osób po Beltane to było coś zupełnie innego. Nowy poziom magii, jaki ich dotknął. Ja człowiek mógł być ciągle taki zimny? Tutaj jednak własny komfort odstawiał zupełnie na bok, bo to nie miało znaczenia w takiej krótkiej chwili. Przede wszystkim chciał, żeby Victoria poczuła się normalnie. Większy dyskomfort sprawiłoby mu odmówienie jej tego, jak zawsze się witali, niż tego, żeby ją dotknąć. Dlatego skinął jej minimalnie zachęcająco głową i nawet przysunął się o ten milimetr, żeby się nie rozmyślła, żeby go dotknęła. Był na to gotów - ale na taki chłód właściwie nie da się być gotowym tak w pełni. Akceptować to można, ale ciało miało swoje normy, jakim chciało się poddawać. Takie zimno zaś kojarzone było raczej z trupami - nie z żywymi.

- Śliczna sukienka. Bardzo lubię, kiedy nastaje lato i pokazujesz się w lekkich sukieneczkach. Wspaniała moda. - Kobiety były piękne w sukniach, ale Laurent miał największą słabość do tych niewinnych, letnich sukieneczek, w których panienki przechadzały się po plaży i pokazywały długie nogi. - Migotku, zrób Victorii herbaty. - Byli tacy goście tego domu, którzy wręcz mieli wpisane w tutejszą wizytację pewne standardy, o których skrzat pamiętał. Victoria lubi taką a taką herbatę, zaparzoną tak a nie inaczej, z taką a nie inną ilością cukru, a na podwieczorek najchętniej je to i tamto, zaś na obiad - schabowego. I nie było w ogóle możliwości, żeby Laurent zapewnił tej kobiecie cokolwiek mniej. Kiedy tu przychodziła to przychodziła do małego skrawka Raju i tak miała się czuć. Choć dzisiaj akurat spotkanie miało troszkę inny charakter.

Duma zaczął obwąchiwać uważniej Victorię, jej dłoń, na tyle, że Laurent sam się zreflektował i zatrzymał, spoglądając uważnie na psa, ale bardzo szybko ogon znowu powrócił do pracy, chociaż ewidentnie jarczuk był bardzo zafrasowany tym, co czuł. Wszystko się mu zgadzało, no osoba ta sama, zapach ten sam, ale to zupa jest z brukselek a jednak coś było nie tak. Zimno - to na pewno. Zwierzę instynktownie wyczuwało coś innego. I przede wszystkim - czuło magię.

- Wystarczy, jak najbardziej. - Zaprowadził kobietę do salonu, do którego nie było daleko zresztą z wejścia. Dom Laurenta był śmiesznie mały jak na domy rodzin czystej krwi, jak na gotówkę, którą posiadał. Jego sypialnia, garderoba, salon połączony z kuchnią i jadalnią, łazienka i pokój gościnny. Tyle. Laurent nie znosił pustych przestrzeni. Wielkich zamków i rezydencji, w których strach się odezwać, żeby nie poniosło je echo. Co było jednak oczywiste to to, że ten dom się nie bardzo nadawał dla kogoś, kto planował mieć rodzinę. Bo Laurent jej mieć nie planował. I wiedział, że rodzina dla niego tej rodziny też nie zaplanuje.

Ład salonu był zaburzony. Kanapa była odsunięta włącznie z fotelami i stolikiem, dywan również, przed kominkiem leżały poukładane świece, kadzidła i wymalowany kredką krąg do wywoływania duchów. Czy to było potrzebne? Można by pytać. Chyba każdy spirytysta miał swój sposób na komunikację z Limbo. Że zaś Laurent był cykorem to całkiem możliwe, że nieco przesadzał, ale to on miał mieć zapewniony w tym wszystkim komfort, bo to do niego będzie gadał martwy głos i w niego skierowane zimno i... cokolwiek co mogłoby pójść źle.

- Mam wielką nadzieję, że uda się porozmawiać z twoją babcią bez większych komplikacji. I że przy okazji uzyskasz kilka odpowiedzi. Czy brałaś kiedyś udział w sesji spirytystycznej? - Laurent wyciągnął różdżkę, żeby płaskie poduszki z foteli przesunęły się na podłogę tak, by siedzieli naprzeciwko siebie po obu stronach tego niewielkiego kręgu. - Połóż proszę pierścionek na środku. Nic nie powinno się dziać wokół ciebie. Niestety głos będę słyszał tylko ja, więc będziesz musiała mi uwierzyć na słowo. - Uśmiechnął się ulotnie, bo był zestresowany i niekoniecznie to ukrywał. Victoria należała do tych osób, przy których był bardzo otwarty ze swoimi reakcjami czy emocjami. - Również tylko mnie będzie słyszał duch. Natomiast będę cię informował na bieżąco o tym, co będzie mówione, więc gdybyś chciała zadać jakieś pytanie nie krępuj się. Z twojej perspektywy może to wyglądać dziwnie, ponieważ ja pytania będę zadawał na głos. Tak ma być. Również w normie może być chłód, delikatne... drżenia pierścionka czy świec. Całkowicie nie w normie będą wszelkie bardziej agresywne ruchy. Cokolwiek by się jednak nie działo nie ingeruj proszę w krąg ani nie próbuj mnie wyrwać z transu. Zaufaj mi, że sobie poradzę. Konsekwencje zawsze i tak będą mniejsze niż mogłyby być, gdyby agresywny duch nam się wyrwał z więzienia. - Laurent tutaj wskazał na pierścionek. Laurent popatrzył na gotowe stanowisko, złożył dłonie ze sobą... i miał trochę taką minę: dobra, to teraz zróbmy to szybko zanim dotrze do nas, że to bez sensu. W żadnym wypadku tego jednak nie powiedział.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#5
26.08.2023, 13:33  ✶  

Trudniej było „przedawkować” miód niż worek cukru – był też zdrowy, o ile nie przesadzało się w podgrzewaniu go. Słodycz była w życiu potrzebna, a jeśli obecność bliskich, drogich sercu Laurenta osób tę słodycz w niego w jakiś sposób wlewała – tym lepiej.

Te małe gesty wiele dla niej znaczyły, naprawdę. Ta ułuda normalności, tego, że przecież wcale nic się nie zmieniło. Na początku można było jeszcze sobie wkręcać, ze to zmęczenie, długotrwałe wystawienie na naprawdę okropne warunki atmosferyczne. Przeleżenie nieprzytomnym w nocy z okropną wichurą, wiszenie wręcz na drzewie przez kilka godzin… Ale po miesiącu chyba już nikt się nie łudził, że to sobie tak po prostu minie. Victoria czuła to wewnątrz siebie od początku, ale bliscy nie chcieli jej słuchać. Przesadza, na pewno. Nic się nie stało, przejdzie, potrzebuje tylko trochę czasu… Czasami miała ochotę się po prostu rozpłakać. Laurent nie wiedział nawet jak bliska tego była na co dzień. Taka normalność ją… Podbudowywała. To, że miała stały kontakt z Saurielem w zasadzie też – bo jemu jej chłód zupełnie nie przeszkadzał.

- Dziękuję – to był bardzo miły komplement, nawet w takiej zwyczajnej zupełnie sytuacji jak ta. Mieli co prawda koniec wiosny, ale jak już zostało wspomniane, Victorii to już było wszystko jedno czy jest lato czy zima. - Wiem – uśmiechnęła się do niego jeszcze i puściła do niego oko, bo wiedziała, że lubi, kiedy się tak ubierała. Po części dzisiaj zrobiła to też dla niego. - Migotku – zwróciła się do jednookiego skrzata, kiedy już się odwracał, by pójść do kuchni. - Strzałka prosiła, żebym posłała ci pozdrowienia, jeśli cię zobaczę.

Zimno, aura jaką ono roztaczało… Wiedziała, że jarczuk akurat to wyczuje. Zwierzęta były bardzo wrażliwe na takie zmiany, a jarczuki to już w ogóle… Dlatego najpierw mu tę dłoń podsunęła pod nos, bo nie wiedziała jak mógłby zareagować nie przygotowany na tak zimny dotyk, jak jej. Pomagało na pewno to, że nie miała żadnych złych intencji.

Ucieszyła się w zasadzie, że ten pierścionek wystarczy, bo po inne rzeczy musiałaby pewnie pytać i prosić o nie swoją matkę, a wolała tego zwyczajnie nie robić. Widok „przemeblowanego” salonu zaskoczył ją tylko w pierwszej chwili. Zaś do wielkości tego domu już się przyzwyczaiła i dziwić się przestała. Potrafiła to zrozumieć. Na przykład dlatego nie przeprowadziła się z rodzinnego domu gdzieś indziej, bo nie chciała być tam całkowicie sama, w pustej przestrzeni. I mieszkanie w Londynie jakie kupiła w razie W (przez wielkie W…) też nie było nie wiadomo jak wielkie. Jej rodzina co prawda rodzinę jej planowała… ale w tym wypadku to miało być tylko plus jeden, a nie plus jeden i znaki zapytania – w końcu dzieci z tego być nie mogło. Co najwyżej koty. Wmawiała sobie, że tych dzieci wcale by nie chciała, bo załamałaby się i rozkleiła chyba jeszcze mocniej.

- Zobaczymy… - naprawdę miała bardzo wielkie wątpliwości co do tego, co w Limbo się stało. Bardzo się obawiała, ze w jakiś sposób, odwracając cykl, wchłonęła ją jakoś i wszystko się zmieszało. - Jako obserwator się liczy? – nie miała zbytniego doświadczenia w czymś takim. Zresztą nie wiedziała czy to w ogóle cokolwiek da, biorąc pod uwagę wszystkie szczegóły, które narosły wokół sprawy. Victoria wydobyła z torebki zawinięty w materiałową chustkę pierścionek, który położyła we wskazane miejsce, a tymczasowo torebkę odłożyła na kanapę, by nie walała się po podłodze. Te wszystkie świece i kadziła robiły naprawdę niezłą atmosferę. - W porządku – widziała jego minę, że był przerażony. Naprawdę… Wszystko co dzisiaj robił – to naprawdę ogromnie wiele dla niej znaczyło i wiedziała, że będzie musiała się mu jakoś odwdzięczyć. Może by tego nie wymagał, ale po prostu chciałaby mu to jakoś wynagrodzić, bo poświęcał się dla niej bardzo. Pokiwała do niego głową na znak, że zrozumiała.

- Laurent? – zagaiła go jeszcze. - Dziękuję. I nie bój się, proszę. Jakby stało się coś naprawdę dziwacznego i zupełnie nieznanego, to nie dam cię skrzywdzić – nigdy by na to nie pozwoliła. - Chcesz to zrobić teraz, czy po herbacie? – dawała mu zresztą czas na to, by mógł się rozmyślić… Albo żeby się tak nie spinał. Ostatecznie pewnie po prostu lepiej zrobić to teraz, im szybciej zaczną, tym szybciej się to skończy.

Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#6
26.08.2023, 13:58  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.08.2023, 14:05 przez Laurent Prewett.)  

Przez moment Laurent się zastanawiał nad jej prostym "wiem", kiedy oznajmił, że bardzo lubi taką modę. Nie chodziło o to, że dziwiło go to, że pamiętała taką pierdołę ani o to, że nie był pewien, czy kiedyś wspominał. Na pewno wspominał przy okazji słania jej komplementów. Dzisiaj zresztą i tak był to komplement bardzo oszczędny, bo tak, w zasadzie to niemal stał na palcach koło tych drzwi.
Nie należał do ludzi niecierpliwych, wręcz przeciwnie - miał naprawdę mnóstwo cierpliwości i wyrozumiałości niemal do wszystkiego. Jednak takie sytuacje jak ta, które budowały w nim stres, niepokój, kiedy musiał skupić się na tym, żeby przekonywać się, że nic złeg się nie stanie tą cierpliwość uszczuplały bardzo sprawnie. Laurent mógł stanąć naprzeciwko smoka czy chimery i je obłaskawiać, ale nie mógł stawać naprzeciwko czarnoksiężników czy duchów i walczyć z nimi mężnie. Paraliżowało go to. Chociaż duchów samych w sobie się nie bał i w zasadzie to lubił z nimi pogawędzić. Miewały przecież tyle ciekawych historii do opowiedzenia. Jego zastanowienie nad tym prostym "wiem" dotyczyło właśnie tego, że nie miała na sobie niczego, a nad morzem zawsze było o wiele chłodniej niż w Londnie. Trwało to jednak sekundę, może dwie, nim porzucił te myśli. Zimna. Mówiła, że ciągle czuje zimno. Więc pewnie nie odczuwała temperatury jak każdy inny człowiek, a o tej porze to już i tak było wszystko jedno, bo niewiele osób mogło ją zobaczyć paradującą w takiej kreacji.

- Dziękuję! Migotek przyjdzie odwiedzić Strzałkę, jeśli panienka i panicz pozwolą Migotkowi. - Laurent nie potrafiłby odmówi temu skrzatowi. Chyba że wpadłby na głupi pomysł, ale na takowe skrzat akurat nie wpadał.

- Nie ma problemu. Kiedy tylko zechcesz. - Powoli, rok po roku, skrzat uczył się pewnej swobody. Tego, że nie musi sobie przypalać żelazkiem uszu, ani przyciskać palców, jeśli źle zrobi, a nawet istnieje coś takiego jak zawiązywanie znajomości - i to też mógł! Skrzaty były jak bardzo trudni pacjenci z syndromem Sztokholmskim, którym trzeba tłumaczyć, że mogą być sobą i nie ma w tym zupełnie niczego strasznego. To tłumaczenie nie zajmowało dnia, tygodnia, a nawet nie miesiąca. Migotek podziękował i zniknął w kuchni, żeby herbatę przygotować. Nie trzeba było długo czekać, kiedy rozmawiali, albo konkretniej - kiedy Laurent wszystko tłumaczył - żeby skrzat pokazał się z zastawą, którą magicznie ułożył na stoliku.

- Nie jestem pewny... a wyjaśniono ci wtedy dokładnie proces? - Można obserwować sesję, ale jak się nie dostało wyjaśnień to w zasadzie i tak nie rozumie się, na co się patrzy. Na połączenie z duchem rozmowę, monolog w zasadzie, tyle. Druga osoba mogła coś od siebie dodawać, tyle. Nie żeby potrzebne w tym było jakieś doświadczenie, skoro było się osobą, dla której sesja była przygotowywana. Obrócił twarz w jej kierunku, kiedy wypowiedziała jego imię, spoglądając na nią tymi swoimi wielkimi, morskimi oczami. I uśmiechnął się. - Wiem. - Odpowiedział spokojniejszym głosem na jej zapewnienie, że gdyby działo się cokolwiek to go obroni. Obroni ich. - Podziękujesz, jeśli będzie to jakkolwiek wartościowe. Mam nadzieję, że będzie. - Bo jeśli okaże się że w zasadzie po kiju to wszystko no to... no to trudno. Przynajmniej próbowali, prawda? - Nie krępuj się z herbatą, ale ja podziękuję. - Nie chciał przedłużać tej chwili nawet o jedną minutę. Ściągnął okulary, położył je na stoliku, usiadł na miejscu w siadzie skrzyżnym i poruszył różdżką, żeby rozpalić kadzidło i świece. Wziął głęboki wdech, opierając dłonie na kolanach. Skupił spojrzenie na pierścieniu. W końcu zamknął oczy.

Cisza przeciągała się. Minuty upływały wraz z dymem unoszącym się z szyjki czajniczka, albo i nawet już samej filiżanki, jeśli Victoria swoją napełniła. Zapach kadzideł i specyficzna woń specjalnych świec wypełniła pomieszczenie, oddech Laurenta stał zupełnie spokojny i gdyby nie jego zmarszczone brwi to sprawiałby wrażenie spokojnego. Sięgał do Limbo. Sięgał po duszę związaną z pierścionkiem - rzeczą chyba bardzo osobistą? Może nawet był to pierścionek zaręczynowy. Laurent napinał mięśnie i niemal widać były żyły na jego skroniach, kiedy wysilał się do granic, żeby złapać kontakt z ciągle umykającą go istotą po drugiej stronie zasłony.


*rytuał z użyciem świec przygotowanych przez postać gracza
Rzut Z 1d100 - 24
Akcja nieudana

Rzut Z 1d100 - 36
Slaby sukces...

Rzut Z 1d100 - 24
Akcja nieudana


○ • ○
his voice could calm the oceans.
królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#7
26.08.2023, 16:15  ✶  

Po prostu już się nastrajała na lato. Miała nadzieję, taką cichą i irracjonalną, że słońce rozgoni mrok jej życia, że kiedy dni będą dłuższe, to ona też dostrzeże te wszystkie pozytywne rzeczy. Bez znaczenia było, czy słońce świeciło czy nie, czy bryza znad morza wiała czy nie – w tym znaczeniu, że jej nie robiło się cieplej czy chłodniej. Ciągle było jej dokładnie tam samo zimno. A skoro nie ma różnicy… To po co zawracać sobie głowę?

- Oczywiście. Jestem pewna, ze Strzałce będzie bardzo miło – skrzaty… też miały jakieś tam swoje społeczności. Też potrzebowały kontaktu z innymi, nie tylko ze swoimi właścicielami, dla których nieraz niewolniczo pracowały. Strzałka też wcale nie była źle w domu traktowana. Victoria nigdy na nią nie krzyczała, wręcz ostrzegała ją, by nie robiła sobie krzywdy z różnego powodu. Jej matka i ojciec… No z tym bywało już różnie. Ale Victoria zastanawiała się, czy nie mogłaby ich poprosić, by podarowali jej Strzałkę w prezencie ślubnym. W końcu to nie był jedyny skrzat w domu, po prostu z nią była najbardziej zżyta.

- No tak piąte przez dziesiąte. Potem z ciekawości sama sobie doczytałam – oczywiście, że musiała to zrobić. Chyba by pękła z tej dawki niewiedzy. - Ale wytłumacz mi. Lubię jak mówisz – to akurat była prawda, bo lubiła go słuchać. Gdyby nie lubiła, to by ta znajomość nie wyglądała tak jak teraz, po prostu by się urwała, bo już nic by ich nie łączyło. A poza tym, to chciała, by się trochę rozluźnił, bo widziała to ciągłe napięcie w jego posturze i na twarzy, miała nadzieję, że jeden komplement tu, drugie miłe słowo tam sprawią, że zrobi mu się chociaż trochę lepiej. Działało? Oby. Tak czy siak cały proces jej opowiedział, przypominając kilka rzeczy i uwypuklając inne. Herbatę od Migotka przyjęła z uśmiechem, wzięła nawet łyka przy nim, by powiedzieć małemu skrzatowi, że herbata jest - Przepyszna, jak zawsze – ale po chwili odłożyła ją na stolik, żeby nie przeszkadzała w całym procesie. - Nie, dziękuję teraz za starania. Za to, że w ogóle ci się chce i próbujesz. Później najwyżej podziękuję drugi raz – przecież korona jej z głowy nie spadnie a była mu naprawdę, naprawdę wdzięczna. Przecież widziała jak bardzo wychodził z własnej strefy komfortu i to dla niej, a wcale go o to nie prosiła. Lubiła go w tych okularach, uważała, że było mu z nimi naprawdę do twarzy. Victoria jednak nie poświęciła temu więcej myśli bo też usiadła na drugiej przygotowanej dla niej poduszce, w podobny sposób co on. Obok siebie położyła różdżkę, żeby nie musiała jej szukać, gdyby stało się coś, czego żadne z nich nie przewidziało.

Siedziała w bezruchu, wpatrując się w Laurenta. W zmiany na jego twarzy, napięcie – rzadko go takim widziała. Przez dłuższy czas nie działo się nic, więc Victoria sięgnęła po różdżkę, by przywołać do siebie bezgłośnie filiżankę herbaty, jaką zostawiła na stoliku. Starała się nie wydawać nadmiernych dźwięków, by Laurenta nie rozproszyć – bo nie wiedziała jak to do końca teraz działa. Co słyszy, czego nie.

Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#8
26.08.2023, 16:42  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.08.2023, 16:44 przez Laurent Prewett.)  

Płomienie świeczek zakołysały się, dym kadzideł zakręcił na boki, choć nie było żadnego powiewu wiatru. Zrobiło się chłodniej. Ale może dla Victorii, której Limbo było aż zbyt bliskie jak na żywego człowieka, było prawie jak w domu. Dreszcze przesunęły się po skórze Laurenta, pozostawiając wyraźną drogę gęsiej skórki. Obecność, która znaczyła delikatnie otoczenie, kiedy zanurzałeś się do miejsca, gdzie człowiek chodzić nie powinien. Na pewno nie powinna była tam chodzić Victoria. A jednak - chodziła. Poniekąd wbrew swej woli, poniekąd dobrowolnie. Ofiara odwiecznego zastanawiania się, gdzie była granica między odwagą a głupotą. Gdzie można walczyć za świat, a gdzie należało walczyć za siebie. Laurent był ostatni do oceniania tego. On to podziwiał. Tę odwagę, jaką Victoria miała, że odważyła się na coś takiego. On by chyba tej odwagi nie miał.

Klatka piersiowa Laurenta poruszyła się, kiedy nabrał głębokiego tchu, prostując się jak struna. Czuł, że coś jest nie tak. Czemu? Tak mocno i głęboko wchodził w Limbo szukając śladu babki Victorii i... złapał ją. Złapał za rękę i pociągnął za sobą, ale gwałtownie, zbyt mocno. Im dalej był, im dłużej szukał, tym większe miał wrażenie, że coś z nim walczy, coś go wypycha, coś go tam nie chce. Albo to sam duch go tam nie chciał. Ale nie, chyba nie. Bo kobieta z nim nie walczyła wcale. Dała się przyciągnąć i zakotwiczyć w tymczasowym więzieniu niemal tak, jakby chciała kontakt nawiązać. Więc to nie to. Pewnie nigdy się nie dowie, co to było i dlaczego tak się działo. Oto był problem sesji spirytystycznych - tak do końca nigdy nie mogłeś mieć pewność, co się stanie, czy złapiesz odpowiednią osobę, albo czy komuś coś się nie stanie w afekcie.

- Jak się nazywasz? - Głos Laurenta był nieobecny, ale twardy i rzeczowy - zupełnie nie ten miękki, przyjemnie ciepły, jakim raczył Victorię na co dzień. Zaczął do tego pytania, bo chciał się upewnić, że to na pewno była osoba, której szukali, a nie... cóż... kto wie, przez czyje dłonie pierścionek przeszedł, kto uznał go za "swój"? A może w ogóle był to pasażer na gapę?

- El...beth Park-son. Crouch. - Laurent mocniej ściągnął brwi i przekrzywił głowę na bok. Świeczki zamigotały mocniej, ogień w kominku przygasł. Walczył o ten kontakt jak lew. Trzymał uparcie to, co złapał, w pierścieniu i miał wrażenie, jakby coś jednocześnie z nim walczyło i wyrywało ją w drugą stronę.

- Elisabeth... Parkinson-Crouch. - Powtórzył na głos, otwierając oczy, żeby spojrzeć na Victorię i upewnić się, czy to ta osoba. Czy tak dokładni powinna brzmieć godność jej prababki. - Kim byłaś za życia?

- Wiz...am...t... naczelna. Mag. Nacze-lna. - Laurent powtórzył to, co usłyszał, prosząc ducha najpierw, żeby sam rozjaśnił swoje słowa. Tak, zdecydowanie coś było nie tak. Mocno nie tak. A skoro coś było nie tak, znaczyło to tyle, że powinien się raczej pośpieszyć.

- Szybko, Victorio, pytaj. - Poprosił wiedźmę, siłując się z utrzymaniem kontaktu. Każde pytanie powtarzał duchowi po Victorii.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#9
26.08.2023, 17:10  ✶  

Nie było prawie jak w domu, bo Limbo to była karykatura znanego im świata. Niby taki sam, a jednak zupełnie inny. Bajeczny z jednej strony i straszny, nieprzyjazny z drugiej. Miejsce, gdzie mieszkają dusze zmarłych, nie żywi. Ale do jakiego świata należała Victoria? Żywych czy umarłych? Chciała wierzyć, że jednak żywych. Że znalazła się tam przez przypadek, bo przecież nie była świadoma tego, że wielki ogień rytualny jest przejściem do innego świata. Chciała wiedzieć, że żywych, bo to w nim żyłam, w nim się obudziła, a Limbo było tylko… krótkim epizodem. Ostatecznie bardzo, bardzo bolesnym.

Odłożyła filiżankę, kiedy Laurent nagle, bez ostrzeżenia, naprężył się jak struna i tak nagle nabrał tchu. Victoria miała wrażenie, że coś zaczęło się dziać, więc w napięciu obserwowała Prewetta; miała szczerą nadzieje, że wszystko będzie dobrze. Płomienie świec migotały delikatnie, jak w pomieszczeniu, w którym nie ma właśnie przepływu powietrza, a dym z kadzideł ulatywał miarowo w jedną stronę. I wtedy Laurent nagle się odezwał. A po pytaniu – wyglądało na to, że do ducha. Że udało mu się kogoś złapać.

Za chwilę odpowiedział jej imieniem i nazwiskiem i kolejne pytanie. Victoria już wiedziała, że sobie nie zmyśla, bo nigdy nie było okazji by mówić mu o tym jak dokładnie nazywała się jej babcia i kim była, kiedy żyła. Z czego być może była dumna. Elisabeth Parkinson Crouch – zgadzało się. To po niej Victoria nosiła swoje drugie imię. Pokiwała do Laurenta głową, kiedy zobaczyła, że się na nią patrzy – bo tak, to była właściwa osoba. Przynajmniej ta część poszła… gładko. Nawet nie wiedziała jak bardzo się z tą „gładkością” myliła. Ale – skoro była tam… to znaczyło, że nie wzięła ją ze sobą. Czy może zabrała jej jakąś część? A może był z nią, w jej głowie, ktoś zupełnie inny…?

Laurent ponaglił ją, ale w obliczu własnych myśli musiała zweryfikować kilka rzeczy. To nie będzie więc bardzo przyjacielska pogawędka z dawno zmarłą babcią.

- Przedmiot. Czy kiedyś na Nokturnie zamówiłaś przedmiot? Bardzo ważny, trzymałaś go w szufladzie w domu? Do czego służył? – powiedziała szybko, zastanawiając się o jakie inne rzeczy powinna zapytać. Musiała zweryfikować kilka faktów. To, jak zwrócił się do niej Laurent brzmiało tak, jakby nie mieli zbyt wiele czasu. - Kim był Edwin? – o ile kimkolwiek kogo znała, o ile to wspomnienia Elisabeth widziała w głowie. - Czy byłaś wampirem? Jeśli tak to jakim cudem umarłaś ze starości? – to była wątpliwość, jaką miała wraz z Saurielem po tym, gdy i on doświadczył tego wspomnienia. To co tam zobaczyli… Rozumiało się samo przez się. To zresztą było ostatnie wspomnienie jakie ją nawiedziło. Nie rozumiała zasady jaka tym rządzi, od dwóch tygodni miała spokój. Tylko nie spokój ducha. Bo czuła, że to była tylko cisza przed burzą, która miała uśpić jej czujność.

Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#10
29.08.2023, 08:42  ✶  

To, jak postąpił, było dość niemądre. Wydawałoby się, że to oczywiste, że skoro zabierają się za sesję spirytystyczną to pytania będą gotowe. Tak, szczególnie, kiedy miało się do czynienia z Victorią, osobą zapobiegliwą, myślącą trzeźwo. Natomiast Victoria przechodziła teraz trudny okres. Bardzo trudny okres. Mróz przenikał ją do szpiku kości, a ona sama była jeszcze bardziej zmęczona niż sprzed miesiąca, sprzed Beltane. Czy doskwierały jej senne koszmary? Na pewno. Była też złączona rytuałem, który wypadł wyjątkowo źle, wyjątkowo paskudnie. Co gorsze nie tylko ci, którzy go dopełnili, musieli borykać się z niełatwą codziennością. Ci, którzy go nie ukończyli, mieli w zasadzie jeszcze gorzej. Powinien więc naprawdę zaproponować herbatę, powinno na spokojnie porozmawiać o ewentualnych pytaniach. Tak byłoby najbardziej rozsądnie. Presja wygrała. Wątpił i tak, że Victoria nie miała gotowej grupy pytań, na pewno te pytania zresztą kłębiły się w jej głowie od momentu, kiedy po raz pierwszy widziała jedno ze wspomnień. W momentach, kiedy te pytania trzeba wypowiedzieć, zadać je na głos, nagle potrafiły się zupełnie rozpierzchać. Tyle ich było, a ginęły zupełnie w głowie. Przemknęło mu to przez myśli, kiedy poprosił ją, żeby zadawała pytania szybko. Było to narzucenie dodatkowej presji przy całym tym wydarzeniu, którego Victoria teraz nie była obserwatorką, była jego częścią. Najbardziej optymalnie byłoby, gdyby mogła na spokojnie te pytania zadawać. Niestety w tej najbardziej optymalnej wersji nie musiał szarpać się z połączeniem, żeby je utrzymać. Nie, musiał ją poinformować, żeby szybko pracowała nad tym, co najbardziej ją ciekawiło, albo żeby spośród tego wybrała te najważniejsze pytania, jakie chciała zadać. Nie bardzo wiedział, ile czasu uda mu się to połączenie utrzymać.

- Z Nokturnu... Gdybym miała pamiętać je wszystkie... Victorio, jeżeli rodzina wpakowała się w coś, z czego nie może się wydostać, skierujcie się do Borginów, możecie zaufać im w sprawie unieszkodliwienia takich wynalazków. - Padła odpowiedź na zadane przez Victorię pytania. Czyli duch zdawał sobie sprawę z obecności drugiej osoby. Dobrze, to akurat ułatwiało pracę, nie musiał tych pytań powtarzać. Chociaż trochę. Słowa były nieco pourywane, haczyły się, Laurent nie byłby w stanie nawet powtórzyć tego słowo w słowo. Starał się jedynie jak najlepiej wyłapać sens i znaczenie.

- Nie pamięta ich... wszystkich. Możesz zaufać Borginom. Potrafią rozbroić niebezpieczne przedmioty. - Nie odpowiedziała bezpośrednio na pytanie Victorii, ale brzmiała tak, jakby wymuszanie tego na niej tylko mogło ją rozzłościć. Nie, była szczera, musiała być zresztą szczera. Chociaż może problem z połączeniem ułatwiał miganie się od odpowiedzi? Bez sensu. Przecież chciała tu być. - Słyszy cię. Brzmi nawet na zadowoloną. - Że ma okazję usłyszeć głos swojej wnuczki. Chociaż babcia Vcitorii była kobietą, która ewidentnie zaplątała się w jakieś ciemne porachunki. Laurent znowu zamknął swoje oczy, żeby nic go nie rozpraszało. Kolory, jakikolwiek ruch, obiekty, wszystko wydawało mu się teraz przeszkadzać.

- Kimś, kogo już dawno zagrzebał czas. Dlaczego więc o niego pytasz? - Od momentu tego pytania jej ton się zmienia, bo rozumie, że nie przywołałaś jej w sprawie rodzinnej, tylko zadajesz jej osobiste pytania. Bardzo osobiste. Laurent zadrżał od zimna, które go przeniknęło i zadrżały mu nieco kąciki warg. Nie pyskuj... Cholerne duchy i ich skłonności do unoszenia się. Normalnie byłby o wiele bardziej wyrozumiały wobec odczuć kobiety i zadawanych pytań, ale teraz nie było "normalnie". Zresztą nie wiedział, kim jest Edwin. Za to wyczuł, że kimś, do kogo duch żywił baardzo dużo urazy.

- Dawno został pogrzebany. Czemu o niego pytasz? Nie podoba jej się to, że o niego pytasz. - Dopowiedział, żeby Victoria miała też pełniejszy pogląd na prowadzoną konwersację. Żeby wiedziała, że warto rozważyć dopytywanie o tego Edwina, skoro duchowi się to ewidentnie nie podoba. Mogłoby to znacząco skrócić czas tej sesji. I przynieść jakieś ewentualne szkody.

- Nie istnieje granica, której nie da się przekroczyć, Victorio. Czy w swoim stanie nie powinnaś już tego rozumieć? - Kiedy Victoria zapytała ją o to jak dokładnie to zrobiła - waha się. Próbuje nie dać po sobie tego poznać, ale ma jakieś luki w pamięci. Wyczuwasz jednak jej pewność w tym, że wampir może na powrót stać się człowiekiem. To było to miejsce, w którym Laurent się zawahał, próbując dokładnie zrozumieć to, co się do niego mówiło. Najpierw przeszła go fala ciepła, potem znowu uderzył ten charakterystyczny chłód, który Victoria odczuwała na co dzień. Zacisnął pięści na swoich spodniach.

- Każdą granicę da się przekroczyć. Powinnaś to zrozumieć jako Zimna... - Na moment się zawahał z rozchylonymi ustami. - Ona ma luki w pamięci. Nie mówi tego wprost, ale wie, jest pewna, że wampir może stać się człowiekiem. - Podczas sesji Laurent nie miał czasu analizować tego, o czym rozmawia z duchem, czego od niego chce druga strona, co to za pytania i jakie znaczenia mają odpowiedzi. Będzie miał za to na to czas po sesji. Bo ta rewelacja... była czymś więcej. Po twarzy Laurenta, mimo tego, że miał zamknięte oczy, widać było, że jest to dla niego nieprzyjemne - ten proces, jaki był tutaj robiony. Nie krzywił się mimo to. Przybierał podobną mimikę, kiedy był na czymś bardzo skupiony. A teraz wręcz drżało co jakiś czas jego ciało od tego napięcia. Po ostatniej odpowiedzi ściągnął brwi z bólu, który przeszył jego głowę i uniósł podbródek nieco wyżej, wyginając trochę kręgosłup w przód od poczucia dyskomfortu. Jeszcze trochę... Zaraz jednak znowu usiadł normalnie i złapał głębszy oddech w płuca.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Laurent Prewett (10229), Pan Losu (125), Victoria Lestrange (9133)


Strony (4): 1 2 3 4 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa