Rozliczono - Victoria Lestrange - osiągnięcie Życie to przygody lub pustka
Po Laurencie Prewettcie można było spodziewać się wielu różnych rzeczy, ale swoim ostatnim listem przeszedł samego siebie. Sesja spirytystyczna. Na wielką Matkę, co on najlepszego wymyślił? Szukał jakiegoś spirytysty dla niej? Czy może… Nie, nie sądziła, by kogoś szukał nie poinformowawszy ją o tym wcześniej, więc jej zdziwienie było tym większe. Znała Laurenta z różnych stron i jakże… dogłębnie, ale nie spodziewała się po nim, że być może w jakiś sposób potrafi się… kontaktować z duszami, które tkwiły w Limbo.
Lestrange nie była ostatnio w najlepszej kondycji… w żadnej mierze. Ani fizycznie ani, tym bardziej, psychicznie. Rany, jakie otrzymała po spotkaniu z zabójcą we śnie, goiły się bardzo dobrze – najpewniej dzięki magii. Właściwie to już się zagoiły, teraz pozostała tylko walka o to, by i blizny zniknęły. Co było o tyle problematyczne, że Victoria po prostu zapominała się, żeby zakładać długi rękaw i zasłaniać ślad na lewym przedramieniu. Tego na wierzchu dłoni i tak trudno było zakryć, choć teraz była to już tylko cienka, nieco srebrzysta linia, którą łatwiej było zobaczyć dopiero pod światło. Najgorzej miała się rana na jej szyi, choć siniaki w większości już ładnie zeszły. Dzisiaj miała na szyi naszyjnik, by choć trochę to on skupiał uwagę, a nie to, jak wyglądała. Zastanawiała się… co tam u niego. Jej życie wywróciło się o sto osiemdziesiąt stopni, niemalże dosłownie i teraz większą część swojego czasu poświęcała na to, by złapać te części jej świata, które wysypywały się z wywalonego do góry nogami pudełeczka. Nie miała więc go aż tyle, by być w stanie na bieżąco kontrolować, co dzieje się u bliskich jej osób. Jak Laurent. On zdecydowanie był bliski. I miała szczerą nadzieje, że chociaż w jego życiu było teraz stabilnie i dobrze.
Była u Laurenta tyle razy… Znała jego dom bardzo dobrze. Jak się doń dostać, gdzie przyjść, zwyczaje Prewetta. Nigdy nie sądziła, że ten człowiek stanie się dla niej taki ważny. Że nie będzie tylko odskocznią od rzeczywistości, ale ich relacja zawiąże się na poziomie przyjaźni. Że będzie o nim myślała tak ciepło. Nie, nigdy by nie pomyślała, że kiedykolwiek będzie ich łączyć cokolwiek ponad „znamy się ze szkoły” – życie lubiło zaskakiwać. I Victoria nie żałowała ani sekundy tego, jak wyglądało pomiędzy nimi ostatnie półtorej roku. Co robili i jak. A teraz przyjmowała z ulgą, że choć pewien aspekt się zakończył, to drugi wcale przy tym nie ucierpiał, nie zniknął. Wręcz miała wrażenie, że przez to, co ich łączyło, łatwiej było o to, by się zwierzyć – przynajmniej jej. I na przykład dlatego bez kręcenia powiedziała mu co się z nią dzieje po wycieczce do Limbo. Jak bardzo wszystko jej się miesza. Że musiała zacząć pisać pamiętnik, by móc odróżnić swoje życie od tego… drugiego, które wcale nie było jej. Ale Victoria była taką osobą, która nie chciała tylko brać, chciała też dawać. Dlatego miała nadzieję, że Laurent wie, że może się do niej zwrócić… w każdej sprawie. Że na ile będzie mogła, to mu po prostu pomoże, bez wydawania na jego osobę osądów.
Zjawiła się u niego tak samo, jak każdego innego razu i stanęła pod drzwiami domu, na terenie rezerwatu, cichym pukaniem obwieszczając swoją obecność. Było tuż po zachodzie słońca, więc kolory jeszcze zdobiły niebo, ale już niedługo. Jeszcze kilkanaście minut, i będzie zupełnie ciemno.