You know I've had my share
But I've climbed a mountain
I've crossed a river
And I'm almost there"
♫
17 czerwca 1972, przed południem
– Jackie & @Laurent Prewett –
Dwa ostatnie tygodnie maja Jackie spędziła, włócząc się po Kniei Godryka na czterech łapach, i tylko cudem jej wilczycy udało się nie wpakować w żadne tarapaty. Kiedy obudziła się w Dzień Dziecka na ścieżce prowadzącej do ich domu, nie płakała, nie krzyczała, ani nie była zła. Poszła się umyć, zjadła ogromną porcję jajecznicy, przeglądając znalezione na stole wydanie Proroka Codziennego i przywitała się z bratem zdawkowo. Nie powiedziała mu, że jej przemiana trwała tak długo. Nie, wróciłam po tygodniu ale miałam sprawy do załatwienia. Przecież już i tak wystarczająco martwił się jej stanem. Poza tym, w duchu nawet nieco cieszyła się z takiego obrotu spraw. Kiedy w wakacje, cztery lata temu, przemieniła się na tydzień, miała potem "spokój" na kolejne prawie pół roku. Nie liczyła już na aż ta długą przerwę, ale czuła się pewnie co do wakacji i być może części jesieni. Z tego powodu, kiedy natknęła się na ogłoszenie Laurenta w gazecie branżowej, niezwłocznie pobiegła po pergamin i atrament, żeby wysłać zgłoszenie do pracy. Ucieszyło ją, że stosunkowo szybko odpisał i tak umówili się na 17 czerwca na spotkanie osobiste.
Jackie nuciła sobie pod nosem, kiedy od samego rana krzątała się po domu. Nie przeszkadzało jej nawet, kiedy skacowany ojciec wszedł do kuchni, zabrał talerz z jej porcją śniadania i wyszedł do pracowni, trzaskając drzwiami. Zrobiła nową porcję dla siebie, a także dla Sama, który znowu zarwał nockę robiąc kursy na taksówce. Nie chciała go budzić, więc nałożyła na jego śniadanie zaklęcie utrzymujące temperaturę i napisała liścik na karteczce "Smacznego! Kocham cię! Jacks". O dziesiątej trzydzieści była już gotowa do wyjścia i kolejne dwadzieścia minut spędziła, chodząc w tę i z powrotem przed kominkiem, wpatrując się w ostatni list, który dostała od Laurenta i odtwarzając w głowie różne scenariusze, jakie mogła obrać ich rozmowa.
Wciąż nie mogła uwierzyć, że sam Laurent Prewett zaprosił ją na rozmowę o pracę. Co prawda jej obszar zainteresowań naukowych bardziej ściśle wiązał się z hipogryfami, ale abraksany były ich niedalekimi krewniakami! Co więcej, Prewettowie zajmowali się tymi stworzeniami od wieków! To dla niej była ogromna szansa, aby studiować i uczyć się pod okiem czarodziejów o wiele bardziej doświadczonych od niej. Nie mówiąc już o tym, że stałe źródło dochodów z jej strony odciążyłoby domowy budżet, co ojciec przypominał jej w towarzystwie wiązanki przekleństw niemal za każdym razem kiedy padło na nią jego spojrzenie. I choć wiedziała, że Samuel nigdy nie powiedział by jej tego w twarz, ani nawet tak nie pomyślał, to widziała też, jak zaharowuje się do ostatnich sił, żeby ich utrzymać.
Kiedy wybiła dziesiąta pięćdziesiąt, Jackie zaczęła przestępować z nogi na nogę z ekscytacji, tym bardziej szczęśliwa, że pomimo odczuwanych emocji nie czuła nigdzie w swojej świadomości ani krzty maledictusa. Widocznie ostatnia zabawa na tyle go wyczerpała, żeby tymczasowo usnął na dobre. W końcu o dziesiątej pięćdziesiąt pięć Jackie nie wytrzymała, złapała garść proszku Fiuu z pojemnika stojącego na gzymsie kominka, weszła do paleniska i rzuciła proszek pod siebie mówiąc wyraźnie - Rezerwat New Forest!- Już po kilku sekundach pochłonęły ją płomienie, zaczynając od znoszonych ale czystych i wyprasowanych jeansów, przez skórzany pasek z kilkoma przytroczonymi do niego sakiewkami, po lekką, ale stylową, różową koszulkę z rękawami sięgającymi do przedramion. Wiedziała, że to dosyć mugolski dobór stroju, ale w pracy z magicznymi stworzeniami zawsze wygodniej jej było w ubiorze, który oferował jej pełną swobodę ruchów niż w sukienkach czy spódnicach, nie ważne jak szykowne by nie były. W końcu nie szukała pracy na pozycji sekretarki.
Kiedy płomienie uspokoiły się, Jackie odetchnęła, otworzyła zamknięte do tej pory oczy (nie przepadała za widokiem szybko migających kominków w podróży) i wyszła z paleniska, rozglądając się dookoła.