Palce Mackenzie przesunęły się po gazecie, mniej więcej na wysokości nagłówka, "Manifest Czarnego Pana". Egzemplarz angielskiego Proroka Codziennego pożyczyła od trenera, nim opuściła bazę angielskiej reprezentacji narodowej. Po meczu - ostatnim eliminacyjnym meczu w tym roku, pierwszym, w którym zagrała, a zarazem przegranym haniebnie (dwadzieścia punktów, cholerne dwadzieścia punktów, gdyby szukający Norwegii nie złapał tego znicza jeszcze przez pięć minut mogliby wyrównać, była pewna... dlaczego w ogóle dawali za ten znicz tak dużo punktów, cholera jasna, sześciu angielskich zawodników grało lepiej i ten jeden, jedyny, przeklęty Norweg!) i stawiającym pod znakiem zapytania ich awans (na szczęście jeszcze niczego nie przekreślającym) - potrzebowała samotności i przestrzeni.
Na szczęście Norwegia zapewniała jedno i drugie. Niewielką ceną za nie było przemarznięcie podczas lotu, ale Mackenzie była gotowa zapłacić w ten sposób z radością, w zamian za wszystkie, upajające widoki z góry. Tym, czego Norwegia zapewnić nie mogła, jak się okazało, był spokój. Spokój zburzony przez tę gazetę, świeżo po tym, jak Mackenzie wylądowała, przez chwilę prawie szczęśliwa, nie myśląc już o wczorajszej porażce, a zamiast tego ciesząc się . Co jej w ogóle do głowy strzeliło, że postanowiła nagle ją przeczytać? Ach, tak, oczywiście, kolumna sportowa, chciała sprawdzić, w jaki sposób skomentowano ich wczorajszy mecz...
...szefowa Biura Aurorów zapewnia, że Biuro potraktowało sprawę poważnie, ale nie ma powodów do paniki...
Green przycupnęła na kamieniu. Na samej granicy lasu i zarazem jednego z norweskich rezerwatów dla magicznych istot. Miotłę, najnowszy model Nimbusa, troskliwie ułożyła obok siebie, podpierając o skałę w taki sposób, aby przypadkiem nie powyginały się witki. Wciąż dbała o swoje miotły obsesyjnie, z taką samą starannością, jak wtedy, kiedy miała piętnaście lat i z pieniędzy ciułanych przez wszystkie wakacje przepracowane w (o ironio) Trzech Miotłach oraz (o wstydzie) dorzuconych przez jednego z członków drużyny Gryfonów, bardzo chcącego zdobyć puchar, kupiła pierwszy, naprawdę dobry model.
...nikt na razie nie zna tożsamości tego, który posługuje się przydomkiem Lorda Voldemorta, ale...
Mackenzie nie zdążyła się przekonać, co oznaczało to "ale". Nagły podmuch wiatru szarpnął jej jasne włosy, szary szalik i wyrwał z dłoni czarownicy gazetę. Mackenzie poderwała się odruchowo, wyciągając rękę i próbując pochwycić Proroka, ten jednak uleciał wraz z podmuchem wiatru, dalej i dalej. Może dobrze. Zabierał ze sobą wszystkie te artykuły, które zwiastowały w Anglii wielkie zamieszanie.
Szkoda, że nie mógł zabrać też pytania, odbijającego się echem w głowie Green.
Czy jeśli Ministerstwo ich nie złapie, pewnego dnia przyjdą też po nią? Po bękarta, o niewiadomym statusie krwi?