Smugi dymu pieściło skórę, jeśli tylko im na to pozwoliłeś. Ocierały się o jedwab skóry, łączyły z krańcami włosów, przepływały przez kurtynę rzęs i wirowały nad twoją głową jak marzenia. Te niespełnione marzenia, o których mogłeś tylko śnić. Układały się wabikiem nad tobą całym, czy to może już deszczowa chmura, czy może właśnie parasol, który ochroni cię przed deszczem. Wygodna pagoda, z której będziesz obserwował deszcz rozbijający się na tafli jeziora, czy niebo, w którym łkały dziś anioły nad ludzką niedolą. Romantyzm wisiał w powietrzu i człowiek kroił go nożem, kiedy tylko mógł go złapać w rękę. Zgnieść w palcach. Miękkie ciasto pod opuszkami nie klejące się do nich, więc wyrzeźbisz z niego to, co potrzebujesz. W końcu widzisz, że nie chcesz rzeźbić, chcesz tylko ugniatać. Czuć. Niech pada, albo nie pada wcale, niech pachnie mokra trawa, albo niech dusi ten dym w spelunie, w której cienie władały rzeczywistością, a światło było ledwo iskrami nadziei, żeby nie patrzeć po sobie wzajem. Sny i marzenia skupiały się tam, gdzie ludzki wzrok - na scenie, gdzie rudowłosa piękność jęczała do mikrofonu wyznania swemu kochankowi. Nie, to nie były jęki, to była pieśń. To nie do kochanka, to chyba do tych prostych ludzi, tych skomplikowanych, biednych i bogatych, starych i młodych. Chcieli spijać każdą głoskę i każdy przystanek z tych czerwonych ust, chcieli tonąć w dymie papierosów i cygar, fajek nabijanych czymś więcej niż zwykłym tytoniem, jak sugerował słodki zapach. Chcieli tego dymu i tych zapachów, bo gdyby nie ten filtr to zakochaliby się za mocno w jej zielonych oczach. Nie dzieliłoby ich już nic przed tym, żeby sięgnąć do swoich spodni, albo żeby wyciągnąć dłoń do niej - Zakazanego Owocu, co kusił i wabił. Węża z Raju, co tylko zawsze szkodził. Przelewał się więc jej przepalony głos przez gości, a tłem były rozmowy czarodziei i wiedźm, co jeden za drugim i druga za pierwszą chcieli opowiedzieć sobie wzajem, że dzień był ciężki, ale nie mówmy o nim. Chłopak mnie rzucił, lecz nie wspominajmy tego. Morderstwo wybrzmiało - o, naprawdę - tak, lecz nie chcę wspominać... Gdzie odpływały ludzkie serca, kiedy ich sny i marzenia nie były snami a miały postać rudowłosej niewiasty obdarzonej hojnie przez naturę - Laurent nie wiedział. On był z nią - na tym parkiecie, chociaż siedział z boku, opierając dłoń na parasolce ciągle wilgotnej od deszczu. Padało. Deszcz, jeszcze zimowy, albo już wczesnowiosenny, bębnił o szyby i stanowił szmer dla ludzkiej podświadomości wszystkiego, co działo się wokół nich. Gdyby nie to, że siedział tak blisko okna to nawet nie miałby okazji usłyszeć, że dźwiękiem, który najbardziej mu się podobał wcale nie był głos tej damy na scenie, widokiem nie były jej usta, twarz, czy piersi, a sen nie był zamknięty w środku. On był otwarty. Zapraszał w czarną nos, w której wszystko było kurtyną szarugi. Ten deszcz obiecywał katharsis. Możesz na niego nie spoglądać a i tak wiesz, że nie będzie niczego bardziej żywego i realnego niż poczucie lodowatych kropli na bladym karku. Nie będzie niczego bardziej żywego niż gorączka tocząca ciało na drugi dzień.
Ubrany w biel i grafit, błękit i granat blondyn odetchnął i odwrócił wzrok do okna. Oderwał go od kobiety, którą ledwo dostrzegał, bo przecież nie ją widział na tej scenie. Nie ją chciał zobaczyć. Otulona lekkim woalem schodzącego z krwi narkotyku wyobraźnia stawiała tam jego samego - tam, gdzie uwielbienie płynęło emocjami i ludzkie oczy chciały ci oddać hołd. Gdzie serca żyły, biły mocniej, a wszystkim można było przynieść ulgę i oczarowanie ledwo jedną piosenką. Jak spełnić ludzkie sny? Jak się do nich dostać, jeśli nie stojąc za tym mikrofonem, mając ledwo dwóch czy trzech grajków dbających o muzykę? Złoto delikatnie lśniło w ciepłych łunach świec ustawionych na stolikach - złoto opadające na jego odsłonięte kawałki skóry w niedopiętej koszuli, w półprzejrzystych wstawkach materiału, w misternych pleceniach, które same z siebie zamieniały koszulę w dzieło sztuki. Kolczyki, pierścionki, bransoletka na nadgarstku, a wszystko to będące ledwo widocznym dodatkiem dla nieuważnego obserwatora zlewającym się z alabastrem skóry czy platyną ułożonych kosmyków włosów. Niektórzy mieli jednak ten wzrok bystrzejszy od innych. Niektórzy...
- Dobry wieczór... można się przysiąść? - Podniósł na nią wzrok. Była ładna, może nawet w jego wieku, brąz włosów jak dęby i oczy jak irlandzkie niebo. Uśmiechała się zalotnie, tak bardzo jednoznacznie. Była ładna - ale nie była tak piękna jak rudowłosa czarownica, która skradała oczy gości dookoła. Nie była też tak ładna, żeby skraść jego oczy łzom nieba.
- Przepraszam. Nie szukam towarzystwa. - Nie pokusił się na uśmiech, a co najwyżej pokusił o miłe odmówienie, chociaż gdzieś na limicie wytrzymałości płuc tańczyło ciężkie westchnienie irytacji. Nie, nie, nie. Odeszła więc i odsłoniła całą sobą kurtynę, jak klapki spadające z oczu, jak deszcz, który się kończył i w końcu pozwalał na dojrzenie czegoś innowacyjnego.
Uśmiechnął się do Morpheusa Longbottoma.