26.05.2024, 19:57 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.02.2026, 23:44 przez Lorraine Malfoy.)
adnotacja moderatora
Rozliczono - Anthony Shafiq - osiągnięcie Badacz tajemnic I
—27/08/1966—
Anglia, Wiltshire, Malfoy Manor
Lorraine Malfoy & Anthony Shafiq
![[Obrazek: FfyUTkf.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=FfyUTkf.png)
HAMLET
O all you host of heaven! O earth! what else?
And shall I couple hell? O, fie! Hold, hold, my heart;
And you, my sinews, grow not instant old,
But bear me stiffly up. Remember thee!
Ay, thou poor ghost, while memory holds a seat
In this distracted globe. Remember thee!
Yea, from the table of my memory
I'll wipe away all trivial fond records,
All saws of books, all forms, all pressures past,
That youth and observation copied there;
And thy commandment all alone shall live
Within the book and volume of my brain,
Unmix'd with baser matter: yes, by heaven!
O most pernicious woman!
O villain, villain, smiling, damned villain!
My tables,--meet it is I set it down,
That one may smile, and smile, and be a villain.
![[Obrazek: FfyUTkf.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=FfyUTkf.png)
HAMLET
O all you host of heaven! O earth! what else?
And shall I couple hell? O, fie! Hold, hold, my heart;
And you, my sinews, grow not instant old,
But bear me stiffly up. Remember thee!
Ay, thou poor ghost, while memory holds a seat
In this distracted globe. Remember thee!
Yea, from the table of my memory
I'll wipe away all trivial fond records,
All saws of books, all forms, all pressures past,
That youth and observation copied there;
And thy commandment all alone shall live
Within the book and volume of my brain,
Unmix'd with baser matter: yes, by heaven!
O most pernicious woman!
O villain, villain, smiling, damned villain!
My tables,--meet it is I set it down,
That one may smile, and smile, and be a villain.
O all you host of heaven! O earth! what else?
And shall I couple hell? O, fie! Hold, hold, my heart;
And you, my sinews, grow not instant old,
But bear me stiffly up. Remember thee!
Ay, thou poor ghost, while memory holds a seat
In this distracted globe. Remember thee!
Yea, from the table of my memory
I'll wipe away all trivial fond records,
All saws of books, all forms, all pressures past,
That youth and observation copied there;
And thy commandment all alone shall live
Within the book and volume of my brain,
Unmix'd with baser matter: yes, by heaven!
O most pernicious woman!
O villain, villain, smiling, damned villain!
My tables,--meet it is I set it down,
That one may smile, and smile, and be a villain.
– Czyż to nie wspaniały wieczór? – westchnęła stojąca po prawicy Lorraine dama, wachlując się gwałtownie przepysznym, zdobionym koronką wachlarzem – wytworna wdowa, z której twarzy biłaby aura dostojeństwa, gdyby nie podbarwiała jej wcześniej permanentna czerwień popijanego po kryjomu wina – mrugnęła porozumiewawczo do dziewczyny, kiedy ta podchwyciła jej spojrzenie. – Ten wernisaż w galerii, ta muzyka, tańce, i śpiewy... Prawdziwa uczta dla duszy!
Moja matka nie żyje, pomyślała Lorraine, obserwując kropelki potu sperlone na grubej szyi dobrotliwej matrony, która niemalże dusiła się pod uściskiem zbyt ciasnej, wysadzanej perłami kolii. Myśli pani, że robactwo wyżera już jej ciało? Dostało się już do wnętrza jej trumny i ucztuje na wymizerowanych zwłokach? Słyszałam, że na podstawie zalęgłych w truchle larw owadów można z większym prawdopodobieństwem orzec czas zgonu, niźli po obserwacji znamion śmierci.
Czyż to nie nadzwyczajne?
Odwróciła głowę, jakby spłoszona – na szczęście nie wypowiedziała swych turpistycznych myśli na głos, skonstatowała z ulgą – i napotkała swoje własne odbicie w wiszącym na ścianie lustrze. Była odziana w biel, jak zawsze – w pożyczoną sukienkę, bo sama nie posiadała wystarczająco eleganckiej garderoby – powinnam móc nosić czerń, pomyślała z rozżaleniem, niechętnie odrywając wzrok od hipnotyzującej tafli lustra odbijającej jaskrawe światła kandelabrów, migoczące refleksy kryształowej zastawy, błyski diamentowej biżuterii, spinek do mankietów, krawatów oraz polerowanych guzików, nie minęły nawet dwa miesiące od jej śmierci. Na powrót skupiła wzrok na otaczającym ją wianuszku gości.
Dama chwaliła wylewnie koncert fortepianowy Lorraine, która zaprezentowała swoje umiejętności w towarzystwie na prośbę żony stryja, Cornelii Malfoy. Ciotka stała z Lorraine pod rękę, i błyszczała radością – pławiąc się w pochwałach z naturalnym wdziękiem kogoś nawykłego do bycia w centrum uwagi – Lorraine także uśmiechała się, dziękując za komplementy.
Oczywiście, występ był dla dziewczyny zaszczytem, ale prawda była taka, że nawet gdyby chciała, nie mogłaby odmówić rodzinie tej przysługi. Od ponad miesiąca mieszkała razem ze stryjostwem, którzy przygarnęli ją bez słowa po śmierci jej przybranej matki, Mirandy. Lorraine była wdzięczna za okazaną jej dobroć, choć wiedziała, że ta nie była bezwarunkowa. Rodzina jest najważniejsza, powtarzali jednak członkowie dumnego rodu Malfoy, pławiąc się w luksusach nepotyzmu, a wtedy, jakaś zadawniona duma przypominała Lorraine: "ty też jesteś Malfoy".
Nienawidziła litości, ale litość okazywana jej przez rodzinę nie była tą samą litością, którą widziała w oczach innych ludzi.
I tak, stryj mógł zarzekać się, że nie wpuści już nigdy więcej najmłodszego brata do rodzinnego domu – nie po tym, jak ten zaśmiał się głośno podczas mowy pogrzebowej Fortinbrasa na pogrzebie Mirandy, na który spóźnił się zresztą, ku rozpaczy Lorraine, która zaczęła podejrzewać, że rozwalony nonszalancko na krześle obok niej ojciec jest po prostu pijany – ale nie minął miesiąc, i Armand, udając, że wszystko jest w najlepszym porządku, powrócił do naturalnego rytmu rodzinnych odwiedzin, a jego grzeszki – dopóki nie wpływały na starannie pielęgnowany wizerunek rodu – jak zawsze, zostały mu wybaczone.
– Moje uznanie, Lorraine – powiedział miękko młody dżentelmen, którego mgliście kojarzyła z podobnych przyjęć. – To prawdziwy talent.
Uśmiechnęła się tylko. Moja matka nauczyła mnie grać. Requiem, które wybrałam na jej pogrzeb, było jej autorstwa. Dalej słyszę je, kiedy zasypiam. Nikt o niej nie pamięta, bo poślubiła mojego ojca, a z towarzystwa wycofała się przez chorobę, ale kiedyś mówili, że w Muzie nie było wspanialszej pianistki.
A jak się ma twoja rodzina?
Słodycz, jakim przesycony był jej uśmiech, w uznaniu Lorraine była tylko kolejną oznaką wewnętrznego rozkładu: przywodziła na myśl słodki zapach zgnilizny, perfumowaną padlinę. Zatruwała wszystkich dookoła swoją żałobą, a nawet jej nie nosiła. Czerń nie pasuje do twojej urody, stwierdziła kuzynka tonem znawczyni, kiedy razem szykowały się na przyjęcie.
Lorraine wplotła jednak czarną wstążkę we włosy, wyrywając się z odrętwienia na chwilę przed występem.
Zagrała Wyspę Umarłych. Poemat symfoniczny Rachmaninowa, do którego skomponowania zainspirowała go czarno-biała reprodukcja obrazu Böcklina: Lorraine nie widziała tego obrazu na oczy, ale znalazła jego opis w biografii artysty. Poczuła znajome ukłucie w sercu, kiedy przeczytała, że Rachmaninow był zawiedziony kolorowym oryginałem dzieła. Do kompozytora przemówił monochromatyczny świat czerni i bieli – jak klawisze fortepianu, po których przebiegały jej długie, pająkowate palce – a Lorraine podświadomie rozumiała, dlaczego.
Oryginalnie, Wyspa Umarłych nie była przeznaczona na fortepian – wykonywała ją orkiestra – a najpopularniejsze transkrypcje na fortepian były aranżacjami na dwa instrumenty. Oczywiście, na potrzeby koncertu przetranskrybowała całość na partię solową, ale nabożnie pielęgnowała w duszy myśl, która nasunęła jej się, ledwie zdecydowała, jaki utwór zaprezentuje: ona na pierwszym fortepianie, Miranda na drugim.
Kiedy grała, nie myślała jednak o kobiecie, którą nazywała matką. Na twarzy Lorraine malował się wyraz skupienia, jakaś dziwna zaciętość, kontrastująca z delikatnym uśmiechem, w którym zwykle rozciągały się jej wargi.
Kiedy grała, czuła się wolna.
Miała suche oczy, kiedy odchodziła od fortepianu, sunąc palcami po lakierowanej obudowie instrumentu w niewypowiedzianej pieszczocie, powoli, pożądliwie, jak gdyby opierała się przed oswobodzeniem z czyichś objęć.
Zanim usiadła na swoim krześle, czuła już jednak tylko wstyd.
Bo jakim prawem cieszyła się grą bez Mirandy, skoro wszystko, co umiała, zawdzięczała właśnie jej?
Wymknęła się z sali, zanim jeszcze toast, który zdecydował się wznieść ojciec Desmonda, dobiegł końca.
Elegancki poczęstunek, w tle wernisaż, potem koncert, a teraz tańce, toasty i rozmowy. Z jakiej okazji wyprawiono tak wystawne przyjęcie? Nie mogła sobie przypomnieć. Wychodząc, obiecała jakiemuś kawalerowi następny taniec, wymawiając się na dany moment potrzebą upudrowania nosa. Słyszała śmiech jednej z ciotek – niósł się echem po sali, kiedy podchodziła do kolejnej grupki gości razem z mężem – minęła stryja Abraxasa, który, otoczony pochlebcami, perorował o polityce przy cygarze, a także starszego kuzyna, który zabawiał rozmową towarzystwo... Wiedziała, że nie powinna opuszczać przyjęcia, ale po prostu nie mogła tak dłużej.
Nie poznawała siebie.
Wnętrze eleganckiej biblioteki Malfoyów, gdzie się skryła, było ciche, skąpane w przygaszonym świetle strategicznie rozmieszczonych świec, zaczarowanych tak, by ogień nie mógł wyrządzić krzywdy cennym woluminom. Lorraine dobrze znała jej annały – wiele czasu spędzała tu jako dziecko – więc pozwoliła nogom ponieść się, wsłuchując się w stłumione odgłosy trwającego przyjęcia. Najpierw dochodziły jakby z oddali, z głębi domu, a potem znów stały się głośniejsze, bo przez otwarte okna balkonowe wpadały dźwięki rozmów prowadzonych na tyłach domu, w ogrodzie, również udostępnionym dla gości w tą gorącą, sierpniową noc. Koncert Lorraine dobiegł końca, ale świerszcze dopiero rozpoczynały swój.
Powiodła ręką po grzbietach oprawionych w skórę książek, stając przed jedną z półek – tej, na której znajdowała się kolekcja dramatów, które tak lubiła. Wyciągnęła jeden i otworzyła na losowej stronie, sunąc palcem, by wybrać przypadkowy akapit: to była jej dziecinna zabawa, szukanie wróżby w książce, która leżała akurat najbliżej, jak gdyby wybrane na chybił trafił zdanie miało zdecydować o tym, co przyniesie następny dzień.
Dopiero po chwili dotarło do niej, że słowa rozmywają jej się przed oczami. Nie widziała tekstu. Wypuściła książkę z drżących rąk.
Moja matka nie żyje, pomyślała Lorraine, obserwując kropelki potu sperlone na grubej szyi dobrotliwej matrony, która niemalże dusiła się pod uściskiem zbyt ciasnej, wysadzanej perłami kolii. Myśli pani, że robactwo wyżera już jej ciało? Dostało się już do wnętrza jej trumny i ucztuje na wymizerowanych zwłokach? Słyszałam, że na podstawie zalęgłych w truchle larw owadów można z większym prawdopodobieństwem orzec czas zgonu, niźli po obserwacji znamion śmierci.
Czyż to nie nadzwyczajne?
Odwróciła głowę, jakby spłoszona – na szczęście nie wypowiedziała swych turpistycznych myśli na głos, skonstatowała z ulgą – i napotkała swoje własne odbicie w wiszącym na ścianie lustrze. Była odziana w biel, jak zawsze – w pożyczoną sukienkę, bo sama nie posiadała wystarczająco eleganckiej garderoby – powinnam móc nosić czerń, pomyślała z rozżaleniem, niechętnie odrywając wzrok od hipnotyzującej tafli lustra odbijającej jaskrawe światła kandelabrów, migoczące refleksy kryształowej zastawy, błyski diamentowej biżuterii, spinek do mankietów, krawatów oraz polerowanych guzików, nie minęły nawet dwa miesiące od jej śmierci. Na powrót skupiła wzrok na otaczającym ją wianuszku gości.
Dama chwaliła wylewnie koncert fortepianowy Lorraine, która zaprezentowała swoje umiejętności w towarzystwie na prośbę żony stryja, Cornelii Malfoy. Ciotka stała z Lorraine pod rękę, i błyszczała radością – pławiąc się w pochwałach z naturalnym wdziękiem kogoś nawykłego do bycia w centrum uwagi – Lorraine także uśmiechała się, dziękując za komplementy.
Oczywiście, występ był dla dziewczyny zaszczytem, ale prawda była taka, że nawet gdyby chciała, nie mogłaby odmówić rodzinie tej przysługi. Od ponad miesiąca mieszkała razem ze stryjostwem, którzy przygarnęli ją bez słowa po śmierci jej przybranej matki, Mirandy. Lorraine była wdzięczna za okazaną jej dobroć, choć wiedziała, że ta nie była bezwarunkowa. Rodzina jest najważniejsza, powtarzali jednak członkowie dumnego rodu Malfoy, pławiąc się w luksusach nepotyzmu, a wtedy, jakaś zadawniona duma przypominała Lorraine: "ty też jesteś Malfoy".
Nienawidziła litości, ale litość okazywana jej przez rodzinę nie była tą samą litością, którą widziała w oczach innych ludzi.
I tak, stryj mógł zarzekać się, że nie wpuści już nigdy więcej najmłodszego brata do rodzinnego domu – nie po tym, jak ten zaśmiał się głośno podczas mowy pogrzebowej Fortinbrasa na pogrzebie Mirandy, na który spóźnił się zresztą, ku rozpaczy Lorraine, która zaczęła podejrzewać, że rozwalony nonszalancko na krześle obok niej ojciec jest po prostu pijany – ale nie minął miesiąc, i Armand, udając, że wszystko jest w najlepszym porządku, powrócił do naturalnego rytmu rodzinnych odwiedzin, a jego grzeszki – dopóki nie wpływały na starannie pielęgnowany wizerunek rodu – jak zawsze, zostały mu wybaczone.
– Moje uznanie, Lorraine – powiedział miękko młody dżentelmen, którego mgliście kojarzyła z podobnych przyjęć. – To prawdziwy talent.
Uśmiechnęła się tylko. Moja matka nauczyła mnie grać. Requiem, które wybrałam na jej pogrzeb, było jej autorstwa. Dalej słyszę je, kiedy zasypiam. Nikt o niej nie pamięta, bo poślubiła mojego ojca, a z towarzystwa wycofała się przez chorobę, ale kiedyś mówili, że w Muzie nie było wspanialszej pianistki.
A jak się ma twoja rodzina?
Słodycz, jakim przesycony był jej uśmiech, w uznaniu Lorraine była tylko kolejną oznaką wewnętrznego rozkładu: przywodziła na myśl słodki zapach zgnilizny, perfumowaną padlinę. Zatruwała wszystkich dookoła swoją żałobą, a nawet jej nie nosiła. Czerń nie pasuje do twojej urody, stwierdziła kuzynka tonem znawczyni, kiedy razem szykowały się na przyjęcie.
Lorraine wplotła jednak czarną wstążkę we włosy, wyrywając się z odrętwienia na chwilę przed występem.
Zagrała Wyspę Umarłych. Poemat symfoniczny Rachmaninowa, do którego skomponowania zainspirowała go czarno-biała reprodukcja obrazu Böcklina: Lorraine nie widziała tego obrazu na oczy, ale znalazła jego opis w biografii artysty. Poczuła znajome ukłucie w sercu, kiedy przeczytała, że Rachmaninow był zawiedziony kolorowym oryginałem dzieła. Do kompozytora przemówił monochromatyczny świat czerni i bieli – jak klawisze fortepianu, po których przebiegały jej długie, pająkowate palce – a Lorraine podświadomie rozumiała, dlaczego.
Oryginalnie, Wyspa Umarłych nie była przeznaczona na fortepian – wykonywała ją orkiestra – a najpopularniejsze transkrypcje na fortepian były aranżacjami na dwa instrumenty. Oczywiście, na potrzeby koncertu przetranskrybowała całość na partię solową, ale nabożnie pielęgnowała w duszy myśl, która nasunęła jej się, ledwie zdecydowała, jaki utwór zaprezentuje: ona na pierwszym fortepianie, Miranda na drugim.
Kiedy grała, nie myślała jednak o kobiecie, którą nazywała matką. Na twarzy Lorraine malował się wyraz skupienia, jakaś dziwna zaciętość, kontrastująca z delikatnym uśmiechem, w którym zwykle rozciągały się jej wargi.
Kiedy grała, czuła się wolna.
Miała suche oczy, kiedy odchodziła od fortepianu, sunąc palcami po lakierowanej obudowie instrumentu w niewypowiedzianej pieszczocie, powoli, pożądliwie, jak gdyby opierała się przed oswobodzeniem z czyichś objęć.
Zanim usiadła na swoim krześle, czuła już jednak tylko wstyd.
Bo jakim prawem cieszyła się grą bez Mirandy, skoro wszystko, co umiała, zawdzięczała właśnie jej?
Wymknęła się z sali, zanim jeszcze toast, który zdecydował się wznieść ojciec Desmonda, dobiegł końca.
Elegancki poczęstunek, w tle wernisaż, potem koncert, a teraz tańce, toasty i rozmowy. Z jakiej okazji wyprawiono tak wystawne przyjęcie? Nie mogła sobie przypomnieć. Wychodząc, obiecała jakiemuś kawalerowi następny taniec, wymawiając się na dany moment potrzebą upudrowania nosa. Słyszała śmiech jednej z ciotek – niósł się echem po sali, kiedy podchodziła do kolejnej grupki gości razem z mężem – minęła stryja Abraxasa, który, otoczony pochlebcami, perorował o polityce przy cygarze, a także starszego kuzyna, który zabawiał rozmową towarzystwo... Wiedziała, że nie powinna opuszczać przyjęcia, ale po prostu nie mogła tak dłużej.
Nie poznawała siebie.
Wnętrze eleganckiej biblioteki Malfoyów, gdzie się skryła, było ciche, skąpane w przygaszonym świetle strategicznie rozmieszczonych świec, zaczarowanych tak, by ogień nie mógł wyrządzić krzywdy cennym woluminom. Lorraine dobrze znała jej annały – wiele czasu spędzała tu jako dziecko – więc pozwoliła nogom ponieść się, wsłuchując się w stłumione odgłosy trwającego przyjęcia. Najpierw dochodziły jakby z oddali, z głębi domu, a potem znów stały się głośniejsze, bo przez otwarte okna balkonowe wpadały dźwięki rozmów prowadzonych na tyłach domu, w ogrodzie, również udostępnionym dla gości w tą gorącą, sierpniową noc. Koncert Lorraine dobiegł końca, ale świerszcze dopiero rozpoczynały swój.
Powiodła ręką po grzbietach oprawionych w skórę książek, stając przed jedną z półek – tej, na której znajdowała się kolekcja dramatów, które tak lubiła. Wyciągnęła jeden i otworzyła na losowej stronie, sunąc palcem, by wybrać przypadkowy akapit: to była jej dziecinna zabawa, szukanie wróżby w książce, która leżała akurat najbliżej, jak gdyby wybrane na chybił trafił zdanie miało zdecydować o tym, co przyniesie następny dzień.
Dopiero po chwili dotarło do niej, że słowa rozmywają jej się przed oczami. Nie widziała tekstu. Wypuściła książkę z drżących rąk.