• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 3 4 5 6 7 … 16 Dalej »
[27.08.1966] God hath given you one face, and you make yourself another

[27.08.1966] God hath given you one face, and you make yourself another
Our Lady of Sorrows
and you don't seem the lying kind
a shame that I can read your mind
and all the things that I read there
candlelit smile that we both share
wiek
25
sława
IV
krew
czysta
genetyka
wila
zawód
Infobrokerka, właścicielka zakładu pogrzebowego, pianistka
Spowita nimbem wyższości i aureolą sięgających niemal do ziemi srebrzystoblond włosów, Lorraine wygląda dokładnie tak, jak powinien wyglądać Malfoy z krwi i kości. A jednak... Coś hipnotyzującego jest w jej czystym, wysokim głosie, w sposobie, w jaki intonuje słowa. Coś w pełnych gracji ruchach, w przenikliwym spojrzeniu jasnoniebieskich oczu, skrytych pod ciężkimi od niewyspania powiekami. Przedziwny czar półwili, który wyróżnia Lorraine z tłumu mimo raczej przeciętnej postury (1,67 m), długo nie pozwalając ludziom zapomnieć o jej uśmiechu. Wygląda na istotę słabą, wątłego zdrowia. W przeszłości, Lorraine zmagała się z zaburzeniami odżywania, przez co teraz cechuje ją nienaturalna wręcz kruchość. Chorobliwie chuda, kości zdają się niemal przebijać delikatną, bladą skórę. Uwagę zwracają zwłaszcza wydelikacone dłonie o długich, smukłych palcach, w których często obraca w zamyśleniu srebrny pierścionek z emblematem rodu Malfoy. Obyta towarzysko, zawsze wie, co powiedzieć, i jak się zachować. Bez względu na okoliczności dba o zachowanie nienagannej postawy. Ubiera się w otrzymane w spadku po bogatszych kuzynkach, klasyczne, mocno zabudowane suknie, na których wprawne oko dostrzeże ślady poprawek krawieckich. W naturze półwili leży przyciągać cudze spojrzenia, może dlatego Lorraine nosi się bardzo konserwatywnie, nigdy niemal nie odsłaniając ciała. Najczęściej spowita jest od stóp do głów w biel, choć chętnie stroi się również w odcienie zieleni i błękitu. Zawsze otula ją mgiełka ciężkich perfum, których nieznośnie wręcz słodki zapach służy tuszowaniu klejącej się do Lorraine mdłej woni śmierci.

Lorraine Malfoy
#1
26.05.2024, 19:57  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.02.2026, 23:44 przez Lorraine Malfoy.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Anthony Shafiq - osiągnięcie Badacz tajemnic I

—27/08/1966—
Anglia, Wiltshire, Malfoy Manor
Lorraine Malfoy & Anthony Shafiq
[Obrazek: FfyUTkf.png]

HAMLET
O all you host of heaven! O earth! what else?
And shall I couple hell? O, fie! Hold, hold, my heart;
And you, my sinews, grow not instant old,
But bear me stiffly up. Remember thee!
Ay, thou poor ghost, while memory holds a seat
In this distracted globe. Remember thee!
Yea, from the table of my memory
I'll wipe away all trivial fond records,
All saws of books, all forms, all pressures past,
That youth and observation copied there;
And thy commandment all alone shall live
Within the book and volume of my brain,
Unmix'd with baser matter: yes, by heaven!
O most pernicious woman!
O villain, villain, smiling, damned villain!
My tables,--meet it is I set it down,
That one may smile, and smile, and be a villain.



MUZYKA W TLE

– Czyż to nie wspaniały wieczór? – westchnęła stojąca po prawicy Lorraine dama, wachlując się gwałtownie przepysznym, zdobionym koronką wachlarzem – wytworna wdowa, z której twarzy biłaby aura dostojeństwa, gdyby nie podbarwiała jej wcześniej permanentna czerwień popijanego po kryjomu wina – mrugnęła porozumiewawczo do dziewczyny, kiedy ta podchwyciła jej spojrzenie. – Ten wernisaż w galerii, ta muzyka, tańce, i śpiewy... Prawdziwa uczta dla duszy!

Moja matka nie żyje, pomyślała Lorraine, obserwując kropelki potu sperlone na grubej szyi dobrotliwej matrony, która niemalże dusiła się pod uściskiem zbyt ciasnej, wysadzanej perłami kolii. Myśli pani, że robactwo wyżera już jej ciało? Dostało się już do wnętrza jej trumny i ucztuje na wymizerowanych zwłokach? Słyszałam, że na podstawie zalęgłych w truchle larw owadów można z większym prawdopodobieństwem orzec czas zgonu, niźli po obserwacji znamion śmierci.
Czyż to nie nadzwyczajne?

Odwróciła głowę, jakby spłoszona – na szczęście nie wypowiedziała swych turpistycznych myśli na głos, skonstatowała z ulgą – i napotkała swoje własne odbicie w wiszącym na ścianie lustrze. Była odziana w biel, jak zawsze – w pożyczoną sukienkę, bo sama nie posiadała wystarczająco eleganckiej garderoby – powinnam móc nosić czerń, pomyślała z rozżaleniem, niechętnie odrywając wzrok od hipnotyzującej tafli lustra odbijającej jaskrawe światła kandelabrów, migoczące refleksy kryształowej zastawy, błyski diamentowej biżuterii, spinek do mankietów, krawatów oraz polerowanych guzików, nie minęły nawet dwa miesiące od jej śmierci. Na powrót skupiła wzrok na otaczającym ją wianuszku gości.

Dama chwaliła wylewnie koncert fortepianowy Lorraine, która zaprezentowała swoje umiejętności w towarzystwie na prośbę żony stryja, Cornelii Malfoy. Ciotka stała z Lorraine pod rękę, i błyszczała radością – pławiąc się w pochwałach z naturalnym wdziękiem kogoś nawykłego do bycia w centrum uwagi – Lorraine także uśmiechała się, dziękując za komplementy.

Oczywiście, występ był dla dziewczyny zaszczytem, ale prawda była taka, że nawet gdyby chciała, nie mogłaby odmówić rodzinie tej przysługi. Od ponad miesiąca mieszkała razem ze stryjostwem, którzy przygarnęli ją bez słowa po śmierci jej przybranej matki, Mirandy. Lorraine była wdzięczna za okazaną jej dobroć, choć wiedziała, że ta nie była bezwarunkowa. Rodzina jest najważniejsza, powtarzali jednak członkowie dumnego rodu Malfoy, pławiąc się w luksusach nepotyzmu, a wtedy, jakaś zadawniona duma przypominała Lorraine: "ty też jesteś Malfoy".

Nienawidziła litości, ale litość okazywana jej przez rodzinę nie była tą samą litością, którą widziała w oczach innych ludzi.

I tak, stryj mógł zarzekać się, że nie wpuści już nigdy więcej najmłodszego brata do rodzinnego domu – nie po tym, jak ten zaśmiał się głośno podczas mowy pogrzebowej Fortinbrasa na pogrzebie Mirandy, na który spóźnił się zresztą, ku rozpaczy Lorraine, która zaczęła podejrzewać, że rozwalony nonszalancko na krześle obok niej ojciec jest po prostu pijany – ale nie minął miesiąc, i Armand, udając, że wszystko jest w najlepszym porządku, powrócił do naturalnego rytmu rodzinnych odwiedzin, a jego grzeszki – dopóki nie wpływały na starannie pielęgnowany wizerunek rodu – jak zawsze, zostały mu wybaczone.

– Moje uznanie, Lorraine – powiedział miękko młody dżentelmen, którego mgliście kojarzyła z podobnych przyjęć. – To prawdziwy talent.
Uśmiechnęła się tylko. Moja matka nauczyła mnie grać. Requiem, które wybrałam na jej pogrzeb, było jej autorstwa. Dalej słyszę je, kiedy zasypiam. Nikt o niej nie pamięta, bo poślubiła mojego ojca, a z towarzystwa wycofała się przez chorobę, ale kiedyś mówili, że w Muzie nie było wspanialszej pianistki.
A jak się ma twoja rodzina?

Słodycz, jakim przesycony był jej uśmiech, w uznaniu Lorraine była tylko kolejną oznaką wewnętrznego rozkładu: przywodziła na myśl słodki zapach zgnilizny, perfumowaną padlinę. Zatruwała wszystkich dookoła swoją żałobą, a nawet jej nie nosiła. Czerń nie pasuje do twojej urody, stwierdziła kuzynka tonem znawczyni, kiedy razem szykowały się na przyjęcie.

Lorraine wplotła jednak czarną wstążkę we włosy, wyrywając się z odrętwienia na chwilę przed występem.

Zagrała Wyspę Umarłych. Poemat symfoniczny Rachmaninowa, do którego skomponowania zainspirowała go czarno-biała reprodukcja obrazu Böcklina: Lorraine nie widziała tego obrazu na oczy, ale znalazła jego opis w biografii artysty. Poczuła znajome ukłucie w sercu, kiedy przeczytała, że Rachmaninow był zawiedziony kolorowym oryginałem dzieła. Do kompozytora przemówił monochromatyczny świat czerni i bieli – jak klawisze fortepianu, po których przebiegały jej długie, pająkowate palce – a Lorraine podświadomie rozumiała, dlaczego.

Oryginalnie, Wyspa Umarłych nie była przeznaczona na fortepian – wykonywała ją orkiestra – a najpopularniejsze transkrypcje na fortepian były aranżacjami na dwa instrumenty. Oczywiście, na potrzeby koncertu przetranskrybowała całość na partię solową, ale nabożnie pielęgnowała w duszy myśl, która nasunęła jej się, ledwie zdecydowała, jaki utwór zaprezentuje: ona na pierwszym fortepianie, Miranda na drugim.

Kiedy grała, nie myślała jednak o kobiecie, którą nazywała matką. Na twarzy Lorraine malował się wyraz skupienia, jakaś dziwna zaciętość, kontrastująca z delikatnym uśmiechem, w którym zwykle rozciągały się jej wargi.

Kiedy grała, czuła się wolna.

Miała suche oczy, kiedy odchodziła od fortepianu, sunąc palcami po lakierowanej obudowie instrumentu w niewypowiedzianej pieszczocie, powoli, pożądliwie, jak gdyby opierała się przed oswobodzeniem z czyichś objęć.

Zanim usiadła na swoim krześle, czuła już jednak tylko wstyd.

Bo jakim prawem cieszyła się grą bez Mirandy, skoro wszystko, co umiała, zawdzięczała właśnie jej?

Wymknęła się z sali, zanim jeszcze toast, który zdecydował się wznieść ojciec Desmonda, dobiegł końca.

Elegancki poczęstunek, w tle wernisaż, potem koncert, a teraz tańce, toasty i rozmowy. Z jakiej okazji wyprawiono tak wystawne przyjęcie? Nie mogła sobie przypomnieć. Wychodząc, obiecała jakiemuś kawalerowi następny taniec, wymawiając się na dany moment potrzebą upudrowania nosa. Słyszała śmiech jednej z ciotek – niósł się echem po sali, kiedy podchodziła do kolejnej grupki gości razem z mężem – minęła stryja Abraxasa, który, otoczony pochlebcami, perorował o polityce przy cygarze, a także starszego kuzyna, który zabawiał rozmową towarzystwo... Wiedziała, że nie powinna opuszczać przyjęcia, ale po prostu nie mogła tak dłużej.

Nie poznawała siebie.

Wnętrze eleganckiej biblioteki Malfoyów, gdzie się skryła, było ciche, skąpane w przygaszonym świetle strategicznie rozmieszczonych świec, zaczarowanych tak, by ogień nie mógł wyrządzić krzywdy cennym woluminom. Lorraine dobrze znała jej annały – wiele czasu spędzała tu jako dziecko – więc pozwoliła nogom ponieść się, wsłuchując się w stłumione odgłosy trwającego przyjęcia. Najpierw dochodziły jakby z oddali, z głębi domu, a potem znów stały się głośniejsze, bo przez otwarte okna balkonowe wpadały dźwięki rozmów prowadzonych na tyłach domu, w ogrodzie, również udostępnionym dla gości w tą gorącą, sierpniową noc. Koncert Lorraine dobiegł końca, ale świerszcze dopiero rozpoczynały swój.

Powiodła ręką po grzbietach oprawionych w skórę książek, stając przed jedną z półek – tej, na której znajdowała się kolekcja dramatów, które tak lubiła. Wyciągnęła jeden i otworzyła na losowej stronie, sunąc palcem, by wybrać przypadkowy akapit: to była jej dziecinna zabawa, szukanie wróżby w książce, która leżała akurat najbliżej, jak gdyby wybrane na chybił trafił zdanie miało zdecydować o tym, co przyniesie następny dzień.

Dopiero po chwili dotarło do niej, że słowa rozmywają jej się przed oczami. Nie widziała tekstu. Wypuściła książkę z drżących rąk.


Yes, I am a master
Little love caster
the web
Il n'y a qu'un bonheur
dans la vie,
c'est d'aimer et d'être aimé
wiek
43
sława
VI
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Szef OMSHM-u
187 cm | 75 kg | oczy szare | włosy płowo brązowe Wysoki. Zazwyczaj rozsądny. Poliglota. Przystojna twarz, która okazjonalnie cierpi na bycie przymocowana do osoby, która myśli, że pozjadała wszelkie rozumy.

Anthony Shafiq
#2
29.05.2024, 22:42  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.05.2024, 22:53 przez Anthony Shafiq.)  
Epizodyczna. Ferrytowa. Świeża. Ejdetyczna. Zdradliwa i niewierna. Skłonna do skrzywień, zaćmień i olśnień. Bywa krótka, kurza i niesprawiedliwa. Ślepa, błogosławiona i święta. Nieodżałowana i świetlana. Pogrzebana i utracona. Może wbić się w myśl, wyryć, albo przyczaić na końcu języka. Dodać skrzydeł lub zawisnąć niczym młyński kamień na szyi. Może mieszkać w słowie, w dotyku, w zapachu, w uczuciu. W dźwiękach fortepianu.

Pamięć.

Niezbędna i niezastąpiona. Bez niej świat trwałby tylko przez chwilę.

Anthony Shafiq słuchał recitalu, ale tak na prawdę nie słuchał go wcale. Jego myśli uciekały z dala od ponurej Anglii w kierunku słonecznej Italii, która zasiała w nim niepokój, choć to czysty eufemizm wobec lawiny, jaką wywołała jedna nieostrożna noc. Nie, tydzień. To był nieostrożny tydzień. Dzwięki narastały w dramatycznym crescendo, wątła pianistka z dziko rozczapierzonymi palcami atakowała tremolem kolejne oktawy rozdarta na Martwiej Wyspie w swoim nieszczęściu, a on opłakiwał dawne życie, cierpiąc i płonąc w tęsknocie, która w takich chwilach, gdy słuchał muzyki, uderzała go najmocniej. Otulony dźwiękową warstwą, słyszał jego oddech, czuł zęby zaciskające się na skórze, palce łapczywie zagarniające wszystko. Na zawsze. Na jedną noc. A potem tylko smutek i konanie, dojmująca pustka, której nie wolno było mu znów wypełnić. Którą – na poziomie bardzo nieświadomym – bał się wypełnić. Odziany w czerń przeżywał kolejny i kolejny raz swoją stratę, a tylko biała orchidea w butonierce odznaczała się na satynowym tle i nieśmiało przypominała, że to nie był pogrzeb, a zwykłe, kolejne, takie samo jak wiele spotkanie służące utrzymaniu relacji. Czuł się bardzo, bardzo zmęczony i zniechęcony do pozostania wśród ludzi.

Reakcja publiczności nie była zbyt żywiołowa. Utwór zbyt ponury, można powiedzieć depresyjny, panny z dobrych domów powinny przecież grać Mozarta, czy bawić się Scalettim przy braku umiejętności. Anthony siedzący w ostatnim rzędzie nie klaskał wcale. Zesztywniały, zmartwiały, pozostawiony z wyrwą w sercu, która teraz posypana solą ostatniego z romantyków, tego, który urodził się za późno, krwawiła obficie i boleśnie. Czuł jednak, że pianistka nie będzie miała mu tego za złe. Że jej autentyczność, zapamiętałość w tkaniu cierpienia nie była dla nich, a dla niej samej. Dlatego też, bardzo nieuprzejmie, ale i tak mu to wybaczą, umknął od razu w cień biblioteki.

Zawsze to robił. Palcami przejeżdżał po grzbietach osieroconych kolekcji, książek nieczytanych, niekochanych, postawionych na półkach i zapomnianych. Czy i on był taką książką w doświadczeniach swojego byłego kochanka? Bardzo krótką książką... ktoś mógłby powiedzieć, nawet, że biuletynem. Dzwięki, trwające w czasie, dziejące się w tu i teraz, dźwięki pozbawione słów pozwalały takim myślom zagnieżdżać się i kwitnąć, pozwalały wspomnieniom atakować go ze zdwojoną siłą. Musiał ochłonąć, musiał znaleźć kotwicę musiał...

głuchy dźwięk opadającego woluminu

... wychylił głowę zza regału w poszukiwania źródła dźwięku, a wzrok szarych oczu padł na drobną sylwetkę kobiety w bieli. Jeszcze nie ducha, choć jej bladości mogłyby pozazdrościć hogwardzkie eteryczne damy.

– Czy wszystko w porządku? – Głupie pytanie, fraszka, wytarty frazes. Nic nie było w porządku czyż nie droga Lorraine? Pochylił się pospiesznie, by podnieść upuszczoną książkę. Nikt nie powinien pozostawać w dole, nawet jeśli był zapomniany. Zwłaszcza książki, o tyle ciekawsze i bardziej przewidywalne od trudnych zawiłości ludzkich, splątanych losów. Pogładził z czułością ofiarę chwilowej niedyspozycji dziewczęcia, po czym powrócił do niej uwagą, oferując jej swoje ramię. – Może zechcesz usiąść? Kazać przynieść Ci wodę? – dopytywał rozglądając się za fotelem czy otomaną, nie bywał tu aż tak często, w końcu awans był sprawą całkiem niedawną.
Our Lady of Sorrows
and you don't seem the lying kind
a shame that I can read your mind
and all the things that I read there
candlelit smile that we both share
wiek
25
sława
IV
krew
czysta
genetyka
wila
zawód
Infobrokerka, właścicielka zakładu pogrzebowego, pianistka
Spowita nimbem wyższości i aureolą sięgających niemal do ziemi srebrzystoblond włosów, Lorraine wygląda dokładnie tak, jak powinien wyglądać Malfoy z krwi i kości. A jednak... Coś hipnotyzującego jest w jej czystym, wysokim głosie, w sposobie, w jaki intonuje słowa. Coś w pełnych gracji ruchach, w przenikliwym spojrzeniu jasnoniebieskich oczu, skrytych pod ciężkimi od niewyspania powiekami. Przedziwny czar półwili, który wyróżnia Lorraine z tłumu mimo raczej przeciętnej postury (1,67 m), długo nie pozwalając ludziom zapomnieć o jej uśmiechu. Wygląda na istotę słabą, wątłego zdrowia. W przeszłości, Lorraine zmagała się z zaburzeniami odżywania, przez co teraz cechuje ją nienaturalna wręcz kruchość. Chorobliwie chuda, kości zdają się niemal przebijać delikatną, bladą skórę. Uwagę zwracają zwłaszcza wydelikacone dłonie o długich, smukłych palcach, w których często obraca w zamyśleniu srebrny pierścionek z emblematem rodu Malfoy. Obyta towarzysko, zawsze wie, co powiedzieć, i jak się zachować. Bez względu na okoliczności dba o zachowanie nienagannej postawy. Ubiera się w otrzymane w spadku po bogatszych kuzynkach, klasyczne, mocno zabudowane suknie, na których wprawne oko dostrzeże ślady poprawek krawieckich. W naturze półwili leży przyciągać cudze spojrzenia, może dlatego Lorraine nosi się bardzo konserwatywnie, nigdy niemal nie odsłaniając ciała. Najczęściej spowita jest od stóp do głów w biel, choć chętnie stroi się również w odcienie zieleni i błękitu. Zawsze otula ją mgiełka ciężkich perfum, których nieznośnie wręcz słodki zapach służy tuszowaniu klejącej się do Lorraine mdłej woni śmierci.

Lorraine Malfoy
#3
01.06.2024, 15:47  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 21.07.2024, 22:49 przez Lorraine Malfoy.)  
To Lorraine Malfoy była Wyspą Umarłych: metrum przypominało jej dziwnie przyspieszony oddech, pierś dziewczyny falowała jeszcze przez chwilę jak otaczające oniryczną wyspę wody, zaś niewidzące oczy – wpatrzone najpierw w leżącą na ziemi książkę, a potem w eleganckie buty podnoszącego ją mężczyzny – były zasnute tajemniczą mgłą.
– To tylko chwilowa niedyspozycja, panie Shafiq. Wszystko w porządku, dziękuję. – Usłyszała swój głos, dobiegający jakby z oddali: cichy, aksamitny, nie przypominający upiornego głosu ducha, słodki sopran. Nie wiedziała, jakim cudem te słowa zdołały przejść przez jej ściśnięte gardło, chociaż Lorraine prędzej zakrztusiłaby się własną dumą, niż przyznała, że czegoś potrzebuje. Kiedy podniosła dotąd spuszczone oczy, napotkała zatroskane spojrzenie wytwornego dżentelmena.

Moja matka umarła, ale wszystko jest w porządku, bo wszyscy udają, że wszystko jest w porządku, choć tak naprawdę nic nie jest w porządku.
Myślisz może czasem, jak to jest, móc przestać udawać, choćby tylko przed samym sobą?

Wyprostowała się. Próbowała opanować słabość, której krótkie napady towarzyszyły jej przez cały dzisiejszy wieczór. Perfumy jakiejś dalszej kuzynki, która obdarzyła ją na bankiecie zachęcającym uśmiechem, tchnęły sztucznością pogrzebowej wiązanki – mdły, dziwnie stęchły zapach znieruchomiałego powietrza w damskiej łazience przywodził na myśl wnętrze zakładu pogrzebowego, gdzie aplikowała po cichu o pracę, albo wnętrze kowenowej kaplicy, w której odprawiano pożegnalne nabożeństwo – napawało to Lorraine odrazą, ale i dziwnym spokojem zarazem. Przyjemne wrażenie letargicznego marazmu rozpierzchło się jednak, bo zaraz po wyjściu owionął ją duszący zapach wody kolońskiej jakiegoś przystojnego kawalera, który – jak już skończył oceniać ją swoim obleśnym spojrzeniem – szepcząc niewyraźny komplement, nachylił się, by nieśmiało ucałować dłoń dziewczyny: chociaż samo muśnięcie jego ust nie było wstrętne, Lorraine poczuła, że zaraz zwymiotuje. Nagle wyobraziła sobie, jak jej ciało obłazi robactwo: roiło się groteskowo na powierzchni jej bladej skóry, wyżerając gnijące tkanki, z jakąś makabryczną zaciekością obgryzało jej palce, jak gdyby chciało ukarać ją, że nie przygrała im pogrzebowego requiem.

Chciała wyrwać swoją dłoń, ale tego nie zrobiła. Nie lubiła, gdy ktokolwiek jej dotykał bez jej wyraźnej zgody, a jednocześnie łaknęła bliskości, o którą nie potrafiła otwarcie poprosić. Bliskości, której nikt nie potrafił jej dać. Nie lubiła, gdy ktokolwiek jej dotykał, a była przecież wilą, i doskonale wiedziała, że wszystkie te niechciane awanse to była tylko i wyłącznie jej wina: błogosławieństwo i przekleństwo zarazem, a między nimi, ona, wiecznie rozdarta.

Teraz ujęła jednak zaoferowane jej ramię.

Lorraine, jakkolwiek trzymała się raczej na uboczu towarzystwa ze względu na swój status materialny, przyjmując zaproszenia tylko na najbardziej huczne wydarzenia, gdzie mogła po cichu towarzyszyć rodzinie, kojarzyła większość najbardziej prominentnych rodzin czystej krwi, a choć czasami potrafiła się zagubić w meandrach genealogii, doskonale orientowała się w najnowszych wydarzeniach, i dobrze znała sławne postaci ze świata sztuki i polityki. Jeżeli dobrze zgadywała, miała przyjemność z ambasadorem angielskiego Ministerstwa Magii we Francji: tyle wiedziała o Anthonym Shafiq'u dzięki uprzejmości stryja Fortinbrasa, dla którego obiad nie był obiadem, jeżeli nie ponarzekał na Ministerstwo.

Może coś ujęło ją w sposobie, z jakim pogładził okładkę książki: czule, z nabożnością. Czy tak też dotykał kobiety? Może to było coś w jego nienagannej prezencji, w czerni, dobrze wyglądał w czerni, pomyślała zazdrośnie Lorraine, a może to był samotny kwiat w jego butonierce: biała, wonna orchidea, niechybnie zaczarowana, bo nie zwiędła, mimo że zabawa trwała od kilku dobrych godzin. Ulubiony kwiat jej matki, drogi i wytworny. Postarała się, by w pogrzebowym wieńcu były właśnie orchidee.

– Wystarczy, że usiądę. Trzy alejki dalej mamy wygodny kącik czytelniczy. Nie śmiałabym odciągać pana od towarzystwa… – dodała miękko, łaskawie oferując monsieur Shafiqowi pretekst do porzucenia jej... Albo do pozostania w bibliotece na dłużej. Ciotka Eleonore nigdy nie mogła jej zarzucić braku ogłady: Lorraine wiedziała, jaki efekt wywiera na ludziach – na mężczyznach – echo krwi wili. Nienawidziła się za to. Nienawidziła potwora, który w niej tkwił. Nienawidziła tego, że nie była tak naprawdę córką Mirandy, a kim była, jeżeli nie jej córką? Nie miała jednak czasu na podobne rozmyślania. Zepchnęła je na bok, na tył umysłu. Wiedziała, jakiego zachowania oczekuje od niej rodzina.
– Dobrze się pan bawi? – spytała uprzejmie. – Oczywiście, gdy nie ratuje pan omdlewających dam i porzuconych przez nie książek.

Uśmiech. Blady, nikły, wciąż jeszcze nieco przygasły, ale też dziwnie powłóczysty, pieszczący czule twarz mężczyzny, kiedy pozwoliła sobie na delikatną żartobliwość. Zachęcające przechylenie głowy, sygnalizujące pączkujące zainteresowanie osobą rozmówcy, i obietnicę dotrzymania mu towarzystwa. Otwarta postawa ciała, miękkie ruchy, z których powoli znikała nerwowość. Tylko oczy piekły ją wściekle, więc przymknęła na chwilę ciężkie od chronicznego niewyspania powieki, pozwalając się prowadzić: bała się trochę przenikliwości staloszarego spojrzenia Shafiqa, tak jak bała się gniewnych oczu swej matki. Miranda nienawidziła łez. Miranda nienawidziła jej łez. Nawet na pogrzebie nie była w stanie uronić ani jednej, zbyt odrętwiała, więc dlaczego teraz miałaby płakać?

Słowa, słowa, słowa, zabrzmiało w jej głowie echem, gdy zerknęła mimochodem na kopię Hamleta, która tak niefortunnie wypadła z jej bezładnych, wciąż lekko drżących rąk. Teraz, książka spoczywała bezpiecznie w eleganckich dłoniach Anthony'ego Shafiqa.

Mógłby być samymi tylko dłońmi, pomyślała, poddając się ramieniu mężczyzny. Och, jakże fascynowały ją te dłonie: sama chciałaby takie mieć. Dłonie były ucieleśnieniem męskiej siły i hartu ducha, amalgamacją możliwości: stał przed nią ktoś, kto miał władzę i był tego świadom, ktoś, kto mógł decydować o sprawach dalece istotniejszych niż wybór trumny, ktoś obdarzony realną siłą sprawczą, cieszący się niezależnością, której ona pragnęła z nieznośną desperacją.


Yes, I am a master
Little love caster
the web
Il n'y a qu'un bonheur
dans la vie,
c'est d'aimer et d'être aimé
wiek
43
sława
VI
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Szef OMSHM-u
187 cm | 75 kg | oczy szare | włosy płowo brązowe Wysoki. Zazwyczaj rozsądny. Poliglota. Przystojna twarz, która okazjonalnie cierpi na bycie przymocowana do osoby, która myśli, że pozjadała wszelkie rozumy.

Anthony Shafiq
#4
03.06.2024, 12:00  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.06.2024, 13:35 przez Anthony Shafiq.)  
– Och, wygodny kącik czytelniczy, musiałem go przegapić. – Z lekkim roztargnieniem uniósł głowę, oczyma ześlizgując się po wysłużonych, ciężkich słowami regałach, a jego kroki niespiesznie ruszył we wskazaną stronę. Ich ramiona tarły o siebie przy każdym kroku, lecz zdawał się nie zwracać na to większej uwagi. Wokół niego unosiła się niezbyt agresywna, drzewna woń podbita tonami kadzidła i geranium, z domieszką bergamotowej goryczy, nawet jeśli jego chmurne spojrzenie przywodziło na myśl bardziej burzę na morzu, a przez to i oczekiwania wobec perfum, którymi powinien muskać swoją bladą skórę. – Hamlet to dość ciekawy wybór, choć osobiście wolę Coriolanusa. Nie masz czasem wrażenia, że dramaty nie powinny być publikowane? Ich naturalnym przeznaczeniem jest bycie słuchanymi i oglądanymi. To trochę tak... jakby samo śledzenie partytury miało zastąpić muzykę.

Weszli w alejkę, gdzie rzeczywiście prócz stolika nakrytego lekko zszarzałą koronką, zdobnego niezbyt zachęcająco stroikiem z wypłowiałego suszu, stały dwa fotele i lampa na długiej mosiądzowej nodze. Anthony podprowadził Loraine do jednego z foteli, zgodnie z jej życzeniem zakładał, że rzeczywiście sama zmiana pozycji z pionowej na siedzącą, przyniesie jej ulgę i odpocznienie. Położył też książkę, którą zgubiła przed chwilą tuż obok, na wyciągnięcie niewieściej ręki, gdyby miała ochotę znów do niej powrócić. Samemu odwrócił się zaś ku półce, by sięgnąć z niej tomik poezji dziewiętnastowiecznej poetyki Vivienne Lestrange. Z zaciekawieniem przyjrzał się okładce, książka z oddali wyglądała na nieużywaną wcale, może raz przejrzaną, gdy pierwszy raz zawitała do domu. Zaraz potem w milczeniu zajął drugi fotel i... cóż, zaczął czytać, najwidoczniej ignorując obecność pianistki, lub też zadowalając się nabożną czytelniczą ciszą, która rozrastała się między nimi mleczną bielą orchidei.

Our Lady of Sorrows
and you don't seem the lying kind
a shame that I can read your mind
and all the things that I read there
candlelit smile that we both share
wiek
25
sława
IV
krew
czysta
genetyka
wila
zawód
Infobrokerka, właścicielka zakładu pogrzebowego, pianistka
Spowita nimbem wyższości i aureolą sięgających niemal do ziemi srebrzystoblond włosów, Lorraine wygląda dokładnie tak, jak powinien wyglądać Malfoy z krwi i kości. A jednak... Coś hipnotyzującego jest w jej czystym, wysokim głosie, w sposobie, w jaki intonuje słowa. Coś w pełnych gracji ruchach, w przenikliwym spojrzeniu jasnoniebieskich oczu, skrytych pod ciężkimi od niewyspania powiekami. Przedziwny czar półwili, który wyróżnia Lorraine z tłumu mimo raczej przeciętnej postury (1,67 m), długo nie pozwalając ludziom zapomnieć o jej uśmiechu. Wygląda na istotę słabą, wątłego zdrowia. W przeszłości, Lorraine zmagała się z zaburzeniami odżywania, przez co teraz cechuje ją nienaturalna wręcz kruchość. Chorobliwie chuda, kości zdają się niemal przebijać delikatną, bladą skórę. Uwagę zwracają zwłaszcza wydelikacone dłonie o długich, smukłych palcach, w których często obraca w zamyśleniu srebrny pierścionek z emblematem rodu Malfoy. Obyta towarzysko, zawsze wie, co powiedzieć, i jak się zachować. Bez względu na okoliczności dba o zachowanie nienagannej postawy. Ubiera się w otrzymane w spadku po bogatszych kuzynkach, klasyczne, mocno zabudowane suknie, na których wprawne oko dostrzeże ślady poprawek krawieckich. W naturze półwili leży przyciągać cudze spojrzenia, może dlatego Lorraine nosi się bardzo konserwatywnie, nigdy niemal nie odsłaniając ciała. Najczęściej spowita jest od stóp do głów w biel, choć chętnie stroi się również w odcienie zieleni i błękitu. Zawsze otula ją mgiełka ciężkich perfum, których nieznośnie wręcz słodki zapach służy tuszowaniu klejącej się do Lorraine mdłej woni śmierci.

Lorraine Malfoy
#5
04.06.2024, 10:59  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 21.07.2024, 23:01 przez Lorraine Malfoy.)  
– Wciąż czasem – codziennie, przecież nie masz pianina, pamiętasz? – “grywam” na starej, drewnianej planszy do ćwiczeń – dajesz darmowe lekcje kuzynom nie z dobroci serca, tylko po to, by móc dotknąć fortepianu swymi palcami, lepkimi od pożądania i brudu Nokturnu – z klawiszami wyrysowanymi ręką mojej matki. – Przesunęła wzrokiem po spokojnej twarzy mężczyzny, starając się wejść w kołyszący rytm rozmowy wyznaczony przez tempo, z jakim jego ramię ocierało się o jej ramię – Shafiq był jak mroczny przewoźnik, który pomagał jej łódce dobić do Wyspy Umarłych, wiosłując zgodnie z kursem wyznaczonym przez szarą toń swych oczu, przeciwstawiających się skłębionej burzy nad nimi –  przed chwilą żyli muzyką, teraz żyli obrazem, który zainspirował poemat symfoniczny. Dwie postaci, podpływające do tajemniczej Wyspy, gotowe na eksplorację nieznanego. – Mam wtedy partyturę za jedyną towarzyszkę. Muzyka gra tylko w mojej głowie.

Nie adorował jej w sposób, który dobrze znała z arystokratycznych przyjęć – czy powiedziałam coś nie tak, analizowała Lorraine, coraz to silniej zaciskając pobielałe już knykcie na kopii Hamleta, czy czuć zapach rozkładu spod woni perfum? – a choć Lorraine nie podejrzewałaby nigdy kogoś, kto osiągnął, wedle relacji stryja, tak wiele na arenie politycznej, o brak zręczności i towarzyskiej ogłady, mężczyźni – niezależnie od rangi, statusu krwi czy wieku – zachowali się w jej towarzystwie w określony sposób.

Bo jesteś wilą, szepnął jej nad uchem duch Mirandy Malfoy. Bo jesteś pierdolonym potworem.

Shafiq nie był nachalny, nie było w jego spojrzeniu protekcjonalnej pobłażliwości, z którą patrzyli na nią podstarzali dżentelmeni o głodnych oczach – takich nawet lubiła, pomyślała, czując, jak rumieniec wstydu barwi jej policzki na samo wspomnienie Otto – a już na pewno żadnej agresywnej lubieżności. To, z kolei, przyjęła z ulgą.

– Może dlatego też dziwnie odstręcza mnie większość interpretacji Szekspira – denerwuje mnie aktorska maniera, sztuczność w intonacji, fałsz wypowiadanych słów – bo żadna nie dorównuje tej, która jest w mojej głowie. – Choć nie jestem bywalczynią teatrów, powinna dodać z asekuranckim wyrachowaniem, ale była zbyt dumna, by przyznać eleganckiemu panu Shafiq, z jak potworną, dyletancką ignorantką z społecznych nizin ma on okazję rozmawiać.

Ciekawe co by powiedział, widząc ją w operze; była tam całe trzy razy – za każdym razem na tym samym przedstawieniu, więc zdążyła nauczyć się go na pamięć – pierwsze dwa były wspaniałym, euforycznym doświadczeniem, ale gdy przyszła pora na trzeci, czar prysł. Do trzech razy sztuka, mawiała Ambrosia, i ta fraza odbijała się echem w głowie wystrojonej, siedemnastoletniej Lorraine, siedzącej na jednym z balkonów za ciotką i stryjem, a pomiędzy dziwnie milczącymi ojcem i matką. Ignorowała ich, pochylona nad partyturą, z policzkami zaróżowionymi z tłumionej złości, z trudem powstrzymując drżenie rąk: jeden z przyjezdnych tenorów potwornie fałszował, ignorując piękne melizmaty na rzecz taniego efekciarstwa, interpretując powierzoną mu rolę z wrażliwością rajfurki.
Lorraine nie miała pióra, ale poradziła sobie z tą niedogodnością: miała tak pokaleczone skórki wokół paznokci, że wystarczyło trochę mocniej poskubać jątrzące się rany, by popłynęła z nich krew.

Och, gdyby ją wtedy widział: młodą, przepełnioną cichą furią wobec artysty, którego widziała pierwszy, i zapewne ostatni raz na oczy – jak z zimną mściwością zaznaczała na pomiętej partyturze popełniane przez niego błędy swoją własną krwią – bo jakże ten filister śmiał okaleczyć jej ulubioną arię, jakże śmiał zniszczyć misterium dziewczyny, dla której dzisiejsza noc była świętsza od sabatu?
Wkrótce niemal wszystkie kartki poplamione była krwią. Lorraine toczyła ją ze swych palców z jakimś szaleńczym zapamiętaniem – w nabożnym skupieniu męczennicy, ginącej w obronie swej wiary, jak pierwsze czarownice z Salem – dopóki ojciec nie zauważył co robi, i nie ścisnął jej za nadgarstek tak mocno, że aż pisnęła z bólu.

– Im cięższe ciosy fortuny, tym chlubniejsze rany, jeśli je znosim męsko i roztropnie – zacytowała gładko, obrzucając mężczyznę śmiałym spojrzeniem. Wysunęła władczo podbródek, jak gdyby rzucała mu wyzwanie. – Dlaczego Coriolanus? Czy na szczycie aż tak… – miała wystarczająco dużo taktu, by udać, że się rumieni, że odwraca wstydliwie wzrok, że patrzy na rozmówcę tylko spod opuszczonych rzęs, jak gdyby bała się jego reakcji, niewinna dziewczyna, niewinne pytanie, niewinne spojrzenie, niewinny uśmiech zakłopotania – ...doskwiera samotność?

Wiedziała, że nie powinna tego mówić. Czekała na reakcję mężczyzny, wyprostowana, dziwnie rozdrażniona, sama nie wiedząc, co chciała mu tym wszystkim udowodnić.


Yes, I am a master
Little love caster
the web
Il n'y a qu'un bonheur
dans la vie,
c'est d'aimer et d'être aimé
wiek
43
sława
VI
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Szef OMSHM-u
187 cm | 75 kg | oczy szare | włosy płowo brązowe Wysoki. Zazwyczaj rozsądny. Poliglota. Przystojna twarz, która okazjonalnie cierpi na bycie przymocowana do osoby, która myśli, że pozjadała wszelkie rozumy.

Anthony Shafiq
#6
25.06.2024, 11:06  ✶  
Słuchał jej z uwagą, nieświadom zupełnie procesów i wspomnień kłębiących się w toczonej zgnilizną i rozkładem główce. Słuchał jej z przyjemnością, bo nie często trafiało się na czarodzieja, który by nie tylko czas poświęcał sztuce, ale i miał zakres słownictwa pozwalający mu się o niej wypowiadać. Choć dobierał do bukietu swojego kręgu najbliższych znajomych ludzi o różnych umiejętnościach, na liście jego priorytetów nie leżała ów zdolność najwyżej, toteż z przyjemnością podjął temat, pozwalając sobie pławić się w zaskoczeniu tym, jak młoda artystka sprawnie popisuje się przed nim pragnieniem posiadania gustu, który z oczywistych względów w tak młodym wieku nie mógł być jeszcze jakkolwiek wyrobiony.

– Wszystko co mówisz, jest prawdą. Mizerny rzemieślnik na scenie może zabić dzieło, lecz czy nas z niego w ten sposób ograbia? Wszak dzieło funkcjonuje poza nim, podobnie jak funkcjonuje w oderwaniu od swego twórcy. Oni umrą, a dzieło pozostanie. Z drugiej strony jednak, jeśli trafisz na artystę, który dzieło bierze w siebie i przez siebie, który staje się narzędziem w rękach dzieła... Doświadczenie absolutu jest wtedy na wyciągnięcie ręki. Bowiem temu co wytworzy nasz umysł brak jednej kluczowej ingrediencji. Brakuje temu oddechu. A gdy trafisz na aktora, na muzyka, który nie przywdziewa maski, a jest rolą, muzyką, którą gra, wtedy oddychasz razem z nim, w spokoju i wzburzeniu, odprężeniu i napięciu... falami. Wtedy warsztat schodzi na dalszy tor, kiedy rumieniec pali policzki, łza szkli oko, a Ty nie potrafisz myśleć o niczym innym jak o wrażeniu w tkance rzeczywistości, którą oddychaliście razem. To odebrane jest czytelnikom, a jeśli nigdy tego nie doświadczyłaś... – tu uśmiechnął się lekko, samemu uciekając do teatralnych nocy urządzanych w sali wspólnej domu kruka, gdy z zapałem prezentowali klasykow, śmiejąc się, dokuczając sobie, punktując przejęzyczenia. Lecz przyszła w końcu taka noc, bezksiężycowa, magiczna, w której zrozumiał siłę teatru i słowa, kiedy słowa cudze wypowiedziane ustami przyjaciela wypaliły się w umyśle na zawsze. – Jeszcze przyjdzie taki czas. Z doświadczeniem, nie pozbawiaj się go z powodu kilku wcześniej doznanych nieprzyjemności – mówili o sztuce wciąż? Choć słowa niosły ze sobą biel dusznej magnolii, słodki zapach flirtu, choć było to wszystko niepoparte gestami, spojrzeniami, ocenianiem twarzy, sylwetki.

Anthony zajął swoje miejsce i pogrążył się w lekturze, nie zamierzając przeszkadzać jej w tej samej aktywności, choć najwidoczniej niewiasta zamierzała kontynuować rozmowę. Czy i ona odczuwała głód za taką właśnie wymianą myśli? Przez moment przyszła mu refleksja, że może to pułapka, a panna na wydaniu bada grunt bogatego wdowca, bo mimo różnicy wieku wciąż pieniądze skutecznie wygładzały twarz. Zwłaszcza jej ostatnie pytanie sugerowało wiele, a przecież Coriolanus miał wiele więcej warstw niż samotność.
– Cóż... wolę być sługą, lecz na swój własny sposób, niż panować na cudzą modłę – sparafrazował, odchylając się ku niej i brodę swoją podpierając o oparto o podłokietnik rękę. Druga dłoń w spokoju leżała na rozwartej książce, opuszki palców delikatnie gładziły stronnice szukając rozluźnienia w ostrzegawczym napięciu. Nie było nic sroższego w świecie, niż zawiedziona próżność niewieścia, a szkoda by mu było tak mile rozpoczętą znajomość sprowadzać na jałowe tory udawanego romansu. Robił to wcześniej, pokazując się na balach z trzpiotkami wyzbytymi charakteru, ale jej nie zamierzał klasyfikować w tej materii. Nie po jej występie, po bólu, którym się z nim podzieliła.

– Od dziecka fascynuje mnie środowisko rzymskiego imperium. Gloria i pycha, wzrost i upadek, który teraz możemy szkiełkiem i okiem badacza śledzić w najdrobniejszym detalu. Uniwersalność dziejów tego państwa znajduje dla mnie odbicie w uniwersalności Coriolanusa. Postać bohatera, który odnajduje w sobie mimo wszystko szlachetne serce, który oddaje życie w imię swoich wartości, w rozczarowaniu światem, ale nie w rozczarowaniu sobą... Jest w tej opowieści coś uwodzącego. Droga, która choć zdaje nam się taka nieżyciowa, nieprawdopodobna, uczyniłaby świat zdecydowanie lepszym miejscem.


Our Lady of Sorrows
and you don't seem the lying kind
a shame that I can read your mind
and all the things that I read there
candlelit smile that we both share
wiek
25
sława
IV
krew
czysta
genetyka
wila
zawód
Infobrokerka, właścicielka zakładu pogrzebowego, pianistka
Spowita nimbem wyższości i aureolą sięgających niemal do ziemi srebrzystoblond włosów, Lorraine wygląda dokładnie tak, jak powinien wyglądać Malfoy z krwi i kości. A jednak... Coś hipnotyzującego jest w jej czystym, wysokim głosie, w sposobie, w jaki intonuje słowa. Coś w pełnych gracji ruchach, w przenikliwym spojrzeniu jasnoniebieskich oczu, skrytych pod ciężkimi od niewyspania powiekami. Przedziwny czar półwili, który wyróżnia Lorraine z tłumu mimo raczej przeciętnej postury (1,67 m), długo nie pozwalając ludziom zapomnieć o jej uśmiechu. Wygląda na istotę słabą, wątłego zdrowia. W przeszłości, Lorraine zmagała się z zaburzeniami odżywania, przez co teraz cechuje ją nienaturalna wręcz kruchość. Chorobliwie chuda, kości zdają się niemal przebijać delikatną, bladą skórę. Uwagę zwracają zwłaszcza wydelikacone dłonie o długich, smukłych palcach, w których często obraca w zamyśleniu srebrny pierścionek z emblematem rodu Malfoy. Obyta towarzysko, zawsze wie, co powiedzieć, i jak się zachować. Bez względu na okoliczności dba o zachowanie nienagannej postawy. Ubiera się w otrzymane w spadku po bogatszych kuzynkach, klasyczne, mocno zabudowane suknie, na których wprawne oko dostrzeże ślady poprawek krawieckich. W naturze półwili leży przyciągać cudze spojrzenia, może dlatego Lorraine nosi się bardzo konserwatywnie, nigdy niemal nie odsłaniając ciała. Najczęściej spowita jest od stóp do głów w biel, choć chętnie stroi się również w odcienie zieleni i błękitu. Zawsze otula ją mgiełka ciężkich perfum, których nieznośnie wręcz słodki zapach służy tuszowaniu klejącej się do Lorraine mdłej woni śmierci.

Lorraine Malfoy
#7
13.08.2024, 12:20  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.08.2024, 12:26 przez Lorraine Malfoy.)  
Milczała. Wszystkie uśmiechy, które mogła mu podarować, zgasły: został tylko popiół, bielący jej usta i policzki. Im dłużej mówił, tym bardziej bladła. Anthony mówił, a Lorraine milczała, bo nawet gdyby chciała, nie mogłaby wykrztusić choćby słowa. Dławiła się popiołem. Mimowolnie sięgnęła ręką ku szyi. Otwarta dłoń przesunęła się wzdłuż równiny unoszonej płytkimi oddechami piersi aż po urwisko obojczyków odkrytych przez dekolt pożyczonej sukni. Zaplotła rozcapierzone palce wokół szyi, starając się zignorować metalowy naszyjnik, którego chłodny splot zwykł przynosić ukojenie, a teraz przypominał tylko o jeszcze innej stracie: naga skóra paliła w dotyku żywym ogniem, ale przecież jestem martwa, zdziwiła się Lorraine, powinnam być zimna – zimna jak urna wypełniona prochem – zimna jak trup. Trwała nieruchomo – zasłuchana w słowa mężczyzny, który wzgardził blichtrem wieczoru, by jej towarzyszyć w ciszy biblioteki – i próbowała nie wybuchnąć płaczem. 

Poczuła się zdradzona. 

Jak śmiał, pomyślała, bliska histerii – on, który dzisiejszego wieczoru miał stać na czele pogrzebowego konduktu, powozić końmi jej karawanu – on – szlachetny, elegancki – spowity w elegijną czerń, kiedy wszyscy dookoła paradowali odziani w biel. Jak śmiał mówić jej o życiu – on, z dłońmi godnymi przejąć batutę dyrygenta w ostatnim requiem – jak śmiał, kiedy jedynym, o czym myślała Lorraine, była śmierć? Wyglądał na kogoś, kto wie, czym jest samotność – kogoś, kto jest w stanie podzielić jej ból – kogoś, kto, tak jak ona, odnajduje siebie na kartach tragedii. Gotowa była przysiąc, że dostrzegła smutek w tych szarych oczach. Jak Anthony Shafiq mógł mówić jej o nadziei, o życiu, kiedy przed nią nie było żadnego życia – nie było żadnej przyszłości? 

Mogłaby mu zadedykować swój ulubiony marsz żałobny: “temu, który wyszedł, nim skończyłam grać”, powiedziałaby – bezczelnie, z niezdrowo błyszczącymi oczyma i dumnie wzniesioną głową – poszłaby do grobu zastanawiając się, czy kiedy wsłuchiwał się w jej aranżację Rachmaninowa nie czuł nic, czy czuł zbyt wiele. Czy w ogóle była jakaś różnica? Chciała wierzyć, że tak. Chciała wierzyć, że jego milczenie było całunem, który zarzuca się na twarz zmarłej z szacunku, nie dlatego, że stężałe pośmiertnie rysy budzą wstręt.

Nie potrzebowała jego litości. Nie potrzebowała niczyjej litości.

– Bardzo ładnie – powiedziała Eleonora Malfoy, stając za plecami Lorraine, która zasiadła przy toaletce. “Dzisiaj musisz się dobrze zaprezentować”, stwierdziła wcześniej, obrzucając Lorraine wymownym spojrzeniem, które przypomniało dziewczynie, że rodzina może mieć wobec niej pewne oczekiwania – że powinna być wdzięczna za ten wieczór, wykorzystać swoją szansę, by zaistnieć w towarzystwie. Lorraine była wdzięczna. Wątpiła jednak, by ktoś życzył sobie towarzystwa dziewczyny o wejrzeniu samobójczyni. 

– To już ponad miesiąc, Lorraine – powiedziała cicho Eleanora. Lorraine drgnęła mimowolnie. Wpatrywała się taflę zwierciadła, w lustrzane odbicie ciotki, która – z pewnym wahaniem – odgarnęła długie blond włosy dziewczyny, by oprzeć ręce na jej ramionach: gest krótki, ale czuły, rozlewający się przyjemnym ciepłem na całe ciało. – Rozumiem twój ból, ale taki los czeka nas wszystkich. Twoja matka chciałaby, żebyś żyła dalej. 

Lorraine powstrzymała pogardliwe prychnięcie. Nie rozumiała nagłej zmiany w zachowaniu ciotki. Nie wiesz, czego chciałaby Miranda, pomyślała gniewnie, nie znasz jej, tak jak ja ją znam. Zawsze czas teraźniejszy – “chce”, a nie “chciała”, “znam”, nie “znałam” – nie potrafiła przestawić się na czas przeszły. Chciałaby, żebym położyła się na jej grobie i umarła razem z nią. Mimo to przytrzymała dłonie Eleanory na swych ramionach, nie pozwalając się wypuścić z objęć jeszcze przez chwilę. 

Może jednak potrzebowała litości, może dlatego tak wyrachowanie obnosiła się bowiem ze swoim cierpienie – jak Hamlet wystawiający sztukę w sztuce. Czy Anthony Shafiq był Klaudiuszem, którego chciała poruszyć, by zyskać pewność, że jej rozpacz jest prawdziwa? Żałoba uczyniła ją samolubną. Samolubną jak Hamlet – Hamlet uwięziony w ciele Ofelii. Nie ma we mnie nic z Ofelii, pomyślała gorzko: Ofelia osunęła się w ramiona śmierci po cichu, bez koncertu, bez rozdzierających serce deklaracji,  bez przeintelektualizowanych dyskusji. Nie potrafiła dobyć głosu przez całą sztukę, a gdy wreszcie mogła przemówić, przepadła w otchłani szalenstwa, nie mniej skrępowana niż wcześniej: tym razem nie przez poczucie obowiązku wobec rodzica, lecz przez okowy własnego umysłu. Ale to nie rola szalonej prorokini rozdającej kwiaty była jej największym aktem defiacji – prorokini, która jednym bukietem polnych kwiatów podyktowała dalsze losy tragedii – było nim to, że odeszła po cichu. W swojej cichości znalazła sposób, by ostatecznie wyrwać się spod wpływu narracji: śmierć nie znalazła jej na scenie, tylko za kulisami, osłoniętą przed wścibskimi spojrzeniami czytelników litościwą dłonią dramaturga. Czy to dlatego wyszedł z koncertu? Nie chciał być jak artyści, uwieczniający Ofelię w momencie, kiedy odchodzi z pieśnią na ustach, podglądaczem, który rozkoszuje się widokiem jej agonii? Piękna Ofelia – martwa Ofelia – dlaczego nie mogła być pierdoloną Ofelią, i po prostu zdechnąć?

Lorraine nieświadomie nachyliła się bliżej Anthony’ego, zwróciła twarz w jego stronę, podobnie jak i on ściszyła głos: to, co mówiła, było tajemnicą, która miała zostać pogrzebaną w tej bibliotece już na zawsze. 

– Dla umarłych nie ma miejsca na ucztach żywych, panie Shafiq. – Ledwo słyszalny szept sączył się z ust Lorraine, słowa dalej smakowały popiołem. – A jednak, jak dumny Orfeusz, zstępuje pan na dno otchłani – bo mówi pan tak pięknie jak Orfeusz. – Przechyliła lekko głowę, przypatrując mu się uważnie. – Orfeusz sławiący rubiny na szyi Persefony, nieświadomy że zaklęto w nich dusze umarłych. Proszę nie dawać nadziei Eurydyce. Wystarczy, że metrum Wyspy Umarłych przypomina mi oddech, ten sam, za którym pan tak tęskni. – Raz urywany, niczym agonalne westchnienie umierającego starca – słyszała w nim odległe echo motywu pogrzebowego Dies irae – a raz rozpaczliwy, gwałtowny, jak pierwszy haust powietrza nowonarodzonego dziecka: takiego, które jak Lorraine wyszło z łona matki na opak i rozpaczliwie chciało do niego powrócić. – Wystarczy, że metrum Hamleta przypomina mi bicie serca, wdzierając się do mojej własnej piersi. – Mówiła jak zaklęta dopóki nie zabrakło jej tchu, z serce oszalale obijającym się o żebra. Pentametr jambiczny, którym tak chętnie posługiwał się Szekspir zapewnił Hamletowi nieśmiertelność: duński książę umiera, ale czy jego serce może kiedykolwiek przestać bić? – Wystarczy mi, że kiedyś przypomni pan sobie mój koncert. – Bo wyjdziesz z tej biblioteki, jak Orfeusz z Hadesu, ale ja zostanę, pomyślała. – Może na koncercie w filharmonii usłyszy pan Rachmaninowa. Może podczas dalekiego rejsu poza granice Anglii zobaczy pan mgliste wybrzeże, które przypomni o Wyspie Umarłych. Może pewnej sierpniowej nocy, podobnej do tej, spacerując ulicami wiecznego miasta, pośród ruin imperium, które wchłonęło greckie sny, powrócą do pana moje słowa. Proszę wtedy o mnie myśleć – i obejrzeć się za siebie.

Odruchowo spróbowała się uśmiechnąć. 

– Zawstydził mnie pan – wyznała miękko – po krótkim milczeniu, które trwało ledwie trzy głośne uderzenia serca – z grobowym wręcz spokojem: wszystkie słowa, które padły z jej ust były przecież tylko solilokwium, niesłyszalnym dla nikogo poza nią, niemożliwe, by Anthony ją usłyszał, niemożliwe, by ktokolwiek ją usłyszał; spuściła zaraz oczy na złożone na podołku dłonie, gładząc okładkę ukochanej sztuki – Koriolanus mógłby uratować cały świat. Hamletowi wystarczyłoby uratować samego siebie. – Mówili o sztuce wciąż? – Nie wiem, jak się z tym czuć. 


Yes, I am a master
Little love caster
the web
Il n'y a qu'un bonheur
dans la vie,
c'est d'aimer et d'être aimé
wiek
43
sława
VI
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Szef OMSHM-u
187 cm | 75 kg | oczy szare | włosy płowo brązowe Wysoki. Zazwyczaj rozsądny. Poliglota. Przystojna twarz, która okazjonalnie cierpi na bycie przymocowana do osoby, która myśli, że pozjadała wszelkie rozumy.

Anthony Shafiq
#8
13.08.2024, 12:51  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.09.2024, 10:17 przez Anthony Shafiq.)  
Sztuka, dobra sztuka miała jeden cel, który lśnił jak moneta posiadająca swój awers i rewers. Sztuka miała przynosić spokój rozognionym umysłom i wytrącać z równowagi ułożone dusze. Lorraine drżała w ogniu który naprzemiennie spalał ją i popielił, nie widział w niej szumiącej, przepływającej emocjonalnej wody, a szarość popiołu właśnie, z którego odradzała się w bieli tylko po to, by spłonąć znów, duszącym, lepiącym wspomnieniem dawnej świetności.

Coś w jej głosie, w jej wybuchu, w tym żarze który wywołał kilkoma ledwie słowami, coś wzbudziło w nim poczucie familiarności do powiewów chaotycznego wiatru, który istniał, choć nie powinien mieć miejsca. Szarpiąca się dziecina wzniecała w nim potrzebę wyciągnięcia ręki, nawet jeśli był pewien, że jeśli ujrzy pochyloną sylwetkę i pomocną dłoń, rzuci się z ostrymi jak ostrza japońskich noży zębiskami i użre ją na wysokości łokcia. Zraniona istota. Osamotniona. Takie lubił najbardziej, kruche, potrzebujące wsparcia, na których długich szyjach później można złożyć obrożę lojalności i posłuszeństwa - miękką i trwałą, przyjemnie skuteczną.

– Czy nie zabrałaś nas na wyspę, która właśnie do umarłych należy? Czy to wszystko co nas otacza, sztuka, którą degustujemy – finezyjnym gestem wskazał na książki, obrazy, na postument z niewielką rzeźbą, ale myśli jego uciekały i do muzealnej działalności oper i filharmonii, które zwykły grać kompozycje tych, o których mówił, a które ona negowała – to wszystko epitafia, ledwie wspomnienia dawnej chwały, żyć, których nici dawno zostały przecięte. Nawet wino, którym oblewamy podniebienia, w których szukamy poezji i wspomnień, nawet ono jest konglomeratem martwych gron, brutalnie odebranych matce, zgniecionych, sfermentowanych w zbiorowej mogile ukrytej głęboko pod ziemią. – Jego ton nie zmieniał się, wciąż był słoneczny, pogodny, pogodzony z kolejami losu. Irytujący w stoicyzmie, który przed nią roztaczał. W chłodnej kalkulacji. Czy rzeczywiście blisko było mu do Orfeusza? Sam miał inne preferencje, których jednak nie zamierzał odsłaniać podczas ich pierwszego spotkania, nawet takiego nabrzmiałego artystyczną egzaltacją, którą pomimo prezentowanego chłodu otulał się jak przednim kaszmirowym pledem.

Umilkł na moment, grając z nią ciszą, przestrzenią wysyconą wibrującą myślą nawet wtedy, gdy żadna z nich nie przyjmowała postaci wybrzmiewającej w powietrzu dźwiękowej fali.

– Cokolwiek chcieli uratować, obaj ponieśli porażkę. Czy jest więc sens roztrząsać i wartościować ich cele? – zapytał w końcu, mówiąc tak, jakby proponował obiad i prosił o wybór restauracji.

Our Lady of Sorrows
and you don't seem the lying kind
a shame that I can read your mind
and all the things that I read there
candlelit smile that we both share
wiek
25
sława
IV
krew
czysta
genetyka
wila
zawód
Infobrokerka, właścicielka zakładu pogrzebowego, pianistka
Spowita nimbem wyższości i aureolą sięgających niemal do ziemi srebrzystoblond włosów, Lorraine wygląda dokładnie tak, jak powinien wyglądać Malfoy z krwi i kości. A jednak... Coś hipnotyzującego jest w jej czystym, wysokim głosie, w sposobie, w jaki intonuje słowa. Coś w pełnych gracji ruchach, w przenikliwym spojrzeniu jasnoniebieskich oczu, skrytych pod ciężkimi od niewyspania powiekami. Przedziwny czar półwili, który wyróżnia Lorraine z tłumu mimo raczej przeciętnej postury (1,67 m), długo nie pozwalając ludziom zapomnieć o jej uśmiechu. Wygląda na istotę słabą, wątłego zdrowia. W przeszłości, Lorraine zmagała się z zaburzeniami odżywania, przez co teraz cechuje ją nienaturalna wręcz kruchość. Chorobliwie chuda, kości zdają się niemal przebijać delikatną, bladą skórę. Uwagę zwracają zwłaszcza wydelikacone dłonie o długich, smukłych palcach, w których często obraca w zamyśleniu srebrny pierścionek z emblematem rodu Malfoy. Obyta towarzysko, zawsze wie, co powiedzieć, i jak się zachować. Bez względu na okoliczności dba o zachowanie nienagannej postawy. Ubiera się w otrzymane w spadku po bogatszych kuzynkach, klasyczne, mocno zabudowane suknie, na których wprawne oko dostrzeże ślady poprawek krawieckich. W naturze półwili leży przyciągać cudze spojrzenia, może dlatego Lorraine nosi się bardzo konserwatywnie, nigdy niemal nie odsłaniając ciała. Najczęściej spowita jest od stóp do głów w biel, choć chętnie stroi się również w odcienie zieleni i błękitu. Zawsze otula ją mgiełka ciężkich perfum, których nieznośnie wręcz słodki zapach służy tuszowaniu klejącej się do Lorraine mdłej woni śmierci.

Lorraine Malfoy
#9
13.08.2024, 18:40  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.08.2024, 19:12 przez Lorraine Malfoy.)  
Więc usłyszał ją? Ledwo dostrzegalne ściągnięcie brwi, szybko wygładzona zmarszczka na czole, błysk zrozumienia w oczach, wpatrzonych w niespokojne palce, które gładziły czule okładkę trzymanej książki, wiedząc, że lata temu, na stronie tytułowej starannie wykaligrafowano słowa: “własność A. Malfoya”. Byłby tego wieczoru pierwszą osobą, która zdołała ją usłyszeć. Mogłaby przecież przysiąc, że zapieczętowała swoje serce, zabiła je równie szczelnie jak wieko trumny, by żadna mara – opętana żądzą ni to krwi, ni to rozgrzeszenia – nie wydostała się z jej piersi, wyjąc dziko, że chce do matki. 

– Pozwoliłam państwu towarzyszyć sobie w podróży na Wyspę Umarłych. – Łagodnie podkreśliła subtelną różnicę w doborze słów, dając mężczyźnie do zrozumienia, że na Wyspie Umarłych byli razem – a jednak osobno. Głos Lorraine wzniósł się słodko w imperatywie dumy. Zawsze wiedziała, że przeżyje ją jej własna duma. Lorraine już wcześniej zauważyła, że Anthony Shafiq przywiązuje dużą wagę nie tylko do tego co mówi, ale i jak mówi: jako dyplomata, pomyślała, nie powinien mieć problemu z wyłapaniem aluzji. Może sam zwrócił się kiedyś w podobnym tonie do jakiegoś impertynenckiego ambasadora lub wyjątkowo roszczeniowego sekretarza? Nie wyglądał na człowieka wolnego od dumy. Może dlatego tak łatwo przychodziło mu igrać z dumą Lorraine, a jednak – był zawsze uprzejmy, nigdy arogancki. A Lorraine była arogancka. Była arogancka w ten wyjątkowy sposób, w jaki może być arogancka tylko młoda dziewczyna – niewymuszenie, nieświadomie – arogancka jak wiła z kompulsją bycia w centrum uwagi – arogancka przez to, że nie miała już teraz nic do stracenia, królowa popiołów na martwej wyspie. – Nigdy nie odkryłam przed wami wszystkich jej sekretów.

Miranda zwykła mawiać, że nie można w pełni poznać drugiego człowieka, dopóki nie zajrzy się do wnętrza jego głowy. Lorraine podzielała ten pogląd – choć  wątpiła, czy osiągnięcie absolutnego poznania jest w ogóle możliwe. 

Ledwo potrafiła zrozumieć własny ból. Wszystkie myśli ulatywały bowiem z głowy Lorraine na dźwięk słowa “matka”. Ledwie Anthony skończył mówić, odłożyła książkę na stolik, głośno i niezgrabnie, bojąc się, że znów wypadnie jej z rąk.

Mówił o winie jak ona o muzyce. Było coś niesłychanie czarownego w kompozycji Rachmaninowa, coś, co budziło trwogę i tęsknotę zarazem – coś równie znajomego, co ciało ukochanego, coś równie obcego, co widok jego oczu zapatrzonych nie w ciebie, tylko gdzieś dalej – jak oczy wiarołomnego kochanka, niegdyś tak bliskiego, wodzące wzrokiem za inną, jak oczy zmarłej matki, jeszcze przed chwilą pełne życia – teraz puste, i przerażająco martwe. To wrażenie obcości – fatalnego wybrakowania – nasilało się, kiedy porównywała nagranie orkiestry ze swoim wykonaniem solowym: odarła utwór z polifonicznego brzmienia, zręcznie pokrywając braki doskonałością swej techniki. Lorraine Malfoy uważała, że nigdy nie pokazywała swej prawdziwej twarzy, ale grając, odsłaniała się kompletnie: zawsze udawała kogoś lepszego, aspirując do życia, którego nie było dane jej było mieć, dumą próbując zatuszować rozpacz, a ambicją – zastępując ból. Tak jak samym tylko fortepianem chciała zastąpić orkiestrę. Efektowna, ale wybrakowana. 

Pewnie dlatego z nią tutaj został, pomyślała, spoglądając na Anthony'ego Shafiqa spod ciężkich powiek, brakuje mu kolejnej orchidei w butonierce: więdnące kwiaty zawsze pachną słodziej w swej desperacji.

– Tak. Oczywiście, że tak. – Więc chciał pozować na jednego z tych leciwych kawalerów, którzy utrzymywali, że w kobietach najbardziej cenią światły umysł – nie zewnętrzne piękno, lecz bogatą ornamentację duszy – tylko po to, by obrażać ich inteligencję swą protekcjonalnością: tacy mężczyźni potrafili być czarujący, choć przy bliższym poznaniu szybko okazywało się, że, jak politycy, nigdy nie formułowali żadnej ostatecznej opinii, by móc wiecznie grać adwokata diabła. Nie rozumiała, dlaczego poczuła się zraniona. Bo wtedy cała ich rozmowa nie miałaby sensu? – Jak mężczyzna, który pochyla się z zadumą nad ruinami upadłego imperium może udawać, że istnieje inna odpowiedź? – Odchyliła głowę do tyłu, opierając się swobodnie o zagłówek fotela – najbardziej zrelaksowana pozycja, na jaką pozwoliła sobie od początku dyskusji. – Proszę się nie obawiać, panie Shafiq. – I nie pozbawiać się możliwości odświeżającej wymiany myśli z powodu kilku wcześniej doznanych nieprzyjemności. Głos Lorraine był chłodny, ale uprzejmy. – Nie odważyłabym się kpić z pańskiego idealizmu. – On mógł kpić z jej martwej matki, ale ona postanowiła nie zniżać się do jego poziomu. 


Yes, I am a master
Little love caster
the web
Il n'y a qu'un bonheur
dans la vie,
c'est d'aimer et d'être aimé
wiek
43
sława
VI
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Szef OMSHM-u
187 cm | 75 kg | oczy szare | włosy płowo brązowe Wysoki. Zazwyczaj rozsądny. Poliglota. Przystojna twarz, która okazjonalnie cierpi na bycie przymocowana do osoby, która myśli, że pozjadała wszelkie rozumy.

Anthony Shafiq
#10
03.09.2024, 10:41  ✶  
Słuchał jej odpowiedzi, patrzył na twarz wykrzywioną pychą, na słodkie próby zaimponowania mu pozą, kształtem maski, wygiętych w łuk ust i uniesionego podbródka. Oglądał ją trochę jak młodą klacz na pokazie, nawet jeśli sam, jako amator smoczych hodowli, nigdy do końca nie mógł docenić piękna koni. Ich siła, układ mięśni, gracja były niczym w porównaniu do potęgi, którą niosły ze sobą magiczne gady, z drugiej strony ładna krzywizna, symetria twarzy przełamana małym detalem... pozostawało to wciąż estetycznym wrażeniem, które można było docenić.

Tak więc i Anthony doceniał ją, rozbawiony butą i śmiałością, która nagle wstąpiła w przygaszone dziewczę, pomimo trawiącej ją żałoby i niepewności. Podobał jej się płomień igrający w całkiem ładnych oczach, to jak sądziła, że obrażając go, zyska jego uwagę. Protekcjonalność rzeczywiście przychodziła mu w sposób naturalny, nie zauważał jej nawet w tym co mówił i jak do niej mówił. Ostatecznie, mógłby być jej ojcem, jeśli tylko byłoby to w jakikolwiek sposób fizycznie możliwe.

Nie odważyłabym się kpić z pańskiego idealizmu – czyż samo to zdanie w swojej istocie, w swoim pojawieniu się w przestrzeni nie było kpiną i wyzwaniem? Anthony nie bał się go w żadnej mierze, jego idealizm został dawno temu pogrzebany, kolejnym i kolejnym potwierdzeniem faktu, że idealiści umierają, jak chociażby wspomniany Coriolanus, gdy Shafiq zamierzał żyć jak najdłużej i cieszyć się tym, co ów życie mu przynosiło. Młoda Malfoyówna rzucała mu jednak rękawicę. Jak bardzo będzie rozczarowana, gdy rozmówca jej nie podejmie?

Mężczyzna w pozorze zasłuchany, uśmiechnął się do niej łagodnie, i skinął głową w pozorze przyznając jej rację we wszystkich głupotkach, które prześlizgnęły się przez jej rozdwojony język. Przywilejem młodości było mówić co ślina na język przyniesie, a on... przyszedł tu tylko poczytać. Dlatego też. może nieco nieoczekiwanie dla niej, odwrócił się na powrót do wybranej przez siebie książki i rozsunął jej obitą w skórę okładkę, tracąc - przynajmniej z zewnątrz - zupełnie zainteresowanie nią, przerzucając uwagę na treść zapisaną między szeleszczącymi stronami.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Anthony Shafiq (2550), Lorraine Malfoy (5305)


Strony (2): 1 2 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa