30.05.2024, 18:13 ✶
– Basilius? Byłoby dobrze, gdybyś wstał i zjadł kolację – powiedziała Florence Bulstrode, opierając się o framugę drzwi pokoju, w którym na kanapie usnął Prewett.
Jeszcze wczoraj jej kuzyn upierał się, że wcale nie potrzebuje odpoczynku i tylko upór Florence sprawił, że zgodził się pojechać z nią do domku letniskowego państwa Bulstrode – który matka Florence kiedyś wygrała w karty. Nie przeszkodziło mu to jednak usiąść „tylko na chwileczkę” i przespać kolejnych trzech godzin.
Podobno to Florence była pracoholiczką. I rzeczywiście, zawsze była w pracy pół godziny wcześniej i praktycznie zawsze wychodziła pół godziny później. Po godzinach chętnie się dokształcała, brała czasem prywatne zlecenia, szukała i poza szpitalem sposobu na przełamanie kilku paskudnych przekleństw. Ale jednocześnie, umiała odpocząć. Wyjść do kawiarni, usiąść z książką, przyjechać tutaj, umówić się z matką na herbatę albo ze znajomym na kolację. Miała wrażenie, że Basilius tej umiejętności znalezienia równowagi nie posiadał. Wybrała domek rodziców, bo tu nikt im nie będzie przeszkadzał i mogli wyjść na zewnątrz, do zadbanego ogródka. Niezbyt ciągnęło ją do jakichś hoteli albo na łono bardziej dzikiej przyrody.
Dałaby mu może spać, ale dochodziła dopiero dziewiętnasta i po pierwsze, uważała, że powinien coś zjeść, po drugie, gdyby spał dalej, istniała spora szansa, że obudzi się w środku nocy. Jako uzdrowiciele i tak mieli dość rozregulowany rytm doby, bo dyżury często były długie albo nocne, chociaż na urlopie więc dobrze było wystawić Basiliusa na słoneczne światło.
– Zrobiłam sałatkę i mamy smażone kolby kukurydzy.
Nic wielkiego. Skrzat, który tu mieszkał, był stary i chociaż utrzymywał domek w porządku, uznała, że kolację może przygotować sama, ale nie umiała tworzyć wymyślnych dań. W sam raz jednak, aby zjeść lekkie danie na wieczór na tarasie.
Odruchowo poprawiła spódnicę. Z racji urlopu wyjątkowo pozwoliła kasztanowym włosom opaść na ramiona, nie zaczesując je w warkocz ani kok, a strój jak na siebie miała dość niedbały.
Jeszcze wczoraj jej kuzyn upierał się, że wcale nie potrzebuje odpoczynku i tylko upór Florence sprawił, że zgodził się pojechać z nią do domku letniskowego państwa Bulstrode – który matka Florence kiedyś wygrała w karty. Nie przeszkodziło mu to jednak usiąść „tylko na chwileczkę” i przespać kolejnych trzech godzin.
Podobno to Florence była pracoholiczką. I rzeczywiście, zawsze była w pracy pół godziny wcześniej i praktycznie zawsze wychodziła pół godziny później. Po godzinach chętnie się dokształcała, brała czasem prywatne zlecenia, szukała i poza szpitalem sposobu na przełamanie kilku paskudnych przekleństw. Ale jednocześnie, umiała odpocząć. Wyjść do kawiarni, usiąść z książką, przyjechać tutaj, umówić się z matką na herbatę albo ze znajomym na kolację. Miała wrażenie, że Basilius tej umiejętności znalezienia równowagi nie posiadał. Wybrała domek rodziców, bo tu nikt im nie będzie przeszkadzał i mogli wyjść na zewnątrz, do zadbanego ogródka. Niezbyt ciągnęło ją do jakichś hoteli albo na łono bardziej dzikiej przyrody.
Dałaby mu może spać, ale dochodziła dopiero dziewiętnasta i po pierwsze, uważała, że powinien coś zjeść, po drugie, gdyby spał dalej, istniała spora szansa, że obudzi się w środku nocy. Jako uzdrowiciele i tak mieli dość rozregulowany rytm doby, bo dyżury często były długie albo nocne, chociaż na urlopie więc dobrze było wystawić Basiliusa na słoneczne światło.
– Zrobiłam sałatkę i mamy smażone kolby kukurydzy.
Nic wielkiego. Skrzat, który tu mieszkał, był stary i chociaż utrzymywał domek w porządku, uznała, że kolację może przygotować sama, ale nie umiała tworzyć wymyślnych dań. W sam raz jednak, aby zjeść lekkie danie na wieczór na tarasie.
Odruchowo poprawiła spódnicę. Z racji urlopu wyjątkowo pozwoliła kasztanowym włosom opaść na ramiona, nie zaczesując je w warkocz ani kok, a strój jak na siebie miała dość niedbały.