Przechadzają się Pokątną, w jednym ze sklepów z roślinami dostrzegł niezwykle ciekawą sytuację. Rosły, brodaty facet w długim, obrzydliwym płaszczu. Nic specjalnego. Tym, co przyciągnęło jego uwagę, był solidny, gruby mieszek, który dyndał u jego pasa. Oczy Fletchera zaświeciły się niczym galeony, gdy w głowie pomyślał, ile alkoholu będzie mógł za to kupić. Nie było co myśleć, trzeba było działać. Wyciągając z kieszeni nożyk, podszedł do typa, próbując dyskretnie zawinąć tę zdobycz.
No i to był solidny błąd.
Bo kto by kurwa wymyślił, że typ, którego próbował okraść, okaże się jebanym psychopatą, który nie dość, że zabezpieczył mieszek przed kradzieżami alarmem, to jeszcze zacznie go gonić, wymachując w powietrzu różdżką? Zbyt dużo zaklęć świsnęło mu koła ucho, żeby mógł to uznać za jakiś żarcik. W grę nie wchodziło też oddanie skradzionych dóbr. Nie miał zamiaru rezygnować z tego łupu. Nie, żeby potrzebował jakoś bardzo pieniędzy. Po prostu nie lubił przegrywać, a co za tym idzie, nie chciał dać się przyłapać. Zbyt dobrze znał się już z niektórymi pracownikami BUMu, żeby teraz odbywać z nimi rozmowę na temat przywłaszczania sobie cudzego mienia. Szczególnie teraz, gdy poszukiwała go mugolska policja. Podejrzewał, że za to oberwałoby mu się mocniej niż za dzisiaj.
— Ja pierdole, typie. To są tylko kurwa galeony! — krzyknął, przebijając się pomiędzy kolejnymi ludźmi. Dlaczego do jasnej cholery na mieście było teraz tylu ludzi? Czy ktoś wrzucił przeceny na piwo w Magicznych Miotłach i każdy chciał kupić sobie najnowszego Nimbusa? W normalnych okolicznościach z chęcią przyjrzałby się temu dokładniej, ale teraz miał na głowie inne problemy. Potrzebował zniknąć temu typowi z oczu. Właśnie dlatego zaczął skręcać w coraz to kolejne uliczki, kierując się w bardziej znane mu rejony.
Nie, żeby miał jakąś tragiczną formę, ale zaczynał odczuwać zmęczenie, nawet pomimo adrenaliny. Na szczęście dla niego, znalazł się przy ulicy, którą znał... niezgorzej. Co prawda nie było to najlepsze wyjście, pamiętając, kto tam mieszkał, ale do wyboru miał to albo typa, który za kilka chwil wyłoni się zza rogu. Szybkie porównanie plusów i minusów dało jasną odpowiedź.
Niewiele myśląc, dopadł do drzwi i zapukał. Gdy przez kilka sekund nikt nie odpowiedział, szarpnął za klamkę. Ku szczerzej uldze, ta ustąpiła, wpuszczając go do środka. Momentalnie wskoczył do środka, zamykając za sobą drzwi. Oparł się o nie, głośno oddychając.
Gdy usłyszał zbliżające się kroki i krzyki, zatkał sobie usta dłonią, w napiętej ciszy czekając, aż te umknęły. Dopiero wtedy się rozluźnił, ześlizgując się na tyłek.
— Ja pierdole... nigdy więcej. Ten typ był pokurwiony. Nigdy więcej bez Dio — wysapał, wciąż wyrównując oddech. Ramieniem otarł czoło, ścierając z niego solidną warstwę potu.
Nie zwracał nawet uwagi na otoczenie, a co za tym idzie. Nie zdawał sobie sprawy z tego, że ktoś uważnie go obserwował.