mieszkanie Stelli
Stanley Andrew Borgin & Stella Avery
Ostatnie kilkadziesiąt godzin nie było dla Stanleya zbyt łagodne, wręcz złe czy tragiczne. Zaczynając od tej cholernej głowy, która jak się okazało, nie została dostarczona bez żadnych problemów i zaczęły się pojawiać pierwsze pytania o nią w ministerswie, potem to całe Beltane - peruka rudej miotlary z Harpii, amortencja i, o niemal włos, bójka z bratem Jackie. To oczywiście nie był koniec przygód Borgina, należało do tego dodać udział w zamachu na tenże sabat, niedokończoną próbę morderstwa Esther Moss, która to uszła ledwo z życiem, walkę z Harper Moody, a na sam koniec starcie z całą zgrają Ministerialnych kolegów czy koleżanek. Nie wspominając jeszcze o całej ucieczce i wszystkimi komplikacjami, które były z nią związane. No i ten przeklęty młotek sędziego z Wizengamotu, który nadal, momentami, dudnił w jego głowie kiedy tylko robiło się ciszej. W wielkim skrócie - nie było kolorowo, a miało być jeszcze gorzej.
List, który wysłał o poranku tego dnia, miał być jedyną miłą rzeczą, która miała go spotkać od ostatnich kilku dni. Stanley chciał po prostu usłyszeć, że Stelli nic się nie stało. Dobrze wiedział, że jej matka zajmuje się organizacją sabatów, więc i musiała być na tym przeklętym Beltane. Co gorsza, pewnie nawet zachęciła swoją córkę aby i ona tam się zjawiła, co okazało się prawdą i tym samym narażało Avery na stanie się jedną z rannych czy, nie daj Merlinie, ofiar. Borgin nigdy by sobie nie wybaczył tego, że mogłoby jej się coś stać przez niego czy któregoś z popleczników Czarnego Pana. O ile z krzywdzeniem innych nie miał już żadnych skrupułów czy problemów, tak była pewna granica, której nawet on nie przekraczał i nie akceptował jej przekraczania przez innych - rodzina i najbliżsi jego sercu, a do tej grupy właśnie zaliczał Stelle, byli nietykalni.
Z każdym kolejnym listem jednak żałował. Żałował, że napisał - wolał chyba nie wiedzieć o niektórych rzeczach. Kolejne odpowiedzi, zamiast go uspakajać czy powodować spokój na duchu, działały na odwrót, podnosząc ciśnienie i powodując, że czuł się jeszcze gorzej. W pierwszej chwili zgniótł je, będąc jakby w jakiejś furii, później jednak je wyprostował, zdając sobie sprawę, że mogą się jeszcze przydać. Nie do końca wiedział co miał zrobić w tym momencie. Z nią, z nim, z tym wszystkim. Nie chciał nikogo z zewnątrz angażować w swój problem. Nie było mowy aby poprosił Anthony'ego czy Sauriela o radę. To był jego problem z którym musiał sobie poradzić.
Theon Yaxley... niby kuzyn ale czy na pewno? Jennifer była z Borginów i nie dało się tego ukryć, jednak do jej syna trzeba było podchodzić z pewną dozą nieufności. W końcu kiedy on mówił komuś "dzień dobry", należało się zastanowić czy przypadkiem nie kłamał. Stanley próbował to sobie tłumaczyć na różne sposoby - że nikt o nich nie wiedział, że może to przypadek, że może to zwykła pomyłka i to nic takiego. Starał się podejść do tego z otwartą głową ale nie potrafił. Nie był w stanie myśleć trzeźwo w tym momencie, zwłaszcza, że dowiedział się bardzo ciekawych rzeczy... Po pierwsze - jakiś ukryty urok, a po drugie - nie mogę przestać o nim myśleć... i to nie chodziło przecież o niego samego.
Nie widząc innej możliwości, udał się na ulicę Pokatną, zgodnie z tym co zapowiedział. Teraz jednak miał nieodparte wrażenie jakby szedł w jakiejś drodze krzyżowej. Im był bliżej, tym bardziej chciał się wycofać, zawrócić i zostać w domu aby przetrawić to z samym sobą. Wiedział, że to nie było rozwiązanie, nadal pamiętał jak to się skończyło ostatnim razem po śmierci Anne, kiedy to próbował się ogarnąć na własną rękę, a poszło co najmniej źle - jak nie tragicznie.
Z ciężkim bólem, dotarł pod tak dobrze znany mu adres. Tym razem nie było to zwykłe spotkanie, takie na które zjawiał się przeważnie aby upewnić się, że u Stelli wszystko było w porządku - ta przecież nadal nie podniosła się do końca po śmierci Kordelii. Stał tak przed tymi drzwiami przez kilka dobrych minut, dywagując ze swoim wewnętrznym ja, co powinien dalej robić. Czuł, że muszą porozmawiać... szczerze porozmawiać.
Zapukał. Minę miał pokerową, nie przedstawiała za dużo - ani smutku ani szczęścia - Dzień dobry - przywitał się bez zbędnych emocji, lekko pustym głosem, kiedy drzwi zostały otworzone. Nie był to zwyczajowy sposób w którym się przecież witali chyba na żadnym etapie tej znajomości ale Borgin nie potrafił powiedzieć nic więcej, a już na pewno nie w tej chwili kiedy zobaczył Avery. Ciężko westchnął, a następnie uniósł otrzymane listy, które wyciągnął z wewnętrznej kieszeni płaszcza. Bez słowa ruszył w głąb mieszkania, powolnym krokiem kierując się w stronę kanapy. Tym razem jednak nie usiadł na niej, a zatrzymał się za nią aby oprzeć się o jej oparcie i pochylić głowę, kierując swój wzrok w materiał. Zgiął pięści na oparciu, nie puszczając jednak listów. I tak nastała cisza.
"Riddikulus!"
- Danielle Longbottom na widok Stanleya Bo[r]gina
"Jestem dumna, że pomagałeś podczas zamachu."
- Stella Avery na wieści o udziale Stanley w walkach podczas Beltane 1972