• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn Klinika magicznych chorób i urazów v
1 2 Dalej »
[07.09.1972 - późny wieczór] (un)announced visit| Geraldine & Ambroise

[07.09.1972 - późny wieczór] (un)announced visit| Geraldine & Ambroise
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#1
17.02.2025, 22:13  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.09.2025, 22:49 przez Król Likaon.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Geraldine Yaxley - osiągnięcie Badacz Tajemnic III
Rozliczono - Ambroise Greengrass - osiągnięcie Badacz Tajemnic II

07.09.1972, Szpital, Gabinet Ambroisa

Każdy, kto choć odrobinę, ociupinę znał pannę Yaxley miał świadomość, jakie miała podejście do szpitali. Nigdy się z tym jakoś specjalnie nie kryła, nie były to miejsca, których odwiedzanie sprawiało jej jakąkolwiek przyjemność. Nie znosiła się w nich pojawiać, nie lubiła atmosfery, która im towarzyszyła, zapachu, który unosił się w powietrzu, nic w szpitalach nie wzbudzało w niej pozytywnych uczuć. Zdecydowanie wolała ich unikać, chyba, że faktycznie nie bo innej możliwości, jak dojść do siebie w tym miejscu. To jednak nigdy nie było jej wyborem, lądowała w takich przybytkach tylko i wyłącznie wtedy, gdy nie do końca była w stanie o sobie decydować. Nie zmienił tego nawet fakt, że przez lata była związana z jednym z uzdrowicieli, którzy pracowali w Mungu, ani to, że jej przyjaciółka również była pracownikiem tego miejsca. Gdy tylko miała wybór korzystała z wizyt domowych, te preferowała, właściwie to dość często z nich korzystała, bo przy zawodzie, który wykonywała dosyć często miewała problemy zdrowotne, właściwie to nabawiała się różnych urazów, tych drobnych jak i nieco bardziej niebezpiecznych dla jej zdrowia.

Warto więc było docenić to, że wizyta w tym miejscu była z jej strony naprawdę ogromnym poświęceniem, musiało bardzo jej na kimś zależeć, skoro zdecydowała się na to, aby pojawić się w Mungu dobrowolnie. Nie, żeby to specjalnie przemyślała, nie powinna była w ogóle myśleć, że odwiedzenie Roisa w pracy jej dobrym pomysłem, ale po raz kolejny jej narwany temperament wygrał walkę.

Dopalała jeszcze papierosa przed wejściem do szpitala. Nie znajdowała się przed tym oficjalnym wejściem, a tylnym, dla personelu. Zdarzało się jej już działać w ten sposób, pokazał jej jak mogła tu wchodzić, gdy nie chciała być zauważona. Była nieco zmartwiona tym, że Ambroise nie odpisał jej na listy, nie, żeby nie mogła się domyślić, że pewnie był zawalony robotą, mimo wszystko mógł napisać chociaż jednego słowo, wtedy byłaby spokojniejsza. Spędzili ze sobą ostatnie kilka dni, była przy nim, dzięki czemu wiedziała, czy wszystko u niego w porządku. Kiedy nie znajdował się obok nawiedzały ją te wszystkie myśli, wracała do wydarzeń, które miały miejsce w jaskini demona, przed oczami pojawiał jej się obraz bestii, która go dotykała. Zastanawiała się, czy faktycznie nie przyniesie to żadnych konsekwencji, czy Roise mógłby o niej zapomnieć? Czy demon byłyby w stanie odebrać jej wszystko to, co było najpiękniejsze w jej życiu. Nie mogłaby się pogodzić z tym, że Ambroise zapomniałby te wszystkie lata, które razem przeżyli, tak jakby ich nie było, jakby ich relacja nigdy nie miała miejsca.

Właśnie to ją tutaj sprowadzało, musiała sprawdzić, czy nic się nie zmieniło przez ten czas, gdy się nie widzieli, chciała się upewnić, że nadal się kim jest. Mógł ją wziąć za wariatkę, nigdy nie zachowywała się w ten sposób, ale miała to gdzieś, chciała wiedzieć, że nic się nie zmieniło w te kilka godzin.

Była ciekawa, czy w ogóle otworzył jej listy, czy jej się spodziewał? Wszak zapowiedziała swoją wizytę, nie powinien więc być jakoś szczególnie zaskoczony tym, że się tutaj pojawiła.

Rzuciła niedopałek na ziemię, przydeptała go swoim ciężkim butem, po czym weszła do środka. Nie zdjęła z głowy kaptura, który nasunęła na włosy kiedy wyszła z domu. Było późno, chłodno, mżyło, ogólnie raczej pogoda nie zachęcała do spacerowania, nie zmieniało to jednak faktu, że czuła iż musi odwiedzić to miejsce.

Bardzo dobrze wiedziała dokąd zmierza. Bywała tu przecież kiedyś dość często, trzecie piętro było tym docelowym, gdzie mogła znaleźć swojego chłopaka. Nie zawahała się nawet przez sekundę, szła pewnym krokiem, zależało jej na tym, aby jak najszybciej znaleźć się w jego gabinecie, upewnić się, że nic się nie zmieniło.

Stanęła w końcu przed odpowiednimi drzwiami. Miała w sobie odrobinę przyzwoitości, więc zapukała - jeden jedyny raz, po czym nacisnęła na klamkę i wsunęła się za drzwi, od razu je za sobą zamknęła. Nie rozglądała się po wnętrzu, miała w nosie, czy ktoś jest w środku, jeśli tak będzie? Cóż wymyśli jakąś bajeczkę, trochę przyaktorzy. Dopiero gdy zamknęła za sobą drzwi odwróciła się, aby sprawdzić, czy Ambroise faktycznie znajdował się w gabinecie, oby tak, inaczej jeszcze będzie musiała zwiedzić inne miejsca w Mungu, a to mogłoby być dla niej zbyt wiele.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#2
17.02.2025, 23:08  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.02.2025, 23:13 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)  
Nie miał w zwyczaju ignorować stukania do drzwi, gdy je słyszał i nie był akurat zajęty czymś, co i tak sprawiało, że musiałby ruszyć się w kierunku wejścia do pomieszczenia albo co najmniej machnąć różdżką, aby przekręcić zamek. W momencie, w którym nie potrzebował odgradzać się od otoczenia na korytarzu zamykaniem drzwi na klucz, raczej zwracał uwagę na pukanie. Nawet tak osobliwe jak jednokrotne uderzenie o drewno.
- Proszę - rzucił całkiem głośno i wyraźnie, na pewno na tyle, aby zostać usłyszanym, choć prawdę mówiąc wolałby w tej chwili nie musieć odpowiadać na wezwania.
Ledwo co usiadł przy biurku, racząc się już dawno wystygniętą herbatą i co jakiś czas wrzucając sobie czekoladowego cukierka do ust, bo chociaż nie był fanem słodyczy, tego wieczoru zdecydowanie nimi nie pogardzał. To był raczej trudny dyżur. Zwłaszcza po tylu dniach spędzonych w innym otoczeniu, powroty do rzeczywistości bywały trudne.
Pikuś w tym, że Ambroise nijak nie spodziewał się unieść spojrzenia na tę konkretną osobę, która przeszła przez próg jego gabinetu. Zresztą nie od razu podniósł wzrok znad sterty papierów do pilnego uzupełnienia po powrocie z urlopu i kolejnej czekającej na niego w związku z naprawdę chaotycznym wczesnym wieczorem. Obecnie rozgardiasz trochę się uspokoił. Oddział ucichł, stało się niemal sennie, całkiem błogo jak na standardy szpitala.
Ciemność panującą za oknami rozpraszały latarnie uliczne, których światła odbijały się od kropel deszczu na oknie. Drgały w mżawce wiszącej w powietrzu, której wilgoć dało się wyczuć nawet wewnątrz pomieszczenia. Jedno z trzech okien za plecami Greengrassa było bowiem nieznacznie uchylone górą, wpuszczając do środka chłodnawy powiew jesiennego wiatru.
Nie uwzględniając turkotania żaluzji poruszanej przez podmuch powietrza i skrobania pióra po pergaminie, nic ani nikt dotychczas nie przerywał ciszy panującej w gabinecie. Zadziwiająco posprzątanym jak na fakt, że w domu zazwyczaj robił wokół siebie spory bałagan. Tu wszystko sprawiało wrażenie poukładanego, mającego swoje własne miejsce, ale niekoniecznie przesadnie sterylnego czy pedantycznego.
Gdzieniegdzie bez wątpienia dało się dostrzec osobiste akcenty. Małe szczegóły świadczące o charakterze osoby spędzającej tu mimo wszystko większą część swojego życia. Być może na długim biurku nie stały żadne zdjęcia. Nie wisiały również na ścianach obok całkiem pokaźnej kolekcji oprawionych dyplomów i certyfikatów. Szczególnie wiele z nich było datowane na ostatnie dwa lata, kiedy to zupełnie wsiąkł w szukanie sobie zajęcia i celu na każdy dzień tygodnia, którego nie spędzał na dyżurze. Miał jednak też kilka kwiatków doniczkowych poustawianych na parapecie i szafach, na wieszaki na ubrania wisiał zapomniany szalik a za kolejnymi teczkami i bukietem kwiatów w wazonie, na tacce leżała obecnie zdjęta biżuteria.
Kończąc linijkę tekstu zamaszystym podpisem, odchrzaknął na dźwięk butów stukających o podłogę i wreszcie wyrwał się z zamyślenia. Unosząc wzrok i...
...blednąc. Tak samo jak nie zwrócił uwagi na to, że odruchowo rozszerzyły mu się powieki a puls przyspieszył. Nie spostrzegł tego, ale zdecydowanie pobladł. Nie mógł nic na to poradzić. Nie spodziewał się zobaczyć u siebie Geraldine. Zwłaszcza, że doskonale znał jej podejście do szpitali, toteż mimowolnie przez głowę przepłynęły mu same niepokojące myśli.
- Rina - mruknął po części zdziwiony, nie do końca wierzący w widok przed jego oczami, po części zaś momentalnie brzmiąc na zaniepokojonego. - Co się stało? Wszystko w porządku? Nic ci nie jest? Potrzebujesz pomocy? - Te wszystkie pytania nie padły, skondensowanego do jednego, bardzo prostego. - Jak źle? - Oczekiwał jasnej odpowiedzi, choć i tak zaczął już podnosić się z miejsca, żeby do niej podejść.
Wystarczyło, że zamknęły się za nią drzwi.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#3
18.02.2025, 09:43  ✶  

Zarejestrowała to, że znajdował się w środku, trudno było tego nie zrobić, skoro usłyszała jego głos. Ulżyło jej nieco, nie wiedzieć czemu tak bardzo się tym przejmowała, skoro po prostu był w pracy. Tu, gdzie przecież spędzał sporą część swojego życia. To nie było nic nienormalnego, raczej typowa noc, którą miał przed sobą.

Wizyta w jaskini jednak nieco namieszała jej w głowie, pojawił się ten dziwny, nietypowy niepokój, którego wcześniej nie było. Jakoś musiała sobie z nim radzić, jasne, mogłaby siedzieć w domu i czekać, aż odpisze jej na listy, ale Yaxleyówna rzadko kiedy siedziała na tyłku, zdecydowanie wolała brać sprawy w swoje ręce i sprawdzać, czy wszystko jest w porządku osobiście. Rozsądek jej podpowiadał, że nie mogło wydarzyć się nic złego, ale jak zawsze piperzyła rozsądek i wolała się upewnić, że faktycznie tak było. Jakoś mu się z tego wytłumaczy, prawda? Na pewno...

W końcu, gdy już znalazła się w środku zaczęła mu się przyglądać, siedział za biurkiem, wyglądał całkiem zwyczajnie. Pewnie sobie coś uroiła z tym wszystkim, ale nie ignorowała tego, co podpowiadały jej zmysły, nie umiała. Musiała go doglądać, sprawdzać, czy na pewno wszystko z nim w porządku. Podchodziło to pod dziwną obsesję, miała świadomość, że nie wygląda to najlepiej, ale co innego miała zrobić? Czekać w domu, aż łaskawie odpisze jej na korespondencję? Nie wytrzymałaby tego oczekiwania zamknięta w czterech ścianach.

Wreszcie uniósł wzrok i zobaczył kto go nawiedził, póki co bez słowa, nadal się w niego wpatrywała. Oceniała, czy wygląda jakby było wszystko z nim w porządku, powinna założyć, że robi to samo, bo przecież Yaxleyówna nigdy nie pojawiała się w Mungu z własnej, nieprzymuszonej woli.

- Ja. - Tak, nikt inny. To ona postanowiła go tutaj nawiedzić i z każdą mijającą sekundą docierało do niej, że nie było to najlepszym pomysłem. Powinna była jednak zostać w domu, ale chyba nie mogła już się odwrócić i zniknąć za drzwiami, bo to mogło wywołać jeszcze większą konsternację.

- Nie przeczytałeś listów? - Nie dała mu odpowiedzi na to pytanie, które jej zadał. Zignorowała je zupełnie, przeszła do tego, co interesowało ją.

Ruszyła się w końcu z miejsca, krok do przodu, by znaleźć się bliżej niego. Miał prawo podejrzewać, że coś się jej przytrafiło, to nie byłoby nic nowego, w sumie gdyby faktycznie tak się stało to pewnie by się tutaj nie zjawiła, tylko stała właśnie przed drzwiami kamienicy Blustrodów.

- Jest źle, bo je zignorowałeś. - Nie powinna mieć mu tego za złe, bo zapewne pracował, nie miał czasu na takie głupoty, ale jednak trochę miała, gdyby odpowiedział na chociaż jeden z nich to nie niepokoiłaby go w miejscu pracy.

- Chyba ochujałam.- Mruknęła do siebie cicho, bo problem był w niej. Dostała potwierdzenie, że o niej nie zapomniał, wiedział kim jest to powinno jej wystarczyć, nie musiała już się przejmować tym, że demon jej to odebrał, chociaż jaką miała pewność, że się to nie zmieni, że na dniach coś się nie wydarzy? Żadną. Nadal nie mogła stwierdzić, że tak pozostanie.

To uczucie było cholernie męczące, nie potrafiła się go pozbyć, łatwiej było gdy znajdowali się obok siebie, bo mogła to kontrolować, gdy jednak Roisa nie było przy niej ciągle się tym przejmowała. Nie potrafiła myśleć o niczym innym, jak tylko o tym, że faktycznie kiedyś będzie w stanie zapomnieć ją i ich wszystkie, wspólne wspomnienia.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#4
18.02.2025, 12:26  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 18.02.2025, 12:28 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)  
Nie mogła mu się w żaden sposób dziwić, że momentalnie zaczął rozważać same najgorsze możliwości, prawda? Nie zdarzało się, aby bez powodu odwiedzała go w szpitalu. W jej wypadku takie sprawy niemal w ogóle nie wchodziły w grę. Albo byli umówieni na tą wizytę, bo mieli coś naprawdę istotnego, nie tolerującego zwłoki. Albo była w potrzebie medycznej, której nie mogła załatwić Florence. Albo stało się coś naprawdę tragicznego. Ktoś zginął, był w ciężkim stanie, cokolwiek, co i tak wywołałoby u Ambroisa podobną reakcję.
Cholernie się zaniepokoił. Na tyle, że dosyć szybko wstał z miejsca. Tak bardzo, że nawet nie próbował tego ukryć.
- Listów? - W pierwszej chwili zauważalnie zmarszczył brwi, mrużąc oczy i spoglądając w tył - na biurko i na parapet; na obu naprawdę ciężko było coś od razu znaleźć przez ilość teczek i papierzysk, jakie je pokrywały. - Nie zignorowałem żadnych twoich listów - stwierdził, nie przechodząc przy tym ani w defensywę, ani w ofensywę.
Raczej zachowywał nieco zaniepokojony ton rozmowy, jednocześnie nie przestając spojrzeniem swidrować jego dziewczyny. Naprawdę próbował wyłapać to, co się wydarzyło, że pojawiła się w tym miejscu. O tak późnej godzinie, mimo nieprzyjemnej aury panującej za oknem i tego, że (choć może nie było to takie proste ze względu na ich sytuację) przecież mieli spotkać się po jego dyżurze. Być może nie z samego rana, ale z pewnością.
Stanęli tuż przed sobą a on jeszcze profilaktycznie machnął różdżką, aby przekręcić zamek w drzwiach, bo wydawało mu się to całkiem konieczne. Chodziło o coś dziwnego, naprawdę dziwnego. Jeszcze nie wiedział, o co, jednak niechybnie zamierzał się tego dowiedzieć. Ochujanie nie było dla niego żadnym wyjaśnieniem. Szczególnie, że nie powiedziała tego do niego, raczej burczała pod nosem.
- Tego tu nie leczymy - odmruknął odruchowo, raczej bez uszczypliwości, za to z wyraźnie dosłyszalnym zmęczeniem wybrzmiewającym w tonie głosu.
Zaraz zresztą dołączył do tego również instynktowny gest. Mimowolnie otarł powieki wierzchem dłoni, posyłając ostatnie badawcze spojrzenie w kierunku Geraldine i jej stanu fizycznego, po czym odrobinę się rozluźnił. Nieznacznie. Nadal był dostrzegalnie skonfundowany, całkiem podejrzliwy, ale już nie aż tak bardzo wyraźnie blady. Kolory zaczęły wracać mu na twarz. O dziwo, wcale nie znacznie bardziej intensywne.
Nie zrobił się przesadnie czerwony. Ja jego twarzy nie pojawiły się rumieńce gniewu. Nie sposępniał ani tym bardziej nie wkurwił się o tę nieoczekiwaną wizytę. Zamiast tego był nią po prostu zmieszany. Trochę zbity z tropu, lekko sceptyczny wobec wszystkich założeń, jakie przelatywały mu przez głowę. Jednak nie był zły.
Zdecydowanie zdawał sobie sprawę z tego, że cokolwiek skłoniło Rinę do złożenia mu bardzo późnej wieczornej wizyty w szpitalu musiało być całkiem poważne. Inaczej w żadnym wypadku dobrowolnie by się tu nie pojawiła. Nie tolerowała tego miejsca. Nie cierpiała atmosfery i zapachu. Nie chciała tu przychodzić.
Przez lata, jakie spędzili u swojego boku, mógł na palcach jednej ręki policzyć momenty, w których nie chodziło o stan zdrowia jej czy kogoś z ich otoczenia a ona i tak stawała w drzwiach wejściowych Munga. Jasne, miał okazję pokazać jej inną drogę do budynku czy na oddział. Tą boczną, przeznaczoną w domyśle dla personelu, ale w praktyce stale wybieraną również przez odwiedzających ich członków rodzin pracowników.
W końcu była jego rodziną. Jeśli możliwość ominięcia części widoków i nie przechodzenia klatką schodową z przeszklonymi drzwiami na oddziały sprawiała, że było jej nieco mniej nieprzyjemnie zjawić się u niego, to zamierzał jej ją zapewnić. Tym bardziej, że nie było to nic szczególnego. Praktycznie każdy tak tu postępował z bliskimi.
Pozostałe przypadki dotyczyły raczej oficjalnych szpitalnych wydarzeń, z których nie wszystkie działy się (niestety) w wynajętych salach, restauracjach i tak dalej. Część miała miejsce w szpitalnym budynku. Wtedy raczej nie dało się uniknąć wspólnego zjawienia się na miejscu. W końcu była jego partnerką, czyż nie? On też (niechętnie, bo niechętnie, ale niezmiennie) odwzajemniał się wizytami wśród łowców.
Tyle tylko, że w tym momencie ewidentnie nie chodziło o wydarzenia towarzyskie. Nie była ranna ani nie potrzebowała pomocy. Nikomu nic się nie stało. On nie miał jej nic do przekazania, czego nie dałoby się wysłać listem. Ona bez wątpienia zdążyła go już uświadomić, że coś mu napisała, ale gdyby to było tak pilne, pewnie już by mu to powiedziała. Prawdopodobnie od samego wejścia.
Tymczasem była...
...zmieszana?
...zażenowana?
...trochę zła?
Wbił w nią spojrzenie, starając się wyczuć nastrój, jaki przeważał u Geraldine, po czym odruchowo rozkładając ramiona. Nieznacznie, ale dostrzegalnie. Tak, że jeśli chciałaby to zrobić, niewątpliwie miałaby ku temu podstawy. Jeśli nie, pewnie po prostu kiwnąłby na to głową. Mimo wszystko zaoferował jej jednak możliwość przytulenia się do tego. Uścisku, nawet mimo jej mokrych ciuchów. Wyczuwał, że mimo rozdrażnienia, mogła tego potrzebować?
Nie pytał co jest?, jeszcze nie. Zamiast tego przyglądał się Yaxleyównie.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#5
18.02.2025, 14:34  ✶  

Oczywiście, że wcale jej nie zdziwiło, że zakładał od razu, że coś się wydarzyło. Jej wizyta w Mungu była dość nietypowa. Nie miała w zwyczaju się tu pojawiać, nie bez żadnego sensownego powodu, a teraz właśnie tak się stało. Coś ją tknęło, coś sobie ubzdurała, bez większego zastanowienia postanowiła więc sprawdzić, czy na pewno wszystko w porządku. Nie chciała być jak te opętane dziewczyny, które nawiedzały swoich facetów w pracy, tym bardziej, że przecież oficjalnie nie była jego dziewczyną, nie mogła sobie rościć prawa do jego uwagi, kiedy tylko miała na to ochotę, a jednak to zrobiła. Było jej głupio, no cóż, jakoś sobie poradzi z tym dziwnym uczuciem, które teraz zaczęło się pojawiać, nie znosiła niezręczności.

- Nie? Tylko chyba zapomniałeś na nie odpisać. - Dodała jeszcze, bo skoro nie zignorował, to je przeczytał? Nie miała pojęcia, czy Floret faktycznie tu dotarł, nie musiał tu dotrzeć. Tylko dlaczego Roise nie dał znać, że wszystko u niego w porządku, że dobrze się miewa. Jak na jej musiał nie zauważyć tej korespondencji, nie widziała innego wytłumaczenia, pewnie był gdzieś indziej, trafił mu się jakiś ciężki przypadek i nie miał czasu na to zerknąć.

- Szkoda, to chyba jednak źle trafiłam. - Westchnęła sobie cicho pod nosem. Może faktycznie powinna jednak znaleźć się w Lecznicy, wiedziała, że w tamtym miejscu powinny szukać pomocy osoby z problemami, które ją męczyły, chyba jednak jeszcze nie była gotowa na takie brutalne decyzje. Co niby miałaby im powiedzieć, że boi się, że ktoś może o niej zapomnieć, to nie brzmiało szczególnie zdrowo, i nawet ona, której było całkiem daleko do uzdrowicieli miała świadomość, jak to wyglądało. Faktycznie ochujała już do reszty.

Nie wydawało jej się, żeby był na nią zły, przynajmniej jak na razie, kto wie, jak zareaguje, kiedy dowie się, co ją tutaj właściwie sprowadziło. To było głupie, ona była niepoważna, ale nie umiała pozbyć się tego dziwnego uczucia niepokoju, które towarzyszyło jej od kiedy opuścili jaskinię. Nasiliło się, kiedy nie było go obok niej. Nie miała szansy jeszcze opowiedzieć mu o tym lęku, który zaczął jej towarzyszyć, wolałaby tego nie robić, naprawdę nie chciała, żeby traktował ją jak wariatkę, niby miała świadomość, że raczej nie lekceważył jej problemów, nie negował słuszności ich występowania, ale każdy miał pewne granice. Nawet on jakieś miał w stosunku do jej głupoty.

Miała sporo szczęścia, że wiedziała, jak ominąć oficjalne wejście. Nie musiała nikomu tłumaczyć się ze swojej obecności, robić niepotrzebnego zamieszania, jakby powód przez który się tutaj zjawiła faktycznie miał jakiś sens. Tylko Roise będzie świadkiem tego drobnego upokorzenia. Tak, czuła się z tym źle, nie było jej łatwo, ale nie miała nad tym żadnej kontroli, ten lęk pojawił się znikąd, znaczy skądś bo zaczył jej towarzyszyć po tym, co widziała w jaskini w której zabili doppelgangera.

Cóż, skoro sam zachęcił ją do tego, żeby się do niego zbliżyła zamierzała z tego skorzystać. Była nieco rozbita, nie do końca panowała nad tym, co się z nią działo. Nie przywykła do tego, że się czegoś bała, a to uczucie było okropne, nie potrafiła się go pozbyć.

Dosyć szybko pokonała odległość, która ich dzieliła i wpadła mu w ramiona. Nie była w tym zbyt delikatna, ale właśnie tego potrzebowała. Może nie powinna tego robić, bo jej ubrania były mokre, ale cóż, niespecjalnie się tym przejmowała.

- Przepraszam, po prostu się bałam. - Szepnęła cicho, bo chyba zasługiwał na jakies wyjaśnienia, cokolwiek. Póki co jednak nie była zbytnio szczegółowa, Yaxleyówna nie była osobą, która zbyt często przyznawała się do tego, że się czegoś boi.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#6
18.02.2025, 15:20  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 18.02.2025, 19:51 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)  
Teoretycznie nadal byli naprawdę dalecy od wyjaśnienia sobie czegokolwiek, co było między nimi. Nie sięgnęli po to, aby jawnie określić to, kim nadal dla siebie byli albo kim na powrót zaczęli być. Nie padły między nimi żadne nowe deklaracje ani słowa. Te poprzednie wcale nie zostały cofnięte. W teorii w dalszym ciągu nie rozwiązali żadnego z problemów, jakie mieli. Sytuacja nie uległa zmianie.
A jednak nie była też taka sama? Chyba nie. Chyba z pewnością nie, bo to nie był ten szumnie deklarowany sojusz. Nie na tym miał polegać, zresztą tak naprawdę przecież nigdy nie wszedł w życie. Zamiast tego w dalszym ciągu zachowywali się trochę obco, ale jednocześnie naprawdę blisko. W innym wypadku nie reagowaliby na siebie w ten sposób.
Oczywiście, że się zaniepokoił. Jego Dziewczyna nie zwykła robić takich rzeczy bez powodu. Nigdy nie nachodziła go w pracy, kiedy nic się nie działo. Nie robiła też tego nigdzie indziej. Musiał zatem na własne oczy upewnić się, że nic jej nie jest. Prześwietlił ją wzrokiem, jednocześnie nie do końca skupiając się na wypowiedziach, które ku niemu kierowała. No, tych dotyczących rzekomych listów, o której treści w dalszym ciągu mu nie mówiła, więc chyba nie były takie istotne. Nie tak ważne jak to, że musiał upewnić się, czy nic jej się nie stało.
- Dopiero siadłem - stwierdził bez namysłu, myślami zdecydowanie będąc gdzieś indziej.
Nie tłumaczył się. Raczej stwierdzał fakt. Niedawno wrócił do gabinetu, tak naprawdę przez cały czas wcześniej pozostając na nogach i przemieszczając się z miejsca na miejsce. Miał cholernie dużo dziwnych przypadków. W tym także ten jeden niechlubny międzyoddziałowy, który sprawił, że Ambroise bardzo nieznacznie uśmiechnął się na słowa Geraldine.
- Żebyś się nie zdziwiła - odpowiedział, jednocześnie nie zamierzając wdawać się jednak w jakiekolwiek wyjaśnienia.
Nie, gdy to on ich zdecydowanie potrzebował. W końcu w dalszym ciągu czuł się zagubiony, nie do końca rozumiejąc tę naprawdę późną wizytę, choć zdecydowanie dostrzegając, że coś jest mocno nie tak.
Potwierdził to sposób, w jaki Rina bez zastanowienia padła mu w ramiona. Momentalnie poczuł się zaniepokojony. Ponownie. Jeszcze bardziej, nawet jeśli usiłował tego nie okazywać, zamiast tego skupiając się na dotyku.
- Cichosza. Nawet nie próbuj - odmruknął, odpowiadając tym samym mocnym uściskiem i cichym, całkiem spokojnym tonem.
Przecież nic się nie stało, więc naprawdę nie musiała go za nic przepraszać. Nie przeszkodziła mu w niczym istotnym. Nie zrobiła nic głupiego. Nie zachowała się porywczo czy nie naraziła ich obojga na jakiekolwiek nieprzyjemności. Po prostu znalazła się u niego na oddziale, co samo w sobie musiało być dla niej przecież dostatecznie trudne.
Zdawał sobie sprawę z tego jak bardzo nienawidziła szpitali, bo przez lata nie był (ani tak właściwie nie próbował) w stanie zmienić jej opinii na ten temat. Nie miał wobec niej żadnych wyrzutów, więc tym bardziej nie zamierzał przyjmować bezsensownych przeprosin.
Zamiast tego po prostu ją do siebie przytulił, opatulając dziewczynę ramionami i nie przejmując się wilgocią na jej ubraniach. Wysuszenie mokrych plam miało być kwestią paru sekund. Za to uspokojenie tego czegoś, co najwyraźniej nią targało? Nie chciał tego spierdolić zachowywaniem niepotrzebnego dystansu, przesadną oficjalnością czy też w końcu pochopnie wypowiedzianymi, bezsensownymi słowami.
Pocierając dłońmi plecy Yaxleyówny, naprawdę mocno ją ścisnął. Nie pytał, czego tak bardzo się obawiała, że pchnęło ją w to miejsce. Nie próbował wymuszać na niej odpowiedzi, zamiast tego czekając aż sama postanowi rozwinąć tę myśl. Aż to ona podejmie decyzję o tym, aby przerwać milczenie i uścisk, być może usiąść na krześle czy na brzegu leżanki.
Dopiero wtedy zamierzał zająć się analizą sytuacji. Teraz bez słowa lekko zakołysał ją w swoich ramionach, opierając wargi o czubek nosa dziewczyny. Zimny i mokry. Na zewnątrz musiało być całkiem chłodno.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#7
18.02.2025, 15:59  ✶  

Mimo wszystkich słów, które między nimi padły w tym tygodniu nadal jakoś specjalnie się od siebie nie odsuwali, nie podjęli żadnych decyzji o tym, że miało ich już teraz nic nie łączyć. Nadal się ze sobą spotykali, znajdowali dla siebie czas, nie odcięli się tak, jak szumnie zapowiadali. Nie miała pojęcia, czym było to, co ich aktualnie łączyło, nie nazywali tego w żaden sposób, może tak było lepiej? Chyba żadne istniejące słowo na ten moment nie było w stanie określić relacji, która ich łączyła, bo na pewno było to czymś. Nie, żeby jej to przeszkadzało, bo czy wszystko musiało być nazywane w jakiś sposób, nie do końca. Wykraczali poza ramy sojuszu, przyjaźni, związku, nie łatwo było się w tym odnaleźć. Isotne było jedynie to, że nie byli sobie obojętni, wcale, zresztą do tego też już doszli, nigdy nie mieli być dla siebie obojętni, w ich przypadku to nie było możliwe.

- To wiele wyjaśnia. - Najprawdopodobniej nie miał szansy jeszcze dotrzeć do tych listów, które mu wysłała. Cóż, to było całkiem logiczne, miał dyżur, pacjentów, którzy potrzebowali pilnej pomocy, nie miał czasu czytać prywatnych listów. Powinna o tym pamiętać. To najprostsze, najbardziej logiczne wytłumaczenie jednak nie przyszło jej jako pierwsze na myśl. Naprawdę działo się z nią coś niedobrego. Będzie musiała jakoś sobie z tym poradzić, bo przecież nie mogła zachowywać się w ten sposób. To byłoby męczące na dłuższą metę i dla niej i dla niego.

- Jasne, już nic mnie nie zdziwi. - Tutaj miała chyba na myśli bardziej siebie, niż jego i jej abstrakcyjne działanie, na które nie mogła nic poradzić. Zareagowała odruchowo, przyszła do niego, chciała sprawdzić, czy nadal ją pamięta, czy wszystko między nimi w porządku (tak, jasne, jakby wcześniej było w porządku).

Zrobiło jej się ciepło i przyjemnie, kiedy zamknął ją w swoich ramionach, kiedy poczuła, że jego zapach ją otacza. Znowu była bezpieczna, znajdowała się w domu, tak - niezmiennie nadal czuła się tak w jego ramionach, to pewnie nigdy się nie zmieni. Ulżyło jej, uspokoiła się dość szybko. Najwyraźniej jej obawy były zupełnie niepotrzebne, nie zapomniał jej, nadal była dla niego kimś, nie była mu obca, no nie zupełnie obca. To naprawdę wystarczyło jej, aby się ogarnąć.

Tyle, że chyba faktycznie była mu winna jakieś wyjaśnienia, spodziewała się, że Roise nic z tego nie rozumiał, zresztą wcale mu się nie dziwiła. Nic jej nie było, znalazła się w Mungu w środku nocy, zupełnie z dupy, potrzebowała pocieszenia, które teraz jej dawał, przy okazji nie wypytywał jej, o to, co właściwie ją tu sprowadziło. Sama powinna mu to powiedzieć, tyle, że jak właściwie powinna to zrobić, nie chciała wyjść na jakąś pierdolniętą, a ta cała sytuacja świadczyła raczej o tym, że miała nieco nie po kolei w głowie.

- Mhm. - Skoro miała nie przepraszać, to korzystała z tego, że znajdował się blisko niej, wtulała się w mężczyznę dłuższą chwilę, aż w końcu wysunęła się z jego ramion, nie mogła tak tkwić przez wieczność.

Kiedy wyplątała się z jego uścisku usiadła na krześle, wbiła wzrok w okno, w które wpatrywała się przez dłuższą chwilę, musiała mu coś powiedzieć, tyle, że właściwie jeszcze nie miała pojęcia, od czego wypadałoby zacząć.

- Bałam się, wiesz. - To mu już powiedziała, ale ponownie chciała na to zwrócić uwagę, nie miała pojęcia, czy zrozumie jej obawy, czy raczej nie, cóż, musiała jednak to z siebie wyrzucić.

- Bałam się, że mnie zapomniałeś. - Wbiła spojrzenie w swoje buty, bo chyba nie chciała zobaczyć jego miny, gdy w końcu to powiedziała. W listach nie napisała nic na ten temat, pytała w nich o pierdoły, jednak gdyby dostała odpowiedź, to wiedziałaby, że on wie kim jest, że nadal o niej pamięta, to by jej wystarczyło. Skoro jednak tego nie zrobił, to postanowiła sprawdzić, czy faktycznie nadal wie, kim ona jest, cóż, już dotarło do niej, że wiedział, tyle, że on musiał jeszcze poznać powód tej wizyty. Nie chciała wymyślać czegoś na poczekaniu, więc po prostu powiedziała prawdę.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#8
18.02.2025, 17:52  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 18.02.2025, 19:52 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)  
Nie miał okazji odebrać ani tym bardziej przeczytać żadnego listu od Geraldine. Prawdę mówiąc, nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, że do niego pisała, dopóki nie pojawiła się osobiście w Mungu. Słysząc od niej te słowa, rozejrzał się po gabinecie w poszukiwaniu śladu kopert lub czegoś w tym rodzaju, ale nie był w stanie dostrzec niczego, co mogłoby być wspomnianymi listami.
To, że Floret parokrotnie latał między jednym a drugim miejscem zdecydowanie świadczyło o tym, że dostarczył korespondencję. Tyle tylko, że Ambroise nie miał pojęcia, gdzie trafiła. No, przynajmniej do momentu, gdy udało mu się rzeczywiście zlokalizować coś mokrego na parapecie uchylonego okna.
Tego, które było na tyle otwarte, że ptak jego dziewczyny mógł wrzucić przez nie list, samemu też zapewne mogąc (choć nie potrzebując) dostać się do środka. Kurwa.
Nie skomentował tego, że dla niego nic nie było jasne. Nic nie zostało wyjaśnione. Cała wizyta w dalszym ciągu była dla niego jedną wielką niewiadomą i nawet nie próbował tego ukryć. Jednak jednocześnie nie zamierzał być tym kimś kto irytował się na brak jasnych informacji. Przynajmniej nie w tej chwili.
Teraz zamknął Rinę w ramionach, obejmując ją w pasie i w milczeniu dając jej trochę ochłonąć po czymkolwiek, co ją tu przywiało. Nie otwierał ust, tym razem będąc w stanie domyślić się, że nie tego od niego potrzebowała. Nie to było wskazane w tej sytuacji i to nie on decydował o dalszych posunięciach.
Zamilkł, starając się zaakceptować fakt, że ewidentnie nic jej fizycznie nie było. Nie potrzebowała nagłej pomocy. Mogli stać tak tyle, ile chciałaby to robić. Może nie za długo, bo wciąż chciał się dowiedzieć, co się stało. Pewnie w którymś momencie (raczej szybciej niż później) straciłby cierpliwość i przerwałby ciszę, ale nie musiał tego robić.
Wyślizgnęła mu się z ramion, siadając na krześle a on bez słowa został tam, gdzie go zostawiła. Czekał. Nic nie rozumiał, ale czekał. Wyjątkowo cierpliwie jak na niego. Milczał do momentu, w którym dotarły do niego słowa o jej obawach.
- Co? Cz - zaczął ze zmarszczonymi brwiami, posyłając dosyć zaniepokojone i  nierozumne spojrzenie w plecy Geraldine.
Na czubek jej głowy, nie mogąc uchwycić jej wzroku, bo na niego nie patrzyła...
...po czym niemal od razu urywając w połowie słowa.
Czemu?
Temu, prawda?
Temu.
Jasność nadeszła niespodziewanie. Była niczym uderzenie obuchem w głowę sprawiające nie tylko, że zabolało go wnętrze czaszki, lecz także, że zacisnęło mu się gardło.
Czemu?
Temu.
Przecież był świadomy jak to już kiedyś wyglądało. Opowiadała mu o tym podczas jednej z pierwszych rozmów odnośnie sytuacji z dopplegangerem. Jeszcze zanim zorientowali się, o jaki rodzaj bytu tak naprawdę mogło chodzić. Na domiar złego, ostatnie wydarzenia wcale nie sprzyjały odczuwaniu ulgi.
Być może wydawało się, że zażegnali kryzys. Teoretycznie wszystko wskazywało na to, że pozbyli się demona, jednak później dotarł do nich tamten parszywy list. Informacja, która zdecydowanie dobiła dziewczynę. Wprawiła ją w roztrzęsienie, niemalże w stan przypominający katatonię.
Poza spotkaniem u Corneliusa, gdzie padło naprawdę dużo gorzkich słów, nie rozmawiali już później o całej sytuacji. Sam Ambroise podświadomie łączył sprawę Caina z tamtym cholernym momentem słabości, rozdrażnienia i wywalenia na wierzch czegoś, o czym wcale nie chciał mówić.
Tymczasem chyba nie powinien milczeć. W tym momencie przez głowę przeleciało mu naprawdę wiele myśli. Każda kolejna była wyłącznie bardziej pogmatwana niż poprzednia. Na domiar złego, choć w żadnym wypadku nie zamierzał irytować się na Rinę za takie a nie inne wątpliwości (nawet jeśli nie uważał, że były uzasadnione, bo powiedziałby jej, gdyby coś było nie tak) w tym momencie poczuł piekące wyrzuty sumienia.
Skupiając się na tych wszystkich dramatach dziejących się w jego własnej głowie, zupełnie nie wziął pod uwagę tego, co powinien zrobić. Zamiatając wszelkie problemy pod dywan, wepchnął tam również konieczność orientowania się w sytuacji. Może nie był mistrzem introspekcji i analizowania własnych posunięć, ale nie był zupełnym ignorantem.
Przynajmniej nie powinien nim być w tym wypadku. Nie, skoro od samego początku obiecywał sobie (a poniekąd też Yaxleyównie, mimo że nie wprost i nie na głos) starać się nie być kompletną kłodą ignorującą potrzeby jego dziewczyny. Nawet te mniej jawne. Nawet te wyjątkowo trudne do przewidzenia.
A przecież tu było to wprost oczywiste. Nietrudne do przewidzenia. Sprawa dopplegangera nie była całkowicie zamknięta. Jeszcze przez długi czas miała do nich powracać próbując gryźć ich w dupę. Najważniejsze było to, aby jej na to nie pozwolili. Do tego zaś musieli (tak, musieli) podjąć dialog.
Tyle tylko, że do tej pory było to nie tylko trudne, ale nawet wręcz niemożliwe. A przecież nic się nie zmieniło, odkąd ostatni raz próbowali rozmawiać na trudne tematy.
Głęboko wciągając powietrze do płuc, ruszył się z miejsca. Nie miał jednak zamiaru zająć swojego fotela na przeciwko krzesła, na którym usiadła Geraldine. Zdecydował się podejść bliżej niej, przykucając przy Yaxleyównie i bez słowa kładąc dłoń na wierzchu jej ręki.
Mogła mieć mu to za złe, gardząc w tym momencie samowolnie podejmowanymi przez niego decyzjami, bo nie spytał jej o to a ona chwilę wcześniej wyraźnie szukała przestrzeni. Mimo to raczej nie wydawało mu się, by zrobił coś źle. Nie świdrował dziewczyny spojrzeniem. Sam też wbił wzrok w okno, ale jednocześnie kucnął tuż obok niej.
Trochę jak przy dziecku, choć nie patrzył na to pod tym kątem. To nie była litość, to nie była wymuszona troska. To był odruch. Mogli się kłócić i spierać, nie rozmawiać o tym, kim dla siebie są, nie określać się w żaden sposób. Momentami wręcz kąsać się stwierdzeniami, że już nigdy nie wrócą do tego, co było kiedyś.
A potem pojawiały się takie sytuacje. W takich chwilach nie dało się zaprzeczyć temu, co przychodziło im po prostu instynktownie. W przeciwieństwie do wypowiadania pustych słów, które niechybnie padłyby z ust wielu osób znajdujących się na jego miejscu.
Roise nie zamierzał ich wypowiadać. Nie zwykł rzucać bezsensownymi stwierdzeniami. Nie zamierzał mydlić Rinie oczu. Lekko pokiwał głową. Bardziej do siebie niżeli do niej, jednocześnie kolejny raz biorąc głęboki oddech.
- Nie chciał mi - zaczął cicho, nieświadomie przesuwając palcami po wierzchu dłoni Geraldine, bardziej dla siebie niż dla niej.
Cholernie ciężko przychodziło mu wyduszenie z siebie kolejnych słów, ale kontynuował wbrew ściskowi w gardle.
- Nie chodziło mu o moje wspomnienia - wracanie do tego było trudne, naprawdę trudne, toteż nie spuszczał wzroku z okna.
Wręcz uporczywie zawieszając wzrok na szybie, nerwowo sunął palcami po ręce dziewczyny. Nie ujął jej jednak za dłoń. Po prostu bezwiednie ją dotykał.
- Chciał ode mnie... ...czegoś innego. Tego drugiego - wciągnął powietrze nosem, jednocześnie mając nadzieję, że Rina domyśli się, o co mu chodzi. - Mówił różne rzeczy, ale głównie to - mimo wszystko byli w szpitalu, nie w domu. A gabinety, nawet jeśli wyciszone, nie sprzyjały bardzo szczegółowym rozmowom.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#9
18.02.2025, 21:16  ✶  

Powinna się spodziewać, że tak się stanie. Reagowała odruchowo, wysłała list, jeden za drugim, w ciągu kilkunastu minut, kiedy nie otrzymała odpowiedzi na żaden z nich po prostu tutaj przyszła. Teraz docierało do niej, że to mogło być nieco na wyrost, że mogła się wstrzymać, przeczekać, zaczekać do rana. Tyle, że sprawdzenie wszystkiego od razu wydawało jej się być lepszą opcją, przynajmniej jeszcze chwilę temu, gdy znajdowała się w domu. Kiedy przekroczyła drzwi Munga zrozumiała, że mogło to być uznane za coś nieodpowiedniego. Tym bardziej, że wcześniej tutaj nie bywała zbyt często, nawet kiedy była oficjalną dziewczyną Roisa. Wizyty w szpitalu były raczej ostatecznością.

Na szczęście Ambroise nie wydawał się być zły o to, że się tutaj pojawiła, chociaż okazało się, że informacja o tym, że go nawiedzi wcale do niego nie dotarła. Jej błąd, zbyt szybko zareagowała, cóż, może nie, aż tak błąd, gdyby się zirytował mogłaby to uznać za błąd, póki co tylko trochę zrobiło jej się głupio, nie był to pierwszy raz, kiedy pojawiło się to uczucie, więc też się nim jakoś specjalnie nie przejmowała.

Szczególnie, że wziął ją w swoje ramiona zupełnie bez słowa, nie wypytywał, po prostu przytulił Yaxleyównę do siebie, jakby nadal była jego problemem, chociaż nie ustalali nic, jeśli o to chodzi. Nie doszli do tego, kim mieli dla siebie być. Tak, czy siak, nie wywalił jej za drzwi, nie odrzucił, wręcz przeciwnie dał jej dokładnie to, czego potrzebowała. Swoje ciepło i bliskość, bez zadawania żadnych pytań, był tutaj dla niej. To naprawdę wiele dla niej znaczyło.

Zignorowała jego co, przynajmniej jak na razie. Skupiała się na oknie, na dźwięku drobnych kropel deszczu, które rytmicznie uderzały o parapet. Wiedziała, że połączy kropki, że uda mu się samemu do tego dojść. Roise był przeciez bystry, nie miałaby problemu z przyznaniem tego, że jej zdaniem dużo szybciej łączył fakty od niej.

Nie mogła wiedzieć tego, co właściwie zrobił mu demon, nie miała pojęcia, w jaki sposób postanowił namieszać w jej życiu tuż przed tym, kiedy go zabili. Faktem było to, że go dotknął tuż przed tym, kiedy opuścili jaskinię, miała świadomość, że miał pewne moce. Widziała wcześniej, co potrafił zrobić, w jaki sposób działał, jak okropnie mieszał we wspomnieniach jej bliskich. Nie powinno więc dziwić Roisa to, że martwiła się, że jemu zrobił to samo, szczególnie, że był dla niej najważniejszą osobą na tym świecie. Nawet jeśli aktualnie mieli problem z tym, aby się dogadać, nie wiedzieli na czym stali. Mogli nie widzieć swojej wspólnej przyszłości, ale gdyby zabrał im to, co kiedyś przeżyli? Wtedy nie miałaby już nic, zupełnie nic.

Usłyszała kroki, wyczuła, że się do niej zbliża, a po chwili jego dłonie opadły na jej. Nie odrzuciła tego dotyku, nie chciała tego robić, dawał jej wsparcie, którego w tej chwili wyjątkowo potrzebowała. Póki co jednak nie mówiła nic, musiała jakoś ułożyć te myśli w swojej głowie. Doppelganger namieszał jej w głowie, mimo, że mogło się wydawać, że pozbyli się problemu, że pozostawili go w tej jaskini, to wszystko wcale nie było takie proste. Nadal siedziały w niej różne obawy spowodowane przez to, że ją zaatakował, że mieszał w głowach jej najbliższych, zapewne szybko nie pozbędzie się tego poczucia niepewności, które było dla niej zupełnie nietypowym.

Przeniosła wzrok na mężczyznę dopiero wtedy, gdy się odezwał. Nie mogła ciągle patrzeć się w okno, wypdało w końcu przejść do rzeczy, porozmawiać o tym, co się wtedy wydarzyło. Mieli ku temu wiele okazji, ale jak do tej pory nie poruszyli tego tematu. Nie mówiła mu o swoich obawach, nie widziała w tmy sensu, nie wtedy, gdy znajdowali się obok siebie, jednak nie mogli ciągle przy sobie trwać. To spowodowało, że postanowiła się z nim tym wszystkim podzielić. Wiedziała, że nie będzie jej łatwo poradzić sobie z tymi myślami, które jej nie opuszczały.

- Skąd wiesz, że nie zrobił tego przypadkiem, że nie powiedział o tym, że też to robi? - Był potworem, nie musiał ich informować o swoich poczynaniach, mógł się nimi bawić, przecież też to robił, zwodził. Doprowadzał ich na skraj. Może nie wspomniał o tym w jaskini, może zrobił to celowo, może chciał jej jeszcze zaszkodzić, skoro wiedział, że po niego przyszła? Było wiele niewiadomych, na które nie mogli uzyskać żadnych odpowiedzi, właściwie skąd mogli wiedzieć, że faktycznie nie udało mu się osiągnąć celu.

- Sprawdzałeś to? - Nie miała pojęcia, czy Ambroise korzystał ze swojego daru po tym jak wyszli z jaskini, spędzili ze sobą większość czasu od momentu opuszczenia Snowdonii, nie widziała, aby próbował wprowadzać się w trans. Może od tego powinni zacząć, może powinni to sprawdzić.

- Nie czujesz się inaczej? - Jej ręce nadal leżały nieruchomo na kolanach, wydawały się być zimne, chociaż dotyk Roisa przynosił jej ciepło, którego w tej chwili potrzebowała.

- Boję się, że odbierze Ci wspomnienia o tym, co kiedyś mieliśmy, wiesz? Okropnie się tego boję. Nie mogę przestać o tym myśleć. Nie umiem sobie wyobrazić tego, że mógłbyś zapomnieć kim dla ciebie jestem, to znaczy, kim dla ciebie byłam. - Wcale nie tak łatwo było jej się dzielić swoimi największymi obawami, ale chyba chciała to z siebie wyrzucić, nie chciała być z tym sama. Kiedyś nie potrafiła mówić o tym, co ją męczyło, zmieniło się to, gdy Ambroise znalazł swoje miejsce w jej życiu i może już nie było go w nim na stałe, to wiedziała, że mogła się z nim podzielić tym wszystkim.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#10
18.02.2025, 22:41  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 18.02.2025, 22:42 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)  
Nigdy nie spodziewałby się, że to był ten wieczór. Że to właśnie teraz miało ich to ponownie dopaść. Że tak szybko i w takich okolicznościach powrócą do tego tematu. A jednak życie nigdy ich nie oszczędzało. Rzeczywistość lubiła o sobie przypominać.
- Myślę, że był skupiony na czymś innym - mruknął powoli.
Nieco bardziej zachowawczo niż zazwyczaj wyrażał swoje opinie, jednakże tym razem naprawdę nie starał się wciskać Rinie kitu. Nie tego od niego potrzebowała. Zresztą zapewne wyczułaby, gdyby próbował mydlić jej oczy. Szczególnie teraz. Był spokojny, sposępniały, zamyślony, ale szczery.
- Pozwól - wyciągnął ku niej również drugą rękę, jednocześnie wstając i wskazując na wilgotny płaszcz.
Nie powinna w nim siedzieć w pomieszczeniu. Tym bardziej, że ich rozmowa zapowiadała się na dłuższą i choć głównie szeptaną, z pewnością cięższą. Jedną z tych trudniejszych, jednak może rzeczywiście mających przynieść im jakiekolwiek zrozumienie? Nie mogli rozmawiać zupełnie otwarcie, za to miał wrażenie, że dzięki takiemu a nie innemu otoczeniu mogło rzeczywiście udać im się dojście do czegoś, czego w innych okolicznościach nie byli w stanie osiągnąć.
Odbierając płaszcz od dziewczyny, odwiesił go na wieszak wepchnięty między ścianę a szafę, do której sięgnął po prosty beżowy pled. Miękki, pachnący zupełnie niczym. Sterylnością, ale nie chemicznie. Po prostu neutralnie. Sięgając jeszcze po różdżkę leżącą na biurku, bez słowa otulił kocem ramiona Yaxleyówny. Miała zimne dłonie. Powinna choć trochę się rozgrzać po pobycie na zewnątrz w mżawce i deszczu.
Na moment zawiesił spojrzenie na ciemnej, ledwo oświetlonej ulicy za oknem i kroplach na szybie, po czym odchrząkując machnął różdżką w kierunku drzwi, przeciągając ruch również na ściany i zataczając nią coś na kształt kwadratu wokół nich. Nie wypowiadał zaklęcia. Zrobił to niewerbalnie, zamierzając otoczyć ich czymś w rodzaju połowicznie dźwiękoszczelnej bariery. Przepuszczającej odgłosy z zewnątrz, ale nie ze środka, w którym się znaleźli.
Chwilę później profilaktycznie zamknął także okno, odcinając ich od odgłosów miasta płynących z ulicy. Był czwartek, dodatkowo naprawdę późny wieczór, ale Londyn i tak tętnił życiem. Za to Mung? Był wyjątkowo cichy i spokojny, niemalże senny. W tym momencie Greengrassowi trudno było wyzbyć się wrażenia, że była to jednak cisza przed burzą.
Czuł niepokój związany z prowadzoną rozmową. Z powracaniem do tamtych chwil. Z sięganiem do wspomnień, które w jego przypadku były akurat całkiem jasne i przejrzyste. Zdecydowanie nie zapomniał chwil spędzonych w jaskini. Niczego innego także nie.
Na powrót przykucnął na swoim wcześniejszym miejscu. Teoretycznie mógł przysunąć sobie fotel, ale nie zrobił tego. Oparł się o krzesło Geraldine, sięgając rękami do jej dłoni i tym razem postanawiając spleść palce z jej palcami. Kolejny raz zaczerpnął powietrza, krótko kiwając głową i niskim, cichym szeptem (nie mógł być pewien, czy bariera całkowicie zadziała) podjął przerwany temat.
- Nie, nie sprawdzałem - odparł, jednocześnie kręcąc głową i raczej nie ukrywając pewności siebie w tym, co padło zaraz po tych słowach. - Wiedziałbym, gdyby coś się zmieniło. To nie tylko kwestia transu. To bardziej... ...nieustanne bzyczenie na granicy świadomości. Wibracje. Wrażenie. Gdzieniegdzie prawie go nie ma, w innych przypadkach jest tak, jakbyś weszła w rój much - spróbował wyjaśnić w jak najbardziej obrazowy, ale mimo wszystko dosyć oszczędny sposób.
W końcu nie potrzebował wdawać się w szczegóły. Ani teraz, ani nigdy. Raczej nie lubił rozmawiać na te tematy. A jednak, jeśli miało to uspokoić Yaxleyównę, postanowił zaznaczyć jej, że w istocie nikt nie zdjął mu tego ciężaru z barków. Czy tam nie odebrał tego wyjątkowego talentu. On wciąż z nim był.
Roise nie potrzebował wchodzić w trans, by to wiedzieć. To, co dawało mu przesłanki, aby w ogóle głębiej wykorzystywać umiejętności, co podpowiadało mu, kiedy to robić, nadal istniało.
Niestety w przypadku kolejnego pytania, jeśli miał być szczery (a dokładnie to sobie obiecali) musiał pokręcić głową, ledwo powstrzymując ciężkie westchnienie. Nie chciał nakręcać lęków dziewczyny, więc postarał się znaleźć jak najlepsze słowa. Choć czy jakieś istniały w tym wypadku? Wątpił.
- Czuję się inaczej - odpowiedział wreszcie, ale niemal praktycznie od razu rozwinął te słowa. - Ale to nie jest uczucie zapomnienia. Wręcz przeciwnie. To wszystko wraca. Raz za razem - trudno było mówić o takich rzeczach, naprawdę musiał zmuszać się do tego, żeby nie zamilknąć, ale uparcie dalej wydobywał z siebie kolejne słowa.
Szczególnie słysząc tak ciężkie odpowiedzi. Nie był z kamienia. Cokolwiek działo się w tej chwili pomiędzy nimi, jego też to bolało.
- Jesteś - poprawił ją w bardziej stanowczy sposób, dosyć jasno ustosunkowując się do tego, co mu mówiła.
Mogło nie być między nimi dobrze. Mogło być między nimi wyjątkowo trudno i skomplikowanie, praktycznie nieustannie cholernie źle, ale nie chciał pozostawiać wątpliwości. Zwłaszcza, że już to sobie parokrotnie mówili, czyż nie? W tej jednej kwestii naprawdę nie musiała balansować pomiędzy przeszłością i teraźniejszością.
Nie mieli przed sobą wspólnej przyszłości, ale jednocześnie Geraldine w dalszym ciągu miała być dla niego ważna. Na jego pokraczny sposób najważniejsza. Bowiem bez wątpienia tak było. Dla nikogo innego nie starałby się tak mocno oddzielać własnych pragnień i całkiem uświadomionych potrzeb od tego, co uważał za właściwe i wyjątkowo nieegoistyczne. Starał się myśleć o jej dobru, nie o czubku własnego kutasa. Nawet, jeżeli to oznaczało zacięte stanie przy swoim i kolejne kłótnie.
- Wiem, że to przerażające. Masz prawo się tego bać. Zwłaszcza po tym, co się stało - podjął, masując kciukami jej chłodną skórę i ignorując to, że brzmiał teraz głupio; spróbował uśmiechnąć się do dziewczyny. - Wiesz, nie sądzę, żeby to było takie proste. W tym wypadku nie działają raczej zbyt logiczne reguły - rzucił cicho, próbując zabrzmieć znacznie bardziej miękko.
Pocieszająco, ale szczerze. Może trochę z przekorą w tonie głosu, bo w końcu powiedział coś, co było na swój sposób godne politowania. Przynajmniej po tym wszystkim, co wcześniej twierdził.

Kształtowanie (III) - bariera
Rzut Z 1d100 - 41
Slaby sukces...

Rzut Z 1d100 - 3
Akcja nieudana


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (17957), Geraldine Greengrass-Yaxley (14692)


Strony (4): 1 2 3 4 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa