• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Aleja horyzontalna v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 … 11 Dalej »
[08.09.1972] The world was on fire | Prudence & Benjy

[08.09.1972] The world was on fire | Prudence & Benjy
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#1
19.03.2025, 15:24  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.02.2026, 17:58 przez Król Likaon.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Prudence Fenwick - osiągnięcie Badacz Tajemnic I
Rozliczono - Benjy Fenwick - osiągnięcie Badacz Tajemnic I


08.09.1972 przed zmierzchem, Aleja Horyzontalna

Wieczór zapowiadał się całkiem spokojnie. Prudence siedziała w swoim mieszkaniu, nie miała jakichś szczególnych planów na ten czas. Jej życie toczyło się w stałej rutynie. Chodziła do pracy, wracała z niej, jadła, spała, czasem pojawiała się na Nokturnie, aby nieco zasięgnąć języka i nie stracić kontaktów, które udało jej się zdobyć przez lata. Nie było szczególnie ekscytujące, ale nie przejmowała się tym za bardzo. Nie wszyscy musieli być wyjątkowi, nie wszyscy musieli za czymś gonić. Chyba odpowiadało jej to, że jej świat wyglądał właśnie w ten sposób, pewnie niektórzy mogli to uznać za nudne, ale nie przejmowała się ich opinią jakoś szczególnie, już dawno przestała zajmować swoje myśli takimi rozmyśleniami. Najważniejsze, że jej było dobrze, a chyba było, jakiś czas temu przestała mieć zbyt wielkie oczekiwania, bo wiedziała, że niczego to nie przynosi. Marzenia bardzo łatwo można było komuś odebrać, wolała więc ich nie mieć, niżeli po raz kolejny się rozczarować. Rozczarowanie właściwie było chyba zbyt małym słowem, nie chciała po prostu po raz kolejny rozsypać się na milion kawałków. Każdy przeżywał jakieś tragedie, najłatwiej więc było po prostu im zapobiegać, nie dopuszczać do tego, żeby ktokolwiek w jakikolwiek sposób mógł ją zranić.

Może właśnie przez to spędzała ten wieczór w samotności, tak właściwie jej znajomości ograniczały się głównie do tych, które zawarła w pracy, czy rodziny. To było całkiem wygodne, nie musiała się martwić o zbyt wiele osób, o to, że ktoś je skrzywdzi.

Bletchley siedziała w fotelu, próbowała czytać książkę, jej szczur Necro jednak skutecznie jej to utrudniał, co chwila wdrapywał się na jej ramię, przechodził na rękę, a później lądował na tekście, który zamierzała przyswoić. Najwyraźniej wyśmienicie się przy tym bawił ku niezadowoleniu swojej towarzyszki.

Miała wrażenie, że słońce zaszło dosyć szybko, a może zbliżała się kolejna burza? Chociaż właściwie, czy tych nie powinno być już mniej z racji na to, że nadchodziła jesień. Zmrużyła oczy wpatrując się w okno, przetwarzała informacje, które pojawiły się w jej głowie. Sezon burzowy był już za nimi, tak zdecydowanie to musiała być jakaś anomalia, ale takie rzeczy się zdarzały, pogoda była nieprzewidywalna. Mrugnęła dwa razy, żeby wrócić do tego, co robiła przed chwilą, bardzo łatwo się rozpraszała, właściwie to uciekała myślami gdzieś daleko. Działo się tak chyba od zawsze, przywykła do tego, że jej mózg działał w ten dziwny sposób.

Usłyszała krzyk, pisk, właściwie to nie jeden. Jakieś zamieszanie działo się na zewnątrz, skłoniło ją to wzięcia swojego szczurzego przyjaciela na ręce i podejścia do okna.

Wtedy do niej dotarło, że nie była to burza. Może i niebo zrobiło się ciemne, co mogło zwiastować nadchodzące oberwanie chmury, ale sypał się z niego popiół, a w tle, wszędzie, dosłownie wszędzie można było dostrzec jasne płomienie. Pożar. To musiał być pożar, świat zapłonął.

Wyjątkowo dla siebie, nie zastanawiała się szczególnie długo nad tym, co powinna robić. Jej mieszkanie mogło zająć się ogniem, postanowiła więc z niego wyjść, żeby nie zostać zamkniętą w pułapce bez wyjścia. Nie chciała jeszcze umierać, to nie był ten czas.

Powinna znaleźć się w Ministerstwie, tam mogła się na coś przydać. Opuściła więc szybkim krokiem swoje mieszkanie, nie wzięła ze sobą nic poza swoją różdżką oraz swoim szczurzym przyjacielem, którego trzymała w dłoni.

Gdy znalazła się na zewnątrz zamarła. Zatrzymała się w drzwiach kamienicy. Spanikowani ludzie biegali we wszystkie strony, zewsząd dochodziły do niej krzyki, uniosła głowę w stronę nieba, popiół nie przestawał się z niego sypać. Świat stanął w płomieniach, tylko dlaczego? Ogień był przerażający, ale też piękny, niósł ze sobą jasną łunę, która rozświetlała mrok, najwyraźniej to nie był tylko pożar jednej z kamienic, inaczej nie rozprzestrzeniał by się tak szybko, w tak wielu kierunkach.

Zakryła lewą ręką usta, bo dym zaczynał drapać jej płuca. Nie sądziła, że to mogło pomóc w czymkolwiek, ale co innego mogła zrobić? Nie przestawała wpatrywać się w płomienie. Właściwie to zaczęła liczyć, kalkulować, jak szybko w takim tempie pochłonie całe miasto? Było to pytanie, które sobie zadała, na które szukała odpowiedzi w swojej głowie, tylko czy widziała kiedyś jakieś wzory, które pomogłyby jej uzyskać takie dane. Było wiele czynników, które miały na to wpływ, kierunek i prędkość wiatru, miejsce w którym doszło do podpalenia... Bardzo wiele zmiennych, od których mogło to zależeć. Czy taki wielki pożar mógł zacząć się w jednym miejscu? Raczej nie.

Chcąc nie chcąc zamiast obrać jakąś drogę po prostu stała, wpatrywała się w tańczące płomienie jak zaczarowana, jej myśli krążyły gdzieś daleko.



// zawada - choroba Milforda


Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#2
20.03.2025, 03:54  ✶  
Miałem za sobą naprawdę długi dzień po kolejnej nieprzespanej nocy. Zresztą, nocne interesy, które musiałem załatwić, nie pozwoliły mi na położenie się spać o rozsądnej godzinie. Położyłem się po dwudziestej drugiej, po czym musiałem wstać chwilę po pierwszej. Zająłem się kilkoma sprawami, które z pewnością nie wpisywały się w definicję legalności i były czasochłonne, co sprawiło, że w rezultacie rano wróciłem do łóżka na niecałe trzy godziny. Straciłem większość względnie dobrej pogody, bo kiedy w końcu się obudziłem, zastałem szare, pochmurne przedpołudnie, które nie zapowiadało niczego dobrego. Pogoda zaczęła się psuć. Zaledwie trzy godziny snu i znów wstałem, od razu rzucając się w wir pracy. Łyknąłem kawę, zapaliłem papierosa i zająłem się odhaczaniem punktów na liście najpilniejszych spraw do załatwienia - głównie zleceń zarobkowych. W tym tygodniu miałem ich wyjątkowo dużo. Tak dużo, że czułem, iż coś jest na rzeczy, choć nie potrafiłem tego zdefiniować. Może to po prostu nowa specyfika Londynu? Wróciłem do Anglii niedawno, po długim czasie spędzonym za granicą, więc na nowo przyzwyczajałem się do tego miejsca, które kiedyś znałem jak własną kieszeń. Musiałem odbić się od dna.
Ostatnio sen stał się dla mnie luksusem, którego nie mogłem sobie zafundować. Zresztą, w moim przypadku bezsenność to stary znajomy, więc zamiast przewracać się z boku na bok, wolałem wstać z łóżka i zająć się czymś pożytecznym, nie wiercić się bez sensu z boku na bok, licząc owce.
Roboty było dużo, ale raczej mało płatnej. Większość moich zleceń polegała na powtarzalnych, mozolnych czynnościach przy łamaniu pomniejszych klątw - nic dużego, nic znaczącego, nic pasjonującego. Nie było w tym nic ekscytującego, zwłaszcza po latach spędzonych na bardziej interesujących zadaniach za granicą. Po półtorej dekady poza Anglią - w Nowym Świecie, gdzie życie toczyło się w zupełnie innym rytmie, powtarzalność tych zadań była męcząca, ale od czegoś trzeba było zacząć. Praktycznie cały dzień spędziłem na pracy. Zmusiłem się do działania, chociaż miałem wrażenie, że marnuję czas i potencjał. Robotą, którą wykonywałem z powodzeniem mógłby zająć się pierwszy lepszy szczyl z rocznym doświadczeniem tuż po Hogwarcie.
W pewnym momencie musiałem wyskoczyć poza Londyn do jakiejś wyjątkowo luksusowo wyglądającej posiadłości, która okazała się kolejnym naprawdę beznadziejnym pożeraczem czasu. Z początku wydawało mi się, że to miejsce będzie przyjemną odmianą. Niestety, rzeczywistość okazała się brutalna - konieczność przebywania tam była klątwą samą w sobie, wracając do miasta, czułem, jakby ta posiadłość zostawiła na mnie swoje piętno. Przez zbyt długo przebywałem w otoczeniu ludzi, którzy wydawali się oderwani od rzeczywistości, a ja czułem się tam jak intruz.
Na Aleję Horyzontalną wróciłem dopiero przed kilkoma minutami. Czułem, jakby coś w Londynie się zmieniało, ale nie potrafiłem dokładnie określić, co to mogło być. Najpewniej to były po prostu nowe zasady rządzące miastem, które musiałem na nowo poznać po powrocie. Miasto pod wieczór było dużo bardziej nieprzyjazne niż kiedyś. Rozwój konfliktu między czarodziejami czystej krwi i resztą magicznego społeczeństwa przybierał na intensywności - w powietrzu dało się wyczuć napięcie.
Zmierzchało. Moje plany na resztę dnia były proste, ale wcale nie nudne. Potrzebowałem chwili spokoju, żeby zjeść, wypić ze trzy piwa i może przeczytać książkę - wbrew pozorom nie byłem neandertalczykiem, mimo, że tak wyglądałem. Lubiłem czytać, lubiłem zajmować się różnymi nieoczywistymi rzeczami. Miałem nawet model Titanica do sklejania, który czekał na moją uwagę. To wydawało się idealnym planem na resztę wieczoru.
Wszedłem do apteki, by dokupić kilka rzeczy - potem miałem iść prosto do domu, ale to, co wydarzyło się na zewnątrz, zburzyło moje plany. Uczucie niepokoju rosło, teraz przypominało już nie tylko dzwoneczek alarmowy, a portową syrenę wyjącą w mojej głowie - czułem, że to, co się dzieje, jest znacznie poważniejsze, niż mogłem sobie wyobrazić. Dźwięki dochodzące z zewnątrz nie były normalne. To nie był zwykły wieczorny gwar Londynu - to był chaos. W mgnieniu oka wyszedłem na ulicę, a moim oczom ukazał się ogień. W powietrzu unosił się zapach spalenizny. Londyn płonął. Z nieba, które wyglądało jak burzowe, leciał duszący pył. Świat wokół mnie stanął w ogniu. Ktoś krzyczał, ktoś inny ciągnął swoje dziecko za rękę, starając się uciec od zbliżającego się zagrożenia. Panika zarażała kolejne osoby. Ogień rzucał jasną łunę na ciemne ulice, wskazując, że to nie był tylko pożar jednej kamienicy - było za jasno, za gorąco. Zaczynałem rozumieć, że to, co widzę, to nie tylko przypadkowe zaprószenie żaru z papierosa albo niewielkie podpalenie. Płomienie tańczyły na dachach, a dym unosił się w górę, tworząc czarną chmurę, która zdawała się pochłaniać całe niebo. Ogień rozprzestrzeniał się w wielu kierunkach, jakby miał własną wolę.
Wywaliłem torbę z zupą w pudełku do pobliskiego kosza - nie zamierzałem się oparzyć, a jedzenie w takiej sytuacji było ostatnią rzeczą, o której myślałem. Czułem, jak dym i popiół zaczynają mnie dusić. Bez wahania naciągnąłem chustę z szyi na nos, wiążąc ją mocniej, zaciągając supeł z tyłu głowy. Podniosłem kołnierz kurtki, starając się dodatkowo ochronić twarz przed duszącym pyłem. Musiałem działać szybko, aby nie dać się pochłonąć przez ten chaos. Nie zamierzałem stać jak kołek w miejscu, czekając na to, co się stanie.
Idąc szybko, obserwowałem ludzi wokół siebie. W tłumie dostrzegałem twarze pełne strachu, zdezorientowane spojrzenia. Ludzie biegli w różne strony, krzycząc, wołając bliskich. Nikt nie próbował opanować sytuacji. Na miejscu nie było nikogo, kto spróbowałby kierować tłumem, a to oznaczało, że najgorsze było dopiero przed nami - to nie był pierwszy raz, kiedy trafiłem na spanikowany motłoch. Skupiłem się na monitorowaniu ulicy dookoła mnie, starając się unikać zagęszczenia tłumu, bo nie chciałem zostać stratowany. Niektórzy uciekali w panice, inni stawali w miejscu, nie wiedząc, co robić. Przycisnąłem chustę do nosa, starając się nie wdychać dymu. Ogień rozprzestrzeniał się w zastraszającym tempie, a ja musiałem znaleźć sposób na ucieczkę. Korzystając z każdej wolnej przestrzeni, przyspieszyłem kroku w stronę domu, czując, jak serce bije mi w piersi. Ludzie wokół mnie krzyczeli, całkowicie głupieli - ja starałem się zachować racjonalność i nie myśleć o tym, co mogłoby się wydarzyć, jeśli nie uda mi się wydostać z tego chaosu.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#3
20.03.2025, 12:04  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.03.2025, 00:50 przez Prudence Fenwick.)  

Twarz Prudence zaczęła pokrywać się czarnym popiołem. Zresztą nie tylko jej, wszyscy ludzie, którzy znajdowali się wokół zostali w ten sposób naznaczeni. Nie wyglądało to dobrze, tkwiła jednak w drzwiach kamienicy dłuższą chwilę, aż w końcu syknęła z bólu, gdy Necro ugryzł ją w palec. To spowodowało, że wróciła. Przynajmniej na moment wróciła do rzeczywistości. Wzięła głęboki oddech, jednak to nic nie dało, dym dusił ją w płuca. Musiała się ruszyć, tylko dokąd? Czy uda jej się bezpiecznie dotrzeć do Ministerstwa? Nie miała pojęcia. Zastanawiała się, czy Elias i rodzice są bezpieczni, może to tam powinna się najpierw kierować? Ojciec pewnie znajdował się w Mungu, matka o tej porze powinna być w domu, chociaż czy na pewno? Nie miała pojęcia, jaka zmiana wypadła jej w tym tygodniu. Brat? Cóż, mógł być wszędzie i nigdzie. Mogłaby znaleźć się w rodzinnym domu i nikogo tam nie zastać, to byłaby strata czasu i zupełnie niepotrzebny ruch. Decyzja zapadła poniekąd sama. Biuro wydawała się być odpowiedniejszym miejscem, na pewno jej tam potrzebowali, kiedy w Londynie zapanował chaos. Być może w ten sposób będzie mogła komuś pomóc, liczyła na to, że jej rodzina będzie bezpieczna, na pewno zrozumieją, dlaczego podjęła taką, a nie inną decyzję.

Poszła więc za pierwszą myślą, musiała znaleźć się w biurze. Zrobiła krok w przód, co wcale nie okazało się być jakimś wybitnym pomysłem. Ciężko było nie dać porwać się tłumowi, szczególnie, kiedy należało się do niezbyt wysokich osób. Była drobna, wpakowanie się w spanikowanych ludzi nie było najlepszym co mogła zrobić - dotarło to do niej niestety już po tym, kiedy podjęła tę deczyję. Musiała się poddać, pozwolić się popychać i przepychać, wciągnęli ją niczym rzeka o bardzo silnym nurcie.

Najważniejsze było to, aby się nie potknęła. Nie wątpiła w to, że mogliby ją stratować. Byli za bardzo przejęci tym, co się działo. Nie martwili się nikim poza sobą. Czy powinna się im dziwić? No nie do końca, każdy chciał przetrwać. Każdy chciał upewnić się, że jego najbliżsi byli bezpieczni.

Poczuła uderzenie pod żebrami, ktoś wepchnął w nie swój łokieć. Bletchley nie znosiła tłumów, nie odnajdywała się w takich sytuacjach, niewiele brakowało, żeby faktycznie zaczęła panikować. Musiała coś zrobić, bo wiedziała, że nie skończy się to dla niej dobrze. Ogień wydawał się trawić wszystko wokół. Nie miała pojęcia, jak to było możliwe, że płonęło całe miasto. To było przerażające.

Wokół było bardzo głośno, z każdej strony dochodziły piski, krzyki, odgłos pękających szyb. Nie zapowiadało się na to, że skończy się to szybko. Nie widziała nikogo, kto próbowałby zapanować nad sytuacją. Musiała się wydostać z tego tłumu, co miało kosztować ją sporo sił. Zaczęła prześlizgiwać się w wolną przestrzeń między ludźmi, było to jedyne wyjście, nie mogła się zatrzymać, bo byłoby po niej. W końcu udało jej się znaleźć na tyle miejsca, że zdołała się jakimś cudem wymknąć.

Oparła się o ścianę jednej z kamienic, musiała odetchnąć, uspokoić nerwy. Doprowadzić się do porządku i znaleźć inne wyjście, plan. Potrzebowała planu. Nim jednak zaczęła to robić znowu wbiła wzrok w płomienie, które trawiły budynek znajdujący się na przeciwko niej. Odruchowo zaczęła liczyć piętra kamienicy próbując ustalić ile osób było w środku. Po co to robiła? Nie miała pojęcia. Mimo wszystko wydawała się dzięki temu oddychać spokojniej, chociaż nadal wciągając w płuca sadzę, co powodowało, że to oddychanie wcale nie przynosiło jej ulgi.

Odkaszlnęła. Obawiała się, że może się udusić, chociaż czy powinna się tym przejmować? Znajdowali się na świeżym powietrzu, to zawsze dawało większe szanse na przetrwanie niżeli zakmnięcie w mieszkaniu, które aktualnie mogło okazać się więzieniem.

Jak wielu ludzi zginie dzisiejszej nocy? Czy powinna o tym myśleć, czy skupiać się na tym, by jak najwięcej osób uratować? Tylko, czy właściwie ona powinna ich ratować? Ona zajmowała się trupami, nie żywymi, nie bez powodu. Już raz zawiodła, ile osób zawiedzie tej nocy?

Odpływała coraz dalej, coraz bardziej. Przytłaczało ją to, co działo się wokół niej. Nie mogła wyrwać się z tych myśli, które zaczęły do niej napływać. Pożar Londynu we wrześniu 1666 roku trwał kilka dni, czy tym razem również będzie się to tyle ciągnąć? Nie obejmował on jednak wszystkich dzielnic, ten tutaj? Nie miała pojęcia, jaki był wielki, ale w oddali było widać jasną łunę, musiał trawić naprawdę duży obszar. Wtedy jednak zabudowa była drewniana, aktualnie nie było, aż tak wielu budynków składających się tylko z drewna, co mogło powodować wolniejsze rozprzestrzenianie się ognia, tylko czy na pewno? W końcu już widziała z każdej strony płomienie. Ta hipoteza chyba nie miała większego sensu.

Czy mogli jeszcze cokolwiek ocalić, czy to miasto miało zostać doszczętnie spalone? Nie wiedziała, ciężko było jej znaleźć odpowiedzi na wszystkie nurtujące ją pytania.

Jedna z górnych szyb kamienicy, o którą się opierała nagle pękła, odłamki posypały się z nieba, ten dźwięk spowodował, że wróciła do rzeczywistości, tyle że nadal nie do końca wiedział, jak powinna się w niej odnaleźć.


// zawada choroba Milforda, WoS - 4


Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#4
20.03.2025, 23:15  ✶  
Dzień, który miał być zwyczajny, zamienił się w koszmar. Niepowstrzymana fala gorąca i ognia przetaczała się przez ulice, zjadając wszystko, co napotkała na swej drodze. Wszechobecny pożar szalał w Londynie, przesłaniając niebo gęstym, czarnym dymem, który wdzierał się do płuc i wywoływał kaszel. W powietrzu unosił się swąd spalenizny, wszystko wokół płonęło żywym ogniem. Zarówno ja, jak i reszta tłumu, znajdując się w samym epicentrum chaosu, staliśmy się jedynie pionkami na planszy, którą rządziły ogień i strach. Nie miałem zamiaru zostać tu na dłużej - potrzebowałem tylko jednej rzeczy z mieszkania, potem musiałem uciekać z tego piekła. Wdychałem dym, pomimo chusty na twarzy, czując jego gryzący smak w gardle, ale nie mogłem się zatrzymać, żeby ją poprawić. Zamierzałem dostać się do mieszkania, ale nie po to, by tam zostać.
Ulice były pełne paniki. Wszędzie słychać było krzyki i płacz ludzi, którzy nie wiedzieli, gdzie się schować. W miarę, jak posuwałem się naprzód, starałem się unikać tratowania i zostania tratowanym, co pomimo mojego wzrostu, wydawało się coraz bardziej prawdopodobne. Szedłem szybko, ale z rozwagą, bo wiedziałem, że w takim chaosie każdy krok mógł być decydujący. Wystarczyło, żebym się potknął i byłoby po mnie.
Zauważyłem, że ktoś w oddali unosi ręce, wołając o pomoc, ale nie miałem czasu, by się zatrzymać. To nie był czas na brawurę i heroizm, na który byłem nieprzygotowany. Nie mogłem się wahać i rozglądać, oceniając sytuację - tu nie było miejsca na sentymenty - musiałem iść dalej.
Londyn, który znałem, zamienił się w piekło. Widziałem, jak ludzie w panice uciekają w różne strony - niektórzy upadali, inni biegli dalej, nie zważając na otoczenie. Ja nie biegłem, nie panikowałem, ale szedłem szybko - szybciej niż zazwyczaj, zdeterminowany i czujny. W końcu wiedziałem, że najgroźniejsi są ci, którzy tracą kontrolę. Ministerstwo nadal nie przybyło - nikt nie próbował zarządzać ewakuacją. Dookoła mnie widziałem ludzi, którzy zachowywali się coraz bardziej, jak spłoszone zwierzęta - nie wiedząc, dokąd się udać, więc miotając się we wszystkie strony.
Znałem krótszą drogę przez wąskie przejścia, gdzie dym był nieco słabszy, ale ogień i tak tlił się wszędzie, jakby Londyn miał zostać pochłonięty przez piekło, więc wolałem unikać ciasnych miejsc. Lepiej byłoby, bym się tam nie zaklinował ani nie wpadł w potrzask spanikowanego tłumu. Moje ciało działało jak automat - mój umysł był skupiony tylko na jednym celu. Zatrzymałem się na moment, by złapać oddech i ocenić sytuację. Wszędzie wokół mnie unosił się dym, krzyki przerażonych ludzi zlewały się w jeden wielki, głośny, ponury chór. Wrzaski i wołania rozbrzmiewały w mojej głowie, ale nie mogłem zatrzymać się, by sprawdzić, czy mogę pomóc. Czas naglił. Pożar rozprzestrzeniał się z niespotykaną siłą.
W pewnym momencie usłyszałem potężny huk - szyby na ostatnim piętrze pobliskiej kamienicy pękły, przez co deszcz ostrych, gorących odłamków szkła spadł na ludzi. Instynktownie skuliłem się, zasłaniając głowę ramionami. Udało mi się uniknąć zranienia, ale nie wszyscy mieli tyle refleksu. Nawet ja sam praktycznie w ostatniej chwili zdołałem osłonić twarz przed ostrymi kawałkami, niestety, niektórzy nie mieli tyle szczęścia. Widziałem, jak ludzie krzyczą, chwytając się za twarze, krew cieknie im z ran.
Nagle, wśród spanikowanego tłumu, dostrzegłem coś, co przykuło moją uwagę - czubek głowy, który wydawał się znajomy. Wcześniej nie wypatrywałem tu znanych mi twarzy, bo nie musiałem tego robić. Miałem świadomość, że moi przyjaciele są w stanie sobie poradzić. Może nie wszyscy byli w bezpiecznych miejscach, ale wiedziałem, że mój najlepszy kumpel był w pracy, a drugi doskonale potrafił zadbać o siebie, zresztą tak samo jak trzecia i czwarta osoba w naszym kręgu. Każdy z nas miał swoje sposoby na przetrwanie w tak ekstremalnych warunkach. Przekonywałem się, że w razie potrzeby szybko nawiążemy kontakt, by upewnić się nawzajem, że wszystko w porządku. W każdej chwili mogłem ich powiadomić o kłopotach, oni również mogli dać znać, jeśli sprawy by się skomplikowały. Miałem inne zmartwienia, jak chociażby ciotka Ursula, która wyjechała z Londynu, zabierając ze sobą Fabiana i ich dwa skrzaty domowe. Wiedziałem, że nie ma nikogo, kto mógłby jej pomóc w tej sytuacji. Musiałem do nich dołączyć - najlepiej jak najszybciej. To stało się moim priorytetem, bo wiedziałem, gdzie się znajdują i że są tam sami, starsza kobieta i dziecko - w przeciwieństwie do całej reszty bliskich.
Hałas narastał. Nie przywiązałem do tego większej uwagi, dopóki nie usłyszałem charakterystycznego brzęczenia, które dotarło do moich uszu. Niezawodny sygnał alarmowy. Przepchnąłem się przez tłum, ignorując krzyki i protesty, aż dotarłem do kobiety, która stała nieruchomo, zapatrzona w ogień, jakby nie dostrzegała niebezpieczeństwa. Wyglądała jakby była w transie, nieświadoma tego, co się dzieje wokół. Nie miałem czasu na wyjaśnienia. Brzęczenie w moich uszach stawało się coraz głośniejsze. Nie zastanawiając się długo, złapałem ją w pasie i pchnąłem w stronę prześwitu. No, dobrze - możliwe, że nie było to znowu takie standardowe posunięcie, bo nogi kobiety na co najmniej kilkanaście sekund oderwały się od chodnika. Capnąłem brunetkę bez ostrzeżenia, podnosząc ją, niczym przestawia się wieszak na ubrania. Użyłem siły, by pchnąć nas głębiej w prześwit - z dala od szaleństwa, które rozgrywało się na ulicy. Właśnie w tym momencie w pobliskim sklepie nastąpił wybuch.
Czas jakby zwolnił.
Udało mi się odciągnąć kobietę na tyle, by uniknęła najgorszego, ale wokół nas rozległy się krzyki nie tylko przerażenia, ale agonii.
Czułem, jak gorąca fala energii uderza w moją skórę i rozwiewa mi włosy. Jednoczesny dźwięk wybuchu wypełnił moje uszy wibracją, która na chwilę pozbawiła mnie orientacji. Witryna apteki pękła w drobny mak, a buteleczki pełne rozmaitych substancji wystrzeliły jak pociski chemiczne, parząc ludzi, którzy byli zbyt blisko. Eliksiry rozbryznęły się wszędzie - zmieszały się ze sobą, tworząc gorący koktajl. Ich zawartość ochlapała ludzi, którzy nie zdążyli się schronić.
Wcisnąłem ją w wąską szczelinę między ścianami budynków, tak, abyśmy byli w miarę bezpieczni. Tak właściwie, nie byliśmy bezpieczni - to byłoby za dużo powiedziane. Nie było najmniejszych szans, żebym wepchnął się w coś, co nawet nie było przejściem, tylko raczej szparą pozostawioną między budynkami, żeby zwiększyć cyrkulację powietrza. Zamiast pchać się na siłę, obróciłem się plecami do źródła kilku powtarzalnych wybuchów - skuliłem barki i zacisnąłem ramiona na talii kobiety, osłaniając ją od odłamków szkieł i lecących kawałków cegieł.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#5
21.03.2025, 00:45  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 21.03.2025, 21:25 przez Prudence Fenwick.)  

Nic nie zapowiadało tego, co właśnie się działo. Dzień wydawał się spokojny, wręcz leniwy. Nawet nie musiała pracować. Ledwie chwilę wcześniej siedziała we własnym fotelu, czytała kolejną książkę. Jeden z wielu, zwyczajnych dni. Nie spodziewała się takiego zakończenia, chyba nikt się nie spodziewał zważając na to co działo się na Horyzontalnej. To nie mogło być przypadkowe, takie pożary nie pojawiały się znikąd. Musiało to być zaplanowanym działaniem. Najwyraźniej Londyn miał spłonąć, to było druzgocące bo to miasto było od zawsze jej domem.

Nie wiedziała, czy jej mieszkanie nie spłonie. Nie mogła tego zakładać. Teraz nie widziała już nawet swojej kamienicy, tak właściwie to pewnie jakby się nieco wychyliła, to mogłaby zobaczyć jak wygląda, tyle, że skupiona była na czymś zupełnie innym - budynku, który znajdował się naprzeciwko, na tańczących na nim płomieniach, które przepięknie mieniły się na tle ciemnego nieba. Ten widok mógł zachwycać, żywioł wyglądał niesamowicie, szkoda tylko, że mógł pochłonąć wszystko i wszystkich. Wokół panował chaos, ale Bletchley wydawała się go zupełnie ignorować. Było to dość nietypowym zachowaniem podczas takich sytuacji, ale tak już miała, nawet a najgorszych momentach jej umysł płatał jej figle i potrafił ją zatrzymać, skupiając jej uwagę na czymś zupełnie zbędnym. No, może w jej głowie pojawiły się myśli związane z podobnymi wydarzeniami, tyle, że w tej chwili zamiast to analizować, powinna stąd wiać jak najszybciej. W Ministerstwie powinna być bezpieczna, nie miała pojęcia, czy nie wyślą ich na ulice, ale zawsze lepiej być obok kogoś, niż przeżywać taką tragedię w samotności. Trochę słabo byłoby umrzeć mając świadomość, że obok nie ma nikogo znajomego.

Nie, żeby zakładała, że śmierć czeka akurat na nią, ale panowało takie zamieszanie, ogień docierał do nich z każdej strony, że było to bardzo prawdopodobne. Odpływała coraz dalej, próbowała znaleźć w swojej głowie statystyki, ile właściwie osób umiera od pożarów? Jak bardzo zwiększy się ta liczba po dzisiejszej nocy? To na pewno będzie największa, podobna tragedia w dziejach tego miasta, nie miała co do tego żadnych wątpliwości.

Necro nie był szczególnie zadowolony z tego, co działo się z jego towarzyszką, i schował się w ubraniu Bletchleyówny, tak właściwie to wlazł jej do kieszeni płaszcza, na szczęście miała je całkiem głębokie, bo mógł się tam schować i być w miarę bezpieczny. Tak właściwie, czy w ogóle można było mówić o bezpieczeństwie w takiej sytuacji? Nie do końca. Zagrożeniem mogło być wszystko. Tłum taranujący ludzi, pękające szyby, walące się budynki, czy sam ogień. Nie malowało się to jakoś szczególnie budująco. Można było stracić życie na wiele sposobów.

Z letargu wyrwały ją dopiero dłonie, które zaczęły się na niej zaciskać. Mrugnęła kilka razy, ale działo się to tak szybko, że nie zdążyła zareagować. Jej nogi uniosły się nad ziemią. Ktoś sobie ją przeniósł, niczym mebel? Tak, zdecydowanie zmieniła swoje położenie. Nie do końca wiedziała co się dzieje, tak właściwie, to chyba nie było w okolicy nikogo, kto mógłby zainteresować się jej losem. Nie ma się co oszukiwać, nie była szczególnie towarzyska, nie miała zbyt wielu znajomych. Raczej powinna być zdana sama na siebie, co nie wróżyło szczególnie dobrze, jak widać na załączonym obrazku.

Nie miała pojęcia dokąd się wybierają, dopiero kiedy wróciła do rzeczywistości uderzył w nią hałas dochodzący z ulicy. Było tu głośno, bardzo głośno. Krzyki dochodziły z każdej strony. Ludzie panikowali. Próbowali uciec przed żywiołem.

W końcu, gdy znaleźli się w miarę bezpiecznym miejscu, tak właściwie to w prześwicie między budynkami poczuła grunt pod nogami, to było całkiem przyjemnym uczuciem, bo poczuła, że ma jakąś kontrolę nad ewentualnymi dalszymi ruchami.

Nie spodziewała się wybuchu. Nie miała pojęcia, że do niego dojdzie, jej kalkulacje nie objęły podobnego wydarzenia. Gdy więc usłyszała huk, który rozległ się wokół przymknęła oczy, tak właściwie to je zacisnęła, jakby to miało jej w jakikolwiek sposób pomóc. Skuliła się jeszcze bardziej, właściwie to wcisnęła się jeszcze mocniej w obcego mężczyznę, który postanowił jej pomóc, jakby dzięki temu mogła się schować przed tym co nadchodziło. Mężczyzna, który ją tutaj przeniósł zrobił to samo. Właściwie to osłonił ją przed ewentualnym zagrożeniem.

Nie była tutaj sama, nie znajdowała się sama w tej alejce. Mogła założyć, że ktoś właśnie uratował jej życie, bo jeszcze przed chwilą stała zapatrzona w ogień, jakby nic jej nie groziło, chwilę później doszło do wybuchu, to chyba była apteka, tak przypomniała sobie jak wyglądała okolica przed tym całym szaleństwem.

Zupełnie bezinteresownie zrobił z siebie żywą tarczę, wziął na swoje plecy wszystkie ewentualne odłamki, szkło, reszt eliksirów? Merlin jeden wiedział, co mogło w niego uderzyć. Poczuła falę energii, która w nich uderzyła, na pewno jednak nie tak mocno jak on.

Wreszcie otworzyła oczy, zrobiła to powoli, aby przyzwyczaić ponownie wzrok do tego, co działo się wokół. Dopiero teraz do niej dotarło, że jego sylwetka wydawała jej się znajoma. Czy to możliwe, że ta sama osoba mogłaby dwa razy zupełnie przypadkowo jej pomóc? Najwyraźniej tak, chyba zawyżali statystki, miała sporo szczęścia, bo dzięki niemu najwyraźniej nadal stała tutaj praktycznie zupełnie nie tknięta przez to, co żywioł robił z tym miastem.

Drgnęła, gdy usłyszała krzyki dochodzące z okolicy, nie była to melodia przyjemna dla uszu. Ludzie cierpieli, czy powinna im pomóc? Jak miałaby wybierać kogo uratować? Nie powinna decydować o tym kto przeżyje, a kto nie.

- Dziękuję. - Było to pierwsze, co opuściło jej usta. Wypadało się odezwać, wypadało podziękować za uratowanie życia? Tak, zdecydowanie była to spora przysługa, nawet nie wiedziała, jak ma na imię. To świadczyło o tym, jakim był człowiekiem, postanowił zainteresować się praktycznie obcą osobą, ocalić ją. Cóż, pierwsze wrażenie w tym wypadku było dość mylne, ale nie miała już wątpliwości, jakie są jego zamiary, zresztą to nie był jedyny moment, w którym jej pomógł. Najwyraźniej tak już miał, a mógł ratować siebie. Nie wiedziała, jak odpłaci się za tę przysługę, ale tym będzie martwić się później, kiedy przetrwa nadchodzącą noc, o ile w ogóle ją przetrwa.

- Jesteś ranny? - Póki co to wydawało jej się być najistotniejszą sprawą. Skoro ją uratował, to ona mogła pomóc mu z ewentualnymi ranami, które pojawiły się na jego ciele przez to, że ją nim osłaniał. Wiedziała już z kim ma do czynienia, co nieco ją uspokoiło, jakby w ogóle dało się być spokojnym w chwili takiej jak ta.

Spróbowała odsunąć się, wyślizgnąć z jego ramion, chociaż pewnie miała z tym problem, był przecież dużo większy i silniejszy od niej, ale zależało jej na tym, żeby sprawdzić, czy on ma się w porządku, czy bardzo ucierpiał.


// przewaga - leczenie


Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#6
21.03.2025, 17:16  ✶  
Londyn płonął. W powietrzu unosił się dym, a krzyki ludzi mieszały się z hukiem eksplozji. Czułem, jak moje serce bije w szaleńczym rytmie, ale musiałem zachować zimną krew. Wiedziałem, że muszę się spieszyć. To, co działo się wokół, przyprawiało mnie o dreszcze. Pożar w mieście rozprzestrzeniał się z prędkością, której nie potrafiłem zrozumieć. Ciasno posklejane kamienice płonęły, jak zapałki polane benzyną. Tłum, który wcześniej wydawał się jedynie chaotyczny, teraz przypominał wściekłe i spanikowane stado zwierząt, które nie wiedziało, gdzie uciekać. Poczucie zagrożenia narastało z każdą chwilą. Miałem w głowie tylko jedną myśl - dotrzeć do mieszkania. Nie zamierzałem tam zostać, nie w tym piekle, którym stał się Londyn - to byłoby debilne. Chciałem tylko zabrać jedną, jedyną rzecz, która miała dla mnie znaczenie, i zniknąć stąd. Do Exmoor... Nigdzie indziej, jak tam. To ja musiałem zająć się sprawami rodziny brata, zanim Cornelius wróci do domu letniego ciotki - a z pewnością miał się tam pojawić przy pierwszej sposobności, tyle tylko, że ta mogła nadejść cholera jasna wie, kiedy. Zamierzałem go uprzedzić i posłać mu wiadomość. Nie mogłem dopuścić do tego, by czekał z niepokojem na wieści, kiedy miałem już wizję tego, co zamierzałem zrobić. Wątłą, bo watłą, ale liczyło się, że miałem plan. Zamknąłem oczy, próbując skupić myśli - musiałem myśleć o tym, co najważniejsze, nie mogłem stracić głowy. Nie miałem zamiaru dać się stratować przez zdesperowany tłum, który w obliczu zagrożenia stał się niebezpieczny. Serce biło mi jak oszalałe, ale nie miałem czasu na strach, ani wahanie. Musiałem działać, zanim miasto zatonie w ogniu, miałem nadzieję, że dotrę do mieszkania, nim płomienie pochłoną wszystko.
Później sprawy potoczyły się dosyć chaotycznie - kiedy wcisnąłem brunetkę w szczelinę między kamienicami, poczułem, że to jedyne, co mogę zrobić. Stałem do niej przodem, plecami do ognia, próbując osłonić ją przed chaosem, który rozgrywał się na zewnątrz. Czułem ciepło bijące od płomieni, ale ściany z cegły były zimne. Wybuch z pobliskiej apteki wstrząsnął ziemią. Eliksiry, które tam przechowywano, nie wytrzymały ekstremalnej temperatury. Gorący żar i opary parzących cieczy wypełniły powietrze. Zdołałem tylko przyciągnąć tę dziwną, drobną brunetkę do siebie, osłaniając ją moim ciałem. Wepchnąłem kobietę przed siebie w bezpieczne miejsce, gdzie mogliśmy uniknąć najgorszej fali gorąca, która przetoczyła się przez aleję. Nie zdążyłem nawet się zastanowić, co robię, bo w tej samej chwili w pobliskim sklepie nastąpił jeszcze jeden wybuch. Pochyliłem się nad nią, starając się złapać oddech - tylko na moment, zaraz zaczerpnąłem dwa wdechy i dwa wydechy, i zmusiłem się do spojrzenia w górę. Ogień szalał wokół nas, a dym przesłaniał niebo, tworząc ciężką, czarną zasłonę, która sprawiała, że powietrze stawało się trudne do zniesienia - było przesycone pyłem i smrodem spalenizny. Brzęczało mi w uszach - w dalszym ciągu słyszałem wibrację szkła i echo huku. Wybuchy z pobliskiej apteki rozbrzmiewały echem, jakby cała dzielnica była na krawędzi zniszczenia i zamiany w zgliszcza. Najwyraźniej różne substancje miały inną tolerancję na temperaturę - przemknęło mi przez myśl - dzięki temu mieliśmy okazję doświadczyć serii opóźnionych zapłonów.
Poczułem, jak skórzana kurtka, którą miałem na sobie, zaczyna się nagrzewać. Wokół nas rozgrywał się prawdziwy koszmar - eksplozje, krzyki i płomienie, które zdawały się być wszędzie. Nic, tylko ogień, który zdawał się rosnąć w siłę, pochłaniając wszystko na swojej drodze.
Wtem, czwarty - może piąty, szósty - trudno mi było zachować rachubę - wybuch z rzędu rozdarł powietrze. Dźwięk, który rozległ się pomiędzy budynkami, był przerażający - prawie tak potężny, jak ten pierwszy. Huk był tak głośny, że nie słyszałem własnych myśli i mimo, że nie chciałem zacząć panikować, czułem się coraz bardziej, jak zwierzę zapędzone w pułapkę. Na domiar wszystkiego, miałem wrażenie, że ogłuchłem na chwilę, co tylko wzmogło bicie mojego serca.
Dzwonienie w uszach ustało - zaraz po tym usłyszałem szum wody. Gdzieś w pobliżu uszkodzony hydrant wystrzelił w górę, ale zamiast orzeźwiającego deszczu, dostaliśmy tylko chmurę pary, która spowiła ulicę. Woda, która powinna przynieść ulgę, w obliczu ognia stała się tylko kolejnym zagrożeniem. Strumień leciał w górę, ale do nas docierał jedynie kłąb gorącej mgiełki. Woda, która powinna nas chłodzić, w rzeczywistości sprawiała, że gorące powietrze stawało się jeszcze bardziej duszne. Szyby w pobliskiej kamienicy pękały z trzaskiem, a gorące odłamki szkła spadały jak deszcz. Instynktownie znowu zasłoniłem kobietę, czując, jak drobne kawałki lądują na moich włosach i kurtce. Udało mi się osłonić nas przed nimi, ale nie myślałem o tym, żeby je strzepnąć. To nie był koniec.
Kiedy bardziej się w mnie wtuliła, instynktownie objąłem ją ramionami, pozwalając, by schowała się między klapami mojej kurtki. Byłem wyższy, znacznie wyższy, więc mogłem osłonić ją nie tylko od boku, ale też od góry. W pewnym momencie, nie zastanawiając się w ogóle, docisnąłem czoło do czubka jej głowy. Oddychałem ciężko przez chustę na twarzy, krople potu spływały mi po skroniach. Skuliłem ramiona, garbiąc się, przy czym nieświadomie zasłaniając jej widok na świat, który i tak w tej chwili zdawał się kończyć. Jej włosy pachniały dymem, a ja starałem się nie myśleć o tym, jak bardzo sam przesiąkłem tym smrodem. Czułem się, jak pierwszego stycznia sześćdziesiątego trzeciego w Filadelfii, a miałem wrażenie, że tym razem może być gorzej.
Kiedy wybuchy eliksirów z apteki w końcu ustały, poczułem, że mogę ją puścić. Odsunąłem się nieco, aby spojrzeć jej w oczy, ale nagle zdałem sobie sprawę, że wciąż ją przytulam - moje ramiona rozluźniły się, wypuściłem ją z objęć. Dopiero wtedy to do mnie dotarło...
Zdałem sobie sprawę, że nie wiem, kim jest, nie znam jej imienia. Co ja właściwie zrobiłem? Ratując ją, naraziłem się na niebezpieczeństwo, ale nie miałem czasu myśleć o konsekwencjach. Cała ta akcja ratunkowa, impulsywna i chaotyczna, a my nawet się nie znaliśmy.
Avez-vous perdu la tête? - Wymamrotałem, praktycznie niesłyszalnie, nieco zdegustowany, nie mogąc powstrzymać się od wyrzutu, zanim zdałem sobie sprawę, że nie potrafię - ani nie chcę -przetłumaczyć tego na angielski, a przynajmniej nie z tym samym wydźwiękiem, który powinno mieć... A powinno, bo miało go za każdym razem, kiedy ja sam to słyszałem po zachowaniu się, jak ostatni debil. Postradałaś zmysły? - Nie pasowało, ani trochę, a nie chciałem jej wyzywać od idiotek za to, że stała w miejscu, kiedy inni tratowali siebie nawzajem. W tej sytuacji było trudno o właściwą reakcję. Chrząknąłem, próbując otrzeźwieć, ale nie powtórzyłem tego głośniej, krytyka nie miała sensu, zwłaszcza teraz.
- Masz gdzie iś? - Zapytałem, starając się, aby mój głos brzmiał spokojnie, mimo, że dookoła nas panika osiągała apogeum - ludzie biegli w różnych kierunkach, krzycząc, szukając ratunku. - Wiesz, co lobiś? - Czekałem na jej odpowiedź, analizując każdą detal, który mógł podpowiedzieć mi, jak się zachować.
Zignorowałem pytanie o rany, bo w tym momencie najważniejsze było to, że oboje jeszcze żyliśmy, mimo szalejącego piekła wokół nas - w zamian kiwnąłem głową, próbując przekazać jej, że wszystko będzie w porządku, mimo że sam nie miałem pojęcia, co dalej. Nie wiedziałem, czy powinna zostać ze mną, czy lepiej będzie, jeśli pójdzie sama. Zastanawiałem się, czy ma plan, czy może kogoś, do kogo mogłaby się udać. Moje myśli krążyły wokół różnych możliwości - niby w takich momentach każdy miał swoje priorytety, ja też, ale ona wydawała się zagubiona.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#7
21.03.2025, 23:13  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.03.2025, 00:51 przez Prudence Fenwick.)  

Jeśli ktoś kiedyś myślał o piekle, to mogło ono wyglądać właśnie w ten sposób. Spanikowani ludzie biegali w najróżniejszych kierunkach, a z każdej strony buchał w nich ogień, zajmował wszystko, nic nie było w stanie się mu postawić. Tyle, że nie była to ta mistyczna kraina, a Londyn. Miejsce, w którym przyszło jej mieszkać, jej dom. Płomienie brnęły przed siebie, trawiły wszystko, co stawało na ich drodze. Nie sądziła, że była jakaś szansa na to, aby je zatrzymać. Szczególnie, że póki co nikt nie robił nic, aby jakoś temu zapobiec. Każdy interesował się sobą, wcale jej to nie dziwiło, ludzie chcieli przetrwać, jakoś umknąć przed tym, co działo się wokół nich. Nie sądziła jednak, że wszyscy wyjdą stąd żywi, przetrwają najsilniejsi, ci którzy nie będą mieli zbyt wiele szczęścia zapewne spłoną żywcem. Nie była to szczególnie przyjemna śmierć, gdyby mogła wybrać sposób w jaki odejdzie z tego świata na pewno nie byłby to pierwszy z jej wyborów, z racji na ból, który towarzyszył spalaniu ciała. Każdy miał jakiś swój próg bólu, który dało się przekroczyć, podejrzewała, że w pewnym momencie organizm już nie czuł zbyt wiele, mimo wszystko - zdecydowanie wolałaby nie odchodzić w ten sposób. Nie o takiej śmierci marzyła.

Miała sporo szczęścia, że pojawił się ktoś, kto zainteresował się jej losem. Wpadła w trans, nie ten typowy trans, który potrafiła wywoływać, ale ten mniej mile widziany, który przychodził znienacka. Często jej się to zdarzało, nie było na to żadnego lekarstwa, przywykła nawet do tego, że ją ogarniał, przecież nie miała innego wyjścia. Nie było remedium na tę chorobę.

Nie wyrywała się z ramion, które ją złapały i wepchnęły w wąską szczelinę między budynkami. Nie wyczuwała zagrożenia, zresztą, czy mogło ją spotkać większe zagrożenie od tego, które właśnie pochłaniało Londyn? Nie wydawało jej się. Właśnie dlatego po prostu zamknęła oczy, jakby to mogło w jakiś sposób jej pomóc uporać się z tym, co działo się wokół nich. Musiała wrócić, w pełni odnaleźć się w rzeczywistości. Oddziaływało jednak na nią bardzo wiele bodźców, co utrudniało uspokojenie nawiedzających ją myśli. Powinna oddychać powoli, skupić się na liczbach, najlepiej działało na nią odliczanie od dziesięciu do jednego, kilka sekund, które pozwalało jej jakoś wrócić.

Tym razem nie było tak prosto. Huk, piski, krzyki, to całe zamieszanie powodowało, że trudniej było jej się doprowadzić do porządku. Nie miała pojęcia ile razy coś niedaleko wybuchło. Nie skupiała się na liczbach, chociaż powinna, one zawsze jej pomagały. Czuła, że ziemia drży pod jej nogami, nie miała pojęcia, czy fala uderzeniowa nie trafi i w nich. Nic takiego jednak się nie wydarzyło, chyba, że on wziął ją całą na swoje barki. To było prawdopodobne, bowiem okrył ją swoim ciałem, uchronił kobietę przed tym, co mogło w nią uderzyć. Szkło musiało się na nim zatrzymać. Zachował się zupełnie bezinteresownie, przejął się losem praktycznie obcej osoby, kim on był i dlaczego to robił? Przecież mogła mu się stać krzywda. Nie, że tego nie doceniała, wręcz przeciwnie, ale musiał być niespełny rozumu, skoro ryzykował swoim własnym życiem chowając w swoich ramionach nieznajomą.

Wbrew całej swojej roztropności poczuła się bezpiecznie, nie wiedzieć czemu, miała pewność, że nic jej nie grozi, kiedy znajdował się obok, właściwie to skrywał ją w swym uścisku przed całym światem. Nie czuła się niezręcznie, choć to było dość dziwne, Prudence nie zachowywała się w ten sposób, nie znikała w szczelinach budynków z nieznajomymi, ale ta sytuacja była raczej dość nietypowa. Nie było sensu się nad tym jakoś szczególnie zastanawiać. W pewnym momencie dźwięki dochodzące od strony ulicy wydawały się być nieco przytłumione, zapewne przez wybuch, którego dźwięk uderzył w jej uszy. Już niedługo wszystko powinno wrócić do normy, na pewno tak się wydarzy, musiała być dobrej myśli, chociaż wcale nie przychodziło to Bletchley tak łatwo zważając na wszystko, co działo się wokół nich. Do tego raczej nie należała do optymistów, tego dnia jednak naprawdę chciała uwierzyć w to, że będzie dobrze, że jakoś uda im się stąd wydostać, bo nie była już w tym sama. Ktoś zainteresował się jej losem, zamierzała zrobić to samo, chociaż przez myśl jej przeszło, że może być jego balastem.

Mężczyzna wydawał się wiedzieć, co robi, przynajmniej takie sprawiał pozory, w przeciwieństwie do niej, która była niczym dziecko zagubione we mgle. Do jej uszu dotarł dźwięk szumiącej wody, połączyła go z hydrantami, które znajdowały się wzdłuż całej ulicy. Musiały reagować na podwyższoną temperaturę. To nie mogło przynieść ulgi, chłodu, o którym wielu marzyło, wręcz przeciwnie, woda musiała się nagrzać, co znaczyło, że pojawiło się kolejne zagrożenie.

Nie przejmowała się tym, że we dwójkę zdążyli przesiąknąć już dymem, że jej twarz umorusana była sadzą, to nie było istotne, bo żyli, pewnie wielu nie miało tyle szczęścia, cóż znalazła całkiem niezłą kryjówkę, właściwie to jej kryjówka znalazła ją. Zamknął ją w niedźwiedzim uścisku i chował przed wszystkim tym, co działo się wokół nich, dzięki temu nie ucierpiała w żaden sposób, była cała i zdrowa, żyła, niby tak niewiele, nic nadzwyczajnego, ale w tej chwili wydawało się to być naprawdę sporym osiągnięciem i nawet nie należało ono do niej. Podejrzewała, że była w jednym kawałku tylko i wyłącznie dlatego, że on się nią zajął. Dorobiła się właśnie sporego długu.

Gdy wypuścił ją z ramion poczuła się trochę mniej pewnie. Uniosła głowę wysoko, właściwie to ją zadarła, by móc na niego spojrzeć. Kojarzyła te oczy, już ostatnio nie dawało jej to spokoju i irytowało ją okropnie to, że nie umiała połączyć ich z konkretną twarzą i personaliami. Czuła, że go zna, albo znała, nie umiała jednak dojść do tego skąd.

Nie miała zielonego pojęcia, co właśnie wyburczał pod nosem, nic z tego nie zrozumiała. Nie przestała się jednak mu przyglądać, szukała jakichś śladów ewentualnych uszkodzeń ciała, chociaż nie była w stanie obejrzeć części najbardziej zagrożonej na uszkodzenie.

Jej źrenice były rozszerzone, spojówki zaczerwienione od dymu, który ich otaczał. Wydawało się jej jednak, że przez ten krótki moment znajdowali się z dala od tego chaosu, jakby faktycznie udało im się ukraść krótką chwilę tej okrutnej rzeczywistości.

Nie uzyskała odpowiedzi na zadane przez siebie pytanie. Nie miała pojęcia, czy go nie usłyszał, czy raczej zignorował, zapewne to drugie, chociaż opcje były różne. Wokół panowało istne szaleństwo, wcale nie zdziwiłoby jej, gdyby nie dosłyszał tego, co do niego mówiła.

- Nie wiem. - Nie miała pojęcia, czy miała gdzie iść. Czy Ministerstwo jeszcze stało, czy je również trawił ogień? Teraz niczego nie była pewna, nie wiedziała, co powinna zrobić. Rozsądek podpowiadał jej, że przecież gmach budynku był chroniony najbardziej skomplikowanymi zaklęciami, tam powinno być bezpiecznie, ale czy na pewno?

- Nie wiem, co robię. - Niczego nie wiedziała, nie miała pojęcia, co działo się wokół nich, to ją przerażało.

- Kostnica, muszę iść do kostnicy. - Całkiem proste, czyż nie? Pokonywała tę drogę niemalże codziennie do pracy, nic nadzwyczajnego, prawda? - W kostnicy będzie bezpiecznie, prawda? - Najwyraźniej musiała się upewnić, że dobrze jej się wydaje, jakby on mógł jej odpowiedzieć na to pytanie. - Będą mnie dzisiaj potrzebować. - Dodała jeszcze, żeby wytłumaczyć ku czemu zmierzała. Nie pamiętała, czy w końcu określiła mu się jasno przy ich ostatnim spotkaniu, czym właściwie się zajmowała. Wspomniała o tym raczej na okrętkę, bez żadnych konkretów, teraz w sumie mógł się domyślić, czym się zajmowała.

- Jesteś ranny? - Powtórzyła wcześniejsze pytanie, na które nie dostała odpowiedzi. Tym razem nieco bardziej stanowczym tonem, żeby nie było, że ponownie go nie usłyszał. Jeśli coś mu się stało, to musiała mu pomóc. Nie miała jeszcze szansy obejrzeć mężczyzny z każdej strony, tak właściwie to najbardziej zależało jej na tym, żeby przyjrzeć się jego plecom, bo przecież to one przyjęły na siebie całe uderzenie.


// Leczenie


Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#8
22.03.2025, 16:13  ✶  
Wydawało się, że świat się kończy, najdziwniejsze, że to wszystko wydarzyło się w ciągu zaledwie kilku minut. Zaledwie chwilę temu stałem w kolejce w sklepie, rozmyślając o drobnostkach dnia codziennego, a teraz byłem świadkiem piekła. Nie wiedziałem, co się stało. Myśli kłębiły mi się w głowie, ale nic z tego nie miało sensu. Stałem w aptece - innej niż ta, która wybuchła, ale tamta pewnie też płonęła, bo ogień był wszędzie - czekając na swoją kolej, gdy nagle usłyszałem krzyki. Nie minęło pięć minut, odkąd wszedłem do budynku, ale gdy wychyliłem się na zewnątrz, płomienie szalały wszędzie dookoła. Błyskawiczna pożoga ogarnęła wszystko - wzdłuż ulicy widać było ogień, który rozprzestrzeniał się jak szalony, pochłaniając budynki. Przypomniałem sobie Filadelfię - tamten zimny i wietrzny Nowy Rok, początek sześćdziesiątego trzeciego. Wczesny wieczór chwilę po siedemnastej - dzień, w którym również doświadczyłem piekła na ziemi, ale to, co teraz widziałem, było znacznie gorsze. Nie mogłem uwierzyć, że w tamtym chaosie nikt nie zginął. Tu jednak wiedziałem, że to tylko kwestia czasu. Dźwięki paniki, krzyki, płacz - wszystko to mieszało się w chaotyczną symfonię strachu, co gorsza, nie miałem pojęcia, co spowodowało ten nagły wybuch chaosu. Mogłem się założyć, że tym razem nie był to popsuty grzejnik... Chodziło o coś bardziej makabrycznego, ale te dwie sytuacje były do siebie podobne w skutkach - tak jak wtedy, silny południowy wiatr przenosił płomienie z budynku na budynek, a ciasna zabudowa tylko ułatwiała ten proces. Wszyscy uciekali, tratowali się nawzajem, nie było Ministerstwa Magii, tak jak  wtedy Magicznego Kongresu, nikt nie mógł nam pomóc.
Poczułem, że to, co robię, jest naturalne, mimo, że od pewnego czasu stroniłem od bliskości z obcymi - w tej chwili nie miało to znaczenia. Chwyciłem brunetkę, przeniosłem w bezpieczniejsze miejsce, wcisnąłem ją między budynki, zanurzyłem twarz w jej włosach, osłaniając ją przed odłamkami szkła, które spadały jak grad. Czułem jej ciepło, a w moim umyśle pojawiły się wspomnienia. Przytuliłem ją mocno, jakbyśmy znali się od lat.
- Będzie dobsze, Aly... - Wymamrotałem pod nosem, zanim pomyślałem i zrozumiałem, co padło z moich ust. To było jak przywalenie sobie własną pięścią w twarz - nie wiedziałem, dlaczego ją tak nazwałem. To nie była Alice, moja żona, która odeszła bardzo dawno temu, zostawiła mnie, zostałem sam, pogodziłem się z tym, ale w tamtym momencie to imię samo cisnęło mi się na usta. Nie miałem pojęcia skąd to się wzięło - wiedziałem tylko tyle, że w tamtej chwili wydawało mi się naturalne użyć tego imienia. Może to była moja podświadomość, która pragnęła, by obok mnie był ktoś bliski - padło na nią, mimo, że była brunetką, nie blondynką. Miała ciemnobrązowe oczy, nie szare i w niczym, poza wzrostem, nie przypominała Aly. Mimo to, sprawiła, że przypomniałem sobie, jak w Filadelfii trzymałem  rękę żony, gdy wspólnie przeżywaliśmy piekło. Ściskałem ją jak nieznajomą teraz, czując to samo drżenie drobnego ciała przy piersi - nie wiedziałem wtedy, że to były ostatnie konwulsje umierającej miłości, rozstaliśmy się dwa miesiące później.
Moje serce biło szybciej, a umysł starał się wrócić na właściwe tory, ale cały czas uciekał w kierunku przeszłości. Te doświadczenia były zbyt podobne. Zamknąłem oczy, ale to nie pomogło. Przytuliłem ją mocno, oparłem czoło o jej włosy, próbując ją ochronić przed szklanymi odłamkami, które spadały z okien. Poczułem, jak jej włosy ocierają się o moje czoło, pachnąc dymem i czymś szpitalnym, co jeszcze bardziej przypominało mi o Alice - to było mylące, jej zapach był znajomy, ale nie potrafiłem go zidentyfikować. Wciąż miałem w pamięci tamten zimny dzień w Filadelfii - czułem, że to się powtarza, ale w znacznie gorszej wersji.
Chwile później wypuściłem ją z ramion, czując dziwne ukłucie w sercu, kiedy w końcu się zreflektowałem - rozluźniłem uścisk, nie dając po sobie poznać, że na sekundę w moim sercu zagościła dziwna pustka. Wyrwałem się z tego stanu, zirytowany na siebie za to, co zrobiłem. Uwolniłem ją z ramion, czując, jakbym stracił coś, co nigdy nie było moje. To nie była moja żona - moja żona odeszła - to był Londyn, nie Filadelfia. Teraz byłem tutaj, w Anglii - nie w Stanach, z obcą kobietą, obejmując ją, jakbym znał ją od zawsze. Zirytowany spojrzałem na nią, gotów nawarczeć na nią za stanie jak kołek i gapienie się na ogień, przez które wylądowaliśmy tu, gdzie byliśmy, ale zaraz zrozumiałem, że to nie jej wina - to ja byłem sentymentalnym debilem. Wspomnienia wracały, mimo, że  starałem się skupić na tym, co się działo tu i teraz. Musieliśmy się stąd wydostać. Ludzie wciąż biegli, obijali się o siebie, nie zwracając uwagi na innych. Nie czułem spalenizny ani krwi na głowie, więc chyba nic mi nie było, poza dzwonieniem w uszach i gorącem na plecach. Ogień otaczał nas z każdej strony, a dym wdzierał się w płuca, sprawiając, że kaszlałem. Miałem wrażenie, że ten chaos może nas niedługo zabić, jeśli się nie ruszymy.
- Nie moszemy tu zostaś. - Powiedziałem, patrząc jej w oczy. - Musisz wiedzieś, co lobiś. - Podkreśliłem twardo, gdy coś uderzyło mnie w piętę. Ludzie za moimi plecami wciąż uciekali, a panika ogarniała wszystkich wokół - to nie było miejsce dla nas. Kiedy odpowiedziała, że nie wie, co robić, potrząsnąłem głową. Czułem, że to, co robię, jest jakąś formą obłędu, ale w tym momencie nie miało to znaczenia. Zamiast się irytować, postanowiłem działać - musieliśmy się stąd wydostać, a ja musiałem wiedzieć, co ona planuje. Stłumiłem komentarz, który chciałem wygłosić - prawie tam trafiła przez swoje głupie zawahanie, do tej kostnicy. Zamiast tego, zadałem jej konkretne pytanie.
- Chces iś do kostnicy? Tam pewnie bęsie cylk, ale jeszli chosi o gmach Ministelstwa, to powinno byś wsględnie bespiesznie. Nie powinnaś zostawaś na ulicach. - Spojrzałem na tłum, analizując możliwości - był gęsty, mrowie ludzi zwiększało się z każdą chwilą. Musiałem coś wymyślić, żeby nie zgubić jej w tym szaleństwie. Wokół nas panował chaos, a ludzie wciąż uciekali, pchając się nawzajem. Czułem, że muszę znaleźć sposób, by przejść przez to wszystko, nie tracąc jej z oczu.
- Musimy luszaś. - Powiedziałem w końcu. - Tszymaj się blisko mnie, podplowadzę cię najdalej, jak tylko będę w stanie. - Ale nie bezpośrednio do Ministerstwa - w mojej głowie pojawiła się myśl, że wolałbym tam nie wchodzić. Nie wyjaśniłem, że zostawię ją przed budynkiem, ani dlaczego nie chciałem tam iść, ale nie miałem zamiaru ładować się tam bez potrzeby. W moich myślach wciąż krążyły obawy, które kazały mi unikać tego miejsca. Wyciągnąłem ku niej rękę, próbując znaleźć sposób, by nie zgubić jej w tłumie.
- Nic mi nie jeszt, jestem cały. - Zapewniłem ją pośpiesznie - chciałem, żeby uwierzyła w moje słowa. Pojedyncze myśli przelatywały przez moją głowę. Zacząłem się rozglądać, szukając jakiegoś sposobu na przejście przez tłum.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#9
23.03.2025, 00:33  ✶  

Bletchley starała się uspokoić oddech, jakoś odnaleźć w tej nietypowej, bardzo nietypowej sytuacji. Londyn płonął, miasto pochłaniał chaos, ludzie biegali we wszystkie strony, a ona? Ona znalazła się w ramionach praktycznie obcego mężczyzny, który ocalił ją przed tym, co działo się wokół nich. To było sporo, naprawdę sporo, nawet jak na nią, która raczej starała się do wszystkiego podchodzić bardzo racjonalnie. W tym wypadku jednak daleko jej było do tego. Zresztą, nie sądziła, że ktokolwiek, kto znalazłby się w podobnej sytuacji próbowałby myśleć racjonalnie, jak niby? Nie mogli przewidzieć, czy z którejś strony nie uderzą w nich jakieś odłamki, czy kolejny budynek nie zajmie się ogniem, czy jeden z płonących się nie zawali. Zbyt wiele się działo, żeby była w stanie wymyślić jakiś plan działania. Ona potrzebowała do tego czasu, a zdecydowanie go nie mieli.

Na szczęście mężczyzna działał bardziej instynktownie, a przynajmniej tak to wyglądało. Potrafił znaleźć im schronienie, na chwilę, ukryć od tego, co działo się wokół, schował ją w swoich ramionach przewidując to, że coś mogło w nich uderzyć, buchnąć, jak zwał tak zwał. Nie było tutaj bezpiecznie i on o tym wiedział. Niby ona też, ale ją odcięło, przepadła w swoich myślach, nad którymi zupełnie nie panowała. Powinna była się tego spodziewać, zawsze się tak działo, ale zupełnie nie panowała nad tymi chwilowymi zawieszeniami. Kiedyś ją wpędzą do grobu, może nie dzisiaj, chociaż, kto właściwie mógł to przewidzieć, noc była jeszcze młoda.

Takie sytuacje zupełnie zmieniały podejście do wszystkiego. Nie miała oporu przed tym, aby zniknąć w jego ramionach, by znaleźć w nich schronienie, mimo, że zazwyczaj nie robiła takich rzeczy. Stroniła od obcych, nie spoufalała się z osobami, których nie znała. Była raczej zimna i zdystansowana, ale nie w tej chwili. Teraz ta bliskość spowodowała, że zaczęła powracać do rzeczywistości, może okrutnej i nie do końca kolorowej, ale to był dobry początek do tego, żeby zacząć nad sobą panować.

Wymruczał jej we włosy imię. Nie jej. Nie miała pojęcia kim była Aly, raczej nie powinna tego wiedzieć, bo przecież się nie znali. Najwyraźniej on też był teraz gdzieś indziej. Czy jej to przeszkadzało? Nie do końca. Potrzebowali tego krótkiego momentu, aby jakoś poradzić sobie z nadmiarem emocji. Na pewno on też w jakiś sposób musiał przeżywać to, co działo się wokół nich, nie miała pojęcia, jakie miał doświadczenia, co przeżył w swoim życiu. Zdawała sobie sprawę, że takie sytuacje mogły wywołać powrót nie do końca przyjemnych wspomnień, a może i przyjemnych? Mogła się tylko domyślać. Postanowiła to jednak po prostu zignorować, nie widziała sensu, aby w tej chwili wyprowadzać go z błędu, mówić o tym, że nie jest tą kobietą o której myślał. Tamta miała najwyraźniej spore szczęście, że istniał ktoś, kto kierował swoje myśli ku jej osobie w takiej sytuacji, nie wszyscy mieli tyle szczęścia, aby mieć kogoś komu faktycznie by na nich zależało.

Ona kroczyła zupełnie sama przez ten świat, niemalże od dwóch lat, właściwie to już ponad dwóch lat. Pogodziła się z tym, a przynajmniej próbowała sobie wmawiać, że tak było. Przywykła do takiej sytuacji, oswoiła się z tym, że była już zupełnie sama, no, może nie całkiem, prawie, miała w końcu brata i rodziców, ale nie do końca o to jej w tej chwili chodziło.

Gdy się od siebie odsunęli nie przestała mu się przyglądać, zadzierała głowę w górę, aby nic jej nie umknęło. Nie dostała jednak odpowiedzi na najbardziej nurtujące pytanie, nie sądziła, żeby szybko miała ją dostać. Jej pamięć ją zawodziła, a to zdarzało się naprawdę rzadko, właściwie nigdy. Gdzieś pojawił się jakiś błąd, nie wiedziała, czym był spowodowany, dlaczego kojarzyła te oczy, a całej reszty nie?

- Skąd mogę mieć pewność, że wiem, co robię? - Nie wydawało jej się to wcale takie oczywiste. Panował chaos, nie do końca rozumiała to wszystko, co się wydarzyło, skąd mogła wiedzieć, co powinna robić? Zazwyczaj znała odpowiedzi na wszystkie pytania, a teraz w jej głowie pojawiła się czarna dziura.

- Nie mogę wrócić do domu, to musi być kostnica. - Nie zdawała sobie nawet sprawy, że mogło to być odebrane dwojako i wcale nie było to tak oczywiste, jak się jej wydawało. Kostnica była jej drugim domem. Spędzała tam większą część swojego życia, do tego znajdowała się w Ministerstwie Magii, to chyba nie był najgorszy pomysł? Cóż, jedyny jaki przyszedł jej do głowy, więc aktualnie raczej przeciwnie - najlepszy na jaki wpadła.

Nie miała pojęcia, jak właściwie mieliby się tam teraz dostać. Spanikowany tłum przepychał się w różne strony, każdy chciał przeżyć, wydostać się z ulicy, znaleźć bezpieczną przystań. Miasto płonęło, dym drapał ją w płuca, sadza zaczęła przykrywać okolicę. Musieli się stąd wydostać, to było oczywiste. Nie miała pojęcia, kiedy zaczęła myśleć o nich, jako o pakiecie, ale już zaczęło się to dziać. Od kiedy wziął ją w swoje ramiona i zainteresował się jej losem stali się tandemem.

- Tak, chcę iść do kostnicy, mogę się im na coś przydać. - Powtórzyła jeszcze, żeby jasno określić dokąd miała zamiar się udać. Czekała ich dość spora droga, ale tam faktycznie powinno być bezpiecznie. Ministerstwo zapewne jeszcze stało. Oby, bo jeśli tak nie było, to nie miała żadnych kolejnych pomysłów na to, gdzie mogłaby się udać. Do Munga? Mogli potrzebować uzdrowicieli, ale czy potrafiłaby jeszcze ratować życia, czy zaczęłaby panikować? Nie była w stanie przewidzieć swojej reakcji.

- Nie musisz... - Nie chciała, żeby czuł się zobowiązany. Pomógł jej przecież, uratował Prudence przed żywiołem, teraz miał zamiar tak po prostu doprowadzić ją w bezpieczne miejsce, w imię czego? Nawet się nie znali. Musiała się odezwać, nie oczekiwała pomocy, nie mogła tego robić, zwłaszcza od kogoś, kogo nie znała.

Zdawała sobie sprawę z tego, że nie tak łatwo będzie im razem przebić się przez tłum. Wystarczyła chwila nieuwagi, a się rozdzielą. Trochę się tego obawiała, nie chciała zostać sama, ale nie chciała też, żeby niepotrzebnie poświęcał dla niej swój czas. Na pewno miał bliskich, na pewno na kimś mu zależało. To nimi powinien zajmować się w tej chwili, nie nią.

- Jakoś ci nie wierzę. - Mruknęła jeszcze dość cicho, bo wydawało jej się, że to już przerabiali. Podczas ich ostatniego spotkania również zapewniał Bletchley, że sobie poradzi z poturbowanym kolanem, a i tak wyszło na jej. Zdecydowanie lepiej by się poczuła, gdyby mogła mu się odwdzięczyć za to, co dla niej zrobił przed chwilą, może nie było to odpowiednie miejsce, może wokół panował chaos, ale chciała mu się odpłacić, bo przecież, jeśli coś mu się stało to ona była winna.

Dostrzegła rękę, którą wyciągnął w jej stronę, wsunęła w nią swoją drobną dłoń i ścisnęła delikatnie. Nie wiedziała, czy to wystarczy, aby nie zgubić się w tym tłumie, ale mogli spróbować. Odetchnęła głęboko, nim się ruszyli. Nie miała pojęcia, co spotka ich po drodze i czy na pewno uda im się trafić do Ministerstwa, ale chyba nie mieli w tym momencie innego wyjścia. Oby Morgana im sprzyjała.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#10
26.03.2025, 17:55  ✶  
Wszędzie wokół nas słychać było krzyki, płacz, zamieszanie, a jednak - w tym szaleństwie - doszedłem do jednego wniosku: wszystko, co nie prowadzi do paniki, jest prawdopodobnie w jakiś sposób słuszne. W takich sytuacjach należało polegać na podświadomej ocenie sytuacji i instynktach przetrwania. Ja zareagowałem zgarnięciem kobiety z ulicy - mimowolnie załączyłem tym nasze losy, więc teraz to była nasza wspólna odpowiedzialność - wyjść stąd cało.
To wszystko przypominało mi sen, z którego nie mogłem się obudzić. Obok mnie stała osoba, której nie znałem. Jej twarz, choć obca, wydawała mi się znajoma. Ale to nie była Alice. Nie była ani trochę podobna, a jednak wydawała mi się skądś znajoma. Mimo to, nie mogłem dopuścić do siebie tej myśli. Nie w tej chwili, nie w tym miejscu. Musiałem skoncentrować się na tym, co było przed nami.
Mój umysł sam z siebie wracał do myśli, które wciąż nie dawały mi spokoju: to nie Alice, to nie Alice, nie Alice. Nie mogłem jej porównywać z tą, którą straciłem. Ta kobieta miała inne rysy twarzy, inny sposób mówienia, nawet inną energię. Nie była Aly, więc powinienem mieć ją gdzieś i ratować siebie - opuścić Londyn, dołączając do Ursuli i Fabiana, ale czułem, że skoro nasze drogi się przecięły, nie mogłem jej zostawić na pastwę losu. Nie byłem w stanie zignorować jej obecności, gdy wszystko wokół nas stało w ogniu. To była teraz moje zadanie, żeby doprowadzić ją żywą, ironicznie, do kostnicy.
Jej głos wytrącił mnie z zamyślenia. Zmarszczyłem brwi - nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Zadała pytanie, które brzmiało dziwnie w tym kontekście.
- Wsystko, co nie jeszt paniką, plawdopodobnie w jakiś sposób jeszt słuszne. Musimy polegać na instynktach pszetlwania. Nie moszemy poswoliś, by strach nas obeswładnił. To pszede wsystkim. - powiedziałem, starając się, by moje słowa zabrzmiały pewnie. Może to brzmiało banalnie, ale w tej chwili każda myśl, która nie była przesiąknięta strachem, miała swoją wartość.
- Mosze nie muszę, ale zamieszam. - Powiedziałem zdecydowanie na kolejne średnio mądre słowa. Zamknąłem oczy na chwilę, by zyskać odrobinę dystansu do otaczającej rzeczywistości, ale nie mogłem uciec od tego, co działo się wokół. Prawda była taka, że w tym momencie nie mieliśmy innego wyboru. Musieliśmy działać, musieliśmy przetrwać.
Pokręciłem głową, cicho parskając pod nosem. Tak, pamiętałem tamtą sytuację - nic dziwnego, że mogła mi nie wierzyć.
- Jeszt wsględnie dobsze. Tlochę paszy, ale nie jesztem lanny. Tak lepiej? - Poprawiłem się - wszystko było względne w obliczu tego, co nas otaczało. Wyciągnąłem rękę w jej stronę, chcąc, by ją chwyciła. W tej chwili nie było miejsca na wątpliwości. Mieliśmy tylko siebie nawzajem w tym szaleństwie, które nas otaczało. Moja dłoń była stabilna - nie drżała, nawet, jeśli moje serce biło szybko. Wtedy też pierwszy raz spojrzałem na jej nogi.
- Nosz kulwa... - Wymamrotałem do siebie, a nie do niej, ale nie trudno było się domyślić, o co chodziło - tak samo, jak ukryć tego, że prawdopodobnie w kobieta pośpiechu wyszła z mieszkania.
Zebrałem myśli. Nie mogłem być jednym z tych, którzy zamykają się w sobie, gdy świat wokół nich płonie. Wiedziałem, że w spanikowanym tłumie łatwo można stracić równowagę, a nie chciałem, żeby coś jej się stało. Nie chciałem jej ciągnąć, nie chciałem, żeby ktokolwiek ją stratował. Rozważałem różne opcje - spacer za rękę albo nawet pod ramię był beznadziejnym rozwiązaniem. W końcu nie chodziło tylko o to, by wydostać się z tego zgiełku, ale również o to, by zapewnić jej bezpieczeństwo. Wiedziałem, jak ciężko będzie jej się przemieszczać w takim obuwiu, zwłaszcza wśród skłębionych ludzi, którzy nie zwracali uwagi na nikogo innego, tylko na siebie. Czułem, że to będzie chujowe doświadczenie, a ja nie chciałem, aby się męczyła.
Patrzyłem na nogi stojącej obok mnie kobiety, zastanawiając się, jak to możliwe, że w takiej sytuacji wybrała te buty. Zerknąłem na nią, próbując nie przyglądać się za długo, by nie wywołać jej zakłopotania. W mojej głowie dokonałem szybkiej kalkulacji - wszystko sprowadzało się do niezbyt optymistycznych przewidywań efektów, gdy wyobraziłem sobie, jak będzie się przeciskać przez tłum, wśród masy skłębionych ciał, przy każdym kroku czując, jak ich stopy i buty twardo uderzają o jej nogi. Nie mogłem nie zauważyć, że na pewno nie będzie jej łatwo - bez ciężkich buciorów miała to być męczarnia.
Ziemia pod naszymi stopami wibrowała od setek stóp uderzających o bruk. Każdy krok, jaki mieliśmy stawiać, miał być wyzwaniem wymagającym więcej zręczności niż mogłem sobie wyobrazić. W Filadelfii było trudno - tu miało być znacznie, znacznie gorzej. Przekleństwo mimowolnie cisnęło mi się na usta, gdy pomyślałem, jak trudne będzie dla niej przeciskanie się przez skłębione ciała, które w każdej chwili mogły ją ode mnie odłączyć - wpaść między nas, zepchnąć ją na bok, rozdzielić nasz uścisk dłoni - nieważne, jak silny.
Ścisnąłem rękę kobiety, czując ciepło jej skóry.
- Słuchaj, chéli. - Zacząłem, nie poświęciwszy ani jednej zbędnej sekundy na to, żeby zwrócić uwagę, że nie znamy swoich imion, bo się sobie nie przedstawiliśmy. - Pomyślałem sobie, sze mogłoby byś łatwiej, jeśli byś… No, jeśli byś mogła... - Nie wiedziałem, kurwa, jak to powiedzieć. - Czy byłabyś w stanie utszymać się na moich plecach? Na balana? Jeszli cię wesmę, będzie nam łatwiej. Nie będę cię ciągnąć, będziesz mieś widok na sytuację, nikt cię nie stlatuje. Utszymam cię szwobodnie. - Urwałem, brawo ja.
Wiedziałem, że to może brzmieć dziwnie, ale w tej sytuacji to było najszybsze rozwiązanie. W tłumie, gdzie każda sekunda miała znaczenie, nie było czasu na zbędne ceregiele. Czułem, że mogę ją swobodnie utrzymać, że dam radę. Wydawało mi się, że to jedyny sposób, żeby przejść przez ten zgiełk bez większych problemów. Spojrzałem na nią uważnie, czekając na odpowiedź - liczyłem na to, że zrozumie moją intencję i nie poczuje się przytłoczona.
Czekałem na jej reakcję, mając nadzieję, że zrozumie, że to dla jej dobra - w żadnym razie nie chodziło mi o to, żeby sugerować jej nieporadność. Jeśli się zgodzi, moglibyśmy przejść przez ten tłum bezpieczniej i szybciej. O ile mogliśmy mówić o „bezpieczeństwie”, znajdując się w sidłach żywiołu. Jej decyzja mogła zaważyć na tym, jak szybko i skutecznie się stąd wydostaniemy.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (6606), Prudence Fenwick (7437)


Strony (2): 1 2 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa