• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 11 12 13 14 15 16 Dalej »
[marzec 1971] Pierwsze ataki śmierciożerców || Alanna&Annaleigh

[marzec 1971] Pierwsze ataki śmierciożerców || Alanna&Annaleigh
Widmo
It's getting dark in this
little heart of mine
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Alanna Carrow
#1
07.01.2023, 14:43  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.02.2023, 21:46 przez Morgana le Fay.)  
Była młoda i głupia.
  Oczywiście o sobie nigdy by tak zapewne nie powiedziała, jak również to żadne wytłumaczenie, zwłaszcza jeśli chodziło o działania; poglądy bowiem były jak dupa, każdy miał swoją, czyny to jednak zupełnie inna sprawa. Zwłaszcza jeśli popełniało się je całkiem na trzeźwo, o nie oznaczało, że bycie pod wpływem w jakikolwiek sposób stanowiło usprawiedliwienie.
  Była młoda, pewna siebie i w pełni przekonana o racji swojej i Voldemorta, szarości nie istniały, jedynie biel i czerń. Rację mieć mogła jedynie jedna strona i oczywiście była nią ta, którą sama uważała za słuszną, żadna inna.
  Zaś gdy nosiła maskę, czuła się wręcz niepokonana, zwłaszcza gdy obok miała innych popleczników Czarnego Pana; aż taką głupią jednak nie była, żeby wierzyć, iż mając przeciwko sobie kilku przeciwników, całkowicie dałaby sobie radę w pojedynkę. Och, zapewne Pan byłby w stanie poradzić sobie nawet z kilkunastoma przeciwnikami, może nawet i setkami! Lecz pozostali? Nie dorównywali mu potęgą.
  W sumie nie musieli, zwłaszcza że klinika nie miała jakichś wymyślnych zabezpieczeń czy ochrony. Niemniej miała tego pecha – a raczej jej właściciel i pracownicy tegoż miejsca – że obsługiwała czarodziejów pośledniejszej krwi. Skandal to mało powiedziane; Carrowówna nie miała najmniejszego pojęcia, jakim cudem wszyscy ci uzdrowiciele mogli jeszcze patrzeć sobie w oczy, przeglądając się w lustrze; osobiście wręcz brzydziłaby się dotknąć takiego charłaka czy inną szlamę.
  Błysk zaklęcia – drzwi uległy zniszczeniu. Słodki zwiastun bardzo prędkich cierpień znajdujących się wewnątrz szlam. I może jeszcze tych, co im pomagali; wszak należało dać odpowiedni przykład, znak, że podrzędnym istotom najzwyczajniej w świecie się nie pomaga i koniec, kropka!
  Samo wejście do środka w tym wszystkim było najprostsze – wkroczyła dumnie, pewnie dzierżąc różdżkę; za nią – następni. Nawet się nie zastanawiała, gdy wymierzała swe narzędzie w recepcjonistkę, by zawiesić ją w powietrzu do góry nogami.

295
Tło narracyjne
koniecpsot1972
zasady korzystania
rzuty kością
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Czarodziej nieznanego statusu krwi, będący baśniopisarzem oraz autorem książki Baśnie Barda Beedle'a. Żył w XV wieku, ale większość jego życia pozostaje dla nas tajemnicą.

Bard Beedle
#2
16.01.2023, 14:30  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.02.2023, 21:51 przez Morgana le Fay.)  
Ten wiosenny dzień, jak wiele przed nim Joseph zamierzał spędzić w prowadzonej przez siebie klinice. Nie bez powodu wybrał na swoje miejsce pracy Little Hangleton. Miał zarówno blisko do rodowej posiadłości oraz do muzeum pełnego makabrycznych osobliwości zwanego Mauzoleum. To po pierwsze. Po drugie mała mieścina powinna mu zagwarantować stałych pacjentów i tym samym stałe dochody. I zapewniła, to też nie musiał obejmować posady na pełny etat w prowadzonym przez jego rodzinę muzeum, pozostając przy pracy w tym miejscu na ćwierć etatu. Stałe dochody były dla niego ważne. Pomijając to, że nie opowiadał się za żadną ze stron, z tego względu nie pytał swoich pacjentów o pochodzenie.
Prowadzenie kliniki w tej wiosce miało też wady. Ze szczurami sobie poradził, jednak niejako sen z powiek spędzali mu zarówno niewygodni sąsiedzi i przestępstwa dokonywane przez czarnoksiężników. Ci ostatni potrafili być naprawdę nieobliczalni. Zmagał się z nimi od pięciu lat. O tym przyszło mu się przekonać po raz kolejny, gdy do środka wkroczyła zamaskowana kobieta, uprzednio niszcząc drzwi wejściowe. A za równie zamaskowane postacie. Na domiar tego zaatakowała bogom ducha winną recepcjonistkę, która z pełnym przerażenia krzykiem zawisła w powietrzu do góry nogami. To wszystko sprawiło, że pojawił się samemu za ladą, odziany w zielonkawą szatę roboczą, chroniącą noszone pod nią ubrania przed zabrudzeniem. To przecież było częste w tej pracy. Nie tylko leczył pacjentów, ale również warzył rozmaite eliksiry.
Stojący przed recepcją ludzie niewątpliwie byli tymi, którzy byli odpowiedzialni za wiele ataków w magicznym Londynie. Wszystkie ich dotychczasowe dokonania zagwarantowały im stałe miejsce na łamach Proroka Codziennego oraz uwagę Ministerstwa Magii, które próbowało ich ująć. Joseph doskonale zdawał sobie z tego sprawę, że nie jest mistrzem pojedynków i że tamci czarodzieje mają przewagę liczebną. Ich obecność nie była mu na rękę. Zniszczyli drzwi wyjściowe, zaatakowali zatrudnioną przez niego recepcjonistkę i z pewnością na tym nie poprzestaną. Mogli również i go zaatakować albo jego pacjentów, szkodząc najbardziej jego interesowi. To było niedopuszczalne pod tym względem.
— Prowadzona przeze mnie klinika jest ogólnodostępna, wolę jak osoby przekraczające jej próg wchodzą przez drzwi zamiast razem z drzwiami. Czy byłaby pani tak uprzejma i odstawiła panią Ainsworth na ziemię? Tylko delikatnie, jeśli łaska — Zwrócił się do zamaskowanej czarownicy poważnym, zdawać by się mogło się uprzejmym tonem. Nie brakowało w nim dobrze słyszalnej stanowczości. Wisząca w powietrzu kobieta była doświadczoną i cenioną przez niego pracownicą. Takiej to ze świecą szukać. Zapewne ta zamaskowana czarownica nie spodziewała się czegoś takiego usłyszeć z jego ust. To był przypływ odwagi albo jawna głupota z jego strony, ale to było słuszne i konieczne z tak wielu względów.

Słowa: 425
Pani doktor
Don't touch my crown with your flithy hands
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Jasne, krótkie włosy okalają wręcz niezdrowo baldą twarz. Patrzą na ciebie szarozielone oczy, zwykle wyrażające znudzenie, choć potafią czasem rozbłysnąć, gdy ich włąścicielka uzna coś za interesujące. Wąskie wargi rzadko kiedy zdobi usmiech, szczególnie ten szczery. Jest szczupła, doś wysoka, ma 170 centymetrów wzrostu. Zwylke ubrana elagancko, acz wygodnie. Woli spodnie od sukienek czy spódnic, z drugej strony częsciej dojrzy się ja w koszuli i marynarce niż w swetrze. Wybiera raczej ciemne oraz stonowane kolory. Wielbicielka delikatnej biżuterii, szczególnie tej wykonanej ze srebra i pereł. Unois się za nią zpach ziół, a także ciężkich perfum o nucie opium.

Annaleigh Dolohov
#3
17.01.2023, 21:16  ✶  
Rozumiała, dlaczego potrzebna im rewolucja. Wiedziała, że nie mogli dalej żyć pod butem mugoli, tłamszących ich potęgę, wciskających się w ich świat i mącących ich krew. Osłabiali ich, kazali się kryć, spychali do małych miasteczek i ograniczali do kilku uliczek, a najgorsze, że nawet o tym nie wiedzieli. Byli niczym zagrożony gatunek, moszczący się wygodnie w rezerwatach, zamiast rzucić się na tych, którzy ich tłamsili. A przecież mieli znacznie ostrzejsze pazury w postaci niczego innego jak magii.
Czarny Pan to widział. I nie zamierzał dać się więzić w klatce. Annie podziwiała go za to, że ośmielił się pokazać ich siłę. Że nie bał się sprzeciwić gnuśnej władzy, walcząc o lepszy świat. Świat, w którym będą wolni i potężni.
Świat, w którym jej rodzina w końcu będzie żyć tak, jak na to zasługiwała. Chciała, by przed nimi nie było żadnych granic. By nie musieli się przed nikim kryć i udawać. By mogli ukazać cały swój potencjał, który mieli.
Dlatego właśnie zainteresowała się grupą zwolenników Czarnego Pana. Dlatego postanowiła zobaczyć, jak działają.
Nie była osobą nadająca się do otwartej walki, wszystko przez chorobę, miała jednak umiejętności medyczne, mogła więc przydać się na inny sposób. Mogła zaopatrywać w eliksiry, leczyć, a także pomagać na sposoby mniej konwencjonalne, jeśli ma się na myśli uzdrowicielstwo. W końcu, jeśli chciało leczyć z trucizn, należało najpierw poznać je od podszewki. A ona się właśnie w tym specjalizowała.
Może dlatego właśnie pierwszy raz miała wziąć udział w ataku akurat na klinikę. Choć nie była pewna, czy jej wiedza przyda się w sprowadzaniu czystego terroru. Tu potrzebna była raczej przemoc. Nie, żeby się nią brzydziła, nie lubiła jednak brudzić sobie rąk. Widać jednak, Czarny Pan musiał wiedzieć, że stać ich było na poświęcenie.
Swoją tożsamość, którą łatwo byłoby odgadnąć, ze względu na jej męża, skutecznie ukryła za pomocą eliksiru wielosokowego. Włos zdobyła od swojej pacjentki, mało znaczącej czarownicy, która zapewne nigdy wcześniej nie postawiła stopy w Little Hangletton. Na wszelki wypadek naciągnęła też na siebie płaszcz z głębokim kapturem, który, choć ograniczał widoczność, pomagał dodatkowo ukryć się wśród grupy, z która podążała. 
Nie byli zbyt subtelni. Nie była jednak w pozycji, w której mogłaby narzekać. Rozejrzała się po klinice, szybko jednak coś innego przykuło jej uwagę. Twarz bez wyrazu obserwowała unoszoną kobietę. Krzyk poniósł się po pomieszczeniu, ściągając uwagę wszystkich w nim przebywających. W tym mężczyzny, uzdrowiciela, jak szybko stwierdziła. Zapewne właściciela.
Był odważny, musiała przyznać. Zapewne urodzony lekarz, który przekłada nad wszystko dobro swoich pacjentów. Jej przeciwieństwo w pewnym sensie. Nie, żeby uznawała tę całą przemowę za mądry ruch.
- Musisz chyba zrozumieć, że nie powinieneś od nas oczekiwać delikatności - jej głos rozbrzmiał lekko ironicznie, choć czuć było w nim głównie chłód. Wyciągnęła różdżkę, skierowała w stronę biurka, za którym nie tak dawno stała kobieta, teraz zalana łzami. Rzuciła zaklęcie, mebel roztrzaskał się w drobny mak. Czy był to ruch konieczny? Nie. Był jednak sygnałem dla uzdrowiciela. Nie będzie pokojowych rozmów. Nie po to tu byli. Ona, jak i wszyscy inni, z którymi przybyła.
Widmo
It's getting dark in this
little heart of mine
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Alanna Carrow
#4
22.01.2023, 03:03  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.02.2023, 21:51 przez Morgana le Fay.)  
Wystąpienie mężczyzny było chyba najgłupszą rzeczą, jakiej doświadczyła w śmierciożerczej karierze. Odważne, ale bardzo głupie, bo w momencie, gdy przeważnie pierzchano na wszystkie możliwe strony, to ten… się stawiał. Z wrażenia aż uniosła brwi, czego oczywiście nie było widać dzięki masce, jaka zakrywała twarz kobiety. Z czymś takim mogła uchodzić zarówno za młodziutkie dziewczę, jak i starszą kobietę, zwłaszcza że dłonie skrywały rękawiczki, uniemożliwiając dostrzeżenie ich (nie)gładkości, co też mogło być swego rodzaju tropem w odsiewaniu kandydatów na winowajców całej tej afery.
  - Och, mój drogi... – zaczęła, skupiając całą swoją uwagę na mężczyźnie. Nie interesowała się specjalnie tym, co robiło jej towarzystwo; zresztą, takie obrócenie biurka w stertę drzazg? Tylko mogłaby to pochwalić, bowiem gest ten stanowił dość dobitną, wyraźną wiadomość.
  Nie przybyli tu na ciasteczka i herbatkę.
  - … czy byłabym? Hm, pomyślmy... – przez ten czas pani Ainsworth – jak najwyraźniej nazywała się owa nieszczęsna kobieta - wciąż lewitowała głową w dół i bynajmniej nie wyglądało na to, że cokolwiek w tym zakresie się zmieni. Za to Alanna postąpiła parę kroków w stronę Harlana i wymierzyła w niego różdżkę – Nie – rzuciła twardo, po czym nieomal natychmiast posłała w mężczyznę identyczne zaklęcie. Delikwent mógł zaznać „rozkoszy” tkwienia w zawieszeniu.
  - Choć to wręcz urocze, że sądziłeś, iż taka opcja jest w ogóle możliwa – wyrzekła niemalże z czułością w głosie. Gdzieś z tyłu błysnęło kolejne zaklęcie, rozległ się krzyk bólu, tak słodko brzmiący w uszach Alanny – najwyraźniej ktoś dopadł chędożoną szlamę, ewentualnie zdrajcę krwi. Co do tego…
  - … musisz też zrozumieć, że leczenie szlam nie jest czymś najmądrzejszym – stwierdziła z wyraźną pogardą w głosie. Nie omieszkała podejść jeszcze bliżej i dźgnąć mężczyznę w brzuch końcem różdżki – Ale powiedzmy, że mam dzień dobroci i jak mi obiecasz, że nie będziesz więcej pomagał szlamom oraz ułatwisz mi pewne poszukiwania… hmm, może nawet to miejsce jeszcze będzie stało, jak już stąd odejdziemy – złożyła jakże wspaniałomyślną, szczodrą – oczywiście we własnym mniemaniu – ofertę. Niech zna łaskę, niech ma szansę zawrócenia ze złej drogi. Szkoda by było wyciąć w pień ogrom czarodziejskiej krwi; ta w końcu była cenna.
  - Co ty na to, hmmm? – zabrzmiała wręcz słodko, co kontrastowało z odgłosami niszczenia i generalnej paniki, jaka ogarniała klinikę.

361/656
Tło narracyjne
koniecpsot1972
zasady korzystania
rzuty kością
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Czarodziej nieznanego statusu krwi, będący baśniopisarzem oraz autorem książki Baśnie Barda Beedle'a. Żył w XV wieku, ale większość jego życia pozostaje dla nas tajemnicą.

Bard Beedle
#5
26.03.2023, 22:13  ✶  
Twarz pani Ainsworth nabiegła czerwienią. Krzyknęła, kiedy odłamki biurka rozsypały się na wszystkie strony, a jeden z nich rozciął jej policzek. Krople krwi zaczęły jedna po drugiej spływać ku podłodze. Nieszczęsna kobieta, mimo pozycji, korzystając z chwilowego skupienia uwagi kobiet na Josephie, próbowała sięgnąć po różdżkę. Chyba zrozumiała, że albo coś zrobią, albo zginą…
Joseph też próbował sięgnąć po swoją różdżkę, nie zdążył jednak. Wypadła mu z ręki, kiedy zaklęcie Carrow poderwało go z ziemi i sprawiło, że podobnie jak jego recepcjonistka zawisł do góry nogami. Oczy mężczyzny rozszerzyły się. Może do tej pory nie pojmował w pełni wagi sytuacji. Lord Voldemort w końcu objawił się społeczeństwu dopiero jakiś czas temu. Od paru miesięcy słyszało się o różnych atakach, czytało niepokojące nagłówki w gazetach, ale w ostatecznym rozrachunku, nie wszyscy pojmowali sytuację w stu procentach. On zaś w końcu skupiał się przede wszystkim na działaniu kliniki, nie na polityce.
Otworzył usta i poruszył nimi, choć nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Wahał się nad odpowiedzią. Przyjmował wszystkich pacjentów i wcale nie chciał tego zmieniać. Na pewno jednak nie chciał także umierać – ani tracić swojego dorobku.
- Jakich… poszukiwaniach? – spytał w końcu, starając się mówił ze spokojem, chociaż w sytuacji, w jakiej się znalazł, na pewno nie było to łatwe.
Klinika jednak nie była zupełnie pusta. A oni narobili zamieszania. Rozwalone drzwi, rozwalone biurko, krzyki recepcjonistki, to musiało zaalarmować jakiegoś pacjenta albo innego pracownika. Ta osoba nie pojawiła się wprawdzie, zapewne zdając sobie sprawę z tego, że byłoby to równe samobójstwu. Gdzieś z głębi budynku Alanna usłyszała jednak jakiś trzask. Coś przewrócono, by zabarykadować drzwi? Rzucono jakieś zaklęcie?

Odkryj wiadomość pozafabularną
Na prośbę graczki do gry wchodzi Bard, prowadzony przez Brennę Longbottom.
Widmo
It's getting dark in this
little heart of mine
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Alanna Carrow
#6
29.03.2023, 23:48  ✶  
Przelewanie krwi dla samego przelewania nie miało szczególnie zbyt wiele sensu. Śmierć powinna coś znaczyć, choć nie w tym kontekście, w jakim potrafili to ujmować pisarze. Być przestrogą dla innych, którzy próbowaliby podążyć tę samą ścieżką, co ci usunięci z tego świata. W końcu czarodziejska krew, jakkolwiek by nie patrzeć, była na swój sposób cenna – szkoda, żeby się tak po prostu marnowała, wsiąkając w ziemię.
  Tak że robienie „nic” właściwie było najlepszą opcją. Przynajmniej w oczach Alanny. Bo wtedy te wszystkie zebrane tu szczury mogły mieć szansę na przeżycie – o ile tylko odpowiednio się by ukorzyły. Tylko tyle i aż tyle.
  Za to dla próbujących się postawić, nie miało być żadnej litości.
  Tak, wielka szkoda, że należało ludziom dość dobitnie przypominać, iż słuszna jest tylko jedna droga. Droga Czarnego Pana, oczywiście, bo jakaż by inna?
  Gdyby nie miała maski, bez problemu zauważono by triumfalny uśmiech, rozlewający się na wargach. Ale miała – i jedyne, co mogło świadczyć o jakiejkolwiek reakcji na słowa mężczyzny, to błysk w oczach. Miękł – a przynajmniej tak sądziła. Miękł – czyli istniała szansa na to, że wizyta tutaj nie będzie tak bardzo bezowocna, jak jeszcze przed chwilą mogłoby się wydawać.
  Doskonale, może ten szczurek nawet ocali swoją głowę… byleby tylko nie próbował znowu podskakiwać. Przetoczyła zwinnie różdżkę między palcami, poniekąd się nią bawiąc. I może nawet pokazując w ten sposób, że zdecydowanie czuła się tu i teraz panią sytuacji. I to takiej, że układ sił nie mógł się odwrócić.
  Młoda i głupia…
  - Chodzą słuchy, że ostatnio widziano tu… wysoki, blondyn, urwane pół ucha? Jak mu tam było? Rollo… nie, Rolf? Rodolph! Wiesz, złociutki... – kontynuowała, chyba nie dopuszczając do siebie zbytnio myśli, że ktoś może im przeszkodzić. Przesłuchać, wycisnąć jak cytrynę i zostawić bądź uczynić przykład – tylko tyle i aż tyle. A tu…!
  W wycięciach maski dało się zauważyć białka oczu, gdy nimi przewracała. Ręce opadały, no po prostu…
  - Zostań tu i wyciągaj informacje, masz wolną rękę – rzuciła do naśladowcy w pobliżu, po czym dźgnęła „pieszczotliwie” medyka różdżką w brzuch – I zalecam, złotko, się nie opierać, on nie jest tak wyrozumiały, jak ja... – zaszczebiotała, po czym odwróciła się na pięcie i podążyła w stronę trzasku. Ktoś musiał to sprawdzić, a kto się nadawał do tego zadania lepiej niż ona sama?
  No właśnie.
  Stąd też szła całkiem pewnym krokiem, a poły czarnej szaty malowniczo powiewały. Przynajmniej nie opuściła różdżki – tę trzymała wciąż uniesioną na wypadek, gdyby trzeba było nagle przywoływać tarczę chroniącą przed atakiem jakiegoś półgłówka…

408/1064
Tło narracyjne
koniecpsot1972
zasady korzystania
rzuty kością
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Czarodziej nieznanego statusu krwi, będący baśniopisarzem oraz autorem książki Baśnie Barda Beedle'a. Żył w XV wieku, ale większość jego życia pozostaje dla nas tajemnicą.

Bard Beedle
#7
30.03.2023, 14:02  ✶  
Joseph nie uważał się za człowieka tchórzliwego. Jednocześnie, aby zachować pełny spokój i nieporuszoną minę, gdy wisisz do góry nogami i wiesz, że ludzie, którzy przyszli nie zawahają się ani przed zabiciem ciebie, ani pracownicy, którą cenisz – potrzeba albo kogoś bez instynktu samozachowawczego, albo straceńczo wręcz odważnego.
On nie należał do tych kategorii.
- Może Ro…Roger? – spytał dość niepewnie. Wysoki blondyn nie było wskazówką, Rollo, Rolf albo Rodolph również, ale niecodziennie trafiali mu się pacjenci, którzy stracili pół ucha. W jego klinice nie było aż takiego ruchu, jak w świętym Mungu. Rozważał przez chwilę, ale uznał, że i tak wyciągną z niego informacje, a tak naprawdę nie wiedział tak dużo, aby faktycznie mogło zaszkodzić to owemu Rogerowi… bardziej. Bo skoro już go szukali, chłopak miał ogromnego pecha. – Był tutaj. Dwa dni temu. Powiedział, że przypadkiem dostał zaklęciem. Zapłacił monetami, nie zostawił adresu, nie wiem, wyszedł po paru godzinach… Nie wiem dokąd, wspominał tylko coś o tym, że nie może wrócić na kontrolę, bo planuje wyjazd. Na pewno nie pochodzi z Little Hangleton, nigdy go tutaj nie widziałem – wyrzucił z siebie pośpiesznie, zezując to na Annie, to na recepcjonistkę. Można było powiedzieć, że Carrow otrzymała przynajmniej część informacji, których potrzebowali: człowiek, którego szukali, żył, faktycznie był w tej klinice, obecnie nie przebywał w Little Hangleton i jeśli nie okłamał Josepha, szykował się do opuszczenia okolic Londynu, a może i kraju.
Nikt nie zaatakował Alanny, gdy przeszła korytarzem dalej. Przyszli to zwykłej kliniki, gdzie wprawdzie pracownicy czy pacjenci oczywiście mogli się bronić, ale też nie spodziewali się ataku i nie należeli do ludzi jakoś szczególnie wyćwiczonych w pojedynkach. Na tyłach kliniki znajdowały się trzy pomieszczenia – jedno było chyba gabinetem zabiegowym, drugie składzikiem, oba była puste i otwarte. Drzwi do trzeciego ktoś jednak zablokował zaklęciem oraz najwyraźniej jakimiś meblami, bo by dostać się do środka, kandydatka na śmierciożerczynię musiała je wysadzić.
Kiedy to zrobiła, niestety… pokój okazał się dalej pusty. W kominku za to płonął ogień, a okno było uchylone.
Ktoś im uciekł, albo korzystając z sieci Fiuu, albo wydostał się oknem. Wyglądało na to, że musieli się spieszyć i dokończyć to, po co przyszli jak najprędzej.
Widmo
It's getting dark in this
little heart of mine
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Alanna Carrow
#8
02.04.2023, 15:52  ✶  
Ponownie przetoczyła różdżkę między palcami, jakby intensywnie nad czymś myśląc. Roger? Pierwsze litery się w pełni zgadzały, ale… nie. Nie Roger.
  - Nie, zdecydowanie Rodolph – oświadczyła z niezachwianą pewnością w głosie. Może i chwilę jej zajęło, zanim przypomniała sobie, jak właściwie brzmiało to cholerne imię, ale za to jak już do tego doszła? Raczej nie był w stanie jej przekonać, że typ nazywał się inaczej; już prędzej mogła pomyśleć, że próbuje zwieść ją na manowce i zmylić trop. Hm, może powinna była zafundować mu jakiegoś małego cruciatusa na to, żeby sobie przemyślał dogłębnie parę spraw? Już-już miała machnąć różdżką, by przekuć myśl w czyn, kiedy ewidentnie – nareszcie! - rozwiązał mu się język.
  Kolejne przetoczenie pomiędzy palcami. Dwa dni temu, hm. Zapłata monetami i brak adresu – no tak, po co miałby go w ogóle zostawiać? Żeby lecznica wysyłała mu pocztówki i zapytania, jak zdrowie? Chociaż wielka szkoda, że nie był aż tak głupi, znacznie uprościłoby to sprawy, oszczędziło naprawdę wiele zachodu w tropieniu. A tak to musieli niczym psy gończe podążać krok w krok w nadziei, że zaraz dopadną swój cel.
  I uczynią z niego kolejny przykład dla wszystkich, tak w ramach skłonienia do przemyśleń nad swoim postępowaniem i poglądami.
  - I co, było tak trudno, złociutki? – spytała niemalże z wesołością. Ostatecznie machnięcie różdżką faktycznie nastąpiło, choć nie po to, by popieścić medyka zaklęciem niewybaczalnym, a uwolnić go spod wpływu obecnego. Co bynajmniej nie znaczyło, iż mężczyzna miał pozostać bez całkowitej kontroli, bynajmniej. Wręcz przeciwnie – nadal należało mieć na niego oko… jak i na całą resztę tu obecnych, oczywiście.
  Nie pieściła się z drzwiami do poszczególnych pomieszczeń – w sumie drzwi prowadzące do dwóch pierwszych ustąpiły bez większego problemu, toteż tu poszło sprawnie i szybko. Pchnąć, zerknąć, wycofać się po przekonaniu, że w środku nikogo nie ma i raczej nie było. Za to trzecie drzwi… o, to tu tak łatwo nie poszło. Zaklęcie ustąpiło bez większego problemu, choć nadal były to kolejne sekundy opóźnienia w sprawdzaniu, co tak właściwie się tu działo. Zwłaszcza że tknęło ją niedobre przeczucie – może jednak mężczyzna zagrał na czas? Może to wcale nie było „dwa dni temu”, tylko tu i teraz? Może poszukiwany był na wyciągnięcie ręki i…
  … właśnie spierdalał jak najszybciej i jak najdalej?
  Cofnęła się parę dobrych kroków, gdy drzwi nadal, mimo rozproszonego czaru, nie chciały się otworzyć. Działała szybko, coraz szybciej, z narastającym zniecierpliwieniem. Przedmioty to nie potencjalnie przydatni czarodzieje, więc nie miała oporów przed tym, żeby je – tak po prostu – wysadzić. Najwyżej wstawią nowe, o ile zaraz nie okaże się, że jednak zaraz nie zdecyduje o całkiem zgoła innym losie tej cholernej kliniki.
  Nawet gumochłon powinien był ogarnąć, co tu właściwie zaszło. Ktoś tu był, dokładnie w tym pokoju, a teraz – oczywiście – ulotnił się w cholerę. Podejrzenie zamieniło się w pewność. Została oszukana. Odruchowo podbiegła do okna, żeby przez nie wyjrzeć i sprawdzić, czy przypadkiem jakimś cudem nie dojrzy pewnej sylwetki, pośpiesznie się oddalającej.
  Nie zastanawiała się długo. Właściwie wcale. Gdy ponownie przekraczała próg pomieszczenia, za jej plecami pełgały płomienie. W tej chwili jeszcze niewielkie, ale wkrótce…
  Dźwięk szybkich kroków niósł się po korytarzu, gdy wracała do Josepha. Przypieczętował swój los; miał szansę i ją tak głupio zmarnował… toteż pierwsze, co chciała zrobić, to spętać mężczyznę wyczarowaną, stalową linką. Jak najciaśniej. Miało boleć – i miał pojąć, że nie było ucieczki.
  - Kłamca – warknęła głucho, oskarżycielsko.

553/1617
Tło narracyjne
koniecpsot1972
zasady korzystania
rzuty kością
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Czarodziej nieznanego statusu krwi, będący baśniopisarzem oraz autorem książki Baśnie Barda Beedle'a. Żył w XV wieku, ale większość jego życia pozostaje dla nas tajemnicą.

Bard Beedle
#9
02.04.2023, 16:06  ✶  
- Mógł podać mi fałszywe imię – zapewnił pośpiesznie Joseph. Był pewien, że człowiek nazywał się Roger, ale nie planował się o to kłócić, gdy wisiał do góry nogami, we własnej klinice.
Odetchnął z ulgą, gdy opuszczono go na ziemię. Chyba zaczął mieć nadzieję, że może faktycznie uda mu się wyjść dzisiaj z tej opresji cało, a kto wie, może także uratować klinikę, w którą włożył ostatnie oszczędności? Ulga ta jednak nie potrwała długo. Gdy Alanna wróciła, a jego ciało oplotła stalowa linka, zaczął się szarpać zdezorientowany.
- Tam był tylko mój alchemik! Derek Cromwell! Zatrudniam go od pół roku! Jest brunetem! – zawołał z rozpaczą, kiedy lina zaczęła zacieśniać się coraz bardziej i bardziej, a potem do jego nosa dotarł zapach spalenizny. Jego oczy rozszerzyły się jeszcze bardziej, gdy zrozumiał, że Carrow podpaliła klinikę.
Chociaż nie chodziło tylko o utratę dorobku wyjścia…
- Tam jest pracownia alchemiczna! Tam są składniki! Wszystko zaraz wybuchnie!!! – krzyknął, mimo swojego położenia próbując choćby opaść na ziemię i zacząć pełznąć do wyjścia. Magiczny ogień tak czy siak miał strawić klinikę, ale podpalenie miejsca, gdzie składowano alchemiczne substancje, mogło sprawić, że pożar będzie szybki. Wybuchowy. Szczególnie… spektakularny.
Pani Aisnworthy załkała, starając się sięgnąć po różdżkę.
Gdzieś z tyłu coś huknęło.
Pierwsze składniki musiały zająć się ogniem…
Widmo
It's getting dark in this
little heart of mine
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Alanna Carrow
#10
10.04.2023, 17:57  ✶  
Nadzieja była – niestety dla wielu osób – najzwyczajniej w świecie matką głupców. Potrafiła zapłonąć, najpierw nieśmiało, potem mocniej, tylko po to, żeby nagle zostać bezlitośnie zdeptaną w wyniku rozwijających się wydarzeń. Cóż, życie bywało brutalne.
  A zwolennicy Czarnego Pana zdecydowanie nie należeli do tych, co głaskali po główkach i przytulali, podsuwając do tego chusteczki do otarcia łez. Nie, wręcz przeciwnie, albo opowiadałeś się po jednej stronie i przeżywałeś, albo po drugiej i wtedy nie zasługiwałeś na nic więcej.
  Zaś sytuacje takie jak Josepha były… delikatne. Dostał szansę,owszem, niemniej przez fakt, iż w klinice tej leczono niewłaściwe osoby, szansa ta była bardzo, bardzo krucha. Zwłaszcza że nietrudno sobie wyobrazić, iż jednak kontynuowałby dotychczasowe obyczaje w tym zakresie.
  - Mhmmmm, alchemik – powtórzyła powoli. Popełniła błąd? Czy też nadal, mimo wszystko, próbował ocalić swoją skórę? Właściwie to całkiem prawdopodobne, bo kto by nie czepiał się każdej możliwej opcji, żeby tylko wyjść cało z opresji? No właśnie. Dlatego też nie brzmiała na przekonaną. A nawet jeśli by uznała, że faktycznie źle oceniła sytuację – to nie miało znaczenia.
  Nie miało, bowiem zawracanie się i biegnięcie pędem do tamtego pomieszczenia, żeby ugasić rozpętany pożar zdecydowanie nie było czymś, co chciała zrobić. Zresztą, dość głośny huk, jaki właśnie się rozległ, dość dobitnie udowadniał, że nawet gdyby się zlitowała i spróbowała uratować klinikę – nie sama, oczywiście, bo przecież nadal w pobliżu znajdowali się naśladowcy – to byłoby to dość trudne zadanie.
  - Słuchaj no, nie bylibyśmy w tej sytuacji, gdybyś miał odrobinę rozumu w tej swojej łepetynie – oświadczyła, dochodząc do wniosku, że dalsze strzępienie języka jednak nie ma sensu. Zwłaszcza że kończył się czas. Bo jednak nie była aż tak głupią, żeby tu tkwić, kiedy potencjalnie za chwilę-moment wszystko po prostu wybuchnie. A nawet jeśli nie wybuchnie, to spłonie do cna.
  Tak, składniki alchemiczne potrafiły się całkiem ładnie palić, lekcje eliksirów pozostawiły w głowie choć odrobinę wiedzy.
  - Wynosimy się! – oznajmiła podniesionym głosem, po prostu odwracając się od mężczyzny i kierując w stronę wyjścia. Tak, nie widziała potrzeby posyłania paru dodatkowych zaklęć; ogień powinien był załatwić sprawę w pełni.
  Zdobyła informacje? Zdobyła. Uniemożliwiła dalsze wspieranie nieczystokrwistych? Uniemożliwiła. Błąd w ocenie czy nie – podstawowe założenia zostały spełnione.

Koniec sesji
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Alanna Carrow (2025), Annaleigh Dolohov (497), Bard Beedle (1281)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa