Secrets of London
[23 maja 1972, dom Victorii] Sen i śmierć to bracia bliźniacy | Sauriel & Victoria - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Dolina Godryka (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=23)
+--- Wątek: [23 maja 1972, dom Victorii] Sen i śmierć to bracia bliźniacy | Sauriel & Victoria (/showthread.php?tid=1710)

Strony: 1 2


[23 maja 1972, dom Victorii] Sen i śmierć to bracia bliźniacy | Sauriel & Victoria - Victoria Lestrange - 11.08.2023

adnotacja moderatora
Rozliczono - Victoria Lestrange - osiągnięcie Życie to przygody lub pustka

„Sen i śmierć to bracia bliźniacy”
23 maja 1972
– Sauriel & Victoria –



Spędziły z Brenną chwilę w Mungu. Victoria potrzebowała się oprzeć na pannie Longbottom, ale kiedy zobaczyli je w recepcji, to nie trzeba było długo czekać, zaraz zrobił się ruch, bo choć Victoria miała prowizorycznie opatrzone rany to bandaże szybko zaczęły przeciekać. Brenna nie znała się przecież na profesjonalnym ich opatrywaniu – ale lepsze było to, niż nic. Szybko zajął się nią uzdrowiciel, czarami i miksturami leczono jej rozcięte na ukos plecy i głęboką ranę w przedramieniu (zwłaszcza ta wymagała więcej uwagi, jeśli Victorii zależało, by nie pozostało po tym blizny), i powierzchowną na wierzchu dłoni. Tak naprawdę miała szczęście, bo rany mogły wyglądać dużo gorzej. Ale już opowieść o tym, jak je w ogóle otrzymała, musiała wprawiać w zdumienie. Siniaki i ślady duszenia jakie nosiła na szyi też nie zostały zostawione same sobie. Na szczęście obrażenia nie stanowiły zagrożenia dla życia, nie było więc potrzeby, by ją w szpitalu trzymać. Ta cała wycieczka miała też jeszcze jeden skutek – powiadomiono o jej stanie Alexandra i kazano pójść do domu, bo przecież jak tu się skupić na pracy, kiedy takie rzeczy dzieją się córce… Mówili, że powinna się przespać – Victoria nie chciała o tym słuchać. Wzięła co prawda eliksir nasenny jaki jej dali, ze sobą, ale miał pozostać na stoliku w salonie, a Victoria miała na niego łypać przez resztę dnia… Tak czy siak – z ręką, jako, że była w gorszym stanie, miała jeszcze przyjść na kontrole i kolejne sesje czarów, a póki co, co kilka godzin smarować maścią. Głównie chodziło o kwestię blizny.

Wróciła więc do domu z ojcem, wcześniej podziękowała jeszcze Brennie, bo bez niej… Bez niej pewnie już by nie żyła. I stanowczo odmówiła powrotu do swojego pokoju. Isabella już nie spała kiedy wrócili z ojcem, a skrzatka opowiedziała jej co się stało, chociaż nie miała pojęcia skąd Victoria w ogóle miała te rany w pierwszej kolejności. Matka Victori… Wyglądała na zdenerwowaną. A kiedy ciemnowłosa po raz kolejny tego dnia opowiedziała tę historię (a mówiło jej się znacznie łatwiej, odkąd zajęto się jej szyją i krtanią), to pani Lestrange wpadła na piętro do pokoju córki, zrobić tam dochodzenie – i nie było tam żadnych śladów włamania, ani niczego – oprócz krwi na łóżku, ale tę widziała już wcześniej.

Nikt więc nie dziwił się, że Victoria za nic nie chciała tam wracać, siedziała więc nadal przerażona tym atakiem na kanapie w salonie, odmawiała pójścia spać, chociaż ojciec prosił ją już kilka razy… Ktoś z domowników miał na nią oko – nie cały czas i nie nachalnie, ale nie została zostawiona całkiem sama sobie. To nie tak, że Victoria był strachliwa, chodziło o to, że przed takim przeciwnikiem… nie wiedziała nawet jak się bronić. Co zrobić, by zapobiec takiemu wtargnięciu do snu, nie mówiąc już o przenoszeniu obrażeń ze snu na jawę. Ale nie chciała o tym zbyt wiele rozmyślać.

Wolała skupić się na tym, żeby po prostu nie zasnąć… Dlatego wieczorem siedziała rozłożona na kanapie, z nogami na meblu, pod kocem, w poduszkach i… czytała książkę. Ale nie byłe jaką, ani jakieś tam kolejne naukowe sprawy, nie. Czytała drugi tom Władcy Pierścieni, który pożyczyła od Sauriela, kiedy skończyła pierwszy z nich. Gdyby Isabelle wiedziała, że to mugolska książka… Ale nie wiedziała.




RE: [23 maja 1972, dom Victorii] Sen i śmierć to bracia bliźniacy | Sauriel & Victoria - Sauriel Rookwood - 11.08.2023

Sauriel miał problem. Kiedy wrócił do siebie to miał problem z ogarnięciem swojej własnej głowy. W końcu mu nogi zupełnie zmiękły i wszystko mu całkowicie wirowało i rozmywało się w perzynę. Tak zastał go dzień i pod takim znakiem słońce przewędrowało po niebie. Nikt mu nie przeszkadzał, bo to akurat była norma - że spał w swoim pokoju, albo cokolwiek robił było jego sprawą. Zazwyczaj. Bo potem ktoś chciał, żeby dokonał cudu i w środku dnia, w godzinach szczytu, miał ukraść z zoo słonia, żyrafę i orangutana do tego. Cóż, niby na cuda można czekać i liczyć, ale nawet mimo tego, że przykładał się do swoich zadań to to jedno było wtedy naprawdę mocno odjechane.

Kiedy nastał wieczór czuł się już lepiej. O tyle, że rzeczywiście był w stanie zdania składać i stać, nogi mu się nie uginały jakby były z waty. To były bardzo nieprzyjemne doświadczenia i nie bardzo rozumiał nawet, co się z nim dzieje oprócz tego, jak mocno bolała go głowa. Regeneracja zrobiła swoje. Wyleczy się. Kiedy słońce zaszło, ostatnie promienie obmalowały świat i zmierzch przeminął chciał od razu pójść do Victorii. Upewnić się, że wszystko było w porządku z nią, jej otoczeniem, że Brenna ją dopilnowała. Nie był pewien, czy szukać ją w jej własnym domu, czy może jednak w szpitalu. W zasadzie nie miał pojęcia nadal, co jej było. Krew... dużo krwi... koniec końców najpierw postanowił zerknąć do posiadłości Lestrange. Najpierw jednak musiał coś zjeść.

Z powodu swojej kolacji, która i tak nie była nazbyt bogata i nadmiernie smakowita, przyszedł do Lestrangów nieco później niż początkowo zakładał. To jest - nie od razu po zmierzchu. Pojawił się w kominku i kiedy powitała go skrzatka to grzecznie zapytał, czy jest tutaj Victoria czy może nadal leży w szpitalu. Miał nadzieję, że nie przyjdzie mu być znowu jakimś posłańcem między nią a jej matką... bo szczerze nie lubił tej kobiety i gdyby mógł to by mijał się z nią szerokim łukiem. Żeby wręcz nie powiedzieć, że od czasu Beltane wręcz jej nienawidził i nie szczędził jej mniej czy bardziej niezadowolonych spojrzeń na jej widok. Które niczego nie zmieniały. Jak się okazało - Victoria tutaj była i to w salonie mimo tej godziny. Alarmujące już od progu, no bo czemu nie w swoim ciepłym łóżku? Tam było naprawdę dużo krwi. Nie wyglądało to jak ubytek, który by sam w sobie nie wykończył. A całonocna... cokolwiek to było, całonocny sen? W każdym razie cała ta przygoda nie brzmiała też jak coś, przy czym można było odpocząć. Tylko w zasadzie kto normalny chciał spać w swoim łóżku po czymś... czymś takim? Victoria naprawdę miała ostatnio strasznego, okropnego wręcz pecha. I martwiło go to. Martwiło go przede wszystkim to, jak to wszystko mogło na nią wpłynąć, nawet jeśli w przyszłości się w końcu uspokoi. I ta głupia więź z Beltane, i jej sny, wspomnienia, niepokój. Za dużo negatywów. Za dużo negatywów jak na jednego człowieka i jak na tak krótki okres czasu.

- Cześć, Różyczko. - Przywitał się, przyprowadzony przez Skrzatkę. Bez napięcia, bez nerwów, bez... czegokolwiek, co zazwyczaj opisywało jego osobę - znudzenie albo nerwy. Teraz tego nie było. Nie wyglądała wcale tak źle, kiedy ją zobaczył, ale pozory, zwłaszcza u niej, potrafiły być piekielnie mylące. Władca Pierścieni... Woah, już połykała drugi tom. Sprawiało mu to naprawdę radość - że jej się spodobało, albo że chociaż chciała spróbować. Takie jakieś... małe zwycięstwo? Chociaż trudno powiedzieć, nad czym albo w czym. Bo przecież o nic tutaj nie walczyli? Chyba. - Jak tam? - Nie, w sumie to wyglądała okropnie. Kiedy już wszedł do środka i usiadł obok niej na fotelu to wycenił, że przypominała śmierć wywieszoną na chorągwi. Ewentualnie jakieś stare gazie na sznurku pomiędzy domami. Wymięta, wymiętolona i wytarta. Zużyta.




RE: [23 maja 1972, dom Victorii] Sen i śmierć to bracia bliźniacy | Sauriel & Victoria - Victoria Lestrange - 11.08.2023

Wyglądała źle i czuła się źle. Pomimo zastosowania magii leczącej, musiała smarować rękę maściami, miała ją też zabandażowaną aż pod dłoń. Szyję zdobiły też już teraz fioletowe siniaki, które skryła częściowo pod golfem. Reszty jej ran nie było widać. Dzisiaj, zamiast pachnieć krwią, wyczuwało się wokół niej zapach ziół. Victoria czytała sobie przy zapalonych kandelabrach i innych zaklętych, wiszących w powietrzu świecach – w takiej ilości, by zaraz nie zasnąć, bo już kilka razy przyłapała się na tym, że głowa jej opadała. Na stoliku obok parowała świeżo zaparzona kawa w filiżance, i nieopodal stał też prawie pełen dzbanek.

Kobieta uniosła głowę znad książki, kiedy usłyszała miękkie kroki i to miłe przywitanie. Uśmiechnęła się mimowolnie – lubiła, kiedy ją tak nazywał. To było jakieś takie… ciepłe, na pewien sposób intymne, bo nikt inny jej tak nie nazywał, tylko on. Miała zmęczone spojrzenie. I niechętnie sama przed sobą musiała przyznać, że miała ewidentnie spóźnione reakcje, bo nawet nie usłyszała, że ktoś wyszedł z kominka w małym saloniku, który znajdował się obok, i że skrzatka kogoś podjęła. Było już dość późno i to ona miała teraz Victorię na oku, skoro reszta domowników bała się o jej bezpieczeństwo… i zdrowie.

- Cześć, Kocie – odpowiedziała mu i odszukała zakładkę, którą wsadziła w książkę, żeby zaznaczyć miejsce, gdzie skończyła, kiedy Sauriel pojawił się w zasięgu widzenia. Czytała tę książkę, bo była ciekawa co będzie dalej. Starała się przy niej pamiętać, że zasady magii działają tam inaczej niż w świecie, który znała od dziecka, ale choć nie było to proste, to robiła co mogła. I zaczęła czytać, bo chciała zrozumieć o czym mówi Sauriel i Brenna, czym tak się zachwycali. Lubiła wiedzieć. Tak po prostu. To nie była żadna walka, przynajmniej ona tak na to nie patrzyła. - Aaa… Bywało lepiej, wiesz? – przez moment zastanawiała się jak mu odpowiedzieć, ale uznała, że nie ma siły ściemniać, że jest dobrze, gdy nie było. Naprawdę nie było. Ten miesiąc zaczynał ją dopadać, pasmo porażek, to, co jej się przydarzyło w Limbo, sprawa więzi jaka połączyła ją i Sauriela, wspomnienia, które nie były jej wspomnieniami… To jak traciła rozum… A teraz jeszcze to: że nie była bezpieczna nawet w swoich snach, które powinny należeć tylko DO NIEJ. Do nikogo innego. DO NIEJ. Otarła się o śmierć… miała wrażenie że kolejny już raz i nie wiedziała ile będzie w stanie jeszcze znieść. Póki co… bała się zmrużyć oczy. To nie było racjonalne, to była rosnąca panika w kimś, kto nie ma okazji nawet odpocząć, zasnąć we własnym łóżku, bezpiecznie. - Ale żyję. Opatrzyli mnie. Będę musiała iść jeszcze na kontrolę z ręką, podobno miałam niesamowite szczęście, bo mogło się skończyć gorzej, ale na szczęście to tylko walka o brak blizny – uśmiechnęła się do Sauriela blado. Jakoś… Od razu było jej lepiej, bo się pojawił, bo go widziała, był obok i… Czuła się spokojniej. Chociaż odrobinę. - A ty jak się czujesz, wszystko w porządku? – przyglądała mu się zmęczonymi, podkrążonymi oczami. Już nad ranem miała wrażenie, że coś się stało, że tak nagle wyszedł i zostawił ją w rękach Brenny, ta zresztą też nie obeszła się z nim delikatnie – a Victoria traktowała go jak normalnego człowieka, nie jak niewrażliwego na nic wampira.




RE: [23 maja 1972, dom Victorii] Sen i śmierć to bracia bliźniacy | Sauriel & Victoria - Sauriel Rookwood - 11.08.2023

Nie podobał mu się (i podobał aż za bardzo zarazem) zapach, który czuł wokół niej wczorajszej nocy. Ten dzisiejszy nie podobał mu się również. I zarazem podobał o wiele bardziej niż wczorajszy, bo oznaczał jedno - proces gojenia i leczenia trwał. W jakiej był fazie pozostawało ukryte przed jego oczami, które przesunęły się po jej sylwetce. Nie w sposób niewłaściwy. W sposób wskazujący badanie sytuacji i może nawet zmartwienie. Sam fakt tego, jak spokojny miał głos mógł wskazywać na proporcjonalny poziom obaw, jakie żywił względem jej stanu, ale był też składową tego, że wcale nie było mu o niebo lepiej od wczoraj. Ciągle kręciło mu się trochę w głowie, ciągle czuł złamane żebra. Ale chodził. Przyzwyczajony w jakimś stopniu do takiego stanu rzeczy i mając większe priorytety niż to, żeby latać teraz i szukać kogoś, kto go poskłada. I na kogo nie nasyczy na przykład jego ojciec, żeby go zostawić w spokoju, bo szkoda środków. Było to chore. To, że się tak do tego przyzwyczaił, że zaczął to brać jako codzienność. Jako normę.

- Bardzo ładnie. Już drugi tom. - Zrobił minę wskazującą na pełne uznanie i pokiwał nawet głową ze dwa razy, pokazując jej okejkę. Wyciągnął ostrożnie rękę, żeby zabrać jej ciężkie tomiszcze i odłożyć je na stolik. Żeby sama nie musiała się schylać czy walczyć z tą ranną ręką, która wczoraj wyglądała naprawdę paskudnie. - Wiem. - Uśmiechnął się do niej smutno na te słowa. Jaka ona była biedna... Miał takie poczucie... że powinien ją przytulić. Nie, nie to, że powinien. Że chce. Ale czy to na pewno JEGO odczucie? Czy to może tamta klątwa, która ciągle na nich krążyła? Ktoś go zmuszał? Czy on tego chce, czy komuś zależy, żeby jemu się wydawało, że chce? Nawet się nie wkurwiał. Może trochę się napiął przez moment, bo w zasadzie nie był pewien. Nie wiedział. A chciał. Chciał wiedzieć, jaka myśl i jakie odczucie należy do niego. Chciał działać zgodnie z instynktem, który był JEGO, nie czymś... dziwacznym, przekazanym przez jakieś jeszcze bardziej abstrakcyjne siły wyższe, z którymi Sauriel zawsze miał problem. Taki był z niego uduchowiony człowiek jak z koziej dupy trąbka. I nawet nie chodziło o słowo klucz "człowiek". - Jesteś zdolna. Zrobisz sobie jakąś ten tego... maziadło... i nie będzie śladów. - Kiwnął głową pokazując na tą jej rękę, na opatrunek, który jeszcze było widać. A wiedział, że to nie tylko o to chodziło. To nie tylko ta rana była problemem. Chyba ją tak bardzo nie bolało, chyba leki przeciwbólowe, mikstury, maści... to na pewno robiło swoje. - Poważne to? Twoje rany. - Uściślił. Czy to było zagrożenie życia? Ślady na szyi na pewno, chociaż teraz były zakryte, ale z nich zostanie siniak i zaraz niczego nie będzie widać. Natomiast rany bywały różne. Odpowiednio zadbane goiły się, to prawda, ale czasem dawały mocno w kość. Przecież sam wiedział o tym doskonale. Nie zawsze był wampirem. I tak, rozumiał, że teraz to już walka o blizny, ale wcześniej? Jak tak sobie przypominał, co tam mówiły... to było strasznie... odjechane.

- A tak... dziwnie było. Głowa mnie bolała, wszystko mi się rozmazywało i nie mogłem stać. Ale się uspokoiło do wieczora. - Powiedział o tym prawie tak, jakby dzielił się przemyśleniami dotyczącymi smaku herbaty. - Więc... zostawiłem cię w lepszych rękach. I na szczęście, bo dopiero by było, jakbym tam padł na podłogę w szpitalu. - Wywrócił oczami i się krzywo uśmiechnął. Przesiadł się obok Victorii, tak bliżej. - Chcesz się przytulić? - Zaproponował jej, unosząc ramię, żeby mogła się na nim oprzeć. Jeśli tylko chciała. - Korzystaj, póki możesz. - Żarty żartami, ale Sauriel był w końcu nietykalski. Na ogół.




RE: [23 maja 1972, dom Victorii] Sen i śmierć to bracia bliźniacy | Sauriel & Victoria - Victoria Lestrange - 11.08.2023

Gdyby ktoś ją zapytał o zdanie, to bez wahania powiedziałaby, że jej się ten zapach nie podoba – ani zapach krwi, ani zapach ziół. Bo kojarzył się w tym wypadku źle i wolałaby po stokroć wąchać mgiełkę własnych perfum. Niestety czuła tylko maści, które dostała w szpitalu. Sama miała bardzo spokojny głos, i choć zwykle była opanowana, to teraz nie oszukałaby nikogo, że nie jest zmęczona. Bo gdy człowiek nie miał sił, gdy był wyzuty i wyciśnięty jak szmata – to było widać i słychać. Sekundowe zacięcia, zbyt długie zastanawianie się tam, gdzie normalnie odpowiadało się od razu.

- Musisz mi przynieść ten trzeci. Dostałam zwolnienie, mam siedzieć w domu, więc mam dużo czasu – to było pewnie oczywiste, że kazali jej siedzieć w domu, póki się wszystko nie zagoi, ale teraz Sauriel miał pewność, gdy to powiedziała. Mógł więc spać spokojnie – przynajmniej w najbliższym czasie nie będzie żadnych wycieczek po Nokturnie, uganiania się za czarnoksiężnikami… i o ile ktoś znowu nie zakłóci jej snu, to powinna być bezpieczna. Uśmiechnęła się do niego smutno.

Niby nie znali się tak, by wiedzieć co lubią, czego nie, jakie są ulubione kolory, ulubiony miesiąc, pora roku, piosenka – podstawy. A jednak Victoria potrafiła rozpoznać, kiedy z Saurielem działo się coś niedobrego, kiedy było mu źle, kiedy czuł się gorzej, nie miał siły… Sama czuła się fatalnie, ale spoglądała teraz na niego ze zmartwieniem. Był miły. Zbyt miły. Lubiła, kiedy taki był i jednocześnie tego nie znosiła, bo to znaczyło, że coś się działo. Coś niedobrego.

- Dostałam ze szpitala – wskazała mu dłonią słoiczek, który też stał na stoliku. Było tutaj kilka rzeczy – oprócz dzbanka i filiżanki, a teraz jeszcze ciężkiego tomiszcza, który sam jej zabrał i odłożył, stał tam jeszcze flakon z eliksirem – dwa flakony właściwie. Z eliksirem przeciwbólowym i drugi z nasennym, słoik z maścią, który wskazała mu Victoria i jeszcze list… Otwarta koperta, która leżała na dwóch kartkach. Jedna była zapisana pismem, które Sauriel mógł kojarzyć z oficjalnego pisma, jakie dostał po przesłuchaniu, a zaraz pod nim wystawał kawałek jakiegoś… rysunku. Portretu. Rookwood musiałby jednak po niego sięgnąć, by zobaczyć całość, jeśli tylko był ciekawy. - Dość poważne. Ale nie zagrażające życiu, dlatego wypuścili mnie do domu – wyjaśniła. - Ta na plecach chociaż była największa, była też najmniej ważna. Gorsza była tutaj – wskazała swoje przedramię. - Wbił mi tam nóż – a gdyby się nie zasłoniła, to dostałaby nim w klatkę piersiową. - No i szyja… Teraz przynajmniej mogę normalnie mówić – bo wcześniej sprawiało jej to trudność i mówiła mało, i bardzo cicho.

- Brenna mocno tobą uderzyła – zauważyła, chociaż nie widziała całej akcji. Za to słyszała, a głuche uderzenie trudno było przegapić. Można powiedzieć, że odpłaciła mu się pięknym za nadobne… I tej nocy naprawdę było widać, że była gotowa zrobić wiele, by bronić swoich przyjaciół. Nie to co w knajpie z ludźmi. - Martwiłam się o ciebie – przyznała. Bo to, jak nagle Sauriel się wycofał i uciekł, też dawało do myślenia. Dlatego proponowała mu, żeby może posiedział w salonie i jakoś doszedł do siebie… Ale myślała też, że może chodziło o krew? - Gdybyś padł w szpitalu, to ktoś by ci pomógł… A tak… ktoś się tobą zajął? – pewnie nie. Był zbyt miły. Zbyt uśmiechnięty. Naprawdę lubiła, kiedy się uśmiechał. Poruszyła się lekko, kiedy Sauriel przesiadł się na kanapę, by zrobić mu więcej miejsca. Zagapiła się na niego, kiedy wyszedł z tą swoją propozycją – widocznie zaskoczona. - Chcę – powiedziała cicho. Chciała. Potrzebowała się przytulić. Podkuliła więc pod siebie nogi i przysunęła się do niego, żeby się oprzeć… Wcale nie po to, żeby poczuć ciepło drugiego ciała, bo go nie czuła. Koc, który miała na kolanach też był raczej dla podpuchy i by matka i ojciec lepiej się czuli, nie dlatego, że go potrzebowała, albo cokolwiek dla niej zmieniał. Zmieniał tylko psychicznie. - Takich okazji się nie przepuszcza – wymamrotała, niby również w formie żartu.




RE: [23 maja 1972, dom Victorii] Sen i śmierć to bracia bliźniacy | Sauriel & Victoria - Sauriel Rookwood - 12.08.2023

Nie niepokoiła go praca, jaką miała, natomiast ich obu niepokoiło to, jakie reakcje pojawiały się na znak, że coś im grozi. I czasem to były takie pierdoły, że szokowało. Bo przecież on czasami tylko rozmawiał, ale wystarczyło. Wystarczyło, bo ludzie wokół gotowi byli rzucać czary na prawo i lewo, bo atmosfera była napięta, bo nikt nie miał względem siebie przyjacielskich zamiarów. Każdy chciał zrobić interes. Każdy gotowy był zabić. Albo tak jak dzisiejszego dnia, tylko wcześniej - Victoria przecież jemu krzywdy by nie zrobiła. Ale rzuciła zaklęcie, wystarczyło. To było naprawdę nieprzyjemne. Męczące. Niepokoiło go nie to, że nie będzie mógł się wyspać a to, że jej coś mogło się stać. Teraz nawet nie pomyślał, że mogłaby iść i latać z tymi obrażeniami. Jasne było, że musi się wykurować. Nie brał jej też za osobę nieodpowiedzialną, która by swoje obrażenia zignorowała. Choociaż wcale nie miał tutaj stu procentowej pewności. Miał wrażenie, że Victoria za bardzo się niekiedy forsowała tylko dlatego, żeby komuś bliskiemu pomóc.

- Przytargam. - Z dużą przyjemnością! Ciekawe, czy rozmawiała o tej książce z Brenną czy na razie czytała w domowym zaciszu i zostawiała dzielenie się swoimi przemyśleniami nią z nim? - Zakończenie trylogii jest wspaniałe. - Zachęcił ją, chociaż wydawało mu się, że już zachęty nie potrzebuje. Że już sama wkręciła się na tyle, że to po prostu szło swoim torem. Inaczej nie chciałaby tego kończyć, a chyba tym bardziej nie chciałaby czytać dalej? Czasami ludziom przestawała się książka podobać, ale chcieli po prostu poznać zakończenie. Sam czasem tak miał. Tylko że on wtedy kartkował to w tempie... w bardzo szybkim tempie. Spojrzał w kierunku "podejrzanych" medykamentów. Przy okazji odkładania książki rzeczywiście wziął do ręki najpierw jeden, potem drugi. - Dostałaś i nie użyłaś? Nie kazali ci tego zażyć? - Wiedział, jakie miała okropne problemy ze snem. Pokazał teraz eliksir nasenny, rzecz jasna. Ona, jej problemy ze snem i jeszcze ten koszmar, jeśli wierzyć w pełni słowom obu kobiet, a niepoczytalne chyba nie były. Ona, jej problemy ze snem i spanie. Nieruszony eliksir nasenny. To dawało tylko jeden możliwy wynik - brak snu. A brak snu oznaczał brak wypoczynku. A brak wypoczynku oznaczał... inne rzeczy. Szczególnie, że, o zgrozo... oberwała o wiele bardziej, niż sądził. To brzmiało... to było w chuj bolesne. Ściągnął brwi, patrząc na nią ze zmartwieniem, ale i wkurzeniem. Takim... bardzo leciutkim jak na jego. I w końcu też jakby "odetchnął", a wkurzenie bardzo szybko zniknęło. Nie ma co się denerwować. Nie miał siły nawet na denerwowanie się. Nic się teraz nie zrobi, on tylko chciał zrozumieć, co się właściwie wydarzyło. I tak po prawdzie to miał ochotę ją stąd zabrać, bo nagle ten dom wydał mu się cholernie niebezpieczny. Tylko dokąd. Do swojego domu? Jasne... ale może...

- Może chcesz na razie się stąd wynieść? Na przykład do tego mieszkania w Londynie? - Tego, które miała tak "w razie W". Wydawało się idealne. Miejsce, o którym wiedział jeden wielki nikt tak naprawdę. Chyba. Tak zrozumiał z ich rozmów. Trzymane w razie gdyby cokolwiek się wydarzyło. Nie to, że nie do wyśledzenia, po prostu przez nieużywanie samo w sobie było dobrym schronieniem. Gotów był nawet z nią tam posiedzieć, przynajmniej kilka dni. Wydawało mu się, że uspokojenie się teraz było dla niej bardzo trudne. Tak sobie to w każdym razie wyobrażał. Miała sen, z którego wyniosła takie rany, w której ktoś chciał ją zabić. I Brenna ją uratowała.

- Ay. - Mruknął w odpowiedzi. W chuj mocno w zasadzie. Pomijając zaklęcia jeszcze nikt nim tak skutecznie nie przeszurał po podłodze. A trzy kobiety przeszurały nim po podłodze sypialni Victorii w każdą stronę. Prawie mógłby wpisać do CV nowe doświadczenie: pucowanie podłóg. - Nie miałaś o kogo się martwić? Głuptas. - Zamiast martwić się o siebie albo o Brennę to martwiła się o niego. Gdzie przecież nie mógł umrzeć. Uśmiechnął się do niej lekko kącikiem ust. - ... nie. Nie zajął. - Nie miał ani siły prosić wtedy kogoś o pomoc, a jak miał to nawet nie chciał. Żałosne, co by niby powiedział? Objął ją ramieniem i pogłaskał po ramieniu. Oczywiście nie po miejscu, gdzie była rana ani okolicach. - Co nie? Oferta jedna na milion. - Miło było. Miło było ją trzymać, ale zaraz to miłe miało się skończyć, bo Sauriel nie zamierzał jej pozwolić tak NIE SPAĆ. Nawet jakby miał jej siłą wlewać ten eliksir do gardła. Co pewnie nie byłoby dużym wyzwaniem, biorąc pod uwagę stan Victorii.




RE: [23 maja 1972, dom Victorii] Sen i śmierć to bracia bliźniacy | Sauriel & Victoria - Victoria Lestrange - 12.08.2023

Dla swoich bliskich mogła zrobić naprawdę wiele, ale kiedy nie była w stanie się za bardzo ruszyć, to co mogła poradzić… Niewiele. Gdyby musiała dzisiaj pomóc, to pewnie bardziej by tylko przeszkadzała, bo ani się nie nadawała do niczego fizycznie, ani tym bardziej psychicznie. Miała za sobą cholernie długi dzień, bo cały poprzedni, a snu w nocy nie można było zaliczyć tym razem do jakiegokolwiek odpoczynku. Zaś odkąd obudziła się w nocy to nie zmrużyła już oczu. Nie spała więc ile… prawie 36h? Za długo. Dużo za długo.

- Tak? Dobrze – ta druga część podobała jej się znacznie bardziej od pierwszej, więc co na nią czekało w trzeciej? Sauriel nie musiał jej już zachęcać, bo była ciekawa i bez tego. Zachęcili ją wcześniej wystarczająco mocno. Ale nie rozmawiała na temat tej książki póki co z nikim innym prócz Suriela.

- Jeden to eliksir przeciwbólowy, teraz nic mnie nie boli, dali mi go na wszelki wypadek – pewnie ciągle trzymała ją poprzednia dawka. - No a ten… - zaczęła, kiedy Sauriel wziął do ręki flakon. - Nie chcę spać – powiedziała po chwili i spuściła wzrok. - Co jeśli to się powtórzy? – wiedziała, że to nierozsądne i jednocześnie nie potrafiła samą siebie przekonać, że to dobry pomysł. Bała się. Najzwyczajniej w świecie się bała. Nawet ktoś taki jak ona, auror, który był w Limbo i wrócił – bała się, że znowu będzie tak samo bezbronna we śnie, jak poprzednio. I że tym razem nikt jej nie pomoże.

Uniosła na niego spojrzenie, kiedy zapytał o Londyn. Jej rodzice nie wiedzieli o tym mieszkaniu, albo jeśli wiedzieli, to nic nie mówili. Dzisiaj siedziała w salonie, bo tu ciągle ktoś się kręcił i mógł mieć na nią oko.

- Chciałabym – powiedziała. - Do tamtego pokoju szybko nie wrócę – tu też mówił przez nią strach, a ten spotęgowany był okropnym zmęczeniem. - Ale nie chcę być sama – mruknęła – teraz kręciła się tutaj też skrzatka, która co jakiś czas też zerkała przy jej pani nic się nie dzieje, choć skoro był tutaj Sauriel, to nie musiała, bo teraz to on miał oko na Victorię.

- Wybacz. Myślałam po prostu, że to dalej ten sen i że to on wchodzi do pokoju – gdyby wiedziała, że to Sauriel, to nie dostałby tą Drętwotą, miała nadzieję, że mu tym krzywdy nie zrobiła. Tak czy siak – oczywiście, że się martwiła. - Wyszedłeś tak nagle, domyśliłam się, że coś się stało – więc czy nie miała o kogo? Jasne, że miała o kogo. I nie miało znaczenia, że jest wampirem i nie może umrzeć. Nie była to prawda – mógł. A poza tym, no to wcale nie chciała, żeby go cokolwiek bolało, to chyba normalne? - Czemu nie? Nie masz kogo poprosić o pomoc medyczną? – a jeśli nie miał, no to czemu wzbraniał się przed szpitalem? Nie była na niego zła, skąd, po prostu szkoda jej go było. - Sam jesteś głuptas – „głuptasek” dokładniej, jak to czasem do niego mówiła.

Tak, było miło. I było też tym, co potrafiło podnieść na duchu człowieka rozbitego na kawałki z powodów różnych. Więc się o Sauriela oparła i wtuliła, na moment nawet przymykając oczy. Na pewno nie spodziewała się, że ktokolwiek mógłby próbować jej w jakiejś przyszłości wlewać eliksir na siłę. Ale fakt, to byłoby żadne wyzwanie – Victoria nie miała w tym momencie żadnych sił, by się bronić przed czymkolwiek.




RE: [23 maja 1972, dom Victorii] Sen i śmierć to bracia bliźniacy | Sauriel & Victoria - Sauriel Rookwood - 12.08.2023

Zgadza się, jak człowiek jest paralitykiem to do niczego się nie nadawał oprócz grzecznego siedzenia w łóżku. Chociaż w jego przypadku i przypadku Śmierciożerców działało to inaczej. Teraz byli tutaj, Victoria miała normalną pracę, normalniejszych znajomych. Bo o "normalnych" by nie powiedział. Ani Cynthia ani Brenna nie wypadały na normalne. Ciekawe, że Brenna opanowała też moc animagii. Musiała poświęcić temu bardzo wiele czasu na treningi... nielegalnego czasu. Bo z tego co wiedział to była to nielegalna forma magii. A jakoś nie wydawało mu się, żeby się mylił. Byli sobie dłużni, bo w końcu nekromancja, po którą sięgnął przy Victorii również legalna nie była. Kiedyś jesteś chory to nie biegasz za znajomymi i ich kłopotami. Oraz kiedy jesteś chory przydawało się rozproszenie. Szczególnie, kiedy to nie była wcale choroba. A coś nawiedzonego, mrocznego i okrutnego, co zacisnęło swoje palce na Victorii i chciało ją chyba przetargać przez bruk całego Piekła. Mógł ją przed tym bronić? Na tyle, na ile był w stanie. Na ile to było zdrowe i normalne. Chociaż jeśli chodzi o zdrowie to już pokazali Victorii, że ani on ani Brenna nie mieli limitu.

- Widzę, czytać umiem. - Buteleczki były opisane. Jeszcze tego by brakowało, żeby nie były i nakazywali odróżniać je po kolorze. Znając siebie to by je zamieszał, bo zapamiętałby, że ta po prawej to nasenny, po drodze by je przełożył i stałby się potem cud i zdziwienie. Zamiast ulgi w bólu nadszedłby sen. Na szczęście eliksirami zajmowali się ludzie bardziej ambitni i odpowiedzialni niż on. Chociaż oszustów nie brakowało. Ani tych, którzy byli pierdolnięci. Znał to od spodu kotła, w końcu za dużo szlajał się po Nocturnie. - Musisz spać. Inaczej sama się wykończysz. - Zarówno psychicznie jak i fizycznie. Sauriel spojrzał po całym pokoju zastanawiając się, jakim cudem jej rodzina jej nie przypilnowała i o nią nie zadbała. Bo chyba nie liczyli, że zajmie się nią w pełni skrzat? Ale chyba tak. Chyba właśnie tak myśleli. Owszem, skrzat mógł jej zrobić kaszkę, żeby dziecko grzecznie zjadło, ale nie mógł jej nakazać chociażby wypić eliksiru. A potrzebowała tego. Tylko co? Miał ją zapewniać, że się nie powtórzy? W zasadzie to nie mógł. Znaczy - mógł, ale czy miał pewność, że tak będzie? Miał kłamać? A jeśli skłamie a to się powtórzy? Szukał odpowiedzi na to pytanie, bo nie wiedział. A naprawdę chciał wiedzieć. I chciał jej dać pewność, że będzie w porządku. - Teraz są wszyscy zaalarmowani, jesteś pilnowana, nic ci nie grozi. - Wysilił szare komórki mózgowe, chociaż było to niełatwe. Chciał jej jakąś pewność dać, po prostu. Uspokoić ją. - Mogę z tobą posiedzieć parę dni. - Nie zbawi go to przecież. Nie sprawi, że świat wybuchnie. Może nawet przyda mu się takie spokojne posiedzenie? Chociażby po to, żeby ona była spokojniejsza i nie dokładać jej swoich zajebistych zdolności, kiedy nawet jak nie szukał z nikim problemów to problemy znajdowały jego?

- Daj spokój. Normalna reakcja. - Nie był na nią zły. Na Brennę też zły nie był. Przecież Victoria chciała bronić siebie, Brenna - Victorię. Tak powinno dokładnie być. A to, z jaką zajadliwością Brenna broniła Lestrange też mówiło BARDZO dużo. I jemu to się podobało. Zrobił dziwną minę na to, że się domyśliła, jak tak się ulotnił, która niby była niezadowolona, niby trochę krytyczna, niby rozbawiona. Mieszanka emocji, chociaż lekkich, pojawiła się w nim na te wieści. Faktycznie, już się trochę znali. Swoje zachowania, swoje teksty, człowiek się tego uczył. Jeśli chciał, rzecz jasna. Tak jak i Sauriel sporo nauczył się już o Victorii. - Nie nadawałbym się do niczego i tylko przeszkadzał. - To nie były żale, to był dla niego czysty fakt. Szczególnie, że czuł, że bardzo szybko mu się tam pogarszało. Napiął się trochę, kiedy Victoria kontynuowała temat z lekkiej irytacji, ale nie nią, sytuacją. Może nawet lepszym słowem byłaby frustracja. Nie wiedział, co jej powiedzieć. To nie tak, że nie było. Gdyby poprosił matkę na pewno by kogoś sprowadziła. Tylko nie chciał wokół tego żadnego zamieszania, pytań. Nie chciał słyszeć kolejny raz "poradzi sobie". Więc... wolał sobie poradzić. - Ja... nie chcę nikogo prosić u siebie w domu. Zresztą... nie mogłem stać i gadanie też mi nie wychodziło. - A teraz się już uspokoiło i mógł funkcjonować. - W moim domu wizyta medyka mogłaby przejść bez echa, a mogłaby zrobić zamieszanie. Nie chcę na siebie zwracać uwagi. Wolę, jak mnie nie zauważają. - Nic więc dziwnego, że Sauriel od dziecka nauczył się poruszać jak kot.




RE: [23 maja 1972, dom Victorii] Sen i śmierć to bracia bliźniacy | Sauriel & Victoria - Victoria Lestrange - 12.08.2023

Animagia była nielegalną tylko, jeśli się nie zarejestrowało jako animag. Victoria nie wiedziała, czy Brenna ćwiczyła to wszystko w tajemnicy i nielegalnie, czy dopiero po zgłoszeniu takiej chęci do Ministerstwa, ale była pewna, że animagiem była zarejestrowanym. Wykorzystywała tę zdolność też w pracy i nie była to przynajmniej w ich Departamencie żadna tajemnica. Natomiast jeśli chodziło o nekromancję… to w ogóle była skomplikowana sprawa, bo jeśli chcesz być skuteczny w łapaniu czarnoksiężników, to musisz znać nekromancję, musisz wiedzieć jak się przed nimi bronić, więc siłą rzeczy jakieś podstawy nekromancji trzeba było liznąć. Ale było to nielegalne. A aurorzy byli funkcjonariuszami z ramienia Ministerstwa… więc wielu z nich umiało z nekromancji korzystać – tak jak Victoria. Tylko że robili to w tajemnicy, a jeśli musieli jej użyć przy innych… większość wykształciła w sobie zdolność udawania, że niczego nie widzą i niczego nie słyszą. To był absurd – ale takie zafundowano im prawo. Dlatego Victoria wiedziała co Sauriel próbował zrobić i to wcale… to nie było źle użycie tej dziedziny magii.
  - Ale nie chcę – to nie tak, że rodzice zostawili ją samą sobie. Pokłóciła się z nimi trochę o to rano kiedy miała trochę więcej siły i była w znacznie bardziej walecznym nastroju. Dla spokoju zostawiono temat, ale doglądali ją na miarę możliwości – i wszystko wyglądało na to, że jest w porządku, na tyle na ile mogło być w jej stanie i uporze. Bo Victoria była bardzo uparta. Może nie zawsze pokazywała te kolory, ale kiedy się na coś uparła to jak osioł. - Boję się, że znowu wejdzie do mojego snu i tym razem nie będzie tam nikogo kto go przegoni. Ja byłam tam całkowicie bezbronna i bezradna – wymamrotała i sięgnęła ręką do filiżanki z kawą, by się napić. To też nie było najmądrzejsze. Ale tonący brzytwy się chwyta, a ona naprawdę tonęła. - Chciałbyś? – siedzieć z nią kilka dni? Na pewno chciał jej poświęcić tyle swojego czasu? Czy w ogóle wytrzymają ze sobą tyle? Ale Victoria wiedziała, że chce – może to ona, może coś w niej mówiło, że po prostu chce go mieć przy sobie, w tym momencie nie zastanawiała się nad źródłem tego uczucia. - Chętnie bym się stąd zabrała, naprawdę… – tylko wtedy będzie musiała zostawić informacje gdzie jest i z kim, to przestanie być aż taka tajemnica, ale może wcale nią nie było…
  - Aż tak ci przywaliła? – Brenna była wściekła i walczyła z zajadłością, ale nie sądziła, że aż tak poturbowała Sauriela. A jednak… cholera, znowu miała ochotę wyciągnąć rękę i go pogłaskać, nie wiedziało skąd jej się to brało, ale to chyba to jaki on był biedny… że to, że potrzebował pomocy, mogłoby mieć dla niego źle skutki – jakby już złe samo w sobie nie było to, że coś mu się stało. - Ech, biedactwo – wyrwało się jej. - Zawsze na własną rękę możesz iść do Munga. Albo poprosić matkę, żeby z tobą poszła… nie odmówiliby ci pomocy – a gdyby odmówili… cóż, jej babcia była obecnie dyrektorka szpitala. Zawsze mogła ją poprosić o pomoc. Bo ona nie zamierzała Sauriela zostawiać samego sobie, potrzebującego, bez pomocy.


RE: [23 maja 1972, dom Victorii] Sen i śmierć to bracia bliźniacy | Sauriel & Victoria - Sauriel Rookwood - 12.08.2023

Normalnie chyba powiedziałby, żeby nie zachowywała się jak dziecko. Tylko czym była normalność? W miejscu, w którym wychodziłeś z koszmaru zamieniającego się w twoją jawę - czy tu można mówić o normalności? Nie był w stanie wczuć się w tą sytuację, ale nie musiał mieć bogatej wyobraźni żeby pamiętać samemu jakie to uczucie wychodzić ze snu prosto do okropnej rzeczywistości. Koszmar, który się nie kończył. Dlatego nie powiedział nic na jej nie chce. Dlatego nie było głupich tekstów. Dlatego i dlatego, że zawsze, kiedy się gorzej czuł był jakiś bardziej wyrozumiały i spokojniejszy. Bo nie miał siły na denerwowanie się, proste. Tutaj był jeszcze zbyt zdenerwowany jej stanem. I tym, że jeśli chodzi o sny to bardzo ciężko kogoś bronić i komuś pomagać. Tym nie mniej złapał jej rękę i stanowczo odciągnął od filiżanki. Nie, nie ma mowy o kawie. I to, że nie chciała i że się bała miała jednak mniejsze znaczenie od tego, że snu potrzebowała. Po to właśnie były eliksiry - żeby jej w tym pomóc.

- Czy chce trzymać dupsko w jednym miejscu przez kilka dni? Nie. Czy chce ci pomóc? Tak. - Czy chciałby z nią spędzić kilka dni bez przerwy? Tak i nie. Nie lubił towarzystwa, które zwalało mu się na głowę, nie lubił ciągle kogoś przy sobie mieć, lubił swoją samotność i łażenie, kiedy chce i gdzie chce. A to uwiązywało. Natomiast wyżej od tych elementów była troska o to, żeby jakoś przekonała się do tego, że sen nie jest taki zły. Do Rookwoodów jej na pewno nie weźmie, więc zostawało tamto miejsce. Najbardziej neutralne. W jakiejś części zresztą miał poczucie, że jakiś tam rodzaj... wakacji z nią byłby całkiem... fajny. Chociaż to akurat nie bardzo było wakacjami. - Dzisiaj się prześpisz tu, a jutro cię zabiorę. - Oznajmił więc plan działania. - Ale najpierw musisz się przespać. I albo weźmiesz sama, grzecznie, ten eliksir, albo wleję ci go siłą do gardła. - Nie powiedział tego jakoś groźnie, bo krzywdzić ani zmuszać jej nie chciał. Ale no... w zasadzie jakby musiał to naprawdę by się do tego posunął. Ona się prawie rozpływała na tej kanapie. Nikt normalny nie mógł nie spać w nieskończoność. A im bardziej było się wycieńczonym tym większe głupoty się śniły. Tyle jeszcze z życia pamiętał. Ciekaw był, kiedy to wszystko zacznie zapominać. - Jeśli teraz coś ci będzie to twoja skrzatka cię obudzi. I już. Nic ci nie będzie.

- Nie chciałem polecieć na ciebie, więc... tak wyszło. - Inaczej jest, kiedy możesz się bronić, przetoczyć z kimś. Inaczej, kiedy w zasadzie myślisz nie o tym, jak upaść, a o tym, żeby nie upaść na kogoś. Nie ujmując w żadnym razie siły wilka, czy raczej - siły samej Brennie. - Mogę. Czasami. Mung raczej nie jest przystosowany do wampirów.