![]() |
|
[8.09.1972] Killshot | Oliver, Guinevere - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Aleja horyzontalna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=20) +--- Wątek: [8.09.1972] Killshot | Oliver, Guinevere (/showthread.php?tid=4902) Strony:
1
2
|
[8.09.1972] Killshot | Oliver, Guinevere - Oliver McKinnon - 10.06.2025 [inny avek]https://i.pinimg.com/736x/8d/f7/9a/8df79aa50d63df7ddc1786a0a29175ba.jpg[/inny avek] 8 września 1972
Plan był bardzo prosty i w zasadzie bardzo łatwy do wykonania - gdy z nieba zaczął sypać się popiół, zmienił kierunek. Wtedy jeszcze znajdował się na Nokturnie i był rzut beretem od swojego mieszkania: naturalnym więc odruchem była chęć sprawdzenia, czy z domem nic się nie dzieje. Domem... Jego tymczasowym domem, wynajmowanym mieszkaniem. Niewielkim, ale czystym i mimo że znajdowało się na Nokturnie - przytulnym. Runę, którą dostrzegł, zignorował. Machnął na nią ręką, bo zniknęła, a on nie miał czasu, żeby się teraz tym martwić. Kolejnym punktem tej pieprzonej nocy było sprawdzenie, czy Zamtuzowi i Ambrosii nic się nie stało. Kolejny punkt dobrego planu. Ale dobre plany miały to do siebie, że często się wykrzaczały. I tak gdy po raz kolejny znalazł się na Nokturnie, oberwał rykoszetem. Jedna z szyb budynku, obok którego przechodził, po prostu pękła pod wpływem ognia. Ten budynek nie miał tyle szczęścia co jego mieszkanie i sam McKinnon - nagle otoczyła go chmara gorącego, ostrego szkła. Mężczyzna odruchowo zasłonił twarz rękami, ale na niewiele się to zdało. Jego refleks był za wolny, a szkło pędzące pod wpływem wybuchu zbyt szybkie: rozorało mu policzki, wpadło do nosa, poraniło skórę na szyi. Zdążył zamknąć oczy, chroniąc piękne ślepia przed destrukcyjnym wpływem szkła. Rozorało mu powieki, a Oliver zalał się krwią. Wrzasnął z bólu, bo szkło dostało się także pod skórę na dłoniach i przedramionach. Krew wlała się do oczu, te zapiekły nieprzyjemnie. Nie widział nic, bo gdy próbował je otworzyć: wszystko się rozmazywało. McKinnon ruszył więc przed siebie, praktycznie po omacku. Ktoś chwycił go za ramię. - Potrzebujesz pomocy? Chodź, tam powinien ktoś być - nie znał tego głosu, ale zaufał mu, mimo że nie powinien. Tak właśnie znalazł się na Horyzontalnej. I pewnie byłby wdzięczny mężczyźnie, który go prowadził, gdyby nie poczuł w kieszeni cienkiej kurtki jego dłoni. - Ej kurwa, łapy przy sobie! - może i nie widział za dobrze, ale też i jego "przeciwnik" nie był zbyt subtelny w próbie kradzieży. Oliver podjął próbę odepchnięcia gagatka, nie zważając na krzyki ludzi wokół. Jebany złodziej. Rzut na AF, odepchnięcie złodzieja 1K [roll=O] RE: [8.09.1972] Killshot | Oliver, Guinevere - Guinevere McGonagall - 21.06.2025 Właściwie już od momentu, w którym pojawiła się tego wieczoru w Londynie, wiedziała, że jest na właściwym miejscu. Było gorąco (tak w przenośni jak i bardzo dosłownie), było duszno, dym drapał w gardło i co i rusz zdarzało się Ginewrze odkasływać i chrząkać, ale wiedziała, że jej obecność już zrobiła różnicę. Najpierw zajęła się młodym chłopakiem, najwyraźniej popularnym aktorem, który za sprawą jej postawy, odnalazł w sobie nieznane sobie wcześniej pokłady odwagi i niczym ten rycerz na białym koniu ruszył z nią w noc, by się do czegoś przydać. Później była świadkiem wybuchu piekarni i musiała bardzo widowiskowo, na chodniku, zajmować się mocno ranną kobietą. To po tym zdarzeniu rozdzieliła się z Hannibalem i McGonagall ruszyła przed siebie, nie będąc już wcale pewna, czy idzie w głąb Pokątnej, czy może cofnęła się do rozwidlenia ulic i trafiła na Horyzontalną. Jej orientacja w magicznych dzielnicach nie należała do najlepszych, bywała tu stanowczo zbyt rzadko, a teraz, gdy tak wiele budynków płonęło, a widoczność była jaka była… to tym bardziej. Ale wcale nie zmierzała w żadnym konkretnym kierunku, było jej tak naprawdę obojętnie, gdzie się uda. Cel przyświecał jej przecież jeden: pomóc tym, którzy tej pomocy wymagali. Zrobić różnicę tam, gdzie uzdrowiciele szpitala wykazać się nie mogli. Nie wątpiła, że w Mungu mieli ręce pełne roboty, że byli obłożeni rannymi i potrzebującymi. Ale co z tymi, którzy do szpitala dotrzeć nie mogli? Co z tymi, którzy nie potrafili się teleportować, co z tymi, których teleportować się już nie mogli, albo lepiej by tego w swoim stanie nie robili? Co z tymi, którzy czekając na swoją kolej, stracą tak naprawdę swoją szansę…? Nie była żadnym sędzią, który miał wydawać taki osąd. Szła po prostu tam, gdzie niosły ją nogi, a może to przeznaczenie zapisane w gwiazdach, pchało ją właśnie w tym konkretnym kierunku… I tak właśnie była świadkiem sceny, jak młody (no a na raczej młodszy od niej) mężczyzna szarpie się z drugim i wykrzykuje, by trzymał przy sobie łapy. Zmrużyła swoje złote oczy o pionowych, kocich źrenicach akurat wtedy, gdy temu pierwszemu udało się odepchnąć tego drugiego, który zatoczył się, najwyraźniej zupełnie niegotowy na to, że tak poraniona osoba będzie miała w sobie jeszcze siłę do stawiania oporu. I być może ponowiłby cokolwiek chciał zrobić, ale wtedy dostrzegł, że mają towarzystwo i bardzo szybko zebrał się do ucieczki. – A spierdalaj, człowiek chce pomóc… Zjeb – z przekleństwem na ustach zniknął w dymie i tłumie, bardzo niepocieszony, że nie udało mu się oskubać tak łatwy cel. Ktoś jeszcze otarł się o Olivera, ktoś inny gwałtownie wciągnął powietrze, widząc jak wygląda. – Hej, dobrze się czujesz? – Ginny zbliżyła się na tyle, by złapać McKinnona za przedramię, zdecydowanie nie odczuwając strachu z powodu jego wyglądu. Raczej… Czuła ścisk w sercu, że kolejna osoba w tym całym zamieszaniu skończyła tak, że potrzebowała pomocy – bo blondyn raczej jej potrzebował, a teraz z bliska widziała to wyraźniej. – Tamten już poszedł, ale… – mówiła z wyraźnym akcentem kogoś, kto nie jest z Anglii, ale jednak płynnie, niełamiącym głosem i szybko. – Potrzebujesz pomocy? – cóż, na siłę zbawiać świata przecież nie zamierzała. // Przewaga: Animagia, Chimera, Język angielski RE: [8.09.1972] Killshot | Oliver, Guinevere - Oliver McKinnon - 14.07.2025 [inny avek]https://i.pinimg.com/736x/8d/f7/9a/8df79aa50d63df7ddc1786a0a29175ba.jpg[/inny avek] - Ta kurwa, pomóc, złodzieju jebany - być może Oliver nie otwierał oczu i właśnie pozbawił się swojego jedynego przewodnika, ale prędzej wpadnie na śmierciożercę, niż da się obrabować ze swoich ostatnich sykli. Nie należał do biedaków, ale nie można też było powiedzieć o nim, że śmierdział pieniędzmi. Każda moneta była na wagę złota (hehe), szczególnie teraz, gdy jego dom nawiedził jakiś pokurwiony dym i sadza - kto wie, ile będzie kosztowało wyczyszczenie mieszkania? O ile w ogóle się da, bo jeszcze tego nie próbował. Chciał odnaleźć siostrę, a potem iść do Kościanego, by upewnić się że z matką i dziadkiem wszystko w porządku, ale oczywiście jego pech musiał dać o sobie znać i teraz sam potrzebował pomocy. Gdy poczuł na swoim ciele dotyk, odruchowo się wzdrygnął, bo jak Matkę kochał, nie słyszał w tym jazgocie by ktoś inny się zbliżał. - Nie mam przy sobie za wiele, zostaw mnie - nie był doskonałym aktorem, ale wciąż myślał, że znajdował się na Nokturnie. Mógł być pod protekcją dziadka, ale wciąż miał wrogów - a poza tym był naprawdę łatwym celem, każdy mógł go okraść czy pobić, a on nie będzie w stanie wskazać sprawcy. Oliver spiął się, czując dotyk na przedramieniu. Ale nie wyszarpnął się, nie tym razem: baba. Baby były z reguły słabsze, nie? I coś w tonie głosu tej kobiety, która oferowała mu pomoc, było kojącego. Niespotykany wcześniej akcent, ale przyjemny dla ucha głos... McKinnon zmrużyłby oczy, ale nie chciał by odłamki wpadły za powieki. Zrezygnował więc z grania ofiary - tak jakby teraz w tym momencie nią nie był, prawda? - Um... Chyba tak. Nie widzę. To znaczy widzę, ale mam pełno szkła na twarzy. Rozejrzał się, chociaż oczy nadal miał zamknięte. Bał się, nie chciał stracić wzroku. Żadna magia by mu go nie przywróciła. - Nie wiem jak jest źle, ale boli jak diabli. Nie mogę otworzyć oczu - dodał niepewnie, odruchowo unosząc brudną od sadzy dłoń do oczu. RE: [8.09.1972] Killshot | Oliver, Guinevere - Guinevere McGonagall - 02.10.2025 – Nie chcę twoich pieniędzy – odparła niemalże od razu po tym, jak zaczął się „bronić”. Nie wyglądało to dobrze. Z bliska dokładnie widziała poranioną twarz Olivera, kawałki szkła wbite w skórę, strużki krwi, drgania mięśni w małych spazmach bólu… na bogów, co takiego się wydarzyło, że tak skończył? McGonagall miała co do tego pewne pomysły po tym, jak widziała wybuch w piekarni i rany pracownic. Może i ten nieszczęśnik akurat znalazł się w nieodpowiednim miejscu o nieodpowiedniej porze, gdy coś wybuchło, a szkło poleciało na wszystkie strony, wbijając się w jego twarz? To było tak cholernie niebezpieczne… nie było czasu, jego wzrok, oczy mogły być zagrożone i gdy Guinevere uświadomiła to sobie z pełną mocą, jej uścisk na przedramieniu mężczyzny stał się odrobinę mocniejszy, żeby jej się teraz nie wyrwał. – Spróbuj nie ruszać mięśniami twarzy – poradziła, zapewne całkiem bez sensu, ale w takich momentach przerażeni pacjenci (o ile tak można było nazwać McKinnona, ale chyba tak) potrzebowali słyszeć różne oczywistości. Sama powtórzyła jego ruch, to jest rozejrzała się na boki, ale ona akurat oczy miała otwarte, wypatrując jakiegoś miejsca na uboczu, gdzie mogłaby się nim zająć – takiego, gdzie nic nie będzie płonąć, nikt nie będzie na nich wpadać i tak dalej. Nie była zaznajomiona z Magicznym Londynem na tyle, żeby wiedzieć, gdzie dokładnie się znajdują, cholera, nie wiedziała nawet, czy jest nadal na Pokątnej, czy już nie, nie wiedziała jakie dokładnie znajdują się tutaj budynki, oprócz pubu, aptek i sklepu z różdżkami, które miała okazję odwiedzić. – I nie otwieraj oczu. Masz cholerne szczęście, że to szkło nie wbiło ci się mocniej – na tym etapie, przynajmniej na pierwszy rzut oka (hehe), wydawało się, że jego oczy są jeszcze do uratowania. – Tu jest trochę miejsca, chodź – dostrzegła w końcu jakieś schodki prowadzące do wejścia do kamienicy, wystarczająco na boku, żeby co chwila ktoś na nich nie wpadał i nie potrącał. – Teleportacja w tym stanie mogłaby się skończyć różnie. Powyciągam ci to – pociągnęła go delikatnie za rękę, sugerując kierunek, w który chciała się udać. RE: [8.09.1972] Killshot | Oliver, Guinevere - Oliver McKinnon - 12.10.2025 [inny avek]https://i.pinimg.com/736x/8d/f7/9a/8df79aa50d63df7ddc1786a0a29175ba.jpg[/inny avek] - To dobrze, bo raczej nie uratowałoby cię kilka knutów, co? - może i nie był biedny jak mysz kościelna, ale hej, przynajmniej nie był na tyle głupi, żeby nosić przy sobie większą sumę. Uspokoił się nieco, bo baba chyba nie będzie go okradać, nie? A przynajmniej taką miał nadzieję, bo cholera jasna, Nokturn był pełny babiszcz typu Ambrosii, jego siostry, a ta nie dość, że zabrałaby te knuty, to jeszcze kopnęła go w kostkę, tak na dokładkę. - Ciężko mówić bez ruszania ustami. Burknął, ale na chwilkę posłusznie zamknął jadaczkę. Faktycznie, mówienie czy w ogóle cokolwiek związanego z twarzą sprawiało mu ból, więc może to i lepiej, żeby się przymknął i ktoś mu pomógł. Jak nie ona, to ktokolwiek, kto widział i mógł wyciągnąć szkło. Mruknął coś, ale posłusznie dał się nie tylko zaprowadzić na schodki, ale też i usiadł. Gdy poczuł zimny kamień pod dupą, westchnął. - Mama mówiła, żeby nie siadać na zimnym, bo się wilka dostanie - powiedział, wykrzywiając lekko twarz. I to był błąd, bo pisnął z bólu jak mała dziewczynka, gdy kawałeczek szkła ruszył się, a z policzka pociekła mu krew. - Kurwa mać, mówisz że to było szczęście? Boli jak jasny chuj, ale w sumie dobrze, że nie byłem w środku tego sklepu, bo pewnie by mnie rozerwało na strzępy. RE: [8.09.1972] Killshot | Oliver, Guinevere - Guinevere McGonagall - 17.10.2025 – W tym piekle? I co miałabym sobie kupić? Fasolki wszystkich smaków? – było grono ludzi, którzy unikali fasolek, ale Ginny, odkąd dowiedziała się od Cala o ich istnieniu, była ich oddaną fanką. W pewnym sensie dawały poczucie ryzyka, gdy sięgało się po kolorową fasolkę i nie wiedziało, na co trafi. Czy się wygra (dobry smak), czy przegra (coś absolutnie paskudnego) – a ona uwielbiała ten skok adrenaliny w organizmie. – Nie mówiłam, że to będzie proste. Po prostu spróbuj. Postaram się zapełnić ciszę – o a w tym była dobra, bo miała pewną lekkość w słowach, zwłaszcza mówionych. Zwykle wystarczyło złapać jakąś myśl i potem samo leciało. Miała nadzieję, że jej akcent będzie tu działał trochę jak wzbudzacz zainteresowania i że przy tym Olivera nie zanudzi na śmierć, ale patrząc na sytuację, to bardzo wątpiła. – Dostanie wilka? A co to niby znaczy? Nie wiedziałam, że w Anglii się hoduje wilki – mówiła, nic nie robiąc sobie z tego jego piśnięcia. Słyszała już od ludzi różne rzeczy, to nie było jej pierwsze rodeo, a jęki bólu to absolutne podstawy i standard w jej zawodzie. Oliver mógł przy tym usłyszeć, jak coś stuknęło o kamień – to Guinevere ściągnęła z ramienia drewnianą skrzyneczkę, w której nosiła wszystkie swoje przybory i rzeczy potrzebne do niesienia pomocy. Nie wiedziała na ile wystarczy jej zapasik eliksirów czy maści, ale póki co jeszcze miała jak tę pomoc nieść. – Może tak być. Wcześniej widziałam jak wybucha piekarnia, dwóm pracownicom trzeba było pomóc właściwie od razu – zapłon mąki był tak ogromny, że jedna była poparzona, a drugiej od eksplozji w nogę wbiło się jedno z narzędzi. Nie uważała za to, że szkło powbijane w twarz nie było równie groźne. Otworzyła swoją skrzyneczkę, która grzecznie stała teraz na jednym ze schodków, wzięła pęsetę i przysunęła się do Olivera. – No dobra, zacznę od twojego lewego oka, dobra? Naciągnę ci skórę i będę wyciągać – nie musiała mu mówić, co będzie robić, ale to było jej doświadczenie medyczne: właściwie zawsze mówiła pacjentom co się dzieje i jakie rzeczy będą wykonywane, żeby się nie denerwowali. I zresztą jak powiedziała, tak zrobiła. Palcami lewej ręki lekko uniosła lewą brew Olivera, nachyliła się i pęsetą złapała za pierwszy z odłamków. To była precyzyjna robota, zapewne lepiej gdyby byli w szpitalu, ale mieli co mieli – lepszych warunków nie było. Jej dotyk był ciepły. – Jak masz na imię? – zapytała, żeby przenieść skupienie Olivera na coś innego. – Ja jestem Guinevere, ale znajomi mówią na mnie Ginny – albo Ginevra, albo Gewn… Niektórzy mówili Nefret, bo tak brzmiało jej drugie imię. // Przewaga: Animagia, Chimera (kocie oczy), Język angielski, Leczenie RE: [8.09.1972] Killshot | Oliver, Guinevere - Oliver McKinnon - 27.10.2025 [inny avek]https://i.pinimg.com/736x/8d/f7/9a/8df79aa50d63df7ddc1786a0a29175ba.jpg[/inny avek] - Nie wiem, w sumie nigdy mi nie wyjaśniła. Może to oznacza, że wilkołak będzie cię napastować? - zapytał, ale jakoś tak słabszym głosem. Nie podobało mu się to, że nie mógł otworzyć oczu i gdy usłyszał stuknięcie, poruszył się niespokojnie. Był durny, owszem, ale nie aż tak, by otwierać oczy, chociaż Merlin mu świadkiem - kusiło go przeokropnie. Chociaż na chwilkę uchylić jedną z powiek... Ale wizja, że szkło wbije mu się w oko, była skutecznym straszakiem. Siedział grzecznie, darując już sobie rozmowy na temat wilków. Z jego gardła wydobyło się ciche mhmm gdy kobieta tłumaczyła, co będzie robić. W zasadzie bardzo to doceniał, bo nie lubił tracić kontroli nad otoczeniem - a teraz był zdany całkowicie na jej łaskę. Musiał jej zaufać, a był z natury podejrzliwy. Bił się z myślami i z samym sobą, ale gdy tylko poczuł naciągnięcie brwi, dotarło do niego, że to się dzieje naprawdę. Że ta tu wcale nie jest jakąś hochsztaplerką, tylko faktycznym uzdrowicielem. W sumie to by miało sens, wysłać z Ministerstwa i Munga ludzi, którzy mogliby pomóc. Ale czy ich rządzący byliby na tyle przezorni i inteligentni, by to zrobić? - Marcus - rzucił odruchowo, nie chcąc podawać jej swojego prawdziwego imienia. W zasadzie to nic do tej baby nie miał, ale mama mówiła mu, że przezorny zawsze ubezpieczony. To był tak naprawdę odruch - fałszywe imię, w razie gdyby potem musiał przed nią wiać, bo by chciała zapłaty. - Jesteś z Munga? Zapytał, krzywiąc się. Dłonie, które trzymał na kolanach, zadrżały, a palce wbiły się w jego kolana, gdy kolejne odłamek szkła został wyciągnięty. Precyzyjnie, szybko, ale boleśnie. - Czy... Możesz mi powiedzieć, jak to wygląda? Co się właściwie dzieje? Czuję dym, jest gorąco. Ale nic nie widzę - w zasadzie to nie orientował się, co się działo wokół. Słyszał krzyki, czuł paskudny zapach dymu, ale nie miał pojęcia, co właściwie się stało. I kto za tym wszystkim stał. RE: [8.09.1972] Killshot | Oliver, Guinevere - Guinevere McGonagall - 28.10.2025 Starała się to robić jak najbardziej delikatnie, ale niestety wbite szkło miało to do siebie, że bolało i raniło, a co gorsza wbite tamowały też krew. Nawet jeśli tej na twarzy nie było jakoś dużo, to i tak strużka popłynęła od razu, gdy wyciągnęła pierwszy odłamek i odłożyła go na szmatkę rozłożoną na kolanach. To samo zrobiła z drugim, trzecim i kolejnymi, na razie nie zawracając sobie głowy tą krwią, która zamierzała wytrzeć mu jak już oczyści jeden większy kawałek. – Marcus, ładnie – stwierdziła po prostu, a Oliver mógł stwierdzić, że kobieta musiała się właśnie uśmiechnąć, lecz nie przerywała swojej pracy, bardzo skupiona na tym, by oczyścić mu odłamki przynajmniej przy jednym oku jak najszybciej, by móc przejść do drugiego. – Nie, jestem wolnym strzelcem. Ale ukończyłam magisterium uzdrowicielskie, jeśli o to się martwisz – była zatrudniana przez prywatną osobę, można tak to było określić, bo pracowała na wykopaliskach archeologicznych, ale posiadała wszelkie uprawnienia i pozwolenie na wykonywanie zawodu. Zaraz po tym, jak się przeprowadziła, złożyła w Ministerstwie wszystkie potrzebne dokumenty i czekała na zgody, nie chcąc narobić swoim kolegom z grupy problemów, akurat pod tym względem dopilnowała, żeby wszystko w papierach się zgadzało. – Jest… wszystko płonie. No prawie wszystko. Dużo budynków. Ludzie próbują gasić pożary, jest dużo rannych. Widziałam, że służby pomagają ewakuować niektórych z kamienic – odparła i westchnęła cicho. Gdyby mogła, to pomogłaby i z tym, ale nie potrafiła się rozdwoić, a poza tym, upewniła się już, że bardziej przyda się pomagając potrzebującym uzdrowicielsko. W Mungu musieli mieć teraz ogromne oblężenie. – Ludzie atakują siebie wzajemnie – dodała ciszej, przypominając sobie słowa Hannibala Selena, którego spotkała na samym początku tego koszmaru. – W radio podawali komunikat, że Londyn płonie i że chmury przybrały symbol zwiastujący śmierć. I żeby nie wypowiadać jego imienia – miała nieźle pojęcie o kogo chodzi, nie rozumiała za to co tu się działo i dlaczego nie wymawiać imienia. Dzielnie pracowała dalej, szybko i sprawnie uwijając się z jednym okiem, próbując nie szczypać jego skóry za mocno, a koci wzrok bardzo jej teraz pomagał. Za chwilę nachyliła się do swojej skrzyneczki, wzięła stamtąd chustę, by przyłożyć ja bardzo delikatnie do lewego oka Olivera. – Przytrzymaj tak chwilę, to oko już skończyłam, ale na razie go jeszcze nie otwieraj. Teraz przejdę do drugiego, a jak skończę z nim, to zajmie się resztą twarzy, dobrze? // Przewaga: Animagia, Chimera (kocie oczy), Język angielski, Leczenie RE: [8.09.1972] Killshot | Oliver, Guinevere - Oliver McKinnon - 09.11.2025 [inny avek]https://i.pinimg.com/736x/8d/f7/9a/8df79aa50d63df7ddc1786a0a29175ba.jpg[/inny avek] - Podziękuj mamie, to chyba po jakimś pisarzu czy coś - a tak sobie palnął z głupia frant, nawet nie wiedział czy istnieli pisarze o tym imieniu. Pomysł miał dobry, gorzej z wykonaniem. - Guinevere to... eeee unikalne imię, takie egzotyczne. Nie wiedział też, co ma jej powiedzieć a propos jej imienia, które brzmiało po prostu obco. Ale też nie chciał jej obrazić w żaden sposób i to wcale nie dlatego, że właśnie dłubała przy szkle, które było wbite w jego oczy. No, może dlatego, ale też dlatego po części, że nie nawykł obrażać ludzi, którzy byli po prostu mili. A Ginny była miła, bo mu pomagała i nawet nie chciała za to pieniędzy. Poruszył się niespokojnie. - Jego? Czyli kogo? Co się, kurwa dzieje? Wiedzą, kto to zrobił? - zapytał cicho, bo radia nie słuchał. Nie spotkał też do tej pory nikogo, kto byłby łaskaw wyjaśnić mu, co się do kurwy nędzy działo w tym czasie, gdy on był oślepiony. Uniósł dłoń i przytrzymał chusteczkę przy oku. Czuł, jak materiał nasiąka krwią. Jasny chuj, miał dużo, dużo szczęścia. - Ginny, czy wiedzą, kto był na tyle jebanym świrem, żeby rozpętać to piekło? Czuję, jak jest gorąco, wierzę, że wszystko płonie. Czy jesteśmy tu bezpieczni? Wiedział, że masakruje ją ilością pytań, ale Merlin mu świadkiem - nienawidził, gdy nie wiedział co się działo wokół niego. Szczególnie gdy było kurde niebezpiecznie. Był dzielnym chłopcem, dawał sobie radę z bólem, ale nagle pomyślał o Zamtuzie. I siostrze. Kurwa mać, jebana Ambrosia pewnie siedziała w swojej norze i bawiła się kamyczkami czy co tam robili nekromanci. Może rzucała kostkami zwierząt. Musiał ją znaleźć. A Baldwin? No jasny chuj, więcej znajomych nie miał? - Eeee... Byłaś może na Nokturnie? Wiesz, tam też potrzebują pomocy - zagaił nieco nieporadnie, ale no nie chciał tak po prostu pytać, czy spotkała blondyna o okropnym usposobieniu lub wredną jędzę. Szczególnie o tę drugą nie chciał pytać, bo by się wysprzęglił z tego, kim był. RE: [8.09.1972] Killshot | Oliver, Guinevere - Guinevere McGonagall - 10.11.2025 Zaśmiała się cicho, bo Oliver nie mógł się bardziej pomylić. Jej imię było bardzo dalekie od egzotycznego, a fakt, że była też historykiem, w tym momencie wziął górę. W końcu obiecała mu, że postara się zapełnić ciszę, to równie dobrze mogła mu przybliżyć bardzo mgliste czasy. – Na pewno kojarzysz wielkiego czarodzieja Merlina – zaczęła spokojnie, bo kto o nim nie słyszał? Mówiło się nawet „na brodę Merlina” albo inne tego typu i zachowało się odznaczenie nazwane Orderem Merlina. – Żył w czasach średniowiecza, uczył się w Hogwarcie, a w pewnym momencie swojego życia został częścią dworu króla Arthura, który rządził wtedy w obecnej Brytanii. Athur został królem po tym, jak wyciągnął z kamienia miecz, o którym było wiadomo, że wyciągnie go tylko prawowity władca. Później ten miecz złamał się podczas jednej z bitew i Pani Jeziora podarowała mu legendarny miecz Excalibur – pewnie Oliver zastanawiał się do czego ta historia zmierza, ale miała ona swój sens, zamiast suchego przedstawienia faktów, to rzucenie charakterystycznych słów, które Oliver musiał skądś kojarzyć, nawet jeśli nie interesował się tematem. A w trakcie opowieści Ginny sukcesywnie wyciągała kawałki szkła powijane w ciało wokół jego oczu. – Król Arthur oczywiście ożenił się, a jego żoną była Ginevra, której pełne imię brzmi Guinevere – była i puenta, przy której Gin uśmiechnęła się leciutko, czego McKinnon zobaczyć nie mógł. – To bardzo stare, klasyczne imię. Ale zapewniam cię, że nie egzotyczne – dodała bez cienia urazy. – Masz jednak rację, że unikalne. – Nie mam pojęcia. Podejrzewam, że chodzi o śmierciożerców i tego ich przywódcę, Lorda Jak-mu-tam… – zmarszczyła lekko brwi, próbując sobie przypomnieć. Grupa, z którą pracowała, żartobliwie nazywała go „latajkiem” przez chyba jakieś francuskie, podobnie brzmiące słowo, ale na francuskim to wyznawała się mniej-więcej tyle, co na chińskim, czyli słabo. Już z rosyjskim radziła sobie lepiej przez Cathala (a głównie z rosyjskimi przekleństwami). – Nie mów – dodała zaraz, gdyby Oliver jednak miał ochotę to imię powiedzieć na głos. Guinevere nie wiedziała, czemu w radio mówili, by tego na głos nie wymawiać, ale póki co wolała dmuchać na zimne. – Nie wiem, czy gdziekolwiek jest bezpiecznie. Odprowadziłam nas kawałek na bok, żeby ludzie na nas przypadkiem nie wpadali, póki co jest tu w miarę spokojnie… Znaczy jak na standardy tego, co się dzieje dookoła – westchnęła cicho, patrząc jak materiał, który mu dała, przesiąka krwią, póki co nie mogła na to jednak wiele poradzić. Zaraz powinno przestać. – Nie mam pojęcia czy byłam na Nokturnie. Nie jestem nawet pewna gdzie jesteśmy teraz, zawsze się tu gubię i muszę pytać ludzi. Ale wydaje mi się, że jesteśmy teraz albo na Pokątnej albo Horyzontalnej – tak przynajmniej wynikało z jej kiepskich obliczeń i jeszcze gorszej orientacji w Magicznych Dzielnicach. – Wszystko mi jedno gdzie jestem, bo tak jak mówisz, ludzie potrzebują pomocy – a była tu przecież w jednym tylko celu: żeby pomóc tym, którzy tego potrzebowali, zwłaszcza tym, którzy mogli się nie doczekać na kogoś z Munga. – No dobra, przyłóż teraz szmatkę do drugiego oka i spróbuj otworzyć to pierwsze. Ale pomału, dobra? Jeśli cokolwiek poczujesz, że jest nie tak, to zamknij je od razu. // Przewaga: Animagia, Chimera (kocie oczy), Historia magii, Język angielski, Leczenie |