![]() |
|
[Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Ulica Pokątna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=19) +---- Dział: Plac i stragany (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=45) +---- Wątek: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) (/showthread.php?tid=3317) |
RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Ralitsa Zamfir - 27.05.2024 Południowe stragany – stoisko pani Zamfir. Na noc przed festynem Ralitsa wyjątkowo pozwoliła sobie na porządny sen. Nie mogła pokazać się na stoisku z worami pod oczami. Wystarczało, że wyróżniała się swoim strojem. Nie musiała bardziej straszyć dzieci. Nie, żeby dzieci miały się czego obawiać. Ubrana w nietutejsze folkowe stroje, zawsze kojarzyła im się z ciepłem i bezpieczeństwem. To samo mogli odczuwać odwiedzający jej stoisko. Przedstawiła Erikowi śmiesznie niską cenę jak na tego typu wybór, ale nie miała z tym problemu. Dla czarownicy nawet tyle zaspokajało jej potrzeby. — To bułgarska receptura przekazywana z pokolenia na pokolenie. — Wyjaśniła z pogodnym uśmiechem. — Z drobnymi modyfikacjami wynikającymi z różnic kulturowych, ale wciąż lepiej uważać... — Tu urwała, gdy klient pochłonął cały kieliszek naraz. — Ojej, ależ pan odważny! Z takim rozmachem zabrać się za nieznany trunek? Musi pan mieć mocną głowę! Można odebrać te słowa jako przytyk, ale w głosie Ralitsy nie było żadnego sarkazmu. Jej słowa były jak delikatny śmiech matki obserwującej eksplorującego otoczenie syna. Co jakiś czas rzucała spojrzenia na stoisko córki. Cieszyło ją, ile osób się tam gromadziło. Ale nie chciała, aby jej obserwacje wyglądały jak jakaś kontrola. Powitała ciepło Geraldine, oferując jej kieliszek trunku. Znów transakcja skończyła się powodzeniem. Ralitsę cieszyło, z jakim zainteresowaniem spotkała się rakija, ale miała też nadzieję na opchnięcie kilku dżemów. RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Victoria Lestrange - 27.05.2024 Południowe stragany – Château des Dragons
a następnie: Południowe stragany – Świece i kadzidła rodziny Mulciber – Nie, nie wiedziałam – bo skąd miałaby wiedzieć? Jedyny inny kraj, o którym uczyła się trochę więcej, to Francja, bo tam ród Lestrange miał swoje korzenie: od rozłamu w rodzinie słynnego na cały świat alchemika Nicholasa Flamela. – Ale sugerujesz mi, że wedle wietnamskich prawideł, powinnam mówić do ciebie dziadku, a nie wujku? Hmm, Anthony? – oczywiście, że się z nim teraz droczyła, bo już od bardzo dawna nie mówiła do niego w ten sposób, a po imieniu. Po pierwsze zamazywało to pewną granicę, a po drugie… nie postarzało. Tym niemniej zwyczajnie chciała Laurentowi krótko wyjaśnić, skąd w ogóle zna Anthony’ego, i skąd między nimi ta zażyłość. Ale wiedziała, ze Shafiq nie wziął tego do siebie… nie za bardzo przynajmniej. Tym bardziej że po chwili pocałował ją w zimne czoło. Jednak jego życzenie, by nie wpakowała się w problemy… Cóóżż…. Mottem rodziny Lestrange powinno być chyba „Na przypale, albo wcale”, a nie „Rozdziel materię wartą uwagi od niewartej uwagi”. –Ach tak… Jak na alergika wyjątkowo mało kichasz. Wiesz, że jak potrzebujesz coś na alergię, to mogę ci to uwarzyć – aż zatrzepotała niewinnie długimi, czarnymi jak smoła rzęsami, ale zrozumiała aluzję – nie chciał głaskać Kwiatuszka. Może to i lepiej, mniej stresu dla kotka. – No dobrze. Zdam się na twoje zdanie, to ty tutaj jesteś ekspertem. A ja bardzo lubię wino, zwłaszcza twoje – lubiła też cięższe alkohole… ale rum porzeczkowy tknęła tylko raz… i od dziewięciu lat ani razu więcej. Czy cokolwiek to wtedy było z tymi porzeczkami. Nie protestowała, gdy Anthony odebrał od niej ten piękny kielich, ani kiedy dał jej do zrozumienia, ze już za długo tutaj stała. Był w końcu w pracy i musiało być więcej ludzi, którym powinien zareklamować swoje wyroby. Uśmiechnęła się więc do niego ciepło, słuchając go i kucnęła, chcąc Błękitnego Kwiatuszka włożyć do koszyka, by było mu wygodniej. Kot na szczęście przyjął to bardzo spokojnie i nawet chętnie, pogładziła go jeszcze po głowie i przymknęła klapkę, ale tak, by kot mógł wystawić swój łeb, jeśli tylko miał na to ochotę. – Zajrzę. Ale teraz chyba jest tam cały tłum, to może za chwilę… Dziękuję i owocnego dnia, wujku – o, a to dodała z przekory i cmoknęła w swoją dłoń, by do niego pomachać na pożegnanie, nim się odwróciła i ruszyła przed siebie. Chwilę tylko się rozglądała, aż jej kroki zaprowadziły ją pod stoisko ze Świecami i Kadzidłami od Mucliberów. Przez moment nachylała się nad stoiskiem, oglądając najpierw jedną jego część, później drugą – najwyraźniej był tutaj przeprowadzony jakiś kurs, jak głosiła zresztą tabliczka. Były tam na pewno różne foremki, wosk i kolorowe pojemniczki, pewnie z barwnikami, chociaż Victoria nie znała się na tym za bardzo. Szykbko jednak zaspokoiła swoją ciekawość i wróciła do tej bardziej sklepowej części, przyglądając się i świecom i kadzidłom, zerkając na składniki i efekty, jakie miały zapewnić. Cena ją nie interesowała, bo nie grała dla niej żadnej roli. – Poproszę dwadzieścia kadzideł na dobry sen – zwróciła się do osoby, która zajmowała się stanowiskiem. Victoria cierpiała na bezsenność i co prawda miała dostęp do eliksirów nasennych, ale czasami chciała się uraczyć czymś innym. – Oraz kilka kompletów zwyczajnych świec i jedną rytualną. RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Leon Bletchley - 27.05.2024 Południowe stragany - Magiczne Różności
Leon pozwolił się uścisnąć na powitanie przyjaciółce, samemu obejmując ją na powitanie, uśmiechając się do niej serdecznie. Po tym jak odsunął się, Olivia zdecydowała sobie ich przedstawić i zarazem podzielić się istotną informacją ze swojego życia. Przedstawienie księgarza sprawiło, że cicho chrząknął i starając się zrobić dobrą minę do złej gry, ponownie się uśmiechnął. — Miło mi cię poznać, Tristanie. — Zdecydował się wyciągnąć ku niemu dłoń na powitanie. Gdy Olivia podała mu buteleczkę eliksiru nasennego, wyciągnął ku niej dłoń. — Możesz być spokojna, dobrze wiem jak go zażywać. A to zapłata. — Zapewnił swoją przyjaciółkę. Po schowaniu do swojej torby wybranej przez siebie mikstury, sięgnął po portfel i podał Olivii odliczoną ilość monet. — Dużo mieliście już klientów? — Zapytał z zainteresowaniem. Nie spędzi przy tym stoisku całego dnia, jednak mógł chwilę z nimi pogadać. To, że się rozgląda po tym stoisku nie umknęło uwadze znanego mu z widzenia, a teraz już znanego mu z imienia i przedstawionego mu jako chłopaka swojej przyjaciółki, która podobała mu się od dawna. Jak to często w życiu bywa... nie za bardzo wiedział jak się za to zabrać. Za tym stało wiele obaw, w tym ta związana z zepsuciem ich znajomości. Teraz to i tak nie miało znaczenia, w końcu Olivia miała już chłopaka. — Ładna i efektowna... jednak nie w moim stylu. — Ocenił prezentowany przez Tristana produkt. Jego zainteresowanie zaświatami jak na razie nie wykroczyło poza kwestie naukowe i tak miało pozostać. Posiadane przez niego poglądy uniemożliwiały mu zostanie czarnoksiężnikiem. — Może coś innego. — Zastanawiał się na głos powracając spojrzeniem do wystawianych na tym stoisku towarów. To naprawdę trudny wybór. @Olivia Quirke @Tristan Ward RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Millie Moody - 27.05.2024 Południowe stragany Było takie miejsce na świecie, najpiękniejsze, najbezpieczniejsze, najsłodsze ze wszystkich jakie doświadczyła w całym swoim krótkim, ale intensywnym życiu. Tym miejscem był uścisk jej brata. Ramiona, zapach, bijące pod policzkiem serce, mówiące o tym, że jest bezpieczną, że jest chciana, że jest kochana... Nigdzie, nigdy, przy nikim tak się nie czuła. A potem ktoś zajęczał i nagle Alika zrobiło się więcej, jakby urosła mu druga para ramion, dwa serca podsłuchiwane zsynchronizowane, drugie ciało zrośnięte trwalsze, silniejsze razem niż osobno. I to wszystko dla niej... Zapadła się w tym uczuciu, zapadła w wizji, w ciepłe we wszechogarniającej otumaniającej miłości. – Stul. Kurwa. Dziób. Mam. Teraz. Moment. – wymamrotała do niego, do nich, do świata, chłonąc całą sobą to doświadczenie i marząc o śmierci bo nic kurwa lepszego już jej nigdy nie spotka w życiu niż ta chwila. No i potem się zjebało. Bańka pękła, ktoś coś pierdolił, Alastor i tak był na służbie. Była otumaniona, odchylił się i głowę oparła o Bertiego. Czy można przyćpać uczuciami? Miała wrażenie że zaraz wybuchnie płaczem. Jebane leki, chuja dawały, Millie obiecywałaby krwawe zabawy wątrobą tego lekarzyny Blacka, gdyby nie to, że dookoła głowy wirowały jej zasrane jednorożce i pierdolone gwiazdeczki. – To co... – zawisła na ramieniu Bertiego, bo wypadało bardziej na jego niż bratowym. – Pan gwiazdor cukiernik mnie popilnuje a potem idziemy razem na lody? – Nie powie, że to gejowe iść z kumplem na lody, hehe a ona chętnie popatrzy. Nie powie. Gryzła się po wnętrzu policzka gryzła bardzo ale życie i wola wracały do mózgu powoli. – Jak odmówisz to będzie mi smutno i Alik Ci wpierdoli. – To pewnie nie była prawda, ale spróbować zawsze warto. Z resztą czy tym wielkim kocim gałom można było odmówić? RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Richard Mulciber - 27.05.2024 Stoisko "Biżuteria Viorici”.
Przemieszczając się przy straganach, można było odnaleźć znajome twarze. Część mijanych osób, lub widzianych nieopodal, odświeżało pamięć Richarda. Ich zdjęcia jakie widział miesiąc temu, stawały się jakby realnością. Czy on widział Atreusa Bulstrode? Bardzo możliwe. Zarejestrował jego obecność nim ten zdążył oddalić się w kierunku mu znanym. Mignęły mu się nawet Longbottomy, chyba rodzeństwo. A jedna z brygadzistek, najpewniej Wood się nazywała, stała akurat przy stoisku jego bratanicy. Może jednak to wyjście, nie było takie złe na ten kowen i mógł połączyć właśnie ze swoją rolą obserwatora, byłego aurora, jak już Lorien zauważyła, a może Robert liczył na tę jego spostrzegawczość? Tak czy inaczej, obserwacje przewijających się czarodziei na tym wydarzeniu, prowadził dla siebie. Kiedy mijał stoisko z winem Anthony’ego Shafiqa, wyłapał jego wzrok i przywitał się ze skinieniem głowy. Jak mu czas pozwoli, to może się wróci do niego i zamieni parę słów. Na razie robił za ochronę i opiekuna Lorien. Ale że dostrzegając stoisko Sophie tuż obok, jego wzrok zmienił się na krytyczny. Nie ruszył jednak w jej kierunku, zauważając też jak Lyssa do niej podchodzi. Upierdliwe spojrzenie Lorien w jego kierunku, zmusiło go do zmiany uwagi z bratanicy na bratową. Dostrzegł jak machała ręką. Westchnął i przecisnął się do niej. - O co chodzi?Zapytał. Choć zauważył, że najpewniej dokonała wyboru, skoro zamierzała wypisywać czek. Ach ich chodząca Skrytka Bankowa, przepuszczająca kasę na błyskotki. RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Robert Mulciber - 27.05.2024 Strefa gastronomiczna - Słodkości Nory Figg
Nie oczekiwał, że Philip będzie mu się teraz z czegokolwiek tłumaczyć. A już najmniej obchodziło Roberta jego zamiłowanie do słodyczy. Nie miało to żadnego znaczenia. Nie stanowiło też w żadnym razie problemu. Jakiejś przeszkody. Tego typu uzależnienie, co najwyżej da się kiedyś we znaki samemu Nottowi. Najpewniej w chwili, kiedy już przestanie on aktywnie uprawiać sport i usiądzie wreszcie na własnej dupie. I nie. To wcale nie tak, że Robert Mulciber jest człowiekiem jakoś tak przesadnie dbającym o odpowiednie, zdrowe nawyki żywieniowe. Nawet jeśli taka myśl mogłaby się nasunąć w oparciu o powyższy fragment tekstu. Byłaby ona błędna. - Wiadomość jest zawsze mile widziana. - odpowiedział. Nie dorzucił przy tym niczego na temat rodzaju przyjęć, które preferował. Być może z tego względu, że najwygodniejszy był dla niego ich całkowity brak? Z reguły marnowało się na nich cenny czas. Tylko tyle, niewiele więcej. - Powiedzmy, że ostatnimi czasy raczej ostrożnie podchodzę do diety. - odpowiedział, nie zamierzając przy tym zagłębiać się w temat. Trochę się u niego pod tym względem zmieniło. Przede wszystkim we znaki dawała się nietolerancja laktozy, z którą wiązało się sporo ograniczeń. W zasadzie z problemem tym dopiero uczył się żyć. Może też z tego powodu bywał niekiedy przesadnie ostrożny? Wata cukrowa zapijana winem? Brzmiało to co najmniej dziwnie. Nie podzielił się jednak tą uwagą. Kolejny raz udało mu się ugryźć w język i tego rodzaju przemyślenia zachować dla samego siebie. Choć niekoniecznie pasował mu spacer w kierunku jakiegoś stoiska z winem, nie próbował przekonywać Philipa do innych opcji. Do odłożenia tego konkretnego pomysłu na później. Poza tym kto wie - może właściciel stoiska z alkoholem ruszył głową i przygotował dla klientów kilka stolików oraz krzeseł? Ponoć nadzieja umiera ostatnia, ma kolor zielony, jest matką głupich i swoje dzieci kocha. Jakoś tak to szlo. Może nie dokładnie w ten sposób, ale wiadomo o co w tym wszystkim chodzi. - Co prawda nie przepadam za winem, ale prowadź. - odpowiedział, pozwalając na to, żeby Philip wskazał właściwy kierunek. Kto wie? Może zjawił się na terenie kiermaszu na tyle wcześnie, że na ten moment był lepiej zorientowany w tym, gdzie i co się znajdywało? Sam Robert nie za bardzo wiedział, co, jak oraz z czym. Jedyne co, to później będzie musiał poszukać bratanka i upewnić się, że ten ze wszystkim sobie radzi. Aczkolwiek wcale się z tym zadaniem nie śpieszył. Może z tego względu, iż już teraz świadomy był, iż zastany na miejscu widok najpewniej nie wywoła w nim zadowolenia? Zmierzamy do stoiska winnicy Château des Dragons
RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Ula Brzęczyszczykiewicz - 27.05.2024 Strefa gastronomiczna przy stoisku ze słodkościami. Niemal podskoczyłam, słysząc głos pracownika stoiska. To ta pani od pączków z Beltane! — Dz-dzień dobry! Wysłuchałam uważnie opisu kotka. Brzmiało ciężko i skomplikowanie... Ale może dlatego powinnam mu pomóc? Jak nie ja, to kto? No i co mi szkodzi, mamy już tyle zwierząt... Z pewnością będą się z nim miło bawić. — Czy boi się też innych zwierząt? Jeśli są spokojne i przyjazne? — dopytałam. Nie mogłam przecież brać go tak totalnie w ciemno. Czy powinnam może skonsultować to z Lysandrem? Cóż, na pewno nie będzie miał nic przeciwko. Uwielbia zwierzęta i ma takie dobre serce. Gdyby ze mną był, od razu zgarnął by Śnieżka bez dodatkowych pytań. — I... nie mamy duchów, ani szczurów, ani niczego takiego. — Zapewniłam. — W domu miałby kontakt z innymi kotami, czasem ptakami pocztowymi, wiadomo, a jakby poszedł na dwór to mamy kury, krowę... — Czy naprawdę musiałam wymieniać cały inwentarz? Na pewno nie wymienię zmieniającego się w niedźwiedzia czarodzieja, który czasem nas odwiedza. — ...i inne takie, spokojne zwierzęta. Uśmiechnęłam się niezręcznie, splatając nerwowo palce za plecami. Czy mogła mi odmówić adopcji? Czy może jednak chcą się po prostu pozbyć tych kotków? Czy wyglądam na wystarczająco odpowiednią osobę? Czy powinnam sprecyzować, że w domu nie mieszkają dzieci i palący? RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Isaac Bagshot - 27.05.2024 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=DoiEAvc.png[/inny avek] Widownia - pierwsza część posta dla Flynna i irytującego kaznodziei. Południowe stragany - Świece i kadzidła rodziny Mulciberów - Erik, Charlie, Leo oraz Victoria. Serce Isaac'a było stworzone do tego, żeby je rozpalać. Uwielbiał to pobudzające uczucie ekscytacji, kiedy patrzył w oczy osoby która zdołała sprawić aby krew w jego żyłach zawrzała. Flynn’owi się to udało. Z pozoru nie zrobił niczego, co mogłoby wprowadzić Bagshota w taki stan. Jemu jednak wystarczył drobny flirt, przeciągłe spojrzenie lub dwuznaczna pyskówka. Właśnie w tym momencie, uznał tego nieokrzesanego artystę za obiekt swoich przyszłych miłosnych uniesień. Rozwiązłość Isaac’a była dla niego pewną formą wolności, dzięki której mógł zapomnieć o rzeczywistości i skupić tylko i wyłącznie na przyjemności. Patrzył więc prosto w bezczelne oraz smutne zarazem oczy Flynn'a, doskonale zdając sobie sprawę, jak bardzo poraniona była jego dusza. Widział już wiele takich oczu i trzymał w objęciach wiele takich dusz. Każda osoba z którą Isaac kiedykolwiek dzielił chwile rozkoszy, zdobywała specjalne miejsce w jego sercu. Obdarzał uczuciem wszystkich swoich kochanków, dbając o nich i oferując swoje dobre słowo oraz wsparcie. Gdyby tylko byli tutaj sami, to ten milczący flirt na pewno przerodziłby się w coś wyjątkowego. Ale nie byli. Na nieszczęście, był tutaj również kaznodzieja, który zaczął nieco irytować “korespondenta specjalnego z samej stolicy apostolskiej”. A trzeba było przyznać, że Isaac'a bardzo trudno było zirytować, czy wzbudzić w nim jakiekolwiek uczucia niechęci. Brawo, Jimmy! xD - Biedni cyrkowcy, artyści oraz pisarze to sól tej ziemi. Nigdy bym się do nich nie przypierdolił.- Odpowiedział kaznodziei fałszywy prorok, nadal skupiając swoje spojrzenie na Flynn'ie. Dosłownie na moment zjechał wzrokiem na jego usta, żeby zaraz znów spojrzeć w oczy. Czuł, jak Jimmy wyciąga mu portfel z kieszeni, jednak widok przygryzającego wargę oraz rumieniącego się chłopaka, był tego warty. Isaac nie miał tam pieniędzy, a prezerwatywy, kilka zdjęć i kartki z zapisanymi zagranicznymi adresami. Na ostatnie słowa Flynn'a, dosłownie zaśmiał się pod nosem. Patrzył jak odchodzili, kończąc swojego papierosa. - Będę musiał później odzyskać portfel.- Mruknął sam do siebie, kiedy panowie już sobie poszli. Przeczesał włosy palcami i wyrzucił peta na ziemie. Skierował się w stronę stoiska Mulciberów. Erik, Charlie, Leo oraz Victoria - Świece i kadzidła rodziny Mulciberów. Już z daleka zauważył braci Mulciberów, oraz swojego przyjaciela Erika. Przyspieszył nieco kroku. Samopiszące Pióro dotrzymywało mu towarzystwa, a aparat dyndał na szyi. - No cześć Eryczku. Gdzie Ziemniaczek?- Przywitał kolegę, zakładając mu rękę za szyję. Był niewiele niższy, więc nie musiał nawet stawać na palcach. - Cześć Charlie, Leo!- Przywitał się z chłopakami, z którymi spędził ostatnio emocjonujący czas w mugolskim pubie.- Dawaj co tam masz, Charlie. Obiecałeś mi coś szałowego, a my z Eryczkiem lubimy szalone rzeczy, co nie? - Spojrzał na Longbottoma i wolną ręką poklepał go po brzuchu, jakby na potwierdzenie swoich słów. Nadal się trochę na nim uwieszał. Kobiety z koszykiem w którym miała kota jeszcze nie zauważył. RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Charles Mulciber - 27.05.2024 Południowe stragany - Świeczki i kadzidła rodziny Mulciber Rozmawia z Erikiem Longbottomem, odzywa się do Leonarda i Victorii Lestrange, zauważa Isaaca Bagshota Erik wydawał się nie mieć pojęcia, czym były świeczki Mulciberów i do czego ich używano, lecz czy można było go winić? Dla zwykłego czarodzieja, świeczki były niczym więcej jak staroświeckim źródłem światła albo ozdóbką, którą lubiły podstarzałe czarownice. Charlie postarał się odzyskać dobre nastawienie. Podejście do klienta było równie ważne, co asortyment. - W rzeczy samej. - Zgodził się z Erikiem. - Lecz jeśli wyrazi pan chęć zakupienia świeczek tylko pachnących, nie widzę przeszkód, by takie stworzyć na zamówienie. - Dodał, choć wydawało się to marnotrawieniem talentu Mulciberów. Połączyć olejki z woskiem i barwnikiem potrafił przecież każdy! Czym innym było wplecenie w świeczkę odpowiednich składników, w odpowiednich proporcjach, w czasie odpowiedniego rytuału. Ale skoro ktoś chciał taką pachnącą, kim był Charlie, by tego odmawiać. Należało wychodzić na przeciw popytowi. Charles chwycił świeczkę, którą chciał Erik - dużą, na odprężenie. Ta wyszła spod jego własnych dłoni i choć miała klasyczny, walcowaty kształt, jej różowe boki przyozdobił brokatowym wzorem kwiatów, które lekko falowały podczas palenia, błyszcząc w blasku płomienia. Świeczka miała mieć walory nie tylko magiczne, ale również estetyczne. Niestety, Charlie zaraz musiał zawinąć świecę w szary papier i włożyć do równie szarej torby z odbitą pieczęcią z prostym logiem zakładu. - Co do używania, najlepiej obserwować własne reakcje. - Poradził Charles, przesuwając torebkę w stronę Erika. W porę zreflektował się i dorzucił jeszcze trymer. - Na początek nie radzę palenia jej zbyt długo. Dwadzieścia minut, może pół godziny, obserwować, czy wystarczy. Dorzucę jeszcze panu próbkę lawendowej. - Chwycił spod lady mały, fioletowy krążek, który zaraz również został zawinięty w papier, opisany i wrzucony do torebki. - Nasenna, ale bardzo delikatna, przydatna po ciężkim dniu. - Uśmiechnął się. Nie ważył się polecać Erikowi niczego mocniejszego, gdy ten z pewnością był laikiem. Z drugiej strony... może właśnie nieco bardziej ekstrawangackie świece i kadzidła mogłyby przekonać mężczyznę do wyrobów rodziny Mulciber? Nie umknęło mu pojawienie się Victorii. - Leonardo? - Zwrócił się czule do brata, gdy spostrzegł, że nadeszła kolejna klientka. Szczęśliwie nie dostrzegł jeszcze kota w koszyku. - Podasz mi proszę komplety świec ze skrzyni z tyłu? - Zagadnął, uśmiechając się w stronę kobiety. - Już pani wszystko podaję. A dla pana, to będzie... Charles urwał, bo spostrzegł podchodzącego Isaaca. Wyszczerzył się do mężczyzny, pamiętając, że obiecał mu coś specjalnego. I może właśnie to coś specjalnego zainteresowałoby Erika, jak twierdzili? - Hej, Isaac! - Przywitał się z Bagshotem, lecz zaraz wrócił do klienta. - Szalone rzeczy! Wie pan, mamy też inne różane świece. Nieco bardziej szalone, jak mówi Isaac.- Zagadnął zagadkowo, a jego ton zmienił się nieco. Zerknął znów na kolegę, który dołączył. Jeśli teraz nie wyciągnie specjalnego asortymentu, nie zrobi tego wcale! Wydawało się, że w razie problemów Isaac go uratuje... prawda? - O zapachu róż. Te jednak mają właściwości zupełnie inne, a raczej zupełnie przeciwne do uspokajających. Znajduje się w nich wyciąg z ostryg mandżurskich i lukrecji, jak może sobie pan wyobrazić, to bardzo potentne afrodyzjaki. Zapachy przykryte wonią róży. Wprawiają pary w miły nastrój.- Uśmiech Charlesa miał się nie poszerzać, ale jak mógłby nie, gdy mówił o czymś takim? Nie dorósł jeszcze do tego, by sprawy zbliżeń były dla niego normą. - To nowy wyrób, jeszcze nielicencjonowany przez rodzinę, ale wart spróbowania, mam nadzieję. Może będzie pan zainteresowany? Jest w bardzo korzystnej cenie. Charlie nachylił się pod ladę, by wyjąć skrzynkę. Po otwarciu wieka w wypełnionym sianku wnętrzu ukazały się trzy świeczki: odpowiednio mała, średnia i duża. Każda z nich miała inny kolor, lecz podobny kształt. Nieco wygięte, gwałtownie poszerzające się u góry w charakterystyczny kształt, z podstawą dwóch nieregularnych kul i wyraźnymi anatomicznymi rzeźbieniami na ściankach: woskowe fallusy sterczały dumnie i zachęcająco. - To wersja testowa. - Powtórzył i odruchowo zerknął w bok, tam gdzie wcześniej widział wuja. Wuj nie musiał wiedzieć o osobistych wyrobach Charliego. Jeszcze nie teraz! - Lecz może pana wybrance się spodoba? Mały, średni, duży? Duży jest różany. Proszę obejrzeć z bliska. - Zachęcał ledwie powstrzymując wesołość. RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Bertie Bott - 27.05.2024 Południowe stoiska
Bertie był właśnie w siódmym lepiej, albo i jeszcze wyżej. Czuł jak walące szaleńczo serce, powoli się uspokaja i wraca do normy, synchronizując się przy okazji z rytmem, które wybijało to Alastora. Westchnął też w końcu, poluzowując uścisk i uwalniając ich. - Oh, no przestań. Przecież wiesz, że ja zawsze chętnie pospacerowałbym z wami między straganami i gdzie tylko się wam wymarzy - uśmiechnął się też zaraz dobrotliwie, zgodnie z bezgłośną sugestią Alastora, puszczając jego dalszy komentarz mimo uszu. Wystarczyło, żeby Moody powiedział słowo, a Bertie był w stanie stracić na wymagany okres czasu słuch, wzrok czy mowę, albo zapomnieć coś, co wydarzyło się zaledwie przed chwilą. Wspaniała umiejętność. Poklepał Millie po ręce, czując jak ta opiera się na jego ramieniu. Nie miał nic przeciwko - bo w sumie czy kiedykolwiek miał? Kobieta, tak samo jak i jej brat, zajmowała specjalne miejsce w jego sercu i niewiele było rzeczy, które wprawiłyby go w zakłopotanie lub które skłonny byłby oceniać. - Nigdy bym nie śmiał odmówić - powiedział poważnym tonem, uśmiechając się jednak do niej wesoło. - A nie możemy tak... mimochodem na te lody? W końcu patrol to patrol, a żeby patrolować to chyba trzeba chodzić, prawda? W sumie nie znam się, ale bym tak zakładał, to nie możesz w sumie patrolować bliżej stoiska z lodami? - podniósł spojrzenie na Alastora, delikatnie sugerując takowe rozwiązanie. To nie tak, że wolał spędzić ten czas z samym Alastorem, ale spacer we trójkę brzmiał o wiele przyjemniej jak tylko we dwoje. Miał wrażenie, nie - wiedział, ze obydwoje z Millie bardzo by teraz chcieli, żeby Alek przyłączył się do nich w jakiejś formie, nawet jeśli miał teraz na sobie mundur i był na służbie. Byłoby zwyczajnie milej. |