Secrets of London
[23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Wyspy Brytyjskie (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=125)
+--- Dział: Walia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=126)
+---- Dział: Snowdonia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=132)
+---- Wątek: [23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna (/showthread.php?tid=5189)

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21


RE: [23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna - Benjy Fenwick - 15.10.2025

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=ajo1bDK.jpeg[/inny avek]
[nici Benjy-Prudence: fuksja - bardziej w kierunku pożądania niż nieskalanej miłości]

Pochyliłem się lekko w stronę Prue, gdy wyszeptała swój komentarz o objawieniach.
- Cokolwiek tam ma, na pewno jest kleatywny. „Nowa wspólnota selc…” - Mruknąłem półgłosem, na tyle cicho, że tylko Prue mogła to usłyszeć, kącik ust drgnął mi w ledwo widocznym uśmiechu. - Bszmi jak coś, co mosna by umieściś na okładce bloszuly kowenu. - W moim głosie pobrzmiewał cień rozbawienia, które tylko z trudem tłumiłem, bo Sebastian Macmillan naprawdę wyglądał, jakby każde słowo było dla niego boskim natchnieniem. Głos niósł mu się po całym ogrodzie z taką powagą, że można by uwierzyć, iż naprawdę przemawiał w imieniu samej Matki, albo że to Matka przemawiała przez niego.
Miałem dla niego pewien szacunek - wiedział, jak mówić, jak czarować tłum, był dobrym aktorem, a to w tym zawodzie połowa sukcesu, ale nie mogłem się powstrzymać od lekkiego uśmiechu, kiedy z taką celowością wspominał uścisk dłoni Geraldine Yaxley. Nachyliłem się lekko ku Prue, żeby nasze słowa nie dotarły do nikogo więcej.
- Jeśli pamięta jej uścisk do dziś, to obstawiam, sze pszes tydzień nie mógł luszaś palcami.
Panna młoda miała w sobie tę charakterystyczną twardość ludzi z jej rodu - stalową pewność, że cokolwiek zrobi, zrobi to dobrze, nawet jeśli przy okazji połamie komuś kości. Znałem ten typ, zbyt dobrze, i chociaż teraz wyglądała jak ucieleśnienie świętej czystości i wiecznej wierności, w mojej pamięci wciąż miała krew na dłoniach i ogniste spojrzenie, którego lepiej było nie odwzajemniać.
Na moment zamilkłem, skupiając wzrok na ołtarzu - kapłanki pojawiły się z przodu, ich ruchy były precyzyjne, prawie hipnotyzujące. Cokolwiek o tym sądziłem - trzeba było przyznać, że wyglądało to pięknie.
- Mhm, jest w tym coś pięknego.
Prawie uwierzyłbym, że to naprawdę działa.
Prawie.
Nie byłem człowiekiem wiary, nie w tym sensie, wierzyłem raczej w ludzi - a może w ich błędy - w to, że można je przewidzieć i wykorzystać. Nie wierzyłem w znaki, przynajmniej nie w te, które miały coś wspólnego z wiarą, boskością czy łaską Matki, ale kiedy ziemia pod moimi butami lekko zadrżała, a powietrze zgęstniało jak przed burzą, nie mogłem udawać, że nic się nie dzieje. Coś się poruszyło, nie gwałtownie, nie w sposób groźny, raczej jak oddech kogoś, kto długo spał i właśnie zaczynał się budzić. Zerknąłem na Prudence. Wyglądała na zafascynowaną, jakby każdy szept wiatru miał dla niej jakieś znaczenie. Dla mnie był po prostu... Dziwny. Drobne drgania w deskach, ten niemal namacalny ruch powietrza, kilka kropel, które spadły z nieba i zniknęły tak szybko, jak się pojawiły - wszystko to sprawiało wrażenie czegoś zbyt dobrze zaplanowanego, by było przypadkiem. Sebastian Macmillan znał się na efektach.
Kiedy rozsypywał ziemię, tworząc krąg wokół Młodych, jego cień zdawał się ożywać, tańczyć po ołtarzu, powietrze drgnęło ponownie, a wiatr przyniósł zapach dymu, wrzosów i kadzidła, coś w tej aurze rzeczywiście zaczęło przypominać modlitwę. Płomienie świec wzrosły gwałtownie, ogień zatańczył, a przez krótką chwilę miałem wrażenie, że zaraz miało wydarzyć się coś jeszcze większego.
- No, plosę. - Mruknąłem ledwie słyszalnie, bardziej do siebie niż do niej. - Matka dzisiaj chyba faktysznie patszy. - A potem umilkłem, wpatrując się w resztę gestów. Sebastian naprawdę się postarał, niektórzy kapłani tylko recytowali słowa, on potrafił sprawić, że ziemia zdawała się ich słuchać.
Ceremonia zbliżała się ku końcowi, gdy wiatr powrócił, tym razem silniejszy, zrywając welon z głowy Geraldine dokładnie w chwili pocałunku, uniósł go w górę z takim rozmachem, że nawet ja nie powstrzymałem lekkiego parsknięcia.
- Symboliczne. - Skwitowałem szeptem, unosząc brew. - Matka najwylaśniej uznała, sze i tak długo wytszymała w loli ułoszonej panny młodej.
Welon wirował nad głowami gości, aż zniknął gdzieś w szarości nieba. Niektórzy ludzie patrzyli za nim z nabożnym zdumieniem, jakby był jakimś omenem, ja widziałem tylko kawałek materiału porwany przez wiatr, chociaż przyznać musiałem - wyglądało to pięknie. Dźwięk odsuwanego krzesła przerwał tę iluzję, ojciec Geraldine podniósł się, wyciągając zza siedzenia łuk - imponujący, z kołczanem, jakby zaraz miał ruszyć na polowanie, nie na wesele - oczywiście, że Yaxleyowie musieli wykorzystać tę tradycję, jak zawsze u czystokrwistych, wymieszaną z dumą i odrobiną przesady, ale nie mogłem zaprzeczyć, że scena miała swoją siłę. Geraldine z łukiem w dłoniach wyglądała tak, jak powinna.
- Nic tak nie mówi „małszeństwo”, jak bloń w lękach. - Mruknąłem pod nosem, dyskretnie, żeby usłyszała to tylko Prue, po czym wbiłem spojrzenie w rozpalane ognisko. Imponujące.


RE: [23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna - Prudence Fenwick - 15.10.2025

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=j0bGEtb.png[/inny avek]

- Nie da się ukryć, że ma gadane, ale wygląda, jakby wierzył w te słowa, może ćwiczył dużo przed lustrem. - Albo coś brał... żeby tak wzniośle i filozoficznie mówić, dolewał sobie wina do wody, albo zmieniał wodę w wino, czytała kiedyś o takim jednym co tak potrafił. Kto wie, jakie sztuczki magiczne były jego konikiem. Potraifł jednak zrobić wrażenie, bez względu na to czym to była spowodowana ta jego filozoficzna mowa, czy się czymś wspomagał, czy nie, czy udział w tym miały te kadzidła, których zapach roztaczał się po okolicy? Pewnie nigdy się tego nie dowiedzą.

- Kto wie, może już się tam znajduje, miałeś ostatnio jakąś broszurę kowenu w dłoniach? - Mówiła bardzo cicho, lekko unosząc głowę, aby jej słowa trafiały wprost do ucha Fenwicka. Spodziewała się, jaką odpowiedź usłyszy na to pytanie, raczej tak jak i ona nie należał do osób, które zbyt często, o ile wcale pojawiały się w miejscu o którym mówili, a broszury można było dostać chyba głównie tam.

Kapłan był bardzo zaangażowany w prowadzenie ceremonii, a to się ceniło, gdyby tylko każdy tak bardzo przykładał się do swojej pracy... to pewnie wszystkim żyłoby się dużo prościej na tym świecie. Prue była naprawdę zdziwiona tym, jak charyzmatyczny był mężczyzna stojący na ołtarzu, wzniosłe słowa wydawały się same płynąć z jego ust.

- Zapewne coś w tym jest, albo miał je połamane, takie rzeczy też się pamięta. - Zbyt silny uścisk dłoni mógł ze sobą nieść naprawdę różne konsekwencje, a kiedy ktoś tak o nim wspominał samo nasuwało to różne ewentualności, jakie mogły temu towarzyszyć, zwłaszcza gdy znało się zainteresowania panny młodej, a o niej już co nieco słyszała od Benjy'ego, czy Ambroise'a.

Wpatrywała się w ołtarz podziwiając ceremonię, nie można było odmówić temu, że wyglądało to niesamowicie, bez względu na to, czy ktoś wierzył w tradycję, czy też nie. Rytuał sam w sobie wprowadzał bardzo uroczystą i mistyczną atmosferę. W końcu skończyli zaplatać wstęgi, to nie był jednak koniec, rozpoczął się kolejny obrządek.

Cztery żywioły o których wspominał Sebastian najwyraźniej postanowiły się odezwać, bo co innego mogło oznaczać to drżenie ziemi, kilka kropel wody, które poczuła na swojej twarzy, ciepły wiatr który pojawił się znikąd, czy płomienie ognia, które zaczęły wzbijać się jakoś nienaturalnie nad świece? Naprawdę bardzo łatwo było uwierzyć w to, że faktycznie wydarzyło się tu coś więcej, coś nienamacalnego, być może Matka postanowiła pokazać swoją aprobatę dla tego, co działo się na ołtarzu.

Czy mogła być to sztuczka kapłana? Oczywiście, kto wie do czego był zdolny, aby ludzie uwierzyli w jego słowa, by uznali to co mówi za prawdziwe. Nie było to jednak szczególnie istotne dla Prue, całość rysowała się bowiem całkiem ładnie i spójnie, miło było popatrzeć na coś takiego jako obserwator. Rzadko kiedy bowiem bywała na takich wydarzeniach towarzyskich, a na pewno nigdy jeszcze nie była na aż tak wielkim ślubie.

- Myślisz, że nie ma żadnego, ciekawszego zajęcia? - Rzuciła cicho, chociaż naprawdę trudno było oprzeć się wrażeniu, że faktycznie tak było, że to co działo się wokół nich było prawdziwe. Być może miłość i nowa wspólnota serc wcale nie była jej taka obojętna, jakby się mogło wydawać.

Kiedy dochodziło do tego symbolicznego połączenia młodych zerwał się silniejszy wiatr, Bletchley wcześniej dostrzegła nienaturalny cień Sebastiana, teraz jednak podmuch pozbawił pannę młodą welonu. Było to naprawdę dziwne, czy tylko ona tak uważała? Nie wydawało jej się, aby kapłan celowo sięgał po takie drastyczne środki, by jego przedstawienie było jeszcze bardziej wiarygodne, to musiało być coś innego.

- Każdy ma jakieś granice. - Być może Matka je dostrzegała i stwierdziła, że to odpowiedni moment, aby przypomnieć o tym, kim była Yaxleyówna. Prue uniosła wzrok, wpatrywała się w oddalający się w powietrzu welon ślubny, który zdecydowanie nie wyglądał, jakby zamierzał wrócić na ziemię. Nikt nie wydawał się jednak tym jakoś szczególnie przejmować.

Opuściła wzrok gdy usłyszała przesuwające się krzesło. Szukała spojrzeniem miejsca, z którego dochodził dźwięk, zakładała, że to zwiastowało kolejną część ceremonii. Tak też się stało. Mężczyzna, który prowadził pannę młodą, była całkiem pewna, że to Gerard Yaxley podniósł się i ruszył w kierunku ołtarza trzymając w dłoni łuk i kołczan. Ciekawe. O tej części ceremonii nie czytała. Gdy zobaczyła pannę młodą z łukiem w dłoni i płonącą strzałą, cóż - nieco się zdziwiła. Wpatrywała się w jej kierunku z zaciekawieniem. - Mówisz? W sumie ten łuk przez cały czas tam był... - Co by sugerowało, że można nim było postraszyć kogo trzeba, jeśli tylko pojawiłaby się taka potrzeba.

Później płonąca strzała pomknęła w powietrzu. - To było całkiem odważne. - Powiedziała ponownie bardzo cicho, aby tylko Benjy mógł ją usłyszeć. Strzelanie z łuku, gdy wokół znajdowało się tyle osób... w oczach Prue było nawet nieco brawurowym posunięciem, aczkolwiek rozpalenie ogniska w ten sposób na pewno było bardzo efektowne.


nici: Benjy-Prue; fuksja - bardziej w kierunku pożądania niż nieskalanej miłości


RE: [23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna - Ambroise Greengrass-Yaxley - 15.10.2025

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=DSWD0mD.jpeg[/inny avek]
Miał świadomość, że tego dnia nic nie powinno umknąć jego pamięci, a jednak od pewnego momentu umykało mu już niemal wszystko, co się działo. Nie miał pojęcia, kiedy dokładnie czas przyspieszył dla nich obojga, przewijając wprzód kolejne momenty, do których teoretycznie przygotowywali się przez poprzedzające dni.
Obrzędy, słowa, gesty, które jeszcze przed chwilą wydawały mu się odległe, związane z ich przyszłością i planami, teraz były już niemal za nimi. Wszystko to działo się jednak wokół niego w tak mglisty sposób, że czuł się, jakby był pogrążony w lekkim półśnie.
Nie próbował więc na siłę zapamiętywać detali, do których mógłby później wracać. Po prostu pozwalał sobie przeżywać to tu i teraz, właśnie w tej chwili, nie skupiając się na obserwacji otoczenia. To nie było jego zadanie, czyż nie? Wiedział, że robią to inni ludzie. Zwłaszcza ci, którym ufał i wierzył w ich szczere intencje.
Zresztą...
...jego wspomnienia zdawały się rozpływać w lekkich podmuchach wiatru jeszcze zanim w pełni się uformowały. Widział rozedrgane światła i przemykające sylwetki krewnych, słyszał ciche wypowiedzi i szelest wstążek poruszających się przez chwilę w powietrzu, zanim spoczywały wokół ich dłoni. Wiedział, że wskazani ludzie podchodzili do nich po kolei, by dołożyć swoje wstęgi do węzłów na ich rękach, lecz sam z trudem rejestrował twarze krewnych, nawet tych bardzo bliskich. Widział jedynie ruch, gest, błysk koloru i czuł ciepło dotyku Geraldine, gdy ich dłonie oplatały się kolejnymi warstwami wstążek.
Pierwszy rytuał minął mu niemal błyskawicznie, co zauważył z niejakim zdziwieniem, choć bez głębokiego szoku. Po prostu z mrugnięciem i pytającym spojrzeniem mimowolnie posłanym w kierunku dziewczyny. Podświadomie wiedział, że i dla niej wszystko działo się wyjątkowo szybko.
Kiedy kapłanki z nabożnym gestem odwiązywały zestaw wstęg, by złożyć go w skrzyni, miał wrażenie, że to dopiero początek, choć słowa wypowiadane przez Sebastiana wskazywały na to, że pierwszy etap zdecydowanie dobiegł już końca. Skrzynia została zamknięta, a jej zamek wydał cichy, niemal ceremonialny trzask.
Mimo to, Roise nie zorientował się nawet, kiedy Macmillan przeszedł do następnej części mowy. Słuchał głosu Sebastiana, jego słów o żywiołach, o pierwotnych siłach, które spajają świat materialny i duchowy, ale nie był pewien, ile z tego tak naprawdę do niego dotarło. Działał i reagował niemalże mechanicznie. Wiedział jedynie, że wszystko przebiegało zgodnie z planem. Każdy rytuał miał swoje stałe etapy, a kapłan czuwał nad tym, by nie pomylili żadnego gestu. To mu wystarczało, nawet jeśli wewnątrz czuł się dziwnie, inaczej niż zazwyczaj.
Ceremonie kowenu zawsze przebiegały według podobnego schematu, z drobnymi różnicami, zależnymi od indywidualnych życzeń i potrzeb, miejsca, kapłana, pory roku. Roise teoretycznie był zaznajomiony z tradycją, a jednak stojąc na ołtarzu czuł się jak nowicjusz. Nawet jeśli starał się nie dać tego po sobie poznać, zaskoczyło go to, że chwile, które miały być pełne symboliki i znaczenia rozmywają się w jego głowie jak sen tuż po przebudzeniu.
Zamrugał, próbując mocniej wsłuchać się w słowa Sebastiana, jednak w praktyce w dalszym ciągu odczuwał trudność ze skupieniem się na ich znaczeniu, nie rytmie. Macmillan mówił o myślach i modlitwach, o czułości i przemianie, lecz Ambroise bezwiednie słuchał jedynie tonu jego głosu. Ten zaś niósł się głośno i wyraźnie, dostrzegalnie rezonując z otoczeniem. Greengrass miał wrażenie, że nawet wiatr, który unosił dym wokół nich, szeptem odpowiadał kapłanowi.
W pewnym momencie miał wrażenie, że bardzo wyraźnie poczuł zapach świeżej ziemi. Ciepły, nieco wilgotny, ale nie zatęchły. Przypominający mu rodzinne ogrody, wspomnienie dzieciństwa, którego nie spodziewał się przywołać w tej chwili. To uczucie trwało zaledwie sekundę, po czym rozwiało się wśród kadzidlanego dymu, szumu listowia i powiewu wiatru, ale z jakiegoś powodu bardzo wyraźnie wyryło się w jego pamięci.
Dokładnie tak jak spojrzenie, które wymienili z Geraldine w momencie unoszenia czarek. Było milczące, ale wystarczyło, aby utrzymać wrażenie głębokiego spokoju, jaki go ogarnął. To był moment, w którym na krótką chwilę wróciła mu świadomość realności tej chwili, jednak słowa o odwadze i pasji, o ogniu, który miał ich prowadzić, wciąż zabrzmiały dla niego jak echo jego własnych myśli. Wiedział, że później z trudem je odtworzy.
Kiedy patrzył na nią, wszystko inne znikało. Cała ceremonia, wszystkie gesty, nawet znajome głosy dzieci dochodzące od strony ławek, które w innym momencie pewnie byłyby dla niego wyraźne, teraz stapiały się w jedno. W tło.
Nie myślał o oczach innych, o spojrzeniach gości ani o tym, jak zostanie zapamiętany ten moment. Wszystko to miało w tej chwili drugorzędne znaczenie.
Potem wszystko potoczyło się już błyskawicznie. Zupełnie tak, jakby nie było tak od samego początku. Przysięgi. Obrączki. Te same gesty, które powtarzały się na dziesiątkach podobnych uroczystości, ale tym razem należały do nich. Gdyby się uparł, jeszcze rano stwierdziłby, że mógłby z pamięci powtórzyć każde słowo wstępu, każde tradycyjne zdanie wypowiadane przez Macmillana. W końcu był na tylu podobnych uroczystościach, że nie było to dla niego problemem. A jednak tym razem wszystko brzmiało zupełnie inaczej.
Czuł się tak, jakby uczestniczył w czymś zupełnie nowym i nieznanym. W czymś, co tylko pozornie przypominało te wszystkie ceremonie, które widział wcześniej. Powtarzał słowa za kapłanem, bardzo wyraźnie i na pozór zupełnie zdecydowanie, słysząc tylko własny głos i ten należący do Geraldine. Wsuwana na jej palec obrączka zalśniła delikatnie, jakby wchłaniała światło gasnącego dnia.
Podniósł spojrzenie na już nie Yaxleyównę i zobaczył w jej oczach tę samą świadomość tej chwili, jaką miał i on. Pewność, że właśnie przeszli przez wszystko, co należało dziś formalnie uczynić. W oczach świata i siebie nawzajem, oto zostali małżeństwem. Pocałunek zaś był ostatecznym przypieczętowaniem tej chwili.
Pocałował ją więc. A może to ona pierwsza wykonała ten ruch? Nie wiedział. Złączyli wargi, a on przechylił ją lekko. Bez teatralności, bez przesadnej czułości, po prostu właściwie, zatracając się na moment w tym uczuciu.
Podmuch wiatru przyszedł niespodziewanie. Był zaskakująco silny i na tyle gwałtowny, że poruszył wszystko... ...płomienie, fryzury, tkaniny... Ambroise odruchowo zamrugał, gdy welon zerwał się z jasnych włosów dziewczyny, przerywając im pocałunek. Lekka, półprzezroczysta tkanina wzleciała w górę, by po chwili rozmyć się gdzieś na ciemniejącym niebie.
Nie był człowiekiem, który wierzył w takie znaki, ale przez ułamek sekundy pomyślał, że może to był właśnie jeden z nich. Mógłby to uznać za przypadek, ale wiedział, że w tym miejscu nic nie działo się przypadkiem. Jego dłoń bezwiednie wyciągnęła się ku wolnej dłoni żony, splatając ich palce i opuszczając się dopiero wtedy, gdy Gerard Yaxley znalazł się tuż obok nich.
Obserwował jak jego małżonka przejmuje od ojca broń i pewnym gestem sięga po strzałę. Moment później pierwsze płomienie rozbłysły wśród gałęzi i suchych liści. On zaś jeszcze przez kilka sekund stał nieruchomo, obserwując jak w blasku ognia oczy Geraldine stają się jaśniejsze i jeszcze bardziej błyszczące...
...a potem wszystko ożyło. Muzyka, trzask rozpalonego ogniska, kilka pierwszych oklasków, jakiś wcale nie tak subtelny gwizd. Pierwsze ognisko zapłonęło. Kolejne miały zostać rozpalone już w mniej efektowny sposób wraz z nadejściem wieczoru. Oficjalna ceremonia dobiegła końca. Pochylił się więc, aby zgodnie z lokalnym porządkiem na kilka chwil unieść pannę młodą na ręce.


RE: [23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna - Brenna Longbottom - 15.10.2025

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=mlTlt0U.png[/inny avek]

To prawdopodobnie zależałoby od tego, czy moja matka miałaby ochotę taką zawiązać - odparła falami bez wielkiego wahania. Jeśli szło o Brennę, to skłonienie jej do pomagania innym było bardzo łatwe, ale bodaj jedyną osobą, która faktycznie mogła nią po prostu dyrygować jak chciała, niekoniecznie w imię „bo potrzebuję pomocy” pozostawała Elise. I Brenna nawet nie próbowała tego ukrywać.
Bywała już na czarodziejskich ślubach, ale te na których gościła rzadko odbywały się w plenerze, wiele „atrakcji” więc pozostawało dla niej nowych – jak choćby ziemia, która nagle zadrżała czy wiatr, który zerwał welon z głowy panny młodej. Brenna uśmiechnęła się mimowolnie, gdy ukazała się fryzura Geraldine. Chyba nigdy dotąd nie widziała jej aż tak misternie uczesanej. Całe wydarzenie stało się swojego rodzaju widowiskiem, pokazującym, że Yaxleyowie i bliscy pary młodej postarali się, aby ich dzień naprawdę był absolutnie wyjątkowy.
No, no, Ambroise naprawdę musiał ostatnio spędzić trochę czasu na ćwiczeniach, dorzuciła jeszcze do milczącej konwersacji, z pewnym rozbawieniem, kiedy chwycił już – nie – pannę – Yaxley na ręce, bo Geraldine zdecydowanie nie była ułomkiem.
Za to pokaz łuczniczych umiejętności Geraldine był czymś, czego… Brenna nie mogła podziwiać. Wręcz przeciwnie, opuściła wzrok, aby nie patrzeć, bo nie chciała widzieć momentu, w którym zapłoną ogniska. Nie miała zamiaru się do nich zbliżać, ale w świetle tego, co stało się choćby tego ranka, kiedy z Moną szykowały się na wesele, wcale nie była całkowicie pewna, czy to w ogóle wystarczy. I tak sobie pomyślała, że koniecznie musi znaleźć Norę – nie tylko po to, by się przywitać, ale też wcisnąć jej swoją różdżkę „bo wypada mi ciągle z kieszeni”. Oczywiście, że bez różdżki czuła się… jakby nagle straciła rękę, ale chyba wolała nie ryzykować, że wpadnie w jakąś wielką panikę na weselu, z różdżką w ręku. Bo jeszcze wyda się jej, że wujek Geraldine płonie i obleje go wodą, a okaże się, że ot zwidy nie przeszły do końca.


RE: [23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna - Ursula Lestrange - 16.10.2025

Nie musiałam się odzywać, Jennifer znała mnie już wystarczająco dobrze, by zrozumieć wszystko po jednym spojrzeniu, może po tym lekkim uniesieniu brwi, które wystarczało, by wyrazić całą moją opinię o kaprysach jej męża. Miała tę rzadką zdolność odczytywania niuansów, która przychodziła tylko z doświadczeniem i latami obecności wśród ludzi, dla których milczenie bywało bardziej wymowne niż jakakolwiek przemowa. Podziwiałam, z jaką elegancją potrafiła przymykać oko na to, czego nie dało się zmienić. W tym była prawdziwie arystokratyczna - nie w nazwisku, a w postawie.
Natomiast Yaxley senior… Trudno było go nie zauważyć. Nawet pośród tak wielu wysokich mężczyzn, jego obecność zdawała się ciąć powietrze, nie wysokością, a sposobem bycia i barwami, którymi się otulał - futra, pióra, te nieszczęsne zdobienia przy mankietach jej małżonka - wszystko razem dawało efekt tak krzykliwy, że aż miałam ochotę przymknąć oczy, ale oczywiście, nie zrobiłam tego. Jego córka wychodziła za mąż, miał prawo do swoich dziwactw. Utrzymanie twarzy w kamiennym spokoju to była sztuka, którą opanowałam dawno temu. Pani Yaxley westchnęła ledwo słyszalnie, a ja, chociaż nie spojrzałam na nią, czułam jej zrezygnowanie. Wiedziałam, że nie może nic zrobić, żadna z nas nie mogła.
Trzymałam plecy prosto, dłonie splecione elegancko na kolanach, jak przystało na osobę mojego pokroju. Obserwowałam ceremoniał z uważnym spokojem, ale pod tą maską coś we mnie drgnęło, gdy kapłan wspomniał o ziemi - przez ułamek sekundy miałam wrażenie, że otaczająca nas aura naprawdę odpowiadała na jego słowa. Nieczęsto pozwalałam sobie na poddanie się mistycyzmowi, ale dziś… Dziś ta strona natury była aż nazbyt obecna, niemal namacalna. Krople wody, powiew wiatru, drżenie płomieni… Czułam je wszystkimi zmysłami, z tą starą, niemal zapomnianą radością, że przyroda mogła jeszcze współdziałać z człowiekiem, zamiast go testować. Tak, była dziś wyjątkowo łaskawa.
Kiedy młodzi wymienili obrączki, poczułam dziwne ukłucie w piersi, nie wzruszenie - Morgano, broń - a raczej coś na kształt dumy pomieszanej z melancholią. Dawno nie widziałam tak czystego szczęścia. Welon uniósł się wysoko, niesiony przez wiatr. Symbolicznie, pięknie i…  Niebezpiecznie blisko granicy niedopuszczalnego chaosu. Zerknęłam kątem oka na Gerardine, gotowa ocenić, czy zareaguje. Nie zareagowała - i słusznie. Gerard podniósł się gwałtownie, co oczywiście wstrząsnęło rzędem siedzeń, ten mężczyzna zawsze był bardziej siłą niż wdziękiem. Odprowadziłam go spojrzeniem, jednak sama pozostałam nieporuszona na miejscu, obserwując. Nie każda rodzina potrafiła tak harmonijnie wpleść się w rytm dzikiej natury i pleneru, ale Yaxleyowie... Cóż, ich związki z ziemią i lasem były niemal namacalne. Niektórzy z nas woleli marmur, uporządkowaną zieleń i wodę, inni błoto, ogień i krew. Każdy miał swoje dziedzictwo - teraz mogliśmy zobaczyć część tego gospodarzy.
- Nie mogła być inna. - Odparłam cicho, z pełnym przekonaniem, przytaknąwszy jej ledwie zauważalnym ruchem głowy, Jennifer miała rację - ceremonia była piękna, ale takie piękno nigdy nie było przypadkowe - zawsze było wynikiem precyzji, planu i dyscypliny wielu różnych osób. Tak. Udało nam się. Nie było miejsca na przypadek, kiedy wszystko było tak doskonale ułożone, zwłaszcza w tak krótkim czasie. Ceremonia była… Doskonała. Rzadko używałam tego słowa, ale nawet kapłan istotnie potrafił poruszać, tchnąwszy życie w schematyczne, powtarzalne części wypowiedzi.
Geraldine, z tą pewnością w spojrzeniu odziedziczoną i po matce, i po ojcu, odpaliła ognisko strzałą. A kiedy Ambroise podniósł ją w ramionach, uśmiechnęłam się -  dyskretnie, z rezerwą, ale jednak. Był to gest tak pełen młodości i wiary w wieczność, że przez krótką chwilę poczułam ukłucie... Nie zazdrości, lecz świadomości upływu czasu. Pozwoliłam sobie na krótkie spojrzenie w stronę Jennifer, jej policzki zaróżowiły się od emocji, moje zapewne też, chociaż kobiety takie jak my nie mogły sobie pozwolić na prawdziwe wzruszenie, nie publicznie, lecz... Byłam zadowolona. Oto udało nam się, mimo tylu drobiazgów, mimo tylu... Upartych mężczyzn - o tak, szczególnie tych ostatnich.
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=vNIK0XS.jpeg[/inny avek]


RE: [23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna - Benjy Fenwick - 16.10.2025

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=ajo1bDK.jpeg[/inny avek]
Nie mogłem się powstrzymać od cichego parsknięcia. Sebastian był teatralny, pewny w każdym geście, ale z drugiej strony - coś w nim było. W tej jego manierze, w tym tonie głosu, który potrafił przebić się przez gwar i przyciągnąć uwagę nawet tych, którzy mieli do religii równie wiele zaufania, co ja do polityków. Nie mogłem odmówić mu zaangażowania - na pierwszy rzut oka, wierzył w każde swoje słowo, w każdy gest, a to było... Fascynujące, nawet jeśli trochę niebezpieczne. Człowiek, który za bardzo wierzy, potrafi przekroczyć granice szybciej niż ten, który nie wierzy wcale.
- Jeszli ćwiczył, to s całą pewnością w pełnym stloju litulgisznym. - Odparłem cicho, nie odrywając wzroku od kapłana. - S natchnieniem łatwiej, kiedy się samemu sobie podoba.
Patrzyłem na Macmillana, próbując dostrzec w nim choć cień autentyczności - może i wierzył w to, co mówił, a może po prostu lubił, jak na niego patrzono, gdy głosił prawdy o boskiej miłości i wspólnocie serc. Większość ludzi nie odróżniała jednego od drugiego. Co dziwniejsze - mi teraz również było odrobinę ciężko to zrobić.
Prawda była taka, że nie tylko religijne foldery i ja nigdy nie mieliśmy ze sobą po drodze. Cała religia nie była mi zbytnio w smak. Nie pamiętałem, żebym kiedykolwiek miał w rękach broszurę kowenu, więc gdy wspomniała o niej w ten sposób, z tym swoim półuśmiechem, uniosłem brew.
- Ostatnią, jaką widziałem, słuszyła komuś do lospalenia kominka. To szię chyba nie liczy. - Odpowiedziałem cicho, z tym stłumionym rozbawieniem, które potrafiło brzmieć niemal, jak znużenie.
Parsknąłem cicho na komentarz o połamanych przez Gerdę palcach Sebastiana. Nie znałem jej aż tak dobrze, ale znałem grono zawodowe łowców - delikatność nie była ich domeną. Kapłan tymczasem unosił dłonie, mówił o czystości, o jedności i płomieniach, które nie niszczą, a prowadzą, ale kiedy ziemia zaczęła lekko drżeć, przestałem się uśmiechać. Nie ze strachu, raczej z... Trudno było to nazwać. Rytuał żywiołów przyciągnął moją uwagę bardziej, niż chciałem to przyznać. Jeśli to była magia, to cholernie dobra, a jeśli nie - cóż, ktoś tu naprawdę miał znajomości wśród żywiołów.
- A bo ja wiem?
Spojrzałem w bok na Prudence, która wyglądała, jakby nie mogła oderwać wzroku od sceny. Nic dziwnego - cień Sebastiana tańczył po ołtarzu, wiatr wdarł się między rzędy gości, a potem, jakby dla podkreślenia całej tej symboliki, welon panny młodej odleciał w siną dal.
Dźwięk przesuwanego krzesła przywrócił moją uwagę do rzeczywistości. Niektórzy jeszcze chwilę spoglądali w niebo, inni już szukali w tym znaków, ale ja tylko odchyliłem się lekko, obserwując, jak Yaxley senior wstał i ruszył do ołtarza z łukiem. Prawdziwy obraz rodzinnej siły - od błogosławieństwa do uzbrojenia córki w broń dalekiego zasięgu. Kiedy wręczył ją córce, nie mogłem się powstrzymać od kiwnięcia głową i dalszego komentarza. Prue komentowała trafnie - oczywiście, że broń przez cały czas tam była. Bo czemu nie? Ślub bez potencjalnego elementu zagrożenia, to przecież nie był ślub, przynajmniej nie w tej rodzinie. Tradycja, jak mniemałem, mówiła, że każda panna młoda Yaxleyów powinna mieć coś starego, coś nowego i coś, czym może odstrzelić intruza.
- Nie wszyscy ojcowie oddają pannę młodą. Widzisz? - Nachyliłem się znowu, tym razem z wyraźnym rozbawieniem. - Ten, dla odmiany, pszekazuje jej alsenał. Nie byłbym zdziwiony, gdyby gdzieś za ołtaszem leszała jeszcze kusza, na wszelki wypadek.
Strzała pomknęła w powietrze, rozcinając przestrzeń z precyzją, której nie powstydziłby się zawodowy łucznik, i z impetem trafiła w przygotowany stos. Ogień w oddali buchnął wysoko, jasny, czysty, płomień wzbił się w górę, a  otoczenie - nawet to najbliższe - na moment rozświetliło złote światło. Ogień odbił się we włosach Geraldine, na twarzach Ambroise’a i kapłana, w dymie, który wciąż unosił się wokół, musiałem przyznać, że zrobiło to wrażenie. Uśmiechnąłem się lekko, prawie niezauważalnie.
- No i ploszę. Niektószy naplawdę lubią kończyś s pszytupem. Nie kaszdy ślub kończy szię usblojeniem męszatki, ale doceniam plaktyczne podejście. - Mruknąłem półgłosem, bardziej do siebie niż do niej, z tym cichym, znajomym cieniem ironii, który był moją najlepszą formą błogosławieństwa. Ogień buchał w górę, młodzi uśmiechnęli się do siebie, a Ambroise uniósł Geraldine w ramionach jak bohater z bajki, w której finał dopisano złotym atramentem. Ładnie, no.


RE: [23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna - Atreus Bulstrode - 16.10.2025

Chodziło mi o to co ty byś chciała, a nie twoja matka - odparł rozbawiony, bo mimo wszystko nie mógł się aż tak sprzeczać z tą logiką. Matki miały to do siebie, że bywały niezwykle przekonujące i im się zwyczajnie ulegało, czy to z miłości czy dla spokoju ducha. Atreus byłby zwyczajnym hipokrytą, gdyby jakoś poważniej do tego podszedł albo zaczął wywracać na jej słowa oczami.

Bultrode też przyzwyczajony był raczej do ceremonii odbywających się w czterech murach - czy to specjalnie przygotowanej do tego sali balowej czy zwyczajnie pośród kowenowych murów. Podziwianie krajobrazów było zazwyczaj dodatkową atrakcją, którą fundowali sobie sami goście - najczęściej przy tym pijani i wpadający na pomysł, że zwiedzanie ogrodów to najwspanialszy pomysł na świecie. Poruszenie w przyrodzie kojarzyło mu się jednak źle i na moment spiął się, gdy żywioły zdawały się odpowiadać na wzywania kapłana.

Porwanie welonu natomiast było ładne i malownicze, ale co Atreusowi przyszło do głowy to nie zachwyt, a odetchnięcie z ulgą że może dzięki temu państwo młodzi odpuszczą sobie rzucanie krawatem i welonem by skazać kolejnych nowożeńców.

A potem już się trochę obruszył, bo nie był pewien dlaczego w ogóle poczuła się w obowiązku mu to powiedzieć. Czy to znaczyło, że też miał spędzić nieco więcej czasu na ćwiczeniach? Czy to była jakaś sugestia? Obrócił głowę w jej stronę szybko, łapiąc ją mimowolnie za rękę, chyba w jakiejś chęci zwrócenia uwagi.
- Też cię tak mogę podnieść, wiesz? Chcesz? - zapytał cicho, pochylając się na moment do niej i ewidentnie zapominając na tyle, że nie skorzystał fal. Propozycja jednak była chyba poważna bo przez moment patrzył na nią, zanim odwrócił spojrzenie na nowo w stronę ołtarza, ale nie zabrał ręki.

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=f9JNGKH.png[/inny avek]


RE: [23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna - Brenna Longbottom - 16.10.2025

Brenna miała wrażenie, że gdyby Sebastian miał udzielać jej ślubu, w programie nie miałby wstęg, a dużą ilość poświęconej wody, i może jeszcze tak przy okazji odprawił jakiś egzorcyzm, tak na wszelki wypadek, bo w końcu i tak prawie nikt z gości nie wiedziałby, co mówi, jeśli zacząłby gadać po łacinie. Ewentualnie byłoby to specjalne błogosławieństwo dla pana młodego i modlitwa o spokój jego duszy. A może wszystko na raz? I pewnie nawet podzieliłaby się tymi przemyśleniami z Atreusem, gdyby akurat nie skupiła się na unikaniu patrzenia na ogniska – chociaż przy okazji zastanowiła się, czy strzelanie w tej sukni było bardzo niewygodne i czy Geraldine trenowała wcześniej w stroju ślubnym.
Cóż, Gerald przynajmniej nie musiał martwić się o to, jak jego córeczka poradzi sobie w małżeństwie. Ambroise może i mógł nosić ją na rękach, ale Brenna była właściwie pewna, że Ger w razie czego skopie mu tyłek. Ewentualnie ustrzeli, skoro ojciec wręczył jej łuk.
Mówiłam, że może mieć kuszę? To wprawdzie łuk, ale blisko, widać broń miotana to nieodłączona część akcesoriów ślubnych Yaxleyów. Może stworzą nowe trendy weselne? – rzuciła jeszcze, chociaż wciąż nie patrzyła ku ogniskom. Z wewnętrznym westchnieniem pełnym rezygnacji pomyślała, że mimo niedawnej wizyty u hipnotyzera, pewnie powinna Atreusowi zaraz po ceremonii wspomnieć, że woli trzymać się od nich z daleka – jakoś do tej pory, kiedy na siebie wpadali, ognia nie było w pobliżu i nie spodziewała się tutaj spektakularnych popisów tego typu. Jakiegoś ogniska, owszem, ale nie zapalania ich w ten sposób, a kto wie, co Yaxleyowie jeszcze planowali?
Kiedy chwycił ją za rękę, splotła ich palce, zwracając ku niemu spojrzenie, chwilę wcześniej skierowane nie w ziemię wprawdzie, ale gdzieś w plecy osób przed nimi.
– Co, tak przy ludziach? – odparła cicho, z pewnym rozbawieniem, gdy do niej dotarło, że chyba właśnie uznał, że podziwianie kondycji Ambroise to jakiś przytyk. – Przecież wiem. Wrzuciłeś mnie do jeziora – przypomniała. Ewidentnie nie miał wtedy problemów z podniesieniem jej.

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=mlTlt0U.png[/inny avek]


RE: [23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna - Prudence Fenwick - 16.10.2025

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=j0bGEtb.png[/inny avek]

Zachichotała cicho, bo niestety wyobraziła sobie Sebastiana, w tym jego pełnym wdzianku stojącego przed lustrem, ćwiczącego swoją przemowę we własnym mieszkaniu (tak naprawdę jej myśli zaczęły brnąć dalej, czy miał własne mieszkanie, czy kapłani mieszkali gdzieś w kowenie? tak dużo pytań, tak mało odpowiedzi). Dosyć szybko jednak na jej twarzy znowu pojawiła się powaga, chociaż wcale nie tak łatwo było utrzymać jej ten stan. Nie w towarzystwie Benjy'ego, który rzucał takimi trafnymi komentarzami.

- Zapewne tak jest, chociaż mam wrażenie, że ten kapłan i bez tego czuje się ze sobą bardzo pewnie. - Być może był bardzo charyzmatyczny, zdarzały się i takie osoby, albo faktycznie obdarzony jakimś darem, który powodował, że umiał mówić językiem Matki. Bletchley nie do końca wiedziała, jak to działa, nigdy nie interesowała się specjalnie sprawami kowenu, kaznodziejów, no ogólnie wiary. Była człowiekiem nauki, uważała, że wiedza jest bardziej przydatna od wiary, to ona mogła być realną pomocą, a nie modły do różnych bytów. Kiedy przychodziło do radzenia sobie z prawdziwymi problemami, to musieli liczyć tylko na siebie, a nie czekać na cuda, które mogły nigdy nie nadejść. Akurat co do tego miała bardzo mocno wyrobioną opinię. Widziała bowiem wiele sytuacji, które nigdy nie powinni się wydarzyć, gdyby istniała jakaś siła wyższa, to chyba nie dopuszczałaby do tego, aby ginęły dzieci, czy niewinne rodziny, ale nie był to moment na takie rozważania.

Naprawdę starała się tłumić śmiech, jednak wychodziło jej to bardzo pokracznie. Parsknęła cicho, starając się udawać, że to był kaszel. Oczy jej jednak błyszczały i na pewno widać było po Prue, że wyjątkowo dobrze bawi się podczas tej ceremonii.

- Czy ja wiem, chociaż jeśli Ty nie miałeś jej w rękach, tylko ktoś inny, to się nie liczy, faktycznie. - Wychodziło więc na to, by zakutalizowali nieco swoją wiedzę na temat ulotek kowenowych, bo nie należała ona do tych najbardziej świeżych, chociaż, czy aby na pewno było im to do czegoś potrzebne?

- Najwyraźniej będziemy musieli pogodzić się z niewiedzą. - Nie, żeby ją to jakoś szczególnie ciekawiło, chociaż może trochę? Gdyby kapłan korzystał z magii, to zapewne pozostałyby po niej jakieś ślady, może sprawdzając otoczenie mogliby to zweryfikować. Tylko, czy naprawdę to była sprawa warta uwagi? Nie do końca miała co do tego pewność.

- Widzę, to dosyć zaskakujące. - Powstrzymała się przed tym, żeby uznać to za straszne, broń na ślubie, wyciągnięta przy wszystkich, gotowa do użycia. No, był to raczej niecodzienny widok, nie wydawało jej się jednak, aby wzbudzał kontrowersje. Być może w niektórych kręgach było to całkiem normalne... tych bardziej jej obcych.

- Swoją drogą ten ojciec też wydaje się bardzo specyficzny. - Taki dumny, kolorowo ubrany, Bletchley nie do końca znała zwyczaje Yaxleyów, więc to też było dla niej raczej nietypowe. - Nie zrobią jednak nikomu krzywdy przy tych wszystkich ludziach, prawda? - Zapytała jeszcze, chociaż nie wydawało jej się, aby ktokolwiek był taki nieodpowiedzialny. Na pewno wiedzieli, co robią, chociaż dla niej łowcy byli zdecydowanie bardzo obcą społecznością.

- Nie każdy... chyba mało który, podejrzewam, że pod sukienką też ma ukrytą jakąś broń. - Jakoś łatwo przyszło jej wyobrażenie sobie tego, nie powinno to być jednak zadziwiające po tym pokazie, który przed chwilą został im zaprezentowany.

Otworzyła szerzej oczy, gdy zobaczyła, że Ambroise wziął swoją żonę na ręce. Musiał mieć sporo krzepy, nie, żeby miała coś do tego, jak wyglądała panna młoda, ale patrząc na to tylko praktycznie to wcale nie wydawało się takie proste, zważając na jej sylwetkę, wzrost i całą resztę. - Oby się nie potknął. - Powiedziała jeszcze cicho, wcale nie życząc im źle, po prostu naprawdę miała nadzieję, że nie zrobią sobie krzywdy tymi akrobacjami.




RE: [23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna - Roselyn Greengrass - 16.10.2025

[inny avek]https://i.pinimg.com/736x/a1/6c/47/a16c4790fb064767d3ed2911905d2775.jpg[/inny avek]

Wkurwiam Antka, siedzimy w 1 rzędzie i gapimy się na parę młodą

Z zaskoczeniem zauważyła, że oprócz rodziny nie znała tu większości osób. Nie... Nie znała w sumie prawie nikogo. Chociaż rozejrzała się niezbyt dokładnie, bo prawdę mówiąc najwięcej jej uwagi miał brat i jego za-chwilę-małżonka. Obserwowała, jak każdy z nestorów i nestorek poszczególnych rodów wiąże na dłoniach pary młodej wstęgi. Wyczuła drżenie podłoża, wyczuła zmianę w otoczeniu, aż zmrużyła oczy. Nie to, że jej się to nie podobało, lecz w świetle ostatnich wydarzeń było to co najmniej niepokojące. Roselyn spojrzała na Borgina i zacisnęła mocniej palce na jego dłoni, jakby wciąż się bała.

Bo się bała. Pamiętała to, co się stało w Kniei. Pamiętała to, co się stało w Londynie. Nic nie zostało rozwiązane, a drżenie ziemi i powietrza, ten wiatr, sprawił że opuściła lekko głowę i pobladła. To jednak nie było nic niebezpiecznego, więc odetchnęła z ulgą. Wiatr rozwiał jej włosy, które musiała przytrzymać, żeby nie wplątały się w szminkę oraz pomalowane rzęsy. Jej fryzura! Zmrużyła nieco oczy, ale nie skomentowała tego nawet w myślach. To jakaś sztuczka, żeby nikt nie przyćmił panny młodej? Przecież to było niepotrzebne, Yaxley wyglądała pięknie, żadna inna panna nie mogła się z nią równać. Albo to przodkowie uznawali ten związek małżeński. Poczuła ból w sercu, na myśl o Dębach, które stały same, samotne, otoczone widmami. Jej wzrok podążył za strzałą, posłaną przez Geraldine. Ogień zapłonął, a ona odetchnęła. Nic im nie groziło. Rozluźniła się nieco - zdecydowanie potrzebowała się napić.
- Pójdziemy potem zapalić i się czegoś napić, dobrze? - szepnęła do Anthony'ego cichutko, nie chcąc by ktokolwiek inny usłyszał jej słowa.