Secrets of London
[23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Wyspy Brytyjskie (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=125)
+--- Dział: Walia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=126)
+---- Dział: Snowdonia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=132)
+---- Wątek: [23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna (/showthread.php?tid=5189)

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21


RE: [23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna - Charlotte Kelly - 16.10.2025

Nie czuł tego zapachu. Nie czuł go! Charlotte spojrzała na Jonathana niemal oskarżycielsko, ale zaraz jej mina zaczęła wyrażać coś na kształt zadumy. Bo gdy rozejrzała się, nie dostrzegła nikogo, kto zdawałby się wyczuwać tę paskudną woń. Jasne, mogliby udawać z grzeczności, aby nie psuć wesela, ale przecież ktoś poza nią musiałby rozpoznawać woń czarnej magii.
Gdy inni podziwiali ogień, ziemię, wodę, a wiatr zawiał, psując niejedną fryzurę – oczywiście nie tę Charlotte, bo fryzura Charlotte zawsze była idealna – ona zmarszczyła brwi, zastanawiając się, czy to jakiś duch nie płata jej figli. Czasem się jej to zdarzało: potrafiła je wywoływać, w Departamencie Tajemnic miała do czynienia z bardzo wieloma dziwnymi rzeczami, być może więc coś przywlekło się tutaj za nią?
Ale te kroki…
I jakaś część jej podpowiadała, że oto on. Ten, którego imienia nie była już w stanie wymówić, bo gdy próbowała, sylaby nie układały się na języku, w gardle powstawała dziwna gula, a ona odczuwała ukłucie strachu. Charlotte nie była do tego przyzwyczajona. Nie dlatego, że była jakoś niesamowicie odważna, lecz dlatego, że jej emocje zawsze pracowały inaczej niż u innych ludzi, zazwyczaj nie tak intensywne. I bo była zwyczajnie zbyt pyszna, aby łatwo uznać, że coś stanowi zagrożenie.
A jednak teraz lęk rodził się gdzieś w żołądku. Inni mówili, że źródłem takich odczuć jest serce, ale Charlie, jeśli je odczuwała, to w okolicach żołądka i śledziony – może po prostu tak naprawdę nie miała serca.
Obejrzała się, pewna, ze ujrzy złowrogą postać w ciemnym płaszczu, ale było tylko mnóstwo czarodziejów w kolorowych szatach. I gdy słysząc kolejne kroki spojrzała ku ołtarzowi, okazało się, że tym razem to Gerald Yaxley, podający jedynej córce łuk.
Ale to nie było zwykłe złudzenie.
Charlotte mimowolnie złapała Jonathana za ramię. Nieco zbyt mocno, wbijając mu w koszulę swoje idealnie pomalowane paznokcie.
– Kiedy już ją wyniesie, będę musiała iść przypudrować nosek – wymruczała cicho, niby to spokojnie, chociaż miotały nią teraz niepokój oraz jakiś gniew. Czy w tym lesie naprawdę krył się jakiś czarnoksiężnik? Albo złośliwy duch, płatający jej figle? Już ona ich znajdzie!!!
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=VyhHUFF.jpeg[/inny avek]


RE: [23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna - Geraldine Greengrass-Yaxley - 16.10.2025

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=GnwNBQz.jpeg[/inny avek]

Geraldine nie przejęła się specjalnie welonem odfruwającym w siną dal, nigdy nie przykładała szczególnej wagi do tego, jak się prezentowała. Zapewne powinna spojrzeć na matkę i ciocię Ulę, jednak tego nie zrobiła, wierzyła, że zrozumieją, że nie zależało to od niej, no i do tego była aktualnie nieco zajęta... normalnie pewnie nie miałaby problemu ze złapaniem go w locie, ale właśnie pieczętowała swój własny związek małżeński pocałunkiem. Musiały jej to wybaczyć.

Później wszystko wydarzyło się jeszcze szybciej niż wcześniej (o ile w ogóle to było możliwe), ojciec, łuk, strzała, szybkie podpalenie stosu, które zakończyło się płonącym ogniskiem. Nie mogło być inaczej, czyż nie? Do tego właśnie była stworzona, podczas tej całej ceremonii to był moment, w którym czuła się najpewniej, jej mięśnie reagowały odruchowo, były wyuczone precyzji, w końcu Geraldine od najmłodszych lat biegała po lasach z łukiem w ręce.

Gdy wypełniła swoją powinność, Roise podszedł do niej i wziął ją na ręce. Udało mu się to całkiem zgrabnie, chociaż Geraldine miała świadomość, że nie należała do najlżejszych osób, była kupą mięśni, na co miał wpływ jej tryb życia. Uśmiechnęła się w końcu szczerze, od ucha do ucha, nie wydawało jej się, aby ktoś w tej chwili zamierzał analizować wyraz jej twarzy. Nie miała pojęcia dokąd zmierzają, ale to chyba nie było istotne, grunt, że Ambroise wiedział dokąd ją prowadził i robił to naprawdę pewnie.

Muzyka zaczynała docierać do jej uszu, już za chwilę zaczną biesiadę, tańce - to co wydawało się akurat jej tą ważniejszą częścią uroczystości. Nie mogła się doczekać, aż zaczną świętować z bliskimi. Czuła, że to będzie naprawdę magiczne, w końcu będą wspólnotą, rodziną, tym czego zawsze pragnęła. Tym bardziej, że ich najbliżsi wydawali się być bardzo zadowoleni z tego, że wreszcie stanęli razem na ołtarzu. Uświadomiła sobie, że już nie jest panną Yaxley, stała się żoną Ambroise'a jednak ta myśl zupełnie jej nie niepokoiła, raczej przynosiła spokój, wiedziała, że znalazła się na właściwym miejscu.

Objęła męża za szyję, aby nie daj Morgano nie pozwolić sobie wymknąć się z jego ramion, jeszcze tego by brakowało, żeby zaliczyła spektakularny upadek przed tymi wszystkimi ludźmi. - Dokąd zmierzamy, mężu. - Szepnęła mu na ucho.

Nadal, nieszczególnie zwracała uwagę na otoczenie, wtulała się w Greengrassa, który stanowił wyjątkowo dobrą tarczę przed całym otoczeniem, zupełnie nie czuła tego, że w ich stronę były skierowane niemalże wszystkie spojrzenia gości. Wydawało jej się, że to był ten moment, w którym powinni załatwić te najmniej przyjemne sprawy, podpisać jakieś oficjalne dokumenty? Merlin jeden tak naprawdę wiedział co, na szczęście to Roise dowodził, on pewnie wiedział co mają robić, jak zawsze był do wszystkiego przygotowany, w przeciwieństwie do niej. Zdecydowanie się pod tym względem uzupełniali, co ona by właściwie bez niego zrobiła?




RE: [23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna - Cliodna - 16.10.2025

[inny avek]https://gudejko.pl/wp-content/uploads/2021/10/wolszczak_grazyna_04_cpx1.jpg[/inny avek]

Podczas tak pięknej ceremonii zapewne najbardziej emocjonalnie silny osobnik miałby problem z utrzymaniem swoich odczuć na wodzy. Miała wrażenie, że widziała łzę w oku Gerarda, a to nie zdarzało się zbyt często. Ślub jedynej córki jednak był wyjątkowym wydarzeniem, które mogło poruszyć najbardziej skamieniałe i obojętne serca. Zresztą Jennifer wiedziała o tym, że Gerard miał do swojej jedynej żeńskiej potomkini wyjątkowy sentyment, z czym nie do końca mogła się pogodzić. Od lat toczyli spory o ścieżkę, jaką podążała ich córka, tak właściwie to był jedyny bodziec, który powodował między nimi konflikty. Zdecydowanie mieli różne wyobrażenia na temat tego, jak będzie wyglądała przyszłość Geraldine.

W tej chwili jednak te różnice wydawały się nie istnieć. Jennifer mogła być spokojna. Prawda, dość późno doszło do ślubu, jej córka mogła zostać uznana za starą pannę, jednak ten problem się rozwiązał dzięki Greengrassowi. Swoja drogą polubiła go już podczas ich pierwszego spotkania, kiedy to zaczął pełnić rolę ich rodzinnego uzdrowiciela, nie sądziła, że skończy jako ich zięć, ale nie mogła sobie wyobrazić lepszego zakończenia tej historii. Od początku wspominała mu o tym, że mają córkę, która mieszka w Londynie i z którą musi się zapoznać, w końcu stanęło na jej. Była w tej chwili z tego okropnie dumna, jakby to, że w końcu znaleźli się na ołtarzu było tylko i wyłącznie jej zasługą. Oczywiście, że przez lata próbowała ich ze sobą zeswatać, nie ma co się dziwić, że uważała to za swój własny sukces.

Ambroise w końcu uniósł Geraldine, Jennifer przyglądała się temu z pewną rezerwą, oczywiście, gest całkiem uroczy, ale nie mogła mieć pewności, że uda mu się ją stąd zgrabnie wynieść. Cóż, jej córka nie była typową panną z dobrego domu, nie była drobna i krucha, zdecydowanie przejęła sporą część genów Yaxleyów, co od wzbudzało w Jen raczej irytację. Wolałaby jednak, aby Geraldine była kimś zupełnie innym, niestety nie do końca miała na to wpływ.

- To prawda, nie kiedy takie osoby jak my czuwały nad wszystkim. - Odpowiedziała jeszcze Ursuli, która okazała się być naprawdę wspaniałą towarzyszką podczas ceremonii. Dobrze było mieć koło siebie kogoś równie świadomego, nie mogła odmówić tej kobiecie klasy, zresztą polubiła ją jeszcze bardziej, kiedy zaczęły ze sobą knuć plany związane z weselem. Nie spodziewała się nawet, że ta współpraca będzie przebiegać, aż tak zgodnie, a jednak właśnie tak się stało.




RE: [23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna - Ambroise Greengrass-Yaxley - 17.10.2025

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=DSWD0mD.jpeg[/inny avek]
Ambroise był spokojny i wyjątkowo szczęśliwy, nawet nie próbując tego ukryć. Właściwie...
...był nawet zaskakująco spokojny, jak na kogoś, kto właśnie stanął na ołtarzu i pocałunkiem przypieczętował własne małżeństwo. Może dlatego, że nie czuł w tej chwili ani cienia wątpliwości. Każdy ruch, każdy oddech, każde spojrzenie Geraldine było potwierdzeniem, że to wszystko miało sens.
Gdy wreszcie wymienił się obrączkami z ukochaną, składając pocałunek na ustach dziewczyny, już nawet nie próbował łudzić się, że będzie w stanie żywo opowiadać o wszystkich swoich wspomnieniach z tego dnia. Abstrahując od tego, że Ambroise nie był zbyt wylewny w stosunku do większości ludzi, cała ceremonia była dla niego po prostu wyłącznie zlepkiem scen i obrazów. Momentami wyraźnych, czasami zaś zamglonych, jednak nieodmiennie wyjątkowo barwnych. To był niezaprzeczalny fakt.
Obserwował jak wiatr porywa welon jego świeżo poślubionej żony i jak płomień zapalonej strzały moment później oświetla jej twarz. Tak, nie wyglądała przy tym jak typowa panna młoda, ale czy musiała tak wyglądać? Nie. Rina zawsze była sobą. Nie dbała o zbędne pozory, nie przejmowała się oczekiwaniami, robiła to, co uważała za właściwe. I właśnie to w niej kochał.
Kiedy podszedł do niej, by wziąć ją w ramiona, nie zrobił tego dla efektu. Zrobił to z czystej potrzeby. Wiedział, że Geraldine nie była typem kobiety, którą należało nosić na rękach. Była silna, samowystarczalna, urodzona do aktywności fizycznej. Gdy oplotła jego szyję ramionami i pozwoliła mu to zrobić, wiedział, że to był gest zaufania, nie poddaństwa. Cenił to, nawet jeśli w tym momencie wyłącznie rozbłysły mu oczy. Nie zamierzał komentować tego na głos. Raczej oboje wiedzieli, że doceniał pozwolenie mu (tak, dokładnie: pozwolenie, nawet jeśli nie uważał się za pantofla) na przyjęcie tradycyjnej roli.
Trzymał ją pewnie, choć czuł ciężar jej ciała. Był on jednak wyjątkowo przyjemny.
Ostatnie lato nie było dla niego najbardziej łaskawe. Trudno byłoby także stwierdzić, że poprzedzająca je wiosna była znacznie łatwiejsza. Tak właściwie, Ambroise miał naprawdę cholernie trudne półtora roku, teraz może już nawet blisko dwa lata, o których istnieniu najchętniej chciałby zapomnieć. Niestety, nie było to zbytnio możliwe. Zwłaszcza wtedy, gdy jeszcze trwało, przed początkiem września, kiedy jego zła passa zdawała się wyłącznie narastać, nie słabnąć...
...no cóż, jego własna detaliczna pamięć zdawała się go wręcz zaskakiwać. Poza pracą uzdrowiciela, nie miał zbyt wielu innych, pokrzepiających go zajęć. Jeszcze za dnia był w stanie wypełnić sobie czas wolny aktywnością związaną z rodzinnymi szklarniami i pracami ogrodowymi. Nocami natomiast mierzył się z bezsennością, która motywowała go do wykonywania naprawdę wielu osobliwych zajęć. Zwiększona aktywność fizyczna nie była najciekawszym z nich, lecz z pewnością figurowała bardzo wysoko na liście jego wyborów. Bywało, że wychodził na zewnątrz, żeby poobcować z naturą. Bywało, że zapędzał się w lepsze lub gorsze strony miejskiego życia. Albo po prostu wyładowywał energię w domu. Przy jednoczesnej ciągłej pracy w ruchu, nie szło odmówić mu krzepy, choć z wielu różnych względów nie był aż tak sprawny jak lwia część obecnych tu osób.
Liczył jednak, że nie zbłaźni się przy tak pozornie zwyczajnej czynności, jaką było uniesienie świeżo poślubionej przez niego kobiety i zrobienie kilku kroków. Z wiadomych względów, niezbyt odległych i wymagających. Geraldine nie była kruszyną, szczególnie teraz, miał tego pełną świadomość. Nie bez powodu testował to parokrotnie przed ceremonią. Z mniejszym lub większym wdziękiem, raczej stawiając na pozostanie w ruchu, aniżeli na eleganckie pozowanie w przyjętej pozie.
Nawet jeśli jego małżonka zgrabnie zareagowała na ruch, obejmując go za szyję i przylegając do niego swym ciałem. Uśmiechnął się wyraźniej, zdecydowanie szerzej i szczerzej niż zwykle w obecności aż tak wielu osób, czując ciepło bijące od dziewczyny, zapach jej włosów i...
...całe szczęście, brak welonu wciśniętego mu w twarz, który w innym wypadku z pewnością spróbowałby go udusić. Matka chyba rzeczywiście postanowiła im błogosławić. I to na wiele różnych sposobów.
Czując ciepły oddech na swoim uchu, odruchowo jeszcze bardziej przekrzywił głowę, unosząc przy tym kącik ust na wyjątkowo przyjemne brzmienie tego konkretnego słowa. Mąż. Tak. Wyjątkowo mu to pasowało, nawet jeśli niegdyś w życiu nie pomyślałby o podobnej przyszłości. Chciał, naprawdę chciał wierzyć, że życie nareszcie zaczęło im się układać.
Nie odpowiedział od razu. Prawdę mówiąc, wcale nie chciał postępować teraz racjonalnie, zgodnie z tym wszystkim, co powinno być następnymi krokami, jakie mieli do wykonania. Tego dnia jego rzekomy realistyczny umysł wydawał się działać w zwolnionym tempie, jakby próbował nadążyć za czymś, co wymykało się jego zwyczajowej logice. Patrzył na Geraldine trzymaną ramionach, jej oddech mieszał się z dźwiękami muzyki i szeptami gości. Nie interesowały go spojrzenia gości, formalności, ani nawet fakt, że welon Geraldine zniknął gdzieś w oddali, wzbudzając zawód w kilku pannach z jego rodziny, które spodziewały się łapać biały woal podczas oczepin.
Wiedział tylko, że trzyma w ramionach kobietę, która była jego początkiem i końcem. Wszystko inne przestało mieć znaczenie. Zastanawiał się przez krótką chwilę, czy faktycznie może nie powinni spróbować w jakiś wymknąć się z ceremonii, zgodnie ze swoim częstym postępowaniem. Co prawda, jeszcze nigdy nie byli w centrum uwagi, zawsze mogli tak po prostu uciec przed cudzym wzrokiem. Teraz mogło być to dosyć trudne, ale...
- Gdybym ci powiedział, że planuję porwanie własnej żony tuż po ślubie, ale jeszcze przed weselem, uznałabyś to za lekkomyślność czy przejaw rozsądku? - Mruknął bardzo cicho, korzystając z osłony dźwięków, aby szepnąć odpowiedź, zanim jeszcze ktokolwiek zdążył do nich dołączyć.
Wystarczyło jedno słowo, czyż nie? Nawet jeśli nie miało paść, bo ta opcja nie wchodziła w grę, teraz pozwolił sobie po prostu być szczęśliwym. Przynajmniej jeszcze na kilka sekund, zanim ta odrobinę bardziej racjonalna część umysłu Ambroisa nie postanowiła przywrócić go do rzeczywistości.
Tak. Mieli mieć jeszcze całkiem sporo czasu, aby rozkoszować się wspólnym szczęściem, wzajemną obecnością czy dotykiem. Być może nie do końca był to początek ich historii. Ciężko byłoby to określić w taki sposób przy wieloletnim stażu, jaki zdążyli osiągnąć przez cały razem spędzony czas. Jednakże z pewnością nie był to też koniec. Nie, to nie było ich szczęśliwe zakończenie. Zdecydowanie wolał uznawać to za coś w rodzaju wstępu do dalszych rozdziałów historii. Wpierw jednak musieli jeszcze przetrwać kilka godzin...
...dni...
...no. A potem...
...przedtem były jednak te nieszczęsne następne minuty tego, co należało robić. Niezbyt mocno, choć raczej dostrzegalnie dla właściwych osób, uniósł więc podbródek, po czym skierował wzrok na Millie i Corneliusa, nieznacznie poruszając głową w kierunku niewielkiego namiotu ustawionego przy linii drzew niedaleko ołtarza. Moment później przeniósł spojrzenie z twarzy obojga świadków na kapłana, do którego tym razem pokiwał góra-dół, trochę mniej porozumiewawczo, jednocześnie przełykając ślinę.
- Możemy? - Spytał, nawet jeśli w głębi duszy wcale nie pogniewałby się na jakieś dogodne możemy, ale załatwić to później.
Niestety, w tym wypadku był raczej realistą, toteż nie spodziewał się (kolejnych?) cudów. Wiedział, że ceremonia ceremonią, modły do Matki modłami do Matki, ale mieli jeszcze trochę papierologii do załatwienia i tu nie pozostawało im nic innego niż mieć to jak najszybciej za sobą. Całe szczęście, większość dokumentów była już wypełniona (na szczęście nie przez niego, bo z jego zniecierpliwionym, niestarannym pismem mogłoby to być dosyć ciekawe do późniejszego rozszyfrowania), więc pozostało im tylko złożyć kilka podpisów. Później mogli już przejść do bardziej rozrywkowej części celebracji.
Tymczasem w tej chwili zamierzał przepuścić Sebastiana przodem, poprawiając trochę chwyt i ruchem ręki sugerując Geraldine, by przytrzymała się go mocniej za szyję. A następnie ruszyć we właściwym kierunku, licząc na to, że świadkowie podażą za nimi. Z całym szacunkiem dla pełnionej przez nich roli i ich jako bliskich ludzi, nie zamierzał bowiem czekać aż to oni podażą pierwsi. Raczej wszyscy wiedzieli, dlaczego. Może nie był chucherkiem, miał naprawdę niezłą krzepę, ale zbyt długie popisy w garniturze i przy wszystkich pozostałych warunkach nie miały raczej skończyć się zbyt dobrze dla jego krzyża. Nie chciał dźwigać akurat tych konsekwencji. Zerknął przez ramię, jeszcze raz omiatając spojrzeniem rozjarzony stos i tańczące światła. Było dobrze. Miało być tylko lepiej.


RE: [23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna - Atreus Bulstrode - 17.10.2025

Atreus nie był pewien czy coś wiedział na temat wątpliwości Sebastiana do Brenny, ani też nie był pewien czy przypadkiem i do niego czegoś Macmillan nie miał. Ale pewnie gdyby tylko Longbottom podzieliła się z nim swoimi przemyśleniami to w odpowiedzi usłyszałaby, że zdecydowanie wesele z egzorcyzmem należałoby do tych z rodzaju niezapomnianych. Bójka? Banalne i wręcz oklepane, na weselach ludzie uwielbiali się bić, szczególnie po alkoholu, ale prawdziwe wypędzanie ducha? To dopiero była nietuzinkowa rozrywka.

Coś tam mruknął pod nosem na te trendy weselne, bo niezbyt mu się widziało chodzenie po weselach z łukami i kuszami. Może się trochę obawiał, że za samym strzelaniem by rozpalać ogniska, ktoś faktycznie każe im łazić po krzakach i łowić zwierzynę.

Brenna miała tez chyba szczęście, że skoro bała się ognia, to znajdowali się właśnie w sytuacji gdzie nie wypadało palić, bo pewnie już dawno sięgałby po papierosa. Głównie z nudów. Te nadęte ceremoniały nigdy nie były dla niego przesadnie łatwe do wysiedzenia czy siedzenia cicho, więc wyraźnie ucieszył się kiedy para powoli zaczęła się zbierać sprzed ołtarza.

Pff - wywrócił na nią oczami, bo przecież wcale nie chodziło o jakiś przytyk. - Co przy ludziach? Przecież bym cię nie rzucał jak szmacianą lalką ani do wody, to co za różnica. Ale wspaniałomyślnie tego nie zrobię, skoro tak bardzo się wstydzisz, bo jeszcze by para młoda była niezadowolona - odparł niby to żartobliwie, ale chyba trochę wciąż był obruszony. Bardziej swoją reakcją jak jej słowami, tak po prawdzie.

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=f9JNGKH.png[/inny avek]


RE: [23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna - Cornelius Lestrange - 17.10.2025

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=oUa4qIK.jpeg[/inny avek]

Cornelius patrzył na ceremonię bez widocznego nadmiaru emocji, a jednak z czymś, co można by nazwać skupioną czujnością, wyglądał przy tym tak, jakby był elementem całego otoczenia, nie dodatkiem, nie przypadkowym gościem, lecz częścią kompozycji. Nawet jeśli dla postronnego obserwatora sprawiał wrażenie zesztywniałego, bardzo oficjalnie wyglądającego świadka, który jedynie cierpliwie stał na uboczu, w rzeczywistości był jednym z tych, którzy faktycznie trzymali ten dzień w ryzach, dlatego robił to, co robił i, wyjątkowo, jak na siebie, wtapiał się w tło ołtarza. Poprawił mankiet garnituru, czując jak wiatr przemyka między drzewami, poruszając lekko poły marynarki. Nie przepadał za nadmierną ekspresją, a już tym bardziej za ludźmi, którzy traktowali czyjś ślub, jak własną scenę teatralną,  dziś takich nie brakowało; wystarczyło rozejrzeć się po rzędach krzeseł, by dostrzec kilka uśmiechów zbyt szerokich, kilka sukni zbyt odważnych, kilka spojrzeń zbyt chciwie szukających światła i przestrzeni, której młoda para nawet jeszcze nie zdążyła w pełni zająć.

Cornelius westchnął cicho, dyskretnie, przymykając oczy i mrużąc je od promienia słońca odbijającego się od jednego z kieliszków w czyichś rękach, których gość nie odłożył po wypiciu powitalnego szampana. Oczywiście, nikt by nie śmiał przyznać, że przyszli tu dla towarzyskiego spektaklu, a jednak wszyscy wiedzieli, jak jest. Całe szczęście, wszystko potoczyło się swoim rytmem, Corio śledził przebieg ceremonii z uważnym, acz nieprzesadnie emocjonalnym zainteresowaniem. Kiedy kapłan uniósł głos, a słowa o pierwotnych siłach i żywiołach odbiły się echem w dolinie, Lestrange pozwolił sobie na krótkie, dyskretne rozejrzenie się po zgromadzonych. Większość słuchała z uwagą, inni szeptali, próbując niecierpliwie przewinąć czas do biesiady. Nic dziwnego, oficjalne części ślubów rzadko kiedy należały do ulubionych, nawet dla niego samego, chociaż mężczyzna miał pewną słabość do rytuałów, ich struktura i powtarzalność uspokajały go, dawały poczucie ładu, które tak często ginęło w życiu codziennym, zazwyczaj jednak nie lubił podobnych uroczystości. Były zbyt głośne, zbyt emocjonalne, zbyt nasycone sentymentalizmem, który obcy był jego naturze, ale tego dnia nie odczuwał znużenia. Może dlatego, że widok Ambroise’a i Geraldine - dwojga ludzi, którzy z pozoru nigdy nie powinni znaleźć wspólnego rytmu, ale on od samego początku widział, jak doskonale potrafili się dogadać, gdy tylko tego chcieli - był zaskakująco właściwy.

Macmillan przemawiał o żywiołach, o jedności i duchowym splocie sił, a Cornelius, choć nie był typem mistyka, przyłapał się na tym, że jego uwaga co jakiś czas uciekała od słów kapłana w stronę twarzy młodych i świadkowej. Widział, jak Roise zerkał na Geraldine, jakby wciąż upewniał się, że to wszystko dzieje się naprawdę. Nawet Lestrange, sceptyk w kwestiach uczuć, musiał przyznać, że ten moment miał w sobie coś takiego... Obserwował młodych, to, jak wymieniali przysięgi, w duchu musiał przyznać, że tworzyli zaskakująco spójną parę. Znał ich oboje od dawna, w bardzo różny sposób, i gdyby ktoś jeszcze kilka lat temu zasugerował mu, że ten dzień kiedykolwiek nadejdzie, zapewne odpowiedziałby uśmiechem podszytym sceptycyzmem. Nie przez brak wiary w związek przyjaciół, tylko przez świadomość, że niespecjalnie chcieli się palić do jego formalizacji, a jednak, stało się.

Gdy nadszedł moment wymiany obrączek, Cornelius ruszył o krok naprzód, bez zbędnej zwłoki wykonał swój obowiązek i przekazał obrączki, precyzyjnie, sprawnym ruchem, lecz z takim spokojem, jakby robił to po raz setny. Nie robił, tak właściwie, to był to jego pierwszy raz w takiej roli, ale nie zamierzał dać tego po sobie poznać. W chwili, gdy przekazywał pierścionki Ambroise’owi i Geraldine, nie towarzyszyły temu żadne przesadne gesty, jedynie krótki ruch dłoni, przytłumione „proszę”, które wystarczyło, by wyrazić wszystko, co należało. Był całkowicie skupiony na ceremonii, w rzeczywistości zaś w jego myślach panował zaskakujący spokój, taki, który zwykle towarzyszył ludziom mającym świadomość, że wszystko przebiegało zgodnie z planem, nawet jeśli planu nie układał on sam. Wiedział, że nie był to jego dzień, całe szczęście, on przeżył dwa swoje i niespecjalnie palił się ku trzeciemu, nawet jeśli jego myśli stosunkowo często uciekały ostatnio ku jednej, konkretnej osobie.

Nie mógł powstrzymać lekkiego uniesienia brwi, gdy w samym środku pocałunku wiatr porwał welon panny młodej i poniósł go ku niebu. Scena wyglądała jak wyjęta z jakiegoś romantycznego obrazu, co pewnie bardziej by docenił, gdyby nie to, że przez ułamek sekundy musiał odruchowo powstrzymać się przed ruchem. Wszystko wydarzyło się szybko, a jednak wydawało się rozciągnięte w czasie, welon uniósł się, zatańczył w powietrzu i poderwał w górę, sam z siebie postanowił zrezygnować z dalszego udziału w ceremonii. Cornelius uniósł lekko brew, śledząc spojrzeniem jego lot, zanim tkanina zniknęła gdzieś w szarości nieba. Widział w życiu zbyt wiele rzeczy, by wzruszać się ceremoniami, ale ten moment miał w sobie coś czystego, może to dlatego, że znał ich oboje od lat. Z Geraldine zetknął się tyle razy, ile wystarczyło, by zrozumieć, że jej determinacja nie była jedynie pozą, natomiast z Ambroise’em łączyła go jeszcze dłuższa bliskość, rozumiał jego sposób bycia, który od zawsze zdradzał, że jest człowiekiem czynu, nie deklaracji. Teraz oboje wyglądali tak, jakby wreszcie wszystko się ze sobą zgadzało.

- Nie, nie rozmazałaś się - choć zakładam, że w razie czego i tak byś to zignorowała - wyglądasz naprawdę elegancko. - Powiedział to spokojnie, bez flirtu, bez nadmiernej poufałości, ale ton jego głosu miał w sobie coś... Łagodnego, coś, co trudno było u niego wyczuć. Prawdopodobnie nieświadomie chciał ją uspokoić albo po prostu uznał, że ktoś w tym duecie powinien zachowywać spokój, sam nie do końca wiedział. Wtedy, dawno temu, była zbyt głośna, zbyt zadziorna, za bardzo „nie z ich świata”. Czas najwyraźniej niewiele w tej kwestii zmienił, choć dostrzegał różnicę - była dojrzalsza, ale wciąż miała ten błysk w oku, który zdradzał, że zaraz coś zrobi lub palnie. Tym razem nie umknęło mu, że chciała ratować welon, jednak z jakiegoś powodu się powstrzymała, co było chyba najlepszym rozwiązaniem. W każdym razie docenił jej starania, w tym chaosie emocji i spojrzeń, każdy, kto próbował wnieść trochę od siebie, był mu raczej sprzymierzeńcem.

Płomienie odbijały się w jego oczach, kiedy śledził ogień rozpalany przez pannę młodą, dźwięk łuku, świst strzały, trzask płonących gałęzi - wszystko to miało w sobie pewną surową harmonię, bardzo pasującą do oprawy uroczystości. A potem przyszedł moment, w którym Ambroise, już jako mąż, uniósł Geraldine na ręce i Cornelius odruchowo wyprostował się, nie mogąc powstrzymać lekkiego uśmiechu, wiedział, że to nie był gest na pokaz, zbyt dobrze znał Greengrassa, by przypuszczać, iż przyjaciel zrobiłby coś takiego z potrzeby publicznego uznania, w tym jednym ruchu było coś bardzo niewymuszonego, niemal intymnego, ciepłego i bez wymuszenia.

Kiedy Roise skinął mu głową, sugerując przejście do dalszej części, tej mniej uroczystej, bardziej praktycznej, Cornelius odpowiedział mu krótkim, potwierdzającym skinieniem. Wziął to za znak, więc obrócił się lekko w stronę Millie, gestem pozbawionym zbędnych słów oferując jej swoje ramię, żeby nie ryzykowali pierwszą tego wieczoru wywrotką na nierównościach.

- Chodźmy. - Powiedział cicho, wskazując jej drogę w stronę namiotu, w którym czekały dokumenty. Corio miał zamiar iść powoli, nieco z tyłu, pozwalając świeżo upieczonym małżonkom i kapłanowi zachować pierwszeństwo, wcześniej tylko, podążając za wzrokiem przyjaciela, raz jeszcze zerknął w stronę płonącego stosu i rozbłyskających płomieni. Lestrange musiał przyznać, że Snowdonia tego dnia była przepiękna, chłodny, górski wiatr przynosił ze sobą zapach wilgotnej ziemi i żywicy, a w powietrzu unosiło się coś, co przypominało spokój. Taki, który kazał człowiekowi stanąć na moment i zapomnieć, że świat na co dzień bywał paskudny.




RE: [23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna - Sebastian Macmillan - 17.10.2025

Gerard? Gerard... Gerard wolniej! Nie pozwólmy, żeby to się zamieniło powtórkę z sabatu Isobell. Kowen nie potrzebuje kolejnego skandalu. Matko przenajświętsza dopomóż swym wiernym sługom, modlił się Sebastian, obserwując z lekkim niepokojem, jak Gerard zbliża się do nich z łukiem w ręku. Starał się zachować kamienną twarz, chociaż mimowolnie cofnął się o te półtora kroku w tył. Nie żeby nie ufał Gerardowi - w końcu był czystej krwi Yaxleyem, a to jednak coś znaczyło - jednak obawiał się, że biorąc pod uwagę okoliczności mógłby zachować się jakoś nieprzewidzianie.

Kto wie, co też dostrzegł na niebie, gdy posłane ku Geraldine podmuchy wiaru wydarły jej welon, aby Pani Księżyca mogła zachować pamiątkę po tej uroczystości? Może był gotów strzelić w niebo, aby odzyskać własność córeczki? A może zobaczył w tym znaku sugestię, że Geraldine jednak nie powinna wychodzić za mąż i postanowił na oczach wszystkich definitywnie pozbyć się Greengrassa póki jeszcze była ku temu okazja? Na szczęście najgorsze przypuszczenia Macmillana nie doszły do skutku, bo starszy czarodziej jedynie przekazał łuk pannie młodej. Dopiero wtedy odetchnął z ulgą. Tak wewnętrznie, bo starał się zachować niewzruszony wyraz twarzy, jakby został uprzedzony i o tym elemencie uroczystości.

Pomimo tego, że wolał, aby łuk pozostał w rękach Geraldine niż Gerarda, tak mimowolnie odsunął się na bok, gdy kobieta zaczęła celować do jednego z ognisk. Jego skonfundowane spojrzenie na moment utkwiło w Millie, jakby chciał sprawdzić, czy jest jakkolwiek zaskoczona tym widokiem. Wprawdzie widok Yaxleyów z bronią nie był niczym dziwnym, jednak... Czy oni naprawdę musieli ją włączać wszędzie? Musieli się z nią tak obnosić? Na Matkę, przecież ona tak nawet paradowała po sabacie, przypomniał sobie kapłan, gdy z tyłu głowy zaświtały mu wspomnienia z festynu w Londynie. Czy Yaxley i wtedy nie wymachiwała czymś na scenie? Ugh, nie był pewny; docierały wówczas do niego głównie plotki, bo przecież obsługiwał główne stoisko.

A kiedy ognisko w końcu zapłonęło... Macmillan zamrugał. Czy mogli? Oczywiście, że mogli... Ruszyć dopełnić formalności! Doprawdy wzruszała go gotowość pana młodego do tego, aby wszystko załatwić jak najszybciej. Rytuał żywiołów rytuałem żywiołów, wymiana obrączek obrączkami, ale pewni smutni starsi kapłani w kowenie mogliby być bardzo niepocieszeni, gdyby do podpisania wymaganych dokumentów minęło te kilka dni lub tygodni. Kto wie, ile czasu para spędzi ciesząc się swoją unią? Sebastian wziął głęboki oddech i ruszył do przodu, obracając się tylko na moment do Greengrassa.

Oczywiście, zapraszam — oznajmił uśmiechając się mimowolnie, jakby sugestia Ambroża, że mogą odłożyć oficjalne sprawy na później w ogóle w grę. Śmieszni byli ci nowożeńcy. Tacy upojeni uczuciem, że byli gotowi nie przejmować się żadnymi procedurami, podpisaniem odpowiednich dokumentów, wpisaniem do ksiąg kowenowych. A przecież czekała ich cała góra papierzysk do podpisania. Na pewno będą się lepiej bawić niż oglądając oczepiny, pomyślał.

W drodze do bocznego namiotu mijali gości, Sebastian nie omieszkał ułożyć rąk jak do modlitwy, kiedy złapał jeszcze spojrzenie z Brenną. Kto wie, może Matka będzie dla niej łaskawsza, jeśli pomodli się za nią w ten piękny, piękny dzień?
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=lvsfhMe.png[/inny avek]


RE: [23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna - Ursula Lestrange - 18.10.2025

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=vNIK0XS.jpeg[/inny avek]
Podczas tak pięknej ceremonii zapewne nawet najbardziej powściągliwy i emocjonalnie zdystansowany człowiek miałby trudność, by zachować pełen spokój. Ja również, mimo lat wprawy w samokontroli, czułam, jak coś we mnie miękło, jakby ciepło, którego nie sposób było powstrzymać, przedzierało się przez warstwy ułożenia i opanowania, i chociaż nauczyłam się panować nad mimiką, gestem i tonem głosu, coś wewnątrz mnie drgnęło. Co ciekawe, wydawało mi się, że w oku samego Gerarda zalśniła łza, to z pewnością był widok tak rzadki, że niemal nierealny. Nie należał do mężczyzn, którzy pozwalali sobie na sentymenty, a jednak - ślub jedynej córki, najwidoczniej, potrafił skruszyć nawet najbardziej twardy kamień.
Wiedziałam z rozmów z Jennifer, jak trudne były ich relacje w kwestii Geraldine, oboje mieli w sobie zbyt dużo dumy, by ustąpić, on widział w córce kontynuację myśliwskiej tradycji rodu Yaxleyów, ona zaś chciała, by dziewczyna potrafiła żyć w świecie salonów, nie w lasach - po prawdzie mówiąc, popierałam ją w tym w pełni, ale w tej chwili wszystko to przestało mieć znaczenie. W cieniu ołtarza, przy akompaniamencie szumu drzew i oddechu ziemi, różnice rozmyły się, jak poranna mgła.
Uśmiechnęłam się subtelnie - tak, jak przystało na moment, który nie wymagał słów. Było w tym coś więcej niż próżna satysfakcja - coś, co można by nazwać wspólnotą. Wiedziałam, że Jennifer nieczęsto dopuszczała kogokolwiek z zewnątrz do spraw swojej rodziny, a jednak pozwoliła mi współuczestniczyć w tym wszystkim od początku, i musiałam przyznać - była wspaniałą współpracownicą, zdecydowaną, wymagającą, czasem nieprzejednaną, ale prawdziwą damą w każdym calu.
Widziałam teraz w jej oczach błysk satysfakcji - nie takiej, jaką niosła zwykła radość, lecz tej, którą dawał dobrze zrealizowany plan. Później drgnęła, niemal niezauważalnie, gdy młodzi zeszli z ołtarza, znałam to napięcie, połączenie dumy i troski, które tylko matki potrafiły tak zręcznie maskować - jej córka, chociaż piękna, nie była tą filigranową panną, jakiej zapewne pragnęła, Geraldine nosiła w sobie siłę Yaxleyów - ten sam ogień w spojrzeniu, tę samą zadziorność w postawie. Widziałam, jak Jennifer, z rezerwą i milczącą nadzieją, obserwowała, czy Ambroise poradzi sobie z ciężarem zarówno fizycznym, jak i symbolicznym. Uśmiechnęłam się do niej, gdy nasze spojrzenia znów się spotkały. Wiedziała, że dostrzegałam i podzielałam jej emocje, choć nie powiedziałam ani słowa. Zresztą między nami nie było potrzeby wielu słów. Poradził sobie znakomicie.
Odprowadziłam wzrokiem młodych, gdy kapłan wraz ze świadkami prowadził ich w stronę namiotu, w którym mieli dopełnić formalności - te, które zamieniały wzruszenie w rzeczywistość, a rytuał w obowiązek. Patrzyłam za nimi z pewnym spokojem, nieco nawet z dumą, jako ktoś, kto dopilnował, by wszystko odbyło się zgodnie z planem. Jennifer milczała przez chwilę, wpatrując się w tę samą stronę, z lekkim błyskiem w oku - dumy, wzruszenia, może też ulgi. Uśmiechnęłam się pod nosem, zwracając twarz ku niej. Pochyliłam się nieznacznie, tak, by nasze słowa nie uleciały dalej niż do naszych uszu, i zapytałam cicho, tonem, w którym zabrzmiała nuta ciekawości, może nawet rozbawienia:
- Jennifer… - Zaczęłam szeptem, który pozwalał na prywatność mimo szmeru rozmów wokół. - Wiesz, na czym stanęło z oficjalnymi dokumentami? Bo znając tych dwoje… To wcale nie tak oczywiste, kto postawił na swoim. - Spojrzałam na nią z ukosa, lekko unosząc brew. Geraldine potrafiła być nieustępliwa do granic absurdu, a jej mąż... Cóż, równie nieprzejednany w swoich racjach. Liczyłam, że jakimś cudem poszli na kompromis, nawet w czymś takim, ostatnio wydawało się to nawet prawdopodobne.


RE: [23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna - Benjy Fenwick - 18.10.2025

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=ajo1bDK.jpeg[/inny avek]
Nie mogłem powstrzymać uśmiechu, kiedy zachichotała. Ten dźwięk - miękki, stłumiony, trochę nie na miejscu - brzmiał jak coś, czego w tej chwili absolutnie nie powinno się usłyszeć, i może właśnie dlatego był tak przyjemny. Spojrzałem na nią kątem oka, kiedy walczyła sama ze sobą, by zachować powagę. Widok Prue próbującej wyglądać poważnie był jak obserwowanie kota, który udawał, że nie spadł przed chwilą z parapetu - niby próbowała zachowywać się dostojnie, ale zdradzały ją oczy.
Ceremonie tego typu miały to do siebie, że albo człowiek zapadał w stupor, albo szukał w nich drobnych absurdów, żeby przetrwać. Tym razem oboje postawiliśmy na to drugie, a ofiarą padł biedny kapłan Sebastian - obraz Macmillana stojącego przed lustrem w tym swoim kapłańskim stroju, recytującego z przejęciem własne kazanie, był zdecydowanie zbyt sugestywny. To była wizja, której nie dało się odzobaczyć, od razu widziałem go, jak poprawiał fałdę szaty, unosił ręce i ćwiczył ton - raz bardziej boski, raz bardziej dramatyczny. Pewnie miał cały repertuar min, idealny do przekonywania ludzi, że rozmawia z samą Matką.
- Och, nie wątpię, sze czuje szię pewnie. - Mruknąłem z lekkim rozbawieniem, nadal zerkając na Prue kątem oka. Parsknięcie, które udawała kaszel, zupełnie ją zdradziło, uśmiechnąłem się szerzej, ale nie powiedziałem nic - cieszyłem się, że naprawdę się bawiła, i nie miałem jej za złe tego sceptycyzmu do kowenowego mistycyzmu. Ba, podzielałem go - też widziałem zbyt wiele, żeby sądzić, że jakakolwiek siła wyższa na pełen etat zajmuje się losami ludzi. Czasem trzeba było po prostu przestać liczyć na cuda i samemu odwalić całą robotę.
- Pogodzenie się s niewiedzą to podstawa doblego zdlowia psychisznego. - Powiedziałem spokojnie, tonem kogoś, kto już dawno to przerobił, co - rzecz jasna - było bujdą, bo oboje zgadzaliśmy się, co do tego jednego, że nie byliśmy do końca normalni. - Inaczej skończysz jak ci wszyscy, któszy szukają sensu w kaszdym powiewie wiatlu. Wiedza o świętych bloszulach nie jest nam do szycia potszebna. Chyba sze planujesz zostaś misjonalką. - W jej spojrzeniu było coś takiego, że od razu wiedziałem, jak absurdalnie to zabrzmiało, ale nie mogłem się powstrzymać.
Kiedy Yaxley senior ruszył w stronę ołtarza z łukiem w ręku, uniosłem brwi, ponieważ rzadko kiedy śluby, nawet te elity, zawierały w sobie tak dostrzegalny element zbrojny. Jeszcze rzadziej - rozpalanie pierwszego, symbolicznego ogniska przebiegało w taki sposób. Prue również wyglądała na zaskoczoną, ale bardziej zafascynowaną niż zaniepokojoną, co było bardzo na plus.
- „Specyficzny” i „zaskakujące” to baldzo upszejme okleślenia. - Odparłem cicho. - Spokojnie, nie sądzę, szeby ktoś tu dziś obelwał. Chociasz... - Urwałem na moment, kiedy panna młoda dostała łuk do ręki. - Chociasz, znając ich, to pewnie lodzinny symbol miłości. Stszelasz, tlafiasz, pszywiąsujesz do dszewa, a potem kaszesz mu ściągaś sznuly zębami. Tladycja.
Nie musiałem patrzeć, żeby wiedzieć, że się uśmiechała, wiedziałem też, że walczyła ze sobą, żeby nie wybuchnąć śmiechem w tym miejscu, gdzie wszyscy wokół szeptali modlitwy i udawali świętych. „W zdrowiu i w chorobie, w bliznach i w cięciach” - tak, to brzmiało jak małżeństwo idealne.
- Pod sukienką, mówisz… No, to pszynajmniej młody nie będzie się nudził w noc poślubną.
Nie byłem człowiekiem, którego łatwo coś zaskakiwało, ale po chwili uniosłem brwi tak wysoko, że niemal dotknęły mi linii włosów. Panna młoda, owszem, była urocza w tym stroju, lecz raczej nie należała do tych, które można by nazwać „lekkimi w obsłudze”. Widziałem, jak mięśnie jego ramion napinają się pod materiałem, szczęka zaciska się z wysiłku, ale uśmiech wciąż pozostawał szeroki, triumfalny - wziął ją na ręce jak bohater romansu. Nie, nie czułem złośliwości, raczej coś w rodzaju zdziwionej fascynacji, bo naprawdę, po wszystkim, co już zobaczyłem w życiu to właśnie ten moment, w którym mężczyzna dźwiga swoją świeżo poślubioną żonę, która równie dobrze mogłaby dźwignąć jego, wydał mi się bardziej ryzykowny od strzelania z płonącej strzały do ogniska w oddali, a jednak wyszedł naprawdę elegancko. Ambroise jednak miał w sobie coś, co zawsze budziło we mnie mieszane uczucia - mimo całej tej kulturalnej aparycji, był twardy, cholernie silny. Miałem już okazję się o tym przekonać, ostatni raz całkiem niedawno, na sparingu. Nie wspominałem o tym z dumą, nie miałem powodu.
- Obyś nie wyklakała. - Powiedziałem półgłosem, kiedy Prue rzuciła to swoje „oby się nie potknął”. - Bo jak się potknie, to będziemy świadkami pielwszego weselnego pogszebu.
Nie dodałem jednak, że w duchu naprawdę miałem nadzieję, że im się uda, bo nawet jeśli nie wierzyłem w błogosławieństwa Matki, to w tę chwilę - w to, że coś może być prawdziwe tylko dlatego, że ktoś bardzo chce, żeby było - jednak trochę wierzyłem.


RE: [23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna - Elias Bletchley - 18.10.2025

Dopiero w trakcie ceremonii Eliasz w pewnym momencie przyuważył, że u boku Benjy'ego znalazła się Prudence. Przez chwilę wbijał spojrzenie w znajomy czubek jej głowy. Czy zapowiadała otwarcie, że będą się razem bawić na jednej imprezie? Może nawet wysłała mu list, ale ten zagubił się gdzieś, kiedy Bletchley stale kursował między swoim mieszkaniem a Szklaną Alchemią. To całe ognisko musiało jednak ją jakoś do nas przekonać, skomentował bezgłośnie. Zdecydowanie będzie musiał pogadać o tym z Benjym. Musiał być istnym cudotwórcą, skoro złapał taki dobry kontakt z Pru.

Ale wiesz, że on głównie gada o jednym i tym samym, tylko zmienia formułki, żeby pasowały do poszczególnych żywiołów natury, prawda? — upewnił się Eliasz.

Jedność. Wzajemne wspieranie się. Czerpanie siły z siebie nawzajem. To naprawdę nie była wielka filozofia.

Iii nagle zrobiło się dużo ciekawiej — skomentował półgębkiem, kiedy zauważył, że ojciec Ger wstał z miejsca i ruszył ku młodej parze z zaciśniętej w dłoniach rączce łuku.

Ponownie język zadziałał u niego szybciej niż głowa, bo chwilę później uświadomił sobie do czego Gerard Yaxley mógłby wykorzystać tę broń. I wtedy na twarzy Eliasza zagościło dość wyraźne skonfundowane, bo wbrew pozorom... Naprawdę nie chciałby zobaczyć Ambroise'a ze strzałą zatkniętą na tyłku. Zwłaszcza, jakby była zardzewiała. W to musiałoby się wdać zakażenie, pomyślał wyjątkowo trzeźwo i logicznie jak na siebie, powstrzymując się w duchu przed tym, aby nie westchnąć ciężko. Naprawdę nie chciał kończyć tego dnia w Szpitalu świętego Munga. Na Merlina, jeszcze tylko brakowało, żeby jego ojciec wyciągał strzałę Gerarda z dupy jego kumpla. Bletchley wzdrygnął się na tę myśl. Ugh.

Ugh, już myślałem, że... — zaczął, jednak w ostatniej chwili się powstrzymał, unosząc delikatnie dłoń, jakby chciał uciszyć przedwczesne ostrzeżenie o zachowaniu ciszy ze strony blondynki.

Nora ewidentnie przechodziła tutaj przez jakieś metafizyczne doświadczenie, biorąc pod uwagę, jak mocno zaangażowała się w przeżywanie tego, co się działo pod ołtarzem. Kobiety, skomentował przelotnie. Znając życie pewnie teraz wyobrażała sobie, jak by to było być na miejscu Geraldine. Ewentualnie właśnie rozdzierała w myślach Gerardine na strzępy, próbując doszukać się w jej wyglądzie jakichkolwiek skaz. Niedopasowana sukienka? Źle zrobiony makijaż? W końcu kobieca natura bywała przewrotna. Dobrze o tym wiedział. Miał siostrę, która siedziała niedaleko. Poza tym był szczerym fascynatem kobiet. Uwielbiał kobiety.

Stawiam 10 knutów, że ktoś jeszcze dzisiaj sięgnie po broń na weselu — szepnął do blondynki, gdy panna młoda posłała w powietrze płonącą strzałę, która chwilę później wbiła się w jedno z ognisk. Ach, ta żyłka do hazardu. — Okoliczności: nieokreślone. Albo dla rozrywki albo żeby kogoś faktycznie zaciukać.

Potem, gdy para młoda i świadkowie byli odprowadzani przez kapłana w stronę bocznego namiotu, Eliasz im wszystkim dyskretnie kciuk w górę. Żadne z nich nie stchórzyło. Wszyscy przeżyli. Obrączki znalazły się na odpowiednich palcach. Co na tym etapie mogło jeszcze pójść nie tak? No nic! Absolutnie nic.
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=nTyTd7y.png[/inny avek]