![]() |
|
[23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Wyspy Brytyjskie (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=125) +--- Dział: Walia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=126) +---- Dział: Snowdonia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=132) +---- Wątek: [23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna (/showthread.php?tid=5189) |
RE: [23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna - Paracelsus - 19.10.2025 Oficjalna część ceremonii dobiegła końca. Echo ostatnich słów Sebastiana jeszcze przez chwilę wisiało w powietrzu, po czym zlało się z odgłosami przesuwanych krzeseł i cichym szelestem tkanin. Młodzi, w towarzystwie kapłana i świadków, powoli oddalili się w stronę namiotu stojącego na skraju ogrodu. Miejsca, gdzie czekały ich już tylko formalności, podpisy i kilka zdań wymienionych półgłosem, zanim powrócą na początku uczty. Ich sylwetki odchodzące ku cieniowi płóciennej konstrukcji jeszcze przez moment przyciągały wzrok, a potem całe zgromadzenie ponownie ożyło.
Zanim jeszcze padły pierwsze toasty, nim na stołach pojawiły się półmiski z gorącymi daniami, ogród wypełnił się rozproszoną falą dźwięku. Było to preludium do długiego, żywego wieczoru, który dopiero miał nadejść. Z początku nieśmiało, potem coraz śmielej, ludzie zaczęli wstawać z krzeseł ustawionych przy ołtarzu. Szelest sukienek mieszał się ze stukotem butów o drewniane deski, ze stłumionym śmiechem i z westchnieniami ulgi. Ciche dźwięki harfy, które dotąd towarzyszyły ceremonii ustąpiły miejsca żywszej folkowej melodii. Muzyka stała się swobodniejsza, radośniejsza, wybrzmiewająca lekkim rytmem, który niósł w sobie obietnicę nadchodzącej zabawy. Z sekundy na sekundę, rozmowy stawały się bardziej swobodne, pełne śmiechu i pierwszych komentarzy o ceremonii. Ktoś wspominał wzruszający moment przysięgi, ktoś komentował suknię panny młodej, a jeszcze ktoś inny po prostu chłonął atmosferę. Chwilę pomiędzy oficjalnością a zabawą. Powietrze pachniało lasem, dymem z palących się kadzideł i wilgocią niechybnie zbliżającego się wieczoru. Było coraz ciemniej, słońce zaczęło zbliżać się do punktu, w którym za kilka chwil miało zniknąć pomiędzy górskimi szczytami. Łuna ogniska rozpalonego przez Pannę Młodą stawała się coraz wyraźniejsza na tle ciemniejącego nieba. Wkrótce dołączyły do niej również światła sześciu mniejszych ognisk rozpalonych w dolnej, najbardziej oddalonej części ogrodu, odległy blask pochodni, a także subtelniejsze punkciki świetlne zlokalizowane w części stołowej oraz nad większością parkietu. Zapadł zmierzch. Dyskusje stawały się coraz żywsze. Ktoś śmiał się głośniej niż powinien, ktoś inny poprawiał mankiety, szukając wzrokiem znajomej twarzy. Kelnerzy w jasnych, piaskowych koszulach, powoli ruszyli w tłum, krążąc wśród gości, oferując im wybór kieliszków z lekkim alkoholem i drobnych przekąsek. Na trzymanych przez nich tacach nie brakowało miniaturowych tart z gruszką, orzechami i serem, pasztecików w różnych wydaniach, kawałków marynowanego mięsa, jednokęsowych przekąsek z dziczyzną lub w formie wegańskiej, bardziej świeżej i ziołowej. Kilku gości już chwilę po końcu ceremonii skierowało się jednak bezpośrednio w stronę stołów barowych, gdzie połyskiwały butelki z alkoholem, głównie w postaci cięższych miejscowych nalewek, piw, miodów pitnych i win*. Wielu z zaproszonych powoli zaczęło także zmierzać w stronę części jadalnej rozstawionej po stronie ogrodu bliższej budynkom mieszkalnym, chcąc sprawdzić wyznaczone im miejsca. Rozpiska znajdowała się na kilku pergaminach zawieszonych na drzewach***. Z wyjątkiem największego stołu stojącego w centralnej części, który miał pomieścić Młodą Parę, świadków wraz z osobami towarzyszącymi oraz rodziców Młodych, stoliki były ośmioosobowe. Zostały ustawione w lekkim półkolu. Stały gęsto, ale nie ciasno. Na tyle blisko siebie, by można było nie tylko siedzieć wygodnie, lecz i prowadzić rozmowy z sąsiadami z sąsiednich stołów. Każde miejsce oznaczono imiennym bilecikiem. Niedużym, lecz starannie kaligrafowanym. Stoły przykrywały obrusy w kolorach natury, każdy w unikalnym odcieniu brązu lub zgaszonej zieleni. Zostały ozdobione kompozycjami z dębowych liści, kwitnących wrzosów i bylicy, a także lśniącym szkłem, pozłacanymi sztućcami i lokalną ceramiką o nierównych, ręcznie szkliwionych krawędziach. Krzesła odpowiadały tym przy ołtarzu: były drewniane, wygodnie wyściełane materiałem, ale stosunkowo proste. Czuć było, że uroczystość przechodzi w drugą fazę. Mniej formalną, bardziej ludzką. Był to czas na szybkiego papierosa, odświeżenie makijażu, wypicie kieliszka alkoholu lub zjedzenie przekąski, a następnie zajęcie miejsca przy stoliku. Wkrótce miały zacząć się toasty. RE: [23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna - Brenna Longbottom - 19.10.2025 – No nie wiem, czy ci ufać, jezioro całkiem blisko – odparła, wciąż trzymając się fal. Na moment nieco mocniej ścisnęła jego chłodną rękę, trudno powiedzieć, czy ot tak sobie, czy może ze względu na jego nastrój: nie to, że wydawał się w złym humorze, ale trochę się chyba obruszył. – I się nie wstydzę, ale panny młodej rzeczywiście nie chcę wkurzać, skoro ma pod ręką łuk. Chociaż łuk podszedł w odstawkę, Ambroise zaś porwał gdzieś panną młodą, i Brenna przez ułamek sekundy zastanawiała się, czy nie wyniesie jej z ich własnego wesela. Podniosła się mniej więcej w tej samej chwili, co i inni, by wraz z tłumem przemieścić się dalej, tam gdzie miała mieć miejsce właściwa część uroczystości. – No, no, widzę, że postanowili zadbać o to, żeby jakaś ciotka nie znalazła się w pobliżu kochanki swojego męża albo coś takiego – rzuciła, wprawdzie cicho, ale już na głos, gdy jej spojrzenie padło ku karteczkom przy stołach. Ich obecność wywoływała pewnie z jednej strony pewnego rodzaju zamieszanie, gdy wszyscy będą szukać swoich miejsc, z drugiej miała szansę pomóc w uniknięciu konfliktów, bo jakaś bardzo daleka krewna postanowi usiąść bliżej głównego stołu niż brat panny młodej… Jeśli szło o nią, to rozglądała się przede wszystkim za Norą, jeszcze zanim spojrzała na to, gdzie zostali usadzeni. A gdy udało się jej ją dojrzeć, mruknęła Atreusowi, że chce się przywitać – co też zrobiła, a potem spytała, czy może dać Norze coś na przechowanie, bo jeszcze jej wypadnie z kieszeni. Tak, z pewną ulgą odnotowała, że przy stołach znalazły się punkty świetle, a ogniska nie płonęły tam, gdzie goście mieli zasiąść. Ale lepiej było nie ryzykować, chociaż ze swoją paranoją było jasne, że będzie sprawdzać regularnie, czy u Nory z tą torebką wszystko w porządku… – Chcesz najpierw sprawdzić, koło kogo nas usadzono, czy zacząć od drinków? – spytała chwilę później Atreusa. – Tylko, mhm, jeśli w ogóle chcesz gdzieś posiedzieć blisko ognisk, to ja zostanę tutaj. Bo tak jakby podczas Spalonej czymś mnie walnięto, i zdarzało mi się źle reagować na ogień, i byłam u specjalistki, i teraz jest trochę lepiej, ale Phil ostrzegała, że parę dni trzeba być jeszcze ostrożnym, zanim przejdzie całkiem, dokończyła za pomocą fal. Czy chciała się do tego przyznawać? Niekoniecznie. Chyba nikt poza Philippą i Dumbledorem nie wiedział, jak bardzo było źle. Ale lepiej było wyjaśnić od razu, dlaczego absolutnie nie zamierzała zbliżać się do ognisk, a jeszcze gdyby w jakimś momencie zobaczyła ogień gdzieś, gdzie go nie było… Dzisiejszy poranek udowadniał, że nie było jeszcze w zupełności dobrze i milczenie byłoby… chyba nieuczciwe. [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=mlTlt0U.png[/inny avek] RE: [23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna - Atreus Bulstrode - 19.10.2025 Z Brenną przy alkoholu Mogłaś mi nie przypominać to bym nie pamiętał, a tak nie pozostaje mi nic innego, jak potem zaprosić cię na spacer - odpowiedział, na jej gest odpowiadając tym samym, czyli delikatnie ściskając jej dłoń. Trochę miała racji z tym łukiem i panną młodą, ale nie zamierzał już tego komentować dalej. Podnieśli się z miejsc, w ślad za resztą gości, którzy jak na komendę zaczęli szurać krzesłami. On przywitał ten moment z pewną ulga, bo ręce już świerzbiły go, żeby zapewnić sobie odpowiednie inhalacje, ale postanowił poczekać aż opuszczą rzędy ustawionych obok siebie krzesełek. Przeszli nieco dalej i nawet zatrzymali się na moment przy jednej z wywieszonych karteczek, chociaż Atreus nie poświęcił jej więcej uwagi niż przelotne rzucenie spojrzeniem. - Bardzo dobrze, nie trzeba będzie siedzieć z niektórymi ludźmi - mruknął, wykrzywiając się nieco, w jakimś delikatnym obrzydzeniu. Do większości gości nie miał jakichkolwiek zastrzeżeń, bo albo ich znał, albo to była rodzina, albo byli mu zupełnie obojętni. Na każdym weselu musiał się jednak znaleźć ktoś, kogo nie chciało się oglądać. Pokiwał głową na jej odejście do Nory, samemu biorąc się wreszcie za szukanie po kieszeniach fajek i odpalenie papierosa. Zaciągnął się z uważną ulgą, rozglądając dookoła, po rzeczonych gościach, stolikach i powoli kierując się w ich stronę. - Chyba wolę drinki. W tym czasie niektórzy się już rozsiądą i sprawdzając miejsca będziemy mogli posłać im oceniające spojrzenia, że dobrze że nie siedzą z nami - odparł, powoli bo w głowie procesował to co powiedziała mu falami. - No proszę, a na Beltane sama tak ciągnęłaś do ogniska. Ale dobrze że mówisz, bo miałem jeszcze pomysł żeby zamiast do jeziora, to przerzucić cię przez jedno - parsknął w myślach, niby to żartobliwie, ale mimowolnie założył ręce za plecy, chowając przed nią rozżarzony papieros. Ruszyli w stronę drinków i teraz Atreus szedł już wyraźnie żywszym krokiem, bardzo zadowolony z faktu, że wreszcie mógł się czegoś napić. Para młoda tymczasowo zniknęła, więc mieli moment na wszystko inne, co chcieliby zrobić jeszcze przed zasięgnięcia do stołu. Znalazłszy się więc przy stole z alkoholem, podał jeden kieliszek Brennie, a drugi wziął dla siebie. - Jak nie chcesz pić, jak zwykle, to wypije za ciebie, nie martw się. I nawet nie będę narzekał. [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=f9JNGKH.png[/inny avek] RE: [23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna - Brenna Longbottom - 19.10.2025 Z Atreusem, przy stolikach z alkoholem Brenna na pewno nie byłaby w stanie sama zapalić papierosa: trzymanie takiego przy twarzy pozostawałoby niekomfortowe, mimo całego talentu Philippy Barclay. Sam jego widok w cudzej dłoni… pewnie by zniosła, ale nie żeby nie doceniała, że ten papieros zabrał jej z widoku. – A z kim tutaj tak bardzo nie chciałbyś siedzieć? – spytała z autentyczną ciekawością, ruszając ku stolikom barowym, niezbyt zaskoczona tym wyborem. Przez moment zastanawiała się, czy nie miał na myśli Millie, bo kontakty między nią a Atreusem zdawały się… najmniej skomplikowane. Rozejrzała się nawet odruchowo, przez moment oczekując, że dojrzy gdzieś Philippa Notta, bo opowieść o biciu kogoś świeczkami o pewnym określonym kształcie zatoczyła szerokie kręgi, i Nott przychodził jej do głowy jako pierwszy. Jako drugie na myśl przychodziły ewentualnie jakieś byłe. Jeśli szło o nią, to miała po prostu nadzieję, że Geraldine nie przyszło do głowy sadzać Brenny gdzieś w pobliżu Borginów, bo to mogłoby być trochę niezręczne. Zwłaszcza że ostatnio dostała kolejny liścik, świadczący o tym, że Stanley przechowywał ją w czułej pamięci – przynajmniej tym razem nie kazał jej trzymać się z dala od Atreusa. Może wpadło mu do głowy, że to mogło wywoływać efekty odwrotne od zamierzonego? Tu topienie, to palenie? Masz wobec mnie bardzo mordercze zamiary na ten wieczór. Mam nadzieję, że najpierw chociaż zdążę zjeść tort. Spytałabym też o jakieś tańczenie, ale może to już byłoby za wiele próśb – odparła też w myślach. Przyjęła kieliszek bez protestów, chociaż faktycznie nie uniosła go do ust. – Tak sobie myślę, że alkohole Yaxleyów mogą być dla mnie odrobinę za mocne – stwierdziła już na głos, i faktycznie zamierzała pozwolić, żeby wypił za nią. Nie tyleż dlatego, że zaiste obawiała się mocy tutejszych trunków, ile bo jednak wokół było trochę za dużo ludzi, których nie znała, aby była gotowa zacząć pić od razu na początku uroczystości. No i jednak, nawet jeśli stąd nie widziała ognisk, gdy ustawiła się do nich plecami, wolała zachować tyle przytomności umysłu, ile się dało. [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=mlTlt0U.png[/inny avek] RE: [23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna - Atreus Bulstrode - 20.10.2025 Z Brenną przy alkoholu - Wiesz co? Zagrajmy w grę. Cały wieczór, niech będzie, żeby zgadnąć z kim bardzo nie chciałbym siedzieć dzisiejszego wieczora, co ty na to? - uśmiechnął się do niej przekornie, nie mając zamiaru pozbawiać samego siebie chociaż odrobiny tego typu rozrywki, skoro już pojawiła się okazja. - Jak trafisz, to zatańczymy. Ostatnio tak za mną nawet chodzi, żeby znowu spróbować kogoś podrzucić tak efektownie. Szkoda że tu nie będzie pewnie żadnego konkursu tańca, to może bym coś ugrał - pił oczywiście, do potańcówki w stodole, którą organizowali w sierpniu Longbottomowie, tak samo jak i jego próby rzucania Victorią. Lestrange tutaj, o dziwo, nie było ale nie zamierzał się ograniczać tego tricku tylko do niej. - O, no i tak możemy rozmawiać. Ale to powolutku, najpierw moje, potem twoje. To co, siadamy gdzieś? - zapytał, wyraźnie ukontentowany z jej słów, rozglądając się dookoła i spoglądając na półkole stolików, a także to jak zaczęli się przy nich rozsiadać goście. [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=f9JNGKH.png[/inny avek] RE: [23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna - Geraldine Greengrass-Yaxley - 20.10.2025 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=GnwNBQz.jpeg[/inny avek] - Raczej przejaw rozsądku. - Nie było to wcale trudnym pytaniem. Nie miałaby najmniejszego problemu, aby stąd zniknąć właśnie w tym momencie, chociaż przed nimi była ta bardziej przystępna część ceremonii. Już wzrok wszystkich nie będzie ich tak przeszywał, będą mogli przemykać między ludźmi, nie znajdując się w samym centrum zainteresowania. Oczywiście, że na pewno i tak będzie ono spore, ale nie tak jak przed chwilą gdy dosłownie znajdowali się na świeczniku przed wszystkimi. Jakimś cudem udało im się całkiem zgrabnie opuścić ołtarz, Matka chyba naprawdę miała dzisiaj pod swoją opieką. Wszystko wydawało się być im przychylne, to tylko potwierdzało jej tezę, że nie mogło się wydarzyć inaczej - byli sobie pisani i powinni zostać małżeństwem, nie, żeby potrzebowała tych znaków, inaczej pewnie też by jakieś znalazła, czy coś, w końcu kto szuka ten znajduje. To nie było w końcu takie trudne. Yaxley, w sumie już nie Yaxley, bo Greengrass-Yaxley, złapała się mocniej Ambroise'a za szyję, by mógł łatwiej się poruszać, oczywiście starała się go przy tym nie udusić, żeby nie było, to nie byłoby najlepsze zakończenie ceremonii - uduszenie Pana Młodego, a jak wiadomo, miała ona sporo krzepy, więc pewnie nawet udałoby się jej to zrobić, gdyby tylko chciała, no, ale nie chciała. Zmierzali więc całkiem żwawym tempem w kierunku namiotu, w którym to mieli dokonać kolejnych formalności - a przynajmniej tak się jej wydawało (nie, żeby była jakąś specjalistką od ślubów). Kapłan podążał przed nimi, liczyła na to, że uda im się dość szybko załatwić sprawę i będą mogli dołączyć do rodziny, znajomych i przyjaciół, którzy przyszli się tutaj z nimi bawić. Niestety miała świadomość, że to też musieli załatwić. Nie, żeby uważała to za słuszne, od zawsze wydawało jej się, że wszędzie stosowane jest zbyt wiele papierologii. No, ale nie ma zmiłuj, świata nie zmienią, prawda? Spoglądała za siebie, właściwie to odwróciła na moment głowę, by zobaczyć, czy Corio i Millie idą za nimi, musieli w końcu razem podpisać te bardzo istotne dokumenty. Będą mogli przy okazji nieco odetchnąć po tym, co się przed chwilą wydarzyło, by za chwilę zasiąść przy stole. Liczyła na to, że Sebastian nie będzie już przedłużał tej i tak nieco nużącej części, chociaż kto wie, czego właściwie mogli się spodziewać po tym uduchowionym człowieku. List, który dostała jako odpowiedź na ich zapytanie o udzielenie sakramentu był dość długi, do tego te przysięgi... cała oprawa. Zdecydowanie lubił dzielić się swoim natchnieniem, liczyła na to, że jednak okaże się człowiekiem i wypuści ich z tego namiotu całkiem szybko. Gdy w końcu się w nim znaleźli, zsunęła się z rąk Greengrassa, poprawiła sukienkę, żeby nie daj Morgano przypadkiem nie spowodować mikrozawału u cioci Uli, która na pewno miała wyłapać każde, nawet najdrobniejsze zagniecenie materiału. Do jej uszu dochodziły ciche dźwięki muzyki, najwyraźniej towarzystwo powoli zasiadało do stołów, powinni zaraz do nich dołączyć, i zacząć się bawić, bo przecież to też była bardzo istotna część ceremonii, o ile nie najważniejsza dla towarzystwa, no może tymi pojedynczymi przypadkami, dla których wiara była czymś istotnym. - Udało nam się. - Powiedziała jeszcze do Ambroise'a kiedy znaleźli się w namiocie. Co właściwie miała na myśli? Poniekąd wszystko, ten spacer, ceremonię, a także sam ślub jako zwieńczenie ich wspólnej, nieco skomplikowanej drogi. Przeniosła spojrzenie na wejście do namiotu, czekając, aż pojawią się w nim świadek i świadkowa. Tylko ich już tutaj brakowało, w tym dość ciasnym namiocie. Miała nadzieję, że Sebastian był przygotowany, miał jakieś pióro, czy coś, bo ona w tym wydaniu zdecydowanie nie miała przy sobie potrzebnych przedmiotów, nie wzięła nawet jednego sztyletu, chociaż miała ochotę to zrobić, jednak obawiała się, że mogłaby go gdzieś po drodze zgubić. RE: [23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna - Millie Moody - 20.10.2025 [inny avek]https://i.pinimg.com/1200x/04/21/ae/0421ae133a7eccf3694bbffeb82ae05c.jpg[/inny avek] Nie zraziła się faktem, że Geraldine jej nie odpowiedziała, ani że oczy przyjaciółki nie mogły odlepić się od jej pana męża. To był ich dzień, a oni mimo lat znajomości, przyjaźni i miłości zachowywali się tak jakby zakochali się wczoraj dopiero w sobie i świata poza sobą nie widzieli. – Dzięki, wiesz... nie chce jej siary zrobić. – Uśmiechnęła się do Corneliusa nieco słabowicie kiedy podążyli za parą młodą i kapłanem do namiotu. Szli tuż za nimi jak gwardia przyboczna, w końcu od tego tu byli, na cóż mieliby zwlekać za kim się oglądać? Kto jak kto, ale Moody po kilkunastu latach w magipolicji doskonale wiedziała, że buchalteria też jest ważna, a podpisik na każdym raporcie musiał się znaleźć, w tym i podpisy hehe świadków. Takiego świadkowania jednak jej było trzeba, w czasach niepokoju i wojny, w czasach, gdy tak niewiele radości można było wycisnąć z życia doczesnego, dobrze było pocieszyć się przez moment cudzym szczęściem, natchnąć rozkochanym uśmiechem i miłością, która nie dbała ani o wojnę, ani o nic ponad samą siebie. Szczęśliwie kazała sobie doszyć w kiecce kieszenie (idea torebki innej niż porządna listonoszówka przez ramię była jej absolutnie obca) więc też miała i dokumenty, choć wydawało jej się, że różdżka powinna absolutnie wystarczyć. Z drugiej strony świadkową była po raz pierwszy (i zapewne ostatni, bo kto byłby taki odważny i ryzykowałby proszenie jej o taką przysługę?) więc nie była pewna co tam też jej kuzyn wymyśli do zrobienia. Potknęła się niedługo przed namiotem, gdy młodzi już zniknęli za płachtą. Jak dama w opresji (a każdy kto usłyszałby porównanie Mildred do damy zapewne parsknąłby śmiechem) wsparła się na silnym ramieniu Corneliusa. To znaczy... wyjebałaby się pewnie na ryj, gdyby nie to że szli obok siebie. – Kurwa sorasy, ślisko tu... – syknęła pod nosem, potem parsknęła nerwowo i pospiesznie poprawiła czarnego loka, który gilał ją w nos za ucho. – No już, nikt nie słyszał – burknęła na swoje usprawiedliwienie, bo przecież pan były prefekt groził paluszkiem, że jedyne mięso dzisiaj to pieczyste okręcane na rożnie. Gdy tylko weszli do środka, miała poczucie, że tu atmosfera jest choć ociupinę lżejsza. Było już po ceremoniale, to były tylko formalności więc... – Ale zajebiście poszło! Blacki mogą się schować ze swoją pomponadą i żałobnymi różami... Będą o Was gadać latami! I ten łuk i welon na koniec! Jak wisienka na torcie, a przecież tortu jeszcze nie było! I w ogóle Sebastian dowaliłeś z tą gatką, aż mi się łezka w oku zakręciła. I ten las! Totalnie ciary miałam jak zawiało na początku. – Jako, że Geraldine już się poprawiła, to Moody nie miała za bardzo czego układać - z resztą i tak za bardzo nie znała się na tym jak te fałdki powinny spływać. Zamiast tego więc wygładziła własną kwietną kreację i poprawiła i tak asymetrycznie ułożony szal, szczupłe nieco nerwowe gesty zdradzały lekką nerwowość, która wciąż gdzieś tam w żyłach krążyła. Nic dziwnego. Nie było to jej naturalne środowisko, ale czego się nie robiło dla przyjaciół. RE: [23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna - Prudence Fenwick - 20.10.2025 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=j0bGEtb.png[/inny avek] Prue chyba nie do końca zakładała, że podczas samej ceremonii będzie się tak dobrze bawić. Jak widać wiele zależało od towarzystwa, a cóż przy Feniwcku wszystko było jakieś takie prostsze. Nie przejmowała się zbytnio tym, że nieco rozpraszał jej uwagę, że nie była odpowiednio skupiona na podziwianiu samej ceremonii, widziała wystarczająco wiele, a jak wiadomo takie momenty potrafiły się okropnie dłużyć, nawet jeśli miało się w sobie wiele cierpliwości. Przysięgi, rytuały, mimo, że piękne to były bardzo misterne i skomplikowane, co wiązało się z tym, że trwały dość długo. Gdyby nie odpowiednie towarzystwo, to cóż można by było pewnie i zasnąć podczas takich wydarzeń, nawet jeśli się tego nie chciało. - Widać, że jest doświadczony, być może to jego specjalizacja. - Śluby w sensie. To spowodowało, że Bletchley znowu zaczęła rozmyślać, może nawet zbyt bardzo, często jej się to zdarzało. Czy kapłani jak lekarze mieli swoje specjalizacje? Innych wysyłano na pogrzeby, innych na śluby, innych na prowadzenie ceremonii podczas sabatów? Czy jednak każdy musiał być uniwersalny i radzić sobie z różnymi okolicznościami. Nigdy się nad tym nie zastanawiała, tak właściwie to chętnie by kiedyś wdała się w pogadankę z jednym z wysłanników Matki, to mogłoby być naprawdę ciekawym doświadczeniem. - Skoro tak mówisz... - Pewnie miało to jakiś sens. Nie dało się wiedzieć wszystkiego, z czym faktycznie trzeba było się pogodzić, bo raczej nie było szansy na to, by dostać odpowiedź na każde nurtujące pytanie, szczególnie te metafizyczne. Nie, żeby uważała, iż ona, czy Benjy byli w pełni zdrowi psychicznie, ale najprawdopodobniej każdy miał jakieś skrzywienia, zwłaszcza w takich trudnych czasach, w jakich przyszło im żyć. - Tak, dopiszę to do mojej listy, zostanie misjonarką. - Nadawała się do tego idealnie z tym swoim wachlarzem zainteresowań, na pewno w kowenie chętnie przyjęliby kogoś jak ona, mogłaby się tam doskonale wpasować... tak, nie miała co do tego żadnych wątpliwości. Nie wiedziała tylko, czy mieliby jakieś problemy z tym, że interesowała ją głównie śmierć, może odnalazłaby jakąś swoją niszę, czy coś. - Nie były to pierwsze określenia, które nasunęły mi się na język. - Potrafiła jednak zadbać o to, by słowa padające z jej ust nie były krzywdzące. Nie mogła negatywnie oceniać tego, co działo się aktualnie na ołtarzu tylko dlatego, że nie do końca rozumiała te tradycje. Prue starała się być tolerancyjna i akceptowała naprawdę najróżniejsze dziwactwa wierząc, że nie biorą się bez przyczyny. Nieczęsto pewnie widziało się podobne ceremonie, była zadowolona, że mogła zobaczyć to na własne oczy, bo naprawdę było to całkiem interesujące. - Nie wydajesz się być tym jakoś szczególnie zaskoczony, pewnie widziałeś wiele podobnych ceremonii. Sznury zębami... to może wcale nie być takie proste, ale z drugiej strony nikt nie mówił, że będzie lekko, trzeba się nieco poświęcić, czyż nie? - Mogła sobie nawet wyobrazić podobną próbę, chociaż wolałaby tego nie robić. Jeszcze trochę, a nie będzie mogła wyprzeć tego widoku sprzed swoich oczu, a Ambroise przegryzający sznur zębami nie był tym, o czym aktualnie chciała myśleć. Zdecydowanie. - Nie wątpię, że i bez tego nie będzie się nudził. - Tak właściwie to jeśli o to chodzi, to w sumie trochę jednak wątpiła, wolałaby się również nie skupiać nad tym, jak będzie przebiegać ich noc poślubna, zresztą zastanawiała się zawsze, czy faktycznie jest o czym dyskutować. Pary młode zapewne były wyczerpane po swoich ślubach i nie wydawało jej się, aby miały siły na coś więcej niż sen, cóż - tego pewnie też nigdy nie sprawdzi w praktyce, mogłaby jednak zadać to pytanie znajomym małżeństwom, kolejna rzecz do odhaczenia. - Na szczęście nie jestem jasnowidzem. - Z charakteru była może nieco czarnowidzem, jednak ogólnie to raczej spoglądała w przeszłość, więc jej obawy mogły okazać się zupełnie niepotrzebne, zwłaszcza, że Ambroise wydawał się całkiem mocno trzymać na nogach, jego wybranka raczej nie powinna wylądować na ziemi, chociaż nigdy nie można mieć pewności... trzymała jednak kciuki za to, aby zakończyli ten spacer sukcesem, bez żadnych wybitych zębów, czy pogrzebów. Nowożeńcy zniknęli w jednym z namiotów, muzyka rozbrzmiała się po okolicy, ludzie zaczęli powoli podnosić się ze swoich krzeseł. Cóż, oni również powinni się ruszyć. - Teraz musimy znaleźć miejsca. - Oznajmiła jeszcze, jakby Benjy o tym nie wiedział. Podniosła się na nogi, przesunęła dłonią po sukience, by mieć pewność, że układa się odpowiednio, a później wsunęła dłoń pod ramię swojego chłopaka, aby nie zgubić się gdzieś między tymi wszystkimi ludźmi. Tak - to była jej najważniejsza misja tego wieczoru. Miała sporo szczęścia, że Benjy był jej oparciem, wybór obuwia okazał się nie do końca trafiony - zresztą nie pierwszy raz w przeciągu kilkunastu ostatnich dni, jednak mogła liczyć na silne, męskie ramię, które chroniło ją przed upadkiem, to było całkiem nowe, chociaż też nie do końca, bo podczas ostatnich tygodni niejeden raz zdarzyło mu się już być jej wsparciem - nie tylko fizycznym. Doszli w końcu do stolików, teraz pozostawało tylko znaleźć ich personalia przy jednym z nich, całkiem proste zadanie, czyż nie? No, szkoda tylko, że tych stołów było tutaj tak wiele. RE: [23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna - Ambroise Greengrass-Yaxley - 21.10.2025 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=DSWD0mD.jpeg[/inny avek] Przystępna czy nieprzystępna, naprawdę nie miałby nic przeciwko skróceniu tej części ceremonii i oddelegowaniu się z Riną jak najdalej od centrum uwagi. Najlepiej do tych najbliższych z najbliższych, porzucając pociotki i bardzo odległe znajomości. Tak, paradoksalnie wcale nie czuł potrzeby, aby skupiać na sobie zainteresowanie wszystkich zebranych. Nawet na własnym weselu. Zwłaszcza na własnym weselu. Chciał cieszyć się tym dniem, po prostu bawiąc się z bliskimi. Konieczność robienia wrażenia nie do końca była zgodna z jego naturalnymi preferencjami. Jasne, lubił błyszczeć. Gdy miał ku temu powód i chęci. A to, że przez wiele lat starał się podtrzymywać wrażenie wpasowywania się w elitarną atmosferę i czerpania z tego satysfakcji, wreszcie osiągając w tym pewien stopień naturalności? Cóż, wcale nie znaczyło, że nie doceniłby możliwości darowania sobie dzielenia tego dnia ze stanowczo zbyt dużą liczbą ludzi. Tak, jasne, ograniczoną z uwagi na Mabon, pożary i tak dalej. A jednak wciąż trochę nazbyt dużą jak na to, że zdecydowanie lepiej mogliby bawić się w węższym, bardziej swobodnym gronie bliskich. Uśmiechnął się, słysząc odpowiedź małżonki. Dokładnie taką, jakiej się spodziewał, nawet jeśli nie zdążył już nic odpowiedzieć. Jeśli miałby być całkowicie szczery, nie za bardzo pamiętał jakąkolwiek wyszukaną okazję, przy której zostaliby do samego końca wydarzenia, nie wychodząc przy dogodnej możliwości i nie zmieniając lokalizacji na swobodniejszą. No dobrze. Takie okazje pewno istniały. Należało do nich choćby wesele Corneliusa i Amandy, na którym Roise był świadkiem. Aczkolwiek zazwyczaj raczej nie byli tymi, którzy zasiedzali się dłużej niż chcieli. Nie, gdy w grę wchodziły wielkie i bardzo oficjalne okazje. Ta jednak należała do nich. Była ich od samego początku aż do końca, który znając życie i snowdońskie zwyczaje miał być tak odległy jak to tylko było fizycznie możliwe. Mieli za sobą niemal całość formalnej części. Pozostało im jeszcze złożenie paru zamaszystych podpisów i dopełnienie prawnych obowiązków, jednakże później? Czekała ich jeszcze uczta i toasty, otwarcie tej bardziej rozrywkowej części wieczoru, stanowczo zbyt wiele posiłków w ramach przerywników na zebranie sił, jeszcze więcej toastów, oczepiny, poprawiny, popoprawiny, poprawiny popoprawin. Na samą myśl naprawdę zaczynał rozważać to, co zdążył szepnąć Rinie na ucho zanim Sebastian potwierdził jego słowa i całkiem sprawnie ruszyli w kierunku namiotu. To, do czego ona także bez dwóch zdań byłaby gotowa się skłaniać. Co prawda, oboje wiedzieli, że mogli o tym tylko pomarzyć, ale tego nikt nie mógł im zabronić, prawda? No, przynajmniej mieli ten komfort, że po całej oficjalnej ceremonii mogli złapać chwilę oddechu w mniejszym, całkiem kameralnym gronie. Przy odrobinie szczęścia, będąc jeszcze w stanie przez chwilę porozmawiać po podpisaniu dokumentów. Kto wie, może nawet zapalić przed obiadem? Tak, gdy tylko stanęli przy wejściu do namiotu, a Geraldine zgrabnie wysunęła mu się z ramion, oczywiście, że pomyślał o fajce. Nałóg to nałóg. Bądź co bądź, trochę ich to wszystko kosztowało. Nie to, żeby trochę się denerwował przed samym początkiem ceremonii. Wcale. Z błyskiem w oczach przez chwilę obserwował poprawianie sukienki przez Geraldine, oczekując na dołączenie do nich świadków. Nie palił się do zaczynania bez nich. - Oczywiście, że tak - odmruknął w ten wyjątkowo zdecydowany, pewny swego (a raczej ich) sposób. Bo przecież jakże miałoby im się nie udać, czyż nie? No cóż. W niektórych okolicznościach wyjątkowo łatwo było mu zapomnieć o wszystkim, co w rzeczywistości mogłoby stanąć im na przeszkodzie. Nie, nie mógł powiedzieć, że miał krótką pamięć. Co to, to nie. Po prostu bardzo wybiórczą i raczej na bieżąco modyfikowaną w zależności od tego, jaką narrację chciał przyjąć. A teraz był szczęśliwy. Kurewsko. Chociaż w przeciwieństwie do co poniektórych, to słowo aktualnie raczej nie padłoby spomiędzy warg mężczyzny. Nawet, jeśli na hasło zajebiście poszło drgnął mu kącik ust i nieznacznie błysnęły mu oczy. Jego własny podobny komentarz pozostał jednak wyłącznie w myślach Ambroisa, które w tym momencie biegły całkiem lekkimi, przyjemnymi torami. Jasne, jak na jego gusta, mogliby darować sobie sporą część atrakcji, ale z drugiej strony? Taki dzień zdarzał się tylko raz w życiu (innego by nie chciał, prawda? to mieli już okazję ustalić), więc skoro już wyjątkowo wiele bliskich im osób zaangażowało się w tę całą oprawę, powinni czerpać z niej to, co najlepsze. Wcześniej jednak... ...formalności. Niby teoretycznie zapoznawał się z nimi już kiedyś jako świadek, ale w tej chwili liczył na to, że nie zajmą im one aż tak wiele czasu. Naprawdę chciał mieć je z głowy po to, aby móc w pełni skupić się na świętowaniu i chłonięciu tej samej atmosfery, którą tak mocno emanowała Millie. Tak, to było miłe. Cieszył się, że Geraldine wspierał ktoś, kto był tak entuzjastycznie nastawiony do całego wydarzenia, nawet jeśli z pewnością trochę wszystkich zaskoczyli. I nawet jeśli Ambroise nie za bardzo widział potrzebę wchodzenia w słowa Moody, zamierzając pozwolić zarówno Geraldine, jak i Sebastianowi na przyjęcie zasłużonych pochwał, wciąż ponownie zadrżały mu kąciki ust. Szczególnie wtedy, gdy przeniósł wzrok na własnego świadka, posyłając mu porozumiewawcze spojrzenie. Nie, od Corneliusa nie oczekiwał takiej radości. RE: [23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna - Cliodna - 21.10.2025 [inny avek]https://gudejko.pl/wp-content/uploads/2021/10/wolszczak_grazyna_04_cpx1.jpg[/inny avek] Nie dało się ukryć tego, że Jennifer wydawała się być nieco mniej spokojna niż zawsze. Cóż, było to wydarzenie bardzo istotne dla ich rodziny, zależało jej na tym, aby wszystko wypadało jak najlepiej. Miała świadomość tego, że goście będą komentować przyjęcie, które przygotowali. Jennifer Yaxley lubiła, kiedy się ich doceniano, być może mało kto był szczególnie zaznajomiony z kulturą łowców, ale warto było przypomnieć wszystkim, że i oni mieli swoje tradycje. Od wielu lat czuła się bardziej Yaxley'em niż Borginem, była częścią tej społeczności, która kiedyś wydawała jej się dosyć dzika i nieokrzesana, nauczyła się w niej odnajdywać, chociaż nadal bywały momenty, które ją zaskakiwały. W tej chwili jednak wszystko wydawało się być idealne, muzyka, szum drzew, para młoda krocząca między gośćmi, no nic nie mogło wzbudzić w niej niepokoju, oby druga część ślubu udała się równie dobrze. Nie mogła bowiem zapominać o tym, że był to dopiero początek, zaraz miał się pojawić alkohol, rozluźnienie atmosfery... a wiadomo że mogło to nieść sytuacje, których nie dało się przewidzieć, nad czynnikiem ludzkim nie mieli pełnej kontroli - niestety. Zdecydowanie wolałaby, aby było inaczej, ale z tą drobnostką musiała się przecież pogodzić. Oczywiście zamierzała obserwować otoczenie, aby wyłapywać sytuacje które mogłyby zaburzyć bieg ceremonii, była świetną obserwatorką, wyłapywała najdrobniejsze, niepokojące szczegóły. Nie zakładała oczywiście, że ktoś świadomie chciałby zamieszać, ale nigdy nie wiadomo jak potoczy się wieczór, prawda? Goście powoli zaczęli opuszczać miejsca przy ołtarzu, wraz z Ursulą zadbały o odpowiednie usadzenie przybyłych - starały się uniknąć sytuacji, które mogły powodować jakieś niesnaski, bywały na różnych przyjęciach czystokrwistych, nic im nie umykało, dzięki czemu mogły spróbować zadbać o komfort każdego. Wiedziała bowiem, że towarzystwo jest bardzo mieszane, ich dzieci miały bowiem bardzo różnych znajomych, zresztą w rodzinach też można było natrafić na ciekawych osobników. Przeniosła wzrok na Lestrange, która się do niej odezwała, a po chwili spojrzała na młodych. Był to temat, którego nie zdążyła do końca z nimi omówić, miała wrażenie, że wzbudzał wiele kontrowersji, zapewne doszli do jakiegoś konsensusu, kiedy jednak jeszcze była świadkiem rozmowy nie wydawali się mieć pewności, co do tego, co właściwie ustalą. - Dyskusja była zacięta, nie udało mi się niestety interweniować. - To nie tak, że nie chciała, jednak mordercze spojrzenie córki sugerowało, żeby się w to nie wtrącała. Nie było to dla pani Yaxley wcale takie proste, bo lubiła wygłaszać swoje opinie, ale w tym wypadku odpuściła. Musiała dać im nieco przestrzeni, pozwolić na podejmowanie swoich własnych decyzji. - Pewnie jakoś się dogadali, ale nie mam pewności na czym się skończyło. Zapewne za chwilę się dowiemy. - Tak naprawdę mogła się po nich spodziewać, że jeszcze w ostatniej chwili zmienili zdanie, to też jakoś szczególnie by jej nie zdziwiło. |