![]() |
|
[23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Wyspy Brytyjskie (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=125) +--- Dział: Walia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=126) +---- Dział: Snowdonia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=132) +---- Wątek: [23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna (/showthread.php?tid=5189) |
RE: [23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna - Nora Figg - 21.10.2025 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=m8dDfeT.jpeg[/inny avek] Nora przeniosła wzrok na Eliasa. Wpatrywała się w niego dłuższą chwilę, że też musiało jej się trafić takie sceptyczne towarzystwo. Zdecydowanie nie doceniał tej chwili, nie widział magii, która się wydarzyła. Sprowadzał wszystko do prostoty, co niekoniecznie się jej podobało. Spiorunowała go wzrokiem - potrafiła to robić, bywały momenty, gdy jej spojrzenie wyrażało więcej niż tysiąc słów. - Wszystko psujesz, wiesz? - Powiedziała w końcu cicho. Umniejszał tej jakże charyzmatycznej przemowie kapłana, co było zupełnie niepotrzebne, nawet jeśli mówił to samo o różnych żywiołach? Co z tego, potrafił wprowadzić iście mistyczną atmosferę, i to było niezaprzeczalne. - No jasne. - westchnęła ciężko, nasuwało jej się na język mężczyźni, ale powstrzymała się przed tym komentarzem. Oczywiście, że wystarczyła broń, by wzbudzić ich zainteresowanie. Co tam piękna ceremonia, wzniosłe słowa, muzyka - wystarczyło, aby pojawił się łuk i strzały i wtedy robiło się ciekawie. Proste, ktoś mógł przypadkiem oberwać, coś mogło się wydarzyć, dopiero to wydawało się być dla nich ciekawe. - Myślałeś, że ktoś oberwie? - Dokończyła za niego. Mówiąc ktoś, miała na myśli Ambroise'a, bo to jakoś samo układało się w całość. Kto właściwie wiedział, jak wyglądały tutejsze tradycje... na szczęście nic takiego się nie wydarzyło. Strzała pomknęła w stronę przygotowanego wcześniej stosu, który rozpaliła. Było to całkiem spektakularne, nie mogła powiedzieć że nie, chociaż Norka raczej ostrożnie podchodziła do podobnych zabaw - uważała, że ryzyko nie jest warte świeczki, czy coś. - Naprawdę chcesz się założyć o to, że ktoś zrobi coś takiego? - Przewróciła oczami, oczywiście, że chciał to zrobić. Po raz kolejny potwierdził jej tezę na temat mężczyzn. Nie zamierzała wchodzić w podobne zakłady, uważała to za niewłaściwe. - Musisz znaleźć sobie innego kompana do podobnych założeń. - Tak, nie miała ochoty w to brnąć, to nie było w jej stylu. - Dziękuję za towarzystwo. - Wstała, kiedy i inni zaczęli się podnosić. Musiała znaleźć swoje miejsce pośród tych wszystkich ludzi, to mogło okazać się wyzwaniem, zwłaszcza dla Nory, która była drobniutka - łatwo było jej się zgubić pośród tych bardzo wyrośniętych gości. Gdzieś po drodze do stolików wpadła na Brennę, która poprosiła ją o przechowanie różdżki. Nie zadawała niepotrzebnych pytań, zabrała od niej przedmiot i schowała go w swojej torebce, tak jak chciała przyjaciółka. RE: [23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna - Astoria Avery - 21.10.2025 [inny avek]https://64.media.tumblr.com/ec691fb913dc2d5b30fb07e8d8434fea/b00699f7143c467f-af/s500x750/b3ee0c87b26bfb8754fdd4370e7006351d557aa9.pnj[/inny avek] Tłum zaczynał się powoli rozpraszać, a rytualna powaga ceremonii ustępowała miejsca lekkości, rozmowom i śmiechowi. Siedziała jeszcze przez chwilę na swoim miejscu, wyprostowana, z dłońmi złożonymi na kolanach. W jej postawie nie było sztywności - raczej dystans, chłodna elegancja, z jaką zawsze uczestniczyła w wydarzeniach, które wymagały obecności, lecz nie bezpośredniego zaangażowania. Astoria patrzyła, jak Ambroise i Geraldine znikają w namiocie, wciąż spleceni ze sobą jak w rytualnym tańcu. Było w tym coś rozczulającego - ten sposób, w jaki Geraldine spoglądała na niego z miłością i jak on nie potrafił oderwać od niej wzroku. Pozwoliła więc sobie na krótką chwilę zachwytu. Wokół niej panował gwar i śmiech, lecz ona przez chwilę trwała w ciszy, z tym rzadkim uczuciem spokoju, które pojawiało się tylko wtedy, gdy patrzyła na szczęście bliskich. Jej spojrzenie przesuwało się po ogrodzie, obserwując, jak wśród krzeseł pojawiały się ścieżki prowadzące do namiotu i stołów. Dźwięki rozmów narastały, a zapachy jedzenia i dymu z ognisk mieszały się w powietrzu, tworząc atmosferę ciepłą, niemal sielską. W oddali błyszczały tafle szkła i metaliczny połysk kieliszków, które kelnerzy unosili ponad tłum. Astoria powoli uniosła się z krzesła, poprawiła materiał sukni i ruszyła w stronę pergaminów z rozpisanymi nazwiskami. Zatrzymała się na chwilę, gdy zauważyła swoje imię - drobne litery zapisane staranną ręką. Miejsce nieco z boku, ale wciąż na tyle blisko, by mieć widok na parę młodą. Nie zamierzała narzekać. Ruszyła w stronę baru płynnym, wyważonym krokiem, nie spiesząc się, ale też nie zatrzymując zbyt długo. Witała się skinieniem głowy z poszczególnymi osobami, inne celowo ignorowała. Nie zamierzała dziś wchodzić w żadne dyskusje ani konflikty, które mogłyby zepsuć zabawę Parze Młodej. Nie pozwoli się też sprowokować, choć przypuszczała, że nikomu tu i tak na tym nie zależy. Zatrzymała się przy kontuarze, a ciepłe światło lampionów nad barem odbijało się w szkle butelek, w bursztynowych i rubinowych odcieniach. Spojrzała na kartę trunków. Nie była amatorką przesłodzonych koktajli, ale nie zamierzała też pić czystego alkoholu - nie dziś, gdy uroczystość wymagała elegancji, a nie odwagi. Jej wzrok zatrzymał się na pozycji nazwanej "Amour de Minuit" - mieszance szampana z kroplą likieru z czarnej porzeczki, płatkiem róż i cienkim, skręconym plastrem cytryny. Drink miał delikatny, głęboki kolor - coś pomiędzy rubinem a fioletem - i subtelnie pachniał różanym ogrodem. Idealny. Kiedy barman postawił przed nią kieliszek, uniosła go z lekkim skinieniem głowy, podziękowała cicho i ruszyła w stronę stołów. Szkło zadrżało lekko między jej palcami, gdy przeszła przez miękką trawę i dotarła do miejsca wyznaczonego jej imieniem. Usiadła z prostymi plecami, jakby miała w sobie niewidzialny gorset z manier i dumy, a mimo to wyglądała naturalnie, jakby każda poza była jej własnym wyborem, nie obowiązkiem. Odstawiła kieliszek na stół, a jej wzrok, błądzący po tłumie w poszukiwaniu znajomych twarzy, zatrzymał się wreszcie na sylwetce Prudence, która była w towarzystwie mężczyzny. Astoria uniosła brew z zaciekawieniem, pozwalając sobie na krótką obserwację tej dwójki. Widać było, że dopiero szukali swojego miejsca. Uniosła więc dłoń i zawołała ją cicho, ale wystarczająco wyraźnie, by przebijało się przez gwar rozmów i muzykę. - Pru! - jej głos zabrzmiał lekko, cieplej niż zazwyczaj, z nutą autentycznej ulgi. Kiedy spojrzenia kobiet się spotkały, wskazała miejsce obok. W oczekiwaniu, aż koleżanka do niej dołączy, obserwowała, jak para zbliża się powoli w jej stronę, a ciekawość zżerała ją żywcem, bo przecież nic nie mówiła, że się z kimś spotyka. RE: [23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna - Cornelius Lestrange - 21.10.2025 Lestrange z pewną pobłażliwą ironią pomyślał, że Matka chyba rzeczywiście postanowiła im dziś sprzyjać, bo formalna część uroczystości dobiegła końca bez żadnych większych zakłóceń, co było miłą odmianą od kilku ostatnich przyjęć zaręczynowych, ślubów i sabatów. Cornelius poprawił mankiety, dopilnowując, by zapięcie spinek leżało idealnie prosto, niby drobiazg, a jednak czuł, że właśnie takie szczegóły pozwalały mu utrzymać pozory pełnej kontroli. Zresztą, nie było to jedynie pozorem, opanowanie stanowiło jego drugą naturę, a spokój, który zachowywał nawet w środku chaosu, był bardziej automatyzmem niż wysiłkiem. Po zadbaniu o detale własnego wyglądu, zatrzymał spojrzenie jeszcze na chwilę na przyjaciołach, którzy wciąż trwali w tym niemal nierealnym obrazie. Tylko oni dwoje, ogień, wiatr, odfruwający welon, spojrzenia, które mówiły wszystko, czego żadne słowa nie były w stanie przekazać. Nie był sentymentalny, przynajmniej nie jawnie, ale nawet on musiał przyznać, że był to widok, który należał do rzadkich i bardzo przyjemnych dla oka, Corio naprawdę życzył im jak najlepiej, szczególnie po wszystkich wcześniejszych przebojach i tym, jacy byli męczący, gdy torpedowali go każde ze swojej strony, przez ostatni rok z hakiem, wydający mu się wiecznością. Tak, cieszył się, że mieli to już za sobą, naprawdę, tak było lepiej. Obrączki zostały wymienione, śluby wypowiedziane, a świat, przynajmniej przez chwilę, wyglądał dokładnie tak, jak powinien. Na półprzytomny komentarz Millie, że przyjaciółka Geraldine „nie chce jej siary zrobić”, Lestrange uniósł tylko brew, a w jego oku zamigotał cień rozbawienia. Stanowili bardzo osobliwe połączenie, dla kogoś postronnego mogło to wyglądać jak typowy kontrast dwóch światów, które w żaden sposób nie powinny się ze sobą spotkać, a jednak, jakimś cudem, to całkiem dobrze grało, przynajmniej do tej pory. Gdy młodzi ruszyli w stronę namiotu, oni także, jak przystało, musieli ruszyć tuż za nimi. Ku jego zadowoleniu, niemal przez całą drogę szli ramię w ramię, ręka pod rękę, wyglądając jak poważni świadkowie ceremonii, w której błogosławiono połączenie dwóch rodzin, dwóch temperamentów i, jak zdawało się w tym momencie, dwóch absolutnie niepodważalnych pewności, że Roise nie zaliczy spotkania z glebą... Nie zaliczył. Za to oni... Cornelius nie spodziewał się subtelności po towarzyszce, zresztą, chyba nikt przy zdrowych zmysłach nie oczekiwałby po Mildred Moody czegokolwiek, co dałoby się określić tym mianem, kiedy więc to ona, zamiast pana młodego, potknęła się tuż przed wejściem do namiotu i rzuciła kurwą, westchnął tylko cicho, jak ktoś, kto po prostu wiedział, że tak będzie. Nie musiał nawet spoglądać w jej stronę - ruchy miał zbyt wyuczone, zbyt mechaniczne, by pozwolić jej upaść, odruchowo wyciągnął drugą rękę i ustabilizował ich oboje, nim jeszcze zdążyła dokończyć przekleństwo, którym obdarzyła ziemię, pogodę, własne buty i, być może, los w ogóle. - Ostrożnie. Nie chciałbym wypełniać dodatkowego raportu po uroczystości. - Rzucił sucho, choć kącik ust drgnął mu lekko, gdy usłyszał to krótkie, soczyste „kurwa”. Ton jego głosu sugerował, że nie mówił tego ze złośliwością, a raczej z pewną pobłażliwością, której nawet on sam nie byłby w stanie do końca wytłumaczyć. Może to była kwestia ogólnej atmosfery, może tego, że i on sam był w dziwnie dobrym nastroju. - Mięso miało być po zmroku. - Mruknął, zgodnie ze swoim manieryzmem, nawet nie odwracając głowy. Nie było sensu dręczyć jej spojrzeniem, więc skierował wzrok przed siebie, lekko rozchylając kotarę wejścia, by przepuścić ją pierwszą. Weszli do namiotu, a gdy Cornelius poczuł zapach atramentu, pergaminów i wosku z pieczęci, skumulowane w nim nieświadomie napięcie ceremonii rozproszyło się w powietrzu. Miejsce sakralnej podniosłości zajęło coś znacznie bliższego codzienności - formalności, tak, w tym był dobry, bez słowa więc stanął obok stołu i skinął lekko głową w stronę Ambroise’a, który wyglądał na nieco zbyt szczęśliwego, by tak naprawdę przejmować się podpisami. Geraldine również trzymała się świetnie, wyglądała, jakby płonęła tym samym ogniem, który chwilę wcześniej rozpalił stos. Ani trochę nie zdziwiło go jednak, że z ich towarzystwa, to Millie odezwała się pierwsza, chyba miała to w zwyczaju, emanowała skumulowaną energią, wyrzucając z siebie słowa w tempie, którego Cornelius raczej nie byłby w stanie naśladować na trzeźwo. Z nieznacznym uśmiechem słuchał, gdy zasypywała towarzystwo zachwytami nad ceremonią, Sebastianem, lasem, welonem... Wydawało mu się, że w jej głowie wszystkie słowa pędziły z prędkością uciekającego znicza, a że miała doświadczenie w jego łapaniu, wypluwała je z siebie tak szybko, jak tylko mogła, by jakaś myśl jej przypadkiem nie uciekła. Corio słuchał tego tylko jednym uchem, przestępując lekko z nogi na nogę, poprawiając mankiet i spoglądając na dokumenty. Na słowa Millie o Blackach tylko uniósł brew wyżej. Obracał się już zbyt długo w towarzystwie Geraldine i Ambroise’a, by dziwić się, że przyciągali ludzi o takiej energii, więc po prostu wziął głęboki oddech, odczekał, aż Moody skończy, i dopiero wtedy pozwolił sobie na krótką, rzeczową odpowiedź. - Och, Blackowie… - Powiedział z taką intonacją, jakby samo to nazwisko wystarczało za pełen komentarz. Dokładnie tak było, Perseus Black, w istocie, nie był ulubionym człowiekiem Corneliusa, nie była nim również małżonka Perseusa. A wesele? Cóż, Millie miała świętą rację, nawet jeśli Corio nie spodziewał się, że to powie i… Nie powiedział. [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=oUa4qIK.jpeg[/inny avek]RE: [23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna - Ursula Lestrange - 22.10.2025 Rozumiałam ją doskonale, ten był czymś więcej niż tylko rodzinnym wydarzeniem, był manifestem tradycji - to był dzień, który miał zapisać się w historii ich rodu, nic dziwnego, że chciała, by wszystko przebiegło bezbłędnie. Jennifer, tak jak ja, miała pełną świadomość, że goście będą oceniać każdy detal - potrawy, muzykę, kolejność rytuałów, nawet to, kto z kim siedział przy stole. Razem zajęłyśmy się tym, by rozmieszczenie gości przebiegło zgodnie z planem, w końcu obie wiedziałyśmy, że niektórzy przedstawiciele szlachetnych rodów nie powinni zasiadać zbyt blisko siebie, inni zaś wręcz przeciwnie - należało ich posadzić w pobliżu siebie, by zapobiec niezręcznym milczeniom. Nikt poza nami nie zdawał sobie sprawy, ile dyplomatycznej pracy wymagało odpowiednie dobranie miejsc na tym konkretnym weselu. Wiedziałam, że w głowie już tworzyła mapę ewentualnych zagrożeń i sposobów ich neutralizacji - bardzo zależało jej, by ten dzień przypomniał wszystkim, że kultura łowiecka, nadal uważana za surową i prymitywną, miała swoją głębię, rytm i godność. To dało się wyczuć w sposobie, w jaki obserwowała przestrzeń wokół siebie, z tą charakterystyczną czujnością kogoś, kto czuł się odpowiedzialnym gospodarzem. Doskonale to znałam. Goście zaczęli powoli wstawać z miejsc przy ołtarzu, przechodząc w stronę, gdzie miała odbyć się dalsza część przyjęcia. Wszystko zaczynało się układać, uśmiechnęłam się lekko, zadowolona, że przynajmniej na powierzchni wszystko przebiegało gładko. Oparłam się nieco wygodniej, kierując spojrzenie za młodymi, którzy zniknęli już za zasłoną namiotu. W powietrzu unosił się zapach żywicy, ziół i dymu z ognisk, nad drzewami zaczynały przemykać pierwsze nietoperze, wieczór zbliżał się nieuchronnie, a wraz z nim ta mniej przewidywalna część uroczystości. - Podejrzewam. - Zaczęłam cicho, nieco niższym tonem, jakbym dzieliła się tajemnicą - w moim głosie zabrzmiała nuta lżejszego tonu, który pozwoliłam sobie dodać tylko w obecności Jennifer. - Coś, co każde z nich interpretuje po swojemu. Znasz ich. - Potem dodałam, nieco figlarniej, chociaż wciąż z arystokratyczną manierą. - Myślę, że twoja córka ma w zanadrzu jedną kartę, której nawet najbardziej uparty mężczyzna nie zlekceważy. - Mruknęłam bardzo cicho. Wokół powoli słychać było gwar gości, przesuwanie krzeseł, brzęk kieliszków i odległy śmiech - znak, że pierwsza część ceremonii dobiegła końca, a część biesiadna zaczynała nieśmiało rozkwitać. - Czy wstajemy? Wypadałoby skontrolować pieczeninę Gerarda, zanim sam to uczyni. - Dodałam już głośniej, po czym spojrzałam na Jennifer z tym rodzajem dyskretnego porozumienia, które mogło łączyć tylko dwie kobiety o podobnym temperamencie - pewne siebie, doświadczone, i absolutnie świadome, że kontrola, nawet pozornie drobna, zawsze leżała po ich stronie. Nie chciałam, by dziczyzna zyskała opinię zbyt surowej - zwłaszcza dziś, gdy wszystko musiało być idealne. [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=vNIK0XS.jpeg[/inny avek] RE: [23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna - Brenna Longbottom - 22.10.2025 - No cóż... jeśli nie trafię albo zajmie mi to zbyt dużo czasu, będę musiała po prostu porwać do tańca księdza - stwierdziła Brenna, tak na wpół żartem, bo jednak tutaj akurat nie zależało jej na pchaniu się na parkiet aż tak bardzo: jeśli akurat organizowała jakąś imprezę, wyciągała gości do tańca z wielką chęcią, ale i nie musiała robić tego tutaj. „Na wpół”, bo wizja zaciągnięcia Sebastiana do grona tancerzy wydawała się całkiem zabawna. Omal nie powiedziała czegoś w rodzaju, że nie chciałaby zepsuć mu planów, ale Victoria była niższa i z pewnością lżejsza od niej – ugryzła się jednak w język w ostatniej chwili, bo to był Atreus. Prawdopodobnie potraktowałby to jako formę wyzwania. – Mam chociaż nadzieję, że nie w poblisku ogniska. Jezioro mogę ostatecznie przeżyć. I naprawdę, zadowolisz się dwoma? – zdziwiła się odnośnie drinków. Swój kieliszek trzymała wciąż w dłoni, rzeczywiście gotowa mu go oddać, gdy już upora się ze swoim. Niezainteresowana alkoholem za to zaczęła wodzić spojrzeniem po gościach, trochę z nawyku, a trochę faktycznie zaintrygowana, czy dostrzeże tu kogoś, o kim ostatnio krążyły plotki, że z Atreusem się pobił, odbił mu jakąś dziewczynę albo ograł w karty. – Znasz w ogóle pana młodego? – spytała, gdy jej wzrok na moment zatrzymał się na jeszcze pustym stole, gdzie zaraz mieli zasiąść młodzi. – Nie wiem jeszcze, z kim nie chciałbyś usiąść, ale podejrzewam, z kim byś chciał. Basiliusa porwała dziś do głównego stołu Millie. Brenna przystanęła przy stoliku i trąciła palcem wolnej dłoni plakietkę, upewniając się, że wypisano na niej jej nazwisko. [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=mlTlt0U.png[/inny avek] RE: [23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna - Helloise Rowle - 22.10.2025 Przyciągnąwszy uwagę dzieci, Helloise położyła palec na ozdobionych konspiracyjnym uśmiechem ustach, nakazując im ciszę. Chętnie spędzała czas z najmłodszymi, nie zamierzała również pozostawiać ich pytań bez odpowiedzi, lecz moment na tę lekcję miał nadejść dopiero po zakończeniu ceremonii. Nie dlatego bynajmniej że czarownica uważała ich zachowanie za coś, co zasługiwało na naganę. Dzieci nie mogły obrazić bogów — w ich głowach szumiał nieuporządkowany chaos, który ci właśnie bogowie pozostawili w małych ludziach po stworzeniu. Echo czystej boskiej pracy nie mogło obrażać rzeczy świętych ani zakłócać momentu rytuału. Ceremonia została odprawiona godnie i pięknie, lecz w ocenie Helloise była zbyt krótka. Czarownica liczyła na głębsze, bardziej wyczerpujące momenty modlitwy, które zmuszą największych nawet grzeszników, aby w pokorze obejrzeli się na Boginię i wołali do Niej w intencji nowożeńców. Zadowoliła się jednakże i tym skromnym wymiarem porządnej przecież ceremonii. Gdy wstawali ze swoich miejsc, do Helloise powróciły słowa Alexandra wypowiedziane na samym początku uroczystości, przy wejściu panny młodej: Chciałbym, żeby inni mogli choć raz spojrzeć na świat twoimi oczami. Odnalazła w nich coś ponad zrozumienie. Rzadko zdarzało jej się poczuć naprawdę usłyszaną. W pełni przywykła do tego, że jej słowa są tak często lekceważone, tym bardziej nie mogła przejść obojętnie obok faktu, że Alexander zdawał się ją rozumieć. Tak, to było miłe, lecz było w tym coś jeszcze milszego, odwołującego się do jej próżności — okazał jej adorację. Nie tylko ją rozumiał, ale i wszystkich zanurzyć chciał w jej perspektywie. Uwierzyła w szczerość jego pochlebstwa — pamiętała, z jaką uwagą śledził mapy jej myśli tamtego wieczora w chacie. Widział jej głowę, wiedział dokładnie, o czym mówi… Komplement trafił we właściwy punkt. Odchodząc, Helloise zostawiła na swoim siedzeniu pojedynczą lilię o biało-bordowych płatkach — czy to aby porwały ją dzieci, czy wiatr, czy obsługa wesela. Gdy Alexander zaproponował, aby zebrali liści do uzupełnienia dekoracji jej sukienki, czarownica pokręciła przecząco głową i stanowczo zmieniła kierunek ich spaceru, odwodząc Mulcibera od liści. — Niczego jej nie brak — poprawiła mężczyznę, gdy manewrowali między ludźmi. Nie mogła dłużej ignorować ich obecności, a jako że dawno wyszła z wprawy w nawigowaniu po podobnych przyjęciach, pozwoliła Alexandrowi przejąć inicjatywę tego, gdzie i jak się pokierują. Jeśli było trzeba, to i wymusiła ją na nim, pozostając pół kroku w tyle. Nie interesowało jej zaznaczenie swojej obecności wśród tego zbiorowiska. — Taka jest pełniejsza. — Przesunęła po kołnierzu palcem, pozwalając mu wpaść w pustą wyrwę tam, gdzie brakło oddanego liścia. — Jej część została ofiarowana. Niech liścia brakuje, nie chcę wymazywać wspomnienia tamtych dzieci. W szczerbie historie chowają się lepiej niż w istnieniu. A były uroczą historią, prawda? — Spojrzała na partnera, nie oczekując niczego innego niż potwierdzenia. — Zresztą… nie wyrzucam i złych historii. Po drodze, posiłkując się paznokciem, z kolejnego kwiatu odłamała większość łodyżki i porzuciła ją gdzieś na ścieżce. Gdy znaleźli się przy stołach, Helloise minęła swoje miejsce i zajęła to opisane imieniem Alexandra. Ustawili karteczki po złych stronach. Nie pomyśleli o tym, że lepiej usłyszy ją, gdy usiądą na odwrót. Czarownica porzuciła okaleczoną lilię na talerzu, przed którym widniało wykaligrafowane jej imię. Palce czerwone tym samym odcieniem co bordowe serca kwiatów wsunęła we włosy i wydobyła spomiędzy misternej konstrukcji dwie spinki. Było ich w upięciu wiele: nie była to gładka i elegancka fryzura od stylistki, dużo było tu tekstury, dużo naniesiono w nią poprawek — przed wyjściem Helloise dokładała żabki i wsuwki jedna za drugą, aby niesforne włosy trzymały się w miejscu. Metalowe spinki brzdęknęły o porcelanę, gdy kobieta złożyła je na talerzu przed Alexandrem, tuż obok kwiatu. — Więc kim jesteś? — zapytała swobodnie. Siedziała zwrócona do niego profilem, teraz wyprostowała plecy i kark, aby ułatwić powierzone czarodziejowi zadanie. — Zaprosili cię z jakiegoś powodu... RE: [23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna - Benjy Fenwick - 22.10.2025 Nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że cała ta ceremonia, chociaż piękna, była jednak zbyt długa. Rytuały miały w sobie coś hipnotyzującego, ale po jakimś czasie zaczynały przypominać muzykę graną w kółko - znało się już melodię, czekało tylko na koniec. Prue, siedząca obok, zdawała się tym jednak niespecjalnie przejmować, raz po raz nachylała się do mnie z półuśmiechem, komentując coś szeptem, a ja odpowiadałem równie cicho, z trudem powstrzymując się, by nie roześmiać się głośno w najmniej odpowiednim momencie. To właśnie ta rozmowa sprawiła, że te wszystkie długie formuły i symboliczne gesty kapłana nie wydawały mi się już tak przytłaczająco nudne. Ta część wydarzenia zawsze była długa i nieco zbyt poważna, więc każde parsknięcie, będące przejawem żywej wesołości, działało lepiej niż jakiekolwiek błogosławieństwo. Prudence starała się zachować powagę, ale jej prychnięcie zdradziło wszystko - udała kaszel, ja udałem, że jej wierzę. - Zdecydowanie wygląda na plaktyka ślubnego. - Mruknąłem, pochylając się lekko ku niej. - Chociasz ostatnio pewnie w wolnych chwilach szkoli się s pogszebów, szeby mieś ciągłość zatludnienia. Po pożarach to było szczególnie lukratywne zajęcie - z pewnością, zarówno śluby, jak i pogrzeby. Z dwojga złego, jak długa by nie była ta ceremonia, tego dnia spotkaliśmy się na tej weselszej okazji. Uśmiechnąłem, widząc, jak jej twarz wykrzywia się w grymasie na myśl o Ambroisie z zębami przy linie, a moment później mimowolnie uśmiechnąłem się jeszcze szerzej, widząc, jak moja towarzyszka lekko się krzywi i mruga, jakby właśnie próbowała odgonić wyobrażenie Roise’a z Gerdą w roli… No, tej, której zdecydowanie nie chciała sobie wyobrażać. Miała ten błysk w oku - taki, który mówił więcej niż tysiąc słów i zdradzał, że właśnie w jej głowie toczył się seans filmowy o wyjątkowo absurdalnej treści. - Och, uwiesz mi, widziałem szeczy znacznie baldziej absuldalne nisz pszeglyzanie sznulów zębami. - Parsknąłem stłumionym śmiechem. Tak, poświęcenie to było słowo klucz, zwłaszcza w małżeństwie - nie zamierzałem tego mówić, ale mnie się udało złożyć przysięgę jeszcze zanim zdążyłem dorosnąć do tego, by wiedzieć, co właściwie przysięgam. Ślub tuż po Hogwarcie, głupi jak cholera, ale romantyczny w przekonaniu, że życie to przygoda i przysięga coś znaczy, nawet jeśli nie wiesz jeszcze, kim jesteś. Uśmiechnąłem się krzywo. Nie było w tym goryczy, raczej pogodzenie z faktem, że romantyzm to luksus, na który świat rzadko pozwalał. - No, pszysnam. - Odmruknąłem półgłosem do Prue. - Jeszli nie zemdleje s wysiłku po tym pokazie, to mosna mu wieszyś w pszysięgę, sze udźwignie wszystko. - Uśmiechnąłem się z uznaniem, obserwując jak młodzi znikają nam z pola wzroku. Gdyby Roise padł w tej chwili, z panną młodą w ramionach, to byłoby coś dosyć niezręcznego - taki upadek na oczach całej elity, w blasku płonącego ogniska, po całym tym mistycznym pokazie żywiołów, a jednak się na to nie zapowiadało - i całe szczęście. Kiedy wreszcie nowożeńcy zniknęli w małym namiocie, poczułem, że powietrze wokół w końcu zaczęło nabierać lekkości. Ludzie zaczęli wstawać, pierwszy śmiech mieszał się z brzękiem kieliszków i rozmowami. Z naszej dwójki, to Prue wstała pierwsza, poprawiając materiał sukni i rzucając mi jedno z tych spojrzeń, które mówiły więcej niż jakiekolwiek słowa. Uniosłem się zatem z miejsca, nieco wolniej niż ona, ale wciąż zanim zdążyła zrobić krok, już wyciągnąłem do niej rękę, oferując jej ramię. - O tak, misja „znajdź swoje nazwisko wślód stu innych”. - Skomentowałem, rozglądając się po gęstym tłumie w celu znalezienia jakiejś rozpiski. - Czuję, sze Matka nas wystawia na plóbę, chyba my nie jesteśmy jej ulubieńcami. Szukanie miejsca w tym zamieszaniu nie było łatwe, tłum falował jak morze, a stoły zdawały się rozrastać w nieskończoność. - Tylu ludzi… - Westchnąłem. - Mam nadzieję, sze nie posadzili nas koło kogoś, kto wieszy, sze losmowa o pogodzie to szczyt intelektualnej wymiany zdań. Zwolniłem odruchowo, dostosowując krok do jej tempa. Mijaliśmy stoły, grupki ludzi śmiejących się głośno, kłaniających się sobie nawzajem z przesadną uprzejmością. Cała ta uroczystość, chociaż z pozoru coraz bardziej swobodna, była mimo wszystko obwarowana własnym rytuałem - widać było, że ci, którzy tu przyszli, zazwyczaj znali się dobrze. Ja ich nie, już nie, ale to akurat nie stanowiło dla mnie nowości. Nim się obejrzałem, szliśmy wśród kolejnych niewłaściwych stolików, rozpoznając po drodze znajome twarze, chociaż większość była mi zupełnie obca. Kiedy tylko usłyszałem, jak ktoś woła imię Prudence, odruchowo odwróciłem głowę w tamtą stronę. Głos, ciepły, wyraźny mimo muzyki, przebił się przez gwar rozmów i śmiechów, przyciągając uwagę kilku osób wokół, nie tylko moją. Zanim jeszcze zdążyłem zlokalizować, skąd dokładnie dobiegł, Prue już lekko uniosła brodę, jakby instynktownie wiedziała, kto to. Zrobiła ten swój mały, nieco półświadomy gest, który chyba poprzedzał spotkanie z kimś znajomym, bo wykonała go już wcześniej w stosunku do innej osoby. Podążyłem za jej spojrzeniem przez stół - w unoszącym się nad nim świetle lampionów, dostrzegłem kobietę, która właśnie skinęła w naszym kierunku. Elegancką, dobrze ubraną, z tym rodzajem postawy, który mówił o pewności siebie, ale nie arogancji. Odstawiła kieliszek i czekała, aż podejdziemy, a jej spojrzenie, które zatrzymało się na nas emanowało lekkim zdziwieniem, może nawet ciekawością. Naturalnie, trudno byłoby jej się dziwić - pojawienie się obcej twarzy u boku Prudence musiało wywołać pytania. Zerknąłem na Prue, pytająco, zanim ruszyliśmy w tamtą stronę. Kiedy się zbliżyliśmy, skinąłem lekko głową, prostując się z odruchem, który zawsze wracał w towarzystwie zbyt oficjalnie wyglądających ludzi, których nie znałem. Z bliska, kobieta była jeszcze bardziej zauważalnie wyrafinowana, obdarzona tym typem błysku w oczach, który potrafił przeszyć człowieka na wskroś i od razu oszacować, czy był wart zachodu. Zatrzymaliśmy się przy stole, a ja pozwoliłem, by to Prudence zrobiła pierwszy krok. Przysunąłem się lekko, z taktem, o krok - to była jej znajoma, a więc jej przestrzeń. Czekałem, aż padną pierwsze słowa, a kiedy spojrzenie nieznanej mi kobiety zwróciło się ku mnie, ponownie kiwnąłem głową z uprzejmym, nienachalnym uśmiechem - takim, który miał w sobie więcej uprzejmości niż ciepła, choć bez cienia chłodu. Nie chciałem pogarszać wrażenia kontrastu, jaki i tak mogliśmy sprawiać. Stanąłem tuż za Prue, przez moment pozwalając jej przejąć inicjatywę. Mój akcent, postura, twarz - wszystko to i tak wystarczająco odcinało się od tego towarzystwa. W tym świecie, pełnym ludzi w jasnych tkaninach, o schludnych manierach i błyszczących oczach, wyglądałem jak ktoś, kto przez pomyłkę trafił z powrotem w cywilizację po zbyt długim pobycie w dziczy. Cień zarostu, ciemne włosy i skóra lekko przybrązowiona od słońca, kilka drobnych blizn na dłoniach, które żadna elegancka stylizacja nie była w stanie ukryć. Garnitur nie czynił cudów, i chociaż był elegancki, nie zdołał ukryć tego, że nie wyglądałem jak typowa osoba towarzysząca schludnej, ułożonej pani antropolog, ale nie byłem też jedynym nie do końca właściwie wyglądającym, wysokim przebierańcem - w końcu towarzystwo łowców, tropicieli, badaczy magicznych stworzeń miało w sobie zbyt wiele osobliwości, by ktokolwiek uznał mnie za ewenement. Może tylko trochę… - Dobly wieczól. - Powiedziałem spokojnie, starannie dobierając ton, by brzmiał neutralnie, nieprzesadnie oficjalnie. - Benjy Fenwick. - Przedstawiłem się spokojnie, niskim, nieco szorstkim głosem, mimo specyficznego akcentu, ale nienaruszającym towarzyskich zasad. Nie dodałem nic więcej, żadnego komentarza, dopowiedzenia o tym, kim jestem dla Prudence - to nie była moja rola. Wiedziałem, że w takich sytuacjach najwięcej mówią właśnie przemilczenia. W takich momentach najlepiej było mówić krótko, pozwolić, by druga, bardziej bliska nieznajomej strona sama zbudowała resztę obrazu. Prue mogła nazwać mnie jak chciała - przyjacielem, towarzyszem, nie zamierzałem wychodzić przed szereg. Złapałem wzrok jednego z kelnerów niosących tacę z kieliszkami. Miałem ochotę na coś mocniejszego, ale uznałem, że to nie był jeszcze ten moment, wciąż było zbyt wcześnie, mimo to, postanowiłem ruszyć się do baru, gdy tylko nadarzy się taka okazja. - Chcesz, szebym ci coś pszyniósł? - Spytałem Prudence półgłosem, który miał w sobie więcej sugestii, że tak, niż pytania z uprzejmości - nie chodziło tylko o kieliszek wina czy szklankę wody. To była oferta przestrzeni, chwili dla niej i tej kobiety, możliwości, by powiedzieć to, co kobiety zwykle mówią, gdy nie muszą się pilnować w obecności kogoś, kto patrzył z boku. No i może chwili dla mnie dla… Mnie. Musiałem zapalić. [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=ajo1bDK.jpeg[/inny avek] RE: [23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna - Cliodna - 22.10.2025 [inny avek]https://gudejko.pl/wp-content/uploads/2021/10/wolszczak_grazyna_04_cpx1.jpg[/inny avek] Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, jak wygląda ten świat. Rządził się swoimi prawami, nie było w nim miejsca na żadne, drobne potknięcia - te miały być wyłapane bardzo szybko, przekazane dalej. Nawet podczas takich ceremonii ludzie liczyli na to, że coś może nie do końca się udać. Nie daj bowiem Merlinie, by innym układało się lepiej niż im samym. Mogli się uśmiechać, udawać, że jest inaczej, jednak Jennifer wiedziała, jak to wygląda. Nie urodziła się przecież wczoraj. Zależało jej na tym, aby wszystkie szczegóły nad którymi dało się zapanować zostały dopilnowane, chociaż tyle mogła zrobić dla swojego świętego spokoju. Ursula okazała się być naprawdę doskonałą towarzyszką we wspólnym planowaniu całej uroczystości. Była bardzo czujna, miała odpowiedni szacunek do tradycji, a do tego nie bała się dzielić swoim zdaniem, negować pomysłów, które nie okazywały się najbardziej trafne. Dobrze było mieć przy sobie kogoś z takim spojrzeniem na świat. Pomogła jej doprowadzić do tego, aby ceremonia była doskonała, Jennifer doceniała jej wsparcie i zaangażowanie, którego przecież wcale nie musiała oferować, chociaż zdążyła już zauważyć, że Ambroise nie był jej obojętny, wręcz przeciwnie - widziała, że łączy ich bardzo silna więź, nawet jeśli nie byli jakoś blisko spokrewnieni. Pani Yaxley póki co nie ruszała się z miejsca, niech goście zaczną rozchodzić się jako pierwsi, odnajdą swoje stoły, nie musiała dołączać do tego tłumu. Ursula nadal była obok, ona również nie musiała się nigdzie spieszyć. Gdzieś w dali dostrzegła swojego męża, który najwyraźniej nie zamierzał wrócić przed ołtarz, tak właściwie nie miał po co, mieli już w końcu przenieść się w miejsce, gdzie będzie odbywała się ta mniej oficjalna część ceremonii. - Tak, znam ich. - Starała się przy tym nie przewrócić oczami, bo wydawało jej się, że naprawdę jeśli o to chodzi mogą spodziewać się wszystkiego. Ta dwójka była nieprzewidywalna, lubiła stawiać na swoim, podchodzić do pewnych spraw zupełnie inaczej niż cała reszta. Tak już mieli - pozostawało się tylko z tym pogodzić, bo przecież byli dorośli. - Nie wiem, czy to dobrze, że to akurat ona ma tę kartę. - Nie sądziła, że musi kryć się ze swoją opinią przed Lestrange, znała jej córkę, wiedziała, że potrafi podejmować decyzje odbiegające od norm, które istniały od lat. To nieco ją niepokoiło, ale musiała się z tym pogodzić. Bardziej chyba wierzyła w zdroworozsądkowe podejście swojego zięcia. - Tak, to odpowiedni moment, zaczyna się już przerzedzać, nie będziemy musiały przedzierać się przez gości. - Mogły dyskretnie wstać i skontrolować to, co było potrzebne. Przez chwilę zapomniała o wkładzie swojego męża w te wesele, na szczęście Ursula jak zawsze pojawiła się z idealną sugestią. Spodziewała się, że mąż raczej nie zamierzał pilnować tego, swojego rozgardiaszu, one musiały się tym zająć. Podniosła się więc powoli z krzesła, wygładziła dyskretnie suknię, była gotowa do zmiany stanowiska, oczywiście nie przestawała taksować wzrokiem okolicy, musiała być czujna. RE: [23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna - Ursula Lestrange - 22.10.2025 Skinęłam lekko głową, gdyż jej słowa potwierdzały coś, co obie wiedziałyśmy od dawna - to, że w tym świecie, w którym żyłyśmy, nic nie uchodziło uwadze. Każdy gest, pomyłka, drgnienie twarzy mogło stać się tematem rozmów jeszcze przez tygodnie. Byłam tego boleśnie świadoma, może dlatego tak uważnie dbałam o pozory, o to, by każdy ruch wyglądał na celowy, a każde słowo - przemyślane. W istocie jednak w takich gestach kryła się cała esencja naszego świata - troska pod pozorem kontroli, czujność w imię harmonii, uprzejmość jako forma władzy. Wyprostowałam się i złożyłam dłonie przed sobą, spoglądając ku zebranym, którzy powoli opuszczali część ceremonialną, kierując się ku stołom bankietowym. - Być może moment nie jest najtrafniejszy, co by o tym nie mówić… - Dodałam lekko, choć wciąż nienagannie powściągliwie - Jednak ta karta… cóż, to właściwa broń w rękach kobiety w wieku Geraldine. - Zerknęłam w kierunku namiotu, gdzie młodzi zapewne rozmawiali z kapłanem i świadkami półgłosem o czymś, co w przyszłości miało stać się anegdotą przy rodzinnym stole. Wiatr poruszył materiał mojej sukni, a w oddali rozbrzmiał śmiech jednego z gości - dźwięk trochę zbyt głośny jak na tę godzinę, ale niegroźny. W tle słychać było gwar rozmów, pierwsze dźwięki skrzypiec i śmiechy młodszych gości, którzy już zapomnieli o ceremonii i zaczynali witać się z winem. - Być może, moja droga, twoja córka właśnie dzięki tej karcie zacznie nabierać ogłady. W końcu nic tak nie cywilizuje młodych, jak zderzenie z rzeczywistością i zmiany w rodzinnej hierarchii. Czasem to właśnie opór wobec innego uporu bywa najlepszą lekcją. - Uśmiechnęłam się kątem ust, subtelnie, jak zawsze wtedy, gdy elegancja miała przykryć prawdziwą myśl, która w tym wypadku całkiem mnie bawiła - oto oboje za jakiś czas mieli się przekonać, jak to było mieć styczność z siłą żywszą i bardziej upartą od nich. Wstałam powoli, w ślad za Jennifer, unosząc się z miejsca tuż po niej, z gracją, na jaką pozwalała długoletnia praktyka w podobnych sytuacjach - poprawiłam materiał swojej ciemnej, eleganckiej sukni, wygładzając spódnicę tak, by opadła idealnie, bez choćby jednej fałdy. Na twarzy zachowałam spokojny, neutralny wyraz, odpowiedni dla damy, która nie miała najmniejszego powodu do pośpiechu. - Proszę. - Rzekłam, wskazując delikatnym gestem kierunek, w którym powinnyśmy ruszyć, zerkając jeszcze raz ku ołtarzowi - teraz zdawał się pusty, jak scena po zakończonym akcie. Unosząc brzeg sukni, by nie dotknęła wilgotnej trawy, ruszyłam powoli obok Jennifer, trzymając krok z jej dostojnym, równym tempem. [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=vNIK0XS.jpeg[/inny avek] RE: [23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna - Prudence Fenwick - 22.10.2025 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=j0bGEtb.png[/inny avek] Podobne ceremonie miały to do siebie, że nawet jeśli były bardzo piękne, to w pewnym momencie zaczynały się dłużyć. Każdy miał swoją cierpliwość, skupienia wystarczało na trochę, jednak trudno było usiedzieć w miejscu, praktycznie milcząc spoglądając na ołtarz, bez względu na to, jakże interesujące nie byłby słowa padające z ust tych, którzy znajdowali się na piedestale. Oczywiście można było sobie umilić ten czas, dzisiaj dzięki wyjątkowemu towarzystwu właśnie tak się stało. Wymiana spostrzeżeń z Bnejy'm okazała się być na tyle zajmująca, że nim się obejrzała dotarli do momentu, w którym młodzi schodzili z ołtarza. Nie spodziewała się, że tak to będzie wyglądało, ale widać wszędzie można było się odnaleźć mając u swojego boku odpowiednią osobę. Zresztą zaczęła zauważać, że przy tym mężczyźnie nie można się było nudzić, nawet w sytuacjach, które mogły się wydawać najbardziej oczywiste, czy nudne, wszystko nabierało kolorów. Gdy usłyszała jego kolejne słowa wstrzymała oddech, była bardzo bliska roześmiania się w głos, ale wiedziała, że jeśli to zrobi, to na pewno ktoś na nich spojrzy i pewnie będzie się zastanawiał dlaczego się tak dobrze bawią. Wizja przebranżowienia się przez obecną sytuację panującą na świecie nie powinna jej bawić, jednak nie wiedzieć czemu było zupełnie odwrotnie. Zrobiła się czerwona na twarzy, a po jej policzku spłynęła łza. Popłakała się ze śmiechu, na szczęście okazja była na tyle wzruszająca, że można to było uznać za bardzo sentymentalne podejście. - Nie wątpię, że widziałeś bardzo wiele. - Spodziewała się, że nie tylko widział, ale również przeżył wiele, ale tego nie dodała, żeby nie brnąć w ten temat, nie był to odpowiedni czas i miejsce na podobne historie. No, może trochę później, jak już wszyscy będą zajęci sobą, wtedy będzie mogła wrócić do tematu i być może nauczyć się czegoś nowego. - Kto wie, co robią w tym namiocie, być może w tej chwili Ambroise zostaje napojony jakimś eliksirem, żeby nie było po nim widać tego, ile go to kosztowało. - Doceniała starania swojego sojusznika, ale zdawała sobie sprawę, że mogły być one dość mocno wymagające fizycznie, a on miał jeszcze przed sobą wiele godzin, podczas których musiał być w formie, być może jakaś wspomagająca mikstura byłaby dobrym pomysłem. Cóż, znajdowała się na tyle daleko, że nie mogła mu tego zasugerować, z drugiej strony Greengrass był przecież wyśmienitym uzdrowicielem - na pewno sam doszedł do odpowiednich wniosków. Podnieśli się z miejsca, znowu miała szansę oprzeć się na swoim partnerze podczas spaceru w stronę stolików przy których mieli się teraz znaleźć. To ułatwiało manewrowanie między gośćmi, zdecydowanie. - Obawiam się, że tych nazwisk może być z dwieście, nie sto. - Co jeszcze bardziej komplikowało sprawę, ale musieli być dzielni, nie z takimi przeciwnościami losu przecież potrafili sobie poradzić, przetrwali razem pożary - na pewno uda im się również jakoś przeżyć poszukiwanie swoich miejsc. - Dziwisz się jej? Mam wrażenie, że Matka może nas mieć za ignorantów. - Może czas najwyższy zacząć bywać co niedzielę w kowenie, tylko czy to mogłoby pozwolić im się bardziej wkupić w jej łaski? Nie do końca w to wierzyła. - Czasem rozmowa o pogodzie jest najlepszym co się może zdarzyć. - Nie miała jakichś szczególnych oczekiwań, co do towarzystwa, raczej spodziewała się, że nie będzie znała większości z gości, bo to nie był do końca jej świat. Zresztą znalazła się tutaj tylko i wyłącznie dlatego, że miała być osobą towarzyszącą Benjy'ego, gdyby nie on to by się tutaj nie pojawiła, co mówiło samo za siebie. Całkiem zgrabnie manewrowali między tłumem, mijali kolejne obce twarze, może czasem nawet wydawało się jej, że niektóre z nich kojarzy. Była skupiona na tym, żeby się nie przewrócić, póki co nie widziała jeszcze, aby komuś coś takiego się przytrafiło i wolałaby nie być pierwszą, bo to zwróciłoby na nią uwagę. Uniosła wzrok w chwili, w której usłyszała swoje imię. Szukała spojrzeniem osoby, która mogłaby ją znać. Może chodziło o inną Prue - to również było prawdopodobne, aczkolwiek głos, głos był znajomy, całkiem szybko udało jej się dostrzec znajomą sylwetkę stojącą przy jednym ze stołów. Dała znać gestem, że usłyszała wołanie, poczuła na sobie spojrzenie Fenwicka, więc uniosła wzrok i powiedziała cicho - Astoria. Nie, żeby miało mu to coś powiedzieć, ale w ten sposób chyba po prostu dała znać o tym, że faktycznie zna tę kobietę, a jakżeby inaczej. Ruszyli w jej kierunku, Bletchley nie spodziewała się, że spotka tu swoją przyjaciółkę, co może było złym założeniem. W końcu Avery należała do grona elity, tacy jak ona mijali się na podobnych przyjęciach, zapraszali się na kolejne, w końcu byli śmietanką towarzyską świata czarodziejów. Ona w przeciwieństwie do niej pasowała idealnie do zaproszonych gości. Prue być może wiedziała jak się zachować, posiadała odpowiednie maniery, jednak nigdy nie była częścią tego świata i o tym nie zapominała, wręcz przeciwnie bardzo dobrze zdawała sobie sprawę z hierarchii, która istniała. - Cześć Astoria. - Powiedziała lekko, przywitała przyjaciółkę uśmiechem, czuła, że nie wypada w tej chwili jej obejmować, nie były bowiem w bezpiecznych, czterech ścianach, a w miejscu, w którym ich zachowanie mogło zwrócić uwagę wielu osób. - Nawet nie wiesz jak dobrze jest zobaczyć znajomą twarz pośród tylu obcych. - Od tego warto było zacząć, naprawdę ucieszył ją widok kogoś kto był jej bliski, szczególnie, że minął jakiś czas od ich ostatniego spotkania. Wypadało, aby przedstawiła swojego partnera, tak, to było całkiem oczywiste. Gdy Benjy wyjawił swoje personalia odezwała się, wiedziała, że to jest ten moment, w którym powinna zwrócić uwagę na to, kim dla niej był. - Benjy to mój... - Chcąc nie chcąc na chwilę zamilkła, ułamek sekundy, ale dało się wyczuć zawahanie w jej głosie. Mogła przedstawić go na wiele sposobów, był w końcu jej tymczasowym chłopakiem, przyjacielem, towarzyszem, naprawdę mogła sięgnąć po różne słowa, i żadne z nich nie byłoby kłamstwem. - Benjy to mój przyjaciel. - Dokończyła myśl. Ten moment zawieszenia, bardzo krótki, choć zauważalny nie był w przypadku Prue niczym nowym, mógł sugerować, że zwyczajowo dla siebie na chwilę zagubiła się w swoich myślach. - Astoria to również moja przyjaciółka. - No, może w nieco innym tego słowa znaczeniu, ale jak wiadomo przyjaźń miała wiele oblicz. Uniosła głowę, by spojrzeć na Fenwicka, - Może wodę? - Coś w tonie jego głosu sugerowało jej, że nie był to moment, w którym powinna odmawiać. Nie zamierzała zaczynać tej części ślubu od alkoholu, bo sporo było jeszcze przed nimi, więc wybrała najprostsze rozwiązanie. |