Secrets of London
[23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Wyspy Brytyjskie (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=125)
+--- Dział: Walia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=126)
+---- Dział: Snowdonia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=132)
+---- Wątek: [23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna (/showthread.php?tid=5189)

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21


RE: [23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna - Sebastian Macmillan - 22.10.2025

Hmm, istotnie ''dowaliłem'' — zgodził się ze słowami Millie i Geraldine, nie orientując się od razu, że ta druga wcale nie mówiła do niego, a swojego świeżo upieczonego męża. — Zgodzę się z tym, że warunki były dość fortunne. Goście zachowali spokój. Nikt nie wyraził sprzeciwu wobec waszej unii. — Dzięki bogom. — Wasza czwórka spisała się wprost wyśmienicie. Nawet pogoda dopisała - bez wątpienia wynik wpływów Matki. Wczorajszej nocy bardzo żarliwie modliłem się o to, aby ten dzień przebiegł pomyślnie. — Uśmiechnął się szerzej. — Można powiedzieć, że złożyłem zamówienie w waszym imieniu. Oby ten dzień pozostał w waszej pamięci po wsze czasy.

Sebastian zaczął rozglądać się za swoimi rzeczami. Gdzie on je posiał... Przygotowanie ołtarza chwilę trwało, bo przecież nie mógłby zostawić wszystkiego na ostatnią chwilę, ale był pewien, że zostawił tobołek z papierami gdzieś tutaj i... Oczy mu się zaświeciły, gdy znalazł wzrokiem swoją własność.

Ekhm… A teraz, skoro domknęliśmy już większość spraw natury boskiej, to teraz pozostały nam sprawy natury ludzkiej. Konkretnie kowenu. — Sięgnął po swoją torbę, która całą uroczystość przeleżała właśnie w tym namiocie. Grzebał w niej przez dłuższą chwilę, po czym wyciągnął zbiór kilku folderów oraz spiętych ze sobą dokumentów. Wprawne oczy mogły tam też zauważyć kilka ręcznie przygotowanych notatek przyozdobionych kowenowymi pieczęciami. — Zacznijmy od zaległych dokumentów... Protokół przedślubny.

Ten dokument wymagał już jedynie podpisów Geraldine i Ambroise'a, bo Macmillan podpisał się już na wszystkim zawczasu. Państwo młodzi mogli zauważyć, że widnieje na nim ta sama data, jaką Sebastian wyznaczył na ich spotkanie w siedzibie kowenu, po tym jak wymienili listy dotyczące uroczystości. Z uwagi na dość szybką organizację ceremonii niemożliwe było wcześniejsze ich przygotowanie (procedury!); Sebastian wzdrygał się na samą myśl, że akurat w kwestii dokumentów byli w tyle, ale cóż... Takie życie. Na karcie wypisane były szczegółowe dane osobowe młodej pary, informacje o tym, który kapłan przeprowadzał ceremonię, termin i miejsce ślubu, a także deklaracje dotyczące wspólnego rozwoju duchowego jako małżeństwo. Dał parze młodej chwilę czasu na sprawdzenie poprawności wszystkich danych i zwrócił się do Millie i Corneliusa.

Bardzo dobrze rokujecie — zapowiedział, patrząc na nich z uśmiechem. — Wspaniale się prezentowaliście i mam nadzieję, że nie jest to nasza ostatnia wspólna uroczystość kowenowa. W końcu, kiedy rozwijają się kwiaty prawdziwej miłości, uczucie to staje się zaraźliwe. Może spotkam się z którymś z was przy ołtarzu? — Zerknął instynktownie na Millie; mimowolnie zaczął zastanawiać się, kto rościłby sobie większe prawa do poprowadzenia jej do ołtarza - ojciec Aaron a może brat Alastor? — W każdym razie... Wiem, że na pewno zdajecie sobie sprawę z tego, jak wielka odpowiedzialność na was spoczywa. Nie jesteście już tylko przyjaciółmi Gerladine i Ambroise'a. To nie był wybór przypadkowy ani gest grzecznościowy, ale autentyczny akt zaufania. Jesteście strażnikami pamięci tego dnia, podobnie jak i ja. Waszym zadaniem - może cichym, ale ważnym - jest przypominać im, jeśli kiedyś przyjdą trudniejsze chwile, że miłość, którą dziś sobie wyznali, była prawdziwa, odważna i święta. Podpisy, jakie dziś z nimi złożycie, nie są więc tylko formalnością, a pieczęcią zaufania. Ekhm.. Zaufania, które niedługo przyjdzie wam wszystkim wspólnie celebrować wraz z resztą gości.

Sebastian zamierzał zostać ze względów grzecznościowych na parę godzin w rezydencji Yaxleyów, jednak na pewno nie zamierzał spędzić tutaj kilku dni. Takie huczne imprezy nie były w jego stylu. I chyba wolałby pozostać nieświadomy co do tego, jak co poniektórzy goście będą się zachowywać, kiedy barek zostanie w dużej mierze opróżniony... Bądź co bądź, co poniektórych widywał w kowenie czy na sabatach. Nie chciał psuć swojej wizji co poniektórych wiernych.

Potwierdzenie zawarcia małżeństwapodsunął kolejne dokumenty, które tym razem musiała podpisać cała czwórka. Oprócz typowych danych osobowych były też tam miejsca na podpisy potwierdzające obecność oraz miejsce na własnoręczne wypisanie oświadczenia o prawidłowym przebiegu ceremonii.

Sebastian obserwował uważnie całą czwórkę, jednak w tym momencie skupiał się najbardziej na Geraldine i Ambrożym. Wprawdzie podczas ich prywatnego spotkania w siedzibie kowenu doszli do porozumienia w kwestii dopięcia poszczególnych szczegółów, jednak nie byłby sobą, gdyby nie upewnił się, że pewne obietnice faktycznie zostaną wprowadzone w życie. Rozumiał, że obecnie wszyscy byli zapracowani, ratowali swoje majątki, starali się wrócić do normalności po pożarach w kraju, jednak... Doba miała dwadzieścia cztery godziny. A Londyn dla znacznej większości ludzi był stałym przystankiem w trakcie codziennych podróży.

A także takie mały ''aneks'', zaproszenie — dodał z uśmiechem, podsuwając im ręcznie wypisaną kartkę z aż trzema pieczątkami kowenu: dwiema na górze i jedną na samym dole. — Bardzo ubolewam nad tym, że przez spontaniczny charakter dzisiejszych celebracji nie udało wam się wziąć udziału w spotkaniach przygotowujących do wejścia w tę świętą unię. Domyślam się, że wam także jest z tego powodu bardzo przykro. — Wbił twarde spojrzenie w parę młodą. — Chciałbym więc oficjalnie zaprosić wam do udziału w naszych spotkaniach modlitewnych. Nie będą to nauki per se, a po prostu... Takie pół godziny dla Matki. Dla wyciszenia się. Dla kontemplacji. Oczywiście nie są to pełnoprawne sabaty, ale staramy się zaangażować w te spotkania także nasz chórek kowenowy. Byłoby mi bardzo miło, gdybym mógł was tam zobaczyć. Może za tydzień, może za dwa... Może nawet w okolicy Samhain lub w jakiś listopadowy weekend. Chciałbym, żebyście znaleźli chwilę na przyjście na takie spotkanie. Razem, osobno - ważne, żebyście się zjawili.

Tutaj zerknął także na świadków.

Oczywiście, was również chciałbym zaprosić. W idealnych warunkach spotykalibyśmy się w piątkę przez co najmniej kila tygodni przed ceremonią. Może nawet w większej grupie, gdyby udało się zgrać terminy innych par, które również planowały swoje śluby w tym okresie — opuścił spojrzenie na stół; widać było po nim, że szczerze żałuje, że ten plan nie doszedł do skutku. — Niestety, nie było nam dane, a chcę, żebyście widzieli, że bramy kowenu są zawsze otwarte. I czasem nawet chwila refleksji potrafi przynieść prawdziwe objawienie.

Wodził wzrokiem po całej czwórce: ewidentnie liczył, że cała czwórka zobowiąże się do tego, aby faktycznie odwiedzić kowen w nadhodzących miesiącach. Nie był głupi; wiedział, że młodzi będą zajęci sobą, a zgranie grafików czterech dorosłych osób mogło być zadaniem ponad ich siły, dlatego też wyciągał do nich pomocną dłoń - nie wymagał stawienia się w konkretnym terminie. Ba, nie wymagał nawet, żeby wdawali się jakąś pogadankę z nim (jakby akurat na niego trafili podczas spotkania modlitewnego) czy z innymi kapłanami lub kapłankami. Po prostu zależało mu, żeby pośród napiętych grafików i codziennych perypetii znaleźli czas na moment zastanowienia w świątyni Matki. Czy naprawdę prosił o tak wiele?
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=lvsfhMe.png[/inny avek]


RE: [23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna - Geraldine Greengrass-Yaxley - 23.10.2025

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=GnwNBQz.jpeg[/inny avek]

No tak, to było całkiem oczywiste. Z tym argumentem nie miała co dyskutować. Musiało im się udać, zawsze wszystko im się układało, czasem docierali do tego nieco okrężną drogą, ale nie było wątpliwości co do tego, że jeśli już sobie coś założyli to musiało się stać po ich myśli. Kiedy mieli jeden, wspólny cel - nic nie mogło przeszkodzić w jego realizacji, byli uparci, jedno i drugie, a razem... było tylko gorzej, niż w pojedynkę. No dla innych gorzej, dla nich wręcz przeciwnie.

Geraldine nie do końca miała doświadczenie w tej oficjalnej części. Nie była nigdy świadkiem na czyimś ślubie, był to również jej pierwszy i zakładała, że ostatni taki dzień. Nie do końca więc wiedziała, czego powinni się spodziewać po tej namiotowej części. Miała nadzieję, że Sebastian szybko ich stąd wypuści, i wreszcie będą mogli usiąść między najbliższymi, porozmawiać, odetchnąć. Jeszcze nie wiedziała, że to wcale nie będzie takie proste... nie można było mieć jednak wszystkiego, czyż nie?

Wkrótce dołączyli do nich Millie i Corio. Uśmiechnęła się, gdy pojawili się w namiocie, w końcu poniekąd to oni byli ich głównymi partnerami w zbrodni... nie bez powodu tak się stało.

Słuchała tego, co miała do powiedzenia Millie. Najwyraźniej podobała jej się ceremonia, którą zorganizowali wraz ze swoimi najbliższymi, oby nie była to tylko jej opinia, z drugiej strony Geraldine jak zawsze miała gdzieś to, co ludzie powiedzą. Najważniejsze, że na tyle na ile mogli postawili na swoim,mieli wpływ na to, jak spędzą ten jeden z ważniejszych dni w swoim życiu. Nie do końca wydawało jej się potrzebne porównywanie do innych ślubów, zresztą każda z rodzin miała swoje tradycje, których starała się przestrzegać, miała świadomość, że każdy chciał się pokazać jak najlepiej i robił co w jego mocy, by właśnie tak było. Była gościem na weselu Blacków i bawiła się tam wcale nie najgorzej w towarzystwie Erika.

- Cieszę się, że Ci się podobało. - Odpowiedziała jeszcze Millie. W końcu o to chodziło, by ci, z którymi byli najbliżej dobrze się bawili, no i oni sami, a nie wątpiła w to, że ten ślub był bardzo blisko tego idealnego - nie mogli przecież pójść sami do kowenu, chociaż to byłaby dla nich pewnie najlepsza wersja, jednak świat czystokrwistych rządził się swoimi własnymi prawami.

Przeniosła wzrok na Corio, z którego ust padło nazwisko Blacków, wzruszyła jedynie ramionami. - To nie była taka zła impreza, kapibary biegały między ludźmi, było całkiem śmiesznie. - Nie sądziła, że było to pomysłem organizatorów tamtego przyjęcia, raczej jakąś dziwną, niefortunną, zupełnie przypadkową i niewinną klątwą, która padła na gości. Spowodowała jednak rozluźnienie wśród gości, zapewnie inaczej zareagowały rodziny pary młodej.

Sebastian nie omieszkał się wtrącić do ich rozmowy, przeniosła na niego spojrzenie. Czekała na dalsze instrukcje, w końcu zostały im do dopełnienia te drobne formalności. Jeszcze chwila i będą wolnymi ludźmi, no prawie wolnymi...

Kiwała głową, kiedy wspomniał o tym, że modlił się o pogodę. Tak, jasne - jakby naprawdę mógł w ten sposób na to wpłynąć, nie podzieliła się jednak swoim sceptycznym podejściem, nie chciała wchodzić w takie dyskusje z kapłanem podczas ich własnego ślubu, co jeśli postanowiłby go anulować? Nie było sensu niepotrzebnie ryzykować. Trzymała więc gębę na kłódkę.

Macmillan podsunął im dokumenty do podpisania, bez słowa więc zaczęła je podpisywać, jak najszybciej - nie czytała ich zbyt dokładnie, kapłan by ich przecież nie oszukał, nie podsunął jakiegoś kredytu do podpisania, prawda? Wierzyła w jego dobre intencje.

Kartkowała dokumenty w poszukiwaniu miejsc, w których powinien znaleźć się jej podpis, przy okazji jednak słuchała tego, co mówił Sebastian. Kończyła składać podpisy, gdy do jej uszu doszły te sugestie o tym, że powinni się pojawiać w Kowenie, na jakichś spotkaniach, uniosła wzrok, spoglądała na Ambroise'a, mógł dostrzec zdziwienie na jej twarzy, a może nawet panikę. Czy miała przytaknąć? Oszukać kapłana, że się tam znajdą? Oczywiste, że nie zamierzała zmieniać swoich nawyków związanych z wizytami w kowenie, a tak naprawdę z omijaniem go szerokim łukiem.

Postanowiła, aby to jej mąż się wypowiedział, skoro byli już małżeństwem, mieli decydować wspólnie, prawda? Kłamać też wspólnie... no, mniejsza o to, spodziewała się, że Roise będzie wiedział, co powiedzieć. Dopiero po chwili przeniosła wzrok na świadków, chcąc zobaczyć ich miny.




RE: [23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna - Jonathan Selwyn - 24.10.2025

Przez resztę ceremonii Jonathan zdecydowanie częściej myślał o słowach i zachowaniu Charlotte niż kolejnych ślubnych tradycjach, chociaż oczywiście pilnował tego, aby jego wzrok niemal przez cały czas skupiony była najważniejszych elementach ślubu. Nie rozumiał o co chodziło przyjaciółce. Nic nie śmierdziało. Co jakiś czas upewniał się o tym wciągając nosem nieco mocniej świeże powietrze. Nikt nie był zaniepokojony. Nikt niei krzyczał pali się wszyscy zginiemy, a przecież po ostatnich wydarzeniach o taką panikę nie byłoby trudno. Charlotte jednak chciała gdzieś iść i Jonathan miał dziwne wrażenie, że nie ogłaszała mu w ten sposób że po wszystkim musi udać się do łazienki. I właśnie w takich momentach żałował, że kobieta również była oklumentką. To znaczy cieszył się z tego szalenie, bo to znaczy, że mogła chronić swój umysł, ale na Merlina, bardzo by mu pomogło gdyby mógł zobaczyć jej aurę.
Wreszcie ceremonia dobiegła końca, ludzie zaczęli sie rozchodzić, ale Jonathan, zamiast udać się na przydzielone miejsce i poczekać tam grzecznie na kobietę, złapał czarownicę lekko za rękę, delikatnie powstrzymując ją przed robieniem jeszcze czegokolwiek.
Co się dzieje Lottie? – spytał szeptem, tak aby inni ich nie słyszeli, jednocześnie odciągając przyjaciółkę nieco na bok. – Dobrze się czujesz? Jeśli nie, to nie przejmuj się mój droga, możemy wyjść, to nie byłoby przecież pierwsze wesele, na którym nas nie ma chociaż powinniśmy.


RE: [23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna - Cliodna - 24.10.2025

Goście po zakończonej oficjalnej części ceremonii zmierzali w stronę stolików. Przez dźwięk muzyki rozbrzmiewającej po okolicy przebijały się odgłosy przesuwanych krzeseł. Był to moment, w którym każdy mógł zaczęrpnąć oddech, napić się czegoś, czy zapalić sobie papierosa. Za chwilę miały paść pierwsze toasty, rozpocząć się tańce.

Para Młoda ze świadkami zniknęła w jednym z namiotów, zaraz mieli się z niego wyłonić, by dołączyć do swoich gości. Kapłan okazał się mieć im dużo do powiedzenia, czego mogli domyśleć się goście po tym, jak rozgadał się w czasie ceremonii.

W powietrzu nadal unosił się zapach kadzideł, wiatr skutecznie roznosił go po okolicy, powoli też zaczynało się ściemniać, na szczęście i o tym pomyślano, lampiony oświetlały bowiem i stoły i parkiet, który czekał, aż pojawią się na nim pierwsze pary.

Gerard Yaxley odziany w swoje najbardziej wyszukane, odświętne szaty poruszał się między gośćmi trzymając w dłoni kopertę. Szedł w stronę namiotu, w którym znajdowały się brakujące osoby. Gdy wszedł do środka, wręczył Sebastianowi wyjątkowo grubą kopertę, nie zważając na trwającą rozmowę, dzięki czemu para młoda i świadkowie mogli dyskretnie się stamtąd ulotnić. Czy zrobił to celowo, czy nieświadomie? Tylko on mógł to wiedzieć. Starał się jednak odciągnąć uwagę kapłana od dzieciaków, które przecież w końcu powinny zacząć się bawić. Ścisnął mężczyznę za ramię, potrząsnął nim i zasugerował, że to czas najwyższy, aby opić nową unię, która właśnie powstała między jego rodziną, a Greengrassami. - Takiego bimbru to pan kapłan na pewno jeszcze nigdy nie miał w ustach, wino mszalne się przy tym chowa. - Szepnął jeszcze do niego konspiracyjnym, a jednak w pewien sposób nieznoszącym odmowy tonem, zanim wyciągnął mężczyznę z namiotu.





RE: [23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna - Cliodna - 24.10.2025

[inny avek]https://gudejko.pl/wp-content/uploads/2021/10/wolszczak_grazyna_04_cpx1.jpg[/inny avek]

- Delikatnie powiedziane, nie oszukujmy się jest to fatalny moment, ale jakoś sobie z tym poradzimy. - Nie wątpiła w to, że poradzą sobie jakoś z konsekwencjami decyzji, które młodzi podjęli już jakiś czas temu. Tak właściwie nie sądziła, że w ogóle zastanawiali się nad tym, co może się wydarzyć, otumanieni chwilą. Młodość jednak rządzi się swoimi prawami, każdy ma prawo do błędów - oczywiście nie powiedziała tego na głos, nie przeszłoby jej to przez gardło.

- Nie mam co do tego wątpliwości, jednak ona i bez tej karty potrafiła sięgnąć po swoje, obawiam się, co może się stać, kiedy ma taką przewagę. - Jennifer czuła, że może podzielić się swoimi wątpliwościami z Ursulą, ufała jej, wierzyła, że nie wykorzysta tych słów przeciwko niej, czy jej rodzinie. Nie miała najmniejszego oporu przed tym, aby być z nią zupełnie szczerą, bo jako jedna z nielicznych doskonale znała jej córkę i sposób jej działania. Wiedziała, że jest uparta, zresztą jej małżonek również należał do osób o podobnym usposobieniu. Yaxley nie miała pojęcia jak osoby z ich charakterami potrafiły dość do konsensusu, nie wnikała w to, po tylu latach spędzonych razem doskonale się znali, wiedzieli na co się piszą.

- Wierzę w to, że masz rację. Sporo się zmieni, nie mogę się doczekać, aż staniemy się świadkami tych zmian, to może być naprawdę interesującym doświadczeniem. - Nawet nie ukrywała tego, że liczyła na to, iż w końcu coś się zmieni. Czekała na ten moment od lat, być może stało się to zupełnie przypadkowo, niespodziewanie, ale wierzyła w to, że przyniesie to coś pozytywnego. Nie da się ukryć, że w takiej sytuacji życiowej cały świat odwracał się do góry nogami, priorytety się zmieniały.

Odwzajemniła uśmiech kobiety, miała wrażenie, że i ona pomyślała o tym samym, nie musiały dzielić się tym co było niewypowiedziane, miały spore doświadczenie życiowe, wiedziały, jak wyglądał świat, wychowały trudne przypadki młodych czarodziejów. Teraz czas na młodych.

Skinęła jeszcze głową po czym ruszyła w stronę wskazaną przez Ursulę, szła powoli, całkiem dostojnie, nie przestawała jednak obserwować otoczenia, była czujna, nie pozwalała na to, by cokolwiek jej umknęło.




RE: [23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna - Anthony Shafiq - 24.10.2025

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=b2qK8f7.png[/inny avek]
Niewinna igraszka wywołała spore zamieszanie, szczęśliwie formalności i tak zbliżały się niechybnie do końca, więc Anthony uśmiechnął się tylko do znajomej Ursuli kiwając jej głową na powitanie na ustawowe pół cala, następnie krótkim spojrzeniem obdarzył głowę rodu Mulciber wraz z towarzyszącą mu... Oczywiście nie dał po sobie poznać ni cienia zaskoczenia, czy konsternacji, w głowie zaświtało mu jednak, że właściwie mogłaby to być panna Rowle, którą nawet niegdyś przed laty rozpatrywał jako potencjalnie własną małżonkę. Jej charakter jednak i drastyczne umiłowanie natury szybko skreśliły ją z listy potencjalnych pań Shafiq, choć tu Anthony pozwolił sobie na małe wspomnienie własnej utarczki z dzisiejszym panem młodym, gdy daleki był od zrównywania go z mityczym Enkidu. Cóż, pod tym względem, pominąwszy płeć oczywiście, dziwaczna wiedźma z Doliny Godryka zdawała się być lepszym wyborem do tego porównania. Duszny w charakterze i obyciu jasnowidz niezbyt do niej przystawał według Anthony'ego, ale... może mógłby poprosić Jonathana o podejrzenie ich nici, był ciekaw czy są chociaż kocha...

Shafiq skinął i im głową na powitanie i odwrócił się znów ku młodej parze, zapominając o dzieciach, o cudacznej sukni kobiety wyglądającej jak Helloise. Odwrócił się, zapominając o rozdawanych listkach, których nie rozróżniał nawet po kolorze. Odwrócił się znów ku młodej parze, by nie zacząć wzrokiem wodzić po zebranych, by chociaż na moment sprawdzić, czy może istniał chociaż cień szansy, że jego dyskomfort jest współdzielony, a wynikły z oczywistego wyrwania ze znajomej rutyny wspólnego dowcipkowania i weryfikowania zmian i fluktuacji w śliskich niciach society.

Gdy stos zapłonął, a gościom pozwolono wstać, decyzja właściwie podjęła się sama. Bardzo serdecznie przeprosił towarzyszącą mu siostrę i wyminąwszy ją oraz dzieci, podszedł do Jonathana i Charlie. Jak zawsze wyglądali zjawiskowo, choć ich królowa, ucieleśnienie Wojny, zdawała się być nieco napięta. Oczywiście, było to niedostrzegalne dla postronnych obserwatorów, jego kuzynka była wytrawną aktorką, gdy wymagała tego okoliczność oraz... gdy okoliczność nie wymagała tego tego wcale.

– Zdawało mi się, że zostaliśmy przydzieleni do tego samego stolika. – strzelił. Nawet nie wiedział, czy miejsca na przyjęciu są rozpisane. – Rad jestem, że będziecie mogli poznać moich siostrzeńców...? – zwykłe pytanie domknięte wznoszącą, pytającą intonacją, zornamentowane jedna brwią opadającą pytająco, w asymetrii niosącej niewypowiedziane przy otaczających ich ludziach pytaniach: Czy wszystko dobrze? Czy mogę jakoś pomóc?



RE: [23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna - Millie Moody - 24.10.2025

[inny avek]https://i.pinimg.com/1200x/04/21/ae/0421ae133a7eccf3694bbffeb82ae05c.jpg[/inny avek]

Zbierała pochwały od Sebastiana i była ciekawa, czy ona czy on byli bardziej zaskoczeni, że wszystko się udało. Pani strażniczka pamięci była bardzo rozbawiona swoją nową fuchą bo przecież łatwo przychodziło jej zapomnieć co robiła wczoraj, a tu takie obciążenie całej imprezy i to kilkudniowej.

Jej zadanie bonusowe wymagało jednak trzeźwości, a to oznaczało, że szanse na zapamiętanie co się zadziało wzrastały niechybnie.

Złożyła zamaszysty podpis i udało jej się nawet nigdzie nie pobrudzić dokumentu, nie wywalić atramentu i nie zepsuć pióra. Udawała tak długo aż się udało, zdało się, że była całkiem dorosła i odpowiedzialna w tym całym zadaniu.

I kiedy Sebastian powiedział to co powiedział o tych regularnych modlitwach i spotkaniach i naukach zdążyła powiedzieć:

– No chyba Cię... – ale lądowanie na siarczystym pojebało nie sięgnęło ziemi, bo do środka wszedł ojciec Ger, a jego prezencja skutecznie usadzała Miles, jakby był sierżantem w magipolicji co najmniej. Połknęła więc tę żabę, łypiąc nerwowo na Corneliusa, zupełnie jakby ten był bezróżdżkowym leglimentą i doskonale zdawał sobie sprawę z tego, co właśnie miałoby zostać powiedziane, a jednak nie zostało więc Gryffindor wyjątkowo nie straci z jej powodów punktów.

Ach wspomnień czar.

Potem zauważając że wymykają się jak nastolatki na taniego winiacza, powstrzymała chichot i podążyła za państwem Greengrass-Yaxley - jak głosiły dokumenty, pamiętając, ze chyba siedzieli razem przy stole. Musiała gdzieś kiedyś wypatrzeć Basiliusa, swojego kryzysowego narzeczonego.

– Co właściwie jest na tych naukach? Jak się skutecznie ruchać w imię Matki? Czy tylko medytacje krzyżem na marmurze? – zagadnęła gdy jeszcze nikogo nie było obok, zwłaszcza z grona starszych ciotek, mam, teściowych i innych person mogących zejść na zawał przy takim komentarzu.


RE: [23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna - Charlotte Kelly - 24.10.2025

Charlotte nie urządziła sceny, ale kręciła się niespokojnie, rozglądając, jeszcze moment przed tym, jak wstali wszyscy inni. A gdy to zrobili, gdy wokół zaczął rozbrzmiewać szept rozmów, nie rzuciła ani jednego złośliwego komentarza! Uświadomiła sobie, że powinna to zrobić, gdy Jonathan zaczął wypytywać, co się dzieje – zaiste mogła przynajmniej zasugerować mu podejrzenie jeszcze czyichś nici… Rzuciła mu odrobinę zirytowane spojrzenie. Nie dlatego, że tak naprawdę on ją wkurzał: raczej cała ta sytuacja, i jeszcze to, że przecież nie mogła przyznać, że się przestraszyła… w sumie sama nie wiedziała czego… i że wciąż zdawało się jej, że słyszy kroki…
– Uspokoi cię, jeśli powiem, że mam zamiar rozejrzeć się za czarnoksiężnikami i złośliwymi duchami, a jeżeli jakiś naprawdę gdzieś tu spaceruje, kopnąć go tak mocno, jak zdołam w tych pantofelkach? – spytała szeptem, marszcząc brwi.
Oczywiście, nie zamierzała tak naprawdę nikogo kopać. A już na pewno nie w najładniejszych bucikach, jakimi po tych głupich pożarach dysponowała.
Jeśli to byłby duch, nasłałaby na niego Ritę.
A jeśli to byłby czarnoksiężnik, po prostu spróbowałaby go podpalić.
Odruchowo przywołała na twarz sympatyczny uśmiech, gdy ktoś do nich podszedł. Zmienił się na odrobinę mniej wesoły i bardziej szczery, kiedy okazało się, że tym kimś był Anthony.
– Miło z ich strony, zapomniałam dziś zabrać jakichś paskudnych eliksirów, na wypadek, gdyby usadzili nas z kimś nieprzyjemnym… nie wiem czy cieszyć się, czy wzdychać z rozczarowaniem, że nie ma tu mojej matki – powiedziała, a potem rzuciła spojrzenie ku rzeczonym siostrzeńcom Anthonyego. Jak na kogoś, kto wychował trójkę dzieci, Charlotte miała do nich zaskakująco mało cierpliwości: może dlatego, że wyznawała zasadę, że własne to co innego niż cudze. Teraz jednak jej głowę wypełniała myśl o krokach i spaleniźnie, nawet wizja witania się z dzieciakami wydawała się jakoś mało nieprzyjemna. Pewnie powinna się ich tu spodziewać, w końcu Jacqueline wyszła za Greengrassa… – Planowałam drobną przechadzkę – stwierdziła, uśmiechając się do Anthony’ego na jego pytające spojrzenie, uznając, że tłum ludzi to złe miejsce na wchodzenie w szczegóły.
Szczegóły, których chyba nie chciała dopuścić sama do siebie.
Myśli, że ten, którego imienia nie była już w stanie wymówić, zdołał wedrzeć się do jej głowy i zostawić jakąś… pamiątkę.
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=VyhHUFF.jpeg[/inny avek]


RE: [23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna - Astoria Avery - 25.10.2025

[inny avek]https://64.media.tumblr.com/ec691fb913dc2d5b30fb07e8d8434fea/b00699f7143c467f-af/s500x750/b3ee0c87b26bfb8754fdd4370e7006351d557aa9.pnj[/inny avek]

Kiedy podeszli bliżej, Astoria od razu wstała, unosząc się z gracją, jakby jej ruchy odmierzał jakiś niewidzialny rytm elegancji.
- Pru - powiedziała miękko, a w jej głosie zabrzmiała nuta autentycznej ulgi. Na jej ustach pojawił się szczery, ciepły uśmiech, zarezerwowany dla osób, które darzyła sympatią. - Cieszę się, że cię widzę. - To zdanie, choć proste, zabrzmiało jak coś więcej - jak ulga kogoś, kto w tłumie ludzi wreszcie dostrzega kogoś swojego.
Nie odwróciła wzroku, kiedy Prudence się wahała. Przeciwnie - obserwowała ją z tą uważnością, która często charakteryzowała Astorię: bez nachalności, ale z delikatnym skupieniem. Uchyliła nieco głowę, jakby chciała dać jej przestrzeń, nie komentując jej drobnego zawahania ani tonu, który zadrżał między jednym słowem a drugim. Gdy padło słowo "przyjaciel", uniosła lekko brew, ale nie skomentowała na razie. Musiał to być nowy przyjaciel, skoro nigdy wcześniej nie wypłynął podczas ich rozmów.
- Astoria Avery, miło mi - odpowiedziała równie spokojnie, z uprzejmym uśmiechem. Jej wzrok przesuwał się po mężczyźnie, bo mimo wszystko oceniała go przez pryzmat tego, jak się prezentował. Pierwsze wrażenie można zrobić tylko raz i jak na razie było całkiem pozytywne, choć do pełnej oceny brakowało jeszcze wielu czynników. Obserwowała w milczeniu ich interakcję, próbując wyczuć nastrój, a może bardziej zażyłość, choć nie przyniosło jej to wielu wniosków. Gdy Benjy postanowił dać kobietom chwilę na nadrobienie zaległości - pod pretekstem oczywiście - Astoria skinęła głową, odprowadzając go spojrzeniem, które przez moment zatrzymało się na jego sylwetce znikającej między stołami. Dopiero potem przeniosła wzrok na Pru, a jej spojrzenie z łagodnego, obserwującego, nabrało ciepła i znajomego błysku. Usiadła z powrotem na swoim miejscu, wskazując Prudence krzesło obok. Zsunęła dłonie z kolan, przesuwając smukłe palce po krawędzi kieliszka, w którym wciąż połyskiwał jej drink. Uniosła go i upiła niewielki łyk, jakby chciała dać Pru chwilę ciszy, zanim pozwoli sobie na pytanie.
- No dobra, kim jest twój przyjaciel i czemu wcześniej o nim nie słyszałam? - zapytała ciepłym tonem, skrywającym nuty rozbawienia. Oczywiście przemawiała przez nią ciekawość.
Odchyliła się na oparcie krzesła, wciąż utrzymując wyprostowaną postawę. Jej spojrzenie, spokojne i uważne, na moment zawisło nad stołem, potem znów powróciło do twarzy kobiety. Wokół nich roznosiły się echa rozmów, brzęk szkła, muzyka, ale Astoria zdawała się wyciąć z tego wszystkiego mały krąg intymności - taki, w którym liczyły się tylko one dwie. I faktycznie przemknęła jej myśl, że może to nie jest najlepszy moment na podobne rozmowy - nie tutaj, wśród setek spojrzeń, wśród zgiełku weselnego gwaru i lśniących dekoracji, przy dźwiękach muzyki, która wkrótce miała porwać wszystkich do tańca. A jednak, gdy rozejrzała się po sali, jej wątpliwości powoli się rozproszyły. Wszyscy zdawali się pogrążeni we własnych światach - jedni z zachwytem patrzyli na nowożeńców, inni już rozmawiali przy stole, śmiali się, wymieniali plotki. Każdy był zajęty albo sobą, albo szczęściem Geraldine i Ambroise’a. Więc czemu nie teraz? Patrzyła na koleżankę wyczekująco, a jej wzrok sugerował, że nie zadowoli się zdawkowymi informacjami.


RE: [23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna - Benjy Fenwick - 25.10.2025

W jej rozbawieniu było coś odświeżającego, a to, że starała się je tłumić, tylko czyniło całą scenę jeszcze bardziej komiczną, gdy próbowała powstrzymać śmiech, łzy cisnęły jej się do oczu,  ja odruchowo odwróciłem wzrok, żeby samemu nie parsknąć. Nie wypadało. W teorii. Matka pewnie nie miała nam tego za złe, jeżeli faktycznie istniała, musiała już dawno przywyknąć do tego, że ludzie, którzy się śmieją w trakcie ceremonii, zwykle po prostu próbują ją przetrwać.
Nie zamierzałem się spierać o to, czy Ambroise faktycznie potrzebował eliksiru, żeby przeżyć własny ślub, ale szczerze mówiąc, coś w tym było. Mimo to - stłumiłem komentarz.
Kiedy wstaliśmy, żeby ruszyć w stronę stołów, podałem jej ramię niemal odruchowo, zaskakująco naturalnie, zważywszy, że jeszcze niedawno traktowałem ją jak nieznajomą, którą los przydzielał mi do towarzystwa w najdziwniejszych okolicznościach. Teraz... Cóż, teraz nawet jej buty wydawały się moją odpowiedzialnością. Manewrowaliśmy między stołami w dość przyzwoitym tempie, chociaż w tych obcasach, jakie nosiła, nawet to zakrawało na sport ekstremalny.
- Dwieście nazwisk? - Powtórzyłem, przysuwając się lekko, żeby ustąpić miejsca jakiemuś czarodziejowi o aparycji rozjuszonego hipogryfa, który pewnie, o ironio, pomyślał o mnie to samo. - W takim wypadku lepiej, szebyśmy szukali szybciej, zanim ktoś s nas umsze ze stalości. - Właśnie miałem zaproponować, że znajdziemy jakieś miejsce bliżej wyjścia - zawsze lubiłem mieć za plecami wolną przestrzeń - gdy nagle usłyszałem, że ktoś zawołał jej imię. Komentarz Prue nic mi nie rozjaśnił.
Gdy dołączyliśmy do znajomej Prudence, kobieta zareagowała na nasz widok uprzejmym uśmiechem, takim, który nie zdradzał, co naprawdę myślała. Klasyczne, arystokratyczne zagranie - ciepło na twarzy, chłodniejsza kalkulacja w spojrzeniu na widok kogoś nieznanego, towarzyszącego bardzo znanej osobie. Nie miałem jej tego za złe, wiedziałem, że w takich sytuacjach liczyło się pierwsze wrażenie. Nie przeszkadzało mi to - umiałem zachowywać pozory, nawet jeśli nigdy ich nie lubiłem. Sam znałem zbyt wielu ludzi, którzy uśmiechali się tuż przed tym, jak wbili ci nóż w plecy. Połowa z nich była moją najbliższą rodziną. Co prawda, nie kojarzyłem żadnej Astorii, z czasów mojej arystokratycznej przeszłości, ale nazwisko Avery obiło mi się o uszy wystarczająco często, by wiedzieć, że to ktoś z tej półki, na której srebra same się polerują. No, dobrze, najczęściej rękami niewidocznego zachrzanu skrzatów domowych - same, nie?
- Mi także. - Uśmiechnąłem się lekko, tyle, ile wymagała etykieta, ale bez przesady - byłem klątwołamaczem, nie dyplomatą. W moim fachu niby i tak każdy kłamał, a prawda miała tendencję do ginienia pod lawiną pozorów, ale nie aż tak, nie, jak w polityce.
Gdy już zaś chodziło o polityczne zagrania... Prue zawahała się wystarczająco, by czas między jednym słowem a drugim wydłużył się do granic przyzwoitości. W rzeczywistości ta pauza trwała może ułamek sekundy, ale wystarczyła, żebym zdążył dopisać do niej wszystkie możliwe zakończenia. „Mój partner.” „Mój chłopak.” „Mój towarzysz.” „Mój eksperyment społeczny.” Nie musiałem wiedzieć, które z nich wybierze - samo to zawahanie powinno być wymowne. „Przyjaciel.” Powiedziała to z uśmiechem - przedstawiając mi jej „również przyjaciółkę” z taką lekkością, jakby nic w tym nie było, żadnego dnia, jakbyśmy nie stali w dopasowanych kolorach, jakby mój idiotyczny krawat nie był fuksjowy, w dokładnie takim kolorze jak jej sukienka, a nasze gesty względem siebie nie układały się w coś, co w moich oczach dawno przestało wyglądać na przypadek. Nawet nie starałem się udawać, że się nie spotykamy.
„Przyjaciel.”
Wypowiedziane tak spokojnie, jakbyśmy nigdy nie spędzili razem tylu dni i nocy - to słowo uderzyło zaskakująco mocno, chociaż nie drgnąłem nawet o milimetr. Może powinienem się śmiać. W końcu to było zabawne, nie? Zostawiłem jej wolność, bo zawsze ją miała, nawet jeśli ustaliliśmy stopień zawiłości naszej relacji i nie była to przyjaźń. Mogła powiedzieć, że jestem kimkolwiek, tymczasem z całego wachlarza możliwości, jakie jej pozostawiłem, z tych żartów, drobnych gestów i deklaracji - wybrała właśnie to. Nie mrugnąłem nawet, zachowałem ten sam uprzejmy uśmiech, skinąłem głową, jak przystało na kogoś, kto nie przykładał do słów większej wagi. Może nawet wyglądało to całkiem naturalnie, w końcu miałem w tym doświadczenie. Tyle lat udawania, że wszystko jest dokładnie tak, jak powinno, wyniesione z nieudanego małżeństwa, nauczyło mnie, że najwięcej mówi to, czego się nie powie.
- Pszyniosę ci. - Odpowiedziałem spokojnie, z cieniem uśmiechu. Zachowałem się dokładnie tak, jak powinienem - spokojnie, grzecznie, bez żadnego komentarza, bo tak wypadało, delikatnie wysunąłem rękę spod jej dłoni, chociaż, gdybyśmy byli sami, na pewno stwierdziłbym, że znając lokalne zwyczaje, obawiam się, że pod koniec nocy nawet woda będzie miała w sobie procenty, więc po co się powstrzymywać. Zachowałem to dla siebie, tak jak wszystko inne, mój wyraz twarzy nie zmienił się ani odrobinę, a jeśli cokolwiek przemknęło mi przez głowę, to zatrzymało się gdzieś między żołądkiem a gardłem, skąd nie miało prawa się wydostać. Skinąłem im głową, a potem odsunąłem się w bok i pozwoliłem, żeby rozmowa potoczyła się dalej, już beze mnie, przeciskając między krzesłami. Czułem spojrzenie Astorii na plecach przez kilka kroków. Nie takie, które niepokoiło, raczej to, które rejestrowało. Nie musiała wiedzieć, że po tylu latach nauczyłem się całkiem sprawnie maskować mieszane uczucia. Nie byłem typem, który przywiązywał się łatwo, widziałem za dużo, by wierzyć, że coś może trwać, gdy nie ma ku temu żadnych podstaw, a jednak, z jakiegoś powodu, to jedno słowo utkwiło mi w głowie. Nie mogłem mieć pretensji - nigdy nie obiecywaliśmy sobie niczego, to wszystko zaczęło się od żartu, od tej całej farsy. Tak, to było bezpieczne, czyste, pozbawione zobowiązań, idealne słowo na salony. A że przy okazji zupełnie nie takie, które chciałbym od niej usłyszeć, w tym kontekście? A jednak, skoro to miało być tylko przedstawienie, to czemu miałem wrażenie, że właśnie ktoś zmienił scenariusz, nie mówiąc mi o tym? Nie wiedziałem, czy powinienem czuć ulgę, czy coś zupełnie odwrotnego, więc zrobiłem to, co zawsze w takich chwilach - docierając do baru, uniosłem kieliszek z jednej przygotowanych tam tac, opróżniając zawartość i udawałem, że nic się nie stało. A w środku? Cóż, gdzieś między rozbawieniem a rozczarowaniem, pomyślałem, że może to właśnie był urok Prudence Bletchley. Zawsze mówiła coś, co niby nic nie znaczyło… A potem człowiek przez całe wieczory próbował zrozumieć, dlaczego jednak znaczyło aż tyle. Powinienem pamiętać, że pod niektórymi względami niewiele się zmieniło, nawet jeśli nie byliśmy już w Hogwarcie.
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=ajo1bDK.jpeg[/inny avek]