![]() |
|
[Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Ulica Pokątna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=19) +---- Dział: Plac i stragany (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=45) +---- Wątek: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) (/showthread.php?tid=3317) |
RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Neil Enfer - 30.05.2024 TAHIRA
Gdyby przyszedł tu odrobinę wcześniej, to na pewno schowałby się pod stół i uciekł. On i Anthony się nie do końca mieszali, bo tak się nazywał, prawda? Nie pamiętał, gubił się, szczególnie teraz. Wina jednak kusiły bardzo mocno, nie tyle dla niego, a może i dla niego? No na pewno na przyszłość by się wino przydało. Gdyby miał gości, to co? Sama herbata? Można, do tej pory tak żył, jak zwierzę, bez wina... bez godności. No, ale! Warto mieć dobry alkohol w domu, a jak jeszcze doda do niego zioła, to palce lizać. Stanął więc przed stoiskiem, blisko lady, obejmując się rękoma oglądał co sklepik ma w ofercie. Czy by chciał to? A może tamto? Był Francuzem więc powinien znać się na winach, ale niestety, te wina wydawały się być mu kompletnie obce, nieznane, a takie chyba najlepsze? Nowość kusiła i jednocześnie sprawiała, że bał się po nią sięgnąć, bo co jeśli mu nie posmakuje. - Przepraszam... Co Pani poleca? - zagadał niepewnie, patrząc się na dziewczynę o ciekawej urodzie. Nie widziało się takich osób w Londynie aż tak często, chociaż był misz masz, może to on się kręcił w dziwnych towarzystwach, mało różnorodnych? Nie, zaraz, on się nie kręcił w żadnym towarzystwie. RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Sophie Mulciber - 30.05.2024 Południowe stragany - Mulciber Moonshine
Sophie pije z Heather i Csmeronem. Później wraz z kuzynką i macochą walą cytrynówę, żeby odreagować widok Świeczek Których Imienia Nie Wolno Wymawiać (w końcu była damą). - Lyssa!- Ucieszyła się i westchnęła na widok kotka.- Ojej! To może później się tam przejdę.- Odparła, starając dzielić swoją uwagę pomiędzy klientów, kotka a kuzynkę. Słysząc toast mężczyzny, zaśmiała się cicho pod nosem. - Skoro za rudych, to chyba też muszę się napić.- Zrobiła się lekko czerwona, po czym jeden kieliszek podała kuzynce, a drugi wypiła sama jednym haustem. Kiedy zostały już same, skupiła całą swoją uwagę na Lyssie. - To moja cytrynówka, a nie mojego taty. To mój własny przepis. Rozkręcam swoją firmę!- Powiedziała podekscytowana. Zmarszczyła lekko brwi, ponieważ miała wrażenie, że w tłumie mignął jej wuj Richard. Chwilę później, zjawiła się Lorien, która zaczęła rzucać na nią wiedźmińskie uroki. - Lorien, nie rozumiem…- Powiedziała cicho, nieco zmieszana. Zauważyła, że macocha była czymś wzburzona, jednak nie miała pojęcia czym. Biedna Sophie!, której uwaga szybko została przykuta tym, co działo się przy stoisku chłopaków. Czy to były… męskie… świeczki w kształcie… - Na Merlina…- Szepnęła Sophie, przyciskając dłoń do ust. Zrobiła się cała czerwona, nie mając pojęcia czy powinna patrzeć na to co się działo, czy lepiej odwrócić wzrok. Świeczki Których Imienia Nie Wolno Wymawiać, okazały się nie tylko świeczkami, ale i również bronią! Ktoś się bił, ktoś krzyczał… to jej tata! To jest tata krzyczał a wuj Richard chyba był wściekły! Stał tam też kuzyn Alexander, którego nie widziała milion lat. Co za zamieszanie, ale… te świeczki… - Tak.- Odpowiedziała tylko, kiedy macocha kazała sobie polać. Postawiła na stole trzy szklanki, po czym każdą napełniła do połowy. Sama również musiała się napić… - Lorien, Lyssa?- Wskazała kobietom należące do nich trunki, po czym upiła dość spory łyk. "Mulciber Moonshine" pachniał cytrynami, był bladożółty i pływały w nim drobne kawałeczki obranych cytryn, które osadzały się na dnie kieliszka. Trunek miał czterdzieści procent, jednak pijąc go, nie dało się tego odczuć. Był lekko słodki a zarazem kwaskowaty, przez co orzeźwiający. Zostawiał na języku przyjemny posmak cytrusów. [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=HAw1vzZ.png[/inny avek] RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Millie Moody - 30.05.2024 Południowe stragany Tak to niestety było, że Mildred była ostatnią osobą, która naciskałaby do czegokolwiek brata. On był wyrocznią i drogowskazem, on był mądry, ona niekoniecznie. Więc choć zdarzało jej się łapać na myśli, że może nie powinna się budzić, że może warto byłoby znów osunąć się na ziemię nieprzytomnie tylko po to, by znów co wieczór móc słyszeć zza zasłony jego głos... Nie miała odwagi mu o tym powiedzieć. W końcu mówienie o uczuciach było gejowe, a on nie lubił pedalskich rzeczy. – Tak, chyba tak, potwierdziłam już, że to całkiem aktualna sprawa – kompletnie o tym zdążyła zapomnieć, ale proszę, starszy Moody zawsze czujny, zawsze wskaże jej palcem to, co umknie jej rozproszonej uwadze. – Ale jeszcze mam, mam trochę czasu, wiesz ja... – Ucichła i jakakolwiek nadzieja, która pojawiła się w złocistych oczach zgasła momentalnie, gdy Alik napiął się i ruszył robić porządek. To było wszystko, czego potrzebowała, by opuścić ramię Bertiego, używając go bezczelnie jako podbicie stawki, które jednak wciąż nie wystarczyło. Nie miała pretensji do brata, wiadomo, że był w pracy, a praca była świętością. Przecież będą się widzieli... kiedyś, jak uzupełni raport swój, cudzy, jak sprawdzi wszystkie kąty, gdy zabiorą już stragany. Kiedyś wróci. Nagle zapragnęła być w zupełnie innym miejscu, a tylko obserwowanie bojowej postawy rosłego aurora było słodko-gorzkim pocieszeniem. – Jest piękny, prawda? – wymsknęło jej się i momentalnie napięła się, spoglądając na stojącego obok blondyna, bo przecież nie wypadało jej mówić takich rzeczy, nie o facecie, a tym bardziej nie o jej bracie. – Zawsze chciałam być aurorką, bo wtedy można chodzić w czerni. Mundur brygadowy ssie, w tej szarości bardzo mi nie do twarzy – spróbowała roztoczyć zasłonę dymną. RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Stanley Andrew Borgin - 30.05.2024 [inny avek]https://i.pinimg.com/564x/dc/e3/f4/dce3f4f4f2277cf8720eae89816cf18a.jpg[/inny avek] Południowe stragany
Zmiana wyglądu dokonana przez Rodolphusa zdawała się działać. Panowie może i trochę przesadzili, ponieważ to całe kuśtykanie na jedną z nóg było bardzo męczące ale na pewno robiło robotę. Stanley, a de facto Matthew w tym momencie, polubił swoją nową brodę - nawet zaczął rozmyślać nad tym, aby takiej nie zapuścić po powrocie do swojego "normalnego ja". Teraz jednak powoli przemierzał tegoroczne Lammas, rozglądając się na lewo i prawo, aby ujrzeć wszystkie te rzeczy, które zostały przygotowane. Nie poruszał się zbyt szybko, a nawet wręcz względnie wolno. Krok za krokiem i tak jakoś szło to zwiedzanie. W pewnym momencie, jego uwagę przykuła pewna dziewczyna, która musiała być na coś cholernie wściekła, a nawet jeśli nie - to musiało coś się stać, wszak była czerwona jak burak. Dodając do tego jej rudą barwę włosów i w całości wyglądała jak zapalona zapałka czy inna pochodnia. Ale chwila... czy to nie była bombowa koleżanka Aidana, która z hukiem wywaliła złodziejaszka, a pewien duet brygadzistów był akurat w okolicy i mógł przejąć całą sprawę? Tak. To była właśnie ona - Penny we własnej osobie. Dla Stanleya była to osoba dobrze znana ale Matthew musiał już udawać. Borgin miał właśnie zamiar to zrobić. - Przepraszam. Czy wszystko w porządku? - zapytał, podchodząc powolnym krokiem, ponieważ kuśtykał na lewą nogę - Wygląda pani jakby coś się stało. Jest pani strasznie czerwona. Czy to od pogody? - dopytywał - Nie chce pani przypadkiem usiąść? Może odrobinę wody mam załatwić? - zaproponował, rozglądając się za jakimś miejscem, które właśnie zaproponował. To była pełna improwizacja, chociaż na pewno było jakieś miejsce w którym Penny mogłaby usiąść. Penny wyglądała jakby coś się stało. Czyżby Aidan ją wkurwił? A może ją zostawił? Czy Stanley powinien go ostrzec przed wściekłą rudą? Spłacić swój koleżeński dług? W końcu młody Parkinson chciał dla niego zaryzykować i zdobyć obecności w Ministerstwie z przełomu kwietnia i maja. - Może powinienem kogoś zawiadomić? Wspomnieć, że pani się tutaj znajduje? - zapytał jeszcze, chcąc się upewnić, że nic jej nie będzie. Gdyby Aidan się dowiedział, że nie pomógł jego pannie, to by go odnalazł, zjebał, że go zostawił, a na koniec załatwił. Tego lepiej było uniknąć. RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Christopher Rosier - 30.05.2024 Koło fortuny Christopher nie miał zamiaru przychodzić na jarmark. Lammas nie było świętem, które go interesowało, targowiska zdawały się mu zbyt plebejskie i nie wierzył, że na stoiskach znajdzie cokolwiek ciekawego. Nie ciągnęło go pączków kupowanych gdzieś pod gołym niebem, nie interesowała biżuteria w przystępnych cenach, nie ufał, że sprzedawanych tu dżemów nie robiono brudnymi rękami i tak dalej, i tak dalej… Na Polanie Ognisk panował przynajmniej pewien klimat i można było przetańczyć całą noc, a czego jak czego, ale wyobraźni Christopherowi nigdy nie brakowało. Tak, nie planował tutaj być. Skoro jednak on nie przyszedł do jarmarku, jarmark przyszedł od niego. Rosier mieszkał przy Horyzontalnej i wracając z Domu Mody nie było szans, aby mógł ominąć to wszystko. Kamienica była zabezpieczona przed teleportacją - to trochę nieprzyjemne, gdy szalona wielbicielka pojawia się na środku twojej sypialni - pozostawało więc mu teraz przeciskać się pomiędzy straganami i ludźmi, teraz, gdy tłum był największy i szykowano jakieś występy. Nie poświęcił im uwagi (na pewno nie będą równały się tym w Teatrze Selwynów) i nie zatrzymał się przy żadnym stoisku. Szerokim łukiem obszedł jakąś bójkę, nie patrząc, między kim a kim do niej doszło. Rozglądał się jedynie, czy nie wypatrzy jakiejś znajomej twarzy i… Przystanął przy kole. Rosier nie był może nałogowym hazardzistą, ale hazard od czasu do czasu lubił, w rozsądnych dawkach przynajmniej. Zawahał się, ale ostatecznie kupił losy i zakręcił kołem – ot tak by zobaczyć, co mu wypadnie… RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Leon Bletchley - 30.05.2024 Południowe stragany - Magiczne Różności
Obserwował czarownicę i czarodzieja, który uścisnął jego dłoń i przekazał swojej dziewczyny, że również jest mu miło. Jednak to mu przekazała dopiero Olivia, znająca język migowy. Atmosfera znacząco skomplikowałaby się, gdyby jego przyjaciółka zauważyła ten dysonans. To nie był w żadnym stopniu problem Olivii, tylko jego własny. Najlepiej będzie się wycofać i nie stać na drodze ich szczęściu. Przecież nie chciał stracić przyjaźni dziewczyny. — Jestem także spirytystą i wróżbitą. Jakbyście mieli problem z duchem albo chcieli poznać swoją przyszłość, to nie wahajcie się prosić. — Zaoferował im swoją pomoc. Nigdy nie wiadomo, kiedy przyda się wprawny egzorcysta albo wróżbita. Nie zamierzał przepowiadać przyszłości jak jakiś jarmarczny kuglarz. Leon dobrze znał ten szelmowski uśmiech. — To było niesamowite, zobaczyć tyle pufków w jednym miejscu. — Uśmiechnął się na to wspomnienie. Sporo się nauczył o tych uroczych stworzeniach, poznając w małym stopniu życie ich hodowcy. — Dopiero pierwszym? Coś za słabo się reklamujecie. Oczywiście, że tak. — Zaskoczyła go ta odpowiedź na swoje pytanie. Z tego co widział to stoiska cieszyły się ogromną uwagą wśród osób zgromadzonych na tym kiermaszu. Zrządzeniem losu można było wytłumaczyć wszystko tak naprawdę, jednak on tego nigdy nie nadużywał. — Zawsze chciałem zobaczyć feniksa. To prawda - ze wszystkich opracowań na temat feniksów wynika, że potrafią przenosić ogromne ciężary a ich łzy potrafią leczyć. — Przyznał rację swojej przyjaciółce. — Nie martw się, nie stanę nagle w płomieniach. Doskonale wiem, co masz na myśli. W ujęciu duchowym feniksa można uznać za symbol duchowej przemiany. Jednocześnie to magiczne stworzenie związane z istniejącym od wieków cyklem, w którym narodziny są początkiem nowego życia. — Zaśmiał się dźwięcznie na te słowa, potem nieco poważniejąc. Wypowiedziane przez niego słowa zdawały się być pewnego rodzaju potwierdzeniem osobliwości Leona, który pojmował tego rodzaju zagadnienia i sam jest trochę nawiedzony. — Pokażecie ten przedmiot? — Zapytał zainteresowany. Może się okazać, że to, co miała mu zaprezentować Olivia i jej partner pokażą mu opisany towar. Możliwe, że znacznie bardziej przypadnie mu on do gustu, niż tamta klamra do paska. Podczas, gdy on czekał na wystawienie mu oczekiwanego towaru, do stoiska podszedł nowy klient. Niewątpliwie podszedłby do jego nadejścia z znacznie mniejszym entuzjazmem gdyby nie to, że miał możliwość poznania go w czasach szkolnych i że on trzymał na rękach kota. Leon uwielbiał wszelkie zwierzęta, magiczne lub nie. — Cześć, Laurent. — Zwrócił się do niego po tym jak zwrócił na tego czarodzieja swoją uwagę. I na jego kota. Przede wszystkim kota. — A co to za słodycz? — Zapytał właściciela kotki, która teraz przyciągnęła pełnię jego uwagi. Wszelkie błyskotki, feniksy i eliksiry będą musiały chwilę poczekać. @Olivia Quirke @Tristan Ward @Laurent Prewett RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Penny Weasley - 30.05.2024 Południowe stragany
Nie planowała się tutaj pojawiać. Przynajmniej nie o tak wczesnej porze. Czy było to święto, czy też zwykły dzień - pracowała. Tym razem nie było inaczej. I gdyby nie klient, który odwiedził ją jakieś... 40 minut temu? Gdyby nie on, nadal siedziałaby w swoim sklepie przy Horyzontalnej, starając się jakoś dotrwać do ustalonej godziny zamknięcia. Za sprawą wkurwiającego blondyna - naprawdę nie dało się tego określić w inny sposób - musiała jednak zrewidować swoje plany. I ruszyć cztery litery w kierunku placu znajdującego się na Pokątnej. Wyjaśnić pomyłkę, która zdołała ją wyprowadzić z równowagi. Ustalić z czego ona wynikała. Kto wywołał to całe zamieszanie. Daleko jej było do tej spokojnej, uśmiechniętej Penelope, którą można było spotkać w Zaczarowanych Różnościach bądź okolicach tegoż sklepu. Czerwona na twarzy. Również na szyi. Nie była w humorze. Stojąc gdzieś z boku, blisko południowych straganów, zastanawiała się nad tym, w jaki sposób powinna się za to zabrać. Wyklinała też w myślach Terry'ego, który tradycyjnie miał swoje plany. I to z ich powodu, kolejny raz zostawił ją ze wszystkim całkiem samą. Z wolna zaczynało to stawać się normą. Też sobie znalazła kumpla do pomocy. Współpracownika. Współwłaściciela. Może i nad tym powinna się w najbliższym czasie zastanowić. - Hm? - zamyślona i zdenerwowana, nawet nie zauważyła, kiedy obok niej pojawił się jakiś przypadkowy facet. Najwyraźniej zainteresowany jej samopoczuciem. Musiała chyba fatalnie wyglądać. Jak jakiś dorodny burak? Wstyd, Weasley, wstyd. - Nie, wszystko jest w porządku. - pokręciła głową, zamiatając przy okazji rudymi włosami, które tego dnia zaplotła w luźny warkocz. - Po prostu zdenerwowała mnie pewna sytuacja. Ludzie czasami są bezczelni. Zaraz powinno mi przejść. Brakowało tylko, żeby dla podkreślenia wypowiedzianych słów, machnęła jeszcze na to ręką. Z jednej strony nie chciała tutaj zagadywać obcego mężczyzny, opowiadać mu o tym całym zajściu, a z drugiej - naprawdę chętnie by to z siebie wyrzuciła. Całą tą historie. Całą tą awanturę, przez którą była teraz wyprowadzona z równowagi. I przede wszystkim - naprawdę chciała odnaleźć winnego. RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Leonard Mulciber - 30.05.2024 Świece i kadzidła rodziny Mulciber - Obieram opłatę od Victorii, przyglądam się całej sytuacji z peniso-świeczkami, zbieram opierdol i łapię świeczkę, którą rzucił mi Isaac Przez chwilę jeszcze przyglądał się niebieskiemu kociakowi z ciekawością, kiwając głową na stosunkowo proste wytłumaczenie tegoż koloru. A już miał nadzieję, że być może zwierze zjadło coś, co spowodowało u niego ten nieoczekiwany efekt. Nie, żeby brakowało mu wiedzy, jaki składnik, jakiej mikstury mógłby wywołać podobny efekt, ale zawsze warto było wiedzieć więcej, niż mniej. Tymczasem jedynie zaklęcię, huh...? Szkoda. Leo byłby skusił się o pogłaskanie zwierzaka, gdyby, podobnie jak Viktoria, nie został zmuszony do przeniesienia spojrzenia na zupełnie inne widowisko. Ledwie pamiętał, żeby odebrać należność za zakupy, ponieważ zaistniała sytuacja 'świecowa' eskalowała w zatrważającym tempie! Charlie miał w jakimś stopniu talent do wywoływania dram, ale nigdy nie przypuszczał, że jego umiejętności zaowocują czymś... Tego sortu. Do ognia oliwy dolał oczywiście Isaac, a jakże! Mimo że znał tego człowieka zaledwie chwilę, doskonale już wiedział, jak jego energia potrafiła wpływać na otoczenie. O donośnym głosie nie wspominając. Po prawdzie sam Leo bawił się w tym wszystkim wyśmienicie. Kiedy pierwszy szok minął, skrzyżował ręce na klatce piersiowej i z pobłażliwym uśmiechem przyglądał się całemu przedstawieniu. Biedny Charlie. Dawno nie widział go aż tak czerwonego i zmieszanego. A facet atakujący drugiego świeczką w kształcie fallusa? Złoto! Komedia pierwsza klasa! Być może wszystko skończyłoby się nawet i dobrze, zważywszy na to, jaką popularność wśród zebranych dookoła zebrały nowiutkie wynalazki brata, gdyby nie pojawienie się ojca i wuja. Ah, tak. To się dopiero nazywało 'w nieodpowiednim miejscu, o nieodpowiednim czasie'. To nie mogło skończyć się dobrze i wcale się nie przeliczył ze swoimi przypuszczeniami. Osobiście, choć owszem, uważał świeczki za bardzo kontrowersyjne, uważał reakcje obu mężczyzn za przesadzoną. Zwłaszcza ze strony wuja. Leo zmarszczył brwi i już otwierał usta, aby coś odpowiedzieć, gdy Isaac rzucił w jego stronę-... Erikowym penisem-... Świeczką... Peniso-świeczką-... Peniso-świeczką największych, dostępnych rozmiarów, a jakże. Oczywiście, że w odruchu złapał świeczkę w dłonie. Co zapewne stworzyło widok, który nie poprawiał jego własnej sytuacji, jakkolwiek niewinny by nie był. - ...bajecznie. Jakby tego było mało, rozpoczęła się kolejna bójka...??? RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Charles Mulciber - 30.05.2024 Stoisko Mulciberów Charles mógł tylko patrzeć, jak jego żartobliwe świeczki... rozpętują pandemonium. Pojawienie się ojca umknęło Charliemu, bo jeden z klientów porwał świeczkę i w zupełnie ordynarny sposób przyłożył nią innemu mężczyźnie! Młody Mulciber poczuł, że kolana mu miękną, i to ze złych powodów. Po czymś takim z pewnością będzie miał problemy większe, niż mógł przypuszczać! Pojawiały się kolejne osoby, które najwyraźniej wszyscy znali, ale Charles nie miał pojęcia kto jest kim. Za krótko w Anglii, za słabo zaznajomiony z miejscową polityką, być może rozpoznawał jakieś twarze, ale ciężko było mu dopasować imię do osoby... to i tak nie miało znaczenia. Wuj go przecież zabije, jeszcze tego popołudnia. Charlie nie mógł jednak nie uśmiechnąć się, gdy jeden z mężczyzn (nieznajomy wuj Alexander!) zaczął nawoływać o większą falliczną przemoc wobec nieszczęśnika. Tamten musiał sobie na to zasłużyć, na to wyglądało. Pojawił się jednak niszczyciel dobrej zabawy, pan Robert Mulciber, rzucając groźbami. W pierwszej chwili Charles struchlał, w kolejnej jednak... pojawiła się w nim buta. Robert nie miał prawa do niego tak mówić. - To indywidualne zamówienie. - Wyjaśnił spokojnie wujowi, wyobrażając sobie, jak z oczu sypie iskry! - To... Urwał, bo podeszła kobieta i wcisnęła mu w dłoń pieniądze, po czym zabrała swoje zamówienie. Charlie nie mógł uwierzyć, że naprawdę ktoś zapłacił mu za woskowego penisa! I to w cenie dużej świeczki, w klasycznym kształcie! - Dziękuję, zapraszam ponownie. - Odezwał się do Florence, odruchowo używając klasycznej formułki i wyuczonego uśmiechu sprzedawcy. Szok spowodowany sprzedaniem pierwszych fallusów spowodował, że nawet słowa ojca nie wydały się takie straszne, jak być może powinny. Z tego wszystkiego nie spostrzegł nawet, że Alexander zabrał puszkę i zaczął z nią pozować. Richard zaczął remanent na tyłach stoiska, ale nie znalazł żadnej skrzynki, w której byłoby więcej fallusowych świec. Tylko dwie zostały zapakowane, bo Charlie miał nadzieję, że to Isaac je zabierze. Nie wszyscy jednak byli źle nastawieni do świeczek. Potencjalni klienci pojawiali się, gdy Isaac głośno śpiewał peony na cześć afrodyzjakalnych świeczek. Charlie postanowił słuchać go bardziej, niż rodziny. Uśmiechnął się do dziennikarza i pokazał mu kciuk w górę. Zresztą, ten zaraz zaczął rzucać świeczkami. A te miały popyt! - Jakie zapachy panią interesują? Rozmiary? - Zagadnął do Victorii i trochę na przekór ojcu i bratu, sięgnął po kolejną skrzynkę, by zaprezentować wyroby. - Przepraszam, tak jak mówiłem, to było indywidualne zamówienie, lecz wygląda na to, że nie zostanie już odebrane. - Wyjaśnił, uśmiechając się uprzejmie. - Proszę pytać, jeśli ma pani jakieś wątpliwości. Charlie spojrzał w stronę kolejnego zamieszania, gdzie ktoś dał komuś w twarz! Skrzywił się tylko odrobinę. Arteus był dużo ciekawszy. Uszy Charlesa poczerwieniały na wieść o zakupie całej skrzynki. - Całą skrzynkę? - Dopytał, a kiedy dostał odpowiedź i co ważniejsze, galeony, dużo galeonów, podał zamówienie bez wahania. Nie dość, że sprzeda to, co zrobił, zarobi, to jeszcze stworzy sztuczny popyt! - Dziękuję! Proszę bardzo. Musiał zastanowić się nad tym, co powinien zrobić dalej. Skoro i tak już miał kłopoty... - Zapraszam! Zapraszam! - Podniósł nieco głos, by usłyszeli go wszyscy w okolicy straganu. - Zostały ostatnie sztuki! Realizuję indywidualne zamówienia, jeśli zabraknie, proszę o sowę! Czy kopał sobie grób? Tak, bardzo głęboki... RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Robert Mulciber - 30.05.2024 Stoisko Mulciberów
Czy ta sytuacja mogła być jeszcze gorsza? Może i Robert był starej daty. Może i był na punkcie pewnych rzeczy przewrażliwiony, ale... do jasnej cholery! To były kutasy! I to było ich rodzinne stoisko. Wszystko sygnowane nazwiskiem, o którym już i tak dało się powiedzieć wiele. I niekoniecznie chodziło w tym przypadku o dobre rzeczy. Obserwując wszystko, widząc wszystko, co działo się w tym miejscu, nie był w stanie zachować spokóju. Opanować nerwów, które nie bez przyczyny osiągnęły rozmiary niezbyt często spotykane. Bo choć o Robercie Mulciberze powiedzieć można było wiele złego, to cierpliwość miał momentami iście anielską. Większą niż można było się po nim spodziewać. Niespokojne już wcześniej serce, z każdą kolejną chwilą zdawało się bić szybciej. Coraz mniej równo. Pojawiło się uczucie ciepła. Gorąca. Wyraźnie wyczuwalne zwłaszcza na twarzy. Szyi. W okolicach klatki piersiowej. Na skórze pojawiać zaczęły się z wolna pierwsze czerwone ślady. Za nimi kolejne. Wreszcie oddech. Coraz cięższy. Szeroko otwarte oczy. Świadomość tego, że działo się... działo się coś, co nie powinno mieć miejsca. Spojrzenie poszukujące wśród zgromadzonych brata. Ręce starające się oprzeć o stół. I ból. Niezwykle silny ból, który pojawił się w klatce piersiowej. Zaatakował nagle. Niespodziewanie. Nigdy dotąd nie miał z czymś takim styczności. Nie był w stanie określić, co się z nim działo. - R-rick? - wyrzucił z siebie, z pewnym trudem. Nie brzmiał dobrze. Nie brzmiał normalnie. Pobielały palce zacisnęły się na krawędzi blatu. Mocno. Miał wrażenie, że ledwie tylko zdecyduje się puścić stołu, wyląduje na ziemi. Nie będzie w stanie utrzymać równowagi. Ustać o własnych siłach. |