![]() |
|
[23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Wyspy Brytyjskie (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=125) +--- Dział: Walia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=126) +---- Dział: Snowdonia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=132) +---- Wątek: [23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna (/showthread.php?tid=5189) |
RE: [23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna - Benjy Fenwick - 27.10.2025 Miała rację, oczywiście, że miała, z pewnością podchodziła do czerni z należytym szacunkiem, ale nie zamierzałem jej tego przyznać wprost. Lubiłem słuchać, kiedy mówiła, nawet jeśli czasem brzmiało to jak niekończący się strumień myśli, który tylko ona potrafiła zrozumieć - w jej głosie było coś uspokajającego, coś, co sprawiało, że świat na moment zwalniał. - Okej. - Zaśmiałem się cicho, tym razem już bez cienia napięcia, które jeszcze przed chwilą trzymało się między nami, lubiłem, kiedy mówiła w ten sposób - trochę z przekąsem, trochę z tym typowym, chłodnym spokojem. Zatrzymałem na niej wzrok na sekundę dłużej, niż powinienem. Wiedziałem, że to tylko pozory, że w środku mieliśmy podobny bałagan, tylko każde z nas radziło sobie z nim inaczej. Najważniejsze, że nasze wspólne rozmowy przestały być walką o rację, a zaczęły przypominać coś… Normalnego, może nawet aż za bardzo - coś, co mógłbym nazwać stabilnością, bliskością, chociaż nigdy bym się do tego nie przyznał, bo przecież to nie miało racji bytu na dłuższą metę. Wtedy, kiedy byliśmy młodsi, każde z nas miało zbyt dużo dumy, za dużo pewności, że znało wszystkie odpowiedzi. Teraz mieliśmy tylko pytania, na które nikt nie chciał odpowiadać. - Ten wąs byłby zblodnią pszeciwko ludzkości, ale skolo plan uznajesz za dobly, to oui, mosze kiedyś go wyplóbuję. Odparłem spokojnie, z półuśmiechem, ale bardziej szczerym, niż ten który od lat służył mi do maskowania wszystkiego - rozbawienia, znużenia, czasem, ten teraz miał w sobie odrobinę czegoś bardziej swobodnego i niewymuszonego. Nie minęło nawet kilka sekund, a już czułem, jak atmosfera wokół nas nieco łagodnieje. Ten ciężar sprzed chwili, napięcie, które wisiało między nami od momentu, gdy wypowiedziała tamte nieszczęsne słowa, zaczynało się rozmywać, powoli, tak jak dym papierosowy rozpraszał się w rześkim, górskim powietrzu.. - Pszyznaję, czekanie mi się opłaciło. - Powiedziałem z lekkim uśmiechem. - Chociasz mosze, gdybyś wtedy wiedziała, sze skończy się tak, jak telas, byłabyś dla mnie łaskawsza… - Zasugerowałem, moment później sobie przecząc. - Pewnie nie, zawsze miałaś wobec mnie szczególne zasady. - Stwierdziłem, wzruszając ramionami. Nie chciałem już rozmawiać o przeszłości, o tym, co się wydarzy, o granicach, których i tak nie mieliśmy odwagi jasno wyznaczyć. Uśmiechnąłem się pod nosem, czując, jak jej dłoń wsunęła się pod moją. Ten gest był naturalny, spokojny, a jednak niósł w sobie coś, co potrafiło na chwilę przyspieszyć puls. Ciepło jej skóry, delikatny ucisk palców w tej prostocie było wiele z bliskości, której wcale nie musieliśmy definiować. - Myślę, sze dałbym sobie ladę. - Odpowiedziałem z lekkim uśmiechem, zerkając na nią kątem oka. - Nie zapominaj, sze i ja potlafię mówiś bez końca. - Rzuciłem jej krótkie spojrzenie z ukosa, uważnie, z lekkim błyskiem w oczach. - Nie wiem, czy pamiętasz, ale swego czasu mówiono mi, sze jestem nieznośnie gadatliwy. - Dodałem po chwili, zerkając na nią z ukosa, była w tym nuta autoironii, może nawet odrobina prowokacji. Lubiłem słuchać, jak mówi, jak się rozkręca, przechodzi od chłodnych obserwacji do tych małych emocjonalnych iskier. Wiedziałem, że pamiętała - naszą młodość, nasze utarczki, wszystkie te momenty, gdy mieliśmy ochotę nawzajem się udusić. Zatrzymałem się na moment, tylko po to, żeby spojrzeć na nią. Zabawne - przez większość dawnego życia uważałem, że ją znam, widziałem w niej dokładnie to, co chciałem widzieć. Teraz już wiedziałem, jak bardzo się myliłem. Prue nie była osobą, do której można się było zbliżyć ot tak, trzeba było to robić ostrożnie, warstwa po warstwie, jakby każdy nieuważny ruch mógł zburzyć całą konstrukcję, którą oboje z trudem utrzymywaliśmy w ryzach. Uśmiechnąłem się lekko, przesuwając wzrokiem po jej twarzy. Zatrzymałem go na jej ustach tylko na sekundę dłużej, niż wypadało. Wiedziałem, że zrozumie, o co chodzi, zanim jeszcze to powiedziałem. Nie zrobiłem tego, nie od razu, tylko spojrzałem na nią - długo, w taki sposób, który nie wymagał żadnych wyjaśnień. - Poza tym, mam w lęku tę jedną kaltę, na twoje gadulstwo, któlej wtedy jeszcze nie miałem. - Uśmiechnąłem się lekko, nie spuszczając z niej wzroku. - To chyba dość skuteczna metoda, nie? - Była w tym obietnica, niewypowiedziana, ale wystarczająco wyraźna, by wiedziała, że nie żartowałem, nie całkiem. [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=ajo1bDK.jpeg[/inny avek] !natura RE: [23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna - Pan Losu - 27.10.2025 11. Zwierzątko na ścieżce. Podczas spaceru zauważasz, że mały borsuk wyskoczył na ścieżkę i stoi w miejscu, patrząc w twoją stronę. Nigdzie nie widzisz jego matki, nie jesteś też pewien, co tak małe stworzenie robi tu o tej porze roku. Co robisz? RE: [23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna - Prudence Fenwick - 28.10.2025 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=j0bGEtb.png[/inny avek] Kiedy czuła się przy kimś dobrze nie przejmowała się za bardzo słowami, które padały z jej ust. Często w jej głowie pojawiało się naprawdę wiele myśli, ale rzadko kiedy się nimi dzieliła, bo wiedziała, iż mało kto był w stanie pojąć to w jaki sposób funkcjonowała, dlatego też zazwyczaj wybierała raczej półsłówka, czy bardzo krótkie zdania, żeby nie komplikować swoich relacji z innymi, nie czuć na sobie dziwnych spojrzeń i nie wysłuchiwać pytań. Benjy wzbudzał w niej zaufanie, od samego początku ich ponownego spotkania nie miała problemu z tym, aby zupełnie się przed nim otworzyć. Dawniej tego nie robiła, nie wtedy kiedy był Aloysius'em, wtedy próbowała być przed nim najbardziej ułożoną wersją siebie, bo wiedziała, że wyłapałby każdą, najdrobniejszą słabość i wykorzystał ją przeciwko niej. - Ludzkość na pewno Ci wybaczy, jak usłyszy Twoje złote myśli, jestem o tym przekonana. - Nawet jeśli nie, to widok Benjy'ego z takim wąsem był warty tego, aby popełnić taką zbrodnię, ona na pewno by to doceniła, a w końcu sama była częścią ludzkości, więc mogło się to jakoś wyrównać? Zmiana tematu rozmowy okazała się być całkiem dobrym pomysłem, całkiem łatwo przyszło im wejść w tę rozmowę o artystach, zupełnie neutralną. Łatwiej było dyskutować o rzeczach nieistotnych, niż o uczuciach, które zaczęły mieszać im w głowach. Przechyliła nieco głowę, i spoglądała na niego uważnie, gdy wspomniał o tym, że może byłaby dla niego łaskawsza, gdyby wiedziała. Nie zdążyła zaprzeczyć ruchem głowy, bo dość szybko sam sobie odpowiedział na to pytanie. Nie było szans na to, żeby to spowodowało, że miałaby zachowywać się inaczej. - Bardzo szczególne zasady, wyróżniałam Cię na tle wszystkich innych. - Może w nie najlepszy sposób, ale to mogli okryć milczeniem. Mieli to za sobą, wyjaśnili sobie swoje dawne zachowania, poznali ich powód, nie było sensu do tego wracać. Znowu znalazła się tuż przy nim, ostatnio stało się to dla nich całkiem naturalne, ta zupełnie niewymuszona bliskość, sięganie po swoje dłonie, kiedy wydawało im się to konieczne, ale też nie. Przyjemnie było czuć ciepło drugiego człowieka pod opuszkami palców, a do tego mieć świadomość, iż obok jest oparcie, ktoś na kogo zawsze można liczyć. - Tego nie da się zapomnieć. - Kiedyś nie mogła słuchać tego gadania, czarowania głosem, uśmiechów rzucanych do widowni, kiedy wymagała tego sytuacja, zapewne jakby się postarał to mógłby wrócić do tego stylu bycia, podejrzewała, że to nie była jedna z umiejętności, które można było tak prosto zapomnieć, pewnie wymagałoby to drobnej praktyki, ale jeśli już by ją porwał, to mieliby czas na to, aby na spokojnie do tego wrócił. Przystanęła w miejscu, kiedy Benjy się zatrzymał, wpatrywał się w nią krótką chwilę, jak za starych, wcale nie takich dobrych czasów oczywiście przyjęła wyzwanie i również nawet na moment nie opuściła spojrzenia. Doskonale zdawała sobie sprawę do czego zmierza. Oczywiście musiał sięgnąć właśnie po to, wachlarz możliwości się poszerzył wraz z rozwojem ich relacji, co do tego nie miała wątpliwości, wiedziała również, że Benjy nie miał żadnych skrupułów, i gdy miał ochotę to grał nieczysto. - Ta karta, jest trochę jak broń obusieczna. Może przynieść spokój każdej ze stron. - Tak właściwie to używając jej każdy wygrywał. - Podejrzewam, że nie istnieje bardziej skuteczna metoda. - No, chyba, że śmierć, ale już nie mieli ochoty się udusić. Coś poruszyło się za nim, przez co tym razem to ona pierwsza opuściła wzrok - zazwyczaj tego nie robiła, lubiła te wyzwania które rzucali sobie od zawsze, kiedy sprawdzali które z nich pierwsze zrezygnuje. Dostrzegła więc ten ruch, prawie niezauważalny, no, dopiero po chwili zauważyła kto pojawił się na ścieżce. - Ojej. - Powiedziała cicho, oczy jej się zaświeciły, no, jakże inaczej mogłaby zareagować na coś, co wyglądało jak mały pluszak, którego miało ochotę się przytulić. Po krótkiej chwili w głowie Prue jednak zaczęły pojawiać się pytania, jedno za drugim. Kim jesteś, dlaczego jesteś tu sam, gdzie twoja mamusia, czy sam sobie poradzisz? Nie ruszyła się jednak z miejsca, nadal po prostu patrzyła na borsuka. RE: [23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna - Benjy Fenwick - 28.10.2025 To było zaskakujące, jak naturalnie potrafiliśmy przechodzić od poważnych rozmów do drobnych żartów, od cienia przeszłości do czegoś miękkiego, co rodziło się pomiędzy nami teraz. Dawniej jej obecność była dla mnie wyzwaniem - wtedy, gdy próbowałem ją wyprowadzać z równowagi, obserwować, jak reagowała na coraz to bardziej ordynarne zaczepki, tracąc opanowanie, bo to ja byłem tym, który powinien panować nad sytuacją, lubiłem mieć kontrolę. Teraz… Nie chciałem już jej testować, chyba chciałem po prostu być. Słuchałem jej uważnie, starając się nie przegapić ani odrobiny niuansu w tym, co mówiła. - Nie wiem, czy ludzkość zasługuje na moje złote myśli. - Uniosłem lekko brew, udając zadumę. Temat artystów okazał się zbawieniem, był neutralny, pozornie błahy - mówiło się o nich, jak o jakimś obcym gatunku, który robił zamieszanie w świecie, ale nikt nie potrafił bez niego żyć, bo może nie był przydatny, lecz przynajmniej zabawny. Kiedy przytaknęła, wspominając o tamtych dawnych czasach, jej szczególnych zasadach, na moment przestałem się uśmiechać, mogliśmy o tym teraz żartować, ale w gruncie rzeczy wiedziałem, co kryło się pod tymi słowami. Zbyt wiele słów między nami nigdy nie zostało powiedzianych, a teraz, chociaż już się z tego śmialiśmy, czułem w tym wszystkim cień dawnych napięć. Może właśnie dlatego ta nasza bliskość teraz była taka intensywna, bo była odkupieniem, próbą naprawienia czegoś, co wtedy nie miało prawa się udać. A teraz? Nie chciałem zadawać tego pytania, ani sobie, ani jej - nie dzisiejszego wieczoru, nie nigdy. Wpadliśmy w pułapkę, byłem tego świadom. - Wylószniony. To bszmi plawie jak komplement. - Odparłem z udawaną dumą. Przez moment patrzyłem jej w oczy, widziałem po jej twarzy, że pamiętała, tak samo jak ja, tamte dni, kiedy graliśmy w swoją małą wojnę - kto kogo złamie pierwszy, kto szybciej straci panowanie. - Chociasz, jeśli dobsze pamiętam, wtedy to polegało głównie na tym, sze częściej oblywałem. Zaszczytne to było wylósznienie, nie pszeczę, ale jusz mnie nie wylószniaj. - Teraz już nie musieliśmy niczego udawać, więc kiedy jej dłoń odnalazła moje ramię, nie zastanawiałem się nad tym, co to tak naprawdę znaczyło - to było naturalne, odruchowe, ciepło przeszło przez moją skórę, jak znajomy prąd, i wszystko na powrót stało się bardziej właściwe. Nie potrzebowaliśmy już masek, ani wojny, chociaż nadal lubiłem testować jej granice. To był dziwny rodzaj bliskości - nie wymuszony, nie teatralny, po prostu… Prawdziwy, jakbyśmy przez przypadek odnaleźli rytm, który od dawna istniał gdzieś między nami, tylko wcześniej był zbyt zagłuszony, by go usłyszeć. Kiedy wspomniała o karcie będącej bronią obusieczną, zaśmiałem się pod nosem. Spojrzała na mnie tak, jak dawniej - bez ucieczki, bez wahania, wtedy to się stało, ta stara gra, którą oboje znaliśmy na pamięć, na moment znowu postanowiła się rozpocząć, całkiem podświadomie. Wyzwanie w oczach, napięcie w powietrzu, ten moment, w którym oboje mierzyliśmy się spojrzeniami, sprawdzając, kto pierwszy pęknie. - Bloń obusieczna, powiadasz… Bszmi jak coś stwoszonego dla nas. - Mruknąłem, nachylając się lekko w jej stronę. Nie cofnęła się, co mnie nie zdziwiło, zawsze w takich chwilach wydawała się większa niż była - pewna siebie, twarda, jakby to świat musiał się cofnąć pierwszy. - Wiesz, sze zawsze byłem gotów obelwaś, jeśli tylko walto było. - Wpatrywałem się w nią przez dłuższą chwilę, tak jak dawniej - ten sam pojedynek spojrzeń, bez słów, bez uników. Już miałem coś powiedzieć, skrócić tę odległość, gdy zauważyłem, że jej wzrok ucieka gdzieś za mnie. Naturalnie, obróciłem się, by spojrzeć. Na ścieżce, kilka metrów dalej, stało coś małego - biało-czarne ciałko wyglądało, jakby wypadło prosto z ilustracji do bajki dla dzieci, i zupełnie nie pasowało do tej pory roku, ani do pogody, a jednak patrzyło na nas swoimi paciorkowatymi ślepkami. - O, jednak mlugnęłaś pielwsza. - Zauważyłem cicho, z nutą triumfu w głosie, ale bez złośliwości. Zerknąłem z boku na borsucze dziecko, a potem z powrotem na Prue i znowu na borsuka, który stał zupełnie niewzruszony naszą obecnością, tylko lekko poruszał nosem, prawdopodobnie próbując zdecydować, czy jesteśmy zagrożeniem, czy może potencjalnym źródłem jedzenia. - No, ploszę. - Uśmiechnąłem się, lekko zaskoczony jej nagłą zmianą. Przed chwilą gotowa była grać ze mną w niebezpieczne gry, a teraz patrzyła tak, jakby przed nią stanęło coś absolutnie magicznego. Borsuk poruszył się nieco, być może rozważał, czy powinien do nas podejść, za to Prudence wyglądała, jakby w każdej chwili mogła przykucnąć obok niego, wyciągnąć rękę, powiedzieć coś uspokajającego i poczęstować go jednym ze swoich lizaków, ja natomiast… Po prostu obserwowałem. - Zdaje się, sze mam powasznego konkulenta. Spojrzenie, którym Bletchley obdarzyła borsuka, było pełne czułości, jak gdyby przez chwilę zapomniała o całym świecie, o tym, że jeszcze przed sekundą nasza rozmowa balansowała gdzieś między prowokacją a ciszą pełną niedopowiedzeń. Patrzyłem na nią więc chwilę dłużej, pozwalając, by to, co między nami przed chwilą wisiało w powietrzu, delikatnie się rozmyło. Broń obusieczna - oboje przegraliśmy tę walkę, ona mlugnęła, ja nie mogłem konkurować z borsuczym dzieckiem, byłem tego świadomy. [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=ajo1bDK.jpeg[/inny avek] RE: [23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna - Atreus Bulstrode - 28.10.2025 - Jesteś pewna, że nie ucieknie od ciebie z krzykiem? - parsknął rozbawiony, bo Macmillan nie wydawał się przesadnie przekonany do tego, ze znajdowanie się w bliskim otoczeniu Brenny można było uznać za bezpieczne. Może myślał, że wlecze się z nią jakaś klątwa, albo miał z nią już odpowiednio dużo doświadczeń by wyciągnąć z tego jakieś nieprzyjemne wnioski. Przez moment wyraźnie się zastanawiał, przyglądając jednemu i drugiemu kieliszkowi, bo zapodała bardzo dobre pytanie w tym momencie. Prosta odpowiedź brzmiała nie, ale rozsądek nie pozwalał startować wesela z pięcioma kieliszkami. Wtedy uznaliby go za pijaka, a nie alkoholika. - Na początek? Przecież mi nikt tego baru nie zamknie, prawda? Trzeba wiesz... smakować noc czy coś - wzruszył ramionami, powoli zaczynając iść w stronę stolików. - Nie wydaje mi się. Za stary, żebym pamiętał go z Hogwartu i jest uzdrowicielem, co nie? Pewnie na jakimś wydziale na który aurorzy nie trafiają. Znaczy, no jest bratem Roselyn, ale to jedyne co faktycznie mogę o nim powiedzieć bez zastanowienia - wzruszył ramionami. - A ty się możesz pochwalić jakąś lepszą jego znajomością? - zapytał, stawiając swój kieliszek przy właściwym miejscu i przyglądając się innym plakietkom przy ich stoliku. - O, Icarus. Bardzo dobrze. Ale tak, masz rację, najbardziej chciał bym grać w karty, a z samym Icarusem trochę tak marnie. Prawdziwa partia zaczyna się od trzech. [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=f9JNGKH.png[/inny avek] RE: [23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna - Prudence Fenwick - 28.10.2025 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=j0bGEtb.png[/inny avek] Kiedyś nie potrafiła tego zaakceptować, irytowało ją nawet to, że ktoś taki jak on oddychał tym samym powietrzem, co ona. Wiedziała, że próbował wyprowadzać ją z równowagi, doprowadzać na skraj i wcale nie była mu dłużna. Przyjmowała wyzwania, wtórowała mu, często zachowując się jak ktoś kim nie była, by chociaż od czasu do czasu poczuć się jak zwycięstwa. Nie ważne było co mówiła, czy miało to jakiś sens - liczyło się tylko to, że wiedziała, że może zaboleć. Pochodzili z różnych światów, łatwo było znaleźć im więc powody do kontynuowania swojej małej wojny. Zmieniło się to po tym czasie, kiedy każde z nich poszło swoją drogą. Teraz chciała zrozumieć, jego podejście, intencje, sposób na życie. Nie oceniała już jego wyborów, zresztą okazało się, że zupełnie myliła się co do jego osoby, co było dość zaskakujące, ale docierało do niej, że dawniej zgrywał kogoś innego. Łatwo było jej uwierzyć w to, że taki właśnie był, może gdyby nie chciała go tak bardzo nienawidzić to dostrzegłaby sygnały, bo na pewno jakieś się pojawiały. - Pewnie nie, tak właściwie to mogliby sobie z tym nie poradzić, gdybyś w kilku słowach wytłumaczył im sens, którego szukali całe życie. - Wiedza potrafiła być przytłaczająca, szczególnie, kiedy wybrzmiewała z ust jednego człowieka. Może i sobie żartowali, jednak tak właściwie to Prue nie wątpiła w to, że Benjy miałby coś ciekawego do powiedzenia, coś na czym każdy mógłby skorzystać. W końcu przeżył wiele i niekoniecznie były to same przyjemne doświadczenia. - Bo to może być komplement, zależy jak do tego podejdziesz. - Fakt, być może wtedy nie wyglądało to najlepiej, jednak nie zmienia to tego, że poświęciała mu wyjątkowo dużo czasu w tamtych latach. Jeśli nie wchodziła z nim w słowne potyczki, to myślała o kolejnych, chyba nikt nie wzbudzał w niej takich emocji, nawet jeśli negatywnych. Zrobić na Prue wrażenie w jakikolwiek sposób to naprawdę spore osiągnięcie, bo raczej mało kto wzbudzał w niej zainteresowanie, a Fenwick zarówno teraz jak i kiedyś to potrafił. - Na to to już trochę zbyt późno. - Powiedziała nieco ciszej, chyba bardziej do siebie niż do niego. Zdawała sobie sprawę z tego, że wpadła po uszy, dopuściła go do siebie, zbliżyła się, aż za bardzo i będzie musiała ponieść tego konsekwencje, bo jakieś zawsze musiały się pojawić. Ludzie pozostawiali po sobie ślady, szczególnie ci, którzy chociaż na chwilę stawali się częścią życia tej drugiej osoby. Mógł to być tylko moment, jednak nie spodziewała się o tym, że łatwo przyjdzie jej o tym zapomnieć. - Ależ tak, oczywiście, że jest stworzona dla nas, najlepiej jakbyśmy się nadziali na nią w tym samym momencie. - Żadne z nich nie należało do osób, które łatwo odpuszczały. Byli zawzięci, potrafiali przekraczać kolejne granice, aby móc zobaczyć swoje reakcje. Dobrze, że w tej chwili nie chodziło o krzywdzenie siebie nawzajem, tylko o coś zupełnie innego, życie potrafiło być naprawdę zaskakujące. Nie przeszkadzał jej jednak powrót do tej walki na spojrzenia, wpatrywania się w siebie bez słowa, to przychodziło jej całkiem naturalnie, bo przecież spędzili wiele lat na podobnych praktykach, tyle, że teraz nie musiała się już bać, że rzuci w nią czymś, co doprowadzi ją do wybuchu gniewu. - Teraz zawsze będzie warto. - Nie musieli się przecież już obawiać tego, co może się wydarzyć, chociaż z drugiej strony, upadek w tej sytuacji będzie bolał jeszcze bardziej, ale odsunęła od siebie tę myśl, skupiła się na jego twarzy, starała się nie uśmiechać, chociaż wzbudzało to w niej pewenego rodzaju ekscytację - chociaż nigdy by nie powiedziała tego na głos, przez te lata brakowało jej podobnych wyzwań. Benjy nie miał sobie równych, a Prue lubiła się mierzyć z najsilniejszymi przeciwnikami. Jej uwagę przykuło stworzenie, które znalazło się na drodze. Tak - mrugnęła, miała tego świadomość, ale nie sądziła, że Benjy wykorzysta to przeciwko niej. - To się nie liczy, będziemy musieli do tego wrócić, żeby powtórzyć próbę. - Nie brała w ogóle innej możliwości pod uwagę, chociaż spodziewała się, że jej towarzysz może mieć co do tego jakieś ale. Nie do końca wiedziała, co powinni zrobić z tym zwierzakiem, stał tam taki bezbronny, zupełnie sam, patrzył się w ich kierunku, jakby nie wiedział, czy powinien się bać. Prue rozejrzała się po okolicy - nadal jednak nie widziała innego członka borsuczej rodziny gdzieś obok. - Proszę Cię, jesteś bezkonkurencyjny. - Przeniosła wzrok na twarz Benjy'ego, te słowa padły z jej ust odruchowo, chociaż nie dało się ukryć, że i borsuczątko spowodowało, że zrobiło jej się cieplej na serduszku. - Jest tu sam. - Zaczęła, jakby Benjy czasem się tego nie domyślił. - Nie możemy go tak zostawić. - Wydawała się być bardzo pewna tego, że nie mogą mu tego zrobić, aczkolwiek czekała na to, aż Benjy to potwierdzi, nie miała pojęcia, które z nich bardziej zna się na borsukach... sięgnęła po swoją całą wiedzę, próbowała przywołać wspomnienia jakichś kartek z książek, ale jedyne, co przychodziło jej na myśl to to, że borsuk był symbolem Hufflepuff'a, co nie było szczególnie przydatne w tym momencie. RE: [23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna - Benjy Fenwick - 29.10.2025 Była w tym jakaś ironia losu - przez lata żyliśmy w tej samej przestrzeni, a jednak zupełnie obok siebie, jakbyśmy specjalnie omijali moment, w którym mogłoby się wydarzyć coś prawdziwego. Wtedy potrzebowałem tego napięcia, jej gniewu, wybuchów, tego, że traciła dla mnie cierpliwość. Było coś uzależniającego w tym, jak reagowała, dawała się wciągnąć w grę, której reguły ustalałem na bieżąco. Teraz… Nie chciałem jej prowokować, przynajmniej nie w ten sposób. Teraz, gdy już niczego nie trzeba było udowadniać, okazało się, że milczenie między nami jest o wiele łatwiejsze niż słowa, ostre czy łagodne, nawet jeśli niektóre powinny kiedyś paść. Zawsze za wcześnie albo za późno. Ironia losu - tak, zdecydowanie. - Masz zbyt doble zdanie o moich zdolnościach kaznodziejskich. - Odparłem z udawaną powagą, chociaż kącik ust drgnął mi od razu. - Poza tym, jakby tak się zastanowiś, ludzkość jusz i tak jest wystalszająso pogubiona bes mojej pomocy. - Przechyliłem głowę w bok, przyglądając się jej, bo to, co powiedziała, miało w sobie coś więcej niż tylko żart, a ja, na swoje nieszczęście, nie byłem już człowiekiem, który potrafił udawać, że nie widzi takich rzeczy. Zawsze lubiła podważać każde moje słowo, wyłapywać niedoskonałości w zdaniach, więc całkiem zabawnie było mieć z nią aż taką zgodność. Teraz… Chyba po prostu chciała zrozumieć, ja też to robiłem, bo chyba naprawdę dojrzeliśmy. Nie była już tą samą dziewczyną, która rzucała we mnie sarkazmem, jak kamieniami, chociaż tamta wersja też miała w sobie coś urzekającego - była pełna energii, ostrości, którą sam w niej wywoływałem, bo wtedy wszystko między nami sprowadzało się do reakcji - czekałem, aż pęknie, wybuchnie. Teraz, gdy patrzyłem, jak mówi, spokojna, bardziej świadoma, miałem wrażenie, że to ja tracę równowagę. To już nie było tak pozornie proste, jak kiedyś, gdy sztuka doprowadzania jej do wściekłości była czymś w rodzaju sportu, a ja byłem w tym niezły. Wtedy mierzyłem się z jej cierpliwością, jak z granicą, którą należało przesunąć, choćby o pół kroku dalej, była w tym adrenalina, coś czystego, pierwotnego. Teraz, gdy patrzyłem na nią w półmroku, oboje już wiedzieliśmy, że wtedy nie chodziło o zabawę, przynajmniej nie całkiem. To tyle samo naprawiało, co komplikowało. - Widzisz, nie jestem pewien, czy to baldziej oblaśliwe, czy po plostu niebespieczne. - Uśmiechnąłem się krótko, pozwalając, by ta stara dynamika wróciła na moment. - To niebywałe, jak potrafisz zmieniś sens słów, kiedy tylko chcesz. - Wzruszyłem ramionami, udając nonszalancję, chociaż dobrze wiedziałem, że to wcale nie było takie proste. Przyglądałem się jej twarzy, jakbym próbował odnaleźć w niej coś znajomego z tamtych dni, ale to, co widziałem, było inne, delikatniejsze, może mądrzejsze, może po prostu… Prawdziwsze. Kiedyś w tych chwilach liczyło się tylko, kto pierwszy odwróci wzrok, kto straci panowanie, kto wypowie słowo, którego później będzie żałował. Teraz było inaczej, nie było w tym gniewu, tylko coś miękkiego, magnetycznego - ta sama intensywność, ale inny cel. Zamilkłem, kiedy powiedziała to jedno zdanie, cichsze, niemal urwane, wiedziałem, że nie była to tylko figura retoryczna, i chociaż nie odpowiedziałem, w środku coś się we mnie poruszyło. „Na to to już trochę zbyt późno.” Te słowa zatrzymały się gdzieś w powietrzu między nami, udawałem, że nie słyszałem, ale w środku zadrgało coś znajomego - ta świadomość, że jeśli się za bardzo zbliżysz, nie da się potem wrócić do bezpiecznej odległości. Zbyt późno - czyli właściwie, kiedy? Zanim zdążyliśmy się lepiej poznać, czy może wtedy, gdy udawaliśmy, że nasza gra nic nie znaczy? To było dziwne uczucie - świadomość, że stanąłem obok niej, a nie naprzeciwko, i że te wszystkie nasze wspólne potyczki doprowadziły nas właśnie tutaj, w to miejsce, w którym każde spojrzenie mówiło więcej niż dawne kłótnie. Przez chwilę pozwoliłem, by cisza między nami trwała - nie była niezręczna, raczej gęsta od wszystkiego, czego nie musieliśmy już udowadniać. Chociaż - czy aby na pewno? - Jeśli mam być szczely, zawsze miałem słabość do broni, któlej nie potlafię do końca kontlolowaś. - Mruknąłem, odpowiadając bardziej na jej myśli niż na słowa. Nie mogłem się powstrzymać od drobnej kpiny. Miałem wrażenie, że myślimy o tym samym, chociaż każde z nas uciekało przed tym w inny sposób. Ona w analizę, ja w żarty. Stara gra wróciła - kto pierwszy pęknie, kto odwróci wzrok. W jej spojrzeniu była ta sama siła co kiedyś, ta sama nieugiętość, którą pamiętałem aż za dobrze. Może właśnie dlatego ciągle wracałem, bo była jedyną osobą, która nigdy nie odpuszczała. Przez moment w mojej głowie przetoczyła się myśl, żeby skrócić tę odległość, zrobić coś, czego i tak żadne z nas nie zdołałoby już odwołać. Znałem tę kartę, o której wspominaliśmy, wiedziałem, jak działała. Jedno posunięcie i wszystko stawało się proste - albo niemożliwe do naprawienia. Zanim jednak zdążyłem się zdecydować, jej spojrzenie uciekło gdzieś za moje plecy - mrugnęła, jej wzrok uciekł za mnie, a ja, kierowany instynktem, obejrzałem się przez ramię - na ścieżce, wśród poruszanych przez wiatr liści, stało coś małego i zaskakująco uroczego. Nos, maleńki, wilgotny, zadrgał, a potem uniósł się w naszym kierunku. Borsucze dziecko, mrugało do nas, albo tylko mi się wydawało, że mrugało - w każdym razie wyglądało na kompletnie zdezorientowane. Oczy Prudence stały się za to inne, cieplejsze, nie było w już wyzwania, tylko coś, czego wcale się nie spodziewałem - troska, może nawet czułość. Dziwne, że dopiero po tylu latach, potrafiłem ją w niej zobaczyć. Zastanawiałem się przez moment, co by było, gdybyśmy tak naprawdę poznali się później - nie wtedy, gdy wszystko trzeba było udowadniać, tylko teraz, kiedy oboje wiedzieliśmy już, jak mało znaczą niektóre zwycięstwa. Pewnie i tak bym się z nią sprzeczał, ale może przynajmniej wiedziałbym, po co. Ostatecznie w obu tych przypadkach doszliśmy do jednego punktu. Kiedy się odezwała, żartując o powtórce, roześmiałem się cicho. - A więc lematch, okej, z uwagi na nieoczekiwane okoliczności, uznaję. - Mruknąłem, przekrzywiając lekko głowę. - Ale wiesz, sze nie będę miał dla ciebie litości. - To był odruch, coś starego, znajomego, wręcz domowego. Nasze rozmowy zawsze miały w sobie tę nutę rywalizacji, niezależnie od tematu. Teraz jednak coś się przesunęło - to nie była walka, raczej taniec, wymiana, w której każde z nas znało rytm drugiego. - To akulat plawda, ale miło to usłysześ od kogoś, kto potlafi się ze mną lównaś. - Odparłem półżartem, chociaż kącik ust drgnął mi bardziej, niżbym chciał. Nie był to ten sam rodzaj uśmiechu, którym zwykłem maskować wszystko, czego nie umiałem nazwać - ten był szeroki i szczery. Spojrzałem na nią z boku, na ten błysk w oczach, uśmiechając się szeroko. Borsuczek stał dalej, lekko poruszając nosem, jakby próbował zdecydować, czy jesteśmy warci zaufania. Spojrzałem w prawo, potem w lewo - żadnego śladu dorosłych borsuków. - Chyba będziemy musieli coś wymyśliś. - Mruknąłem w końcu, bardziej do siebie niż do niej, bo przecież oboje wiedzieliśmy, że nie zostawimy go samego. Borsuk był symbolem lojalności, odwagi, ale ten - ten wyglądał po prostu na zagubionego. Nie ruszałem się, nie chciałem go spłoszyć, ale jeszcze mniej chciałem, żeby Prue, po tych słowach o nie-zostawianiu, stwierdziła, że powinniśmy go zabrać ze sobą, bo wtedy, znałem ją na tyle dobrze, wiedziałem, że nie będę w stanie jej odmówić. Nie miałem pojęcia, co zrobić - czy należy podejść, czy się odsunąć, ale byłem pewien jednego - jeśli powiem, że powinniśmy go zostawić, ona uzna to za osobisty afront, więc po prostu stałem, patrząc na nią, na borsuka, na tę dziwną scenę, w której cała powaga ostatnich dni nagle rozpłynęła się gdzieś w nocnym powietrzu. Stworzenie było absurdalnie małe, niewinne, zupełnie nie pasowało do scenerii, tej rozmowy, do całego wieczoru, ale było naprawdę przeurocze. [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=ajo1bDK.jpeg[/inny avek] RE: [23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna - Cliodna - 29.10.2025 [inny avek]https://gudejko.pl/wp-content/uploads/2021/10/wolszczak_grazyna_04_cpx1.jpg[/inny avek] Nawet jakby bardzo się starała, to nie była w stanie przewidzieć każdej ewentualności, zresztą trochę przywykła już do tego, że w przypadku rodziny, którą stworzyła z Gerardem powinni zakładać wszystko, każdą, najbardziej absurdalną sytuację. Nie spodziewali się przecież tego, że ich najmłodszy syn zostanie wampirem, niby wiedzieli, że w tym fachu istnieje podobne ryzyko, ale jednak to nie było wcale takie oczywiste. Przez wiele lat nikt z ich rodziny nie przeżył czegoś podobnego, a teraz musieli sobie jakoś z tym poradzić, nie tak łatwo było zapanować nad młodym wampirem... do tego dochodziła córka, która zawsze podążała swoją własną ścieżką i najstarszy syn, który chyba zapomniał skąd pochodzi - tak dawno nie pojawił się w rodzinnych stronach. Niełatwe było bycie rodzicem, chciało się tego, aby dzieciom wiodło się jak najlepiej, nie mając na to praktycznie żadnego wpływu, gdy już opuszczały rodzinne gniazdo. - Kiedy ma się karty w ręce to warto z nich korzystać. - Zwłaszcza, że nie trwało to wiecznie. Istotne było ugranie jak najwięcej na tym, co aktualnie dawało możliwości. Tak, pamiętała, że i ona kiedyś to robiła, szkoda tylko, że zdążyła już skorzystać ze wszystkich swoich kart, teraz rozdawał je kto inny. Tak właściwie chyba powinna przywyknąć już do tego, że jej możliwości stawały się coraz bardziej ograniczone, chociaż nie tak łatwo było się z tym pogodzić. - Oby ten sztorm nie zasiał zbyt wielkiego zniszczenia. - Nie chciała być pesymistką, jednak wychodziła z założenia, że lepiej jest się przygotować na najgorsze, zamiast zakładać najbardziej delikatne rozwiązanie sprawy. - Razem są silni. - Dodała jeszcze cicho, aby nie wyjść na zupełną pesymistkę, zawsze to było jakieś światełko w tunelu, prawda? Być może dzięki temu przetrwają wszystko nie odnosząc przy tym większych szkód, naprawdę życzyła swoim dzieciom jak najlepiej, tyle, że nie mogła wyzbyć się obaw o ich przyszłość. Taka już rola matki. - Jeśli będzie za bardzo przytłaczająca, to zawsze mają nas. - Mogli przyjść po wsparcie, nie był to moment, w którym sama zamierzała narzucać swoje podejście, ale zamierzała być oparciem, jeśli tylko tego będą potrzebować, wydawało jej się to najlepszym z możliwych rozwiązań. Powoli przemierzały okolicę, aby znaleźć się w końcu w miejscu, w którym znajdować się miała dziczyzna upolowana przez jej męża, wiedziała, że skrzaty w nocy walczyły z tym, aby wszystko doprowadzić do względnego porządku, nie miała pojęcia jednak, jaki był efekt końcowy. Ulżyło jej, gdy zobaczyła, że na pierwszy rzut oka nie widać żadnej głowy dzika na stole. - Chyba nie jest tak źle. - Powiedziała cicho do Ursuli, kiedy skontrolowała otoczenie wzrokiem. RE: [23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna - Prudence Fenwick - 29.10.2025 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=j0bGEtb.png[/inny avek] - Byłbyś ich drogowskazem, przemyśl to. - Mrugnęła jeszcze do niego porozumiewawczo. Całkiem lekko przyszła im zmiana tematu, rozmowy o niczym istotnym nie niosły ze sobą żadnego dodatkowego ciężaru, pozwalały całkiem skutecznie wejść na neutralny grunt, a w tej chwili to było im chyba potrzebne. W końcu znaleźli się tutaj, aby dobrze się bawić, a nie zaczynać się martwić tym, co i tak miało się wydarzyć. Na to jeszcze przyjdzie pora. - Widziałam, co potrafisz. - Dodała jeszcze, w końcu była świadkiem tego, jak kiedyś, w zamierzchłych czasach umiał zaczarować otoczenie, to nie były słowa rzucane na wiatr. Oczywiście, że to zauważała, chociaż była wyjątkowo oporna na jego zdolności oratorskie. Skupiała się w jego przypadku raczej na tym, co jej przeszkadzało, co ją wkurzało, nie oznaczało to jednak, że nie widziała, co potrafił. Inaczej przecież większość dzieciaków nie tańczyłaby, jak im zagrał. Aktualnie jednak nie musiała już ukrywać tych myśli, które zawsze gdzieś tam istniały, w przeszłości nigdy nie wspomniałaby mu o tym, że zauważa w nim jakikolwiek potencjał, czy docenia jego umiejętności, wręcz przeciwnie - nawet jeśli widziała, że w czymś jest dobry to raczej zmierzała ku temu by udowodnić mu, że nic nie potrafi i do niczego się nie nadaje. Czerpali przyjemność z dopiekania sobie nawzajem, często przekraczali granice dobrego smaku. Rookwood był takim jedynym przypadkiem, nawet jego najbliżsi, szkolni koledzy, którzy również nieco ją irytowali nie doprowadzali jej do aż takiej furii. Zrozumienie przyszło łatwo, wystarczyły inne okoliczności, aby nieco zmieniła punkt widzenia. Zresztą dawno już przestała walczyć dla idei samej walki, która nie niosła za sobą niczego dobrego, bo przecież to nie miało żadnego sensu, nawet najmniejszego. Lepiej było szukać wspólnego gruntu, nici porozumienia, okazało się to też dużo łatwiejsze, przynajmniej jeśli chodziło o niego. - To nic nadzwyczajnego, myślę, że sporo osób tak potrafi. - Słowa mogły zostać odebrane wielorako. Warto było się na nich skupiać, odwracać je, Prue lubiła tym nieco żonglować. To zachęcało do myślenia, analizy, a jak wiadomo było to jednym z jej ulubionych zajęć, więc chętnie sprawiała, aby inni również się tym zajmowali. - To całkiem zabawne, zważając na to, że wydajesz się kontrolować wszystko wokół siebie. - Dodała uśmiechając się przy tym delikatnie. Nie pozwalał przecież za bardzo interweniować w sprawy, które go dotyczyły. Radził sobie ze wszystkim sam, co było całkiem logiczne zważając na to, jaki styl życia prowadził. Najwyraźniej jednak zdarzały się sytuacje, w których wydawało się to być zbędne. Nie siliła się na dalszą analizę, na ten moment to wystarczyło. Powrót do dawnych przyzwyczajeń był całkiem orzeźwiający, spowodował, że Prue stała się uważniejsza, bardziej czujna, bo jak zawsze - nie miała zamiaru łatwo odpuścić. Te potyczki, chociaż nigdy nie powiedziałaby tego na głos, od zawsze sprawiały jej dziwną satysfakcję. Dobrze było trafić na równego sobie przeciwnika i może nigdy nie usłyszała tego od niego, to wiedziała, że nikt tak mocno jak ona nie próbował z nim walczyć, co samo w sobie było dla niej sporym sukcesem, mimo, że nie zawsze niosło za sobą zwycięstwo. Zdecydowanie łatwiej też było toczyć tę walkę ze świadomością, że jeśli się potknie, czy coś pójdzie nie po jej myśli nie zostanie zaatakowana kolejnymi jakże obraźliwymi epitetami. Sporo się zmieniło, ale nie wszystko. Nadal żadne z nich nie zamierzało odpuścić. - Jesteś dzisiaj wyjątkowo wyrozumiały. - Nie spodziewała się tego, że tak łatwo pójdzie jej przekonanie go o tym, że pojawiły się czynniki, które wpłynęły na to, że starcie nie do końca było równe. Kiedyś by jej tego nie odpuścił, przeszłość jednak była już dawno za nimi, zasady gry mogły się zmienić, właściwie to dosyć mocno się zmieniły. Prychnęła jeszcze cicho, gdy usłyszała jego kolejne słowa. - Byłabym rozczarowana, gdybyś ją dla mnie miał, przecież wiesz, że lubię równe starcia. - Bez żadnych forów, jeśli miała to wygrać, to tylko ze świadomością, że pokonała go, bo faktycznie na to zasługiwała. Nie widziała sensu w rywalizacji, jeśli któraś ze stron miała zamiar się podkładać, wygrana wtedy traciła swój smak. - Dobrze jest to słyszeć, kto by się spodziewał, że kiedyś uznasz, że mogę się do Ciebie chociaż odrobinę zbliżyć. - Na pewno nie spodziewała się tego usłyszeć, chociaż już dawno temu wiedziała, że tak jest. Nie bez powodu to akurat z nim wchodziła w te słowne potyczki, zresztą od zawsze wzbudzał w niej wiele dziwnych emocji, niby irytacja przebijała się najbardziej, ale była podszyta czymś innym, co próbowała stłumić, teraz było zupełnie inaczej. Niczego nie tłumiła, przez co odczuwała wiele, może nawet zbyt wiele. Bletchley przyglądała się zwierzęciu, które znajdowało się na drodze. Póki co borsuk nie zdecydował jeszcze, czy może im zaufać, nadal stał w miejscu, poruszał jedynie swoimi wibrysami. Widać było, że jest zagubiony, nie mogli go tak tutaj zostawić, co do tego miała pewność. - Jeśli go dotkniemy, to jego borsucza rodzina nie będzie chciała go u siebie. - Powiedziała cicho, próbując znaleźć inne rozwiązanie. Oczywiście, że nie zamierzała go tutaj zostawić, takiego wystraszonego i samotnego. Nie mogła mu dać lizaka, borsuki nie jadły lizaków. Jej metoda na wszystko tym razem mogła nie zadziałać. Myśl, Prudence. - Nie mogę go wziąć do domu, prawda? - Przeniosła wzrok na Bnjy'ego, który być może miał więcej rozsądku niż ona, bo Bletchley naprawdę była gotowa zabrać to zwierzę do siebie i się nim opiekować. Tyle, że nie słyszała o tym, żeby ktoś w swoim mieszkaniu hodował borsuka, to jedynie ją od tego powstrzymywało. Na pewno nie byłby szczęśliwy, nie bez powodu mieszkały one w lasach. - Może... znajdźmy mu coś do jedzenia i odprowadźmy go do lasu? Bez dotykania, to znaczy jego nie powinniśmy dotykać. - Za dużo słów, za dużo myśli, Prue zaczynała się gubić. RE: [23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna - Ursula Lestrange - 29.10.2025 Zatrzymałam się obok niej, a moje spojrzenie mimowolnie powędrowało w stronę lasu, na obrzeżach którego unosiła się delikatna mgła. Czułam, że coś się kończyło - nie tyle ceremonia, co pewien etap. Każde małżeństwo, każde dziecko, każdy wybór był jak pęknięcie w marmurze, którego nie dało się już zasklepić - cena mijających pokoleń, rzekomego postępu, odejścia od tradycyjnego spojrzenia na świat, którego nie miały już te kolejne pokolenia, a więc było nieuniknione, chciałyśmy tego czy nie. - Ale to wcale nie takie proste, nieprawdaż? Czasami mam wrażenie, że im więcej widzieliśmy, tym mniej jesteśmy w stanie przewidzieć. Dopiero z wiekiem człowiek zaczyna grać ostrożniej, nie dlatego, że brak mu odwagi, tylko dlatego, że zna cenę każdej decyzji. - Nie chciałam brzmieć jak prorokini nieszczęść, ale prawda była taka, że każde z naszych podopiecznych było na swój sposób przodownikiem niekoniecznie dobrych zmian - osobnym żywiołem, silnym i nieuniknionym, którego nie sposób było do końca kontrolować, gdy były osobno, ale razem również. Dostrzegłam, oczywiście, że na ułamek sekundy w jej oczach pojawił się błysk, coś pomiędzy nostalgią a goryczą, potem, jak zawsze, wszystko zniknęło za maską spokojnej powagi. Nie dziwiło mnie to - syn wampir, córka, która igrała z siłami, o jakich inni tylko czytali, i najstarszy, który zniknął gdzieś między kontynentami, jakby świat poza rodowym domem miał mu więcej do zaoferowania. Nieczęsto pozwalałam sobie na coś tak przyziemnego jak westchnienie, ale tym razem uleciało ze mnie cicho, mimochodem, kiedy Jennifer wypowiedziała słowa o sztormie. Każdy z nich był jej dumą i przekleństwem zarazem. Szłyśmy obok siebie, ramię w ramię, dwie kobiety, które zbyt wiele już widziały, by wierzyć w przypadki. Każdy ruch młodych był dla nas odbiciem czegoś, co już kiedyś widziałyśmy, tylko w innej formie, pod innymi nazwiskami. Teraz jednak świat obracał się szybciej, a wartości, które dawniej stanowiły o sile naszych rodów, zdawały się blednąć pod dotykiem nowoczesności. - Razem są silni, to prawda. - Przyznałam. - Ale siła to jedno, Jennifer, trzeba jeszcze wiedzieć, jak jej użyć, zbyt wielu młodych myśli, że siła jest po to, by się nią popisywać. - Nie brzmiało to złośliwie, raczej z nutą zawodu, który rodził się z troski. To pokolenie było inne, trudniejsze, bardziej chaotyczne. Wśród gości, przy bocznych stolikach, dostrzegłam Brennę Longbottom - tę samą, którą Philippa zawsze nazywała „ulubienicą” z odcieniem pobłażliwego przywiązania, ja zaś miałam wobec niej uczucia bardziej skomplikowane. Brenna była jedną z tych młodych, które miały wszystko - nazwisko, urodę, rozum, i postanowiły z tego zrobić coś, co kłóciło się z każdą zasadą, jakiej nas uczono, „sama była sobie mężem”, jak to mawiano, nawet jeśli dziś przyszła w towarzystwie mężczyzny, oczywiście, pasującego do niej stylem zachowania. Byli niemal klasycznym przykładem tego, co mnie głęboko martwiło. - Zawsze myślałam, że bunt mija z wiekiem. - Dodałam cicho. - Ale wygląda na to, że w tej generacji to już styl życia. - Nie mówiłam tego z żalem, raczej z rezygnacją. „Zawsze mają nas.” Rzeczywiście - mieli, chociaż wątpiłam, by młodzi to rozumieli. Nie chodziło o to, że nie kochali swoich matek, ciotek, starszyzny, po prostu nie widzieli już w nas autorytetów, raczej... Relikty innej epoki. Z pokolenia na pokolenie, przepaść się pogłębiała. Widziałam, jak Jennifer dzielnie znosiła te wszystkie odstępstwa od normy, jak próbowała zachować pozory spokoju, choć w środku targała nią bezsilność. Mną też, o tak, mną też, nawet jeśli nie miałam własnych dzieci. Zbliżyłyśmy się do docelowego miejsca, gdzie skrzaty uwijały się w milczeniu, poprawiając serwety, ustawiając półmiski. Jeden z nich, dostrzegłszy nas, skłonił się tak nisko, że aż dotknął nosem ziemi. Rozejrzałam się po stołach, oceniając efekty przygotowań, z tą naturalną mieszanką perfekcjonizmu i sceptycyzmu widoczną na twarzy, przesunęłam spojrzeniem po widoku przed nami - zastawy, srebra, równo rozstawione dania gotowe do wydania, wszystko wyglądało niemal idealnie, aż zbyt idealnie, jakby skrzaty w panice próbowały zatrzeć wszelkie ślady po tym, że jeszcze wczoraj Gerard przyniósł tu pół lasu. - Może ceremonia obudziła w nim jakiś uśpiony zmysł estetyczny. - Mruknęłam, unosząc lekko brwi. Dziczyzna rzeczywiście wyglądała… Przyzwoicie, więc tak, skrzaty musiały tej nocy przejść prawdziwe piekło, by zneutralizować artystyczny chaos Gerarda. Pachniała ciężko, tłusto, przyprawy unosiły się w powietrzu. Stoły, o dziwo, zachowały swoją godność - żadnych trofeów, rogów wetkniętych w środek kompozycji kwiatowej. Cud, naprawdę. [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=vNIK0XS.jpeg[/inny avek] !weselnicy |