Secrets of London
[23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Wyspy Brytyjskie (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=125)
+--- Dział: Walia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=126)
+---- Dział: Snowdonia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=132)
+---- Wątek: [23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna (/showthread.php?tid=5189)

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21


RE: [23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna - Cliodna - 02.11.2025

[inny avek]https://gudejko.pl/wp-content/uploads/2021/10/wolszczak_grazyna_04_cpx1.jpg[/inny avek]

- Tak, ostrożność przychodzi z wiekiem, jednak czy faktycznie jest taka słuszna, życie jest tylko jedno, czasem trzeba zaryzykować. - Miała podobne spostrzeżenia, co Ursula. Wydawałoby się, że wraz z upływem czasu mniej rzeczy będzie zaskakiwać, człowiek będzie gotowy na wszystko, jednak okazało się to nieprawdą. Świat pędził do przodu, młodsze pokolenia robiły się coraz bardziej otwarte, odbiegały od tradycji. Czy było to dobre? Nie do końca by się z tym zgodziła, świat w jej mniemaniu gubił gdzieś swój porządek, ale nie miały na to większego wpływu.

- Z czasem pewnie nauczą się jej używać, oby przed tym jednak nie doprowadzili do większych szkód. - Nie chciała zakładać najgorszego, ale wiadomo, że zazwyczaj nauka przychodziła poprzez własne błędy. Wolałaby aby ta dwójka ich uniknęła, tak właściwie to sporo już przeszli. Nie wnikała, nie dopytywała jak doszło do tego, że nagle po tym okresie milczenia pojawili się w Snowdonii oznajmiając, że biorą ślub. Im mniej wiedziała, tym spała spokojniej, tego też nauczyła się z czasem. Na niektóre rzeczy nie miała najmniejszego wpływu, choć chciałaby, aby było zupełnie inaczej. Nie był to dla niej lekki czas, zastanawiała się czasami, czy gdzieś popełniła błąd, że to wszystko kreowało się w ten sposób, jednak nie było sensu teraz się na tym skupiać, to niczego by nie zmieniło, a czasu nie można było cofnąć, pozostawało pogodzić się z tym, jak wyglądały życia jej dzieci aktualnie.

- Tak, wiele się zmieniło, niby niedawno my byłyśmy na ich miejscu, ale wtedy nie wiem, nie wyglądało to tak jak teraz, pewnie będzie tylko gorzej. - Z upływem lat. Miała wrażenie, że ostatnio brakowało stabilności, to co kiedyś było normą, niedługo zacznie być czymś zupełnie innym, nie do końca chyba umiała to zaakceptować, jednak co innego mieli robić? To nie był ich czas, mieli swój moment, teraz pozostawali raczej tłem, wsparciem młodych, którzy żyli w zupełnie inny sposób od nich. Niekoniecznie uważała, że ten rozwój, ta zmiana była odpowiednia.

Mogli czekać na to, aż któreś z dzieci postanowi skorzystać z ich pomocy, starała się wierzyć w to, że jeśli wydarzy się coś złego to postanowią przyjść i się tym podzielić, chociaż wiele razy już przecież udowadniali, że woleli radzić sobie sami. Nie oczekiwali wsparcia, rad, woleli popełniać błędy, a przy tym pozostawać przy swojej drodze. Cóż, chciałaby się jeszcze komuś do czegoś przydać, ale właściwie nie do końca wydawało jej się, iż to będzie możliwe. Marna jest rola rodzica, kończyła się na tym, że głównie mógł patrzeć i nic więcej.

- Nie sądzę, iż jest to jego zasługa, ale dobrze, że wszystko jest pod kontrolą, skrzaty jednak potrafią zdziałać cuda. - Gdyby to jej mąż faktycznie miał być odpowiedzialny za to, jak wyglądały te stoły... to na którymś z nich na pewno znajdowała by się ogromna głowa dzika, na szczęście nie doprowadzili do takiej katastrofy, nie wszyscy bowiem byli w stanie zaakceptować taki widok, dla nich nie był niczym szczególnym, ale dla tych bardziej miastowych... tak - mógł wzbudzić kontrowersje, a tych przecież zamierzali uniknąć.

- Myślę, że nic tu po nas, możemy udać się do stołu. - Skoro skontrolowały wizję Gerarda mogły wyruszyć dalej, aby mieć oko na gości, czy rodzinę, musiały czuwać nad tym, aby dalsza część ceremonii przebiegła bez żadnych, niepotrzebnych kontrowersji.




RE: [23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna - Ursula Lestrange - 03.11.2025

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=vNIK0XS.jpeg[/inny avek]
Słowa o dzieciach, o tej nauce przez błędy, dotknęły mnie głębiej, niż bym chciała przyznać. Prawdą było, że patrzyłyśmy, jak dorastają - te ich dzieci, moi podopieczni, młodzi ludzie, których znałam od kołyski, i żadnego z nich nie sposób już było zatrzymać. Każdy szedł w swoją stronę, z tą bezczelną pewnością, że wie lepiej. Dźwięki wesela rozchodziły się echem po polanie, ktoś się roześmiał, ktoś przestawił krzesło.
- Tak, my też kiedyś byłyśmy młode. - Powiedziałam z lekkim, nieco ironicznym westchnieniem. - Ale wtedy świat miał granice, teraz ich nie ma, każdy uważa, że może być kim chce, i że wszystko mu wolno. To... Męczące. Prawdę mówiąc, wolałabym, żeby nie musieli się niczego uczyć kosztem nazwiska. - Uśmiechnęłam się lekko, ale w spojrzeniu Jennifer dostrzegłam, że rozumiała dokładnie, co miałam na myśli. My, kobiety naszego pokolenia, przyzwyczaiłyśmy się do ograniczeń tak bardzo, że zaczęły nam się wydawać częścią garderoby. Zerknęłam na nią kątem oka, gdy zamyśliła się, jakby liczyła w pamięci wszystkie te momenty, w których próbowała ochronić swoje dzieci przed światem, tylko po to, by zobaczyć, że świat i tak znalazł do nich drogę. Nie powiedziała nic, ale cisza między nami była gęsta, niosła w sobie więcej zrozumienia niż dziesięć wypowiedzianych zdań.
Odwróciłam wzrok w stronę ogrodu, gdzie część gości już zaczynała się gromadzić przy stołach - płomienie z ogniska tańczyły w oddali, a w powietrzu unosił się zapach wina i dymu. Świat zmieniał się niepostrzeżenie, dokładnie tak, jak mówiłyśmy - to, co dawniej było niepodważalnym porządkiem, teraz stawało się reliktem. Czasem miałam wrażenie, że wszyscy trzymamy się już tylko wspomnienia tamtego ładu. Obie wiedziałyśmy, że nasz czas był inny, bardziej przewidywalny, teraz mogłyśmy jedynie obserwować, czuwać z boku, podtrzymywać resztki struktury, zanim rozsypała się zupełnie. Nie byłam matką tych dzieci, ale czasami czułam się, jakbym miała nimi być. Kiedyś dbałam o porządek, o reputację, o ciągłość tradycji. Teraz... Coraz częściej czułam, że po prostu pilnuję, by wszystko się nie rozpadło.
- Tak, myślę, że możemy już iść. - Zgodziłam się po chwili, poprawiając materiał rękawa i ruszając w stronę dłuższego stołu. - W końcu ktoś musi dopilnować, żeby nikt nie postanowił dziś przełamać kolejnej tradycji.
Z każdym krokiem czułam, jak moje obcasy delikatnie zapadały się w miękką ziemię. Powietrze było już ciężkie od dymu i ziół, z oddali dobiegał gwar rozmów - śmiechy, szmer tkanin. Wszystko wyglądało idealnie, przynajmniej z zewnątrz.
Nie mogłam powstrzymać lekkiego uniesienia brwi, kiedy poczułam, jak szorstka, stara dłoń nagle zacisnęła się na mojej. Wuj Archibald - oczywiście, że to musiał być on, wiecznie zbyt głośny, bezpośredni, szczery w swoich emocjach, jakby lata nauk o etykiecie spłynęły po nim, niczym deszcz po kaczce. Nim zdążyłam choćby pomyśleć o subtelnym wymiganiu się z tej sytuacji, już śpiewał weselną przyśpiewkę o dziewczętach i winie - głośno, z zapałem godnym młodzieńca, który odkrył, że wino i wolność obyczajów, typowa dla mężczyzn w jego wieku, to był duet idealny. Śpiewał, z początku cicho, potem coraz głośniej, aż jego głos poniósł się echem po ogrodzie, wywołując falę spojrzeń, które natychmiast poczułam na sobie. Uśmiechnęłam się, oczywiście, że się uśmiechnęłam - dokładnie tak, jak powinnam. Delikatnie, z klasą, bez cienia zażenowania, chociaż w środku miałam ochotę odsunąć się o krok i zniknąć za najbliższym drzewem, nie mogłam jednak pozwolić sobie na taką słabość.
- Ależ, wuju... - Zaczęłam miękko, tonem, który miał w sobie więcej serdeczności niż sprzeciwu.


RE: [23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna - Helloise Rowle - 03.11.2025

— Chwasty? — zapytała bardziej niż odpowiedziała, niewygodnie dognieciona tym pytaniem, które niosło za sobą coś niewłaściwego. Wierzyła we właściwość przemijania, wierzyła w ulatujące wspomnienia porywane przez ptaki. One to potrafią, znają wzór, pisała mu o snach, a czy daleko od nich padało wspomnienie? Nie budź się sam, pisała mu, pozwól im się zbudzić. — Nie wyrzucaj sam. Pozwól im je kraść. Miejsce po wyrzuconym wspomnieniu jest na łasce wiatru: co wiatr zniesie, to urośnie. — Wzruszyła bezradnie ramionami.
Nie szukała odpowiedzi na pytanie, co wyrzucił. Wątpiła, czy on sam ją znał. Nie szukała odpowiedzi, dlaczego wyrzucił. Tej nie chciała poznawać.
Chętnie Helloise zniknęłaby z nim w lesie — zbierała wszystkie te jesienne dary walijskiego gaju, wędrowała, słuchała go. To była droga w jedną stronę: gdy raz wejdą w las, nie wrócą już na teren wesela. Wiedziała to, więc chciała mieć pewność, że wszystko, co Alexander chciał na weselu czynić — wróżby, uprzejmości, tańce — wszystko to uczyni, zanim ona zabierze go i znikną w ciemnym lesie, w cichym mroku legend jej dzieciństwa.
Gdy dosuwał jej krzesło, podążyła za tym gestem naturalnie, bez zgrzytu zaskoczenia. Najbardziej zaskakującym nie był bowiem jego gest, lecz ta płynność, z jaką weszła w zardzewiałą rolę damy, której ktoś robi podobną uprzejmość.
I tak bym go nie jadła. — Rozbawienie zawsze łatwo odnajdywało drogę na twarz Helloise, więc uśmiechała się i teraz, gdy Mulciber przedstawiał jej swoją konstrukcję. — Dzik zawsze miał być dla ciebie. Zamień różdżkę na kostur, proroku. Może kostura wystarczy ci, żeby go przebić — pociągnęła lekko żart.
Czarownica cierpliwie dała Alexandrowi czas, aby poprawiał kwiat w jej włosach, dopóki nie będzie usatysfakcjonowany. Podobała jej się dbałość, z jaką do tego podszedł, i nie próbowała ukrywać, że robi jej tym przyjemność.
Ani nie rozmyło się to jej zadowolenie, ani nie zdziwiła się, gdy przedstawił się jako nikt. Przytaknęła mu skinieniem głowy, wpatrzona z odległym uśmiechem wprost przed siebie, gdzieś między weselników. Nic i nikt było wdzięcznym płótnem. Nikt i nic nie miało granic, których sama tak bardzo próbowała się wyzbyć, aby bez przeszkód rozpłynąć się w świecie.
Ja chciałabym być wszystkim. — Łonem ziemi, z której rodzi się wszystka roślina. — Wszędzie. — Jak szeroko i głęboko sięgały najrozleglejsze korzenie. — Zawsze. — Odradzać się i umierać w niegasnących cyklach. — A jednak jestem bardziej nikim niż Alexander Mulciber. Ironiczne? — zapytała przewrotnie, spoglądając na niego z ukosa. — Mogłabym powtórzyć za tobą. Chodziłam z Geraldine do szkoły? Całkiem możliwe, skoro chodziłam tam z tobą. Łączą mnie jakieś więzy pokrewieństwa z Ambroise’em, od strony mojej matki, lecz i ja nigdy ich nie ustalałam. Moja siostra jest jego macochą. — Helloise obejrzała się przez ramię, jakby sprawdzała, czy wypatrzy gdzieś w tłumie Evelyn. — A ja zdecydowałam się wymazać — powiedziała to z tańczącym w kąciku ust zaczepnym drgnięciem, jakby parafrazowanie słów, które powiedziała mu w Ataraxii, miało wywlec przed oczy weselników całość ich sekretu. — Dla takich jak my nie ma, zdaje się, drogi pełnego zniknienia. — Przymknęła oczy, nasłuchując, czy z przestworzy nie dochodzi aby i teraz bicie smoczych skrzydeł. Teraz, gdy była tak blisko, że niemal czuła w nosie woń pozostającą tam, gdzie powietrze wypalał smoczy ogień. — Straciłeś przywilej bycia młodszym i zbędnym, prawda? — Była prawie… prowokująca, jakby pyszniła się nad nim, że przed nią jest cały długi rząd kandydatów dziedziczenia, więc przekleństwo odpowiedzialności nigdy do niej nie dotrze. Usta mówiły zaczepki, lecz oczy pozostały spokojne, zaciekawione, wyczekujące odpowiedzi.
Chciałem tutaj przyjść z tobą padło między nich, dopełniając w głowie Helloise pewnego obrazu. Czegoś, co zakrawało na dawno niewidzianą przyziemną normalność. Byli tutaj, bo dobrze spędzało im się obok siebie czas: od początku ceremonii opowiadali sobie żarty i historie, które bawiły zapewne tylko ich. Choć nie znali się długo, mieli swoje małe sekrety, swój kod zaszyty w niepozornych słowach. Tak miało wyglądać jej życie, gdyby podjęła inne decyzje? Miała szwendać się po przyjęciach z jakimś ładnym czystokrwistym chłopcem u boku i kokietować go z manierą próżnej panienki?
Cieszę się, że zapytałeś. Chyba tego potrzebowałam.
Spojrzała na karteczkę, która robiła miejsce przy stole dla Helloise Rowle. Potrzebowała tego, bo było tak odległe od osoby, którą była na co dzień.
Helloise Rowle, która opuszczała Snowdonię, była w rozsypce. Teraz to wiedźma z chaty pod Knieją zaczynała się chwiać — pod ciężarem widm, surrealistycznego koszmaru Spalonej Nocy, ciągnącego się za nią cienia Śmierciożerców. Czy robiła dokładnie to samo, co zrobiła przed laty, tylko w odwrotnym kierunku? Uciekała tam, gdzie życie wydawało się łatwiejsze?
Nie spodobało jej się to odkrycie. Wyciągnęła rękę, żeby przewrócić wizytówkę panny Rowle, a na ten moment to jej dłonie zajęło drżenie. Niedorzeczność.


RE: [23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna - Anthony Ian Borgin - 04.11.2025

Zerknął na zegarek, który tkwił schowany w wewnętrznej kieszonce marynarki i westchnął, zaciągając się palonym ukradkiem papierosem. Wyszedł do łazienki, zgodnie z planem. Ludzi było mnóstwo, działo się dookoła tyle, że większości nie mógł zapamiętać. Obiecał, że nie będzie cuchnął tytoniem, więc wybrał słabszy wyrób i pozbawiony zapachu, jakaś nowość na rynku, dzięki czemu pachniał wybranymi perfumami z nutą drzewa sandałowego i jakiegoś kwiatu chyb, nie był pewien. Czas płynął wolno na gratulacjach i prezentach, ceremonia była piękna. Trzeba przyznać, że Geraldine wyglądała zjawiskowo, nawet jeśli była blondynką, których przecież nie lubił. Zostawił prezenty, złożył życzenia, a potem pilnował Rosie, okazjonalnie zerkając na Atreusa, który był w towarzystwie Brenny, co poniekąd go irytowało. Bawili się dobrze, ładnie razem wyglądali i zastanawiał się, czy byli już oficjalnie parą, bo przecież pojawienie się na tak wielkim wydarzeniu towarzyskim o czymś świadczyło. On jednak skupiał się na Rosie, która – co nieco karmiło jego wewnętrznego pawia, wyglądała tego wieczora zjawiskowo. Dostrzegał te wszystkie spojrzenia, które mężczyźni posyłali w stronę jego udawanej czy nie, narzeczonej, co uruchamiało w nim typowo samczą potrzebę zaznaczania swojego terytorium. Trzymał się więc blisko niej, czasem przesuwając dłonią po jej tali może centymetr niżej, niż gentlemanowi wypadało, ale tak, aby potencjalny zainteresowany to dostrzegł. Był z klasą i elegancki, tak, jak sobie tego życzyła, a co z tym idzie – nie odzywał się za dużo, żeby nie pierdolnąć jakiegoś komentarza niewłaściwego, o którym potem dowiedziałby się Staszek lub Dziadek, a przez co miałby reprymendę godziną o honorze Borginów. Wzdrygał się, zgasił papierosa, poprawił marynarkę i wrócił na tyły posiadłości, do gości.

Stanął za jej plecami, delikatnie otaczając ją ręką w talii i układając w okolicach jej biodra. Chyba zbierano się do toastu, więc uśmiechał się i rozejrzał dookoła, zanim zerknął w dół, na swoją partnerkę.
- Nie jest Ci chłodno? - zapytał cicho, czując chłodniejszy podmuch wiatru, który wdarł mu się pod koszulę, co natychmiast go orzeźwiło. Nie dość, że miał szlaban na częste palenie papierosów, to musiał ograniczać się z alkoholem, bo wtedy również bywał zbyt szczery i bezpośredni, co mogłoby się jej rodzicom nie spodobać. A chciał, żeby mieli o nim dobre zdanie, bo przecież obiecał brak problemów. - Mam nadzieję, że podczas mojej krótkiej nieobecności nikt Ci się nie naprzykrzał i zarezerwowałaś dla mnie najbliższy taniec, Panno Greengrass? - dodał nieco głośniej, unosząc brew, gdy dostrzegł, że jakiś wąsaty jegomość – na pewno starszy od niego, kawaler, wskazał na nią ruchem głowy z błyskiem w oczach, które mu się wcale nie podobało. Antek, chociaż zwykle był dość uśmiechnięty i miał bogatą, raczej zabawną mimikę twarzy, umiał też przybrać maskę surowego komornika i urzędnika bez litości, w którego tęczówkach tliła się jedynie pogarda i chłód. I nie robił tego zwykle celowo, czasem po prostu nad sobą nie panował, co zapewne miało miejsce teraz, bo mężczyzna natychmiast odwrócił wzrok. - Jesteś już mniej zdenerwowana? - pytanie, chociaż ogólne i dotyczące pozornie emocji związanych z uroczystością, było znacznie głębsze, co mogła z łatwością odczuć, bo przecież znała już młodego Borgina trochę czasu. Kolejny podmuch wiatru sprawił, że stanął nieco bliżej, zasłaniając jej plecy i nieco ramiona, tak, jak pozwalała przyzwoitość i dobre maniery. - Właściwie, to gdybyś miała brać teraz ślub, też chciałabyś ceremonię tego typu, jak Twój brat i moja piękna kuzynka? Czy myślałaś o czymś bardziej.. Nie wiem, dworskim? A może ucieczką na wyspę Skye i ciche zawarcie małżeństwa? Chociaż z Twoim nazwiskiem, to by raczej nie przeszło.
Nie sądził, że ktokolwiek zwraca uwagę na ich konwersację, która niknęła wśród podnieconych szeptów.


RE: [23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna - Prudence Fenwick - 05.11.2025

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=j0bGEtb.png[/inny avek]

- Pamiętam. - Powiedziała cicho, nie do końca chciała mu właśnie to przypomnieć, ale w ich przypadku nigdy nie było wiadomo dokąd ich dana rozmowa zaprowadzi. Bywały słowa, zdania, które mogły nieświadomie powodować, że wspomnienia wracały. Tak już mieli, w przypadku osób doświadczonych przez życie chyba nie do końca dało się inaczej.

Nie skupiali się jednak jakoś szczególnie na tym, co powodowało powrót do przeszłości, raczej balansowali między tematami, jakby to było zupełnie właściwe. Dogryzali sobie jak za dawnych lat, czasem dotykali te bardziej nostalgiczne myśli, ale pozwalali na to, by to one właśnie ich przytłoczyły. To było całkiem zdrowe podejście, chociaż, czy aby na pewno? Mogło powodować złudną iluzję.

- Tak, widziałam. - Powiedziała teraz nieco wolniej, cedząc litery, aby nie musiał ponownie upewniać się w tym, co mówiła. - Mam podzielność uwagi. To, że udowadniałam Ci swoje racje wcale nie oznacza, że nie dostrzegałam Twoich talentów. - Teraz mogła się przecież do tego przyznać, zresztą miała wrażenie, że o tym wiedział, przecież nie potrafiła kłamać, już wtedy na pewno dało się to po niej zauważyć. Oczywiście, nigdy w życiu nie powiedziała tego w przeszłości na głos, bo przecież musieli być swoimi największymi wrogami, więc coś takiego nie mogło mieć miejsca. Na szczęście to już było za nimi, teraz nie musiała przed nim niczego ukrywać. No, może poza tym, że tak łatwo przyzwyczaiła się do jego obecności i nie do końca lekko przyjdzie jej się pogodzić z jego odejściem, które było nieuniknione, ale serce nie sługa.

Uśmiechnęła się delikatnie, a jej policzki pokryły się rumieńcem, ten komplement nieco ją zawstydził, nie była najlepsza w radzeniu sobie z takimi komentarzami. - Skoro tak mówisz. - To musiała być to prawda, na pewno by jej przecież nie okłamał.

- Mam wrażenie, że jednak w większości przypadków nie musisz udawać, po prostu wiesz, co należy zrobić. - Nie wydawało jej się, aby to była tylko gra pozorów. Miał spore doświadczenie, umiejętności, do tego bystry umysł, szybko łączył fakty, nie musiał udawać, on doskonale sobie radził bez tego.

Z ogromną lekkością przychodził im powrót do tej rywalizacji, która kiedyś im towarzyszyła. Najwyraźniej nadal gdzieś to w nich siedziało, lubiła te ich sprzeczki, zaczepki, które wzbudzały w niej sporo emocji. Teraz właściwie tylko pozytywnych, bo zmienił się cel tej gry między nimi, już nie chodziło o to, kto kogo bardziej skrzywdził, teraz jedynie się prowokowali po to, by zobaczyć jak daleko mogli się posunąć.

- Więc to dobry humor, dobrze, nie będę mylić tych pojęć. - Oczywiście nie mógł mieć pewności, że wygra ponownie, bo stawał w szranki z nią. Kiedyś pewnie nie miałaby, aż tyle pewności siebie, chociaż w ich starciach nie do końca jej brakowało, ale z upływem lat stała się nieco bardziej zuchwała, może nie przy wszystkich, ale gdy ktoś był jej bliski to na pewno mógł to dostrzec.

Dostrzegła błysk w jego oku, przypominał jej ten dawny, który zazwyczaj widziała w jego oczach, kiedy doprowadzali się nawzajem do białej gorączki. - Prawdziwy z Ciebie gentleman. - Dodała uśmiechając się przy tym od ucha do ucha. Okropnie łatwo było przy nim zapomnieć o całym świecie, o tym, że nie byli tu sami, ta gra była bardzo wciągająca i angażująca.

- Kto by się tego spodziewał. - Najwyraźniej odeszli już od zaprzeczania dla samego zaprzeczenia, tylko po to, aby któreś z nich miało ostanie słowo w ich potyczce, czy można to było nazwać dojrzałością? - Dobrze, że dotarło do nas czym to było spowodowane. - Być może już wtedy widziała pewne znaki, ale próbowała je wszystkie ignorować, nie dało się jednak ukryć, że tak jak on jej, tak ona jemu pozwalała wtedy na dużo więcej, niż komu innemu. Nie działo się to bez przyczyny.

- Ja? Nieczysto? No coś Ty. Przecież zasady są najważniejsze. - Mrugnęła do niego porozumiewawczo, bo zdecydowanie wiedział, jak by postąpiła. Kiedyś być może nie, ale teraz? Teraz nie bała się sięgać po nie do końca czyste zagrywki, zdawała sobie sprawę, że dzięki nim może szybko osiągnąć swój cel. Zasady nadal były dość istotne w jej życiu, chociaż na niektóre z nich przymykała oko - bo tak było jej wygodniej.

Ich jakże ciekawą rozmowę przerwało pojawienie się borsuka na ścieżce, na pewno do niej wrócą, gdy już zajmą się tym zagubionym maleństwem, bo przecież nie mogli przejść obok niego obojętnie. Nie mogli. To było dla Prue bardzo oczywiste, a że Benjy stał tuż obok niej, to borsuczątko stało się też i jego problemem.

Mina jej nieco zrzedła, kiedy jej towarzysz się odezwał. Kąciki ust wygięły jej się w podkówkę. Bardzo szybko jej plan legł w gruzach. Fenwick okazał się być bowiem głosem rozsądku, którego jej brakowało. - Żadnego borsuka. - Powtórzyła za nim, a jej oczy znowu spoglądały na to zwierzątko, które przed nimi stało. Było cholernie urocze, trudno jej się było z tym pogodzić, jednak wiedziała, że Benjy ma rację, szczególnie po tych kolejnych słowach, które wypowiedział.

Nie umknęła jej to krótkie zawahanie, pauza o którą się pokusił nim pozbierał myśli. Nie musiał mówić tego w głos. Ich związek, to, co aktualnie ze sobą robili nie miało trwać wiecznie, szkoda, aby ktokolwiek, cokolwiek zostało w to wciągnięte, skoro ledwo sami ze sobą radzili.

- To mogłoby być problematyczne, prawda. - Na tym się skupiła. Ojciec nie poparłby tego pomysłu, to był dobry argument, tylko w głowie jednak pojawił się znowu ten głos, który przypominał jej o tym, o czym nie chciała teraz myśleć. To niedługo się skończy, nie byli w stanie nawet zaopiekować się razem jakimś głupim zwierzęciem, nie chodziło już nawet o tego małego borsuka, bo przecież i z kotem byłoby tak samo.

Nachyliła się w końcu, w sumie to bardziej przykucnęła, aby zbliżyć się do zwierzęcia. - Niestety nie możemy Cię ze sobą zabrać, bardzo bym chciała, żeby było inaczej, ale to nie jest do końca rozsądne. - Zaczęła prowadzić konwersację z borsukiem, który spoglądał na nią jakby naprawdę rozumiał co do niego mówiła... nie miała pojęcia dlaczego tak to wyglądało, ale nie ruszał się póki co z miejsca. - To nie tak, że nie jesteś uroczy, jesteś tak słodki, że najchętniej zatrzymałabym Cię na zawsze, ale to nie do końca mogłoby Ci się spodobać, jak już będziesz dużym borsukiem. - Tłumaczyła się dalej, bo czemu by nie. - Poczekaj chwilkę, zorganizujemy Ci jakieś jabłko, czy coś. - Nie miała pojęcia, czym do końca żywiły się borsuki, ale jabłko wydawało się być w miarę neutralne.

Podniosła się, gdy skończyła swój monolog, rzuciła okiem na okolicę - dostrzegła stół z owocami, który znajdował się w sporej odległości, sięgnęła po różdżkę, machnęła nią zwinnie i mruknęła pod nosem zaklęcie, accio powinno załatwić sprawę.

Po chwili jabłko znalazło się w jej dłoni. - Pierwsza część planu za nami. Jak myślisz, czy pójdzie z nami jeśli go o to ładnie poprosimy? - Spojrzała na Benjy'ego nie do końca przekonana, że zwierzę zrozumie o co im chodziło, a musieli jakoś pomóc mu wrócić do lasu, przecież nie mógł tak sobie siedzieć na środku drogi, bo jeszcze spotkałby kogoś, kto nie był tak miły jak oni. - Ty potrafisz być bardzo przekonujący, może Ciebie posłucha? - Dodała jeszcze, bo Fenwick potrafił wydobyć z siebie bardzo pewne spojrzenie, które nie znosiło sprzeciwu, może i na borsuka by zadziałało.




RE: [23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna - Millie Moody - 05.11.2025

[inny avek]https://i.pinimg.com/1200x/04/21/ae/0421ae133a7eccf3694bbffeb82ae05c.jpg[/inny avek]
Głos. Szelest. Cień. Gwiazda. Dreszcz przyszedł momentalnie po opuszczeniu namiotu.

Szła, przecież szła. Emocji było wiele, strach płynnie fluktuował w ekscytację, to znów falą i dreszczem opadał na odsłonięte ramiona skrywane pod złotym, półprzezroczystym szalem.

Zmierzchało, a to oznaczało sny. Nikt jednak nie spał. Wszyscy śnili. Na jawie. W musującym szampanie. W dymie z fajki i pieczonego dzika. W płomieniu. Wielkie oczy, złote oczy patrzyły przed siebie, na moment Moody umilkła a kiedy milkła to jej cisza zdawała się głośniejsza, niż najgłośniej krzyczane bluzgi.

[roll=Symbol]

Nie przynieś wstydu. Jeden dzień w roku możesz się zachowywać i ten dzień przyszedł akurat dziś.

Kwiaty. Suknia. Krew, którą czuła w ustach, gdy zagryzała sobie policzek, aby trzymać ten pierdolony fason.

Słowa Corneliusa, tak bardzo rzeczywiste, tak bardzo realne, że niemal namacalne sprowadziły ją na ziemię. Były żartobliwe, pewnie tak, i Moody absolutnie nie widziała w nich echa ich dawno przeszłych utarczek. Wręcz przeciwnie. Była mu wdzięczna, że obudził ją. Że przegonił sny. Nie było to jego rolą tego dnia, jej uziemniacz był gdzieś dalej, ale jeszcze nie wypatrywała jego kędzieżawej głowy. Zamiast tego skupiła się na Lestrangu.

- Wiesz, Sebastian to mój kuzyn. Myślę, że ostatnią rzeczą jaką on chce zrobić to powtórzyć przy mnie to pierdolenie o lekcjach pierdolenia się z koronką do serca Matki na ustach. - do pięknych złotych oczu, do kruczych włosów tak cudnie upiętych w kok, do kwiecistej sukienki tak bardzo nie pasował zjadliwy uśmiech Millie, małego wrzodu na dupie, złośliwego chochlika, który nie znał słowa strach.

- Poza tym kurwa mać panie Lestrange czy pan widział wśród jakich gigantów ja się obracam! Na wasz jeden krok przypadają moje popierdółkowate dwa. No jak ja mam szybciej, a jebać to... - z tymi słowami stanęła w miejscu i po prostu ściągnęła buty. Ziemia była zimna. Wilgotna. I było to dobre.

Szkoda, że nie będzie mogła się dzisiaj napić. Ani jutro.

Piorun jednak sięgnął powierzchni płaskiej, Moody całkiem mało dziewczęco przekrzywiła głowę w prawo w lewo pozwalając kręgom trzasnąć. Zawsze mogła zapalić. Po toaście. Czy coś.

Zaraz po tym uwalniającym geście podbiegła do orszaku uśmiechając się szeroko i dotrzymując im bez większego problemu obecnie kroku.

- O której jest tort? Czy będą atrakcje jak na Lammas i strzelanie z łuku do celu? Co będzie na oczepiny? Myślicie, że jak złapie kwiaty, to Sebastian serio poczuje się w obowiązku mnie przydybać na te nauki przedmałżeńskie? - ćwierkała do młodych i do drugiego świadka, niepomna swojego niedawnego stanu.


RE: [23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna - Cliodna - 06.11.2025

[inny avek]https://gudejko.pl/wp-content/uploads/2021/10/wolszczak_grazyna_04_cpx1.jpg[/inny avek]

Niestety czas płynął, a dzieci dorastały. Taka już była kolej rzeczy, nie dało się przed tym uchronić. Szkoda, bo chętnie wróciłaby do momentu, w którym wszystko było proste, a każde z jej dzieci znajdowało się w zasięgu jej wpływów. Niestety nie mogła nic zrobić z tym, że dorastali. Czuła, że Ursula rozumie jej podejście, ona również patrzyła na to jak jej bliscy się zmieniali i tak jak ona nie do końca miała wpływ na podejmowane przez nich decyzje. Nie mogły nic z tym zrobić, musiały się temu przyglądać z boku, bo młodzi nie do końca chętnie korzystali z rad starszych. Kiedyś pewnie zrozumieją jak to jest, tak właściwie to już miała pewność, że niedługo dotrze do nich co to znaczy mieć w swoich rękach odpowiedzialność za kolejnego człowieka, nie mogła się doczekać, aż zobaczy ich w tej roli, może wtedy coś do nich dotrze, zrozumieją to, co od dawna zamierzała im przekazać.

- To prawda, granice zaczęły się zacierać, niestety. Nic nie możemy na to poradzić. - Nie była z tego powodu jakoś bardzo szczęśliwa, dużo bardziej odpowiadał jej dawny porządek świata, wydawało jej się, że łatwiej było się w nim odnaleźć, każdy wiedział, jaką drogą powinien podążać. Teraz? Wydawało im się, że mogą wszystko, a to mogło być bardzo złudne, upadek w tym wypadku na pewno będzie bardzo bolesny, oby nie musieli go przeżywać.

Sprawdziły, czy stoły przygotowane w dużej mierze przez Gerarda prezentowały się godnie, mogły więc w końcu dołączyć do reszty gości, którzy już zajmowali swoje miejsca. Czas najwyższy, wiedziała, że warto, aby znajdowały się blisko ludzi, bo dzięki temu będą mogły reagować, kiedy coś pójdzie nie po ich myśli. Musiały być czujne, dbać o to, by wszystko zostało dopilnowane, w końcu młodzi nie mieli czasu na takie rzeczy, mężczyźni... cóż - im nie do końca można było ufać. Jej mąż na pewno będzie zajęty odpowiednią celebracją tego wydarzenia. To na jej barkach wiec spoczęła ta odpowiedzialność, na szczęście miała obok siebie naprawdę doskonałą kompankę, dla której to również wydawało się istotne.

Nie spodziewała się, że tak szybko przyjdzie im się zmierzyć z pierwszym problemem, było w końcu całkiem wcześnie, najwyraźniej niektórzy już zaczęli świętować, może nawet nieco za bardzo jak na taką wczesną godzinę. Słońce przecież nie zdążyło się jeszcze schować za horyzontem.

Mężczyźni, przewróciła oczami, gdy zobaczyła Archibalda, który nie wiadomo skąd pojawił się przed Ursulą, najwyraźniej dostrzegł w niej idealną kompankę do zabawy. Nie wydawało się Jennifer, aby kobieta podeszła do tego z entuzjazmem, mężczyzna był zdecydowanie zbyt głośny. Posłała mu chłodne spojrzenie, które sugerowało, że powinien się odsunąć. Miała nadzieję, iż je dostrzeże, bo wydawał się być mocno zaabsorbowany jej towarzyszką.

Nie widział... cóż musiała ugryźć temat inaczej. Nie mogła zostawić Ursuli samej w tej sytuacji, musiała jakoś jej pomóc pozbyć się kłopotu. - Ursulo, tu jesteś, właśnie Cię szukałam. - Nie sądziła, że Archibald zauważył, że stała tutaj od jakiejś chwili.




RE: [23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna - Jonathan Selwyn - 09.11.2025

W każdym razie pójdę z tobą to sprawdzić – powiedział ugodowo w stronę Charlotte nie chcąc się kłócić, kto się czego bał, ani pytać czemu na Merlina nie kupiła sobie sukienki, której nie dało się tak łatwo podrzeć podczas walki, zwłaszcza że czasy były obecnie dość niebezpieczne, a on przecież mógł zafundować jej coś znacznie droższego jeśli byłoby przy tym wytrwalsze.
Przeniósł spojrzenie w stronę Anthony'ego, nie mogąc się zdecydować czy jednak chciał aby wbić kolejną szpilkę w czarodzieja, czy wyciągnąć wszystkie te które zapewne wbił swoim stwierdzeniem, że poradzą sobie sami.
Jeśli nie, wyrwę każde drzewo stojące mi na drodze do znalezienia Waszej dwójki.
Zacisnął nieco mocniej dłoń na ramieniu Lottie, czując jak jego irytacja zaczyna być powoli, lecz nieustępliwie wypychana przez rozlewające się po jego ciele uczucie ciepła, zmuszając oczy Jonathana do nie odwracania się od szarych tęczówek. Przez chwilę wpatrywał się w Anthony'ego, próbując walczyć ze swoją głową, która przekonywała go, do próby zajrzenia w aurę szefa. Wreszcie jednak Charlotte wspomniała o ogniu.
Myślisz? – powiedział wreszcir kierując swoją uwagę w stronę przyjaciółki. – Obawiam się, że pożar może być obecnie nieco nie w smaku dla niektórych gości, ale rozumiem potrzebę naśladowania moim ikonicznych momentów ze ślubu Blacków. No dobrze. Chodźmy. Nasza brak zapewne dość szybko stanie się uciążliwy dla reszty tutaj zgromadzonych, więc lepiej się pośpieszmy.


RE: [23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna - Astoria Avery - 10.11.2025

[inny avek]https://64.media.tumblr.com/ec691fb913dc2d5b30fb07e8d8434fea/b00699f7143c467f-af/s500x750/b3ee0c87b26bfb8754fdd4370e7006351d557aa9.pnj[/inny avek]

Astoria obserwowała, jak Prudence przysuwa krzesło i siada obok niej. Z pozoru nieruchoma, wyprostowana, z dłonią lekko opartą o krawędź stołu, sprawiała wrażenie, jakby cały świat poza nimi nagle przestał istnieć. Ale wystarczyło przyjrzeć się bliżej, by dostrzec te subtelne oznaki skupienia: delikatne pochylenie głowy w stronę Prudence, powolne przesunięcie kciuka po łodyżce kieliszka, wzrok, który ani na moment nie zsunął się z twarzy znajomej.
Z każdym kolejnym słowem wypowiedzianym przez Pru jej wyraz twarzy miękł. A kiedy padło to jedno słowo "chłopak" kąciki jej ust drgnęły nieznacznie, aż wreszcie uformowały się w autentyczny, ciepły uśmiech. Nie szeroki, nie przesadny - raczej subtelny, prawie konspiracyjny, jakby właśnie usłyszała sekret, którego i tak już się domyślała.
- Tak też wyglądacie - powiedziała cicho, z lekkim rozbawieniem. - Jak para - dodała. Nie okazywała przesadnego entuzjazmu, bo zwyczajnie znała tego mężczyzny. Nieufność nie była tu kaprysem, lecz odruchem; latami wypracowanym instynktem kogoś, kto zbyt dobrze wiedział, jak łatwo pozory potrafią zwodzić. W jej myślach zaczęły rodzić się kolejne pytania - najpierw pojedyncze, drobne jak iskry, które szybko zapalały następne, aż w głowie Astorii rozświetliła się cała sieć domysłów. Jak się poznali? Kiedy dokładnie miał ją uratować? W jakich okolicznościach? Jak wyglądała ich relacja, skoro w jej głosie dało się wyczuć tyle emocji, tyle miękkości?
Zanim jednak zdążyła zadać choć jedno z tych pytań, Prudence poruszyła się nagle, jakby coś ją pchnęło.
Kiwnęła głową w odpowiedzi i patrzyła, jak koleżanka oddala się od stołu. Srebrzyste światło świec tańczyło po materiałach jej sukni, a Astoria śledziła je wzrokiem, aż Pru zniknęła między gośćmi. Avery uznała, że nie będzie przeszkadzać parze, która najwyraźniej miała kilka spraw do przedyskutowania. Nie chciała się narzucać - jeszcze zdąży wypytać o wszystkie nurtujące ją szczegóły. Pozostała przez chwilę sama, skupiając się szerzej na otoczeniu. Muzyka rozlała się wokół, mieszała z rozmowami i śmiechem.

Astoria uniosła wzrok, gdy usłyszała głos - donośny, rozbawiony, zupełnie niepasujący do miękkiej, eleganckiej atmosfery wesela. Zanim zdążyła zrozumieć, co się dzieje, mężczyzna w idealnie skrojonym granatowym fraku podszedł do niej z taką pewnością, jakby właśnie odnalazł dawno zaginioną przyjaciółkę z dzieciństwa.
Zaskoczenie przyszło szybciej, niż zdążyła sięgnąć po jakąkolwiek reakcję. Zamarła, słysząc słowa, które nijak nie przystawały do tonu całej uroczystości ani do niej samej. Jej brew drgnęła niemal niezauważalnie, gdy mężczyzna mówił dalej, wyrzucając z siebie potok wspomnień o jakimś buchorożcu i innych absurdalnych wydarzeniach, o których nie miała najmniejszego pojęcia. Nim zdążyła się odsunąć, objął ją ramieniem. Pachniał drogim alkoholem i kadzidłem, a jego śmiech odbił się echem w jej głowie. Astoria zastygła w miejscu, próbując zachować pozory spokoju. Czuła na sobie spojrzenia kilku osób z pobliskich stolików i przez moment miała wrażenie, że ziemia lekko usuwa się jej spod nóg - nie z powodu zawstydzenia, ale z czystej dezorientacji. Sztywno wyprostowana, z dłonią uniesioną w półgestach, które miały na celu delikatne odsunięcie intruza, próbowała zachować resztki godności w tej osobliwej scenie. W głowie szukała jakiegokolwiek sposobu na wyplątanie się z tej farsy, byle nie urazić nieznajomego i nie zwrócić na siebie jeszcze większej uwagi.
- P-przepraszam, ktoś mnie woła - nie czekała nawet, by sprawdzić, czy mężczyzna dał się nabrać. Odwróciła głowę lekko w bok, jakby dostrzegła znajomą twarz w tłumie, a następnie zrobiła krok w tył. Suknia musnęła parkiet, gdy ruszyła w stronę baru, krokiem nieco zbyt energicznym jak na kogoś, kto po prostu zmienia miejsce. Uciekała, by nie wypatrzył jej w tłumie osób oczekujących na drinki. Sama też stanęła w kolejce, co jakiś czas nerwowo odwracając głowę, czy mężczyzna nie podąży jej śladami.


!weselnicy
(Astoria jest sama przy barze)


RE: [23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna - Pan Losu - 10.11.2025

6. Powrót z zaświatów.

Podchodzi do Ciebie elegancko ubrany facet, którego w ogóle nie kojarzysz, ale on uśmiecha się szeroko. Stary! Nie wierzę, że cię tu widzę! Myślałem, że zabił Cię tamten buchorożec! No, totalnie! A tymczasem... Może i masz bardziej wkląśniętą głowę, ale poza tym Ty to się w ogóle nie zmieniłeś! Obejmuje cię ramieniem i zaczyna wspominać jakieś abstrakcyjnie brzmiące wydarzenia, w których na pewno nie brałeś udziału.