Secrets of London
Daleko pada jabłko od jabłoni | Florence & Cody | noc, recepcja| kwiecień 1972 - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Niemagiczny Londyn (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=22)
+---- Dział: Klinika magicznych chorób i urazów (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=18)
+---- Wątek: Daleko pada jabłko od jabłoni | Florence & Cody | noc, recepcja| kwiecień 1972 (/showthread.php?tid=1054)

Strony: 1 2


RE: Daleko pada jabłko od jabłoni | Florence & Cody | noc, recepcja| kwiecień 1972 - Cody Brandon - 13.03.2023

Miała rację. W większości słów miała rację ale to niczego nie zmieniało. Sztucznie westchnął.
- Nie mam zbyt dużo alternatyw. Pracuję nad tym aby ktoś inny za mnie to kupował. Nie jest to proste jeśli człowiek próbuje funkcjonować bez cudzej szkody. - mruknął niechętnie i nie jakoś głośno. Skoro kobieta nie wykazywała już żadnych oznak chęci atakowania go to trochę się rozluźnił. Nie był do niej uprzedzony lecz mimowolnie podchodził do kobiety z dystansem. Posiadane przez nią nazwisko trochę go mierziło choć nie potrafił wyjaśnić dlaczego. Nie miał z nią niczego wspólnego... a jednak miał ochotę rzucić tymi słowami w jej twarz i odkryć jej reakcję gdyby odkryła, że jest spokrewniona z wampirem. Zamiast uciekać podszedł do kontuaru. W końcu mógł podpisać formularze dzięki którym dostanie swój przydział krwi. Podpisał gdzie trzeba jednak nie poświęcał już żadnej uwagi recepcjonistce. Czuł na sobie intensywne spojrzenie kobiety lecz dzielnie udawał, że tego nie zauważa. Przygryzł kącik ust i przedłużał podpisywanie formularza w nieskończoność.
- Wampiry będą pani wdzięczne. - odparł i względnie dyskretnie sięgnął po karteczkę samoprzylepną i zapisał na niej krótką wiadomość. Zwinął w rulonik, podziękował nieco oschle Sarah za dokumenty. Wcisnął je pod pachę i cofnął się, stając naprzeciw Florence.
- To ja już się zmywa. Przepraszam, że panią nastraszyłem. Zazwyczaj rzadko kto się mnie i o mnie boi. - odczekał chwilę aż Sarah się odwróci i wyciągnął rękę zawiniętą w pięść w stronę uzdrowicielki. Skinął głową by wzięła od niego liścik.
- Niech pani przeczyta gdy wyjdę. - poprosił i czym prędzej się ewakuował, stawiając przy tym dosyć długie kroki. Nie obejrzał się za siebie ani razu. Zniknął w czeluściach ciemności gotów poprosić Rheę aby za niego odebrała krew i przyniosła mu do domu. Co było w liściku? Dosyć szalone słowa:
"Oddajesz krew dla wampirów... nie wiedząc, że z jednym jesteś spokrewniona".
Nie wiedział co chciał tym osiągnąć. Działał zanim pomyślał.

[opuszczam lokację]


RE: Daleko pada jabłko od jabłoni | Florence & Cody | noc, recepcja| kwiecień 1972 - Florence Bulstrode - 13.03.2023

- Dlatego po prostu przyjdź tutaj - powiedziała Florence lakonicznie. Z dwojga złego wolała, aby wampir kręcił się w szpitalu pełnym czarodziei, nie w szpitalu pełnym mugoli.
Obserwowała Brandona i Sarah, kiedy zajmowali się uzupełnieniem papierów. Stała niemal w bezruchu, krzyżując ramiona na klatce piersiowej, zdecydowana dopilnować, aby wszystko zakończyło się szczęśliwie, zanim przejdzie na izbę przyjęć, by sprawdzić kilka rzeczy i temu i owemu Rzucić Spojrzenie Pełne Dezaprobaty.
- Wyglądał pan na chorego. Martwienie się o chorych to mój obowiązek - odparła krótko na słowa Codyego. W końcu skąd miała wiedzieć, że nieoddychanie jest dla niego stanem naturalnym? - Powinien spróbować pan pić krew swojej dawnej grupy. To powinno zredukować szansę osłabienia - dodała jeszcze. Nie, nie miała pojęcia, że niechęć wobec niej może wynikać z nazwiska. Stawiała na ogólną wściekłość na świat młodego wampira. Matkę Cody'ego rodzice musieli oddać najmniej trzydzieści lat temu. Jeżeli Florence nawet ją poznała, nie było szans, aby jakikolwiek obraz dziewczynki zachował się w pamięci młodszej Bulstrode - która wtedy w najlepszym wypadku uczyła się stawiać pierwsze kroki.
Brwi magomedyczki powędrowały w górę, kiedy wręczył jej kartonik. Oczywiście, była podejrzliwa. Rozwinęła kartkę, kiedy tylko Brandon znikł za progiem.
Mogłaby za nim pobiec, nie zrobiła tego jednak. Coś takiego nie byłoby w stylu Florence.
- Hm - mruknęła tylko do siebie, zanim bardzo starannie złożyła kartkę i wsunęła ją do kieszeni.
Na pewno nikt, kto by ją obserwował, nie potrafiłby stwierdzić, czy wiadomość ją poruszyła i czy dała wiarę w jakiekolwiek spokrewnienie z jakimś wampirem. Bo spokojnie obróciła się na pięcie i ruszyła na izbę przyjęć: dokładnie tak, jak zaplanowała.

Koniec sesji