Secrets of London
[05.05.1972, okolice domu Trelawneyów] Wiatry przeszłości - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Dolina Godryka (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=23)
+--- Wątek: [05.05.1972, okolice domu Trelawneyów] Wiatry przeszłości (/showthread.php?tid=1603)

Strony: 1 2


RE: [05.05.1972, okolice domu Trelawneyów] Wiatry przeszłości - Bard Beedle - 25.07.2023

Kiwnąłem głową, na wzmiankę o ilości psów reagując uniesieniem brwi. Faktycznie było ich dużo. Brud i hałas jaki generowały musiał być bardzo duży. Kim jednak byłem by poruszać tego typu sprawy, skoro mój własny dom stał zapuszczony i zrujnowany. - No to nie wiem. Jak złapiecie jakiegoś, o ile już tego nie zrobiliście, to możecie się zapytać. Jak nie powie grzecznie, to są inne metody. - zasugerowałem, mając na myśli veritaserum. Istniały bardziej widowiskowe sposoby na wydobycie z kogoś informacji, jednak nie pasowały one do naszych charakterów. Ba, raczej żaden z brygadzistów czy aurorów, nawet tych najbardziej zagorzałych, nie zdecydowałby się na ten krok. Błogosławieni ci, co są nieświadomi.
- Prawda? Jak byłem na rozmowie o pracę, to patrzył się tak na mnie, jakby chciał się wwiercić w sam środek mojej duszy. - wzdrygnąłem się na samo wspomnienie. - On ma w sobie to coś, że nie chcesz mieć z nim na pieńku. Nawet jeśli się zapomni jego dokonania. - kurz nie zdążył osiąść po pojedynku z Grindelwaldem, a już mieliśmy do czynienia z nowym zagrożeniem, według niektórych jeszcze większych. Poprzedni czarnoksiężnik przynajmniej miał określony cel, a obecnie ciężko było się domyślić, o co chodzi. A może to wszystko było jedynie grą, by wprowadzić nas w błąd?
Nawet ja, posiadając dar jasnowidzenia, nie mogłem być pewien, co się wydarzy. Widziałem wiele scenariuszy, takich kończących się na naszą korzyść i takich, gdzie zwyciężał Voldemort. Każdy nasz najmniejszy gest, wypowiedziane słowo, wykonana reakcja, o sekundę wcześniej czy później, potrafiły wywrócić wszystko na drugą stronę. Czy był to jeden z powodów, przez które Dumbledore nie skorzystał jeszcze z moich zdolności? A może po prostu nie ufał mi na tyle dostatecznie? Kolejne pytania, zero odpowiedzi.
Zdążyłem się pogodzić, że dom nie będzie w dobrym stanie, także przygotowałem się psychicznie na najgorsze. Pokój mógł zawsze wyglądać gorzej, mieć dziury w ścianach, gniazdo zwierzęcia, czy zostać kryjówką typów spod ciemnej gwiazdy. - Proszę. - dodatkowo machnąłem zachęcająco ręką, odsuwając się nieco na bok. Na polu zaklęć transmutacyjnych nie byłem kompletnie zły, a nawet bym powiedział, że nieco przekraczałem poziom przeciętny. Nie zmieniało to faktu, jakim była dominacja zdolności Brenny nade mną. Jeśli ona nie mogła sobie z czymś poradzić, to kim byłem, by samemu próbować? - Trudno, kupi się nowy. Dziękuje za pomoc. Najważniejsze, że fortepian dało się poskładać. Jakby on skończył na śmietnisku, to mama wstałaby z grobu i mnie zatłukła kapciem na śmierć. Chociaż...mogłaby to pewno zrobić zza zasłony samym swoim wzrokiem. - wizja tłumaczenia się zmarłej rodzicielce z tego wszystkiego nie była zbytnio zachęcająca. Stanowiło to jedną z wad naszego rodowego dziedzictwa - inni nie słyszeli wściekłego mamrania swoich rodziców czy dziadków, jeśli zrobiło się coś nie po ich myśli.


RE: [05.05.1972, okolice domu Trelawneyów] Wiatry przeszłości - Brenna Longbottom - 26.07.2023

- Złapaliśmy. Ale to nie takie proste – westchnęła tylko Brenna. Przesłuchaniami śmierciożerców zajmowali się raczej aurorzy, ona rzadko brała udział w takich rzeczach, nawet jeżeli przyszło jej krzyżować różdżki ze śmierciożercami, ale wiedziała, że problemy były dwa.
Po pierwsze, większość ludzi, która dostawała się w ich ręce, wiedziała po prostu za mało. I Brenna się temu nie dziwiła, bo nawet w Zakonie Feniksa nie przekazywano wszystkich informacji każdemu – właśnie z obawy, że ktoś dostanie się w ten czy inny sposób w ręce wroga. Po drugie, aurorzy nie mieli prawa stosować legimencji, przynajmniej oficjalnie, a podczas przesłuchać musieli przestrzegać prawa. Żadnych tortur. Żadnego trzymania o chlebie i wodzie. I tak, potem delikwent trafiał do Azkabanu, będącego najgorszą torturą, ale niekoniecznie wcześniej udawało się coś z niego wydobyć. Ba, czasem nawet do Azkabanu nie trafiał, bo bogata i ustosunkowana rodzica udowadniała, że oczywiście rzucono na takiego imperio, podano mu jakiś eliksir i tak dalej…
Przelotnie pomyślała o śmierciożercy z Beltane i mimowolnie zacisnęła szczękę.
Sądziła, że z pojedynkami radzi sobie przyzwoicie, ale była w tym o wiele, wiele za słaba. To starcie jej to udowodniło. Nie mogli sobie poradzić z nim zbyt długo.
- Albus to w końcu najpotężniejszy czarodziej w Anglii – powiedziała. A może i na świecie? Zdaniem niektórych był nim Voldemort, a jednak… Brenna nie chciała ani nie mogła w to uwierzyć.
Chwilę później, szepcąc pod nosem reparo, stawała się naprawić to, co naprawić się dało, a zaklęciem redukującym usunąć to, co tylko by zawadzało, by pomóc Tancredowi w początkach sprzątania. Oboje chyba jednak wiedzieli, że potrzebował tutaj kogoś uzdolnionego w renowacji. Mógł być nauczycielem zaklęć, a ona mogła nieźle znać się na transmutacji, ale zniszczenia potrzebowały specjalisty, aby dom wrócił do dawnej świetności.
O ile w ogóle mu na tym zależało.
– Trochę szkoda, że już nikt na nim nie gra – stwierdziła, podchodząc do instrumentu. Nacisnęła klawisze, ot chcąc się przekonać, czy działa. Nie umiała grać – była ta umiejętność mile widziana u dam z „dobrych domów”, ale w jej domu „damy” uczyło się raczej fechtowania. Poza tym był nastrojony. Ale wydał z siebie dźwięk, a to już było coś.
Mimo to, nawet kiedy pomieszczenie zostało jako tako uprzątnięte, przykro było przebywać w tym miejscu. Brenna miała wrażenie, że czuć w tych ścianach, że dom opuszczono. Był w jakiś sposób zimny i martwy, i nie było to w żaden sposób związane z kurzem czy resztkami stołu.
– Ale teraz pewnie Hogwart to twój dom?
Gdy patrzyła na to z perspektywy czasu, zdawało się jej, że praca w Hogwarcie dla nauczycieli była życiem. Większość profesorów, nawet w szkołach z internatem, miała jednak coś poza nimi, zakładali rodziny, wyjeżdżali, a ci z Hogwartu… zostawali tam zwykle na całe lata i zdawali się… jakoś z nim powiązani. Wystarczyło popatrzeć na Dumbledore’a.


RE: [05.05.1972, okolice domu Trelawneyów] Wiatry przeszłości - Bard Beedle - 30.07.2023

Wykrzywiłem usta w bliżej nieokreślonym grymasie. Skierowałem swoje spojrzenie gdzieś w bok, jakby tam szukając inspiracji, odpowiedzi...albo coś dostrzegając? - Gdyby to było proste, to nie mielibyśmy krajowego problemu. - pokiwalem głową, starając się co raz bardziej zrozumieć nasze obecne położenie. Bylem prostym mężczyznom, co prawda z nadprzyrodzonymi umiejętnościami, ale i tak, sprawy przyziemne wolałem nie komplikować. Gubiłem się w tych wszystkich przemówieniach, grach słownych, pokazach, dyskusjach, zagraniach bazujących czysto na wzbudzeniu uczuciowej sfery u czarodziejów. Istniało mało rzeczy, których mogłem być pewien, utwierdzony w ich skuteczności i niezmienności. Wiedza, zakazana przez Ministerstwo, ciążyła mi na barkach i nie dawała spokoju. Jeżeli sytuacja będzie co raz mocniej się rozkręcać, a moi podopieczni zostaną zagrożeni, jak cienka będzie linia oddzielająca mnie od stania się tym, kogo chce zniszczyć?
- Powiedziałbym nawet, że na świecie. - dodałem, pokładając wielkie nadzieje w dyrektorze szkoły. Historia znała wiele wybitnych jednostek, również w naszym rodzimym kraju, z potężnym Merlinem i czwórka założycieli na czele. Dumbledore może i mocą im nie dorównywał, co nie oznaczało, że był słaby. Skoro pokonał Grindelwalda, tego, który o włos przegrał wybory na przewodniczącego społeczności czarodziejów i był w stanie zebrać wokół siebie nieprzebrane rzesze ludzi, to jakie miał mieć niby szansę szaleniec, zdolny jedynie do okrucieństwa i morderczej furii?
Tak, była to wielka szkoda. Stan domu, który przecież był jeszcze dziesięć lat temu zamieszkany, dość dobitnie wskazywał, że został pogrzebany w naszych sercach. Chłód, podmuchy wiatru, przesuwające się po barkach, wywołując nieprzyjemne dreszcze. - Zgadza się. Biorąc pod uwagę dyżury nocne i barierę antyteleportacyjna dookoła zamku, ciężko byłoby mieszkać poza Hogwartem. - oczywiście czysto teoretycznie było to możliwe, może i nie codziennie, ale znałem paru nauczycieli, którzy wracali do swoich rodzin i wiedli w miarę normalne życie. Lwia cześć kadry wolała jednak mieszkać w obrębie zamku, niejako odcinając się od zewnętrznego świata. Patrząc na to przez pryzmat chęci stabilizacji i w miarę spokojnego życia - lepiej trafić nie można. - Dopóki nie mam żony ani dzieci, to jest to dla mnie najlepsza opcja. - dodałem jeszcze przemyślenia na głos, podchodząc do fotela i siadając na nim. Gdy Brenna próbowała doprowadzić pokój do jako takiej używalności, ja starałem się nieco go uprzątnąć, byśmy nie musieli siedzieć w stercie kurzu i pyłu. Stopień mojego zadania był całkiem niezły, chociaż do czystości w pokoju wciąż dużo brakowało. - Ciekawy jestem ile by sobie życzono za remont i doprowadzenie domu do stanu używalności. - zastanowiłem się na głos, co raz bardziej dojrzewając do wzięcia sprawy w swoje ręce.


RE: [05.05.1972, okolice domu Trelawneyów] Wiatry przeszłości - Brenna Longbottom - 30.07.2023

– Czekają nas ciężkie czasy. Ostatnie dwa lata… to była dopiero przygrywka – powiedziała Brenna cicho. Jeszcze parę dni temu wydawałoby się jej to niemożliwe. Tyle śmierci, tak wiele rozpaczy i strachu. Zniszczone mieszkanie Thomasa, ciało Christie, dom płonący w Dolinie Godryka, Annie musząca porzucić całe swoje życie… różne drobiazgi stawały jej przed oczami, rzeczy, które były straszne, niewyobrażalne, a teraz…
Teraz wiedziała, że to był tylko początek. Prawdziwa eskalacja rozpoczęła się podczas Beltane. A moc, którą zdobył Voldemort, mogła wkrótce ich zalać.
Nie oznaczało to jednak, że Brenna miała zamiar się poddać.
– Przez jakieś pięć minut miałam pomysł, by ubiegać się o posadę OPCM. Na rok, bo po tym czasie pewnie albo sama bym odeszła, albo uległa dziwnemu wypadkowi – przyznała, uśmiechając się do niego, odrobinę krzywo, bo wciąż myślami była przy rozmowie o Beltane, Voldemorcie i śmierciożercach. – Ale uznałam, że nie dałabym rady. Nie tyle uczyć, ile być odpowiedzialną za uczniów dwadzieścia cztery godziny na dobę siedem dni w tygodniu. Poza tym, chociaż kocham Hogwart, zbyt wielu ludzi jest po za nim.
Kiedy chodziła do szkoły, w jej murach zawsze był ktoś z jej rodzeństwa – tego prawdziwego, tego prawie prawdziwego (bo ciotecznego lub stryjecznego) albo tego przyszywanego. Miała tam przyjaciół na wyciągnięcie ręki. A teraz? Byliby tylko uczniowie i nauczyciele, a odwiedzić kogoś znajomego czy dom mogłaby w najlepszym wypadku raz w tygodniu w sobotę, kiedy część uczniów była w Hogsmeade.
Poza tym chyba nie umiałaby być taka, jak ci nauczyciele, którzy spędzali w szkole całe życie, oddając je Hogwartowi.
– Dlatego trochę was podziwiam – dokończyła, opuszczając różdżkę. Zrobili chyba oboje już wszystko, co się dało za pomocą magii. Pomieszczenie wyglądało już znacznie lepiej, chociaż miała wrażenie, że aby doprowadzić je do ładu, potrzebowaliby prawdziwego specjalisty. – Hm… wydaje mi się, że zniszczenia nie są takie wielkie i to nie powinno kosztować majątku, ale na twoim miejscu poczekałabym tydzień albo dwa. W tej chwili po wichurze w Dolinie dużo osób przeprowadza szybkie remonty, więc ceny skoczyły w górę.
Ludzie nie chcieli czekać, bo tu mieszkali. Brenna nie chciała mówić tego głośno, ale dom Trelawneyów był tak długo opuszczony, że dwa czy trzy tygodnie nie zrobią różnicy, a Tancred zaoszczędzi, jeśli poczeka.
Brenna rozejrzała się jeszcze raz po wnętrzu, po czym schowała różdżkę z powrotem do kieszeni.
– Muszę się zbierać, zanim wyślą za mną ekipę poszukiwawczą – powiedziała. Zwykle nikogo nie dziwiło, że znikała na długie godziny, ale teraz wszyscy mieli dużo pracy, a w dodatku matka stała się nerwowa. Elisa zdawała się ciągle przeliczać swoje stadko, i upewniać, że nikomu nic nie grozi. – Daj znać, jeżeli wpadniecie znowu do Doliny, ty albo twoje rodzeństwo – poprosiła, skinęła mu głową i ruszyła do wyjścia.


RE: [05.05.1972, okolice domu Trelawneyów] Wiatry przeszłości - Bard Beedle - 30.07.2023

Pokiwałem głową, wzdychając ciężko. - Chciałbym, żebyś nie miała racji. - bardziej mruknąłem niż powiedziałem, przymykając oczy. Moje plany i oczekiwania były zupełnie odmienne od tego, co mogło się wydarzyć. Co musiało się wydarzyć. Będzie gorzej, i to znacznie gorzej.
Słysząc o jej planach związanych z nauczaniem uniosłem brew. - Ty wiesz, to był mój pierwszy wybór kiedy składałem podanie. Dyrektor w dość ciekawy sposób mnie od tego odwiódł. Ile to już lat...kiedy to zleciało. - ponownie westchnąłem, tym razem bardziej nad sobą i faktem, jak szybko się starzałem. W tym roku skończyłem trzydzieści dwa lata...zleciało to jak pstryknięciem palca. Dla potężnych czarowników, szczególnie tych bawiących się kamieniem filozoficznym jak Nicolas Flamel, był to ledwo krótki rozdział życia. Nieśmiertelność była bardzo gorącym tematem. Moje zdolności nekromantyczne mogłyby mi pozwolić na wydłużenie życia, ale czy byłem gotowy ponieść cenę swojej duszy? Cenę swoje człowieczeństwa? Co to byłoby za życie w nieżyciu.
- Słuszna uwaga, tak zrobię. - pensja nauczyciela była całkiem pokaźna, na brak galeonów nie mogłem narzekać, a wręcz czasami się łapałem na tym, że nawet nie wiem ile ich mam. Nie oznaczało to jednak, że mam zamiar wydawać je na lewo i na prawo. Wspomóc tych, którym wiodło się gorzej - to już prędzej. - Nie mogę obiecać za rodzeństwo, ale ja dam. - widząc, że kobieta się zbiera, ruszyłem za nią. I tak nie miałem tu nic do roboty, zobaczyłem to, co chciałem. - Przynajmniej pozwól się odprowadzić. Nie chce przy następnych odwiedzinach dostać od Twojej mamy miotłą w głowę. - parsknąłem, chociaż wcale do śmiesznych rzeczy to nie należało. Było to najprawdziwszą prawdą.

Koniec sesji