![]() |
|
[21 listopada 1970] Nastał czas ciemności | Laurent & Victoria - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29) +--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25) +--- Wątek: [21 listopada 1970] Nastał czas ciemności | Laurent & Victoria (/showthread.php?tid=1744) |
RE: [21 listopada 1970] Nastał czas ciemności | Laurent & Victoria - Victoria Lestrange - 20.08.2023 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=JHzEj8d.png[/inny avek] Victoria nie była osobą, która będzie mydlić komuś oczy, zwłaszcza, że widziała, że Laurent po prostu nie jest pewien. Wielu ludzi tutaj uśmiechało się sztucznie (te uśmieszki były tak łatwe do przejrzenia…), zapewniało, że nic im nie grozi od strony Czarnego Pana, że są mu winni posłuszeństwo. Część mówiła to z przekonaniem, część z wyczuwalnym strachem… Od Prewetta czuła strach, tak, ale wyczuwała też niepewność kogoś, kto nie jest wprawiony w boju; zwykłego cywila, zadowolonego ze swojego życia z dala od wielkiej polityki. Chyba dlatego zdecydowała się mu zdradzić swoje zdanie, a nie kolejny uśmieszek i kiwanie głową, że tak tak, panie Burke, ma pan całkowitą rację… Musiała uważać jakie opinie wygłasza na głos, ze względu na swoją pracę. Ale opinia, jaką przedstawiła Laurentowi nie zagrażała jej pracy. Co najwyżej opinii wśród innych czystokrwistych – lecz nie była w żaden sposób radykalna. Raczej wielu, gdyby ją usłyszało, wzięłoby ją za wyważoną, za odpowiedź kogoś, kto pracuje w Ministerstwie, w takim Departamencie… A jak brał ją Laurent? - Są nauczeni do prowadzenia innego rodzaju rozmów – Victoria była zaś kobieta konkretną. Nie bawiącą się w wielkie zawijasy zdaniowe, tylko wychodziła z założenia, że jak ktoś wie, o czym mówi, to przekaże to najprościej, jak tylko się da. Robiła co mogła. - Boją się. To co wyczuwa się na tej sali to w większości strach – i niepewność co dalej. Ale Lestrange nie była żadnym drapieżnikiem karmiącym się strachem. Po prostu widziała to w ich twarzach, w tikach nerwowych. W tych momentami wymuszonych rozmowach – to samo, co zauważył jej towarzysz. Czy sama się bała? O swoich bliskich. O wielką katastrofę. Sam Voldemort… nie przerażał jej, może powinien. Bardziej bała się tego, co przyjdzie do głowy innym. - Pochlebia mi pan – uśmiechnęła się do niego, bo to nie brzmiało jak wymuszony komplement i miło to było usłyszeć. Uroda to jedno, ale to, co naprawdę się liczyło, siedziało w głowie i w sercu. Czy wiedziała czego chce? Wiedziała… w większości wiedziała. Na pewno wiedziała, czego nie chce. A jeśli spojrzeć na to, w jaki sposób toczyła się jej kariera, to można było mieć odrobinę wątpliwości co do tego, czy faktycznie wie jak chciałaby, by wyglądało jej życie. Victoria po prostu nie zamykała się na opcje. Życie było jedno, poznać je od każdej strony – to była wiedza. A wiedza ją napędzała. Więc pod tym względem: tak, wiedziała. Choć nie miała pojęcia, gdzie ją los rzuci za dwa lata, albo za pięć. Póki co nie było z jej strony wyraźnego nakreślenia granic, ni sugestii, by spadał. - Tak. Teraz już rozumiesz – Laurent prawie nie pił swojej lampki, ale brunetce to nie przeszkadzało, bo swoją właśnie dobiła i spojrzała na puste szkło, lekko mrużąc oczy. Smakowało jej to wino, było lepsze niż sądziła. I zdecydowanie dzisiejszy wieczór nie był tym, w którym miała ochotę na coś słodkiego. - Przejdziemy się? – zaproponowała, kiedy po chwili albo to on znowu napełnił jej kieliszek, albo zrobiła to sama. Choć znając maniery, zrobił to Prewett. - Ta deklaracja tylko postawiła wszystkie służby na nogi. Dorobił nam pracy – odrobinkę zamarudziła, ale to nie był powód, dla którego nie popierała działań Voldemorta. Uważała, że przemocą niczego się w tym względzie nie osiągnie. Potrzebowali kompromisów, nie walki. - Hahaha, dziękuję – zaśmiała się teraz już szczerze, nie prześmiewczo, raczej całkiem miło. Rozbawił ją w ten przyjemny sposób. To było ostatnie, czego spodziewała się po Laurencie Prewettcie, jakiego pamiętała ze szkoły. Ludzie naprawdę się zmieniali. On się zmienił, ona też. - Nie, nie moja – przyznała, westchnąwszy, ale absolutnie nie smutno. Była rozbawiona, że to dostrzegał. - Liderom patrzy się na ręce, przeciwdziała, jeśli ma inne opinie. Wolę stać z boku pod tym względem – spełniała się jako prefekt i prefekt naczelny, oczywiście. Ale gdyby miała stać na czele na przykład organizacji… Ach na co to komu. Więcej dobrego mogła zrobić nie będąc aż tak mocno na świeczniku. Inspirować ludzi można było też w inny sposób – jak widać. - A ty? – zapytała, gdy zatrzymała się przy innym stoliku, tym razem nie z winami, a z wielką paletą serów i wędlin. RE: [21 listopada 1970] Nastał czas ciemności | Laurent & Victoria - Laurent Prewett - 21.08.2023 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=rQcOuag.png[/inny avek] To prawda, był zwykłym cywilem. Nieprzystosowanym do tego, żeby walczyć. Nie był nawet przystosowany do walki chociażby dlatego, że zawsze miał zdrowie pozostawiające trochę do życzenia. Nie był wojownikiem z ducha, nie szukał zwycięstwa w gwiazdach i nie chciał wieńca laurowego. Chciał po prostu żyć. Chciał, żeby na świecie panował pokój, żeby więcej ludzi było uprzejmych wobec siebie, stosowali częściej (szczerze) magiczne "proszę" i "dziękuję", żeby uśmiechy nie były fałszywe i żeby... koniec końców: żeby sam nie musiał wysilać swojej mimiki, żeby była właśnie taka. Fałszywa. Nie musisz się uśmiechać, kiedy nie czujesz się na uśmiech i nie musisz ukrywać tego, jak smutne jest oglądanie świata takiego, jakim jest. Wszystkie te pobożne życzenia rozpływały się w koniecznej codzienności. W ściemach i ułudach. Teraz wszystko stało się zamiast prostsze to bardziej skondensowane. Jak jednak powiedział - to nie Czarny Pan, osoba, której nigdy nawet nie widział na oczy, była najbardziej przerażająca. To ludzie, którzy byli też obok. Z którymi się witałeś, którym podawałeś dłoń. Nagle blondyn jeszcze bardziej nie wiedział, czego spodziewać się po tych ludziach, którzy tak chętnie i głośno opowiadali się za Czarnym Panem. Czy któryś z nich w jakimś momencie nie przetnie go magią w pół, nie zwiąże i nie wyrzuci do rzeki? Nie zrobią tego, bo miał rodzinę czystej krwi? Albo dlatego, że jednak miał pieniądze w kieszeni? Dlatego dobrze było złapać malutki oddech przy kimś, kto chyba nie był ci wrogiem. Nie chyba - na pewno. Zabawne, że wiedza z Hogwartu wyciągnęła im doświadczenia o sobie wzajem całkiem prawdziwe. Byli bystrzy. Potrafili spoglądać na ludzi i nie oceniać po pozorach. Laurent zapamiętał, że na Victorię można liczyć, kiedy komuś dzieje się krzywda, ale nie licz na nią, jeśli jesteś, ładnie mówiąc, cwaniakiem. Obrończyni. Nie w srebrzystej zbroi, nie niosła miecza i nie lśniła aureola nad jej czarnymi włosami. Nie musiała. Prawdziwymi bohaterami są ci, którzy kroczyli najbliżej ludzi. - Nie będę uwłaczał twojej odwadze, ale przecież nie pozostajesz również na to obojętna. A jednak... jak to określiłaś - nie piszczysz jak inne sowy. - Wyglądało na to, że bali się tego samego. Może dlatego tak łatwo weszli na jedną falę? Laurent chciał ją adorować, więc nie szczędził ani sobie, ani jej. Chciał ją poznać, bliżej. Zbadać. Przekonać się, kim stała się Prefekt Naczelna, na którą wcześniej tak nie patrzył. Wtedy, lata temu, był jeszcze bardziej strachliwy niż teraz. A ona była o wiele bardziej zakopana w książkach, niż była teraz. Nie trzeba być drapieżnikiem, żeby widzieć, jak ludzie byli nagle niepewni, jak niepokój przechodził dreszczem po kręgosłupach. Osoby wrażliwe to wyczuwały, tak po prostu. A i te, które empatii nie miały - wystarczyło się rozejrzeć, posłuchać, znać ludzi, z którymi rozmawiasz, żeby dostrzec zmianę. Być trochę uważniejszy w obserwacjach. - Nawet najpiękniejszy owoc może zgnić od środka. Niektóre jednak mają do zaoferowania o wiele więcej. I kuszą tym bardziej z każdym kolejnym gryzem. - Och tak, zdecydowanie tutaj nie było żadnego "dalej nie". Dla Laurenta to był taniec. Bardzo przyjemny taniec, w który się zapuszczał i stawiał drobne kroki, sprawdzając i badając, czy partnerka jest chętna dać się poprowadzić. Ale prawda była taka, że to rzeczywiście nie były komplementy wymuszone. Owszem, tak jak powiedział, uroda była istotna, ale czasami wystarczyło mu zamienić dwa zdania z drugą stroną, żeby wiedzieć, że nawet jeśli jest coś warta, to na pewno straciła całą swoją sensualność. Z Victorią działo się coś kompletnie przeciwnego. - Cieszę się, że proponujesz. Dosłownie wyjęłaś mi tę propozycję z ust. - Odstawił swoją lampkę i tak, zgadza się - napełnił za to lampkę Victorii, żeby zaraz zaproponować jej ramię, gdyby chciała oprzeć swoją dłoń. Oczywiście to była jedna z tych propozycji jak najbardziej do odrzucenia. - To robienie małych kroczków. Zamyślona piękność nie mogąca wybrać wina, lekko napięta i samotna, nie podążająca za tłumnym wezwaniem do wyższości czystej krwi... - Celowo powiedział to takim tonem, jakby właśnie czytał powieść noire, której spektakl miał się zaraz rozegrać. - Służę pomocą do zapomnienia o nadmiarze pracy i przykrej codzienności. - Jego nieskromnym zdaniem nawet mimo zagajenia o temat - szło mu całkowicie dobrze. - Ja, droga Victorio, wolę polać wino i dodać od siebie kroplę miodu, żebyś miała szansę na rozluźnienie swoich mięśni. - Musnął lekko palcem ten niby przypadkowo puszczony pukiel włosów. Och, na pewno nie przypadkowo. Nie, nie był liderem. Był na to zbyt łagodny, zbyt delikatny, zbyt empatyczny. Za miękki. RE: [21 listopada 1970] Nastał czas ciemności | Laurent & Victoria - Victoria Lestrange - 21.08.2023 Właśnie dlatego tak lubiła książki i zaszywać się w bibliotece, ale ciszy własnego domu czy pokoju. Gdy czytała, albo coś notowała – nikt nie wymagał, że będzie się uśmiechała. To samo tyczyło się pracy, albo tego, jak zamykała się w pracowni ojca przy kociołkach wypełnionych bulgoczącym płynem – tam wymagano skupienia, nie fałszywego uśmiechu. Mogła być kim chciała i jak chciała. Ale Victoria prócz tego wcale nie uśmiechała się jakoś często, swe emocje i nastroje chowając za płaszczem oklumencji. Czy wtedy ktoś wymagał od niej uśmiechów? Potrafiła być nieprzeniknioną maską, chłodem nocy, skoro ludzie mieli ją za taką zimną i zdystansowaną. A Victoria po prostu obserwowała i analizowała, niekoniecznie miała coś złego na myśli. Ale sama nie wiedziała czego teraz spodziewać się po ludziach… więc się wycofała. Wolała ochłonąć, obserwować, czekać na rozwój sytuacji. Wyciągać wnioski po cichu. - Biorąc po uwagę mój zawód… Nikt się chyba nie spodziewa takiego piszczenia ode mnie – uśmiechnęła się nieznacznie. - Może od razu uznaliby, że jest nieprawdziwe – albo, że nieprawdziwe jest jej sprzeciwianie się, skoro nie mogła inaczej. Tak czy siak można było ją brać różnie i z dwóch stron miała wymówkę… Nie zamierzała jej jednak w tej chwili stosować. Nie wyglądało na to, by ktoś się tą dwójką i tak interesował; każdy był zajęty w swoim gronie, a raczej nic dziwnego, że znaleźli swoje towarzystwo, łatwiej było się porozumieć z rówieśnikiem. - Jeśli najbliższy tydzień nie będzie kluczowy to pewnie miesiąc… albo kilka – a na pewno będzie to czas wystarczający, by jakoś się odnaleźć w rzeczywistości. Zobaczyć, czy były to słowa rzucone na wiatr, czy jednak ludziom odbije. Laurentowi zaś nie mogła odmówić tego, że był dobrym obserwatorem, celnym strzelcem, nie musiała mu chyba mówić, że w takim wypadku na ten czas zaleca cierpliwość, ostrożność i obserwację otoczenia. To jedno się od czasu szkoły nie zmieniło: był bystry. Co zaś się zmieniło to to, że ją zaintrygował. - Jakiż to więc owoc? – wiele wyglądało też smakowicie, a smakowało jak papier, to zresztą powiedział sam, choć nie tymi samymi słowami. Zasugerował jednak, że ona czymś takim nie jest. Pomiędzy słowami wyczytała, że dawał jej do zrozumienia, że go zaskoczyła i nie tego się spodziewał, gdy poszedł pomóc w wyborze wina. Ona też się zdziwiła, nie zakładała, że dzisiaj w ogóle będzie z nim rozmawiać, ani w ogóle, że będą prowadzić dość… poważną rozmowę o Voldemorcie. I że przy okazji zaczną ten dość niespodziewany flirt. Niespodziewany, ale jakże miły. Z zaskoczeniem odkryła też, że był chciany. Skorzystała z podstawionego ramienia, kiedy dość niespiesznie przeszli przez salę. - I dokąd te kroczki będą prowadzić? – zapytała, kiedy tak szli, najpierw do tegoż stolika, później… mogli iść gdziekolwiek indziej. - Nigdy nie byłam dobra w podążaniu za tłumem – a to była akurat prawda. Laurent, zdaje się, miał na tym polu inne doświadczenia, bo temu tłumowi starał się w szkole przypodobać. Jak ten wąż o kolorowych łuskach. Prawdą jednak było, że szło mu całkiem dobrze, bo Victoria nie wydawała się już taka spięta. Może to była też zasługa wina, które pomalutku sobie popijała, a może właśnie towarzystwa i tego miodu, który się sączył… Ale choć temat Voldemorta gdzieś tam majaczył, to teraz zszedł na dalszy plan. Przeszedł ją przyjemny dreszcz, kiedy musnął kosmyk jej włosów. Aż odwróciła głowę, by przeciągle na Laurenta spojrzeć, w zamyśleniu. - Podobno ogród zimowy pani Slughorn jest bardzo widowiskowy – odparła po chwili, uśmiechając się nieznacznie. RE: [21 listopada 1970] Nastał czas ciemności | Laurent & Victoria - Laurent Prewett - 21.08.2023 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=rQcOuag.png[/inny avek] Chłód i dystans go nie zniechęcił, w żadnym wypadku. Ani ten spokój, wykalkulowanie wręcz, pokusiłabym się o stwierdzenie. Bo tak się zaprezentowała - jako ktoś, kto kalkuluje, sprawdza, bada. Zyski i straty musiały być podsumowane, żeby nie zrobić błędu. A wszystko to w krainie własnych myśli. Jaki rozbudowany musiał być to świat! Piękny umysł kogoś, kto tak kochał księgi, że chyba zapomniał, czym jest życie towarzyskie. Dziś, gdy nie mieli okazji siebie widzieć tak często, jak miało to miejsce w Hogwarcie, nie miał spojrzenia na to, jak spędza wolny czas ani na to, z kim go dzieli. Czego jednak nie widział też było istotne. Bo chociaż przesuwała się pomiędzy spotkaniami towarzyskimi czy balami to nie widział jej w błyusku fleszy, w ekscesach. Nie słyszał o niej złych plotek, nie słyszał takich zbereźnych. Kobieta, która prowadziła dostatnie (bogate!) życie, grzeczna, ułożona, z rodu czystej krwi. Ideał. Nagle rodził się obraz idealnej boginii Księżyc, srebrzystego światła zesłanego żałosnym śmiertelnym. Może to jej córka? Skrzące się skrzydła schowała między wcięciami sukni. Lecz żadna niedoskonałość nie zdobiła jej ciała, więc na pewno nie zostały wyrwane. Czy potrafiła więc latać? To, co łatwe i bliskie było przyjemne, lecz doceniasz najbardziej to, co pozwala dojrzewać. Jak te owoce. I nie wymagał, żeby się uśmiechała, ani żeby szeptała słodkie słówka. Jedyne, czego od niej chciał, to jej samej. Nie to, żeby nie lubił, kiedy ktoś latał wokół niego, och nie, wręcz przeciwnie. Ale czy nie taka rola mężczyzny, by zadbać o kobietę? Laurent nie podchodził do tego aż tak wylewnie jeśli chodzi o każdą niewiastę. Bo niewiele było takich, jak Victoria, proste. - Czegokolwiek oczekują to teraz nie jest nawet istotne. - Zbył właściwie nie sam temat, co chciał zaprezentować brak zainteresowania tym, jak powinno to wyglądać w oczach ludu. Jakby teraz wyszła na środek tej imprezy i miała się jakkolwiek pokazać - to tak by wyglądała. Nie, to go nie interesowało. Interesowało go za to to, czego pokazywać nie wypadało. Ona cała, jej głębia, jej zasnute myśli. I widział, że ona aktualnie też nie jest zainteresowana tym, by grać swoją rolę. Rozluźniła się. Albo udawała. W jakąkolwiek to stronę nie szło to jedno było pewne - dawała kolejne przyzwolenia na stawiane przez niego kroki. A on robił je coraz śmielsze. - Czy to nie oczywiste? - Nie, nie było, pytała, bo chciała wiedzieć. Chciała poznać własny smak. Chciała sprawdzić, czy w ogóle cały ten słowotok ma swój suspens. Miał. Dzieląca ich odległość, która była teraz znikoma, była najlepsza do wyjawienia tej tajemnicy. - Królowa nocy, księżycowy kwiat - piękno, które rozkwita tylko w nocy i pachnie z daleka... Rodzi smocze owoce. - A z tym związane były legendy, że ponoć sam smok dmuchnął swoim ogniem na te boskie kwiaty, by zakląć w nich swój płomień i coś tam coś tam... akurat w tych legendach Laurent się nie orientował i nie mógłby panny Lestrange zabawić. za to czarować ją kwiatami i roślinami mógł. Nawet nie wiedząc, że przecież Victoria kwiaty bardzo lubiła. Kobiety często były jak kwiaty - każda inna. Delikatne i kuszące swoimi kolorami i barwami. Ale nie każdy kwiat był wyjątkowy. Były kwiaty smoczego owocu i były zwykłe kaczeńce rosnące na co drugim trawniku. - Obawiam się, że ja jestem tutaj tylko wędrowcem. Stawiam kroki za kimś innym. - Tak i nie. Tak, bo wspominał jedynie o tym, że poświęcał jej swoją uwagę. Pełną uwagę. Że ją ma, że zwraca na jej potrzeby i jej samopoczucie swoje skupienie. Nie, bo przecież w tym tańcu obracał ich - i zapraszał ją za swoimi krokami. Mogła je podjąć, ale wcale nie musiała. Podejmowała. - Zazwyczaj dopiero po tym, jak morze zabierze wodorosty znaleźć można prawdziwe bursztyny. - Więc na brzegach, gdzie tłumu nie było lub po tym, jak już przeszedł. Wtedy wychodziłeś na plaże i odkrywałeś wszystkie skarby, jakie fale zostawiły. Tak, glony nadal tam tkwiły, pomiędzy nie wplątane były te piękne, nie takie znowu tanie kamienie żywiczne. Jednak musiało to przejść, przeminąć. Sztorm, burza, czy przypływ. Tłum musiał się rozejść. - Piękniejszego widoku nie znajdę. Ale odrobina świeżego powietrza nie zaszkodzi. - Cofnął swoją rękę, choć zawieszona była przez moment tak, jakby miał zaraz dotknąć jej policzek. Nie zrobił tego. Nie wszystko na raz, och nie. Zaproponował jej więc znów rękę i poprowadził w kierunku ogrodów. RE: [21 listopada 1970] Nastał czas ciemności | Laurent & Victoria - Victoria Lestrange - 22.08.2023 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=JHzEj8d.png[/inny avek] Był więc w mniejszości. Chłód i dystans, jakie sobą prezentowała na pierwszy, drugi, a nawet trzeci rzut oka (zupełnie niecelowe) odrzucało wielu potencjalnie zainteresowanych mężczyzn, ale nie Laurenta. Może to taka nagroda dla wytrwałych? Z Victorii nie była żadna femme fatale i wcale niecelowo zniechęcała do siebie innych. Chyba… Taki był po prostu jej urok. Niedostrzegalny dla innych z daleka, ale promieniujący dla tych trochę bardziej upartych. Albo tych, którzy mieli to szczęście dostrzec przebłysk światła w niemal nieprzeniknionej masce spokoju. Trudo powiedzieć co dostrzegł Prewett, że złapał się tego, skupił na tym wzrok, ale w jego oczach – promieniała. I zupełnie panna Lestrange sobie z tego nie zdawała sprawy; nie robiła nic nadzwyczajnego, była po prostu sobą… Jedyne co było inne, to dostrzegła flirt i nań odpowiedziała. Bo miała ochotę odpowiedzieć, bo Laurent okazał się całkiem przyjemny nie tylko do zawiszenia oka… a przecież było na czym się zawiesić. Nie była osobą, która ot tak szepcze te słodkie słówka. Nie to, że by nie chciała – ot nie przychodziło jej to do głowy, nie tak na zawołanie, nie teraz, nie czarowała słowami w taki sposób. Jej urok leżał gdzieś indziej. Uśmiechała się – nie szeroko jak potrafili niektórzy, jej uśmiechy były drobne, bił z nich jakiś taki… chłód na pewien sposób. Może dlatego, że nie były to uśmiechy od ucha do ucha, a takie malutkie wygięcia ust? Nie była wylewna – to dobre określenie. Ale nie dlatego, że jej się nie podobało co robił czy mówił Laurent. Po prostu… taka już była. Miał rację – całkiem straciła zainteresowanie tematem związanym z Voldemortem. Nie to, że straciła czujność, po prostu… co innego przykuło jej uwagę. Może właśnie tego tu szukała? Tak jak Laurent pomógł jej dokonać decyzji w sprawie wina, tak okazało się, że był też odpowiedzią na to, co zrobić, by choć na chwilę się rozluźnić? Skupić uwagę na czym innym niż praca? Kimś innym? Jedna osoba, tyle odpowiedzi – Victoria uświadomiła to sobie nagle, ale te oczywistości rozsypane były w jej głowie niczym gwiazdy, które właśnie łączyła w konstelacje i realizacja nie okazała się chluśnięciem zimną wodą w twarz. Była delikatnym uśmiechem na ustach. - Chcę wiedzieć co myślisz – powiedziała mu w odpowiedzi. Nie było to oczywiste, a Victoria nie wahała się mówić wprost, pokazując tym samym swoje zainteresowanie. Nie mówiła kwieciście, nie szeptała na ucho tak pięknie jak on – ale na swój sposób przekazywała swoją uwagę. - Pitaja – zrozumiała co do niej mówił, bo naprawdę rośliny ją interesowały. Wszelakie. Księżycowy kwiat – tak czasami nazywano tę roślinę. Rzeczywiście – w ten sposób mógł ją czarować, tym bardziej, że mężczyźni raczej słabo się na kwiatach wyznawali. - Nie sądziłam, że to z tym masz skojarzenia – że ona mu się tak kojarzyła, bo zrozumiała sugestię, że chodzi o nią. Laurent zręcznie lawirował pomiędzy słowami i rzucał w ten sposób swój urok. Miał to przećwiczone, wiedział co mówić, jak mówić… Przez moment zastanawiała się czy gdy tak robił, to zawsze szczerze, czy jednak niekoniecznie, by tylko dostać co chce? Czy dzisiaj był szczery? - Osobliwie. Niewielu mężczyzn wybrałoby taki przykład. Znają róże, tulipany, goździki, czasami lilie. Ale księżycowy kwiat? Zaczynasz mi imponować – przyznała całkiem szczerze. - Mówisz o bursztynie, w którym na zawsze zamknięty jest jakiś owad, by przez wieki można było podziwiać jego piękno? – odrobinę się z nim teraz droczyła. - Czy o pięknym kamieniu zdobiącym szyje równie pięknych pań? A może wspaniałym składniku eliksirów? – bursztyn, „kamień, który nie płonie” – Victoria też była takim kamieniem, całkiem dosłownie. Lecz jej dusza była ogniem, może dlatego była nań odporna? - Żartuję sobie, nie myśl, że sobie kpię – domyślała się, że nie do końca o to chodziło Laurentowi, gdy tak rzucał metaforami. Ale uśmiechnęła się, nawet oczu ten uśmiech dosięgnął, kiedy powiedział, że piękniejszego widoku nie znajdzie. - Naprawdę tak uważasz? – zapytała go po chwili, kiedy znowu zaproponował jej ramię, a ona je przyjęła. Tak, zauważyła jego wcześniejsze zawahanie – może dobrze, że nastąpiło, kiedy byli jeszcze w sali i cokolwiek chciał zrobić – mogło to przynieść niepotrzebną uwagę. Ich wyjście do ogrodu przykuwało jej znacznie mniej. - Podobam ci się? - zapytała wprost. RE: [21 listopada 1970] Nastał czas ciemności | Laurent & Victoria - Laurent Prewett - 22.08.2023 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=rQcOuag.png[/inny avek] W tym chłodzie, minimalizmie, było więcej realności niż w tych wielkich uśmiechach i wylewnościach, jakie potrafiły się przetaczać po takich miejscach. To nie był chłód, który kąsał. A bynajmniej nie kąsał jego. Może miało to coś wspólnego z tego, że morze, które tak bardzo kochał, nigdy nie było gorące? Zawsze było chłodne, a im dalej wypływałeś, tym bardziej mroźne się stawało. Mogłeś płynąć tak daleko, aż zobaczysz w końcu biały lód, który krą rozpływał się po falach, a w oddali diamentowe góry, które były skutymi bryłami wody. To było prawdziwe zimno. To, co widział w Victorii zimnem nie było. Tak samo ciepła w dotyku, tak samo potrafiła się uśmiechnąć. Dostrzegał dystans i logikę - tym było dla niego to, co większość nazwałoby zimnem. Spokojnie układanie myśli i jeszcze spokojniejsze układanie emocji. Brak chęci i zgody na to, żeby rządziły jej życiem przypadki i poddawanie się momentom, w których emocje mogły buzować najbardziej. Rozumiał. Była aurorem. Potwierdziła, że stres i nerwy zżerały jej codzienność, zwłaszcza od tej ponurej nowiny, guilty as charged. Nadal jednak widział kobietę. Skoro zaś była kobietą, która kryła tak doskonale te nerwy i stres, że nigdy by nie powiedział, że stanowią nadrzędną jej obecnego życia, łatwo było sobie dopisać (a w dopisywaniu był całkiem niezły, o czym Victoria się już przekonała), że kłębiła w sobie bardzo wiele emocji, które zapewne nie miały żadnego upustu. Co robiła z nimi? Nie wiedział. Za to miał kilka pomysłów, jak sam mógł jej z nimi pomóc. A ona nie robiła niczego, żeby powiedzieć, że każdy z tych pomysłów jest zły. Chciała tego. Potrzebowała tego. Jak każda kobieta chciała czuć się adorowana. Potrzebna. Chciana. Rozumiał te uczucia doskonale, może dlatego też łatwo było mu dotknąć jej lodowej tarczy i się nie sparzyć? Przyglądać się jej z fascynacją, zamiast ze strachem? Bo była fascynująca. Podziwiał siłę, jaką tchnęła. Cichą, niemą siłę. Ten ład i porządek, jaki sobą prezentowała. Chciał jej pokazać, że jest to coś, co jeszcze bardziej warte uwagi niż wszystkie te łatwe panie, które można zaprosić ruchem ręki do łóżka i zapomnieć o ich twarzach dnia następnego. Victoria Lestrange była obrazem, który pozostawał w głowie już na zawsze. - Może lepiej malutką część tych myśli pozostawię dla siebie. Mogłyby być zbyt nieodpowiednie na takie strojne salony. - Kolejny kroczek. Słowa wypowiedziane takim tonem, z aksamitnym spojrzeniem zaglądającym do jej ciemnych ocząt, że nie pozostawiały wątpliwości, czego nieodpowiedniość mogła dotyczyć. - Na szczęście poza nimi jestem całkowicie wylewny. I cały czas do twojej dyspozycji. - Bardzo celowo i umyślnie zakończył jedno zdanie, zrobił malutką pauzę, nim wypowiedział kolejne. By nie było wątpliwości, że to tylko teraz nie dzieli się tym, co jego wyobraźnia mogła stworzyć, kiedy szli w kierunku ogrodu. Natomiast sklepki "poza nimi" nie tyczyło się to, że jest do jej dyspozycji. Gdyby tylko sobie zażyczyła mógł jej szeptać rzeczy o wiele bardziej odważne do ucha, te, które zupełnie pobudzały ciało i sprawiało, że myśli całkowicie zaczynały rozpierzchać. Rodziły pragnienie, choć to pragnienie niekoniecznie też prowadziło do nabrania odwagi. W każdym razie rzeczywiście było tak, że był w pełni wylewny wobec tego, co myśli o Victorii. Był też całkowicie szczery w temacie dotyczącym Voldemorta. Nie przesuwały się tutaj żadne kłamstwa. Reszta? Reszta ich chyba teraz nie interesowała. - Zgadza się. Pitaja. - Punkt tym razem należał się pannie Lestrange. - Mówiąc o tym, że zawstydzasz urodą kwiaty, dokładnie to miałem na myśli. - I szukał myślami tego, który byłby godny ozwania ją. Orchidea, choć piękna, wydała się nagle zbyt banalna. Lecz Królowa Nocy..? Niczym artysta, który w końcu wpadł na pomysł, któremu mu brakowało, uzupełnił piękno obrazu, jakim ta kobieta była. - Dopiero zaczynam, hm... muszę się bardziej postarać. - Uśmiechnął się z lekkim rozbawieniem, ale jednocześnie było to po prostu zgrabne przyjęcie komplementu z jego strony. - Najpiękniejsze jest to, że za każdym razem to jeden i ten sam bursztyn. - Uśmiechnął się szerzej, akurat w ogóle nie odbierając tego tak, jakby to miało być jakieś wytknięcie, czy kpina, więc Victoria przekazała to w bardzo dobry sposób. Albo przynajmniej w taki, który był zrozumiały dla niego. To zaś było teraz najbardziej istotne. - Mogę cię uspokoić, nie pomyślałem, że to kpina. I choć zatrzymanie twojego piękna w bursztynie brzmi jak pokusa diabła, to byłaby to zbyt wielka strata tego piękna, które nosisz w środku. - Piękno przemija, inteligencja tylko na pięknie nabiera. Nie było warto zatrzymać na zawsze coś, co będziesz mógł tylko podziwiać z daleka, skoro najprzyjemniejszą chwilą były te, które prowadziłeś z tą pięknością na rozmowach. - Tak. Naprawdę tak uważam. Jesteś piękną kobietą, Victorio Lestrange. Szkoda mi tylko tego, że chyba niewiele osób ma okazję się przekonać, jak piękną. - Powiedział to całkowicie poważnie, spoglądając jej w oczy, by mogła w nich wyczytać, co chciała. Chociażby to, że był całkowicie szczery. Włącznie z tym, że rzeczywiście - jaka strata dla świata, że nie mogli podążyć za inteligencją tej kobiety. Jaka szkoda, że musiała się od niego odcinać, bo... tego nie wiedział. Coś jednak sprawiło, że chowała się za tą chłodną maską. Bo czy podążać powinno się za jej zdaniem i światopoglądem? Nie wiedział. W końcu się dobrze nie znali. - Słowo "podobasz mi się" jest bardzo leniwym i uwłaczającym określeniem dla moich odczuć względem twojej osoby. - Zatrzymał się, kiedy wyszli do pięknego ogrodu, by teraz już dotknąć delikatnie palcami jej policzka. - Victorio... - Wypowiedział jej imię jak zaklęcie, niemal jakby było miłosnym poematem. - Jesteś piękna. RE: [21 listopada 1970] Nastał czas ciemności | Laurent & Victoria - Victoria Lestrange - 22.08.2023 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=JHzEj8d.png[/inny avek] Może dlatego, że nie udawała. Może dlatego, że to nie było wymuszone. Nie czarowała go celowo, nie mamiła, bo czegoś chciała, czegoś na chwilkę, by potem objeść do kości i wypluć – nie taki zupełnie był cel. Laurent… wydawał się być łagodny i delikatny, to zupełnie tak, jaką ona była osobą. Zdecydowaną (zazwyczaj), ale spokojną, zdystansowaną i delikatną. Żadna z niej była diablica, która za nic ma ludzkie emocje. Może dlatego w szkole wyrobiła sobie o nim takie a nie inne zdanie – bo to jak potrafił cwaniackim prowokować ocierało się o wielką interesowność i w pewnym sensie właśnie cwaniactwo. Ale ludzie wszak dorastali… w tej chwili jawił jej się zupełnie inaczej. Dojrzalej. Obserwacje blondyna były całkiem trafne, nie pozwalała by to przypadek i emocje sterowały jej życiem. Gdyby jednak spojrzeć na obecną sytuację można było odnieść nieco odmienne wrażenie, w końcu całkiem skutecznie poddawała się chwili, słodkim niczym miód słowom, było to całkowicie nierozważne. Było czymś, po czym wielu ludzi następnego dnia miało kaca moralnego i żałowali. Ale Victoria kalkulowała na ile mogła i chciała sobie pozwolić, zaś z tego równania wychodziło właśnie to. Nie miała żadnych zobowiązań, nikogo by nie skrzywdziła ani tym flirtem, ani potencjalnymi konsekwencjami. Nie była też naiwną dziewuszką, ktorą byle słówkiem łatwo było zauroczyć. Była całkiem świadoma konsekwencji i się ich nie bała. Każdy potrzebował upustu, zwłaszcza kiedy nerwy były tak szargane. Każdy chciał się czuć adorowany – czy to kobieta czy mężczyzna. Victoria spoglądała na drugą osobę i wygląd miewał dla niej znaczenie drugorzędne, bo to, co było najbardziej interesujące siedziało w głowie. Dlatego też Laurent zainteresował ją dopiero po rozmowie, nie chodziło o wygląd, który był tylko bardzo miłym dodatkiem. - Och – było jedynym co na to odpowiedziała. Może powinna sobie skromnie zakryć usta dłonią, i spojrzeć w bok, zawstydzona i nieśmiała, ale tego nie zrobiła. Wydawała się być tym ubawiona. - Nie musisz mówić tego bardzo głośno – rzeczywiście, jego słowa i ton nie pozostawiały wątpliwości, w swej dwuznaczności były bardzo jednoznaczne. I to spojrzenie, które posyłał… zresztą kolejne słowa też były raczej oczywiste w intencji i zamiarze. A Victoria…? Victoria zastanawiała się dokąd ich to zaprowadzi i "dlaczego by nie?". Nie była przecież żadna ascetką, on też nie – i póki nikomu nie działa się krzywda, to przecież… nie było nic złego? Każdy zasługiwał na chwilę przyjemności. - To da się bardziej? – postarać bardziej znaczy się. Nie oczekiwała, że Laurent nagle zacznie się wspinać na wyżyny swojej kreatywności. - Jeśli to po to, by kupić moją uwagę, to niepotrzebnie, bo tę już masz – uśmiechała się, bo miała taką ochotę. Bo chciała mu przekazać, że nie ma w jej słowach wrogości. Laurent nie musiał jej udowadniać, że ma gadane – widziała to i słyszała. Bajerował ją całkiem skutecznie. - Dziękuję, to chyba największy komplement jaki mogłabym usłyszeć – że byłaby to strata piękna, jakie się nosi w środku. Uroda przenikała, gdy zmarszczki pojawiały się na twarzy i człowieka dopadała starość. Ale wnętrze… o, to mogło być piękne do końca. Chciała w to wierzyć i to, że druga osoba je dostrzegała, było naprawdę największą nagrodą. Dlatego nie mówiła tego by, Laurenta zgasić. Naprawdę ten komplement wlał się na jej serce z delikatnością i w pewnym sensie ją ukoił. - Ach… mi nie jest szkoda – że nie każdy to dostrzegał. Mogłaby się wtedy nie opędzić od uwagi, której w gruncie rzeczy wcale nie potrzebowała w nadmiarze. Zgadza się – nie znali się dobrze. Znali się bardzo mało. Ale poznać się przecież mogli. Ten wieczór nie musiał przecież niczego definiować, niczego narzucać ani niczego psuć. Niczego przekreślać. Mogli dać się poznać na takiej stopie, na jakiej chcieli o ile chcieli. - Nie da się podobac wszystkim i nigdy mi na tym nie zależało. Więc niech tobie nie będzie szkoda, bo przynajmniej mogę ci poświęcić moją uwagę – bo nikt się nie wtrącał, nikt nie zwracał głowy, nikt nie chciał ukraść czasu, który mogła i chciała poświęcić jemu. [a] Na tyle, że bardzo mało zwracała uwagę na rośliny i kwiaty w zimowym ogrodzie, do którego weszli. Jej uwaga w pełni skupiła się na Laurencie. A już zwłaszcza wtedy, gdy się zatrzymali i tym razem już się nie powstrzymał i dotknął, musnął jej policzek. Nie odtrąciła jego dłoni, a sama ponownie poczuła ten dreszcz, tylko teraz mocniejszy niż wtedy, gdy dotykał jej włosów. Patrzyła na niego badawczo, kiedy do niej mówił. - To czar czy jawa? – zapytała po cichu, zastanawiając się nad szczerością tych słów. Oczywiście, że chciała, by były prawdziwe. RE: [21 listopada 1970] Nastał czas ciemności | Laurent & Victoria - Laurent Prewett - 22.08.2023 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=rQcOuag.png[/inny avek] Nie było wstydu udawanego, nie było fałszywej skromności. Victoria prezentowała sobą klasę, który posiadał w sobie niezwykły czar. Przez myśl Laurenta przeszło pytanie, ilu mężczyzn (lub kobiet) zdążyło to odkryć i ilu udało się go posmakować. Coś mu podpowiadało, że niewielu. Że Victoria miała zawyżone standardy. Brzmiało trochę jakby dodawał sobie kilka punktów, prawda? Nie. Niekoniecznie. Wysokość standardów była tutaj ledwie wyceną tej klasy i poczucia własnej wartości. Tego, że nie szukasz przygód w każdych ramionach, a raczej szukasz takich ramion, które być może zapewnią ci przygodę. To była bardzo duża różnica, kiedy kogoś poznajesz i dopiero wtedy pojawia się taka iskra. Coś klika. Odpowiednio działa do stopnia, w którym chociaż możesz sobie darować i odpuścić ciąg dalszy tego tango to nie chcesz tego robić. Decyzja o tym, czy zatańczysz, nie pada więc przed wyborem partnera. Pojawia się dopiero kiedy przekonasz się, że macie ten sam rytm. W prostych słowach ludzie to chyba nazywali po prostu szacunkiem do siebie samego. Jednak ile w tym było prawdy - nie był pewien. To były kolejne założenia, to, co mu się wydawało, a takich rzeczy wyciągał z ludzi sporo przy paru zamienionych zdaniach. Ruchy, gesty, intonacje, spojrzenia, dobierane słowa, tworzone między zdaniami przerwy. Było mnóstwo podpowiedzi we wszystkim, żeby się przekonać, z kim ma się do czynienia. Czasem jednak pojawiał się zgrzyt. Błąd poznawczy, zła interpretacja. Albo i nawet zły komunikat - bo czasami chciałeś, żeby coś zabrzmiało zupełnie inaczej, niż brzmiało. Choć rzadko kiedy w grach takich, jak ta - w których każde niemal słowo było odpowiednio dobrane. Przynajmniej były one starannie wybierane przez Laurenta. - Gdzie więc chciałabyś zostać pocałowana, panienko Lestrange? - Zaszeptał jej do ucha, całkowicie szargając zdrową przestrzenią między nimi. Zdrową, kiedy mówiło się o rozmowy. Całkowicie odpowiednią, kiedy mówiło się o szeptach kochanków. Psotny uśmiech tańczył na ustach Laurenta, odsunął się troochę zaraz, żeby spojrzeć kobiecie w twarz, zajrzeć w jej oczy. Przekonać się, jak bardzo są teraz miękkie, ciepłe i otwarte. Zupełnie inne niż to czujne spojrzenie, którym rzucała z godzinę temu na cały ten parkiet, jaki zostawili za plecami. - Nie jestem pewien. Być może gdybym ułożył poemat, ale siły w poezji nie próbowałem. Mogłoby wyjść za to całkiem zabawnie. - Nie, chyba nie dało się bardziej, bo Laurent dawał z siebie wszystko. Cokolwiek wyżej byłoby już wychodzeniem z siebie, co nigdy nie wychodziło chyba dobrze, co najwyżej sztucznie, nadmuchanie. A tymczasem starał się, żeby Victoria dostała wszystko, czego pragnie. Na co zasłużyła, czego wyczekiwała. A przynajmniej chciał sprawić, żeby czekała. Nie, nie byli ani dziećmi, którzy muszą oglądać się przez ramię na rodziców ani zobowiązani, żeby dbać o to, co powie partner. Przynajmniej z tego, co o sobie wiedzieli przez brak obrączek można było stwierdzić, że zajęci partnerem, który teraz być może siedział w domu, nie byli. Laurent zaś zupełnie nie przejmował się, co ludzie na ten temat będą mieli do powiedzenia. Chyba tego wieczoru ulotnili się tak gładko, że nawet nikt niczego nie piśnie. Wróbelki też już nie latały, żeby ćwierkać o ich tajemnicach tą późną, zimową porą. To, co powiedział, było filozofią trudno przyswajalną przez większość ludzi. To, że uroda to jedno, ją można stracić. Lecz osobowość? Mądrość? To było coś, co tylko piękniało. Choć i to można było zniszczyć - życie weryfikowało w końcu wielu. - Czuję się uskrzydlony takim faktem. - Tym, że mogła poświęcić mu swoją uwagę i co więcej, jak powiedziała - chciała. Była ciekawa czegoś więcej. Choć Laurent uważał, że bardzo by się zawiodła, gdyby ten czar prysł i gdyby poznała go bliżej. Ale to przecież też nie było teraz istotne, prawda? Uśmiechnął się do niej tą swoją anielską twarzą, patrząc na nią z bardzo realnym pragnieniem tego, by dotknąć jej ust swoimi. Przesunął drugą dłoń, by ułożyć ją powoli na kibici kobiety i pochylił się znów do jej uszka. - To przecież bardzo realne. Mój dotyk. Tu... - Delikatnie nacisnął palcami na jej biodro. - ... tu... - Zjechał nią trochę niżej, na jej udo. - ... i tutaj. - Drugą dłoń przesunął po jej boku, pod piersią, na plecy, by musnąć nią odsłoniętą skórę. - Powinienem udowadniać dalej..? - Szeptał anioł. Lub diabeł. W końcu łatwo było zapomnieć, że Diabeł też był kiedyś Aniołem. RE: [21 listopada 1970] Nastał czas ciemności | Laurent & Victoria - Victoria Lestrange - 22.08.2023 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=JHzEj8d.png[/inny avek] Dobrze mu się wydawało. Nie miała czasu na burzliwe romanse, kariera sama się przecież nie zrobi, a praca w Departamencie Przestrzegania Prawa Czarodziejów nie była tą spokojną, od ósmej do szesnastej; trzeba było być gotowym na nadgodziny i dziwaczne godziny pracy i dyżurów. To skutecznie wpływało na życie towarzyskie, czy raczej jego bujność, bo jednak Victoria starała się w miarę możliwości na te przyjęcia chodzić. Ale brak czasu nie był tu jedynym wyznacznikiem – zwyczajnie niełatwo było ją zainteresować. A skoro brak było zainteresowania, to… niezbyt się bawiła w odkrywanie i smakowanie, ani w danie się poznać. Faktycznie miała zawyżone standardy. A Laurent prze dzisiejszy wieczór już trochę tych punktów sobie nazbierał w rozmowie z nią, mógł więc swoje poczucie wartości spokojnie podnieść, o ile miało to dla niego znaczenie. Victoria rzeczywiście ważyła słowa, by nie została źle odebrana, biorąc poprawkę na to, że w pierwszej kolejności kierowała się logiką, poczucie humoru miała raczej kiepskawe, a i mogła coś zaintonować nie tak jak trzeba i zepsuć nastrój. Nie chciała go psuć. - Nie zepsuję ci przyjemności z odkrywania tego na własną rękę – padło w odpowiedzi; była zupełnie niezrażona i niespeszona, jej oczy mówiły, że dobrze się bawi – to chyba te rozbawione iskierki tańczące na brązowych tęczówkach, lekko zmrużone oczy. To spojrzenie było psotne, ale i ciepłe. Rzeczywiście było otwarte – bo i jak mogłoby być inaczej po takiej odpowiedzi? Zaczepnej. Nie podającej wszystkiego na srebrzonej tacy i absolutnie nie trzaskającej żadnymi drzwiami. - Kiepska jestem w poezji – przyznała. - Mogłabym tego odpowiednio nie docenić – znaczyło to ni mniej ni więcej, że nie musiał żadnych poematów układać, bo nie było to żadną miarą oczekiwane. To, co robił, było wystarczające. Wyczekiwane – dokładnie tak, jak chciał. Sama raczej nie chciałaby, by jej życie prywatne i wybory wypłynęły na języki ludzi, taki rozgłos był jej zupełnie niepotrzebny i mógłby skierować na nią uwagę rodziny, której pod tym względem nie chciała. Wyjście zrobili za to iście gładkie to fakt. Pokręcili się po sali przy stołach, gładko i niespiesznie przesuwając do wyjścia A tu, w ogrodzie, też trochę się przespacerowali, zupełnie niewinnie. Zupełnie zaś winnie, jeśli tylko chcieli, mogli się stąd zupełnie ulotnić – rzeczywiście wątpliwe, by ktokolwiek zwrócił na nich uwagę. Towarzystwo i tak było już niemało rozluźnione – dzisiejszego wieczoru większość pozwalała sobie na więcej alkoholu niż zwykle. Taki przyszedł czas – i kogóż tu winić? Victoria też stała się tego ofiarą, nie alkoholu (choć ten krążył po jej żyłach), a napięcia i nerwów. Czy Lestrange by się zawiodła? Bardzo wątpiła. Na początku nie miała względem jego osoby żadnych oczekiwań i miło ją zaskoczył. Jakoś jej się nie wydawała, by mógł spaść w jej oczach poniżej punktu wyjścia. Westchnęła cicho, kiedy jego dłoń zacisnęła się na biodrze, a później na udzie – tym osłoniętym długim materiałem sukni, czy tym odkrytym przez długie rozcięcie? Nie przymknęła oczu, raczej otworzyła je szerzej, kiedy znowu poczuła elektryzujący dotyk na swojej skórze – tym razem pleców. Z pozycji, jaką Laurent teraz przybrał, miał całkiem dobry widok na ten głęboki dekolt sukni… I zupełnie o tym teraz nie myślała. Przestała też myśleć o tym, czy jego intencje i słowa były szczere, czy nie. - Tak, poproszę – odszepnęła, chociaż jej dłonie pobłądziły, niby to niechcący, na poły jego jasnego garnituru. Pozornie niechcący, bo po prostu złapała materiał delikatnie, by pociągnąć go do siebie, w niemej sugestii, by zrobił to, na co miał taką ochotę, a co widziała w jego oczach. To pragnienie do skosztowania jej ust – pociągniętych szminką, gdzieś tam smakujących cieniem wina, które jeszcze niedawno piła. Miała to samo pragnienie. RE: [21 listopada 1970] Nastał czas ciemności | Laurent & Victoria - Laurent Prewett - 22.08.2023 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=rQcOuag.png[/inny avek] Nie pojawił się zawód z możliwości odkrywania, wręcz przeciwnie. Ten uśmiech, żeby nie powiedzieć wręcz - uśmieszek, który już nie miał niczego wspólnego z niewinnością i aniołami. Nie było tutaj jednak winnych i niewinnych, szepczących diablików ani aniołków, które dyktowałyby prawą drogę świata. Nic, co ludzkie, nie było nam obce. A czego oczy nie zobaczą, tego sercu nie żal. Żadnych komentarzy, żadnych zbędnych świadków, wszystko mogło zostać zabrane do cichej sypialni, w której co najwyżej trzaskający ogień w kominku byłby ich kompanem i tworzył akompaniament do westchnięć i szeptanych między nimi pragnień. Niektóre kobiety wiedziały od razu, czego chciały i nie zamierzały sięgać po cokolwiek mniej. Dla innych była to nowa droga, niepoznana. A jeszcze inne, jak Victoria, chciały być wyzwaniem, które pozostawało zagadką do samego końca. I przy następnym spotkaniu był pewien, że odkryłby jeszcze więcej. Że pokazałaby mu więcej. Na razie jednak zamierzał wykorzystać zaproszenie do tego, co zostało mu zaoferowane tu i teraz. Jego miękkie usta opadły na jej - cudne poduszki, w których zatonął, smakując językiem wino, które piła jeszcze nie tak dawno temu. Smak ich połączył, a teraz połączyły się również ich wargi. To jednak nie było dotknięcie motylich skrzydeł. Pieczęć jej szminki miała odbić się na jego skórze jak oznaczenie spędzonych pieszczot, ale nie rozmywała na tym aksamicie. Objął ją ramieniem, ułożył dłoń na jej włosach, druga złapała jej udo, przyciskając ją całą do siebie, albo może siebie do niej. W obie strony zadziałało to tak samo. Nie był to również głód, którym płonęli zabłąkani na pustyni, spragnieni wody, spragnieni cienia. To była perfekcyjnie wyważona dawka namiętności i zmysłowości. Tak, by chciało się więcej. By z ust Victorii poza prośbą o więcej, poza żądaniem o więcej nie wychodziło nic innego. Mógł być doskonale pasującym do niej elementem, jej skrzydłami, na których mogła się unieść. Tak samo, jak ona była tym dla niego. Jej skóra była jak satyna, kiedy przesunął swoją dłoń po jej odsłoniętym udzie, unosząc nieco jej nogę. Jej zapach omamiał zmysły i zapraszał na cienistą łąkę pełną kwiatów. Może gdyby się skupił, może gdyby próbował wyłowić to nawet znalazłby, co było w tym zapachu motywem przewodnim. Nie skupiał. Po długich, skradzionych sobie wzajem oddech odsunął swoje wargi od jej ust, od jej twarzy, od jej szyi. - Jeszcze? - Zapytał szeptem. Jego policzki same nosiły już znamiona rumieńców, a oczy były pijane przyjemnością, możliwością pomodlenia się do tej Królowej Nocy przez chociaż parę chwil. Ale nie pozwolił jej ochłonąć, odzyskać myśli, nawet gdy zadał pytanie. Jeszcze. Delikatnie musnął jej szyję, jej bark, jej obojczyk, zostawiając na jej skórze swój ciepły oddech. I jeśli chciała jeszcze pociągnął ją ze sobą, bo na pewno nie ZA sobą, w kierunku jednego z powozów. By mógł jej to dać. By pokazać, jak bardzo to wszystko było realne i jak piękne miała ciało. By pokazać jej, jak bardzo ją adorował i jak ją uwielbiał. Wszystko dla tej jednej nocy. |