Secrets of London
[23.05.1972] Mam dość, nie mów mi nic, pozwól żyć, pozwól mi być - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Dolina Godryka (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=23)
+--- Wątek: [23.05.1972] Mam dość, nie mów mi nic, pozwól żyć, pozwól mi być (/showthread.php?tid=1849)

Strony: 1 2


RE: [23.05.1972] Mam dość, nie mów mi nic, pozwól żyć, pozwól mi być - Atreus Bulstrode - 07.09.2023

Dobrali się. Albo może to Matka Natura ich dobrało, czy co tam w ogóle maczało swoje eteryczne palce w magii Beltane. Może sam Voldemort był takim cholernym śmieszkiem, że postanowił rzucić na biorących udział w miłosnym rytuale jakieś podstępne zaklęcie, kto wie.
- Nie, nie trzeba - uśmiechnął się lekko, na moment rozmasowując nasadę nosa, jako ostatnią próbę ułożenia sobie w głowie tego wszystkiego. Późna (albo raczej wczesna) pora robiła swoje. Sensacje żołądkowe, które generowała jej brawura sprawiały, że też miał problemy ze spaniem. Może nie takie jak ona, żeby spać przez jakieś 3 godziny, ale miotanie się z boku na bok też nie należało do top dziesięciu doświadczeń.
- W takim razie, już nie mogę się doczekać, żeby móc przeczytać raport - uśmiechnął się na moment i przez tę krótką chwilę, nie był to typowy uśmiech, ironiczny czy zaczepny, który tak często rzucał ludziom, a ten z rodzaju szczerych i prawdziwych. Rozmył się on jednak tak szybko, jak się pojawił, jakby był tylko halucynacją wywołaną przez niedobór snu.
- Skłamałbym, gdybym powiedział, że się tego nie spodziewał. Że nie robisz tego specjalnie. Gdyby ktoś wysłał mi bardzo zdenerwowaną sowę, to też nie do końca bym uwierzył - przyznał, wzruszając przy tym nieznacznie ramionami i obdarzając ją już charakterystycznym, nieco ironicznym wykrzywieniem warg. - Gorzej? - zainteresował się, znowu spoglądając na to jak wyglądała. Na rozczochrane włosy, zmęczoną twarz i bluzę. A w końcu też i na jej dłonie, który na pierwszy rzut oka wydawały się czyste. No, może nie perfekcyjnie, ale w taki sposób, kiedy ktoś próbował doprowadzić je do początku zwyczajnym starciem z nich brudu. Przy dokładnym przyjrzeniu się jednak, wcale takie nie były. Zmarszczył brwi, sięgając dłonią do jej własnej i unosząc ją lekko, by spojrzeć na jakieś zagubione ślady krwi. - Trudno wyobrazić mi sobie, że mogło być jeszcze gorzej - spojrzał jej w oczy.
Uderzyło go to, jaka była ciepła w porównaniu z nim. A jednak miał wrażenie, że ta ciepłota była tylko powierzchowna, niezdolna do przebicia się głębiej i odgonienia tego, co promieniowało zimnem gdzieś z jego wnętrza. Było to dziwne uczucie, ale nie tak jak to kryjące się gdzieś pod nim. To, które było podbite magią, która doprowadziła go tutaj tego poranka, która reagowała na to, że to była ona. Dreszcz, który przebiegł mu po plecach był zwyczajnie zaskakujący, bo do tej pory nie mieli okazji nawet stanąć obok siebie. Nie, kiedy Brenna bawiła się z nim w kotka i myszkę i w sumie przypominając sobie o tym, zmarszczył brwi z wyrzutem.
- Czemu mnie tak unikałaś? - zapytał wreszcie. Nie był fanem rozmawiania o uczuciach, ale wcale nie musieli tego robić, prawda? Nie kiedy kryła się za nimi podstępna magia, a o niej wypadało już zamienić chociaż parę słów. Spróbować wyjaśnić. Zrozumieć.


RE: [23.05.1972] Mam dość, nie mów mi nic, pozwól żyć, pozwól mi być - Brenna Longbottom - 07.09.2023

Brenna była skłonna zrzucić wszystko na Voldemorta, bo przecież oczywiste, że skoro popsuł Beltane, popsuł ognie, popsuł też w jakiś sposób rytuał. Mieszkała w tej Dolinie od lat, była niemal na każdym sabacie i nigdy to tak na nikogo nie zadziałało. Usłyszałaby o tym i chyba prędzej odgryzłaby sobie rękę niż wzięła od kogoś wianek albo uplotła własny.
– To będzie fascynująca lektura. – Trochę kpiła, a trochę mówiła poważnie. Chociaż jeżeli szło o Claudię, miał być tylko raport, a w przypadku Victorii Brenna już myślała o tym, że była skłonna podzielić się swoimi wspomnieniami. Żaden raport nie mógł oddać tego, co tam się działo. – Miałam zamiar napisać do przyjaciółek, które wzięły w tym udział, ale nie zdążyłam – mruknęła, bo to nie tak, że absolutnie go zignorowała. Zresztą i tak miała zamiar do nich napisać i spytać, czy zauważyły coś podobnego. W takich sytuacjach umysł Brenny krzyczał wręcz: więcej informacji, potrzeba więcej danych do analizy.
– Hm, przeklęto miotłę mojego brata, a ja na nią wsiadłam. I biłam się z wampirem. Wyglądałam gorzej – przyznała, chociaż normalnie pewnie by tego nie powiedziała. Może było to zmęczenie, może cholerna magia cholernych ogni, ale jakoś łatwo było wygadać mu więcej niż powinna, chociaż akurat i przeklęta miotła, i bójka z wampirem (to znaczy pierwsza z dwóch), trafiły do oficjalnych akt.
Nie próbowała zabrać ręki. Nie wzdrygnęła się nawet na chłód jego skóry, bo prawda była taka, że Brenna zwyczajnie do tego zimna przywykła. Zimnymi byli jej siostra, jej przyjaciółka, jej dowódca. Chwytała rękę Mavelle od zawsze i nie zamierzała przestała tylko dlatego, że ta nagle straciła ciepło. Było to absolutnie niewłaściwe, pozwalać mu trzymać tę dłoń, skoro jak szczerze wierzyła, był zaręczony, ale nawet o tym nie pomyślała: nie od razu przynajmniej. Ten gest, przez chwilę, zdawał się po prostu naturalny.
Ale potem Atreus zadał pytanie i przypomniał Brennie o tym i o wym. A głównie o kimś, imieniem Elaine.
Może naprawdę powinno jej ulżyć, że to magia sprawiała, że o wiele za dużo myślała o kimś, kto miał narzeczoną. W pewnym sensie trochę ulżyło, chociaż wcale nie ułatwiało całej sytuacji.
- To nie oczywiste? – zapytała, cofając wreszcie dłoń. Może nie zakładała, że było oczywiste dotąd, ale była pewna, że ogień Beltane szepce tylko do niej. I że Bulstrode nawet nie zauważy, że go unika, że na jego widok Brenna skręca w Ministerstwie w pierwszy lepszy korytarz, a do Biura Aurorów, gdzie wcześniej wbiegała prawie codziennie do Patricka/Lucy/Alastora (niepotrzebne skreślić) nie zbliżyła się ani razu. Nie wypierała się, nie miała też problemów z powiedzeniem prawdy, bo chociaż zdecydowanie nie miała za sobą nawet jednej setnej tych flirtów, co Atreus, to po prostu nie była nieśmiałą dziewczyną. – Mówiłam. Myślałam, że zgłupiałam. Bo tak, świetnie zamieniasz śmierciożerców w kamień i dobrze tańczysz, ale ja nie mam siedemnastu lat, żeby to powinno tak działać, a ty jesteś zaręczony.


RE: [23.05.1972] Mam dość, nie mów mi nic, pozwól żyć, pozwól mi być - Atreus Bulstrode - 07.09.2023

Bulstrode był bardzo zadowolony z tego, ze w kwietniu ich nic jeszcze nie łączyło. Kolejny miesiąc tej katorgi doprowadziłby go pewnie na skraj załamania nerwowego. Z resztą... już teraz był jego bliski. Zbyt bliski jak na swój gust. Jego zdaniem też, samo przeklinanie miotły i bicie się z wampirem niekoniecznie przebijało walkę z morderczą zmorą, która co zrobiła w śnie, osiągała również na jawie. Pokiwał tylko głową na jej słowa, trochę jeszcze myśląc o poprzednich. Też mógł przecież do kogoś napisać. Już nawet zaczął robić sobie listę w głowie. A może też zapytać Oriona? Może a nóż udało mu się poderwać jakąś pannę?
Przez moment stali tak i Bulstrode nawet cieszył się, że ten gest trwał. Że z jakichś powodów Brenna nie zabrała dłoni od razu. Kiedy jednak to zrobiła, swoją własną najpierw powoli zamknął, zanim opuścił całą rękę, tak by swobodnie zwisała wzdłuż ciała. Było w tym geście odrobinę odporu i może rozczarowania?
Czy to było oczywiste? Czy gdyby było, to by o to pytał? Z pewnym zniecierpliwieniem spojrzał na nią, wyraźnie domagając się nieco rozszerzonej odpowiedzi, a kiedy ją otrzymał, przez moment patrzył się na nią bez wyrazu.
- Ah-aha. No tak - w końcu zaśmiał się, chociaż w tej sytuacji nie było przecież niczego śmiesznego. - Zapomniałem o tym - oznajmił jakby nigdy nic, nawet jeśli stwierdzenie to mogło być nie na miejscu. Podrapał się w tył głowy, wciąż uśmiechnięty w ten głupi, nieco zagubiony sposób, jakby nie będąc pewnym jak inaczej mógł na to zareagować. Na oczywistość jej słów i na własną głupotę. Rozejrzał się nawet, jakby się obawiał, że ktoś może być tego świadkiem. - Cóż.. co do tego, to byłem. Byłem zaręczony, ale już nie jestem - w tym momencie poprawienie włosów chyba stało się jego ulubionym sposobem na zrobienie czegoś z rękoma bo znowu po nich przejechał po czuprynie i tam się zatrzymał, zwyczajnie łapiąc się już za głowę. - To zwyczajnie... nie miało prawa się udać. - zawyrokował też wreszcie, wzruszając ramionami. Ich związek z Elaine był dziełem przypadku i uporu. Głupiego zakładu i gdzieś przez tych parę miesięcy zwyczajnie się zeszli. Beltane zwyczajnie się do tego przyczyniło, ale Bulstrode nie miał poczucia, że upadek jego związku był następstwem tylko i wyłącznie magii święta. Na pewno to pomogło, ale... gdyby wszystko było dobrze przed nim, to wianek Elaine próbowałby wrzucić na pal, a nie ten Brenny. Spojrzał na Longbottom z jakąś obawą. Czy mogła myśleć, że to jej wina? Albo właśnie ognisk? Chciał ją zapewnić, że nie, ale w ostatniej chwili ugryzł się w język myśląc tylko, że jeśli nie myślała w ten sposób, to nie chciał jej takiej opcji podsuwać.


RE: [23.05.1972] Mam dość, nie mów mi nic, pozwól żyć, pozwól mi być - Brenna Longbottom - 07.09.2023

Brenna nie wspomniała o wpadaniu do dziur z żywymi trupami, mauzoleów z nieumarłymi i bagien z utopcami. Chociaż po nich też się wywinęła i wróciła cała i zdrowa. Atreus miał pełne prawo być wdzięczny, że kwiecień go ominął. I zły, że jednak trafił się ten maj. Sama Brenna była tym zirytowana, i to nawet nie dlatego, że czasem czuła się paskudnie przez magię ani nie tylko dlatego, że Bulstrode miał wiedzieć o wszystkich jej eskapadach: do tej pory owszem, ale teraz po prostu wiedziała, że to to wszystko, to czary, i drażniło ją, że jakaś moc mąci jej w głowie. Z drugiej stroni cieszyła się, że to jednak tylko czary, bo do tej pory pewna, że wszystko jest dziełem jej własnego umysłu, naprawdę zachowywała się coraz bardziej po wariacku.
Wsunęła dłonie do kieszeni kurtki bratka, być może z tego samego powodu, co auror szarpał sobie włosy – nie była pewna, co z nimi zrobić. Mogłaby przysiąc, że wciąż czuje jego dotyk i to nie tylko dlatego, że rękę miał cholernie zimną.
Już nie jest.
Przez ułamek sekundy Brenna nie mogła powstrzymać zdradzieckiej ulgi na tę informację, która jednak błyskawicznie zostało przytłumione przez wyrzuty sumienia. Bo tak, może i przynajmniej nie głupiała na punkcie kogoś zajętego, ale ciężko było nie uznać, że przeklęte Beltane stało się kamyczkiem, który wywołał tutaj lawinę: Atreus może nie był zajęty, ale stało się tak przez Beltaine. Chociaż nie, nie zakładała, że to jedyny powód, ale nie pomyślała wcale, że być może chodziło tylko o to, że Elaine i Atreus do siebie nie pasowali. Raczej... Cóż. W końcu nie była aż tak zaspana – bo zdecydowanie jego pojawienie się wymogło otrzeźwienie – żeby nie pomyśleć, że skoro jednak nie był z Elaine, to był z kimś innym. Czuła to w końcu, przynajmniej parę razy.
Ale może to nie zdarzyłoby się, gdyby nie pewien cholerny wianek.
Cofnęła się o krok po wilgotnej trawie.
- Przepraszam – skwitowała, całkiem szczerze, z pewnym zmęczeniem, nie wynikającym już z tego, że tak długo nie spała. Jakby nie było, to jednak ona była winna, że w ogóle wzięli ten udział. – To niczego nie zmieni, ale i tak przepraszam. Dałam ci ten wianek, bo chciałam, żebyś na moment mnie zostawił. Zobaczyłam moją kuzynkę u boku kogoś… kogo wolałabym tam nie widzieć i chciałam ją ostrzec. A potem jak wspomniałeś o tych nie działających palach, rozbawiła mnie myśl, żeby tam wejść. Nie powinnam była. Mogłam po prostu poprosić o moment.
Brenna zareagowała na obecność Rookwooda bardzo gwałtownie, bo wiedziała, że tej nocy nastąpi atak śmierciożerców i że któryś z Rookwoodów śmierciożercą jest na pewno. A oto chwilę wcześniej widziała siostrę u boku kogoś z Rookwoodów… Reakcja była przesadzona – bo po prawdzie gdyby Brenna miała obstawiać, kto u nich jest śmierciożercą, nie postawiłaby na Ulyssesa, który zdawał się po prostu… nazbyt uporządkowany, aby brać udział w torturach na mugolach – ale kiedy oczekujesz wpadnięcia na imprezę tłumu morderców, rzadko jesteś skłonny do dbania o wystawianie ocen indywidualnych. Najgorsze było jednak to, że w ostatecznym rozrachunku wcale nie żałowała: jeżeli przypadkiem powstrzymała Dani przed daniem mu wianka, to już wolała męczyć się sama niż by tych dwoje było związanych więzią. Nie z niechęci do Ulyssesa. Z prostego powodu. Gdyby to Ulysses pojawił się tak przed domem jak Atreus, ściągnięty magią, i wpadł na Charliego… mógłby go rozpoznać. I komuś wspomnieć, nawet jeżeli sam nie był śmierciożercą.
Tyle że bardzo nie chciała zepsuć komukolwiek związku.
Omal nie zaproponowała, że pogada z Elaine, ale to pewnie tylko pogorszyłoby sprawę. Co miałaby powiedzieć? „Cześć, do zerwania doszło przez wypaczenie pradawnej magii sabatu, ale daj nam miesiąc albo lepiej dwa, na pewno coś na to poradzimy”?
– Poszukam informacji. Może spytam Sebastiana, skoro to rytuał jego rodziny, to do licha, powinni wiedzieć, że coś jest nie tak. Tylko chyba nie dziś, bo… – Wyciągnęła rękę z kieszeni i zerknęła na własny zegarek: stary, którego nie była pierwszą właścicielką. - …za trzy godziny powinnam być w pracy, a jutro muszę sprawdzić, czy w moim domu dalej siedzą widma – skwitowała. W pracy spodziewała się armagedonu, co nie było nadzwyczajne po Beltane. Zwłaszcza, że mieli świeżą sprawę morderstwa, a i te wszystkie potwory nawiedzające Knieję.


RE: [23.05.1972] Mam dość, nie mów mi nic, pozwól żyć, pozwól mi być - Atreus Bulstrode - 07.09.2023

- Nie masz za co przepraszać - stwierdził, wyplatając dłoń z włosów i przejeżdżając nią sobie po twarzy, wyraźnie coraz bardziej zmęczony. Emocje opadły, a przynajmniej były tak intensywne jak wcześniej, nie wspominając już o tym, że to przeklęte uczucie w żołądku zniknęło bezpowrotnie, jakby go nigdy wcześniej nie było. Przez to robił się wyraźnie znużony - słońce teraz nie przedzierało się nieśmiało przez mgłę zza horyzontu, a rozsiewało dookoła ostre promienie poranka i do Atreusa wracała w gruncie rzeczy nieprzespana noc. - Dałeś mi wianek, ale go przyjąłem... - zauważył, jakby chcąc jej wytknąć, że do tego wszystkiego co się teraz działo, potrzeba było jednak dwojga. Że jakkolwiek sprytna nie próbowała wtedy być, jakiegokolwiek powodu wtedy nie miała, to on odpowiedział na to w taki, a nie inny sposób. - A potem pozwoliłem ci się wspiąć na pal, nawet jeśli teoretycznie nie było ku temu najmniejszego powodu - pokręcił głową. Mogli się w sumie oboje tutaj biczować. W sumie niecodzienny moment, żeby Bulstrode z całą świadomością nie próbował wyprzeć się swojego udziału i zwalić większość, jak nie całą winę na kogoś innego. Ale coś mu nie pozwalało; może wspomniane zmęczenie, może magia ognisk, a może coś bardziej szczerego, czego nie był w stanie do końca pochwycić i nazwać.
- Możesz spróbować. Też popytam. Skoro możesz szukać informacji u swoich koleżanek, to równie dobrze mógłbym się zainteresować swoimi przyjaciółmi. Będziemy mieć dzięki temu większą bazę - wzruszył ramionami. Skoro już mieli się dowiadywać co było na rzeczy i czy na każdego działało to tak samo, to większa ilość przepytanych powinna im tylko pomóc. Mimowolnie spojrzał na zegarek, który znajdował się na jej dłoni, podchwytując godzinę. Trzy godziny. Cudownie. - Nie śpiesz się... - nie śpiesz się z szukaniem informacji, a może nie śpiesz się teraz z ucieczką do domu? Rozsądek podpowiadał mu, że sam powinien wrócić do łóżka i to najlepiej swojego, żeby przespać chociaż te trzy wspomniane godziny. Inna jego część jednak zwyczajnie żałowała, że był to koniec tego krótkiego momentu tylko między nimi. Cofnął się o krok, zupełnie jak ona, ale zanim zrobił następny zawahał się.
- Wiesz... jeśli miałabyś znowu próbować się zabić... Możesz dać znać. Jeśli jakaś z twoich koleżanek, próbująca tego samego w tym samym czasie miałaby fale - popukał się w skroń. - Mógłbym wam pomóc. Lepsze to, niż skręcanie się w środku nocy bez możliwości zaśnięcia, wierz mi. - uśmiechnął się do niej krótko, a potem jeszcze dodał nieco ciszej. - I proszę, nie daj się zabić - te słowa dla niego samego brzmiały dziwnie nienaturalnie. Ze zbytnią wręcz troską, której zwykle unikał w kontaktach z kimkolwiek, a jeśli już się do niej uciekał, zwykle była okraszona humorem lub typowym uśmiechem. Teraz jednak był poważny i tak cholernie zmęczony. Cofnął się jeszcze parę kroków tyłem, a potem odwrócił i ruszył przez trawnik. - Śpij dobrze Longbottom i do zobaczenia w biurze - machnął ręką na pożegnanie, nie patrząc już na nią, a potem się teleportował.

Postać opuszcza sesję



RE: [23.05.1972] Mam dość, nie mów mi nic, pozwól żyć, pozwól mi być - Brenna Longbottom - 07.09.2023

– Jasne. I nie martw się, nie powiem, że chodzi o ciebie – zapewniła. O tak, miała zamiar wysłać dużo, dużo listów. Starając się, aby były ujęte w taki sposób, że nie wzbudzą specjalnego podejrzenia, bo raczej żadne z nich nie życzyło sobie plotek. On na temat siebie i jej, a ona czegokolwiek, co mogłoby – o zgrozo – dotrzeć do uszu jej matki. Albo brata. Sama nie była pewna, co byłoby bardziej problematyczne, zważywszy na to, że matki bała się mocniej, ale Erik już rzucał w jej stronę różne pogróżki.
Nie skomentowała słów o tym, żeby się nie spieszyła. Bo wcale nie chciała się spieszyć, a że Brenna miała w zwyczaju działać jak błyskawica, już sam fakt niechęci do tego pośpiechu oznaczał, że powinna brać się do roboty natychmiast. Może by to nawet zrobiła, ale była po prostu zbyt zmęczona. Tak czy inaczej, i tak musiało to wszystko zająć – w jej głowie zawirowały kolejne punkty do odhaczenia, jak dużo listów, Macmillanowie, Departament Tajemnic – ale chwilowo odstawiła je na bok, bo musiała przespać przynajmniej dwie godziny, inaczej nawet dożylne podanie kofeiny nie postawi ją w pracy w tryb pełnej gotowości.
– Zazwyczaj to coś pracowego albo absolutnie nieplanowanego – powiedziała, uśmiechając się mimowolnie. Nie, nie było mowy, żeby wciągała Atreusa w coś niebezpiecznego. Żeby ona też się zamartwiała? I może nie mogła go dalej unikać – to byłoby teraz podwójnie dziecinne, skoro wiedziała już, że wcale nie opiła się przeterminowaną amortencją – ale to nie oznaczało, że szukanie jego towarzystwa byłoby fair. – Jak: wracam z pracy i w progu domu dostaję wyjca od Casa, że mam natychmiast przyjść do jego gabinetu, i gdy tam wpadam, wszędzie jest pełno krwi, a potem coś wybucha nam w twarze – wyjaśniła. Poza tym jeżeli postawiłoby się ją przed dziesięcioma drogami, na dziewięciu czekałyby pluszowe misie, a na dziesiątej morderca, jakimś cudem na pewno wybrałaby tę dziesiątą. – Ale mam wprawę w przeżywaniu – rzuciła. Nie do końca szczerze. Bo Brenna od dawna wierzyła, że nie dożyje starości: a od początku wojny była tego pewna. To przekonanie przylgnęło do niej tak mocno, że stanowiło część jej jestestwa, ale nie mówiła o nim nikomu, bo wiedziała, że mogłaby zmartwić tym zbyt wiele osób.
Stała jeszcze przez moment na trawniku, gdy odchodził. Choć zanim się teleportował…
– Hej, Bulstrode! – zawołała jeszcze za nim. – Naprawdę zdezynfekuj te kajdanki! – rzuciła z pewnym rozbawieniem, po czym skierowała się w stronę domu.
Spanie, praca, a potem listy.
Dużo, dużo listów.
I dopadnięcie skrzatki, którą to wszystko na pewno obudziło, ze stanowczym zakazem wspominania o tym komukolwiek.

Koniec sesji