Secrets of London
[01.07.1972] Zielarskie pogotowie ratunkowe - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Dolina Godryka (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=23)
+--- Wątek: [01.07.1972] Zielarskie pogotowie ratunkowe (/showthread.php?tid=2122)

Strony: 1 2


RE: [01.07.1972] Zielarskie pogotowie ratunkowe - Dora Crawford - 08.12.2023

Ktoś mógłby jej i milion razy powtarzać, że Jamesem nie było się co przejmować, bo on już taki był i w ogóle taka jego uroda, ale wydawało się trochę, że Dorze to wlatywało jednym uchem i drugim zaraz wylatywało, pozostawiając w głowie tylko zmartwienia o jego stan zdrowia. Podobnie było z każdym innym w jej otoczeniu, którym działa się krzywda, albo wyglądali jakby coś im się stać mogło. Wtedy musiała odbębnić swoją dolę w postaci umartwiania, bo jak było dobrze wiadomo - ojojane miejsca bolały mniej.
Jeśli miała za swoje zaangażowanie i zmartwienia otrzymać łatkę mamy (a przecież każda grupa potrzebowała postaci mamy, żeby ktoś dbał o to, żeby wszyscy chodzili nawodnieni, nakarmieni i zadowoleni), to była gotowa na takie poświęcenie. Niemniej jednak, kiedy już go sobie obejrzała i utwierdziła się w przekonaniu, że faktycznie nic mu nie było, a James postanowił zachwiać pewnością Longbottoma, zachichotała cicho na jego zagrywkę. Potem poklepała go po plecach, dając mu znać żeby się ruszył za nią w stronę reszty i porozkładanych stosów roślin.
- Nie martw się - zapewniła go tonem tak szczerym, jakby faktycznie tylko samymi słowami miała przegnać wszelkie zmartwienia. - To prawie tak samo jak trzymanie miotły do Quidditcha. - uśmiechnęła się nawet, całkiem zadowolona z tego że wpadła na to porównanie, ale dość szybko zrzedła jej mina. - Ale na odwrót.
Bo w sumie to w pewnym momencie sobie uświadomiła, że Potter to miotłę trzymał, owszem, ale nie w sensie sprzątania domu. Potem przyszło jej do głowy, że nie ma problemu, James sobie może tę łopatę zakląć przecież, żeby sama kopała te grządki, ale wtedy znowu - nagle doznała olśnienia, że zakląć to sobie mógł co najwyżej pod nosem, bo był nieletni i czarować nie mógł.
Złapała za wolne grabie, sugerując się tym, co wcześniej mówiła Alice, i decydując się przydzielić Potterowi pracę nad nimi. Może mu łatwiej będzie, biorąc pod uwagę, że w nic nie będzie musiał się wbijać i przerzucać kopczyków ziemi, a jedynie ładnie to wszystko zaczesać. Stanąwszy też koło reszty, złapała za drążek, ustawiając grabie w pozycji bojowej.
- Patrz - zwróciła się do Pottera, bo nawet jeśli sama ta czynność całej reszcie mogła wydawać się absurdalnie wręcz prosta, ona podchodziła do jego deklaracji niewiedzy całkiem poważnie i już śpieszyła z pomocą. Przejechała zębami po kawałku ziemi, prezentując cały proces, a potem podała narzędzie Jamesowi. - I tyle. Trzeba będzie po prostu wszystko ładnie wyrównać, jak wszystko zostanie wybrane i wykopane - wyjaśniła jeszcze, posyłając mu zachęcający uśmiech.


RE: [01.07.1972] Zielarskie pogotowie ratunkowe - Frank Longbottom - 09.12.2023

Zrobiłem wielkie oczy, kiedy okazało się, że jednak ktoś dosłyszał mój komentarz na temat lądowania Jamesa. Właściwie, to sam zainteresowany i mnie kompletnie zatkało, zamurowało, bo nie sądziłem, że faktycznie mógł sobie coś zrobić. Zlekceważyłem to i teraz wychodziłem nie dość, że na kiepskiego przyjaciela, to jeszcze bezdusznego. Chciałem zaproponować, że może pójdę po jakieś ziółka albo coś... przeciwbólowe, ale chyba jednak nic go nie bolało, tylko zajrzał w oczy śmierci...? Nie byłem pewien, ale serce zabiło mi szybciej i zrobiło mi się tak nieprzyjemnie duszno.
Dodatkowo bardziej, kiedy podszedł do mnie ten supersilny i supersuper wujek Alice. Nie mogłem się z nim w żadnym stopniu równać, ale przynajmniej trochę chciałem wyjść na mężnego.
- Ja dam radę. Dopiero zacząłem... - odparłem do Otto, nie chcąc dać po sobie znać, że mnie to trochę przerastało, szczególnie że mnie tu Alice dopingowała do pracy. Ciocia Brenna nie byłaby zadowolona, gdyby zobaczyła, w jakim stanie po tym roku szkolnym były moje ramiona, kompletnie nieprzydatne do szermierki. Zaniedbałem ćwiczenia, ale w Hogwarcie miałem inne rzeczy na głowie, dużo różnych rzeczy. Ale za to podpatrzyłem cwanie metody wujka Alice na kopanie, więc może dalsza część mojej utarczki wcale nie miała być aż tak ciężka jak mi się wydawała...? Niestety, mimo wszystko panu Abbottowi szło to sprawniej - wcale mnie to nie dziwiło, bo Alice ciągle o nim opowiadała, więc w końcu zdecydowałem się zostawić tę szpadę, wbitą z boku w ziemię, a sam rozejrzałem się wokół i w sumie postanowiłem zająć się roślinami, skoro Alice miała grabić z Jamesem...? Tymi roślinami, co Dora je sortowała wcześniej, co się nadawało, a co nie i aż mi się przypomniał ten przykry obrazek, który zobaczyłem, kiedy zszedłem nie tak dawno temu na dół. Straszny obrazek. Wstrętne psy. Od dziś nie przepadałem za psami.
- Pan Abbott, to nam cały ogródek zrobi na piękny na jednym wdechu - stwierdziłem, obserwując jego zorganizowaną, jednostajną pracę. Jakby... miał to we krwi? Stanąłem na chwilę obok Alice, ale zaraz postanowiłem stąd umknąć, żeby nie uznała, że ja jednak zamierzałem się migać od pracy. - Zajmę się zniszczonymi roślinami - wyjaśniłem tylko, czmychając stąd jak najdalej. Wygłupiałem się raz za razem, tracąc rezon. Głupio tak.
Uklęknąłem przed koszami, wpatrując się w nie. Układałem sobie w głowie, co i jak, ale też się chwilę zamyśliłem. Kusiło mnie by spojrzeć kątem oka na Alice żeby zobaczyć jak pracuje, ale zbiłem w sobie tę usilną potrzebę.


RE: [01.07.1972] Zielarskie pogotowie ratunkowe - Otto Abbott - 28.12.2023

Roboty może i było dużo ale młodzieży też nie należało za bardzo przemęczać. Ich zadaniem było przecież się uczyć, wytężać swoje mózgi do tego, aby myślały i pracowały - to oni byli przyszłością ich społeczności. Machanie łopatami mogli zostawić osobom, które robiły to od zawsze i były do tego przyzwyczajone, jak na przykład sam Otto.

- Oj, Perełko droga. Jeno wiesz, że ja dla Ciebie to bym przekopał sam to wszystko. Po prostu się martwię, a nie chciałbym, aby Twój... - przeniósł wzrok z łopaty na Franka, chcąc niejako powiedzieć "kawaler", jednak ugryzł się w język - Przyjaciel zrobił sobie jakąś krzywdę czy tam nadwyrężył plecy. Już wystarczy, że drugi młodzieniec prawie wylądował na ścianie. Jedna prawie tragedia to i tak za dużo - skwitował, wracając zaraz do dalszego machania narzędziem. Raz za razem i zaraz będzie gotowe.

Dla Abbotta to była bułka z masłem. Może nawet swego rodzaju odstresowanie od dnia codziennego? Niejako przyjemność? - A waćpanna to nie myślała, aby tu jakiś płot większy postawić? Co by jeno żodyn tu już nie wskoczył i nie rozorał poletka? - zapytał Dory, robiąc sobie chwilową przerwę na zaciagnięcie się fajką - Bo jakby się panna zdecydowała, to pomóc też możemy. W drwię to od dziecka robię... Ale wtedy to trzeba się kontaktować z Józią albo naszą kurką małą, bo ja sam nie bardzo czytać potrafię, więc mógłbym nie zrozumieć intencji, które by były za takim listem. Teraz kiedy Alice wróciła to tak jakby moje oczy wróciły, więc dużo prościej mi - przyznał zgodnie z prawdą. Nie potrafił czytać, ani pisać i wcale się z tym nie krył, bo mówił prawdę - zawsze i wszędzie.

- To bardzo dobry pomysł - odparł na słowa Franka, którego może powinien już nazywać zięciem? Może jednak powinien się wstrzymać i poczekać z planowaniem ślubu, chociaż do czasu, aż ukończą swoją edukację w Hogwarcie? Tak chyba było najrozsądniej.

Dobrze było wiedzieć, że waćpanna Dora to była prawdziwa mistrzyni w swoich fachu, która mogła sprawować pieczę nad młodzieżą, niejako nauczyć ich trochę fachu w rękach, który mógłby im się przydać w szkole, bo chyba mieli tam jakieś zielarstwo? A może to już się wydawało Abbottowi? Nie był pewien w tym momencie, chociaż miał prześwity, że Alice mu coś takiego wspominała.




RE: [01.07.1972] Zielarskie pogotowie ratunkowe - Alice Greengrass - 04.01.2024

Wyjaśnienie wujaszka było jak najbardziej słuszne. Wiedziała, że przekopywanie utwardzonej ziemi bywało trudne, a nie chciała, aby też Frank sobie coś naderwał, czy przesilił i musiał pół wakacji spędzić poturbowany z jakimś temblakiem. Pokiwała więc energicznie głową. Wolała zdecydowanie, aby Frank był zdrowy i dał się wyciągać na jakieś wielkie, epickie eskapady po lasach i innych miejscach, które niekoniecznie miały być dla nich bezpieczne.

Gdy Dora zaczęła pokazywać Potterowi jak obsługiwać grabie zachichotała cicho. Wspomnienie miotły do Quidditcha oraz doprecyzowanie przez nią, że to w sumie jednak na odwrót było dla niej zabawne, ale w jej oczach można było zobaczyć podziw, że dziewczyna miała tyle cierpliwości do tłumaczenia jak pracować w ogródku.

– Dasz radę Jimi – odparła Alice i złapała za drugie grabie kiwając przy tym do Franka, że nie ma problemu. Ruszyła za wujkiem z grabiami zgarniając przekopane zielsko i chwasty do jakiegoś pojemnika. Czuła jak po chwili na jej czole pojawiają się kropelki potu i jedynie wierzchem dłoni je zgarniała. – Dora, masz coś do picia? – zapytała w końcu odstawiając na bok grabie. – Może z Frankiem przyniesiemy zimnej wody albo lemoniady, co? – zaproponowała zerkając na swojego przyjaciela. – James może nam pomóc jakby co – nie chciała ujmować chłopakom na honorze, ale podejrzewała, że oni również mogli być zmęczeni, więc byłaby to idealna okazja do tego, aby na chwilę usadzić pupy na jakimś krześle w zimnym pomieszczeniu.




RE: [01.07.1972] Zielarskie pogotowie ratunkowe - Eutierria - 18.08.2024

Menodora była dziwna. Dziwna, ale nie w sposób, który czynił ją kimś odrzucającym. Gdyby miał ująć to innymi słowami... powiedziałby, że Menodora była ciepła. Było w jej trosce i chichotaniu coś absolutnie niewinnego, czego jako młody chłopak nie potrafił opisać - za to bardzo wyraźnie na to zareagował - jego delikatny rumieniec przestał być taki delikatny i jeszcze raz, panicznie poprawił te nieszczęsne, przekrzywione okulary.

Tak naprawdę to nie były już przekrzywione, tylko bardzo, ale to bardzo musiał zrobić coś z rękoma, żeby nie wyglądać niezręcznie.

- Nooo, pewnie byłoby szybciej, gdyby na tej łopacie dało się lecieć i w ten sposób orać grządki. - I tak szczerze to wcale nie było takie głupie - no bo wyobraźcie to sobie - miotła, na której lecisz, co ma na dole zamontowany taki mechanizm... By się go zasilało translokacyjnie albo pedałując i on by za człowieka wykonywał całą pracę. Pozostawało jedynie dobrze wznieść się w powietrze, wycelować, nie chcieć nastraszyć Franka.

Menodory by nie chciał nastraszyć.

- Ja... coż. Okej.

Pozostawało mu zaakceptować tę instrukcję.

Kiedy się zabrał za tę robotę, nawet po wskazaniu mu co gdzie i jak ma robić, bycie chłopakiem z miasta, z bogatej rodziny, wciąż wybijało się ponad szczere chęci, ale faktycznie pracował. I nie chciał iść na żadną lemoniadę. Tak, był rozpieszczony. I naprawdę niewiele miał okazji do pracy w ogrodzie, bo przecież w mieszkaniu, w którym mieszkał z rodzicami i Penelopą nie było nawet tarasu ani balkonu. Ale kopał, kopał i kopał. Dlaczego tak bardzo mu na tym zależało? To wie pewnie tylko Pani Księżyca. Po prostu czuł, że musiał to zrobić.

A kiedy to wszystko zmierzało ku domknięciu, chwycił wreszcie szklankę z piciem, które wyżłopał o wiele szybciej, niż powinien i kaszlnął. Zakrywając usta rękawem, żeby przypadkiem nie opluć Menodory, coś... zauważył. Zacisnął usta w wąską linię i zmrużył oczy. Nic nie mówiąc, podszedł do kępy trawy i kucnął przy niej.

- Heej - powiedział uniesionym głosem, ale nie krzyczał. Zachęcił dziewczynę do podejścia ręką. - Znalazłem norę. Co to jest, jakieś myszy? - Jasnym stało się, że jeżeli nikt go teraz nie powstrzyma, to wsadzi tam rękę.


RE: [01.07.1972] Zielarskie pogotowie ratunkowe - Dora Crawford - 06.10.2024

Parę razy już w życiu usłyszała że była dziwna. Nawet bardzo dziwna. Ale niektórzy te dziwność doceniali, więc w pewnym momencie przestała się tym przejmować. Za bardzo też była zajęta siedzeniem z nosem w ziemi, żeby na dłuższą metę nad tym dywagować.

Wszyscy zajęli się swoją robotą i przy swojej Dora często zerkała w stronę młodego Pottera, żeby się upewnić że wszystko mu sprawnie idzie. Ale machał tą łopatą prawie jak profesjonalista (a jego wcześniejszy pomysł z tym lataniem na miotle to był w sumie fenomenalny, ale Dora nie chciała tego zbytnio pokazywać, żeby przypadkiem nie próbował tu i teraz tej miotły odpowiednio zaklinać i dosiadać).

Podzieliła sobie wszystko, oczyściła, poukładała w rządki, a potem została wezwana do inspekcji. Podniosła się więc, otrzepała spódnicę i w sumie do głowy jej nie przyszło żeby się trochę pośpieszyć, dlatego zanim zdążyła zapobiec nieszczęściu to James zrobił dokładnie to na co miał ochotę - wsadził rękę w dziurę.

I coś go chapsnęło.

Dora podskoczyła. Najpierw w miejscu, bo się nie spodziewała, kiedy ręka Pottera błyskawicznie z tej dziury wystrzeliła z powrotem na światło dzienne, a potem doskoczyła do niego cała zaaferowana.
- O nie, nie. Palec cały? - był cały, ale dziurawy, bo cokolwiek w tej dziurze się kryło miało ostre zęby i było bardzo niezadowolone że ktokolwiek mu tam grzebał. Ale mimo pewnej nerwowości, Crawley była też niezwykle delikatna kiedy złapała chłopaka za rękę. To się nazywało 'lata praktyki', bo nawet jeśli ostatni raz była w Mungu z rok temu, kiedy Stanley Borgin zmusił ją do opuszczenia szpitala, to pewne nawyki zostały z nią na zawsze. - Trzeba to opatrzeć! - rzuciła szybko i rzeczowo, a potem pociągnęła go za sobą w kierunku warowni. Resztę pracy pozostali musieli zrobić sami, bo nie było dobrego opatrywania bez kubka herbaty, którą kazała mu wręcz wypić, żeby nie było mu zanadto smutno.

Koniec sesji