![]() |
|
[11.06.1972] Potrzebujemy cię w naszym składzie. - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Ulica Śmiertelnego Nokturnu (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=21) +--- Wątek: [11.06.1972] Potrzebujemy cię w naszym składzie. (/showthread.php?tid=2158) Strony:
1
2
|
RE: [11.06.1972] Potrzebujemy cię w naszym składzie. - Maeve Chang - 28.11.2023 Uśmiechnęła się z satysfakcją przelotnie, jedynie uniosła wargi na moment; tylko ktoś niespełna rozumu wybrałby drogę wojny w takim położeniu. Co prawda nie śmiała podejrzewać Leo o pełną klarowność umysłu, bo ani się takową nie wykazał, ani nie znała nikogo, na kim Nokturn nie odcisnął jakiegoś piętna. Niemniej cieszyło ją, że gdzieś tam dosłyszał głos rozsądku i zdecydował, że urywanie swojego życiorysu w mieszkaniu Eldirra to nieoptymalna opcja. - Nie zapędzaj się - skwitowała, kiedy oświadczył, że woli być przyjacielem. Na takie określenia trzeba sobie zapracować, Maeve byle kogo nie trzymała blisko, a przed jeszcze mniejszą liczbą osób obnażała swoje karty. Co prawda jej matka miała zgoła odmienną opinię na ten temat, ale to już konflikt pokoleń, wizji dotyczących świata. Puściła rękę O'Dwyera bez zbędnej delikatności, po czym odsunęła się o krok do tyłu, nie mając zamiaru już dźgać go różdżką w trzewia. Wybrał poprawną opcję dialogową, więc nie miała powodu go dłużej maltretować. Niczego więcej nie chciała od niego po prawdzie, bo i też Sauriel więcej sobie nie zażyczył - miała jedynie przekabacić lekarzynę na ich stronę, co chyba zadziałało, bo nie podejrzewała go o aż tak dobrą szaradę. Nie miała zamiaru tego mówić na głos, bo i sama myśl o tym wywracała jej flakami, ale - o zgrozo - Leo dobrze z oczu patrzyło. - Słuchaj, nie zrozum mnie źle, to nic personalnego - zaczęła, choć prawdę powiedziawszy było w tym sporo personalnych animozji w tym momencie - Ale wolałabym zjeść własną stopę, niż całować się z facetem. Nawet jako facet - wyjaśniła z pełną powagą na twarzy, po czym na moment musiała podjąć walkę z narastającym odruchem wymiotnym, bo cała scenka rodzajowa zaproponowana przez animaga wymalowała jej się przed oczyma i zmusiła śniadanie do przywitania się. Przełknęła głośno ślinę i na moment przycisnęła zaciśniętą w pięść dłoń do ust. Chwilowa niestrawność, po chwili przywołała się do porządku. - Choinkę to może na Yule, słońce. - Była pod pewnym wrażeniem, że jednocześnie wziął głupi frazeologizm ludowy na poważnie, a także pamiętał o nim ciągle, będąc gotowy do spełnienia życzeń. Nie miała mu zamiaru stawać na drodze, skoro chciał, to niech załatwia, tylko może nieco później. Po cholerę im choinka w środku lata? - Jeśli chodzi o resztę twoich usług, i tu mam na myśli leczenie, nie transformację w sierściucha - będziemy w kontakcie. Spodziewaj się wieści ode mnie, albo od Rookwooda... - urwała, żeby się zastanowić, bo finalnie nie wiedziała, kto z nich wszystkich Leo będzie chciał ścigać, a gość zdawał się brać wszystkie polecenia rzucone ku niemu dosłownie. - Albo w sumie, cholera wie od kogo. W każdym razie, na pewno będziesz wiedział, o co chodzi - oświadczyła, uznając, że takie podejście będzie najlepsze. Jak to mawiał Stachu - kto ma wiedzieć, ten wie. Jeśli Leo się nie połapie, o co w tym wszystkim chodzi, to może i na dobre im wyjdzie, przynajmniej nie będą marnować na gałgana czasu. - Dobra, to skoro uprzejmości i interesy mamy za sobą, to ja się będę już zawijać. Miło było poznać, i tak dalej... Chyba że masz jeszcze jakieś pytania? - Zapytała jeszcze na szybko, zbliżając się do uchylonego okna, aby je zamknąć. Zaraz po ewentualnych pytaniach Leo miała zamiar przemienić się z powrotem w Elddira, zabrać jego podręczne notatki i wyjść jak weszła - frontowymi drzwiami. W końcu nikt jeszcze oprócz zamieszanych nie wiedział, że Tom nie żyje, więc ciągnięcie tej szopki było nad wyraz pożądane. Jeszcze przecież mógł im się przydać. RE: [11.06.1972] Potrzebujemy cię w naszym składzie. - Leo O'Dwyer - 02.12.2023 Pewnie bym się zauroczył totalnie, słysząc od Mewki komplementy, że mi tak dobrze z oczek patrzyło... Ale nie usłyszałem, ale też nie potrzebowałem komplementów żeby cieszyć się jak głupi. Wystarczyło chociażby to, że już nie wbijała mi się różdżką w żebra, choć musiałem przyznać, że mnie to kręciło. Aby szkoda, że jej nie. Tak myślę, a mistrzem przecież dedukcji byłem jak mało kto, że Mewka chyba wolała kobiety, więc... Uśmiechnąłem się do niej porozumiewawczo, że niby kumam czaczę, że rozumiem i że ja też wolę kobiety, ale też mężczyzn i w sumie wszystko po drodze, ale właściwie tylko kiwałem głową i mrugałem, to jeden czort wiedział tak naprawdę, co miałem w głowie. Tym czortem byłem właśnie ja i wszelcy legilimenci, którzy skazaliby się na zaglądanie do mojego umysłu. Taki umysł to miał własny arsenał obronny. Nie potrzebował silnej woli, hehe. - A może założę perukę i pomaluję usta na wiśniowy kolor, hę? - zaproponowałem tak nawet dla siebie znienacka, mając jednak jakiś skromny cień nadziei, że Maeve może spełnić moje marzenie, ale jakoś szczególnie to też w to nie wierzyłem. Postanowiłem pozostawić realizację tego pomysłu na lepsze czasy naszej przyjaźni, kiedy - kto wie - może będę umierał, a ona będzie mi robiła usta-usta, a żebym miał wolę życia, to zamieni się w Leoleoleo i będzie mnie megamedykować, bo to przecież Leoleoleo jest tu magomedykiem... Jeszcze stażystą, ale kto wie, co przyniesie zachód słońca? - Dobra, dobra. To na Yule masz choinkę, a nic więcej nie potrzebuję w sumie od ciebie, aby... Rozumiem, że z tymi zarobkami to tak na serio, bo bywam fundacją charytatywną, ale krowa za darmo mleka nie daje, no nie? - zauważyłem, chcąc jedynie potwierdzić, że mi nie mamiła oczków mamidłami, a serio gdzieś dolary, funty i galeony unosiły się w powietrzu i czekały na schwytanie w tej spółce z ograniczoną odpowiedzialną albo spółce ZOO, bo mewki i kotki, hehe. Wiecie, spółka domowe albo dzikie zoo, jakie wolicie. - I o mnie nie zapomnijcie... Nie przepadam się nudzić - przyznałem, wzruszając ramionami. Ruszyłem do kanapy by zabrać swoją różdżkę, bo chyba wpierdol już mieliśmy za sobą. Chciałem się przemienić w kota, skoro miałem zmykać, ale w sumie... mi się przypomniało o tej alergii. Gorzej, kiedy następnym razem o tym zapomnę. Tak jak o tym zapominałem, że mój współlokator był ślepy. Ostatnio zmarnowałem przez to pół butelki mleka. Bolało. RE: [11.06.1972] Potrzebujemy cię w naszym składzie. - Maeve Chang - 11.12.2023 Leo nie pomagał swojemu rodzajowi. Naprawdę nie działał na korzyść mężczyzn, raczej na szkodę, bo tym brakiem zrozumienia dość oczywistej odmowy tylko utwierdzał Mewę w przekonaniu, że mama to miała rację i faceci są zwyczajnie upośledzeni. - Wtedy będziesz chłopem przebranym za babę, a nie kobietą - wyjaśniła w miarę grzecznie, acz dosadnie, starając się ze wszystkich sił nie wywrócić oczyma zamaszyście. Rozumiała, że mógł mierzyć ludzi swoją miarą, Maeve miała wrażenie, że u chłopów zachowanie to było nagminne, ale to wcale nie znaczyło, że ona też będzie się zadowalała podróbkami i byle kim. Jasne, istnieje powedzenie potwór nie potwór, ważne, że ma otwór, ale Chang naprawdę nie była aż tak zdesperowana. - Oczywiście, że na serio. Tutaj na Nokturnie wszyscy jesteśmy śmiertelnie poważni - odparła z ręką na sercu, choć cokolwiek co wychodziło z jej ust nigdy nie brzmiało wiarygodnie. Taka już była, w swej oryginalnej formie nie budziła w człowieku zaufania, miała zbyt wiele buty w spojrzeniu i lekceważenia wypisanego na twarzy. Niemniej nie kłamała; jeśli będzie wypełniał wyznaczone mu zadania poprawnie, to otrzyma adekwatną zapłatę. Organizację tego zostawiała już jednak Saurielowi, bo ona tutaj robiła tylko za rekrutera, szefem był ktoś bardziej oddany sprawie. Kiedy polecił, by o nim nie zapominać, Mewa roześmiała się serdecznie. Po pomieszczeniu poniósł się ten rodzaj śmiechu, którym obdarza się przeurocze dzieci w wieku przedszkolnym, które powiedzą coś kochanie głupiego. - Wierz mi bądź nie, Leo O'Dwyer, ciebie nie da się zapomnieć - wyznała z enigmatycznym uśmiechem, opierając się jeszcze na moment o zamknięte drzwi wejściowe. Ciężko było wyczytać, czy naprawdę był to komplement szczery, czy raczej bezczelny. Mewa była pewna, że o nim nie zapomni, nawet gdyby chciała. Był tym rodzajem osoby, który tak właził ci za skórę, że nie dało się go wymyć żadnym specyfikiem. Tak naciskał na odcisk, że ciągle o sobie dawał znać. Nie wiedziała, czy Leo o taki rodzaj zapamiętliwości własnej osoby chodziło, ale swój cel osiągnął. - Do zobaczenia - rzuciła, po czym pomachała mu samymi palcami jeszcze, odruchowo puszczając oczko. Po chwili ją zaczęło piec fantomowo, alergicznie-ostrzegawczo, że w kierunku faceta tak zrobiła. Naprędce więc wcisnęła notatnik z bezeceństwami Elddira za pazuchę przydużej marynarki i przemieniła się z powrotem w Pana Zagadkę. Wtedy nacisnęła klamkę, wyszła na klatkę i zamknęła drzwi za sobą. Za moment znowu je otworzyła i włożyła głowę Elddira z powrotem do mieszkania. - Tylko nic stąd nie kradnij - ostrzegła na pożegnanie, bo sama miała potem zamiar z którymś z chłopaków (albo może z Lorraine?) opucować to mieszkanie z wszystkiego, co im się może przydać. Nie chciała, żeby Leo tu wsio porozwalał. Po tych słowach zamknęła znowu drzwi, lecz tym razem przekręciła również klucz w zamku. Skoro Leo wszedł oknem, to niech i oknem wychodzi. Koniec sesji
|