Secrets of London
[1.08.1972] Blue Boy | Laurent & Kayden - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Ulica Pokątna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=19)
+--- Wątek: [1.08.1972] Blue Boy | Laurent & Kayden (/showthread.php?tid=2610)

Strony: 1 2 3


RE: [1.08.1972] Blue Boy | Laurent & Kayden - Laurent Prewett - 03.02.2024

Kayden był jak morze, a morzu nie można było ufać. Jednocześnie kto jak kto, ale Laurent morzu ufał bardziej niż ziemi, po której chodził. Kayden... Czy on ufał temu człowiekowi? Chciał ufać. Ufał mu wcześniej, był zaślepiony miłością i przecież dalej miał ten srebrzysty pył na powiekach, kiedy teraz na niego patrzył. Kiedy chciał zostać przez niego złapany z całą siłą tych dłoni, kiedy chciał jego dłoni na swoim gardle, kiedy chciał znaleźć się pomiędzy jego nogami na podłodze. Teraz, kiedy chciał jego delikatności jak płatków stokrotek, kiedy w ogóle nie chciał, żeby go dotykał, bo chciał być tą czystą świętością chociaż dla jednego człowieka. A gdyby już został dotknięty to czy stałby się brudny? Czy Kayden naprawdę by się znudził? Znał takie przypadki, widział je nie raz. Zaliczone - więc do wyrzucenia. Nie, to nie teraz, to nie dzisiaj tego chciał. Dzisiaj miał to złamane serce i obserwował zmienne, wzburzone morze w postaci Kaydena.
- Człowiek czasami potrzebuje pozbierać myśli. Emocje. Szczególnie, kiedy od drugiej strony następuje kąsanie i syczenie. - Od jego strony również następowała samoobrona w bardziej ostrym stanie, ale ile można tak żyć w takim punkcie, gdzie nie jesteś zupełnie poważany? Gdzie ciągle płaczesz? Tutaj chyba i tak przegra. Koniec końców zostanie tym żałosnym człowiekiem żebrzącym o miłość. Płaczkiem wpatrzonym kiedyś w tego pięknego krukona w szkole. - Musisz to czynić dla mnie trudniejszym? Że wszystkich osób... - Czemu akurat ty. Ale nie miał siły już dokończyć tego zdania. Odetchnął i pokręciło z rezygnacją głową. Czy to nie ten moment, w którym szkoda tracić oddechu w płucach?
Już chciał pytać, że jak może oskarżać go o obojętność? Już chciał mówić, że przecież powiedział - potrzebował momentu do namysłu, nie był jednak chodzącym ideałem! Ale potem dodał coś o pustej kartce i z rozchylonych warg nie wydobyły się słowa. Był za to brak zrozumienia na twarzy. A potem padły następne słowa. Nie nadążał. Jego emocje za nim nie nadążały. Nie rozumiał i nie rozumiał, czemu czuł się atakowany. Czemu był atakowany.
- Ja... Nie próbuję niczego odwracać... Rozumiem, że to moja wina, ja... Ja... - Moment w którym zaczynał się jąkać był momentem, w którym już wiedział, że przestawał sobie radzić z poziomem napięcia i stresu. - Nie chciałem... narzucać ci się za bardzo... Ani cię martwić, czy nadużywać twojej... Empatii... - Mówił bardzo ostrożnie, spoglądając tymi wielkimi oczami w te ostro-gorzkie. - Wiem, że nie jesteś z kamienia, ale ja przestaję już rozumieć o co chodzi, Kaydenie. Przepraszam. - Nawet nie wiedział w sumie za co teraz przeprasza. Bo za co? W jego mniemaniu za to, że go drażnił i denerwował.


RE: [1.08.1972] Blue Boy | Laurent & Kayden - Kayden Delacour - 03.02.2024

Nie miało to kompletnie sensu. Czuł się tak, jakby gadał do rozmywającego się powoli obrazu. Jakby farby topniały pod jego spojrzeniem, bo nie potrafiły się utrzymać na płótnie. Ah, świetnie... więc do złości mógł teraz dodać i poczucie winy. W pewnym sensie oczekiwał kontrataku, a nawet by mu to ułatwiło sprawę, ale Laurent wyglądał teraz kompletnie nie tak, jak trzeba. Jego reakcja gryzła się z tym, czego spodziewał się brunet. Więc milczał. Milczał i słuchał tej ostrożności, tej niepewności i nie był pewien, czy dobrze słyszy. Pokręcone to było. Zamknął na chwilę ślepia i uspokoił oddech. Później otworzył je i uniósł oczy ku górze, jakby modlił się o cierpliwość. - No, to ci się udało... Tak, na pewno nie będę się martwił brakiem odpowiedzi z twojej strony. - Spojrzał na blondyna z ironią wypisaną na twarzy i głosem, jakby płynnie ciął jedwab. - W żadnym wypadku. W końcu moja empatia jest jedynie na wystawę. Tak się tobą bawię, bo się nudzę. - Dodał sarkastycznie, przechylając na bok głowę i wykrzywiając wargi w parodii uśmiechu. Nic z tego, co mówił, nie miało prawa wyjść z jego ust, a na pewno nie chciał być wredny, ale nie mógł się powstrzymać. Gdyby nie targały nim emocje, na spokojnie wyjaśniłby sprawę i powiedział... Nie, wcale mi się nie narzucasz. A właściwie, to narzucaj się śmiało. Chcę, żebyś mnie martwił. Chcę... chcę być częścią tego szarego świata tak samo, jak i tego barwnego. Nie miał teraz jednak czasu, by się namyśleć i odpowiedzieć z sensem. Miał niewyparzoną gębę, ilekroć serce przejmowało stery, a rozum żył w mętliku i przeświadczeniu, że popełnił błąd. Tylko gdzie ten błąd tkwił? Które koło mechanizmu szwankowało? - Nie rozumiesz? W porządku... - Odparł i czuł, że serce mu przyspiesza. - Nie będę ci tego utrudniać. Właściwie, to mogę ci to ułatwić, jeśli chcesz... - Wstał z kanapy, westchnął i schował ręce do kieszeni spodni, odwracając się w kierunku Laurenta. Srebrne oczy utkwił w jego morskich tęczówkach, czując się coraz to paskudniej z każdym kolejnym słowem, a mimo tego czuł się zrezygnowany. - Mogę udawać, że nic się nie wydarzyło, skoro ciężko ci to ubrać w słowa. Możemy zapomnieć. - Wzruszył ramionami. - Jeżeli tak ci będzie łatwiej. W końcu na nic się nie umawialiśmy... jeżeli ci się znudziło, to nie ma problemu. - Skłamał, bo problem był i wbijał się w niego jak szpilka z jadem. Chyba po raz pierwszy w życiu tak mu puściły nerwy. Nigdy się tak nie zachowywał. Nigdy. A tu, o proszę, przyszedł taki Laurenty, szturchnął jego serce jak mrowisko patykiem i teraz się wycofywał, bo nie chciał się narzucać.




RE: [1.08.1972] Blue Boy | Laurent & Kayden - Laurent Prewett - 03.02.2024

Gdzie się zaczynał ten sarkazm i gdzie kończył? Gdzie mieli prawo jeszcze biegać po piasku, skakać jak zakochane w sobie dzieciaki, a gdzie zaczynała się dorosłość, w której równie dorosłe decyzję zamieniały nas w rzucające się do gardeł bestie. Miał przed sobą wilka, nie owcę. Tygrysa, nie sarnę. Kim był w takim ataku? Łatwo jest nadepnąć na węża, kiedy ten wcale nie chce pokąsać, chociaż przyszedł tuż bojowym nastawieniem i myślą, że nie ulegnie. Nie będzie roztapiał się w palcach Kaydena jak plastelina. Mężczyzna jednak dobrze się bawił sytuacją, pięknie nią kręcił, albo kręcił po prostu nim samym. Zarzuty, jakie tu padały, chwilowe mięknięcia, fale łagodne i tsunami, które pochłaniało ciebie z całym twoim światem - to nie miało sensu. Kayden taki nie był, prawda? Prawda?! Nie zakochał się w takim człowieku.
Spodziewał się takich słów, przecież dla tego postawa miała być bojowa. Była tak bojowa, że myślał, że ud ani się wszystko wyjaśnić i okaże się to nieporozumieniem. Laurent przecież nie potrafił skrzywdzić nawet muchy. Człowieka, którego pokochał, nie potrafiłby skrzywdzić tym bardziej. Rozbrojony, nie myśląc o zbroi, przyjmował ciosy, starał się je tylko przyblokować. Odepchnąć ciosy, wyznaczyć granicę. Im dalej ta rozmowa szła tym granicą znikała bardziej. I w końcu Kayden przełamał ją całkowicie. Powiedział dokładnie to, co sądził, że się stało. Z tą okropną miną. Z tym okrutnym spojrzeniem. Jakby przybijał skrzydła motyla pinezkami do drewna. Jego uśmiech, jego gęsty, jego ton. Wszystko jego, które były zupełnym przeciwieństwem tego, co do tej pory mu dał.
Laurent bym tylko słabym deszczem tego sierpniowego poranka, który po same brzegi wypełnił właśnie granicę swojego smutku.
To było jak śmierć. Przez moment Laurent nawet zapomniał o oddychaniu. Zapomniał też o słowach, zdaniach i znaczeniach. Podniósł się zaraz za Kaydenem.
- Ah tak... - Poruszył wargami, wpatrując się w tego człowieka tak, jakby dusza opuściła już jego ciało. Jakby nawet już nie widział Kaydena. A palce powoli odpięły pierwszy i drugi guzik koszuli. - Udawanie wychodzi ci najlepiej. - Poznał schemat tego człowieka. Jego szarość, szukanie barw. - Przepraszam pana. Zapomniałem, jak każda tymczasowa prostytutka, ustawić zasady tej relacji. - Jeśli w ogóle można było to nazwać relacją z perspektywy tego spotkania. - To w tym problem? - Rozłożył ręce, odrywając je z tej częściowo odpiętej koszuli. - Bo... Bo... nie padłem przed tobą na kolana? - Serce już waliło mu jak szalone, oddychał niespokojnie. Wrócił dłonią do klatki piersiowej. - Tego... Potrzebujesz, żeby nie mówić, że... Że mi się nie znudziło? - Z tej pustki tchnęła iskra człowieka na krawędzi, który zbyt wiele razy został pchnięty do tej studni. - Nigdy... Nigdy nie traktowałem cię jak wystawy. Zawsze odpowiadalem, na wszystko. Wszystko... - Złapał głębiej powietrze w płuca


RE: [1.08.1972] Blue Boy | Laurent & Kayden - Kayden Delacour - 04.02.2024

To nie była zabawa ani grę to też nie przypominało. Bardziej skłaniało się to już ku bitwie z niewiadomym zagrożeniem, bo z czym w zasadzie walczył? Z sobą samym? Z Laurentym? Przecież nie chciał z nim walczyć. To wszystko nie było takie, jakie być powinno. Domino, które zostało pchnięte i zataczało się, kafel po kaflu. Nie szło tego zatrzymać, wszystko musiało runąć. To było nieuniknione, bo to, co dobre, zawsze trafiał szlag.

Teraz widział już tę złość i frustrację u blondyna, w jego ruchach i słowach. Spodziewał się, że z automatu będzie chciał odpowiadać mu tym samym i usłyszy w końcu to, czego się spodziewał. Że w zasadzie może sobie wsadzić własne uczucia do śmieci, bo są nic niewarte. Że był naiwny, sądząc, że coś ich połączyło... Nic jednak nie pokrywało się z kluczem w jego głowie. Nie było tu schematu, który sobie rozrysował. Sprowokował go świadomie, żeby prawda została wyrzucona prosto z mostu. Nie spodziewał się jednak reakcji Prevetta. - Co ty wyprawiasz? - Oczy z rozpiętej koszuli powróciły na twarz, wbijając się w nią jak haki i odmawiając roli w spektaklu. Kompletnie nic już nie rozumiał. Huczało mu w uszach, klatkę piersiową wypełniał rytmiczny, głośny łomot, a oddech stał się ciężki, choć cichy i powolny, bo skupił się na próbie opanowania nerwów, zaciskając pięści w kieszeniach spodni. Wysłuchał jego słów, bo wciąż próbował wychwycić w nich to, czego szukał. - Gówno prawda. - Warknął w odpowiedzi, nie ruszając się z miejsca. - Nie odzywałeś się prawie przez miesiąc, na żaden z listów nie dostałem odpowiedzi. Myślisz, że pisałem je, bo mam za dużo atramentu w piórze? Bo co, bo mam za dużo wolnego czasu, to udaję, że mi zależy? Kaprys bogacza? - Zmarszczył nos, zupełnie jak wilk. Bo go to bolało, że nie mógł przestać udawać. Bo miał dość udawania. Przed tym błękitem chciał się nauczyć być prawdziwym, ale teraz wolał otoczyć się murem i stać za nim jak niewzruszony posąg. Nie potrafił. - To kiedy w takim razie dałem ci do zrozumienia, że mi się narzucasz? Albo, że w jakimś stopniu przeszkadza traktowanie cię jak człowieka? Olśnij mnie, eh? - Zadarł głowę, przymrużając powieki i zrobił krok do przodu, znów go prowokując. Zapomniał już, że miał się nie odsłaniać i zostać na neutralnym gruncie. Zresztą, teraz już było na to za późno.




RE: [1.08.1972] Blue Boy | Laurent & Kayden - Laurent Prewett - 04.02.2024

Odrzucenie. Najgorsza możliwa rzecz, jaka może się trafić człowiekowi, prawda? Zostać odrzuconym. Kayden odrzucił go w słowach, gestach, teraz też odrzucił go spojrzeniem. To było upokarzające, ale było mu wszystko jedno. Kiedy niby miał do siebie samego szacunek? Nie, wróć, przestań. Miałeś ten szacunek i nadal próbowałeś go utrzymać, tylko potem spadała ta piękna, kryształowa misa. Okazywało się, że rozbijała się w rozchodzonym przez wszystkich gości twojego domu błocie. Ślady Kaydena, które podobne były wcześniej śladom w śniegu, po których chciał nauczyć się chodzić, teraz były wyjątkowo brudnymi plamami na perskim dywanie, których chciało się jedynie pozbyć. A on i tak wziąłby ten dywan i powiesił na ścianie.
Nie wiedział sam, co wyprawia, więc nie miał dla niego żadnej odpowiedzi. I chyba każde słowo i każde zdanie, żaden z gestów nie był tu dobry. W tym chaosie wzajemnego niezrozumienia, w którym nie miał pojęcia, że ten ból był dwustronny. Że to nie była próba pozbycia się go... Nie. Czuł, że wszystko tu jest nie tak, słyszał w jego słowach, że coś się nie zgadza. Kartki papieru, odpowiedzi, odpowiedzi... Miał odpowiedź podana na srebrnej tacy, tylko przez szok i poczucie zranienia jej nie dostrzegał. Panicznie właśnie próbował złapać się chociażby najprostszego zrozumienia. To samo pytanie, w kółko i w kółko wracało jak bumerang - dlaczegóż .
- Nie... Co ty powiedziałeś? - Nie zrozumiał. W sumie to było pierwsze od czego chciał zacząć to spotkanie. Zapytać, czy już ma dość znajomości, zapytać, czemu nie odpisywał. Kiedy to tak eskalowało? Chyba było takim od początku, wszyte pod ich skórę. - Na co miałem odpisywać, skoro nie było od ciebie ani jednego listu! - Podniósł głos, ale to nie był krzyk złowić czy furii. To był łamiący się głos beznadziei. - Pisałem do ciebie. Pisałem, bo tak bardzo potrzebowałem p-pomocy. - Z wielu kierunków, z wielu powodów. Chciał radzić sobie sam, jak taki duży chłopiec, przecież musial. Nie chciał polegać na innych, ale Kayden... Kayden wydawał się taki silny, że przecież udźwignął by chociaż jedną czy dwie rzeczy razem z nim, prawda? Chociaż jedną czy dwie... - A ty się nie odzywałeś. - To zacinanie się Laurenta wynikało z jego niespokojnego oddechu. Brał je tka gwałtownie że wręcz się nim zachłysnął. A te oczy, morze zamknięte w dwóch punktach, szkliło się i gotowe było uronić słone łzy tym bardziej, im bardziej łamał się jego zrozpaczony głos. - I mówisz mi te wszystkie rze-czy... Ja... Ja nie... Nie zasłużyłem na to. Nie chcę być ofiarą. Nie chcę być o-ofiarą! - Prawie krzyczał. - Wiem, to moja wina, do niczego się nie nadaje. Jestem roz... roz... czarowan... - Kolejny krok Kaydena, a Laurent się cofnął. Że strachem. Próbując złapać wdech.


RE: [1.08.1972] Blue Boy | Laurent & Kayden - Kayden Delacour - 04.02.2024

Nieporozumienia chodzą parami tak jak i nieszczęścia. W całej tej złości, rozdrażnieniu i żalu nie dotarło do niego, że zadaje mu rany, choć niesłusznie. Chlastał jak nóż po tkaninie. Prowokował i bronił się atakiem, ale wcale nie miał po co tego robić... bo... bo Laurent wydawał się teraz taki kruchy pod jego słowami. Jakby się rozpadał. Głucha realizacja uderzyła go w twarz i rozwiała chłód. Pisał...? Jak to pisał? - O czym ty mówisz? - Zapytał, tym razem cicho, czując, jakby go ktoś ściskał za gardło. Zrobiło mu się duszno. - Pisałem... prawie codziennie. Kiedy tylko mogłem, wysyłałem do ciebie listy. Myślałem, że... że nie masz czasu, a potem, że... - Zacisnął usta w wąską kreskę i napiął mięśnie szczęki, próbując przełknąć ślinę. Odwrócił wzrok, próbując to sobie jakoś poukładać w głowie. Pomylił coś w adresach? Niemożliwe, przecież dobrze go znał... Nawet jeśli Laurent nie rezydował już w New Forest, to jego skrzat na pewno by je przekazał, albo chociaż poinformował o próbie kontaktu. Poza tym nie robił takich głupich pomyłek... Czy to możliwe, że listy w jakiś sposób nie dotarły? Może z jednej strony, ale z obu? To już za dużo na zbieg okoliczności, zwłaszcza że nie mówimy tu o dwóch czy trzech kopertach. Zamrugał nerwowo, bo za dużo dziwnych rzeczy już się wydarzyło, a potem ugryzł się w wargę i zmarszczył brwi, przeklinając swoją głupotę. Dlaczego z góry założył taki scenariusz? Te wszystkie niedopowiedzenia i oskarżenia zamotały się wzajemnie, tworząc kołtun na włóczce. - Merde... - Zaklął cicho, przecierając oczy. I ten krok z prowokacyjnego nagle zanikł. Zmienił się w łagodny, jakby lód momentalnie się roztopił i zatrzymał go w miejscu. Czuł się winny... czuł się paskudnie, patrząc w lśniący od łez błękit. Otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale nic poza nierównym oddechem z warg nie wypłynęło.

Dopiero po chwili milczenia dotarło do niego, że jak zaraz czegoś nie zrobi, to tego dogłębnie pożałuje. - Cich... U-uspokój się... - Wydusił i w końcu wziął się w garść. - Przepraszam... Laurent, przepraszam... - Nie podchodził bliżej, widząc strach wymalowany na ślicznej twarzy, chociaż chciał go przyciągnąć do siebie i zgarnąć w objęcia. Niepewnie tylko zrobił ruch ręką, jakby go chciał złapać za ramię. Nienawidził się za to, że doprowadził go do takiego stanu. Quel crétin! - Masz rację, nie zasłużyłeś na to... To... to wszystko nieporozumienie... ja- - Co to znaczyło, że potrzebował pomocy? I dlaczego łajał siebie, zamiast niego? To wszystko było nie tak...




RE: [1.08.1972] Blue Boy | Laurent & Kayden - Laurent Prewett - 04.02.2024

Pisał. Wiadomości. Pisał wiadomości, tak jak Laurent je pisał. Pisali sobie wzajem, czując się jak kretyni, którzy lgnęli nadmiernie mocno do jednego człowieka. Pisał więc te listy, ale nie odpisywał, nie. Bo jak odpisywać, skoro nie masz na co? Cała ta sytuacja nie powinna mieć miejsca. Nie powinni ze sobą walczyć o atencję, skoro tej było pod dostatkiem. Tylko... Komunikacja, której tak ufano, zawiodła. Jakie to było głupie. Jakie żałosne, kiedy kończyłeś w takim stanie, kiedy padło za dużo słów. Powiesz potem, że przecież nie wiedzieli. Owszem, nie wiedzieli. Przecież inaczej wracamy do początku, którego to początku w ogóle nie powinno być. I gdyby przewinąć taśmę? Do startu, kiedy przekroczył próg domu. W tamtym momencie zapytałby: dlaczego nie odpisywałeś?. To jedno ważne pytanie, na które chcieli znać odpowiedź.
Przesunął kciukiem po policzku, a zaraz sięgnął po chustkę, żeby chociaż trochę otrzeć twarz, kiedy walczył o uspokojenie oddechu. Podparł się o oparcie fotela, z wolna łapiąc równowagę świata, tego jego, tego malutkiego. Tego, który teraz łączył się i przenikał ze światem Kaydena. I teraz co? Teraz miał wpaść w te ramiona, których właściciel smagał go dla wyrzucenia własnych, negatywnych emocji? Albo to nie tak? Cokolwiek miało się wydarzyć i dokądkolwiek miała ta drogą zaprowadzić, jakiekolwiek słowa mogłyby paść to potrzebował tego dotyku tak samo jak powietrza. Nawet jeśli nie było w tym godności, tak jak brakowało taktu w ich zscjoeaniach. Jakiekolwiek jutro napotkamy - trudno. Teraz wpadł w niego (albo na niego) i uczepił się jego koszuli, znalazł oparcie dla swojej głowy na jego barku. Potrzebował tego tak samo jak uderzenia go w policzek za to wszystko, co powiedział.
- Przepraszam. - Powtórzył, kiedy się uspokoił. Gotów był odsunąć się od tego człowieka, ruchem ciała dał znać, ale niekoniecznie podjął kroki, by się faktycznie odsunąć. Nie miał ochoty. Zmęczony umysł emocjami podpowiadał za to, że powinien. Że chyba na dzisiaj wystarczy. - Poniosło mnie, to był żałosny występ.


RE: [1.08.1972] Blue Boy | Laurent & Kayden - Kayden Delacour - 04.02.2024

Bezmyślność nigdy nie kończyła się dobrze, choć i nadmierne myślenie też wcale nie było efektywne. Od samego początku powinno paść to słowo "dlaczego?". I nie byłoby tu niedomówień. Sprawa wyjaśniłaby się sama. A teraz co? A teraz zgniatało go poczucie winy, bo nie miał dość rozsądku, żeby zwyczajnie zapytać. I tej pewności, że to, co zaiskrzyło, jest prawdziwe. Że to nie tylko kilka iskier, które spadły na ziemię i zgasły. Zasłużył na spoliczkowanie i to na samym początku, to może by zaczął trzeźwiej patrzeć na sprawę. Ale cóż zrobić? Kiedy ci zależy, nastawiasz się do walki... tylko nie zawsze walczysz z tym, czym powinieneś.

- Nie masz za co przepraszać, to ja nawaliłem... - Pokręcił głową i objął blondyna, gdy tylko zrobił krok w jego stronę. Ani mu się śniło go teraz wypuszczać. Wsunął palce w jego miękkie włosy i wypuścił cicho powietrze z ust. - Powinienem zapytać od razu, a nie z góry zakładać... Przepraszam... - Nie zdziwiłby się, gdyby Laurent faktycznie go za to zjechał z góry na dół. Za te niesłuszne oskarżenia, które mu wyrzucił w taki sposób. Miał do tego pełne prawo, zwłaszcza że nic z tego, co powiedział brunet, nie było tym, co tak naprawdę myślał. Serce mu kołatało w piersi od szalejących emocji i nie chciało się uspokoić. - Nie dostawałem od ciebie żadnych listów i zacząłem myśleć, że ci się po prostu znudziło. Nie- - Przerwał na chwilę, bo słowa, które chciał powiedzieć, ciężko przechodziły mu przez gardło. Nie przywykł do takich wyznań, nie w ten sposób. W ogóle nie przywykł do szczerości, kiedy w głowie i sercu dalej miał mętlik. Jak tu naprawić swój błąd? Cofnąć czasu nie potrafił, a nawet jeśli, to zrobiłby to po to, żeby samego siebie strzelić w twarz. - Nie powinno mnie to tak ruszyć, ale nie umiałem tego zignorować. Wcale nie myślę, że jesteś ofiarą, ani tym bardziej rozczarowaniem. Myślę, że jesteś... - Brakowało mu już słów, które nie brzmiałyby kretyńsko. Już i tak zrobił z siebie idiotę... chyba już wystarczy na dzisiaj. Przymknął na chwilę oczy i odetchnął cicho. - ...wspaniały.




RE: [1.08.1972] Blue Boy | Laurent & Kayden - Laurent Prewett - 04.02.2024

Niebieski Chłopiec nie chciał patrzeć na Stalowego Wilka, który miał ostre kły i pazury. Chował twarz w jego ramieniu ze świadomością, że zmoczył mu koszule, ale wtulanie się teraz w drugą, ludzką istotę (nawet jeśli wcześniej przynosiła ból) była jedynym sposobem na znalezienie spokoju. To właśnie była patologia, prawda? Takie samo ukojenie znalazł u człowieka, który go pobił, a potem głaskał po głowie, żeby zeszła mu panika. Och, cóż, Laurent dawno temu miał złamaną mentalność chwiejącą go na strony, na które nie wypadało chodzić aniołom. Nie musiał teraz uciekać spojrzeniem, nie chciał się zastanawiać, czy Kayden tego kontaktu wzrokowego szuka. Trochę drżał, trochę schodziło kołatanie serca, trochę przestała unosić się jego klatka piersiowa w tych gwałtownych wdechach, bo ciało walczyło o odpowiednią dostawę dawki tlenu. Malały efekty jego paniki, malał chaos myśli. Malała energia. Kurczyła się i zmniejszała, musiała wsiąknąć w koszulę tego pięknego człowieka tak samo, jak wsiąknęły jego słone łzy. Wyczyść mu koszulę - było o wiele więcej ważniejszych słów i rzeczy do powiedzenia, ale ta myśl jednak górowała nad tym wszystkim. Powinieneś go odepchnąć i z pewnością powinieneś pokazać mu jakąś klasę. Pacnąć go w policzek, nawet jeśli nie było szans na to, żeby zabolało fizycznie to taki akt miał wyższy cel niż fizyczne utrapienie. To miało drzeć duszę. Miało poszarpać tego dumnego człowieka dokładnie tak, jak on sam chciał poszarpać jego. Och tak, zasłużyłeś, mój Książę z bajki. Nie wolno mieszać bajek z horrorami. Tracił wtedy całą swoją wiarygodność. Wtedy taka bajka stawała się niczym innym jak życiem.

- Powinieneś. - Zgodził się z nim. - Powinieneś! - Puścił jedną dłonią jego koszulę. Oprócz umycia chyba będzie musiał ją też wyprasować. Ta dłoń, ta mizernie słaba pięść, wylądowała pięścią na jego klatce piersiowej. Może i miało być to mocniejsze uderzenie, ale w tym jałowiejącym stanie bardziej przypominała kumpelskie pacnięcie. - Wspaniały... - Zamknął zaczerwienione i zmęczone oczy pod powiekami. Tak, odsunął się, teraz się odsunął, ale z opuszczoną głową, nie spoglądał w tę niesamowitą twarz, która prześcigała każdy z obrazów, jaki oglądał, a które jednocześnie potrafiła wykrzywić się w takim okrucieństwie. - Ty... haha... jakie to żałosne... - To odsunięcie z jego strony nie było tak dalekie, żeby ich ręce zostały rozłączone. To było ledwo odsunięte się o tyle, żeby do niego w pełni nie przylegał i nie opierał się o niego. A teraz stał przed nim i nie miał odwagi spojrzeć mu w twarz. - Nie myślisz tak, więc chciałeś mnie po prostu zranić? Dać mi nauczkę? Udało ci się to. - Nie musiał tego faktu stwierdzać, bo było to aż za bardzo widać - jak na otwartej dłoni. Tylko Laurent dłoni nie otwierał, bo zaciskał ciągle te pięści na koszuli. Jego okruch stabilnego lądu przy tym całym sztormie. - Mi również nie powinno zależeć. Nie powinienem poddawać się twojemu czarowi. - Ale to zrobił. Podniósł wzrok na Kaydena. Na te niezwykłe oczy, które były mu jak Gwiazda Jutrzenki, na te niepokorne fale włosów pałętające się wokół tej twarzy, jakby chciały zarzucić kurtynę na każde z mocnych spojrzeń, jakie potrafił rzucać. Teraz to spojrzenie było takie... tak mocne, że pragnął z całego zaciśniętego serca, żeby było szczere i prawdziwe. Tak samo, jak jego słowa, że wcale tak nie myślał. - Ale... nie rozumiem... - Rozluźnił uścisk. Powtórzył to słowo - to, że nie rozumiał. Bo tę niezgodność widział wcześniej, tylko to wszystko tak mocno eskalowało, tak mocno, że jego umysł uległ zresetowaniu. Wyłączeniu. - Nasze listy... po prostu ginęły? - Temu akurat całkowicie wierzył - temu, co mówił. Tylko że sowy nie gubią tak po prostu listów. Laurent nie słał ich przez swoją Nieve, bo to była za daleka podróż, używał do tego przystosowanych ptaków, za opłatą. Tym nie mniej... nigdy nie zdarzyło mu się, żeby te listy były GUBIONE. Będzie musiał porozmawiać z kurierem... Albo i nie? Przymknął oczy i pomasował się po skroniach, żeby zaraz otrzeć ponownie białą chustką swoje policzki i noc, którym pociągnął.




RE: [1.08.1972] Blue Boy | Laurent & Kayden - Kayden Delacour - 09.02.2024

Tak trywialne rzeczy, jak pognieciona, czy mokra koszula nie miały miejsca w jego głowie, a jeśli nawet by się tam pojawiły, to szybko by odleciały na poczet rzeczy ważniejszych... na przykład słowo "żałosne", które wbiło mu szpilkę w jego ego, aż się skrzywił minimalnie. Pozwolił mu się odsunąć, choć dłonie zsunęły się po rękawach Lukrecjowej koszuli i na chwilę obecną tam zostały. Zignorował uwagę, choć tej drugiej nie potrafił. W końcu po części była prawdą, ale tylko po części.

- Nie... po prostu... - Po prostu? Nic nie było proste w jego rozumowaniu. Rzeczy tak skomplikowanych, jak ludzkie uczucia nie da się tak po prostu uprościć. Przetarł lekko miejsce między zmarszczonymi brwiami, gdzie powoli kumulowało się napięcie. - Po prostu... - Odsunął dłoń od twarzy i nabrał cicho powietrza w płuca, żeby odetchnąć. Jak mu powiedzieć, że brak odpowiedzi pozostawił po sobie niewyjaśniony ból, który jedynie napędzał frustrację? Jak wyznać, że chciał rzucić mu tym samym w twarz... i nic go nie usprawiedliwiało? Zjechał dłońmi do rozpiętej koszuli Laurenta i zaczął zapinać guziki, skupiając się desperacko na tej czynności, jakby próbował powstrzymać to delikatne drżenie rąk. - Pojawiłeś się znikąd, jak jakaś cholerna wila... i chyba nie mogłem znieść myśli, że mnie ignorujesz... - Wyrzucił z siebie, marszcząc brwi z iskrą złości w srebrnych oczach. Nie zimnej, złośliwej, ale takiej, która przeplatała się z ogniem w tańcu, rozgrzewając powoli stal. Potem spojrzał na jego anielską twarz, zastanawiając się, ile prawdy potrafi z siebie wyrzucić, zanim tego nie pożałuje bardziej, niż swoich wcześniejszych słów. Był bowiem przekonany, że prawda zawsze kieruje koniec szpili tam, gdzie nie jest w stanie postawić żadnych murów. Powoli, ten ogień odpłynął jak smuga, muskając jego kości policzkowe na ledwo widoczny, różany kolor. - Więc powiedz mi, kto tu oczarował kogo... - Dodał już ciszej na wydechu, odwracając spojrzenie i delikatnie odsuwając się od blondyna. Podszedł do kredensu z ciemnego drewna i nalał dwie niepełne szklanki Szkockiej whisky. Potrzebował chwilę na przetrawienie pytania, bo waga tej informacji nie do końca jeszcze do niego dotarła.

- Też tego nie rozumiem... - Podszedł do blondyna, podając mu szklankę, w międzyczasie na szybko wertując w głowie treść swoich listów... na wszelki wypadek, gdyby przypadkiem wysłał coś niestosownego, ale chyba nic nie wytrąciło go z równowagi. Prócz swoich krótkich relacji ze spokojnego życia we Francji, dopytywania o zdrowie i samopoczucie oraz błyskotliwych (w jego mniemaniu) żartów, raczej nic nie wzbudziłoby sensacji. Bo to oczywiście było pierwszym, co go zaniepokoiło, reputacja, ta słodko-gorzka reputacja. - Żadna sowa nie wróciła do mnie z listem. Gdyby tak było, wiedziałbym, że coś jest nie tak.