Secrets of London
Lato 1972, 13-14 czerwca // Towards danger; but not too rashly, nor too straight - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145)
+--- Wątek: Lato 1972, 13-14 czerwca // Towards danger; but not too rashly, nor too straight (/showthread.php?tid=2648)

Strony: 1 2 3 4 5


RE: Lato 1972, 13-15 czerwca // Towards danger; but not too rashly, nor too straight - The Edge - 19.03.2024

Do głowy mu nie przyszło bycie powodem tej przeprowadzki, w pierwszej chwili aż nieświadomie się wzdrygnął. Uspokoił się dopiero wtedy, kiedy dotarło do niego, że dla Caina to najwyraźniej nie miało takiego znaczenia.

- Nie zepsuję. - Z jakiegoś powodu zabrzmiał na nieco oburzonego, ale chciał wyjść na zwyczajnie pewnego siebie. - Poza tym gdybyś miał zepsuty zamek, to bym go naprawił - zauważył, nie miał jednak zamiaru odsuwać go od tego pomysłu, więc zaznaczył - ale chcę mieć klucze - tak na wszelki wypadek, gdyby Bletchley zamierzał się z tego wycofać. Chciał mieć te klucze, chociaż pewnie mógłby wejść bez nich albo po prostu nie pakować się do środka kiedy nie był zaproszony, bo chciał być człowiekiem, któremu te klucze dano i to nawet bez proszenia się o to.

- Nie - zaprzeczył od razu, może nawet odrobinę zbyt szybko. - Zmieniła je. - Ale nie rozwiała. Przynajmniej on nie postrzegał tego w taki sposób. - Przyjaciel, który mnie tutaj zabierał się ożenił, więc przestał jeździć w takie miejsca. Może jak ich dzieci podrosną... I wiesz, ja... - zawahał się, ale nie dlatego, że nie chciał nic mówić. On najzwyczajniej w świecie nie wiedział, jak zacząć. Nie przyniósł wtedy tych głupich kart, bo lubił tego typu gry - one mu się pomogły otworzyć przed kimś, przed kim faktycznie mógł to zrobić. Tylko jak zaczynać takie opowieści? Opowiedz mi o tych czasach, opowiedz swoją biografię w pięć minut. Kiedy takie rzeczy przychodziły same z siebie, było jakoś łatwiej, niż kiedy musiał się nad tym zastanawiać, ułożyć w głowie coś mającego sens. Dlatego jak zawsze przygryzł wargę i odwrócił spojrzenie, instynktownie chciał wpakować sobie paznokcie do gęby, ale Bletchley skutecznie powstrzymał ten odruch, łapiąc go za ręce. I znowu to zrobił. Te czarne myśli musiały odpłynąć pod naporem słodkich słów i dotyku dłoni, od którego od razu czuł w ciele to dziwne uczucie. Nie ciepło. Nie elektryczność. Napięcie, od którego drżał mu oddech. Uniósł więc te ręce w górę nie po to, żeby obgryzać paznokcie, tylko żeby opleść go nimi wokół szyi i skrócić dzielący ich dystans, chociaż i tak było go już bardzo niewiele. - Nie pamiętam większości dni swojego życia - odezwał się wreszcie, niemalże szeptem - i czasami od razu domyślam się, których z nich nie zapamiętam, które z nich prędzej czy później zleją się w jeden. Ale są też takie dni, nie wiem do końca dlaczego, ale od razu wiem, że nigdy nie pozbędę się ich ze swojej głowy. - Mógłby mówić teraz o tragediach, jakie mu się przytrafiły. O scenach niemożliwych do zapomnienia w skupieniu na tym ile zła go dotknęło, o tym jak niektóre horrory odciskały na ludziach trwałe piętno, ale zupełnie nie o to mu chodziło. - Sporo z nich jest z tego miejsca. Jakieś idiotyczne rozmowy, zabawy, to jak zniszczyliśmy pianino, które stało kiedyś na piętrze, albo jak Danielle zakazała nam wziąć auto stojące na podjeździe, a my to zignorowaliśmy i wjechaliśmy nim w szuwary. - Nawet nie zauważył, że w połowie wymienionych momentów coś zniszczył. - Nigdy nie są ze sobą powiązane, ale zawsze czuję to tutaj - puścił go jedną ręką, żeby spleść ich dłonie i przycisnąć je do własnej klatki piersiowej. Serce w tym momencie biło mu jak szalone, zdradzając to, że nie mówił tego tak cicho tylko ze względu na nastrój chwili - on wyciskał z siebie te słowa niemalże na siłę. - I wiem, że to jest jedna z takich chwil. Jestem w stanie wyobrazić sobie, jak będzie wyglądała w mojej głowie za dziesięć lat. - Nieco nadgryziona czasem, ale wciąż wyraźna, przypominająca czute wtedy emocje. Coś też było w tym zapachu. W zapachu desek i starego papieru, wymieszanego z zapachem jego ciała. I w tym świetle. W migającej żarówce, która dawała z siebie wszystko, żeby oświetlić to miejsce, ale i tak nie było tutaj do końca jasno. - Cokolwiek mi teraz powiesz, będzie musiało zostać ze mną na zawsze - powiedział jeszcze, odchylając się minimalnie, robiąc przy tym zaczepną, sugestywną minę. Bo to było takie głupie, miało w sobie tak dużo treści, tak dużo nawiązań, nawet jeżeli nie powiedział zbyt wiele, a to, jakiego typu wyznanie próbował na nim teraz niemalże wymusić, było oczywiste. Może gdyby potrafił zbierać się w sobie do takich wypowiedzi częściej niż raz na miesiąc, to i częściej widziano by go wśród ludzi.

Uśmiechnął się, wpatrując się w niego w wyraźnym oczekiwaniu, zastanawiając się, czy Bletchley popłynie z rytmem chwili, czy znowu odpłynie gdzieś daleko na wzburzonym morzu, jakim musiał być jego umysł. Był gotowy na obie wersje - bo bardziej niż na konkretną odpowiedź nakręcił się po prostu na niego.


RE: Lato 1972, 13-15 czerwca // Towards danger; but not too rashly, nor too straight - Cain Bletchley - 28.03.2024

- Spokojnie. - Mogły mu drgnąć kąciki ust, mogły zabłysnąć oczy, bo ta reakcja, którą zobaczył, była (o zgrozo) - urocza. To drgnięcie, jakby hasło, że to on był powodem, wpełzło pod jego skórę strachem, niechęcią, niepewnością. Był tego świadom - tego, jak to mogło brzmieć - dlatego też zaraz padły dalsze hasła - o tym, że przecież klucz do następnej stancji może być złożony w jego dłonie. Jak wiele mógł chcieć ten człowiek przed nim? Ile mógł zażądać, żeby Cain się zastanowił, czy gdzieś leży jego granica? Nie wiedział, bo Flynn w zasadzie o nic nie prosił. Chciał tylko jednego - tylko mnie kochaj. Kochaj, dotykaj, poświęcaj myśli. Zapewniaj, że jesteś ze mną i jesteś dla mnie, kiedy jesteśmy razem. - Ach tak, tak... - Teraz już pozwolił swoim ustom na uśmiech, na drgnięcie, przyjął niemal cwaniacki wyraz facjaty, kiedy z takiej bliskości mógł obserwować tę twarz. - Dobrze. Dostaniesz klucze... tylko za jaką cenę... hmm... - Droczył się z nim tylko, drażnił, przyglądał spod pół przymknietych powiek i gładził jego skórę powłóczystymi spojrzeniami, wielce zadowolony. Z siebie, z niego, z faktu bycia tutaj, kiedy już poukładał swój mózg, a w nim to obce miejsce. Obce miejsce, które stawało się powoli "swojskim". Nie "swoim", ale przynajmniej takim, które powiedzmy, że znasz. Musisz znać. Przecież mogłeś je wymalować pod powiekami. Ale kiedy te pieskie oczy zaczynały przyjmować ten zagubiony wygląd to każda komórka ciała Bletchhleya nagle uzbrajała się w potrzebie bronienia tego człowieka za wszelką cenę. Więc... jaka to cena? Syndrom obronnej lwicy - nie rób nic mojemu kociakowi. Nawet o tym nie myśl. Tak i teraz zaczął przesuwać czule dłońmi po jego twarzy, karku, szyi. Powiedz mi to wszystko. Albo nie mów nic. Ta cisza między nami niczego nie mogła rozerwać.

Mógł chronić to serce, które biło pod ich splecionymi dłońmi.

I nastała ta chwila ciszy. Zapamiętywanie dobrych, ciepłych chwil, które tworzą człowieka i... Cain się zastanawiał, czy kiedykolwiek doznawał rzeczy tak intensywnie jak przy Fleamoncie i znał odpowiedź. Nigdy. Jakoś nigdy nie było czasu, nigdy nie było okazji, nigdy nie było... chęci puszczenia wszystkich lejców kontroli. Nigdy nie było osoby, która by te lejce wzięła... nie. Nie lejce. Która ujęłaby jego dłonie i powiedziała: wszystko będzie dobrze. Nie bój się. Więc puścił. Tak jak teraz mógł puścić tylko jedno zdanie, skoro to miała być ta wiekopomna chwila, budowana czymś tak głębokim i poruszającym każdą cząsteczką ciała, jakby był zbudowany tylko dla niego. Przez niego. Wobec niego. I przysiągłby, że niewiele ludzi tak odczuwało miłość.

- Kocham Cię. - Tak samo, jak właściciel kochał kota, nawet gdy zamurowywał go w ścianie.

Kocham. Myślał, kiedy wzrok przesunął po jego nosie, na jego usta, kiedy jego palce mocniej nacisnęły jego szyję, ale nie zatrzymały się na niej, kiedy palce zeszły na bark i wsunęły na bok tułowia. Kocham. Pamiętał każdy jego dotyk na swoim ciele i każdy swój dotyk na jego. Znał każdą jego bliznę, każdą niedoskonałość skóry i każde miejsce, gdzie jeszcze była gładka. Bardzo. Pamiętał każdą chwilę jego zająknięcia, niepewności i momentów, kiedy chciał... od czegoś uciec. Może siebie samego.




RE: Lato 1972, 13-15 czerwca // Towards danger; but not too rashly, nor too straight - The Edge - 31.03.2024

Uniósł w górę brwi, otwierając szerzej usta i marszcząc się nieco, kiedy tylko usłyszał słowo „spokojnie”, bo naprawdę słabo radził sobie z tego typu tekstami. Spokojny był głównie wtedy, kiedy spał, a i wtedy zdarzało mu śnić, o czymś tak dobijającym, że miotał się w pościeli albo drżał od nadmiaru emocji, więc... Ze spokojem to Cain mógł podejść do tego, że Flynn będzie niespokojny. Ale nie powiedział nic. Tym razem nie dlatego, że głos ugrzązł mu w gardle, po prostu... się na niego zapatrzył.

- Czego chcesz w zamian? - Sam miał aż nadmiar propozycji, ale żadna z nich nie był czysta. Były brudne tak samo jak on, tak samo jak to, co robił temu biednemu człowiekowi, domagając się takich wyznań, zabierając go tutaj, wpuszczając go znowu do swojego życia i dając mu żyć w ułudzie, że to, co mu oferował, będzie kiedykolwiek wystarczające. Jeżeli Bletchley uczyni go swoim domem, to gdzie pójdzie, kiedy świat Flynna Bella znów się zawali? Będzie siedział z nim pod ruinami, czy będzie krążył z tym swoim zagubionym spojrzeniem, nie wiedząc, gdzie pójść, żeby znów poczuć się bezpiecznie? Teraz było im tak ciepło, tak dobrze. Co będzie za godzinę, za dzień, za miesiąc, rok, dwa? Nigdy nie dał zagoić się starym ranom, trzymał w szafce paczkę papierosów, jakby miał niedługo wrócić i wciąż jej potrzebować. Szykował się na powstawanie nowych z nastawieniem, jakby zaciskanie oczu miało pomóc. Halo, ktokolwiek słyszał o tym, żeby było łatwiej poskładać człowieka, który miał zamknięte oczy kiedy rozcinano go nożem? To zaprzeczenie pomagało tylko jednej stronie tej relacji - Flynnowi. Wyraz jego twarzy od razu złagodniał, uśmiechnął się bardzo ciepło i zrobił się bardzo rumiany, chociaż w tym żółtym świetle nie było to aż tak łatwe do zauważenia. Nie dało się uniknąć tylko jednego - spojrzenia pełnego adoracji, wlepionego w Caina, bo dostał to czego chciał. - To dobrze - powiedział nagle, gdzieś pomiędzy trzecim i czwartym pocałunkiem, jakie zaczął składać wzdłuż jego szyi, kończąc przy obojczyku. - To dobrze, bo jesteś na mnie skazany na kolejne dwie doby, a ja nie oczekiwałem od ciebie niczego mniej. - Niczego mniej niż uzależniającej miłości, będącej wszystkim, czego potrzebował do szczęścia, a jednocześnie nigdy nie była czymś wystarczającym, aby uratować jego lub ich. Po takich dniach znów zastanawiał się, czy największym dobrem, jakie mógł ofiarować światu, nie było czasami dźgnięcie się własnym nożem. Ale gdyby się na to zdecydował, uczyniłby to pewnie sceną możliwie jak najbardziej dramatyczną. W czyich rękach chciałby się wykrwawić?

Ktoś mu kiedyś powiedział, że jeżeli dowolna osoba wybierze jedno krzesło w restauracji przynajmniej trzy razy, to będzie wybierała je zawsze już do końca życia, o ile tylko będzie wolne. Flynn nie był pewien, czy kiedykolwiek miał takie krzesło. Może nigdy nie chciał mieć krzesła. A może po prostu był tak chciwy, że chciał mieć ich więcej, niż wypadało, skoro tak wiele osób stało i nie miało krzesła wcale, ale to przecież nie jego wina, bo przecież krzesła były stworzeniami o wolnej woli... zaraz co?

- Martwisz się czasem, kiedy milczę? - Pocałował go jeszcze raz, tym razem za uchem. - Kiedy zakopuję się w ciszy. - Swojej ciszy, bo tutaj nie było już cicho. W takich warunkach brzęczenie lodówki wydawało się świdrować mu wgłębienie w duszy, chociaż kiedy przebywał w mieście, docierało do niego o wiele więcej denerwujących dźwięków i żaden z nich nie doprowadzał go do szału.

Był rozgrzany. Reagował na dotyk cichymi westchnieniami i odwdzięczał się za niego przesunięciami własnych palców po karku i włosach Bletchleya. Widać po nim było, nawet bez pochylania głowy w dół, że był podniecony - przymróżył oczy w charakterystyczny dla siebie sposób i jego głos stał się odrobinę szorstki, ale generalnie czuł się inaczej niż zwykle w takiej sytuacji. Bo to otoczenie nadawało temu inny rytm. To było jego dobre miejsce, ukochany zapach jego ulubionego jeziora, wymieszany z atmosferą tego domku pośrodku niczego. Znał poszewki, w które obleczona była pościel. Znał gruby koc z tygrysem, który na pewno leżał z boku łóżka na wypadek, gdyby noc była zimniejsza, niż się tego spodziewali. To wszystko zabierało go w podróż pełną nostalgii, tak samo jak obecność człowieka, którego oplatał teraz rękoma. Niby wracał do czasów, w których był na dnie, ale jednak czuł teraz, że wszystko wydawało się wtedy jakieś... prawdziwsze. Może szorowanie po najniższych poziomach egzystencji było mu po prostu pisane, nawet jeżeli Cain przy ich pierwszym spotkaniu w nowej erze wydawał się być tak zachwycony jego zmianą na lepsze.


RE: Lato 1972, 13-15 czerwca // Towards danger; but not too rashly, nor too straight - Cain Bletchley - 01.04.2024

Słowo "spokojnie" było prawie jak mantra w słowniku Caina. Zabawne, bo przecież wcale nie działało zazwyczaj dobrze na ludzi. A jednak było prawie jak zaklęcie magii zauroczeń, którą tak sprawnie władał, wybijającą się ponad wszystkie mądre zdania, jakie mógłby powiedzieć. Czasem pamiętać to jedno, a zrobić odpowiedni użytek - drugie. Szybkość reakcji niekoniecznie uważał za swój największy atut, a w przypadku Fleamonta popełniał przez niedopatrzenie ciągle ten sam błąd. To już, nie był problem z reakcjami. To był problem tego, że jakoś nie połączył kropek, jak bardzo źle to jedno słowo - klucz działało na tego konkretnego człowieka.

- Ciebie. - Kiedyś nie dane nam będzie razem pić razem wina, uśmiechać się do siebie, cieszyć tym dotykiem. Będziesz miał swoje inne, Flynnowe sprawy, może inne ręce do kochania, albo przepadniesz w alkoholizmie i dragach. Nie wiem, co będzie za rok, pięć czy dziesięć lat. Nie wiem, gdzie wtedy będę i czy w ogóle będę. Ale jeśli mnie zapytasz, to powiem ci jedno - ciebie zawsze będę nosił ze sobą w sercu. I to jedno na tym świecie nie mogło się zmienić. - Zamienię to na kupon do wykorzystania w darmowym momencie. - Zamruczał Flynnowi do ucha z uśmiechem, z aprobatą przyjmując pieszczoty, które już malowały rumieńce na jego twarzy. Mógłby przysiąc, że było tu chłodno, wręcz zimno - nie był przyzwyczajony do powietrza lasu przy jeziorze, nie dało się go porównać do ciepła miasta. Ale teraz robiło się wręcz gorąco i Cain znowu przestawał trzeźwo myśleć. Napinały się mocno mięśnie jego ramion, jakby zaraz miał z całych sił zacisnąć je na Edgu, ale to się nie działo. Powolne wysypywanie się prawidłowego funkcjonowania jego mózgu można było co najwyżej odczuć na tym, że jego dłonie zdecydowanie mocniej Flynn mógł odczuć na swojej skórze. - Mhmm... - Bardziej ambitna odpowiedź niekoniecznie chciała się złożyć w tym drobnym momencie. Przechylenie słów przez wargi, które odpowiadały pocałunkami, było przeważone przez wszechogarniające poczucie szczęścia, miłości, spełnienia. Tak, wielkie słowo - spełnienie. Ale oczy Caina aż błyszczały, uśmiechał się tak, jak nigdy dotąd. Tak cieszył się człowiek, który dobrowolnie zamknął się w kokonie kłamstwa i zatykał dłońmi uszy.

[

Na końcu to on trzymał te lejce i tylko on powtarzał sobie rozpaczliwie, że będzie dobrze.

Dzisiaj było jednak odległe od końca.

- Mmm... - Krzesła musiały być podłymi stworzeniami, że zamawiały się przeciwko Flynnowi. Cud, że nie atakowały go, albo tych innych gości... Na pewno nie współpracowały tak, jak powinny. I tak kojec końców wychodziło, że to nie jego wina. To krzeseł wina. Jak winą na pewno jakiegoś krzesła było to, że Cain walczył o skupienie myśli. - O czym myślisz. Dlaczego. Czemu nie mówisz. Czy cię boli? Czy się wstydzisz? Czy mogłem zrobić coś lepiej? - Mówił bardzo powoli, głębszym głosem, bo rozpalonym od pełzającego po skórze i pod skórą pożądania. Przerywał samemu sobie nudnościami ust na każdym kolejnym palcu Flynna. - Chciałbym być w tobie, w twojej głowie, w twoim sercu i w twojej duszy. - Poetyckość? Nie. To fakty. Cain był żarłoczny. To pragnienie było tak pełne pasji, że można śmiało nazwać je obsesją. Nie mogło być zdrowe, ale, o zgrozo, Fleamontowi chyba pasowało.

- Flynn... - Kolejne słowo, które było czarem. Nawet nie pełne imię, a przecież jakie oczywiste. Teraz brzmiało jak ostrzeżenie - a może jak obietnica? Może zależy po prostu, kto tego słuchał? Bo to jedno słowo brzmiało dokładnie tak: zaraz puszczę lejce "nie". Pragnienie za mocno uderzało do głowy.




RE: Lato 1972, 13-15 czerwca // Towards danger; but not too rashly, nor too straight - The Edge - 02.04.2024

Chociaż odpływał z nim w to miejsce, w którym nic nie miało już znaczenia, drobne, nieprzyjemne myśli wkradały się gdzieś pomiędzy kolejne uśmiechy i westchnienia. Też był szczęśliwy, też chciał czerpać z tego momentu, ze wspólnej chwili pełnej miłości, ale ten tych czort lubił szukać sobie miejsca tam, gdzie nikt go nie chciał i podsuwał skrzywdzonemu człowiekowi najgorsze pomysły. Odpływał z nim - w objęcia tej miłości i trochę też od niego - w to ciche miejsce, w którym się za wszystko karcił, a później przysypywał poranione plecy popiołem złożonym z obaw, lęków i wyrzutów sumienia. Zostawił mu wtedy tę kartkę żeby oszczędzić mu trosk. Zamiast tego dał mu jedynie tyle, że zaznał życia w rozłące i wiedział jak smakuje, najwyraźniej kiepsko skoro wolał mu to wybaczyć, a skoro tak to... To jeżeli to się skończy...

- Kupon? - Zapytał, dając wybrzmieć w tym lekkiej nerwowości? - Każesz mi zrobić coś, czego nie zrobiłbym bez kuponu? Wyszorować się szorstką stroną gąbki? - Zażartował głównie po to, żeby ostudzić tę dziwną nutę, nie pasującą do reszty, którą wyczuł we własnych ustach i jakoś mu nie pasowała. Smakowała gorzko. Przecież nie po to go tutaj zabrał, żeby cokolwiek podchodziło goryczą.

Tylko, że nie potrafił już nie wyobrażać go sobie stojącego pod tą ścianą, całkowicie zdezorientowanego, w panice, świadomego, że to ostatnia szansa na to, żeby cokolwiek na Flynnie wymusić. Wielokrotnie słyszał o sytuacjach, kiedy w obliczu kryzysu padało nieśmiertelne zabiję się, jeżeli mnie zostawisz i z jakiegoś powodu coraz łatwiej przychodziło mu wyobrażenie sobie Bletchleya, który mu to mówi... Nawet nie mówi, tylko wyrzyguje. Był taki ton, jakiego używał, gdyby go trochę podbić, gdyby ochrypł mu głos... Przerażało go to, ale o wiele bardziej przerażała go wizja, w której Bletchley akceptuje jego decyzję, a później zabija się po cichu. Nie miał pojęcia w jaki sposób zniósłby wieść o jego śmierci po tym wszystkim, co stało się od początku czerwca. Jak się nazywało to uczucie? To była ta miłość o której wszyscy trąbili na prawo i lewo? Nie był do końca pewny, czy nie powinna być podszyta bardziej troską niż strachem, ale z drugiej strony dlaczego sądził, że coś dotyczące go tak dogłębnie miałoby nie być toksyczne? Relacje jakie tworzył były pochodną jego charakteru. Zamiast się nad tym zastanawiać, powinien wreszcie spożytkować to, że miał go tutaj - te piękne oczy wpatrywały się w niego, cieszył się z jego obecności, chciał mieć go blisko. Czuł podniecenie, ale było w tym coś więcej, w tym podświadomy zachwyt nad byciem czyimś światem. Pięć pieprzonych lat - to było cholernie długo, tak długo, że oboje zdążyli się zmienić. Dostrzegał coraz więcej tych różnic, jednocześnie coraz mniej go denerwowały. Upływ czasu nie zmienił tego, jak niesamowicie Cain mu się podobał, do tego stopnia, że chyba przestawał zauważać jak piekielnie dziwnym był człowiekiem. Mówienie sobie rzeczy, które mówili sobie oni nie było normalne. W nawet najmniejszym stopniu. Łączyły ich rzeczy, których tak bardzo bali się inni. A jednak... Płonął, wystarczyło tak niewiele, żeby tracił przy nim oddech, żeby czuł jak go to spopiela. I normalnie by z tym walczył - bo miał tendencję do bycia wypalającym się knotem, chociaż jedynym czego od niego oczekiwano było utrzymanie światła świecy. Walczyłby z tym, bo będąc z dala od niego oddałby wszystko, żeby poczuć w gardle świeże powietrze. Ale z nim? Z nim mógł łykać piach i dym.

- Przecież jesteś - przejechał dłonią po boku jego twarzy, po czym pocałował go jeszcze raz, ale tym razem to był jeden z tych pocałunków, podczas których nie dało się uniknąć stuknięcia o siebie zębami. - Może jeszcze nie dosłownie, ale - urwał, bo nie miał czego kończyć słowami - dokończył to gestem, być może zbyt odważnym, ale jednocześnie bardzo jego - po prostu na niego wskoczył. Prawdę mówiąc myślał wcześniej o wspięciu się na kredens, ale Bletchley oparł się o niego pierwszy - zaryzykował więc oplecenie go nogami w taki sposób, skazując go na wybór miejsca i zmaganie się z dziecinnością kogoś, kto w takich sytuacjach tracił wszelkie hamulce. - Ja, moja głowa, moje serce i moja dusza - są twoje. Nie jestem tylko pewny w co chcesz mnie pieprzyć najpierw, na szczęście masz dwa długie dni... - Mówił to cicho, przeczesując palcami włosy po tej samej stronie głowy, którą gładził wcześniej, drugą ręką oplatając go w poprzek pleców.


RE: Lato 1972, 13-15 czerwca // Towards danger; but not too rashly, nor too straight - Cain Bletchley - 02.04.2024

Błogo nieświadom tego, jaka burza szaleje w tej głowie, w której cały świat zawsze był taki skomplikowany, cieszył się chwilą. Hołubił ją, bo tylko te chwile sprawiały, że świat był jasny, że nie trzeba było się skupiać na wszystkim, że każdy element ciała drżał aż w tych przyjemnych odczuciach, że tutaj czeka cię coś dobrego. I doznasz czegoś dobrego, bo nie powstrzymujesz się przed niczym, bo jakoś nie było tego przeświadczenia, by panować nad każdym słowem i nie trzeba było chronić siebie samego przed nożem w plecy. Głupota i młodość szły ze sobą w parze. W końcu od nikogo bardziej ten sztylet nie zaboli niż z ręki Fleamonta Bella. Nie będzie on morderczy, będzie bardzo cichy. Tak jak cichy byłby Cain, gdyby przyszło powiedzieć kolejne "do widzenia" na stałe. Zakończyć "amen" na ściółce z tych modlitw i próśb. Już nauczył się szeptać i rozmawiać z cieniami, mówić do nikogo i w zamrożeniu czasu wspominać każdy ruch i gest człowieka, który stroił sobie takie niepewne żarty jak te tu i teraz i który przeglądał lodówkę w poszukiwaniu dobrego alkoholu, zamiast zadbać o kolejne cięcie na dłoniach spowodowane zastawioną pułapką. Jak mógłby się nie cieszyć, że znalazł się teraz w cyrku, zamiast dalej kopać Podziemne Ścieżki? Jak mógł nie lubić jego nowego oblicza, skoro teraz do niego przychodził i nie miał na sobie ran, nie był tak zniszczony? Teraz nie musiał już rozmawiać z cieniami przeszłości. Lecz gdyby miał to powtórzyć za drugim razem to nie przyjąłby z takim pietyzmem i wytrzymałością rozstania. Nie mógłby przerabiać tego po raz drugi. Nie byłoby gróźb, nie byłoby wyrzutów, nie byłoby szantażu. Decydując się na to, żeby spędzić z nim tamto popołudnie na cmentarzu, na to, żeby go zaprosić, żeby znowu spędzać z nim czas podpisał cyrograf z Diabłem. Belzebub zaoferował mu: dobrze, dostaniesz to szczęście,
dostaniesz tę miłość. Ale za parę lat ta dusza będzie tylko moja. Czemu miałby się nie zgodzić? Przecież to była dobra umowa. Czerpał więc z danych mu dni dokładnie tyle, ile mógł. I chociaż chciałby, żeby niektóre rzeczy wyglądały inaczej to nie zamierzał obarczać tymi fantazjami Flynna. Jedna fantazja wystarczyła, już i tak była za ciężka. Nie zamierzał do niej nigdy wracać.

Cain Bletchley zniknąłby w ciszy, wpatrując się w sufit własnej łazienki. I choć cisza panowałaby wokół niego, to w jego głowie panowałby gwar. Gwar od wszystkich niewypowiedzianych słów, które chciałby jeszcze powiedzieć Fleamontowi Bellowi.

- Nie. Nigdy bym tego nie zrobił. Odłożę go na później, kiedy dobrze się zastanowię, w jaki sposób go wykorzystać, żeby stworzyć nam dokładnie taką chwilę jak ta teraz. - Poczuł, że musi to wyjaśnić, bo chyba nie wszystko było tak, jak powinno, na swoim miejscu. W odpowiednim tonie, jaki chciał temu nadać. Ale rzeczywiście - przecież niepewność zabijała tego Kota Filemona. Tak jak ciekawość zabiła tego kota z innej bajki. - ... chyba że będziesz chciał ściąć włosy, to wtedy użyje kuponu. - Żartobliwy ton, ale Cain prawie (prawie!) użył słowa "pułapki". Kupon-pułapka. Krótkie włosy. Pułapki. Nie zamierzał ryzykować, że znów skręciłoby to w zupełnie nie tę stronę, nie ten klimat, jaki próbował uzyskać. Bo przecież naprawdę chciał, żeby ten wyjazd był tym wymarzonym weekendem. Wymarzonymi dniami spędzonymi tylko z nim, na robieniu tylko fajnych rzeczy, tych najlepszych, radosnych, pełnych pasji. Żeby potem mógł siedzieć i... uśmiechać się całkowicie szczerze. Przywołując te cudowne uczucia, które teraz go nawiedzały. Tak, chyba nigdy się tak nie cieszył - prawie jak dziecko, które nagle może robić wszystko, niczym i nikim nie musi się przejmować, niczego rozważać, niczego kalkulować.

Cain miał problem z rozczytywaniem Flynna nie raz i nie dwa, ale najwyraźniej Flynn nie miał problemów z tym, żeby śpieszyć na spotkanie tego, co Bletchley sam miał w głowie. Bo sam miał ochotę złapać go za uda i podnieść do góry, a tymczasem został wręcz zmuszony do tego, żeby łapać zgrabny tyłeczek, który sam się do niego przysunął. Moment zaskoczenia zastąpiła pełna aprobaty i zadowolenia mina. Więc... albo dziecinność Fleamonta znalazła dobry piedestał do zaprezentowania, albo trafił swój na swego.

- Zacznę od ciebie. - Zgrozo, ratujcie ten dom! Cain będzie potem chodził i przepraszał za te pobite wazoniki, porozrzucane pierdółki, wszędobylski bałagan, który uskuteczniał w swoim domu i swoim życiu, ale niekoniecznie przenosił go do życia i domów innych. I może myślał o tym jeszcze przed chwilą, ale teraz myślał tylko o tym, że jego spodnie były o wiele za ciasne na wygibasy Flynna. Siniaki na nogach będą go witać porankiem, bo trafniej byłoby powiedzieć, że na tę komodę wpadł, niż że do niej podszedł i posadził na niej swój słodki ciężar.

I tak komoda stała się pierwszą ofiarą niecierpliwego umizgiwania Bletcheya i prowokującego go do tego wszystkiego Fleamonta.




RE: Lato 1972, 13-15 czerwca // Towards danger; but not too rashly, nor too straight - The Edge - 04.04.2024

Parsknął lekko, powstrzymując śmiech. Ale nie chciał wcale go wyśmiać - bawiło go to, bo najzwyczajniej w świecie nie rozumiał, co takiego w tych włosach było, aby przywoływać je któryś raz z rzędu. Ale nie musiał tego rozumieć, prawda? Nie musiał znać odpowiedzi na żadne z pytań, jakie zadawał sobie w głowie, nie musiał potrafić rozwiązywać problemów, jakie nawarstwiały się w bałaganie żyjącym w głowie Flynna. Co z tego, że wisiała nad nimi jakaś ciemność, co z tego, że się jej nałykali tyle przez te wszystkie lata i byli jej pełni, co z tego, że mogło wisieć nad nimi jakieś fatum? Zawsze to w nim widział, a świadomość tego, jak bezbarwne były jego oczy, chyba jeszcze bardziej pokreśliła tę myśl o noszeniu w sobie czerni tak gęstej, tak nieprzeniknionej, jakiej bał się mugolski Bóg i postanowił stworzyć świat. Dobrze dobrano mu imiona, jakimi się posługiwał - był dla Flynna namacalnym dowodem tego, że może jednak się czasami mylił, a jakieś wyższe byty istniały, rozrzucały tu po sobie jakieś ślady - nosił też imię mordercy, który tego mordu dokonał z drzemiącego w nim gniewu. I też posiadał w sobie ten gniew. Nie znał go poza światem, jaki sobie zbudowali wspólnie z boku, z dala od wszystkiego, ale zastanawiał się, czy inni też to widzieli. Tę pasję, to... to coś, co w nim tkwiło. Z jakiegoś powodu nie chciał, żeby tak było. Bo to w jego głowie kiedy zadawało się pytanie, czy kiedy zacznę płakać, to wszedłbyś głębiej we mnie, czy jesteś normalny, wybrzmiewała powtarzana w kółko nerwowa mantra - proszę nie bądź normalny, proszę nie bądź normalny. Jebać normalność. Normalność go zabijała. Jeżeli nie masz na moim punkcie obsesji, jeżeli ze wściekłości nie cieknie ci ślina, to skąd mam kurwa wiedzieć, że to jest rzeczywiste? Normalni ludzie byli nudni. Ta nuda miała swoje zalety, ale nie nienawidził społeczeństwa bez powodu. Normalni ludzie powiedzieliby, że skoro rozkładał przed kimś nogi i pozwalał mu brać się w taki sposób, to musiał być z natury słaby, mówili to samo o kobietach. Ale w tym nie było żadnej słabości - w tym była zachłanność - wcale go nie zachęcał i nie prowokował do tych wybuchów przez pragnienie bycia uległym. To nie on był brany - to on brał. Jego, w całości. Brał go, chciał ukraść tę jego część innym, był kurwa jego, był dosłownie w środku niego. Pozwalał mu gryźć się w ramię, drapać się po plecach, przeplatać swoje imię rzędami okropnych wulgaryzmów, kiedy to wszystko stawało się zbyt szybkim, czyli dokładnie takim, jakim Flynn po nim oczekiwał.

- Jesteś tak cholernie idealny - wyszeptał mu do ucha z ledwością, przez przyspieszony oddech, jeszcze zanim rozstali się przy tej komodzie, a Bletchley znowu się wyłączył.

Czy to źle o nim świadczyło, że chciał go mieć i kochał go mieć, ale bardzo bał się posiadania takiej władzy nad czyimś życiem? Uciekanie było łatwiejsze, niż dbanie o coś. Niż godzenie się na to, że wspólne życie wiązało się z poświęceniem i z ryzykiem. To było coś do przemyślenia, zanim uczyniło się chodzącym zaproszeniem, otwartymi drzwiami, tylko z Flynnem był taki jeden, malutki problem - nawet kiedy wiedział, że robił coś złego, wcale nie zamierzał przestawać. Zamiast tego napinał się, podobnie jak teraz, kiedy został tu sam z szumem w uszach i brzęczeniem tej cholernej lodówki, a potem krzyczał „powiedz mi coś, czego jeszcze kurwa nie wiedziałem”, przemyślał to wszystko już milion razy, „wszyscy wiedzą, że jestem pierdolnięty, mam na to recepty, to nie jest warte twojego czasu”. No i nie było, ale nawet odpychając od siebie ludzi, nie potrafił funkcjonować sam. Irytująca, bolesna sprzeczność.

Słyszał to brzęczenie nawet po włączeniu telewizora. Leżał na tej sofce, pomiędzy jego nogami, wciąż lekko wilgotny od wody, którą wymył się przed założeniem na siebie spodni. Przykryty kocykiem, próbował wsłuchiwać się w bicie jego serca lub w to, co mówił komentator powtórkowej transmisji zawodów sportowych, będących ostatnim występem gimnastyków przed igrzyskami olimpijskimi w Monachium. Najwyraźniej go interesowały, bo wspomniał coś o nich kilka razy, gdzieś pomiędzy sięgnięciem po kolejną pistację z garnka leżącego na stole. Ta lodówka naprawdę była tak głośna, czy znów sobie coś ubzdurał? Przygryzł wargę, starając się skupić na czymkolwiek innym. Zadarł głowę do góry, żeby spojrzeć na twarz Caina.

- Idziemy do łóżka?


RE: Lato 1972, 13-15 czerwca // Towards danger; but not too rashly, nor too straight - Cain Bletchley - 06.04.2024

Cain starał się udawać normalnego.

Jakoś nigdy nie ciągnęło go do tego, żeby wcisnąć się między ludzi. Nigdy nie potrafił znaleźć w sobie potrzeby, żeby zawalczyć o integrację z innymi, o przyjaźnie, o atencję, o uwagę. O budowanie czegoś bardzo bliskiego. Nie, źle - miał tę potrzebę, tylko ona bardzo szybka gasła, kiedy już zbliżał się do ludzi. Były te pojedyncze jednostki, dla których poprzestawiał drewniane belki swojej równej, kwadratowej przestrzeni, na której niby wszystko było chaosem i syfem, ale przecież on dokładnie wiedział, co gdzie i dlaczego się tam znajduje. I znał każdy milimetr. Nie mogłeś go oszukać i próbować przestawić tej belki, kiedy nie patrzył. Mijały lata, a ta separacja się pogłębiała. Więc próbował dalej wchodzić między ludzi i zawierał relacje różne, dziwne, ulotne, a czasami robił to, czego nie lubił w tym świecie, a co uważał za jego regułę: dzielił osoby na te, które są przydatne, te, których już nie potrzebujemy i w końcu na te, których potrzebujesz personalnie. Ta ostatnia grupa była naprawdę mała. Dlatego po tych wszystkich latach sądził, że te starania w zrozumieniu ludzi, społeczeństwa, w pojęciu machin, jakie napędzają ten świat, w kalkulowaniu możliwość odwrócenia czegoś na lepszą stronę stały się latami prawie straconymi. Prawie, bo nie umniejszał swoim osiągnięciom. Nie były może wybitne, bo sam przecież nie był nie wiadomo jak wybitnym czarodziejem, ale uratował parę ludzkich żyć. To miało znaczenie. Starał się być normalny i w końcu mógł powiedzieć uczciwie, że nie starał się wcale. Mógł być jeszcze milszy, mógł być bardziej uprzejmy, mógł... mógł przestać ciągle przywdziewać uśmiech na twarz, bo przez 90% czasu i tak był fałszywy. Ale to byłoby przecież niewygodne.

Ludzie mniej ufali człowiekowi, który się nie uśmiechał.

W końcu było jednak to 10 procent i ta potrzeba walczenia o atencję. Ta potrzeba odczuwania, ten brak potrzeby przelewania wszystkiego przez sito, ten brak konieczności wybielania tego misia z doniczki, który mieszkał tam 10 lat. Nie musiał tego robić, bo przecież miś był doskonały wraz ze swoim bagażem doświadczeń. Dlatego Flynn, który był tu i teraz, miał więcej do zaoferowania niż ten, który przychodził do niego ze Ścieżek. I mówisz, że to z Flynnem był problem. A przecież problem był też z tymi, którzy widzieli te piętrzące się stosy problemów i samouznawania swoich wad i jeszcze akceptowanie tego. Ba! Odsuwanie od siebie logicznej drogi, która próbowała ci pokazać, że Fleamont jest ostatnią osobą, z którą powinieneś się wiązać.

Tymczasem leżeli uwiązani ciało przy ciele. Nie dlatego, że ktoś ich przytrzymywał siłą, wiązał fizycznie, czy działo się cokolwiek innego. Och, cóż, dobrze się po prostu dobrali? Skoro Flynn tak potrzebował bliskości, a Cain tak bardzo potrzebował Flynna, że pewnie nie widziałby niczego nieodpowiedniego w tym, że chodziłby za nim cały dzień. Mógłby się nawet nie odzywać. Nie uczestniczyć w tym życiu. Nie dotykać go. Wystarczyłoby, że mógłby go obserwować. Tak samo, jak wystarczyła mu myśl, że żyje, żeby zostawić go samemu sobie. Pomruk "mhmm..." był potwierdzeniem, że tak, czas wynieść się z tego salonu tylko po to, żeby wymienić kanapę na o wiele wygodniejsze łóżko.

Zasnął z uśmiechem na ustach.

Z uśmiechem się również obudził.

Wszystko dlatego, że wystarczyło, żeby się obrócił i już widział jego. Czarne loki rozsypane na twarzy, na pościeli, spokojna twarz, w której teraz nie drzemały zaklęte żadne smutki, żaden ból. Oddychał spokojnie i miał nadzieję, że równie spokojne są jego sny. Ulotny poranek przestawał być taki ulotny i nie był też nieprzyjemny - zamieniał się w długie błogosławieństwo. Wszystko stawało się nagle przyjemne, a on pielęgnował to przyjemne poczucie ciepła i afirmował je w pełni. Tak jak adorował obecność Fleamonta. I to nic, że skończy się to za dzień, dwa, że to będzie ładny film na jeszcze ładniejszej kliszy jego życia. Ta klisza była. I już na zawsze z nim pozostanie.

Daleko było mu do mistrza dyskrecji w zachowywaniu się cicho rano, bo do tego nie nawykł, ale starał się jak mógł. Już po tym, jak się napatrzył na Flynna, nazachwycał pięknem tej twarzy i zastanowił, czy czasem bolały go dawne blizny. Więc tak - postarał się wstać najciszej, jak tylko umiał, żeby równie cicho wybrać się do łazienki, zejść do kuchni i wycenić, czy zrobienie śniadania jest w jego zasięgu... a przynajmniej taki był plan, bo wystarczyło wyjść z zasięgu, gdzie obecność Flynna była prawie na wyciągnięcie ręki i już umysł zaczął go zwodzić. Wrócił po różdżkę, ubrał się, wyszedł na zewnątrz, żeby spojrzeć teraz, za dnia, na ten nowy świat. Chłód poranka aż przeszył go dreszczem, a widok tylko dołożył swojego. Zieleń była wszędzie. A cisza aż raziła w uszy i mimo woli wyostrzała je w poszukiwaniu nowych dźwięków. Wyszedł kilka kroków na zewnątrz, rozglądając się. W pierwszej chwili chciał zamknąć drzwi i się przejść kawałek, ale zrezygnował. Flynn gotów spanikować jeszcze, gdyby nagle go zupełnie nie było. Pomijając, że pewnie dwa razy by się okręcił i jednak by się zagubił w tej przestrzeni, gdzie niemal każde drzewo wyglądało tak samo.




RE: Lato 1972, 13-14 czerwca // Towards danger; but not too rashly, nor too straight - The Edge - 07.04.2024

Zanim ostatecznie powiedzieli sobie „dobranoc”, Flynn przyciągnął go do siebie, żeby wtulić się w jego plecy i złożyć ostatni tego dnia pocałunek na rozgrzanej szyi. W takiej pozycji, z twarzą zatopioną tuż przy jego włosach i rękoma oplecionymi wokół Caina tak, aby ułożyć dłonie na brzuchu i klatce piersiowej, leżał w niemalże bezruchu jeszcze dobrą godzinę. Obecność drugiej osoby podczas zasypiania było dla niego normą - dawała mu poczucie bezpieczeństwa i spokoju, do których przywykł, doświadczając lat wspólnego życia z innymi ludźmi - prawdziwie obcym było dla niego zasypianie bez ciepła drugiego ciała. Nie mógł zasnąć nie przez to, tylko przez tę cholerną lodówkę.

A raczej... to, że to nie była lodówka.

„Weź mój plecak na górę, zaraz przyjdę”, rzucił mu, kiedy rozstawali się przy schodach, a później podszedł do tego nieszczęsnego sprzętu, żeby odłączyć ją od ściany. I nic. Najgorsza była dokładnie ta sekunda, w której dotarło do niego, jak durny był myśląc, że to lodówka, chociaż słyszał ten dźwięk w identycznym natężeniu niezależnie od miejsca, w którym się znajdował. Jego czoło było wciąż chłodne od opierania się o ścianę z czystej bezsilności, ale wreszcie zasnął i dopiero wtedy nieznośny szum ustał. Wrócił dopiero rano.

Budzenie się w pustym łóżku nie bolało go już ani trochę, chociaż momentami wciąż uważał to za lekki skandal. No bo oczywiście, że wolałby obudzić się z kimś przyklejonym do swojego ciała, ale lata zasypiania przy kimś były również latami słuchania narzekań na to, jak koszmarnie długo spał. Przyzwyczaił się więc do porannej samotności. Zresztą... Każdy z tych poranków mu się zlewał. Przyciśnięcie poduszki do głowy i zorientowanie się, że wciąż było w niej głośno, a zatkanie uszu pomagało wykluczyć ze słyszanych dźwięków jedynie zaciekłą kłótnię jaskółek mających gniazdo z tej strony domu. Niezręczne stęknięcie, kiedy gwałtowny ruch połączony z otwarciem się o materac wywołał nacisk tam gdzie nie powinien. Odetchnął głęboko odklejając brzuch od materaca, po czym wstał z łóżka i zaniósł się głośnym, spazmatycznym atakiem kaszlu palacza, towarzyszącym mu aż do łazienki, gdzie w nieelegancki sposób splunął do zlewu. Tak - to w gruncie rzeczy, z drobnymi różnicami - w kółko ten sam dzień. Podniesienie twarzy do góry po obmyciu umywalki i zobaczenie tej samej, krzywej mordy, tylko tym razem wilgotnej od wody. Wyrwanie dwóch siwych włosów z czubka głowy, jakby miało to w jakiś sposób odroczyć nieuniknione. A później niespodziewana, głucha cisza. Jak długo będzie trwała tym razem?

Zszedł na dół, rozejrzał się wokół i właściwie to zgodnie z przewidywaniem Bletchleya, od razu podszedł do niego przywitać się krótkim pocałunkiem i najpewniej zasniósłby się lekką paniką, gdyby nie znalazł go szybko.

- Trzeba było przypieprzyć mi łokciem i udawać, że dalej śpisz. - Powiedział cicho, zaspanym głosem, odrywając od niego wzrok tylko dlatego, że te jaskółki znów zaczęły... Co robiły jaskółki? Śpiewały? Piały? Gdyby miał zignorować zawiłości językowe jeżeli chodziło o ptactwo i określić to czymś ze swoich zasobów słownikowych, użyłby określenia darły pizdę. - Ciężko przynieść ci śniadanie do łóżka, kiedy stoisz na dworze. - Zauważył, wlepiając spojrzenie w to, co musiał określić mianem gniazda, chociaż prawdę mówiąc wyglądało jak bryła błota przyklejona do fasady budynku. Gdyby nie to, że jeden z ptaków wystawał stamtąd i wpatrywał się w niego z zaciekawieniem, zacząłby podejrzewać czy nie jest to gniazdo os albo innego gryzącego gówna.

A później, wciąż nic nie robiąc sobie z tego, jak uporczywy stawał się ten kaszel, wyciągnął z kieszeni spodni papierosy i odpalił sobie jednego.


RE: Lato 1972, 13-14 czerwca // Towards danger; but not too rashly, nor too straight - Cain Bletchley - 07.04.2024

Cisza.

Tylko ptaki ćwierkające wokół, szum drzew. Absolutna, zbawienna cisza. To uczucie było niemal hipnotyzujące. Nie potrafił mu się oprzeć. Nie chciał się nawet minimalnie ruszać, żeby dźwięk jego własnych kroków nie zagłuszył tego spokoju. Czy tego doświadczali ludzie, którzy umierali? Ramion tej ciszy, która odcinała cię od istnienia i wprawiała w pozór tkwienia w pustce? Podobało mu się to. Mimo niepokoju wywołanego nieprzyzwyczajeniem do takiego bezruchu wszechświata to im więcej chwil mijało tym bardziej się temu poddawał. Wyłączył się. Był tylko on, Cisza i Spokój.

Był też Crow, który wyłonił się z domu i jego kroki usłyszał dość szybko. Powoli wysunął się z tego błogosławionego świata, który nagle nie musiał być wywoływany żadnymi eliksirami, żadnymi zaklęciami wyciszającymi - i jeśli dla kogoś miałby teraz się z tego wyrwać to był to właśnie ten mężczyzna, któremu złożył pocałunek na ustach.

- Pieprzyć cię. Łokciem. - Przeskoczył parę słów w tym zdaniu i dało to bardzo ciekawy efekt. Wyciągnął jeden kącik ust w górę. - No wiesz? Nie mógłbym być w stosunku do ciebie agresywny. - Zabłyszczały mu oczy od tego dobrego humoru, który miał od samego rana. - Rzeczywiście. Stanowi to przeszkodę. - Przyznał, jakby stanowiło to bardzo istotną dla życia, mentalną zagwozdkę do rozwiązania zarówno pod kątem logistycznym, jak i społecznym. Ludzie w końcu nie tylko zachowywali się inaczej w zależności od osób, wśród których przebywali, ale również od miejsca. Zupełnie inna atmosfera panowałaby w sypialni niż panowała tu. - To zaraz do niego wrócę. Zaraz. Postójmy tu jeszcze chwilę. - Objął go ramieniem i skierował wzrok znowu przed siebie. Nie patrzył na nic konkretnego, nie wypatrywał ptaków, bo nie chciał ich widzieć. Chciał widzieć te jednostajne drzewa, które w jego umyśle zlewały się w jedną plamę brązów i zieleni. Nie było tu nadmiaru kolorów, nie było różnych kształtów, rośliny różniły się od siebie wzajem, ale jednocześnie on sam miał problemy z ich odróżnieniem. Najwyraźniej nie zawsze wszystko musiało działać w głowie dobrze, nawet jego własnej, za co był w tym momencie cholernie wdzięczny. Po prostu stał. Po prostu spoglądał, a chociaż nie miał pustego spojrzenia to jednocześnie jakby spoglądał w prawdziwą pustkę, w której wszystko mogło zaginąć. Miał to spojrzenie człowieka, który mógł teraz wypowiedzieć sławetne chwilo trwaj, jesteś piękna, nawet jeśli kosztowałoby to jego duszę.