Secrets of London
[styczeń 1972] To będzie piękny ślub - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25)
+--- Wątek: [styczeń 1972] To będzie piękny ślub (/showthread.php?tid=2714)

Strony: 1 2 3


RE: [styczeń 1972] To będzie piękny ślub - Bard Beedle - 25.03.2024

- Tylko gdyby komuś zależało, by nie zniszczyć sukni - powiedziała asystentka, nerwowo przygryzając wargę. - Jest dość ciężka, nie rzuciliśmy jeszcze na nią ostatniego czaru, dodającego lekkości, niełatwo ją wynieść i została zabezpieczona przed prostszą magią. Nie dałoby się jej na przykład całej transmutować, póki ktoś nie byłby w transmutacji prawdziwym mistrzem... Kryształki na spódnicy są same w sobie mniej cenne, to diamenciki na dekolcie byłyby warte kradzieży, ale też tylko jeden był większy, jego wycięcie nie byłoby takie trudne. Nie mam pojęcia, jak ją stąd wynieśli tak, by nie zwrócić uwagi...
Kobieta wyginała sobie palce, wyraźnie zdenerwowana, niepewna, czy przypadkiem mówiąc coś nie podpisze na siebie wyroku. Jej spojrzenie co rusz uciekało ku drzwiom pracowni.
- N...nie chcę opowiadać plotek - zastrzegła, zniżając głos, jak zwykle kiedy plotkujesz, a nie chcesz, by ktoś usłyszał za wiele. - Ale pan Rosier kilka tygodni temu rozstał się z dziewczyną. Podobno bardzo źle to przyjęła. Ale... Ale wątpię, żeby ona mogła tak po prostu tu wejść. Prawie na pewno... - zawahała się, ale wniosek był przecież oczywisty, doszedł do niego Christopher i z pewnością doszła do niego i Millie. Wskazała wypielęgnowaną dłonią na wręczony Moody grafik. - Prawie na pewno ktoś stąd musiał maczać w tym palce. Nie było w końcu śladów włamania przy głównych wejściach, więc ta osoba miała wstęp do części budynku i wiedziała co nieco o zabezpieczeniach innych... i... i to pewnie był ktoś, kto tamtego dnia był w pracy. Panu Rosierowi zdarza się zostawać w pracowni dłużej, jeśli akurat ma wenę, czasem całą noc. Nie lubi pracować rano, więc często robi to wieczorem. Ktoś musiał wiedzieć, że wyszliśmy wcześniej. Ale przysięgam, to nie byłam ja.


RE: [styczeń 1972] To będzie piękny ślub - Millie Moody - 01.04.2024

Cmoknęła zapisując dalej, skreślając pojedynczą zamaszysta kreską kilka wcześniejszych notatek. Oczywiście w jej głowie pojawiało się kilka opcji zagranicznego rynku zbytu, ale informacje od asystentki były o tyle ciekawe, że potwierdzały jej przypuszczenia dotyczące celowania niekoniecznie w samą sukienkę, ale w osobę projektanta. No i raczej nie było wątpliwości, że sprzyjał tym działaniom ktoś z wewnątrz.

– A ta dziewczyna miała na imię i zajmowała się...? – pozostawiła przesłuchiwanej pole do odpowiedzi, pytając też celowo ciszej, widząc jej nerwy i nie chcąc bynajmniej narażać cennego świadka, kto wie może zdecydowanie lepiej zorientowanego w sytuacji niż sam główny projektant. To nie były plotki, to były cenne poszlaki, które mogły w ostatecznym rozrachunku doprowadzić do jeszcze cenniejszych dowodów. Z drugiej strony chociaż nie zamierzała sprzedawać nigdzie dalej tych informacji, pobudziły one w niej zamiłowanie do tego typu pikantnych historyjek z którymi gdzieś później będzie można wyskoczyć po północy, gdy butelka była już niemal pusta, a Alastor w nastroju do spraw innych niż rozbryzgany czarodziej w ciasnej i ciemnej pracowni znaleziony po tygodniu nieobecności w miejscu pracy.

– Ów była partnerka trzymała się z kimś bliżej z pracowni? Była z kimś spokrewniona? – motywy motywy motywy, każdy musiał mieć jakiś powód...


RE: [styczeń 1972] To będzie piękny ślub - Christopher Rosier - 02.04.2024

- Luna Avery. Sama pani rozumie... - Catherine zawahała się ponownie. - To szanowana osoba - dokończyła. Nazwisko Avery należało do rodu czystej krwi, a nawet jeżeli Luna pochodziła z bocznej gałęzi, wciąż prawdopodobnie miała wystarczająco wiele znajomości, wpływów i pieniędzy, aby asystentka nie śmiała oskarżyć ją o kradzież wprost nawet, gdyby przyłapała tę z suknią w ręku. Może dlatego Catherine opuściła głowę i wbiła wzrok we własne buty. - Panna Avery nie spoufalała się zbytnio z pracownikami. Nie znała krawcowych ani dostawców. Ja umawiałam tylko jej spotkania z panem Rosierem. Jeśli z kimś miała kontakt, to ze sprzedawczyniami. Zdarzało się jej kupować tutaj ubrania, jeszcze zanim zaczęli spotykać się z panem Rosierem. Na pewno niektóre z nich znała, ale wątpię, by jakoś bardzo się przyjaźniły...
Jeżeli więc to ta kobieta miała z tym coś wspólnego, musiała albo przekupić kogoś później - może obsadzić "nową" osobę w salonie, a stosunkowo nowe były jedynie Catherine i pewna krawcowa, przy czym Catherine pracowała, kiedy Luna już spotykała się z Christopherem - albo skontaktować się z którąś ze sprzedawczyń. Tamtego dnia w sklepie przebywały dwie z nich i zgodnie ze słowami asystentki, one zapewne wiedziały, że pan Rosier wyszedł z pracy nieco wcześniej.
Drzwi pracowni ponownie się otworzyły i na progu stanął Christopher Rosier. Projektant starał się powściągnąć zniecierpliwienie, nie szło mu to jednak najlepiej. Nigdy nie posiadał cnoty cierpliwości: gdy czegoś chciał, uważał, że powinno dziać się to już, teraz, natychmiast (a jednocześnie sam przy pracy bardzo chętnie powtarzał, że nie popędza się geniusza). W efekcie ta niecierpliwość wyraźnie znaczyła się na młodej twarzy, a zdenerwowanie całą sytuacją objawiało w nienaturalnym spięciu ramion.
- Możemy pomóc w czymś jeszcze? - zapytał, bardzo, bardzo próbując być uprzejmym. Rosier nie miał zwykle skrupułów wobec traktowania osób, które uważał za niższe statusem, nieco gorzej, ale naprawdę zależało mu na tej cholernej sukni. A nie był idiotą, wiedział, że jeśli nastawi źle do siebie Moody, ta może starać się mniej, nawet jeżeli była oddana swojej pracy. - Zawołać kogoś z pracowników, pokazać jakieś pomieszczenia?


RE: [styczeń 1972] To będzie piękny ślub - Millie Moody - 16.04.2024

Miles podziękowała asystentce i sama bezgłośnie opadła na jeden z zydli. Sięgnęła po swój notes i przekartkowała go, śledząc różne własne przypuszczenia oddzielając je od informacji, które zdobyła do tej pory. W chaosie myśli, w nabazgranych notatkach odnajdowała porządek myśli, właściwą perspektywę dla kilku dodatkowych kółek i strzałek, dla kilku znaków zapytania lekką ręką dodanych, do grubych czarnych kresek, które oddzielały fałszywe tropy.

Motyw zawsze był kluczem.

Nie mam pojęcia, jak ją stąd wynieśli tak, by nie zwrócić uwagi...

Powinna pomyśleć o tym, żeby zrobić rekonesans na zewnątrz, poszukać ludzi, którzy mogliby coś widzieć, przepytać sąsiadów, może jakieś figgowskie koty pałętały się po okolicy. Powinna, ale lśniąca fluorescencyjnie dookoła wypowiedzianego ustami asystentki zdania, nie dawała jej spokoju. Lśniąca myśl o tym, że suknia wcale nie opuściła budynku. Że jest ukryta w jakiejś szafie i czeka, aż pani nigdy-nie-będę-aurorem pociągnie za odpowiednie drzwi.

Stukała piórem o notes, gdy do pokoju wszedł zniecierpliwiony blondyn. Było mu do twarzy z tym grymasem życzliwego uśmiechu, z tym miodem w głosie, za którym próbował ukryć dużo twardsze słowa naglące ją do pracy. Może wolałaby usłyszeć jak laluś przeklilna, może wolałaby aby nie hamował pasji skrytej pod ciasnym gorsetem jego napuszonej pozy.

Językiem zwilżyła usta, na moment zawieszając się na wyobrażeniu, ale wnet zamrugała kilkukrotnie i powróciła uwagą do zanotowanych pytań:

– Chciałabym dowiedzieć się jak wyglądał klucz do pracowni. Czy ten zapasowy wyglądał tak samo? Czy były jakieś charakterystyczne cechy, które pozwalałyby osobie nie wiedzącej jakie jest jego zastosowanie wydedukować to? – stałówka zatrzymała się wgnieciona obok prośby numer jeden, a potem ze zgrzytem przesunęła się do punktu numer dwa – ... oraz chciałabym porozmawiać z pana ojcem panie Rosier. Najlepiej w jego gabinecie, jeśli to możliwe, w pomieszczeniu gdzie był ten zapasowy klucz o którym pan mi wspomniał wcześniej. – Nie uśmiechała, gdy powróciła doń spojrzeniem lśniących dziko miodowych oczu, zaciekawiona, czy jej myśli podążały dobrym tropem odrzucając wszystkie poszlaki, czy w końcu trafi na swoją tłustą mysz.


RE: [styczeń 1972] To będzie piękny ślub - Christopher Rosier - 18.04.2024

Czy suknia mogła dalej się tu znajdować i czekać na zebranie w innym terminie?
Dom Mody Rosierów był bez wątpienia duży. Poza salami, w których przyjmowano klientów i pokazywano im gotowe już suknie, było tu mnóstwo innych pomieszczeń. Pracownie projektantów, sale, w których pracowały krawcowe, w których trzymano materiały i gdzie przechowywano kreacje niesprzedawane w ramach regularnej sprzedaży. Mogło być tu nieskończenie wiele schowków, zwłaszcza, że Rosierowie byli bogaci, i mieli wielu pracowników - niewykluczone, że z aniektórymi drzwiami kryły się pomieszczenia dużo większe niż mogłoby się wydawać.
Christopher Rosier bez wątpienia znał każdy zakamarek tego budynku. Być może niektóre z nich znała także jego asystentka, nawet jeżeli nie pracowała tutaj bardzo długo.
Może zagadnięci mogliby wiedzieć, jakie miejsca należy przeszukać, aby to sprawdzić.

- Mogę go po prostu pokazać. Oba są identyczne - powiedział Christopher, cofając się do pracowni. Klucz, który przyniósł Millie był w kształcie dość zwykły, przynajmniej na pierwszy rzut oka, poza tym, ale śnił, jakby wykonano go ze złota. - To z powodu rodzinnej legendy - wyjaśnił Rosier odruchowo, jakby spodziewał się, że zaraz padnie pytanie, czy był złoty. - Wszystkie klucze do naszych pracowni są tego samego koloru, każdy z nieco innym zakończeniem, ale żeby je właściwie dopasować, trzeba by je zobaczyć albo wiedzieć, gdzie któryś wisi. Zamek i klucz są zaklęte, nie da się dostać do środka z jakąś tam alohomorą. Mieliśmy już próby wykradania projektów, chociaż nic w ciągu ostatniego roku.

Skrzywił się lekko, na słowa o ojcu: nie tyleż dlatego, że przeszkadzałoby mu, że ta porozmawia z ojcem, ale co niby ten mógłby jej powiedzieć, o czym nie wspomniał już sam Christopher? Pochlebiał sobie, że doskonale zna Dom Mody, nawet jeżeli pracował tu stosunkowo krótko, a swoją pozycję zawdzięczał tylko po części talentowi, prawdziwemu przecież, i pracy, którą wykonywał, a w większości części jednak: nazwisku i rodzicom.

- Jeszcze nie wrócił. Po dokonaniu zgłoszenia pojechał prosto do dostawcy, potrzebujemy paru rzeczy, by szybko wykonać projekt zastępczy. Panno Moody, czy coś chodzi pani po głowie? Jeśli nie, to proszę działać pod opieką Catherine. Muszę wracać do pracy, by panna młoda stanęła przed ołtarzem w czymś, czego nie będę się wstydził pokazać światu, a mam bardzo niewiele czasu.


RE: [styczeń 1972] To będzie piękny ślub - Millie Moody - 24.04.2024

Nie mam pojęcia, jak ją stąd wynieśli tak, by nie zwrócić uwagi...

Cały czas to zdanie w jej notesie, cały czas to zdanie w jej głowie świdrowało wszystkie myśli i zaiste nie mogło się odkleić. Mildred miała koci instynkt, Mildred wychowana na śmietniku wyczuwała śmierdzące szczury nawet w tak pięknych przestrzeniach jak pracownia Rosierów. Wyczuwała szczury nawet jeśli perfumy poszkodowanego, kosztujące pewnie tyle co jej miesięczna pensja, były stanowczo zbyt przyjemnie łechtające jej zmysły. Mildred miała nosa do różnych przestępstw, ale niewątpliwie jej słabością było to, że zbyt łatwo przywiązywała się do zbyt łatwo stawianych wyroków. Dlatego ostatecznie lepiej jeśli ktoś wskazał jej palcem, taki Erik na przykład powiedział "nie Mills, za mało dowodów, nie możesz skazać ojca tylko dlatego, że sukienka była duża, a teraz jego tu nie ma". Albo "nie Mills, to że Twój ojciec jest zjebem, nie oznacza, że każdy ojciec jest". Pokręciła głową. Erik nigdy by nie powiedział głośno że czyjś ojciec jest zjebem. Zwłaszcza nie określiłby tak aurora. No ale nie ważne, czy to Erik w jej głowie, czy Erik poza głową. Nie było go tutaj.

– Sądzę, że suknia nadal jest w pracowni. Ktoś sfingował włamanie, ale bez tego cacka nie wszedłby do najważniejszego pokoju. Tam już nie ma śladów, co jest głupie, ale wiedziałbyś, że alochomora czy łom nie wystarczy. Zatem musiał mieć klucz. Łatwo zwalić na zapodzianie klucza zapasowego, tylko że ten ktoś bardzo dobrze musiałby wiedzieć jak on wygląda i do czego służy. I że bez niego nie dostanie się do środka. Suknia nie została pomniejszona ani uszkodzona, ale jest wielka i ciężka, łatwiej ją przenieść gdzieś do jakiejś szafy tutaj. Ktoś kto wiedziałby do czego służy klucz, znałby też zakamarki pracowni w których można to zrobić bez szkody dla sukni. – umilkła, nerwowo oblizując sobie wargi. Była bardziej niż pewna, była podekscytowana, kto by pomyślał, że jakaś kiecka wzbudzi w niej tyle pozytywnych emocji. Po zblazowanej Mills która przekrczała próg pracowni nie pozostał ślad. Niemalże poruszała rytmicznie ramionami, jak czarna kotka szykująca się do skoku.

– Nie szukamy więc zaginionej sukni, a tego kto zabrał klucz. Asystentka pana ojca lub pana ojciec mogą wiedzieć co się z nim stało. Nie szukamy zaginionej sukni, ale motywu... Nie pieniądze, raczej nie zemsta, wtedy wystarczyłoby ją pociąć i zniszczyć tak, żeby zrobienie nowej miało więcej sensu niż naprawa starej. Szczególnie, że nie miała jeszcze, jeśli dobrze zrozumiałam, nie miała na sobie zaklęć ochronnych? A więc nie pieniądze, nie zemsta. Przychodzą mi różne rzeczy do głowy... Jesteś największym poszkodowanym w tej sytuacji, ale cudownie złodziej znał termin ślubu i dał te kilka dni, kilka cennych godzin na uszycie nowej sukni. Może to test? – zasugerowała? Nie, sugestia powinna być bardziej subtelna jednak.


RE: [styczeń 1972] To będzie piękny ślub - Christopher Rosier - 24.04.2024

Christopher milczał, nieco przytłoczony nadmiarem informacji. Sam zwykle gadał dość chętnie, zwłaszcza o swoich projektach, ale w tym momencie, zarzucony długim wykładem Miles, zdawał się odrobinę zdezorientowany. A kiedy skończyła, sam nie był pewny, czego uczepić się bardziej – sugestii, że suknia dalej tutaj była (co uznał w pierwszej chwili za absolutnie niemożliwe, a w drugiej nagle zaczął się zastanawiać, bo części czarów jeszcze na nią nie rzucono, choćby tego ujmującego wagi, ale chroniący przed transmutacją już tak), i co powinno pchnąć go natychmiast do przeszukiwania wszystkich kątów, czy absolutnie oburzającej sugestii, że to miałby być test.
– Sugeruje, że zrobił to mój ojciec, panno Moody? – spytał, przeciągając słowa, blade policzki poróżowiały lekko i chyba tylko to niezdecydowanie, czy biec i sprawdzać szafy, czy ją udusić, sprawiło, że nie zaczął tu wyklinać. – Mój ojciec?! Miałby narazić na szwank nasze dobre imię, ściągać tu Brygadę, by mnie przetestować? Mnie?! Mój ojciec doskonale wie, na co mnie stać. A przygotowanie sukni zgodnej z zamówieniem w takim czasie, jaki pozostanie, nie leży w ludzkiej mocy. Przyszła pani Selwyn może dostać wspaniałą suknię, ale i tak będzie wściekła, że niezgodną z tym pierwotnym projektem. Żaden motyw mnie nie interesuje, nawet złodziej mnie nie interesuje, jego mógłbym znaleźć i zamordować później, teraz chcę przede wszystkim odzyskać moje największe dzieło.
Miotał się trochę – bo tak naprawdę chwilę temu nie wierzył, że suknię odzyskają, i chciał tego złodzieja, w nadziei, że tu ułagodzi złość państwa młodych, a poza tym unikną dezorganizacji pracy Domu Mody Rosierów przez masowe zwolnienia i spadku zamówień. Ale jeśli suknia tu była! Jeżeli jej nie zniszczono! Bogowie, chciał tej sukni: chciał tej sukni, bo mogli ocalić sytuację, ale chciał jej też, bo to był jeden z jego najpiękniejszych projektów, drugiego takiego nikt nie zamówi, i nie mógł teraz zrobić drugiej takiej, brakowało przecież materiałów i czasu…
– CATHERINE! – wrzasnął nagle i wypadł na korytarz. Nie wydzierał się tak zwykle, na pewno nie w Domu Mody, toż to nie uchodziło, ale ta sytuacja! Ta sytuacja!!! – Catherine, gdzie jesteś, do diabła? Bierz Esterę, i macie przetrząsnąć magazyn numer jeden. Dokładnie. Przerzućcie go choćby do góry nogami, jeżeli byłoby trzeba!!! Ja sprawdzę poprzednie kolekcje…
Po tych słowach Rosier ruszył do… najbliższej szafy?
Wyciągnął różdżkę, rzucił zaklęcie i otworzył drzwiczki. Po czym wpakował się do środka, pomiędzy wiszące tam kreacje…


RE: [styczeń 1972] To będzie piękny ślub - Millie Moody - 26.04.2024

Był słodki jak się gniewał. Lubiła wzbudzać w innych skrajne emocje, głównie dlatego, że jej także buzowały pod jasną skórą. Lubiła gdy inni dołączali do niej w chaosie tańca wściekłości i namiętności, gdy byli orzeźwiająco gorący lub parzyli lodem, nigdy obojętni. Czy sugerowała, że to ojciec pozbawił go sukni? Och tak, nawet nie sugerowała, tylko mówiła to całkiem wprost. Nie znała się na strukturze domu Rosier, na dziedziczeniu, na tym czy Christopher miał na przykład brata albo siostrę, którzy chcieli zająć jego miejsce jako pupilka tatusia? No to też była opcja - pasowało do klucza który przyjęła tropiąc podejrzanych. Z drugiej strony, jeśli suknia pozostała na terenie zakładu, sprawca mógł łatwo wszystko nazwać "żartem" i wymigać się od karzącego ramienia sprawiedliwości. Na tym etapie Mildred po prostu chciała wiedzieć kto to zrobił z równą mocą co Christopher chciał wiedzieć gdzie jego skarby się obecnie znalazły.

I zobaczyła ten moment w jego oczach, ten przeskok od wściekłości do zachwytu. A potem otworzył szafę i zniknął w niej, co przyjemnie podekscytowało Mils.

Narnia?

Była to jedna z wielu książek czytanych jej do snu przez brata po śmierci matki. Lubili oboje sięgać po mugolskie książki, lubili śmiać się z tego co płynęło tuż obok świata czarodziejów i było tak różne, albo tak bliskie prawdzie. A "Lew, Czarownica i Stara Szafa" był niewątpliwie jej ulubionym tomem. Dlatego też nie zastanawiając się wcale, podniosła się i jak zaczarowana (hehe) podążyła za Christopherem w poszukiwaniu latarni na ośnieżonej polanie i pana Tumnusa z czerwonym szalikiem.


RE: [styczeń 1972] To będzie piękny ślub - Christopher Rosier - 26.04.2024

Christopher miał rodzeństwo, ale nie lękał się, że ktoś zagrozi jego pozycji. Zbyt był na to pewny swego, zresztą – wcale nie zależało mu na przejęciu zarządu nad Domem Mody Rosierów. Z tym wiązało się mnóstwo uciążliwych spraw, a on nie lubił zajmować swojego pomysłu rzeczami mało interesującymi. Chciał projektować i przygotowywać ubrania, pokazywać je światu. Szył tylko to, co chciał i dla tego, dla kogo chciał. Żadna siła na niebie i ziemi nie zmusiłaby go do odziana w suknię swojego projektu dziewczyny, której nie uznałby za dość na to interesującą – i chodziło nie tylko o urodę, ale i jakąś iskrę.
To, że mało kto mógł dostać suknię Christophera, czyniło je tylko tym cenniejszymi.
Za ubraniami, między którymi się przepchnęli, nie kryła się Narnia, znaleźli się jednak w dużym pomieszczeniu, pełnym manekinów oraz wieszaków. Nie było tu setek sukien, bo Rosier zwykle szył mając na myśli konkretną osobę, ale od czasu do czasu eksperymentował albo szykował coś na specjalny pokaz. Projekty mogły trafić tutaj z różnych przyczyn – niektóre czekały na swój moment, inne Christopher odrzucił, ale na razie nie kazał zniszczyć, jeszcze inne chciał przerobić. Było i kilka sukni ze starszych kolekcji, których nie zdecydował się sprzedać, choć były to pojedyncze egzemplarze. W pobliżu wejścia znajdowała się suknia z wzorem w ruchome, barwne motyle, które całą chmarą poruszały się po dole sutej spódnicy, kawałek dalej czarna, długa suknia, ciasno opinała szczupły kształt manekina, tuż obok zaś znajdował się strój, niedokończony, który mogłaby nosić elfia królowa – zdobny we wzór zielonych pnączy.
Nie wpuszczał tu zwykle nikogo, nie pomyślał nawet, by tu szukać – bo czemu ktoś miałby tutaj przenieść suknię? Rozejrzał się, a potem zdarł jedną z kotar i za nią…
…za nią znajdowała się suknia, którą Miles widziała na szkicu. Rzucona byle jak na krzesło, ale cała.
Była piękna.
Nieuszkodzona.
– Zabiję tego, kto ją tutaj przeniósł – oświadczył Christopher płaskim głosem, niepewny, czy odczuwać raczej wściekłość, bo ktoś ośmielił się narazić jego reputację na szwank i zrujnować wesele jego przyjaciela (tak mało brakowało!), czy ulgę, ponieważ projekt tu był… – Sprytne, panno Moody. Teraz jeszcze muszę ustalić, który z pracowników był. Aż. Tak. Bezczelny. – Ostatnie słowa wycedził przez zaciśniętą szczękę. Fakt, że ta osoba zdołała się tu dostać, zawężał grono podejrzanych.


RE: [styczeń 1972] To będzie piękny ślub - Millie Moody - 27.04.2024

Trochę była rozczarowana, a trochę nie. W sumie to bardzo nie. Zawsze miała w głębokim poważaniu świat mody i barwnych fatałaszkóww. Pozbawiona matki i jakiejkolwiek innej kobiecej figury, która mogłaby zainteresować ją tym tematem, bardziej męska niż mężczyźni, którzy ją otaczali, wygryzająca sobie prawo do szacunku w świecie, w którym nie było miejsca na delikatność. I tak nie miała gdzie tego nosić. I tak nie było jej stać. Ale teraz, gdy znalazła się w szafie, gdy znalazła się może nie w Narni, ale przestrzeni zaskakująco magicznej i oderwanej od rzeczywistości w której się obracała. Christian cieszył się ze znaleziska, ale złociste oczy osiadły na zielonej sukni królowej elfów, na kwiatach i gałązkach, na hipnotyzującej fakturze, migotliwych detalach.

Mildred przepadła. Jeszcze rok temu z takim samym uwielbieniem i fascynacją obserwowała kolejkę na witrynie zabawkarskiego sklepu, tak teraz wyciągnęła nieśmiało dłoń ku projektowi, który przepadł, zniknął, który został odrzucony może, zepchnięty na margines, a jednak wciąż tliło się w nim życie, wola walki i przetrwania.

To tylko zszyte ze sobą ścierki – mówiły koleiny przyzwyczajenia, mechanizm ochronny, który miał sprawić, że nie będzie pragnąć czegoś, co i tak nigdy nie będzie jej dane. Już wystarczyła jej jedna taka żałość na całe życie. Jedna zazdrość. Jedno marzenie z gatunku nieosiągalnych.

Ale ta suknia była taka piękna, że zapomniała o wszystkim. O pracy, o Rosierze, o tym, że robota wcale nie była zakończona. Dopiero po chwili dotarły do niej jego słowa. Nie odrywając oczu od elfiej kreacji, choć dłonią cały czas nie sięgnęła do niej bojąc się, że zniknie, rozpłynie się jak sen, wymamrotała:

– Nie polecam morderstwa. Azkaban jest bardzo, bardzo nieprzyjemnym miejscem. To... To też jest Twój projekt? – zapytała nagle oblizując spierzchnięte wargi, gubiąc nagle zapiekły rytm, swoją obronną ostrość i ciskane na ślepo oskarżenia. Kurwa musiała się jeszcze na te kilka minut skupić.

Odchrząknęła.

– Dobrze więc, powróćmy do motywu. To musiał być ktoś z wewnątrz, kto wiedział o istnieniu zapasowego klucza i miał do niego dostęp, ktoś kto chciał em... kto chciałby Panu uprzykrzyć życie, Panie Rosier. Hmm... Ktoś kto mógłby do Pana w ostatnim czasie mieć żal o coś. – trop byłej dziewczyny wydawał się jałowy, ale kto wie, może nie przyznawała się do tego, że ma tu kogoś bliskiego, z resztą asystentka Rosiera mogła nie wiedzieć wszystkiego. Z drugiej strony ryzykować kradzież sukni dla takiej płytkiej zemsty? Próbowała go naprowadzić na swoich wrogów, zwłaszcza teraz, gdy suknia była już znaleziona i jeden problem spadł mu z serca, a pragnienie zemsty gorzało w nim w sposób obezwładniająco widoczny. – Możemy też porozmawiać z asystentką pana ojca. Kto zabrał zapasowy klucz jest winny lub współwinny. – nie chciała mu mówić, że Wizengamot przy dobrych prawnikach mógłby spokojnie ukręcić tej sprawie łeb. W końcu suknia nawet nie opuściła zakładu.