17.02.2024, 21:04 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.09.2025, 12:02 przez Król Likaon.)
adnotacja moderatora
Rozliczono - Millie Moody - osiągnięcie Badacz Tajemnic
To było absolutnie do pomyślenia.
Christopher Rosier krążył po swojej pracowni w tę i z powrotem, a gdyby spojrzał na niego dowolny aurowidz, z pewnością dostrzegłby, że gniew i poczucie oburzenia wręcz z niego buchały. Światło wpadało przez wielkie okna, i igrało w jasnych włosach Ślizgona, gdy przemieszczał się pomiędzy dwiema częściami przestronnego pokoju o kształcie prostokąta. Pomiędzy jedną jego częścią, w której stało biurko i ustawione w kształt litery L blaty, zasłane szkicami i próbkami materiałów, a ściany zalepiały rysunki i zdjęcia oraz okładki magazynów. (Większość przedstawiała suknie jego projektu, chociaż na dwóch czy trzech okładkach był i sam Rosier.) A drugą – gdzie znajdowały się regały, manekiny oraz przepierzenie i regał z próbkami materiałów.
Oraz manekin, na którym jeszcze wczorajszego wieczora wisiała suknia ślubna.
Suknia ślubna, którą nocą rozpłynęła się w powietrzu.
Jego największe dzieło.
Jego duma.
Największe i najdroższe zamówienie w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy.
Przepadło wprost z Domu Mody Rosierów. Wprost z jego pracowni.
Rosier, bardzo wkurzony, walnął pięścią w ścianę dokładnie w tym samym momencie, w którym jego asystentka Catherine – już trzecia w ciągu ostatniego roku, bo ciężko było sprostać jego wymaganiom – wprowadziła do środka Brygadzistkę. Catherine zdawała się nieco zalękniona i nic dziwnego: Dom Mody był w lekkim popłochu, i to mimo tego, że na razie o kradzieży wiedział Christopher, jego ojciec, brat ojca i asystentka. Nikt inny. Nie mogli sobie pozwolić na taką stratę reputacji. Zastanawiali się nawet czy wzywać Brygadzistów, ale ostatecznie szybka burza mózgów trzech mężczyzn wykazała, że taka kradzież to zbyt poważne przestępstwo, a poza tym żaden z nich nie miał zielonego pojęcia, jak zabrać się do szukania winnych. Ostatecznie ojciec Chrisa osobiście udał się do siedziby Brygady, poprosił jej szefa o przydzielenie kogoś i daleko posuniętą dyskrecję.
Rosier opuścił rękę – żałował teraz głęboko tego odruchu, bo knykcie go bolały, a przecież potrzebował sprawnych rąk zarówno do szkicowania, jak i „ożywiania” swoich projektów, lubił przecież myśleć, że są żywe – i zmierzył uważnym spojrzeniem kobietę, która stanęła na progu. Gdyby nie był tak wzburzony, doceniłby na pewno jej urodę, i nawet teraz przyszło mu do głowy, że dobrze wyglądałaby w czerni – gdy widział ładną kobietę od razu zaczynał szukać odpowiedniego dla niej projektu – ale w tej chwili jego myśli krążyły przede wszystkim wokół skradzionej sukni.
– Christopher Rosier – przywitał ją. Był wysoki, szczupły, trochę od niej młodszy, odziany w jasną koszulę i ciemne spodnie: może większość projektantów kojarzyła się z ekscentryzmem, ale ten strój był dość prosty w swoim projekcie (chociaż nie w użytych materiałach), acz mankiety zdobił zielony wzór. – Dziękuję za szybkie przybycie.