![]() |
|
[06.08.1972] Toksyczny Rodzic | Richard i dzieciaki - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Niemagiczny Londyn (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=22) +--- Wątek: [06.08.1972] Toksyczny Rodzic | Richard i dzieciaki (/showthread.php?tid=3702) |
RE: [06.08.1972] Toksyczny Rodzic | Richard i dzieciaki - Charles Mulciber - 02.08.2024 Charles chciał zapaść się pod ziemię. Na powierzchni trzymało go chyba tylko nieoczekiwane wsparcie Leonarda, który szczerze i bez ogródek wypowiedział się o cioci Lorien i wuju Robercie, którzy, jak słusznie zauważył, dziecinnie uciekali od konfrontacji. Ale czy Charles nie zamierzał zrobić tego samego, wycofując się do pokoju, a następnie znikając z posiadłości? Gdyby miał gdzie się zatrzymać, może i zaproponowałby zniknięcie z kamienicy całkowicie, lecz nie miał jeszcze dość bliskich przyjaciół. Isaac, jedyny kandydat, wypadł z tej układanki w bardzo przykry sposób. Charlie rzucił bratu pełne wdzięczności spojrzenie, nim na powrót opuścił je na pusty półmisek przed sobą. - Tak jest, ojcze. - Powtórzył po raz kolejny, gdy ojciec szorstko rzucił kolejne polecenie. Czy tak to będzie teraz wyglądać? Nie mógł Richarda winić. Skoro uprzejmości nie działały, musiał przyzwyczajać się do krótkich szczeknięć rozkazów. Temat dziewczyny nie był na miejscu i nie był potrzebny, poza tym, w ogóle powinien nie istnieć. Kobieta, która z żalu rzuciła mu czekoladową żabę po tym, jak za tyłek wyciągnęła go z wody, była tylko przypadkową nieszczęśniczką, której droga skrzyżowała się z charlesową. - Przedstawiła się jako Bre, nie wiem więcej. Rozmawialiśmy tylko raz, i drugi raz, chwilę, na Lammas. - Wyjaśnił ojcu tyle, ile sam wiedział. Panienka Longbottom wciąż pozostawała niewiadomą. - Nie nosi się jak mugolaczka. - Dodał nieco ciszej, sądząc, że będzie to istotna informacja. [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=Vk6konA.png[/inny avek] RE: [06.08.1972] Toksyczny Rodzic | Richard i dzieciaki - Bard Beedle - 02.08.2024 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=bMUGrsO.png[/inny avek] Sowa pojawiła się nagle. Zupełnie niespodziewanie wylądowała na stole. Skąd się wzięła? A cholera jedna wie. Była przecież sową, a te najzwyczajniej w świecie potrafiły dostać się do adresata. Miały na to swoje sposoby. Dla kogo była przeznaczona ta konkretna wiadomość? Oczywiście dla samego Richarda. Na to właśnie wskazywało starannie zapisane na kopercie imię czarodzieja. 6 sierpnia
Richardzie, Twój syn w międzyczasie zdołał najwyraźniej wywinąć kolejny numer, o którym zostałem poinformowany po naszej wczorajszej rozmowie. Załączam do tej wiadomości list od Lorraine Malfoy. ON WSZYSTKO TOBIE WYJAŚNI. Współpraca z panną Malfoy jest dla mnie czymś istotnym, dlatego KONIECZNIE zadbaj o to, aby Charles ODPOWIEDNIO ją przeprosił i jakoś to wszystko załagodził. Nie informuj go o tej współpracy. Dla niego mają to być przeprosiny kuzyna dla kuzynki. Nie ryzykujmy. Trochę się nad tym zastanawiałem i myślę, że dobrym posunięciem mogłyby okazać się oficjalne przeprosiny w gazecie. Chociażby w Proroku Codziennym. Twój syn kolejny raz przesadził. NIE POWINNO TRAKTOWAĆ SIĘ W TEN SPOSÓB KOBIET. Niech choć raz weźmie za swoje czyny odpowiedzialność. Czy muszę się powtarzać, że oczekuje, iż po moim powrocie z Francji nie zobaczę go w kamienicy? Robert Do listu dołączona była dodatkowo wiadomość z wczoraj. RE: [06.08.1972] Toksyczny Rodzic | Richard i dzieciaki - Leonard Mulciber - 05.08.2024 Rzucając kuzynce spojrzenie i wzruszając ramionami, postanowił nie drażnić ojca niepotrzebnie i po prostu wycofać się do siebie. Truchtem ruszył do pokoju, aby zarzucić na siebie pierwsze lepsze spodnie i koszulkę. W zachowaniu Richarda było dzisiaj coś, co kazało mu nie tyle się niepokoić, co zachować dystans. O ile przeprowadzkę do Anglii wciąż uważał za rzecz udaną, o tyle współdzielenie jednego mieszkania z członkami rodziny, z którymi na co dzień wcześniej nie mieli aż tyle do czynienia, już takie udane nie było. Kamienica cuchnęła przestarzałymi nawykami i zwyczajami, które, choć starał się szanować, zaczynały wychodzić mu przez ich nadmiar bokiem. Leonard przelotnie rzucił okiem w stronę lustra, a następnie zszedł z powrotem na dół, gdzie też dostrzegł sowę dumnie zajmującą niewielką część stołu. Proszę. Tym jakoś zawsze wolno było nagusieńko lądować, gdzie tylko chciały! Szczęściary. Poprawiając nieco wymemłany kołnierzyk, ruszył do stołu. RE: [06.08.1972] Toksyczny Rodzic | Richard i dzieciaki - Sophie Mulciber - 05.08.2024 -Ostatnio wygrałam, więc nie bądź taki pewien wyniku, drogi kuzynie.- Zmrużyła lekko oczy i pozwoliła mu się odsunąć. Spostrzegła, że był w piżamie. Pokręciła głową. Na śniadanie w piżamie? Ale wstyd! Zamiast skarcić kuzyna, musiała się z nim jednak zgodzić: -Właśnie. Tata i Lorien nie muszą cię unikać, prawda wuju? Przecież ostatecznie no… jakoś to będzie?-Powiedziała, prześlizgując wzrok z wujka na Charliego. Może i często mu dokuczała, ale w takich momentach chciała okazać wsparcie. W końcu byli rodziną. -Mhm, myślałam, że to jego dziewczyna bo widziałam, że rozmawiali na lammas. I dała mu prezent, wuju.- Wyjaśniła i usiadła przy stole, czekając na powrót Leonarda. Zmarszczyła brwi, kiedy nagle nad stołem pojawiła się sowa. -Sowa? To od taty i Lorien? Wuju? Mogę zobaczyć?- Zapytała, chcąc wstać ze swojego miejsca żeby móc zobaczyć list. -Tata jest zdrowy, prawda? RE: [06.08.1972] Toksyczny Rodzic | Richard i dzieciaki - Richard Mulciber - 06.08.2024 Leonard poszedł się przebrać. Czekając na jego powrót, Richard podciągnął temat dziewczyny młodszego syna. Przedstawiła się jako "Bre", skrót od imienia Brenna. A że Richard na jednym tajnym spotkaniu z bratem widział zdjęcia brygadzistów i aurorów, nie mógłby się pomylić, że była to panna Longbottom. Widział ją na Lammas. Czy powinien syna uświadomić o tym, aby lepiej byłoby, gdyby trzymał od niej z daleka? - To najważniejsze.Odparł jedynie w sprawie stwierdzenia, że wspomniana koleżanka Charlesa, nie nosi się jak mugolak. Strój jednak był rzeczą drugorzędną. Choć równie ważny, to jednak pochodzenie i poglądy miały znaczenie. Nic więcej nie dodał w tym temacie, kiedy i Sophie udzieliła odpowiedzi. Ponieważ w tym czasie na stole jadalnym niespodziewanie, wylądowała sowa z listem. Ptak zatrzymał się na niezastawionej części stołu jadalnego. Zmarszczył brwi, zastanawiając się, kogo niesie z wieściami tak wcześnie z rana. Tym zaś zaniepokoiła się Sophie, pytając od razu o swojego ojca. Z sowy przeniósł spojrzenie na bratanicę, po czym znów na sowę. - Jest zdrowy. Nie masz się czym przejmować Sophie. Siedź, odbiorę list.Rzucił krótko, stanowczo, zdecydowanie. Tym samym zakomunikował, wstając ze swojego miejsca. Wyminął stół od strony Sophie, gdzie siedziała. Podszedł do ptaka i odebrał od niego list, spojrzawszy na charakter pisma. "Łaskawca przypomniał sobie nagle, że ma brata?" – stwierdził w myślach. Słysząc kroki, obejrzał się, dostrzegając w końcu wracającego i ubranego Leonarda. Chciał już przegonić sowę z jadalni, aby mogli w końcu zjeść śniadanie. Żeby mógł przekazać im informację o nieobecności Roberta i Lorien. Nie mogło być jednak tak idealnie. Przeklął, wyraźnie nerwowy. Zwrócił się do drugiej sowy, odbierając od niej list. Kolejny znany mu charakter pisma. "Się kurwa dobrali…" – stwierdził w myślach, patrząc teraz na dwie koperty, na których znajdowało się jego imię, na jednej kopercie napisane przez Roberta, na drugiej przez Stanleya. - Jedzcie śniadanie. Polecił dzieciakom, jeżeli byli już wszyscy w komplecie, niech jedzą i piją póki ciepłe. W tym czasie Richard przegonił sowy z jadalni. Przez parę sekund jeszcze wpatrywał się w wyjście z pomieszczenia, upewniając się, czy nie wleci mu kolejna sowa, albo i chmara ich. - Robert i Lorien wyjechali na urlop. Może nie być ich tydzień, jeśli nie dłużej. Zakomunikował, wracając na swoje miejsce, siadając. Tak przypuszczał, tak podpowiadała mu intuicja. Przypominając sobie ostatnią rozmowę z bratem. Dopiero go oświeciło. Dlatego Robert pytał o czas, jaki Charles dostał na... wyprowadzkę. Jeżeli mieli pytania, odpowiedziałby im jeszcze zanim zaczął czytać listy. Otworzył jeden list, ten od Stanleya. Krótki, informacyjny. Chciał się spotkać. Będzie musiał zmienić plany dzieciakom. Postanowił to zostawić na koniec. Schował list do koperty. Tę złożył na pół, chowając zaraz do tylnej kieszeni spodni. List od Roberta zdawał się mieć w sobie coś więcej. Jeżeli młodzież skupiona była na jedzeniu śniadania i wzajemnej rozmowie, otworzył list i zaczął czytać. Jeżeli ze strony dzieci padały jakieś pytania podczas jego skupienia w czytaniu listów, ignorował. Nawet mógł nie zwracać uwagi na to, o czym między sobą mogli rozmawiać. Wyjął z tej samej Robertowej koperty załączony kolejny list. Od Lorraine Malfoy. Zaczął czytać. Linijka po linijce. Akapit, po akapicie. To było już chyba apogeum. Gdy skończył, złożył list, schował do koperty. Tę złożył na pół i podobnie jak poprzednią, schował do tylnej kieszeni spodni. Dzieciaki nie miały prawa widzieć ich treści. Przetarł dłońmi twarz, opierając się znów łokciami o blat stołu. Zaczął masować skronie. - Leonard. Daj mi coś na ból głowy, bo zaraz mi chyba mózg eksploduje.Zwrócił się do starszego syna. Alkohol w nocy, te dwa listy z rana, to było za dużo. Niezależnie od tego, czy wykona polecenie. Richard skierował swoje pytanie zaraz do młodszego. - Charles… ile masz jeszcze zamówień na durnowate świeczki? Zapytał nieco ostrzej. Tak. Wyglądało na to, że ten problem wciąż za nimi się ciągnął. I najwyraźniej mógł być poruszony w jednym z listów. Richard nie zamierzał jednak zdradzać szczegółów treści. Deadline odpisów: 9.08 (piątek), północ / dowolna kolejka, 1 post na turę RE: [06.08.1972] Toksyczny Rodzic | Richard i dzieciaki - Charles Mulciber - 06.08.2024 Emocje rosły stopniowo, wraz z myślami Charlesa, które powoli wymykały się spod kontroli. Pojawienie się sowy było dla niego zwiastunem nieszczęścia. Jego osobisty ponurak przybrał formę ślicznej płomykówki i młody Mulciber zrozumiał, że to nic innego, jak tylko kolejne kłopoty. Nie dopuścił do siebie innej opcji, zwiesił głowę nad swoim talerzem. W teczce, którą trzymał w dłoniach, pojawiły się zmarszczki i zagięcia, gdy nerwowo zaciskał na niej palce, jednocześnie rujnując swoje w pocie czoła przygotowane kopie życiorysu. - Jakoś to będzie, Sophie. - Zgodził się z kuzynką i nawet wysilił się na zbolały uśmiech, lecz spazm, który przeszedł przez jego twarz, mógł być pomylony z czymś innym. Nie sądził, że jego wstyd może jeszcze urosnąć. Nie myślał dotąd o tym, jak przedstawi sprawę wyrzucenia z domu zarówno kuzynce, jak i bratu. Poczuł bardzo nieprzyjemny ścisk na wysokości klatki piersiowej, wymusił westchnienie, by rozwiązać ten supeł nerwów. Nie pomogło. Nie ciągnął tematu Brenny, bo i ten nie miał znaczenia. Sophie nie musiała mówić o wszystkim, co widziała, ale Charlie zapisał ten fakt w pamięci. Mulciberównie nie można było mówić wszystkiego, skoro tak chętnie paplała Richardowi nawet o bzdurach, które nie miały pokrycia w rzeczywistości. Charles mógł tylko domyślać się, że Robertowi mówi jeszcze więcej. Musiał być uważny. Musiał dobierać sobie towarzyszy nieco lepiej. Zaczynał rozumieć, dlaczego ojciec był taki samotny... Kolejna sowa znaczyła kolejny problem. Charles zacisnął mocno zęby i odłożył teczkę na bok, jakby spodziewał się, że krzesło stojące tuż po jego lewej stronie za chwilę zostanie zajęte przez kolejnego ptaka. I kolejnego. Bo dlaczego nie? Nieszczęścia chodziły parami, a dla niego zaś przychodziły całym tłumem. Hordą, wręcz. Bezwiednie sięgnął po słodkiego rogalika i kawę, chociaż nie zamierzał jeść. Normalnie rzuciłby żartem do Leo, może podokuczał mu tak, jak zwykle, tym razem miał jednak wzrok utkwiony we własnych dłoniach i tym, czym akurat się zajmowały. Leonard nie musiał być geniuszem, by zauważyć, że Charlie jest nie tylko nie w humorze, ale i bardzo zdenerwowany. - Tylko na pojedyncze sztuki. - Odparł ojcu, nawet nie zastanawiając się nad odpowiedzią. Nie wchodził w szczegóły. - Nie przyjmuję więcej. RE: [06.08.1972] Toksyczny Rodzic | Richard i dzieciaki - Leonard Mulciber - 08.08.2024 Tak, jak do stołu ledwie zaszedł, tak zaraz ponownie musiał od niego wykręcić. Choć tak naprawdę tylko po to, żeby skierować różdżkę we właściwym kierunku, zanim użył zaklęcia "Accio" do przywołania odpowiedniego specyfiku. Przecież nie będzie leciał drugi raz po schodach, jakkolwiek taki jogging mu nie przeszkadzał. Był głodny, w porządku? A gdy zbyt długo był głodny, stawał się drażliwy niczym wuj Robert na Lammas. Tylko tyle, że mniej krzykliwy. Całe szczęście, że jego regularnie dopełniany kufer stał na co dzień otworem. Właściwy flakonik nie miał żadnego problemu, żeby w niedługim czasie dotrzeć do otwartej dłoni Leonarda. - Skala bólu od 1 do 10? - spytał ojca odruchowo, odkorkowując szklane naczynie i zawieszając je nad kubkiem z kawą ojca. W zależności od intensywności bólu zamierzał wlać od trzech do sześciu kropli. Gdy już zaprawił kawę, sam usiadł wreszcie do stołu i starając się ignorować wciąż nieprzyjemnie ciężki nastrój, sięgnął po imbryk z herbatą, a następnie kiełbaski, jajka i bekon, od których lubił zaczynać śniadanie. Nie umknął mu dość żałosny stan Charliego. Żałosny w niezłośliwym tym razem słowa znaczeniu. Tylko dlaczego? Tego jeszcze nie wiedział, ale dowiedzieć się zamierzał. Tak samo jak tego, dlaczego był tak odświętnie ubrany! RE: [06.08.1972] Toksyczny Rodzic | Richard i dzieciaki - Sophie Mulciber - 09.08.2024 Kiedy wuj powiedział, że nie ma się czym przejmować, zaufała mu i usiadła z powrotem na swoim krześle. Mówiąc o "dziewczynie" Charliego, chciała mu trochę dokuczyć, ale widząc teraz jego minę, uznała, że był to głupi pomysł. -Dobrze, wuju.- Odparła. Pierwsze co jej przyszło do głowy, to krótki urlop Lorien oraz ojca. Bardzo prawdopodobne, że macocha zabrała gdzieś tatę, żeby razem sobie odpoczęli. Ostatnio nie czuł się za dobrze, więc wycieczka i opieka żony powinny wyjść mu na dobre. A przynajmniej w to właśnie Mulciberówna wierzyła. -Charlie, daj spokój. Przecież tata już na pewno nie jest na ciebie zły, prawda, wuju? Leo, prawda? Czasami zrobi się jakąś głupotę, ale to... no wiesz... zdarza się.- Chciała pocieszyć kuzyna. Uśmiechnęła się nawet do niego lekko. Doskonale pamięta, jak sama potrzebowała odrobiny ciepłych słów, kiedy wróciła do domu po widowisku randkowym. Musiała również przyznać, że lubiła obecność kuzynów w domu. Było o wiele weselej. Nie chciała, żeby któryś z nich był smutny, tak jak teraz Charlie. Zawsze miałam skłonności do dramatyzowanie, ale Leo pewnie ustawi go trochę jak tylko zjedzą śniadanie. RE: [06.08.1972] Toksyczny Rodzic | Richard i dzieciaki - Richard Mulciber - 10.08.2024 Było widać, że Charles mocno przeżywał to co miało ostatnio miejsce. Szczególnie rozmowę jaką z nim przeprowadził Richard. Musiała mieć miejsce, aby Charles przyhamował ze swoją porywczością i zaczął w końcu myśleć, zanim cokolwiek zacznie robić. Richardowi spokoju nie dawały nawet słowa brata, który stwierdził, że uzależnił od siebie chłopaka. Nie potrafił zauważyć, w którym momencie mogło to nastąpić. Kiedy? Uspokoił Sophie, że Robertowi nic nie jest. Zakomunikował też, że jego brata i Lorien nie będzie przez dłuższy czas, gdyż wyjechali na urlop. Czytając jednak list, zaczynał wątpić w jego zdrowy umysł. Jakie propozycje wysnuwał, odnośnie oficjalnych przeprosin dla Lorraine od Charlesa. Młodzież nie podejmowała rozmów przy stole, pozwalając mu przeczytać w spokoju treści listów. Te jednak wzmacniały mu bardziej ból głowy. Dlatego poprosił starszego syna o coś na jego zminimalizowanie, bo nie wytrzyma. Skala bólu? Najwyższa. - Dziesięć.Pozwolił, aby Leonard dodał do jego kawy odpowiednią ilość eliksiru, a następnie po prostu to wypił. Zadał Charlesowi pytanie o zlecenia na kontrowersyjne świeczki. Masując sobie skroń z jednej strony głowy. - Dzisiaj to skończ i nigdy więcej do tego nie wracaj. Nie przyjmuj zleceń, nie produkuj tych świec. Zdecydował ostatecznie. Zmieniając decyzję do wcześniejszych rozmów na ten temat, że Charles miał się z tym jedynie wstrzymać. Teraz, miał w ogóle porzucić ten pomysł. Nie zignorował z kolei słów Sophie, która chyba twierdziła, że sprawa z świeczkami to jeden błąd w życiu, który może się każdemu przytrafić. Niestety, u Charlesa tych błędów było więcej niż jeden. - Sophie, czasem taka głupota może kosztować więcej niż sam gniew rodzica. Pomijając wcześniejsze przypadki, Charles tym wywiadem w Czarownicy właśnie przekroczył tę granicę. Jeszcze jeden numer, uderzający w nazwisko naszej rodziny i jej członków, wyleci. To niech będzie także dla Was przestrogą. Nie ufajcie obcym. Nie dajcie się im zmanipulować. Oni wam zaszkodzą, z korzyściami dla siebie. Tylko na rodzinę możecie liczyć. Jeżeli macie jakiś problem, zwracajcie się do mnie i Roberta.Mówiąc to z powagą, nie tylko spoglądał na Charlesa, ale także zamiennie na Sophie i Leonarda. Uświadamiając ich o wysokiej cenie, jaką może przyjść im zapłacić za naruszenie dobra rodziny i jej członków. Wydziedziczenie nie był czymś, co każdy chciałby doświadczyć. Każde tutaj z siedzących nabroiło. Miało coś za uszami, że bliźniacy musieli im pomagać rozwiązywać te problemy. Cytrynówka w pokoju? Szalona była dziewczyna? Kontrowersyjne świeczki i wywiad? Czy coś jeszcze dołączy do tej listy? - Kuzynka z rodziny od strony Waszej matki dostała przesyłkę z tą świeczką. A że nie było adresu twórcy, list dostał Robert. Przy tych słowach spojrzał na chłopaków. Bowiem do nich kierował teraz te słowa. Uwagę zaraz bardziej skupił na Charlesie. - Nawet jeżeli ten wywiad miał pomóc Ci oddzielić interes od naszego rodzinnego, Robert wciąż dostaje listy. Zastanów się, jak Twoje świeczki są teraz wykorzystywane. Wysyłane anonimowo do kogoś, kto sobie tego nie życzy. Masz napisać przeprosiny do kuzynki. Po śniadaniu w gabinecie to omówimy. Eliksir od Leonarda był jak zbawienie, że ból głowy powoli odpuszczał. Dzięki temu, mimo ciężkiej atmosfery, Richard zwracał się już spokojniej, ale wciąż poważnie, wiąż jednak nerwy go trzymały, lecz kontrolował je. Problemy nie kończyły się a pojawiały na nowo. A jeszcze nie wiedział, że dojdą kolejne… Deadline odpisów: 14.08 (środa), północ / dowolna kolejka, 1 post na turę RE: [06.08.1972] Toksyczny Rodzic | Richard i dzieciaki - Charles Mulciber - 10.08.2024 Dziesięć kropli w kawie ojca brzmiało jak dziesięć przewinień Charlesa, dziesięć długich lat, które powinien odcierpieć za narobienie rodzinie problemów. Młody Mulciber westchnął po raz kolejny, wpatrując się w swojego rogalika. Ten typ wypieków był jedną z jego ulubionych rzeczy, które odkrył w Londynie, lecz nie miał ochoty nawet podnieść go do ust. Był pewien, że nie mógłby przełknąć nawet kęsa przez ścisk w gardle. Kawa nie wyglądała wiele lepiej, nie kusiła, mimo odpowiedniej ilości mleka i cukru. - Tak jest, ojcze. - Zgodził się po raz kolejny, niemal bezwiednie, gdy ojciec kazał dokończyć zamówienia i więcej nie wracać do chujoświeczek. Nie zamierzał. Może nie powinien, naprawdę, Richard miał rację. Kiedy odezwała się Sophie, a ojciec pospieszył z wyjaśnieniami, coś w Charlesie pękło. Nie mógł dłużej ukrywać postanowień wuja i ojca. Jak to mówili mugole: musiał złapać byka za rogi. Musiał stawić czoła wyzwaniu i podzielić się tym, co czekało go przez kolejne dni i tygodnie, przedstawić swój punkt widzenia, uzupełnić wypowiedź taty. - Ojciec i wuj postanowili, że muszę wyprowadzić się z... - Zawahał się moment. To nie był dom, nie mógł go tak nazwać. Dom pozostawili w Oslo, razem z przyjemną atmosferą, wsparciem i rodzinną miłością. Dach wuja od samego początku był nieprzyjazny, zbyt zimny, by nazwać go domem, mimo obecności krewnych. - ...z tej kamienicy w przeciągu siedmiu dni i znaleźć pracę, by móc samemu się utrzymać, bez dalszego wsparcia rodziny. - Wyjaśnił, siląc się na tak poważny, ale również neutralny ton, jak to tylko możliwe. Bez emocji, które mogły tylko wszystko zepsuć, po raz kolejny. Starał się trzymać je na wodzy, tym razem nie mógł zawieść ojca. Nie był dzieckiem, by rozklejać się nad śniadaniem. Nie był siusiumajtkiem, niezależnie od tego, co twierdziła Sophie. - Wuj nie życzy sobie mnie tutaj, ani w żadnym innym miejscu związanym z rodziną. Nie chce mnie widzieć. - Dodał, przenosząc wzrok na ojca. Nie chciał zarzucać mu niczego, bo wiedział, że jego i Roberta postanowienia są podyktowane dbaniem o dobro wszystkich Mulciberów. Ale czy raz nie mógłby postawić się za synem? Wspierał go, jednak jasnym było, że wybierał stronę wuja i słuchał jego postanowień. W tym wyborze, młodszy syn zawsze przegrywał z bliźniakiem taty. - Dlatego zostałem wyrzucony z kamienicy, z groźbą całkowitego wydziedziczenia i wyrzucenia z rodziny. Jak tata mówi, wylecę. Pejoratywne określenie nie pomagało mu ani trochę, a padające z ust ojca, tylko bardziej zabolało, dziabnęło w sam środek klatki piersiowej. Richard mówił o tym tak beznamiętnie, tak spokojnie, jakby w ogóle go to nie ruszało - bo czymże było wydziedziczenie zapasowego syna? I tak nie był uwzględniany w spadku, gdy Leonard miał przejąć mikry dobytek, a Scarlett dostać posag. Charles dotąd nie zdawał sobie sprawy z tego, jak szybko bije jego serce. Starał się uspokoić oddech, ale mógł tylko zacisnąć zęby. Pospieszne, świszczące wdechy i wydechy przez nos tylko zdradzały, jakie emocje nim targały mimo bardzo dużych starań. Wpatrzył się znów w rogalika. Uwaga przeniesiona na talerz pozwalała skupić się właśnie na nim, na jego kształcie i przyjemnych wrażeniach z nim związanych. Obawiał się, że od teraz rogalik będzie kojarzył się tylko z tą rozmową i wstydem, jaki czuł w stosunku do kuzynki i przede wszystkim brata. - Nie mam już miejsca na potknięcia. - Odezwał się znów, nieco ciszej. Musiał wyjaśnić pewne kwestie do końca. - Byłbym wdzięczny za... nie prowokowanie zachowań i sytuacji, Sophie, Leonardzie. Nie mogę pozwolić sobie na zabawę jedzeniem, żarty o potencjalnych dziewczynach, na udział w widowiskach randkowych... - uciekł się do uszczypliwości w stosunku do kuzynki. Ona mogła ośmieszać się na scenie i produkować alkohol. On nie miał takich przywilejów. - ...ani na dalszą sprzedaż niepoważnych świeczek. Uszanujcie to, proszę. - Głos załamał mu się przy ostatnim słowie, a plecy zgięły się jeszcze bardziej. - Przepraszam, tato. - Dodał, choć już sam do końca nie wiedział, za co Richarda przeprasza. Wstyd i kajanie wydawało się na miejscu, ale uczucia powoli zamieniały się w żal. Jaki ojciec mógł pozwolić na to, by coś takiego działo się z jego dzieckiem? By własna rodzina sprawiała tyle przykrości? Pozostawała jeszcze kwestia świeczki, którą dostał ktoś z Malfoyów. - Ja realizowałem zamówienia, nic ponadto. - Wyjaśnił się, choć miał wrażenie, że ojciec ma na ten temat już wyrobione zdanie i go nie zmieni. - Nie jestem odpowiedzialny za nietrafione prezenty i żarty, wuj również nie. Tato... będę teraz obwiniany za wszystko? - Uniósł wzrok na ojca. - Czy twórca różdżek ma być odpowiedzialny za rzucane nimi klątwy? - Posłużył się metaforą, choć miał pewność, że ta nie trafi do Richarda, z pewnością nie do Roberta. [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=Vk6konA.png[/inny avek] |